IndeksSzukajRejestracjaZaloguj

Share
 

 Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2
AutorWiadomość
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#26PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyNie Kwi 19, 2020 6:11 pm

A V A     M A N O N     W A L S H

        Uważnie przyglądała się jeszcze nastoletniej buźce Molly, która opowiadała jej i Lunie o tym, jak to jest mieć Michaela za szofera. Głównie oczywiście miało to akcent humorystyczny, jednak gdy usłyszały odpowiedź Młodej, w której głosie dało się wyczuć te delikatne, charakterystyczne wibracje, młode kobiety spojrzały na siebie porozumiewawczo, jednak zrobiły to w chwili, gdy farbowana szatynka była zbyt zajęta spoglądaniem w swoje odbicie w kubku z winem.
        Prawdopodobnie gdyby nie promile, które już dość konkretnie działały, Ava nie znalazłaby nic niepokojącego w odpowiedzi Molly. Teraz jednak była święcie przekonana, że coś było na rzeczy, widząc jak Młoda przerzuca się z tematu na temat, ale gdy tylko przed jej oczami pojawia się obraz blondyna, zdawała się zupełnie zatracać w tym wspomnieniu.
        Zupełnie zapomniała o swoich wcześniejszych podejrzeniach odnośnie Molly, gdy Luna zaczęła rozkładać przed nią karty. Oczy Avy nie mogły oderwać się od starannie wykonanych rysunków, a jedyne, co dało się zauważyć, to lekki błysk w oku, pojawiający się z każdą kolejną kartą. Rzęsy trzepotały, a czoło zaczęło pozyskiwać nowe zmarszczki, gdy do uszu kobiety dotarły słowa Luny. Walsh nigdy nie należała do osób, które miałyby wierzyć w tego typu przepowiednie, astronomię czy senniki, jednak nie dało się ukryć, że była zainteresowana tym, co powie jej przyjaciółka.
        Z każdą kolejną przepowiednią w oczach Avy pojawiało się coraz bardziej widoczne niedowierzanie, zmarszczka powstała również między oczami, usta wygięły się w nieprzyjemnym grymasie, a ona cała nachyliła się nad kartami, czując, jak ta pozycja może odwdzięczyć się późniejszym bólem pleców.
        – Wychodzi na to, że moje życie zamieni się w typowy melodramat lub całkiem ambitną telenowelę – westchnęła, spoglądając na Molly, po czym wróciła do nieco wygodniejszej pozycji. Gdyby wierzyła w tarota, byłaby przerażona, ponieważ dostrzegała pewne analogie między jej życiem, a tym, co mówiły karty. Jednak Ava była przekonana, że w każdym rozdaniu ktoś znajdzie coś dla siebie, przez co postanowiła puścić to mimo uszu.

*^*

        Listopad okazał się być bardzo chłodnym i deszczowym miesiącem, czego można było się spodziewać po Londynie i panującym na wyspach klimacie. Tego dnia było wyjątkowo wietrznie, co uniemożliwiło Avie skorzystanie z parasolki, gdy próbowała biegiem przedostać się z przystanku pod centrum handlowe. Zaraz po zajęciach na uczelni umówiła się z Ozzie'm, aby poszukać jakiegoś prezentu urodzinowego dla Luny. Davies jak zwykle wziął na siebie organizację wydarzenia, a Walsh nie mogła się oprzeć, żeby mu nie pomóc. W końcu przyjęcie miało być pierwszym wspólnym spotkaniem dawnej grupki znajomych od pamiętnego wyjazdu pod namioty.
        Dobiegła do centrum, zrzucając z głowy kaptur, po czym wzięła głęboki wdech, dostrzegając zmoczone końcówki włosów. Miała szczęście, że tego dnia ubrała dość konkretne buty, bo w innym przypadku miałaby teraz na sobie dwa baseny. Wyjęła telefon, na którym odczytała nową wiadomość od Ozzie'go: Czekam przy sklepie Supreme. Przewróciła oczami ze zrezygnowaniem, gdy uświadomiła sobie, że musi przejść całe centrum, żeby tam dotrzeć, a z drugiej strony spodziewała się właśnie tego, że blondyn uda się do jednego z takich miejsc.
        Gdy dotarła na miejsce, dostrzegła Ozzie'go, przebierającego między bluzami. Spojrzała na swój dość typowy, codzienny strój, czując, że bardzo nie ma ochoty wchodzić do tego sklepu. Ava zupełnie nie znała się na modzie ulicznej, a przebywając w takich salonach, miała wrażenie, że ekspedienci patrzą na nią jak na złodziejkę. Zupełnie jak panie z morderczym uśmiechem, które obsługują klientów w droższych drogeriach.
        – Może zostawimy poszukiwanie nowej kreacji i najpierw znajdziemy coś dla Luny? – zaszła blondyna od tyłu, przechylając się lekko w bok, bo przecież nad nim i tak nie mogła, biorąc pod uwagę jego wzrost. Gdy na nią spojrzał z lekko zdziwioną miną, zaśmiała się. – Cześć Ozzie – dodała, po czym spojrzała na bluzę, którą właśnie oglądał. – Ładna, ale te kieszenie mi się nie podobają. Lepiej byłoby bez nich.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#27PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyCzw Kwi 23, 2020 10:48 pm

O Z Z I E     D A V I E S

      Zacinający deszcz smagał zawzięcie spąsowiałe policzki, a nie mniej delikatnie potraktował jego, co prawda z poprzedniego sezonu, ale nadal dość wpasowującą się w obecne trendy, zarzuconą nonszalancko na ramiona puchówkę. Początek listopada nie oszczędzał nikogo, w szczególności lawirujących ostrożnie między głębokimi kałużami urzędników w białych kołnierzykach zapiętych pod samą szyję. Jedynym, co ocieplało wizerunek najgorszego, przynajmniej według Ozzie'go, miesiąca w roku, była zbliżająca się wielkimi krokami impreza w rezydencji – bo nie dało się inaczej nazwać opływającego w luksusy domu w bogatej dzielnicy – Luny. Blondynka, choć urodzona w najbardziej depresyjnym momencie roku, od zawsze zarzekała się, że listopadowe, nagłe spadki temperatury wyjątkowo pozytywnie wpływają na działanie każdej z jej wewnętrznych siedmiu głównych chakr.
      Początkowo za zrealizowanie planu pod tytułem niepowtarzalny prezent urodzinowy mieli odpowiadać razem ze Skylą, jednak dziewczyna odpadła już na etapie ustalania wypadu do centrum handlowego, mimo wszystko decydując się na kolejny morderczy trening w oparach potu zmieszanych z drogeryjnym antyperspirantem. Drżące od wysiłku nogi i stawy zjechane przez montonne powtarzanie jednego, wyjątkowo wymagającego ruchu, Skyla nazywała perfekcjonizmem, ale dla Ozzie'go zakrawało to o dziwnie podobający się ostatnio drugiej połówce masochizm. Nie posiadawszy większego wyboru, już na wstępie odrzucając kandydaturę kulejącej Molly, przedzwonił do Avy.
      Czerwono-pomarańczowa bluza wylądowała z powrotem na wieszaku, nie dostawszy na tyle dobrej opinii, jakiej Ozzie oczekiwał.
      – Też mi się wydaje, że te kieszenie odbierają cały urok. Chciałem ją przymierzyć, ale oszczędzę ci zabawy w modowego jurora. Poza tym coś czuję, że wyglądałaby na mnie wyjątkowo wieśniacko – skomentował szczerze, zarzucając za ucho mokry kosmyk włosów, który plątał się irytująco po jego czole. – Cześć, Avo, jak się masz? – Uśmiechnął się rozbrajająco, zlustrowawszy dokładnie jej przemoczone jeansy i przyozdobioną deszczowymi smugami kurtkę. – Wyglądasz całkiem dobrze jak na to, że dopiero wyszłaś spod prysznica.
      Ogrom galerii nie wpływał proporcjonalnie na możliwości znalezienia dobrego prezentu. Wręcz przeciwnie – im dłużej plątali się po pierwszym piętrze wzdłuż potencjalnie ekskluzywnych sklepów (ale tylko potencjalnie, bo większość z nich okazywała się zwykłym eksporterem chińskich badziewi), tym pomysłów było mniej. Nie tylko ze względu na jakość oferowanych w galerii produktów, ale też ich cenę, tak obrzydliwie wysoką, że aż powodującą uczucie narastającej frustracji.
      – Jedyne, co przychodzi mi do głowy, to profesjonalny stolik do tarota. Niby badziew, ale Luna jest tak zafiksowana na punkcie swoich kart, że pewnie by się ucieszyła. Masz lepszy pomysł? – mówił. – Wiesz, że na tę swoją talię wydała równowartość połowy wypłaty Sema? Ciągle jestem pod wrażeniem, że dalej praktykuje te swoje wróżkarskie zwyczaje. A zresztą... znam ją prawie dziesięć lat, a nadal nie mogę otrząsnąć się po tym, jak ze smutkiem powiedziała, że mi współczuje, gdy usłyszała w jakim położeniu była Wenus w moje urodziny.
      Zatrzymał się nagle, zauważając znajomy szyld po przeciwnej ścianie sklepów. Bordowe NELLY BURGER było na tyle zachęcające już po samym zapachu idealnie wysmażonego wołowego steka, że Ozzie bez pytania wykonał zwrot, chwytając w locie delikatną i zimną od wiejącej zewsząd klimatyzacji dłoń Avy. Pociągnął towarzyszkę za sobą, nie przyjmując do wiadomości żadnego tonu sprzeciwu i zaciągnął do burgerowni, rzucając krótkie:
      – Wiesz co, od tego wszystkiego aż zgłodniałem. Wolisz z podwójnym serem czy ostrym sosem? Ja płacę.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#28PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptySro Kwi 29, 2020 9:01 pm

A V A     M A N O N     W A L S H

        Słysząc termin wieśniacko, spojrzała na metkę, aby zorientować się, ile odrzucona przez Ozzie'go bluza kosztowała. Momentalnie rozszerzyły jej się źrenice, a brwi uniosły ku górze, aby ukazać zdziwienie dziewczyny, gdy uświadomiła sobie, że to wieśniackie ani trochę nie pasuje do ilości funtów, jaką trzeba było wydać, aby móc ubrać na siebie takie cacko. Blondyn zawsze miał gust, nie nosił byle czego, dlatego właściwie sama nie wiedziała, co ją tak wbiło w podłogę. Wciąż jednak przyzwyczajała się do pewnych zwyczajów na nowo, tak jak oni musieli przywyknąć do tego, że Ava znów jest wśród nich. Wiele lat rozłąki nadrabiało się trochę dłużej niż niespełna dwa miesiące.
        Powoli zaczynała odczuwać zmęczenie, które wynikało bardziej z faktu, że znalezienie prezentu dla Luny okazało się być nie lada wyzwaniem, niż z tego, że łazili w kółko. Luna była dziewczyną, którą zadowoliłaby koszulka z logiem jej ulubionego serialu czy paletka do makijażu, dlatego też Ava chciała się postarać, aby blondynkę ucieszył prezent od nich wszystkich. Niestety, większość limitowanych edycji kart, specjalne kadzidełka, przewodniki po gwiazdozbiorach i znakach zodiaku, czy wymyślne staromodne buble na ogół zamawiało się z internetu, wygrywało na aukcjach lub szperało za nimi w antykwariatach, a tutaj Ava już niewiele mogła poradzić. Zupełnie wyszła z wprawy, ograniczając się do wypadów na second handy raz na jakiś czas.
        – Zaraz, co? – zatrzymała się, po czym zamrugała kilkakrotnie, próbując połączyć słowotok Ozzie'go w jedną całość. Podróż od stolika do tarota, przez wypłatę Sema, aż do ułożenia Wenus to było coś, czego zdecydowanie nie planowała przyswajać w swoim życiu. Zmarszczyła brwi, ostatecznie decydując się porzucić temat, sądząc, że ostatecznie i tak nie zrozumie, co ma planeta do dnia urodzin.
        Zrobiła kilka kroków w przód, jednak ponownie się zatrzymała, gdy Ozzie zaczął wpatrywać się w dobrze znany im szyld. Uśmiechnęła się pod nosem, widząc małe ogniki w jego oczach, po czym dała zaciągnąć się prosto do burgerowni.
        – Podwójny ser, prędzej umrę, niż zjem coś ostrego od nich – skrzyżowała dłonie na piersi, przypominając sobie, jak bardzo słabo idzie jej jedzenie czegokolwiek pikantnego. Niezwykle wrażliwe kupki smakowe nie wybaczyłyby brunetce tej decyzji. – W takim razie szykuj się na powtórkę, muszę się odwdzięczyć – dodała, bo właściwie nigdy nie była przyzwyczajona do tego, żeby ktokolwiek za nią płacił. Rzadko udawało jej się iść gdzieś z Rhysem, ponieważ widywali się tylko wtedy, gdy odwiedzał ją we Francji. Nie chciała być dłużna Ozzie'mu, a choć wiedziała, że on nie traktuje tego jako jakiejś bardzo poważnej przysługi, chciała to zrobić po prostu po przyjacielsku, dokładnie tak, jak on.
        Usiedli przy jednym ze stolików, a Ava podwinęła rękawy, żeby następnie zacząć bawić się serwetką w biało-czerwoną kratę, co było bardzo typowe dla tego typu miejsc, które zwykle udawały amerykański styl.
        – Myślę, że ten stół to dobry pomysł, znowu będzie mi wróżyła tragi-romantyczną przyszłość, niczym u Młodej ostatnio, a jak nie, to kupiłabym jakąś naprawdę egzotyczną roślinę o pokręconej nazwie, takie rzeczy zawsze działały na Lunę – uśmiechnęła się szyderczo, czując, że zapach smażonego steka idealnie oddziałuje na jej szare komórki, dzięki czemu mogła zacząć porządnie myśleć nad prezentem.
        Gdy podano burgery, Avę powitał smak nastoletniej błogości. Przypomniała sobie, jak przychodziła tutaj z bratem lub ze znajomymi i zawsze nastawał ten ważny moment, który był niczym kamień milowy. Ludzie dzielili się bowiem na dwa typy, a mianowicie na tych, którzy jedzą burgery rękoma oraz na tych, którzy używają do tego sztućców. W życiu każdej osoby przychodzi ten trudny moment konfrontacji.
        Zabrała się do jedzenia, czując, że od samego zapachu burczy jej w brzuchu.
        – Jak idzie Skyli? Ostatnio ciężko ją złapać, pewnie trenuje jak szalona – rzuciła kolejnym tematem, mając właściwie masę rzeczy do powiedzenia. Zawsze, gdy spotykała się z kimś z dawnej paczki, odczuwała ten silny przypływ nostalgii, który wręcz zaczynał ją denerwować. Miała wrażenie, że nie potrafi się przez to wczuć w nowe życie całą sobą, przez co część niej wciąż myśli o tym, że tyle ją ominęło, zamiast zająć się tworzeniem wspaniałych nowych wspomnień.
        Gdy byli w połowie jedzenia, a raczej to Ava była na półmetku, bo Ozzie połknął swoją porcję praktycznie w całości, zauważyła, że znaleźli się w dość komicznej sytuacji. Oboje byli w związkach, jednak ich drugie połówki nie miały dla nich czasu.
        – Udało ci się wreszcie rozgryźć z kim byłeś w tej szafie podczas gry w 7 minut w niebie? – uniosła jedną brew ku górze, nachylając się delikatnie nad stołem, posyłając Ozzie'mu zadziorne spojrzenie. Zastanawiała się, czy ostatecznie dowiedział się, że to właśnie z nią został tam zamknięty, a przez to, że miał przepaskę na oczach, niespecjalnie mógł zorientować się, że w środku towarzyszyła mu właśnie Ava. Jedyne, po czym właściwie mógł się zorientować, to perfumy, gdyż Walsh właściwie bez przerwy używała dokładnie tego samego zapachu, jednak nie robiła tego z taką samą intensywnością jak Ozzie, który już wtedy poszedł w ślady za Michaelem i jego kosmicznie drogimi zapachami.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#29PisanieTemat: Oni jeszcze nie wiedzą, że prędzej czy później będą się ruchać.   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyPon Maj 04, 2020 6:25 pm

O Z Z I E     D A V I E S

      Puścił jej skostniałą dłoń dopiero przy kasie, decydując się skierować swoje długie palce w kierunku rozpostartego na całą ścianę menu. Nowe pozycje, zbyt według Ozziego wymyślne jak na może i popularną, ale nadal dość zwykłą dla londyńskich hipsterów sieciówkę, lśniły w prawym rogu, kusząc promocyjną ceną. Koniec końców zrezygnował z wersji z karczochami, a hamburgera z nachosami obdarzył tylko zdegustowanym spojrzeniem, płacąc za dwa standardowe zestawy z podwójnym serem.
      – A już myślałem, że patrząc na to, jak dużo czasu spędzasz ostatnio z Luną, zdążyłaś też przejąć jej nawyki żywieniowe. Może jednak skusisz się na falafela? – zapytał, wyciągając kartę ze swojego wściekle czerwonego portfela, który Skyla sprezentowała mu na poprzednią rocznicę po serii narzekań na jego notoryczne rozrzucanie pieniędzy po wszystkich kieszeniach oversize'owych bluz. – Czekam. Wiesz, że jeśli chodzi o śmieciowe żarcie, to jestem drugi w kolejce. Zaraz po Molly, oczywiście.
      Zgodna cisza zapadła w momencie pojawienia się dużych rozmiarów talerzy z frytkami na obrusie w biało-czerwoną kratkę. Ozzie zdjął przesiąkniętą majonezowym sosem bułkę i rozkroił szybko średnio wysmażonego steka, nagrodziwszy się w końcu dużym, momentami lekko kwaśnym przez obecność pomidorków koktajlowych, kęsem firmowego mięsa.
      – W zasadzie zawsze możemy kupić obie te rzeczy. Jeśli znajdziesz mi konkretny link w internecie, to ogarnę wszystkie przelewy, a do kwiaciarni możemy skoczyć jeszcze dzisiaj, jeśli ci się chce – mówił, grzebiąc widelcem w odłożonym na boku talerza korniszonie. – I co tym razem wywróżyła Luna? – Zainteresowany wzrok spoczął na bladej twarzy Avy. – Może znalazła odpowiedź na to, dlaczego Molly zachowuje się ostatnimi czasy jak dzikuska? Ja wiem, że nam też odbijało, kiedy zaczynaliśmy studia, ale ona notorycznie odpływa gdzieś myślami, unika jak ognia spotkania w pełnej grupie i trajkocze jak najęta tylko o tych swoich ćwiczeniach laboratoryjnych. Przeżyłbym to wszystko, gdyby nie spamowała ciągle na instagramie zdjęciami tej obrzydliwej, automatowej kawy.
      Pytanie o Skylę zbiło go lekko z tropu. Nie dlatego, że było nieadekwatne czy zbyt wścibskie, po prostu przez ułamek sekundy nie miał nawet zalążka pomysłu na możliwą odpowiedź. Przez ostatni miesiąc utrzymywał z nią kontakt głównie przez rozmowy przez kamerkę, ograniczając fizyczne spotkania zaledwie do weekendów, podczas których Skyla była na tyle wyczerpana całotygodniowym biegiem – treningami, zajęciami na uczelni, trzymaniem diety – że zamiast seksu przy lecącym w tle na netflixie filmie, zasypiała mu w ramionach jeszcze przed końcowymi napisami. Gdyby mógł, próbowałby ją odciążyć, ale na dłuższą metę nie miało to sensu – Skyla mówiła mu niejednokrotnie, że to tylko i wyłącznie moment przejściowy, z którym poradzi sobie prędzej czy później tak samo dobrze, jak radziła sobie z każdym napotkanym przez ostatnie lata problemem. I ufał jej w tym bezgranicznie, wiedząc, że kto jak kto, ale to ona najlepiej potrafiła zapanować nad swoim własnym życiem.
      – Jest zabiegana, to prawda. Ale kto inny by dał radę, gdyby ona nie dała – uciął, odpuściwszy sobie dalsze dywagacje na temat swojej dziewczyny. Nie miał ani ochoty wspominać o ich, niedostatecznym w jego mniemaniu, kontakcie, ani borykać się ze zmartwionym spojrzeniem siedzącej naprzeciwko Avy, która i tak nie pomogłaby mu za wiele. Szczególnie biorąc pod uwagę jej własny związek z kartonu. Zamiast tego wepchnął do ust trzy ostałe się na talerzu frytki, a następnie uśmiechnął się błogo na przywołane nagle wspomnienie.
      – Wiesz, że nadal nie mam pojęcia? – odpowiedział szczerze. – Pamiętam tylko, że strasznie ładnie pachniała. Całowała też nie najgorzej.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#30PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyWto Maj 05, 2020 2:07 pm

A V A     M A N O N     W A L S H

        Luna i jej sposób bycia to dwa zjawiska niezwykle intrygujące, szczególnie biorąc pod uwagę zaawansowaną wiedzę na temat wszelkich, wręcz mistycznych dla Avy zagadnień, którą blondynka mogła się chwalić w nocy o północy. Mimo wszystko były to rzeczy zupełnie dziewczynie obce, szczególnie jeśli chodziło o wszelakie wróżby. Dieta może nie była czymś wielce odbiegającym od normy, ale jeszcze w czasach, gdy zawzięcie trenowała, prawdopodobnie jej nawyki żywieniowe były dość podobne do tych, które miała koleżanka. Teraz już aż tak się tym nie przejmowała, jednak nie mogła się równać z rodzeństwem Daviesów.
        Decyzja co do prezentu zapadła bardzo szybko, okazało się, że jedyne, czego ta dwójka potrzebowała, to poczuć, jak pachnie soczysty stek oraz zapełnić burczące brzuchy. Jedzenie sprzyjało myśleniu, dlatego też Ava szybko chwyciła za telefon, po czym znalazła kilka linków do stołów, wysyłając je Ozziemu.
        – Na parterze mają całkiem fajną kwiaciarnię, pamiętam, bo mój ojciec zawsze kupował w niej nowe roślinki na przeprosiny dla mamy – westchnęła, przewracając oczami. Liczyła, że znajdą tam coś ciekawego, co jednocześnie spodoba się Lunie. Jednak była właściwie pewna, że dziewczyna będzie zadowolona z jakiegokolwiek kwiatu, który jest dość egzotyczny, a akurat jeszcze nie ma go w swojej kolekcji.
        Wypiła trochę świeżo wyciskanego, pomarańczowego soku, po czym posłała blondynowi błagalne spojrzenie. – Dużo zmian, niepewności i problemy sercowe – wzruszyła ramionami, wyraźnie zaznaczając swoją postawą, że traktowała wróżby Luny jako zwykłe sugestie, zbiegi okoliczności. Ava zupełnie nie wierzyła w takie rzeczy, nie dawała im nawet szansy, choć była to całkiem niezła zabawa, gdy ktoś, kto się na tym zna, rozkłada przed nią karty.
        Zaśmiała się, gdy Ozzie zaczął narzekać na Molly, która faktycznie, ostatnio miała jakąś manię postowania zdjęć kawy z automatu lub tych wspaniałych, artystycznych fotek biurka z laptopem i estetycznymi notatkami tuż obok. Przez to, że Młoda tak wyrosła, Ava miała wrażenie, że są właściwie w tym samym wieku, po czym przypominała sobie, że młoda Davies wciąż nie skończyła dwudziestu lat i nadal ma te swoje jakże charakterystyczne dla nastolatków nawyki.
        – Ej, nie narzekaj, bo zaraz przypomnę ci, jak chwaliłeś się swoimi pierwszymi Yeezy, na które zarobiłeś – nonszalancko pomachała mu widelcem przed twarzą, po czym posłała pytające spojrzenie i tak, jak oczekiwała, temat został urwany.
        Wstrzymała się od dalszych pytań o Skylę, gdy zobaczyła, że Ozzie prawdopodobnie nieświadomie posmutniał. Poczuła, że weszła na temat, którego zupełnie nie powinna poruszać, dlatego zostało jej jedynie mieć nadzieję, że ewentualny problem pojawiający się w ich związku jest tylko chwilowy.
        Sama powinna się wreszcie zająć swoim związkiem, bo choć widywała się z Rhysem dwa do trzech razy w tygodniu, na ogół nie były to jakieś wyjątkowe spotkania. Jej chłopak nie należał do zbytnio wylewnych czy romantycznych, a Ava zauważyła, że z wiekiem coraz ciężej wychodziło mu okazywanie uczuć. Zdarzało jej się spędzać noce w jego mieszkaniu, podczas których ponownie czuła to ciepło i bezpieczeństwo, których brakowało, gdy żyła we Francji. Rhys jednak unikał rozmów na dość poważne tematy, związane głównie z ich przyszłością i próbą odbudowania związku. Wolał żyć chwilą, nie przejmując się tym, co będzie jutro. Jednak Ava wiedziała, że zachowywał się tak tylko przy niej.
        Odpowiedź Ozziego na temat tajemniczej dziewczyny, z którą przyszło mu spędzić tytułowe siedem minut w niebie sprawiły, że z jednej strony odetchnęła z ulgą, a z drugiej czuła się bardzo doceniona, tym bardziej, że wciąż kojarzył, iż podobały mu się jej perfumy. Co do umiejętności samego całowania, to nie była wtedy jakoś specjalnie zaawansowana, a inna okazja, żeby chociaż po cichu dać chłopakowi znać, że kiedyś coś do niego czuła, mogła się nie powtórzyć. Nie była to wielka miłość, prawdopodobnie jedynie nieśmiałe zauroczenie, ale takie sytuacje, szczególnie w życiu nastolatków, zostawiają ślad na całe życie.
        – O, czyli był buziak? – uniosła brwi do góry, opierając się łokciami o blat stołu. Musiała udawać, że nie wiedziała, co tam zaszło, inaczej mógłby domyślić się prawdy. – Skoro tylko nieźle, to raczej nie była to Emma Chastain. Po siedmiu minutach z nią faceci zachowywali się tak, jakby spędzili tydzień w tym niebie – dodała, wspominając ich wspólną koleżankę ze szkoły, znaną z niezwykłego zapału do miłosnych podbojów. – Ja jestem wdzięczna losowi, że Samuel Scott ostatecznie postanowił jedynie pogadać w tej szafie – skrzywiła się na samą myśl o chłopaku z dość obleśnym charakterem, który nigdy nie szczędził nikomu złośliwych oraz niestosownych komentarzy.
        Niedługo później, gdy jedzenie zdążyło ułożyć się w ich brzuchach, mogli ruszyć na dalsze poszukiwania. Kwiaciarnia była po drugiej stronie centrum handlowego, a do tego na innym piętrze, więc dojście tam zajęło im trochę czas, podczas którego cieszyli się wesołą atmosferą, której najwyraźniej im obu od jakiegoś czasu brakowało, jednak żadne z nich nie chciało się do tego przyznać.
        – Byłabym za Strelicją Augusta lub tą Jukką – przyklęknęła obok doniczki, przyglądając się roślinie. – A ty co myślisz?
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#31PisanieTemat: Mój chyba najładniejszy wstęp w życiu, lol   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptySro Maj 06, 2020 1:39 am

O Z Z I E     D A V I E S

      Łatwość, z jaką wypluwane przez niego masowo słowa cisnęły się na jasnoróżowe usta, była momentami tak zaskakująca, że aż, przynajmniej według Ozziego, nieprzyzwoita. Fakt, znali się nie od dziś. Fakt, razem z całą paczką spędzali przez okres liceum wyjątkowo dużo czasu – i to nie tylko podczas nastoletnich imprez, mniej lub bardziej zakrapianych zwiniętym przez Mila z restauracji włoskim winem, ale też podczas grupowych wypadów do kina czy na spacery. Mimo wszystko nie mógł pozbyć się nękającego gdzieś z tyłu głowy wrażenia, że ciągnąca się między nimi od kilku dobrych chwil konwersacja jest zbyt płynna jak na to, że od całych pięciu lat nie mieli okazji do rozmowy we dwoje, bez dodatkowych świadków. Starał się zwalić winę na jeden z dwóch prawdopodobnych powodów: po pierwsze – mieli do obgadania na tyle dużo tematów, że cisza (przynajmniej na tym etapie spotkania) nie wchodziła w rachubę. Po drugie – możliwym było, że Ava należała do ludzi, z którymi najzwyczajniej nie dało się nie angażować wszystkich partii mięśni, ścięgien i włókien otaczających usta. A już w szczególności, gdy sypała coraz to kolejnymi anegdotkami, perliście się przy tym śmiejąc. Na ten moment sam nie był pewien, która z opcji mogła zostać nazwana bardziej optymalną.
      – Przecież wiesz, jak długo na nie harowałem – rzucił niby to żartobliwym, niby oburzonym tonem. – Do tej pory pamiętam ten zapach smaru na moich ubraniach i wiecznie pomarszczone od wody palce. – Spojrzał na nie mimowolnie, tchnięty nagłą wzmianką o pracy w myjni. Były tak samo długie i szczupłe, na szczęście o wiele bardziej zadbane, z małym palcem niebezpiecznie wykrzywionym w prawą stronę. Ta nieszczęsna skaza, pamiątka po meczu w drugiej liceum, ciągle przypominała o porażce.
      Przepełniony słodyczą nastoletni pocałunek nie dał o sobie zapomnieć, gdy skonsternowana Ava zaczęła dopytywać się o szczegóły. Nawet nie zauważył, gdy wygadał się jak głupi, zupełnie nieświadomie! I to z tajemnicy, którą chował w sobie od momentu opuszczenia pamiętnej dębowej szafy, skrzypiącej przy najmniejszym dotyku drzwi.
      – No i patrz, co narobiłaś, przez ciebie zapomniałem, że to miała być tajemnica – rzucił, wplatając palce w swoje długie włosy. – Nie tylko buziak, było całkiem mokro – dodał, powstrzymując się od każdego następnego komentarza.
      Zebrali się z burgerowni, żeby po krótkiej przechadzce mogli w spokoju oglądać poustawiane w rządku kwiatki. Ozzie, choćby chciał, nie umiał udawać eksperta w dziedzinie ogrodnictwa, pozostawił więc Avie wolną rękę, raz po raz obserwując jej krzątanie się wśród białych, plastikowych doniczek. Zapytany wprost o udzielenie ostatecznej odpowiedzi, uśmiechnął się tylko w ten swój charakterystyczny, rozbrajająco nieogarniający sposób i wskazał na pierwszy stojący z brzegu kwiatek.
      – Jukka ma zdecydowanie więcej klasy.
      Zapłacił, z góry tłumacząc się tym, że dopiero po zamówieniu wszystkich potrzebnych zakupów rozdzieli rachunki i zmusi pozostałych do uregulowania długu. Wychodząc razem z galerii, na szczęście nie przywitał ich ponownie ten sam silny deszcz. Zamiast tego słońce nieśmiało wyglądało zza szarych chmur, oświetlając nakrapiane kałużami, od lat niełatane przez władze miasta chodniki.
      – Do zobaczenia na imprezie – rzucił jeszcze na pożegnanie, skręcając w stronę swojego przystanku.


Ostatnio zmieniony przez Sempiterna dnia Sob Maj 09, 2020 12:27 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#32PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptySro Maj 06, 2020 11:26 pm

A V A     M A N O N     W A L S H

         Czuła się trochę podle z tym, że wykorzystała niewiedzę chłopaka, aby dowiedzieć się nieco więcej na temat jego wrażeń odnośnie tamtej wspólnie spędzonej w szafie chwili, jednak usprawiedliwiała się tym, że po prostu dotrzymywała umowy, iż nie mogła się zdradzić. W końcu co to byłaby za gra, gdyby tak łatwo dała za wygraną. Dodatkowo, byli już dawno za tym, tego typu wydarzenia stanowiły jedynie wspomnienia z nastoletnich lat.
        – Okej, ale to ty bierzesz ją do siebie na przechowanie – uniosła brwi do góry, lustrując roślinę. Była już całkiem sporych rozmiarów, więc Avie trudno byłoby przetransportować ją do swojego mieszkania, tym bardziej, że było ono całkiem daleko od centrum handlowego, w którym przebywali.
        Pomachała blondynowi na pożegnanie, śledząc jego sylwetkę z uśmiechem, którego nie mogła powstrzymać, widząc jak gramoli się z rośliną, trzymając doniczkę obiema rękami za spód.
        Podczas drogi powrotnej Avę znów ogarnął ten nostalgiczny nastrój, sugerujący, że zbyt wiele ją ominęło, żeby tak po prostu mogła wrócić do Londynu. W końcu przelotne rozmowy i składanie sobie życzeń na urodziny czy święta to nie są oznaki prawdziwej przyjaźni. Media społecznościowe dały Avie możliwość doglądania tego, jak miewają się jej znajomi, więc choć wiedziała, że już nie są tak zgraną grupą jak za czasów szkoły średniej, w jej głowie wciąż głównie pojawiał się obraz, w którym nic się nie zmieniło. Jednak zaszło wiele reform – większych lub mniejszych, ale na pewno dających się we znaki. Rozmowa z Ozziem pomogła jej zrozumieć, że mimo wszystko jest jeszcze szansa, żeby odzyskała zaufanie wszystkich z grupy, o czym zaczynała się powoli przekonywać na wyjeździe, a później na nocce u Molly. Rhys zawsze jej powtarzał, że jak tylko się postara, to nie będzie miała większego problemu z dołączeniem do tej wielkiej machiny, jednak mimo wszystko jego słowa nie były ani trochę przekonujące, bardziej brzmiał tak, jakby chciał po prostu skończyć temat.

*^*

        – Postawcie to jakoś ładnie koło kominka... Albo nie, może przy kanapach...? – Molly zdawała się świetnie bawić, gdy jednym, zgrabnym ruchem dłoni, rozkazała po raz kolejny przenieść Semowi i Milo prezenty na drugi koniec salonu. Wytatuowane ręce ponownie chwyciły za gustowanie opakowany stół do tarota, na czubku którego widniała krzywo przyklejona kokarda, z którą Ava nie miała już siły się użerać poprzedniego wieczora. Włoch chwycił za roślinkę, próbując jakoś ładnie ustawić ją tuż obok, a gdy wreszcie odłożył doniczkę i otrzepał dłonie, zobaczył, jak na twarzy Młodej pojawia się chytry grymas, podczas gdy w oczach miała ogniki.
        – Ani mi się waż, Davies! – pogroził jej palcem tuż przed nosem, podczas gdy po schodach zbiegła Ava, zwabiona na dół zapachem świeżo przygotowanego dania na ciepło, oczywiście po wegańsku.
        – Milo, nudzisz się? Pomóż Ozziemu – wskazała kciukiem na kuchnię, w której krzątał się blondyn, na co Woolley skłonił się w pół z nonszalanckim uśmiechem i ruszył prosto do kolegi, a za chwilę udało się usłyszeć dzikie krzyki, w stylu Mamma mia, za dużo pieprzu do tego dali!, a przynajmniej tak zapamiętała to Ava, będąc już w nieco prześmiewczym nastroju.
        Plan był o dziwo bardzo prosty, wręcz banalny. Rodzice Luny udali się na kolejny weekend obcowania ze sztuką, przez co ich, już wcale nie takie małe, pociechy miały cały dom dla siebie. Początkowo tylko dziewczyny miały odwiedzić tego dnia solenizantkę, jakąś godzinę po tym, jak ta wróci z jogi, jednak po przegadaniu sprawy z bratem Luny, wszyscy jej najbliżsi zostali wpuszczeni wcześniej, aby przygotować niespodziankę. Oprócz dawnej ekipy, w składzie znalazło się też kilku innych znajomych dziewczyny.
        – Nie żeby coś, ale wjechała na posesję – głos Micheala popalającego papierosa na tarasie pod pretekstem stania na czatach, aby tylko nie robić nic wymagającego większego zaangażowania (wystarczyło, że znów robił za kierowcę), rozszedł się po salonie, włączając całej reszcie lampki ostrzegawcze. Rhys szybko pobiegł zgasić światło, przeskakując przy tym przez kanapę niczym rasowy koń pokonujący przeszkodę na zawodach. Wtedy też Ava wbiegła do kuchni, chwytając w dłonie zapalniczkę, aby podpalić świeczkę na wegańskim torcie marchewkowym. Wszyscy pochowali się za ścianami, kanapami czy stolikiem do kawy, a w kuchni został mistrz i organizator ceremonii, trzymając w rękach słodkie powitanie, wszystko w oczekiwaniu na pojawienie się dziewczyny.
        Drzwi otworzyły się. Głośne westchnienie Luny rozniosło się po sąsiednich pomieszczeniach, gdy tylko z hukiem zrzuciła z siebie buty. Przeszła wgłąb domu, po czym zapaliła światło.
        – NIESPODZIANKA! – głosy całej dziesiątki złączyły się w jeden, robiąc porządny hałas, sprawiając, że solenizantka znieruchomiała. Wszyscy wyskoczyli ze swoich kryjówek, śmiejąc się od ucha do ucha. Ozzie, wysunął się z tortem, podstawiając go dziewczynie prosto pod nos.
        – Kurwa! – Michael nie dał im jednak celebrować tej chwili do końca, bowiem wyjście z jego kryjówki kosztowało go zderzeniem głową z marmurową półką nad kominkiem. – No myśl już to życzenie! – machnął ręką, uśmiechając się delikatnie do Luny, a następnie zaczął masować sobie głowę, wplatając palce w dość bujne loki, które nie widziały fryzjera o tydzień za długo.
        – Dość cringowa* to niespodzianka, mówiłem, że starczyłby browar na mieście – skrzywił się Sem, a wszyscy po kolei zaczęli przyjmować niepewne miny, czekając na reakcję Luny. Może faktycznie byli już za starzy na takie rzeczy, a z drugiej strony wszyscy chcieli się wspólnie pośmiać i spędzić czas i choć taki sposób na powitanie solenizantki zdawał się być dziecinny, takie było zamierzenie, aby każdy poczuł się głupio i zabawnie, stercząc przed zdezorientowaną dziewczyną.


*Nie znalazłam równie adekwatnego i mocnego określenia po polsku, aby wypowiedź nie straciła na sile, sorry not sorry


Ostatnio zmieniony przez Fleovie dnia Nie Maj 10, 2020 2:03 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#33PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyPią Maj 08, 2020 8:44 pm

L U N A    F E N N E L L

      Od zawsze sprawiała wrażenie tej najbardziej nieuporządkowanej i bujającej w obłokach, a jednak miała schematy, których przestrzegała przez lata. Pod koniec tygodnia chwytała za szałwię i oczyszczała nią pokój ze złej energii duchowej, podczas pełni za wszelką cenę starała się spać przy otwartym oknie bez względu na to, jak druzgocząco niska była temperatura na zewnątrz, a w każdy siedemnasty dzień miesiąca stawiała się na parogodzinne treningi jogi z wynajętą prywatnie trenerką z Ukrainy. Ta, ze swoim mocnym, wschodnim akcentem, regularnie przypominała Lunie o kontrolowaniu płytkiego oddechu, rugając przy tym za zbyt słabo spięte mięśnie brzucha.
      Blondynka nie wyobrażała sobie złamać comiesięcznego rytuału i w zasadzie nie obchodził ją fakt, że czas poświęcony z matą mogłaby zamienić na coś bardziej ekscytującego, jak chociażby całodniowe toasty ze znajomymi. Sama Molly zarzekała się przecież, że wpadnie do niej dopiero późnym wieczorem, Luna niespecjalnie się więc śpieszyła – ani podczas treningu, ani podczas długiego, powysiłkowego prysznica.
      Do domu weszła około dwudziestej. Ubrana w długą, satynową spódnicę nie zdążyła nawet odłożyć kluczyków od auta na stojący na środku salonu stół, gdy wesoły wrzask, a następnie siarczyste przekleństwo przecięły powietrze. Stała przez chwilę oniemiała, nie wiedząc, jak zareagować na wpychane jej w ręce prezenty, aż w końcu roześmiała się głośno, patrząc z rozbawieniem na ciągle masującego głowę Michaela.
      – Naprawdę nie myślałam, że wpadniecie na coś takiego. Dziękuję za prezenty, są cudowne – mówiła, zerkając z zachwytem na rozpakowany już stół do tarota. Czarne, lakierowane drewno połyskiwało pięknie w świetle kilkunastu umieszczonych w salonie jarzeniówek. Luna wyściskała wszystkich gości, zatrzymując się na dłużej przy Michaelu, a jej dłoń niespodziewanie zanurkowała w blond loki pana perfekcyjnego, może nie tak odstające na boki jak fryzura Ozzie'go, ale ciągle uroczo i nieprofesjonalnie roztrzepane. Podniosła jego grzywkę i zmarszczyła brwi, patrząc na czerwoną plamę tuż przy linii włosów. – Będzie guz jak nic, Michael. Chodź, w zamrażarce mam opakowanie truskawek, przyłożysz sobie do czoła – zarządziła. I choć jej rozmówca był bardzo blisko odmówienia, ugryzł się w zęby, wiedząc, że dziewczynom obchodzącym urodziny się nigdy nie sprzeciwia.


S K Y L A     B A L F O U R

      Razem z Molly zaszyła się gdzieś w rogu salonu, chichocząc z historii o ich wspólnej znajomej. Obie jak na fakt, że na co dzień ubierały się dosyć luźno, zaszalały porządnie z długościami kreacji, niespecjalnie adekwatnymi na zimny, listopadowy wieczór. Sukienka Skyli podkreślała dokładnie jej zgrabne ciało i umięśnione od tańca nogi, a kieliszek szampana, który kobieta trzymała w prawej dłoni, nadawał jej jeszcze większego szyku. Dziś pozwoliła sobie na odrobinę ekstrawagancji, ale przez ostatnie dwa miesiące nie piła praktycznie niczego innego od wody z cytryną czy zielonej herbaty. Molly była jej przeciwieństwem – o jej usta raz po raz obijała się szklanka z wódką i coca colą (w proporcji 1:1), a sukienka maskowała sprytnie brak biustu, jednak podkreślała również wyjątkowo długie i chude nogi. I nie byłoby by w tym nic złego, gdyby prawa łydka Młodej w dalszym ciągu nie była obwinięta szaro-niebieskim bandażem, który miał zostać ostatecznie zdjęty w ciągu najbliższych kilku dni.
    – I właśnie wtedy się wygadała, że ten chłopak, z którym ciągle panoszysz się po uniwersytecie – Collin, nie? – podoba jej się od trzech lat – mówiła Skyla o koleżance z młodszej grupy tanecznej, która dziwnym trafem znalazła się z Molly w tej samej grupie na jednych z ćwiczeń z biochemii. – Nawet nie wiesz, jaką miała minę, gdy po wrednym obgadaniu twojego zachowania i wyglądu powiedziałam jej, że koleguję się z tobą od kilku lat.
      Ava, Ozzie i Rhys znaleźli się wkrótce przy nich, przerywając możliwość dalszych plotek.
     – No, gołąbeczki, może wróciłybyście do nas do stołu? – zapytał Davies, bezwstydnie oplatając rękę wzdłuż idealnej talii Skyli. Rzadko kiedy miał okazję widzieć ją w aż tak seksownym wydaniu, różnym od standardowo noszonych przez nią dresów.
       – Dawno się z Młodą nie widziałam, nawet nie wiedziałam, jak dużo mamy sobie do opowiedzenia.
      – Ze mną wcale nie dużo częściej – rzucił bez zastanowienia Ozzie i choć jego odpowiedź była żartobliwa, gdzieś na końcu zdania czuć było ukrywaną gorycz. – Chodźcie, czekają na nas z kolejką.


* posta w miejscu gwiazdki edytuję z tym imieniem postaci, którą sobie wybierzesz, żeby przysłuchiwała się ich rozmowie :"D


Ostatnio zmieniony przez Sempiterna dnia Nie Maj 10, 2020 5:29 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#34PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyNie Maj 10, 2020 5:10 pm

R H Y S     M O R T O N

        Kapsel odczepił się od dzióbka butelki w akompaniamencie cichego syknięcia. Smak taniego, a dzięki temu i legendarnego wśród młodych ludzi, piwa, zawładnął jego kubkami smakowymi, gdy wziął pierwszego łyka, który przecież zawsze należał do tych najlepszych. Wtedy też poczuł damską dłoń na swoim ramieniu. Obrócił się, po czym oparł lędźwiami o blat kuchenny, a kącik ust uniósł mu się do góry, gdy przed sobą dostrzegł Avę. Ubrana w jedwabną, zdecydowanie za dużą koszulę, której ułożenie oraz biżuteria miały sprawić, aby cała stylizacja wyglądała tak, jakby mały biust był tutaj atutem. Sporych rozmiarów pasek uwydatnił się dzięki schowaniu za dużej góry do spodni. Choć nie była w wyraźnie imprezowym wydaniu, pasowało jej to, co nosiła.
        Położył dłoń na talii dziewczyny, przyciągając ją lekko do siebie, po czym podał jej butelkę, aby wzięła łyka.
        – Znowu źle spałeś? Problemy w kancelarii? – Zmartwiony wzrok Avy zdawał się być wręcz przeszywający dla Rhysa. Nieważne, jak bardzo by się wypierał, ona, jak na złość, szukałaby dalej, brnąc w powód nie do końca dobrego humoru chłopaka. Problem polegał na tym, że ciągnięcie tego dalej doprowadziłoby do kolejnej kłótni, których mimo częstszych spotkań dzięki przeprowadzce, wciąż mieli pod dostatkiem.
        – Musiałem przejąć część klientów Polly, jakieś problemy z ciążą, więc miałem trochę akt do nadrobienia – wzruszył ramionami, próbując usprawiedliwić jakoś kolejną zarwaną noc. Ava oparła się głową o jego klatkę piersiową, jakby to miało przekazać mu trochę jej własnej energii.
        Rhys był dość konkretnym kłamczuchem, niestety. Choć nigdy nie łgał ludziom prosto w oczy, najczęściej zatajał jakąś część prawdy. Problem polegał na tym, że zwykle robił to również względem samego siebie. Deklarował swoją miłość do Avy od wielu lat, mimo to wielokrotnie był skłonny ją skrzywdzić, zdradzając prawdę jedynie Ozziemu, a na swoje wytłumaczenie miał fakt, że ciężko mu znieść dzielącą ich odległość. Wplątał się w sieć własnych kłamstw na tyle mocno, że już sam nie był pewien, jak z tego wyjść. Nawet gdy Ava wróciła do Londynu, on, choć powinien wreszcie skakać ze szczęścia, był pełen wątpliwości. Ostatecznie odpowiadało mu to, że dziewczyna zawsze była dla niego, ale on nigdy się jej w stu procentach nie oddał. Przelotne, krótkie związki, które miewał podczas ich rozłąki, wciąż zajmowały spore miejsce w jego życiu.
        Ciężko było rozgryźć, co chodziło Rhysowi po głowie. On sam wiedział jedynie, że to, co łączyło go z Avą, było bardziej potrzebą bliskości i bezpieczeństwa, ale raczej nie dało się tego nazwać miłością. Po rozwodzie rodziców i założeniu nowej rodziny przez matkę, czuł się zagubiony, nie mógł znaleźć sobie miejsca w świecie, bowiem nawet jeśli stał się bystrym facetem z głową do interesów i nawiązywania znajomości, wciąż czuł się samotnie. Ozzie, jako jego przyjaciel, mógł zaoferować mu wszystko, poza wypełnieniem tej dziury. Ava okazała się być idealnym lekarstwem na wszystkie rozterki, nieświadomie wyciągnęła go z dołka emocjonalnego, ale jej wyjazd sprawił, że Rhys musiał ponownie zacząć działać samodzielnie. Wtedy też zdał sobie sprawę, że skakanie z kwiatka na kwiatek jest dla niego lepszym rozwiązaniem niż wieloletni związek z jedną osobą, przynajmniej na tamten moment. Jednak gdy tylko pomyślał o możliwości, w której Ava już nie jest dla niego i miałaby odejść tak, jak trzeba było zrobić z jego matką, nie mógł się jej ot tak pozbyć. Egoistycznie potrzebował czuć się kochanym, bez konieczności oddawania całego siebie tej drugiej osobie. Dlatego choć wiedział, że Ava nie jest kobietą dla niego, nie mógł tak po prostu dać jej odejść. Nie potrafił jej odtrącić. Bo chorobliwie potrzebował wszystkiego, co mogła mu zaoferować, wyjątek stanowiła miłość czysto romantyczna, platoniczna.
        Nie mógł jednak się tym teraz zamartwiać, bo dołączył do nich Ozzie, który swoim niewinnym uśmieszkiem dawał im do zrozumienia, że ma wyraźną ochotę na następną kolejkę. To wywołało na twarzy Rhysa wyjątkowo szczery uśmiech. Dlatego ruszyli w stronę dziewczyn plotkujących gdzieś w rogu, aby jak najszybciej zaciągnąć je do stołu, przy którym polewał Michael, a końcówki jego loków tuż przy czole wciąż były lekko wilgotne, po tym jak opakowanie zamrożonych truskawek zaczęło się pocić. Ostatecznie ból minął, ale Luna miała rację, guz będzie jak nic.


S E M     A N D E R S O N

        La Isla Bonita okazała się być świetną piosenką, aby Sem wraz z Luną mogli błaznować na drewnianym parkiecie bez krępacji. Umożliwiło to wykonywanie połowicznie latynoskich, a połowicznie paralitycznych ruchów, aby stworzyć odpowiednią parodię porządnego tańca, jak to też przystało na ten duet.
        – Sem, chodź pić! – Michael właśnie skończył napełniać stojące kieliszki, choć sam musiał zadowolić się jedynie piwem bezalkoholowym. Anderson natomiast, niczym pies zawołany na jedzenie, wziął Lunę w obroty, aby jak najszybciej przetransportować ją do stołu tuż przy tych okropnie drogich kanapach.
        Każdy, kto się wcześniej zadeklarował, uniósł w górę kieliszek z czystą, kilku pozostałych miało butelki bądź puszki z piwem. Ava natomiast tego dnia zdecydowała się głównie na wino.
        – Zdrowie! – wielokrotne stuknięcie szkła, zgorzkniałe miny oraz szybkie szukanie popity były czynnościami, które nadeszły zaraz po wspólnym toaście.
        Usiadł na kanapie, rozkładając się trochę po królewsku, aby móc odpowiednio wyprostować nogi. Dziura w czarnych spodniach idealnie ułożyła się na jego kolanie, aby ukazać, jak konkretnie kościste było. Dyskretnie rozglądał się po okolicy, jakby chcąc ciągle mieć na oku Milo. Zgodnie z jego prośbą, nikomu nie wspominał o incydencie, w którym miał "przyjemność" uczestniczyć, ale z drugiej strony, jego miękkie serce nie pozwalało mu zostawić tego w spokoju. Michael był zupełnie innego zdania, nie chciał się mieszać w kłopoty, które Włoch prawdopodobnie sam sobie narobił. Sem zaś czuł się w to wszystko wmieszany od samego początku i wyraźnie bał się o kumpla, bo choć ten był dorosły, czasem wciąż sprawiał wrażenie, jakby potrzebował niańki.
        – Widziałaś gdzieś Mila? – Zaczepił Molly, która z lekkimi rumieńcami na twarzy przemierzała salon. Jednak tak, jak się spodziewał, nie uzyskał satysfakcjonującej go odpowiedzi, a lekkie wstawienie Młodej sprawiło, że niekoniecznie miał ochotę wypytywać ją dalej.
        Zaczął niepozornie przechadzać się po domu, a ostatecznie, gdy i to nie przyniosło rezultatu, zaczepił Ozziego grzebiącego w lodówce.
        – Macie może pojęcie, gdzie jest Milo? – Starał się brzmieć zupełnie niewinnie, aby nic nie wyszło na podejrzane. Jednak zanim blondyn wyłonił głowę z wielkiej skrzynki na jedzenie, głos zabrała Ava, krojąca warzywa do kanapek.
        – Jakieś dziesięć minut temu siedział tu z nami, ale ktoś do niego zadzwonił, więc wyszedł z kuchni – pokręciła głową, nie przerywając czynności siekania pomidorów. Sem spojrzał na siedzącego nieopodal Rhysa, który jedynie przyglądał się kuchennym wyczynom Avy i Ozziego. On również wzruszył jedynie ramionami.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#35PisanieTemat: walk of shame   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyWto Maj 12, 2020 4:51 pm

M O L L Y     D A V I E S

     Czysto teoretycznie nie powinna mieć specjalnej wprawy w piciu alkoholu z uwagi na wiek (z wyjątkowo marną jedynką z przodu), który był dość gówniarski jak na ogólną średnią lat wszystkich zgromadzonych na imprezie osób. W praktyce jednak słaba głowa w jej przypadku była raczej niemożliwa, biorąc pod uwagę nie tylko fakt, że od paru lat popijała w gronie starszych, ale też obecność płynącej w żyłach krwi Daviesów, będących jednymi z lepszych zawodników na rozmaitych popijawach.
      Przy pierwszym kieliszku czystej skrzywiła się tylko nieznacznie, popijając niemal natychmiast palący smak w gardle połową szklanki soku pomarańczowego. Wybór, dość nietrafny z uwagi na gęstą konsystencję przepoi, nie zadowolił jej w całości, sięgnęła więc po leżący na stole dzbanek z wodą i z cytryną. Czwarty kieliszek wszedł za to znacznie szybciej, a wcześniejsze pieczenie w przełyku dość szybko odeszło w zapomnienie. Nawet sok, ten sam, na który pół godziny wcześniej tak bardzo w duchu narzekała, magicznie zmienił smak, stając się wyjątkowo słodkim i znacznie mniej lepkim. Szósty kieliszek wlała w siebie gdzieś pomiędzy jedzeniem sałatki z serem halloumi a zaciąganiem się paskudnym, wcześniej wyproszonym od Mila papierosem. Notorycznie żerowała na Włochu, twierdząc, że pali tylko na imprezach, a niekupienie własnej paczki zrzuciła na ogólne roztargnienie, obiecując, że tego nie powtórzy. Prawda jednak była inna – nie zamierzała zmieniać takiego stanu sytuacji ani na tej imprezie, ani na żadnej następnej. Ósmy kieliszek okazał się przyczynkiem dla niespodziewanej serii wydarzeń: czując się coraz bardziej rozluźniona, tupała delikatnie obandażowaną nogą o marmurową posadzkę w rytm głosu Beyoncé, prosząc przy okazji Avę o możliwość spróbowania czerwonego wina, które Walsh obracała w ogromnym kieliszku. Nie usłyszawszy odmowy, Molly przyczepiła różowe wargi do szkła. Nie trzeba było długo czekać – stróżka alkoholu pociekła jej po kącikach ust, niknąc gdzieś za brodą, a finalnie lądując na przodzie śnieżnobiałej sukienki. Zanim jednak Młoda znalazła się w łazience w celu usunięcia plamy, wypiła jeszcze na szybko odchodniaka z Semem, tym razem, dzięki Bogu, wyłącznie połowę kieliszka.



O Z Z I E     D A V I E S

      Impreza trwała w najlepsze, a o jakości zabawy świadczyły kurczące się w zastraszającym tempie zapasy wódki i jedzenia. Razem z Avą zabrali się do krojenia kupionych wcześniej warzyw na kanapki, przyjmując na swoje barki, co w zasadzie niespecjalnie im przeszkadzało, odpowiedzialność bycia organizatorami imprezy. Rhys towarzyszył im w nowoczesnej kuchni Luny, zbyt szpitalno–czystej przez brak jakichkolwiek ozdób na półkach, jednak nie kwapił się pomóc ani swojej dziewczynie, zręcznie siekającej paprykę, ani przyjacielowi, który wywijał ostrzem po plastikowej desce. Ozzie spróbował cząstki wcześniej przekrojonego pomidora koktajlowego i skrzywił się lekko od kwaśnego posmaku w ustach.
      – Czy mi się wydaje, czy one są jakieś niedojrzałe? Spróbujesz? – zapytał Avy. Kobieta uniosła wzrok znad zielonej papryki i odłożyła nóż, gotowa przespacerować się na drugi koniec ogromnej kuchni, który przywłaszczył sobie blondyn. – No co ty, nie musisz się kwapić – zatrzymał ją swoim głosem i uniesioną w górę ręką trzymającą malutkiego pomidora. – Po prostu otwórz buzię – powiedział. Bez krępacji i z precyzją koszykarza, którym w gruncie rzeczy kiedyś był, rzucił mięsistą kuleczką wprost w jej półotwarte usta. Razem z Rhysem zaśmiali się głośno, kiedy grymas niezadowolenia pojawił się nagle na jej twarzy.
      – Miałem rację... – zaczął Ozzie. Dalszą rozmowę przerwało im jednak pojawienie się Sema, który gorączkowo szukał pojawiającego się i znikającego w trakcie imprezy Włocha. Po otrzymaniu odpowiedzi od Avy Anderson wybył z kuchni, ignorując przy okazji Rhysa i jego zaczepne pytania:
        – A odkąd to się tak o niego troszczysz? Bawisz się w jego matkę czy dziewczynę?



M O L L Y     D A V I E S

      Zdawało jej się, że pół godziny w łazience spędzone na doprowadzaniu sukienki do porządku wystarczyło, żeby mogła przy okazji uspokoić również szybkie bicie serca i ogarnąć nadal ładną, ale mocno zarumienioną twarz. Jak dowiedziała się później, trzydzieści minut okazało się stanowczo zbyt małą liczbą.
      Wracając z powrotem do salonu, nie zastała w nim zbyt dużo osób – Michael, który wyraźnie nie narzekał, otoczony był Skylą i Luną. Ava stała za to przy kanapie, ogarniając stół i przygotowując miejsce na ogromny talerz z kanapkami i kilka misek z chipsami, obecnie zajmującymi w całości drugi, skórzany mebel. Rhys z Ozziem prawdopodobnie dalej rozmawiali w kuchni, a Sem latał gdzieś po pokojach w poszukiwaniu Milo. Molly stanęła obok zgromadzonych, krzyżując ramiona na piersi w tym samym miejscu, gdzie widoczne były jeszcze wilgotne, jasnoróżowe plamy po winie. Niespecjalnie zastanawiała się nad tym, co mówi – jej wzrok, choć bardzo tego nie chciała, krążył między twarzą Skyli a Michaela, w znacznie większym stopniu skupiając się na blondynie. Język, rozproszony widokiem jego idealnie gładkiej skóry i szaro-niebieskich oczu, gadał głupoty. Po raz kolejny nie umiała odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego z wszystkich mężczyzn, których znała, jej serce wywijało fikołki przy tym jednym. O sześć lat starszym, dojrzałym, a na dodatek będącym z kompletnie innej niż ona ligii.
      – Dopiero wróciłam, a wy już wygryźliście mnie z miejsca siedzącego? – zapytała ze śmiechem. Na trzeźwo byłaby znacznie mniej rozchichotana. – To nic, znajdę sobie nowe.
      Po czym jak gdyby nigdy nic znalazła się na kolanach Micheala, chwilę później ześlizgując się z nich na tyle, by finalnie siedzieć pomiędzy nim a Skylą. Otumaniona alkoholem nie zauważyła zaskoczonego wzroku dziewczyn, sięgnęła tylko po stojące na stole wafle i uśmiechnęła się do Luny po krótkiej walce z foliowym opakowaniem.
      – Nigdy nie myślałam, że to powiem, ale te kukurydziane są naprawdę bardzo smaczne.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#36PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyWto Maj 12, 2020 10:50 pm

M I C H A E L     T R E M B L E Y

        Do tej pory Michael myślał, że największą porażką do spożycia, jaka może go spotkać, jest zimna fasolka. Tego wieczora przekonał się, że sięgnięcie dna równało się z wypiciem radlera o smaku ciemnego piwa z cytrusową lemoniadą, który już od bitej godziny nie miał w sobie ani śladu gazu. Ciemne piwo było czymś wspaniałym, jednak nie w tym wydaniu.
        – Co za syf, kto to kupił? – Narzekał praktycznie sam do siebie, trzymając butelkę za szyjkę. Logo dystrybutora naklejone na brązowym szkle nie wskazywało na coś dobrego, jednak Trembley przeliczył się aż za bardzo. Z tej beznadziejnej sytuacji ratowało go jedynie towarzystwo Luny i Skyli, bowiem dziewczyny zajmowały go długimi rozmowami.
        Kiedy Skyli udało się wciągnąć ich w opowieść o treningach, Michael ułożył się wygodnie na kanapie, kładąc rękę z piwem na podłokietniku. Musiał przyznać, że podziwiał dziewczynę. Właściwie czuł ten sam respekt do Luny, która oddawała się swoim pasjom, a lata temu był wiernym fanem Avy. Zawsze imponowały mu kobiety z zainteresowaniami, które walczyły o swoje i uczciwą, ciężką pracą zdobywały sukces. Był tego typu człowiekiem, że mógł spędzić całą noc na oswajaniu się z nowym tematem, aby tylko zrozumieć, czym zajmują się jego znajomi.
        Trwający dopiero dwie minuty monolog został przerwany przez nadchodzącą Molly. Biała sukienka z lekką plamą podkreślała jej różowe wypieki na twarzy. Michael uśmiechnął się pod nosem, słysząc jej uwagę, po czym już miał zbierać się, aby ustąpić dziewczynie miejsca, jednak – ku jego wyraźnemu zaskoczeniu – Młoda poradziła sobie zupełnie sama, wybierając jako cel kolana blondyna. Trembley przywarł plecami do oparcia kanapy, a ręce uniósł ku górze. Widział Młodą w tego typu stanie już kilka razy, jednak taka sytuacja zdarzyła mu się pierwszy raz. Była młodszą siostrą jego dobrego kumpla, a do tego, przecież dla niego wciąż miała maksymalnie szesnaście lat. Zaczął zastanawiać się, ile Molly naprawdę miała na karku. Po głowie chodziły mu dwie liczby: siedemnaście i osiemnaście, jednak szybko dotarło do niego, że jest głupi, bo podwoził ją na ten sam uniwersytet, co dodało jej trochę miesięcy. Dobra, może nie była znowu aż tak młodziutka, ale wciąż, poczuł się nieco niezręcznie. Molly należała do urodziwych młodych kobiet, była szczupła, o długich nogach, a do tego miała całkiem sporo w głowie. Może gdyby był w podobnym stanie upojenia, co ona, to skusiłby się na niezobowiązujący flirt, jednak wszystko pod warunkiem, że nie byłaby siostrą Ozzie'go, którą znał odkąd uczyła się jeździć na rowerze.
        Ulżyło mu, gdy zsunęła się na miejsce, które zrobiła jej między nimi Luna. Spojrzał na Skylę, przykładając palec pionowo do ust. Postanowił uznać to za typowe zachowanie pod wpływem alkoholu, dlatego też wolał, aby wszystko poszło w niepamięć. Mimo to odruchowo nie wziął dłoni z oparcia kanapy, co sprawiło, że nieco zakręcona Molly oparła się o nią głową. Ostatecznie siedział trochę jak typowy samiec, powiększając swoje terytorium. Po chwili do towarzystwa dołączyli nadworni kucharze z Rhysem. Usiedli na kanapach lub pufach, czekając, aż Sem podda się w swoim marnym śledztwie. Ostatecznie on też dołączył, zajmując miejsce na ziemi, sadzając tyłek na puchatym dywanie. Łokciami oparł się o stół.
        – Poddaję się – westchnął głośno, chwytając za czyiś kubek i wypijając jego zawartość. Niespecjalnie wiedział, do kogo należało owe papierowe naczynie.

A V A     M A N O N     W A L S H

         Choć gotowanie nie należało do jej ulubionych czynności, ostatecznie czuła się odpowiedzialna za powodzenie imprezy, dlatego zwinnie przystąpiła do krojenia warzyw, bo przynajmniej przy tym nie powinna zrobić sobie krzywdy. Była niezwykłą sierotą w kuchni, z cudem opanowała podstawowe umiejętności pozwalające jej przeżyć. Jednak dowodzenie całym przyjęciem ramię w ramię z Ozzie'm obligowało ją do pomocy. Poćwiartowała kolejną paprykę, a gdy do jej uszu dotarł znajomy utwór, zaczęła ruszać biodrami w rytm muzyki, pod nosem niby nucąc słowa.
        Kwaśny posmak pomidora pozostał w jej ustach jeszcze przez długi czas i nawet mistrzowski rzut za trzy punkty, który wykonał Ozzie, nie mógł jej tego zrekompensować. Dopiero zapomniała o niedojrzałym źródle zgorszenia, gdy z rytmu wybił ją Sem. Mężczyzna wyszedł tak szybko, jak się pojawił, pozostawiając całą trójkę pozbawioną szczegółów śledztwa. Milo jednak zdawał się żyć we własnym świecie już od jakiegoś czasu, dlatego też wszyscy ostatecznie machnęli na to ręką.
        Latynoskie utwory pokroju Shakiry dostały swoje pięć minut na głośnikach, jednak mało kto miał już ochotę i siły, żeby poruszać się zwinnie po gustownym parkiecie. Ava, sprzątając ze stołu puste papierowe kubeczki, których spody przemokły na tyle, że nie nadawały się już do ponownego użytku, spoglądała ukradkiem na Molly, która powoli sunęła w stronę kanap. Dziewczyna zdawała się być pod ostrym wpływem mieszaniny wódki z winem, którego ślad mimo wszystko nie zmył się z śnieżnobiałej sukienki.
        Po chwili szła już z pierwszą porcją kanapek, a gdy tylko znalazła się w salonie, zatrzymała się gwałtownie, dostrzegając Molly na kolanach Michaela. Luna spojrzała na Avę, wysyłając jej porozumiewawcze spojrzenie, a Skyla póki co nie mogła oderwać wzroku od Młodej oraz niezwykle zdziwionego blondyna, który odruchowo podniósł obie ręce do góry, jakby nie chciał, żeby go o cokolwiek posądzić.
        Ava szybko ruszyła z powrotem do kuchni, słysząc, jak Ozzie powoli zbiera się do wyjścia z kolejnymi półmiskami pełnymi jedzenia. Prawie wpadli na siebie w przejściu, a szatynka starała się za wszelką cenę wyglądać tak, jakby wcale niczego nie próbowała ukryć przed chłopakiem. Problem polegał na tym, że w takich sytuacjach podnosił się jej głos, przez co praktycznie zaczynała piszczeć.
        – A może dołożymy do tego świeżego ogórka? Sprawdź, czy nie ma w lodówce – wypaliła, spoglądając na trzymany przez siebie talerz z kanapkami, a ogórek to było pierwsze możliwe warzywo, na które wpadła. Gdy zobaczyła, jak Ozzie marszczy brwi, sama uniosła jedną do góry. – No już, nie ociągamy się – wolną ręką pchnęła najpierw Rhysa, potem blondyna, aby na nowo znaleźli się w kuchni. Jak się okazało, ogórka nie było, ale przynajmniej Molly zdążyła zjechać z kolan Michaela i usadowić się na kanapie.
        Jakiś czas później Ava wzięła Lunę na stronę.
        – Długo tak mu siedziała na tych kolanach? – ściszyła głos, zamaczając kruche pieczywo w hummusie.
        – Nie, praktycznie od razu się zsunęła, ale coś mi tu śmierdzi, aż sprawdzę jutro jej horoskop.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#37PisanieTemat: robi się poważniej   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptySro Maj 20, 2020 12:29 am

M O L L Y     D A V I E S

       Impreza dogorywała wraz z jedzonymi masowo kanapkami i ostatnimi dźwiękami tanecznej muzyki, a lecąca w tle playlista stawała się znacznie wolniejsza i spokojniejsza. Wszyscy, oprócz zaginionego Mila, który wysłał w końcu przepraszającego sms-a z informacją, że musiał pilnie wyjść, siedzieli przy stole w salonie, nasłuchując opowieści Sema. Jego przygody prosto ze studia tatuażu były zabawne, ale przy tym często niezręczne, szczególnie gdy opowiadał o pisaniu igłą inicjałów ukochanej na czyimś penisie lub gdy odchodził z dygresją na tyle daleko, bo opowiedzieć o randce z klientką, której dzień wcześniej tatuował wewnętrzną stronę ud. Michael zebrał się niedługo potem do domu, odmawiając spania w pokoju brata Luny i obiecując odwieźć Skylę, a cała reszta ogarnęła z grubsza zasyfione wylanymi napojami i pokruszonymi chipsami stoły. Nie zmuszali się, żeby balować do białego rana, bo w zasadzie wszyscy obecni byli do cna wycieńczeni przygotowaniami i samą imprezą urodzinową. Jeszcze przed czwartą położyli się grzecznie spać. Każdy, bez wyjątku, z półlitrową butelką wody przy zajętym przez niego łóżku.


*^*

      Obudziła się z tak potwornym bólem głowy, jakiego nie doświadczyła od dobrych dwóch lat. W uszach huczało jej jeszcze od wczorajszej muzyki, a oczy, wręcz uczulone na światło, otworzyła pod przymusem, usłyszawszy krzątającą się po pokoju Lunę.
– Powiedz mi, czy tylko ja mam takiego kaca? – zapytała z jękiem, sięgając po leżącą na puchatym dywanie butelkę wody mineralnej.
– Wypiłaś chyba najwięcej z nas wszystkich, więc nie ma się co dziwić, że teraz cierpisz. Ale jesteś całkiem śmieszna, gdy tak lepisz się do ludzi po alkoholu, więc wszyscy są w stanie ci wybaczyć – skwitowała Luna.
– Ja? Lepić się? Niby do kogo?
– Naprawdę nie pamiętasz, kiedy usiadłaś Michealowi na kolanach, a potem wycałowałaś mnie przed snem po trzy razy w każdy policzek?
      Uderzenie gorąca dopadło Molly tak nagle, że aż zakręciło jej się w głowie. Czuła palącą czerwień na swoich policzkach oraz to, jak do męczącego ją kaca fizycznego doczepia się jego brat, kac mentalny. W jednej chwili przypomniała sobie o nocnej sytuacji oraz uśmiechniętej (i nieco rozmazanej przez ilość wypitego alkoholu) twarzy blondyna.
– Powtórz, proszę.
– Co? Że wycałowałaś mnie przed snem po policzkach?
– Nie, to wcześniej.
– Że usiadłaś Michaelowi na kolanach?
      Słysząc to, zakryła się tylko z powrotem kołdrą, próbując ukryć zażenowanie.



O Z Z I E     D A V I E S

       Sms, który otworzył chwilę po obudzeniu się na z jednej z kanap w salonie, sprawił, że uleciały z niego ostatnie, już i tak prawie nieobecne, resztki alkoholu. Z roztargnieniem zaczął poszukiwania kluczyków do auta Sema, tłukąc się po nieposprzątanej kuchni. Hałas był na tyle głośny, żeby Ava z Rhysem, a także sam właściciel auta w towarzystwie promiennej Luny pofatygowali się zejść na dół, gotowi zbesztać go za przerwanie ich płytkich, alkoholowych snów. Ozzie uprzedził ich ewentualne monologi, rzucając od razu poważnym tonem w przestrzeń:
      – Sem, ubieraj się. Jedziemy do szpitala.
      – Do szpitala? Po co? – Luna zapytała podejrzanym głosem.
      – Pisała mama Mila i błagała, żebym jak najszybciej przyjechał z Semem. Milo leży w szpitalu na skrzyżowaniu Kwiatowej i Leśnej. Jest w śpiączce.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#38PisanieTemat: two boys and pizza woman confronting with shocking news *res of us crying in the background*   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyCzw Maj 21, 2020 3:18 pm

A V A     M A N O N     W A L S H

         Spała w pokoju gościnnym, przykryta do pasa swoim ukochanym kocykiem, który przywiozła ze sobą do Luny, nie czując się godna zasypiać pod pościelą droższą niż cokolwiek, co obecnie miała na sobie, nawet jeśliby zsumować wszystkie te rzeczy. O dziwo miała dość twardy i głęboki sen, co prawdopodobnie wynikało z wycieńczenia związanego z przygotowaniami do niespodzianki.
        Obudziło ją dopiero głośne krzątanie się po kuchni, nad którą znajdował się zajęty przez nią i Rhysa pokój gościnny. Przetarła oczy, a gdy poczuła, że chłopak zaciska uścisk wzdłuż jej talii, uśmiechnęła się jedynie pod nosem. Uniosła się delikatnie do góry, a szatyn zwinął się za jej plecami, chowając twarz w jedwabnej koszuli brunetki.
        Jednak hałas z kuchni nie zdawał się znikać, a wręcz zyskiwał na sile, dlatego też Ava zdecydowała się ostatecznie wstać, aby sprawdzić, kto wpadł na pomysł hałasowania, podczas gdy w domu przebywało około pięć osób z potwornym kacem, a reszta chciała się po prostu wyspać.
        – O cholera...! – wydukała, gdy wstając z łóżka, prawie nadepnęła na leżącego na ziemi Sema. Ominęła go w ostatniej chwili, wpadając na szafę, co wystarczyło, aby obudzić jego i Rhysa. Po chwili cała trójka była na dole, spotykając tam równie zdezorientowaną Lunę oraz niezwykle pobudzonego Ozzie'go.
        Informacja, którą przekazał im blondyn, sprawiła, że dziewczyna wytrzeszczyła oczy, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa. Wszyscy czuli, że musiało stać się coś bardzo złego, a do tego, prawdopodobnie do każdego dotarły okropne wyrzuty sumienia, bo doskonale wiedzieli, że z Milem ostatnio nie było dobrze. Jednak nikt ostatecznie nie miał na tyle odwagi, żeby mu pomóc.
        – Podaj mi kluczyki – Sem związał włosy w niedbałą kitkę, po czym ruszył prosto do drzwi frontowych, nie wysilając się nawet na specjalnie pożegnania. Ava dostrzegła na jego twarzy wyraźne zmartwienie i poczucie winy, bo w końcu wczoraj Anderson sam ostatecznie zaprzestał poszukiwań chłopaka, wybierając pozostanie z resztą znajomych, a teraz, gdy Milo był w szpitalu, czuł, że mógł temu zapobiec, gdyby tylko podjął inną decyzję. Ona sama martwiła się o zdrowie kolegi, bojąc się, że ten wplątał się w jakieś szemrane interesy, a nagłe zniknięcie w środku imprezy i śpiączka nie mogły być zbiegiem okoliczności.
        – Dajcie znać, jak tylko się czegokolwiek dowiecie – Rhys złapał za ramię Ozzie'go, który jedynie mu przytaknął, ubierając w pośpiechu kurtkę, aby zaraz wybiec z domu i dogonić Sema.  


S E M     A N D E R S O N

        Droga do szpitala zdawała się trwać wieczność, a on miał wrażenie, że każda kolejna przejechana mila jedynie oddalała ich od celu. Przez dłuższą chwilę siedzieli cicho, nie wiedząc właściwie, jak zacząć tę rozmowę. Sem czuł, że musi powiedzieć Ozziemu prawdę, bo skoro sprawy zaszły tak daleko, on sam może sobie nie poradzić z kłopotami przyjaciela. Obwiniał się za stan Mila, bo już od jakiegoś czas był świadom, że wiedział znacznie więcej, niż reszta ich znajomych. To jemu chłopak zaufał, razem padli już ofiarą pobicia, a mimo to Sem, nie wiedząc, co właściwie powinien zrobić, zatrzymał to dla siebie, a każda próba porozumienia się z Milem kończyła się zbywalną gadką. Teraz mógł jedynie pluć sobie ze wściekłością w brodę.
        –  Nie mam pojęcia, co mam powiedzieć jego matce – przerwał ciszę, która, choć nie była niezręczna, bo przepełniało ją napięcie, stawała się dla niego coraz bardziej przytłaczająca. Wiedział, że musi podzielić się z Ozziem wszystkim, o czym miał pojęcie, bo tak naprawdę poza Michaelem i nim, Sem nie miał nikogo, kto mógłby mu pomóc w tej fatalnej sytuacji. Nie wspominając już o tym, że większość ich wspólnych znajomych zaczęła oddalać się od Mila z wzajemnością.
        Przetarł twarz dłonią, długo zbierając się sobie. Czuł jednak pytające spojrzenie blondyna i wiedział, że nie mógł już dłużej milczeć.
        – Milo sprzedaje dzieciakom narkotyki – z piskiem opon pokonał zakręt, który był ostatnią przeszkodą dzielącą ich od centrum. – Gdy ostatnio byliśmy tak poturbowani, zaatakowało nas dwóch gości, strzelam, że konkurencja tego typa, którego towar sprzedaje Milo, to wtedy nabawił się tego rozcięcia na twarzy – syknął przeciągle, wjeżdżając na teren szpitala, pośpiesznie szukając wolnego miejsca parkingowego, a gdy je znalazł i zaciągnął hamulec ręczny, oparł się z impetem o fotel, decydując się pozostać jeszcze na chwilę w samochodzie. – Stary, wiem, że on jest dorosły, ale wplątał się w jakiś syf i dam sobie rękę uciąć, że to ma związek z tym biznesem. Oprócz nas wie tylko Michael, więc błagam cię, zatrzymaj to dla siebie i zważaj na słowa przy jego matce – Sem nie prosił o ukrywanie prawdy, bo w obecnej sytuacji mogło to być najgorszym z możliwych posunięć, jednak zależało mu, aby kobieta miała jak najmniej problemów na głowie. Wiedział też, że Ozzie jest na tyle rozgarnięty, że wtajemniczenie go w całą sprawę nie powinno stać się czymś złym.
        Wpadli do szpitala nieco zdyszani, prawdopodobnie nawet nie przez wysiłek fizyczny, a targające nimi emocje. Gdy tylko dowiedzieli się, gdzie mogą znaleźć Milo, wsiedli do windy, niecierpliwiąc się coraz bardziej. Każda sekunda zdawała się trwać godzinę.
        – Pani Woolley – zagaił ściszonym głosem, pamiętając, że mimo wszystko wciąż znajdują się w szpitalu, a roztrzęsiona kobieta podbiegła do nich, gdy tylko dostrzegła, że wysiadają z windy. Miała podkrążone oczy, a po policzkach wciąż spływały jej łzy. Chusteczka, którą gniotła w dłoni, już od dawna nie nadawała się do użytku. – Co się właściwie stało? – Nachylił się delikatnie, dostrzegając, że poza nią, nikogo nie było w pobliżu. Milo był zupełnie sam.
        – Chłopcy, jak dobrze, że jesteście – wzięła głęboki oddech, po czym praktycznie osunęła się na jedno z krzeseł stojących obok. Na oddziale było bardzo cicho, co jakiś czas mijały ich jedynie pielęgniarki. – Policjanci znaleźli go nad ranem przy wejściu do parku, był nieprzytomny, cały pobity, nie wolno mi do niego wejść – zacisnęła dłonie na ramionach czarnej, skórzanej torebki, po czym uniosła wzrok na Ozziego i Sema. – Jesteście jego przyjaciółmi, musicie coś wiedzieć! Przecież tak niedawno wrócił z rozciętą głową, ale zupełnie nie chciał o tym ze mną rozmawiać, potrzebuję waszej pomocy. Jeśli on się nie wybudzi... – załkała, ukazując przed nimi wszystkie swoje słabości. Nieważne, jak twardą i zorganizowaną kobietą była na co dzień, gdy chodziło o jej syna, nerwy przejmowały nad nią kontrolę. Nikt nie mógł mieć o to pretensji, gdy życie Mila było zagrożone.
        Sem czuł niewyobrażalny ból w klatce piersiowej na samą myśl, że chłopak miałby się nigdy nie wybudzić. Nie dopuszczał do siebie takiej opcji, Milo za dużo znaczył dla niego i wszystkich innych, był za młody, żeby tak łatwo dać za wygraną. Jednocześnie w głowie Andersona kotłowały się myśli sugerujące mu, że jego przyjaciel był nikim innym, jak wciąż zagubionym dzieciakiem, który naprawdę za późno i zbyt intensywnie przeżywał nastoletni bunt, a teraz doświadcza z nawiązką konsekwencji swojego postępowania. Sem nie mógł uwierzyć, żeby Milo mógł w jakikolwiek sposób aż tak sobie nagrabić, żeby w mniemaniu jakiegoś lokalnego śmiecia, zasłużyć sobie na takie potraktowanie.
        Podszedł do drzwi, na które co chwila spoglądała pani Woolley. Położył wytatuowaną dłoń na klamce, choć wiedział, że wejście do środka jest zabronione. Gdy spojrzał przez małe okienko znajdujące się w drzwiach, jego oczom ukazał się poturbowany Milo podpięty do aparatury. Oddychał przez maskę, a pielęgniarka spisywała odczyty z monitora. Zacisnął zęby oraz dłoń, czując, że mógłby wyrwać uchwyt jednym ruchem. Powstrzymał się jednak, a wyrzuty sumienia i zmartwienia ponownie uderzyły w niego niczym fala gorąca w czerwcowe południe. Oparł się o ścianę obok, krzyżując ręce na klatce piersiowej, a wzrok wbił w swoje stare, obdarte na czubkach sztyblety.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#39PisanieTemat: rozmowa trzech muszkieterów   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptySob Maj 23, 2020 6:16 pm

O Z Z I E     D A V I E S

      Miał wątpliwości, czy sadzanie Sema w takim a nie innym stanie za kółkiem było odpowiedzialne, ale nie mieli ani czasu, ani głowy do tego, żeby naprędce znaleźć alternatywę. Zdecydował się więc z uwagą obserwować drogę, stając się drugim, biernym kierowcą, który raz po raz patrzył ze zdenerwowaniem na licznik prędkości. Strzałka wskazująca siedemdziesiąt kilometrów na godzinę igrała z lokalnym prawem, a koniuszki palców Sema uwieszone na obitej w skórę kierownicy pobielały od mocnego uścisku. Ozzie kazał mu dwukrotnie zwolnić, bojąc się, że zanim dojadą na miejsce, zdążą zaliczyć po drodze kolizję lub policyjne zatrzymanie.
      Z ich dwójki zazwyczaj trudno było wybrać tego bardziej poważnego czy zorganizowanego. Jednak sytuacja, w której się znaleźli, szybko zweryfikowała ich nastroje, obecnie wisielcze i przytłumione. Mimo wszystko to Ozzie zdawał się być tym o zimnej krwi i stalowych nerwach. I choć sam nigdy nie przyznałby tego głośno, w chwili, gdy auto wjechało na parking, a przepełniony wyrzutami sumienia głos Sema dogłębnie go trafił, nie czuł nawet większej złości. To raczej uczucie żalu zakotłowało mu się nagle w brzuchu, a zaufanie do Sema, nieruszone przez kilka ostatnich lat, zostało nadszarpnięte. Nie mógł zrozumieć, dlaczego go nie wtajemniczyli. Nie mógł zrozumieć, dlaczego Michael przez ostatnie dwa miesiące milczał jak grób, ukrywając tak paskudne informacje. Nie mógł też sobie wybaczyć, że nie zaingerował wcześniej w sprawy Mila, stając się tym samym pośrednią przyczyną jego wypadku.
      Westchnął tylko głośno, gdy Sem zakończył swój monolog. Podgłówek przytrzymał chwilę jego ociężałą głowę, a szaro-niebieskie tęczówki wbiły wzrok najpierw w przednie lusterko, potem w oczy kierowcy. Ozzie odrzucił na bok chmarę niepotrzebnie zaprzątających głowę pesymistycznych myśli, a także cały niesmak spowodowany nieoczekiwanym wodospadem informacji i skupił się jeszcze raz na prośbie przyjaciela, dokładnie ją analizując.
      – Rozumiem to, Sem, ale naprawdę nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Już raz zatajano prawdę. – Unikał personalnych oskarżeń, ale nie zmienił swojego stanowczego tonu głosu. – A teraz widzisz, jak to się skończyło. Nie mogę obiecać, że będę siedzieć cicho – odpowiedział sucho i wyszedł z auta.
      Zapłakana twarz pani Woolley pojawiła się niedługo potem przed nimi na jednym ze szpitalnych korytarzy. Kobieta opowiedziała im o wszystkim drżącym głosem. Pulchne policzki, zazwyczaj zarumienione od ciepła pieców w jej rodzinnej pizzerii, teraz iskrzyły od łez. Ozzie wstrzymał na chwilę oddech, a zaraz potem przytulił ją do siebie, pozwalając na przemoczenie do cna materiału jego czarnej bluzy. Chociaż miał ochotę wyjaśnić to wszystko tutaj, na niewyremontowanym korytarzu o seledynowych ścianach, jego serce rozpadłoby się na milion kawałków, gdyby zdecydował się przekazać tak dosadną prawdę ciągle roztrzęsionej pani Woolley. Zamiast tego przemówił tylko cichym głosem, starając się ją uspokoić:
      – Milo ostatnimi czasy nie mówił nam za dużo. Postaramy się pomóc, ale na razie pozostaje nam tylko wierzyć, że wszystko będzie dobrze. On z tego wyjdzie, proszę pani. Jest silny. – Naprawdę wierzył w każde wypowiedziane słowo. – Gdyby dowiedziała się pani czegoś więcej od policji, proszę nas informować. Potrzebuje pani podwózki do domu? Albo czegokolwiek innego?
      Pani Woolley poprosiła tylko o butelkę wody, którą Sem załatwił chwilę później ze szpitalnego sklepiku. Następnie kobieta została zaczepiona przez pielęgniarkę, a mężczyźni zdecydowali się wrócić do zaparkowanego auta. Ozzie nie miał odwagi, żeby spojrzeć za siebie. Oszczędził sobie widoku poturbowanego przyjaciela i jego matki, która od kilkunastu minut przyciskała do twarzy kompletnie przemoczoną chusteczkę higieniczną. Zatrzymał się dopiero przed drzwiami ukochanego przez Sema samochodu i rzucił:
      – Jedziemy do Michaela. I szczerze nie obchodzi mnie to, że odsypia wczorajszą imprezę, musimy przedyskutować to wszystko jak najszybciej. Sprawy zaszły za daleko, Sem i dobrze o tym wiesz. Nie ma miejsca na więcej kłamstw.
      Niecały kwadrans później zaspany Michael, w samych bokserkach i o nieuczesanych włosach, otworzył im drzwi frontowe i ze zdziwioną miną wpuścił do środka.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#40PisanieTemat: Atos, Portos i Aramis mają debatę, d'Artagnan gdzieś w innym wymiarze   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyNie Maj 24, 2020 1:07 am

S E M     A N D E R S O N

        Gorycz i żal nigdy nie smakowały dobrze. Jednak jeśli dodać do tego poczucie winy, ma się wrażenie, jakby coś wyżerało wszystkie wnętrzności, pozostawiając jedynie pustkę, której nic nie mogłoby nigdy wypełnić. Mniej-więcej tak czuł się Sem podczas tej jakże groteskowej degustacji. Pragnął cofnąć się w czasie, zrobić wszystko inaczej, aby ochronić Mila przed losem, jaki go spotkał. Nawet jeśli musiałby zapłacić za to ich przyjaźnią, wiedział, że to było odpowiednie wyjście, a teraz, gdy pozostały jedynie modlitwy do boga, w którego nawet nie wierzył, bał się, że sprawa jest właściwie przegrana. Ten beztroski, zawsze wesoły Sem zniknął w chwili, gdy zrozumiał, co grozi jego przyjacielowi.
        Choć powinien był przyznać Ozziemu rację, po prostu milczał, przyjmując do wiadomości jego polecenie. Tak naprawdę nie miał już nic do powiedzenia, bo czuł, że zawalił w najbardziej spektakularny sposób, w jaki tylko się dało. Razem z Michaelem zdecydowali się siedzieć cicho, chcąc wierzyć, że Milo poradzi sobie sam. Jednak teraz Sem miał przed sobą jedynie opuchniętą i zapłakaną twarz pani Woolley, co doszczętnie łamało mu serce. Dlatego podczas drogi do mieszkania Michaela, opowiedział Ozziemu dokładnie, co stało się w parku oraz objaśnił, jakie decyzje ostatecznie zostały podjęte w sprawie Mila. Musiał przyznać się do tego, że po prostu pozwolił przyjacielowi dalej grać w tym niebezpiecznym turnieju.
        Gdy drzwi do mieszkania w centrum otworzyły się, a zaspany, niczego nieświadomy Michael podrapał się po karku dokładnie tak, jak to miał w zwyczaju, gdy ktoś go niespodziewanie budził, Sem nie miał nawet siły na wyjaśnienia. Spojrzał na blondyna, całkowicie rozumiejąc jego zdziwienie, biorąc pod uwagę fakt, że ta dwójka nawet nie zadzwoniła do niego z zapowiedzią. Przeszedł przez próg, a gdy Trembley zamknął za sobą drzwi i posłał kolegom pytające spojrzenie, szatyn westchnął głośno, przecierając twarz dłonią.
        – Musimy pogadać o Milo – w tej chwili Michael westchnął ociężale i przewrócił oczami z dość wymowną miną. – Michael, on jest w śpiączce – Sem nie wierzył, że przechodziło mu to przez gardło z taką łatwością, skoro wciąż nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył w szpitalu, a słowa matki nieprzytomnego chłopaka dzwoniły mu w uszach do teraz.


M I C H A E L     T R E M B L E Y

        Zdziwienie wynikające z nagłej pobudki oraz pretensjonalna mina szybko zniknęły, gdy tylko poznał powód tej niezapowiedzianej wizyty. Przekręcił zamek w drzwiach, po czym bez zbędnego przeciągania czy budowania niezręcznego napięcia poprzez panującą między całą trójką ciszę, zaprowadził ich głębiej do mieszkania, wskazując drzwi do swojej sypialni.
        – Ubiorę się i wracam, jak chcecie to weźcie sobie coś z kuchni – ton Michaela zdawał się być czysto formalny, niewzruszony, dosłownie tak, jakby nie przejmował go stan jego kolegi, a ta wstrząsająca wiadomość spłynęła po nim jak po kaczce. W rzeczywistości zaczynała ogarniać go wściekłość, którą za wszelką cenę chciał opanować i utrzymać w ryzach.
        Po chwili wrócił już z naciągniętymi na siebie dresowymi spodniami i szerokim, nieco wyblakniętym podkoszulku, a strój ten prawdopodobnie na ogół służył mu do ćwiczeń. Usiadł przy swoim zawalonym książkami biurku, po czym nachylił się nieco do przodu, oparł łokcie o kolana i splótł palce dłoni ze sobą.
        – Dobra, od początku, co właściwie zaszło? – Przerwał ciszę panującą między mężczyznami, podczas której Sem nerwowo spoglądał przez okno, a Ozzie, siedzący na skraju łóżka z wciąż niezaścieloną pościelą, zaczynał się powoli gotować od nadmiaru emocji i wrażeń.
        Sem przystąpił do najbardziej skrótowego tłumaczenia, jakie udało mu się tylko skleić. Sprostował, że Ozzie dowiedział się już o wszystkim i zaznaczył, iż już po incydencie w parku nie powinni byli pozostawiać Mila samego sobie. Michael pokręcił jedynie głową, przeczesując rozmierzwione loki, po czym wrócił do poprzedniej pozycji.
        Jego sumienie było wyraźnie zalane poczuciem winy i choć Milo od dawna działał mu na nerwy, martwił się o niego. Od dłuższego czasu nie miał najmniejszej ochoty utrzymywać z nim bliższego kontaktu, praktycznie tolerował go głównie przez to, że przyjaźnił się z Semem i Molly, a dawniej był zgranym elementem całej grupy. Jednak nawet w tej chwili, Michael nie mógł wyzbyć się twierdzenia, że Woolley od zawsze miał talent do kłopotów, nigdy nie uczył się na błędach, a co gorsza, czasem po prostu nie umiał odróżniać dobra od zła, a rozsądnych wyborów od czystej głupoty. Przynajmniej w jego mniemaniu.
        – I powiedz mi, co ty niby chcesz teraz zrobić? – Uniósł głowę do góry, spoglądając na łapiącego się za głowę Sema. Michael doskonale zdawał sobie sprawę, że Milo może znajdować się w ogromnym niebezpieczeństwie, ale chciał myśleć jak najbardziej racjonalnie, jak było to tylko możliwe. Mógł wyjść na niezłego chama, ale wciąż, Sem był sparaliżowany przez ogromną sympatię, a Ozzie potrafił być niezwykle porywczy. Potrzebowali kogoś, kto będzie jak kubeł zimnej wody. – Przyznaję, sytuacja jest bardzo, bardzo kiepska. Trzeba mu pomóc, ale nie dam sobie przegadać, że sytuacja, w której się znalazł, nie jest jego winą. Dobrze wiecie, że Milo to wciąż mentalny dzieciak.
        – Michael, do cholery, jak możesz tak mówić? On leży pobity i w śpiączce, jego matka odchodzi od zmysłów, bo nikt nie potrafi stwierdzić, co z nim będzie, a ty chcesz go tylko obwiniać?! – Sem zaczął się unosić, zamaszyście gestykulując obiema rękami.
        – Jedyne, co możemy zrobić, to iść na policję i zeznać to, co stało się wtedy, gdy was pobili. Byłeś tam, Sem, więc wiesz, jak wyglądali ci, którzy was napadli.
        – Przecież to jest równoznaczne ze wsypaniem dilerki Mila, to jak nóż w plecy – Ozzie wstał z łożka, po czym zrobił krok w stronę Michaela.
        – Chyba nie powiesz mi, że chcesz się bawić w gangsterkę? To nie jest film, pomyślałeś, ile może nas kosztować wmieszanie się w tę sprawę? – Michael syknął pod nosem, po czym wstał z krzesła. Żyłka na jego skroni robiła się coraz bardziej widoczna i gdyby nie zasłaniający ją loczek, z łatwością byłaby dostrzegalna przez resztę. – Po pierwsze, skoro urządzili tak Mila, to nie będą mieć problemu, żeby zdjąć i nas. Po drugie, ryzykujemy życie zawodowe. Po trzecie, pomyśl o rodzinie i bliskich. Rodzice, Molly, Skyla, rodzeństwo Sema, mój brat z rodziną – wyliczał na palcach kolejne argumenty, podnosząc głos z każdym kolejnym etapem, bo na całe szczęście, jego współlokator był na dyżurze. – Mieszanie się w to oznacza wystawienie ich na niebezpieczeństwo.
        To była jedna z niewielu sytuacji, podczas których Michael po prostu nie miał planu. Najzwyczajniej w świecie nawet nie świtało mu, co mogliby zrobić, aby pomóc swojemu znajomemu. Dodatkowo Michael miał wrażenie, że nawet jeśli uratowaliby chłopaka z tego bałaganu, a on pozbierałby się po napadzie, wciąż popełniałby podobne głupstwa, licząc, że tym razem mu się poszczęści. Oczywiście, że zależało mu na dobru Woolleya, ale zasadnicze pytanie brzmiało, czy ryzykowanie dla niego było naprawdę jedynym możliwym wyjściem z tej, wręcz patowej sytuacji. Choć nie darzył go ogromną sympatią, zwykła, ludzka chęć do niesienia pomocy przemawiała za tym, aby iść na policję. Milo byłby oskarżony o handel narkotykami, ale może byłby bezpieczniejszy po wszystkim.
        – Nie możemy iść na policję, bo nie wiemy, w jak wielkie bagno się wpakował. Nie chcę mieć też na sumieniu jego ewentualnej odsiadki – słowa Sema były czymś, z czym Michael nie mógł się zgodzić. Choć Milo był ich znajomym czy przyjacielem, fakt, że sprzedawał dzieciakom narkotyki lub mógł robić gorsze rzeczy, o które woleli go nawet nie posądzać, nie mógł tak po prostu rozejść się po kościach. Woolley był wystarczająco dorosły, żeby móc zrozumieć konsekwencje swoich czynów. Jednak Michael był w stanie na ten moment to przemilczeć, głównie dlatego, że najważniejsze teraz było zdrowie Mila. Musieli zaoferować mu swoje wsparcie, odciążyć jego matkę.
        – Dobra, a co z dziewczynami i Rhysem? Osobiście zamknąłbym jadaczkę i poprosił jedynie Rhysa o pomoc – Sem odbił na nieco inny, ale wciąż ściśle powiązany ze sprawą temat, drapiąc się nerwowo po brodzie z lekkim zarostem.
        – Podobnie, nie powinny zostać w to wmieszane, przynajmniej nie teraz. Nie wiemy, do czego są zdolni ci ludzie, a jeśli dziewczyny się dowiedzą, jestem pewien, że nie odpuszczą i będą chciały się w to wmieszać. Właściwie bez wyjątku – chwycił za kubek z wczorajszą kawą, który stał na biurku, po czym upił łyka, a gdy okazała się być obrzydliwie gorzka, skrzywił się jedynie.
        – To co, dzwonimy do Rhysa? – Sem skierował wzrok na Ozziego, czekając na jego stanowisko w tej sprawie. Był najlepszym przyjacielem Mortona, powinien wiedzieć, czy wtajemniczanie go to dobry pomysł.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#41PisanieTemat: D'Artagnan has spoken   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyNie Maj 24, 2020 10:55 pm

O Z Z I E     D A V I E S

      Mieszał zawzięcie kawę z niskotłuszczowym mlekiem i jedną łyżeczką cukru, pozwoliwszy skorzystać sobie ze lśniącej nowością kuchni w mieszkaniu w centrum miasta. Stal obijała się rytmicznie o porcelanowy kubek z napisem Lekarz idealny, ten sam, który sprezentował mu razem z Molly przed kilkoma laty, gdy Michael po tygodniach narzekań zdał w końcu egzamin z patomorfologii. Ozzie upił łyk kawy, słuchając rozgrywającej się nad jego głową konwersacji. Miał mieszane uczucia, kiedy Michael skończył swój wywód, bo choć częściowo się z nim zgadzał, nie mógł przystać na tak banalne rozwiązanie, jak sprzedanie dobrego kolegi na pobliskim policyjnym komisariacie. Wiedział, że z ich trójki to Michael ślepo wierzył w system sprawiedliwości, a czasem wydawało mu się, że ufał mu nawet gorliwiej niż, o ironio, grupowy prawnik – Rhys. Najstarszy z ekipy zachowywał się, jakby zapomniał, że podsunięcie tropów policji byłoby takim samym strzałem w kolano, jak zabawa w gangsterkę. Gdyby sprzedali Włocha, śledczy prędzej czy później dotarliby też do jego szefa, a wtedy nikt nie miałby pewności, czy Milo, a w następstwie oni wszyscy nie wylądowaliby kiedyś przed wejściem do parku z zakrwawionymi, przebitymi na wylot głowami. Z drugiej strony nie przekonywała go też emocjonalna gadka Sema, przepełniona tak niepodobną do mężczyzny buzującą frustracją. Nie zamierzał wplątywać się w narkotykowy półświatek i ryzykować skrzywdzeniem Molly czy Skyli. Słowa Michaela jednak brzęczały mu ciągle gdzieś z tyłu głowy, a blondyn wahał się pomiędzy jedną a drugą stroną, dlatego zareagował z ulgą na propozycję telefonu do Rhysa, który w tamtym momencie mógł się okazać złotym środkiem w ich rozmowie, z której nie wynikało nic nowego od dobrych kilkunastu minut.
      Morton odebrał już po pierwszym sygnale.
      – Jesteś sam? Avy nie ma w pobliżu? – zaczął bezpardonowo Ozzie, podejmując decyzję o ukrywaniu prawdy przed dziewczynami jeszcze przed tym, gdy zdążyli to w czwórkę oficjalnie przedyskutować. Znał je wszystkie zbyt dobrze i o ile ufał Skyli, nie mógł powiedzieć tego samego o Molly, która dowiadując się o przyczynie wylądowania Mila w szpitalu, obwiniałaby siebie jeszcze mocniej niż Sem.
      – Czekałem na jakąś wiadomość odkąd wyszliście od Luny. Wróciłem niedawno do domu, jestem sam. Mów dokładnie, co się stało. – Blondyn przekazał telefon Semowi, który już trzeci raz tego dnia przybliżał całą opowieść od początku i ze wszystkimi szczegółami. Rozmawiał na głośnomówiącym z Michaelem, przeprowadzając tę samą w treści, jednak już mniej emocjonalną w wydźwięku wymianę argumentów. Kiedy skończyli, w słuchawce zapadła długa cisza.
      – Rhys? – Sem upomniał się pytającym tonem.
      – Zbieram myśli – odpowiedział w końcu Morton. – Czyli mówicie, że nie wiadomo, kiedy się wybudzi? I czy w ogóle się wybudzi?
      – Nie wiemy nic więcej oprócz tego, co właśnie ci powiedzieliśmy – odpowiedział Michael, stukając palcami o dębowy blat stołu.
      Przytłumiony przez połączenie głos westchnął tylko i zamilkł ponownie, odzywając się w końcu po dosadnym chrząknięciu:
      – Nie uważam, żeby pójście na policję było rozsądnym pomysłem. Przetrzepią nas na komisariacie i postarają się wyciągnąć nasze najmniejsze brudy tylko po to, żeby dotrzeć do głównego dilera, o którym tak w zasadzie nie wiemy nic. Nie znamy nawet pseudonimu. Chyba nie uśmiecha wam się rewizja mieszkania matki Mila i ewentualne zawieszenie możliwości pracy w związku z ciągnącymi się procedurami procesu karnego? Michael? – zapytał retorycznie. – Z drugiej strony nie możemy też zostawić tego w spokoju. Policja nie odpuści, dopóki nie porozmawia z Milem. My też nie możemy pomóc mu w żaden sposób, dopóki się nie wybudzi. Krótko mówiąc, na ten moment jesteśmy razem z nim w gównie po pas. Musimy dopilnować, żeby porozmawiać z nim przed tym, jak dopadnie go jakiś śledczy, ustalić zgrabną wersję wydarzeń i zmusić, żeby odciął się na dobre od dilerki. Ale teraz, kiedy leży nieprzytomny, w zasadzie nie pozostaje nam nic innego, jak tylko czekać.
      Ozzie potakiwał głową, mimo że Rhys nie mógł go nawet zobaczyć. Ze wszystkich opcji to jego wydawała się tą najrozsądniejszą, najbardziej dopracowaną i potencjalnie najmniej krzywdzącą.
      – Co z dziewczynami? Co im mówimy? – zapytał sucho Michael.
     – Milczymy jak grób – odpowiedział bez zawahania Rhys. – Udajemy tak samo zdezorientowanych, jak one same. Nie widzę sensu, żeby zamartwiać którąkolwiek z nich dodatkowymi problemami. Wiecie, jak może zareagować na nie Ava lub Molly.
     Wszyscy przytaknęli tylko zgodnie, zgadzając się bez większego oponowania na przedstawioną przez Rhysa propozycję męskiej tajemnicy.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Fleovie

Fleovie

Liczba postów : 26
Join date : 01/03/2020
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#42PisanieTemat: sikorki i o jednego Robba za dużo   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyYesterday at 5:12 pm

S E M     A N D E R S O N

        Dni mijały, a burzliwe nastroje opadały. Sprawa, w którą zamieszała się cała czwórka, mogła sprowadzić na nich spore kłopoty, a z drugiej strony żaden z nich nie potrafił tak po prostu odpuścić, choć najbliżej takiego rozwiązania był Michael, sceptycznie twierdzący, że Milo ostatecznie i tak nie weźmie sobie do serca ich pomocy. Sem jednak czuł się odpowiedzialny za wszystko, co zaszło w ciągu ostatnich kilku miesięcy, a teraz, gdy rok zbliżał się do końca, a Woolley wciąż leżał nieprzytomny w łóżku szpitalnym, poczucie obowiązku praktycznie wybiło u niego poza skalę. Odrzucił na bok wszelkie trudne myśli, chcąc skupić się na tym, co teraz, oczekując dnia, w którym Milo się wybudzi i będą mogli wreszcie spokojnie o wszystkim porozmawiać, tym razem bez żadnych kłamstw i próśb o zachowanie tajemnic dla siebie.
        Przez ostatnie kilka tygodni był niezwykle zmęczony, głównie dlatego, że poza pracą w studio tatuażu, przejął część godzin Mila w pizzerii jego matki. Siłą rzeczy czuł, że jest to winien kobiecie, dlatego też początkowo nie chciał nawet zapłaty, a ostatecznie umówili się na jakąś konkretną kwotę. Bycie pracownikiem włoskiej restauracji raz na kilka dni okazało się być nie lada wyzwaniem, głównie dlatego, że Sem zupełnie nie znał się na serwowanym tam jedzeniu. Owszem, jadał tam już wielokrotnie, jednak nie wtajemniczał się w spisy alergenów, rodzaje pieczywa bezglutenowego, nie wspominając już o znaniu na pamięć składników konkretnych pizz. Nagle jego życie stało się dwa razy gorsze. Plus był taki, że zawsze na koniec zmiany, dostawał coś dobrego na pożegnanie, czując się przy tym trochę jak małe dziecko. Jednak darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, a jeśli chodziło o jedzenie z tej właśnie restauracji, to naprawdę szkoda, żeby się zmarnowało. Nie dość, że marnotrawstwo, to jeszcze zbrodnia.
        – Generalnie odradzałbym to miejsce, skóra się rozciąga, tatuaż może się poważnie zdeformować – próbując zachować poważną minę, tłumaczył niezwykle młodo wyglądającej dziewczynie, choć numerki na dowodzie wskazywały co innego, że ptak na odcinku między pępkiem a kością biodrową, po jakimś czasie może wyglądać bardziej jak rozjechany gołąb niż piękny skowronek czy inna sikorka. Jednak blondynka o bujnych lokach, silnie kojarząca mu się z jego pierwszą dziewczyną z czasów licealnych, wciąż upierała się, że bardzo zależy jej na tym konkretnym miejscu. Sem naprawdę nie chciał powiedzieć klientce prosto w twarz, że kiedyś może przybrać na wadze, a potem stracić te kilogramy, a skóra zostanie pomarszczona i obwisła. Zostało mu jedynie wierzyć, że jego dzieło nigdy nie zostanie zbezczeszczone przez jakieś marne poprawki, gdy okaże się, że zamiast pięknych skrzydlatych stworzeń, tak naprawdę będzie już po ptakach.
        Tatuowanie było czymś, co właściwie chciał robić, odkąd tylko odkrył, że jak się postara, to może całkiem ładnie rysować. Chciał, żeby ludzie nosili jego dzieła, dlatego będąc jeszcze uczniem, już starał się szkolić, zawalając przy okazji trochę naukę. Gdy zaczął pracę w jednym z niszowych studiów i wykonywał swoje pierwsze zabiegi, zaprzyjaźnił się bliżej z Milem, który razem ze swoimi dość podejrzanymi kolegami, szukał dobrego miejsca na tatuaż dla jednego z nich. O dziwo, chłopak nigdy nie przedstawił tej bandy ani jemu, ani nikomu z ich wspólnych znajomych. Ostatecznie jednak, zanim znajomy Mila wybrał miejsce, Sem otrzymał propozycję przeniesienia się do jednego z przodujących studiów w Londynie, które miało swoją siedzibę w centrum miasta. Zakochał się w tym miejscu i już w nim pozostał.
        – Wszystko gotowe, dziękuję za współpracę – uśmiechnął się czarująco, odprowadzając klientkę do drzwi, po czym wrócił do sprzątania stanowiska pracy. Przyjrzał się swoim przedramionom zapełnionym przeróżnymi dziełami, po czym naciągnął rękawy bluzy. Ostatnio frustrowała go jeszcze jedna rzecz. Na jego ciele powoli zaczynało brakować miejsca na nowe tatuaże.
        Wieczorami często jeździł do szpitala, żeby sprawdzić, jak miewał się Milo. Tak naprawdę za wiele się nie zmieniało, w końcu ciągle był w śpiączce, jednak myśl, że nawet nieprzytomny, mógł być tam samotny, sprawiała, że wolał siedzieć z nim nawet w głuchej ciszy. Kilkukrotnie minął się z Molly na szpitalnym korytarzu, dostrzegając w jej oczach ogromną nadzieję na powrót chłopaka do zdrowia. Była z nim bardzo zżyta, a co więcej, Sem miał wrażenie, że Młoda to jedyna znana mu dziewczyna, którą Milo traktował na poważnie. Cenił sobie znajomość z nią, a do tego, co ważniejsze, było go stać na zwykłą rozmowę w jej towarzystwie, bez ograniczania się tylko i wyłącznie do pseudo-szarmanckich, podnoszących mu jego własne ego pokazówek. Dlatego też Sem rozważał kilkakrotnie wtajemniczenie jej, jednak ostatecznie miał ochotę splunąć sobie w brodę na samą myśl, że mógłby wmieszać ją w tak niebezpieczne sprawy. Wystarczyło, że była siostrą Ozziego i przyjaciółką Mila, co było najmocniejszym argumentem, aby siedzieć cicho.
        Odpoczywał głównie w pracy, skupiając się na sztuce, którą tworzył na cudzej skórze. Pomagało mu to zatracić się w świecie rysunków, gdy w tle słyszał jedynie przyjemne bzyczenie maszynki zagłuszające mu puszczaną na głośnikach playlistę stworzoną przez właściciela. Facet był przed pięćdziesiątką, ale wciąż miał lepszy gust muzyczny, niż prezenterzy radiowi. W wolnych chwilach, gdy akurat nie szedł do pizzerii, lubił umówić się z Luną na blanta bez okazji, a gdy ta była potrzebna, mówił, że czas uczcić kolejny przeżyty przez nich tydzień. Przesiadywanie w jego przedpotopowym mieszkaniu, przy otwartym na oścież oknie, gdzieś w połowie grudnia, gdy znajomy zapach zioła unosił się w powietrzu, było czymś, czego zdecydowanie potrzebował. Śmianie się z głupot, spraszanie znajomych ze studia czy Luny zdecydowanie go odprężało.
        Najważniejsze było to, że w tym dość napiętym dla niego okresie, nie stracił pogody ducha. Wciąż był tym samym Semem, który raz po raz rzucał dość osobliwym żartem, opowiadał anegdotki o kobietach, które tatuował, czy klął na swój stary samochód, żeby chwilę później znów całować ramę kierownicy i mówić, że jest jego największym skarbem. Zamiłowanie do tego typu antyków odziedziczył po swojej matce - kolekcjonerce wszystkiego, co ładne, kiczowate, stare, a przede wszystkim, niepotrzebne. Nie bez powodu był najszczęśliwszym wnukiem w mieście, gdy jego babcia oddała mu swoje podupadające mieszkanie. Ostatecznie to tam czuł się jak w swoim raju, stanowiło oazę spokoju, w której nic mu nie groziło.
        W święta zdarzało mu się czuć jak wyrzutek, szczególnie po tym, jak przyznał się, że nie wierzył, podczas gdy reszta Andersonów znana była ze swojego zamiłowania do życia we wspólnocie kościelnej. Sem pochodził z rodziny wielodzietnej, od pokoleń zżytą z wiarą. Nie bez powodu pierworodny syn Donny i Sean'a dostał imię po jednym z synów Noego. Los jednak zdecydował, że to właśnie ten, pierworodny, ostatecznie odwróci się od boga.
        Mimo tej dość niekomfortowej sytuacji, Sem cieszył się, że rodzina się od niego nie odwróciła. Zawsze był mile widziany, wciąż go kochali i prosili, aby przyszedł na święta tak po prostu, aby spędzić z nimi więcej czasu w rodzinnym gronie. Poza tym, jego młodsze rodzeństwo, obecnie mieszczące się w przedziale wiekowym 10-18, wręcz go uwielbiało.


M I C H A E L     T R E M B L E Y

         Budzenie się wczesnym rankiem było czymś, do czego, chcąc nie chcąc, musiał przywyknąć już dawno temu. Jako dość zajęty student i pracownik szpitala, mało kiedy pozwalał sobie na przysłowiowe jeszcze pięć minut. W ogólnym rozrachunku lepszym wyjściem było położenie się spać wcześniej, co z kolei zdarzało mu się i tak zdecydowanie za rzadko. Niedobór snu był rzeczą, z którą nauczył się żyć już dawno temu, a nieco podkrążone oczy na zawsze wpisały się w jego wizerunek gdzieś pomiędzy pierwszym egzaminem z anatomii a trzecią nieprzespaną nocką, gdy był pierwszoroczniakiem na tej wielkiej, przepełnionej ambitnymi studentami uczelni.
        Zimą Michael rzadko budził się po wschodzie słońca, przez co o tej porze roku nie był przyzwyczajony do ciepłych promieni drażniących jego wówczas wrażliwy wzrok. Jeśli miał okazję pospać trochę dłużej, tak jak chociażby tego dnia, zawsze starał się zasuwać rolety, aby w jego sypialni  (która była jednocześnie biurem i salonem, gdy trzeba było) zawsze panował przyjemny półmrok. Dopiero po chwili wpuszczał światło przez dwa ogromne okna, spoglądał na budzące się do życia miasto i wpuszczał choć trochę prowizorycznie świeżego powietrza.
        Jednak zeszłego wieczoru, kierując się dość wymownym pośpiechem, nie zrobił tego, głównie przez to, że urocza, krótkowłosa szatynka, którą do siebie zaprosił, zdawała się przejąć całą jego uwagę na wyłączność, a teraz, nieco podirytowany, zbierał za to baty, gdy zaraz po usłyszeniu budzika wskazującego ósmą rano, dostał po oczach zimowym słońcem, które świeciło idealnie na jego twarz. Swoje własne rozkojarzenie podsumował jedynie głębokim westchnięciem, a telefon ucichł po zaledwie kilku sekundach nieprzyjemnego dzwonienia. Mimo to, ociężały nie podniósł się z łóżka, a jedynie zanurzył dłonie w swoich rozczochranych na wszystkie strony włosach. Powoli odwrócił głowę, aby spojrzeć na drugą stronę łóżka, gdzie dostrzegł powód swojego niedopatrzenia, spokojnie jeszcze drzemiący. Krótkie, ale za to faliste i puszyste kosmyki opadały jej na twarz, gdy mruczała coś pod nosem, kurczowo owijając ręce wokół jego ramienia. Mimowolnie uśmiechnął się pod nosem, przypominając sobie, jak kilka godzin temu ostrzegała go, że jest straszną przylepą. Ostatecznie nie mógł zaprzeczyć.
        Powoli uniósł się do siadu, co siłą rzeczy rozluźniło uścisk dziewczyny, która powoli otwierała już oczy. Posłał jej dość ciepłe, choć wciąż zaspane spojrzenie, po czym wstał z łóżka, poprawiając wiązanie na ciemnoszarych dresach.
        – Kawy? – Pytanie, które ściany tego pokoju słyszały już tyle razy, że prawdopodobnie na zawsze wsiąknęło w te mury, wyszło z jego nieco przesuszonych warg, a delikatna chrypka dodała temu jedynie typowo Michaelowego klimatu.
        – Ty naprawdę nie kłamałeś, mówiąc, że wstaniesz wraz z pierwszym budzikiem – westchnęła, uśmiechając się ze zrezygnowaniem, po czym podniosła się do siadu, owijając w całości kołdrą swoje drobne ciało. – Poproszę – dodała, widząc pytające spojrzenie blondyna, który chciał wywiązać się z obietnicy danej wczorajszego wieczora.
        Wiele osób dziwiło się, że Michael nawet po długim wypadzie na miasto nocą, potrafił zwlec się z łóżka o dość wczesnych porach. Dla niego była to już całkowita normalność. Po prostu akceptował fakt, że jest zmęczony, nie wracając do tego, co działo się dnia wcześniejszego. Rozumiał jednak, że jego towarzyszka, po dość intensywnej nocy w jednym z londyńskich pubów, która zakończyła się dość późno w ramionach Michaela, mogła czuć nadmierne zmęczenie. Dlatego też, jak to miał w zwyczaju, zaproponował kawę.
        Studentka szybko opuściła jego sypialnię i wzięła gorący kubek w dłonie. Ich znajomość zaczęła się jakoś trzy lata temu, gdy piegowata Ruby była na pierwszym roku medycyny. To właśnie kierunek oraz podobny gust w sprawie dobierania przyjaciół sprawił, że było dane im zamienić ze sobą kilka zdań. Zdecydowanie się na wspólną noc była jedną z wielu tego typu decyzji, które dane było Michaelowi podjąć. Jednak w przeciwieństwie do wielu mężczyzn, on nigdy nie traktował tego jak zabawę kobietami, szanował ich zdanie i podejście, a co ważniejsze, na wstępie zaznaczał, że wspólna noc nie jest równoznacznikiem pięknego związku, właściwie nigdy tak nie było. Jasno określone zasady, których się trzymał, sprawiły, że mógł korzystać z życia na swój sposób, nie krzywdząc i nie zostając skrzywdzonym, a to właściwie tego potrzebował.
        Krótkie narzekanie na wykładowcę, którego przyszło im dzielić, skończyło się wraz z ostatnim łykiem czarnej, gorzkiej kawy. Kubek wylądował w zlewie, a Ruby, związując włosy w niedbały, ale gruby ogonek, zabrała swoje rzeczy z sypialni.
        – Dzięki za kawę, do zobaczenia na uczelni – rzuciła w jego stronę, a jej twarz ozdobił delikatny, nieco dziecinny uśmiech.
        – Przyjemność po mojej stronie – lekko przechylił głowę w bok, opierając się o framugę drzwi wejściowych, po czym wzrokiem odprowadził dziewczynę aż do windy, a gdy tylko szyb się zamknął, on również wrócił do siebie, wcześniej zamykając mieszkanie na klucz.
        – Stary, skąd ty je bierzesz? – Paul, kolega z roku oraz współlokator Michaela, właśnie opuścił swój pokój, drapiąc się po podbródku, na którym widniał już kilkudniowy zarost. Blondyn uniósł jedną brew do góry, uśmiechając się pod nosem. – No co? Jesteś takim bucem, a i tak żadna ci nie odmawia – wyjął z lodówki składniki na śniadanie, po czym ospale zaczął krzątać się po całym aneksie.
        – Na ciebie też jakaś poleci, jak wreszcie przestaniesz gadać o tym, że hobbistycznie zajmowałeś się rekonstrukcjami historycznymi. Większość dziewczyn, która chciałaby spędzić z tobą noc, raczej wolałaby nie wyobrażać sobie ciebie w stroju Merlina – wzruszył ramionami, po czym poklepał kumpla po ramieniu. – A jak to nie zadziała, to powiedz, że został ci miesiąc życia, to weźmiesz je na litość – dodał tak, jakby miała to być prawdziwa rada od serca, ale zamiast otrzymać piękne podziękowania, dostał jedynie szklanką wody prosto w twarz. Cóż, przynajmniej ostatecznie się rozbudził.
        Raz na dwa, może trzy tygodnie, Michael odwiedzał swoich rodziców, których marzeniem od zawsze było jadanie wspólnych, niedzielnych obiadów. Ostatecznie stanęło na tym, że jak ich synowie się wyprowadzili, to zwołanie ich do rodzinnego domu stanowiło nie lada wyzwanie, dlatego blondyn przyzwyczaił ich, że rzadko się zjawia. Ostatecznie otrzymali rekompensatę w postaci jego starszego brata wraz z żoną i pociechami, którzy, mimo ciężkiego charakteru matki Michaela i Robb'a, starali się wpadać jak najczęściej. Jednak święta były okresem, podczas którego nie było szans na jakiekolwiek wymigiwanie się, dlatego chcąc nie chcąc, przyodział jeden z lepszych garniturów, wsiadł w auto, które wieczór wcześniej odwiedziło myjnię samochodową tylko po to, aby ojciec nie narzekał i z bagażnikiem pełnym drobnych prezentów, ruszył do swojego rodzinnego domu.
        Trembley'ów charakteryzowało dość nowoczesne podejście do życia - najpierw kariera, potem dzieci, do tego życie w mieście, a jeden etat to za mało, żeby żyć na poziomie. Ostatecznie jednak Robb i Florence doczekali się dwóch synów, z czego pierwszy, obecnie trzydziestoletni, otrzymał imię po swoim ojcu, zgodnie z rodzinną tradycją rozpoczętą przez dziadka braci. Drugi, Michael, nazwany na cześć tego, który ów zwyczaj zaczął, aby nadal być częścią tradycji, miał na drugie Robb. To samo tyczyło się dzieci brata Michaela. Pierwsza urodziła się córka, obecnie czteroletnia, dlatego to Ivy, żona Robba wybrała jej imię – Amy, lecz dwa lata później na świat przyszły bliźniaki – starszy – o zgrozo – Robb oraz młodszy Michael, który, żeby było bardziej groteskowo, boi się swojego wujka. Na domiar wszystkiego, warto wspomnieć, iż jakby już panów na "r" w tej rodzinie było za mało, to mieli również przesyt blondynów, bowiem od kilku pokoleń, każde dziecko pojawiające się w rodzinie, miało praktycznie taki sam odcień włosów. Cóż, ród Trembley miał niezwykle silne geny. Także biorąc pod uwagę ich bardzo nowoczesne podejście do życia, nie mogą wyprzeć się lekkiej staroświeckości.
        – Michael, co słychać u pani Woolley i Mila? Dawno nic o nich od ciebie nie słyszałam – Florence, bawiąc jednego z bliźniaków na kolanach, wciąż próbowała wyglądać jak dama, jednak nieznośny bobas uniemożliwiał jej upicie choć łyka herbaty z filiżanki pamiętającej jeszcze erę dinozaurów.
        – Chyba wszystko dobrze, dawno jej nie widziałem, ale Sem nadal zamawia od nich pizzę i nie narzeka – jedząc całkiem smaczny placek swojej bratowej, która z kolei goniła po całym domu za drugim z bliźniaków, skutecznie próbował udawać, że wcale nie wplątał się w prawdopodobnie bardzo niebezpieczną grę, a mówił z taką lekkością, jakby życia Mila nie było ani trochę zagrożone, a to, co stało się w listopadzie, spłynęło po nim jak po kaczce. Zdecydował się o tym nie mówić, głównie dlatego, że jego matka zwykle nie miała dobrego mniemania o Milo, więc nie chciał schodzić na tak drażliwy temat. Poza tym, sam nie czuł się pewnie w tej kwestii, z jednej strony martwiąc się o chłopaka, a z drugiej mając świadomość, że prawdopodobnie musiał sobie nagrabić i mu się należało. Michael bywał dość gruboskórny w takich kwestiach, niestety.
        – A co u Ozzie'go i Molly? Jak ona sobie radzi na studiach? Odkąd się wyprowadziłeś, kontakt z Daviesami zupełnie się urwał, a Ozzie'go to ja chyba ostatnio widziałam, jak przywiozłam ci zioła na to okropne zatrucie pokarmowe sprzed roku – kontynuowała, a do uszu Michaela dotarło ciche prychnięcie jego brata, który stojąc z ojcem przy wyspie kuchennej, potajemnie przysłuchiwał się przesłuchaniu.
        – Wszystko dobrze mamo, uwierz mi, nie za bardzo wiem, co dzieje się u sześć lat młodszej dziewczyny. Też dawno jej nie widziałem, Ozzie jak to Ozzie, wciąż mu trzeba pieluchy zmieniać – wzruszył ramionami, a w tym momencie pomiędzy nim a stolikiem kawowym przebiegł najmłodszy Robb znajdujący się w tym domu. W momencie został pojmany przez wuja, który chcąc wyrwać się z sideł matki, postanowił zając się brzdącem i dać odpocząć swojej bratowej.
        Po chwili złapał się jednak na tym, że nie widział Molly od urodzin Luny. Nie, żeby było to podejrzane, jednak do rzadkości bywało, żeby nie mijali się nawet na uczelni. Odkąd przestał ją podwozić, bo sama zaczęła odmawiać, praktycznie jej nie widział. Pamiętał dość niecodzienną sytuację z tamtej imprezy, jednak był przekonany, że Młoda nie pamiętała z tego nic a nic, poza tym, on sam właściwie nic sobie z tego nie robił. Jednak jakby się zastanowić, to ostatnio nawet słyszał coś od Avy, że młodsza z Daviesów zaczęła się jakoś dziwnie, wręcz nienaturalnie oddalać. Nie dawało mu to spokoju przez resztę świąt, szczególnie, że Ozzie siedział cicho, a przecież widzieli się w grudniu kilkakrotnie.
        Gdy większość gości zdecydowało się udać do siebie lub na spoczynek w pokojach gościnnych, Michael oraz dwóch najbliższych mu Robbów, zasiadło na kanapach w salonie, popijając whisky, obowiązkowo z lodem, a świąteczne piosenki puszczane ze względu na dzieci, zostały zastąpione muzyką klasyczną. Drewno w kominku strzelało od gorących płomieni, a trzech mężczyzn, łudząco do siebie podobnych, przeglądało stare albumy z czasów dzieciństwa braci. Michael najmniej lubił przeglądać te, gdzie dopiero wchodził w wiek nastoletni, aż do praktycznie końca szkoły średniej. Przypominały mu przede wszystkim o tym, że Florence chciała zrobić z niego drugiego Robba Juniora, który po prostu miał wrodzony talent do nauki, podczas gdy on musiał się po prostu niebywale przykładać, aby dorównać starszemu bratu. Odrzucając jednak te myśli, uśmiechał się delikatnie na widok zdjęć z pierwszych finałów międzyszkolnego turnieju koszykówki.
Powrót do góry Go down
Online
Sempiterna

Sempiterna

Liczba postów : 38
Join date : 28/06/2017
Age : 20

Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#43PisanieTemat: nie mam pomysłu na tytuł, więc napiszę, że kocham Michała   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 EmptyYesterday at 6:09 pm

O tym, który prawie zawsze był przy jej boku.

     Pojawienie się Michaela w jej życiu było tak nieoczekiwane, jak nagłe oświadczenie Ozziego o zostaniu gimnazjalną gwiazdą koszykówki. Odkąd chłopcy zaczęli wspólnie trenować, najpierw na szkolnej sali, potem na pseudoboisku z podziurawionego asfaltu pod blokiem Daviesów, Micheal stał się również nieoficjalnym członkiem jej rodziny. W ich mieszkaniu przesiadywał częściej, niż jakikolwiek inny kolega Ozziego, stając się niepisemnym ulubieńcem matki, która nieraz suszyła głowę swoim dzieciom, przedstawiając Trembley’a jako istny wzór do naśladowania. Stał przy niej zawsze, przy lewym boku, podczas gdy Ozzie dumnie okupował prawą stronę. Był przy tym, gdy pierwszy raz uczyła się skakać na skakance i gdy poturbowała sobie kolana przy nauce jazdy na rolkach (już wtedy pokazał pierwsze przejawy lekarskiego drygu, gdy obmył jej opiaszczone kolana butelką wody mineralnej, a potem zaprowadził, całą zapłakaną, do mieszkania Daviesów na drugim piętrze). Michael, czy chciał czy nie, musiał przyjąć na siebie rolę przyszywanego starszego brata, która ciągnęła się za nim przez kilka następnych lat. Kiedy trafiła do okolicznego liceum, gdyby nie jego obecność nie poznałaby pewnie reszty paczki, przez sceptycyzm Ozziego ograniczając się jedynie do połowicznego kojarzenia Skyli. Za każdym razem, gdy chciała się wprosić na grupowe wyjście do kina, słyszała z ust brata, że jest trującą dupę małolatą. I za każdym razem on stawał w jej obronie, drapiąc się z zafrasowaniem po, wtedy znacznie bardziej kręconych, włosach. Zdając sobie sprawę, że starszy Davies w końcu ulegnie, mówił:
      — Nie bądź taki, Ozzie, przecież może z nami iść.
     W zasadzie nie wiedziała, kiedy dziecięce zainteresowanie przyjacielem jej brata przekształciło się najpierw w niewinne zauroczenie nastoletniego podlotka, a z biegiem miesięcy w jednostronną fascynację dorosłej kobiety. Sam proces był na na tyle długi, że nie potrafiła zarejestrować dokładnego momentu, w którym jej wzrok po raz pierwszy zlustrował posturę Michaela w taki sposób — przepełniony troską, uznaniem i delikatnym, romantycznym zainteresowaniem. Przez te lata zdążyła poznać wszystkie jego wady, a było ich całkiem sporo, począwszy od zarozumialstwa, na tendencji do narzekania skończywszy, ale one zamiast odpychać, przyciągały do siebie raczej jak magnes. Następnie częste ukłucia bezpodstawnej zazdrości, kiedy Michael zaczął spotykać się z Abbey i ciągle nawracające poczucie beznadziei stawały się powoli nie do zniesienia, a kołatanie serca nie odstępowało na krok za każdym razem, gdy znajdowała się z nim sam na sam. Wystarczyło, żeby poczochrał ją delikatnie po jeszcze jasnych, niefarbowanych włosach podczas odbierania licealnych świadectw, tak jak robił to za dzieciaka, kiedy udał jej się rzut za dwa punkty, żeby w jednej chwili straciła dla niego głowę. I choć próbowała nie pokazywać tego swoim zachowaniem czy nieprzemyślanymi słowami, nie mogła oszukać ciała, które notorycznie płatało jej figle — a w szczególności rozgrzane do szaleństwa policzki, przebijające przez warstwę podkładu albo ramiona, które drżały pod najmniejszym wpływem jego dotyku. Miała niemałe szczęście, gdy Michael — tak mądry, a jednak tak głupio niedomyślny — zwalał przyczynę jej wzdrygnięć na hulający wiatr, a czerwień na policzkach usprawiedliwiał zazwyczaj zbyt wysoką temperaturą letnich dni.
     Jeszcze przez chwilę tliła się w niej nadzieja, że na studiach wszystko się zmieni. Liczyła na poznanie nowych ludzi, brała pod uwagę zmianę stylu życia, niespecjalnie przeszkadzała jej nawet wizja zarywania nocek nad książkami, które dzięki kontaktom Michaela mogła zdobyć za połowę oryginalnej ceny. Liczyła na to, że raz na zawsze da sobie z nim spokój. Mimo wszystko mężczyzna nieświadomie nie odstępował Molly na krok, będąc nieoderwalną częścią ich wspólnej paczki, a tym samym jej studenckiej rzeczywistości. Czuła się niezręcznie, gdy widywała go w tej swojej paskudnie dopasowanej koszuli, z wiecznie rozwianymi włosami i z mentolowym papierosem pomiędzy smukłymi palcami. Bezskutecznie próbowała unikać przebywania w jego obecności przez ostatnie kilka miesięcy, oszczędzając sobie nieznośnego ciężaru stresu na żołądku. Każda taka próba kończyła się jednak fiaskiem, bo łączyło ich zbyt dużo podobieństw, wspólnych znajomych i miejsc, żeby Molly raz na zawsze mogła wyrzucić jego twarz ze swojej pamięci. Do tego dochodził też drugi problem — wcale nie wiedziała, czy naprawdę chciała ją wyrzucać.
     Rozwiązanie tej sytuacji pojawiło się w listopadzie, niedługo po felernej urodzinowej imprezie, kiedy jej noga (przyczyna numer jeden) w końcu się wygoiła, a ona z czystym sumieniem mogła zacząć dojeżdżać na uczelnię przy pomocy przepełnionej komunikacji miejskiej. Oszczędzała Michaelowi zachodu oraz pieniędzy, które musiał dodatkowo wydawać na nabijane przez nią i przez jej kostkę kilometry. Nie robiła tego jednak tylko dla niego — nie była aż taką altruistką — ale głównie dla siebie. Ograniczała tym samem nadejście kolejnej fali wstydu, która nawracała, gdy Molly myślała z zażenowaniem o tym, jak wpakowała mu się wtedy na kolana. Usprawiedliwianie się wypitą ilością alkoholu nie miało większego sensu. Chociaż nie chciała, musiała przyznać się sama przed sobą, jak bardzo pragnęłaby zrobić to samo na trzeźwo.
     Drugą, praktycznie bezpośrednią przyczyną ostatecznego zerwania kontaktu był nagły natłok obowiązków i problemów, które zwaliły jej się na głowę w tym samym momencie. Profesor od biochemii zachowywał się, jakby jego ulubionym zajęciem na studiach było gnębienie pierwszoroczniaków kolokwiami z materiału, który wykraczał daleko poza ich nabyte w pół roku umiejętności. O każdej ledwo zaliczonej na tróję wejściówce Molly opowiadała nieprzytomnemu Milowi, głaskając go po ręce i płacząc delikatnie, mocząc łzami jego szpitalne, śnieżnobiałe prześcieradło.
      Trzeci i ostatni powód nagłego odcięcia się od starej paczki był szczupły i wysoki na prawie dwa metry. Collin, równolatek z tego samego kierunku, zapełniał ostatnie luki w jej wolnym czasie, odciągając na bok wszystkie myśli  — te sceptyczne (o Milu) i te natrętne (o Michaelu). Molly dalej nie czuła się całkowicie swobodnie w jego towarzystwie, ale zgadzała się ze stwierdzeniem, że umiał kreatywnie wypełnić swoją osobą każdy jej sobotni wieczór: czy to grając głupie piosenki na kupionej w liceum gitarze, czy chwytając ją za brodę i delikatnie całując. W obu tych czynnościach, według Molly, był dużo powyżej poziomu przeciętności.


O tym, który pojawił się niespodziewanie.

     — Czy oni kiedykolwiek zaczną nas szanować na tej uczelni? — narzekała Nadia, stukając ze złością w ekran telefonu. Krwistoczerwone paznokcie śmigały po ekranie, a warga wydęła się znacznie, gdy jej oczy utkwiły najpierw w swoim nazwisku, następnie przy napisanym obok wyniku egzaminu. — Odpowiedź brzmi nie. Nie zdałam.
      — A czego się spodziewałaś? Od pierwszego dnia było wiadome, że chcą zniechęcić nas do studiowania jeszcze przed sesją zimową — skwitował z prychnięciem Collin, żeby zaraz potem dodać. — Nie martw się, też nie zdałem.
      Molly uderzała tylko nerwowo plastikową końcówką długopisu o rozrzucone po stole zeszyty, niespecjalnie wsłuchując się w ich rozmowę. Siedziała jak na szpilkach i czekała na maila z wynikami najtrudniejszego testu, jaki przyszło pisać jej na farmacji, ba, w całym swoim życiu. Od imprezy urodzinowej Luny kuła do niego dniami i nocami, a skrzętnie robione notatki nosiła ze sobą wszędzie, nawet wtedy, gdy zahaczała o szpital, w którym leżał Milo. Nauka była swego rodzaju wybawieniem, bo odciążała jej ostatnimi czasy nadszarpnięte nerwy i przepełnioną zmartwieniami głowę.
    — Dostałam wiadomość od Evans — powiedziała nagle, widząc świecącą się na zielono diodę. Pośpiesznie otworzyła studencką pocztę i zamarła ze szczerym zdziwieniem wypisanym na twarzy.
     — Molly?
     — Siedemdziesiąt sześć procent... — zaczęła. — Kurwa, zdałam!
     — No i to jest nasz megamózg. — Collin uśmiechnął się pod nosem. — Gratuluję.
     — Ja też — dodała natychmiast Nadia. — Ale ciągle nie mogę pogodzić się z tym, że zabrakło mi tego jednego procenta. Idę kupić coś słodkiego w automacie, to może mi przejdzie. Idziecie ze mną?
   — Ja pasuję — odpowiedzieli w tym samym momencie, pochylając się nad chaotycznie rozpisanymi wzorami na wejściówkę z chemii organicznej. Pod nieobecność Nadii rozwiązali w ciszy kilka przykładowych zadań, ale w pewnym momencie niezwykle melodyczny głos Collina, wytrenowany przez kilkuletnie, prywatne lekcje wokalu, wyrwał ją ze skupienia.
     — Wiesz, co sobie myślę? Ty to masz dobrze, Molly. Zdałaś kolosa, przepadają ci czwartkowe ćwiczenia, a na dodatek nie musisz martwić się ciągłymi korkami na Słonecznej, bo chłopak podwozi cię pod samą bramę.
    — Ale on nie jest moim chłopakiem. To przyjaciel brata — odpowiedziała bez wahania, dziwiąc się dopiero po fakcie, że nazwała Michaela per “przyjaciel Ozziego”, nie “mój przyjaciel”. — Podwozi mnie, bo pracuje w przyuczelnianym szpitalu. A w zasadzie podwoził, od kilku dni jeżdżę autobusem.
      — Ah, rozumiem. — Collin skwitował tylko i upił kolejny łyk paskudnego cappuccino za funta. O ile w październiku smak kawy z automatu na drugim piętrze był do przeżycia, teraz w listopadzie stawał się powoli nie do zniesienia. — Skoro jesteś wolna, to co powiesz na to, żebyśmy wyskoczyli na weekendzie na prawdziwą kawę? Mam już dość tych szczyn z automatu. Założę się, że ty też.


*^*


     Collin trzymał się obok niej od pierwszego wykładu na świeżo odremontowanej sali wydziału medycznego. Miał niebywałą łatwość w mówieniu tego, co myślał, jednak był przy tym wyjątkowo grzeczny, nawet kiedy w grę wchodził jego niewymuszony, zawsze precyzyjnie wymierzony sarkazm. Każdą niezręczną sytuację potrafił obrócić w żart, śmiejąc się głośno, a do tego był wart zawieszenia krótkiego spojrzenia — i chociaż nie zaliczał się ze swoim wyglądem do kategorii światowych modeli, był na tyle w typie Molly, żeby zdecydowała się wyjść z nim po raz pierwszy. Jego jasne włosy, szczupłe ciało i długie palce gitarzysty zasługiwały na miano co najmniej godnych uwagi, a kolejne spotkanie stało się tylko kwestią czasu, tak samo zresztą jak ich pierwszy pocałunek. Krótki i nieporadny, wśród spadających z ciemnoszarego nieba płatków śniegu.


O tym, który wrócił do żywych.

     Trzydziesty pierwszy grudnia dawał w kość przeraźliwie niską temperaturą i zbyt oblodzonymi, jak na londyńskie standardy, chodnikami. Molly pędziła przez szpitalny chodnik przy parkingu z dziką potrzebą wyrzucenia z siebie całej żółci i nagromadzonego stresu, który kumulował się w jej środku w chwili, gdy dostała oficjalne zaproszenie na imprezę sylwestrową w, standardowo, domu Luny. Wydawało jej się, że ma wszystko pod kontrolą, że potrafi udawać niewzruszoną, że pozbyła się już całkowicie resztki sentymentu do tego, który był jedną z przyczyn jej swoistego odklejenia się od paczki znajomych. Jednak jej pewność siebie znowu spadła do poziomu grubo poniżej zera, a żołądek zawinął się w supeł na myśl o tym, że po dwumiesięcznej przerwie i regularnym unikaniu będzie musiała stawić czoła spotkaniu Michaela twarzą w twarz. Znała go zbyt dobrze, żeby nie wiedzieć, że nie zostawi jej bez słowa, że prędzej zasypie niezliczonymi pytaniami o studia, że zaburzy tym samym jej budowany tygodniami na boku spokój. Potrzebowała z kimś o tym porozmawiać, ale nie wiedziała, do kogo w zasadzie mogłaby się zwrócić. Zamiast słuchać o tym, że wyolbrzymia, wolała już nawet pogadać do ściany. A to, że Milo znajdował się w tym samym pomieszczeniu, niespecjalnie jej przeszkadzało — prawdopodobnie nawet nie wiedział o jej obecności, nie wspominając o usłyszeniu jakiegokolwiek strzępka jej pogmatwanych przemyśleń.
     Turkusowe ściany i biały sufit na początku strasznie ją przytłaczały. Po kolejnych, według jej wyliczeń dwunastych w kolejności odwiedzin przy szpitalu na skrzyżowaniu Kwiatowej i Leśnej przyzwyczaiła się do latających wokół pielęgniarek i pisku podtrzymującej Mila przy życiu aparatury. Wpatrywała się w dużych rozmiarów monitor, który na bieżąco kontrolował akcję serca i stan pogrążonego w śpiączce organizmu. Uderzała w międzyczasie palcami o szczupłe nogi ubrane w jeansowe rurki, a kiedy jej ciało uspokajało się w rytm płynącego z urządzenia szumu, zaczęła swój monolog — na tyle intymny, na ile pozwalała jej wygłuszająca wszystkie niepotrzebne dźwięki szpitalna sala.
     — Jestem rozdarta, ale to tak cholernie, że nie pomoże mi chyba żadne szycie — zaczęła metaforycznie, budząc w sobie głęboko ukrytą poetkę. — Nie mogę narzekać na Collina, bo jest wspaniały, czuły i inteligentny. Dobrze się przy nim czuję. Naprawdę. Niektóre jego żarty puszczam czasem mimo uszu, ale oprócz tego całkiem zgrabnie się dopełniamy. A i tak ciągle myślę o tym, że po dzisiejszym wieczorze wszystko jebnie. Niczym pieprzony domek z kart. Nadia powiedziała mi kiedyś, że jeśli nie czujesz motylków na początku, z czasem jest tylko gorzej. A ja ich nie miałam. Nawet kiedy teraz jest przyjemnie, czuję, że to nie do końca to, czego oczekuję. Boję się, że gdy zobaczę dzisiaj Michaela, będę mieć tylko większe wątpliwości. Boże, czemu trafiło akurat na mnie? Czemu ze wszystkich ludzi w Londynie to ja nie mogę zakochać się ze wzajemnością? To jakaś kara za to, że…? No właśnie, za co? — Nieuporządkowany wywód był czystym odzwierciedleniem tego, co siedziało jej w głowie. —  Zresztą... po co ja w ogóle zwierzam ci się z takich spraw. Sam jesteś beznadziejnie zakochany w Skyli od ostatniego roku — zakończyła westchnieniem, jak gdyby zawstydzona tym, jak mocno się odkryła.
     — Przynajmniej nie jestem zakochany w facecie, który ciągle ma mnie za dzieciaka — odpowiedział nieoczekiwanie chrapliwy głos.
     Spojrzała w szoku na półotwarte, brązowe oczy Mila. Opuchlizna po pobiciu, która pokrywała twarz jeszcze w listopadzie, teraz zeszła całkowicie, a nieco ciemniejsza skóra uwypuklała obecność ciągle różowej blizny w okolicy prawej brwi. Na jego ustach błąkał się delikatny, nieco zmęczony uśmiech. Chociaż wyglądał na wyjątkowo słabego, Molly bez zastanowienia pochyliła się nad nim, przywierając z radości do ciepłego ciała przykrytego białą kołdrą i wyjątkowo brzydkim kocem w kiełbasę salami, przywleczonym do szpitala przez jego matkę.
      — Molly… — wydukał słabo. — Zaraz mnie udusisz.
     — Do cholery, nie wierzę, że się obudziłeś! — Oderwała się od niego, przecierając zaszklone oczy. Pobeczała się w sekundę niczym dziecko. Nie spodziewała się w najśmielszych snach, że dzień przed Nowym Rokiem będzie, zamiast ze smutku, płakać z radości. — Natychmiast idę po pielęgniarkę i dzwonię do twojej mamy. Nawet nie wiesz, jak tęskniliśmy.
Powrót do góry Go down
http://bezczelna-kielbaska.blogspot.com
Sponsored content




Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty
#44PisanieTemat: Re: Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]   Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat] - Page 2 Empty

Powrót do góry Go down
 
Once upon a time in London [dwuosobowe, romans, dramat]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 2Idź do strony : Previous  1, 2

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: