IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#1PisanieTemat: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Pon Lip 03, 2017 1:47 am



P O S T A C I E

Visaerix jako H a d l e y  M a x w e l l
Sempiterna jako A a r o n  W i n s l e t


F A B U Ł A

Nie wymieniliby się spojrzeniami, ba, prawdopodobnie by się nie spotkali, gdyby młodsze rodzeństwo nie wciągnęło ich we wspólne bagno, a oni sami nie wybrali sali treningowej jako miejsca schadzek. On – walczący z agresją i natłokiem pracy mężczyzna, próbujący za wszelką cenę utrzymać i tak już niepełną rodzinę w kupie. Ona – przytłoczona wymaganiami rodziców (niedoszła) studentka, szukająca i odskoczni od pracy, i pomysłu na ułożenie sobie życia. Dwie różne osoby, dwie zbieżności – boks, czyli kiełkująca wśród smrodu przepoconych ubrań pasja oraz istniejąca dzięki niej możliwość obicia worka treningowego. Lub czyjejś mordy.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#2PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Nie Sty 14, 2018 6:51 pm



A a r o n  W i n s l e t – jeden z tych typów, pod którego spojrzeniem nogi rozmówcy się uginają (nie wiadomo czy ze strachu, czy z podziwu), w skrócie Win
❂ mimo dwudziestu jeden lat na karku często zachowuje się niczym mentalny trzynastolatek, innym razem zgrywa doświadczonego życiem faceta poharatanego przez los (co nie jest dziwne, biorąc po uwagę historię jego rodziny)
❂ najcenniejszymi osobami w jego życiu są matka Piper i siostra Leah
❂ pracuje w rodzinnej knajpce, nie podjął się rozpoczęcia studiów
❂ brzydzi się alkoholem, za to, jak mówi: „częstowanych papierosów się nie odmawia”, co nieco gryzie się z jego (od niedawna) sportowym trybem życia
❂ nie lubi namolnych ludzi i nierozwiązanych spraw




Ostatnio zmieniony przez Sempiterna dnia Pon Sty 29, 2018 6:02 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#3PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Nie Sty 14, 2018 8:59 pm


O  H a d l e y  M a x w e l l  nie można powiedzieć, że jest kobietą sukcesu. Cóż, przynajmniej sama by się tak nie określiła. Jednak trzeba jej to przyznać - niemal jej się udało. Niemal dostała się na prestiżowe studia, później niemal nie doznała z tego powodu załamania nerwowego, a przez to niemal wszystko w jej życiu się zmieniło. Począwszy od dachu nad głową, a na planach na życie skończywszy. A właściwie to na ich braku. Żyje tu i teraz, od zmiany w jednym barze do zmiany w drugim, próbuje związać koniec z końcem i wystrzega się problemów... a przynajmniej tak sądzi. 

20 lat | gap year | Brat Desmond | Rodzice Howard & Grace | Londyn


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#4PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Pon Sty 29, 2018 5:57 pm

         Jedyną rzeczą, która wyjątkowo podobała mu się tej zimy, był nieoczekiwany – jak na londyńskie standardy – opad śniegu. Biały puch iskrzył się delikatnie pod nikłym blaskiem ulicznych latarni i posłusznie zapadał się pod naciskiem jego skórzanych butów, formując prowizoryczną drogę w kierunku ogromnego, nowiutkiego budynku sportowego. Aaron rozprostował kilkukrotnie skostniałe od zimna palce, skinieniem głowy przywitał siedzącą na recepcji kobietę i zniknął w szatni, ciągle mając na uwadze głos tlący się gdzieś w potylicy, drażniący i dokuczliwy. Co ty tu w ogóle robisz, Win? – zdawało się słyszeć.
         W gruncie rzeczy sam nie mógł zrozumieć, dlaczego się tu znalazł. Interes Piper ledwo się kręcił i pomimo tysiąca godzin zmian przeletanych w firmowym fartuszku, rodzinny budżet nadal stał w miejscu. Jakby tego było mało, Leah zachowywała się niczym księżniczka, odmawiając wszelkiej współpracy przy rodzinnym biznesie, zasłaniając się wszystkim, co przyszło jej do głowy – od okresu, przez zły dzień w szkole, do bólu nieistniejącej ósemki. A on? Zamiast zastanowić się nad znalezieniem lepiej płatnej pracy lub chociaż przemyśleć rzeczowo ewentualny plan na przeżycie najbliższych miesięcy, tkwił w miejscu, podjąwszy jedną jedyną niespodziewaną (i nielogiczną) decyzję, na którą było go stać.
         Przecież intensywne treningi boksu w momencie, gdy sypie ci się rodzina, są idealnym rozwiązaniem na wszystkie problemy.
         Nie zauważyłby, że przeszedł całą szerokość sali z zaciśniętymi pięściami, gdyby nie irytujące spostrzeżenie stojącego obok kolesia, z politowaniem lustrującego jego znoszone, fioletowe adidasy.
– Spoko stary, trening się nawet jeszcze nie zaczął, zluzuj. – Aaron kiwnął głową, starając się uśmiechnąć, czego wynikiem był tylko sztuczny grymas. – Adam – dodał chłopak naprędce, wyciągając przed siebie dłoń.
– Aaron.
         Dzięki Bogu Adam, którego Win zdążył określić w myślach mianem Pana Irytującego, nie zdążył zadać jakiegokolwiek pytania, bo zgiełk na sali przerwało wejście trenera.
Niski i nieprzesadnie umięśniony nie sprawiałby wrażenia człowieka despotycznego, gdyby nie jego ostre spojrzenie, przeszywające na wskroś każdego studenta i bokserska gracja, z jaką sunął po sali. W jednej chwili Wis zdał sobie sprawę, jak bardzo nie chciałby bezpośredniej konfrontacji, by przypadkiem nie dostać w mordę już przy okazji pierwszego ciosu.
         – Nazywam się Scott Evans i od dziś będę was trenował. Jeżeli zamierzacie pojawiać się tutaj raz na trzy tygodnie, to lepiej nie zawracajcie głowy ani mi, ani reszcie grupy – sprostował na wstępie. – Zaczniemy od przedstawienia wszystkich zapisanych, potem wytłumaczę podstawy, następnie bierzecie do rąk skakanki i zaczynamy rozgrzewkę. Ustawcie się w szeregu.
         Co my, w wojsku jesteśmy?
– Brown? – niewysoki mężczyzną w średnim wieku wystąpił przed szereg. Evans rzucił mu tylko krótkie spojrzenie.
– Cook? – Pan Irytujący postawił krok.
– Maxwell? – Winslet zacisnął, tym razem świadomie, prawą pięść. Znajome nazwisko wzmogło tylko jego poddenerwowanie. Był gotów dopaść gnojka, który ostatnimi czasy wyjątkowo boleśnie zmącił spokój Leah, doprowadzając do zawieszenia jej w obowiązkach szkolnych. Wcześniej nie wiedział zbyt dokładnie, jak wygląda Desmond. Szczęście chciało, że spotkał go na zajęciach z boksu, gdzie w przyszłości bez większego pretekstu mógł bez zahamowań obić jego buźkę, raz na zawsze ścierając z niej gówniarski, cwaniaczy uśmieszek.
         Szkoda tylko, że zamiast pryszczatego wyrostka na środku pojawiła się dresiara, jedna z nielicznych kobiet w całej grupie, która nijak pasowała do otoczenia, wypełnionego nie tylko zdesperowanymi facetami, ale też kilkunastoma workami treningowymi i stosem rękawic bokserskich po prawej stronie sali. Była całkiem ładna, szczupła (na tyle, że wątpił, czy przy pierwszym uderzeniu w worek nie złamie sobie ręki), o brązowych włosach i długich – aż zdziwił się, że zamiast na tyłek, zwrócił uwagę na coś innego – palcach. Przy okazji została też pokarana paskudnym nazwiskiem.
         Jak zapowiedział trener, zaczęło się od teorii, Evans opisał prawidłowo wyglądającą gardę, ogólne zasady walki, mechanikę ciosów. Nawet przyjemnie się go słuchało. Do czasu, gdy nie kazał wziąć skakanek i nie rozpoczął rozgrzewki, gdzie po dziesięciu intensywnych minutach ćwiczeń Winslet wykorzystał połowę swoich sił. Po osiemnastu był pewien, że wyzionie ducha, a po dwudziestu pięciu, gdy słony pot wpadł mu do prawego oka, był tak rozczarowany swoją kondycją palacza, że nie wiedział, czy czerwień na jego twarzy to efekt rozszerzonych od wysiłku naczyń krwionośnych, czy zwykłego wstydu.
         Po półtorej godziny siedział już w szatni, zmordowany na tyle, że wzięcie zimnego prysznica było dla niego wyzwaniem. Obolałe mięśnie nadal płonęły, gdy wychodził z kompleksu sportowego, wełniana czapka przysłaniała jego wciąż wilgotne włosy. Jedyne, na co miał ochotę, to położyć się na łóżku i zasnąć przy akompaniamencie muzyki płynącej z małego radia, które dostał od Piper na swoje czternaste urodziny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#5PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Wto Sty 30, 2018 10:27 pm

           Czasami życie przybiera tak nieoczekiwany obrót, że decydujemy się na rzeczy, którym niegdyś nie poświęcilibyśmy nawet strzępa myśli, nie mówiąc już o tym, by się w daną ideę faktycznie zaangażować. Taka po prostu jest ludzka natura - mało kto ma skłonności do wiecznego zaskakiwania, trzymamy się tego, co do nas pasuje. Lub też tego, czego inni od nas oczekują.
           Hadley już to nie dotyczyło. Od miesięcy nawet wobec siebie samej nie miała żadnych oczekiwań.
   
           Wychodząc dziś z pracy wzięła od jakiejś kobiety ulotkę. Zawsze to robiła. Zanim znalazła robotę w kawiarni ulotki dosłownie dawały jej chleb, przynajmniej przez pierwsze dwa tygodnie po wyprowadzce. Z całego serca nienawidziła tej pracy: po niezliczonych odmowach, bycia traktowanym jak powietrze, zaczepianym przez pijaków i ciągle gnębionym przez wiecznie niezadowolonego z liczb pracodawcę nie mogła nie gardzić tą profesją. Ale nie mogłaby pogardzać ludźmi. W końcu nie tak dawno temu sama była w ich butach, a przynajmniej do pewnego dnia, kiedy jej szef - łysawy Czech, podpadający pod pięćdziesiątkę, przyszedł i wręczył jej kolejny plik ulotek, które wypełzły z kiepskiej jakości drukarki na jeszcze gorszej jakości papierze i traktowały o tym, że jakaś kawiarenka na Southwark potrzebuje kelnerek. W tej samej chwili oddała mu te kartki i z jednym egzemplarzem udała się na miejsce, by dostać pracę.
           Dlatego też zawsze brała z uśmiechem tyle ulotek, ile dostawała, nawet jeśli  tylko po to, by za następnym zakrętem wyrzucić je do pierwszego lepszego kosza. Każdy tak robił; niektórzy po prostu mieli o tyle mniej taktu, że wyrzucali je pod samym nosem, jakby jeszcze dobitniej chcieli pokazać, jak bardzo niepożyteczna społecznie jest ta praca. Zupełnie tak, jakby roznoszący ulotki sami nie zdawali sobie z tego sprawy, pomyślała wtedy Hadley, ale nie wiedzieć dlaczego, tuż przed wyrzuceniem własnej ulotki do kosza, zerknęła na jej treść.

           I o to była, tu i teraz, w sporym pomieszczeniu wypełnionym praktycznie samymi mężczyznami, przed swoimi pierwszymi zajęciami z boksu.
           Ciekawe co powiedziałaby mama, pomyślała Hadley. Nie, żeby miało to jakieś znaczenie.
           Zaskakująco drobnej postury mężczyzna, który przedstawił się jako ich trener sprawdził obecność i zaczął opowiadać o istocie tego sportu bez nadmiernej emfazy, za to w konkretny i rzeczowy sposób, wyjaśniając jego podstawy. Jednakże Hadley wiedziała, że będzie słyszała te rzeczy wielokrotnie, dlatego nie mogła się powstrzymać od błądzenia wzrokiem po sali i, jak wszystko na to wskazywało, nowych znajomych z grupy. Nie żeby kogokolwiek z nich zdążyła już poznać. Tworzyli razem zbieraninę, jaką często widywała na ulicach - ot normalni Londyńczycy, patchwork odcieni skóry, kolorów włosów i wieku. Wśród kilkunastu twarzy widziała tylko dwie kobiece, bardzo do siebie podobne, na tyle, że mogłaby wziąć je za siostry. Haddy mimochodem pomyślała, że jeśli czekają ich jakieś ćwiczenia w parach, a zważywszy na naturę tego sportu czekają na pewno, ona pewnie będzie tym jedynym rodzynkiem walczącym z workiem w kącie. Albo z trenerem. Ale jeśli tak ma być, to niech tak będzie.
           Scott Evans najwidoczniej skończył już swoją przemowę, bo zamaszystym ruchem wskazał na pudełko ze skakankami, tym samym serdecznie zachęcając grupę do ich wzięcia. Hadley podążyła za resztą i wygospodarowała sobie kawałek przestrzeni życiowej, by rozpocząć rozgrzewkę. Zawsze była dosyć wysportowana, przez jakiś czas w collegu, zanim została zgnieciona przez wymagania własnych rodziców była nawet członkinią kadry biegaczek. Jednak pół roku przerwy i fakt, że miała rozwinięte nie te partie mięśni co trzeba sprawiły, że następne trzydzieści minut były horrorem. Kiedy trener zarządził pięć minut przerwy, była jednym wielkim oceanem słonego potu i nie wiedziała, jak sobie dziękować za wybór ciemnej koszulki.
           Następna godzina nie była lepsza. Całe sześćdziesiąt minut poprawiania postaw, tworzenia wyimaginowanych scenariuszy ciosów i bicia w powietrze. A potem pan Evans zaprosił ich na zajęcia za dwa dni. I to było na tyle.
           Kiedy kolejne dwadzieścia później Haddy wychodziła w noc,  poczuła mieszaninę ulgi i... coś w rodzaju podekscytowania. Nie były to wymarzone pierwsze zajęcia, na których człowiek od razu czuje kiełkujące ziarno pasji, albo przynajmniej czuje się zainspirowany pasją innych; Hadley czuła się bardziej jak przejechana walcem, a potem wyżęta ścierka, ale w końcu od czegoś trzeba zacząć. A to nie był taki zły początek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#6PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Czw Lut 01, 2018 6:12 pm

         Czasem miał wrażenie, że cały świat jest przeciwko niemu. I czuł w kościach, że akurat w ten pierwszy poniedziałek grudnia wszyscy zmówili się, by celowo uprzykrzyć jego – i tak ostatnio nieszczególnie ciekawe – życie. Od rana zdążył stoczyć batalię słowną ze starusieńkim dostawcą z piekarni, który nie dowiózł części zamówionego przez Piper towaru, potem przez sześć godzin latał po firmowej kawiarence, gdzie dwa razy został zrugany za podanie złej kawy, aż w końcu przy zbieraniu zużytych naczyń ze stołów poplamił, oprócz firmowego fartuszka, ukochaną koszulkę z marvelowskim nadrukiem.
         Łudził się, że na czwartych zajęciach z boksu Scott Evans po raz kolejny pozwoli im powyżywać się na workach treningowych. Aaron lubił taką samowolkę – uderzał w swoim tempie, porzucając chwilowo myśli o codziennym życiu, skupiając się na dobrze technicznie wykonanym lewym sierpowym. Z boku ciosy nie wyglądały tak atrakcyjnie, jak się mu wydawało, o czym na poprzednich zajęciach Evans zdążył mu dobitnie przypomnieć.
Miał więc nadzieję, że dopracuje dziś nie tylko swoją gardę, ale też ruchy lewej ręki, które nijak współgrały z prawą, a przy okazji pozbyje się całej swojej frustracji na skóropodobnym materiale worka.
         Trener, przekreślając pragnienie Aarona na samotne ćwiczenia, zarządził dobranie się w pary. Pech chciał, że znów stał obok Adama, wyraźnie chętnego na małe mordobicie. Winslet z każdym treningiem tylko upewniał się, że ma w sobie coś, co przyciąga ludzi irytujących i problemowych, dokładnie takich, jak jego nowy partner od sparingu, bogaty facet o umyśle dzieciaka w profesjonalnych, bokserskich butach.
         Nie oszczędzali się. W każdy prawy prosty wkładali mnóstwo energii, ale dało się od razu zauważyć, że Adam przewyższa technicznie Aarona o głowę, jak gdyby trenował już wcześniej. Każdy przypominający o powtórzeniu serii głos trenera kwitował znużonym westchnieniem i pretensjonalnym przewróceniem niebieskimi oczami. Po skończonym treningu w parach Aaron z ulgą odsunął się od swojego, pożal się Boże, partnera i złapał za skakankę, zaczynając pierwszą z trzech serii skoków żabką, energicznie napinając swoje, już i tak wymęczone, mięśnie łydek.

         Leah nie jadła. Mało tego, myślała, że nikt nie zauważa jej pogarszającego się stanu – matka pracoholiczka nie bywała w domu na tyle często, by codziennie gotować jej ciepły obiad, spędzać z nią wystarczająco dużo czasu, czy przesadnie martwić się jej postępami szkolnymi. Jednak Aaron widział, że od paru miesięcy siostra była nerwowa, ciągle spięta, skwaszona. Niejednokrotnie próbował z nią o tym porozmawiać, lecz ta zbywała go tylko machnięciem ręki, denerwując się, że nie potrzebuje drugiej opiekunki w postaci dorosłego brata, który powinien skupić się na własnym życiu. I gasła, pogrążona we własnych problemach, gdzie czara goryczy została przelana trzy tygodnie wcześniej wraz z wizytą u dyrektora, który zawiesił ją w prawach ucznia. A to wszystko w wyniku wydarzeń, o których ani Leah, ani mama nie chciały mu powiedzieć. Wiedział tylko, że za sprawą zawieszenia siedział niejaki Desmon Maxwell, który w momencie złożenia doniesienia na Leah, przekreślił doszczętnie swoje bezpieczeństwo. Aaron zamierzał go dopaść bez względu na konsekwencje, pogrozić, wyciągnąć wszystko, co się dało i ukarać za to, że na barki Leah, już i tak w kruchym stanie psychicznym, został dołożony kolejny ciężar w postaci zawieszenia.
         Czekał na niego przed szkolną bramą od strony małego parku – nie był na tyle głupi, by szarpać młodziaka przy głównym wejściu, gdzie kręciły się tłumy uczniów. Wiedział, o której Desmond kończył lekcje, co było łatwe do sprawdzenia na ogólnodostępnym planie, wywieszonym na stronie internetowej szkoły. O szesnastej było już ciemno na tyle, że kamery znajdujące się przy bramie ledwo rejestrowały posturę człowieka. Jeżeli, oczywiście, w ogóle działały.
         Zauważył go po pięciu minutach, samego, w czarnej czapce i plecaku w szaro-białą szachownicę. Nie wahał się i nie czekał – ledwo nastolatek wyszedł z bramy, podszedł do niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
– Ty jesteś Desmond? – zapytał, lustrując wyraźnie młodą twarz.
– Tak – odpowiedział po chwili wahania. – Ale... czy my się znamy?
Aaron uśmiechnął się tylko pod nosem.
– Może nie bezpośrednio, ale tak, znamy się – mówił. – Kojarzysz może Leah Winslet? – Powoli akcentował jej nazwisko. – Jestem jej bratem i zamierzam wyjaśnić z tobą kilka spraw – mówiąc to, złapał go za kurtkę w okolicy klatki piersiowej, podnosząc do góry oniemiałego ze strachu chłopaka, by zaraz potem rzucić nim w śnieżną zaspę i przygnieść go częstotliwością swoich ciosów, nie szczędząc przy tym kłykciów.
– Co powiedziałeś dyrektorowi? Wiesz, jak na jej przyszłe życie wpłynie obecna kartoteka szkolna?! – krzyczał, unosząc ostrzegawczo w górę prawą, tę silniejszą pięść, lewą ręką próbując przytrzymać wierzgającego, próbującego się wyrwać Desmonda. Chciał skrzywdzić go na tyle dotkliwie, by ten nie mógł następnego dnia spojrzeć na siebie w lustro. Już miał się zamachnąć, roztrzaskując jego łuk brwiowy w pięknym otoczeniu białego puchu, gdy poczuł coś niezwykle twardego i zimnego w okolicy potylicy, a wibrujący, damski głos uniósł się w mroźnym powietrzu, wprowadzając w chwilowe zdumienie lekko oszołomionego Aarona.
– Puść go! – usłyszał rozhisteryzowany krzyk gdzieś za plecami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#7PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Pią Lut 02, 2018 2:03 am

              Hadley już następnego poranka przyszło pożałować, że postanowiła wziąć sobie dodatkową zmianę w kawiarni. Normalnie nie miała nic przeciwko pracy w niedzielę, wręcz przeciwnie. Z wielką radością witała każde dodatkowe źródło gotówki, które pozwoli jej przetrwać o czymś innym niż wątpliwej jakości daniach instant i pieczywie, które z pojęciem "razowy" ma wspólną tylko barwę. Dzisiaj jednak po otworzeniu oczu i przeciągnięciu się, poczuła jedynie ból przemęczonych mięśni. Tuż po wczorajszym treningu poniekąd przeczuwała, że właśnie tak będzie i tuż po tym, jak podjęła się nadludzkiego wysiłku podniesienia z łóżka, natychmiast zanotowała w głowie, że najwyższy czas wrócić do biegania.
               Prysznic pomógł, a przynajmniej sprawił, że poczuła się trochę bardziej rześko. Po workach pod oczami i typowej dla niej nocnej opuchliźnie nie było już śladu, kiedy pół godziny później wychodziła ze swojej klitki, kierując swe obolałe nogi w stronę przystanku, zastanawiając się, co takiego przyniesie jej ten dzień.
               Cóż, nie była już na tyle naiwna, by spodziewać się cudów. Płynęła wartkim niczym katar z nosa strumieniem rutyny, więc jej zredukowane przez realizm kontemplacje mogły się opierać jedynie na dociekaniach, jak będzie tego dnia wyglądał makijaż ich stałej klientki, Pani Abott. Do wyboru miała opcje w skali od "niewyobrażalnie zły" do "ponad wszelkie ludzkie pojęcie okropny". W drodze na Southwark nie mogła się również nie zastanawiać nad tym, jaką niemożliwą wręcz historią z mijającego weekendu uraczy ją dzisiaj jedna z kelnerek w kawiarni, Tessa. Hadley nie musiała nawet pytać, Theresa podawała jej wszystkie szczegóły ze swojego życia rodzinnego i uczuciowego na tacy. A że wydawało się ono niezwykle bogate, potrafiła nie zamykać się przez całe godziny ich wspólnych zmian. Nie raz doprowadzało to Hadley do agonii, stanu w którym nie wiedziała, czy ma zacząć liczyć w myślach serwetki czy zmyślone owce, tylko po to by choć minimalnie zagłuszyć niekończące się tyrady.
               Jednak nieważne, jak bardzo irytująca potrafiła być Tessa – była jej pierwszą koleżanką odkąd wszystko się... skomplikowało; zwłaszcza, że jej najlepsza przyjaciółka wyjechała studiować do Stanów i utrzymywanie kontaktu stało się trudne. Szczególnie dla Hadley, która odniosiła wrażenie, że cała planeta, wszyscy jej znajomi, wciąż parli do przodu, a ona sama pewnego dnia zatrzymała się, a od ruszenia dalej powstrzymuje ją to, że najzwyczajniej w świecie zapomniała jak się biegnie.
Dlatego Tessa była zdecydowanie lepsza od zostawania z własnymi myślami sam na sam.
         
               W pracy było dokładnie tak jak się spodziewała. Pani Abott zawitawszy w ich progi po swoją rytualną kawę przelewową w dziedzinie makijażu balansowała blisko "niewyobrażalnie złego", Tessa po raz trzydziesty trzeci zerwała ze swoim chłopakiem, w dodatku zepsuł się jeden z ekspresów do kawy i Maxwell musiała odbyć nieprzyjemną rozmowę z szefową, wyjaśniając, że to nie była wina żadnej z nich. "Karma", bo tak nazywał się owy przybytek, a była to nazwa prosta i bardzo się Hadley podobała, w niedzielę zawsze miała trochę mniej klientów niż zwykle, to też pracy nie było jakoś szczególnie dużo. A mimo to Hadley wyszła z niej styrana jak nigdy, dziękując sobie w duchu, że dzisiaj nie musi pracować w barze. Zamiast tego, najedzona słodkościami, które nie zdążyły zostać dziś sprzedane, ruszyła prosto do wynajmowanego przez siebie mieszkania, marząc tylko o wtuleniu się w poduszkę.
               Następne kilka dni mijały jej podobnie - chodziła trochę zmęczona i poobijana, odbyła już cztery treningi, ale wróciła też do biegania, więc przeczuwała, że to tylko kwestia czasu, aż jej kondycja poprawi się na tyle, by w przerwach pomiędzy zadawaniem kolejnych ciosów prosto w rękawicę Evansa nie musiała zginać się w pół, łapczywie łapiąc oddechy. Trener godnie znosił niedogodność bycia od czasu do czasu jej partnerem sparingowym. Tak jak się spodziewała, była piątym kołem u wozu w tej grupie i ten stan rzeczy nie zmieni się, jeśli do grupy nikt nie dojdzie, bądź z niej nie odejdzie. Miało to też swoje dobre strony, Evans poświęcał jej minimalnie więcej uwagi, co zaprocentowało tym, że ostatnio powiedział jej, że mimo braku imponującej siły fizycznej, jest dosyć szybka i dobrze łapie techniczne niuanse.
               Haddy nie pamiętała kiedy ostatnio tak bardzo cieszyła się z czyjejkolwiek pochwały. Nie pamiętała kiedy ostatnio jakąś dostała.
               I wiedziała też, że prędko też żadnej nie dostanie. Wręcz przeciwnie. Zważywszy na to, że właśnie wybierała się po swojego brata, by razem udać się na kolację w jej domu rodzinnym.

               Nie była to dla niej zachwycająca perspektywa, żeby nie powiedzieć, że przez cały dzień było jej niedobrze na samą myśl. Telefon od matki tego poranka spadł na nią jak grom z jasnego nieba i jakkolwiek ostatnie dwa miesiące jej życia naznaczone były ciągłą ucieczką od odpowiedzialności, dzisiejsze wezwanie było tym, na które czuła, że musiała odpowiedzieć.
               Dex chodził do tej samej szkoły co ona i Haddy czuła się trochę niezręcznie wracając w te okolice po raz pierwszy od kilku miesięcy.
               – Oddychaj, podchodzisz tylko pod bramę i odchodzisz. Nie musisz nawet na ten budynek patrzeć – powtarzała sobie w myślach do znudzenia jak mantrę i przyspieszyła kroku, gdy zza zakrętu wyłonił się wysoki mur i zachodnia brama. Niemal od razu zobaczyła plecak Dexa, któregoś razu pomogła mu go wybrać w sklepie.
               Dopiero chwilę zajęło jej uświadomienie sobie, że oprócz kształtu jej brata, w półmroku jest jeszcze jedna sylwetka, po posturze nie było trudno się domyślić, że kogoś o wiele starszego. Kimkolwiek był, spotkanie miłe nie było. Maxwell jeszcze bardziej przyspieszyła kroku, gdy tylko jej brat został przyciągnięty przez obcego. Po drodze zgarnęła trochę śniegu z przypruszonej nim ławki i rzuciła się biegiem, formując w dłoni kulę. Kiedy była już na tyle blisko, zaryzykowała rzut i była niezwykle zdziwiona, gdy okazało się, że wysoki jegomość dostał prosto w potylicę.
               – Puść go – krzyknęła, zbliżając się do brata. Nie do końca wiedziała co ma robić, ale doskonale zdawała sobie sprawdę z tego, czego robić nie chce – a nie miała najmniejszego zamiaru podczas pierwszego spotkania z rodzicami od miesięcy tłumaczyć się z tego, czemu jej brat, będąc pod jej opieką, dostał wpierdol.
               Jeśli ktokolwiek będzie się zastanawiał, czy oprócz tego Hadley coś sobie myślała, odpowiedź brzmi nie. Hadley nie myślała sobie nic. W tym jakże genialnym przebłysku mentalnej pustki, nie zauważyła nawet kiedy jej torba powędrowała na śnieg, a ona sama rozpędziła się i skoczyła chłopakowi na plecy.
               Nie ważyła jakoś dużo (może nie w tej konkretnej chwili, ale zazwyczaj miała taką nadzieję), jednak impet sprawił, że chwyt oprawcy poluźnił się i Dex upadł na ziemię, a ona sama zaplotła ręce wokół szyi chłopaka.
               – Uprzejma prośba – powiedziała, poprawiając uchwyt, który jednocześnie chronił ją przed przed upadkiem, chociaż mentalnie upadła już dawno. – Albo nie, rozmyśliłam się. Nie waż się dotykać mojego brata.
               I właśnie w tej chwili Hadley sama zaczęła się zastanawiać, czy coś sobie myślała. Bo jeśli do tej pory nie, to właśnie w tej chwili pomyślała w jak niekomfortowej sytuacji się znalazła. Tymczasem uścisk na jej splecionych dłoniach przybrał na sile.
               Ups.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#8PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Sob Lut 03, 2018 6:14 pm

         Doskonale wiedział, że kobiety potrafią być nieobliczalne, co niejednokrotnie zauważył po zachowaniu Piper czy Leah, ale nie spodziewał się, że jedna z trzech koleżanek z klubu jest na tyle szalona, by przywalić mu lodową kulką w łeb, a potem skoczyć na plecy, dusząc go swoim nieoczekiwanym chwytem. W innej sytuacji byłby skłonny powiedzieć, że noszenie drugiej połówki na barana było całkiem urocze. Szkoda tylko, że kobieta na jego plecach nie była ani jego dziewczyną*, ani bliższą znajomą, tylko zwykłą wariatką, która w obronie (pewnie równie mocno pokręconego) brata dyndała na jego plecach, wrzeszcząc mu do ucha heroiczne farmazony.
         Desmond dosłownie wysunął się z jego rąk. Win zachwiał się pod jej naporem – nie była specjalnie ciężka, ale impet, z jakim wskoczyła mu na barki, zwalił go z nóg. I to dosłownie, bo chwilę potem obydwoje leżeli na tej samej zaspie, na której minutę wcześniej bita przez Aarona ofiara niemal nie straciła wszystkich zębów.
Starał się przygwoździć dziewczynę do ziemi, jednak, jak mógł się spodziewać, szarpała się jak dzikie zwierzę, kopiąc na oślep to w jego brzuch, to w twarz. Przeturlali się kilka metrów dalej w akompaniamencie wyzwisk i krzyków, a Desmon – ciągle oniemiały z wrażenia – jakby zastygł, ze zdziwieniem w oczach patrząc na damsko-męską potyczkę.
– Uspokój się, wariatko! – krzyknął Aaron, gdy jej palec z wyjątkowo długim, pomalowanym na niebiesko paznokciem, znalazł się milimetr od jego oka.
          Nie był w stanie jej oddać, starał się tylko ją przytrzymać, ale energia, z jaką próbowała mu się wyrwać, wprowadzała go w osłupienie. Ją samą pewnie też. Szatyn nie myślał trzeźwo – chwycił w garść biały puch i, nieoczekiwanie, wtarł go kobiecie w twarz, rozsmarowując zimny śnieg po czerwonych policzkach, prawdopodobnie licząc na to, że taki zabieg choć częściowo ostudzi jej – dosyć gorący – temperament. Zesztywniała na sekundę z oniemienia, by zaraz przywalić mu w klatkę piersiową z taką siłą, że przez chwilę, dosłownie, zapomniał jak się oddycha.
         Odskoczył na odległość metra, a Hadley Maxwell, ta dresiara z ringu, została otoczona ramionami brata, który wpatrywał się w Aarona spojrzeniem przepełnionym strachem, ale też złością.
– No, no, widzę, że mały, bezbronny Desmond zasłania się starszą siostrzyczką. Jak żałośnie – warknął Aaron, mierząc rodzeństwo rozjuszonym spojrzeniem. – Nie powinnaś była się wtrącać – zwrócił się do niej. – Wiesz, że nie masz ze mną szans, więc z łaski swojej zostaw swojego braciszka i pozwól mi dokończyć z nim parę spraw, M a x w e l l. – Zacisnął pięści, akcentując jej nazwisko. Gdyby nie to, że była rodzoną siostrą tego bachora, mogła być naprawdę fajną laską. Jednak, koniec końców, w jednej chwili znienawidził ją tak szybko, jak młodego Desmonda.
         Patrzyła na niego butnie, unosząc podbródek do góry, jak gdyby chciała podkreślić swoją kobiecą dumę i wyższość. Kompletnie nie współgrało to z jej rozmazanym na powiekach tuszem do rzęs i maksymalnie czerwonymi policzkami, co zamiast kobiety gotowej do walki robiło z Hadley małą pandę z nieumiejętnie nałożonym różem na policzkach.
          Aaron wiedział, że jest na straconej pozycji. Mimo, że wygrywał siłą, przegrywał liczbą, więc w każdej chwili jedno z rodzeństwa mogło wykonać szybki telefon, po którym znalazłby się nigdzie indziej jak na tyle policyjnego wozu.
Czekał więc na jakikolwiek ruch z ich strony, wpatrując się w niezrównoważone rodzeństwo. Jedyną rzeczą, która sprawiła mu częściową radość po odbyciu dwóch walk z dwoma różnymi przeciwnikami, był widok krwawiącej wargi Desmonda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#9PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Nie Lut 04, 2018 2:33 am


    I pomyśleć, że jeszcze kilka godzin temu jadąc do "Karmy", Hadley starym zwyczajem śmiała narzekać na swoją rutynę. A tu proszę, najpierw natarczywy telefon od matki i pilne wezwanie na przesłuchanie, a teraz, jakby ta pierwsza niespodzianka nie miała zburzyć jej spokoju ducha i wewnętrznego zen na okres najbliższych dwóch tygodni, wdała się, żeby nie użyć słowa bójka, w dosyć niecodzienny i niespodziewany kontakt z mężczyzną. Pewnie tak byłoby to opisane w horoskopie, gdyby jakieś czytała.
    Może powinna zacząć.
    Jeśli była jakaś szansa, że to mogłoby jej pomóc przygotować się mentalnie na upadek w, płytszą niż Hadley miała nadzieję, zaspę, to na przyszłość warto było spróbować. Bo tak się składa, że nie była przygotowana na stracenie równowagi przez swojego oponenta. Tym bardziej na upadek, gdzie jego ciężar dosłownie wybil jej całe powietrze z płuc i zamroczył na ułamki sekund.
    To był ten moment, kiedy uświadomiła sobie, że to raczej nie są przelewki i w dzikim przejawie instynktu przetrwania, zaczęła szarpać się, byle tylko nie dopuścić do tego, że chłopak ją unieruchomi. Była daleka od paniki, a mimo to nie mogła nic poradzić na fakt, że gdzieś z tyłu głowy zaczynał formować się obraz jej samej, poćwiartowanej i porzuconej gdzieś w rowie. Może biorąc pod uwagę nadchodzące spotkanie z rodzicami nie była to taka zła opcja, ale gdyby później coś się stało jej bratu, Howard i Grace ścigali by ją pośmiertnie. Po rozważeniu za i przeciw nie było innego wyjścia - musiała się bronić. Dlatego, przeklinając, wyrywała się i kopała, najmocniej jak potrafiła, a tak się szczęśliwie składało, że nogi miała raczej silne.
    Na nic się to jednak zdało w obliczu góry na pół zamarzniętego śniegu z głębszych warstw zaspy, które zostały wtarte w jej twarz, powodując szok w zetknięciu z rozgrzanymi policzkami. Haddy wzdrygnęła się i, korzystając z tego, że ten świr miał zajęte ręce, podkuliła nogi do swojej klatki piersiowej, po czym wyrzuciła je do przodu, kopiąc go w jego własną pierś.
    Chłopak odskoczył i to dało jej na tyle przestrzeni, by zerwać się na równe nogi. Dopiero teraz, gdy miała go na przeciwko siebie, oświetlonego z jednej strony pobliską latarnią, rozpoznała w nim tego mięśniaka z zajęć boksu, który, oprócz stosowania środków fizycznych, próbował mordować ludzi spojrzeniem.
    – No, no, widzę, że mały, bezbronny Desmond zasłania się starszą siostrzyczką. Jak żałośnie – mówił, kiedy ścierała resztki śniegu z twarzy rękawem i tak już poplamionej kurtki. Dopiero teraz, kiedy stanął obok, uświadomiła sobie na nowo obecność swojego brata. Haddy zlustrowała go wzrokiem od góry do dołu i zacisnęła zęby, kiedy zobaczyła rozciętą wargę, z której wątłą strużką sączyła się krew. Podejrzewała, że sama nie wygląda najlepiej. Na policzku czuła pieczenie i spodziewała się, że kawałki lodu pomieszane ze śniegiem mogły zrobić swoje.   – Nie powinnaś była się wtrącać – Aaron, tak miał na imię, wciąż mówił.  – Wiesz, że nie masz ze mną szans, więc z łaski swojej zostaw swojego braciszka i pozwól mi dokończyć z nim parę spraw, M a x w e l l.
    – No proszę, skąd tyle jadu w twoim głosie? – Uniosła kącik wargi do góry. –  Kto by pomyślał, że po zajęciach, po których jesteś zielony z wyczerpania i wyglądasz jakbyś miał się zrzygać na Evansa, zostało ci na tyle testosteronu, żebyś musiał wypocić go bijąc kobiety i dzieci.
    Ominęła brata i zbliżyła się do Winsleta, cały czas mierząc go wzrokiem.  
    –  Słuchaj, nie wiem, gdzie i jak mocno upadłeś na głowę, żeby uroić sobie, że ten imbecyl coś ci zrobił, albo komukolwiek, w czyjej obronie teraz tak r y c e r s k o stajesz, ale nie zbliżaj się do niego więcej. –  Stała już tak blisko, że niemal stykali się czubkami butów. Z tej odleglości mogła rozróżnić już szczegóły twarzy, formujący się na kości jarzmowej siniak, duże oczy. Patrzył na nią z determinacją, ale jednocześnie wiedziała, że dzisiaj nie będzie już walki. Mogła mieć tylko nadzieję, że będzie na miejscu, kiedy dojdzie do niej w przyszłości.
    – Do zobaczenia na zajęciach –  to mówiąc, schyliła się po swoją torbę i odwróciła w stronę swojego brata, który wciąż stał napięty, niczym kot gotowy do skoku. Hadley była świadoma, że byłby to skok do ucieczki, ale nie było to złe, w końcu potrzebowała go żywego przed kolejną walką, którą miała dzisiaj stoczyć.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#10PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Sro Lut 07, 2018 5:25 pm

         Po kilku gorzkich słowach odeszła wraz z bratem, zamachując się na pożegnanie swoimi wilgotnymi od śniegu włosami.
         – Do zobaczenia – odpowiedział tylko, rozczarowany takim a nie innym obrotem wydarzeń. Wizja bójki z Maxwellem bardzo mu się podobała (do czasu); sęk w tym, że liczył na przeciwnika młodszego, o krótkich włosach i z penisem pomiędzy nogami, nie jego dorosłą siostrzyczkę.
         Nie wiedziała, na co się pisze, rzucając mu nieme wyzwanie. A on, mimo płci, nie zamierzał odpuścić Hadley na następnym treningu. I podświadomie liczył na to, że oprócz niewyparzonej gęby i pokazu kilkunastu zadanych na oślep ciosów, ma o wiele więcej do zaoferowania.

         Piper, wyjątkowo, siedziała przy kuchennym stole, słodząc herbatę dwoma łyżeczkami cukru, jak to miała w zwyczaju. Nerwowe stukanie jej spracowanych rąk o blat zaintrygowało Aarona już po przekroczeniu progu jego przytulnego, trzypokojowego mieszkanka.
         – Gdzie byłeś? – zapytała, patrząc przelotnie na jego twarz. Metalowa łyżka uderzała regularnie o brzeg kubka.
       – Na spacerze – odparł krótko, gotowy na usłyszenie prawdziwej bomby. Była dziwnie nieobecna, jak gdyby czekała na jego powrót tylko po to, by coś w końcu mu powiedzieć.
         – Synku... – zaczęła. Aaron kompletnie nie wiedział, czego mógł się spodziewać. Nazywała go synkiem tylko w wyjątkowych sytuacjach. – ...mógłbyś wziąć wieczorną zmianę w kawiarni w poniedziałek? Mam bardzo pilne spotkanie – dokończyła szybko, zerkając na niego błagalnym wzorkiem.
         Ważne spotkanie i mama? Coś wyraźnie nie trzymało się kupy. Piper, oprócz pracy, rzadko wychodziła gdzieś z koleżankami. A jeśli już, to robiła to na weekendach. Uniósł tylko brew, lustrując ją szczegółowym spojrzeniem – tak, jak gdyby był rodzicem, rugającym dziecko za jego kolejny głupi pomysł.
         – Mamo, przecież wiesz, że mam wtedy trening boksu.
         – Wiem, Aaron, wiem. To tylko jeden raz. Kupię ci za to nowe rękawice –
zawahała się przez chwilę. – Prędzej czy później, ale kupię!
         Kiwnął tylko głową, ze zrezygnowaniem opuszczając kuchnię. Mimo szczerej chęci odmowy, nie mógł jej tego zrobić. Co za tym szło, miał też na uwadze to, że Hadley jawnie rozczaruje się jego nieobecnością, będąc pewną, że stchórzył.
         Cholerna kawiarenka – pomyślał.

         Fioletowy fartuch w kwiaty uparcie zsuwał się z jego bioder, silna wichura dudniła o szyby Słodkiej Prowansji, a klienci, dziś wyjątkowo liczni, co chwilę prosili go o podanie kolejnego kawałka firmowego sernika. Co prawda sześciogodzinna zmiana w kawiarni nie umywała się do dwugodzinnego treningu u Evansa, ale z ręką na sercu Aaron mógł przyznać, że był zmęczony. Dochodziła dziewiętnasta, ludzi nie ubywało, roboty było coraz więcej, a gęsty deszcz, bo tak wnioskował Win, był efektem ciągłego dźwięku dzwoneczka, umieszczonego tuż nad drzwiami wejściowymi. Mimo wszystko zapach mielonej kawy i delikatny smak babeczki owocowej, którą właśnie konsumował za kontuarem, sprawiał, że nawet zawód z powodu pierwszej nieobecności na zajęciach z boksu bolał jakoś mniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#11PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Czw Lut 08, 2018 2:01 am

                     Droga do ich rodzinnego domu upływała im w milczeniu, a im bardziej się doń zbliżali, tym bardziej Hadley stawała się świadoma pewnego faktu: mieli przesrane. Mimo dwóch przystanków po drodze - jednym w aptece, a drugim w jakimś barze, gdzie w łazience przy pomocy swoich kosmetyków podjęła próbę zatuszowania ostatniego zajścia – wciąż obawiała się, a raczej była pewna, że to niewystarczające kroki.
                     Razem z Dexem ustalili, że w najgorszym wypadku sprzedadzą bajkę o tym, że pobili się na śnieżki, a później zabawa wymknęła się z pod kontroli. Hadley wiedziała, że kilka lat wcześniej ta historia by przeszła. Teraz musiała zdać się na szczęście.
                     Oczywiście też nie omieszkała zapytać go powód wizyty Winsleta pod szkołą. Była to kolejna sprawa, od której dziewczynę zaczynała boleć głowa i też kolejna, którą postanowiła przełożyć na potem. W tej chwili miała o wiele poważniejsze problemy.
                     Jeśli rodzice, Howard i Grace Maxwell, zauważyli haniebny wręcz stan swoich dzieci – a Hadley chcąc nie chcąc podejrzewała najgorsze – to nie zareagowali, a na swój sposób było to o wiele bardziej przerażające. Gorzki deser zostawiony na koniec kolacji.
                     Po wymianie typowych uprzejmości, zasiedli do stołu, a w ruch poszły sztućce i półmiski z pieczenią. Była tak pyszna, że w kącikach oczu stanęły jej łzy; jedzenie przygotowywane przez jej matkę było jedną z rzeczy, z którą najtrudniej było jej się rozstać i na swój sposób Grace wydawała się o tym wiedzieć, bowiem po chwili powiedziała:
                     – Smakuje? Powinnaś częściej wpadać.
                     – Powiem inaczej – przerwał jej ojciec, powolutku siwiejący postawny mężczyzna o gęstych brwiach, nadających jego spojrzeniu ostry wyraz – powinnaś się z powrotem wprowadzić. Byliśmy pobłażliwi przez ostatnie miesiące, ale najwyższa pora stawić czoła własnym błędom i ponieść konsekwencje...
                     I o to jesteśmy, walka wieczoru, runda pierwsza...
***
                     Z każdą kolejną wizytą na siłowni, zaczynała coraz bardziej doceniać boks i swoje zajęcia.
                     Nie chodziło już nawet o zdrowy dla organizmu wysiłek fizyczny, ale o to, co ten wysiłek robił z jej psychiką. Kiedyś uderzanie w worek (albo człowieka), cios za ciosem, wymiana za wymianą, wydawało jej się bezcelowe. Po piątkowej katastrofie, zwanej inaczej kolacją, przepłakała prawie cały weekend z przerwami na zmiany w barze i wydawało się, że nic nie może jej pomóc odzyskać równowagę. Aż do poniedziałkowego treningu, kiedy po dwóch godzinach sumiennego wykonywania poleceń generała Evansa i wylewania z siebie siódmych potów, po raz pierwszy od dawna poczuła się naprawdę spokojna.
                     Nie dało się też ukryć, że jej lepszy humor miał również związek z tym, że pewnego buńczucznego osobnika, ku jej uciesze, a niezadowoleniu trenera, nie było na zajęciach. To z kolei dawało jej dodatkowy czas na ucieczkę przed kolejnymi problemami, dla odmiany nie jej własnymi, a brata. Jednak Hadley miała pewność, że to wkrótce będzie jej problem, jeśli się nim nie zajmie. To jednak nie miało stać się dzisiaj.
                     Tego wieczoru w planach miała kontynuację serialu i obżeranie się lodami.

                     Było już późno, kiedy, odświeżona po prysznicu, wyszła na londyńskie ulice. Przepowiednie synoptyków sprawdziły się i nadeszło lekkie ocieplenie, śnieg niemal całkiem stopniał, przeistaczając się w brązową breję, która bryzgała na wszystkie strony spod kół samochodów. Jednakże to, o czym Ramona Jones – topowa brytyjska pogodynka – nie wspomniała podczas dzisiejszej, wysłuchanej jednym uchem przez Hadley, prognozy, okazało się ulewą, która niespodziewanie spadła na Londyn, pogrążając wszystkich pieszych w wodzie.
                     – Akurat w dzień, kiedy postanowiłam wracać na piechotę – mruknęła do siebie Maxwell i ruszyła biegiem, mając nadzieję, że zdoła pokonać przynajmniej trochę dystansu, nim całkiem przemoknie.
Deszcz jednak tylko przybierał na sile, więc chcąc nie chcąc, Haddy musiała rozejrzeć się za schronieniem. Znalazła je pod fioletowym szyldem kawiarni, spiesząc tak bardzo, że nie zdążyła nawet przeczytać do końca jej nazwy. Wystrój był miły i nazwa pewnie też, ale Haddy była tak przemarznięta, że w tej chwili marzyła tylko o kubku czegoś ciepłego i miejscu przy grzejniku.
                     Ustawiła się w małej kolejce do kasy, jednocześnie przeglądając wywieszoną nad kontuarem ofertę.
                     – Co mogę podać? – Usłyszała i opuściła wzrok, a brwi natychmiast podjechały jej do góry, gdy dostrzegła nikogo innego jak Aarona Winsleta w barwnym fartuchu, co najmniej tak samo zdziwionego jak ona.
                     – Gorącą czekoladę – powiedziała w końcu, jeszcze raz lustrując menu w milczeniu, sprawdzając, czy na pewno ten napój w nim figuruje. – I kawałek ciasta, obojętnie jakiego – dodała.
                     Nie była specjalnie głodna, ale mogła być, zwłaszcza jeśli miała zamiar czekać, aż Winslet skończy pracę. Skoro przewrotny los zesłał jej szansę na szybsze załatwienie spraw, powinna z niej skorzystać.


Ostatnio zmieniony przez Visaerix dnia Wto Lut 13, 2018 7:26 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#12PisanieTemat: Parasolka   Wto Lut 13, 2018 12:02 am

         Widok Hadley, ostatniej klientki w przydługawej kolejce, był największym zwrotem akcji dzisiejszego dnia. Aaron uniósł brew, wpatrując się w jej zaróżowione policzki i wilgotne kosmyki włosów – tym razem zmoczone przez deszcz, nie przez wspólne taplanie w śniegu. Szybko jednak zastąpił cień zdumienia, który niespodziewanie pojawił się na jego twarzy, swoją miną numer trzy, pełną powagi i udawanego profesjonalizmu, zarezerwowaną dla wszystkich gości w kawiarni. Przyjął zamówienie, odłożył pieniądze do kasy i z precyzją przygotował kubek gorącej czekolady, w międzyczasie odkrajając kawałek ciasta dnia, sernika. Jak na dobrą kawiarnię przystało – bez rodzynek.
         Zastanawiał się przez chwilę, czy koleżanka z zajęć boksu nie zjawiła się w Słodkiej Prowansji w celu rozmowy czy zgrywania idiotycznej mediatorki w sprawie pomiędzy jej bratem a Winsletem. Szybko jednak odrzucił tę myśl, mając nadzieję, że nie jest psycholką, a fakt jej obecności w rodzinnej firmie był tylko czystym zbiegiem okoliczności.
         – Gorąca czekolada i firmowy sernik – powiedział, kładąc uroczą, fioletową zastawę na stoliku, przy którym siedziała. –  Życzę smacznego – rzucił możliwie jak najmilszym tonem, jednak pomimo (nie)szczerych chęci Aarona w jego głosie słychać było wibrujące, kąśliwe brzmienie, co nijak współgrało z jego rozkosznym, firmowym outfitem – obcisłym, anielsko białym t-shirtem i obwiązanym nad biodrami fikuśnym fartuszkiem.
         Wrócił do roboty i odpłynął w myślach, pochłonięty całkowicie ścieraniem blatu i ustawianiem na nowo różnorakich pudełeczek z każdym możliwym rodzajem kawy. Nie mógł zrozumieć, jakim cudem jego myśli powędrowały tak daleko. Czy to za sprawą paskudnej wichury, z impetem uderzającej o budynek kawiarni, czy za sprawą zmęczenia po całodniowej harówie, czy przez ciszę, która nagle zapadła. Oprócz starszego pana w okularach i Hadley siedzącej w rogu nie miał już w kafejce żadnego towarzystwa.
         Czuł się psychicznie źle przez to, jak potoczyło się jego życie. Jasne, od początku wiedział, że nie zamierza kontynuować nauki po liceum, ale nie myślał wtedy serio o pełnoetatowej pracy w bistro rodzicielki jako kelnereczka. Na dodatek nie na tyle urocza i atrakcyjna, by dostać choć kilka godnych uwagi napiwków. Chciał stabilnej pracy, przyzwoitej pensji, odbudowania rodzinnych relacji. W zamian dostał przepracowaną mamę, rozchwianą emocjonalnie siostrę, posadę sprzedawcy-kelnera i Hadley Maxwell, która, prawdopodobnie, była skłonna złożyć pozew za pobicie jej brata prędzej czy później. I prędzej czy później niszcząc tym już i tak niekoniecznie udane życie Winsleta.
         – Zaraz zamykamy – mruknął do niej, widząc wskazówki zegara niebezpiecznie zbliżające się do wybicia godziny dwudziestej. Posprzątał nieliczne kupki okruszków walających się po stołach, pogasił światła na zapleczu, by w końcu przepuścić ją w drzwiach, zamknąć rodzinny sklep i oddalić się możliwie jak najszybciej, niknąc w ciemnych uliczkach miasta. Pech chciał, że burza szalała nadal, zacinający deszcz brutalnie smagał jego policzki, prawie na nic nie zdała się przeciwdeszczowa kurtka i duży, czerwony parasol. Mało tego, pani Hadley stała obok niego jak trusia, kuląc się z zimna i ciągle kryjąc się pod neonowym szyldem, jakby mając nadzieję, że za chwilę wyjdzie słońce, zaczną ćwierkać ptaszki, a na niebie pojawi się wielka tęcza.
         Westchnął głośno, patrząc na jej mizerne ruchy. Płynące w jego żyłach gentlemaństwo wygrało, a on, skruszony, uniósł wyżej parasol, częściowo osłoniwszy ją od deszczu. Cholera by to, tak spoufalać się z wrogiem.
         – Jak daleko stąd mieszkasz? Wolałbym dać ci parasol i zostawić samą, ale jak już pewnie zdążyłaś zauważyć, bez pomocy tego czerwonego ohydztwa sam nie wrócę do domu. A szkoda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#13PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Nie Lut 18, 2018 12:11 am

Haddy delektowała się smakiem sernika, a gorący kubek ogrzewał jej dłonie, całkiem zziębnięte od przebywania na dworze. Myślała o wszystkim i o niczym, chwytała się różnych wspomnień, obserwowała klientelę i uwijającego się wokół nich Aarona, kontemplowała wystrój i niezmieniający się krajobraz za oknem, a minuty mijały, obracając wskazówkami zegara.
Oprócz wpatrywania się w przestrzeń, Hadley próbowała zająć sobie czas wymianą smsów z Tessą i przeglądaniem wszystkich stron z memami jakie zdołała sobie przypomnieć, aż w końcu Aaron oznajmił jej, że zaraz zamyka kawiarnię.
Tak też Hadley nie pozostało nic innego jak ubrać się i stanąć w drzwiach w oczekiwaniu na Winsleta. Po sposobie i szybkości, w jaki doprowadzał kawiarnię do neutralnego stanu, dziewczyna wnioskowała, że dosyć mu się spieszyło. Prawie zrobiło jej się przykro, że zamierzała zająć mu jeszcze chwilę, ale im szybciej porozmawiają, tym mniejsza będzie szansa na to, że Dexowi oberwie się za coś czego nie zrobił. I, jakkolwiek odwrotnie mogłoby się wydawać, jej przedłużony pobyt w kawianrni nie miał nic wspólnego z pewnym przeciwdeszczowym przedmiotem, w którego posiadaniu znajdował się chłopak.
Niemniej jednak propozycja jego współdzielenia spotkała się z jej aprobatą.
- Mieszkam w pobliżu i doskonale się składa - zaczęła, przysuwając się w granicach rozsądku, nie bardzo blisko, ale na tyle, żeby woda z parasola nie kapała jej na ramię - bo, jak pewnie się domyśliłeś, chcę z tobą porozmawiać.
Wskazała mu kierunek i ruszyli w dół ulicy. Do jej mieszkania, niewielkiej kawalerki w średnio bezpiecznej okolicy, zamieszkałej w większości przez imigrantów (Hadley miała nadzieję, że legalnych), było niedaleko. Oceniając długość kroków dosyć wysokiego Winsleta, za którym ledwo nadążała, spacer miał im zająć nie więcej niż dziesięć minut.
- Rozmawiałam z Dexem - zaczęła, patrząc na niego z ukosa. - Jeśli zdążyłeś zapomnieć kto to, to jest to mój brat którego chciałeś sprać. Otóż Dex był tak samo zaskoczony twoją wizytą pod szkołą, jak jak ja. Próbowałam poskładać fakty, możesz poprawić mnie jeśli się mylę, ale na ten moment są one następujące - to mówiąc, zaczęła wyliczać na palcach - twoja siostra została zawieszona, mój brat wie za co; ja nie wiem, choć się domyślam. Twoja gonitwa za sprawiedliwością, którą próbujesz wycelować w mojego brata przypisuję temu, że zwyczajnie myślisz, że ją wsypał. - Poprawiła torbę, której pasek uwierał ją w ramię. - Pozwól, że cię oświecę; nie zrobił tego. Ale wiedziałbyś to, gdybyś go zapytał, zanim przeszedłeś do rękoczynów.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#14PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Pon Lut 26, 2018 11:18 pm

         Deszcz kapał miarowo, ulice pustoszały i gdyby nie denerwujący głosik Maxwell gdzieś w tle, mógłby przyznać, że orzeźwiający spacer tuż po pracy nie był znowu aż tak głupim pomysłem. Nie wiedział jednak, co mogło być gorsze – nieprzyjemnie chlupocząca woda w trampkach czy jej pseudo stanowczy głos, taki, jakim Piper często witała go w progu domu. Ton, który z góry informował o wadze danej rozmowy i nucie zrezygnowania z oczekiwanego efektu jeszcze przed tym, nim rozmowa na dobre się zaczęła.
         – Pozwól, że poukładam twoje fakty. – Odczekał z pozornym spokojem na koniec jej przemowy, by powoli zrzucać z siebie maskę parasolowego gentlemana i zastąpić ją inną, bardziej bucowatą i niesympatyczną. – Moja siostra została zawieszona, a twój brat wie za co. Skąd? Bo pośrednio czy bezpośrednio ją wkopał, a teraz próbuje zasłaniać się starszą siostrzyczką, która wie o całej sprawie najmniej ze wszystkich – wyrzucił z siebie, lustrując ją chłodnym spojrzeniem.
         Jej wszechwiedzący ton tylko wzmagał poirytowanie Aarona, obskurna dzielnica, w której się znaleźli, zniechęcała do dalszego spaceru, a deszcz – o ile to było w ogóle możliwe – przybierał na sile. Liczył, że utnie tę niepotrzebną pogawędkę szybciej, niż zdążył się w nią wplątać.
         – Nie spodziewałem się, że jesteś na tyle naiwna, żeby myśleć, że uwierzę pierwszej lepszej dziewczynce na siłę wciskającej mi stos kłamstw. – Powstrzymał się od nazwania jej małolatą, mając na uwadze to, że mogła być niewiele młodsza od niego. Co z tego, że wydawała się dorosła, skoro gadała kompletnie od rzeczy?
         Minuty mijały, a osiedle, które rzekomo było dziesięć minut drogi z kawiarni, nadal się nie pojawiło. Wzdychnął ciężko, rzucając nagle pół żartem, pół serio:
         – Lepiej zapisz tego swojego Dexa na zajęcia z boksu, żeby następnym razem nie wierzgał jak przestraszony szczeniak. Przydałoby się, żeby trenował swoje pięści częściej niż niektóre... – spojrzał na nią z niechęcią, zatrzymując się przed, prawdopodobnie, jej blokiem. – ... baby – dokończył.
         W istocie – maska chama była jego jednym z najbardziej dopracowanych przebrań.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#15PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Sob Mar 10, 2018 4:52 pm

Jezu Chryste.
Jaki ten człowiek jest irytujący, pomyślała, stawiając ciut większe kroki ponad kałużami, o które w szaleńczym i niezmordowanym tempie dudniły ciężkie, zimne krople. Czy on był głuchy? Fakty przez nią podane znajdowały się w idealnym porządku i absolutnie nie było potrzeby cokolwiek więcej z nimi robić. Niemniej jednak wygląda na to, że jeśli Winslet nie przekręci ich po swojemu, to pochoruje się. Jeśli nie na głowę, to na inne części ciała (bo z tym pierwszym już i tak jest coś nie w porządku).
– Jeśli skończyłeś już bełkotać... – zaczęła, prowadząc go w odnogę ulicy, prowadzącą prosto do miejsca jej zamieszkania. – Oboje zgadzamy się w tym, że twoja siostra została wsypana. Jeśli została wsypana, znaczy to, że ktoś ją widział. - Zobaczyła, że Aaron otwiera usta, więc błyskawicznie uniosła do góry dłoń z wyciągniętym wskazującym palcem, na tyle szybko, że prawie musnęła nim jego twarz. - Proszę cię, nie przerywaj mi. Dałam ci twoje pięć minut na mówienie, mimo tego jakie bzdury to były.
– Problemem jest to, że twoja siostra dała się zobaczyć, a mówiąc konkretniej, to z czym dała się zobaczyć. Wiem, że za fajki czy alkohol w tej szkole nie zawieszają, też tu chodziłam. W przeciwieństwie do ciebie nie chcę się bawić w oskarżenia, ale rozważ fakt, że twoja siostra mogła coś brać - to mówiąc, kopnęła znajdujący się na chodniku kamyk, pochodzący z podłużnego pęknięcia. Byli już pod jej blokiem, średnio zachęcającym z wyglądu budynkiem, który niestety, stanowił jej lokum na najbliższe chwile.
– Jeśli Desmond ją widział, dlaczego zakładasz, że tylko on? Czy twoja siostra w ciągu ostatnich miesięcy nie mogła mieć kosy z kimś innym? Znam swojego brata. Nie wsypie nikogo, nieważne jak bardzo tego kogoś nie lubi. Możesz mi wierzyć lub nie, ale na twoim miejscu najpierw pogadałabym z siostrą, a potem zaczęła machać mięśniami, zwłaszcza w stronę niewinnej, jak to błyskotliwie ująłeś, baby.
Miała nadzieję, że zostały w nim resztki zdrowego rozsądku. Inaczej pozostanie jej tylko przewrócenie oczami i położenie na ulicy, żeby umrzeć. Nie wiedziała, czy jej cierpliwość zniesie kolejną porcję prostackiego gadania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#16PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Wto Kwi 03, 2018 12:40 am

         Z każdym jej słowem, choć ciężko było mu się przyznać przed samym sobą, dostrzegał coraz większe luki w swoim lojalnym wobec siostry, aczkolwiek pozbawionym właściwych argumentów rozumowaniu. Pozwolił Haddy mówić, z uwagą obserwując, jak zacinające krople deszczu smagają jej mocno zaróżowioną – podobnie jak wtedy, gdy wysmarował jej facjatę śniegiem – twarz. Jej przyjemny głos sympatycznie rozbrzmiewał wśród nieprzyjemnego otoczenia, a tor rozmowy niebezpiecznie zbiegał na temat tabu. Nie dał rady dalej słuchać – przerwał jej w momencie, gdy wspomniała o domniemanej ćpuńskiej sytuacji, w którą mogła być zamieszana jego młodsza siostra.
– Nie uwierzę w to, że Leah coś brała – stwierdził kategorycznie. – Wątpię, żeby widziała marihuanę gdzieś indziej niż w internecie czy na bluzach zbuntowanych nastolatków, nalegających na legalizację marychy. Dlatego nie jestem skłonny nawet sobie wyobrazić, żeby dealowała za szkołą czy kupowała zielsko od dealerów-ósmoklasistów.
Fakt, często ją wybielał. Prawdą było też to, że wszystkie jej humorki bagatelizował, a dziewczęce zachcianki – w miarę możliwości – spełniał wspólnie z mamą. Winę za jej płacz zrzucał na ciężką sytuację finansową i obarczał nią ojca, który (pomimo tego, że Piper odeszła od niego siedem lat temu) potrafił pojawić się niespodziewanie, w sekundę burząc budowany przez kilka lat rodzinny spokój. Mimo wszystko znał ją zbyt dobrze i wiedział, że nie mogła zostać słusznie zawieszona w prawach ucznia. Nawet jeśli z każdym dniem się od siebie oddalali, ciągle była tylko jego młodszą, bezbronną siostrą. Bezbronną, ale nie głupią.
– Porozmawiam z nią – podsumował wszystko krótko, odwracając się do Haddy plecami, powoli idąc w stronę, z której przyszedł. Czekał go intensywny spacer w deszczu, który – i ile to było w ogóle możliwe – przybierał na sile. Rzucił na pożegnanie tylko jedno zdanie. Nie widział, czy była to próba nieudanego komplementu, czy po prostu czysta złośliwość.
– Jak na b a b ę... – zaakcentował. – ... nie gadasz tak całkiem od rzeczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Visaerix

avatar

Liczba postów : 8
Join date : 27/06/2017
Age : 21

#17PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   Pią Cze 01, 2018 7:31 pm

Haddy również nie mogła mówić o całkowitej pewności, że jej racja jest słuszna, ale było to niebagatelnie mniejsze od czarnej dziury w rozumowaniu Aarona. Trzeba było to tylko chłopakowi uświadomić, że ślepa lojalność wobec jego siostry na pewno nie doprowadzi go do prawdy. Nie, jeśli siostra była uczącą się w szkole średniej nastolatką.
Maxwell nie oczekiwała, że osiągnie spekakularny sukces i od razu przemówi chłopakowi do rozsądku. Aaron był mało podatnym gruntem, na które wpierw trzeba było rzucić ziarno, a potem modlić się o deszcz, który je ożywi. Dlatego też ucieszyła się, słysząc pierwszy pomruk zgody, przebijający się przez - jak na ironię - ulewę. Nawet, jeśli kryła się w tym pewna doza przekory.
- A ty nie jesteś takim neandertalczykiem na jakiego wyglądasz - pomachała mu i zniknęła za masywnymi obdartymi drzwiami w kolorze brązu.
Klatka była ciasna i nie pachniało w niej dobrze. Pora roku była taka, że coraz częściej społeczności bloku o numerze 47 zdarzało się miewać dodatkowych lokatorów.
"Dokładnie tak, jakby sami mieszkańcy byli porządni..." - Haddy pomyślała z przekąsem, wspinając się po schodach, krok za krokiem, nieubłaganie w stronę czwartego piętra. Zbiorowisko ludzi zamieszkujące to osiedle stanowiło o bogactwie kulturowym Londynu - oprócz bogactwa przekroju niższych klas społecznych Brytyjczyków, większość stanowili imigranci wszelkiej maści o najróżniejszych kolorach skóry. Była to mieszanka tak wybuchowa i niebezpieczna, że Maxwell nie miała już nawet siły dziwić się, że nie stało się jeszcze nic poważniejszego od zalania. Na szczęście wspomniany problem ją ominął.
Haddy osiągnęła drzwi swojego lokum po krótkim marszu i otworzyła je ciężkim kluczem. Ciężko było nazwać to mieszkaniem, a nawet określenie "ciasna kawalerka" nie oddawało sprawiedliwości mikroskopijności tego miejsca. Czasem kiedy w kawiarni nie było ruchu zdarzało jej się przeglądać przyniesione przez szefową lub Tessę magazyny. Widziała wiele artykułów o tym jak w pomysłowy sposób zagospodarować maleńkie wnętrza, żeby były funkcjonalne i estetyczne, ale tutaj było po prostu cholernie ciasno i niepraktycznie. Każdego dnia walczyła, by nie zabić się o kanty mebli zajmujące każdy wolny kąt klitki, które nie były jej w żaden sposón potrzebne, bo niemal nie miała swoich rzeczy. Bywały takie dni, kiedy w trakcie swojej porannej kawy przed praca miała kilka minut ekstra, podczas których spacerowała po skrzypiącej podłodze i śmiała marzyć, jak przerobiłaby to wnętrze, gdyby miała na to środki (nie wspominając już o chęci pozostania w tej okolicy).
Nie byłby to jednak taki dobry pomysł i wiedziała o tym doskonale.
Dziewczyna zrzuciła buty i ubrania i zawędrowała pod prysznic, modląd się o to, żeby zawór z ciepłą wodą nie szwankował i pozwolił jej zmyć z siebie poruszające sam szpik jej kości zimno, na którym spędziła ostatnie minuty.
Jutro czekały ją dwie zmiany i jeśli chciała je przeżyć, musiała się wyspać, a natłok myśli, które wirowały jej w głowie nie wróżył niczego podobnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sempiterna

avatar

Liczba postów : 10
Join date : 28/06/2017
Age : 18

#18PisanieTemat: Pozorna monotonia   Czw Sie 16, 2018 12:01 am

         Z dnia na dzień robiło się coraz chłodniej, a monotonia wgryzała się w Aarona przenikając jego ciało do szpiku samych kości. Z ręką na sercu mógł stwierdzić, że podczas dwóch ostatnich tygodni nie zdarzyło się nic, co warte byłoby zapamiętania czy chociażby minimalnej uwagi. Wstawał, jadł, szedł do pracy, wracał z pracy, szedł na trening, brał prysznic, spał. Jeżeli zajęcia akurat się nie odbywały (początkowo stwierdził, że w zamian będzie biegać - po pierwszym kilometrze jego czerwony, odmrożony noc ukrócił mu każde następne podejście), spędzał czas na szukaniu nowych rękawic. Leah też była jakaś cichsza niż zazwyczaj. Nie pyskowała do Piper, nie poruszała tematu powrotu do szkoły po jej miesięcznym zawieszeniu, w ogóle mało co się odzywała - jeśli już o coś zapytała, to o to, co miała kupić w sklepie.
         Jedynym, co choć częściowo mogło eliminować resztki ospałości z jego życia, były treningi. Oprócz felernego dnia, gdy zastępował Piper w kawiarni, nie opuścił ani jednej okazji, by masakrować czy to worek, czy to tarczę, którą akurat trzymał Adam. Ten sam Adam, który z wkurwiającego stał się lekko irytującym partnerem od boksu. Póki co rzeczą, która jako tako sprawiała, że Aarona miał do niego jakiś tam szacunek, był fakt, że obydwoje w każdy cios wkładali mnóstwo energii. Nie oszczędzali się, swoich knykci czy twarzy. Początkowo bili na oślep, z czasem każdy cios wydawał się przemyślany. I chociaż ich technika leżała, jak leżała, nie można było odmówić im zapału, który zamiast gasnąć, stawał się coraz większy z każdym kolejnym dniem.
         Ominęła go pierwsza fala sparingów. Trener, jak zresztą można się było spodziewać, odmówił nowikom walk z sąsiednią drużyną bokserską, dając jasno do zrozumienia, że nie mają na co liczyć zanim nie stopnieje londyński śnieg. Ich umiejętności w większości były poniżej przeciętnej - wystawiając ich na ring, trener-socjopata skazałby się tylko i wyłącznie na ośmieszenie. Aaron nie wracał do domu w szczególnie złym humorze. Wiedział, że nie jest gotowy na więcej niż nieudolne ciosy w rękawice Adama - a przynajmniej nie w najbliższym czasie. Patrzył na wszystko dziwnie trzeźwym wzrokiem. Podwórkowe bijatyki nijak miały się do bokserskich sparingów - tu bardziej niż siła liczyła się wytrzymałość, szybkość i zwinność. Umiejętności unikania ciosów i wyhaczenia luki, którą atakowało się szybciej, niż przeciwnik zdążyłby osłonić. Aaron nie łudził się, że przetrwałby choć dwie minuty pierwszego sparingu ze swoimi umiejętnościami zwanymi wal ile fabryka dała.
         Nie był więc specjalnie niezadowolony, gdy zbliżał się do mieszkania. Piper siedziała w kawiarni, śnieg błyszczał na chodniku, a chłopak oddychał szybko, próbując uspokoić potreningowy, przyśpieszony oddech. Sunął powoli po schodach, kolejny raz psiocząc w myślach na mieszkanie, które ze wszystkich pięter znajdowało się właśnie na ostatnim. Początkowo nic nie wzbudziło w nim większych podejrzeń - dopóki nie zobaczył lekko uchylonych drzwi, a zaraz potem do jego uszu nie doszedł dziewczęcy pisk - jego siostra wrzeszczała tak, że dłonie Aarona mimowolnie zacisnęły się w pięści. Szarpnął za drzwi i od razu wpadł do salonu, skąd dochodziły krzyki po czym... stanął jak wryty. Wszystkie szuflady były powywracane do góry nogami, siostra płakała histerycznie na kanapie, a wielki, dwumetrowy mężczyzna przewracał nerwowo kasetkę z biżuterią Piper, która stała na jej dębowej toaletce. Ich spojrzenia spotkały się, a chwilę później leżeli już na podłodze - szamocząc się i tłukąc, wszystko w akompaniamencie zrozpaczonych krzyków Leah. Miał ochotę go zabić, mimo że dla niego umarł już pięć lat temu. Chciał go sprać, skopać i wrzucić do pobliskiego rowu, by raz na zawsze pozbyć się szumowiny, która zmąciła spokój jego rodziny. Bił pięściami na oślep, z czystą chęcią mordu w brutalny sposób zmieniał rysy twarzy swojego, pożal się Boże, ojca.
         Nie był już chuderlawym piętnastolatkiem, ale mimo wszystko ojciec również posiadał w sobie resztki dawnej krzepy - tej samej, która ujawniała się, gdy prał Piper za najgłupsze przewinienie. Tej samej, która uaktywniała się, gdy chlał na umór, przynosząc wstyd i strach każdemu członkowi rodziny.
Aaron nie mógł uwierzyć, że ojciec miał czelność pojawić się w domu - i to jeszcze w poszukiwaniu pieniędzy, czego chłopak domyślił się od razu po zobaczeniu otwartej kasetki z perłami.
I wtedy dostał w łuk brwiowy, na tyle mocno, by w jednej chwili stracić wzrok - krew spłynęła mu po twarzy, ograniczając pole widzenia prawego oka. Nie odpuszczał, wziął zamach, a jego prawa pięść, wymęczona półtoragodzinnym treningiem, wylądowała na szczęce ojca. Przeturlali się po dywanie raz jeszcze, słysząc wrzaski Leah, grożącej telefonem na policję. Nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się znów w pozycji stojącej, a w zasadzie kiedy Aaron przyparty został do ściany, dostając kolejne uderzenie, ponownie w łuk brwiowy.
- Nienawidzę cię - wycharczał chłopak, by zaraz potem czuć, jak uścisk na jego klatce piersiowej stopniowo maleje. Ojciec zabrał rękę, cofnął się o krok i rozejrzał nerwowo - telefon ściskany przez Leah przywrócił mu trzeźwość umysłu - wycofał się bowiem i opuścił dom, rzucając złowieszcze "jeszcze się spotkamy" na pożegnanie.
         Otumaniony, zmęczony i przygnieciony irracjonalnością tego krótkiego zdarzenia, padł na kolana, a chwilę potem znalazła się przy nim Leah z miską zimnej wody, ścierką, plastrami i wodą utlenioną. Nim zdążyła go dotknąć, powiedział tylko:
- Piper nie może się o niczym dowiedzieć. - Po czym oddał się w ręce siostry, prosząc tylko o to, by szycie łuku brwiowego nie okazało się konieczne.
*^*

         Ukrywanie zdarzenia przed Piper było trudniejsze, niż się spodziewał. Wiedział, że póki co Leah nie puści pary z ust, ale nie dawało mu to żadnej przewagi. Stan jego twarzy był  na tyle tragiczny, że sama matka, słysząc bajeczkę o wyjątkowo trudnym sparingu, kręciła zmartwiona głową, jak gdyby czekając, aż Aaron sam się przyzna. Nie drążyła zbyt mocno, ale z uwagą lustrowała kondycję jego prawego policzka i brwi. A prezentowała się ona iście katastrofalnie.
I pomyśleć, że do wszystkiego doszło dlatego, że Leah nie zamknęła mieszkania na klucz - myślał z odrazą w drodze na trening. Jedno zdarzenie doszczętnie zniszczyło poczucie bezpieczeństwa - nie tylko u siostry, ale też u niego. Pluł sobie w brodę za to, że mimo wszystko to nie on był górą. Że ciosy, chociaż liczne, wciąż były za słabe. Właśnie z tego względu pędził na trening niecałe dwa dni po tym zdarzeniu. Wiedział, że zarówno trener jak i Adam mają stan jego twarzy na tyle głęboko w dupie, by nawet nie zahaczać o temat jego pokiereszowanej buźki. Wysmarowany grubą warstwą maści i z białym plastrem przyklejonym przy prawej skroni, wkroczył na salę treningową - nie wiedząc jeszcze, że jego partner od boksu wylądował w szpitalu z powodu ostrego zapalenia wyrostka robaczkowego. A nowym towarzyszem od trzymania tarczy miał zostać nie kto inny, jak najbardziej irytująca baba w całym ośrodku - Hadley Maxwell.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Sponsored content




#19PisanieTemat: Re: Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]   

Powrót do góry Go down
 
Twist of fate [dwie osoby, obyczajowe, romans]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: