IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Mar 27, 2017 7:57 pm

Wplątany w aranżowane małżeństwo mężczyzna ucieka z rodzinnego miast i domu.

 Jego pragnienie wolności zaprowadza go w towarzystwo kogoś skrajnie innego od siebie,

 lekkoducha i buntownika z wielkiego miasta. Kogoś, kto całe życie miał wszystko na co on 

nie mógł sobie pozwolić.
> lekkoduch z miasta - @Voldemort

> ucieśniony paniczyk - @Dijira
>poprawność ortograficzna, interpunkcyjna, językowa, merytoryczna no ogólnie każda 

>estetyka Karty Postaci

>pilnujemy się regulaminu forum
>dłuższa nieobecność jest poprzedzona poinformowaniem o tym

>odpisy przynajmniej dwa razy w miesiącu

>w Karcie powinny się znaleźć jakieś ciekawostki etc.

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Czw Sie 31, 2017 12:58 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Mar 27, 2017 8:25 pm

I M I Ę | lucien emmanuel

N A Z W I S K O | royer

W I E K | dwadzieścia pięć lat

D A T A  N A R O D Z I N | trzeci kwietnia

Z O D I A K | baran

P Ł E Ć | mężczyzna

O R I E N T A C J A | biseksualna

K O L O R  O C Z U | zielono-niebieskie

K O L O R  W Ł O S Ó W | blond

W Z R O S T | sto osiemdziesiąt osiem centymetrów

W A G A | siedemdziesiąt dwa kilogramy

C E R A | bez skaz, nieskazitelna, blada

S Y L W E T K A | wyprostowana, pełna gracji i sprężystości

Z N A K I  S Z C Z E G Ó L N E | kolczyk w języku
>> Jest początkującym aktorem i doświadczonym tancerzem baletowym. <<

>> Pochodzi z dobrego domu jednak, gdy ukochany ojciec niespodziewanie zmarł - Lucien postanowił się wyprowadzić, nie potrafiąc dłużej mieszkać w domu z matką i rodzeństwem. <<

>> Jest uzależnionym od kawy palaczem. Dzień bez kawy i kilkunastu papierosów  to żaden 
dzień. <<

>> Mieszka w niewielkim mieszkaniu w centrum miasta, które jest przytulnym poddaszem. <<

>> Jego współlokatorem jest czarny kot orientalny - Ilja. <<

>> Ma dwójkę rodzeństwa - młodszego o rok brata Mathieu oraz starszą o dwa lata siostrę Victoire. <<

>> Ma francuskie korzenie - matka i ojciec pochodzili z Paryża. <<

>> W tym roku wznowił studia. <<

>> Był notowany za posiadanie narkotyków i kilka innych wykroczeń. W więzieniu nie siedział, ale rezultatem złamania przez niego prawa było wydalenie ze szkoły. Kilkukrotne. <<


>> Pracuje w kilku miejscach na raz i chodzi na zajęcia taneczne oraz na próby teatralne. Jednym z jego stałych i niezmiennych od pewnego czasu miejsc pracy jest bar, a pracuje w nim jako barman. <<

>> Studiuje kierunek sztuk pięknych na Uniwersytecie Londyńskim. << 

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Czw Sie 31, 2017 12:53 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Mar 27, 2017 8:49 pm











Imiona:Arthur SebastianNazwisko: Campbell
Data urodzenia:18 majaWiek: 26 lat
Płeć:mężczyznaOrientacja: homoseksualny  Stan cywilny: żonaty
Schorzenia:przewlekłych brak
Zawód:Asystent Wykładowcy Literatury Staroangielskiej na Uniwersytecie LondyńskimUkończona uczelnia & kieruneki:Oxford University & Prawo oraz Literatura Angielska
Pochodzenie:Argyll, SzkocjaMiejsce zamieszkania:Londyn, Wielka Brytania
Rodzina:rodzice: matka - Livia(54 lat); ojciec - Lord Thomas Richard Campbell(56 lata); rodzeństwo: siostry - Agnes (22 lata) i  Lauren(22 lata); żona - Amelia (24 lata)  







Wzrost:183 cmWaga:w  normie
Kolor oczu:szare z żółtymi plamkamiKolor włosów:ciemnobrązowy
Cera:blada, bez opalenizny
Sylwetka:szczupła, wysportowanaZnaki szczególne: │ │







- Wywodzi się ze starej rodziny o arystokratycznych korzeniach leżących gdzieś w średniowieczu. Starej i bardzo bogatej, dodajmy, bo przodkowie Arthura założyli firmę produkującą najpierw części do urządzeń mechanicznych, a potem komputery. Dobrze prosperująca firma jest sporą siłą na rynku światowym, a rodzina... Ciągle mieszka w wielkim, zimnym zamku, w górach, w Szkocji.
- Jego żona, Amelia, jest córką ważnego walijskiego polityka, członka Izby Lordów. Małżeństwo zostało zawarte z inicjatywy ich rodziców i było planowane właściwie od kiedy, mieli po kilka lat i miało przynieść obopólne korzyści, takie jak połączenie dwóch ogromnych majątków i utrzymanie w rodzinie krwi szlacheckiej. Problem pojawił się kiedy, owszem, ślub się odbył, ale w pół roku po nim, Arthur zniknął bez słowa.
- Wyjechał do Londynu, gdzie stara się rozpocząć nowe życie, z dala od rodzinki, za którą delikatnie mówiąc nie przepada. Taka ucieczka, co prawda nie rozwiązywała żadnych problemów, ale nie miał pojęcia co innego zrobić.
- Mówi w pięciu językach, nie licząc angielskiego. W szkockim galic'u, po francusku, holendersku, chińsku i arabsku.
- Pracuje w zupełnie innym zawodzie, niż kiedykolwiek zamierzał... Ale podoba mu się to. Naprawdę mu się podoba, zwłaszcza, że pierwszy raz może robić to, co naprawdę chce, choć wciąż nie do końca rozumie, jakim cudem dostał tą robotę, bo towarzyszył temu dziwny splot wypadków.
- Uwielbia czerwoną herbatę, patrzeć w gwiazdy i czytać, a nienawidzi... Wstawać wcześnie rano, białej czekolady i kawy.
- Na uniwersytecie studiował równolegle dwa kierunki. Jeden, na którego wybór naciskała rodzina (prawo) i drugi, tylko i wyłącznie z pasji.
- Kiedy się zdenerwuje/upije zaczyna mówić z wyraźnym, szkockim akcentem.
- Wynajmuje małe mieszkanie, niedaleko od uniwersytetu, na spółkę z asystentem jakiegoś profesora matematyki. Nie dogadują się zbyt dobrze.








Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Mar 27, 2017 9:04 pm

[....a lot was going on here previously...] 

Westchnął głośno, wypuszczając powietrze z napięciem przez zęby, gdy spomiędzy ust Arthura wyrwał się oddźwięk przyjemności. Lucien miał wrażenie, że mógłby dojść od samego patrzenia na chłopaka, samych dźwięków, które wydawały jego usta. Arthur był niemożliwie niewinny, ujmujący i – jakkolwiek by się sam nie zapierał – piękny. 
Ostatecznie to właśnie granica wytrzymałości, na którą zaprowadziły go reakcje Arthura, skłoniła Luciena do tego, by się nieco bardziej ośmielić. Na jego usta wkradł się momentalnie nieco bardziej niż kiedykolwiek sugestywny uśmiech.

Jego usta przylgnęły do szyi Campbella i następnie poczęły sunąć coraz niżej i niżej aż dotarły do jego podbrzusza. Tam jego zęby lekko drażnić poczęły delikatną skórę chłopaka, a język na zmianę z wilgotnymi wargami muskał miejsca ugryzień, by przynieść ulgę. 

Lucien zwolnił nieco ruchy dłoni, wiedząc, że Arthur długo już nie wytrzyma. Royer nie wiedział nadal jak daleko może się posunąć w zbliżeniu z Campbellem. Uniósł wzrok na chłopaka, ażeby przekonać się czy ten nadal nie zechce się wycofać. Nic na to nie wskazywało. Arthur wyglądał… na zadowolonego. 

Royer nadal dłonią obejmował prącie chłopaka jednak tym razem zamiast przesuwać po nim ręką, przysłonił ów do swoich ust. Przesunął po całej długości językiem, a następnie koniuszkiem tegoż popieścił główkę męskości Arthura. W następnej kolejności wsunął członek kochanka do wnętrza swoich ust. Oplatając chłopaka ciepłym językiem, zaczął po chwili ruszać głową – najpierw powoli, później przyśpieszając brał go głęboko.
Jego wzrok nadal spoczywał na obliczu Arthura.
Smak Campbella w jego ustach i widok chłopaka podniecił go możliwie jeszcze mocniej. 


Mogli być pijani, mogli nie być pewni, mogli nie być odpowiedzialni, ale Lucien był przekonany, że ani sekundy tego zbliżenia nie będzie żałował.
Każda chwila i każde najcichsze westchnienie Arthura liczyły się dla niego równie mocno. 

Odsunął usta od męskości Campbella i z powrotem pochylił się nad jego twarzą, sięgając dłonią do prącia i delikatnie nadal doprowadzając Arthura na jeszcze dalszy skraj szaleństwa.
Jego wargi zachłannie wpiły się w te chłopaka, łączą swoje własne usta z tymi drugimi w czułym pocałunku.
  – Nie dochodź jeszcze – wyszeptał ledwo słyszalnie Lucien wprost na usta Campbella. 
Po chwili puścił prącie Arthura, by sięgnąć do szafki przy łóżku po potrzebne rekwizyty. Owymi okazały się być prezerwatywa oraz żel.

Naparł na chłopaka, unosząc jego biodra nieco do góry i rozchylając bardziej nogi. Wycisnął nieco żelu na palce i zbliżył je do wejścia Arthura. Nadal jeszcze nie wkładając ich do środka, jedynie nawilżał zimnym żelem brzegi wejścia. Jego czoło opierało się na tym Campbella, zaglądając w oczy chłopakowi, szukając wątpliwości, bo przecież… Lucien wciąż znalazłby w sobie tyle siły by wycofać się nawet teraz.
  – Arthur – wydyszał cicho blondyn, przymykając powieki i uśmiechając się delikatnie. 
Następnie wsunął do wnętrza Campbella jeden palec.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Wto Mar 28, 2017 5:20 pm



Ciszę w pokoju przerywał tylko szelest miękkiej pościeli i dźwięk dwóch z każdą chwilą coraz bardziej przyspieszonych, coraz cięższych oddechów, choć Arthur był gotów się założyć, że jego serce obijało się o klatkę piersiową tak mocno, że zagłuszało każdy z nich. Ale w jego uszach wszystko brzmiało jakby głośniej, bardziej rezonująco, silniej, nawet rzadkie szepty górującego nad nim Luciena. Bardziej obezwładniające. Jakby nie wystarczało, że całkowicie się poddawał temu, co Francuz robił, nie będąc w stanie ruszyć małym palcem. Tym razem nie chodziło o paraliż ze zdenerwowania, co czasem się zdarzało – alkohol pomógł w tym, by jakiekolwiek jego ślady wyparowały. Nie. Tym razem to było… Inne uczucie. Nie w złym tym tego znaczeniu, ale najbardziej adekwatnym opisem na jaki mógł się w tej chwili zdobyć było stwierdzenie, że czuł się tak, jakby całe jego ciało płonęło. Nie żeby jakiekolwiek określenie dostarczone przez Arthura w tym momencie było przemyślane, czy logiczne – w mózgu miał jedną, wielką, rozmytą pustkę, którą próbowały zapełnić tylko i wyłączne bardzo jednoznaczne, nie do końca uformowane myśli.
Gorące, wręcz rozpalone usta Luciena przywarły do jego szyi i powoli, nim zdążył się zorientować, do czego właściwie Royer może zmierzać, zaczęły zjeżdżać niżej, zostawiając po sobie ślad gorących pocałunków, aż w końcu dojechał do podbrzusza, które to zaczął drażnić, przejeżdżając zębami po skórze – sam Arthur miał wrażenie, że odczuwa to dużo, dużo bardziej niż teoretycznie powinien. Że doświadczenie jest w jakiś sposób wzmocnione – najpewniej przez jego własne podniecenie, fakt, że minęło dużo, dużo czasu, od chwili, w której ostatnio z tym był i to, że jakby nie patrzeć – nawet jeśli na początku starał się do tego nie przyznawać nawet przed samym sobą, Lucien cholernie go pociągał, a od kiedy przestał sam siebie oszukiwać (przynajmniej w tej kwestii), było to wręcz zbyt rzeczywiste.
Stłumiony okrzyk wydarł mu się z gardła, gdy nagle poczuł na sobie ciepły język Royera. Ciałem Szkota wstrząsnął potężny dreszcz przyjemności, a on odrzucił głowę do tyłu, zaciskając dłoń na pościeli. A Lucien… Lucien na tym nie poprzestał i zaraz wziął Arthura w swoje usta, na co ten cały się spiął, zwalczając odruch poruszenia biodrami, nie chcąc zrobić czegoś nie tak jak trzeba, nie chcąc odstraszyć Royera. Policzki, a może nawet wręcz całe ciało paliło go żywym ogniem, na czole zaczynały perlić się kropelki potu - prawdę mówiąc jego samokontrola w tej chwili, nie była najlepsza – wręcz zerowa, nie licząc tego, ze udało mu się pozostać we względnym bezruchu, a działania Luciena jeszcze ją zmniejszały, całkowicie go jej pozbawiając. Nie potrafił pojąć do końca, co się właściwie dzieje, ani jakim cudem znaleźli się w takiej, a nie innej sytuacji. Wszystko było jakby przytłumione przez wszechogarniające go pożądanie, potrzebę… Sam nie był właściwie pewien czego.
Miał wrażenie, że jak tak dalej pójdzie to zaraz oszaleje (jeśli już do tego nie doszło). Albo mózg mu zlasuje. A najpewniej oba naraz.
Jęknął tylko cicho, w odpowiedzi na szept tancerza, nie będąc w stanie wydobyć z siebie słowa. Był tak podniecony, że aż bolało, ale starał się powstrzymać… Przedłużyć tę chwilę.
Podążył rozbieganym, zamglonym spojrzeniem za ruchem Luciena i nie spuścił już wzroku z sylwetki chłopaka, chłonąc wręcz widok zawieszonego nad sobą ciała. Francuz… Się uśmiechał. Delikatnie. Ledwie zauważalnie. I wyglądał przy tym tak niesamowicie pięknie, a jego ruchy kryły sobie w taką grację, że gdyby Arthur był w stanie złapać normalny oddech, to pewnie ten zamarłby mu w piersi, zwłaszcza, że chociaż teraz niebieskie oczy Luciena, to wcześniej, cały ten czas patrzył na Arthura, tak jakby ten ostatni… był czymś godnym, wartościowym. Czymś, czego nie tylko się pożąda, ale też… co się szanuje. I po raz pierwszy w życiu sam Campbell miał ochotę to zaakceptować i w pełni uwierzyć, że ktoś może postrzegać go w taki, a nie inny sposób i że jest to zupełnie naturalne, że nie należy się powstrzymywać – a przynajmniej nie dlatego, że twoje pragnienia są „nienormalne i niemoralne”, czego przekonanie do tej pory zawsze mu towarzyszyło.
Royer dawał mu tego wieczoru wiele okazji do wycofania się. Do ucieknięcia, przerwania, zatrzymania tego co się działo. Ale Arthur… Nie chciał nic zatrzymywać. Nie wcześniej, nie w tamtej chwili. I nie chodziło tylko o to, że był w tej chwili podniecony wręcz do granic możliwości, ani o to, że był pijany – bo kiedy tak przez moment po prostu patrzył na Royera zapominając na sekundę nawet o własnym, trawiącym go pragnieniu, naszła go bardzo trzeźwa myśl – że nawet jeśli nie powinni, nawet jeśli to tylko alkohol, a za kilka dni Lucien zacznie go nienawidzić i nigdy więcej nie spojrzy w jego kierunku – to to nie był błąd. Owszem, będzie miał wyrzuty sumienia, bo zdawał sobie sprawę, że w tej chwili na swój sposób wykorzystuje Royera, ale… W głębi duszy nie będzie tak naprawdę żałował. I skoro to miał być jeden, jedyny raz… To równie dobrze, mógł wyciągnąć z tego jak najwięcej – i dać jak najwięcej Royerowi.
Zaraz uniósł delikatnie dłoń, by przejechać po policzku blondyna, ignorując przy tym fakt, że nagle jego oczy dziwnie zwilgotniały z rozczulenia. Wzdrygnął się lekko, czując jak chłodny żel styka się z rozgrzaną skórą.
-Lucien –[/i]odszepnął brunet drżącym głosem. Spiął się jeszcze mocniej, gdy tylko palec Luciena znalazł się w Arthurze. Charakterystyczne uczucie powolnego rozciągania, wtargnięcia czegoś obcego do środka na moment go oszołomiło (naprawdę minęło dużo czasu od kiedy z kimś był) i zacisnął ręce mocniej na pościeli, starając rozluźnić… I po chwili mu się udało, na tyle, żeby posłać Lucienowi uśmiech, który miał tamtemu pokazać, że wszystko jest w porządku, nawet jeśli Arthur potrzebuje chwili, żeby się ogarnąć i przyzwyczaić. –To było… dużo czasu-wydyszał w ramach wytłumaczenia, dziwiąc się sam sobie, że jego usta opuściło cokolwiek innego niż niezrozumiały bełkot.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Kwi 13, 2017 1:15 am

Lucien i Arthur kochali się przez następne kilka godzin, dopiero na chwilę przed świtem wreszcie czując się zaspokojonymi w kwestii wzajemnej bliskości. Może po prostu nie mili już siły się ruszyć.
Obydwaj dali sobie… nieźle popalić. W tym pozytywnym znaczeniu.
Zarówno dla Arthura jak i Luciena zapewne miało pozostać to zbliżenie jednym z najbardziej pamiętnych w całym życiu.

***

Lucien rozchylił wreszcie lekko opuchnięte powieki, a gdy spróbował unieść głowę ponad wysokość, na której się znajdowała – zafundował sobie tym samym przejmujący ból.
Coś musiało go obudzić.
Lucien począł się rozglądać za źródłem zakłóceń jego snu.
I zobaczył jego.

Arthur był w pełni ubrany. Zakładał buty w momencie, gdy spojrzenie oczu Luciena dosięgło jego własnego.
Wpatrywali się w siebie przez chwilę bez słów, zastygnięci w bezruchu. Lucien wyglądał na zupełnie pozbawionego jakiegokolwiek przejęcia, co było oczywiście mylnym wrażeniem, a Arthur na zaskoczonego i… przerażonego.

Uświadomienie sobie zamiarów Campbella przyszło Lucienowi z tak ogromną łatwością, jak bólem. Nie odzywał się jednak, nie powstrzymywał Arthura. Jedynie milczał, podpierając swoją półnagą sylwetkę na łokciach w pozycji nadal poziomej.
Do wykrztuszenia z siebie czegokolwiek zmusiło go jednak zniecierpliwienie. Za długo trwało to zawieszenie w przestrzeni i trwanie w ciszy.
 – Idź stąd – mruknął Royer zachrypniętym głosem, tonem jeszcze bardziej przez to szorstkim bardziej niż normalnie, gdy jego głos był pozbawiony tej chrypy. – Idź – powtórzył, gdy Arthur nadal się nie ruszał.

Campbell nie wychodził nawet, gdy minęło pare następnych, bardzo długich sekund. Lucien jednak nie miał zamiaru wpatrywać się w chłopaka przez cały dzień, dlatego westchnął i wrócił do pozycji leżącej, odwracając się do Arthura plecami.
Bo nie tego spodziewał się po kimś, komu był w stanie oddać się w zupełności i bez opamiętania.

Na ziemi zalegało potłuczone szkło, dawniej tworzące naczynia spokojnie schnące na suszarce przy zlewie kuchennym jej matki.
 – Jesteś pieprzonym psycholem, Royer! – krzyknęła dziewczyna, wymachując groźnie telefonem w kierunku blondyna. – Dzwonię po policję!
 – I co im powiesz?! – warknął mężczyzna i zrobił krok w jej kierunku, gniotąc podeszwami butów szkło.
 – Nie zbliżaj się do mnie – syknęła. Dużo się kłócili, często obrywali od siebie ciężkimi przedmiotami. Tym razem było jednak inaczej. Żadne z nich nie miało zamiaru ustąpić i tym razem… Royer miał powody ku temu, by nieco być zdenerwowanym (albo tylko on tak sądził).
 – Bo co mi zrobisz? – spytał chłopak szyderczym tonem i zrobił kolejny krok w jej kierunku, ona się cofnęła.
Próbowała wybrać numer alarmowy jednak blondyn był szybszy. Wyrwał jej z ręki telefon i rzucił nim wściekle o ścianę. Ona krzyknęła z przerażenia.


Ostatecznie wylądował na pogotowiu z kawałkiem szkła tkwiącym w ramieniu. Dziewczyna i jej rodzina nie wnieśli oskarżenia. Postarali się jedynie o zakaz zbliżania.
Lucien miał ich wtedy już parę.
Nie czuł się tym zatem poruszony. Ani też specjalnie skrzywdzony.
Dzisiaj już wiedział, że miał wiele szczęścia. Za coś takiego mógł wylądować w szpitalu dla psychicznie podziurawionych.
Dlaczego tak się wówczas zachował? Najwyraźniej zbyt mocno bał się samotności. Bał się tego, co się z nim stanie, gdy ta dziewczyna go zostawi.
Teraz, wiedząc, że za jego plecami nadal tkwił w bezruchu Arthur – nawet nie rozważał kolejnego wybuchu. Był zbyt zrezygnowany, żeby walczyć. Poza tym… nie potrafiłby skrzywdzić Campbella.
Wszystko wskazywało na to, że go ko…
Zresztą – nieważne, co czuł. Powinien o tym jak najszybciej zapomnieć.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Kwi 13, 2017 11:04 pm


To nie tak miało być. Zupełnie nie tak.
Arthur… Miał plan. Dopracowany w każdym, najdrobniejszym szczególe. Wiedział, że zwleka z jego wykonaniem. Że pozwala sobie cieszyć się Lucienem zbyt długo, że jest samolubny, niesprawiedliwy i że to źle o nim świadczy.
Ale mimo wszystko… Mimo tego jego zapatrzenia siebie, mimo tego powolenia sobie na chwilę niczym niezasłużonego szczęścia i… Normalności… Wszystko zmierzało do jasno określenego celu rysującego się niczym ciemna chmura na letnim, błękitnym niebie.
Do tego nigdy nie powinno było dojść. To było przekroczenie granicy. I to nie o krok. Nawet nie o dwa. A wręcz… Dziesięć. Dwadzieścia.
I przede wszystkim… To było tak bardzo niesprawiedliwe wobec Luciena. I to właśnie w tym wszystkim bolało najbardziej. To właśnie powodowało, że Arthur płonął ze straszliwego wstydu. Takiego sięgającego najgłębszych głębi jego jestestwa, wręcz obezwładniającego, sprawiającego, że ciężko było oddychać, o myśleniu nawet nie wspominając. Za to z trudem powstrzymywał histeryczny śmiech, starając się z trudem zawiązać sznurówki butów. Ręce latały mu jak w febrze i nawet zaciskanie ich w pięści nie pomagało.
Arthur był żonaty (co prawda samopoczucie Amelii w tej  chwili zupełnie go nie obchodziło, bo jakby nie patrzeć przez krótki czas ich wspólnego „pożycia” – jeśli tak można to określić – ona zdradzała go na każdym kroku i do tego była prawdziwą, zimnokrwistą suką). Według prawa był w związku z kimś innym. I tak jakby grał na dwa fronty. Bo jednocześnie był z Lucienem, w każdym tego słowa znaczenia i…
Pierwszy odruch to była ucieczka. Jak zwykle zresztą. Kiedy tylko otworzył oczy i po chwili błogiej nieświadomości i nieco przytłumionego bólem głową głupkowatego szczęścia, do jego zaspanego mózgu zaczęła się przesączać rzeczywistości. I świadomość tego co właśnie zrobił. Co robił całą noc… I czego nie mógł zrzucić tylko i wyłącznie na alkohol jakkolwiek by nie próbował.
Wiedział, że ucieczka jest najgorszym możliwym wyjściem. Że takie wyjcie bez słowa zrani tancerza bardziej nawet niż gorzka prawda. Jednak instynkt robił swoje, nie słuchając tej bardziej racjonalnej części jego umysłu – i zanim się obejrzał już był w pełni ubrany i próbował uporać się z nieposłusznymi sznurowadłami. Jak ostatni cham. Jak najpodlejszy z podłych, wykorzystujących…
Nie dokończył myśli. Bo  nagle zza jego pleców dobiegł szelest miękkiej pościeli. Blondyn się obudził.. A wszystko się działo w takiej przeraźliwej okropnej ciszy, że było słychać każdy szmer, każdy szelest i nierówny oddech. Jednak dopiero gdy usta Royera opuściło to znamienne „idź sobie”, a potem aktor odwrócił się do niego plecami, poczuł, że jego i tak nadpęknięte serce rozpada się na setki drobnych kawałeczków, a gardło ściska przepotwornie.
-Lucien… -wydusił z trudem. Co miał powiedzieć? Że to nie tak?  Że Lucien jest ślepy, albo że Arthur wcale nie uciekał, a wręcz przeciwnie wybierał się do sklepu po ciepłe bajgle na śniadanko? Ale przecież… Nie mógł tak po prostu wyjść. Nie bez jakiegoś wytłumaczenia, nie kiedy został przyłapany „na gorącym uczynku”.
Powoli wtłoczył powietrze w płuca, biorąc głęboki oddech. Wbił paznokcie w dłonie. I choć był daleki od opanowania, choć właściwie umierał ze strachu i upokorzenia… Nie był kompletnym tchórzem. Nie był kompletną porażką. Miał swój honor. Wiele razy stłamszony i odepchnięty gdzieś daleko, wiele razy poddany tym co mieli na niego wpływ, wiele razy odrzucony w ramach ucieczki, która zawsze wydawała się łatwiejszym, bardziej odpowiednim wyjściem…
-Wydaje mi się, że pijackim mamrotaniu powiedziałem wczoraj, że mnie znienawidzisz… –szepnął z trudem, ledwo artykułując słowa… A i tak w jego uszach były prawie krzykiem. Takim sfrustrowanym. Przypominającym wrzask człowieka na skraju załamania nerwowego. Nie pamiętał dobrze swoich słów… Właściwie to przypominał sobie ledwie połowę ze swego mamrotania, ale był prawie pewien, że takie słowa padły.
-Nie powinienem nigdy pozwolić sobie zapomnieć… Próbować… Być… Normalnym, kiedy… -jakiś taki gorzki śmiech prawie mu się wyrwał z gardła. Prawie. Bo udało mu się opanować w ostatniej chwili. Dziwił się w głębi ducha, że Royer jeszcze nie kazał mu się zamknąć i wynosić, ale postaw –Wiem, że to nie wystarczy, ale… To nie tak miało być. Nie powinien był się z tobą przespać, a zamiast tego powiedzieć Ci wszystko od razu, na wstępie ale… Nie mogłem. Chciałem, ale… Już i tak… Uch… Cholera jasna! Jestem żonaty Lucien. Kiedy mój ojciec kazał mi się ożenić z wybraną przez siebie dziewczyną, zrobiłem to. Tylko po to, żeby stamtąd spieprzyć bez słowa i zaszyć się w Londynie na prawie rok… Było zbyt ciężko mówić o przeszłości… I… Chciałem wiele razy, ale nigdy… Nigdy… Nie było dobrej okazji. Nie wiedziałem jak... Przepraszam –już. To był koniec. Nie było nic więcej do dodania, ale wyrzucenie z siebie tego wcale nie sprawiało, że bolało mniej, było mu lżej na duszy czy nie czuł się jak podlec i oszust (załamany  psychicznie podlec i oszust).
Że cisza jaka zapadła po tych słowach była mniej przytłaczająca.
Że pierwszy krok w stronę drzwi był łatwiejszy, a dźwięk ich zamykania nie był jakby synonimem definitywnego końca.
Że wyjście przez nie nie rozdzierało duszy i że Arthur nie miał poczucia, że przez własną głupotę, przez to, że kiedy był z Lucienem łatwiej było sobie wmówić, że jego poprzednie pokręcony życie nie miało miejsca i zapomnieć, zniszczył co mogłoby się stać jedną z najlepszych rzeczy w jego życiu.
Że nie szedł po ulicy jak potłuczony, nie do końca rozumiejąc co się właściwie dzieje dookoła niego i z nim samym.
Że nie rozpłakał się jak dziecko, kiedy tylko jakimś cudem dotarł do własnego mieszkania i zaszył się w swojej sypialni.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Kwi 17, 2017 3:57 am

W mieszkaniu zapadła idealna cisza, gdy Arthur opuścił je, zamykając za sobą drzwi. Lucien nie odważył się zaczerpnąć oddechu. Pragnął w tej chwili odnaleźć w sobie na tyle siły, by zmusić się do tego, by już nigdy nie pozwolić sobie na żaden oddech, bo każdy jeden sprawiał, że wszystko wokół stawało się prawdziwe, a to było dla niego nie do zniesienia.
Rzeczywistość nigdy wcześniej nie sprawiała mu takiego bólu jak w tej jednej chwili pomiędzy jedną myślą, a drugą – jeszcze bardziej zdradziecką, jeszcze bardziej zgubną.

***

Lucien spędził w łóżku następne parę godzin, tępo wbijając wzrok w okno i ignorując dzwoniący telefon, który najpewniej wówczas wyświetlał numer Frances – właścicielki baru, w którym miał dzisiaj zmianę.
Spomiędzy pościeli wywlókł się dopiero po południu o godzinie trzeciej. Lucien nie miał wpływu na mechaniczne czynności, które wykonywało jego ciało kierowane poczuciem obowiązku. Musiał być przecież na lotnisku za trzy godziny.
Starał się nie myśleć, snując się po mieszkaniu, otwierając okna na oścież, odpalając papierosa, strzepując popiół wprost na posadzkę w kuchni. Nie potrafił sobie wyobrazić tego, że miałby teraz od siebie wymagać czegoś ponad to.
Jednocześnie – w jego głowie panował bezmyślny chaos.

***

 – Lucien, zdajesz sobie sprawę dlaczego tu jesteś, prawda? – spytała kobieta, gdy wreszcie usiadła w fotelu naprzeciwko blondyna.
Dwudziestolatek skinął niechętnie głową.
 – Możemy ci pomóc, Lucien – powiedziała, uśmiechając się do chłopaka ciepło. – Musisz mi tylko powiedzieć, dlaczego próbowałeś się skrzywdzić.
 – Nie próbowałem – mruknął cicho blondyn, podnosząc wzrok na kobietę.
 – Więc dlaczego zmieszałeś swoje leki z alkoholem, Lucien? Nie wiedziałeś, że to może ci zaszkodzić?
Osiemnastolatek westchnął ciężko i przewrócił oczyma.
 – Już mówiłem, że zapomniałem o tym, że je wziąłem.
 – Zapomniałeś o tym, że zażyłeś garść tabletek i popiłeś je piwem?
 – Tak. – Jego wzrok ponownie skierował się ku oknu. Bał się spojrzeć kobiecie w oczy. Bał się, że dowie się, kim tak naprawdę jest.
A on przecież zupełnie nie chciał tym kimś być.


Z tamtego szpitala wyszedł stosunkowo szybko. Właściwie od razu po tym, jak się przyznał do tego, że próbował się zabić – wypuścili go z receptą na nowe leki. To było wówczas w rok po tym, jak umarł ojciec. Wtedy Lucien mieszkał już od sześciu miesięcy sam – najpierw z dziewczyną i jej rodzicami, później w akademiku oraz przez chwilę w szpitalu. Dopiero znalezienie pracy pomogło mu z powrotem wrócić do rytmu życia.
Do czasu, gdy w wieku dwudziestu lat nie poznał Angelique, która przewróciła jego życie do góry nogami i zostawiła w podobnym stanie jak wtedy, gdy Royerowi wydawało się, że nie miał już nic.
Tak, jak teraz.

***


Spakowany w jedną, niewielką torbę – czekał na taksówkę, stojąc pod swoim blokiem mieszkalnym. Właśnie dopalał papierosa, gdy zza rogu wyjechał samochód, którym to chłopak miał zamiar dostać się na lotnisko.
Lucien rzucił niedopałka na ziemię, przydeptał butem i czekał aż auto się zatrzyma tuż przed nim.
Wsiadając do samochodu, przywitał taksówkarza zdawkowo, podał nazwę lotniska po czym wbił spojrzenie w szarą ulicę, której okolicę właśnie mieli opuścić na rzecz wjechania na główną drogę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pon Kwi 17, 2017 7:02 pm


-Frida…? Nie sądzisz, że… Powinnyśmy go powstrzymać? Znaczy… Spójrz tylko na niego. Nigdy się tak nie zachowywał i to na pewno nie jest zdrowe…-zaniepokojona Ellie szturchnęła blondwłosą przyjaciółkę. W tle leciała jakaś żywa jazzowa melodia, na ścianach wisiały brokatowe ozdoby, serpentyny i inne tego typu kiczowate dodatki. Robert stwierdził, że mieszkanie Elizabeth potrzebuje „świątecznego blichtru” i jako wysokiej klasy malarz i esteta rozmiłowany w Leonardo, Veermerze i innych takich, postanowił nieco „ozdobić” salon i kuchnie, co skutkowało tym, że wystrój teraz przypominał przyjęcie urodzinowe ośmiolatki. Tak. Ośmiolatki. Bo wszystkie dekoracje były różowo – srebrne. Podobno „innych nie mógł znaleść”, ale stwierdzenie to można było poddawać w wątpliwość.
Jednak to nie okropne ozdoby martwiły Ellie. Właściwie wszyscy uznali to za słaby żart i nikt się tym nie przejął (nie żeby w jej salonie zebrały się dzikie tłumy… no dobra – może było odrobinę ciasno, bo oprócz zwyczajowej ekipy pojawiła się większość dalszych znajomych zwyczajowej ekipy). Ellie była zaniepokojona stanem osoby ulokowanej w najdalszym kącie pokoju. Wydawało się wręcz, że Campbell emanuję angstową, czarną aurą, która wypacza i zaburza rzeczywistość dookoła.
-Mówisz o Artie’m?-blondynka poderwała wzrok znad deski do krojenia, na której siekała jakieś warzywa do sałatki – Karl i Olaf jeszcze do nich nie dołączyli, a Robert palił na balkonie. –Jak jeden raz wypije więcej niż dwa piwa, to nic mu się nie…-blondynka dopiero teraz skupiła spojrzenie na Cambell’u i nie. To stanowczo nie było „To nic mu się nie stanie”, bo coś z pewnością już się stało. I to w niedalekiej przeszłości, bo dzień wcześniej był szczęśliwy jak pszczółka Maja skacząca z kwiatka na kwiatek, a teraz wyglądał jak… Jak Dementor albo coś równie ponurego. Wieczór nawet się dobrze nie zaczął, a przed nim już stała szklanka i opróżniona w połowie pokaźna butelka whisky. –Okej, masz rację. Może   p o w i n n y ś m y  go powstrzymać. Jesteś jego najlepszą przyjaciółką… Idź z nim porozmawiać. Ja bym mogła tylko pogorszyć sytuację –nie można powiedzieć, żeby Arthur najlepiej reagował na jej zaangażowanie w swoje życie…
Ellie zagryzła wargę i po chwili zastanowienia skinęła głową, zaraz ostrożnie podchodząc do mężczyzny.
[…]
-Wszystko w porządku?-Szkot niechętnie oderwał wzrok od punktu w ścianie, w który intensywnie wbijał spojrzenie. Nie był do końca pewien, co popchnęło go do wyjścia z domu tego wieczoru. To, że obiecał, iż przyjdzie? Fakt, że Rogers wyprawiał swoje własne przyjęcie w ich mieszkaniu, z którym Arthur nie chciał mieć absolutnie nic wspólnego? Chęć zajęcia czasu? Czy może najzwyczajniej w świecie strach przed tą obezwładniającą samotnością i własnym załamaniem nerwowym? Najbardziej chyba to ostatnie, bo całe popołudnie spędził schowany we własnym łóżku i nawet Einstein nie był w stanie wyrwać go z objęci gorzkiej rozpaczy. Ruszenie się stamtąd wydawało się zbyt wielkim wysiłkiem, ale w końcu… Musiał funkcjonować normalnie. A najlepszym dowodem na udowodnienie samemu sobie, że w zasadzie to… Jest w porządku i teraz wystarczy wrócić do tego jak było przedtem (nie żeby to wszystko trwało na tyle długo, żeby miał prawo czuć się tak, jak się czuł), było dołączenie do reszty jego znajomych i udanie, że nic się nie stało.
Tylko, że w ogóle mu to nie szkło.
-Od początku wiedziałem, że tak to się skończy. Nie powinienem być tak… -machnął ręką. Wiedział. Nie mogło być innego rezultatu. Od początku to wszystko było skazane na porażkę i wiedział, że na koniec będzie okropnie, boleśnie i że będzie czuł się jak śmieć. Że zrobi jakieś cholern świństwo. Powtarzał to sobie setki, tysiące razy. A i tak bolało tak cholernie, jakby w ogóle nie był na to psychicznie przygotowany.
-Co się źle skończy? Artie… Co się…
-Całe życie próbowałem nie być jak mój ojciec, ale koniec końców… Jestem dokładnie takim samym manipulacyjnym dupkiem. Boże… Tak bardzo przepraszam–Campbell bełkotał. I tak właściwie, to zupełnie nie kontrolował tego co mówi, pieprząc co mu ślina na język przyniosła. Co tak w zasadzie kołatało mu się po głowie. –To wszystko wina Roberta, wiesz? Gdybyśmy nie poszli wtedy do tego baru wszystko byłoby w porządku. Jak zawsze…-przygryzł wargę, zaraz kręcąc głową. Nie… Teraz to już wymyślał. Totalnie. Biedny Robert nie miał żadnego wpływu na to, co się stało. Nie mógł wiedzieć, że wyjście tamtego wieczoru spowoduje, że Arthur pozna pewnego przystojnego studenta sztuki, albo, że Campbell jest tak trochę… Cóż, sobą. I że może… Że może tak pięknie, przepisowo wszystko spartolić. Zranić samego siebie, Luciena i…
-Lepiej… Pójdę po coś jeszcze do picia. Piwo. Albo lepiej. Wódkę –wymamrotał sam do siebie, podnosząc się z fotela i całkowicie ignorując zmartwioną Ellie (która zaczęła podejrzewać, że Arthur w ogóle nie przyjął do wiadomości, że pojawiła się obok niego i po prostu mówił do siebie). Czuł się całkiem… Wyprany. Ze wszystkiego. I tak w zasadzie to tak po prostu chciał o tym wszystkim zapomnieć.  I być może robił głupotę, użynając się drugi dzień pod rząd w trupa, ale tak w zasadzie… To co miał do stracenia?
[…]
Godzinę później, Fridzie i Ellie nie udało się zrobić nic w sprawie Arthura. Alkoholu nie dał sobie odebrać (tylko na nie nawrzeszczał, że nie jest dzieckiem i że skoro chce pić, to będzie pił), z nikim nie rozmawiał, ani nie tańczył. Tak jakby odciął się zupełnie od innych, mimo, że w zamyśle przyjście do Elizabeth miało dokładnie temu zapobiec. Cóż. Nie wyszło.
A jego wyjście z domu i wypicie zastraszająco dużej ilości alkoholu, doprowadziło do tego, że wpadł na bardzo, ale to bardzo głupi pomysł, który w tamtej chwili wydał mu się myślą genialną.
Nie powiedział Lucienowi wszystkiego, prawda? Przeprosił, ale nie był nawet pewien, czy do Royera to dotarło… Poza tym mógł chociaż spróbować jeszcze raz. Prawda? PRAWDA?
Chwilę później już trzymał telefon w uchu. I musiał mieć wyjątkowe szczęście albo Lucien najzwyczajniej w świecie nie zerknął na wyświetlacz telefonu przed odebraniem… Bo… Udało mu się do dzwonić.
-Nie rozlan… Rozwłan… Rozłączaj się! Proszę-krzyknął gorączkowo. Lucien musiał go posłuchać. Musiał usłyszeć prawdziwe przeprosiny. Musiał się dowiedzieć, że…
-Wiem, że napławd… Naprawdę nie chcesz, ze mną rozmawiać… Że jestem ostatnią oobą, z k.. Którą byś chciał… Ale… Ale…-mówienie okazało się być ciężką sztuką dla plączącego się języka, ale Arthur nie zamierzał się poddawać. Nie miał nawet stuprocentowej pewności, czy Lucien już się nie rozłączył i wciąż go słucha, ale to miało w tej chwili małe znaczenie. Bełkotał więc dalej. –To nigdy nie był plan. Miałem sobie żyć spokojnie, skupić się na pracy dopóki ojciec mnie nie znajdzie i nie każe mi wrócić… Wyrzucenie tego pierniczonego pierścionka do Tamizy było pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po przyjeździe. Wiedziałem, że się z nią ożenię od kiedy miałem osiem lat, bo „tatuś tak powiedział”… A Dawid ze mną zerwał, bo mu zapłacili, więc tak właściwie, to nie było powodu, że by tego nie robić, ale… Nie mogłem tak… Musiałem zacząć od nowa–Arthur zachichotał. A może zaczął płakać. A może oba na raz. I zaraz gwałtownie zmienił temat, bo logika stanowczo go zawodziła. - To dlatego to wszystko od początku było takie dziwne… Znaczy ja. Wiedziałem, ze to złe, ale… Miałem wrócić. To nie miało…Nigdy nie miałem się w tobie zakochać… To nie tak miało… -tak, mówił bez sensu. Bez ładu i składu. Niewyraźnie. Dopóki nie miał przebłysku i nie uświadomił sobie, że Arthur nie powinien niepokoić Francuza, że nie miał do tego prawa. –Kru… Kurna! Co ja…? O matko… To głupie… Przepraszam… Nie powieniem-nawet nie rozłączył telefonu – po prostu go od siebie odrzucił, chowając zaraz twarz w dłoniach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Wto Maj 02, 2017 3:31 am

Nadszedł moment, w którym pasażerowie poczęli ustawiać się w linii, gotowi wejść na pokład samolotu. Lucien znalazł się na samym końcu kolejki, która posuwała się do przodu bez żadnych opóźnień. Lada chwila miał za sobą zostawić Londyn, nie do końca będąc przekonanym czy to właśnie Paryż przyniesie mu ukojenie w tej chwili. Jeszcze kilka minut temu wydawało mu się, że wszystko jest lepsze niż pozostanie tu.
Teraz, gdy coraz bliżej znajdował się wejścia na pokład – już nie był tego ani trochę pewien.

Od check-in’u dzieliły go jeszcze dwie osoby, sprawdzenie biletu, paszportu i następny krok.
Wszystko było w jego głowie nadal zagmatwane, a sam był w stanie zupełnej rozsypki emocjonalnej. Nie wiedział momentami gdzie się znajduje i czy to, co go otacza jest prawdziwe.
Gardło chłopaka zacisnęło się znowu na myśl o Arthurze, na kolejną o matce. Nie miał najmniejszej ochoty lecieć do Paryża. Chciał wrócić, znaleźć Campbella i wybaczyć mu wszystko.
Ale jak mógłby wybaczyć chłopakowi coś takiego?
Jak…
Jak mógłby teraz polecieć do Paryża?

***

Minęło kilka godzin odkąd pozwolił na to, by samolot odleciał bez niego. Na zewnątrz zapadł już zmrok, musiała zbliżać się późna godzina nocna.
Lucien siedział w poczekalni. Nie wiedział, czy wrócić do mieszkania i znowu zaszyć się w środku sam ze sobą. Wiedział, że to był najgorszy pomysł, na jaki mógłby wpaść. A gdzie indziej poza tym mógłby się podziać? Przecież nie miał nikogo. Już nie.
Teraz z powrotem był samotny. Skończony i przegrany. Wszystko wróciło do normy. Musiał tylko złapać rytm.
Musiał tylko przestać myśleć o nim.

I wtedy jego telefon rozdzwonił się, a na wyświetlaczu pojawiło się imię Campbella.
Lucien przez chwile walczył ze sobą. Ostatecznie wygrała ciekawość i desperacja.
Blondyn przyłożył telefon do ucha, by następnie usłyszeć głos Arthura.
Kilka pierwszych prób wypowiedzenia słowa dały do zrozumienia Royerowi, że chłopak nie jest trzeźwy, a raczej zupełnie nie. Był bardzo pijany.

Lucien nie odzywał się, słuchając bełkotu Campbella i próbując wyłapać z niego jakieś informacje.
Historia Arthura była absurdalna. Lucien jednak starał się chłopaka zrozumieć i odsunąć na bok zawód i rozczarowanie, które czuł wobec niego.
Nie potrafił.
Słuchanie Campbella stawało się coraz cięższe i Royer myślał jedynie o tym, by zakończyć te rozmowę. Mdliło go, żołądek zaciskał mu się boleśnie, a żadna odpowiedź nie przychodziła mu na myśl.
I wtedy Arthur powiedział te kilka słów, które pozornie niewiele znaczyłyby, gdyby nie to, że dla nich obydwu… znaczyły wszystko.

Serce Luciena zaczęło walić szybciej, podchodzić do gardła. Gdy chłopak wreszcie znalazł w sobie tyle sił, by się odezwać, usłyszał tylko huk, oddalone głosy i inne niezidentyfikowane dźwięki.
 – Arthur? – powiedział do słuchawki. – Arthur – powtórzył, bez rezultatu.
Tkwił z dłonią zastygniętą przy swoim uchu następne chwile, łudząc się, że dostanie odpowiedź, nie chcąc kończyć połączenia.
W końcu – głos w słuchawce się odezwał. Nie był to głos Arthura.
 – Halo? – rozbrzmiał delikatny, kobiecy głos. Royer znał go skądś. Musiał to być jedna ze znajomych Arthura.
 –  Kto mówi?
 – Elizabeth. Jestem przyjaciółką Arthura.
 – Mogłabyś podać mi adres? Chyba powinienem zabrać go do domu.

***

Elizabeth podała Lucienowi adres. Chłopak czym prędzej poderwał się z miejsca w poczekalni, zakończył połączenie, porwał swoją torbę i złapał taksówkę. Powtórzył kierowcy adres i tym samym znalazł się w drodze powrotnej do serca Londynu.
Nie potrzebował długo się zastanawiać nad tym, co zrobić w odpowiedzi na telefon od Arthura. Wiedział że musi się zobaczyć z nim jak najszybciej, choćby miał tego żałować.

Na miejscu był w około godzinę później. Poprosił kierowcę, by ten zaczekał tak długo, jak tylko będzie trzeba. Lucien nie wiedział tak naprawdę ile zajmie mu wydostanie Arthura z tego mieszkania.
W ciągu następnej minuty znalazł się przed drzwiami mieszkania Elizabeth. Słyszał zza drzwi głośną muzykę. W środku trwała w najlepsze impreza sylwestrowa.
Nie obchodziło to jednak Royera.
Zaczął walić w drzwi.

Otworzyła mu Elizabeth, obok stała Frida, a gdzieś w tle majaczył się zafrasowany Robert.
Lucien nie miał głowy do witania się z nimi. Od razu przeszedł przez drzwi, a gdy tylko wskazano mu drogę do miejsca, w którym Campbell się znajdował – ruszył tam.

Zastał go na podłodze w łazience. Chłopak był blady i zmarnowany. Wypił zdecydowanie za dużo i najwyraźniej… coś przelało w końcu czarę goryczy skoro znalazł się tuż przy toalecie.
 – Arthur… – mruknął Lucien, kucając przy mężczyźnie i sięgając do jego policzka, by go pogładzić delikatnie. Widok Szkota zdecydowanie przyniósł mu wiele ulgi. Lucien nawet dopuścił do siebie myśl, że wszystko jeszcze mogło wrócić do normy. – Chodź do domu.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Sob Maj 06, 2017 10:18 pm


Umywalka dziwnie się rozmywała – jej białe kontury mieszały się z zielonym tłem kafelków pokrywających ściany łazienki. Co dziwne, to samo działo się z toaletą. I metalowymi szafkami. I lampą z ozdobnym kloszem w chińskim stylu zwieszającą się z sufitu. I zapewne z wanną, ale Arthur nie mógł mieć pewności, bo opierał się o nią plecami - gdyby tego nie robił ciężko byłoby mu utrzymać pion... I jednocześnie siedział wystarczająco blisko klozetu, żeby w razie czego bez problemu do niego trafić.
Nie miał bladego pojęcia ile już czasu spędził w tej właśnie pozycji i właściwie to nawet nie był pewien jak dokładnie tak trafił. Ostatnią rzeczą, którą pamiętał dość jasno był fakt, że ktoś próbował zabrać mu z trudem wygrzebaną z barku butelkę jakiejś rosyjskiej wódki i krótko mówiąc nie zareagował zbyt dobrze. A teraz… Teraz Campbell z trudem był w stanie przypomnieć sobie dlaczego niby czuł tak drastyczną potrzebę, żeby pić. Co prawda mimo potężnego znieczulenia mózgu alkoholem, wciąż pamiętał o wydarzeniach porannych, ale… Nie bolały aż tak. A o telefonie do Luciena całkiem już zapomniał.
Gdzieś tam z oddali, jakby mocno przytłumione dobiegały dźwięki sylwestrowej imprezy. Rozmów. Śmiechu. Muzyki… Ale w tej chwili dla Arthura równie dobrze mogłyby mieć miejsce po drugiej stronie planety. Albo nawet Wszechświata. Albo w zupełnie innej galaktyce… A jednak w pewnej chwili odgłosy stały się jakby głośniejszej. To przyciągnęło jego uwagę. I to skrzypnięcie… Powoli, unikając gwałtownych ruchów, odwrócił głowę w stronę drzwi… I zamarł, bo wydało mu się, że ma przed sobą Luciena. Luciena, którego nie mogło tam być. Bo był za kanałem La Manche, w kraju wieży Eiffela, bagietek i ślimaków. Luciena, który wyglądał jakby się śpieszył by tu dotrzeć, wyglądał na zmęczonego i nieco rozchełstanego, ale… Wciąż tak lucienowato (w definicję tego słowa wchodziły wszystkie odczucia Arthura związane z jego osobą) jak tylko się da.
-Jesteś we Francji –wybełkotał, chichocząc cicho. W obecności Luciena nie było nic zabawnego, nawet jeśli był tylko halucynacją wywołaną mieszaniną poczucia winy i zbyt dużej ilości alkoholu, ale… Arthur nie mógł się powstrzymać. To było silniejsze od niego i po prostu wyrwało mu się z gardła, choć mimo wszystko ten śmiech był podszyty goryczą. –Nie mło… mosz… Moszesz tu być –najwyraźniej stwierdzanie oczywistości należało do scenariusza tej sceny, bo nic lepszego do głowy mu nie przyszło. –Jesteś we Francji –powtórzył. Lucien leciał odwiedzić matkę i brata. I nie było mowy, żeby został w Anglii, nie było ku temu żadnego powodu, ani potrzeby… Zwłaszcza po poranku. Musiał więc być tylko iluzją… Ale z drugiej strony jego dotyk wydawał się być prawdziwy… Wyobraźnia Szkota musiała się naprawdę rozhulać – kto o zdrowych zmysłach wracałby do kogoś, kto oszukiwał go cały czas ich znajomości, zdradził jego zaufanie, zranił go i wykorzystał? Odpowiedź była prosta i łatwa do przewidzenia. Nikt.
Ale… Co ta iluzyjność zmieniała? Prawdziwy, czy nie, w jakiejś formie Royer tu był…
Tak, ta logika wydawała się mieć sporo sensu według Campbella.
-Przepraszam!-wyrzucił z siebie, a śmiech zamarł mu na ustach. –Cholera…. Tak bardzo przepraszam… To… Nigdy nie powinno było się… Przepraszam…-nie był pewien czy mówi to wszystko na głos. I po co to mówi. Urwał w pół słowa, marszcząc brwi i starając się o rozważyć, zignorować potworne zawroty głowy i wilgotność oczu, która wydawała się go nie opuszczać tego dnia. –To…- „to” było najwyraźniej za dużo dla głowy kompletnie pijanego Arthura, bo potok kolejnych przeprosin przerwały przemożne mdłości i cudem tylko udało mu się odwrócić głowę i trafić do toalety, a nie poetycko obrzygać Royera.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Sie 31, 2017 12:49 am

Royer sam nie wiedział…dlaczego tu jest. Wszystko wewnątrz jego umysłu toczyło walkę – zdrowy rozsądek, duma, uczucia. Mimo tego chaosu jego kroki z pewnym zdecydowaniem prowadziły go ku Arthurowi. Jak można to wytłumaczyć? Czyżby ciało Luciena miało sobie za nic zwierzchność rozumu?
Royer działał w trybie awaryjnym.

 – Wyrzuć to z siebie… – mruczał Lucien, poklepując chłopaka po plecach, gdy ten zwracał zawartość połowy zapasu alkoholowego, który wypił na własną rękę.
Arthurem w końcu przestały targać mdłości i teraz siedział wsparty plecami o ścianę. Lucien podawał mu przyniesioną przez Elizabeth wodę i spuszczał wodę w toalecie. Blond włosy wpadały mu do oczu. Royer wydawał się tym wcale nie przejmować. Zbyt dużą dozę uwagi poświęcał pijanemu Campbellowi.
 – Jak się czujesz? – spytał, głaszcząc Arthura po włosach. – Możesz wstać?

Z pomocą przyjaciółki Campbella udało się go przenieść do przedpokoju, gdzie Lucien założył mu buty i płaszcz.
Następnie przełożył sobie przez szyję jego ramię i poprosił Elizabeth, by ta otworzyła przed nim drzwi swojego mieszkania.
 – Wezmę go do siebie – powiedział na odchodne po czym pozwolił za sobą zamknąć drzwi.
Uwieszony na nim Arthur cały czas coś bełkotał, chwiejąc się i kurczowo trzymając Luciena.
 – Ale się nawaliłeś… – mruknął ze zrezygnowaniem blondyn i pokręcił głową z niedowierzaniem. Był prawie pewien, że chłopak nigdy wcześniej nie wykończył się aż tak bardzo mimo faktu, że ma na karku prawie trzydziestkę.

Gdy zjechali windą na dół i wyszli przed budynek – taksówka nadal czekała na Luciena tam, gdzie ją zostawił.
Wpakował Arthura do wnętrza pojazdu, osłaniając jego głowę, gdy ten wsiadał. Sam wsunął się do auta z drugiej strony i podał kierowcy adres własnego mieszkania.
Taksówka ruszyła. Lucien usiadł bliżej Campbella, pozwalając mu na to, by ten oparł swoją głowę na jego ramieniu i zasnął na chwilę.
Wokół zapadła cisza, za oknami rozmywały się ciepłe światła latarni chłodnego Londynu.
Lucien mógł zaskarbić sobie chwilę na przemyślenia, a zamiast tego przestał myśleć o czymkolwiek. Trwał w tym dziwnym letargu całą drogę.

***

Wręczył taksówkarzowi okrągłą sumę, nie oczekując reszty. Życzył mężczyźnie szczęśliwego Nowego Roku i zamknął po chwili za sobą drzwi auta, poprawiając ramię Arthura uwieszone na jego szyi.
Kilka męczących minut wspinaczki po schodach później byli przed drzwiami mieszkania Royera.
Wnętrze owego było zupełnie puste. Nie było tam nawet kota, którym na czas wyjazdu Luciena opiekowała sie Frances – szefowa baru.

Obydwaj mężczyźni wtoczyli się do środka. Lucien posadził Arthura na ziemi, by ten rozebrał się i zdjął buty. Sam zaś zapalił światło w mieszkaniu i zdjął z siebie swoje własne ubranie wierzchnie.
Następnie przetransportował Arthura do łóżka. Tam ponownie go zostawił, by udać się po plastikową miskę. Postawił ją zaraz obok łóżka, w zasięgu Campbella.
 – Wszystko okej? – spytał Lucien, siadając na materacu przy leżącym Arthurze.
Jasne spojrzenie oczu mężczyzny przesunęło się po pijanej sylwetce dwudziestosześciolatka. Dopiero wówczas dotarło do niego…wszystko to, o czym udało mu się nie pomyśleć ani razu w przeciągu poprzednich parudziesięciu minut.

Podniósł się z siadu i ruszył do kuchni. Tam otworzył barek, z którego wyjął butelkę wódki. Wrócił z nią do łóżka, usiadł w pewnej odległości od Arthura i otworzył.
Był doskonale świadom godziny.
11:59
Pociągnął duży łyk z butelki, krzywiąc się na obrzydliwy smak wódki.
Wytarł usta wierzchem dłoni po czym przysłonił do nich butelkę ponownie.
Ten nie był aż tak zły.

Jego wzrok podążył do twarzy Arthura. Lucien parsknął śmiechem z gorzkim rozbawieniem. Pociągnął kolejny łyk wódki.
Znów spojrzał na Campbella.
 – Kocham cię – mruknął cicho, wiedząc, że Arthur i tak tego nie będzie pamiętał na następny dzień.
00:00
Sam chciałby zapomnieć.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Sie 31, 2017 9:25 pm


Arthur niewiele pamiętał z powrotu od Elisabeth. Tylko zamazane obrazy alkoholowych halucynacji, własny niezwiązany z niczym bełkot, w którym głównym, przewijającym się tematem była własna głupota, okropność i uczucia do pewnego blondwłosego aktora. Musiał walić na ten temat prawdziwe peany, długie przemowy, bo po mimo zaćmienia umysłu wciąż przebłyskiwały w jego chwiejnej, niepewnej pamięci. I było jeszcze to niezwykłe, bezmierne poczucie winy. I myśl: „Jestem dokładnie jak mój ojciec – dokładnie taki sam”. I, oczywiście – łzy. Bo jako dorosły mężczyzna po prostu nie mógł się nie rozpłakać z powodu męczących go wyrzutów sumienia… Cudownie po prostu, zwłaszcza, że pewnie zrobił to przy ludziach.
Wydawało mu się nawet, że potem jechał taksówką i że ktoś pomagał mu iść. Że pokonali jakieś schody, że ktoś posadził go na ziemi w ciasnym korytarzu… Że to był ktoś, kogo w jego odczuciu w ogóle nie powinno tam być…
Był tak nawalony, że nic dziwnego iż obudził się z potężnym bólem głowy i Saharą w ustach. Nim w końcu rozchylił sklejone snem, ciężkie powieki, najpierw skulił się lekko, zastanawiając się gdzie w ogóle jest i dlaczego w ogóle wyszedł wczoraj od Elisabeth, bojąc się, że popełnił jakąś kolejną niewyobrażalną głupotę… Zwłaszcza, że mógł wyczuć, że ktoś jest obok.
Nie miał pojęcia kto. Ale definitywnie nie był jedyną osobą w łóżku… Wyczuwał ciepło i solidność drugiego ciała obok.
I szczerze? Najzwyczajniej w świecie bał się otworzyć oczy, bo nie pamiętał co zrobił. Bo mógł zrobić coś, czego już nie byłby w stanie sobie wybaczyć i po czym zebranie tych wszystkich kawałków w jakie się rozleciał nie będzie już możliwe…
W końcu jednak nabrał pewności, że nie może dłużej uciekać przed rzeczywistością i czy mu się podoba czy nie musi stawić jej czoła i, zapierając się w sobie, powoli rozchylił długie rzęsy, mrużąc przy tym szare oczy tak, żeby przygaszone, zimowe światło prześwitujące przez szczeliny w zaciągniętej zasłonie go nie uraziło…
W pierwszej chwili nie mógł uwierzyć swoim oczom. To musiała być kolejna iluzja. Nie było innej możliwości, nie mógł być w miejscu, w którym mu się wydawało, że jest… Nie mógł się tak po prostu tam dostać.
A jednak wnętrze pomieszczenia wyglądało znajomo… Jasne zasłony oddzielające łóżko od reszty mieszkania, pokryty drewnianymi balami sufit nad głową, podłoga… Nawet stojące na parapecie ceramiczne doniczki z kaktusami.
W jednej chwili Arthur zapomniał o męczącej go migrenie. Ból, jakby rozdzierający mu kawałek po kawałku czaszkę, dogłębnie przenikający meandry jego mózgu i jestestwa wyparował, gdy stopniowo dochodziła do niego świadomość tego, gdzie jest. Nie zastanawiając się długo, cały roztrzęsiony i zdezorientowany (NO BO JAK TAM NIBY TRAFIŁ?!), zerwał się na równe nogi, wyskakując z łóżka i rozbieganym spojrzeniem wodząc po swoim otoczeniu – przy okazji prawie się wywrócił potykając o własne nogi i prawdopodobnie robiąc przy okazji mnóstwo hałasu, bo zarzucił nim potężny zawrót głowy, wpadł na stojącą przy łóżku miskę, przewracając ją, a świat przed nim na moment zlał się w ogromną, kolorową plamę.
W całym tam zamieszaniu tak się zakręcił, że znalazł się twarzą w stronę obszernego łóżka.
-O mój Boże –szepnął do siebie, starając się utrzymać resztki równowagi i nie wylądować na podłodze.
Miał przed sobą… Luciena. Żywego. Oddychającego. Takie najprawdziwszego… I nie był pewien, jak to niby było możliwe, skoro Royer był daleko, daleko od Londynu za kanałem La Manche, we francuskiej stolicy.
-Mam halucynacje. Jak nic –mruknął do siebie, zaraz mocno szczypiąc się w rękę, ale to nie pomogło. Wciąż był w tym samym miejscu… -Matko jedyna…-powoli zaczynał panikować. Albo kompletnie mu odpierdoliło (co było jak najbardziej możliwe), albo stało się coś, czego jego otumaniony rozum pojąć nie mógł.
W każdym razie… Nie mógł złapać oddechu. Stał, patrzył i próbował nabrać powietrza w płuca, a kiedy już mu się udało, to tylko takim gwałtownym, przesiąkniętym paniką haustem charakterystycznym dla hiperwentylacji…

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Sie 31, 2017 10:31 pm

Zasnął koło pierwszej, wypijając uprzednio połowę butelki wódki i spalając kilka papierosów.
Arthur nie odpowiedział mu na wyznanie. Właściwie to zapewne nawet go nie usłyszał, pogrążony w głębokim, pijackim śnie. Lucien był mu wdzięczny.

Rozbudziły go hałasy. Nie były to byle jakie hałasy, a takie, które mógł wywołać jedynie słoń przemieszczający się po mieszkaniu Luciena. Chłopak nie przypominał sobie jednak, by nabywał w przeszłości kiedykolwiek słonia. Kupował wiele różnych rzeczy – drogie alkohole, używki, koty z rodowodem, lawowe lampy, ale…nie przypominał sobie żadnego słonia.
Musiało być tylko jedno rozwiązanie w tej kwestii – Arthur się obudził.

Blondyn uniósł się do pozycji półleżącej, przetarł nieprzytomnie zaspane oczy i ziewnął. Spojrzenie zmęczonych oczu podążyło ku wyraźnie roztrzęsionemu Campbellowi.
Można powiedzieć…że panikował.
 – To nie halucynacje – powiedział ochrypłym, suchym tonem dwudziestopięciolatek. Podniósł się do pełnego siadu i zwiesił nogi z łóżka po czym niepewnie wstał z materaca i skierował się ku łazience.
Wydawał się niemalże nie zauważać Arthura.

Dokonał porannej toalety w przeciągu kolejnych dwóch minut, myjąc zęby i oblewając sobie twarz zimną wodą. Oprócz tego zmienił koszulkę oraz spodnie na coś wygodniejszego. Nie miał ochoty brać teraz prysznica. 
Zamiast tego, gdy opuścił łazienkę – udał się do okna w kuchni, trzymając w dłoni paczkę papierosów.
Ani razu nie odezwał się do Arthura.
Nie wiedział zwyczajnie, co miałby mu powiedzieć.
Oczywiście, chciał powiedzieć mu wiele rzeczy, wyjaśnić jak bardzo cierpiał na myśl o tym, że to już koniec i tym razem nawet nie było to jego winą. Chłopak był bowiem przekonany, że prześladuje go fatum i że do końca życia już będzie musiał spłacać swój dług.
Bo jak inaczej miałby wytłumaczyć sobie to, że gdy wreszcie zaczął się starać i był dobry…nic nie szło po jego myśli? Nie był w stanie tego wyjaśnić w żaden inny sposób.
Mściwe niebiosa obrały go sobie za cel.

Lucien odpalił papierosa w oknie, spoglądając w dół na pustą ulicę przed budynkiem.
Nie umiał sobie wyobrazić…niczego poza szarą rzeczywistością. Nie widział żadnej przyszłości ani nic nie wskazywało na to, by mógł się pocieszyć jakąś myślą, że wszystko będzie dobrze. Było paskudnie i to jedyne, o czym potrafił myśleć Lucien.

Nim się zorientował – spalił papierosa, gasząc go w popielniczce.
Blondyn wstał z parapetu i przystanął kilka kroków dalej, przy lodówce. Otworzył ów i orientując się, że absolutnie nic w niej nie ma – zamknął ją ze złością.
 – Muszę pójść do sklepu – powiedział beznamiętnie, nie patrząc nawet na Arthura.
Następnie zatrzymał się w przedpokoju i począł wsuwać swoje stopy w najwygodniejsze tenisówki, jakie posiadał. Sięgnął także po kurtkę, a gdy był już gotów do wyjścia – spojrzał wreszcie na Campbella.
 – Zostaniesz tu dopóki nie wrócę czy znowu spierdolisz jak ostatni tchórz? – spytał, cedząc każde słowo z wyczuwalnym niesmakiem.
Oczekując na odpowiedź – niebieskie oczy wciąż nie odrywały się od tych ciemnych.
Nim wargi Szkota zdążyły przepuścić przez siebie jakąkolwiek odpowiedź – Lucien juz dostrzegł ją w spojrzeniu Arthura.
Po chwili Royer chwycił za klamkę, otworzył drzwi i zniknął w ciągu kilku następnych sekund, zostawiając Campbella samego ze sobą w mieszkaniu studenta.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Czw Sie 31, 2017 11:15 pm


Gdy za Lucienem zamknęły się drzwi w artystycznie urządzonym mieszkaniu zapadła głucha cisza.
Brązowowłosy Szkot wciąż nieruchomo stał w jednym miejscu, licząc na to, że może niebiosa się nad nim zlitują i ześlą mu zawał serca, apokalipsę, rozstąpią pod nim ziemię lub zamienią w kaktusa. Tak jak lodowate spojrzenie powoli podnoszącego się z łóżka blondyna go zmroziło, tak zamarł jak słup soli, nie będąc w stanie ruszyć się z miejsca, czy wypowiedzieć słowa.
Nie rozumiał. Nic już nie rozumiał.
I nie miał bladego pojęcia co chce robić – nawet oddychanie wydawało mu się w tej chwili zbyt dużym wyzwaniem, o myśleniu nawet nie mówiąc (nie żeby kiedykolwiek wychodziło mu to dobrze), w końcu jednak przełknął ślinę, zwilżając tym samym nieco wyschnięte gardło i likwidując smak martwego zwierzęcia w ustach.
Dlaczego, na miłość boską, Royer nie poleciał do Francji? Dlaczego zamiast oderwać się od tego cholernego miasta, w nim został? Dlaczego odebrał telefon od kompletnie zapijaczonego człowieka, który zdradził pokładane w nim i oszukiwał go przez ładne kilka miesięcy? Jakby nie patrzeć… Kłamstwo poprzez ominięcie faktów, wciąż pozostaje kłamstwem.
I, co najważniejsze… Dlaczego Lucien pojawił się na przyjęciu Elisabeth (do czego najwyraźniej musiało dojść, bo nie było innego wytłumaczenia całej sytuacji) i zabrał Arthura do siebie? Pytanie to było dla Arthura tak samo dużą i ważną zagadką, jak dla astronomów jest znalezienie odpowiedzi na to skąd wziął się wszechświat.
Przecież to było totalnie bez sensu. Nie było w tym ni grama logiki i Campbell nieważne jakby się starał, nie mógł znaleźć wytłumaczenia. Najwyraźniej odpowiedzi na męczące go pytania mogła udzielić tylko jedna osoba – osoba, która była na niego rozwścieczona (i miała ku temu święte prawo), która spędziła cały ranek ostentacyjnie ignorując jego obecność i patrząc na niego z czymś, co Arthur był w stanie odczytać tylko jako nienawiść i zranienie (nie żeby spodziewał się innej reakcji)… I której w tej chwili nawet nie było w mieszkaniu.
Zrobił niepewny pierwszy krok, zwalczając ogarniające go na powrót mdłości. Westchnął, starając się unormować oddech i zignorować niewyobrażalny ciężar, który przygniótł mu piersi i niewyobrażalną gulę w gardle.
Nie za bardzo wiedział, co ze sobą zrobić i prawdę mówiąc, jakiś cichy głosik z tyłu głowy podpowiadał mu, że może powinien wyjść. Że najpewniej tak byłoby lepiej dla nich obydwu… A najlepszym rozwiązaniem byłby nie tyle powrót do mieszkania Arthura… A dużo dalej na północ, do położonego w mglistej dolinie otoczonego skalistymi górami zamku, tam gdzie było „miejsce Campbella”. Ojciec wszystkim by się zajął. Wepchnąłby bruneta w ładną, pokazową rolę (o ile nie wywaliłby go na zbity pysk), w przyszykowany od dawien dawna garnitur, przed opinią publiczną udawał, że nic się nie stało (jak po każdym wyskoku bliźniaczek… chociaż według gazet Arthur Campbell oficjalnie przebywał na „leczniczych wakacjach” w sekretnej lokacji, czy coś w tym stylu… magazyny plotkarskie się o tym rozpisywały swego czasu) i życie toczyłoby się swoim torem.
Arthur szczęśliwy nie był… Ale w końcu podłe śmiecie na szczęście nie zasługują – uczą tego w każdej książce dla dzieci (w swoich oczach urósł do miary czarnego charakteru własnej historii). Lucien uwolniłby się od jego pechowego wpływu i wszystko byłoby… Nie dobrze, ale… Jak trzeba.
Nie wyszedł jednak z mieszkania. Nawet się nie ubrał do końca. Jakaś niewytłumaczalna, niezrozumiała siłą trzymała go w miejscu… I przede wszystkim chęć pojęcia motywów Francuza.
Dowlekł się więc do kuchni, gdzie z gracją worka przepełnionego kartoflami zwalił się półprzytomnie na krzesło, chowając twarz w dłoniach.
-Jak ja w ogóle mogłem dopuścić, żeby to zabrnęło tak daleko?-przemknęło mu przez myśl lecz zaraz sam sobie odpowiedział, bo ta jedna odpowiedź była banalnie prosta. Zakochał się. Tak po prostu i zwyczajnie. Jak gówniarz. I bał się stracić to co ma i nie miał wystarczająco dużych jaj, by powiedzieć prawdę… A teraz przyszła pora zapłaty za to tchórzostwo.
Jednak kiedy drzwi do mieszkania po raz kolejny się otworzyły, tylko po raz kolejny wewnętrznie spanikował, nie będąc w stanie się odezwać… Jedynie wyprostował się, siadając w ten niesamowicie sztywny, wręcz nienaturalny i niewyobrażalnie formalny sposób z wyprostowanymi jak struna plecami i rękami ułożonymi płasko na kolanach i tylko czekał aż Lucien zrobi coś pierwszy. Aż na niego nawrzeszczy, zrobi wyrzuty… Każda z tych reakcji byłaby uzasadniona w sytuacji, w której się znaleźli i w pełni na nie zasłużył.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pią Wrz 01, 2017 12:16 am

Ponure myśli zajęły jego umysł. Machinalnie wykonywał każdy krok, nie patrząc pod nogi, unikając jedynie przeszkód, które napotkał na drodze. Gdy znalazł się na miejscu, w sklepie – zupełnie zapomniał, czemu tu jest i jak się tu znalazł. Czuł się jakby zabłądził i trafił w nieznane sobie miejsce po drugiej stronie świata. Wszystko to, co znał tak dobrze…wyglądało zupełnie obco.

Lucien przechadzał się między półkami z produktami, wkładając do koszyka przypadkowe rzeczy, licząc na to, że jakimś cudem uda mu sie trafić z potrzebnymi produktami.
 – Przepraszam bardzo? – odezwała się niepewnie kasjerka. – Proszę pana? – próbowała dotrzeć do Royera.
Ten się ocknął dopiero po chwili i zdziwił się na widok ekspedientki.
Jak on się znalazł przy kasie?
 – Wszystko dobrze, proszę pana? – spytała znowu.
 – E…Tak, tak. Wszystko w porządku – wybełkotał blondyn i zapłacił czym prędzej kartą w terminalu, który kasjerka trzymała przed nim od dłuższej chwili.
Następnie bez słowa spakował zakupy i nie oglądając się za siebie – wyszedł ze sklepu.
Czuł bardziej niż namacalnie wstyd. Wszechogarniający, bliski. Czuł oddech paranoi na karku. Lada chwila miała go dosięgnąć, porwać w zatracenie.
Lucien nie był szczególnie stabilny…nigdy. Tym razem jednak chwiał się widocznie, fizycznie.

Powoli wspiął się po schodach, wszedł do wnętrza mieszkania i zdjął z siebie kurtkę oraz buty. Z wzrokiem wlepionym w ziemię ruszył w kierunku kuchni.
Siatkę z zakupami postawił na blacie. Następnie napełnił czajnik wodą z kranu i odstawił ów na palniku, by zagotować zawartość.
Arthur siedział cicho, nie odzywał się ani słowem. Zapewne podążając za instynktem samozachowawczym, postanowił nie próbować się tłumaczyć czy w ogóle odzywać nim Lucien mu na to nie pozwoli. Sam Royer nie był pewien jak zareagowałby, gdyby Campbell się odezwał nieproszony.

Lucien w milczeniu rozpoczął przygotowywanie śniadania, zaparzył kawę dla siebie i herbatę dla Arthura. Krzątał się po kuchni w znikomym pośpiechu, często przewracając rzeczy, upuszczając je sobie pod nogi i myląc się przy podstawowych czynnościach. Nie był sobą.
Jego oblicze nie zdradzało jednak żadnej konkretnej emocji.
Między brwiami chłopaka tworzyła się charakterystyczna zmarszczka, której to obecność zawdzięczał on swojej zaciętej minie.
Blondyn postawił w końcu przed Campbellem jego herbatę oraz posiłek, który to Lucienowi udało się przygotować bez groźnych komplikacji.

Usiedli naprzeciw siebie przy śniadaniu. Panowała cisza.
Przerwać mógł ją tylko Royer, a gdy zdecydował już, że chwila jest odpowiednia – zrobił to.
 – Dlaczego mi nie powiedziałeś wcześniej? – spytał lodowatym tonem. – Co w ogóle zamierzałeś? Myślałeś, że uda ci się uniknąć niewygodnego tematu i mnie pozbyć zanim sam się dowiem? – pytał, patrząc na Arthura sponad kubka. Miał nadzieję, że będzie umiał sam wytyczyć sobie granice.
Lucien upił łyka kawy i odstawił kubek na stół.
 – Powiedz mi coś jeszcze, czego nie wiem o tobie – zażądał, wbijając w Szkota roszczeniowe spojrzenie. Campbell nie odpowiedział od razu. – Może ja mam zacząć?
Jego ton zauważalnie nabrał na ostrości.
 – Może nie jestem żonaty, ale mam też parę innych pikantnych tajemnic, wiesz Arthur? – kontynuował. – Od czego by tu zacząć… – udał zastanowienie. – Mam trzy zakazy zbliżania, pięć razy siedziałem w szpitalu dla czubków…co jeszcze?
Lucien wstał od stołu, zabierając ze sobą swój kubek kawy. Zrobił kilka kroków w tę i z powrotem, popijając przy tym kawę.
 – Co jeszcze… – mruczał pod nosem. – Mam za sobą odwyk, ale to mało ciekawe… – Wzruszył ramionami. – Gram na gitarze…Nie, to nie to.
Chłopak dalej spacerował po kuchni z kubkiem kawy w dłoni, tracąc rozum.
 – Wiesz co? – zwrócił się do Arthura. – Nie potrafię sobie przypomnieć nic tak szokującego jak twoje bycie żonatym… – stwierdził, kręcąc głową z dezaprobatą. – Nic tego nie przebije. Wygrałeś.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pią Wrz 01, 2017 1:01 am



Każde, obciążające słowo tancerza, bolało jak powoli zadany cios ostrym nożem, tym bardziej, że każde było uzasadnione. I prawdziwe.
Arthur tylko słuchał tego co mówił Francuz, nie będąc w stanie nawet napić się tej cholernej herbaty, o zjedzeniu czegokolwiek nie wspominając, jako że żołądek zwinął mu się w ciasny supeł.
- Co miałem powiedzieć? –zapytał cicho, ledwo słyszalnie, nie będąc w stanie podnieść wzroku na Royera. Zamiast tego podążał wzrokiem po mozaice nierównych, oheblowanych i zalaminowanych sęków na powierzchni stołu… - „A tak przy okazji Lucien… Jestem żonatym gejem, który spierdzielił z domku, bo mu się nie podobał fakt, że ma do odziedziczenia coś czego wcale nie chce, a wspomniana wcześniej małżonka to zimna suka…”? –z trudem odciągnął wzrok od ciemnego drewna i przeniósł je na mężczyznę przed sobą.
Nie zamierzał się wypierać. Nie miało to najmniejszego sensu. Prawda była taką jaka była i niestety nie dało się jej zaprzeczyć, tak jak przeszłości nie dało się wymazać.
-Chciałem… Tyle razy. I próbowałem, bo męczyły mnie niesamowite wyrzuty sumienia, tylko zawsze… Zawsze coś szło nie tak, bo jestem najzwyczajniejszym w świecie tchórzem, zawsze bardziej to odkładałem… Ostatnio do twojego powrotu ze Francji. Wiedziałem, że w każdym możliwym scenariuszu skończy się to tak samo, byłem o tym święcie przekonany, bo szydło zawsze wyjdzie z worka…-zaśmiał się gorzko, jakby sam do siebie. Ach jak naiwnie to brzmiało w jego uszach. Jak pusto i bezsensownie. Gorzej niż jakby próbował nakarmić Royera stekiem kłamstw. Kłamstwa przynajmniej mogłyby brzmieć poetycko. Wzniośle. Mógłby się odwołać do wyższych ideałów, pięknych uczuć i elokwentnych wyrażeń. Ale prawda… Prawda jak zwykle była brutalna. Zwyczajna. Prymitywna. Głupia.
Nawet nie zauważył kiedy ze zwyczajowego pesymisty zamienił się w okropnego cynika... I chyba nie była to zmiana na lepsze.
Chciałem się raz w życiu połudzić, ze przez chwilę mogę mieć coś stosunkowo normalnego. Wiedziałem, że to będzie chwila… Ale czasem człowiek trzyma się kurczowo swojej głupoty, bo próbuje się oszukać wmawiając, że ta chwila może potrwać choć odrobinę dłużej –chciał się nacieszyć tą „normalnością”. Ale jak powtarzał sir Richard… „My Campbell’owie nie jesteśmy normalni”. Senior rodu rozumiał to w sensie stania ponad innymi. Arthur patrzył na to zdanie jako na szereg ograniczeń i zmuszania człowieka do bycia kimś kim nie jest.
-Prawda jest taka Lucien… -przełknął ślinę, starając się opanować drżenie głosu.- Że właściwie nie wiesz o mnie nic. Nikt nie wie –bo każdy był dopuszczony tylko do małej cząstki informacji… Nikt od dawien dawna nie widział ich całości. Nikt nie chciał widzieć. Ludzi interesowała tylko zewnętrzna otoczka. Tylko to, co chcieli widzieć, a nikomu nie zależało na zajrzeniu głębiej, czy chociaż próbie zrozumienia… Szkot nie był w stu procentach normalny, o takie stwierdzenie nie można się pokusić. Za bardzo się w nim kotłowało, był za bardzo mentalnie rozdarty… Ale co z tego, kiedy jedyną osobą dla jakiej miało to jakiekolwiek znaczenie był on sam?
-Nie mogę zmienić tego co się stało. Nie mogę tego cofnąć–choćbym chciał i to do jesieni. Czyż nie lepiej byłoby dla ich dwójki gdyby nigdy się nie spotkali? Arthur wciąż siedział by w spokoju w swoim własnym pokoju, ciesząc się swoją „wolnością”. Lucien… Cóż, nie przeżyłby gorzkiego rozczarowania. Nie zostałby oszukany. Nie zmarnowałby swojego czasu na niedorobioną namiastkę człowieka za jaką próbował uchodzić Arthur w swej marnej próbie ucieczki przed byciem ładną marionetką w rękach tatusia… Tak, z pewnością byłoby lepiej. –Mogę cię tylko przeprosić –powoli podniósł się ze swojego miejsca, na moment utkwiwszy wzrok w widoku za oknem. Nawet w środku zimy, Londyn wydawał się być ponurym i deszczowym…
-Przykro mi, że zmarnowałeś na mnie swój czas Lucien. I że tak bardzo się rozczarowałeś, że nie trafiłeś na kogoś lepszego…-Arthur czuł, że to co w nim nie pękło do tej pory… Właśnie pęka. I że musi przestać mówić, bo tylko bardziej się pogrąża. Ośmiesza. A był na skraju totalnego załamania nerwowego i rozpłakania się przed Royerem… Czego chciał bardzo uniknąć. Jakieś mizerne resztki godności go zostały.
-Wystarczy, że powiesz słowo… A sobie pójdę –dodał na koniec cicho. Nie był pewien, czy w ogóle zamierzał zostać w Londynie, bo przebywanie na tej samej uczelni co Lucien… Z pewnością nie byłoby zdrowe dla żadnego z nich. Cóż, Campbell najpewniej powinien wrócić na swoje miejsce, którego nigdy nie powinien był opuszczać.
Tak byłoby najlepiej, czyż nie?

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 477
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pią Wrz 01, 2017 2:04 am

Jeszcze chwilę temu miał ochotę stracić nad sobą te resztki kontroli, które posiadał. Każde jednak spojrzenie w kierunku Arthura, dźwięk każdego słowa, które wypowiedział – przypominało mu tak naprawdę, kim sam jest.
A kim w rzeczywistości był? Kłamcą, dupkiem, narkomanem, świrem, samobójcą…
Długo by wymieniać.
Jedno pozostawało bez zmian – zasługiwał na to wszystko, co go spotkało. I jeżeli to właśnie był jego ostateczny rozrachunek z karmą – postanowił przyjąć to jak mężczyzna, którym starał się stać mimo licznych przeszkód na swojej drodze do normalności.

Lucien został oszukany. Arthur nie zrobił jednak nic oprócz tego, że zostawił za sobą dawne życie.
Życie, które nie było usłane różami, od którego pragnął się uwolnić.
A Lucien? Lucien miał zupełnie inny początek – kochającą rodzinę, wiele możliwości, wsparcie. Jednak Lucien sam jeden pozbawił się wszelkich przywilejów, odsunął od siebie proste rozwiązania i na własną rękę postanowił utrudnić sobie życie.
Dlaczego?
Royer był głupi i porywczy. Wolał pełne dramatyzmu mieszkanie w melinach niż pogodzenie się ze światem i skorzystanie z tego, co mu miał do zaoferowania.
Gdyby tylko Lucien wiedział to wszystko, gdy był młodszy…
Wszystko potoczyłoby się inaczej.
I Lucien nie stałby przed Arthurem rozstrojony, nie wiedzący kim w rzeczywistości jest, zaburzony…zdezorientowany.
Bo Royer był zły na wszystko – na swój pokręcony umysł, który kazał robić mu rzeczy zupełnie szalone, na matkę, która obwiniała go o śmierć ojca, na Arthura…który nie miał sobie do zarzucenia nic poza tchórzostwem.

Spojrzenie Royera podążyło do kubka, który trzymał w trzęsącej się dłoni.
Chłopka przestąpił z nogi na nogę, odstawił niepewnie kubek na stół po czym wrócił z powrotem na środek kuchni, gdzie spróbował się lepiej zorientować w sytuacji.
Znów zapanowała cisza, co oznaczało, że Campbell skończył mówić.

Niebieskie oczy podniosły się na Szkota, taksując powoli jego napiętą twarz.
 – Myślisz, że o to właśnie chodzi? – spytał z niedowierzaniem blondyn. – Myślisz, że żałuję?
Jego wzrok wbity w Arthura nie zelżał ani na chwilę na intensywności.
Royer wiedział na pewno tę jedną rzecz – nie chciał, by Campbell go zostawiał. Nigdy.
 – Myślisz, że… – Lucien parsknął gorzkim śmiechem i przeczesał włosy ze zdenerwowaniem. Niebieskie tęczówki zabłyszczały widocznie.
 – Myślisz, że po tym wszystkim jestem w stanie dać ci odejść? – wydusił z siebie lekko załamanym głosem Royer. – Nie umiem… – wycedził i pokręcił głową, tym razem zdegustowany samym sobą.
Był tak słaby.
Zupełnie także nie umiał ubrać w słowa swoich uczuć. Uczuć, których nie potrafił pogodzić z tą złością, którą w sobie dusił.
 – Jestem na ciebie tak wściekły… – wymruczał i zamrugał szybko powiekami, czując wzbierającą pod nimi wilgoć.
Zamilkł na kilka chwil.
Miał powiedzieć tylko słowo? Jedno słowo?
Potrafił bełkotać bez ładu i składu przez kilka minut bez wytchnienia, a przez gardło nie przechodziło mu jedno słowo?
 – Wiesz…ale mimo wszystko nie potrafiłem wczoraj uciec tak, jak ty uciekłeś – powiedział, pociągając krótko nosem i robiąc kilka kroków w kierunku Arthura.
W milczeniu zrobił jeszcze parę i w końcu znalazł się w niewielkiej odległości od chłopaka.
Ze spojrzeniem wbitym niemalże w ziemię sięgnął po nadgarstek Campbella.
Następnie uniósł ów wyżej tak, by ramię chłopaka oprzeć na swoim barku.
Niepewnie przybliżył się do chłopaka, stykając swoje czoło z tym jego i układając dłoń na jego biodrze.
 – Nie zostawiaj mnie – poprosił tak cicho, że graniczyło to z szeptem po czym subtelnie musnął nos Arthura swoim własnym.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dijira

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 23/02/2016
Age : 18
Skąd : Porzućcie nadzieję, wy którzy tu wchodzicie

PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   Pią Wrz 01, 2017 2:54 pm


-Jak mógłbyś nie żałować?-zapytał Arthur zduszonym szeptem, spuszczając spojrzenie, bo najzwyczajniej w świecie nie mógł już wytrzymać intensywności spojrzenia jakim obdarzał go Lucien. Wydawało się one prześwietlać Campbella na wylot, zaglądać do wnętrza jego umęczonej duszy i odkrywać po kolei tajemnice, o których on sam wolał zapomnieć.
On sam żałował. Bardzo. Że nie był od początku wystarczająco silny by po prostu powiedzieć prawdę, że postanowił sam siebie oszukiwać, że Luciena zranił… Ze nie trzymał się planu, zakładającego nieangażowanie się, pozostanie na uboczu… Wiedział, że pewnie z perspektywy czasu, spojrzy na te wydarzenia inaczej. Że będzie te kilka krótkich tygodni wspominał z nostalgicznym rodzajem tęsknoty, za czymś co było krótką przerwą w długim paśmie codziennej szarości. Ale póki co… Rany, które sam sobie zadał, które były tylko i wyłącznie jego winą wciąż były za świeże i za bardzo bolały.
Zdziwiłoby gdyby Royer nie życzył sobie w głębi duszy, aby do ich spotkania nigdy nie doszło. W końcu to on ucierpiał bardziej. W końcu to jego i tak niestabilna równowaga emocjonalna została brutalnie zachwiana.
-Ja…-zabrakło mu słów. Dokładnie. Parę razy otworzył usta by coś powiedzieć, by wyrazić swoje niedowierzanie, zdziwienie, tą dziwną mieszankę emocji, która się przez niego przetoczyła
To „nie zostawiaj mnie” złamało go całkowicie. To jedno, krótkie i ledwie słyszalne zdanie z ust blondyna sprawiło, że wszystko pękło.
Nie rozumiał. Nie potrafił pojąć, do czego właśnie doszło, jakim cudem Royer nie kazał mu się jeszcze stamtąd zabierać, ba!, mimo swojej uzasadnionej wściekłości, chciał żeby Arthur… Wciąż z nim był. To było niewyobrażalne. Nielogiczne. W świecie Campbella praktycznie niemożliwe. Nikomu nigdy na nim nie zależało na tyle by był w stanie zaakceptować jego błędy, niedociągnięcia czy świństwa, które jak każdemu człowiekowi zdarzało się popełnić. Nigdy z nikim nie dostał „swojej drugiej szansy” i najzwyczajniej w świecie nie wierzył w ich istnienie.
Ojciec nauczył go, że za błędy się płaci. Nieważne czy są małe, czy są duże, jakaś kara zawsze cię spotka… Nie zawsze od ludzi – czasami zwyczajnie los, karma, przeznaczenia (jak zwał tak zwał) przykładają do tego rękę. W końcu nawet siostry całkowicie się od niego odwróciły, kiedy wyszło na jaw, że Arthur nie jest… „W stu procentach akceptowalny” . To w zupełności wystarczyło, by dawniej uwielbiające go siostrzyczki, zaczęły go traktować z dystansem i patrzeć na niego z góry… Bolało tym bardziej, że tylko im zaufał w swoich latach nastoletnich na tyle, by wyrazić swoją niepewność co do własnej orientacji… I się przejechał.
A teraz Royer… Stał tuż obok. I może nie wybaczał, może wciąż był rozsierdzony, ale też… Nie odtrącał, a wręcz przeciwnie… Próbował go zatrzymać, nie pozwalał znowu uciec… Bo cóż… Jak niby po takich słowach Campbell by mógł sporóbować po raz kolejny stamtąd cztery litery? Nie wiedział jak to wszystko jeszcze się potoczy. Nie wiedział jak będzie wyglądać przyszłość, jakie przeszkody przed nimi staną, ani jak będzie wyglądać ich relacja po takiej „rewelacji”… Ale nie widział innego wyjścia. Musiał tam zostać. I tyle.
-Jak ty w ogóle możesz… - próba powiedzenia czegokolwiek została przerwana przez strumień długo wstrzymywanych łez, które w końcu znalazły swe ujście, nie pozwalając na dłuższe granie „menszkiego i poważnego menszczyzny”, a zamiast tego ukazując tego jego wewnętrznego, stłamszonego dzieciaka, którym był na poziomie emocjonalnym -Jak ty w ogóle możesz chcesz jeszcze mieć ze mną jakkolwiek do czynienia?-na wpół wyszeptał, na wpół wyszlochał, zaciskając delikatnie palce jednej ręki na koszulce mężczyzny, a drugą sięgając powoli, ostrożnie, tak, żeby Francuz mógł ją odtrącić, do porośniętego delikatnym, ledwie zauważalnym zarostem policzka chłopaka. Sam ruch w sobie był bardzo niepewny, bo Arthur nie wiedział na ile sobie może pozwolić, przypominał ledwo leciutkie muśnięcie po powierzchni skóry.
Campbell był roztrzęsiony. Zdezorientowany… A jednak w jego sercu zaczęła kiełkować jakaś taka naiwna, dziecinna wręcz nadzieja, że może jednak będzie dobrze.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]   

Powrót do góry Go down
 
Wolken [boyxboy; obyczajowe; 2os; bn]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: