IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Sob Gru 19, 2015 3:22 am

>>peace<<
~
Najpierw jest pokój, potem pozwalamy sobie na wpuszczenie wśród swoich dzikie zwierze. Przychodzi je udomowić bowiem krzywdę mogłoby zrobić twoim dzieciom i ichniemu potomstwu. Lecz czy uwierzysz mi, gdy powiem Ci, że nawet wtedy, gdy oduczysz wilka gryźć, ten nie wyprze się swej łowczej natury? Do końca swych dni będzie gonił. Choćby i własny ogon. 
~
W królestwie panuje twardą ręką władca obrany spośród starych rodów elfickich. W głębi lądu żyją plemiona Indian, a w oceanie, w którym niebiosa swoim błękitem mienią się na nieśmiało wypukłej tafli, żyją syreny. Pośród ludzi, wśród śmiertelników widzę twarze stworzeń ze snów, które śnić zwykłem będąc dzieckiem. 
~

>>stranger<<


► obcy - @Ivan          


► dzikus - @Voldemort 



>>war<<


Znamy main point, bo nie pierwszy raz się pojawia, ale i tak powiem:


częstotliwość odpisów - duża




____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Sob Gru 19, 2015 11:46 pm







(...) I zebrali się wedle przykazań starego zwyczaju umbrageńskiego, by uczcić wydanie na świat wyczekiwanego potomka władcy swego. W tymże podniosłym dniu narodzin jego, zebrał się dwór cały, kapłani i zbrojni, by podziwiać majestat nowo narodzonego, a także by stać się świadkami nadania imienia jego. W tenczas oczy zebranych skupiły się na postaci przybranej w czerń, jawiącej się jako prorokini. Kobieta ta, więcej niż tysiącletnia, niezłomnie od wieków całych obowiązana była zgodnie z przepowiednią imiona dzieciąt szlachetnych nadawać. Bowiem ona jedynie przeznaczenie ich znać mogła.
"Widzę przed oczyma swemi mężczyznę silnego i walecznego, zwanego wojownikiem. Oczy ludu jego skierowane nań w zachwycie się mienią, podziwiając moc niezrównaną, której dotąd oczom Waszym ujrzeć nie było dane. Zarazem z tronu spogląda, swą silną lecz sprawiedliwą ręką rządząc. Zatem nadaję ci chłopcze imię Velyrian, by godnym cię było i twe wielkie zwycięstwo przepowiadało."
Cisza opętała wnętrze góry Carne, gdyż myśl jedna spokoju nie pozostawiała. Przecież tron miał już sukcesora.








Urodził się jako syn rodziny królewskiej, dnia dwudziestego fazy szkarłatnej nocy (czerwiec), będąc drugim chłopcem z kolei, zaś czwartym dzieckiem swych rodziców. Stało się to szesnaście lat temu, w Iergustalem - krainie Mrocznych Elfów. Ponieważ przepowiednia prorokini mówiła zarówno o przyszłości wojownika, jak i władcy, ojciec jego przekonany, iż następcą musi być najstarszy syn, począł szkolić Velyriana na zabójcę. Przez to jego dzieciństwo nie miało nic wspólnego z definicją tego słowa. Szybko dojrzał, a od najmłodszych lat wpajano mu wartości, którymi kieruje się niemalże każdy przedstawiciel jego rasy - brutalność, okrucieństwo, bezduszność i wykluczenie uczucia zwanego powszechnie miłością. Jednakże szlachetne serce i sprawiedliwość, o których mówiła wieszczka, w końcu dały o sobie znać. Velyrian nie wyznawał wartości ojca, nie popierał sposobu w jaki włada i choć żył według jego zasad, i choć śmierć nie była mu obca, a ból stał się sprzymierzeńcem, pragnął zmian. Chciał wyrwać się spod ręki bezwzględnego dyktatora i tak jak stał, w swych drogich szatach, bez butów, łapiąc za długi sztylet do ćwiczeń, opuścił zamek, z myślą, że więcej tam nie wróci.



Jako szesnastoletni chłopak, Velyrian mierzy 180 cm, waży zaś przeraźliwie mało, co widać na pierwszy rzut oka. Po ucieczce z zamku tułał się przez wiele miesięcy, żywiąc się tym co napotkał po drodze, a ponieważ roztacza w okół siebie wyczuwalnie złowrogą aurę - ciężko napotkać mu jakiekolwiek zwierzę, gdyż te ostrzeżone już z daleka, uciekają.
Jego skóra ma odcień czystej bieli, tak samo jak długie, sięgające pośladków włosy i przysłonięte czarnymi rzęsami tęczówki, mieniące się pod światłem odcieniami jasnego fioletu. Ciało jego naznaczone jest milionem blizn, które w połączeniu z wystającymi kośćmi i podkrążonymi oczami tworzą makabryczny efekt. Na klatce piersiowej, w miejscu serca wypalony ma znak swego rodu, który ukrywa pod ubraniem, lub gdy trzeba - przy użyciu iluzji.

Velyrian posiada bardzo specyficzną i potężną moc, której rozwój może uczynić z niego istotę nie do pokonania. Potrafi tworzyć w umysłach ludzi iluzje, które w istocie łączą się z rzeczywistością. Potrafią ranić, zabijać, mają właściwości pierwowzorów. Z czasem umiejętność ta prowadzić będzie do tworzenia własnej rzeczywistości i materializowania wszelkich wyobrażeń Elfa nie tylko w świecie iluzji. Może stać się twórcą rzeczy wszelakich. Moc ta jednak kosztuje wiele energii, wkładu i pracy. Na etapie swego wieku, dzięki ciężkiej pracy, Velyrian potrafi wedrzeć się w umysły trzech osób na raz, lecz dotąd nie udało mu się stworzyć iluzji mogącej zabić. Mocno zranić - owszem, lecz nie mordować. Ma za to bardzo silnego ducha, dzięki czemu jego władanie nad ciemną energią jest bardzo rozwinięte jak na szesnastolatka. Z czasem będzie bliskie doskonałości, a w końcu - perfekcyjne. Czarną magię ma opanowaną w stopniu na tyle wysokim, by mógł wiele zdziałać, lecz jeszcze więcej musi się nauczyć.








Dim Ethel - Mroczne Elfy, zwane również Umbragenami, to stworzenia, jak sama nazwa wskazuje, spokrewnione z Elfami. Są jednak tym odłamem gałęzi, który miast uzdrawiać - zabija, miast czynić dobro - czyni zło i miast kochać - nienawidzi.
Mroczne Elfy w zamierzchłych czasach były małym ludem żyjącym pod jurysdykcją prawych Elfów, zamieszkujących najznamienitsze lasy. Z czasem jednak zaczęło przybywać przedstawicieli rodzących się z odmiennym wyglądem, umiejętnościami i mających smykałkę do czarnej magii. Przez lata Mroczne Elfy rozwijały swoją siłę i rozmnażały się, tworząc rasę tak liczną, że nie można było dłużej traktować ich jak część Elfiej społeczności. Wyznaczono władcę, zaś ten stworzył królestwo, z dnia na dzień rosnące w siłę. Lecz to nie wystarczyło. Nowy król żądny był władzy nie tylko nad swoim ludem. To sprawiło, że począł zajmować terytoria słabszych, a z czasem także silniejszych. Dziś pod władaniem jego potomka znajduje się między innymi królestwo Elfów.

Umbragenowie poza swoją mroczną naturą wyróżniają się również wyglądem. Są nosicielami białych, fioletowych lub czarnych włosów oczy zaś mają czerwone, czarne bądź fiołkowe. Zdarzają się wyjątki, lecz są bardzo nieliczne i raczej niespotykane. Ich skóra ma odcień ciemny, w barwach czerni i fioletu, bądź wręcz przeciwnie - nieskazitelnie biały. Tym co jeszcze ich wyróżnia są czarne białka oczu, spiczaste uszy, ostre, długie paznokcie i zaostrzone kły.

Nocne Elfy są istotami nieśmiertelnymi, a ich krew zachowała właściwości głównego rodu i potrafi wydłużać życia. Ci jednak nie są zbyt skłonni do pojenia życiodajnym płynem kogokolwiek i to nie tylko przez wzgląd na to, że dbają tylko o siebie. Wraz z ostatnią kroplą fioletowej krwi mrocznego elfa, uchodzi jego życie, dlatego też starają się wystrzegać poważniejszych ran. Mogą się regenerować, lecz jest to długi proces, a utrata znacznej ilości krwi wiąże się z kilkoma latami odnowy. Ponieważ czarną magię mają opanowaną do perfekcji, mówi się, że raczej nie grożą im poważne rany, a nawet gdyby, są w stanie się uleczyć, a nawet zreinkarnować. Z reguły żadnemu nie przeszkadza ilość ofiar jaką trzeba poświęcić.

Stworzenia te doskonale władają łukami i sztyletami, choć dobrze radzą sobie również z mieczami. Każdy z nich ma do swej usługi moce ciemności, dzięki którym mogą zabijać bez dotykania ofiary. To jak silne właściwości mają ich cienie zależy jednak od siły właściciela, a także od jego wyszkolenia. Niemalże każdy Mroczny Elf potrafi wytworzyć niematerialne skrzydła, dzięki którym może latać.

Dawniej Umbragenowie zamieszkiwali bagna, ciemne lasy i jaskinie. Dziś ich domem jest malownicze Iergustalem. Posługują się starożytnym językiem elfów. Wśród członków tejże rasy zabronione jest związywanie się z przedstawicielami innych ras, gdyż ten, kto ośmieli się zabrudzić czystą linię krwi płodząc potomka, który nie jest w pełni Umbragenem - zostaje zabity wraz z rodziną. Członkowie rodu królewskiego zaś od powstania Mrocznych Elfów związują się z własnym rodzeństwem, dzięki czemu władający ród nieustannie nosi nazwisko Leralonde.









Piękna kraina, w której panuje niemalże wieczna noc. Tylko raz do roku, gdy ten osiąga równo połowę swego czasu - wschodzi słońce. Kraina wiecznego lata. Kraina Mrocznych Elfów.
Wstęp na rozległe ziemie Iergustalem mają jedynie przedstawiciele mrocznego rodu, a jedynymi obcymi są tu niewolnicy i skazańcy. Lepiej nie błądzić, gdyż raz złapanym, nigdy nie zazna się wolności.
Wbrew temu jak niebezpiecznym miejscem jest Iergustalem, jego majestat budzi niepohamowany zachwyt. Serki jezior, strumyków, malownicze góry i wszechobecne lasy niewątpliwie budzą zachwyt. Wyjątkowo mocno rozgwieżdżone niebo rozpościerające się nad Mroczną Krainą każdego miesiąca mieni się odcieniami innych kolorów, skąd wzięto nazwy miesięcy:

Nimmore - Faza Mlecznej Nocy - Styczeń
Ihunmore - Faza Lazurowej Nocy - Luty
Malindamore - Faza Szafranowej Nocy - Marzec
Kuluinamore - Faza Bursztynowej Nocy - Kwiecień
Galenmore - Faza Szmaragdowej Nocy - Maj
Caranmore - Faza Szkarłatnej Nocy - Czerwiec
Aromore - Faza Ametystowej Nocy - Lipiec
Roinamore - Faza Płomiennej Nocy - Sierpień
Baramore - Faza Nocy Brunatnej - Wrzesień
Celeb More - Faza Spiżowej Nocy - Październik
Ihunmore - Faza Kobaltowej Nocy - Listopad
Vormore - Faza Hebanowej Nocy - Grudzień







Ostatnio zmieniony przez Ivan dnia Sob Cze 11, 2016 8:58 pm, w całości zmieniany 15 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 12:38 am

||  third born incarnation   ||  powerful  ||          

||  the king  ||  itancan  ||


  I M I Ę
   MANSA


P L E M I Ę
TLINGIT (KLAN WILKA)


 N A R O D Z I N Y
KSIĘŻYC ŚRODKA ZIMY (GRUDZIEŃ)


W I E K 
na początku ; TRZYNAŚCIE ZIM


D U C H  O P I E K U Ń C Z Y
CZARNY WILK


P Ł E Ć
MĘŻCZYZNA



||  black wolf  ||  protector  ||  hanhepi  ||
N O W
||  waniyetu  ||  sung'manitu tanka  ||


K O L O R  O C Z U
lewe : CIEMNOBRĄZOWE
prawe : ZŁOTE             
             

       K O L O R  W Ł O S Ó W      
HEBANOWE


W Z R O S T
13 lat : SZEŚĆDZIESIĄT JEDEN CALI


W A G A
 13 lat : SZEŚĆDZIESIĄT SZEŚĆ FUNTÓW (30 kg)


Narodził się jako trzeci syn wodza plemienia, który zwierzchnictwo przejął po bracie nad osiemnastoma innymi klanami rozmieszczonymi po ziemi przodków, ciągnącymi się swoim terytorium wzdłuż gór zwanymi najwyższymi Thanila.  
Chłopiec miał piękne, różnokolorowe oczy. Złote zalśniło swym blaskiem, gdy ofiarowany został Słońcu przez matkę i matkę ojca. Wtedy też otrzymał swoje imię, którym wołają go teraz wszyscy bracia, siostry, matki i ojcowie ziemi, na której żyje wraz z nimi.
Ciemne z kolei znaczyło o wyjątkowości dziecka jakim stał się nowonarodzony. Gdy zaś okazało się jakim darem obdarzyły go Duchy - dziecko poddane zostało wychowaniu Szamanów, by ci zapanowali nad niebezpiecznymi zdolnościami trzeciego wcielenia czarownika o potężnej mocy panowania nad żywiołami natury i pretendenta do wkroczenia w świat zastrzeżony dla śmiertelników.
Moc chłopca pochodziła z Księżyca, ze Słońca oraz od Czarnego Wilka.
W ciemną noc nastania siódmej zimy chłopca - do wioski niepostrzeżenie zakradła się wataha wilków.
Zginął najstarszy syn wodza - młodzieniec zwany Maliki, Szybujący Kruk, pierwszy z tych, który stać się miał następnym wodzem plemienia.  
Szamani zostali upomniani przez Duchy, niesłuszna natura chłopca dostrzeżona, a szkolenie dziecka przerwane w strachu przed możliwymi następstwami dalszego jego praktykowania. Szamani wierzyli,  że to właśnie wina podsycania płomienia jego potęgi - Duchy zostały rozgniewane i zesłały na plemię żądne krwi wilki.  
W ósmym lecie życia chłopca, z wioski wygnany został drugi syn wodza - Maurya. Mężczyzna zanurzył sztylet w klatce piersiowej innego brata z plemienia, gdy ci rozmawiali przy ogniu i pili przy nim nie znając w tym umiaru. Duchy rozgniewały się i pchnęły kolejnego następcę do zabójstwa oraz jego wydalenia z wspólnoty plemienia i obdarzeniem go mianem Wyrzutka. Czoło Mauryi zdobiła od tamtej pory blizna świadcząca o jego wygnaniu. Mężczyzna utracił swoje imię, zesłał na rodzinę hańbę, a na Mansę ciekawskie oczy starszyzny.
Nieszczęściu krwi wodza wydawało się nie mieć końca. Śmierć spotkała także najstarszą z córek córkę starego Nashoby oraz kolejną z nich. Przyszła kolej na młodego następcę wodza - chłopca, którego przeznaczeniem było stać się było częścią świata Duchów. 
Jakimż zaskoczeniem zdawało się być to, że dziecko kolejne lata żyło, nie wydawało się by miało pójść w ślady rodzeństwa.  
Mansa już jako dziecko zdradzał oznaki swojej wyjątkowości. Oczywistością także było, że był najsilniejszy z rodzeństwa bowiem skutecznie sterował każdą zabawą, potrafił ukierunkować zachowanie rówieśników w sposób, w który mu odpowiadało. Zwiedził cały las, dotarł na obrzeża terytorium Indian, zdeptał każde źdźbło trawy nad strumykiem. Chadzał często i wszędzie. Odkrywał prawdę o świecie natury i swojej przynależności do niego jako czarownika panującego nad nią z jej przyzwoleniem. Zdarzało mu się to robić, gdy nikt nie patrzył, z dala od ciekawskich oczu starszyzny. Robił to, o co prosiła go natura.
Gdy wyszło na jaw, że w przyszłości przeznaczone mu jest zostać wodzem - przestał tyle podróżować. Musiał obserwować życie braci, zajmować miejsce u boku babki Szamanki i obserwować jej rytuały.  Do tej pory jego przyjaciółmi  był wiatr zwany Thate, trawa zwana Maka oraz dzikie zwierzęta zwane Wamakaskan.  Był też blisko zaznajomiony z każdym kamieniem spoczywającym na Mace, każdą trawą jej oraz każdym liściem kołysanym na drzewie przez Thate. Gdy ich zabrakło na równinnej powierzchni wioski Mansy - stał się samotny.  Jego życie zdawało się być szare jak deszczowe niebo, a każda kolejna zima równie znudzona co sam chłopiec, lato równie nieurodzajne, wiosna równie uboga w owoce. Chłopca bolało, gdy dostrzegał to iż z każdym dniem stary ojciec stawał się coraz słabszy. Nie był w istocie słaby, ale Mansa był przekonany, że każda kolejna godzina zbliża go do przejęcia obowiązków Nashoby, jego stanowiska i jego odpowiedzialności. 

Życie w wiosce toczyło się jego naturalnym tempem narzucanym przez Duchy, wiatry i pory roku.  Każdy miał w wiosce swoje zadanie. Kobiety zazwyczaj szyły, gotowały i zajmowały się wioską pod nieobecność mężczyzn. Opiekowały się dziećmi swojego mężczyzny. Niekoniecznie jedynie swoimi i jego. Mężczyzna mógł brać sobie za żony nieograniczone liczby kobiet, płodzić z nimi dzieci i przyjmować do szałasu. Mężczyzna musiał wszystkim tym kobietom i swoim dzieciom dostarczyć jedzenia, picia i okrycia.
Zadaniem mężczyzn poza samym polowaniem i utrzymywaniem rodziny było także udzielanie się we wspólnocie klanowej, ustalanie zasad i rozstrzyganie sporów między braćmi. Żaden mężczyzna ani kobieta nie mogli zabijać sióstr ani braci z plemienia, a gdy do tego dochodziło - wódz zgadzał się wydalić tego mężczyznę lub kobietę z plemienia bądź zabić go lub ją. 
 
Gdy mężczyzna wchodził w wiek dojrzałości, odkrywał tajemnice Namiotu Pary i pojmował za żonę siostrę ze swojego plemienia. Często dostawał także nowe imię, a inicjacja jego wkroczenia w ten wiek odbijała się echem w całej wiosce, która z tej specjalnej okazji świętowała i cieszyła się wraz z nim. 
 
Każdy brat i siostra mieli swojego Ducha Opiekuńczego pojawiającego się w snach, wizjach i prowadzącego przez życie. Duchy były obecne we wszystkim co otaczało ludzi, a amulety z częściami ciała zwierząt będącymi opiekuńczymi istotami nosili każdy mężczyzna i każda kobieta.  Często były to skóry, biżuteria z piór, kości lub zębów.  


____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Nie Sty 10, 2016 2:58 am, w całości zmieniany 5 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 3:58 am

Ile to już dni? Ile tygodni? Ile miesięcy?
Nie miał pojęcia.
Jeden dzień zlewał się z drugim, tydzień z tygodniem, a miesiąc z miesiącem. Velyrian stracił poczucie czasu. Czuł jedynie, że z każdym dniem ma coraz mniej sił, a poranione stopy coraz częściej zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Wiedział, że nie umrze z głodu, bo choćby zabrakło mu sił na poruszenie palcem - wciąż będzie żył i oddychał. Miał nadzieję tylko, że w odpowiednim momencie nie zabraknie mu ich na wbicie sztyletu w serce i obserwowanie jak fioletowy płyn wylewa się z niego litrami. Wolał nie myśleć o tej ewentualności. Usilnie dążył przed siebie na drżących, przeraźliwie chudych nogach i polował, gdy tylko miał do tego okazję. A miał ich niewiele. Zwierzęta doskonale wyczuwały jego obecność, gdyż roztaczał na tyle silną aurę, że nie mógł jej wystarczająco stłumić. Mógł jedynie łapać nieostrożne ptaki i łowić ryby, które nie miały się gdzie skryć. Był wygłodzony i wycieńczony, nie miał dokąd pójść.
Syknął, otwierając szerzej nachodzące senną mgiełką oczy, gdy poczuł silne szarpnięcie za długie, ubrudzone włosy.
- Mamy elfa! - Wytężył słuch, nie odwracając się przodem do durni, którzy postanowili zaburzyć jego słaby sen. Nie wyrywał się, właściwie nie wykonując żadnego ruchu. Zacisnął jedynie zęby słysząc obrzydliwe śmiechy. - Patrz jaki posłuszny. - Zmrużył powieki, wzdychając ciężko. Napastnicy zbyt przejęci zdobyczą nie dostrzegli czarno-fioletowej, gęstniejącej mgły wydobywającej się z opuszczonych dłoni chłopca. Gdy zaś rozeznali się w sytuacji, było już za późno.
- Głupcze, to nie elf! Puść g--
Obrócił się powoli patrząc na bezwładne ciała naznaczone nieprzyjemnymi pręgami oplatającymi szyję. Nie miał siły. Jego stopy krwawiły niezmiennie od wielu dni, niemalże ich nie czuł. Jego ubranie było porwane, a na ciele przybywało ran. Choć wiedział, że to niegodziwe, cieszył się, iż napatoczyli się ci dwaj głupcy, prosząc się o śmierć. Nie zrobił przecież nic złego - nie byli dobrymi ludźmi. Nachylił się robiąc kilka gestów dłońmi i mamrocząc słowa niezrozumiałe dla niewtajemniczonych. Ciemna łuna osnuła jego ciało, sprawiając, że rany poczęły zanikać. Gdy dwa martwe ciała całkiem przemieniły się w proch, Velyrian począł czuć stopy, ilość jego okaleczeń zaś znacznie zmalała. Patrząc zawzięcie przed siebie, ruszył w dalszą drogę rezygnując z drzemki. Chciał znaleźć się jak najdalej, jeszcze dalej. Jeszcze. By nikt go nie znalazł.

Zadarł głowę, patrząc daleko ku górze na skały, które się przed nim jawiły. Czekał go kolejny ciężki etap podróży, ale nie mógł nie docenić swojej szansy. Góry były idealnym schronieniem. Jeżeli uda mu się wdrapać wystarczająco wysoko - powinien być bezpieczny. Podjął się więc wyznania, wierząc, że zajdzie daleko.

Pierwszy raz upadł na wysokości około dziesięciu tysięcy stóp i wtedy po raz pierwszy zasnął nie planując tego wcześniej. Górskie zwierzęta również go unikały, ale łatwiej było upolować ptaki. Gdzieniegdzie udawało mu się odnaleźć górskie strumyki, więc przynajmniej częściowo mógł zaspokoić swoje pragnienie. Ruszył dalej. W którymś momencie zatrzymał się, wlepiając rozszerzone tęczówki w ziemię. Przyklęknął zanurzając dłoń w biały puch. Zamrugał oczami, biorąc go do ręki i starając nie upuścić. Jego ciało nieprzyzwyczajone było do takich temperatur.
- Loss* - mruknął cicho sam do siebie. Śnieg. Słyszał o nim, lecz nigdy nie widział, nie miał również okazji dotknąć. Uśmiechnął się pod nosem patrząc tak niczym dziecko, dopóki płatki w jego rękach nie rozpuściły się całkowicie. A potem podniósł się na drżące nogi i kroczył dalej.
Nie wiedział kiedy obszedł górę, lecz wyglądało na to, że znalazł się po przeciwnej stronie. Uchylił usta, wyraźnie widząc rozpościerające się przed nim doliny. Ludzie. Wioska. Uśmiechnął się triumfalnie, widząc nadzieję. Ruszył tak szybko jak mógł w stronę skupiska ludzi.
Upadł jeszcze kilka razy, lecz za każdym kolejnym podnosił się na nogi. W końcu doczołgał się do miejsca, z którego miał dobry widok na wioskę i jej mieszkańców. Ukrył się za gęstą roślinnością, obserwując ich w nienagannej ciszy. Z nielekkim zafascynowaniem wpatrywał się w ciemnoskórych ludzi, których dotąd nie miał okazji widzieć. Zafascynowali go. Byli tacy... Inni. Uśmiechali się nader dużo. Byli życzliwi. Nigdzie nie widział krwi, a jej ślady były znikome. Nie czuł nienawiści. Przeżył wtedy dość duży szok i zrozumiał, że musi być bardzo daleko od domu. To go ucieszyło.
Zaczął się zakradać wtedy, gdy wszyscy jeszcze spali. Wynosił tyle mięsa, na ile miał siłę, by potem jeść choćby surowe. Znalazł miejsce, z którego mógł swobodnie patrzeć na wszystkich wiedząc, że nikt go nie znajdzie. W ten sposób odzyskał tyle sił, że jego nogi przestały drżeć, a rany szybciej ulegały zasklepieniu. Niedaleko był również strumyk, z którego pobierał wodę pitną, a od czasu do czasu obmywał się w niewielkim jeziorku. W końcu czuł się dobrze. Wiedział, że wioska nie zniknie a on będzie miał źródło pożywienia, nie będzie musiał też dalej się przemieszczać. W tym miejscu nikt go nie znajdzie. Wiedział jednak, że kwestią czasu jest, nim mieszkańcy zorientują się, iż ktoś podbiera im jedzenie. Mimo, że Velyrian starał się robić to w małych ilościach, Indianie byli czujni. Widział to po ich twarzach. Nader ostrożnie pilnował, by żaden z nich nie dowiedział się o jego obecności. Ale raz stracił czujność.
Zakradł się do spiżarni, jak zawsze wtedy, gdy myślał, że wszyscy wciąż spoczywają. Nie jadł od tygodnia, gdyż robił przerwy, aby nie wzbudzać zbyt dużych podejrzeń. Był przeraźliwie głodny, chciał wynieść tylko kawałek. Nie potrzebował w końcu wiele, by zaspokoić swój mały żołądek. Właśnie z zawzięciem przecinał swym pazurem większy kawał mięcha, by zabrać jego część, gdy usłyszał za sobą szmer. Obrócił się gwałtownie i zamarł widząc przed sobą znajomą twarz członka tutejszego plemienia. Przez sekundę bił się z myślami - zabić, czy poczekać na rozwój sytuacji? Poczekał. Wiedział, że zabijanie jest złe. Wiedział, lecz instynkty często nie dawały mu wyboru. Tym razem jednak zdołał je opanować, a pomógł mu w tym rozsądek. Nie był na swoim terytorium, jest skrajnie wycieńczony i z pewnością nie dałby rady pokonać wszystkich tych ludzi. Czy choćby kilku co silniejszych. Wlepił swe wygłodniałe spojrzenie w młodego Indianina. Syn wodza. Czy mógł gorzej trafić? Zacisnął chudą dłoń o długich palcach na odkrojonym kawałku soczystego mięsa.
- Na yalme, firya** - szepnął ostrzegawczo, zaś z jego wolnej dłoni poczęła ulatniać się złowroga energia. Nie miał złych zamiarów. Stał spokojnie i czekał, aż dzieciak go przepuści. Miał nadzieję, że go posłucha, aczkolwiek... Wiedział, że prawdopodobnie nie rozumie. Już dawno opuścił strefę, w której ktokolwiek posługiwał się językiem Elfów. Od miesięcy z nikim nie rozmawiał.


* Śnieg
** Nie krzycz człowieku
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 5:16 am

Dzień trwał tego razu od samego świtu, a dla niektórych zaczął się nawet  kilka godzin przed nim, gdy noc jeszcze była ciemna i chłodna jak to w górach o tej porze roku. Trwał początek księżyca młodej trawy, a wiosna dopiero szykowała się do zbudzenia ze snu zwierząt w nim pogrążonych.
Dzieciom pozwolono spać, niektóre wstały by pożegnać ojców wybierających się na polowanie. Mansa jednak nie należał do nich. Jego ojciec wyruszył już dzień wcześniej z kilkoma najsilniejszymi mężczyznami z plemienia, ale w przeciwnym kierunku do tego, w który ma zamiar wybrać się ten oddział mężczyzn. Dlatego Mansa spał, chroniąc się przed zimnem pod kilkoma zwierzęcymi futrami. Czekał go trudny dzień, a ta perspektywa sprawiła, że spał jeszcze dłużej niż zazwyczaj sypiał. Miał dzisiaj brać udział w szamańskim wypędzaniu choroby z brata Tatonagi, ale był przerażony tym i wszystkimi innymi rytuałami. To nie było jego miejsce. Czuł wtedy obecność Duchów tym dotkliwiej jakby były do niego wrogo nastawione, jakby jego obecność była dla nich czymś w rodzaju rywalizacji o miejsce zajmowane przez jego aurę. Rozpędzały ją, wpychały się na jej miejsce, a Mansa wychodził z namiotu wykończony, blady oraz spocony. Babka zwykła wtedy mawiać, że to normalne, gdy duchy mają do czynienia z istotą, w której drzemią ukryte, uśpione moce. Nie mówiła Mansie czy jest to dla niego niebezpieczne. Najwyraźniej nie było to na tyle ważne by to rozważyć, a Mansa musiał chadzać do namiotu regularnie.
 
-Mablíheca yélo -mruknął do matki, gdy ta przyniosła mu kolejne wilgotne ręczniki i postanowiła spytać, jak się czuje. Cóż innego miał odpowiedzieć, jak nie to, że czuje się lepiej?
Kobieta opuściła namiot bez słowa i zapewne wróciła do przygotowywania obiadu.  Chłopiec przewrócił się na drugi bok i pociągnął nosem.  Wiedział, że ten rytuał będzie się ciągnął, że będzie trwał długo, a chory będzie capił umierającym. Dlatego wolał zwymiotować poza namiotem. Gdy go opuścił zapewne złamał tym jakieś szamańskie prawo albo zasadę nieopuszczania namiotu podczas rytuału, ale nie dbał o to. Unikał babki i unikał wychodzenia z namiotu nawet, gdy mężczyźni wrócili z polowania, a jego ojciec chciał się z nim zobaczyć.
Wyszedł dopiero po kilku dniach, by dowiedzieć się przy okazji kolacji o nowinie.  Mężczyźni podejrzewali, że ktoś ukradł ze spiżarni mięso.
 
Kolejne wieczory znowu przenikały rozmowy na temat rzekomego podbierania ze spiżarni, a w końcu, także o tym, że coś powinni z tym zrobić i ustawić wartę -co też zrobili.
Mansa dowiedział się, że pierwszą wartę będzie pełnił brat Dustu - ten sam, który jest na tyle nieuważny zdaniem Mansy, że nawet ślepy borsuk przedostałby się pod jego wartą do spiżarni. Mansa postanowił więc własnoręcznie złapać tego, kto okrada regularnie ich zapasy. Dlatego zasadził się w krzewach pod namiotem i czekał tam od samego wieczora aż do nocy, gdy coś się zmieniło, a na brzegu terenu wioski ktoś się rzeczywiście pojawił i błyskawicznie przebył przy tym odległość spod lasu aż do pilnowanego namiotu. Dustu nie zauważył niczego  -zupełnie tak, jak to zakładał Mansa.
  
Chłopiec w ślad za przybyszem wszedł do namiotu i przez chwile obserwował jak ten zabiera się za ich zapasy.  Został zauważony dopiero, gdy zasunął za sobą wejście do namiotu.
Białe, prawie trupie oczy zasnute mgłą, jakby ślepe, a jednak doskonale go widziały patrzyły uważnie wprost na niego, a Mansa pozwalał mu na to. Nie robił niczego, żadnych gwałtownych ruchów ani kroków  w kierunku istoty wyglądającej na zdziczałą na tyle, by już dłużej nie zachowywać się właściwie jak człowiek.
 
Spomiędzy jego warg wyrwał się szept w obcym języku, nieznanym Mansie, ale z pewnością pochodzący z odległego miejsca. Z północy, na której chłopiec nigdy nie był.
Cofnął się delikatnie w kierunku ściany namiotu, gdy nad jego życiem stanęła groźba w postaci obdarzonego jakąś złą mocą przybysza.
Przepuścił go i sam wyszedł z namiotu, by czym prędzej wrócić do własnego.  A Dustu zasnął.
 

Następnego dnia, pod osłoną porannego chłodu i ciszy uśpienia opuścił wioskę, by poszukać  w lesie tajemniczego osobnika, który wczorajszej nocy zjawił się by ukraść jedzenie jego rodzinie, a którego skóra wyglądała jakby została utkana z lśnienia gwiezdnego pobrzasku.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 7:11 pm

Nawet na moment nie spuścił swych śnieżnobiałych tęczówek z chłopca, który przyłapał go na kradzieży. Uważnie przyjrzał się jego twarzy i posturze, bowiem w tej wszechobecnej ciemności, on widział lepiej niż za dnia. W krainie, z której pochodzi dzień nastawał tylko raz do roku i wtedy właśnie na ulicach panował najmniejszy ruch. Mroczne Elfy nie bez powody zwane były również Stworzeniami Nocy. Ich oczy przystosowane były do ciemności znacznie lepiej niż do promieni słonecznych, choć te w żaden sposób im nie szkodziły. Noc i jej wytwory od dawien dawna sprzyjały Umbragenom. Dlatego dzięki tej ciemności czuł się pewniej. To, że miał przed sobą dziecko również nie pozostawało bez znaczenia. Mimo to, z natury był ostrożny i nie zwykł lekceważyć nikogo, gdyż tak właśnie go nauczono. Chwila nieuwagi mogła kosztować życie, a przedstawiciele jego rasy najlepiej o tym wiedzieli, bowiem to oni sami najczęściej wykorzystywali tę nieostrożność. Nie unosili się honorem, ataki od tyłu, ataki podczas snu, ataki z zaskoczenia - to wszystko było ich domeną. Często zabijali przy użyciu czarnej magii, nie pokazując się nawet przeciwnikowi na oczy. Ponieważ sami byli tacy, wierzyli, że obcy również mogą nie być inni i wykorzystać ich nieuwagę. Velyrian dobrze pamiętał o pobranych naukach i wciąż w dużej mierze kierował się ich zasadami. Wiedział, że to bardzo wartościowa wiedza.
Z dłońmi oplecionymi pięknymi smugami błyszczącego dymu, w którym jakby ukryły się miliony gwiazd świecących co noc nad Iergustalem, zrobił krok do przodu. Nie odrywając wzroku od młodego Indianina, ruszył dalej, a widząc, że ten przepuszcza go w wejściu, przestał uwalniać energię, wciąż jednak nie tracąc czujności. Przechodząc blisko chłopca, zajrzał w jego dwukolorowe oczy, pozwalając sobie zapamiętać dokładnie ten obraz. Na jego ustach zagościł nikły uśmiech, który równie dobrze mógłby być jedynie wytworem niesfornej wyobraźni. Opuścił namiot, by po chwili zniknąć pozostawiając po sobie smugę cienia. Ta również szybko rozmyła się w powietrzu.
Gdy nastał ranek, biorąc resztkę tego, co ukradł ostatniej nocy, skierował się nad jezioro. Bezgłośnie usiadł na długiej trawie, dojadając surowe mięso, z którego spływała jeszcze krew. Oblizał usta i obmył ręce w przejrzystej wodzie. Zawisł tak w lekkim zgięciu, zaglądając w taflę wody i przyglądając się bez większych emocji własnemu odbiciu. Nie poznawał samego siebie. Jego policzki były zapadnięte, oczy zupełnie pozbawione blasku, a biała cera poszarzała pod powiekami. Usta jego pełne popękały widocznie, włosy zaś poplątane były niesamowicie. Cieszył się niemalże, że nie widzi w tej pozycji swego skrajnie wychudzonego ciała odzianego jedynie w porwaną, cienką płachtę w kolorze wypłowiałego brązu. Starą szatę wymienił na jedzenie szybko po tym jak opuścił zamek. Zapasy starczyły mu na dwa tygodnie. Teraz, gdy wiedział jak ciężko zdobyć jedzenie zapewne tamta ilość mogłaby służyć mu jeszcze miesiąc dłużej.
Mając dość wpatrywania się w ten szkaradny obraz, ułożył się na brzegu jeziora, wpatrując w jaśniejące niebo. Nie wiedział nawet jaki jest miesiąc. W domu wystarczył kolor nocnego sklepienia, by mógł sprecyzować fazę nocy i ułożenie księżyca, aby określić jej dzień. Tu księżyc pojawiał się i znikał, a nad nim wciąż rozpościerał się błękit lub jego odcienie. Nie mógł również oprzeć się o zmiany w naturze, bowiem w jego krainie wszystko wciąż stało w jednym miejscu. Drzewa nie usychały, a trawa nie wyrastała od nowa. Wszystko stało niezmiennie takie samo od lat, naznaczane jedynie drobnymi zmianami. Czasem miewał momenty, w których tęsknił za Iergustalem. Kochał swój kraj i jego piękno. Lecz potem przypominał sobie dlaczego ta piękna kraina nie jest dobrym miejscem. Ci, którzy w niej żyli i ci, którzy rządzili tak bardzo nie pasowali do tamtego wspaniałego miejsca. Zastanawiał się, czy dane będzie mu jeszcze zobaczyć kolorowe, nocne niebo.
Leżąc tak, z włosami rozwianymi po całym ciele i odsłoniętymi, nieskazitelnie białymi nogami, na pierwszy rzut oka wyglądał jak świeżo opadły śnieg. Miał chęć poleżeć w ten sposób dłużej, lecz tym razem już z daleka wyczuł znajomą energię. Obrócił się przodem do miejsca, z którego ta dochodziła i podniósł się na nogi, patrząc nieufnie na tego samego chłopca, którego spotkał kilka godzin wcześniej.
- Ile - mruknął mało sympatycznie, wypatrując jakiejkolwiek broni, lub towarzyszy, których mógłby przyprowadzić ze sobą syn wodza. Nie dopatrzył się żadnej z nich, lecz wiedział, że wciąż nie powinien tracić czujności. Czytał kiedyś o Indianach i pamiętał, że natura była po ich stronie. Velyrianowi już nie sprzyjała aż tak bardzo. Tym razem jednak nie przywitał chłopca złowrogim nastawieniem i gęstą mocą wylewającą się z chudego ciała. Stał prosto, starając utrzymać się na zbyt wątłych nogach. - Mani... - uciął. Przecież wiedział, że go nie zrozumie. Uniósł więc palec, z którego wydobywać się począł ten sam cień, lecz nienaznaczony śladami wyczuwalnie złej energii. W powietrzu nakreślił znak zapytania, który utrzymywał się tak jeszcze przez krótką chwilę, by zaraz rozpłynąć się na wietrze. Pytające spojrzenie białowłosego utkwione było w przybyszu. Po co przyszedł? Wiedział, że Indianie nie zapuszczają się tak daleko, gdyż mają większe jezioro bliżej swej doliny. Interesowały go pobudki młodego chłopca, a dopóki nie będzie pewien jego pobudek, nie miał zamiaru robić krzywdy. Mimo że tak daleko od wioski, nikt nie mógłby mu przeszkodzić.


Ile - Ty
Mani - Co


Ostatnio zmieniony przez Ivan dnia Pon Gru 21, 2015 12:17 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 8:16 pm

 Nie do końca wiedział dlaczego od razu po tym jak spakował do tobołka kilka skór, trochę jedzenia i ziół wyruszył do lasu by wytropić elfa. Nie widział nigdy żadnego na oczy. Nie widział też syren ani wróżek, ale wiedział, że one istnieją. Są w lasach, w oceanach, kryją się przed wzrokiem ludzi lub tego nie robią. Wiedział też, że istota, którą spotkał zeszłej nocy nie była człowiekiem. Widywał ludzi. nawet tych najdziwniej wyglądających, bladych i ubranych w dziwne stroje, ale białoskóry elf nie należał do gatunku ludzkiego.  Był częścią natury, był niezwykły i intrygujący, a Mansa chciał zobaczyć go znowu.
Tropił go w lesie i minęło wiele godzin nim dotarł do obrzeży lasu, z którego elf wyszedł, by napić się wody, zjeść i umyć twarz. Obserwował go z naprawdę dużej odległości, obawiając się, że stworzenie może być dzikie i go tam nie chcieć, a gdy tylko wyczuje go - mogłoby być po nim.
Było wyższe, władało jakąś tajemną mocą, a Mansa choć wyposażony w sztylet -pewnie nie miałby szans przeciwko elfowi.  Elfowi z północy.
Poczekał aż istota zje i położy się na trawie. Dopiero wtedy zaczął skradać się w jej kierunku. Elf rozpoznał jego aurę dopiero, gdy chłopiec znalazł się w odległości zaledwie kilkudziesięciu stóp od niego. Musiał być osłabiony, ale wciąż czujny na tyle by zorientować się w porę.
Poderwał się na równe nogi i ponownie wbił w Mansę swoje ślepe oczy.  Robił wrażenie samym swoim wyglądem, ale gdy spojrzało się na jego wątłe ramiona, chude i drżące nogi, wystające żebra i zapadnięte policzki - nie był wcale już tak  imponujący. Wyglądał jak zabiedzony młodzieniec, który tułał się po świecie zdecydowanie zbyt długo.
 
Elf ponownie zwrócił się do chłopca swoim językiem zaś Mansa nawet nie strzępił sobie języka na obrzucanie istoty swoimi nieznanymi zwrotami. Jeżeli będzie chciał się z nim porozumieć - wymyśli na to sposób, który nie będzie wymagał użycia słów.
Na twarz chłopca niemal wpłynął lekki uśmiech, gdy chuda istota nakreśliła w powietrzu znajomy znak. W odpowiedzi wskazał na swój tobołek, do którego spakował kilka skór, które chciał ofiarować elfowi, by ten nie zamarzł lub by miał na czym wygodniej spać.
Powoli zdjął z siebie torbę i położył ją na ziemi. Wyjął stamtąd odzienie, futro oraz zioła i wysokokaloryczne kozie mleko.
-Le* -powiedział krótko i wskazał na ułożone na ziemi przedmioty. -Thawa**. -Tutaj wskazał na postać. Miał nadzieję, że dwa proste słowa i gestykulacja pozwolą zrozumieć elfowi, co  ma na myśli.  Odsunął się od przedmiotów i usiadł w wysokiej trawie, rozpędzając ją wiatrem na boki i robiąc sobie miejsce. Zrobił to odruchowo, tak jak zwykle mu się zdarzało. Moc sama cisnęła się w dłonie, gdy tylko opuszczał wioskę.
 
*To
**Należy do ciebie

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 8:57 pm

Wiedział jak żałośnie wygląda. W końcu przed chwilą miał ten okropny obraz przed oczami. Z pewnością więc nie mógł budzić podziwu, którym wypełniały się oczy jego rozmówców jeszcze kilka miesięcy temu. Wtedy był bardzo przystojnym młodzieńcem o delikatnie zarysowanych mięśniach i zdrowym wyglądzie. Jego włosy nie były pozbawione blasku tak jak teraz, a oczy miały siłę by od czasu do czasu nabrać delikatnie fiołkowego koloru. Wyraz jego twarzy mimo młodego wieku budził respekt, a imię oznaczające moc i władzę było idealnym odzwierciedleniem tego co sobą reprezentował. Teraz próbował jedynie nie wypaść na tyle nieciekawie, by ujrzeć w oczach widocznie młodszego chłopca niekrytą pogardę. Robił co mógł, by nie drżeć i choć mógł poświęcić swe siły aby wytworzyć choć niewielkie skrzydła mogące ustabilizować jego ciało, nie robił tego. Nie uciekał się do środków ostatecznych, a tym właśnie było dla niego korzystanie z podobnych pomocy. Wciąż był silny i wiedział, że mógłby być w znacznie gorszym stanie. Pocieszała go myśl, że bez wątpienia potrafiłby zrobić dzieciakowi dużą krzywdę, jako że jego moc nie była w tak słabej kondycji co ciało. Ale nie zamierzał przecież niczego udowadniać. Właściwie wolałby nie rzucać się w oczy, dlatego też powoli, na tyle na ile mógł, wyciszał swoją aurę. Wyglądu niestety nie mógł zmienić. Wiedział, że w tej części świata niebywale rzucał się w oczy. Przecież nawet w Iergustalem nikt nie potrafił przejść obok niego obojętnie. Zawsze się wyróżniał.
Nie siląc się na żaden uśmiech, by odpowiedzieć w adekwatny sposób ciemnoskóremu, obserwował jego poczynania z wymalowanym pytaniem w wyraziście białych oczach, rażąco kontrastujących ze smolistymi białkami. Przeniósł wzrok na miejsce, które wskazywał palec chłopca i stojąc nieruchomo patrzył, jak ten wyjmuje z tobołka kolejne rzeczy. Nie rozumiał, dlaczego to robi, więc znów utkwił w nim swe nierozumiejące oczy. Zrozumiał dopiero, gdy ten zaczął gestykulować, wspomagając się słowami zupełnie obcymi Velyrianowi. Najwidoczniej wszystkie te rzeczy były dla niego. W jego oczach więc pojawiło się jeszcze większe pytanie, lecz gdy człowiek w jakiś magiczny sposób sprawił, że wiatr rozdzielił źdźbła trawy, znów posłał mu nieufny wzrok. Był przekonany, że ludzie nie potrafią posługiwać się magią, a nawet jeśli, bez użycia słów nie jest to przecież możliwe. Wyglądało na to, że młody Indianin współpracuje z siłami natury, a to utwierdziło białowłosego w przekonaniu, że powinien być ostrożny.
Zrobił kilka niepewnych kroków w stronę wyłożonych na ziemię rzeczy i usiadł przed nimi, przyglądając się dokładnie. Ułożył dużą, lecz kościstą dłoń na każdej rzeczy po kolei, by dopiero po tym unieść spojrzenie na chłopca i posłać mu lekki, niemrawy uśmiech. W żadnym z tych przedmiotów nie było złych sił. Żadnej trucizny, żadnych niezidentyfikowanych stworzeń. Czy młody Indianin chciał mu pomóc? Dlaczego?
Chwytając w dłonie mleko, napił się trochę, odkrywając z zaskoczeniem, że jest naprawdę dobre. Bez skrępowania wypił więcej i dopiero po dłuższej chwili oderwał się od buteleczki, by zatkać ją i znów skupić swoją uwagę na chłopcu. Podniósł się na nogi by podejść bliżej i usiąść nieopodal niego. Wpatrywał się badawczym wzrokiem w jego dziecięce oblicze i westchnął krótko, gdy z tej odległości ujrzał sztylet. Bez słowa i żadnego ruchu dłoni wyjął go przy pomocy czystej energii. Wyciągnął rękę, na której spoczęła broń i w lekkim zamyśleniu począł ją ważyć w dłoni. Uśmiechnął się z lekkim rozbawieniem, dość szybko oddając chłopcu jego własność. Nie byłby w stanie nim nic zrobić. Nie Velyrianowi. Ten z kolei miał swe ostrze zawiązane na udzie, pod ubraniem. Mimo, że był to jedynie sztylet do ćwiczeń, był pięknie zdobioną i bardzo ostrą, wyszukaną bronią. Jego treningi nigdy nie były zabawą i posługiwał się na nich prawdziwymi ostrzami. Teraz to doceniał, bowiem niewiele zdziałałby z drewnianym mieczykiem.
Wziął do ręki pakunek z czymś co wydawało się być ziołami. Vel nie miał jednak pojęcia co to za zioła i do czego służą, bowiem nigdy nie zagłębiał się w zagadnienia zielarskie. Skupił więc uwagę chłopca na swej dłoni, w której trzymał rzeczy i posłał mu kolejne pytające spojrzenie. Skrzywił się przez moment, gdy dostrzegł, że pocięta dłoń ledwie widocznie zadrżała. Zacisnął palce mocniej na woreczku, skupiając się na tym, by ustabilizować rękę wiszącą w powietrzu. Niedyskretnie przyglądał się każdemu skrawkowi twarzy i ciała chłopca. Musiał stwierdzić w myślach, że ma przed sobą bardzo ładne stworzenie. Jednocześnie tak bardzo wyjątkowe. Nigdy nie widział kogoś podobnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Gru 20, 2015 10:07 pm

Nieufność elfa wydawała się być chłopcu zrozumiała. Dlatego nie robił niczego, co mogłoby sprowokować urazę i atak ze strony obcego. Zachowywał się tak spokojnie, jakby miał do czynienia z dzikim zwierzęciem. Jednym z tych, które oswoił niejednokrotnie i z którymi przyjaźnił się, gdy jeszcze chadzał tymi łąkami, by się na nich bawić i spędzać na nich czas. Gdy jeszcze Maurya należał do plemienia i to on musiał przejmować się naukami starszyzny. Maurya był przecież starszy od Mansy o całe dziesięć lat. Był już wtedy dorosły, gdy zabił. Nigdy jednak nie wydawał się Mansie porywczym mężczyzną. Zdawałoby sie nawet, że jest zupełnie przeciwnie. Dlatego zawczasu chłopiec zdziwił się, gdy dowiedział się za jakie przewinienie brat został wydalony z jego klanu i plemienia przez ojca, który mógł go zabić, ale nie zrobił tego i okazał mu łaskę. Skazał go na życie w samotności, bez szczepu i bez imienia. Współczuł bratu. To była jego krew, krew jego ojca.
Tak samo przykro mu było, gdy ginęły jego kolejne siostry.  Leotie zmarła przy porodzie wraz z dzieckiem, a zaledwie starszą o rok od Mansy Lulu zabiło zakażenie. Rodzinę chłopca spotkały liczne tragedie. Trzynastolatek miał na tyle świadomości, by rzeczywiście bać się o swoje życie. Nie chciał umierać choć wiedział, że śmierć nie byłaby jego końcem. Żyłby razem z Duchami w lepszym świecie, ale przecież gdyby miął opuścić rodziców  - byłoby mu przykro, gdyby im było. Chciał też jeszcze wiele świata zwiedzić. Północ, z której pochodził elf stojący przed nim no i Wschód, od którego oddzielał go ocean pełen syren. Na daleki ląd pływały jednak tylko statki handlowe. Mógłby się zaciągnąć na pokład takiego statku jako pomywacz i zobaczyć co kryje się za wielką wodą. Gdyby umarł - Duchy decydowałyby za niego gdzie będzie patrzył.
 
Na widok bladego uśmiechu istoty, wargi Mansy wykrzywiły się w podobnym wyrazie przyjacielskiego pojednania. Istota musiała najwyraźniej wyczuć, że niczego do żadnej z rzeczy nie dodał. Żadnych klątw, uroków czy trucizn. Nie było tam nic poza dobrą wolą. Elf wydawał się tym być ukontentowany.
Młodzieniec napił się mleka, które oferował mu Mansa i wyraźnie posmakowało mu to i pił wobec tego więcej. Chłopiec uznał, że to dobry znak. Elf powinien pić dużo tego mleka. Pozwoliłoby mu ono nabrać sił i masy, więc tym może nakarmi go jeszcze nie raz. Jeżeli podzieli się z istotą swoim jedzeniem, ta przestanie kraść i narażać się na niebezpieczeństwo świadomych jej kradzieży braci z plemienia. Mansa sam przyniesie mu jedzenie, by ten odzyskał siły i ruszył w dalszą wędrówkę jeżeli takową podejmie.
 
Po chwili, chłopiec niemal podskoczył w miejscu, gdy zza jego pasa wysunął się jego własny sztylet i popłynął w powietrzu ku elfowi, który najwyraźniej użył swojej mocy, by tak się stało. Nie miał zamiaru mu nic zrobić ostrzem. Przyniósł je ze sobą na wszelki wypadek, gdyby elf okazał się być do niego wrogo nastawiony. Nie był jednak więc sztylet i jego użycie nie było tu potrzebne. Istota musiała też dojść do podobnego wniosku bowiem zwróciła Indianinowi sztylet do rąk własnych. Chłopiec schował ostrze z powrotem z pas.
 
Drżąca ręka wyciągnęła ku niemu woreczek z ziołami leczniczymi. Nie miał pojęcia jak wyjaśnić istocie zastosowanie owych ziół, więc powoli wyciągnął ku ręce młodzieńca swoją własną. Lekko ujął jego chudy nadgarstek, by ten przestał się trząść. Rozprostował palce elfa i wyjął stamtąd woreczek.
  -Phezuta* -mruknął, wskazując na zioła. Wyjął z torby metalowy kubek, wsypał doń trochę ziół i rozejrzał się za jakimś miejscem, w którym mógłby usypać niewielki palnik, by zaparzyć leczniczą herbatę na poprawę metabolizmu, zaostrzenie apetytu i doprowadzenia organizmu do prawidłowego działania oraz regeneracji.
Już chwilę później, z drobną pomocą kilku iskierek wykrzesanych z dłoni chłopca, na suchym chruście palił się niewielki ogień, a zawieszona ponad nim herbata zalana wodą rozgrzewała się do odpowiedniej temperatury.
Chłopiec zerkał co jakiś czas na niezwykłą postać, zastanawiając się nad tym, jakie mogłaby nosić imię. Chciał znać jej imię i historie jej wędrówki. Nie mógł jednak zapytać, a odpowiedzi by nie zrozumiał.
  -Mansa -wskazał na siebie, tym samym przedstawiając się młodzieńcowi swoim imieniem. Miał nadzieję, że ten także wyjawi mu swoje imię. Inaczej nie będzie wiedział jak się do niego zwracać, a nie chciałby mówić na niego "toka". Nie chciał, żeby obcy był obcym, gdy ten miał swoje imię, którego trzeba było używać.

Zdjął z ognia herbatę i poczekał aż wystygnie, podmuchał by ja ostudzić i dopiero wręczył elfowi do jego rąk, nakazując pić.


*zioła lecznicze

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pon Gru 21, 2015 12:22 am

W ciszy obserwował jak drobna dłoń nieznajomego podąża ku jego własnej i zmrużył delikatnie powieki widząc co zamierza zrobić. Nie cofnął ręki, choć wyraźnie zesztywniał, gdy poczuł na niej obcy dotyk. Vel nie był przyzwyczajony do tego, by ktokolwiek ingerował w jego sferę osobistą czymś innym niż ostrza i wrogo nastawione moce. W gruncie rzeczy dawał się dotykać jedynie siostrze, która była jego. Leila była pięć lat starsza od niego i czekała, aż brat wejdzie w dorosłość, by wziąć z nim ślub oraz skonsumować małżeństwo. Ich starsze rodzeństwo miało już syna, Leila również pragnęła dzieci. Ale Velyrian musiał ją poważnie zawiść, bowiem opuścił królestwo tydzień przed planowanym dniem ślubu i już nie wrócił, pozostawiając siostrę dla młodszego brata, który osiągnie wiek lat szesnastu za cztery bursztynowe noce.
Wciąż czuł się nieswojo czując chłodną dłoń oplatającą się wokół jego własnej. W istocie zapewne ciało chłopca nie było tak zimne, jak wydawało się Umbragenowi, bowiem jego własne ciało miało stałą temperaturę czterdziestu pięciu stopni, przez co dużo mocniej odczuwał chłód. Mógł ogrzewać innych, lecz niestety sam ciężko znosił niskie temperatury. Były po prostu bolesne.
Zamrugał oczami, słysząc kolejne słowo w obcym języku, zaraz po tym jak pozwolił wyjąć z dłoni woreczek z tajemniczymi ziołami. Podejrzewał, że mają one służyć regeneracji, bowiem to własnie substancje o takich właściwościach widocznie są Velyrianowi potrzebne. Poza tym chłopiec podchodził do niego z delikatnością i ostrożnością, co tylko potwierdzało tę teorię. No i zaczął je od razu przygotowywać.
Zapatrzył się w zastanowieniu jak spomiędzy palców Indianina wyskakują iskry, rozpalając niewielkie ognisko. Był zaskoczony, gdyż nie słyszał dotąd, by ludzie mogli kierować żywiołami, a Indianinie bądź co bądź, są ludźmi. Czytał, że współpracują z naturą, czerpią z jej dóbr i oddają jej cześć, lecz był pewien, że nigdzie nie pisano o tym, by sami mogli kierować wiatrem, czy też znikąd wytwarzać ogień. Z większą czujnością więc obserwował ruchy chłopca, zastanawiając się nad tym, czym on właściwie jest. Wciąż natarczywie mu się przyglądał, zginając nogi w kolanach i opierając na nich bezsilnie policzek.
- Mansa - powtórzył cicho, przyswajając sobie imię chłopca, po czym uniósł głowę patrząc na niego w lekko zatrwożonym wyrazie. Przymknął ze smutkiem oczy i wskazał samego siebie słabą dłonią, kręcąc przy tym delikatnie głową. Nie zamierzał dzielić się z obcym swym własnym imieniem, więc postanowił udawać, że go nie ma, lub nie pamięta. Mówienie głośno prawdziwej godności, a nawet tylko jej pierwszego członu było niebezpieczne, bo choć znajdował się tak daleko od domu, wiedział, że i tu mogą dotrzeć ludzie jego ojca. Nie wątpił, że wyznaczono jakąś nagrodę za jego znalezienie i niejeden śmiałek jest skłonny dla niej przekroczyć te i wiele innych, wyższych gór.
Spojrzał przymglonymi oczyma na kubek z zaparzonymi ziołami i uśmiechnął się pod nosem widząc jak chłopiec ostudza napar własnym oddechem. Velyrian sam mógł to zrobić, a myśl, że Mansa postanowił go wyręczyć jakby ten był nieporadnym dzieckiem, napełniła go swego rodzaju nieszkodliwym rozbawieniem. Z tym delikatnym uśmiechem przyjął od ciemnoskórego kubek i przystawił go do ust. Zioła nie były dobre, ale Vel przyzwyczajony był do niesmacznych dań oraz napojów. Mimo, że był dzieckiem królewskim, pod podobnymi względami nigdy go nie rozpieszczano. Miał być świetnym wojownikiem, więc jadł i pił jak wojownik. Dlatego też spożywanie surowego mięsa nie było dla niego niczym odpychającym.
Trzymając w dłoniach powoli popijane zioła, uniósł wzrok na towarzysza. Posłał mu swój ledwie widoczny uśmiech, którym nie zwykł obdarzać kogokolwiek kiedykolwiek. W Iergustalem nikt nie uśmiechał się z ciepłem. Velyrian wiedział, że i jemu zapewne nie idzie to dobrze, lecz przynajmniej uśmiech ten, choć ledwie widoczny, był całkiem szczery. Przyjaźnie nastawiony Indianin, który przyniósł mu ubrania, skóry, posiłek i zioła nie mógł pozostawić Nocnego Elfa obojętnym.
- Diola - szepnął schylając lekko głowę, by chłopiec wiedział, że jest to podziękowanie. Velyrian zapamiętywał dobre uczynki i zawsze należycie się odwdzięczał. Zapamiętał również ten, wiedząc, że gdy przyjdzie czas, zwróci swój dług.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pon Gru 21, 2015 1:37 am

Nie potrzebował tego od elfa, ale krótkie słowo podziękowania i skinienie wdzięczności znaczyło dla Mansy o wiele więcej niż podziękowanie ze strony matki, ojca czy braci z plemienia kiedy Mansa wyręczał ich w jakichś pracach domowych. Taki gest ze strony elfa był czymś, co sprawiło, że serce trzynastolatka przez chwilę się ociepliło jeszcze bardziej i zabiło dwa razy mocniej.
Zmartwiło go jednak to, że młodzieniec nie pamiętał lub nie miał swojego imienia.  Mansa bardzo nie chciał nazywać go obcym, a nadanie nowego imienia powinno zostać poprzedzone jakimś rytuałem. Mansa nie mógł rzucać imionami na prawo i lewo jak gdyby te rosły na drzewach. Imiona identyfikowały osobę, przedmiot lub termin. Wszystko się jakoś nazywało tylko elf...nie.
 
Ciemne brwi Mansy zbiegły się więc na jego twarzy, gdy ten zaczął gorączkowo rozmyślać nad zagadnieniem jakim było imię dla elfa, który właśnie popijał jego herbatę i lśnił jak gwiazdy. Był światłem, a błękit nieba nie mógł się równać z jego jasną czystością. Był piękny i Mansie trudno było odrywać od niego wzrok. Patrzył więc jak niezwykły młodzieniec upija napar z naczynia i jest mu wdzięczny.
  -Lusio? -spytał. Chciał mu nadać imię, a gdyby miał jakieś wybrać -właśnie tym by go nazwał. Światłem.
 Poczekają z rytuałem.
 
Mijały dni, zapasów stopniowo ubywało, a Mansa coraz częściej znikał z nimi w lesie, zaniedbując coraz więcej czasu, który powinien przeznaczyć na naukę w szamańskim namiocie, wiosce czy przy ojcu. Nikomu nic nie mówił. Znikał tylko nad ranem i wracał późnym popołudniem. Nie mówił gdzie był i po co, a gdy ojciec tego od niego wymagał -milczał nawet wtedy. Odchodził, zacierał za sobą ślady i przychodził nakarmić elfa, którego od pewnego czasu nazywał Lusio.
Trwało to siedem wschodów słońca nim wygląd i samopoczucie elfa udało się przywrócić do normy, a ten przestał się trząść i słaniać na nogach. Zazwyczaj, gdy Mansa pojawiał się by przynieść mu jedzenie - próbowali się nawzajem nauczyć pojedynczych słów czy zwrotów w swoim jezyku, ale do normalnej rozmowy było jeszcze daleko. Zamiast tego Mansa rzucał kaczki po jeziorku, budował w lesie szałas dla elfa i mówił mu, których jagód nie powinien jeść. Niektóre Lusio znał, ale pewnych gatunków nie bowiem pochodził z daleka. Mansa więc mówił, które są złe, a które dobre, nazywał je kolorami i ich imionami.
 
Tego dnia Mansa postanowił przynieść mu grzebień. Nie mógł już patrzeć jak piękne białe włosy elfa ciągle się plączą.
  -Aglémayakhiya* -mruknął błagalnie, gdy elf spojrzał się na niego krzywo. Zrobił krok ku niemu, elf krok w tył. Trzynastolatek naburmuszył się lekko i ponownie spróbował się zbliżyć z grzebieniem w dłoni w kierunku młodzieńca. Elf niezmiennie cofał się i uciekał z zasięgu ręki chłopca aż w końcu skończyło się na tym, że Mansa musiał go gonić.
  -Gličú po, ye!** -miauknął z rozbawieniem, gdy przyszło mu biegać za elfem po całej polanie.


*Pozwól mi.
**Wróć tu, proszę!

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pon Gru 21, 2015 12:19 pm

Nie miał nic przeciwko temu, że chłopiec również mu się przygląda. Podejrzewał, że i on nie miał okazji spotkać wcześniej istoty z północy, a jeżeli tak, to tylko przelotnie. Dla Velyriana to młody Indianin wyglądał wyjątkowo, lecz w takim razie jak osobliwie musiał wyglądać on w oczach chłopca, podczas gdy każdy człowiek tegoż plemienia nie wyróżniał się nawet kolorem skóry, oczu, czy włosów. Jeżeli się nie mylił, tylko Mansa miał tak wyjątkowe tęczówki. Jaką więc odmianą musiało być dla niego ujrzenie nastolatka całkowicie spowitego w bieli, gdzie nawet w domu uroda Vela uważana była za wyjątkową. Mieli więc prawo obydwaj się sobie przyglądać i ponieważ nikt im tego nie zabraniał, ani nie próbował przeszkodzić, korzystali ze sposobności.
- Lusio? - znów cicho powtórzył, patrząc się z zastanowieniem w duże oczy chłopca. Nie wiedział co oznacza słowo, którym ten go nazwał, lecz ponieważ brzmiało ładnie, uśmiechnął się na znak zgody. - Quel* - odparł względnie delikatnym tonem, by zaraz znów przystawić do ust kubek. Wypił cały napar, wierząc, że faktycznie jest w stanie przyspieszyć jego regenerację.
Gdy młody Indianin wrócił do wioski, Velyrian po odprowadzeniu go wzrokiem, postanowił ubrać podarowane mu ciuchy. Tutejszy klimat wydawał się być chłodny, choć nie był pewien, czy to przejściowy okres, czy podobny chłód panuje tu nieustannie. Jakkolwiek by nie było, w cienkiej szmacie, którą miał na sobie od kilku miesięcy, było mu zimno. Z uciechą więc przyjął, że może ubrać coś cieplejszego i solidniejszego. Z niekrytą ulgą, której nikt jednak już dostrzec nie mógł, spojrzał na skórzane buty, które wsunął na nogi zaraz po tym jak przywdział ciężkie, wiązane spodnie. Czuł się wręcz nieswojo, gdy jego stopy nie były dłużej narażone na oddziaływanie czynników zewnętrznych, co rodziło szansę, że w końcu naprawdę się wygoją. To w końcu one były najbardziej poszkodowane. Bez pośpiechu zsunął z siebie poszarpany materiał i zastąpił go ciepłym ponczem, na które narzucił podarowane, niedźwiedzie futro z kapturem. Tak odziany stanął nad brzegiem jeziora, przyglądając się swemu odbiciu. Jego chude ciało zostało całkowicie skryte pod grubymi warstwami ubrań, co przyjął z widocznym zadowoleniem. Nie musiał widzieć jak żałośnie wygląda. Był wdzięczny.
Śniady chłopiec wrócił również następnego dnia i zrobił to także w kolejnych. Vel w końcu całkiem oswoił się z jego obecnością, za każdym razem witając chłopięcą buzię własnym uśmiechem. Ze słowem podziękowań na ustach przyjmował od niego jedzenie, które spożywał ze smakiem, rosnąc w siłę i regenerując ciało oraz cały organizm. Po tygodniu od pierwszego spotkania potrafił już stać pewnie na nogach, a jego dłonie nie drżały zupełnie. Ciało wciąż pozostawiało wiele do życzenia, lecz wyglądało zdecydowanie lepiej, a pod oczami nie pojawiały się szarawe kręgi. Czuł się dużo lepiej niż siedem dni temu, a wszystko zawdzięczał Mansie.
Chciał móc lepiej porozumieć się z chłopcem, dlatego też dokładał wszelkich starań, by zrozumieć i zapamiętać każde słowo, którym ten go raczy. Sam również uczył młodszego chłopca, a że ten w istocie ma mniej lat niż Vel, dowiedział się któregoś dnia, gdy na piasku nakreślił liczbę oznaczającą własny wiek. Dzieliły ich trzy lata różnicy, lecz nie przeszkadzało to Velyrianowi. Nie mógł jednak traktować chłopca poważnie, jak równego sobie, bowiem tam skąd pochodzi, on był już dorosły, zaś chłopcy w wieku Mansy wciąż byli dziećmi. Mimo wszystko wiedział, że jego towarzysz nie jest tacy jak jego rówieśnicy. Vel często zakradał się w pobliże wioski i obserwował z zainteresowaniem życie ich mieszkańców. Dostrzegł wtedy, że na synu wodza spoczywa dużo obowiązków i wielu ludzi widocznie na nim polega. Nie potrafił się wtedy nie uśmiechnąć z lekką nostalgią, bowiem to przypomniało mu jego życie na zamku, a także podsunęło myśl, iż w pewnym sensie są do siebie podobni. Obydwaj byli synami władców i od obydwóch dużo wymagano. To sprawiło, że zapałał do chłopca większą sympatią.
Tego dnia, jak każdego innego, czekał na niego siedząc w ciszy przy brzegu jeziorka. Ponieważ był w dużo lepszej kondycji, a także coraz częściej poddawał się medytacji, bez problemu wyczuł obecność chłopca, gdy ten był jeszcze daleko. Obrócił się więc przodem do miejsca, z którego miał przybyć i siedząc tak swobodnie, wypatrywał go. Jak zawsze obdarzył swego towarzysza lekkim uśmiechem, który jednak szybko zszedł, gdy w jego dłoni ujrzał coś, co... Grzebień.
Podniósł się powoli na nogi i skrzywił wyraźnie, wiedząc dobrze do czego służy to narzędzie zła i po co Mansa wziął je ze sobą. Tymczasem Vel wcale nie planował doprowadzać włosów do ładu. Były tak pokołtunione, że rozczesywanie ich musiałoby wiązać się z dużym bólem i równie sporą ilością poświęconego czasu. Velyrian znał ból i dobrze go znosił, lecz nie zamierzał świadomie się na niego narażać, gdy nie musiał tego robić. Wystarczyło mu, że co kilka dni mył włosy w pobliskim oczku wodnym przy pomocy roślin wytwarzających pianę, a potem przeczesywał je niedbale palcami. Nie podobał mu się pomysł Mansy, czego wcale nie ukrywał, a gdy ten się zbliżył, mówiąc słowa, które niewiele Velyrianowi mówiły, cofnął się o krok. Ponieważ chłopiec nie dawał za wygraną, zrobił jeszcze kilka kroków w tył, aż w końcu zaczął biernie uciekać, co zmieniło się w coś... kompletnie głupiego.
Velyrian nie miał pojęcia czemu ta głupota sprawia, że zachciało mu się zaśmiać. Uciekanie przed zdeterminowanym trzynastolatkiem wymachującym grzebieniem wydawało mu się absurdalnie zabawne. Nie rozumiał tego. Przecież cała ta farsa nie miała sensu. Gdyby zaczął się bawić w ten sposób na zamku, otrzymałby chłostę. A teraz mógł biec słuchając skomleń i śmiechu Mansy i nikt nie mógł go powstrzymać ani ukarać. Więc biegł i śmiał się pod nosem.
Był dużo szybszy od chłopca, gdyż elfie ciało ważyło niewiele nawet jak na tę wątłą posturę, na dodatek białowłosy był posiadaczem długich, szybkich nóg. Mansa nie miał więc szans by dogonić swą ofiarę, dopóki ta dość nagle nie zatrzymała się. Chłopiec wpadł prosto w ramiona odwróconego przodem, przystrojonego w nieco szerszy uśmiech Lusio. Szczupłe dłonie ułożyły się na ramionach chłopca, by nieco go od siebie odsunąć a białe tęczówki zajrzały w dwukolorowe. Westchnął krótko i pokręcił ze zrezygnowaniem głową. Złapał Mansę za dłoń, by w ten sposób poprowadzić go z powrotem nad brzeg jeziora, gdzie też usiadł tuż pod nogami młodego Indianina. Wyciągnął długie, gęste włosy spod grubego futra.
- Lusio... - mruknął niegłośno, odwracając jeszcze na chwilę głowę w kierunku chłopca i posłał mu pełne pytania spojrzenie. - Mani naa ta?** - Był ciekaw odkąd to imię zostało mu nadane, lecz dopiero teraz postanowił spytać. Gestykulując starał się dokładniej przekazać o co pyta. Liczył na to, że chłopiec zrozumie.


* Dobrze
** Co to znaczy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pon Gru 21, 2015 1:20 pm


Elf wreszcie był ubrany, a zatem było mu ciepło, co chłopiec przyjął z ulgą. Według niego o wiele lepiej i postawniej młodzieniec prezentował się, gdy było mu ciepło. Skóry i futra południowych zwierząt ładnie kontrastowały z jasnymi włosami i skórą Elfa. Wciąż nie wyglądał jak tutejszy, ale Mansa nie chciał go do nich upodobnić. Elf był wyjątkowy i taki miał pozostać. Skryty przed plemieniem w lesie i bezpieczny.  
Lusio przestał się trząść. Nie wyglądał także już dłużej na słabego. Wyglądał na kogoś, kto nie prowokuje do ataku swoimi wystającymi kośćmi. Jadł dużo, a regenerował siły w zastraszającym tempie. Po dawnych zranieniach nie było praktycznie śladu, ale Mansa uznał, że musiała to być jedna z tajemniczych właściwości bycia magiczną istotą jaką był Elf. Mansa chciał też więcej wiedzieć o rasie Lusio. O istotach takich jak on słuchał jedynie w opowieściach szamanów i ludzi dalej na północy. Nigdy nie czytał nic na ten temat, bo nigdy nie robił tego. Umiał, oczywiście, czytać zwoje z wytycznymi rytuałów, ale było to pismo Indiańskie. Chciał znać międzynarodowy język, odwiedzić ogromne biblioteki na Wschodzie i ujrzeć legendarne piękno Północy. Ale był uwięziony tutaj, ze swoim plemieniem, którym musiałby się zaopiekować gdyby ojciec już do tego nie był zdolny. Zapewne zdarzy się to dopiero za wiele wiele lat od tej pory, ale on musi siedzieć i bezczynnie czekać. Sprawiało to, że w chłopcu rosła niepohamowana irytacja. Zdenerwowanie i złość względem powierzonego mu losu i odpowiedzialności. Był zły na Duchy, że te odebrały mu moc, a później także możliwości. Duchy nie liczyły się z jego wolą i były samolubne.  
Tego wieczoru, gdy wrócił do domu - oddawał się lenistwu, siedząc na brzegu jeziorka znajdującego się nieopodal wioski. Używał mocy i odpędzał od siebie ludzi. W końcu przestali po niego przychodzić czy przynosić mu jedzenie. Siedział tam do następnego ranka, gdy podniósł się i wstąpił do namiotu po jedzenie dla Elfa. Później znowu zniknął w lesie i wrócił późnym wieczorem. Ojciec nie miał jak go ukarać, gdyż wyruszył z ważną sprawą do innej wioski plemiennej.  
  -Mansa, nie możesz tak sobie po prostu wychodzić i wracać kiedy ci się żywnie podoba! -zganiła go matka, trzaskając szmatką o wiadro z wodą. 
  -Mogę. Już umiem być wodzem! Nauczyłem się tego! Nie muszę siedzieć tu z wami i codziennie oglądać jak robicie to samo! -cedził w rozżaleniu. Na tym skończyła się dyskusja między nim, a matką, gdy chłopiec postanowił zniknąć w namiocie.  
 Następnego dnia pojawił się u Elfa z grzebieniem i zaczął biegać za nim z przedmiotem, postanawiając sobie, że w końcu uczesze Lusio i rozplącze jego białe włosy. Ten jednak nie podzielał jego dobrych chęci i nie miał zamiaru współpracować, co w tego skutku przerodziło się w dziką gonitwę po całej polanie, której finał Mansa spotkał w ramionach wyższego młodzieńca. 
Pachniał skórami, które na sobie miał, a jednak Mansa wiedział, że to nie ten sam zapach co nosi on sam. Nim jednak zdołał dostrzec różnicę między nimi - został odsunięty na niewielką odległość od Elfa, który zajrzał mu w oczy i najwyraźniej dał za wygraną.
  
Mansa został skierowany ku brzegowi jeziorka, a gdy młodzieniec usiadł u jego stóp, poddając się jego opiece - chłopiec delikatnie się uśmiechnął, rozweselony tym. Usiadł za nim i z początku przeczesał splątane włosy jedynie palcami. Z ust Lusio padło pytanie w obcym języku, ale w końcu Mansa już nieco lepiej rozumiał, co ten czasami próbował mu przekazać. Więc tym razem także domyślił się, o co ten może pytać.
Przez chwilę się zastanawiał jak wyjaśnić młodzieńcowi pojęcie światła, którym jest, gdy w końcu postanowił, jak to zrobi.  
Delikatnie zmusił Elfa, by ten odchylił głowę i spojrzał w górę. Zasłonił mu oczy własnymi dłońmi, tak by pojawiło się przed oczami stworzenia kontrastujące światło tuż po ich odsłonięciu.  
  -Anpetu wi* -mruknął. -Anpetu mahpiya na wichahpi** -dodał jeszcze po chwili.  
Zabrał się za rozczesywanie splątanych włosów Elfa, najdelikatniej jak tylko się dało i próbując nie sprawiać mu bólu. Trwało to więc długo zanim włosy były już całkowicie gładkie i rozczesane, pozbawione kołtunów i jeszcze piękniejsze niż na początku chłopcu się wydawało. Były też przyjemne w dotyku. Puszyste jak pierze gęsi i tak samo gładkie. 

*Jak słońce.
**Jak niebo i gwiazdy.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Sty 10, 2016 2:07 am

Velyrian nie bez pewnych obaw poddał się działaniom młodszego chłopca, który za cel obrał sobie doprowadzanie długich, splątanych włosów do ładu. Nie było jednakże widoczne to, iż nie czuje się komfortowo siedząc tyłem do drugiej osoby oraz zdając się całkiem na niego. Elf potrafił zachowywać pozory i choć mimowolnie był lekko spięty, a także nieustannie nienagannie czujny, wydawał się emanować swobodną beztroską. Siedząc ze skrzyżowanymi nogami i wpatrując się w delikatnie falującą taflę jeziora, pozwolił swemu towarzyszowi swobodnie działać. W międzyczasie czekał na odpowiedź, bo choć do tej pory nie poruszył tego tematu, wolałby mieć świadomość tego co oznacza słowo, którym się go określa. Był pewien, że nie jest to nic negatywnego, ciekawość jednak nakazywała dopytać o szczegóły, nawet jeżeli Vel nie miał zamiaru przywiązywać się do nowego imienia. Nie sądził, by miał zostać w tym miejscu zbyt długo i podejrzewał, iż Mansa będzie jedyną osobą, która kiedykolwiek zwróciła się do niego "Lusio". Nadal jednak chciał wiedzieć i nie zmieniło się to, mimo że miał świadomość tego, że podobne informacje sprawić mogą, iż zbyt mocno zacznie utożsamiać się z imieniem, które przecież wcale do niego nie należy. A mimo wszystko, nie mógł zapomnieć o własnej tożsamości, którą identyfikowało prawdziwe imię. W zasadzie, choć miał wiele zastrzeżeń względem swego rodu, wcale nie chciał zapominać, że do niego należy. Nie chciał przestać być Velyrianem, próbował po prostu ukierunkować swe życie w sposób mocno odległy od tego, którym kierowali się jego współbratymcy.
Gdy poczuł lekkie pociągnięcie, ze zrozumieniem delikatnie odchylił głowę powodując, że jego wzrok zetknął się z błękitnym niebem, dopóki i te nie zostało mu przysłonięte dłońmi chłopca. Fuin*. Chłopiec dość szybko zabrał dłonie, a Velyrian delikatnie się uśmiechnął. Kalma**. Jeżeli dobrze zrozumiał, nie mógł mieć żadnych zastrzeżeń co do swojego tymczasowego imienia, a nawet był w stanie zrozumieć skąd pomysł, by to właśnie ta nazwa została mu przypisana. W końcu wiedział, że biel kojarzy się ze światłem, a on przecież niemal cały był nią spowity. Z rozbawieniem spostrzegł jakże ironiczne wydaje się to być. Mroczny Elf nazwany Światłem, nie mógł się nie zaśmiać. Ale śmiech jego nie był złośliwy, a całkiem swobodny i przyjemny dla ucha. Towarzyszyła mu wesołość, której źródłem niemalże nigdy nie bywał Vel. Przez ostatni tydzień uśmiechał się więcej niż miał okazję podczas trwania całego swego dotychczasowego życia. Obecność Mansy sprzyjała mu i cieszył się mogąc zaznać nieco pozytywnych emocji.
Westchnął z miarowym uśmiechem, znów opuszczając głowę, by zapatrzyć się w wodę i w chwilowej ciszy pozwolił chłopcu dalej rozczesywać jego piękne, długie włosy. W którymś momencie uniósł wzrok w przestrzeń i wysilając nieco zmysłów sprawił, iż w jej miejsce pojawił się skrawek ciemnego nieba ustrojonego milionem mocno świecących gwiazd. Wyciągnął rękę, wskazując palcem jedną z nich.
- Elen - podzielił się z towarzyszom kolejnym słowem obecnym w języku elfickim, przy okazji rozmowy o świetle. Wolnym ruchem przesunął dłonią, wskazując cały obszar iluzji. - Elorond. - Iluzja zniknęła a palec Velyriana wskazał na poranne niebo. - Vilya. - Oparł się na dłoniach, by wygodniej usiąść. W miejscu poprzedniej iluzji przez chwilę pojawiło się mocne światło, które zaraz także zniknęło. - Kalma.
Przymknął oczy, by zamilknąwszy pozwolić chłopcu przyswoić nową wiedzę. Zastanawiał się, czy dobrze zrobił pokazując część swej mocy obcemu. Nie chciał w końcu odkrywać zbyt wielu kart wiedząc, że może być to niebezpieczne. Z każdym dniem jednak coraz bardziej ufał dziecku, a spędzając z nim czas pragnął, by mógł robić to dłużej. Dzięki swym niewinnym iluzjom, na które teraz miał wystarczająco dużo sił, mogli w prostszy i szybszy sposób się porozumieć, przyspieszając również naukę obcego języka. Wierzył, że Mansa nie wykorzysta swojej wiedzy w zły sposób, a nie wiedząc nic o jego rodzie, nie dowie się poprzez tę demonstrację kim w rzeczywistości jest Vel. Podjął więc to niewielkie ryzyko, chcąc zyskać możliwość lepszej komunikacji z jedyną osobą, która dotąd była dla niego tak długo i bezinteresownie życzliwa.


* Ciemność
** Światło
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Nie Sty 10, 2016 4:25 am

Czesał włosy młodzieńca z niespotykaną nigdy u nikogo w tak młodym wieku dbałością  i opanowaniem. Mansa jak każdy trzynastoletni chłopiec powinien biegać, nie ważyć swojej siły, robić wszystko niezdarnie i  bez wyczucia. Jak stające na nogi jagnię - tak poruszali się w swojej egzystencji młodzi ludzie. Mansa był inny. Czasami wydawało mu się jakby urodził się już dojrzały, nawykły do spoglądania na świat krytycznym okiem, znosząc dzielnie jego trudności i nie skarżąc się na nie, zupełnie jakby zdawał sobie sprawę z tego, że na to wszystko zasługuje. Oczywiście, wciąż sprawiał wrażenie ufnego i niewinnego dziecka. Zupełnie mylnie jednak przypisywano chłopcu naiwność  bowiem jedno spojrzenie w jego oczy dostarczało zupełnie innego poświadczenia o życiu chłopca. Jego oczy były poważne, otoczone złowrogimi cieniami, być może wydające się nieco drapieżnymi przez różnorodność ich w stosunku do siebie.  Dzieciństwo w plemieniu i tak nie trwało długo, ale Mansa został wydarty spomiędzy szponów beztroski w tym samym momencie, gdy został wyjęty z łona matki. Przez kilka lat żyłby może w tym samym błędzie co ludzie, którzy widzą w nim dziecko niewinne, ale później i tak dzieciństwo zostałoby mu odebrane. Wtedy, gdy zaczęto by go obwiniać o śmierć brata, wygnanie drugiego oraz  powolną agonię sióstr.
 
Elf roześmiał sie perliście, gdy zrozumiał czym właściwie był dla Mansy. Chłopiec jedynie uśmiechnął się blado na dźwięk wesołości Lusio, bo wciąż czekał w gotowości aż znowu będzie mógł dostać go z powrotem w swoje ręce i czesać dalej. Dotykać jego włosów i cieszyć się tym spokojem. Dawało mu to też uczucie jakiegoś ciepła, odczuwanego wewnątrz siebie, ale którego źródła nie znał. Powietrze było zimne, a Mansa miał wrażenie, że nie robi to na nim wrażenia, gdy czuję jak właśnie to ciepło rozchodzi się w jego środku.
 
Gdy tylko chłopak mu na to pozwolił, zaczął ponownie przeczesywać włosy, muskając palcami bladą szyję i delikatną skórę za uchem Lusio. Wtedy też chłopak po raz pierwszy pokazał mu działanie swojej magii, a Mansa mógł w tamtej chwili jedynie patrzyć oczarowaniem na te jakże zdradliwe iluzje. Zamiast odczuwać większy dystans i nieufność , Mansa jedynie coraz bardziej zaczynał żywić wobec starszego młodzieńca ogromny podziw i fascynację.
W jego oczach błysnęły iskierki zaciekawienia, gdy w jednej chwili pojawiła się następna iluzja.
Nieco oślepiające światło zmusiło Mansę do przymrużenia oczu. Po chwili jednak iluzja zniknęła.
Młody Indianin przyjął koniec pokazu z niejakim zawodem, gdyż był ciekaw, co jeszcze taki Elf może mu pokazać. Był pewien, że Lusio miał ogromną moc. Emanował nią, a Mansa czuł tę aurę jak obecność Duchów, gdy znajdował się w namiocie szamana. Podczas, gdy jednak przebywanie tak blisko obcych Duchów wywoływało w Mansie niepokój i mdłości, tak uczucie towarzyszące kontaktowi z Lusio...było zupełnie inne. Było przyjemne. Mansa był pewien, że tak właśnie czułby się przed obliczem Duchów, które byłyby zadowolone z jego obecności.
 
Wiatr zawiał ostrzegawczo jeszcze zanim wyszli na polanę. Mansa dźwignął się błyskawicznie na równe nogi i niedługą chwilę później, kilka postaci wyszło z lasu. Byli uzbrojeni, ale i zaskoczeni. Zapewne widokiem Elfa. Najbardziej dziwiło Manse jednak to, że ośmielili się przyjść tu wyposażeni we włócznie i sztylety. Młody Indianin był nieomal od obnażenia w swej wrogości zębów, ale pozwolił sobie jedynie na krótkie warknięcie.
  -Hé até é* -mruknął do Lusio, próbując zabrzmieć przy tym na tyle uspokajająca, na tyle na ile mógł sobie pozwolić, gdy tak kipiał ze złości.

Grupa mężczyzn poczęła się zbliżać ku nim, a mięśnie w drobnym ciele Indianina napinały się coraz mocniej z każdym ich krokiem. Jego ojciec z pewnością nie pochwali jego zachowania. Ani tego, że zabierał zapasy, ani tego, że ukrywał przed plemieniem Elfa. 


To mój ojciec.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Wto Sty 19, 2016 4:55 pm

Chłopiec był delikatny, więc Velyrian w ciszy pozwalał mu kontynuować swoje zajęcie. Właściwie zaczął nawet doceniać staranie Mansy w związku z tym, by śnieżnobiałe elfie włosy odzyskały swój pierwotny wygląd i raz jeszcze poczęły zachwycać swą miękkością, długością oraz blaskiem. Gdy mieszkał w zamku jego włosy zawsze były piękne. Jego ciało, cera, paznokcie i wszystko inne również. Był wojownikiem, lecz nawet mimo to musiał zachować dostojny wygląd godny syna królewskiego. Dużo ludzi dbało o to, by pomimo ciężkich treningów i niezliczonej ilości ran, zachował swój eteryczny wygląd. Dopóki nie zaczął nabierać męskich rys, gdy zakrył dobrze wyrzeźbione mięśnie, często mylono go z siostrą. Dopiero, gdy był w wieku Mansy, jego ciało poczęło się mocno zmieniać i nabierać indywidualnych cech. Delikatnie fioletowe tęczówki całkiem zbielały, podobnie jak fioletowawa skóra. Wtedy nie można było już dłużej mylić go z nikim innym. Rysy jego twarzy również się wyostrzyły, a szczęka wyraźnie zaznaczyła. Velyrian zaczynał być mężczyzną, co teraz, gdy osiągnął pełnoletniość było widoczne nawet kiedy stał się tak wychudzony.
Wyczuł to już jakiś czas temu, niedługo przed tym jak jego towarzysz przerwał swoją czynność i wstał. Na ustach Lusio zagościł jedynie słaby uśmiech wywołany pewnym spostrzeżeniem. Młody Indianin miał bardzo dobre zmysły. Oczywiście Elf zauważył to już wcześniej, lecz teraz zrozumiał na jakim poziomie one stoją. Sam, choć do pełni sił wiele mu brakowało, wciąż potrafił wyczuć czyjąś obecność z nienagannie dużej odległości. Wychodziło mu to lepiej, gdy był całkiem zdrów, lecz i teraz radził sobie bardzo dobrze, a młodszy chłopiec dorównywał mu, biorąc pod uwagę różnicę wieku. To utwierdziło go w przekonaniu, że Mansa wyrośnie na silnego człowieka. Już teraz taki był. Jego ukryte zdolności i nierozwinięta jeszcze siła były wyraźnie widoczne dzięki aurze, która chłopca otaczała. Vel mógł ją dostrzec, gdy na dłużej zawieszał wzrok na młodym chłopcu. Gdy zaś zaglądał w jego oczy, widział dużo więcej, dużo ciekawszych rzeczy. Mansa był intrygującym chłopcem.
Również się podniósł, choć zrobił to wolniej niż trzynastolatek. Nim postaci wyłoniły się z lasu, zdążył postawić iluzję. Iluzję złożoną z tego co widniało przed nim. Dzięki temu był po prostu niewidoczny. Jego spokój zburzyło jednak niespodziewane odkrycie. Nieproszonych gości była czwórka, nie trójka, zaś on mógł zwieść jedynie trzech z nich. Marszcząc brwi, rozwiał iluzję, powstrzymując skrzywienie na myśl o tym, że jego zmysły zawiodły. To pokazywało jak osłabiony jeszcze jest. Musi trenować intensywniej, by szybciej wrócić do siebie i móc dalej rozwijać. Ale żeby to mogło się stać, nikt nie ma prawa mu przeszkodzić, a wiedział, że Indianinie, którzy pojawili się przed nimi, nie będą zadowoleni z obecności Mrocznego Elfa. Wiedział również kim był wysoki człowiek na czele grupki i wcale nie musiał rozumieć co mówi do niego nastroszony Mansa. Swoją drogą, choć przez chwilę pojawił się cień wątpliwości, jedno spojrzenie na młodego chłopca wystarczyło, by Vel wiedział, że to nie on ich sprowadził. Ufał chłopcu bardziej niż innym, nie chciał więc ulec swej podejrzliwej naturze i dalej rozmyślać, czy ten aby nie udaje swej tymczasowej wrogości wobec członków plemienia.
Postanowił zachować spokój. Czwórka ludzi nie powinna stanowić dla niego żadnego problemu, lecz nie chciał podejmować pochopnych działań. Właśnie ze względu na to, że to jego ojciec. Nie chciał zabić osoby, po której utracie Mansa mógłby cierpieć. Nie wiedział jeszcze dlaczego tak jest, ale czuł, że postępuje dobrze. W przeciwieństwie do reszty swego rodu, miał w sobie jakieś pokłady empatii i instynkt do odróżniania złego, od tego co dobre. Wciąż musiał nad nim pracować i małymi kroczkami kształtować swą moralność, lecz szło mu to dobrze i w zestawieniu z innymi przedstawicielami swej rasy, już teraz był niczym dobrotliwy anioł.
Czekał i tylko zaskakujący, wyważony spokój, czujny wzrok oraz nic niewyrażająca twarz wskazywały na to jak niebezpiecznym może być stworzeniem. Niebezpiecznym i czujnym, przyszykowanym do ataku lub samoobrony. Jego dłonie swobodnie wisiały wzdłuż ciała, nie pokazując jak blisko palce jednej z nich mają do ukrytego pod ubraniem sztyletu. Vel liczył na rozsądek tubylców. Jeżeli zobaczy jakikolwiek niepokojący ruch, nie będzie potrzebował nawet sekundy, by zareagować. Jednak mimo, że był świadom swojej własnej siły, wciąż nie lekceważył obcych. Jeżeli Mansa miał zdolności pozwalające mu kontrolować żywioły, któryś z tych starszych Indian również mógł posiadać indywidualne umiejętności mogące zaskoczyć Nocne Stworzenie.
Gdy zaczęli zbliżać się zbyt mocno, zmrużył ostrzegawczo oczy. W krótkiej chwili przed oczami trójki z nich pojawił się duży, biały wilk jakie spotkać można w Iergustalemskich lasach. Szczerzył swe ostre kły, nie pozwalając zbliżyć się bardziej. Vel wiedział, że jeśli wódz się zatrzyma, reszta zrobi to samo. Nie forsował się więc zbyt mocno, by próbować przenieść iluzję także na czwartego przybysza. Na tę chwilę nie miał tylu sił.
- Ron* - mówiąc do Mansy stojącego obok, nie wiedzącego, że między nim a ojcem znajduje się cokolwiek prócz powietrza, skinął głową na przybyszów. - Kelre** - mruknął z powagą w oczach, machnąwszy dłonią w przeciwnym kierunku, by pokazać czego żąda. Jego spojrzenie pokazywało jak bardzo nie jest zadowolony z obecności Indian. Pokazywało również, że chce dobrze, dlatego jeszcze używa słów i nie podejmuje żadnych radykalnych kroków. Nawet jego wilk wciąż stał, nie rzucając się na żadnego z ludzi. Nie zrobi tego, póki ci sami nie dopuszczą się przemocy, bądź póki bardziej się nie zbliżą. Biła od niego wrodzona władczość i ta część charakteru, która wzbudzała respekt oraz szacunek. Patrząc na niego widziało się siłę i czuło zagrożenie. Indianie nie wiedzieli jak wychudzony jest pod ubraniami, nie wiedzieli, że długo głodował i wciąż jest osłabiony. Widzieli wysokiego młodzieńca, którego oczy mówiły, że śmierć nie jest mu obca, a postawa wskazywała, że sam już nieraz był jej wysłannikiem. Mansa również mógł to dostrzec. Vel mógł zabić. Mógł zaatakować. Mógł choćby przyzwać swe cieniste sługi tak jak zrobił to wtedy, w spiżarni. Ale nie robił nic. Ostrzegał. Szukał w chłopcu pomocy, dzięki której nie dojdzie do rozlewu krwi. Oczekiwał, że ją znajdzie i albo mężczyźni odejdą, albo pozwolą zrobić to jemu.


* Oni
** Niech odejdą
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Sro Sty 20, 2016 12:28 am

Podczas, gdy wyczuł zmianę w aurze Elfa, kiedy ten począł manewrować swoim otoczeniem i magią sączącą się z jego ciała - w Mansie wzbierała wściekłość. Im gwałtowniejsza i bardziej rozogniona ta emocja była - tym wiatr wokół nich mocniej rozbijał się o taflę wody, kamienie, drzewa, liście i postaci znajdujące się na otwartej przestrzeni polany. Jego ojca nie powinno tu być, bo przecież starannie zacierał za sobą ślady. Musiał węszyć tutaj już od pewnego czasu. Czyżby Mansa tego nie wyczuł? Nie wyczuł jak ktoś kręci się wokół nich? Nie. Z pewnością coś przegapił po drodze, gdy się tu wybierał. Jego ojciec był wprawionym myśliwym, groźnym wojownikiem i jeszcze niebezpieczniejszym tropicielem. Był też zwinny, szybki i silny jak na swój wiek. Jedno mrugnięcie okiem, ułamek sekundy wystarczył, by mężczyzna wyjął zza pleców łuk, nałożył strzałę na cięciwę i wystrzelił. Wątpił, by jednak nawet  Nashoba, Pikujący Orzeł  sprostał ciemnomagicznym zdolnościom Elfa.  
Jakaś cząstka Mansy zawsze podziwiała ojca, inna zaś miała mu za złe cały los, który zgotowało mu przeznaczenie bycia synem wodza. Tym konkretnym trzecim synem. Tym odmieńcem, którego nawet ojciec nie omieszkał tak czasami nazywać.

Stary Indianin nakazał gestem dłoni, by reszta się zatrzymała. Sam zrobił jeszcze kilka ostrożnych kroków, gdy Elf się odezwał. Mansa doskonale zrozumiał co ten mówi, a wnioskując po zdezorientowaniu i przerażeniu jawiącym się w oczach wojowników z plemienia - najwyraźniej Elf nie miał zamiaru poprzestać na pustych groźbach w postaci iluzji. Jego ostrzeżenie należało potraktować poważnie. Jednak Mansa nie miał już pojęcia, po której stronie w tym momencie stał.

Zerknął badawczo na Lusio, ponownie na ojca i także na każdego wojownika po kolei.
  -Czego chcesz? -zawołał do ojca. Ten drgnął na dźwięk takiego tonu, jego brwi zbiegły się delikatnie, a klanowe tatuaże wydawały się sczernieć od jego gniewu.
  -Wracamy do domu -powiedział ostro, jednak jednocześnie zerkając z jakimś popłochem na Elfa. -Nie jesteś tu bezpieczny.
Mansa rozluźnił mięśnie, wyprostował nogi w kolanach i postanowił odpuścić sobie pozycje bojowe. Nie jest w końcu żadnym wojownikiem. Na pewno nie takim, który polegał na swojej sile fizycznej.
Wiatr się uspokoił jednak tym razem - wiatr przestał wiać w ogóle. Zapanowało wokół coś na kształt ciszy przed burzą, gdy powietrze staje się ciężkie od wyładowań.
  -Błąd -warknął wrogo. -To ty nie jesteś tu bezpieczny -dodał i uniósł z znacznym zirytowaniu wargę, chcąc okazać ojcu całkowity juz brak szacunku. Był od niego silniejszy. Był ponieważ miał po swojej stronie los, który nie pozwoli mu umrzeć. Może robić co chce, a ten stary mężczyzna nawet nie byłby w stanie mu zagrozić.
  -Odwróć się i ruszaj z powrotem w stronę wioski -nakazał. Wściekłość jego ojca, mimo jego niewzruszonego niemal oblicza rosła z każdą sekundą.  -Nigdy więcej tutaj nie przychodź.

Mansa nareszcie osiągnął to co chciał - Nashoba w mgnieniu oka sięgnął w swym ślepym gniewie za łuk. Refleks chłopca był o tyle wyostrzony iż wiedział, że to właśnie wyprowadzi ojca z równowagi.

Drewniana strzała wyjęta z kołczanu w mgnieniu oka stanęła w ogniu, gdy zetknęła się już z cięciwą - gotowa do wystrzału. W oczach Nashoby pojawiła się dzika frustracja, gdy wypuścił z rąk żarzący się przedmiot.
To był kolejny błąd Indianina. Trawa wokół stóp Indian zajęła się ogniem, a gdy ci spróbowali uskoczyć choć w bok - ogień podążał wiernie ich śladem.
Gdy jednak Mansa zmęczył się już obserwowaniem umykających żywiołowi wojowników - pozostawił pożogę samą sobie, by ta w spokoju zaogniła się gdzieniegdzie mocniej, powodując niegroźny pożar, a gdzieniegdzie zupełnie już gasnąc. Udało mu się przegonić Indian na skraj lasu. Trzej mężczyźni puścili się biegiem przez knieje, by czym prędzej zejść mu z oczu. Jedynie Nashoba nieznacznie czerniejący popiołem na swoim ubraniu, które w niektórych miejscach zajęło się jakimś ugaszonym już płomieniem, przystanął na skraju polany, mierząc Mansę nieprzeniknionym spojrzeniem.

Mansa patrzył jak ten znika w lesie, by w końcu po chwili  spojrzeć na Elfa. Nie ufał mu, dlatego podjął tak drastyczne kroki ocalenia pobratymców. Wiedział, ze jego ojciec się nie wycofa, jeżeli Mansa nie wypadnie przy tym  tak przekonująco. Nie mógł pozwolić na to, by Elf zrobił krzywdę jego ojcu. Pozbył się go dla jego własnego dobra.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Wto Lut 02, 2016 1:19 am

Przysłuchiwał się w ciszy rozmowie, choć niewiele zrozumiał ze słów, które padły między dwójką spokrewnionych ludzi - trzynastoletniego chłopca i doświadczonego, starszego wodza. Wiedział za to, że wspomniane słowa nie miały posłużyć pojednaniu; były pełne wrogości i dało się to wyczuć także w powietrzu. Aury wszystkich zebranych były gęste, pełne negatywnych emocji i strachu. Vel wiedział, że i trzynastolatek nie jest go pozbawiony, co wydawało się w zasadzie oczywiste. Chłopiec mimo swoich predyspozycji, był tylko dzieckiem, które powinno pozostać pod opieką ojca i matki, słuchać się ich oraz żyć w sposób, który oni narzucą. Ale to nie zawsze było dobre, o czym Velyrian sam wiedział najlepiej. Z drugiej strony spoufalanie się z obcymi kosztem dobrych, czy choćby przyzwoitych relacji z rodziną, wydawało się mało rozsądne. Jednak Elf nie spodziewał się więcej po trzynastolatku, szczególnie takim, który żyje wśród osób nie posiadających tak daleko rozwiniętej natury spiskującej jak pobratymcy białowłosego. Czekał więc na rozwój wydarzeń, nie wtrącając się, czuł jednakże, że sprawa została już przesądzona. Wódz nie zamierzał ustąpić, był rozjuszony i pełen wrogości.
Czujność szesnastolatka nie spadła nawet na moment, dlatego też jego reakcja na wyciągniętą strzałę była natychmiastowa. Sprowokowany biały wilk rzucił się pędem przed siebie w momencie, w którym mężczyzna wykonał ten nierozsądny ruch. Wszystko działo się zbyt szybko, by Vel mógł powstrzymać się w porę, a zrobiłby to, gdyby istniała taka możliwość. W końcu wystarczyły działania Mansy. Gdy jednak zorientował się w sytuacji, jedyne co mu pozostało, to załagodzenie ataku zwierzęcia, który w momencie zajęcia się strzały ogniem, skakał już do krtani Indianina. Jedynym co ucierpiało ostatecznie, było jego ramię, w moment pokrywające się szkarłatną krwią. Indianinie, w tym także Mansa, mogli przekonać się, że iluzja nie była jedynie iluzją, ani zwykłą magią. Vel nie był zadowolony z tego co się stało. Gdyby zareagował później, obeszłoby się bez poważnych ran. Nie miał jednakże niepotrzebnych wyrzutów; wódz popełnił błąd, a młody książę zareagował tak jak powinien. Rana, którą zadał nie należała do poważnych.
Patrzył nieodgadnionym wzrokiem na to, co działo się przed nim. Wiedział, że ogień jest sprawką Mansy i z niewzruszoną miną obserwował bezwzględność chłopca wobec własnego ojca. W pewnym momencie przeniósł na niego swój wzrok, nie robiąc tego samego z głową. Kątem oka patrzył na niższego chłopca, nie wyglądając na usatysfakcjonowanego. Wręcz przeciwnie. Gdy jego spojrzenie zostało odwzajemnione, Mansa przez chwilę mógł ujrzeć ten wyraz. Zimne spojrzenie Umbragena stojącego przed swym wrogiem, mającym za chwilę leżeć martwo u jego stóp. Złagodniało jednak natychmiast po tym jak ujrzało ciemne tęczówki. Zupełnie, jakby nigdy się nie pojawiło.
Vel wiedział. Mansa chronił swojego ojca, nie ufając temu, który stał obecnie u jego boku. Trzynastolatek jednak nie był tak naiwnym chłopcem, za jakiego brał go Elf. Na jego nieszczęście, on również nie był naiwny i doskonale wiedział co kryje się za tym zbyt gwałtownym buntem. Cóż, to było rozsądne posunięcie. Gdyby nie ono, wilk zaatakowałby krtań i to z dużo większą żądzą mordu, co mogłoby skończyć się rychłą śmiercią wodza. Lub późniejszą, w następstwie głębokiej rany.
Posłał chłopcu lekki uśmiech, by po chwili ująć w dłoń jego nadgarstek i skierować swe kroki w stronę przeciwną niż ta, którą obrali nieproszeni goście.
- Vanta* - skinął głową pokazując ścieżkę przed nimi i niespiesznie, lekkim krokiem posuwał się naprzód, dopiero po dłuższej chwili puszczając delikatną dłoń chłopca. Gdy to zrobił, byli już w mocno zarośniętym miejscu, gdzie do tej pory pomieszkiwał Elf. Mieściły się tu podarowane pierwszego dnia skóry, rozłożone wzdłuż niewielkiego skrawka ziemi, na którym nie rosły bluszcze i krzewy otaczające je zewsząd. Wyglądało to na sprawkę osób trzecich. Sztylet Velyriana był w końcu bardzo ostry.
Ze swobodą opadł na ziemię, ciągnąc za sobą chłopca. Po chwili całkiem się położył, ostatecznie zatrzymując spojrzenie białych oczu na Mansie. Posłał mu nieszkodliwy, pokrzepiający uśmiech. Miejsce, w którym się znaleźli było odcięte od świata. Sprzyjało wyciszeniu, uspokojeniu nerwów. Było także bezpieczne. Dla Velyriana. Dla Mansy - niekoniecznie.


* Spacer
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Czw Lut 04, 2016 3:12 am

Pozwolił się pociągnąć Elfowi w ustronne miejsce, po raz kolejny bezbłędnie rozumiejąc co ten ma na myśli. Miał wrażenie, że coraz lepiej idzie im nauka swoich języków przy czym elficki szedł mu chyba lepiej niż lakocki jego towarzyszowi. Ale mógł się mylić. Wiele tak naprawdę nie rozmawiali. Więcej się bawili i poznawali nawzajem, siedząc obok siebie całymi godzinami. Uczyli siebie nawzajem, ale nigdy zbyt zawzięcie nie wykorzystywali swoich nabytych umiejętności języka. Do tej pory – Mansa nie użył ani razu języka elfickiego, by zbudować zdanie.
   -Chcę iść z tobą –powiedział, używając mowy Lusio. Spojrzał nieustępliwie w jego ślepia. Nastało pomiędzy nimi milczenie, a Mansa doskonale wiedział, że drugi z nich zrozumiał pierwszego. Mansa także domyślił się tego, że Lusio nie ma zamiaru zostać tu już dłużej. Dlatego właśnie miał zamiar iść za nim.

Nie spodziewał się jednak tak kategorycznej odmowy. Lusio nie dość, że nie pozwolił mu iść ze sobą to jeszcze niespodziewanie zbiegł ze swojego miejsca zamieszkania, gdy tylko Indianin poszedł po swoje rzeczy do wioski w nocy.
Nie sprawiło mu jednak problemu wytropienie Lusio. Miał też pewne wątpliwości, by ten w ogóle zacierał za sobą ślady, gdy uparcie zmierzał dalej na południe. Mansa poszedł za nim i dogonił go po kilku godzinach. Wtedy udało mu się przekonać Elfa, by ten pozwolił mu się ze sobą wybrać.

***

Szli przez najwyższe góry, by dostać się na drugą stronę kontynentu i odkryć ziemie cieplejsze i dziksze lecz nie młodsze nawet niż te na północy. Dalekie południe miało także swój niewątpliwy urok. Niektórym widokom, które nie ruszały aż tak bardzo Lusio, nie mógł się nadziwić Mansa. Ledwo powstrzymał się przed niemruganiem, gdy widział porty rybackie, niektórych ludzi –jasnoskórych, ale nie aż tak jasnych niemal białych jak Lusio. Większość wyglądała normalnie. Mansa jednak wyczuwał w nich silne aury. Magia. Ludzie, którzy byli magiczni.
Dalej, gdy posuwali się w głąb lądu –Mansa widział także stwory i stwory prowadzone na smyczy przez inne stwory. Osobliwe wydało się to nawet Elfowi.
Czasami musieli się także ukrywać i było to o wiele częstsze, gdy znajdowali się właśnie w samym środku lądu. Podchodzili do morza, na wschód i wtapiali się w tłum, nasuwając na głowy kaptury lub okrywając się całkowicie płaszczami. Chroniły one przed deszczem, zimnem, gorącem oraz ciekawskimi spojrzeniami.

Podróżowali po kontynencie długo lecz Mansa nie mógł określić, ile dokładnie. Pory termiczne roku wydawały się tu aż tak znacznie nie zmieniać. Panował niemal wieczny schyłek jesieni, gdy temperatura była najbardziej zmienna. Mansa doszedł w końcu do wniosku, że podróżowali wiele księżyców. Mógł to być cały rok i jak się okazało – był.

Niegdyś Mansa dosięgał ledwie do połowy ramienia wysokiego Elfa. Teraz ta różnica była mniejsza. Indianin wydoroślał, urósł całe trzy cale, a jego głos był mu coraz bardziej obcy. I skoro o głosie mowa – Lusio i Mansa zaczęli niedługo po tym jak przeprawili się przez góry rozmawiać. Rozmawiali jednak już całkowicie swobodnie w języku elfickim. Mansa stawał się w oczach Lusio nie tylko dzieckiem, ale też godnym uwagi rozmówcą, towarzyszem. Często się wygłupiali – oczywiście, ale więcej jedynie rozmawiali.  Poznawali siebie, a w końcu nawet, pewnego dnia – Lusio opowiedział o krainie Elfów. Opowiedział o fazach roku, dwunastu łącznie, podczas których niebo ponad krainą mieniło się kolorami zależnymi od każdej nowej kwadry. Mansa słuchał o tym, z niesamowitą gorliwością czerpiąc informacje o nieznanym lądzie, z którego pochodził przyjaciel. Potem zaś Elf mówił o wiecznej nocy, jedynym słońcu w roku i niezmienności letniej temperatury. Ciekawski Mansa chłonął informacje swym głodnym wiedzy umysłem dziecka.

W jedenastym księżycu ich wyprawy – z powrotem dotarli do gór. Rozpoczynał się jednak niedogodny czas dla górskiej wspinaczki. Osiedli więc w nieodległej wiosce, zamieszkawszy w domu na farmie u pasterza owiec. Mężczyzna nie miał silnej aury, a zatem nie posiadał żadnych wyjątkowych zdolności magicznych – zdaniem Lusio, bo Mansa zaś dostrzegał magię w każdej czynności pasterza, w każdej jego porannej rutynie, w każdym nieznanym wcześniej Indianinowi obrządku. Nawet w tym jak mężczyzna zajmował się gospodarstwem, zwierzętami i córkami, z którymi samotnie mieszkał w gospodarstwie.
Kobiety były z początku przerażone widokiem obcych, a zwłaszcza rasą, jaką reprezentował Lusio. Był Mrocznym Elfem, a te nie były mile widziane nigdzie, a znane z legend wszędzie. Mansa jednak udobruchał mężczyznę, przekonał kobiety i porozmawiał z nimi językiem poznanym w tej części kontynentu. Udało mu się uzyskać zgodę farmera, by obaj z Lusio zamieszkali razem z nim w gospodarstwie. Obiecali w zamian swoje usługi – pracę i ochronę.

***

Żyło się skromnie, ale Mansa polubił takie właśnie życie na łonie natury, ciężką pracę i przyjaciela wszędzie tam przy sobie, gdzie tylko by się nie ruszył.
Lusio był dorosły, miał już siedemnaście lat, a jego wysoka i szczupła, umięśniona sylwetka wyraźnie na to wskazywała. Chłopak urósł jednak nieznacznie, a wydawałoby się nawet, że zamiast przyrostu ciała, to jego włosy stawały się znacznie dłuższe – na tyle, że musiał je podciąć. Włosy Mansy zaś sięgały mu zaś obecnie do łopatek. Często związywał je w wysoki kucyk, bo tak było mu znacznie wygodniej. Jego włosy nie były tak piękne jak białe kosmyki Elfa, więc nie było potrzeby się niczym chwalić. Mimo to – podczas, gdy Indianin stawiał na wygodę i praktyczność – Lusio robił wręcz przeciwnie. Na tyle, że często sam nie dawał rady rozplątywać tej swojej dumy.

W  trzecim miesiącu nowego roku – temperatura wzrastała, a śnieg zalegający na wzgórzach znikał. Wszystko wskazywało na to, że niebawem będą zmuszeni ruszyć znów w drogę, by w rok po tym jak wyruszyli z doliny – powrócić do niej. Działo się tak ponieważ ucieczka Mansy jako przyszłego wodza nie mogła być wieczna. W końcu musiał stawić czoło obowiązkom. Odpowiedzialność była ogromna, a ciężar kompetencji spoczywających na barkach Mansy na tyle duży, że z dnia na dzień, gdy chłopiec uświadamiał sobie rychłość powrotu, stawał się on także coraz bardziej przygnębiony. Nie chciał wracać do domu. Obawiał się kary, ponownego zawitania do namiotu szamanki jak również (a prawdopodobnie najmocniej właśnie tego się obawiał) utraty przyjaciela. Nie chciał nawet myśleć o tym, że jego współplemieńcy nie pozwolą mu już więcej zobaczyć Elfa. Prawdą było to, że młody Indianin pokochał Lusio i wybrał jego, a nie braci czy ojca. Perspektywa rozstania nie była w stanie nie złamać serca Mansie, gdy tylko jego myśli powracały w te rejony.

***

Chłopiec przycupnął sobie przy szopie, smętny wzrok wbijając w stado białych owieczek pasących się nieopodal jego obecnego położenia. Wiedział, że w takim stanie jest zapewne najżałośniejszym widokiem w tej części kontynentu, ale ta świadomość wcale nie rozświetliła jego twarzy w natychmiastowym uśmiechu. Zamiast tego jednak pogrążyła się ona w jeszcze gęstszych cieniach i ponurym grymasie.
Następne dwa dni miały być jego ostatnimi spędzonymi w tym gospodarstwie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pią Lut 12, 2016 12:05 am

Nie chciał towarzystwa Mansy. Nie chciał jakiegokolwiek towarzystwa, bowiem zamierzał ruszyć w dalszą podróż, a w następstwie – nie wracać do miejsca, w którym poznał chłopaka. Miał zamiar zerwać ledwie nawiązane więzi, nim zdoła przywiązać się do niego na tyle, by nie móc tego zrobić. Do nikogo nigdy nie miał okazji zapałać sympatią i stworzyć z kimkolwiek trwałą relację, a teraz czuł, że dzieje się z nim coś dziwnego. Polubił chłopca i choć szybko oraz bez problemu podjął decyzję o opuszczeniu doliny, czuł w sobie pewnego rodzaju smutek. Choć nie znał wcześniej tegoż uczucia, słyszał o nim i wiedział, że nazywa się je przywiązaniem, a postępujące – niszczy od środka. Tak go uczono. Nie mógł nawiązywać trwalszych więzi z nikim, bo to było niebezpieczne. Osłabiało go jako wojownika i nie pozwalało skupić się w pełni na swej życiowej drodze. Przez wpojone nauki i zasady jakimi podświadomie kierował się do tej pory, uparcie nakazywał chłopcu zostanie. Mansa zapewne również wiedział co by to oznaczało. Velyriana nic nie trzymało w tym miejscu. Był podróżującym nieznającym nawet swego imienia, dlaczego więc miałby wracać tutaj, gdzie wyraźnie go nie chcą? Prawdą jest to, że nigdzie nie będzie mile widziany i właśnie dlatego nigdy nie znajdzie swojego miejsca. Będzie się przemieszczał, dalej i dalej, nie wracając tam, gdzie już stanęła jego noga. Chłopiec mógł o tym wiedzieć. Czy to dlatego tak nalegał na możliwość towarzyszenia Elfowi? Była to jedna z opcji, choć białowłosy przypuszczał, że ma na to duży wpływ jego kłótnia z ojcem. W końcu po powrocie do domu mógł doświadczyć jedynie dużych nieprzyjemności. Nikt nie chciałby wracać, przynajmniej do czasu ostygnięcia emocji.
Mimo wszystko nie zmienił zdania i wybrał się w podróż samotnie, korzystając z chwilowej nieobecności chłopca. Gdy jednak wyczuł po kilku godzinach, że ten się do niego zbliża, miast się ukryć lub przyspieszyć, westchnął tylko, rezygnując ze swoich protestów. Skoro młody Indianin był tak bardzo zdesperowany, Vel nie mógł mu niczego zabronić. Mógłby u siebie, lecz teraz nie był w swym królestwie i nie miał prawa nikomu rozkazywać. Ta część świata była wolna, ludzie mogli robić co im się podobało, nie byli przykuci do jednego miejsca i jeśli chcieli, mogli wyruszyć w daleką podróż. Elf nie miał na to wpływu, pozwolił więc w końcu kroczyć Mansie przy swoim boku.

Ich podróż w istocie była długa, gdyż trwała pełny rok. W tym czasie odwiedzili wiele odległych miejsc, które choć na Velyrianie nie robiły takiego wrażenia, jak na Mansie, wzbudzały jego ciekawość. Tym razem podróż była łatwiejsza. Nie musiał polować, wystarczyło, że oddalił się od chłopca na wystarczającą odległość, aby nie płoszyć zwierząt, a ten radził sobie sam, zdobywając pożywienie. Mógł w tym czasie od niego uciec, lecz zrezygnował już z tego pomysłu. Bał się, że bez opieki trzynastolatkowi stanie się krzywda. Elf miał lepsze rozeznanie w terenie, lepiej radził sobie z zagrożeniami, mniej rzeczy wywierało na nim wrażenie. Znał się na magii, wiedział też jak rozpoznać złe intencje od tych lepszych. Indianin więc zapewniał im jedzenie, a Velyrian bezpieczeństwo. Był też żywą mapą, bowiem w zamku dokładnie przestudiował niemalże każdą księgę z wielkiej biblioteki.
Zabijał. Za pierwszym razem zrobił to na oczach chłopca, nie widząc nic złego w swoich czynach. Nie szkoda było mu tych ze złymi intencjami. Lecz reprymenda Mansy, tak ostra i zaskakująca dla Elfa, nauczyła go, by nie robić tego więcej w jego obecności. Zabijał więc w tajemnicy, gdy było to konieczne. Z czasem nauczył się wstrzymywać, robić krzywdę, tak by nie doprowadzić do śmierci. Lecz wciąż zdarzało mu się ponieść instynktom. Codziennie ćwiczył swoje moce duchowe i fizyczne. Medytował, tworzył iluzje, na których najczęściej pokazywał Mansie swój świat. Pokazał mu przed oczami jak wygląda piękne, mroczne Iergustalem, obrazując zmiany miesięcy, mówiąc jak te się nazywają. Dzięki temu szybciej uczyli się swoich języków i teraz obydwaj potrafili płynnie ich używać. Porozumiewali się jednak głównie w języku Velyriana. Był nieznany tutejszym i bezpieczniejszy. Gdy byli sami, Vel pozwalał sobie na praktykę Indiańskiego.
Jego ciało przybrało na masie, a mięśnie zarysowały się bardzo widocznie. Urósł kilka centymetrów, trzy, może cztery. Wciąż nie przejmował się swymi długimi włosami, które w końcu zaczęły plątać mu się między nogami na tyle, że musiał je ściąć, czego nie zrobił bez silnej namowy towarzysza. Te jednak szybko odrastały i wyglądało na to, że niedługo znów będzie musiał to powtórzyć. Stał się w pełni mężczyzną. Jego szczęka zarysowała się mocniej, głos bardziej zmężniał, a mimo to, sam w sobie był łagodniejszy i mniej dziki. Stawał się dobrą istotą, uczłowiecznioną bardziej niż mógłby kiedykolwiek przypuszczać. Lecz wciąż nie przestawał praktykować czarnej magii, która była częścią jego życia. Lecz to również robił w tajemnicy przed Mansą, nie chcąc go odstraszać.
Jego umiejętności także się polepszyły. Mógł rzucić iluzję na piątkę ludzi, mógł również zabijać. Stwarzał coraz groźniejsze i większe wizje, utrzymujące się nawet do kilku godzin. Dążył do perfekcji i nie było dnia, by zrezygnował z treningu. Rozwój zarówno duchowy, fizyczny jak i intelektualny był dla niego bardzo ważny. Wiedział, że ma wielką rolę do odegrania, choć wciąż nie był pewien na czym ona polega.
Przez długi czas nie rozważał nawet możliwości powrotu do wioski, z której pochodzi Mansa. Z czasem jednak przywiązał się do chłopaka na tyle, że przestał dostrzegać inne możliwości. Szczególnie wtedy, gdy został przekonany, iż ten porozmawia z ojcem i sprawi, że Velyrian, zwany od roku Lusio, będzie mógł zamieszkać z nim. Wizja ta była na tyle kusząca, że podjął to ryzyko. Nie wiedział na jak długo zostanie z chłopcem i czy w ogóle się tak stanie, lecz chciał spróbować. Gdy nadeszła pora, wrócili więc razem, zatrzymując się na pewien czas w gospodzie.
Nie brzydził się pracą. Z chęcią pomagał farmerowi w jego codziennych obowiązkach, doszkalając się przy tym w kolejnym języku. Podczas swojej podróży poznał podstawy kilku i bez przymusu kontynuowałby naukę. Podobało mu się życie w gospodzie. Było spokojne i przyjemne, a najgorszą wadą było to, że w końcu będą musieli opuścić farmera i jego rodzinę, która choć z początku była źle nastawiona – w końcu zapałała sympatią nie tylko do Mansy, ale także do Nocnego Stworzenia. Dzień ten zbliżał się nieubłaganie.

Odłożył na bok łopatę, patrząc w oddal na miejsce, w którym ujrzał przyjaciela. Westchnąwszy, porzucił strudzone rękawice i ruszył lekkim krokiem w  jego kierunku. Jego obecność była niewyczuwalna, a jego kroki zupełnie bezgłośne. Był w pełni sił, a rok nieustannej praktyki sprawił, że w pełni kontrolował swą aurę.
Delikatnym gestem, podchodząc od tyłu, nachylił się i ułożył dużą dłoń na chłopięcych włosach, mierzwiąc je nieco. Posłał zaskoczonemu chłopakowi lekki, pokrzepiający uśmiech, domyślając się o czym ten myśli. Usiadł obok.
Jeszcze dwa dni – korzystając z języka Mansy, na głos wypowiedział jego myśli. Wyciągnął z niewielkiej kieszonki ziele, wkładając je w usta. Korzystając z iluzji rzuconej na chłopca, stworzył mały płomień, który zajął źdźbło trawy. Odpalił od niego fajkę, wtykając ją w usta, palcami zaś ugasił mały płomyk. Odchylił się do tyłu, podpierając na ramionach, a jego ślepe oczy wlepiły się w niebo. Kaskada białych włosów spłynęła wokół niego, rozświetlając lekko wilgotną ziemię. – Nie powinieneś się tak zamartwiać. – Zaciągnął się, wzdychając zaraz z jednoczesnym wypuszczeniem dymu. Przeniósł swe wyjątkowe tęczówki na chłopca. – Byłeś ze mną przez rok i nie zrobiłem ci krzywdy. Mówię w waszym języku. To może ułagodzić twego ojca. Jeśli stanie się inaczej, znajdziemy rozwiązanie. – Uśmiechnął się raz jeszcze, a uśmiech ten sprawiał, że wokół zrobiło się jakby cieplej. – Nie zostawię cię – obiecał krótko, by zaraz znów przenieść wzrok na nocne, rozgwieżdżone niebo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Wto Lut 16, 2016 9:01 pm

Elf znalazł się przy nim niespodziewanie, ale Mansa przyzwyczaił się do tych podchodów. Nie przestraszył się go, gdy się zjawił, a nawet co więcej – rozluźnił się znacznie czując dłoń chłopaka na swoich włosach. Pojawienie się Lusio przy nim tak niepostrzeżenie zawsze wzbudzało w nim zdumienie i podziw względem poziomu umiejętności podkradania się do ludzi. Elf urósł w siłę, więc nic dziwnego, że był właściwie znakomitym tropicielem, łowcą i czarownikiem. Mimo jednak, że Mansa był nieco zaskoczony – cieszył się na jego widok. Spróbował się nawet lekko uśmiechnąć do Lusio. Nie wyszło mu to jednak najlepiej. Nie miał najlepszego nastroju.

Pozwolił Elfowi przysiąść się blisko siebie na tyle, że zetknęli się ramionami, co pokrzepiło Mansę. Mógłby po prostu trwać obok przyjaciela, a cała frustracja sama by zniknęła i odpłynęła w niepamięć. Towarzystwo Lusio było dla młodego Indianina czymś, co wprawiało go w doskonały humor. Nawet świadomości tego, że za kilka dni mogą być zmuszeni do rozstania się Mansa nie pozwolił, by na niego wpłynęła. Wsłuchał się w słowa Elfa, gdy jego własne gorzkie myśli zostały wypowiedziane przez usta chłopaka na głos. Westchnął w odpowiedzi cicho i zerknął kątem oka na odchylającego się w odprężeniu bladego młodzieńca. Widok jego postaci tak niesamowicie kontrastującej z ciemnością wokół ponownie zachwycał czternastoletniego Mansę. Takie wizje jak ta często sprawiały, że młodszy z nich czuł się znacznie starszy. Dorosły do tego, by doceniać tak wstrząsające piękno.

Mansa zapewniony w tym, że Lusio go nie zostawi – zaufał mu w jednej chwili i w następnej już faktycznie jego troski wydawały się być nieco lżejszym ciężarem na jego barkach. A może po prostu nie zwracał już na to uwagi. Przyciągnął kolana do piersi i oparł o nie policzek, a spojrzenie wbił w Elfa znajdującego się tuż obok niego.
-Nie zostawisz? –upewniał się nieco się przy tym także drocząc. –Pozwolisz się uwięzić w wiosce Indian na zawsze, tak jak ja zostanę z powrotem pojmany w ich zatroskane sidła, gdy tylko się tam pojawię? –dopytywał, a stawał się przy tym coraz mniej rozbawiony. To była prawda, której wypowiedzenie na głos jedynie zwiększyło jej wagę.
-Nigdy nie będę dobrym przywódcą –warknął. –Ci ludzie sądzą, że jestem demonem –wycedził i zamrugał gwałtownie. Po tym zamilkł i nie odzywał się przez dłuższą chwilę.
-Tak naprawdę nigdy nie uda mi się od tego uciec –dodał cicho i przewrócił oczyma na wzrastającą dramaturgię sytuacji. Obrzydło mu już użalanie się nad sobą.

Gwałtownie zmienił pozycję i niemal rzucił się plecami na ziemię. Leżał teraz obok Lusio, wpatrując się w rozciągający się ponad ich głowami gwiaździsty firmament.
-Jak naprawdę masz na imię? –spytał, a gdy nie otrzymał od razu odpowiedzi –wsparł się na łokciu i uniósł nieco do góry, nachylając się nad Elfem i zaglądając w jego bezkrwiste ślepia.
-Nikomu nie powiem –przekonywał, a by umocnić swoje stanowisko – uśmiechnął się lekko.
-Nie mam nic przeciwko zwracaniu się do ciebie tak samo jak robiłem to dotychczas, ale przecież nic się nie stanie jeżeli poznam jeden z twoich sekretów.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Sro Lut 17, 2016 7:42 pm

Nie lubił oglądać Mansy w takim stanie, bowiem samemu robiło mu się źle, gdy wiedział, że przyjaciel cierpi. Zawsze, gdy jego myśli schodziły na nieodpowiedni tor i kręciły się wokół plemienia, ojca oraz wydarzeń sprzed roku, starał się jak mógł skierować je w inną stronę. Zazwyczaj mu się udawało i wierzył, że teraz też tak będzie, choć zdawał sobie sprawę z tego, iż chwilowe pokrzepienie niczego nie zmieni. W końcu czegokolwiek by nie robił, faktem było, iż za dwa dni czeka ich niemiłe spotkanie, którego obydwaj zdecydowanie nie wyczekują. Wódz musi być rozwścieczony zachowaniem syna i jego długotrwałym zniknięciem, a na dodatek z całą pewnością winę będzie zrzucać na zły wpływ Mrocznego Elfa. Mimo to, Lusio chciał spróbować i zamierzał starać się o zaufanie wodza. Robił to dla Mansy i dla siebie, ponieważ chciał być blisko niego. Gdzieś podświadomie być może pragnął nowego domu, stałego miejsca, do którego mógłby wracać. Nie skupiał się jednak na podobnych myślach. Był na to zbyt ostrożny.
Ze swoją zwyczajowo spokojną miną, słuchał słów przyjaciela, patrząc w pięknie lśniące, wysłane gwiazdami niebo. Powoli spalał fajkę, wzdychając, gdy ten skończył mówić. Jego złość była wyczuwalna i zrozumiała. Poniekąd rozumiał Mansę.
Będziesz takim przywódcą, jakim zechcesz być – odparł cicho jak to miał w zwyczaju. Gdy Velyrian mówił, należało wytężyć słuch, bowiem jego dojrzały, melodyjny głos nigdy nie rozbrzmiewał zbyt głośno. Miało to duży związek z harmonią, którą osiągnął dzięki treningom. Nie wybijał się z rytmu i był oazą spokoju, dopóki nie miał powodów, by tę równowagę zachwiać. Gdy był zdenerwowany, podirytowany albo rozdrażniony, bardzo łatwo można było to zauważyć. Choćby po samym głosie.
Zwrócił na chłopca swoje oczy, gdy wyczuł jego gwałtowny ruch. Z góry spoglądał na jego różnokolorowe oczy i uśmiechał się delikatnie, gdyż cieszył go ten widok. Lubił błyszczące oczy Mansy. Właściwie, lubił w nim bardzo wiele rzeczy, zarówno jeśli chodziło o wygląd zewnętrzny, jak i jego niewinne wnętrze.
Uśmiech jego zszedł płynnie, gdy usłyszał pytanie chłopca. Zaciągnął się z tym samym spokojem, w międzyczasie wypuszczania dymu słuchając dalszych słów Indianina. Mimo jego zapewnień jednak, pozostawał nieustępliwy.
Nie mam imienia – odparł niezmienionym, wyważonym tonem i znów zapatrzył się w niebo. To nie tak, że nie ufał Mansie. Ufał mu bardziej niż innym, choć wciąż nie bezgranicznie, bowiem tego nie wolno robić nigdy. Bał się przypadków. Jeżeli powiedziałby chłopcu jak się nazywa, ten mógłby choćby przez pomyłkę, odruchowo użyć jego imienia wtedy, gdy nie powinien tego robić. Mógłby również dowiedzieć się, kim Lusio jest naprawdę, a on bardzo tego nie chciał. Mimo, że spędzili ze sobą cały rok, Velyrian nic o sobie nie mówił. Pomimo nielicznych podchodów Indianina, milczał zawzięcie, nie odkrywając najmniejszego skrawka swojej przeszłości. Wszystko co wiedział Mansa, to to, co można było zauważyć – Vel był Mrocznym Elfem i pochodził z Iergustalem. Niczego więcej nie wiedział i mężczyzna wolał, by tak pozostało.
Spojrzał na chłopca i znów posłał mu lekki uśmiech. Zgasił fajkę, odkładając ją na bok, po czym dość niespodziewanie nachylił się nad leżącym Mansą, jedną z dłoni układając po jego prawej stronie. Białe włosy kaskadą spłynęły na ziemię, zamykając ich twarze w przestrzeni ograniczonej długimi kosmykami.
Przez chwilę zapatrzył się w te piękne oczy. Co właściwie robił? Po co? Nie wiedział. Zrobił to, na co miał ochotę. A chciał po prostu z bliska na niego popatrzeć. Mieć chwilę tylko dla ich dwojga. W tej zamkniętej przestrzeni, widzieć tylko jego twarz. Dziwna zachcianka, lecz nie przejmował się, po prostu patrzył i trwał tak.
Dojrzałeś – stwierdził nagle, uśmiechając się w swój charakterystyczny sposób. – Ojciec będzie dumny. Powinieneś powitać go z podniesioną głową. Nie jesteś już dzieckiem, Mansa. – Instynktownie uniósł śnieżnobiałą, zgrabną dłoń, by długimi palcami przejechać ledwie wyczuwalnie po policzku chłopca. W pewnym momencie zatrzymał palce, kontemplując kontrast między ich skórami. Zupełnie różni, pod każdym względem. Nie pasował tu. A jednak właśnie tutaj znalazł jedynego przyjaciela i rozwijał się w tę lepszą stronę. Choć chłopiec mógł tego nie wiedzieć, to on w dużym stopniu wpłynął na osobowość Velyriana. Dlatego ten nie mógł go zostawić. Widział w tym chłopcu ratunek dla samego siebie. Potrzebował go.
Zabrał powoli dłoń, odsuwając się w końcu i ze swobodą ułożył plecy na ziemi obok Mansy. Z błąkającym się po twarzy, ledwie widocznym uśmiechem, zachwycał się dzisiejszym nocnym niebem. Było naprawdę piękne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Sob Lut 20, 2016 5:09 pm

Mansa spłoszył się nieznacznie, gdy Elf spochmurniał, co było wystarczającą odpowiedzią na jego pytanie.
Mansa zmarszczył krótko swoje brwi i już chwilę później znów nie wiedział co z tym zrobić. Nie mógł zmusić Elfa do wyjawienia mu swojego imienia skoro najwyraźniej ów było tak dużą tajemnicą. Dlatego Mansa postanowił już nie prosić o nic takiego więcej. Na pewno nie teraz.
 
Indianin ułożył się ze zrezygnowaniem na ziemi, układając się wygodnie na nierównym podłożu i nie spuszczając już oczu z nieba. Niespodziewanie jednak Lusio swoim poruszeniem u boku Mansy, a później także nagłym pojawieniem się w polu jego widzenia – skutecznie skupił na sobie spojrzenie oczu Indianina, jeszcze efektywniej odwracając uwagę chłopca od gwiazd na niebie.
 
 Tchnął cicho, gdy mężczyzna się odezwał i mimowolnie odchylił głowę, by znaleźć się możliwie jak najbliżej Elfa. Niespodziewanie mimo chłodnej temperatury nocy – Indianinowi zrobiło się tak gorąco, jakby znajdował się na ciepłym południu. Chłopiec nie mógł wiedzieć czym jest to uczucie, które właśnie uderzyło mu do głowy, mgląc obraz przed jego oczyma i odbierając zdolność swobodnego czerpania powietrza. Jego dolne kończyny drgnęły, gdy Mansa poczuł nagłe skrępowanie, a bliskość Lusio przestała być przyjemna, gdyż Indianin nie mógł wiedzieć co się właściwie wiedzieć co się z nim dzieje, a ta nieświadomość i bezsilność doprowadzały chłopca do szału.
 
Elf się odsunął i znów stał się tylko ciałem leżącym na plecach obok ramienia Mansy.
Chłopiec podniósł dłoń do policzka i dotknął miejsca, w którym przed chwilą znajdował się dotyk przyjaciela. Miejsce ów było nienaturalnie gorące, jakby paliło się od zbliżenia do niego skóry Elfa.
Po chwili Mansa zorientował się, że także drugi jego policzek jest podobnie ciepły.
Zapomniał nawet o tym, by Lusio właściwie cokolwiek do niego mówił. Przewrócił się na drugi bok, odwracając się do Elfa plecami i w ciszy kontemplując własny nieuporządkowany stan.
 
Przylgnął rozgrzanym policzkiem do lekko wilgotnej trawy i przymknął oczy. Jego serce wciąż biło tak, jakby poruszone czymś, co zaszło przed chwilą. Mansa nie musiał się jednak długo zastanawiać, czy to aby na pewno wina jego bliskości z Lusio. Wiedział, że tak. Już wcześniej wszystko w nim dygotało na myśl o tym, by Elf znalazł się bliżej niego, ale nigdy wcześniej nie zdarzyło mu się nagle dostać gorączki za sprawą jedynie niewinnej czułości, do których dochodzi między bliskimi przyjaciółmi.
 

Zmrużył oczy na obraz przed sobą i ręką ukradkiem sięgnął do swojego krocza, gdzie odnalazł najbardziej naglący ze wszystkich swoich problemów. Niemal warknął ze wstydu w reakcji na to, co znalazł miedzy swoimi nogami, a raczej w jakim stanie było to coś.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Pon Lut 29, 2016 12:51 pm

Vel wiedział, że Mansa nie będzie naciskał w kwestii prawdziwego imienia Mrocznego Elfa. Wiedział też, że nie ponowi swej prośby w najbliższym czasie, choć nie wątpił, iż kiedyś znów wrócą do tego tematu. Kto wie, może nadejdzie jeszcze taki czas, gdy wyjawienie prawdziwego imienia stanie się rzeczą łatwą i nie noszącą za sobą zbyt wielu konsekwencji. Vel szczerze w to wątpił, lecz miał cichą nadzieję, iż faktycznie tak będzie. Choć nie miał nic przeciwko nazwie, jaką nadał mu młody Indianin, wciąż miał swoje imię. Imię, które mówiło o nim i jego przeznaczeniu więcej, niż on sam mógł poprzez szczere słowa. Chciał, by Mansa je poznał, lecz nie teraz i nie w ciągu najbliższych kilku lat. Powie mu, gdy nadejdzie odpowiedni czas.
Choć po krótkim zbliżeniu do leżącego chłopca, opadł na plecy obok niego, coś nie dawało mu spokoju, powodując, że zaraz znów uniósł się na przedramionach. Nazbyt wyraźnie czuł rozchwianie wewnętrzne chłopca, a jego wyczulony słuch dawał znać o zbyt szybkim tempie, w jakim bije chłopięce serce. Białe oczy powędrowały w stronę zarumienionego szatyna. Unosząc delikatnie brwi, powoli przejechał wzrokiem po ciele chłopca, zatrzymując go w miejscu, gdzie ten trzymał swoją dłoń. Zamrugał oczami w lekkim zdezorientowaniu, gdy zrozumiał w jakim stanie znalazł się jego towarzysz.
Naprawdę dojrzałeś – mruknął bardziej do siebie, niż do Mansy, wlepiając swe białe tęczówki w wybrzuszenie widniejące w spodniach czternastolatka. Był zaskoczony. W końcu byli przyjaciółmi i nie sądził, że nastolatek może czuć do niego jakiś pociąg, szczególnie, że wciąż miał tylko czternaście lat. Wedle prawa Iergistalem, wciąż był dzieckiem. Vel w jego wieku nie miał okazji do cieszenia się czyjąś bliskością w ten jednoznaczny sposób. Jedynym co wzbudzało w nim entuzjazm była walka i to jej poświęcał każdą minutę swojego życia. Walce i kształceniu się. Wiedział, że gdy poślubi siostrę, będzie mógł ją wziąć i czynić wszystko co zapragnie. Mógł także posiąść każdą kobietę i mężczyznę, którego zechce, pod warunkiem, że wcześniej skończy szesnaście lat. Był księciem i branie tego na co ma ochotę należało do jego praw. Do praw, z których nigdy nie skorzystał, uciekając z zamku w przeddzień ślubu.
Nie dziwiło go z kolei zupełnie, że Mansa poczuł pociąg do drugiego mężczyzny. W kraju Velyriana nie istniały podziały. Elfy doceniały piękno zarówno damskie jak i męskie, a wiązanie się z obiema płciami uważano za coś zupełnie normalnego, a wręcz pożądanego. Każdy mężczyzna brał sobie żonę przez wzgląd na potomstwo, lecz to nie przeszkadzało w tworzeniu kolejnych związków. Oczywiście tylko w przypadku mężczyzn. Kobiety nie miały prawa do oddawania się komukolwiek innemu, niż swemu mężowi, który był dla nich przede wszystkim panem i właścicielem. Jeżeli zaś chodziło o rodzinę królewską, każdy, czy to dziewczę, czy mężczyzna, by móc obcować z członkiem rodziny musiał być czysty, a raz się oddawszy, nie miał prawa do szukania uciech w obcych rękach. Był własnością. Vel znał te wszystkie zasady i były to jedyne, które uznawał. Nikt nie pokazał mu innych, a mężczyzna nigdy nie zastanawiał się nad alternatywami. Gdyby teraz wykorzystał stan Mansy, uwięziłby go, naznaczył i zrobił z niego swoją własność.
W zamyśleniu przewrócił się na bok i już wyciągał dłoń w stronę tej ciemniejszej, zakrywającej wstydliwy problem, gdy przeszkodziła mu pewna myśl. Zmarszczył brwi, zawieszając dłoń w powietrzu i z pewną rozterką w oczach, zajrzał w złoto-brązowe tęczówki. Są przyjaciółmi. Ponadto Mansa nie jest i nigdy nie będzie jego własnością. Vel nie był już księciem. Nie tutaj, nawet jeśli jego umysł wciąż zmagał się z przyzwyczajeniami i wpojonymi naukami. Nie miał pojęcia jak rzecz przedstawia się u chłopca, a przecież zauważył już jak wiele różnic dzieli ich światy. No i Mansa wciąż był tylko dzieckiem.
Zabrał dłoń, układając ją na ziemi przed sobą. Uśmiechnął się do chłopca zupełnie niewinnie i uprzejmie, jakby pokazywał, że cieszy go jego reakcja.
Rumieniąc się, wyglądasz uroczo – wyszeptał swym gładkim, nie posiadającym żadnej skazy głosem, bez skrępowania wciąż wpatrując się w ładną buzię chłopca. Chciał coś dodać, lecz zamknął uchylające się usta, gdy do ich uszu dotarł głos jednej z córek farmera.
Mansa, Lusio! Podano do stołu! – Westchnął krótko, unosząc się do siadu, by zaraz wstać na szczupłe nogi. Nachylił się, wyciągając dłoń w stronę Indianina.
Chodźmy. W końcu to nasze ostatnie dni z tymi ludźmi. – Z lekkim uśmiechem oczekiwał, że Mansa poda mu rękę. Ostatecznie słowem nie wspomniał o jego podnieceniu, zupełnie jakby go nie dojrzał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   Czw Mar 10, 2016 12:49 pm

Był młodym, dojrzewającym do wejścia w młodzieńczość chłopcem więc takie reakcje były jak najbardziej usprawiedliwione przez buzujące hormony, ale… Mansa nigdy nie sądził, że jego ciało może tak zareagować względem Lusio. Elf był jego przyjacielem, a w dodatku… mężczyzną. Indianie nie znali pojęcia homoseksualizmu wśród członków plemion. Tym bardziej więc Mansa się spłoszył znacznie i niemal pisnął niekontrolowanie w reakcji na podążająco ku niemu rękę Elfa. Ta jednak zatrzymała się nijak nie czyniąc na Mansie żadnych szkód. Opadła pomiędzy nimi na ziemię i Indianin z zaciekawieniem wpatrywał się w nią przez chwilę.

Lusio był dojrzały jak na swój wiek i posiadał pewne bardzo skomplikowane zasady. Mansa podziwiał w Elfie jego odwagę, umiejętności i potęgę, która skłaniała się ku jego dyspozycji, ale nigdy nie zastawiał się nad tym, czy aby jego uwielbienie względem chłopaka nie miało drugiego dna. I choć było to abstrakcyjne pojęcie dla kogoś tak młodego jak czternastoletni młodzieniec - Mansa zdołał wykształcić w sobie wrażliwość o wiele dojrzalszą niż on sam był w rzeczywistości. Odzwyczajenie się od życia we wspólnocie Indiańskiej także doświadczyło go w niecodzienny sposób, a mianowicie – Mansa nie stosował się judo  żadnych norm wpajanych mu przez całe życie. Nigdy nie uważał ich za bezwzględny wyznacznik swojego funkcjonowania, a czasami nawet sprzeciwiał się temu, jaka rola została mu wyznaczona przez owe normy i jak te nakazywały mu się one zachować.

Uświadomienie sobie swojego pociągu tego typu do Lusio nie przyszło mu z łatwością, ale kolejne dni drogi i dzielenia między sobą obowiązkowej ciszy, gdy przeprawiali się przez góry owocowało w liczne przemyślenia i wnioski pojawiające się w bystrym umyśle Indianina. Można powiedzieć, że chłopiec poszerzał swoje konceptualne horyzonty wraz z każdą przebytą milą dalej na horyzont właśnie.
Dla postronnego obserwatora Mansa mógł wydać się w tym stanie zupełnie oderwany od rzeczywistości i zatopiony całkowicie w czymś w rodzaju transu. Elf zaś mógł też pomyśleć, że Mansa zapomniał zupełnie o tym co się wydarzyło, bo nie było to nic zupełnie znaczącego. W gruncie rzeczy – możliwe, że dla Lusio było to absolutnie nic godnego uwagi, ale Indianin z każdym dniem przechodził w swoim dojrzewaniu etap za etapem, utwierdzał się w jakichś przekonaniach i dochodził do wniosków, które wpłyną na kształtowanie się jego złożonej osobowości jako człowieka wolnego od uprzedzeń wykształconych w nim za młodu. Mansa budował swoje życie wewnętrzne na nowo i od fundamentów konstruował swoją siłę.

W tydzień po tym jak wyruszyli z domu farmera – przeszli całą drogę przez góry. Do doliny, w której mieściła się osada  i dom Mansy pozostawało jedynie kilka dni drogi. Nie więcej niż trzy, a nie mniej niż dwa. Gdyby się pośpieszyli mogliby tam dotrzeć w niecałe dwa dni. Musieli jednak spać i zapolować na prowiant, a to wymagało czasu. Mansa nie miał nic przeciwko temu, by jeszcze ten jeden dzień przeciągnąć powrót.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]   

Powrót do góry Go down
 
Wamakaskan [boy/boy; bn; 2os.]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Archiwum-
Skocz do: