IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Wto Gru 27, 2016 5:31 pm




Niepewny rynek. Nieustannie przybywająca konkurencja. Ludzie łaknący pieniędzy i władzy. Dwa potężne rody, od wieków prowadzące krwawą wojnę, wyniszczając przy tym siebie nawzajem. Tajemniczy wędrowiec proponujący idealne rozwiązanie... Co może pójść nie tak?

W s z y s t k o

•   •   •

»  Przyszły szef  -  Ivan
»  Piąty syn  -  Jucundo
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Sro Gru 28, 2016 11:48 pm


I'M NOT REALLY BAD

I'M JUST MADE UP

OF BAD THINGS

Z imienia Noah, z nazwiska Shelby, wszystkim jednak znany jako Kai. Imię ostatnie nadane mu zostało przez rodziców chrzestnych i przyjęte drogą tradycji jako używane nie tylko służbowo, ale i na co dzień w sytuacjach niewystarczająco prywatnych. Rzadko kiedy słyszy swe pierwsze imię. Urodził się w lipcu, dnia piątego, w Austrii. Tego roku skończył 28 lat. Rodzeństwa posiada siódemkę, w tym dwoje zmarłych. Matka martwa, ojciec dogorywa. Jego rodzina nienagannie dba o prywatność, dlatego niewielu wie, faktem jednak jest, że nieformalnie nosi przywilej bycia głową swego długiego rodu.







Twarz ma przystojną w niecodzienny sposób. Wyraźne rysy, pięknie wykrojone usta, nierzadko wykrzywione w cynicznym uśmiechu, przez który poczuć się możesz gorszym stworzeniem. Lekki, zadbany i starannie przycięty zarost świadczy o fakcie, iż nie idzie zarzucić mu niedbalstwa względem wizerunku. Charakterystyczną cechą odbijającą się na srogiej, lecz przyciągającej twarzy jest zagłębienie w lewym policzku, przypominające bliznę, lecz nią niebędące. I oczy. Głębokie, hipnotyzujące, chabrowe spojrzenie zdaje się czynić zaproszenie na same dno piekieł i pozostając niezależnym od ogólnej mimiki, nieustannie przyprawia o ciarki. Sprawia, że czujesz się nieswojo. Że chciałbyś zniknąć i uciec. Tego wizerunku dopełnia pokaźny wzrost sięgający stu dziewięćdziesięciu sześciu centymetrów. Wyprostowana, pewna siebie postawa zdaje się go jeszcze dodawać, a mięśnie ukryte pod eleganckim ubiorem stanowią idealne dopełnienie. Co jest nielekko wyjątkowe wśród jego rodziny, nie posiada tatuaży. Nosi w zamian nieprzeciętnie dużo blizn odcinających się wyraźnie na gładkiej, jasnej skórze.
Włosy jego zależnie od dnia i kaprysu, sięgają swobodnie szyi lub tylko nieznacznie na nią opadają. Kolor ich zaś zależnie od światła waha się między kasztanowym a ciemnobrązowym.




Budzi bardzo duży respekt w rodzinie. ⧓ Od dawien dawna mówiono, że najstarszy Shelby nie nadaje się do przejęcia pałeczki, więc jego śmierć była dla rodu bardzo korzystna. ⧓ Przez kilka sekund krążyły nawet plotki, że to ktoś z rodziny pozbył się dziedzica. ⧓ Kai jest najlepszy w zwalczaniu plotek. ⧓ I wszystkiego innego. ⧓ Jest świetny w stwarzaniu pozorów. ⧓ Nigdy, NIGDY nie należy ufać jego reakcjom. ⧓ Ani nabierać się na spokojny, opanowany uśmiech. ⧓ Rodzina w zakresie nie tylko nazwiskowym jest dla niego największą wartością. Własnie dlatego nie pozwala byle śmieciowi do niej wejść. ⧓ Ciekawym może być, że bardzo, bardzo niewiele ludzi z zewnątrz wie, jak wygląda główny korzeń rodu. O Shelbych jedynie głośno się mówi, jednak mało kto wie który jak wygląda i ilu ich faktycznie jest. ⧓ Kai chwali sobie umiejętność szybkiego i trafnego podejmowania decyzji. ⧓ Jest bardzo kreatywny, nie lubi mordować bezmyślnie. ⧓ Jego psy są jego rodziną, co oznacza, że kara za ich tknięcie jest niemniejsza. ⧓ A psów ma dziewięć. ⧓ Pozostałe pięć należy do jego rodzeństwa, ale to on najwięcej się nimi zajmuje. ⧓ Lubi zabawę z ogniem i powszechnie to wiadomo. ⧓ Do tego stopnia, że gdy dochodzi do jakiegokolwiek pożaru, pierwszy na myśl przychodzi najstarszy Shelby. ⧓ Zawsze się mści. Zawsze. Nie wykształciła się u niego zdolność do przebaczania. ⧓ Nie lubi bałaganu, to tyczy się też jego myśli, dlatego niczego nie odkłada na później. ⧓ Rodzeństwo: najmłodsza siostra Astrid (w aktach Andrea), lat 18; druga siostra Eva (w aktach Charlotte), lat 20; najmłodszy brat Mika (w aktach André), lat 20; trzecia siostra Ida (w aktach Fabienne) lat 25; drugi brat Leo (w aktach Fabian) lat 25; dwaj bracia (16 i 30) nie żyją. ⧓ Z wykształcenia jest prawnikiem. Hehe. He. ⧓ Żadna z jego sióstr poza Fabienne nie ma męża, bo jest wybredny. Zresztą nikt nie chciałby za nie wyjść, bo rozpieścił je do granic. ⧓ Bardziej przyziemnie - lubi nocne spacery i widok gwiazd. ⧓ Do jego rodziny należy wiele dużych koncernów, w tym największa, znana sieć hoteli działających na terenie Europy i Ameryki Północnej. Są również właścicielami kilku kasyn. Działają także w przemyśle samochodowym. To tyle jeśli chodzi o najistotniejsze działalności legalne. ⧓ Śmiejcie się, prowadzą działalność charytatywną na rzecz zwierząt. Oczywiście są w posiadaniu wielu przytułków i ogrodów botanicznych. ⧓ Ma na wyłączność własną wyspę. ⧓ Jego ulubionym alkoholem jest koniak.




Ostatnio zmieniony przez Ivan dnia Pią Sie 04, 2017 4:17 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Czw Gru 29, 2016 10:15 pm



LIGHT IS EASY TO LOVE

SHOW ME YOUR DARKNESS

Godność owego jegomościa, jest czymś w pełni utajnionym, czy też może raczej z braku praktyczności po prostu nie używanym. W aktach figuruje jako Sarah - jego zmarła podczas porodu siostra bliźniaczka. Można, by więc uznać go za ducha, człowieka bez imienia. Biorąc pod uwagę "biznes", w którym od wieków trudni się jego rodzina, brak godności uznawany był za rzecz wielce korzystną. Jedynie matka, sprzeciwiwszy się temu absurdowi, wołała go tak, jak postanowiła, gdy wciąż nosiła go w swoim łonie. Luciel. Luciel Wallner. Jej najmłodszy i zarazem najbardziej haniebny syn. Dwudziestego pierwszego stycznia, po raz pierwszy pozbawił kogoś życia, przychodząc na świat kosztem swojej słabszej siostrzyczki. Na tym okrutnym świecie przeżył już 26 zim i raczej nieśpieszno mu go opuścić. Szczęśliwy posiadacz czwórki starszych braci. Niewątpliwy ulubieniec najstarszego z nich, który zaraz po jego urodzeniu, wziął go pod swoje skrzydła.


KISS ME, I'M DELICIOUS

Podczas gdy sianie grozy przypadło jego braciom, on sam często określany był mianem ozdoby. Kontrastując z ich ostrą urodą, swoimi odziedziczonymi po matce, łagodnymi rysami, dość mocno wyróżniał się na tle rodziny. Chłopięcy wizerunek zwykł dopełniać brakiem jakiegokolwiek zarostu. Urocze dołeczki, przyciągają spojrzenia równie skutecznie, co przeważnie wykrzywione w szyderczym uśmieszku, delikatnie zaróżowione, pełne usta. Jednak to właśnie za sprawą jego ciemnych jak otchłanie, przenikliwych oczu, rzekomo rozważni mężczyźni, momentalnie dawali się omamić. Zirytowany faktem, że co poniektórzy idioci, w wiadomych sytuacjach lubili ciągnąć go za swego czasu przydługawe włosy, ostatecznie postanowił je ściąć. Do teraz, ciemnobrązową czuprynę utrzymuje maksymalnie krótką.
Jak większość przeciętnych facetów, pochwalić może się stu osiemdziesięcioma siedmioma centymetrami wzrostu. Próbując stonować wyraźnie szczupłą sylwetkę, szybko wzbogacił ją w zarys mięśni. Pozory nieskazitelnej skóry, skutecznie niweczy niewielki pieprzyk, widoczny na jego szyi i wiecznie posiniaczone biodra. Nie można, nie wspomnieć również o dość osobliwym tatuażu na jego nadgarstku.



DANGEROUS, BUT FUNN

Od najmłodszych lat cieszył się szczególnymi względami najstarszego ze swoich braci, Tobiasa. Które na dobrą sprawę okazały się być dla niego toksyczne, o czym przekonać przyszło mu się wkrótce później. Mężczyzna, powołując się na swój braterski obowiązek, wprowadzenia go w życie, pchnął go prosto w ramiona "wujka Jeremiasza", handlarza bronią z osławioną słabością do młodzików. O ile samo w sobie wykorzystanie, niekoniecznie na niego wpłynęło, o tyle dalszy rozwój sytuacji skutecznie go spaczył. Tobias, wykorzystując chwilowo spuszczoną przez Jeremiasza gardę, strzelił mu prosto w łeb. Wspomnienie przygniatającego go do materaca, stopniowo wykrwawiającego się ciała, prześladowało go wiele nocy. Podobne sytuacje powtarzały się regularnie, z tą różnicą, że Lucielowi dano wybór - mógł własnoręcznie wykańczać cele, oszczędzając sobie tym samym powtórki z rozrywki. Zainteresowanie zwierzętami już wkrótce znalazło odzwierciedlenie w praktyce. Młody Wallner testował na wskazanych przez brata ludziach różnorakie jady, tworząc jedną z bardziej zabójczych mieszanek, na którą nikt nie potrafił znaleźć odtrutki. Zyskał sobie tym samym przydomek "Hannah" - od łacińskiego "Ophiophagus hannah" [kobra królewska]. Coraz to częściej słyszalne, tajemnicze przezwisko, wprowadziło istny zamęt w przestępczym półświatku. Z czasem "Hannah" uznany został za kobietę, co tylko dodatkowo ułatwiło mu robotę. Zidentyfikować można go jedynie po nietypowym tatuażu na prawym nadgarstku, przedstawiającym połykającego swój ogon węża. Przeważnie ukrywa go jednak pod skórzaną bransoletką, by zbyt wcześnie nie zdemaskować się przed swoimi celami. Panicznie boi się psów. Kolejna rzecz, którą zawdzięcza wspaniałomyślności Tobiasa. Nieszczególnie radzi sobie z kobietami. Przeważnie stara się nie wchodzić z nimi w jakiekolwiek interakcje. Ma czterech braci: Tobiasa [32 lata; rokujący lider] , Ethana [30 lat; w aktach Joseph; lata temu odseparował się od rodziny, idąc na medycynę] , Simona [29 lat; w aktach Christian; jeden z lepszych hakerów] i Mikela [28 lat; w aktach Cooper]. Gdy miał zaledwie 3 lata, zamordowano jego matkę i starsza siostrę Annę. Od tego czasu jego ojciec popadł w depresję, z kolei pałeczkę w interesach przejął Tobias. Ma straszne łaskotki. W kwestii alkoholu pochwalić może się zaskakująco mocną głową. W rzeczywistości jednak nieszczególnie przepada za trunkami. Jedyny wyjątek stanowi tutaj Amaretto, które pijać mógłby litrami. Nieszczególnie ceni sobie członków swojej rodziny - wszystkich z wyjątkiem Ethana bez wahania by się pozbył. Gardzi miłością. Dopuścił ją do siebie jedynie raz, przy czym Tobias szybko i boleśnie ściągnął go z powrotem na ziemię. Od tego czasu unika bardziej zobowiązujących znajomości. Jego rodzina znana jest z posiadania licznych ogrodów zoologicznych, w których w dzieciństwie często się zaszywał. Nigdy nie rozstaje się z odziedziczonym po dziadku sygnetem, pod którego okazałym kamieniem, udało mu się ukryć odrobinę paraliżującego jadu. Pytany o imię twierdzi, że nazywa się "Luca".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pią Gru 30, 2016 1:49 am

Jak śmiałeś podjąć tę decyzję bez mojej zgody? – Jego wysoka sylwetka rzucała długi cień na obszerne łoże, w którym spoczywał mężczyzna w widocznie podeszłym wieku.  Choć w rzeczywistości ledwie przekroczył pięćdziesiątkę, z łatwością posądzić go można było o trzydzieści lat więcej. Jego cera była wyniszczona, policzki zapadnięte, głowa pozbawiona włosów, a spojrzenie przygaśnięte i wyraźnie zmęczone. Do połowy torsu przykrywała go aksamitna narzuta, a na pomarszczoną twarz delikatnie padały promienie słoneczne, ujawniając coraz więcej niedoskonałości. Zdawał się być nieszkodliwym staruszkiem; z dawnej jego świetności nie pozostało nic. Teraz zaś przyszło mu się tłumaczyć przed własnym synem, który to z kolei w żadnym względzie ojca nie przypominał. Rysy jego twarzy były ostre, a ona sama napięta. Spojrzenie miał nienaturalnie spokojne, lecz przenikająco zimne. Tego, że jest wściekły można było domyślić się tylko znając powód, dla którego odwiedził sypialnię starego Shelbiego.
Starzec westchnął z umęczeniem, nie kuląc się pod srogim spojrzeniem syna, choć widocznie nie pragnął przeprowadzać tej rozmowy.
– Wallnerowie są obecnie jedyną rodziną, która może sprawić nam problemy. – Zakasłał niepokojąco głośno i gwałtownie, by kontynuować, gdy atak ustał. – To było jedyne rozsądne wyjście i dobrze wiesz, że rozwiąże wszystkie nasze... – ucichnął, gdy ujrzał stanowczy gest młodej, dużej dłoni. Dopiero teraz zaczynał rozumieć jak wielce wyprowadzony z równowagi jest jego syn. W innym wypadku nigdy nie dopuściłby się do przejawu tak skrajnego nieposzanowania względem tego, który go wychował, nawet jeśli wyglądał teraz jakby jedną nogą wszedł do grobu. Zdystansowane spojrzenie Kaia twardo wbite było w umęczoną twarz ojca i z chwili na chwilę coraz bardziej zaczynało przypominać wszystko to, co dzieliło człowieka od bestii.
Czy ty wiesz, czym on się zajmuje? – Szorstka barwa głosu mężczyzny potęgowała w sposób idealny oschły ton, którym się posługiwał. Starzec przymknął oczy, wzdychając męczeńsko. Na stare lata przyszło mu się zmierzyć z obliczem syna, którego nigdy wcześniej osobiście nie odkrył. Nie miał do tego siły.
– To nie ma znaczenia. Luca poślubi Astrid, wszystko jest już zatwierdzone i nie mamy możliwości, by się wycofać. Twoja złość nic nie zmieni, Kai. – Szatyn tym razem nie przerywał. Gdy ojciec skończył mówić, jeden z kącików jego ust zadrżał niebezpiecznie. Ktoś naiwny mógłby pomyśleć, że cała sytuacja zaczęła go przerastać. A może nawet, że zaczął rozumieć, iż nic nie zdziała w tej sprawie. W rzeczywistości zaś rozbawiły go słowa ojca i sposób w jaki mówił zarówno o swej córce, jak i najstarszym synu. Nie był na tyle bezczelny, by użyć ich prawdziwych imion. Słusznie, bowiem ten ślub nie wykraczał w najmniejszy sposób poza sferę służbową.
Nie rozumiesz mnie ojcze – zaczął nieco cichszym głosem, ważąc w ustach każde słowo. Powoli, nie odrywając spojrzenia od starca, nachylił się nad nim, opierając obie dłonie o pobliską szafkę. Zajrzał głęboko w ciemne, ojcowskie oczy, jakby chciał się upewnić, że ten dobrze zrozumie każde jego następne słowo. – Żaden Wallner nie wejdzie do mojej rodziny. W szczególności młody L u c a. – Ładnie wykrojone usta rozciągnęły się w podłym uśmiechu. – Zrobię w s z y s t k o, by tak się nie stało. Obiecuję. – Jego głos był cichy i wyważony, a oczy ani na moment nie oderwały się od ojcowskich, które dzielnie wytrwały w tym spojrzeniu. Mimo to z każdym kolejnym słowem Kaia, stara twarz ściągała się coraz bardziej, a jedna z wyłysiałych brwi poczęła ledwie zauważalnie drgać.
Młody Shelby odsunął się z równym opanowaniem, z którym tu wszedł i cofnął się o krok, widząc, że ojciec nie ma nic więcej do powiedzenia. Zatrzymał się jednak w półkroku i raz jeszcze spojrzał z góry na rodziciela.
Nie próbuj więcej podejmować żadnych decyzji bez porozumienia ze mną. Przestałeś myśleć jasno, ojcze. – Nie dodając nic więcej, pełnym gracji krokiem opuścił obszerne pomieszczenie.

***

– Nie możesz go po prostu zabić? – Kai zaśmiał się swobodnie słysząc słowa wychodzące spomiędzy dużych, dziewczęcych ust, przystrajanych obecnie przed lustrem bladoróżową szminką. Młode, nienagannie szczupłe dziewczę o nogach łani zarzuconych jedna na drugą, odwróciło na chwilę swe jasnoszare oczęta od własnego odbicia. Wzruszyła delikatnymi, wąskimi ramionami, unosząc wymownie brwi i westchnęła z lekkim zrezygnowaniem. – Mogę cię wyręczyć podczas nocy poślubnej. – Odstawiła szminkę, biorąc się za rozczesanie białych, niedługich włosów. Patrzyła na brata z rozbawieniem w błyszczących, wzorowo umalowanych oczach.
Kai parsknął, w chwilę pojmując aluzję.
To nie byłoby takie złe, gdyby nie fakt, że ślub ma się nie odbyć słonko. – Długie palce mężczyzny spokojnie i rytmicznie obijały się o bordowe ramię głębokiego, eleganckiego fotela, w którym rozsiadł się kilkanaście minut wcześniej.
Szczuplutka, niewysoka sylwetka podniosła się z miejsca, stając przed drugim, większym lustrem. Krytycznym okiem przyjrzała się idealnemu ciału odzianemu jedynie w skąpą, koronkową czarną bieliznę. Brat patrzył na nią z lekkim zamyśleniem, przesuwając przy tym dłonią po delikatnie zarośniętym podbródku.
Szare tęczówki zwróciły się na niego, a pełne usta przystroiły w szeroki, przyjemny i uroczy uśmiech.
– Coś wymyślimy, będzie zabawnie. – Szatyn uśmiechnął się półgębkiem, w duchu przyznając siostrze rację. Jakkolwiek niedogodna nie byłaby ta sytuacja, pewnym jest, że przez jakiś czas jego życie stanie się ciekawsze niż dotąd. Chociaż wystarczy tylko odrobina szczęścia, by Wallner szczeniak zniechęcił się do ślubu po poznaniu niewinnej Andrei. Gdyby nie własne przekonania, dopuściłby nawet do tego ślubu z czystej ciekawości. Ile ten mały posraniec byłby w stanie wytrzymać z najmłodszą przedstawicielką niesławnych Shelbych? Przez chwilę nawet korciło go, by się przekonać. Lecz wciąż nie zamierzał dopuścić, by gówno pokroju tego insekta wpełzło w szeregi jego cennej rodziny. To się nigdy nie stanie.
Wstał, by swym charakterystycznie spokojnym krokiem podejść do okna wychodzącego na front pokaźnej willi. Uśmiechnął się pod nosem, chowając dłonie do kieszeni marynarki.
Zabawmy się więc – szepnął, widząc parszywą twarz wychylającą się zza bramy.

***

Dopilnował, by wszystko wyglądało nienagannie. Smarkacza powitać miał lokaj, by następnie bezpiecznie doprowadzić do głównego salonu, w którym to Kai już go oczekiwał. W pełni swej dostojności okupował jeden z foteli, powoli dopalając papierosa. W drugiej jego dłoni spoczywała zapalniczka benzynowa, którą co i rusz otwierał, pozwalając by wysoki płomień chwilę po chwili ozdabiał powietrze. Wpatrzony w ogień wzrok uniósł dopiero, gdy usłyszał poruszenie w wejściu.
Nie widzieli się długo, bowiem gdy Kai pierwszy raz miał do czynienia z tą parszywą, męską prostytutką, obaj byli po pięć lat młodsi. I śmiał twierdzić, że sam zmienił się bardziej niż przybyły. Jego twarz przystroił nieprzyjemny, pełen kpiny uśmiech.
Zostaw nas samych – zwrócił się do lokaja, ten zaś szybko skinął głową i wycofał się, zamykając za sobą dwuskrzydłowe, potężne drzwi. Chabrowe spojrzenie utknęło w młodym mężczyźnie, którego noga zdecydowanie nigdy nie powinna postać w tej posiadłości.
Siadaj. – Jego uśmiech z czystym sumieniem nazwać można było wręcz przesympatycznym. Nieszkodliwym ruchem dłoni wskazał miejsce naprzeciw siebie, przeznaczone dla gościa. Jasny płomień ponownie leniwie wyłonił się spod pokrywki.
⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓
ASTRID


MŁODY KAI (5 lat temu)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pią Gru 30, 2016 4:16 pm

    Kurczowo uczepiwszy się umięśnionych ramion, z cichym śmiechem pociągnął ich właściciela w dół. Jego usta po raz kolejny zaatakowane zostały przez te bardziej wygłodniałe odpowiedniki, podczas gdy plecy swobodnie opadły na miękką pościel. Przerywając nieszczególnie wymagający pocałunek, z błogością odchylił szyję, całkowicie poddając się szorstkim wargom. Spod przymrużonych powiek obserwował jak stopniowo schodzą coraz to niżej, prawie, że niewyczuwalnie muskając to wrażliwszą skórę. Górujący nad nim mężczyzna, w dalszym ciągu pozostawał tak słodko nieświadomy beznadziejności sytuacji w jakiej przyszło mu się znaleźć, że mimowolnie uśmiechnął się z politowaniem. Wszyscy faceci byli tacy sami. Wystarczyło trochę ich zachęcić, by w sekundę przyszpilili cię do łóżka. Do myślenia zamiast mózgu używali fiutów, do samego końca nie zdając sobie sprawy z własnej głupoty. Ten z kolei zawsze nadchodził szybciej, niż podejrzewali.
    Ich spojrzenia skrzyżowały się zaledwie na ułamek sekundy, gdy ciemnowłosy dochodząc do jego podbrzusza, uniósł wzrok, by na własne oczy przekonać się, jaką ma aktualnie minę. To co dane mu było ujrzeć, z pewnością nie było tym, czego się spodziewał. Na twarzy kochanka zamiast błogości, dojrzał bowiem jedynie obojętność. Głupia mina, którą mu sprezentował, była w stanie wynagrodzić mu zmarnowany poranek. Zwłaszcza, że zabawa dopiero się zaczynała. Zaskoczenie na twarzy mężczyzny stopniowo przechodziło bowiem w wściekłość, którą jednym gestem zamienił w niemalże namacalne przerażenie. Z czymś na kształt czułości pogładził go po policzku, umyślnie demonstrując mu przy tym swój tatuaż.
    Otwarte do krzyku usta, wbrew zamysłowi ich właściciela, nie wydały z siebie żadnego dźwięku. Skutecznie uniemożliwił im to z zawrotną prędkością rozprzestrzeniający się po jego organizmie jad, który zaaplikował mu poprzez niewielką strzykawkę, wbitą prosto w aortę. Nie czując większej potrzeby, by po raz setny przyglądać się temu samemu schematowi powolnego umierania, zrzucił go z siebie niczym szmacianą lalkę, fundując mu tym samym nieszczególnie przyjemne, spotkanie czołowe z szafką nocną. Niespecjalnie przejęty faktem, że ktoś powoli wykańcza się za jego plecami, skupił się na swojej koszuli, która dzięki wspaniałomyślności mężczyzny przestała nadawać się do jakiegokolwiek użytku. Zapinając jedyny, ostały w tym wszystkim guziczek, z ukosa zerknął na w połowie zwisającego z łóżka mężczyznę, by tak dla pewności upewnić się, czy wszystko aby na pewno poszło zgodnie z planem. Fakt, że nie oddychał i wykrwawiał się oczami, nie pozostawiał mu szczególnych złudzeń. Wzdychając cicho, z wyraźnym ociąganiem podniósł się z dotychczas zajmowanego miejsca, ruszając prosto do drzwi. Rozmach z jakim zostały otwarte, o mało co nie zdeformował mu twarzy. Cofając się w tył, bacznie obserwował wycelowany prosto w swoją głowę pistolet, nie śmiąc odezwać się przy tym ani słowem.
    – Nie tak się umawialiśmy.
    Jakby nie wiedział. Po prostu nie miał najmniejszego zamiaru, dać mu tej satysfakcji. Swojego rodzaju blokada, zaszczepiona głęboko w jego podświadomości, dotychczas bez zarzutu powstrzymywała go przed zrobieniem czegokolwiek, co mogłoby nie spodobać się jego bratu. Za sprawą ostatnich wydarzeń, jej wpływ stawał się jednak coraz to bardziej znikomy. Fakt, że wykluczył go z polowania, był niewielkim krokiem ku rewolucji. Nie miał wątpliwości, że Tobias również zdawał sobie z tego sprawę. Opuszczając pistolet, zapraszająco wyciągnął ku niemu dłoń. Mrożący krew w żyłach, iście upiorny uśmiech, którym go przy tym uraczył, jasno dawał mu do zrozumienia, że może jedynie grzecznie się podporządkować.
    Bez słowa sprzeciwu, posłusznie się zbliżył, pozwalając tym samym, by znajome ramiona uwięziły go w szczelnym uścisku, z kolei ich posiadacz nieprzyjemnie drażnił jego ucho swoim oddechem.
    – Rozumiem, że wciąż jesteś zły. Zabicie twojej zabaweczki było naprawdę podłym posunięciem. – Z trudem tłumiąc dominującą nienawiść, zachował pozory kompletnie niewzruszonego. Nie mógł okazać słabości. Zauważywszy jego cierpienie, tylko dodatkowo by się nim upajał. – Jednak wciąż jestem twoim bratem. Twoim ukochanym braciszkiem. Więc bądź grzeczny – urywając, władczo złapał go włosy, boleśnie przypominając mu tym samym, że znowu nie zdążył ich podciąć – i słuchaj, co do ciebie mówię... Wiesz, że na ten bezsensowny ślub zgodziłem się tylko i wyłącznie z jednego powodu...
    – Tak, bracie...
    – Zrób, co do ciebie należy i wróć do domu. Inaczej będę bardzo zły...

❄❄❄

    Z wdzięcznością przyjął wręczoną mu przez Simona koszulę, szybko narzucając ją na nagie ramiona. Wcześniejsza już dawno spoczywała na tylnym siedzeniu, napawając go jedynie obrzydzeniem.
    – Na pewno tego chcesz? – Niewyraźne pytanie padające z ust, podczas ich krótkiej podróży, pożerającego już trzeciego wiśniowego lizaka mężczyzny, sprawiło, że zachichotał cicho. Nie potrzebował jego udawanej troski. Nie skoro i tak nie potrafiłby obronić go przed konsekwencjami wynikającymi z tego, do czego lekkomyślnie próbował go namówić. – Czytałem raporty. Z uśmiechem pchasz się prosto do jaskini lwa...
   – W pokojowych zamiarach. Poza tym nie jestem chodzącym kawałkiem mięsa. Miej trochę wiary. – Jego niedowierzające spojrzenie jasno oznajmiało mu, że nie ma jej za grosz. Zaintrygowany ogromem jego załamania, przez moment walczył z nieodpartą potrzebą zdradzenia mu, prawdziwego celu swojej wyprawy do Shelbych. Tego zaaprobowanego i żądanego przez Tobiasa, który rzeczywiście można by nazwać misją samobójczą.
    Zatrzymując się pod ogromną bramą prowadzącą do pozornie odseparowanej od reszty świata posiadłości, Simon złapał go za ramię, na odchodne postanawiając uraczyć go radą.
    – Uważaj na najstarszego z rodzeństwa... Nawet tobie może sprawić problemy.
    – Dzięki za podwózkę, bracie – rzucił wesoło, bez większego problemu wyrywając się z jego uchwytu, by sprawnie wysiąść z auta. Z bagażnika wyciągnął sporych rozmiarów walizkę, z niemałym zaskoczeniem obserwując, jak przejmuje ją od niego lokaj, który dosłownie znikąd zmaterializował się tuż przy jego boku. Skinąwszy mu głową, grzecznie poprosił, by za nim podążał, z miejsca ruszając przed siebie. Luca z kolei, nie widząc większych powodów do sprzeciwu, posłusznie wykonał jego prośbę, szybko go doganiając. Z bliska posiadłość wywierała jeszcze większe wrażenie, choć zważywszy na to, że prowadzący go mężczyzna poruszał się z wręcz nienormalną szybkością, nie miał zbyt wiele czasu, na podziwianie widoków.
    Krótka wędrówka po posiadłości, zakończyła się wraz z przekroczeniem progu salonu, gdzie ku jemu zaskoczeniu zamiast komitetu powitalnego, ujrzał jedynie samotnego mężczyznę. Dziwnie znajomego, jednak w pewien sposób innego. Przyglądając mu się poniekąd natrętnie i z pewnością zbyt śmiało, szybko dostrzegł pojedynczą bruzdę na jego policzku. Coś, co w jego licznych kontaktach z mężczyznami na oczy widział jedynie raz. Raz, którego nigdy nie dane mu było zapomnieć... Z wielu powodów.
   – To jednak z "tych" sytuacji? – zapytał z przesadnym zaciekawieniem, z impetem zajmując wskazany mu fotel. – No wiesz - nadopiekuńczy starszy brat, wygłosi kazanie przyszłemu szwagrowi, ostrzegając, by dla swojego własnego dobra trzymał rączki z daleka od jego siostry.
    Jego wymowne uśmiechy, czy też ostrzegawcze spojrzenia, nie robiły na nim większego wrażenia. Z doświadczenia wiedział bowiem, że w porównaniu z prawdziwą furią Kaia, są jedynie nic nieznaczącym przedsmakiem. Nawet ogień, którym jakby od niechcenia się bawił, nie zmusił go, do pozbycia się zaczepnego uśmieszku. Za jego sprawą mógł bowiem jedynie spalić mu brwi, czy też w bardziej radykalnych sytuacjach, spróbować go podpalić. Spróbować, bo Luciel z pewnością nie zamierzał bezczynnie czekać na jego atak. Chociaż całą swoją postawą wyraźnie oznajmiał, że obecna sytuacja po prostu go bawi, jego ciało pozostało nieustannie napięte.


TOBIAS


SIMON
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Nie Sty 01, 2017 5:38 pm

Widział uważny, natarczywy wręcz wzrok młodego mężczyzny, który przekroczył próg pomieszczenia wielkości całkiem sporej kawalerki. Kai miał świadomość tego, jak wielu facetów przewinęło się przez ręce młodego Wallnera, lecz mimo to sądził, że wystarczająco mocno wrył się w jego pamięć, by teraz zdał sobie sprawę kogo nawiedził swoją obecnością. Kai wciąż czuł lekki niesmak wspominając ostatni raz, gdy się widzieli, lecz było to tak dawno, że był w stanie nie myśleć za wiele o swym lekkim.... nietakcie, którym uraczył chłopca tamtego dnia. Ale cóż... Każdy może się lekko zirytować, gdy ktoś próbuje go zabić jeszcze przed spełnieniem. Tak się po prostu nie robi.
Bezustannie przenikając mężczyznę nic niewyrażającym, głębokim spojrzeniem, powoli dopalał papierosa. Na jego usta wlał się pełen rozbawienia uśmiech, gdy tak w ciszy słuchał tego, co ma do powiedzenia jego niemile widziany gość. Bowiem jego przypuszczenia nie miały nic wspólnego z zamiarami Kaia. Nie martwił się o siostrę. Nie chciał wpuścić do swej rodziny tego śmiecia, tylko i ze względu na to, że był Wallnerem i Shelby nie byłby w stanie spojrzeć na niego inaczej jak tylko na wroga. Fakt, że miał zyskać prawo do jego słodkiej, małej siostrzyczki nie miał znaczenia, bowiem w tym przypadku prędzej martwiłby się o Lukę, niż o Astrid. Jego siostra nosiła nazwisko Shelby, żadna męska kurwa nie była w stanie jej przerazić. Ona jedna zresztą, niemalże na równi z Miką zyskała najwięcej uwagi Kaia, a to mówiło samo przez się. Nie była dziewczynką, którą można łatwo zranić i nie była taką, z którą należało zadzierać.
Zabawne – mruknął niby to od niechcenia, gasząc papierosa. Okręcił zdobioną pięknym grawerunkiem zapalniczkę w dłoni, ostatecznie swobodnym ruchem odkładając ją na stolik, zaraz obok popielniczki. – Zabawne z jaką pewnością nazywasz siebie "przyszłym szwagrem" – rozwinął swą myśl, unosząc delikatnie brwi i podkreślił swe słowa wymownym uśmiechem. Mógł sugerować wiele, biorąc jednak pod uwagę sytuację Luki, pierwszym, nasuwającym się na myśl przypuszczeniem była przedwczesna śmierć tegoż.
Gdyby to ode mnie zależało, byłbyś już martwy. – Westchnął, z lekkim znudzeniem układając podbródek na długich palcach. Oczywiście, że wszystko zależało od niego, ale nikt spoza tego domu o tym nie wiedział. Choroba jego ojca była sprawą utajnioną i wszyscy wciąż przekonani byli, że to on ma pełną władzę nad rodziną. Ten kto nie musiał, nie znał prawdy i tyczyło się to także większej części mafii, którą kierował Shelby. Nieświadomość Luki co do pozycji Kaia rozważał jako atut, którego nie miał zamiaru pozbywać się od razu. Tak długo, jak będzie to konieczne, był w stanie grać sfrustrowanego następcę, który nie może podjąć żadnej decyzji ze względu na zależność od ojca. Nie przeszkadzało mu też sprawianie pozorów mało rozgarniętego i niekoniecznie mogącego wiele zdziałać. Lubił pozory, dobrze się nimi bawił.
Nim zdołał dodać coś jeszcze, usłyszał pukanie dochodzące od strony innych drzwi, niż te, którymi wprowadzono gościa. Kai zerknął w stronę źródła, napotykając tam przejście do tej części domu, którą poruszali się jedynie Shelby, a służba nie miała wstępu. Wyglądało na to, że Astrid skończyła się szykować.
Bez słowa podniósł się z fotela i pofatygował, by otworzyć siostrze drzwi. Uchyliwszy je i napotkawszy zadziorny uśmiech dziewczyny, zaniemówił na chwilę. Zmierzył nastolatkę spojrzeniem, by w końcu unieść brwi, uchylić usta, zamknąć je i prychnąć na tyle cicho, na ile pozwalała mu silna wola.

⧓ KILKANAŚCIE MINUT WCZEŚNIEJ ⧓

Westchnął głęboko, odchodząc od okna i raz jeszcze przyjrzał się siostrze, przywdziewając na twarz mało wytworny grymas.
Mogłabyś go w sobie rozkochać, wykorzystać, a potem zranić tak, żeby sam odszedł z załamaniem nerwowym, albo najkorzystniej dla nas, po prostu się powiesił. Z pedałami zawsze są komplikacje. – Pokręcił głową z niezadowoleniem, siostra zaś obejrzała się na niego, posyłając zgryźliwy uśmiech.
– Odezwał się ten, który...
Nie... – Ledwie zdążył przerwać siostrze, a już ta odwdzięczała mu się tym samym
– "Nie dotyczy mnie coś tak prymitywnego jak orientacja seksualna" – mówiąc teatralnie grubym głosem, przewróciła oczami, kwitując swą wypowiedź śmiechem. – Wiem, wiem.
– Za mocno się tym przejąłeś, braciszku – kontynuowała, wdziewając sukienkę. Zamyśliła się, patrząc w lustro przeciągle. Na jej usta wpełznął podejrzany uśmiech. – To ma być zabawa... – szepnęła już bardziej do siebie, pogłębiając uśmiech. Kai stanął za nią, układając duże dłonie na wąskich ramionach. Pogłaskał je krótko, posyłając luźny uśmiech do siostrzanego odbicia.
Cokolwiek kombinujesz, będziemy czekać w kryształowej sali. – Skinęła głową z promiennym uśmiechem.

⧓ OBECNIE ⧓

Bez słowa, tłumiąc uśmiech, przepuścił dziewczynę w drzwiach, pozwalając Luce, by dostrzegł swą narzeczoną. Niewysokie, zbyt szczupłe dziewczę pewnym krokiem podążyło w stronę siedzącego niedaleko gościa. A prezentowała się... Otwarcie. Nie miała na sobie bowiem nic poza uśmiechem i czarnymi, skąpymi stringami. Jej małe piersi świeciły nagością, tak samo jak jędrne, kształtne pośladki. Od wejścia posyłała narzeczonemu promienisty uśmiech.
Kai szedł za nią nieco wolniej, przywdziewając na twarz powagę. Skoro to miała być zabawa, niech się więc pobawią. Rola złego starszego brata z nieosobliwym podejściem do siostrzanej seksualności, była nawet ciekawa. Spoczął luźno na poprzednim miejscu, podczas gdy Astrid z wysoko uniesionym podbródkiem i zalotnym uśmieszkiem stanęła wprost przed Lucą.
Przedstawiam ci Astrid, moją najmłodszą siostrę i twoją obecną narzeczoną. – Dłonią wskazał na dziewczę stojące obecnie tyłem do niego. – Pomyśleliśmy, że zechciałbyś zobaczyć co bierzesz. – Chwycił siostrę za nadgarstek, obracając ją powoli wokół osi, jakby prezentował towar przed kupcem.
Jest płaska i koścista, od tyłu nawet nie dostrzeżesz, że to dziewczyna – uniósł brwi, jakby był całkiem zadowolony z tego co widział i prezentował swemu gościowi. Puścił dziewczynę, ta zaś z tym samym uśmiechem, bez chwili wahania usadowiła się okrakiem na kolanach przybyłego. Chwyciła go za podbródek, obracając jego głowę w jedną i drugą stronę. Obejrzała się przez ramię na brata.
– Nie mieli czegoś bardziej męskiego, Kai? – Nie słysząc odpowiedzi brata, który spokojnie odpalił drugiego papierosa i z lekkim uśmiechem patrzył na scenę przed sobą, powróciła szarym spojrzeniem do rzekomo przyszłego męża.
– Kai mówił, że lubisz adrenalinę w łóżku – wyszeptała konspiracyjnie, wsuwając dłoń we włosy mężczyzny, by następnie zjechać nią na jego kark. Jej skóra była chłodna i gładka. Umalowane usta znalazły się nieopodal tych męskich. – Chcesz mi teraz pokazać? – wymruczała, patrząc bezczelnie w ciemne tęczówki.
Mhm, nie wstydź się. Panuje u nas taka zasada. Muszę sprawdzić, czy jesteś w stanie ją zadowolić, nim weźmiecie ślub. – Zaciągnął się, powoli wypuszczając dym. – Wiesz, jedna z "tych" sytuacji. – Czekał na rozwój zdarzeń, w głowie chwaląc kreatywność dziewczyny, która zaiste w oczach Kaia, wyjątkowo dobrze poradziła sobie w rozluźnieniu atmosfery.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Nie Sty 01, 2017 10:18 pm

   Dobra, jedno musiał mu przyznać - pewność z jaką to powiedział, rzeczywiście była zabawna. W końcu on sam na dobrą sprawę nie planował, dołączać do ich rodziny. Mógł wściekać się na Tobiasa, czy nawet skrycie go nienawidzić, jednak z pewnością nie był na tyle głupi, by od tak zlekceważyć jego polecenie. Najstarszy z Wallnerów nie kazał mu bowiem zdobywać ich sympatii, bądź broń boże pozwolić, by sprawy rozwiązały się na ślubnym kobiercu, gdzie bez zbędnej wymiany zdań, ktoś niewątpliwie zarobiłby kulkę - i póki szansę, że byłby to on pozostawały tak niebezpiecznie wysokie, wolał nie ryzykować . Miał za to zrobić to, w czym był najlepszy. Podpuścić cel, doprowadzić do zbliżenia i szybko wyeliminować przyszłe zagrożenie. Krótko mówiąc - wziąć sprawy we własne ręce, w razie potrzeby ryzykując przy tym życiem. Z doświadczenia wiedział bowiem coś, o czym jego brat wydawał się nie mieć bladego pojęcia. Kai nie był jakąś tam kolejną, łatwą ofiarą. Pozory groźnego, nie były tylko kolejną grą słabeusza. Był dokładnie taki, jakim pozwolił się postrzegać - cholernie niebezpieczny. W końcu nie bez powodu już raz udało mu się, mu umknąć. Był jego pierwszą i ostatnią porażką. Porażką, do której nie mógł przyznać się przed samym sobą, o powiedzeniu tego na głos, już nawet nie wspominając. A jednak był tutaj. Siedział zaledwie kilka metrów od niego, obdarzając go znudzonym spojrzeniem. Pozornie nieszkodliwy, jednak de facto nie do zdjęcia. Samo patrzenie na niego, sprawiało, że nieprzyjemnie mrowiło go w środku. Chciał dokończyć robotę i jak najszybciej pozbyć się tego dziwnego uczucia. Szkoda, że nie mógł zrobić tego tu i teraz. Nierozwaga byłaby bowiem jednym z bardziej nieprofesjonalnych posunięć. Ba, najpewniej sam skończyłby z przetrąconym karkiem czy bliżej nieokreślonymi ranami, prowadzącymi do bardzo powolnej śmierci.
   – Tak mówisz, ale powiedz - dlaczego mam nieodparte wrażenie, że spróbujesz ukrócić moje "męki"? – zapytał słodko, z uwagą obserwując, nawet na moment nie ulegającą zmianie mimikę. Czy w jego towarzystwie naprawdę nie mógł, polegać nawet na swoich własnych spostrzeżeniach? W końcu gdzie tu sens, skoro Kai wydawał się idealnie kontrolować wszystko, co chciał mu sprezentować? Kolejna rzecz, dzięki której znacznie skomplikował mu robotę, mimo wszystko wprawiając go w iście szampański nastrój. Zapowiadała się świetna zabawa. Odkrywanie jego prawdziwego oblicza, poprzez zrywanie z niego poszczególnych warstw fałszu, było czymś, czego z pewnością zamierzał się podjąć.
   Bacznie śledząc jego ruchy, z nieukrywanym zaciekawieniem przyglądał się, jak uchyla odmienne od tych, którymi tutaj przybył drzwi, wpuszczając przez nie... No właśnie, JĄ. Uważnie taksując ją wzrokiem, nie omieszkał się prezentować jej swojego równie zaczepnego, co ten jej, uśmiechu. O jego chwilowym zaskoczeniu obecną sytuacją, świadczyła jedynie wysoko uniesiona brew, nad którą na całe szczęście udało mu się dość szybko zapanować. Wczuwając się w wyraźnie narzuconą mu rolę, posłusznie wodził spojrzeniem po jej nagim ciele, nie omieszkując się przy tym zatrzymać go stanowczo za długo na jej zgrabnym tyłeczku czy urodziwych piersiach. Czy czuł cokolwiek, spoglądając na nią w ten sposób? Absolutnie nic. Czy potrafił udawać, że jest inaczej? Z dziecinną łatwością.
   Z przesadnie dużym zachwytem, przyjął ją na swoje kolana, pozwalając, by i ona miała w tym wszystkim trochę zabawy.
    – Wybacz skarbie, takie życie. Przynajmniej nasze dzieci będą nad wyraz urocze. – Cmokając cicho, zasłużył sobie na jej krótki śmiech. Całkiem możliwe, że fałszywy, jednak głupi uśmieszek ani na moment nie zniknął z jego twarzy, do obecnej sytuacji wpasowując się tym samym niczym palec w oko.
    Drobna dłoń wpleciona w jego odrobinę przydługawe włosy, stanowiła iście dziwaczny kontrast z tymi, z którymi przyszło obcować mu na co dzień - dużymi i szorstkimi. Jej dotyk był zaskakująco delikatny, jednak poza dreszczami, wynikających głównie z niskiej temperatury jej ciała, nie czuł nic szczególnego. Może gdyby mocno za nie pociągnęła, z kolei on przymknąłby powieki, wyobrażając sobie, że jest kimś innym, to wszystko zyskałoby jakikolwiek sens. Bez tego była jedynie jakąś tam nieistotną laską, która ku widoczniej uciesze brata, postanowiła się z nim podrażnić.
   – Ciekawe, co jeszcze mówił – wymruczał przyjemnym dla ucha, niskim barytonem, dotychczas osamotnione ręce przenosząc na jej jędrne pośladki. – Wspominał, że sam gustuje w pieprzeniu do nieprzytomności? – Skubiąc płatek jej ucha, upewnił się, że każde z kolejnych słów, pozostanie pomiędzy nimi. – Że lubi ostrzejsze klimaty. – Leniwie zjechał na szczękę, muskając ją prawie, że niewyczuwalnie. – Płacz, – Pojedynczy całus w brodę. – błaganie, – W prawy kącik ust. – kwilenie, – Lewy kącik. – pozostawianie na granicy śmierci. – Zatrzymując się zaledwie milimetry od jej kształtnych ust, posłał jej wyzywające spojrzenie. – Wiesz o nim wszystko i mimo to go akceptujesz? – Zaciskając dłonie na jej pośladkach, docisnął jej szczuplutkie ciało bliżej własnego. – Świetnie~! Z pewnością się dogadamy. – Łącząc ich usta w pozbawionym jakiejkolwiek delikatności pocałunku, z pomrukiem aprobaty zarejestrował, że widocznie mimo wszystko nie miała najmniejszego zamiaru, się wycofać. Odpowiadając mu równie żarliwie, zakołysała biodrami, ocierając się o sztywny materiał jego spodni. Jak daleko mogli się posunąć, by udowodnić sobie swoje racje? Ona z całą pewnością była gotowa przekroczyć granicę, jednak on wciąż miał ku temu swojego rodzaju wątpliwości, których bynajmniej starał się nie okazywać, w nabierającej coraz to większego tempa pieszczocie. Czy by zadowolić Kaia, naprawdę powinien ją zerżnąć? Był w końcu jej bratem, prawda? Nawet jeśli w jednej chwili mówił jedno, jaką tak naprawdę miał pewność, że nagle coś mu się nie odwidzi i nie spróbuje wpakować mu kulki prosto w czoło? Poza tym nie miał najmniejszej ochoty, w nią wchodzić. Potrafił się do tego zmusić, jednak robienie tego dla ich osobistej rozrywki... Tańczenie tak jak mu zagrali... Jakoś nieszczególnie mu się widziało.
   Jego dłoń niepostrzeżenie wślizgnęła się pod materiał jej czarnych stringów, by zwinne palce szybko poradziły sobie i z tym problemem, zsuwając je na jej kościste uda, tak, by w razie czego nie wchodziły mu w drogę. Odrywając się od jej spragnionych miłości ust, płynnie przeniósł się na jej szyję, obsypując ją krótkimi pocałunkami, by ostatecznie skończyć na jej ramieniu. Zupełnie jak gdyby dopiero teraz przypomniał sobie, że nie są tu całkiem sami, podniósł wzrok na siedzącego nieopodal mężczyznę, obdarzając go jednym z bardziej żarliwych spojrzeń.
   – Przyłączysz się? – Ponętnie oblizując wargi, rzucił mu jawne wyzwanie, z góry zakładając przy tym, że stchórzy. W grę wchodziła bowiem jego mała siostrzyczka. Nic więc dziwnego, że pomimo tego, co z Lucielem wyczyniał jego własny brat, Kaia podejrzewał o jakieś tam resztki przyzwoitości, prawda?
   Ano głupie, jednak wtórująca mu śmiechem Astrid, sprawiła, że sam roześmiał się w głos. Śmiali się więc razem, każde z zupełnie odmiennego powodu, jednak żadne wydawało się nie mieć nic przeciwko temu. Możliwe, że go nienawidziła. Możliwe, że już wkrótce spróbuje go otruć, bądź też w śnie wbić mu nóż w plecy, jednak na chwilę obecną, Luka autentycznie cieszył się z faktu, że dane mu było spotkać kogoś równie skrzywionego, co on sam. Nierozważnie zapomniał tym samym o obecności Shelbiego, którego nie tak znowu dawno, próbował sprowokować do jakiejkolwiek reakcji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pon Sty 02, 2017 12:54 am

Młody Wallner udawał i Kai nie miał co do tego wątpliwości, lecz bynajmniej nie dlatego, że gra młodszego z nich była w jakiś sposób niedoskonała. Najwidoczniej udawanie opanowane miał do perfekcji, co zresztą nie powinno dziwić nikogo, kto należał do ich świata. Wszystko co otaczało ich rodziny było pełne fałszu, a każdy gest mógł oznaczać całkowite przeciwieństwo tego, za co uchodził. Wiedział, że i jego siostra to wie. Sama była niezgorsza. Jej słodkie westchnięcia i sposób, w jaki wiło się delikatne ciało pod wymuszonym, lecz przychodzącym naturalnie dotykiem Luci, ciężko było odróżnić od faktycznych reakcji powiązanych z rozkoszą. Kai w ciszy podziwiał tę obopólną grę aktorską, niespiesznie przyprawiając swego papierosa o nieśmiałe żarzenie. Raczył jedynie wnieść spojrzenie do sufitu, gdy usłyszał jak dwudziestosześciolatek wspomina o swym doświadczeniu z samym Kaiem. Wiedział, że prędzej czy później mu to wypomni, nie sądził jednak, że nastąpi to tak szybko. Uśmiechnął się jednak jednym z kącików, przywołując w głowie ten obraz. Faktycznie, zapędził się wtedy i nawet przez kilka momentów myślał, że przyszło mu zostać nekrofilem. Jednak gówniarz tylko stracił przytomność, Kai zaś nie mogąc odmówić sobie tej przyjemności, popastwił się nad nim jeszcze trochę na różne sposoby, doprowadzając do stanu, w którym powinien lada chwila umrzeć. I tak właśnie go zostawił, będąc przekonanym, że się wykrwawi, albo udusi – nie wiedział co pierwsze, zważając na folię, którą upiększył jego buźkę. Nikt nie powiązałby z nim tego zabójstwa, w końcu Wallner był dziwką, narażał się miliony razy różnym ludziom. Ale niestety, kilka dni później Kai dowiedział się, że młody żyje i ma się... dobrze, pomijając rozległe rany. Nie martwił się jednak, wiedział, że ktoś jego pokroju nie przyzna się, kto doprowadził go do podobnego stanu. Sądził za to, że zniechęcił Lucę do nastawania na jego życie. Po pięciu latach okazuje się, że niekoniecznie. Nie był bowiem na tyle głupi, żeby sądzić, że faktycznie jest tu tylko po to, by poślubić jego siostrę.
Nie dosłyszał tego co dalej szeptał do uszu Astrid i nie interesowało go to. Dalej w spokoju palił, nie odrywając obojętnego wzroku od obrazka przed nim. Wyglądał zupełnie tak, jakby oglądał niezbyt emocjonujący film lecący akurat w telewizji. W rzeczywistości był nawet ciekaw. Znał swoją siostrę i wiedział, że prędzej czy później to przerwie, zastanawiał się tylko czy pierwsza będzie ona, czy Luca. Ten jednak nie wydawał się ku temu śpieszyć; zgodnie z oczekiwaniami Kaia podjął się małej gry jego siostry i brnął w nią dalej. Dla mężczyzny zaś całe ich obmacywanki pozostawały w pełni w sferze aseksualnej. Andrea była jego małą siostrzyczką i nie byłby w stanie spojrzeć na nią inaczej, co dziewczyna doskonale wiedziała, dlatego też była zdolna do odprawiania podobnych ekscesów przed jego oczyma. Choć prawdą jest, że sam fakt, iż do tykają jej brudne łapy pomiotu Wallnerów sprawiał, że miał ochotę odciąć mu wszystkie kończyny. Bo bez rąk wyglądałby nieestetycznie, a sam korpus to już jakaś forma sztuki.
Tak jak poprzednio siostrze, jemu również nie odpowiedział. Był zbyt dojrzały, by dać się podpuścić w tak idiotyczny sposób. Oczywiście, że by się nie przyłączył. Miał pewne granice. Co prawda jedynie w stosunku do rodziny, ale jednak. Astrid za to swobodnie się śmiała, zupełnie jakby propozycja narzeczonego faktycznie ją rozbawiła. Ten jej wtórował, zaś ona patrzyła mu głęboko w oczy, a jej śmiech z chwili na chwilę cichnął. W końcu na ładnej buzi pozostał tylko przeuroczy, sympatyczny uśmiech.
– Nie lubię cię – odparła z tym właśnie uśmiechem, a następnie poklepawszy chłopaka lekceważąco po policzku, zsunęła się z jego kolan. Poprawiając jedyne odzienie, które przed kilkoma chwilami jej zsunięto, odwróciła się w stronę brata. Ten, jakby przewidział podobny scenariusz, wyciągał w jej stronę dłoń, w której trzymał własną marynarkę. – Jest przewidywalny – mruknęła z westchnięciem, biorąc od brata odzienie, którym luźno się przykryła. Zachowywała się, jakby Luci w ogóle nie było w tym pokoju. Kai również przez chwilę zdawał się zapomnieć o jego istnieniu.
Wiedział, że przerwiesz. – Wyciągnął w jej stronę papierośnicę, ta zaś ochoczo wetknęła jednego z fajek między usta.
– A ja wiedziałam, że się podejmie. – Wzruszyła ramionami, odpalając papierosa, po czym odwróciła się przodem do swego gościa, patrząc na niego z pewną kpiną w oczach. Na bladoróżowych ustach nie błąkał się już żaden uśmiech. Ładną buzię zdominowała chłodna obojętność. – Nie jestem nawet mokra, nie jesteś w stanie mnie zaspokoić, mamy werdykt. Ślubu nie będzie.  – Przysiadła na podłokietniku fotela, który okupował jej brat, Kai zaś w reakcji na te słowa, jedynie rozłożył ręce w geście bezradności, patrząc przy tym na Lucę.
Żaden facet nie byłby w stanie zaspokoić, czy podniecić jego siostry, bowiem jedynymi mężczyznami, jakich ta akceptowała, byli jej bracia i ojciec. Resztę traktowała z góry, bez szacunku i zwyczajnie jak podludzi. Kai był pewien, że Luce nie umknęło to pełne wyższości spojrzenie, z którym przestała się kryć jego siostra.
Luca – zwrócił uwagę mężczyzny na siebie, odrywając delikatnym ruchem plecy od oparcia fotela. Niespiesznie strzepnął popiół z papierosa. – Mój ojciec jest obecnie bardzo zajęty, więc nie ma czasu na głupoty. Ja odpowiadam za wasz ślub i cały ten cyrk – bardzo sprawnie przeszedł z poziomu żartów do formalności, których jakkolwiek by chciał, nie był w stanie ominąć, dopóki obowiązywała go umowa podpisana przez staruszka.
Termin zarezerwowany jest na przyszły rok – podjął, zaciągając się raz jeszcze. Astrid zerknęła na niego z ukosa, bo choć jej twarz nie wyrażała żadnych konkretnych emocji, była zaskoczona. Kłamał, czy tylko nie wspomniał? – Oczywiście mogłoby to nastąpić wcześniej, zależy mi jednak na tym, żebyście się poznali oraz by wszystko zostało dopięte na ostatni guzik. – To były oczywiste kłamstwa. Dał sobie ten rok na obmyślenie konkretnych działań, bez konieczności zrywania, czy naruszania umowy. Wtenczas dowie się również co zaplanowali dla niego Wallnerowie.
Wypuścił z płuc gryzący dym, a utkwiwszy w Luce nieprzeniknione spojrzenie, uraczył go uprzejmym uśmiechem.
Zamieszkasz tu przez ten czas, a ja sprawię, że ten rok będzie dla ciebie katuszą. Bo widzisz... Ja też cię nie lubię – zaśmiał się swobodnie, gasząc i tego papierosa. – Wszystko zostało ustalone już z twoim bratem. Także witaj w naszych skromnych progach, słodziutki.
Podniósł się z fotela, a swój wzrok skierował na Astrid.
Idź na zajęcia, ja zajmę się twoją zabawką. – Dziewczyna również dopaliła papierosa i ochoczo zeskoczyła z siedzenia. Z uśmiechem złożyła na policzku gościa krótki pocałunek, puściła mu oczko, po czym machnęła ręką, mruknąwszy pełne entuzjazmu "do zobaczenia". Następnie zniknęła w drzwiach, z których przyszła.
A ty pójdziesz ze mną. Pokażę ci pokój, który powinien być dla ciebie idealny. – Dłonią wykonał gest w kierunku dwuskrzydłowych drzwi, zapraszając mężczyznę do podążenia w tamtą stronę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pon Sty 02, 2017 10:23 pm

//Nie umiem, duszę się, jednak nie chce być chora ;-;
    Teatralnie łapiąc się za serce, z trudem utrzymał pozory powagi, pragnąc sprezentować jej, jak to bardzo zraniły go jej słowa. W rzeczywistości jednak ledwo tłumił śmiech, jakoś nieszczególnie zaskoczony tym, co powiedziała. Nie liczył, że z miejsca zapała do niego miłością. Nie był w końcu aż tak głupi. Doskonale wiedział, że w podobnych, zaaranżowanych przez rodzinę związkach, rzadko kiedy gościła miłość, jednak czemu tu się dziwić? Jego własny ojciec wpakował go w jeden z nich, lepiej niż ktokolwiek zdając sobie, że woli facetów. Że w wolnym czasie się z nimi pieprzy, dla zabawy posyłając ich przy tym w zaświaty. Że ustatkowanie się, w jego przypadku jest czystą abstrakcją, z kolei on nigdy nie pomyśli na poważnie o nikim - tym bardziej o jakiejś tam cipce. Egoistycznie wykorzystał go do realizacji własnych celów, które mimo wszystko i tak nie miały dojść do skutku. Od samego początku powinien wiedzieć, że Tobias nie będzie jedynie bezczynnie się przyglądał. Nie kiedy od lat wyżynał wszystkich, którzy ośmielili się wejść mu w drogę, dążąc przy tym do błyskawicznego poszerzenia wpływów ich rodziny. Jego ambicja była czymś iście przerażającym. Zwłaszcza, że towarzyszyła mu odkąd tylko otwarł oczy. Kiedy inni uczyli się chodzić, on potrafił już trzymać pistolet. Gdy normalne rodzeństwo bawiło się w berka, on wybierał mu to kolejnych mężczyzn. Jego ojciec wiedział nawet o tym, jednak nie odezwał się ani słowem. Wszyscy wiedzieli, że skrycie się go obawiał. Wiedzieli również, że już wkrótce po świecie rozniesie się wiadomość o jego "przypadkowej" śmierci. W końcu Tobias nie potrzebował kryć się za czyimiś plecami. Jawnie obnosił się ze swoją pozycją, bez skrępowania prezentując wszystkim coraz to bardziej trawiące go szaleństwo.
    – Ja z kolei chyba się w tobie zakochałem. – Puszczając jej perskie oczko, odprowadził ją spojrzeniem, w ciszy przysłuchując się, mającej przed nim miejsce wymianie zdań. Nie przeszkadzało mu, że go krytykowała, choć nie przywykł do bycia ignorowanym. Obecnie z kolei oboje traktowali go jak powietrze, na dobrą sprawę nie zaszczycając go nawet dłuższym spojrzeniem. Niczym obrażony dzieciak wydął wargi, mając cichą nadzieję, że może jednak przypomną sobie o jego istnieniu. Wtedy też dane mu było usłyszeć, że nie jest wystarczająco dobry. Chichocząc cicho, posłał jej pełne politowania spojrzenie, za które niewątpliwie w normalnych okolicznościach dostałby w pysk.
    – No tak, bo twoje jęki postawiły mnie za baczność. – Bardziej niż zgryźliwość, było to jedynie stwierdzenie faktu. Czegoś oczywistego, bo co tu ukrywać - o ile dotychczas nigdy nie narzekał na łóżkowe aspekty swojego życia, o tyle gdy do równania przychodziło mu dodać swoją uroczą narzeczoną... niewątpliwie czekała go długa abstynencja. Nie dlatego, że nie była atrakcyjna - bo mój boże, była - po prostu z góry dyskryminował ją jeden prosty fakt. Nie była facetem. Nie miała fujarki. Trzy razy NIE, pani serdecznie dziękujemy.
    Słysząc swoje imię, czy też raczej przydomek, obdarzył Kaia spojrzeniem swoich nieprzeniknionych, czarnych oczu, grzecznie wysłuchując, co też ma mu do powiedzenia. Szczegóły i tak nie robiły mu większej różnicy. Nawet jeśli Shelby podchodził do tego wszystkiego z wyraźną niechęcią, odkładając pozornie nieuniknione na cały rok, tylko dodatkowo działał mu na rękę. Nie zapewniał bowiem czasu jedynie sobie - dawał go również Lucielowi, który bez jego głowy na tacy, nie mógł w końcu opuścić tego miejsca. Mógł całkiem produktywnie spożytkować otrzymany czas i z pewnością nie mówił tutaj o poznawaniu Astrid. Planował bliżej przyjrzeć się jemu - jego nawykom, słabością, codziennemu życiu. Odkryć chwile, w których jest najbardziej bezbronny. Co ceni sobie najbardziej. Czego nienawidzi. Zupełnie jak gdyby to właśnie z nim planował stanąć na ślubnym kobiercu.
    Własne spostrzeżenie rozśmieszyło go na tyle, że parsknął cicho. Nie śmiał łudzić się, że Tobias zgodzi się, by bawił się z nim cały rok, jednak przynajmniej kilka przyszłych miesięcy, zapowiadało się naprawdę zabawnie. Zwłaszcza, że Kai śmiał rzucić mu jawne wyzwanie. Twierdzi, że go złamie? Śmiało, mógł próbować. Już raz udało mu się go zaskoczyć - z dziką satysfakcją zrobi to raz jeszcze. Poza tym wbrew temu, co wydawał się sądzić... W Luce nie pozostało już nic, co mógłby zniszczyć. Jego brat już o to zadbał.
    – Czy aby nie za szybko kończymy w sypialni? – zapytał konspiracyjnie, szybko go doganiając, gdy mając jego cudowną osobą w całkowitym poważaniu, ruszył przed siebie. Nie ważne jak bardzo nie starałby się go ignorować - szybciej czy później musiał odpowiedzieć na przynajmniej jedną z jego zaczepek. On już się o to postara. – Jeśli zabierasz mnie do jakiejś sali tortur, spasuje. Wole pełne miłości klimaty~ – Nabijał się. Jego masochistyczne zapędy były czymś, czemu normalnie nawet nie próbował zaprzeczać. Poza tym dość obszernie sprezentował mu, na ile się godzi, tamtej jakże pamiętnej nocy. Już wtedy odznaczał się całkiem sporym progiem bólu, mdlejąc dopiero... gdy nie ukrywajmy, sprawy znacznie przekroczyły próg "łóżkowych igraszek".
    Szczerząc się głupkowato, szedł u jego boku ani myśląc, by pozwolić mu się zgubić, czy wyprzedzić. W ten też oto sposób, gdy tylko dotarli na miejsce, Kai jak na podróbę dżentelmena przystało, przepuścił go w drzwiach. Kai dżentelmenem... Już to powinno dać mu do myślenia, ale nie, jak zwykle był po prostu lekkomyślny, uznając, że nie ważne co mu sprezentuje, jakoś to zniesie. Już sekundę później przyszło mu się przekonać, jak bardzo się mylił.
    Wszystko wydawało się zamrzeć w bezruchu, gdy czas gwałtownie zwolnił. Kolory momentalnie odpłynęły mu z twarzy, podczas gdy zimny pot oblał jak gdyby nie należące już dłużej do niego ciało. Ciało, które zaczęło niekontrolowanie się trząść. Kpiące słowa padające z kaiowych ust, skutecznie zagłuszyło obijające się mu o żebra serca. Jego głośne bicie, boleśnie rozbrzmiewało w jego uszach, natychmiastowo wprawiając go w pozbawiające zdolności logicznego myślenia przerażenie. Nie mogąc złapać oddechu, instynktownie uczepił się Kaia, którego skołowany wyraz twarzy w normalnych okolicznościach wydałby mu się nad wyraz śmieszny. Teraz jednak nie potrafił myśleć o niczym innym, niż o wbitych w niego dziesięciu parach niemalże świecących w półmroku ślepi. Miał ochotę zwymiotować, czy też uciec stąd, nim brunet zdąży poskładać fakty do kupy i skutecznie wykorzystać je przeciw niemu. Choć w sumie... może właśnie to zrobił? Utkwiwszy w nim zamglone spojrzenie, mógłby przysiąść, że coś mówi, jednak na dobrą sprawę nie ważne jak bardzo by się nie starał, nie potrafił pojąć sedna sprawy. Miał atak paniki. Jego myśli zupełnie zdominowało poczucie, że umiera. Za żadne skarby nie potrafił zmusić się do trzeźwego myślenia.
    Nagły, bliżej nieokreślony ruch, wprawił jego ciało w jeszcze większe drżenie. Dziesięć wygłodniałych bestii ruszyło w ich kierunku, podczas gdy kolejne wchodziły do środka przez otwarte na oścież, ogrodowe drzwi. Gdyby nie fakt, że Kai całym sobą blokował mu jedyną z dostępnych dróg ucieczki... spróbowałby się stąd chociażby wyczołgać.
    Panika dodatkowo nasiliła się, gdy pierwszy z potworów z wyraźnym entuzjazmem spróbował się na niego rzucić. Wydając z siebie bliżej nieartykułowany dźwięk, zrobił coś... czego już w następnej chwili gorzko pożałował. Rzucając się do ucieczki, uczepił się jedynej "rzeczy", którą w tym momencie miał pod ręką i która wydała mu się znacznie bardziej nieszkodliwa, niż śliniący się na jego widok rottweiler. W ułamku sekundy oderwał sztywne ciało od ziemi, dosłownie wskakując, na takiego obrotu spraw z pewnością nie spodziewającego się Kaia. Obejmując go szczelnie, i z zawdzięczaną nagłemu przypływowi adrenaliny, siłą ani myślał, by od tak go puścić. Drżąc jak osika, modlił się, by wyraźnie cieszące się na widok swojego właściciela zwierzęta, nie próbowały iść w jego ślady. Zwłaszcza, że jak gdyby mając w całkowitym poważaniu lucielowe przerażenie, psiaki od zawsze wydawały się darzyć go całkiem sporą dawką sympatii.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Wto Sty 03, 2017 9:27 pm

Nawet sposób w jaki się poruszał był pełen elegancji, taktu i charyzmy. Szedł więc wyważonym krokiem, nie za szybko i nie za wolno, nie przejmując się insektem, który kroczył obok. Słysząc jego nieudolne prowokacje, uśmiechał się tylko pod nosem, nie racząc gościa nawet przelotnym spojrzeniem, zupełnie, jakby nie docierały do niego żadne słowa. Jedyną reakcją był niewiele mówiący uśmiech i mogące uchodzić za pełne rozbawienia, prychnięcie.
Kai wiedział jakie tortury lubi Luca, ale wiedział też, jakich nie jest w stanie znieść, dlatego jeśli będzie taka potrzeba, z ogromną chęcią zabierze go do pokoju, który dla mężczyzny mógłby stać się "pokojem tortur". Nie miał jednak pojęcia, że robi to właśnie w tym momencie, zatrzymując się przed jednymi z wielu drzwi ozdabiających długi korytarz. Otworzył je z tym samym uśmiechem i w końcu raczył zerknąć na swego towarzysza. Dużą dłonią sugestywnie wskazał wnętrze pokoju, stając bokiem do drzwi, przez które przepuścił dzieciaka.
To miał być niewybredny żart, na poziomie, który nie był poziomem szefa mafii. Kai z pewnością nie spodziewał się tego co otrzymał po wprowadzeniu gościa do pomieszczenia okupowanego przez czworonogi. Pokój był obszerny, wypełniony różnymi atrakcjami dla psów i kotów oraz samymi wymienionymi wyżej stworzeniami. Jedna ze ścian była w pełni przeszklona, ukazując oświetlony teraz przez promienie słoneczne malowniczy ogród, druga z kolei opanowana została przez drzwi. Jedne, którymi wychodzić mieli ludzie, otwarte obecnie na oścież i siedmioma innymi, będącymi specjalnymi, kwadratowymi klapami, przez które zwierzęta mogły wychodzić, gdy tylko naszła je chęć.
Tak jak mówiłem, odpowiedni pokój dla ciebie. O ile nasi mali przyjaciele uznają, że jesteś wart przebywania w ich towarzystwie – mówił z zadowolonym z siebie uśmiechem, wciąż wskazując na pokój dłonią. Dopiero po chwili, nie dosłyszawszy żadnej odpowiedzi, zerknął w dół na chłopaka. Jego brwi ściągnęły się krótko, a głowa wykonała charakterystyczne drgnięcie w tył, objawiając lekką konsternację Kaia. Spodziewał się różnych reakcji, ale nie tego, że na bladym obliczu dorosłego (!) mężczyzny ujrzy niepohamowany strach. Szybko jednak się zreflektował i parsknął, rozumiejąc, że ten udaje, a on faktycznie, prawie się nabrał! Zacmokał spokojnie na psy powodując, że te masowo poczęły się do nich zbliżać machając ogonami. Mało tego, z dworu do środka wtargnęły kolejne, a większość z nich stanowiły duże rasy.
Poznaj... – Już miał zamiar przedstawić wszystkich po kolei, bo przecież jego ważny gość musi poznać kolegów, z którymi przyjdzie mu dzielić pokój, gdy coś mu przerwało. Tym czymś była z początku nieszkodliwa ręka mężczyzny miętosząca kaiową koszulę, za co w pierwszej chwili miał zamiar zabić go wzrokiem. Nie potrafił jednak utrzymać zgorszonego wyrazu twarzy, gdy znów utkwił spojrzenie w buźce Luciena, a na niej ujrzał spotęgowane emocje, które wcześniej uznał za udawane. Nikt jednak nie umiałby w taki sposób udawać przerażenia. Twarz nie może przecież blednąć tak gwałtownie jedynie za sprawą gry aktorskiej, nie wspominając już o drżeniu, w jakie zostało wprawione męskie ciało. Kai uniósł powoli brwi, a zorientowawszy się, że zaiste, ten nie udaje, parsknął niepowstrzymanym śmiechem. Facet dwadzieścia sześć lat i dostaje ataku paniki na widok kilku nieszkodliwych psów! A to dobre.
Śmiałby się w najlepsze choćby i przez godzinę, gdyby nie fakt, że przestało mu być do śmiechu, gdy ciężkie cielsko szatyna uczepiło się go nagle jak drzewa. Pod wpływem impetu z jakim ten to zrobił, Kai napiął wszystkie mięśnie, cofnął się kilka kroków i tylko dzięki jakiemuś cudowi nie runął na ziemię razem z tym kretynem.
No chyba ocipiałeś – szepnął, odrywając ramiona od ciała, jakby właśnie miał na sobie gigantyczną pijawkę i nie wiedział, co z tym fantem począć. Psy zaś uznając to za jakiś rodzaj zabawy, zaczęły wesoło krążyć wokół ich osobliwie wyglądającej dwójki, dołączając do tego wesołe szczekanie. Kai za to zmarszczył gniewnie brwi, patrząc z dystansem i dziwnym wyrazem twarzy na głowę pieprzonego Wallnera, którą miał teraz przy swojej szyi.
Odczep się ode mnie, mały pokurwieńcu – warknął, chwytając go stanowczo za biodra, które począł od siebie odciągać. Mężczyzna za to z uporem godnym pijawki nie zamierzał dać się odciągnąć, co tylko podniosło Kaiowi ciśnienie. Wkładając w to być może zbyt wiele siły niż potrzeba, po krótkiej szarpaninie, zrzucił z własnych barków to cholerne dziwadło, powodując, że skończyło na ziemi między rozruszanymi psami.
Otrzepał się zamaszyście, patrząc z góry na próbującego pozbierać się z ziemi faceta, którego zadanie utrudnione było przez futrzastą zgraję, przez którą został otoczony.
Lucy, bierz go – Zakomenderował temu samemu czarnemu rottweilerowi, który pierwszy ich przywitał, a pies jak na komendę wskoczył na chłopaka, przygniatając jego ramiona swoimi silnymi łapami. Co więcej zaczął warczeć, co wskazywało na to, że komenda użyta przez Kaia nie była komendą używaną do zabaw.
Strach Luci bawił go do granic, a mina, którą ten teraz zaserwował całemu światu sprawiała, że miał ochotę zrobić zdjęcie i poprawiać sobie nim humor każdego następnego dnia. Szeroki uśmiech płynnie jednak zniknął z jego twarzy, gdy ujrzał co ma zamiar zrobić jego szanowny gość.
Lucyfer, zostaw! – podniósł głos, w tym samym momencie samemu zastępując zdezorientowanego psa, który od razu wykonał polecenie. W ciągu sekundy Kai wisiał nad Lucą, z jedną ręką oplatającą jego szyję, kolanem wbitym okrutnie w mostek, a drugą dłonią sprawnie wykręcił nadgarstek chłopaka, powodując, że broń, którą wyjął chwilę wcześniej, upadła z hukiem na podłogę. Wszystkie psy przyglądały się grzecznie, koty zaś w końcu wyjawiły jakiekolwiek zainteresowanie sytuacją, unosząc z zaciekawieniem głowy. Kai z kolei wbijał mordercze spojrzenie w obezwładnionego Lucę. Już otwierał usta by coś powiedzieć, gdy przeszkodził mu znajomy głos.
– Co wy dwaj wyprawiacie? – W drzwiach do ogrodu stał przystojny mężczyzna, trzymający w dłoniach trzy małe kotki, które najwidoczniej przyniósł z dworu, by nie zostały tam same. Kai spodziewał się, że ktoś jest w ogrodzie, skoro drzwi otwarte były na oścież, zapomniał o tym jednak zupełnie przez atak szurniętego Wallnera na swoją osobę.
Mika, zabierz jego broń – zakomenderował, nie odrywając spojrzenia od bladej twarzy Luciena. Powoli odjął swe kolano od jego klatki, pozwalając mu na swobodne oddychanie. Kątem oka dostrzegł, jak spluwa zostaje podniesiona z podłogi przez męską dłoń.
Wstał, gwałtownie podnosząc do pionu również Lucę, a skoro już i tak trzymał dłoń na jego krtani, to właśnie przy jej użyciu łaskawie pomógł mężczyźnie wstać. Przenosząc zaś zwinne, długie palce na jego kark, wywlókł chłopaka z pomieszczenia, tam dopiero zamaszyście puszczając. Zamknął za nimi drzwi.
Zaczynam poważnie myśleć o przydzieleniu ci tego pokoju – uśmiechnął się okrutnie, przyglądając się z napływającym znów rozbawieniem jak ten dochodzi do siebie. Myślał, że będzie musiał się bardziej natrudzić, żeby uprzykrzyć gówniarzowi życie. Najwidoczniej było to jednak prostsze niż mógł się spodziewać.
⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓⧓
MIKA
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Sro Sty 04, 2017 1:15 am

   Mocno uczepiwszy się Kaia, nad jego ramieniem uważnie obserwował, krążące wokół nich niczym sępy nad padliną, psy. Oczywiście nie umknęło mu również ich ostrzegawcze wycie, dodatkowo potęgujące jego przerażenie. Tam gdzie szatyn widział słodkie stworzonka, on dostrzegał jedynie ogary piekielne, których celem niewątpliwie było zaciągnięcie go do jego samych czeluści. Niekoniecznie w jednym kawałku. Nie zamierzał jednak tak łatwo poddać się bez walki, co to to nie! Szczelnie obejmujące kaiową talię, nogi skrzyżował w kostkach za jego plecami, owijając się wokół niego niczym ośmiornica, więżąca ofiarę w swoich obślizgłych mackach. Z tą różnicą, że jego odnóża wcale nie były takie znowu okropne, a Shelby wydawał się, nie mieć najmniejszego zamiaru, wczuć się w przydzieloną mu rolę.
   Kładąc swoje brudne łapy na jego biodrach, naiwnie próbował go z siebie zrzucić. Gdyby nie wciąż trawiące go przerażenie, z dziką satysfakcją roześmiałby się mu prosto w twarz. Nie rozumiał, jak mężczyzna mógł w ogóle śmieć myśleć, że tak łatwo się go pozbędzie. Bowiem gdy Luca się na coś uparł, zwykł trzymać się tego do samego końca. W tym przypadku dosłownie. Możliwość męczeńskiej śmierci dodatkowo go do tego motywowała. Wiedział, że za nic go z siebie nie zrzuci. Wierzył w to całym sercem... A jednak moment później z głupim wyrazem twarzy wylądował na podłodze, z opóźnieniem rejestrując beznadziejność obecnej sytuacji.
   Nie zdążył nawet mrugnąć, gdy masywny potwór przygniótł go do podłogi, w sekundę pozbawiając jego płuca całego zapasu tlenu. Skutecznie unieruchomił mu ramiona, uniemożliwiając mu tym samym osłonięcie twarzy, jednak na nieszczęście futrzaka wciąż mógł poruszyć nimi na tyle, by sięgnąć ku swoim plecom. Jednym płynnym ruchem wyciągnął dotychczas boleśnie wbijający się mu w kręgosłup pistolet, wymierzył go prosto w psie bebechy. Szaleńczy uśmiech wygiął jego wargi, gdy wskazujący palce delikatnie musnął spust. Oddanie strzału zajęłoby mu niespełna sekundę. Dostatecznie krótko, by ani Kai, ani nikt inny, nie zdążył w żaden sposób zareagować. No, a przynajmniej tak mu się wydawało. W rzeczywistości jednak, wciąż drżące ręce odmówiły wykonania rutynowej czynności. Wbite prosto w niego psie tęczówki, zadawały mu niemalże fizyczny ból. Obecność tego stwora odczuwał o tyle dotkliwie, że zdrętwiały mu palce.
   Ostry głos Kaia, momentalnie pozwolił mu się otrząsnąć. Nim zdążył jednak oddać ludzkości niewątpliwą przysługę, uwalniając ją od jednego z tych śliniących się potworów, jego ciało zostało odciążone, z kolei on łapczywie zaczerpnął powietrza, by w sekundę na powrót je stracić. Tym jednak razem nie za sprawą lęku, a mocno oplatającej jego szyję dłoni. Szczupłe palce bez większego problemu pochwyciły ją na całej długości, dosłownie miażdżąc mu przy tym gardło. Ból płynący z wykręconego w między czasie nadgarstka, szybko dał o sobie znać. Chciał krzyknąć - bardziej z zaskoczenia, niż rzeczywistego cierpienia - jednak nawet tego nie mógł zrobić, gdy górujący na nim mężczyzna unieruchomił go w sposób najbardziej skuteczny. Charcząc niewyraźnie, bez większego skutku spróbował go z siebie zrzucić, ostatecznie zadowalając się jednak wbiciem paznokci wciąż sprawnej dłoni, prosto w jego nadgarstek. Nie łudził się, że skłoni go w ten sposób do puszczenia, jego z wyraźną lubością maltretowanego przełyku, jednak sam równie chętnie zostawiał na nim ślady, bez większego trudu przebijając wrażliwą skórę. Z kolei co do tych ofiarowanych mu przez Kaia... nie miał wątpliwości, że już teraz bez trudu można by dostrzec zarys paluchów na jego jasnej skórze.
    Wierzgając nogami, mocno przymknął powieki, czując, że zgodnie z zamysłem swojego oprawcy, rzeczywiście zaczyna się dusić. Z podduszaniem nie spotykał się co prawda po raz pierwszy, zwłaszcza w wykonaniu tego palanta, jednak nawet pomimo sporego upływu czasu, wciąż nie potrafił się na nie w pełni uodpornić. Ciało instynktownie zaczynało walczyć o oddech, mając w głębokim poważaniu mentalnie wydawane przez niego komendy. Nie żeby w tej konfrontacji mogło cokolwiek zdziałać. Fakt, że wciąż otaczała ich ta cholerna chorda psów, wcale nie działał na jego korzyść. Po raz pierwszy od dłuższego czasu czuł się autentycznie bezbronny. Na szczęście nim zdążył zaakceptować ów jakże poniżający fakt, w pomieszczeniu zjawił się ktoś jeszcze. Ktoś, kogo sylwetka nieustannie rozmazywała się mu przed oczami, jednak niewątpliwie był dla niego kimś na kształt ratunku.
    Pozbawiony broni i godności, ostatecznie nie miał większego wpływu na to, co wyczynia z nim najstarszy z rodzeństwa. Niczym psa wywlókł go za drzwi, gdzie ku jemu nieskrywanemu zdziwieniu, postanowił zostawić go w świętym spokoju. Momentalnie zginając się w pół, z trudem zaczerpnął powietrza, ostrożnie łapiąc się przy tym za obolałą szyję. Cholernie szczypała go skóra, na której stopniowo ukazywały się dowody ich małego incydentu.
    – Pierdol... się... – wychrypiał z trudem, powoli unosząc na niego swoje ciemne oczy. Oczy, które wpatrywały się w niego z nieskrywaną chęcią mordu. Jego postanowienie racjonalnego i przemyślanego działania, w jednej chwili szlag trafił. Mając w głębokim poważaniu możliwość niepowodzenia, planował raz na zawsze się go pozbyć. Niekoniecznie szybko i bezboleśnie.
    Z pewnością nie zamierzał jednak zrobić tego na korytarzu, tym bardziej, że za dopiero co zamkniętymi drzwiami czekało na niego stado potworów i jakiś facet. Zrobienie tego w zaciszu sypialni, przemawiało do niego znacznie bardziej. Zwłaszcza, że Kai w swojej dobroci, gdy już w końcu skończył się z niego nabijać, postanowił go do niej zabrać. Panująca między nimi ciężka cisza, była mu całkiem na rękę. Wcześniej to on starał się zagaić rozmowę, podczas gdy Kai jedynie prychał, zbywając wszystko, co padało z jego ust. Dzięki niej mógł się uspokoić, przywołując wciąż roztrzęsione ciało do porządku. W pełnym skupieniu analizował również wiadome fakty: 1. Stracił swoje maleństwo, którym w razie niepowodzenia standardowych zagrywek, ostateczności planował przestrzelić - jak udało mu się ustalić pustą - czaszkę tego idioty. 2. Ów kretyn znacznie poprawił swój refleks, co z pewnością było problemem. 3. Znacznie górował nad nim pod wieloma względami, choć równice w tych podstawowych jak wzrost, waga czy siła, wciąż mógł zniwelować chociażby za pomocą swojego sprytu, szybkości czy zwinności. No przynajmniej tak mu się wydawało. Dodając do tego poukrywane w poszczególnych częściach ubrania strzykawki... Nie miał się czym martwić. Na pewno.
    Docierając do celu ich wędrówki, z nieukrywaną podejrzliwością przyjrzał się wskazanym mu drzwiom, nie mając najmniejszego zamiaru pierwszy przekroczyć ich progu. Kai najwidoczniej w lot załapał aluzję, ostatecznie do środka wchodząc zaraz przed nim, dając mu tym samym całkiem niezły widok na swoje kształtne tyły. Mimo wszystko w dalszym ciągu nie czuł się szczególnie przekonany, także przez drzwi wetknął jedynie głowę, by w razie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa móc stamtąd szybko prysnąć.
Rozglądając się po pomieszczeniu, z wyraźną ulgą zarejestrował łóżko, które w tym wszystkim było dla niego rzeczą najważniejszą. Nieszczególnie zainteresowany resztą wyposażenie, czy chociażby samym Kaiem, wślizgnął się do środka, w podskokach docierając do swojego własnego raju obiecanego. Jak długi padł prosto w miękką pierzynę, twarz momentalnie ukrywając w stercie licznych poduszek.
    – A teraz spadaj – zakomunikował niewyraźnie, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem, bo i po co? Skoro wykonał swój gospodarski obowiązek i potulnie wskazał mu odpowiedni pokój, równie dobrze mógł się zgubić, czyż nie? Wbrew temu, co zaplanował wcześniej, Luca nie miał bowiem najmniejszej ochoty się z nim teraz bawić. Ba, miał na niego bardziej niż wylane. Mięciutkie łóżeczko, które przyjęło go do siebie tak chętnie, wydawało mu się znacznie ciekawszym towarzyszem, na spędzenie reszty popołudnia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Wto Sty 10, 2017 10:14 pm

Zaśmiał się otwarcie, lekceważąc mordercze spojrzenie i pełne złości słowa. Wyglądał na iście rozbawionego i zachowywał się zupełnie tak, jakby wcale przed chwilą nikt nie mierzył z broni do jednego z jego ukochanych czworonogów. Tak, tak właśnie można było pomyśleć, patrząc na niego. Nic nieznaczący incydent, niepozostawiający po sobie nic poza mglistym wspomnieniem zrywu adrenaliny. Dziwnym mogło się wydawać, iż nie wspomniał nawet o broni, którą gówniarz śmiał wznieść ze sobą do jego posiadłości, co więcej, próbując użyć jej na członku jego rodziny. Zachowanie Kaia mogło wzbudzać jakieś podejrzenia, jednakże nabijał się z Luci w sposób tak naturalny i niewymuszony, że ciężko było założyć, iż chowa jakąś urazę. Faktem jest, że Kai był pewien, iż jego gość jest uzbrojony. Nikt go nie przeszukiwał i nie wymagał oddania broni na wejściu, a bez tejże w ich środowisku nie rusza się raczej nikt. Kai nie czuł mimo wszystko żadnego dyskomfortu, czy zagrożenia życia. Wiedział, że jest bezpieczny, czego nie można było powiedzieć o Luce, który z hardo uniesioną głową pchał się wprost w szalejące płomienie. Co mogłoby się wydać niepokojące, zdanie to rychło mogło nabrać dosłowności.
Przez chwilę z rozbawionym wyrazem twarzy przyglądał się rozjuszonemu Luce, nie przypadkiem zatrzymując wzrok dłużej na jego szyi. Blada skóra powoli przystrajała się śladami po długich palcach, które być może mocniej, niż Kai zamierzał, zaciskały się jeszcze niedawno wokół delikatnej krtani. Czekając, aż panienka w opałach jako tako się ogarnie, sam ze swobodą w ruchach poprawił śnieżnobiałą koszulę, której rękaw splamiły delikatnie kropelki krwi. Zerknął przelotnie na podrapany nadgarstek, już za chwilę kryjąc go bez słowa pod materiałem. Nie przejął się śladami, tak jak nie przejmował się paznokciami wbijanymi w jego skórę. Dla Kaia ból, który z tego płynął, należał do rodzaju tych przyjemnych. Jeśli więc Lucien zamierzał w ten sposób choć minimalnie wyjść z twarzą z zaistniałej sytuacji – nie udało mu się to. Zresztą, jak można w ogóle mówić o wychodzeniu z twarzą, gdy zaledwie przed chwilą trząsł portkami i niemal poszczał się ze strachu przed oswojonymi, udomowionymi, nieszkodliwymi zwierzakami? Przypominając sobie twarz Luci w tamtym momencie i absurdalność całego zajścia, Kai znów parsknął niekrytym śmiechem. Miał zamiar wypominać mu to do końca lucienowego życia, czyli, jeśli wszystko dobrze się potoczy, względnie krótko.
W końcu ruszyli w stronę znaną tylko Kaiowi, a było nią dokładnie lewe skrzydło posiadłości, przeznaczone dla gości. Luca w żadnym wypadku nie należał do rodziny i należeć nie będzie, dlatego Kai nie rozważał nawet umieszczenia go gdzieś między swoimi. Młody Wallner został więc odosobniony dość dotkliwie, o czym świadczyła długa i, dla kogoś z zewnątrz, dość skomplikowana droga, którą przebyli. Dom Shelbych przypominał zamek ogromnych wymiarów, dlatego bez mapy można było łatwo się w nim zgubić. Kai jednak nie miał nic przeciwko, by jego gość zamiast zjawić się na przykład na obiedzie, zabłądził i już nigdy się nie odnalazł, dlatego planu domu dawać mu nie zamierzał.
Przez całą drogę co jakiś czas się podśmiechiwał, nie mówiąc już o uśmiechu, który bezustannie tkwił na pełnych ustach. Nie rzucał jednak żadnych zgryźliwych komentarzy, wiedząc, że przyjdą momenty, w które te wpasują się lepiej i przyniosą lepszy efekt. W końcu dotarli do odpowiednich drzwi. Stanąwszy przed nimi, Kai rzucił Luce niewiele mówiące spojrzenie, mogące świadczyć równie dobrze o tym, że i to nie jest prawdziwa sypialnia. Widząc nieufność i zwątpienie chłopaka, parsknął jeszcze raz, a w końcu zlitowawszy się, otworzył drzwi i pierwszy wszedł do środka.
Pożałował właśnie, że w jego posiadłości nie ma pomieszczeń obskurnych i brudnych, bowiem właśnie w takim z wielką chęcią umieściłby Wallnera. To jednak w niczym nie odstawało od reszty bogato wyposażonych i przestronnych pokoi, przez które opanowana była willa. Pokój był duży i dobrze oświetlony przez cztery wielkie okna ozdabiające jedną ze ścian. Pomiędzy nimi znajdowały się drzwi na balkon, rozciągający się przez całą długość pokoju, by potem łączyć się z kolejnymi, przydzielonymi do pokoi sąsiadujących. W pomieszczeniu panował estetyczny minimalizm i wyważone, ciemne kolory wahające się pomiędzy czernią a bordo. Od sypialni odchodziły drzwi do niemałej łazienki i nieco mniejszej garderoby. Dokładnie naprzeciw wejścia widniało duże, miękkie łóżko, przykryte bordową, lekko połyskliwą pościelą. Nie, Wallner zdecydowanie nie zasłużył na podobne luksusy. Lecz co zrobić? Nawet piwnica była wystarczająco dobrze utrzymana, by pozwolić mieszkać tam komuś z wyższych sfer, do których oczywiście nie należał pieprzony, młody Wallner.
W ciszy przyglądał się poczynaniom Luci, puszczając mimo uszu jego bezczelne słowa. Nie odrywając od chłopaka wzroku, którego ten nie mógł ujrzeć i być może tak było lepiej, sięgnął dłonią do okrągłej gałki, by po cichu zamknąć drzwi. Równie bezszelestnie przekręcił zamek kluczem wyjętym chwilę wcześniej z kieszeni. Spokojnym krokiem zbliżył się do łóżka, a już po chwili materac wygiął się pod jego ciężarem, zaś Lucien poczuć mógł ciepły oddech przy swoim uchu.
Nigdzie się nie wybieram – niski, zachrypnięty głos rozbrzmiał szeptem w powietrzu, z kolei jego właściciel w następnej chwili uniósł się nieco, by gwałtownie, bez cienia delikatności, odwrócić chłopaka przodem do siebie. W ułamek sekundy pochwycił jego nadgarstki, umieszczając je nad głową swego najdroższego gościa. Przełożył nogę tak, by okrakiem usiąść na udach młodszego mężczyzny, co wcale dobrze nie wróżyło. W ten sposób Luca nie mógł użyć do ewentualnej obrony także nóg. Był całkowicie unieruchomiony, a doprowadzenie do tego, zajęło Kaiowi zaledwie kilkanaście sekund. Rozciągnął wargi w dwuznacznym uśmiechu, jasno wskazującym na to, do czego zmierza.
Nie pochlebiaj sobie – wymruczał, domyślając się, co chodzi po głowie Wallnera. Wolną ręką niespiesznie począł rozpinać guziki jego koszuli. – Chcę cię jedynie przeszukać – mówił wolno i w pewien sposób hipnotyzująco, nie odrywając wzroku od ciemnych tęczówek. Na jego ustach błąkał się tłumiony uśmiech, niemówiący właściwie nic. Opuszki chłodnych palców delikatnie zahaczały o skórę, której nie przykrywał dłużej materiał. Gdy zaś ostatni guzik został rozpięty, Kai sięgnął dłonią do swego luźno zawiązanego krawatu, po czym sprawnie go zdjął. Nachylił się niżej nad Lucą, sięgając ustami do lekko zmaltretowanej szyi, by złożyć podejrzanie delikatny pocałunek. Zaraz po tym gwałtownie i stanowczo uniósł nadgarstki Luci, z widoczną wprawą obwiązując je zdjętym przed chwilą krawatem, który to przymocował także do łóżka. Uśmiechnąwszy się z zadowoleniem, wrócił do poprzedniej pozycji, obserwując swoje dzieło. Tym razem obiema dłońmi rozchylił poły cienkiej koszuli, nie przypadkiem przesuwając paznokciami po wrażliwych sutkach.
Widzisz, Wallner... – szeptał, zjeżdżając leniwie wzrokiem na obnażane ciało, po którym powoli jeździł swymi dużymi dłońmi, szukając broni. Przez chwilę błądził spojrzeniem po nagim ciele, szukając blizn, które sam zostawił pięć lat temu. Część z nich stanowiły głębokie cięcia, część niewielkie punkciki, którym powstawaniu towarzyszył przyjemny syk gaszonego papierosa. Jednak ku zdziwieniu Kaia, żadna z nich nie stanęła przed spragnionymi oczyma. Było to głęboko zasmucające odkrycie. Gdy wyjął pierwszą strzykawkę, przyjrzał się jej krytycznie, milcząc przez krótką chwilę. Utkwił swe spojrzenie w oczach mężczyzny, odkładając igłę na bok. – W tym domu broń nie będzie ci potrzebna. Dlatego też twoje bagaże zostały przeszukane i opróżnione z wszelkich niepożądanych substancji i narzędzi. – Uśmiechnął się półgębkiem, powoli zjeżdżając długimi palcami niżej, aż natknął się na materiał spodni. Bez zwlekania począł rozpinać przeszkadzający mu pasek.
Co do bagaży, trzeba było być niezmiernie naiwnym sądząc, że Kai jedynie ze względu na czystą uprzejmość, czy nawet przyzwyczajenie, zalecił odebranie ich od Wallnera. Gdyby nie fakt, że chciał wiedzieć, czego spodziewać się po swym gościu i co takiego zdecydował się przemycić do jego posiadłości, nie zainteresowałby się zupełnie jego komfortem. Z przyjemnością patrzyłby jak ten tacha swoje rzeczy całą drogę, którą musieli przebyć, by się tutaj znaleźć. Nie wiedział jeszcze, co znaleźli jego ludzie i jak bardzo uszczuplił się bagaż chłopaka, jednakże teraz była to już tylko kwestia czasu.
Po rozpięciu paska, zabrał się za rozporek i uchylił usta, by dodać coś jeszcze. Widząc, że Luca nie zamierza dać mu dokończyć w spokoju, nagle i brutalnie zatkał jego usta swą dłonią, boleśnie wbijając palce w policzki. W tym samym momencie nachylił się nad twarzą chłopaka, zaglądając głęboko w ciemne oczy. Na jego ustach nie było już uśmiechu.
Shhhh... – Jeden z palców przystawił do własnych ust, zupełnie jakby uciszał pięciolatka. – Nie skończyłem mówić. – Uniósł delikatnie brwi, racząc mężczyznę spojrzeniem pełnym zawodu i dezaprobaty. Pokręcił delikatnie głową, cmokając krótko. – Cichutko – zalecił, powoli zabierając dłoń z boleśnie zgniatanych warg. Jego palce znów powędrowały do krocza mężczyzny, by zaraz, jednym, stanowczym ruchem je obnażyć. Spokojnie ujął w dłonie drugą strzykawkę, by bez żadnej konkretnej reakcji, ułożyć obok poprzedniej.
Swoje wynalazki przygotowywać będziesz poza tym domem – kontynuował, powoli, od niechcenia przejeżdżając dłonią po całej długości jego przyrodzenia. Spod przymrużonych powiek wodził spojrzeniem za swoją ręką, która swobodnie poruszała się po odsłoniętym ciele. Z kutasa, na kości biodrowe, z nich na uda i ich wnętrze, potem na jądra, aż powoli poczęła zagłębiać się między pośladki. Zimny palec Kaia przesunął się leniwie wzdłuż rowka, a opuszek już po chwili począł niebezpiecznie krążyć wokół miękkiego wejścia. Musiał dokładnie go przeszukać, czyż nie?
Znów raczył zajrzeć w oczy mężczyzny.
Nie będę jednak sprawdzał ponownie, czy coś tutaj wnosisz – obiecał, gładząc rytmicznie miękką dziurkę. – Nie dasz rady zabić mnie w moim własnym domu – odparł, przywdziewając na twarz pobłażliwy uśmiech, by w tym samym momencie bez ostrzeżenia, mocno wbić w ciepłe wnętrze dwa palce. Niemal natychmiast począł nimi ruszać, jakby próbował zgiąć je w środku Luci. Z zaskoczeniem odkrył, że jak na dziwkę, miał tam zaskakująco mało miejsca.
Cierpliwości, zmierzamy do meritum – odparł po chwili swym nienaturalnie spokojnym, służbowym wręcz tonem, wyjmując palce równie gwałtownie, co wcześniej włożył. Unosząc się jedynie na chwilę, zsunął całkowicie spodnie i bieliznę chłopaka, wyginając się przy tym nieco. Zgarnął do dłoni ostatnią strzykawkę, tej jednak nie odłożył na bok. Poprawiając się w miejscu, z niepokojącym obłędem w oczach wpatrywał się w tęczówki Luciena. Jego usta rozciągnęły się w równie nieprzyjemnym uśmiechu.
Masz antidotum? – Ledwie wypowiedział te słowa, a w następnej sekundzie długa igła z dużą gwałtownością, na oślep wbiła się w ramie chłopaka. Kai oparł jedną z dłoni obok głowy Luci, nachylając się nad nim tak, że ten mógł z bliska obserwować szaleństwo tańczące w chabrowych tęczówkach. Choć igła była wbita, nie wpuszczał do środka substancji, a jedynie niebezpiecznie błądził kciukiem nad tłokiem.
Nigdy więcej nie celuj do mojej rodziny – wyszeptał, ważąc w ustach każdą z głosek. Jego spojrzenie nie odrywało się od spojrzenia Luci. – Nie potrzebuję powodu, żeby ukręcić ci kark. Ale jeśli go dostanę, podaruję ci coś dużo gorszego od śmierci – szeptał gardłowo, owiewając usta mężczyzny swym ciepłym oddechem. Wciąż ani na moment nie oderwał oczu od tęczówek Luci. – Zrozumieliśmy się? – Nieadekwatnie do sytuacji, pieszczotliwie przejechał dłonią po bladym policzku,  z delikatnym uśmiechem czekając na odpowiedź. Lucien musiał zauważyć, że Kai jest zdolny do wstrzyknięcia mu jego własnej trucizny już teraz. Nie powstrzymywały go żadne zasady i nie dbał o umowy. Nie bał się wojny, przemocy i konfliktów. Nie miał wiele do stracenia, wręcz przysłużyłby się światu zabijając tego gnojka. Aż zapragnął, by odpowiedział w sposób, który wyprowadzi go z równowagi. Wtedy z pewnością by się nie powstrzymał.


Ostatnio zmieniony przez Ivan dnia Nie Sty 22, 2017 6:48 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Czw Sty 12, 2017 12:28 am

    Wtuliwszy twarz w poduszkę, usilnie próbował udawać, że niepokojąca cisza, która nagle ogarnęła całe pomieszczenie, jest czymś zupełnie naturalnym. Że brak odpowiedzi ze strony swojego towarzysza, uważa za przejaw jego kapitulacji, z kolei wciąż niewystępujący, charakterystyczny trzask drewnianych drzwi, za coś, co jedynie odwleka w czasie, wpierw musząc pozbierać myśli. Że za tym wszystkim nie kryją się żadne dodatkowe przesłanki, które jakkolwiek mogą na niego oddziaływać, myśleniem o prawdopodobieństwie znalezienia się w niebezpieczeństwie, już nawet nie męcząc swojej pięknej główki. Podświadomie próbował przekonać samego siebie, że wraz z upływem lat, Kai choć trochę się zmienił. Że choć odrobinę spotulniał, wystawiając mu się tym samym na złotej tacy. W końcu pozbycie się okiełznanego zwierzęcia, było jedynie dziecinną igraszką.
    Ciepły oddech znienacka owiewający jego ucho, szybko pozbawił go złudzeń. Podobnie zresztą jak jego słowa, które wbrew wyczuwalnemu zamysłowi mężczyzny, zamiast z przerażeniem, przyjął z szerokim uśmiechem. Gdy tak nim pomiatał, zdał sobie bowiem sprawę, że Kai wciąż jest lustrzanym odbiciem dawnego siebie. Może odrobinę bardziej przerażającym i wyrachowanym, jednak tak samo temperamentnym i nieobliczalnym. Z chęcią prezentował kły, dążąc do podporządkowania sobie innych poprzez strach. Strach, którego jak na złość Luca obecnie nie odczuwał. Wprost przeciwnie - z dziwnym podnieceniem przyjął jego gwałtowność, podejmując się rzuconego mu przez świat wyzwania. W końcu nie mógł wiecznie się stawiać, ktoś kiedyś musiał przejąć nad nim kontrolę. Poskromienie bestii z pewnością było wystarczająco wymagającym jak na jego gusta zleceniem.
    Unieruchomiony, z początku nawet nie próbował z nim walczyć, posłusznie przyjmując wszystko, czym zamierzał go uraczyć. Nie dlatego, że od tak planował się mu podporządkować. Po prostu czym dłużej się mu przyglądał, tym bardziej czuł się uraczony. Mężczyzna miał w sobie bowiem coś, co sprawiało, że nie mógł oderwać od niego wzroku. Godząc się z tym faktem, uważnie obserwował jego poczynania, z uporem odwzajemniając jakby przytłaczające, spojrzenie chabrowych tęczówek. Fakt, że wciąż mu się przyglądał, był dla niego nieszczególnie korzystny. W końcu jak tu zachowywać pozory niewzruszonego, gdy czyjeś oczy wydają się przenikać cię na wskroś?
    I o ile robienie dobrej miny do złej gry, nie stanowiło dla niego większego problemu, o tyle pod wpływem jego ust, które znienacka spoczęły na jego szyi, odrobinę stracił rezon. Odruchowo odchylił głowę, z rozkoszą przymykając powieki. Miękkie wargi delikatnie muskające jego skórę, skutecznie pochłonęły jego uwagę. Na tyle, że nawet nie zauważył, gdy Kai go związał. Z głupią miną i nieukrywanym zaskoczeniem, przekrzywił głowę, by uważnie przyjrzeć się jego robocie. Jakby niedowierzająco szarpnął rękoma, momentalnie przekonując się, że więzy są równie solidne, co wyglądają.
    – No chyba sobie kurna kpisz. – Sycząc niczym rozjuszony kociak, momentalnie się spiął, czysto dla zasady raz jeszcze próbując się wyrwać. – Rozwiąż mnie. Natychmiast. – W swojej pozycji nieszczególnie miał prawo do wydawania rozkazów, co bynajmniej nie powstrzymało go przed próbowaniem. Bluzgając, usilnie próbował go z siebie zrzucić, fundując sobie tym samym więcej niechcianego dotyku i jego nieszczególnie wzruszone tym wszystkim spojrzenie. Dla nich obu podobna sytuacja nie powinna być niczym szczególnym, jednak on nie ufał Kaiowi na tyle, by grzecznie pozwolić mu robić swoje. Będąc z nim sam na sam, potrzebował rąk. Potrzebował ich do ewentualnej samoobrony, czego możliwość obecnie brutalnie mu odebrał, przywołując tym samym niechciane wspomnienia ich ostatniego razu. Seks był seksem, z kolei cel celem, jednak brunet był zbyt niebezpieczny, by w podobnej sytuacji trzymać się schematów. W obawie o własną skórę, słusznie nie chciał pozwolić na jakiekolwiek zbliżenie. Przynajmniej dopóki jego ręce i nogi nie zostaną uwolnione. W końcu skoro w żaden sposób nie może go uszkodzić, gdzie tu zabawa?
    Kontrolowanie się, gdy jedynie delikatnie muskał już całkiem uodporniony na pieszczoty tors, nie stanowiło większego problemu. Kłopoty zaczynały się jednak, gdy jego dłonie zawędrowały stanowczo za nisko, szybko zaczynając majstrować przy jego pasku, w następstwie niewątpliwie planując pozbawić go spodni. Mając gdzieś jego monolog o przeszukiwanych bagażach, czy też niedozwolonych rzeczach, już otwierał usta, by najzwyczajniej w świecie na niego powarczeć, gdy te zostały mu brutalnie zatkane. O tyle nieustępliwie, że pomimo szczerych chęci, nie mógł go nawet ugryźć czy opluć. Hardo odwzajemnił za to jego spojrzenie, próbując pocieszyć się chociażby najmniejszą próbą sprzeciwu.
    Zważywszy na to, że jego zabaweczki jedna po drugiej wpadały w kaiowe ręce, z kolei ten właśnie maltretował jego męskość, sam w sobie Luca, miał iście waleczny nastrój. No przynajmniej do momentu, w którym zimny palec nie trafił w miejsce, w którym stanowczo go nie chciał, sprawiając tym samym, że gwałtownie zamarł. Jak na razie jedynie go drażnił, wywołując u niego niekontrolowane dreszcze, jednak nie trudno było się domyślić, do czego zmierza. Już nawet przygotował się na to mentalnie, jednak niechciana penetracja... nie poszła szczególnie gładko. Podczas gdy on maksymalnie się spiął, ten dupek najzwyczajniej w świecie wziął go siłą. Jako, że były to jedynie palce, z kolei on już całkiem przyzwyczaił się do obcowania z to brutalniejszymi osobnikami, zamiast krzyknąć, zamruczał przymilnie, nieszczególnie kryjąc się z faktem, że sprawia mu to przyjemność. Ból był przyjemny. Na znaczeniu traciło tutaj nawet, że powodował go facet, którego szczerze nienawidził. Czy też może raczej właśnie z tego powodu, wydawało się to być jeszcze przyjemniejsze.
    Mężczyzna nie wydawał się jednak szczególnie zainteresowany jego potrzebami. Pozbawiając go swoich palców, niemalże wymusił na nim pełny rozczarowania jęk, któremu towarzyszyło to dominujące poczucie pustki. Chciał je z powrotem. Inaczej cała sytuacja na powrót stawała się równie beznadziejna, co kilka minut wcześniej. Przez moment był nawet w stanie zacząć o nie prosić. Przed otworzeniem ust i kompletnym skompromitowaniem się, uchronił go jednak nagle sprezentowany mu uśmiech. Był czymś równie niepokojącym, co skryte w jego spojrzeniu szaleństwo. Padające z jego ust pytanie, również nie wróżyło nic dobrego. Choć to dopiero wbita w jego ramie strzykawka, uzmysłowiła mu, w jak duże gówno wdepnął.
    – Jasne? – Nawet jeśli Kai całą swoją postawą niemalże wymuszał na nim twierdzącą odpowiedz, obecnie Luca nie mógł zdobyć się na nim lepszego. Sam w sobie fakt, że ktoś nazwał psa członkiem swojej rodziny, autentycznie go zaskoczył. O tyle, że zamiast drżeć z przerażenia, miał ochotę autentycznie się roześmiać. Przed niechybnym samobójstwem, powstrzymywała go jedynie resztka zdrowego rozsądku, która jakimś cudem po dwudziestu sześciu latach w końcu doszła do głosu.
    Surowy nakaz milczenia, sprawił, że z udawaną skruchą uciekł wzrokiem, próbując przekonać go do swojej podległości i uległości. W sumie to jedno miał opanowane niemalże do perfekcji. Spojrzenie przenosząc na niewielką strzykawkę, w dalszym ciągu tkwiącą w jego ramieniu, odrobinę przymrużył oczy, próbując dostrzec kolor znajdującego się w niej specyfiku. Wbrew temu, co najwidoczniej myślał Kai, nie wszystkie jego maleństwa były bowiem zabójcze. W jednej znajdował się silny środek paraliżujący, który zwykł podawać swoim ofiarą, jeśli chciał wykończyć je w jakiś bardziej niestandardowy sposób. W innej najzwyklejsza w świecie witamina C, przygotowana na dokładnie takie sytuacje. W ostatniej z kolei... mieszanka będąca w stanie powalić słonia. Wszystkie trzy wyglądały łudząco podobnie, wręcz nie do odróżnienia. On sam potrafił to zrobić jedynie dzięki latom praktyki, choć będąc szczerym, gdy tak sobie leżał, nie miał bladego pojęcia, która aktualnie się mu trafiła.
    Z kolei w kwestii antidotum - pytanie czy je posiadał, było śmieszne... Jasne, że nie. W końcu na dobrą sprawę ono nawet nie istniało, taka niespodzianka. Po prostu nie chciał ryzykować, że ktoś kiedyś zmusi go, by mu je podał. Godziłoby to w jego dumę zabójcy. Tak więc postanowił, że po prostu go nie wynajdzie. I po problemie, czyż nie?
    – Rozwiążesz mnie, żebym chociaż się ubrał, zanim mi to wstrzykniesz? Nie chce siać zgorszenia – oświadczył śmiertelnie poważnie, wracając do niego spojrzeniem, z trudem tłumiąc przy tym swój charakterystyczny, głupi uśmieszek. W swój własny, nieudolny sposób, próbował rozładować atmosferę. No i przede wszystkim uniknąć śmierci, której prawdopodobieństwo wynosiło grubo ponad pięćdziesiąt procent. Nie miał w końcu złudzeń, co zrobiłby z nim Shelby, gdyby tylko stracił przy nim przytomność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Czw Lut 16, 2017 1:18 am

Zmrużył delikatnie powieki, nie odrywając wzroku od oczu przed nim. Była to ledwie zauważalna reakcja na potulność chłopaka i można było ją odebrać przede wszystkim jako delikatne zdziwienie. Wymieszane z nutką rozczarowania. Naprawdę miał nadzieję, że gówniarz będzie się stawiał, nie powstrzyma swych niewyparzonych usteczek i powie o słowo za dużo, a Kai wtedy nie miałby absolutnie żadnych wyrzutów. Z czystym sercem mógłby usprawiedliwić swój występek i dlaczego dopuścił do otwartej wojny, do której doszłoby, gdyby tego gówniarza tutaj zwyczajnie ukatrupił. Być może ojciec nie byłby taki skory do przyjęcia wyjaśnień, Kai jednak nie miałby sobie nic do zarzucenia – zostałby przecież bezczelnie sprowokowany a nerwy puszczają każdemu. Młody Wallner jednak najwidoczniej wiedział, gdy lepiej zatrzymać wszelkie skrywane w głowie uwagi dla siebie.
Westchnął głęboko, bijąc się jeszcze przez chwilę z własnymi myślami i żądzami. Przeniósł spojrzenie na trzymaną strzykawkę, by ostatecznie wywrócić oczyma i gwałtownie ją wyciągnąć. Nie tym razem. Będzie miał lepszą okazję, by posłać go do ziemi, teraz byłoby to zbyt nudne i zbyt proste. Nie mógł pozwolić sobie na taką banalność i brak jakiegokolwiek wyrafinowania. Koncepcja śmierci zadanej własną bronią przestała być bowiem tak poetycka jak dawniej. Przemielone i niesięgające do standardów Kaia.
– Humor ci dopisuje – zauważył, niespiesznie uwalniając ciało chłopaka od swojego ciężaru. Chwilę później stał przy łóżku, poprawiając kołnierz koszuli jak i resztę swego odzienia. Z góry, krytycznym wzrokiem zmierzył leżące nieopodal nagie ciało. – To dobrze – wymruczał, przeczesując niedbale roztrzepane nieco  włosy. Ciemne spojrzenie utkwił w oczach gościa, po czym posłał mu jeden ze swoich firmowych uśmiechów, które choć wyglądały całkiem nienagannie, nigdy nie wróżyły szczególnie dobrze.
Bez trudu można było zauważyć, że nie śpieszy mu się do rozwiązywania, o którym wspomniał Luca. Zamiast go uwolnić, Kai wyciągnął z kieszeni fajkę, którą bez żadnego pośpiechu odpalił, a następnie, zbierając z łóżka to co znalazł u chłopaka, schował dłoń do kieszeni. Z pewnym zamyśleniem przejechał swym spojrzeniem po obnażonym torsie swego gościa. Niesamowicie świerzbiła go ręka, by blizny, których gówniarz zdołał się pozbyć, z powrotem umieścić na tym całkiem ładnym ciałku. Wypuścił z ust dym, zerkając krótko na trzymanego w palcach papierosa. Zamiast jednak przypomnieć dwudziestosześciolatkowi jak wyglądały jedne z ich ostatnich, spędzonych wspólnie chwil, ponownie włożył fajkę do ust.
– Oby nie opuścił cię w najbliższym czasie – wymruczał, unosząc sugestywnie brwi. Obdarowując chłopaka uśmiechem, rzucił mu ostatnie spojrzenie, po czym odwrócił swe zacne oblicze w kierunku drzwi, ku którym też ruszył. Zatrzymał się jeszcze na kilka sekund, gdy już trzymał w dłoni klamkę. – Mam nadzieję, że zdołasz dotrzeć na obiad – rzucił przez ramię, by w chwilę potem przekręcić zamek i po prostu wyjść, zostawiając Lucę tak jak leżał – nagiego, związanego i bez możliwości zrobienia czegokolwiek z tą sytuacją. Żeby tego było mało, nie ściągając z ust rozbawionego uśmiechu, przekręcił zamek od zewnątrz. Ot tak, dla zasady, bowiem nie sądził, by istniała możliwość, iż gówniarz zdoła się uwolnić. Co jak co, ale w pętaniu więzów, nawet z krawata, Kai był wyśmienity.

⧓ 4 GODZINY PÓŹNIEJ ⧓

Wszedł do jadalni, głęboko westchnąwszy odsuwając od ucha komórkę. Widząc, że wszyscy czekają już tylko na niego, zasiadł na szczycie stołu, zerkając przy tym podejrzliwie na dwójkę rodzeństwa, którą otwarcie faworyzował. Oni siebie nawzajem za to nieszczególnie, dlatego też, gdy tak spokojnie siedzieli, nie rwąc włosów z głowy drugiego, Kai naturalnie nabrał więcej czujności. Przy stole byli tylko oni, reszta rodziny nie była obecna w domu, w związku z czym niestety nie mogli dołączyć. Uznając, że najwyższy czas  się posilić, począł nakładać sobie jedzenie.
– Kai. – Spojrzał pytająco na siostrę, gdy usłyszał z jej ust swe imię. – Gdzie Wallner?
Ściągnął brwi, jakby w pierwszej chwili nie zrozumiał co się do niego mówi. W następnej sekundzie zaś uniósł je wysoko, by ostatecznie głośno prychnąć, budząc na twarzach swego rodzeństwa wyraz niezrozumienia.
– Zapomniałem o nim – odparł krótko, nie wyjaśniając, dlaczego jest to dla niego takie zabawne. Krótkim okrzykiem przywołał do siebie lokaja. Był to mężczyzna wyglądający na około pięćdziesiąt lat, o posągowej twarzy i idealnej postawie. W pierwszej chwili z pewnością ciężko było go posądzić o miano lokaja. Kai sprawnym ruchem wręczył mężczyźnie klucze, objaśniając spokojnie, gdzie i po co ma iść oraz co tam zastanie. Astrid stłumiła cisnący się na usta uśmiech słysząc co jest na rzeczy, Mika zaś powędrowawszy wpierw oczyma do nieba, bez zapału przebił pierś kaczki.

***

Mężczyzna zgodnie z zaleceniami Shelbiego, powędrował do lewego skrzydła domu, gdzie odnalazł odpowiednią sypialnię gościnną. Bez zwlekania przekręcił kluczem drzwi, wchodząc do środka z tą samą pewnością. Jego wzrok spoczął na Luce, nie wyrażając żadnych emocji.
– Panie Wallner, poproszono mnie o przyprowadzenie pana na obiad. Pozwolę sobie pomóc – poinformował, podchodząc do chłopaka, by pozbyć się w końcu ciasno zawiązanego krawata, który zdążył naznaczyć szczupłe nadgarstki solidnymi, czerwonymi śladami. – Zaczekam na pana przed drzwiami. – Skłonił się lekko i nie czekając na odpowiedź, wyszedł.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pon Kwi 10, 2017 3:47 pm



   Zemsta była passé. Z zasady stanowiła domenę słabszych, kurczowo uczepiających się przeszłości, resztek cierpienia i nienawiści. Punkt zaczepienia ludzi, którzy nie potrafili stawić czoła przyszłości i po prostu odpuścić. Rzadko kiedy rzeczywiście niosła ze sobą ukojenie. Nawet długo oczekiwana euforia, z czasem zwykła zanikać, pozostawiając po sobie jedynie pustkę. Luca wiedział to lepiej niż ktokolwiek inny. Przerabiał to niezliczoną ilość razy, ostatecznie rezygnując z tego śmiesznego i bezsensownego przywileju. Mógł tym samym śmiało stwierdzić, że z pewnością nie był osobą mściwą. Idiotów zwykł wykańczać szybko i bez niepotrzebnego nikomu do szczęścia przeciągania. Nie znęcał się, nie bawił ich cierpieniem (no przynajmniej jeśli w grę wchodził odwet, normalnie robił to z aż przesadną przyjemnością). Dlaczego więc tym razem postanowił znacznie nagiąć własne zasady? Cóż, słusznie wierzył, że wymierzona nauczka, przyniesie mu całkiem sporo radości. W końcu ten palant ośmielił się go związać i porzucić. I o ile sam wcześniej domagał się właśnie podobnej tej obecnej samotności, o tyle z pewnością nie prosił, by ten pozbawiał go ciuchów, bądź też czucia w nadgarstkach. Nic więc dziwnego, że był odrobinkę zdenerwowany. Zwłaszcza, że ten skurwiel ośmielił się zapomnieć o nim na CZTERY CHOLERNE GODZINY.
✹✺✹

   Bezsensowne wgapianie się w sufit, nieszczególnie pomagało zabić czas. Wręcz przeciwnie - jeszcze dotkliwiej uzmysławiało mu jego upływ. Własna bezsilność bolała go znacznie bardziej, niż ciasno związane ręce. Nienawidził tego uczucia. Zwykło mu towarzyszyć za każdym razem, gdy na przekór sobie stawał u boku brata. Jednoznacznie kojarzyło mu się z jego osobom, napawając go nieopisanym wstrętem. Chęcią jak najszybszego pozbycia się wywołującej go przyczyny z powierzchni ziemi. Bez względu na koszty czy konsekwencje.
   Pomyśleć, że w realizacji owego nierozważnego posunięcia, pomóc miał mu właśnie lokaj Shelbych. Co prawda nieświadomie, jednak wciąż. Uwolniwszy go z krępujących jego ciało więzów, wykazał się niezwykłym taktem, informując, że zaczeka na niego przed drzwiami. Czyn iście dżentelmeński, jednak równocześnie niezwykle głupi. No bo kto normalny po czymś takim zostawiłby go całkiem samego? Bez żadnego nadzoru? Kiedy w końcu miał do dyspozycji swoje zdolne rączki? Widocznie był tutaj niedoceniany... Normalnie by się obraził, jednak obecnie było mu to całkiem na rękę.
✹✺✹

   Pogwizdując cicho, już w pełni odziany, wkroczył do jadalni, obrzucając zgromadzonych przelotnym spojrzeniem. Ignorując swoją czymś niezwykle rozbawioną narzeczoną, szczególną uwagą obdarzył siedzącego niedaleko niej mężczyznę. Mike, o ile nie myliła go pamięć. Przyjemniaczek, który skonfiskował mu broń. Jego maleństwo, które z pewnością zamierzał później odzyskać. Wpierw jednak priorytety.
   Z promiennym, bezsprzecznie podejrzanym, uśmieszkiem, ruszył w kierunku swojego niedoszłego oprawcy. Nie wykonując żadnych gwałtowniejszych ruchów, po prostu nachylił się nad nim od tyłu, soczyście cmokając go w policzek. Miał tym samym cichą nadzieje, że pocałunek obrzydzi go znacznie bardziej, niż gdyby po prostu napluł mu do jedzenia.
   - Zapomniałeś czegoś, kochanie - zamruczał przymilnie, jednym precyzyjnym ruchem zawiązując mu krawat. Tak, by jego sztywny materiał boleśnie docisnął się do odkrytej skóry. Podduszenie go, stanowiło jednak jedynie jedną z dodatkowych korzyści. W zanadrzu miał bowiem coś znacznie lepszego.
   Pośpiesznie się od niego odsuwając, swe kroki skierował w kierunku kobiety, której mina wraz z to kolejną sekundą, wyrażała coraz to mniej. Musiała naprawdę za nim nie przepadać... Nie żeby jakoś szczególnie zniechęciło go to, do wejścia z nią w interakcję.
   - Kwiatuszku... - Pomimo wyraźnych oporów, udało mu się ująć jej dłoń, którą delikatnie musnął wargami. Głównie dla zabicia czasu. W końcu znaczenie, w tym wszystkim miała jedynie fiolka, którą zręcznie jej podsunął. - Gdy już zacznie się dusić, masz niecałe dziesięć sekund - wyszeptał jej do uszka, zgodnie z oczekiwaniami, niespełna sekundę później rozkoszując się zdławionym charczeniem Kaia.
   Żwawo opuszczając pomieszczenie, nie trudził się nawet z upewnieniem, że wedle jego zamiarom, Shelby wyjdzie z tego w jednym kawałku. Nawet jeśli mógł go zabić, nie wiedział w tym najmniejszego sensu. Palant nadepnął mu na odcisk, w nagrodę za co zamierzał uraczyć go jedną z boleśniejszych i powolniejszych śmierci. Aktualnie z kolei podzielił się z nim jedynie przedsmakiem tego, co czeka go w niedalekiej przyszłości. W swojej kreatywności natarł ten jego durnowaty krawat sproszkowanym Bieluniem, którego saszetkę ukrył w obcasie buta. Nie trzeba tutaj dodawać, że specjalnie zmodyfikowanym. Jak gdyby same w sobie trujące właściwości nie wystarczyły. Nie lubił zbytnio upraszczać spraw. Zwłaszcza, że w ten sposób ból został dodatkowo spotęgowany.
   Może i to dziwne, jednak jadalnia stanowiła jedyne miejsce, z którego rzeczywiście potrafił trafić do wyjścia, pięćdziesiąt razy nie gubiąc się przy tym po drodze. Bez większego problemu udało mu się tym samym, uniknąć konsekwencji swojego niedoszłego zamachu. Z szerokim uśmieszkiem wpakował swoje zgrabne tyły, do zamówionej jeszcze w swoim pokoju taksówki, jakby od niechcenia sprawdzając przychodzące wiadomości. By na moment się stąd wyrwać, dobrowolnie poprosił Simona o robotę. Jak się okazało - wbrew jego oczekiwaniom - nieszczególnie wymagającą. Zgodnie z krótką notką, jego informator zaczął sprawiać problemy. W lepsze dni Luca nazwałby go nawet swoim kumplem, jednak obecnie nie miał żadnych oporów, przed wypełnieniem powierzonego mu zadania. Cel - sprzątnąć dilera. Korzyści? Nim to zrobi, mógł konkretnie się upalić. Przy pomyślnych wiatrach miał nawet szansę na całkiem dobry seks.
✹✺✹

   - Dawno cię nie było... - Pełen melancholii głos przyjemnie popieścił go w ucho, gdy jego właściciel bez zbędnego owijania w bawełnę, postanowił przejść do sedna ich rutynowego układu. Wręczając mu swojego w połowie wypalonego skręta, zaczepnie polizał go po szczęce, by ostatecznie z uwielbieniem dobrać się do jego szyi. - Pusto tu bez ciebie...
   - Skończ pieprzyć, po prostu lubisz mój tyłek.
   - I wyszczekane usteczka. Choć romantyzm szlag trafił. Jesteś beznadziejny.
   - Mam wyjść?
   - Ani mi się waż.
   W podobnych sytuacjach Simon zawsze zostawiał mu wolną rękę. Niezależnie od sposobu, miał wydusić z niego potrzebne informacje i stosunkowo szybko pozbyć się problemu. Szkoda. Wychudzony ćpunek przewijał się w jego życiu już od przeszło roku. Myśląc o jego, wkrótce zalewającej szkarłatem podłogę, krwi, nie czuł dosłownie nic. Może jedynie lekkie rozczarowanie, że będzie musiał znaleźć sobie nowego dilera, który podobnie jak ten, towar sprzedawać będzie mu o połowę taniej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Pon Lip 03, 2017 11:31 pm

Wiedział, że coś się kroi od momentu, w którym skrzydła ogromnych drzwi poczęły się rozchylać, a zza grubej warstwy oszlifowanego drewna wyłoniła się rozpromieniona buzia Wallnera. Nie miał przecież wątpliwości, że jego gość zechce wprowadzić w czyn małą lub większą zemstę za zlekceważenie, którego doświadczył. Kai nie sądził po prostu, że chłopak jest tak niecierpliwy, a odwet wprowadza w czyn prędzej niż zdąży pomyśleć. Pod tym względem, jak pod wieloma innymi, ich dwójka skrajnie się różniła.
Miał nieodparte przeczucie, że powinien się odsunąć i zareagować w momencie, w którym intruz w postaci wallnerowych ust, począł wdzierać się w jego przestrzeń osobistą. Zwyciężyła jednak... Ciekawość. Kai podejrzewał, że to właśnie jest cecha, która kiedyś wpędzi go do grobu. Nieraz juz bowiem otarł się o śmierć przez zwykłą chęć odkrycia, co będzie dalej, jeśli nie zainterweniuje, lub jeśli zainterweniuje w sposób zupełnie nieprzewidywalny i wcale rozsądny. Jednak nawet, gdy ciepłe wargi musnęły jego policzek, nie wywołując żadnej reakcji w nienagannie wyprostowanej sylwetce, a także wtedy, gdy dziwnie sztywny materiał zaciskał się inwazyjnie na smukłej szyi, Kai czuł wewnętrzny spokój. Mógł powiedzieć o najmłodszym Wallnerze wiele, ale nawet jego nie posądziłby o bycie tak bezmyślnym, by chciał zabić gospodarza w tym konkretnym momencie i w tym konkretnym pomieszczeniu. Chyba, że przyszedł tu popełnić misję samobójczą.
Już w momencie, w którym chłopak się od niego odsunął, porwał ze stołu serwetkę, którą osłonił dłoń, przy zdejmowaniu, a raczej zrywaniu krawatu z uwięzionej w nim szyi. Obserwował bieg wydarzeń, wstrzymując się jak tylko mógł od mało eleganckich dźwięków, które pragnęło wydawać jego gardło, gdy nagle utraciło zdolność do swobodnego zaczerpywania powietrza. Serce przyspieszyło w sposób naturalny, choć Kai wiedział, że to nie jest jego czas, by zawitać do bram piekła. Rozmywającym się spojrzeniem zaglądał w rozbawione ślepia Wallnera, kątem oka tylko dostrzegając jak Astrid podrywa się z miejsca i wyrywa w jego kierunku z cieniem paniki na twarzy. Na jego ustach gościł ledwie widoczny uśmiech, dopóki rzężenie nie przerodziło się w niepokojąco brzmiący atak kaszlu, a widok nie począł przeinaczać się z majaczących kształtów w kolorowe, wielkie plamy.
Zaczerpnął gwałtownie powietrza, gdy okazało się, że antidotum prześciga czasem działania truciznę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że stoi. Nie zauważył nawet kiedy podniósł się z miejsca. Jego paznokcie wbijały się w zaplamiony rozlanym winem obrus, a pojedyncze kosmyki włosów przylgnęły do spoconego czoła, podczas, gdy klatka piersiowa w nienormalnym tempie to się unosiła, to znów opadała, przyprawiając o tępy ból.
– Zostaw – wychrypiał między gwałtownymi oddechami, szybko chwytając za ramię brata, który wprawnym okiem celował z broni w jedną z nóg Wallnera, będącego już przy drzwiach. – Niech idzie – dodał głośniej, kierując rozmyte wciąż spojrzenie na lokaja, zawiadamiającego już innych o zmierzającym do wyjścia napastniku.
Mika schował broń i usiadł, wkładając do buzi widelec, którego nie odłożył ani na moment przez cały ten czas; lokaj odjął dłoń od małej słuchawki w uchu, a Astrid rzuciła się na tego pierwszego, gdy bezczelnie postanowił skomentować minę, z którą zastygła.
Kai roześmiał się gromko, upił łyk wina, po czym całe jego zainteresowanie powróciło do kaczki.

Przez następne dni kilka Kai w ogóle nie widział się ze swą zmorą. Pochłonięty przez wir obowiązków, zapewne zapomniałby o Wallnerowym problemie, gdyby nie siostra, która co jakiś czas skarżyła się na konieczność obcowania z męską zarazą przebywającą w ich posiadłości. Szatyn nie zjawiał się nawet na obiadach, lecz bynajmniej nie dlatego, że źle mu się kojarzyły po ostatnim razie. Obiady przecież były idealnym pretekstem do prowadzenia interesów, dlatego ostatnimi czasy Kai nieustannie spożywał je poza domem. To jednak, że nie miał osobiście do czynienia z Lucą, nie znaczy, że nie znał jego poczynań. Wręcz przeciwnie, Kai wiedział niemalże o każdym pojedynczym oddechu zaczerpniętym przez chłopaka. Gdzie, kiedy, po co, jak i z kim. Miał informatorów w każdym zakątku tego miasta, również tam, gdzie Wallnerowie nie mogli się tego spodziewać. Zachowywał się jednak zupełnie tak, jakby całkiem zapomniał o egzystencji Luci, więc gdy zdarzyło im się w końcu natknąć na siebie przy stole, z uprzejmym uśmiechem uniósł wysoko brwi.
– Nadal tu jesteś – bardziej stwierdził niż zapytał, nie wyglądając jednak na specjalnie przejętego jego obecnością. Nawet jeśli towarzystwo Wallnera miało być jego jedynym towarzystwem podczas dzisiejszej kolacji. Astrid bowiem wyjechała dzisiejszego ranka na jakiś szkolny obóz, o którym wspominała kilka miesięcy temu, a Mika zajmował się zleceniem w Europie Wschodniej. Reszta ogólnie rzadko bywała w domu w ciągu ostatnich miesięcy i miała zjawić się dopiero pod koniec tygodnia. Przynajmniej część z nich.
Nalewając sobie wina, zawiesił na dłużej wzrok na osobie Wallnera.
– Czy powiadomił cię ktoś o przyjęciu w przyszłym tygodniu? – zapytał nagle, posyłając mężczyźnie zbyt miły uśmiech i zainteresowane spojrzenie. Był niemal pewien, że nikt tego nie zrobił, bowiem nikomu tego nie zlecił, a żaden domownik na pewno nie pokwapiłby się, by go o czymkolwiek zawiadamiać. Nie czekając więc na odpowiedź, kontynuował mówienie. – Wasze przyjęcie zaręczynowe. – Poruszył wymownie brwiami, upijając łyk wina.
Westchnął przeciągle, nakładając sobie jedzenie, którego wystawiono niemniej niż wtedy, gdy stół oblegało więcej osób.
– Uwielbiam takie przyjęcia – kontynuował, znów nie dając chłopakowi czasu na wtrącenie słowa. – Zlatuje się cała rodzina. Sam rozumiesz, miła atmosfera, mnóstwo ludzi. Może nawet twój brat wygłosi przemówienie? – Ostatnie zdanie wypowiedział z osobliwym uśmiechem i nazbyt sztuczną ekscytacją. Zaśmiał się krótko i niewinnie, nie spuszczając nic niemówiącego spojrzenia z chłopaka. – I nie martw się pierścionkiem, już się wszystkim zajęliśmy. To będzie taki uroczy wieczór. – Pokręcił głową z przesłodkim uśmiechem, który za sekundę rozmył się pod powierzchnią kieliszka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Nie Lip 23, 2017 10:38 pm



       Przez przeszło tydzień użerać przyszło mu się z bagnem, w którym dzięki uprzejmości Tobiasa, grzązł po niemalże czubek nosa. Kierowany doświadczeniem, nauczył się nigdy nie podważać otrzymywanych rozkazów, nawet jeśli oznaczały one likwidowanie ludzi z jego otoczenia. W końcu śmierć nie wybiera - szybciej czy później przyjść miała po każdego. On po prostu odrobinę przyśpieszył rozwój zdarzeń, swoim ofiarom gwarantując, od dnia narodzin oczekiwany, spokój. Szkoda, że niektórzy wydawali się nie pojmować ogromu ofiarowanej przez niego litości, sprzątnięcie chuderlawego mężczyzny uznając na oczywisty akt wojny. I to nie byle jakiej - w jedną noc obrócił przeciwko sobie cały kartel, którego najnowszym nabytkiem, jak przyszło mu się po fakcie przekonać od rżnącego głupa Simona, był właśnie jego kochany diler. Wbrew informacją, które tak łatwo uznał za prawdziwe - wcale nie sprawiał im problemów. Po prostu był półśrodkiem do realizacji z każdym dniem coraz to rozleglejszych aspiracji jego braciszka. Skoro zaś najlepszą obroną zwykło określać się atak, idąc za ciosem, zajął się stopniowym wykańczaniem to kolejnych członków narkotykowej organizacji.
       Tych z kolei, mimo jego najszczerszych wysiłków, wydawało się ani odrobinę nie ubywać. Wręcz przeciwnie - na miejsce jednego sprzątniętego typa, momentalnie pojawiało się trzech nowych. I choć perspektywa niekończącej się zabawy, dla niektórych wydawać mogłaby się iście kusząca, on sam miał tego wszystkiego serdecznie dosyć. Bynajmniej nie dlatego, że znudził mu się widok dławiących się własną krwią wywłok, co to to nie. Po prostu czym więcej otrzymywał celów, tym mniej miał czasu, by odpowiednio się nimi rozkoszować. Zmuszony przerzucić się na szybkie zabijanie, z boleścią przyglądał się martwym już facetom, których ciała w normalnych okolicznościach bez wahania by wykorzystał, wypełniając ostatnie z minut ich egzystencji czystą przyjemnością.
       I choć pracy miał pod dostatkiem, wprawiony, radził sobie z nią zaskakująco sprawnie. Czy też raczej właśnie tak śmiał uważać, dopóki przyozdobiona sygnetami dłoń, nie wylądowała na jego policzku, boleśnie przypominając mu tym samym, że Tobiasa z natury ciężko jest usatysfakcjonować. W jego mniemaniu zaniedbał bowiem sprawę znacznie ważniejszą, pozwalając, by wskazany przez niego osobnik, w dalszym ciągu rozszerzał wpływy swojej rodziny, szkodząc tym samym ich własnej. Zwłaszcza, że do rzekomego połączenia, mającego na celu wzmocnienie potęgi obu z rodów, miało nigdy nie dojść.

       Maczając usta w bordowej cieczy, sprezentował światu jeden z brzydszych grymasów, wywołany czymś znacznie więcej niż jak na jego gusta nieznośnie obrzydliwym smakiem ów trunku. Alkohol dostał się bowiem do świeżej rany, aż nazbyt widocznie zdobiącej jego górną wargę. Zabawne. Przy dorodnym śladzie na jego policzku, śmiało można by stwierdzić, że wyglądała całkiem niewinnie. Skłaniając się ku podobnym rozwiązaniom, Tobias umyślnie uderzył w jego podświadomą niechęć do oszpecania własnej twarzy. Jego ciało przeszło już bowiem tyle, że w większej mierze straciło dla niego jakiekolwiek znaczenie. Twarz z kolei... cóż, lubił swoją śliczną buźkę.
      Stanowczo nie w sosie, kompletnie zignorował przybycie Kaia, podczas jego całego monologu ani na moment nie zaszczyciwszy go spojrzeniem. Zamiast tego całkowicie poświęcił się uzupełnianiu to rusz pustego kieliszka, naiwnie licząc, że wlewany w niego alkohol, w magiczny sposób zniweluje, pozostawiony przez jego brata ślad obecności.
       - Cudownie - burknął z aż nadmiernym entuzjazmem, podświadomie przewracając przy tym oczami. Dlaczego tak nagle postanowił wyprawić im przyjęcie zaręczynowe? Jeszcze do niedawna śmiało mógłby przysiąść, że całej perspektywie ślubu jest równie przeciwny, co i jego rodzina. Skąd więc ta nagła zmiana nastawienia? Coś zdecydowanie tu śmierdziało, choć wspominając o jego bracie wygłaszającym przemowę, Shelby w mig wybił go z zawiłych rozmyślań, powodując u niego niekontrolowany atak śmiechu. Tsa, chyba się wstawił. - Mój kochany braciszek... - wymruczał cicho, z bliżej nieokreślonym uśmiechem, po raz pierwszy od dłuższego czasu, zaszczycając mężczyznę spojrzeniem swoich ciemnych, przenikliwych oczu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Czw Sie 24, 2017 12:19 am

Przyjęcie zaręczynowe na pewno musiało wydać się czymś wielce podejrzanym dla Luci. Było to zrozumiałe, bo przecież mężczyzna nie mógł być nieostrożnym, więc dopatrywanie się we wszystkich działaniach Kaia czegoś podejrzanego, było wręcz wskazane. Jednak czy faktycznie było się czego obawiać? Luca i Astrid są związani umową, jednakże wypada, by wszystko miało ręce i nogi. Shelby mają niezachwianą reputację wśród podziemnego światka, ale nie są także obojętni opinii publicznej. Ich nazwisko przewija się w mediach od czasu do czasu, a ludzi, którzy nie kojarzą hoteli, czy samochodów pod znakiem firmowym Shelbych, jest raczej niewielu. Poza tym słyną ze swych wysokich datków na sprawy mniejszych przyjaciół człowieka, przez co zyskali sobie sympatię ogółu. Dlatego też Kai nie mógł zignorować utrzymania reputacji na legalnym rynku, by całkiem skupić się na tym drugim. Skoro jego siostra miała wyjść za mąż, a któraś z pras mogłaby się tym zainteresować, musiał wyprawić pieprzone przyjęcie. I zamierzał.
A jeśli chodziło o obawy młodego Wallnera, to cóż. Po swoim ostatnim numerze powinien być podejrzliwy i patrzeć Kaiowi na ręce. Szatyn wyznawał zasadę, że zemsta najlepiej smakuje na  zimno, dlatego nigdy nie działał pod wpływem impulsu. Mógł odegrać się choćby i za kilka lat, ale zrobi to. Ani Kai, ani żaden inny Shelby, nie zapominał wyrządzonych krzywd. I nigdy nie pozostawiał ich bez echa.
Upijając wina i słuchając mamrotania Wallnera, przejechał swym ciemnym spojrzeniem po jego twarzy. Na ładnej buzi nie dało się nie zauważyć wyraźnej opuchlizny i nieładnej blizny na pełnych wargach.
Czyżbyście mieli ostatnio problemy z pewnym kartelem narkotykowym? – Rozciągnął swe usta w sugestywnym uśmiechu, poruszając krótko brwiami. Rany Luci natychmiast przypomniały mu o tej sprawie. – Zaskakujące jak śmierć jednego, nieważnego człowieka może rozjuszyć innych, czyż nie? – Jego słowa wyraźnie sugerowały, że maczał palce w tej gwałtownej reakcji na uśmiercenie jednego z dilerów. Ale czy maczał je faktycznie, wiedzieć mógł tylko Kai. Choć każdy kto był w temacie, wiedział, że dokłada wszelkich starań, by na każdym kroku utrudniać Wallnerom życie i interesy. Jeżeli mieli problemy, ingerencja Shelbych zawsze była w obrębie prawdopodobnych przyczyn.
Wiesz, twój brat to jednak nie grzeszy rozumem – zauważył, uśmiechając się delikatnie, jakby stwierdził właśnie oczywistą oczywistość. – Jego działania są tak zaskakująco nieprzemyślane, że aż mam ochotę go poznać. W moim otoczeniu nie ma zbyt wielu optymistów, to byłaby odmiana. – Zaśmiał się perliście, wzdychając z cichym rozbawieniem. Bo czyż najstarszy Wallner nie był niepoprawnym wręcz optymistą? Wpuszczać swojego brata do rezydencji Shelbych, mając nadzieję, że ten załatwi za niego robotę. Rozegrać to w tak niemądry sposób. Musiał być narwanym człowiekiem. Ale nie tylko dlatego Kai uważał go za idiotę. Miał o nim taką, a nie inną opinię głównie ze względu na to, że najwidoczniej sądził, iż może zabić Dietmara, a przy tym być święcie przekonanym, że nie dosięgną go konsekwencje. Być może ojciec Kaia był łagodny i na tyle naiwny, głupi, czy ostrożny, by szukać wpierw dowodów, nim podejmie radykalne środki. Kai naiwny nie był, a niezbite dowody nie były mu potrzebne, by wybić pieprzoną rodzinkę Wallnerów za zabójstwo jego brata. Był pewien, że za tym stali, a do tego wniosku doprowadziła go czysta dedukcja. Ufał swojej dedukcji bardziej niż półmartwemu, niejasno myślącemu ojcu.
Cóż, mam nadzieję, że zaszczyci nas swoją obecnością. Powinien wiedzieć pod czyje skrzydła oddaje    u k o c h a n e g o    brata. – Nie bez powodu położył nacisk na to konkretne słowo. O uszy obiło mu się wiele plotek na temat tego co działo się w rodzinie Wallnerów. To wciąż były tylko plotki, a faktycznych informacji posiadał niewiele, bo i nie interesował się dotąd za szczególnie ich relacjami, jednak posiadał wystarczająco wiedzy, by sądzić, że relacje te zdrowe nie są. Poza tym słyszał co nie co również o samym Tobiasie i tutaj posiadał już więcej faktów niż plotek, a wnioskując po tym co wiedział, z człowiekiem jego pokroju nie dało się mieć odpowiednich relacji, niezależnie od więzi rodzinnych, czy jakichkolwiek innych.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 15
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   Czw Sie 24, 2017 7:24 pm

      - Problemy? - powtórzył zaskakująco spokojnym tonem, wzrok na powrót wbijając w znienawidzony trunek, którym jakby od niechcenia zamieszał, mimowolnie rozważając przy tym, czy wypicie denaturatu nie sprawiłoby mu większej przyjemności. - Nic mi o tym nie wiadomo. - Spławiając go uśmiechem (o ile można było tak nazwać ledwo zauważalne drgnięcie kącików ust) jasno oznajmił, że nie zamierza zagłębiać się w ten jakże fascynujący temat. Bo niby po co? Może co poniektórym wyda się to wręcz nieprawdopodobne, jednak jakoś tak nie odczuwał głębszej potrzeby, nawiązania z nim kontaktu. Wręcz przeciwnie - akurat dzisiaj, jak nigdy dotąd, nie miał ochoty wchodzić z nim w chociażby to najmniejszą interakcję. Bolał go policzek, alkohol upijał zdecydowanie wolniej niż powinien, no i wbrew temu co zaledwie sekundę temu stwierdził Shelby - ich konflikt z kartelem porównać można by do dziecinnej przekomarzanki. Dilerzy z natury nie byli bowiem wojownikami, z kolei odcięci od funduszy, niczym nie różnili się od błądzących w ciemnościach ślepców. Zwłaszcza gdy z Mikelem wybili głównych dowódców, próbę ratowania sytuacji pozostawiając w rękach przypadkowych żółtodziobów. Bez odpowiedniego zorganizowania, liczebność traciła bowiem na jakimkolwiek znaczeniu. Fakt, że wszystko szło niemalże idealnie po myśli Tobiasa, dziwnie go irytował. O tyle, że przez moment rzeczywiście zamierzał popodpuszczać Kaia do silniejszego ingerowania w teoretycznie niedotyczące go sprawy. Teoretycznie, bo z tonu jego głosu nietrudno było wywnioskować, że siedzi w tym wszystkim po uszy. Powstrzymywała go jedynie upierdliwa myśl, której za nic nie potrafił wyrzucić z głowy.  Lojalność.  Był ją winien bratu. Za nic konkretnego, a z czystej zasady. Właśnie tak funkcjonowała bowiem ich rodzina. Nawet jeśli na przestrzeni lat niemalże kompletnie się wypaczyli.
      - Przekażę - obiecał słodko, jakoś tak nie potrafiąc pojąć, dlaczego mu to wszystko mówi. Próbował wciągnąć go w dyskusję? Ocenić stopień zażyłości między nim, a Tobiasem? Czy może najzwyczajniej w świecie zauważył, że stawia go w sytuacji, w której ma znacznie ograniczone pole manewru? W końcu niezależnie od intensywności noszonej w sercu nienawiści, za nic w świecie nie mógł zacząć się z nią obnosić. Zwłaszcza przy Kaiu, który w swojej błyskotliwości szybciej czy później dojść mógłby do kilku niepokojących wniosków, w zastraszającym tempie pogrążając tym samym ich wszystkich. - Za nic w świecie tego nie przegapi. - Tego jednego był aż nazbyt pewien. Podobnie zresztą jak faktu, że jeśli w końcu nie weźmie się w garść, zamiast toastu zafunduje mu kulkę w łeb. Ładu miał co prawda pilnować ich tajemniczy Wędrowiec, którego opinia jasno świadczyła, że tak łatwo nie pozwoli im narozrabiać - nie na swojej warcie - jednak jego brat rzadko kiedy zważał na cokolwiek nie pasującego do jego wizji świata. Oznaczało to tym samym, że jeśli się uprze, nawet po uprzedniej czterokrotnej rewizji, byłby w stanie przemycić tam broń, by w kilka sekund zmanipulować kelnera do odwalenia za niego brudnej roboty, od której zgrabnie umyłby rączki. - A jako, że wie doskonale, radziłbym byś to ty go przeszukał - gdyby coś poszło nie pomyśli naszego rozjemcy, twoja strata będzie najmniejszym ciosem dla społeczeństwa. - Nie kryjąc się z promiennym uśmiechem, opróżnił swój na ten moment ostatni kieliszek, niechętnie uznając, że nie może dłużej ignorować swojego telefonu. Tak jak przypuszczał, tyłek standardowo truł mu jego drugi braciszek, dla odmiany podrzucając mu aż trzy cele. Dwa z nich dorwać musiał na mieście, uprzednio zapamiętując kilkustronicowe "streszczenie" ich preferencji i charakterów, tak ważne w tej robocie, zwłaszcza, gdy pilnowali się oni bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, doskonale świadomi, że ostatnimi czasy członkowie ich grupy znikają w dziwnie niewyjaśnionych okolicznościach. Podsumowując - byli utrapieniem, na które w swoim obecnym nastroju nieszczególnie miał ochotę. Co innego z kolei trzeci z panów, którego nazwisko przyprawiło go o psotny uśmiech. Głównie dlatego, że zamierzał w dość nietypowy sposób sprawdzić swojego ukochanego gospodarza, woląc już zawczasu przekonać się na czym dokładnie stoi.
      - Zaprosiłem kogoś, mam nadzieje, że to nie problem - zaczął potulnie, w mig przetransportowawszy się jak najbliżej jego osoby. Zwinnie wmanewrowawszy pomiędzy niego, a stół, umyślnie odciął go od jedzenia, wymuszając tym samym, by poświęcił mu swoją całkowitą uwagę. -  To ostatki mojego kawalerskiego życia, poza tym dawno się z nikim nie bawiłem... - stwierdził niemalże marudnie, tak, jak gdyby ów zdanie mówiło samo za siebie.   Halo, czuje się niedopieszczony, potrzebuje miłości, kij ci w nos jeśli masz jakieś "ale".   - Obiecuje, że nie wykrwawi się na twój dywan - dodał pośpiesznie, zupełnie jak gdyby było to jedną z ważniejszych kwestii, o której o mały włos zapomniałby wspomnieć.
      Prawdę mówiąc, stwierdzenie, że pyta go o zgodę znacząco mijało się z prawdą, zważywszy, że już kilka minut temu przesłał ich adres nieświadomemu niczego mężczyźnie, który na swoje nieszczęście z Lucą znał się już wcześniej. Dokładnie mówiąc, poznali się przez chuderlaka, z którego, z jego drobną pomocą nie tak dawno uszło życie. Zgodnie z jego historyjką, do kartelu zaciągnęli się razem. Ogólnie jak na kryminalistę był zaskakująco wygadany. No i naiwny. Czy normalni ludzie rzeczywiście tak łatwo zaczynali ufać innym? W sumie nieszczególnie go to obchodziło. Ważniejsze, że zamierzał przyjechać tu na jego nawet nieuzasadnioną prośbę. Po części było to całkiem urocze. O tyle, że postanowił zafundować mu z deka odmienną śmierć. Na przykład uduszenie. Jeśli zrobi to udami, wyjdzie cholernie romantycznie.
      - Zaszyjesz się w swoim gabinecie na czas bliżej nieokreślony? Tak? Nie? - Pochylając się nad nim, niczym ciekawski pies przekrzywiał głowę na boki, samemu nie do końca wiedząc na co liczy. Z pewnością nie zamierzał jednak aż nadto ingerować w jego przestrzeń osobistą, mając dziwne przeczucie, że po ostatnim razie, nie skończyłoby się to za dobrze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content




PisanieTemat: Re: There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩   

Powrót do góry Go down
 
There's no antidote ⟨ Mafia | Yaoi | 2os | bn ⟩
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: