IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Roguery Era [fantasy, bn]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Roguery Era [fantasy, bn]   Nie Gru 11, 2016 10:10 pm



Świat toczył się swoim torem, względnie spokojnie, ale nie na długo. Pokój nigdy nie trwa wiecznie. Wszystko powoli zaczęło się staczać, podmywało fundamenty zbudowanej na nowo rzeczywistości i na przestrzeni lat konstrukcja zaczęła podupadać. Stoi teraz na skraju zawalenia, a jedynym jej ratunkiem są istoty, które nie mają zbyt wiele do stracenia.
Rekrutująca jednostka jasno przedstawia im sprawę: podejmujesz się misji, to albo ją wykonujesz albo giniesz w trakcie. Nie ma wycofywania się. Spróbuj, a trafisz na stryczek. Przy ładnej pogodzie.
Nie ma detali. Wiedzą, że ich zadaniem jest ochrona pewnej kobiety, Victorii, doprowadzenie  jej do głównej kwatery organizacji odpowiadającej za filary społeczności. Dzieli się ona na różne frakcje, zajmujące się każda inną dziedziną. Chronić przed atakami fizycznymi, ale i więcej - przed opętaniem. Magowie, śladem wszystkich innych istot, pozwalają sobie na coraz więcej i skutkiem tego są coraz częściej spotykane przypadki opętania. Póki co wyglądają one na chaotyczne...


Postacie:
(jedyne dostępne role to skład drużyny, która ochrania Victorię)

Arbalester - Mortifer Prunaer, zmiennokształtny
Lawrison - Corvo, elf niewolnik
Voldemort - Salomone, druid
Mietej - Aranea, wiedźma
Śmierciarz - Renn, qunari

Karty Postaci:
fanart, niezbyt długa historia postaci, ale nakreślająca jej motywy udziału w misji.
Nabór: nie musicie pytać, po prostu wbijajcie :D po rozpoczęciu również, chyba że polecimy daleko, to wtedy lepiej zapytać Wink



Miejsca:
Pod Spasionym Buhajem
Popularna karczma wśród niepopularnych typków spod ciemnej gwiazdy oraz innych, nieprzyjemnych gości. Porządni ludzie tu się nie zapuszczają. Gdzieś w Crestwood, w większym mieście.

Założenia:
1. Inspiracja Dragon Age
2. Królestwo z jakąś głową nieokreśloną na razie (król). Pod nim znajduje się Organizacja, na którą składają się frakcje. Swego rodzaju "organizacji" może być więcej, działających jednak na innych założeniach, np. sojuszu z danym ludem/rasą.
3. Mamy na razie rasy podstawowe, czyli: elfy, krasnoludy, qunari, ludzie (dominujący). Mamy też podstawowy podział społeczności: wojownicy i magowie (i, ofc, zwykli obywatele). Wśród nich jest konkretne rozróżnienie na ludy, rody itd. Jeśli chcecie stworzyć nową rasę, dajcie może lepiej znać mi lub Lawrison, czy to się nie gryzie z tym, jak widzimy ten świat, zwyczajnie dla porządku :) aczkolwiek hulaj dusza, jeśli potraficie to dobrze skonstruować, by to miało ręce i nogi :)
Nowe rasy: mroczny elf
4. Victoria to NPC, którym nie sterujemy praktycznie, nic ona raczej nie mówi i jest bierna. Ewentualne zachowania do ustaleń.
5. Rekrutacją i opłacaniem misji zajmuje się Inkwizycja.


____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Wto Kwi 18, 2017 12:03 am, w całości zmieniany 11 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Nie Gru 11, 2016 10:18 pm



Come the day
You see the sun
Hit the arch
A history song


Upadek długowiecznych elfów nastał dawno przed narodzinami Carahna, jeszcze w czasach, gdy ludzie - krótkowieczni i mnożący się jak króliki; których wpływ na inne rasy był przez wszystkich bagatelizowany - zaczynali opanowywać ich ziemie. Sam należał do jednej z istniejących w coraz to mniejszej ilości komórek społeczeństwa elfów składających się z paru do parunastu rodzin żyjących z dala od ludzkich cywilizacji. Naturalną koleją rzeczy buntował się przeciwko tradycjonalistycznemu podejściu otaczającym go zewsząd - i gdy tylko osiągnął dojrzałość oraz zdolność do samodzielnej egzystencji, ruszył ku ludzkim miastom. Nie spodziewał się zderzenia z brutalną rzeczywistością, która dobitnie osadziła go na miejscu, spychając do getta - jedynego miejsca, gdzie nieludzie nie byli niechętnie widziani. Należycie obyty z łukiem i sztyletem szybko znalazł pracę jako drobny najemnik podejmujący się bardziej i mniej legalnych zleceń. Dało się z tego wyżyć - pilnując uważnie wszelkich kos mogących przypadkiem znaleźć się między żebrami. Lunaer prędko wyzbył się początkowego zagubienia i przesiąknął panującym w getcie cynizmem. Stąd też nie był zdziwiony, gdy do jego drzwi zapukała straż pod pretekstem aresztowania za nielegalne działania - logika mówiła, że żaden ze zleceniodawców nie uciąłby ręki, która działała w terenie w jego imieniu, ale doświadczenie i słuchy o kolegach po fachu mówiły zgoła co innego. Udało mu się nie trafić za kratki, lecz od tego czasu mógł się podejmować jedynie nielegalnych działań, które dotąd dobierał sobie ostrożnie. Gdy głód spojrzał mu w oczy, przestał wybrzydzać w zleceniach - i powinęła mu się noga, co było jedynie kwestią czasu. Kwestią czasu była także prędka zemsta - może nie w postaci kosy, lecz równie dotkliwa dla dumnego przedstawiciela spiczastouchych nieludzi. Niewola u ludzi, którymi zdążył nauczyć się pogardzać, była ciężkim sprawdzianem twardości jego charakteru. To właśnie tam - kojarzony z urody z hodowlą łowieckich białych kruków, z której słynęło miasto - zyskał przydomek Corvo, którego miał używać już zawsze. Ostatnim zrywem woli uwolnił się z okowów, skutecznie ukrywając się przez jakiś czas - a nawet wracając do zawodu. Jednakże macki organizacji wyłapującej niewolników prędko się o niego upomniały.


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Nie Gru 18, 2016 12:09 am, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Nie Gru 11, 2016 10:40 pm




Mortifer Prunaer || 22 || zmiennokształtny || wynik eksperymentu frakcji ds. hodowli

Oby mosty, które spalę
Oświetliły mi drogę


Prunaerowie żyli w kupieckim mieście, mieście burżujów i mieście intryg. Wszystko miało swoje reguły i zasady, pośród których należało umieć kluczyć, aby się dorobić. Wiele lat temu jego przodkowie to potrafili, aż w którymś pokoleniu ta zdolność obumarła. Z każdym kolejnym dziedzicem nazwiska pomyłek i błędów się mnożyło, wytykano ich palcami i piętnowano za złe decyzje. Rodzice nigdy nie pytali Mortifera, dlaczego nie wychodził bawić się z rówieśnikami. Nie dlatego, iż się nie interesowali, po prostu znali odpowiedź - nikt nie chciał zadawać się z chłopcem, którego rodziciele plasowali się na dnie łańcucha pokarmowego. Ród "żarzącego się węgla" stał się "dogasającym węglem".
Kiedy więc jego ojciec po raz kolejny się potknął i stracili ostatnie grosze, powiesił się w swoim gabinecie. Mort przyszedł, by poprosić go o pomoc w konstruowaniu zabawki (bo tym się zajmował w wolnym czasie) i tak go zastał. Wiszącego na złotej linie od zasłon. Jeszcze lekko się bujał. Pięcioletni wtedy chłopiec pobiegł po matkę. Zniosła to zadziwiająco dobrze. Kazała mu zawołać siostrę, a sama w tym czasie odcięła męża. Ułożyli jego ciało na dywanie. Pogrzebali go sami, w ogródku. Mortifer trzymał lampę, a siostra z matką kopały dół. Mżyło tego dnia i wciąż pamiętał ziąb, przenikliwy do szpiku kości. Pamiętał też sztywną dłoń ojca, którą ścisnął, nim wrzucili go do grobu.
Ledwie rok później zachorował. Diagnoza nie była pocieszająca, a choroba zaraźliwa, więc lekarz zostawił wskazówki, co robić i więcej się nie pokazał. Siostra nie miała wstępu do jego pokoju, zaś matka wciąż się nim opiekowała. Gdy tylko wyzdrowiał, zachorowała ona. Ścięło ją mocno i gwałtownie. Umierała w katuszach, plując krwią i płacząc. Wtedy on się nią opiekował, zakazując siostrze wstępu. I znów stał w dżdżysty wieczór, wyciągając rękę, by oświetlić dziewczynie ziemię, gdy wbijała w nią łopatę. Rytm uderzeń, pchnięć stopą i dźwięk opadającej, mokrej ziemi nadal rozbrzmiewał w jego głowie za każdym razem, gdy padał deszcz. Tak samo jak trząsł się z zimna w taką pogodę, jakkolwiek ciepło by się nie ubrał.
Od tamtego dnia opiekowała się nim siostra. Opuścili to miasto, które ich odtrąciło. Niezbyt sobie radzili. Dziesięć lat tułali się po świecie, kradnąc i dając się obrzucać warzywami, aż trafili na mężczyznę, który nie pozwalał tak po prostu się okradać. Mort siedział gdzieś wtedy w bocznej uliczce, oglądając ze wszystkich stron jabłko, odwlekając moment, kiedy je zje i będzie po wszystkim. Jego siostra ruszyła na targi, by coś podwędzić na obiad. Tam ją wytropił. Podobno złapał ją za włosy, przeciągnął po błocie w jakieś ustronne miejsce, a tam odciął obie dłonie. Udało jej się nie umrzeć dzięki pomocy jednego dobrego elfa. Opatrzył jej ręce, zaprowadził do brata. Zgodził się, by ją położyć w pokoju, który wynajmował w karczmie. Podczas gdy ona spała, Mortifer szybko przekonał chłopaka, by pomógł mu zemścić się na mężczyźnie. Najwyraźniej Corvo, jak kazał się nazywać, miał w tym własny interes. Zaś on miał dość bezczynności.

Aha, mówisz sobie, stało się. Oto jest.
A potem już niczego nie musisz się bać.

Dokonali tego podstępem, szybko i sprawnie, trzy dni później. Przyniosło mu to satysfakcję, ale nie ulgę. Zwłaszcza, że w ranę dziewczyny wdało się zakażenie. To wtedy wytłumaczyła mu, dlaczego rodzice nadali mu imię "Niosący śmierć". Matka kierowała się przepowiednią, jaką otrzymała od starej wieszczki, że po jego narodzinach wszyscy po kolei zaczną umierać. Nikt nie był na tyle głupi, by zignorować wieszczkę, ale kobieta uznała, że jeśli przyniesie śmierć im, to również każdemu, kto stanie mu na drodze. Gdyby niósł nadzieję, świat prędko by go zdusił.
Niedługo potem umarła. Wraz z nią umarły ostatnie resztki jego człowieczeństwa. Stał się ciałem, pustą skorupą, której nie wypełniało nic, poza zwykłą egzystencją. Nie zachowywał się inaczej, po prostu wewnętrznie nie odczuwał tego, co kiedyś. Stał się obojętny. Nie miał żadnego celu, nie czuł, żeby miał coś do zbudowania, nie widział zresztą gruntu do budowy. Został z niczym i niczym został. Przywykł do względnie samotnego życia, do włóczęgi. Nawet podobało mu się to, że nikt go nie rozpoznawał, był po prostu kolejną twarzą w tłumie. Kiedy jednak to mu się znużyło, bez wahania zgłosił się do magicznego eksperymentu. Powiedziano mu, że otrzyma cząstkę lwa, dzięki której stanie się zmiennokształtnym. Wtedy pomyślał, że zostanie najemnikiem i będzie pracował, by eliminować bogaczy i wysoko urodzonych. Pomyślał, że miałby w końcu cel.
Tymczasem zrobili z niego mutanta i znów stał się tym pięciolatkiem, którego wytykano palcami. Jedyna różnica polegała na tym, że teraz nikt nie obrzuciłby go błotem. Teraz, kiedy przechodził ciasnym korytarzem, każdy przyklejał się ze strachu do ściany.
Postanowił spełniać ich wyobrażenia o sobie i zostać potworem, jakiego w nim widzieli.

Kiedy człowiek czuje, że potrzebuje czegoś więcej, wtedy zaczynają się kłopoty.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Wto Gru 20, 2016 11:08 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Sob Gru 17, 2016 2:17 am







salomone || ??? || druid || "człowiek"



oczy złote || włosy białe i proste || sylwetka
umięśniona || skóra biała i pobliźniona




“And this is how the ending starts.”






– Kim jesteś? Czarownikiem? Mrocznym elfem? Śmiercią?
–Każdym z nich i żadnym zarazem. Jestem druidem.


 Przyszedł na świat w zapomnieniu. Jego matką była Północ, ojcem stary drwal pustelnik z krańców ziemi, który znalazłszy go spacerującego nago taflą zamarzniętego jeziora – przyjął go pod swój dach i wychował małego chłopca jak własnego syna.
Nadał mu także imię – Fintan.

 Dziecko miało w sobie coś z elfa, i mimo, że nie wyglądało na człowieka – w głównej mierze wydawało się być właśnie nim. Mimo czarnego koloru krwi, zaostrzonych zębów, skłonności do przesuszającej się skóry, nadludzkiego słuchu, węchu i wielu innych talentów  młody Fintan mógł uchodzić w niewielkiej wiosce za przedziwnej urody ludzkiego malca.
I ta właśnie dziwność zaprowadziła go dalej w świat, gdy już osiągnął wiek względnej dorosłości. Ruszył na Południe, ku ziemi zamieszkanej niemal w zupełności przez ludzi – jego braci, jak sądził wówczas.

 Nie mógł się jednak pomylić bardziej. Pośród ludzi z Południa wyglądał jak zupełny odmieniec i nie tylko on to zauważał. Widzieli to także ludzie, u których szukał pracy, a także ci mijani na ulicy, wytykający go palcami. Był inny. Był zupełnie inny.
Przeklinał swoją białą skórę, złote oczy, czarne białka, lśniące srebrnym odcieniem włosy, spiczaste uszy.

Szybko przekonał się, że musi uciekać jak najdalej stąd, jak najdalej od żyjących ludzi, a najlepiej tam, gdzie nikt nie będzie go dyskryminował. Jedyną istotą, której miłosierdzie znał był Stwórca oraz bogowie, o których opowiadał mu stary drwal.
Fintan znalazł swoją drogę do świątyni.
Tak stał się druidem – kapłanem, uzdrowicielem i magiem.

 Jego talent szybko został dostrzeżony, a zasługi Salomona – bo takie imię przyjął, gdy dotarł na Południe – wyróżnione na tle pozostałej rzeszy druidów. Znaleźli się tacy, którzy zechcieli sprawdzić jak potężny z czasem stał się chłopak znikąd. Niektórzy z zazdrości, inni z ciekawości zakradali się do komnat mężczyzny z nożami w rękach. Na ich przykładzie wszyscy inni mogli się przekonać, że nie warto było sprawdzać jak wielce utalentowany jest druid doceniony przez samego władcę krainy.
Wówczas jego odmienność stała się znakiem rozpoznawczym mocy, której potęgę podziwiał każdy młody zakonnik i adept.

Sława okazała się nieść za sobą ogromną odpowiedzialność, a także wabić zainteresowanych użyciem owego poczucia odpowiedzialności.
A za duże pieniądze i prestiż wśród wyższych sfer nawet cnotliwy kapłan jest w stanie podjąć się misji niemalże samobójczej. Zwłaszcza, gdy misja ta obiera podobny kierunek



____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Pon Gru 19, 2016 11:02 pm, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Nie Gru 18, 2016 8:40 pm





Mawiają, że wiedźma żyje głęboko w tym lesie.
Mawiają, że rozmawia z pająkami.

Tylko ludzie zaprawdę zdesperowani postanawiali szukać pomocy w ciemnym, zatęchłym lesie w północnej części Królestwa. Przechodząc przez położoną niedaleko wejścia do mrocznej puszczy wioskę można było usłyszeć szeptane ostrzeżenia i dostrzec zalęknione spojrzenia. Choć mieszkańcy wsi sami wiele zawdzięczali wiedźmie zamieszkującej pobliski im bór, nadal przeszywały ich dreszcze na same brzmienie jej imienia.
Wieśniacy sami nigdy nie wspominali, że niegdyś ów wiedźma była mieszkanką wioski. Będąc dzieckiem, jak to dziecko bawiła się razem z rówieśnikami i działała na nerwy starszym mieszkańcom, acz od zawsze było z nią coś nie tak. Zwierzęta się jej nie bały, a ona sama szczególnie upodobała sobie pająki. Ze wzajemnością. Jej izba wypełniona była pajęczynami, często też pająki siadały jej we włosach lub na ramionach, a ona nic sobie z tego nie robiła. Potrafiła również wróżyć z dłoni i często miewała prorocze sny. Nieradzący sobie z nią rodzice postanowili, wiedzeni podpowiedziami sąsiadów, wysłać ją na praktyki do mieszkającej w lesie znachorki, która od razu ujrzała w małej dziewczynce niebywały talent. Któż by jednak pomyślał, że dziecko w szybkim czasie przewyższy umiejętności starszej kobiety? Co więcej, samotność i cisza, jaką zapewniał jej las, była na tyle uzależniająca, że dziewczyna coraz rzadziej odwiedzała biologicznych rodziców. Kochała ich, lecz o wiele większą sympatią i zrozumieniem darzyła ją stara kobiecina, której towarzystwo w zupełności jej wystarczało.
Nie minęło wiele lat, gdy opiekunka dziewczyny zachorowała na śmiertelną chorobę. Dziewczynce udało się przedłużyć jej życie jeszcze o pół roku, zanim kobieta opuściła ją i zostawiła samą. Próba powrotu do wioski zakończyła się fiaskiem, ponieważ mimo że wieśniacy proponowali jej powrót, to w ich oczach widziała strach. Nie namyślając się długo wróciła do chaty zmarłej znachorki. Przez kolejne lata szlifowała swoje umiejętności lecznicze, a także uczyła się odszukiwać odpowiednich informacji w zagadkowych meandrach przyszłości. Co jakiś czas odwiedzali ją potrzebujący ludzie - chorzy, ranni, lub po prostu proszący o radę. Nigdy nie odmawiała pomocy, lecz i to nie pomogło jej uchronić się przed zostaniem w pogłoskach wiedźmą z Północy. Im dłużej to trwało, tym bardziej sama zaczynała wierzyć w to, że jest zła, aż zdziczała zupełnie, tak że każdy kontakt z innym człowiekiem sprawiał jej trudności. Jej jedynymi przyjaciółmi były leśne zwierzęta, które odwiedzały jej zapuszczony dom.
I trwałaby w błogim szaleństwie, gdyby nie wysłannicy Inkwizycji, którzy, słysząc pogłoski o wiedźmie, postanowili je sprawdzić. Poczęstowali ją propozycją nie do odrzucenia - albo podejmie się samobójczej misji, albo idzie na stryczek. Wola przedłużenia życia wyprowadziła ją z dala od jedynego domu w beznadziejną podróż, tym trudniejszą dla niej, która, nieprzystosowana do życia między ludźmi, musiała od początku uczyć się praw nieznanego jej świata.
Niedopracowane to to, ale oto jest nieokiełznana dzikuska!


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Wto Gru 27, 2016 5:35 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Śmierciarz

avatar

Liczba postów : 79
Join date : 12/07/2015
Age : 72
Skąd : z Rivii

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Pon Gru 26, 2016 2:23 pm

Renn




Nothing matters,
so it doesn't matter if nothing matters
And while you be, be true
And if you won't, fuck you
Burn your clothes

OPEN the wine
Close your eyes

F R E E Z E  T I M E



         Cwaniaczek. Skromny złodziejaszek. Jeśli coś świeci wystarczająco jasno, musi znaleźć się w jego kieszeni. Ktoś by pomyślał - zaraz, qunari? Złodzieje nie powinni przypadkiem być jak najbardziej drobni, smukli i nie zahaczali rogami o drogocenny żyrandol? Cóż, powinni. Ale qunari powinni również wyznawać qun, nie manifestować miłości seksem oraz poddawać się reedukacji przez Ben-Hassrath w razie potrzeby, a Renn jest zdania, że skoro pogwałcił już tyle zasad, to czemu nie pogwałcić jeszcze kilka?
         Nie był jednak przesadnie barczysty, nie mógłby sobie na to pozwolić, większość pałaców i zamków miała śmiesznie małe wejścia z tyłu. Jak by się tam zmieścił? Renn w towarzystwie swoich rodowitych mógłby uchodzić za osobę z drobną posturą, był stosunkowo niższy od całej reszty, zawsze był dziwnie "mniejszy". W społeczeństwie minimum dwumetrowym posiadanie metra osiemdziesięciu siedmiu wydawało się wręcz śmieszne. W tłumie wystawały tylko jego rogi. Niektórzy podejrzewali, że jest krzyżówką dwóch ras, jednak nigdy się to tak naprawdę nie potwierdziło. Zarówno matka, jak i ojciec, kończą swoją rolę w momencie urodzenia się dziecka, jego rodziną stają się rówieśnicy. A raczej ciężko podejść do swojego kilkunastoletniego znajomego z kołyski i spytać się go "Ej, wyglądam ci na elfa?".
         Podróżował po świecie. Był w tym całkiem dobry, przecież wystarczyło tylko iść, czasem wskoczyć na cudzy powóz, niekiedy może ukraść komuś konia. Mimo wszystko nie miał w głowie kompasu ani mapy, często się gubił, a wieśniacy nie lubili odpowiadać bestiom z rogami. Kiedy więc zauważył w mieście drugiego qunari, rozglądającego się gorączkowo wokół, od razu podbiegł z podejrzanym uśmiechem na ustach. Spytał o drogę. W zamian nieznajomy wcisnął mu do rąk jakiś dziwny miecz, zbroję (nieważne, że prawie się pod nią ugiął), oddał hełm (z wylotem na rogi, jak miło), rzucił jakieś "Od dzisiaj nazywasz się Renn" i uciekł w siną dal.
Potem coś go napadało i kazało wybierać pomiędzy samobójczą misją, a stryczkiem. Właśnie wtedy stwierdził, że czas zaopatrzyć się w jakąś sensowną mapę.




Ostatnio zmieniony przez Śmierciarz dnia Sob Gru 31, 2016 2:56 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Pon Gru 26, 2016 5:17 pm


Holy water cannot help you now
Thousand armies couldn't keep me out
See I have to burn
Your kingdom down

Mort widział tego dnia swoją matkę. Siedzieli razem w ogródku w przyjemne, wiosenne popołudnie. Pokazywała mu na koszuli ojca, jak naprawić naciągnięcia czy nadprucie. Klęczał obok niej na krześle i wyciągał szyję, by widzieć dobrze, co robiła. Słuchał uważnie każdego słowa. Zawsze pilnie słuchał rodziców. Mówili spokojnie, wyraźnie i zrozumiale. Mówili o rzeczach ważnych, interesujących. A może po prostu cokolwiek mówili, było interesujące.
Obudził się, kiedy ktoś ochlapał go błotem, przejeżdżając obok wozem. Postanowił się tym nie denerwować. To będzie dobry dzień, powiedział sobie. Wyżymał ciuchy z wody, wytarł brud w spodnie i zeskoczył z beczek na ziemię. Przeciągnął się. Kości zdecydowanie protestowały przed takim traktowaniem - spanie na dworze w taką pogodę, jeszcze na twardych beczkach w dziwnej pozycji zupełnie im się nie podobało. Jednakże on nie pytał ich o zdanie. Dziwił się, że nadal, po tylu miesiącach, odkąd stracił swoje wypadowe lokum i cały zawarty w nim asortyment i oszczędności (czyt. podpalono mu dom), wciąż się nie przyzwyczaiły.
Nim wyszedł spod okapu dachu, zarzucił kaptur na głowę i zmarszczył nos. Deszcz podsycił smród ryb, wydobywający się z budynku, pod którym spał. Zbliżał się już wieczór, bo Mortifer sypiał za dnia. Zdecydowanie wolał funkcjonować w nocy, a do tego dochodziły względy praktyczne. Jako że godzina dwunasta dawno minęła, pogwizdując, skierował swoje kroki ku karczmie. Na jego trasie stanął miejski rynek. W bramie, na stercie łachów niema obrośniętych sierścią różnych zwierząt, od psów, przez szczury po ptasie pióra, siedział małego wzrostu chłopiec. Na jego widok malec zerwał się na równe nogi z cwanym uśmieszkiem i wypiął dumnie pierś, świecąc złotym łańcuchem (Mort podejrzewał, że to była damska bransoletka, owijana wokół nadgarstka dwa razy).
- Dorobiłeś się, szczylu mały? - zapytał, zerkając na niego z ukosa, nie zatrzymawszy się na sekundę.
- To tylko część! Niedługo będę bogatszy od ciebie.
Prunaer prychnął.
- Teraz to na pewno, skoro mi chata spłonęła.
- Pożyczyć ci na chleb? - spytał mały złośliwie.
Na to Mort odwrócił się i wskazał kciukiem jego legowisko.
- Jak tak będziesz pilnował biznesu, to daleko nie zajdziesz.
Chłopiec krzyknął z zaskoczeniem i złością, kiedy dostrzegł ludzi pochylających się nad jego dobytkiem. Ruszył tam biegiem.
- Dalej niż ty, bezdomny kościotrupie!
- Para ciuchów w błocie to nie dom! - zawołał za nim Mortifer.
Nieposiadanie domu również nie mogło wprawić go zły nastrój, ani dziś, ani w żaden inny dzień. Dawno temu pogodził się z taką sytuacją i wiecznie liczył się z tym, że zawsze mógł do niej powrócić. Tak jak ostatnio. Nic nowego. Kwestia przyzwyczajenia. Dla psychiki, bo dla kości najwyraźniej nie, gadał do siebie w myślach, robiąc wyrzuty własnemu szkieletowi. Zmienił wygwizdywaną melodię, bo ta już mu zbrzydła. Jeszcze dwie takie zmiany i dotrze do karczmy. Znajdował się w jednym z większych miast. Dało się tu nawet jeszcze uświadczyć strażników Inkwizycji, aczkolwiek ograniczali się raczej do stania w bramach i unikania wzrokiem wszystkiego, co nieprawe.
Z pieśnią na ustach przekroczył próg "Pod Spasionym Buhajem". Choć wcześniej już z dala słychać dało się śmiechy, głośne rozmowy i pijackie podśpiewywania, to w momencie, gdy wszedł do środka, zapadła cisza. Nie przejmując się tym, podszedł do lady i usiadł naprzeciw Oberga, którego przodkowie rzekomo byli Olbrzymami, aczkolwiek jedyne olbrzymie geny rozeszły się u niego wszerz. To oraz łysa głowa, szeroki nos i jakaś taka napuchła morda jedynie wskazywały na jakieś jego powiązania z wyżej wymienionymi.
Rozmowy przybrały na głośności.
Jak zwykle, Oberg zrobił na jego widok kwaśną minę, ale też dobrze wiedział, że Mortifera nie wyrzuca się z karczmy. Nie po tym, jak ostatnia osoba, która to zrobiła, skończyła jako szaszłyk, a rudera obróciła się w pył.
Miał wtedy kiepski dzień.
And no rivers and no lakes can put the fire out
I'm gonna raise the stakes, I'm gonna smoke you out

- Tylko nie rozrabiaj, Mort - powiedział ostrzegawczo, podając mu miskę śmierdzącej zupy (czy on ją pędził z soków swojego cielska?).
- Dzisiaj mam dobry humor, Berdziu - odparł, potwierdzając swoje słowa szerokim uśmiechem. - Nic mnie dziś nie wytrąci z równowagi.
Właściciel karczmy nie wyglądał na przekonanego, ale wrócił po prostu do swoich zajęć.
- Nawet ci nie powiedziałem, jak obrzydliwa jest ta zupa, chociaż jestem pewien, że szczury by jej nie tknęły. Widzisz?
- Widzę - westchnął tamten.
Zostało mu parę łyżek do końca, kiedy usłyszał za sobą nieprzyjemny głos.
- Ej ty, mutant.
Nie odwrócił się. To dobry dzień. Będzie jadł dalej tą paskudną zupę i udawał, że to krem z arii wandala jego matki. To dopiero było danie.
- Szpiczasty łbie. Mówię do ciebie.
Odłożył powoli łyżkę.
- Oberg. Mam dziś naprawdę dobry dzień. - Parsknął. - Komuś jednak wyjątkowo zależy, by go spierdolić. - Rozłożył ręce i odwrócił się, by zeskoczyć ze stołka. - Mortifer Prunaer, witam. Jakiś problem? Jeśli to nic pilnego, właśnie jem.
- To właśnie takie gówna jak ty niszczą nasz świat. Czym ty w ogóle jesteś, co?
- Człowiekiem - odparł z uśmiechem, ignorując usilnie resztę wypowiedzi brzydkiego, barczystego łysola.
- Wątpię. Podobno jesteś strasznie silny. W to również wątpię. Masz coś poza tym... czymś na głowie?
Oberg przygotowywał już mopa i ścierkę. Mort westchnął i spełnił życzenie Idioty (nawet się bezczelny nie przedstawił). Na ułamek sekundy pokazał mu pysk swojej drugiej formy. A Idiota wybuchnął śmiechem.
- Iluzja? Naprawdę? Tylko na tyle cię-
Nie zdążył już dokończyć, bo Mortifer nadział go na swój kościsty szpon. Wbił mu go pod brodą, tak że ostry czubek wyszedł mu między zębami. Ciepła krew spływała po przedramieniu. Uniemożliwił mu gadanie, ale wciąż dychał. Wiedział, że jeśli to tak pozostawi, facet będzie dalej nawijał i próbował zepsuć mu humor - albo teraz albo innego dnia. Dlatego napiął mięśnie i szarpnął ręką. Ścięgna i skóra Idioty naciągnęły się do granic możliwości, a kiedy szczęka złamała się z głośnym, nieprzyjemnym trzaskiem, rozerwały się, odsłaniając makabryczny widok twarzy od środka. Oderwana część głowy opadła z plaskiem na ziemię, kiedy Mort strząsnął ją z dłoni, a nieznajomy wydał z siebie agoniczny jęk i padł na podłogę, śladem swojej straconej szczęki. Prunaer podszedł do blatu, gdzie stał już kufel z trunkiem, wypił go duszkiem i wyszedł spokojnym krokiem. Ktoś w pobliżu wygrywał rzewną melodię. Odszukał wzrokiem grajka, skrytego pod szerokim rondem kapelusza, który chronił zarówno jego, jak i instrument, przed deszczem. Zatrzymał się parę kroków od niego i słuchał, a ulewa zmywała z niego krew.
Następnego dnia widział swój dawny ogródek, a w nim trzy groby. Razem z nim, stali nad nimi wszyscy ci, których dotąd zabił. Stali naprzeciw niego, wzrok wbijali w dół. Spod ich stóp wypływała krew i zalewała świeżo przekopaną ziemię, która powoli nią nasiąkała, aż cała przybrała brudnoczerwony kolor. Wtedy ktoś wręczył mu łopatę, a on zaczął kopać kolejny dół. Kopał tak długo, aż  jego głowa znalazła się poniżej trawnika. Kolejne osoby wrzucały do środka garść suchej ziemi. Otoczyli dół, który zaczął wypełniać się krwią. Kiedy się w niej zanurzył, obudził się.
Wiedział, że to będzie zły dzień, choć tym razem kości nie bolały; może dlatego, że spał zaledwie trzy godziny - niebo dopiero przybierało fioletowy odcień; na wzgórzach mógłby pewnie zobaczyć jeszcze skrawek zachodzącego słońca. Deszcz ustał, ale zerwał się okropny wiatr, który pochylał niebezpiecznie drzewa. Wydawało się, że niektóre mogą zaraz dosięgnąć koroną ziemi.
Posiedział jeszcze chwilę na beczce, czekając, aż cienie się ujednolicą i dopiero ruszył do karczmy. Znów miał przejść przez rynek. Tym razem nikt do niego nie podbiegł, kiedy zbliżał się do bramy. W rogu pozostała tylko nic nie warta sterta ciuchów oraz oparty o lodowaty mur chłopiec. Nogi i ręce miał rozłożone, głowę przechyloną, a całe ubranie uwalane niekrwawiącą już, poszarpaną raną na gardle. Nic z jego dobytku nie pozostało. Wokół kręcił się jakiś chudy pies i trącał go nosem. Uciekł, kiedy Mortifer podszedł. Przykucnął, przyjrzał się wąskiej szyi chłopca. Potem wstał i poszedł dalej.

Seven devils all around you
Seven devils in your house
See I was dead when I woke up this morning
I'll be dead before the day is done

Nie miał tego dnia ochoty na zupę, więc od razu zalał się jakimś trunkiem z Thedas. Oberg nic nie skomentował, powiedział tylko, że ktoś chciał z nim porozmawiać. Mort wzruszył ramionami. Usłyszał i kątem oka dostrzegł, że ktoś usiadł obok.
- Jest do wykonania misja, za którą dostaniesz sowitą zapłatę.
Bez odpowiedzi. Kolejny kufel.
- Może cię też ona doprowadzić do ludzi, którzy są bezpośrednio odpowiedzialni za bankructwo twojej rodziny.
Powolne spojrzenie. Oblizane usta.
- Nie dotrzesz do nich sam. Mógłbyś też dorwać frakcję, która ci to zrobiła.
Kobieta miała na sobie lśniącą, drogą zbroję, ciasno związane włosy i wąskie usta.
- Jednak jeśli się podejmiesz misji, nie możesz zrezygnować. Inaczej cię ścigniemy i zabijemy. Misja kończy się albo powodzeniem albo śmiercią.
- Ile?
Podała cenę.
- Wchodzę.
- Idź do Głównego Miasta. Tam cię znajdę. Za trzy dni. Pozostali też tam będą.
- Nie powiedziałaś, że to gra drużynowa.
- To gra drużynowa - oznajmiła, nim odeszła.
Mort odprowadził ją wzrokiem, po czym zamówił jeszcze jeden kufel. Potem wyszedł i ruszył w stronę lasu. Zmienił formę na kościste smoczysko i rozpoczął polowanie na wilki i większe ptaki. Uzbierawszy górę trucheł, zaczął obdzierać je ze skóry, rozrywać mięśnie i gdy dobrał się do kości, odłamywał je od reszty cielska i czyścił. Ptaki oskubał z piór. Zbudował malutką łódkę, wiążąc materiały sznurem. Pozostawił ją na brzegu, w odludnym miejscu. Wrócił na rynek i przerzucił ciało chłopca przez ramię. Tak jak podejrzewał, nikt go nie ruszył. Wrzucił go bez ceregieli do kościstej łódki i puścił ją na wodę. Nawet go nie lubił. Nie czuł do niego sympatii. Dlaczego więc? Nie musiał siebie nawet pytać. Wiedział od razu. Widział w nim siebie. Wyprawił ten "pogrzeb" dla siebie, dla tej jego części, która odeszła, a której nigdy nie pożegnał. Oto on. Dziecko, jedna z setek tysięcy ofiar tego świata.

Before the day is done

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Wto Gru 27, 2016 10:55 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Wto Gru 27, 2016 2:11 am




 – Panie, to samobójstwo – po raz kolejny ostrzegał go młody adept, targając nadal w niepewnym uścisku stos książek. Jedna z nich osunęła się ze szczytu i lada chwila uderzyłaby o zakurzoną podłogę klasztoru, gdyby nie refleks starszego towarzysza młodego chłopaka.
 – Być może, Adrielu. Czuję, że ta wyprawa jest mi pisana i jeżeli to ona dopełni mojego losu, to będę szczęśliwy – mówił znudzonym tonem mężczyzna, przepuszczając chłopaka w drzwiach obszernej biblioteki.
 – Zapłacili ci, panie. Wiem o tym – ponownie odezwał się nastolatek, przez ramię zerkając na nauczyciela.
 – Kto ci o tym powiedział? – Głos druida był zdecydowanie utrzymany w tonie wesołości. Nie było sensu kłamać w żywe oczy dziecku.
 – Wielebny Malachi mówił o tym Eddarowi, Anwen podsłuchała ich rozmowę, powiedziała Esther i Pearleen, a one… – Tutaj zniecierpliwiony wzrok druida nakazał mu się pośpieszyć. – A one powiedziały całej reszcie.
 – Fantastycznie. Anwen ma rzeczywiście długi jęzor… – wymruczał pod nosem białowłosy i sięgnął po pierwszą książkę ze szczytu tych, które nosił ze sobą cały czas Adriel. Począł odkładać jedna po drugiej na półki, tam gdzie było ich przeznaczenie. Woluminy unosiły się w powietrze i kierowały się na najwyższe poziomy bibliotecznych półek.
 – Więc… kto ci zapłacił? – spytał niepewnie Adriel, spoglądając w górę na wyższego od siebie mężczyznę.
 – Król – odpowiedział krótko Salomone, zerkając z rozbawieniem na strwożonego powagą sytuacji młodego adepta.

***

Trwał chłodny poranek zapewne równie chłodnej pory roku w swym pełnym rozkwicie. Z sali ćwiczeń o tej porze jak zwykle dobiegały odgłosy stali uderzającej o stal oraz pokrzykiwania nauczycieli władania mieczem.
Salomone przysłuchiwał się temu z odległości większej niż pozwalała na to normalnemu człowiekowi. Dużo większej.
On także brał udział w treningu.

Szelest liści, ciche kroki, ostrożny oddech, gdy naciągał cięciwę łuku. Celował w sposób taki, jak na mistrza skrytobójstwa przystało.
Celował on jednak we własnego mistrza.

Strzała opuściła zarośla, mknąc ku białowłosej postaci – świszcząca obietnica śmierci.
Salomone słyszał jej niemalże bezgłośny pomruk, gdy przedzierała się przez powietrze. jej obecność, odległość i masa były mu doskonale znane.
Wiedział, że jedyne co musi zrobić, by ujść z życiem tej zatrutej zabawce to odsunąć się cal lub dwa na bok. To nie wymagało wykonania kroku, a jedynie przeniesienia ciężar ciała na lewą stopę.
Tak też zrobił, obracając się następnie wokół swojej osi. Nie lada zdziwienie wdarło się na jego oblicze, gdy powitało go ostrze skierowane prosto w jego gardło.
Kiedy on się tu znalazł?

Salomone wygiął się z łatwością do tyłu, gdy przeciwnik zamachnął się na niego stalowym ostrzem. Białowłosy druid nie był wojownikiem krótkodystansowym jednakże i w tym fachu zdołał wyszkolić siebie… i kilku swoich wybitnych uczniów.
W ułamku sekundy dobył własnego miecz, odepchnął się dłonią od ziemi i powrócił do pionu, by zaatakować mieczem przeciwnika.
Dwóch na jednego? A gdzie pozostali czterej?
Na jego usta wkradł się przebiegły uśmiech, gdy jego silny cios miecza odparowany został z ogromną łatwością.
Gdy zaś jego przeciwnik starał się wznieść z powrotem miecz na wysokość ataku – Salomone zdołał dobyć sztyletu, którym to ranił rosłego oponenta.
Ten zawył z bólu jednak adrenalina wzmocniła siłę jego następnego ciosu, którym chybił o kilka cali białowłosego mistrza.
Wtedy pojawili się jeszcze dwaj.
 – Nadal nie jesteście tu wszyscy… – wysyczał pod nosem Salomone i zrobił krok do tyłu, unikając kolejnego ataku i odpowiadając na ten, który niemal dosiągł go z boku.
Stal uderzała o stal, a sztylety cięły ciało, strzały raniły ramiona.

***

 – Jestem z was dumny – wydyszał Salomone, odrzucając na bok miecz i opadając ciężko na ziemię. – Z ciebie Elmer nie. Zapomnij.
Mężczyzna zwany Elmerem zdjął z głowy hełm  i odrzucił go na bok z cichym jękiem zrezygnowania. Cała reszta w ciszy zbierała strzały i opatrywała sobie nawzajem drobne skaleczenia.
 – Wszyscy poza Jetem możecie wracać. Do jutra macie wolne. Odpocznijcie.

Dokładnie tak jak im polecił – cała piątka skierowała swoje kroki do wyjścia z niewielkiej puszczy, by dotrzeć jeszcze przed zmrokiem do klasztoru, zjeść coś i przygotować się ostatecznie do jutrzejszego egzaminu dojrzałości.
Salomone wywiercał wzrokiem dziurę w szczupłej postaci adepta, który jako jedyny pozostał jeszcze w swoim miejscu.
Minęły długie sekundy nim białowłosy się odezwał.
 – Prawie mnie zabiłeś – sarknął i dźwignął się do pionu, otrzepując się z ziemi i liści.
 – Nie tego chciałeś? – Młody mężczyzna nawet nie ukrywał gorzkiego rozbawienia. – Masz zamiar mnie oblać w odwecie?
 – Oblałbym cię za kilka innych rzeczy, za które pewnie też wyleciałbyś z klasztoru na zbity pysk.
 – Jakich? – Salomone nawet nie potrafił stwierdzić, w którym momencie Jet znalazł się tak niebezpiecznie blisko. Doskonale teraz mógł poczuć jego zapach. Wietrzył podniecenie.
 – Że też musiałeś spytać…

***

 – Do miasta? Dawno tam nie byłem. – Jego półnaga sylwetka wystawała przy oknie jego komnaty, gdy Jet czytał jego prywatną korespondencję na głos. Równie półnagi.
 – Jesteś pewien, że to wszystko jest warte swojej ceny? – spytał od niechcenia i rzucił list na stertę pozostałych kilkunastu. – Pewnie i tak masz gdzieś te pieniądze…
 – Bystry jesteś. Szkoda, że ten kretyn Malachi nie jest tak domyślny jak ty. Rozpowiada na prawo i lewo, że wydałem całe swoje pieniądze na chłopców i teraz mi zabrakło, więc postanowiłem wyruszyć na samobójczą misję.
 – A tak nie jest? – zaśmiał się Jet, nie poważniejąc ani trochę, gdy pomknęło ku niemu karcące spojrzenie mistrza.
 – Musiałbym być niespełna rozumu, żeby nabrać się na twoje, jak ci się wydaje, przebiegłe metody…
Wywołało to w jego uczniu kolejną falę rozbawienia.

 – Nie powinieneś tego spalić? – spytał po chwili Jet, mając oczywiście na myśli wiadomość, którą chwilę temu przeczytał na głos. Swój wzrok skierował w stronę stosu korespondencji i ku swemu zdziwieniu ujrzał jak ów kartka papieru dopala się, wisząc w powietrzu.
Jet wzruszył jednak tylko ramionami i podszedł do okna, stając przy mistrzu.
Przez chwilę obaj tkwili w ciszy, obserwując jak słońce wznosi się ponad horyzontem i oblewa malowniczą poświatą polany, korony drzew… i całą resztę.
 – Ciekawość pcha mnie w sidła terroru tak samo jak wówczas doprowadziła mnie tutaj.
 – Znużył cię spokój? – prychnął Jet, zerkając kątem oka na mistrza.
 – Nigdy mi nie był pisany. – Spojrzenie jego złotych oczu ani na chwilę nie dosięgło młodszego z nich. – Wystarczy zatem gnić.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Czw Gru 29, 2016 11:37 pm


Poinformowano go, że razem ze zwierzchnikiem będzie uczestniczył w misji eskortowej. Przyjął informację z ust człowieka - krępego i niezgrabnego jak wszyscy inni ludzie, których nauczył się rozróżniać między sobą dopiero w okresie niewoli - z niewzruszoną miną, którą okazywał zawsze, będąc aktywnie na służbie. Natychmiast pozwolił sobie na ironiczny uśmieszek, gdy tylko został sam. Wyglądało na to, że miał być eskortującym osoby eskortującej. Ponownie pozwolił sobie na chwilę refleksji nad ludzką hipokryzją. Więcej szczegółów nie poznał - z wyjątkiem informacji, że misja miała prawo się zakończyć jedynie powodzeniem, w innym wypadku skutkując śmiercią uczestniczących. Zero szans ucieczki. Nic nowego.
***

- W czym się specjalizujesz? - kobieta "zwierzchnik" udawała, że wcale nie zna jego atutów.
- W łuku. I sztyletach - odparł elf, udając, że nie wie o tym fakcie.
- Więc będziesz się trzymał na dystans. Masz się zachowywać jakbyś był cieniem, rozumiesz?
- Oczywiście, shemlen.
Cała rozmowa była czymś zupełnie zbędnym, jednakże w zwyczaju ludzi, jak Corvo zauważył, była swego rodzaju aprobata dla utrzymania pozorów. Nie był tylko pewny, na ile kobieta stojąca przed nim była świadoma faktu, jak bardzo w wyprawie była zdana na jego łaskę; sam był jednak świadom tego, jak bardzo zdany jest na łaskę własnej frakcji. Tej się nie zawodziło.

Trzymał się zalecenia już podczas podróży w stronę  miejsca zbiórki. To rozwiązanie było całkiem wygodną opcją - nie musiał podtrzymywać pozorów bycia jej towarzyszem - gdyż nie był nim - i miał na oku całą okolicę. Gdy jechali konno przez miasto, ludzie prawdopodobnie nawet nie wiązali eleganckiej, zapewne pięknej według ich standardów kobiety z nim. Spojrzenia wyrażające podziw, czasem nawet zazdrość przemieniały się w pogardliwe i pełne chłodnego zdziwienia, gdy zwróciły się ku jego postaci. Corvo do tego przywykł, odkąd stał się Corvem. Sam nie był ludziom dłużny w takich odczuciach.

Karczma w Głównym Mieście, w biały dzień, nie sprawiała wrażenia dobrego miejsca na rozpoczęcie jakiejkolwiek niebezpiecznej wyprawy. Elf chłodno oceniał okoliczności. Jeśli uczestnikami mieli być tacy wytworni ludzie jak jego "podopieczna", marnie widział losy tej ekspedycji. Z kolei jeśli podobni mu, nie rozumiał wyboru akurat tego miejsca i tej pory dnia. Chyba, że była to kolejna rzeczy, której nie rozumiał w motywach ludzi, i którą mógłby włożyć do tak chętnie wypełnianej przez niego szufladki z dowodami na brak logiki w zachowaniu tychże.
Gdy przywiązali konie przed karczmą i weszli do środka, Corvo zmierzył wzrokiem gości. Typowa dla takiego miejsca mieszanina języków, nacji, a nawet stanów społecznych. Nie sposób było stwierdzić, kto z siedzących tu ludzi miał uczestniczyć w wyprawie razem z nimi.
Gdy nie zauważył żadnych podejrzanych gęb, mruknął dyskretnie "będę pilnował z zewnątrz", po czym wyszedł, by obserwować swobodnie okolicę z łukiem na kolanach, opierając się o grzbiet jego leżącego na ziemi ciska.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Wto Sty 17, 2017 3:21 pm

Zbierała świeże zioła, gdy to poczuła. Obróciła głowę w stronę, gdzie znajdowała się jej chata. Nie potrafiła określić tego, co odbierała, to był jakby impuls, krótki, lecz wyraźny. Jej przypuszczenia potwierdził zaaferowany, przebiegający jeleń, który zatrzymał się tylko na moment, by dać się pogłaskać i przekazać jej wieści. W jej domu była jakaś osoba, ale nie wydawała się przybyć, by prosić o pomoc.
To nie zwiastowało niczego dobrego.
Z koszem pełnym darów lasu wyruszyła w drogę powrotną, zastanawiając się w duchu, któż to mógł ją odwiedzić. Ostatnio rzadko miewała gości. Ludzie powoli przestawali ufać jej magii, lub magii jakiejkolwiek. Lekarzy i znachorów było na pęczki, lepiej dostępnych i sympatyczniejszych od niej. Nie żeby jej to nie odpowiadało, wręcz przeciwnie. Lubiła ciszę i spokój, jaką zapewniał las. Pacjenci płacili jej w pożywieniu i ubraniach, na tyle się przydawali. Bez nich też mogła wyżyć, nie było to problemem.
Dotarłszy na miejsce od razu spostrzegła siwego rumaka, przywiązanego do drzewa tuż przy drzwiach do jej chaty. Podeszła do niego i wyciągnęła dłoń. Koń z zaciekawieniem popatrzył w oczy wiedźmy, gdy pogłaskała go po zadbanej grzywie z delikatnym uśmiechem na ustach. Kochała zwierzęta, a one kochały ją. Dotychczas nie było żadnego wyjątku.
Nie zwlekając dłużej weszła do chatki, gdzie czekała na nią osoba odziana w błyszczącą zbroję. Niezwykle rzadko widywała rycerzy Królestwa, czasami przejeżdżali przez jej Las, niektórym nawet wskazywała drogę, gdy pytali jak dojechać do większego miasta. Ten człowiek nie był rycerzem Królestwa. Stał przy kulawym stole, na którym spoczywały drewniane miski i pordzewiałe narzędzia, podziwiając wiszące pęczkami na suficie ususzone zioła. Niechętnie zwrócił na nią swoje spojrzenie.
- Mam dla ciebie misję.
Kobieta postawiła kosz przy drzwiach, powoli podchodząc do ledwo żarzącego się paleniska. Dorzuciła trochę drzewa. Słuchała, choć sprawiała wrażenie zgoła odmienne.
- Spotkasz się zresztą drużyny za tydzień. Czeka nas długa podróż, więc im szybciej wyruszymy, tym lepiej.
Zawiesiła garnuszek z wodą nad paleniskiem, patrząc na niego zimno. Wyjęła z szafki glinany kubek, wsypując do niego odpowiednie zioła.
- Co, jeśli odmówię? - Nie rozpoznawała własnego głosu. Był zachrypnięty, suchy, jakby nie należał do człowieka. Ostatni raz rozmawiała z kimś półtora tygodnia temu.
- Zawiśniesz. Dobrze wiedziałaś, że prędzej czy później to nastąpi.
Po raz pierwszy pozwoliła sobie na mały uśmieszek i pokiwała głową. Nie liczyła się z żadnym prawem czy obowiązkami obywateli Królestwa. Nie uznawała niczyich rządów, tylko swoje własne. Pojawienie się Śmierci w jej progach było tylko kwestią czasu, nie wiedziała jednak, że nastąpi to tak szybko.
- Możesz się z tego wymigać. Misja to jedyne wyjście.
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że będąc na niej zginę?
- Wystarczająco wysokie, by cię na nią wysłać.
Wyglądało na to, że ta odpowiedź ją usatysfakcjonowała. Zalała zioła gorącą wodą i podała przygotowany napar towarzyszowi. Spojrzał na kubek podejrzliwie.
- Łuszczyca to naprawdę przykra choroba. Nie można jej wyleczyć, ale można załagodzić. To powinno pomóc. Na razie.
Jeżeli mężczyzna był zaskoczony to nie dał nic po sobie poznać. Zwlekał, ale przyjął naczynie. Kobieta patrzyła na niego nieobecnie, mocno się nad czymś zastanawiając.
- Nie mogę zostawić wieśniaków – powiedziała w końcu. - Potrzebują mnie, nawet jeśli się mnie boją.
- Nie mają daleko do miasta – zauważył. - Będą mieli zapewnioną opiekę medyczną. Nie jesteś im niezbędna. Jeśli przeżyjesz, to wrócisz, a nie podejmując się misji i tak umrzesz. Martwa w ogóle im się nie przydasz.
Westchnęła.
- Daj mi chwilę.

Podróż rzeczywiście zajęła im tydzień. Aranea dostała od wysłannika lepsze odzienie i konia. Nie rozmawiali za wiele, co bardzo jej odpowiadało. Nie była przyzwyczajona do spędzania tak dużej ilości czasu z człowiekiem, czuła się niepewna i zagubiona. Szczególnie, gdy przejeżdżali przez większe miasta, wtedy aż kuliła się na swoim rumaku, jakby pragnęła stać się niewidzialna.
W dzień podróżowali, w nocy rozbijali obozowisko na jakichś pustkowiach i obserwowali siebie nawzajem, każde niepewne ruchu drugiego. Tak było przynajmniej przez pierwsze trzy dni. Potem zwierzchnik potrafił zdobyć się na oparcie głowy o drzewo i zapadnięcie w niespokojny sen, z dłonią na rękojeści miecza. Aranea, która nigdy nie potrzebowała wiele snu, patrzyła jak jego klatka piersiowa unosi się i opada rytmicznie. Czuła się prawie jak w domu.
Gdy dotarli na miejsce przez moment poczuła ukłucie przygnębienia. Tylko przez moment. Na pożegnanie podała mu przygotowane przez nią maści i zioła, które mogły pomóc mu w walce z chorobą.
- Zapłata za towarzyszenie mi.
- Już dostałem za to zapłatę - zauważył, ale przyjął podarunek. Spojrzał na nią i niemal się uśmiechnął.
Po raz pierwszy od dawna miała ochotę powiedzieć coś jeszcze, ale nic nie przyszło jej do głowy. Skinęła więc mu tylko dłonią, w duchu mając jedynie nadzieję, że jeszcze kiedyś dane im będzie się spotkać. Choćby i na jej egzekucji. Zeskoczyła z konia pod odpowiednią gospodą, wyglądającą prawie tak paskudnie jak jej dawny domek. Znowu poczuła niepewność, będąc w tłumie ludzi i nie bardzo wiedziała, co ma ze sobą zrobić. Pająk, który wplątał się jej we włosy, próbował dodać kobiecie otuchy, ale wiele jej nie pomógł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Nie Lut 26, 2017 9:25 pm


Obudził się z głową w połowie zamoczoną w jeziorze, którego taflę zniekształcał porywisty wiatr. Nie dość, że zdrętwiał z zimna, to wnioskując po tępym pulsowaniu w skroniach wnosił, iż w nocy wydoił swoje zapasy błyskacza. Podniósł się, a lodowata woda spłynęła mu po szyi za kołnierz na plecy i wsiąkła w ciuchy. Wzdrygnął się. Słońce nie miało raczej zamiaru go ogrzać - szare, gęste chmury zasnuwały niebo, zwiastując kolejne burze i szykując mu podróż pełną wrażeń. Skrzywił się kwaśno. Nie znosił ulew.
Podniósł się z trudem, wspierając o pobliskie drzewko, które w proteście chłostało go szarpanymi przez wicher gałęziami. Zabrał z piasku opróżnioną butelkę i wetknął ją bez korka do torby. Chyba rzucił nim wczoraj we wronę, która się kręciła przy jego "obozowisku". Trudno. Gruba Berta na pewno ma ich w bród. Ziewnął przeciągle. Powinien wrócić do spania w jakimś wygodniejszym miejscu, ale jeśli chciał dojść do miejsca spotkania na czas, musiał się szykować. To oznaczało zebranie zawczasu ziół na eliksiry i oleje, a także zaopatrzenie się w prowiant. Nie miał pojęcia, ile czasu im dadzą na to na miejscu. Wątpił również, by cokolwiek dla nich przygotowali.
Standardowo udało mu się strącić ul (musiał wskakiwać do tej lodowatej wody, szlag by to) i pokłóć zielskiem, którego w dodatku nie potrzebował, a pomylił jak zwykle ze smoczym cierniem (pomyśleć, że mając w sobie duszę bestii, umiałby je odróżnić, ale cholerstwa nawet pachniały identycznie, zaś on po dwóch kąpielach w ciągu jednego dnia nie był też w najlepszym stanie). Zanim uznał, że zdobył przynajmniej większość niezbędnych mu rzeczy, zdążył do reszty znienawidzić ziemię, słońce i wszelakie istoty go otaczające. Powiedzieć, iż nie posiadał humoru do kradzieży konia, byłoby sporym niedomówieniem. Zostawiwszy zioła i owoce u zielarki, ruszył do pobliskiej stajni. Udało mu się podsłuchać w wiosce o łowcach koni, którzy zawitali do tutejszej stadniny. Nie chciał brać ich świeżych dzikusów, ale wykorzystać zamieszanie, porwać pędziwiatra, a potem odesłać go do domu. Taki na pewno znajdzie drogę powrotną.
Istniał tylko jeden, drobny problem - zwierzęta go nie lubiły. Wyczuwały zagrożenie. Zazwyczaj musiał poruszać się piechotą. Słyszał za to o osławionym wierzchowcu, nieustraszonym, silnym i zwinnym. Liczył na niego.
Tak jak się spodziewał, właściciel stajni był zajęty biznesem. Przy boksach nikogo nie widział. Zdążyło się już ściemnić, więc przemknął zwinnie między cieniami i oglądał po kolei każdego konia, dopatrując się tego z czarną maścią, patrząc, jak rżą niespokojnie na jego widok i cofają się. Jak tak dalej pójdzie, to ten hałas narobi mu kłopotów...
Ostatni boks był pusty.
Wzdrygnął się i kichnął, wciąż zziębnięty, a wtedy doszło go nieśmiałe:
- Sto lat.
Odwrócił się na pięcie i zobaczył niedużą dziewczynę, która ciągnęła na wodzy konia. Obserwowała go uważnie, podczas gdy on zastanawiał się, jakim cudem do cholery ich nie usłyszał. Musiał się nieźle załatwić.
Uśmiechnął się krzywo. Mógł oczywiście ją zabić i porwać konia, ale ta wioska była jego miejscem wypadowym, centrum wszelkich podróży, więc wolał nie robić sobie wrogów. Wyglądała na pojętną dzierlatkę, więc postanowił zagrać w otwarte karty.
- Nikomu nie musi się stać krzywda. Za sześć dni będziecie mieli konia z powrotem.
- Wichra?
- Wichra? - powtórzył, unosząc pytająco brwi. - Że koń? Pierdoli mnie, jak się wabi. Potrzebuję go.
- Nie mogę. - Blondynka cofnęła się o krok, zaciskając usta. - To najlepszy koń taty.
- Możesz, jeśli chcesz dożyć kolejnej wiosny.
Patrzył, jak blondyneczka się namyśla, przygryza wargę, patrzy to na konia, to na niego, to w stronę ogniska w oddali. W końcu uniosła głowę i oznajmiła:
- Zrobimy to inaczej.
Mortifer wydał z siebie gardłowe warknięcie, z głębi swojej drugiej duszy. Zwierzęta wierzgnęły nerwowo. Zmniejszył dystans dzielący go od córki stajennego o połowę trzema krokami. Jego oczy barwiły się ze złości na szkarłat.
- Jeśli ubijesz wilki, które ostatnio dorwały mojego źrebaka, dostaniesz Siwkę. Jest stara, ale prawie niczego się nie płoszy. Możesz ją wziąć na zawsze i-
- Nie potrzebuję konia na stałe - warknął. - I nie mam czasu uganiać się za wilkami.
- Jest na nie płatne zlecenie - dodała pospiesznie.
- Czekaj, czekaj. - Uspokoił się natychmiast. - Mówisz o wilkach, które mają legowisko w Babiej Jamie?
- Tak.
- I kto dał na nie zlecenie?
- Paru mieszkańców, ale u karczmarza-
- Świetnie. To który to koń?
Dziewczyna zamrugała, skołowana, rozejrzała się, próbując przetworzyć wiadomości.
- Ale...
- Zabiłem wczoraj te wilki. To który to?
Siwka okazała się starą klaczą, która rzeczywiście się go nie obawiała. Chyba w ogóle wszystko było jej jedno, bo nie słuchała też specjalnie poleceń; udało mu się namówić ją jednak do cwału. Odebrał z zadowoleniem całkiem porządną nagrodę, potem wywary od zielarki i ruszył w drogę. W wyścigach by Siwki nie puścił, ale radziła sobie przyzwoicie. Kiedy oddalili się już trochę od miasta, zerwała się nagle do galopu, omal go nie zrzucając z siodła.
Zaprawdę nie lubił koni.
W nocy lunęło, a on nie mógł się zdecydować, czy powinien wrócić do swojego nocnego trybu funkcjonowania, czy raczej przestawiać się na dzienny. Spodziewał się raczej, że pozostali będą chcieli podróżować w dzień, nie tylko z wygody, ale i dla bezpieczeństwa. Finalnie skrył się pod jakimś drzewem, myśląc sobie, iż chociaż przeczeka brzydką pogodę, ale właśnie z jej powodu nie zmrużył oka na minutę. Przemoknięty i przemarznięty, wznowił podróż wraz z brzaskiem. Chociaż słońce się nie pokazywało, jasny kolor chmur napawał go nadzieją na brak niespodzianek.
Niestety, przeliczył się. Gdy dotarł na miejsce, jego poirytowanie sięgało zenitu. Wyglądał jak kot wrzucony do kanału. Sięgnął do manierki i wypił na raz połowę jej zawartości. Od razu poczuł ogień rozprzestrzeniający się po ciele. Zbłąkany promyk słońca padł na jego twarz i trochę przegnał zły nastrój. Mort ruszył ku karczmie Pod Nagą Gęsią, przepychając się obok czegoś, co wyglądało jak nawiedzona kobieta. Wewnątrz otoczyło go znajome ciepło, smród alkoholu i brudnych ciał. Rozejrzał się wokół, szukając kobiety, która z nim rozmawiała, ale jej nie dostrzegł. Zobaczył za to inną postać - i natychmiast się rozpromienił.
- Corvo! - zawołał, przepychając się pomiędzy stolikami (co tu taki ruch dziś?). - Stary druhu!
Przycisnął go sobie do piersi, a potem szturchnął zaczepnie. Elf był widocznie zaskoczony jego widokiem.
- Co tu robisz?

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Pon Kwi 17, 2017 11:24 pm


Widząc przez okna ścisk, jaki panował w karczmie Corvo ani trochę nie żałował decyzji, by obserwować wchodzących do budynku siedząc na uboczu. Może to był tylko starannie wypracowany przez ostatnie lata rasizm, ale ludzie w jego guście śmierdzieli i nie miał przesadnej ochoty się z nimi spoufalać. Myśl o oddychaniu powietrzem, które wcześniej miało nieszczęście znaleźć się w ich płucach, wywoływała w nim dreszcze obrzydzenia.
Widok na karczmę przesłonił mu jakiś wóz, który bezczelnie zatrzymano niemalże przed jego nosem.
Elf podniósł wzrok na pasażerów zniesmaczony tym faktem. Siedziała na nim trójka krasnoludów rozprawiająca do siebie przeraźliwie głośno w ichnim języku. Corvo podniósł się z trawy, by odzyskać widok. Jakkolwiek krasnoludy były niskie, tak używały wozu o wymiarach rekompensujących im to z nawiązką. Elf był w stanie wyłapać zaledwie parę słów z ich rozmowy. Krasnoludy kwiecistym językiem rozprawiały między sobą - wszystkie przekleństwa wychwytywał bezbłędnie. Najstarszy krasnolud zeskoczył z wozu ryzykując jego przewróceniem się i po pełnym irytacji machnięciu ręką na towarzyszy, zmierzył w stronę karczmy. Corvo starał się udawać, że nie zwraca na nich uwagi, jakkolwiek okoliczności bardzo to utrudniały. Dwóm pozostałym gęby się nie zamykały. W końcu jeden z nich, z rudą brodą odezwał się w języku kontynentalnym.
- Ty, spiczastouchy. Grasz w kości?
Corvo zmierzył ich zdystansowanym spojrzeniem. Krasnoludy wśród jego ludu były zgodnie ze stereotypami uznawane za wielbicieli gier hazardowych, a przy tym za niesamowitych blefiarzy i oszustów. Wiedział też, że obraza tej dwójki byłaby błędem.
- Nie mam czego postawić - stwierdził. Taka była prawda. Na sobie miał jedynie zbroję i przy sobie łuk, które de facto także nie należały do niego.
- A ten koń? - spytał drugi, o jasnych włosach i brodzie związanej w jeden warkocz. Obaj wydawali się być dość postawni w porównaniu do swoich pobratymców. Jedynie najstarszy, który znikł w karczmie, był z budowy nieco suchy i siwy.
- Nie jest mój - odparł elf licząc, że ci dwaj się odczepią.
Rudy zafrasował się czyszcząc jeden z paznokci toporkiem, który trzymał u boku.
- A jeśli dam ci 20 srebrników na start? - zaproponował.
- Taki pewny wygranej? - spytał Corvo zgryźliwie.
- Jasne. Weźmiesz to, co wygrasz ponad te 20 srebrników.
- Niech tak będzie.
Możliwe, że to było nieodpowiedzialne, ale elf był w zupełności pewien, że jego "podopieczna" spokojnie poradziłaby sobie w karczmie sama, poza tym nie czuł do niej specjalnego sentymentu. I przeczuwał, że do końca wyprawy na pewno będzie uważany przez jej frakcję za przydatnego - do tego czasu był względnie bezpieczny. Po uprzednim zważeniu kostek w dłoniach i paru rzutach w celu upewnienia się, że nie są oszukane podjął się gry z krasnoludami. Kości były kapryśne, więc po paru udanych rzutach przychodziło pasmo nieudanych, aż zostało mu jedynie 5 srebrników.
- Stawiam wszystkie pięć.
- Nie bądź głupi, przez ciebie zaraz skończymy grę, bo wszystko przegrasz - oburzył się rudy - Drustan, jak się przedstawił w trakcie gry.
- Właśnie. Więcej ci nie damy - dodał opryskliwie ten z warkoczem na brodzie - Cynwrig.
- Pięć srebrników - powtórzył uparcie elf. Krasnoludy wyłożyły swoje monety pomstując na niego głośno.
Przy rzutach okazało się, że wszystko wygrał i wyszedł z rundy z 15 srebrnikami.
- Masz szczęście, bratku - burknął Drustan klepiąc elfa po ramieniu i szczerząc zęby.
Corvo uśmiechnął się pod nosem w odpowiedzi.
Od gry odciągnął ich zgiełk, jaki się rozległ w karczmie. Cała trójka zerwała się na nogi i popędziła do środka. Elf stracił krasnoludów z oczu już w pierwszej chwili, niezbyt się tym przejął szukając wzrokiem rudych włosów swojej protegowanej. Siedziała z dala od burdy całą swoją postawą wyrażając niesmak nie tylko z zaistniałej sytuacji, ale i wszystkich okoliczności w jakich się tu znajdowała. Przed nią na blacie znajdował się kubek z parującym napojem, którego nawet nie tknęła. Spróbował spojrzeć na nią całkowicie obiektywnie, a nie przez pryzmat uciążliwego balastu w wyprawie. Jakby nie patrzeć, to ona wybrała go do ochrony. Wedle standardów ludzkich musiała być naprawdę ładna, skoro okoliczni mężczyźni odnosili się do niej z bojaźliwym szacunkiem. A może miały z tym coś wspólnego szlachetne tkaniny jej podróżnego stroju (który w guście elfa był zupełnie niepraktyczny w podróży nawet mimo faktu, że był kombinezonem) i podszytego pogardą obejścia. Miała bladą, niemal elfią cerę i z pewnością wśród ludzi uchodziła za szczupłą. Oczy miała proporcjonalnie mniejsze niż elfki. Teraz wpatrywały się ze złością w Corvo, który zbliżył się do niej.
- Już dość mamy tutaj bydła. Wyjdź. I tak, gdyby się coś stało, nie zdążyłbyś mi pomóc w tym tłumie - oświadczyła oschle.
- Jak sobie życzysz, pani - elf się ukłonił nisko, jednak głos miał podszyty ironią.
Już znajdował się przy drzwiach, gdy ktoś go zawołał po jego pseudonimie. Zanim się obejrzał, wpadł w niedźwiedzi uścisk innej osoby, a przy okazji prawie dostał rogiem w oko. Pomyślałby, że to qunari, ale osobnik był stanowczo za mało postawny jak na qunari.
Gdy osobnik odsunął go od siebie na wyciągnięcie dłoni, elf zdziwił się do tego stopnia, że poczuł skurcz żołądka. To był jego towarzysz sprzed paru lat - z okresu, gdy udało mu się na pewien czas wyrwać z niewoli - ale jakże był odmieniony. Właściwie z podrostka sprzed tych paru lat zostały w nim jedynie oczy i włosy. Zmężniał. Przede wszystkim zmężniał.
- Co tu robisz? - spytał najwyraźniej zadowolony z ich spotkania. To sprowadziło elfa skutecznie na ziemię - ani nie był tu z własnej woli, ani w teorii jej nie posiadał. Obejrzał się nerwowo na protegowaną - słuchała w skupieniu ciemnowłosej kobiety (macham ci Mietku) i nawet nie wyrażała swoją miną pogardy dla rozmówczyni. Przeciwnie, odniósł wrażenie, że kobieta była rozmówczynią zainteresowana. Z racji, że protegowana parała się od najmłodszych lat magią, jej rozmówczyni prawdopodobnie również musiała mieć z nią coś wspólnego. Tak w każdym razie wydedukował Corvo.
Elf bez namysłu pociągnął go za łokieć na zewnątrz. W drzwiach minął długowłosego mężczyznę - ni to elfa, ni inne licho. Przypominał jednego z jego pobratymców, ale wyczuwał, że podobieństwo jest jedynie wewnętrzne, a w nim samym czai się coś więcej. Popatrzyli sobie jedynie w oczy z twarzami bez wyrazu mijając się w drzwiach.
Gdy Corvo razem z Mortem znaleźli się na zewnątrz, Corvo ponownie uścisnął towarzysza.
- Co ty tu robisz?
- Szukam zajęcia. A ty?
- Znaleziono mi zajęcie.
Mort skinął głową powoli. Jeśli pamiętał, jak Corvo opowiadał mu o latach niewoli, z pewnością teraz domyślał się, o co elfowi chodzi. On sam miał wrażenie, że na usta ciśnie mu się tyle pytań, że nie wiedział od czego zacząć. Postanowił zacząć od czegoś, co najbardziej rzucało się w oczy.
- Która panna przyprawiła ci rogi?
Mort się cicho zaśmiał pod nosem, jakby to wcale nie był żart niskich lotów. Obaj czuli, że by naprawdę porozmawiać, potrzeba czegoś więcej niż te parę chwil przed karczmą pełną ludzi i nieludzi.
- Muszę się dowiedzieć szczegółów o tej ekspedycji - stwierdził w końcu rogaty. Corvo skinął głową.
Już po chwili siedział pod uchylonym oknem nasłuchując przekleństw klienteli wyganianej z karczmy. Chyba zaczęli otrzymywać jakieś nagrody pocieszenia, gdyż utyskiwania szybko zanikły.
Nie interesowały go specjalnie szczegóły całej ekspedycji. Nie on miał tutaj myśleć, w dodatku miał trzymać się na uboczu.
Dopiero wieść o podróży przez jego rodzinną puszczę wywołała w nim potężniejsze emocje. Za wcześnie jednak było na ekscytowanie się.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   Pon Wrz 11, 2017 7:39 pm

Wątek i działalność przeniesione tutaj.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Roguery Era [fantasy, bn]   

Powrót do góry Go down
 
Roguery Era [fantasy, bn]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Wieloosobowe-
Skocz do: