IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    Nie Kwi 16, 2017 7:06 pm

podrzutek • Flak  • • dureń • PanWąs

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PanWonsatyWujek

avatar

Liczba postów : 2
Join date : 16/04/2017
Age : 17
Skąd : Piwnica z puchatymi kotkami

PisanieTemat: Re: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    Nie Kwi 16, 2017 7:13 pm






I m i ę : C e c i l
N a z w i s k o : L u n n
W i e k : 2 0 L a t
D a t a  U r o d z i n : 2 8 | 0 8
Z
o d i a k : P a n n a
P ł e ć : M ę ż c z y z n a
O r i e n t a c j a : ? ? ?
S
t a n : W o l n y
P r a c a : ? ? ?

W
z r o s t : 1.85 m
W
a g a : 66 kg
W
ł o s y : C z a r n e
O c z y : B r ą z



Ostatnio zmieniony przez PanWonsatyWujek dnia Nie Kwi 16, 2017 8:25 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    Nie Kwi 16, 2017 7:52 pm


•• dane podstawowe ••
•• imię • nazwisko •• Konstantin "Kostia" • Sidorv
•• data urodzenia • wiek •• nieznana • dwadzieścia dwa lata
•• orientacja • status związku •• homoseksualny • wolny

•• aparycja ••
•• kolor oczu • włosów •• błękitny • blond
•• sylwetka •• wysoki • szczupły
•• znaki szczególne •• blizny • sińce

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    Pon Kwi 17, 2017 8:24 pm

KONSTANTIN SIDORV

Chodnik, którym szedł Kostia splamiony był zaschniętą krwią. Układała się ona we wzór, którego nie powstydziłby się malarz gustujący w abstrakcjoniźmie. Równie dobrze podobna kombinacja kształtów mogłaby znaleźć się na tablicy do testów Roschacha. Chłopak był jednak zbyt zaabsorbowany torbą, którą ukrył za połami kurtki, że nie zwrócił na ową plamę najmniejszej uwagi.
Szedł prawie że przyciśnięty do ścian budynków, które mijał. Ocierał się jednym z rękawów kurtki o łuszczącą się farbę, nagi tynk; liczył, że w ten sposób nie rzuca na siebie takiej uwagi, niż gdyby biegł środkiem ulicy. Niewielu zapuszczało się w tą okolicę, ale ostrożność jeszcze nikogo nie zabiła - przeciwnie, dzięki niej Rosjanin niejednokrotnie uszedł z życiem, na przykład wówczas, kiedy skradzionym samochodem przekraczał granicę Ameryki, w której obecnie egzystował. A przynajmniej próbował.
Poprawił ułożenie paczki, słysząc głośne krzyki i nawoływania w jednej ze ślepych odnóg ulicy. Przyspieszył kroku uważnie przyglądając się pustym oknom. W każdej chwili w jednym z nich mogła pojawić się twarz, która by wiedziała. Która by wiedziała, że to on włamał się do tej apteki i nie dość, że wypruł kasę ze wszystkich pieniędzy i zgarnął najdroższe leki z półek, to jeszcze rozbił głowę farmaceuty na ladzie, pozostawiając go leżącego z pustym wzrokiem w kałuży własnej krwi upstrzonej tu i ówdzie zwojami mózgowymi, które wyciekły z jego czaszki w skutek uderzenia w nią ciężką rękojeścią noża, tkwiącego teraz w tylnej kieszeni spodni chłopaka.
Przełknął ślinę, wycierając wilgotne od potu i krwi aptekarza dłonie w spodnie. Nie był pewien czy jego kolega, także będący byłym wychowankiem kontrowersyjnego w metodach wychowawczych sierocińca, pozwoli mu ukryć się w jego mieszkaniu. A raczej obskurnej melinie, w której dwadzieścia cztery godziny na dobę odbywały się domówki ćpunów i innych wyrzutków społecznych. Oprócz niego nie miał nikogo na tyle zaufanego, aby móc zostawić u niego tak "gorącą" paczkę.
- Dokąd tak pędzisz, kwiatuszku? Chodź do nas na chwilę, ozdobimy twoją piękną buźkę!
Kostia zamarł w pół kroku będąc pewnym, że to do niego skierowane są te słowa. Mylił się - ofiarą nieźle uzbrojonych bandytów stał się szczupły chłopak zapędzony w ślepą uliczkę zakończoną wysokim ogrodzeniem zwieńczonym drutem kolczastym.
Gdyby nie fakt, że jedna ze zgromadzonych tam osób była nie kim innym, ale znajomym z moskiewskiego przytułku, Kostia, korzystając z tego, że oczy ulicy skierowane były w inną stronę, ukryłby się w pierwszym, lepszym pustostanie. Tym razem jednak postanowił zrobić coś, czego sam nie rozumiał.
- Ej, Yuri, zostaw go - zawołał zwracając na siebie uwagę grupy. Ciszę, która nastąpiła po jego słowach można by kroić maczetą dzierżoną przez agresywniejszego Rosjanina.
- Bo co, kurwa? - warknął. - Ten ku...
- Nie obchodzi mnie to - przerwał mu Kostia. - Zabieraj kolegów i wypierdalaj. To mój ziom.
Mężczyźni spojrzeli po sobie czekając na reakcję swojego przywódcy. Ten skinął głową.
- Niech będzie - odparł rzucając na skulonego na ziemi chłopaka tlącego się papierosa. Wraz z resztą grupy ruszył w dół ulicy.
Blondyn przykucnął obok chłopaka i,  upewniwszy się, że ten żyje, podniósł się do góry. Wsunął dłonie w kieszenie kurtki podtrzymując paczkę.
- No, już, spierdalaj - polecił. - Nie myśl, że będę co chwilę ratował ci dupę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
PanWonsatyWujek

avatar

Liczba postów : 2
Join date : 16/04/2017
Age : 17
Skąd : Piwnica z puchatymi kotkami

PisanieTemat: Re: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    Pon Kwi 17, 2017 11:00 pm

C e c i l

Zachmurzone niebo zamieniało zatłoczone ulice w ponure i szare masy ludzi. Każdy miał swój cel i dążył do niego za wszelką cenę. Nikt nie zwracał na nikogo uwagi. Poza jednym brunetem, który jakoś specjalnie nie wyróżniał się z tłumu. Opierał się o mur paskudnego i wyniszczonego budynku. Jego ciemne oczy ostrożnie i dokładnie lustrowały przechodniów. Nie było w tym większego sensu, było to zwykłe zabicie czasu. Czasu, który ciągnął się w wiecznościach między przybyciem na umówione miejsce a pojawieniem się oczekiwanej osoby.
Mijały kolejne minuty, a Cecil dalej tkwił w jednym miejscu. Odechciało mu się już tego czekania, a okolica robiła się coraz bardziej opustoszała. Bez większego wahania ruszył się. Nie jego sprawa, jeżeli tajemnicza osoba postanowi się spóźnić. Ruszył swoją ścieżką.
Z braku lepszego zajęcia zaczął kręcić się po okolicy. Nie był to obcy teren, mieszkał w tym mieście praktycznie całe życie, więc jego krok był zaskakująco pewny. Wchodził w ślepe zaułki, tylko po to by podziwiać miejskie zakamarki. Większość ludzi omijała te miejsca, ale nie on. Dlaczego? Sam nie wiedział. Zazwyczaj nic złego mu się nie przytrafiało, jeszcze żył, jeszcze nie odwiedził szpitala.
Nie wiedział, że ten dzień wszystko zmieni.
Kręcił się już dobre parę godzin. Taki spacer oczywiście jest wyczerpujący, więc postanowił zatrzymać się w barze. Nie pijał często, bo nie czuł takiej potrzeby, ale tym razem skusił się na jedną szklankę piwa. Zasiadł na jednym z niewielu wolnych miejsc. Nie musiał długo czekać i już pojawiła się kobieta pracująca na miejscu. Rzuciła od niechcenia "czego?". Nie dostała odpowiedzi. Brunet wpatrywał się właśnie w grupę nieciekawie wyglądających facetów.  Kobieta spróbowała jeszcze dwa razy. Przy trzecim nie wytrzymała i podniosła głos, co zwróciło uwagę wszystkich, tylko nie klienta. Chłopak wstał z miejsca i bez słowa przepraszam, czy nawet pocałuj się w dupę, wyszedł. Co go do tego skłoniło? Prosta sprawa, nigdy nie był dobry w relacjach między ludzkich i nie lubił zwracać na siebie uwagi. Niestety, jego mała "scenka" utrudniła mu tą sprawę. Mianowicie grupa podejrzanych typów najwyraźniej się skapnęła, że mają obserwatora. Mimo, iż Cecil nie wyłapał żadnej informacji z ich rozmowy, to stał się potencjalnym zagrożeniem. Dlatego też już mocno podchmieleni faceci ruszyli za nim.
Nic nie świadom chłopak szedł dalej, tym razem jednak kierował się do domu. Wyłączył się całkowicie z świata zewnętrznego. Pustka ogarnęła go całego. Poczuł coś, co teoretycznie mogło być nazwane szczęściem, ale dla przeciętnego człowieka byłoby równoznaczne z obojętnością. Chciał już zamknąć się w swoim mieszkaniu i czekać na dzień kolejny, gdzie mógł wrócić do pracy i nie musieć integrować się z nikim. Na ziemię ściągnęło go mocne szarpnięcie. Z jego pustym wyrazem twarzy rozejrzał się, by ogarnąć co się dzieje. Nie zdążył ocenić sytuacji, a już został popchnięty na mur. Spojrzał się na, jak mniemał, przywódcę grupy. Słowa, które wypłynęły z jego ust, nie wzruszyły go. Chciał się ruszyć, gdy oberwał pierwszy raz. Cios go od razu powalił na ziemię. Oczywiście - zero reakcji z jego strony. Taki los go czekał, niech tak się dzieje.
A może i nie?
Chłopak nie brał pod uwagę tego co wydarzyło się następnie.
Po paru ciosach, jakiś gościu z boku podszedł, chyba znajomy oprawcy, i zaczął... bronić Cecila? Nie planował się odezwać i już szukał wzrokiem drogi ucieczki. Z krótkiej rozmowy między oprawcą i wybawcą wynikło, że chyba doszli do kompromisu. Na zakończenie rzucono na niego papierosa. Zmiótł go z siebie i podniósł do siadu. Nowo przybyły do niego podszedł i kazała uciekać. Cecil nie raczył się jednak nigdzie ruszył. Jak to miał w zwyczaju, zaczął się w niego wpatrywać. Próbował ogarnąć kim ten gościu jest. "Mój ziom".
- Nie zn...- zamilkł z powodu bólu, który go przeszył. Poczekał chwilę, aż będzie mógł znowu coś z siebie wydukać. Szczerze, wolał odejść bez słowa, ale coś mu nie pasowało.
- Nie znam... cię.- dokończył. Chwilę się zawahał. Oderwał wzrok od blondyna i wstał, trzymając bolące miejsce jakby to miało coś dać. Pomyśleć można by było, że podziękuje, albo chociaż zaproponuje coś w zamian. A może przerażony odda wszelkie dobra jakie ma? Zadzwoni na policję? Nic z tych rzeczy. Wyminął swojego "bohatera" i powoli ruszył w kierunku domu. Albo przynajmniej taki był jego zamiar, po paru metrach oparł się o najbliższą ścianę. Złapał parę oddechów. To będzie cięższe niż myślał. Spojrzał za siebie. Ten gościu z wcześniej nie odszedł jeszcze tak daleko. Od niechcenia odwrócił się.
- Możesz pomóc? - rzucił na tyle głośno, by na pewno jego prośba była słyszalna. Nie oczekiwał pozytywnej odpowiedzi, ale zarazem nie obchodziło go, kim ta osoba jest i co ma do roboty. Chciał wrócić do domu i mieć już spokój.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love    

Powrót do góry Go down
 
In street we trust •• 2 os • b.nab. • boys love
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: