IndeksCalendarFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 06/11/2016
Age : 99

#1PisanieTemat: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw 23 Mar 2017 - 22:18



I'm going to have you in the end, you know

Pogrzebanie żali przeszłości, okazać może się znacznie trudniejsze, niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Zwłaszcza gdy wynikają one z rozpadu czegoś, co dawniej było ci bliskie. Stało się takie z przypadku, nieodwracalnie odciskając ślad na twojej duszy. Pewnie uznasz to za głupie. Niemożliwe. Jednak przyznaj... wciąż nie możesz wyrzucić tego z pamięci. Zastanawiasz się, dlaczego tak kurczowo trzymasz się tych paru urywkowych wspomnień, które na przestrzeni lat, równie dobrze stać mogły się jedynie wytworem twojej wyobraźni. Miłość? Nigdy nie istniała. Pamiętasz jednak dotyk. Najprawdopodobniej jedyną prawdziwą rzecz w łączącej was relacji. Nieświadomie się od niego uzależniłeś. Zwykłeś wracać po więcej. Zatracać się w tym, co rzekomo mieliście, zdrowy rozsądek spychając na dalszy plan. Odurzając się natłokiem doznań, znacznie zniekształciłeś swój sposób postrzegania rzeczywistości. Stworzyłeś coś toksycznego, na siłę doszukując się w tym piękna. Potwierdzenia, że świat w dalszym ciągu jest znacznie bardziej popieprzony niż ty sam.
....Czyli jak skomplikować teoretycznie prostą fabułę

•   •   •
U C Z E S T N I C Y

->   Zethar
->   Jucundo
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zethar

avatar

Liczba postów : 3
Join date : 27/02/2017

#2PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Wto 18 Kwi 2017 - 13:11


Vincent "Vi" Harvey        28 LAT        mężczyzna  
biseksualny        w o l n y
1 1    k w i e t n i a        baran       brytyjczyk  
GEORGE I OLIVIA - RODZICE
BRUNET       b r ą z o w e   o c z y        186 cm        78 kg        blady
umięśniona sylwetka        BLIZNA NA BRZUCHU I LEWEJ DŁONI    
t a t u a ż    n a    p l e c a c h
PRAWNIK        współzarządca firmy
ukończone studia na Harvardzie

                   

►ZWIĄZKI:   W swoim życiu był w wielu związkach, jednak nigdy w poważnym. Wszelkie bliskie relacje z kobietami, czy mężczyznami traktował jako krótkotrwałą przygodę bez zobowiązań. Żył według własnych zasad, w których głównym filarem miał być brak głębokich uczuć względem partnera. Uważał, że miłość osłabia człowieka, a on nie mógł sobie na to pozwolić ze względu na kwitnącą karierę. Jednak w pewnym momencie swojego życia natrafił na jednego mężczyznę, który zniszczył wszystko to, co sam sobie założył. Początkowo była to czysta fascynacja, jednak z czasem zaczęła wymykać mu się ona spod kontroli, aż ostatecznie wpadł. Od tamtego momentu stara się zabić uczucia w zarodku, choć nie zawsze najlepiej mu to wychodzi.

►BLIZNA:   Kiedy miał szesnaście lat, wracając wieczorem ze sklepu został napadnięty przez grupkę osiedlowych oprychów, którzy pomylili go z inną osobą. Osobą, która zaszła im za skórę, rzecz jasna. Oczywiście zdali sobie z tego sprawę już po fakcie, gdyż przeciwnik Vincenta był nożownikiem. Spanikowani uciekli z miejsca zdarzenia i nigdy nie udało się ich odnaleźć, by ponieśli za to konsekwencje. Blizna na brzuchu jednak została mu do dnia dzisiejszego, jako pamiątka z czasów młodzieńczych.

►CHARAKTER:   Ciężko stwierdzić, czego się po nim spodziewać. Z jednej strony jest osobą zamkniętą, chłodną i zdystansowaną, sprawiającą wrażenie wypranej z emocji. Innym razem wybucha, jak zrzucona z wieżowca bomba, niszcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Jego ambiwalentna natura walczy z nim każdego dnia, a każdy kto ma z nim do czynienia jest zdany na łaskę losu, jaką reakcję otrzyma z jego strony. O problemach, ani uczuciach nie opowiada. Zwykł wszystko kwitować uszczypliwymi komentarzami zakropionymi dość sporą dawką sarkazmu. Istny indywidualista. Nie cierpi prosić o pomoc nawet w najbardziej błahej sprawie, choć oczywistym jest, że często jest do tego zmuszony. Spontaniczny dupek, uwielbia mścić się na każdym, kto choć trochę zajdzie mu za skórę.

►RODZINA:   Już od małego dziecka miał dość dobre warunki do tego, by stać się kimś poważanym w przyszłości. Pochodzi bowiem z bogatej rodziny. Ojciec był właścicielem firmy samochodowej na skalę światową, matka zaś jednym z najlepszych chirurgów w kraju. Już wtedy posmakował, jak ważna jest kariera w życiu i postanowił pójść w ślady rodziców, którzy nigdy nie mając czasu dla swojego syna, oddali go pod wychowanie jednej z zaufanych służek.

►BEZSENNOŚĆ:   Odkąd zaczął studia na Harvardzie, zdał sobie sprawę, jak niewiele czasu posiada na naukę tak dużej ilości materiału. Zaczął zarywać nocki, jedną za drugą, aż w pewnym momencie jego organizm nauczył się poprawnie funkcjonować z małą ilością snu. Z czasem jednak miał coraz większe problemy z zaśnięciem, przez co zdecydował się trenować. Padło na zwykłą siłownię, sztuki walki oraz bieganie.

►CIEKAWOSTKI:   Biegle posługuje się językiem angielskim, francuskim, japońskim i łaciną. |  Uczulony na orzeszki ziemne, cytrusy i grzyby. |  Totalny miłośnik zwierząt, zwłaszcza psów, kotów i węży. Z braku wolnego czasu zdecydował się jednak zaniechać kupna jakiegokolwiek pupila.  |  Ateista.  |  Uspokaja go tylko ciężka muzyka, duża ilość papierosów, dobre whiskey i seks.  |  Żałośnie sentymentalny, zwłaszcza względem biżuterii, z którą wiąże jakieś ciekawe wspomnienia.  |  Najchętniej przemieszcza się swoim ukochanym motocyklem.  |  Ma jednego przyjaciela – Aidena. |

____________________________________________________________________
Polsko, ojczyzno moja, co jesteś w ruinie, ile Cię trzeba kochać ten tylko rozkmini, kto się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 06/11/2016
Age : 99

#3PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Wto 18 Kwi 2017 - 23:01



  Damien Price,   przez pewien czas zwany również jako   Jasper Torres
 jak na ironię urodzony w   święto zakochanych
  26 lat   męczył się z tym fantem, by w końcu zupełnie się go wyprzeć
 mężczyzna z krwi i kości, choć wygląd i pociąg do innych   facetów,   mogą być mylące
  absolwent prawa   ze szpanerskim dyplomem   harvardu
 wieczny   kawaler   z kilkoma bliższymi kumplami, żeby to się przypadkiem nie nudzić
  od studiów wynajmuje mieszkanie z takim jednym idiotą, który wkręcił go w   dragi
 aktualnie paja się   nie-do-końca-legalnymi   robótkami, choć pewne sprawy skłonią go do zmiany profesji
  "szczęśliwy" posiadacz dwójki rodzeństwa - upierdliwej siostrzyczki  Endy  i małej ciotki  Alfiego
 żyje w ciągłym   konflikcie z matką,   odkąd ta usłyszawszy, że ćpa, zamiast na odwyk wysłać chciała go na egzorcyzmy
  leń z wyboru, geniusz z urodzenia. tak się jakoś złożyło, że chłopaczynie trafiła się   fotograficzna pamięć  - co zrozumie tego już nigdy nie zapomni

  naturalny   blondyn,   który przez dekadę dorobił się paru   rudawych pasemek
- głupi żart znajomego spodobał mu się o tyle, że sam zaczął je sobie farbować
  posiadacz  szmaragdowych,  rzekomo bystrych  oczu,  choć przez jego wieczny stan, trudno doszukać się w nich dawnego blasku
  niewiele jada to i kościsty jest -   wystające obojczyki i żebra?  normalka
  uroku dodają mu jednak ładnie zarysowane kości policzkowe i   dołeczki,   które mimo wszystko rzadko kiedy prezentuje światu
  może i lubi widocznie odznaczające się na jego nieskazitelnej skórze ślady, jednak jedynie gdy są one skutkiem wcześniejszych zabaw  - tatuaże nie jego bajka
  co innego piercing, w którym udało mu się doszukać zastosowania praktycznego...   przebijając sobie język






 "Narkotyki fajna sprawa", mówili. I nawet jeśli z początku taka była, mieszkając z dilerem, Damien za bardzo się wciągnął, postanowił rzucić studia i ruszyć w tango. Jedynie dzięki Rayanowi, który sprzedawał prochy synowi dziekana, uszło mu to jako tako na sucho. Wrócił w połowie roku, zdał co zdać musiał i zupełnie odciął się od wszystkich, z wyjątkiem niewielkiej garstki ludzi
 Chociaż matka wyparła się go przed laty i sam ma problemy, by się do tego przyznać, rodzina naprawdę wiele dla niego znaczy. Szczególnie mocno przywiązany jest do rodzeństwa - dla obojga zrobić mógłby dosłownie wszystko
 Potrafi z pamięci wyrecytować to poszczególne artykuły kodeksu karnego, lektury ze szkoły średniej, bądź bajki czytanych mu przez ojca w dzieciństwie
  Pamięć idealna wbrew wyobrażeniom, jest jedynie utrapieniem. Owszem, przydatnym, jednak wciąż utrapieniem. Nie tylko nie możesz o niczym zapomnieć, ale i uciszyć nieustannie nekającego umysł natłoku myśli
  Niestała uczuciowo istota, której jeszcze nikomu nie udało się do siebie przywiązać. Głębokich rozmów unika jak ognia, wycofując się w sekundzie, w której ktoś przedłoży je nad obustronną przyjemność. Na stałe związki jest za leniwy, na przejmujące wyznania za głupi, z kolei na wykazanie jakiegokolwiek zaangażowania, stanowczo zbyt naćpany
 Zawsze marzył mu się pies. O tyle mocno, że na studiach niemalże nałogowo przesiadywał u sąsiadki, bawiąc się z jej pupilem. Starsza kobieta nie miała nic przeciwko, zwłaszcza, że jak zwykła mawiać "wyglądali jak dwie krople wody". Biszkoptowy Golden Retriever stał mu się bliższy niż jakikolwiek człowiek, z kolei jego śmierć podłamała go o tyle, że nigdy więcej nie spojrzał na żadnego czworonoga
 Śpioch jakich mało. Budzenie go daremnym wysiłkiem, na niewiele zdają się również budziki. Prawdopodobnie byłby w stanie przespać nawet wojnę, o ile w między czasie nikt nie zrzuciłby go z łóżka
 Lubi utrzymywać bliski kontakt fizyczny z... w sumie każdym. Brak mu poszanowania dla przestrzeni osobistej innych ludzi, zwykł ją nałogowo naruszać, samemu czując się przy tym niepokojąco swobodnie i naturalnie
 Miłośnik starych płyt winylowych. Już teraz pomimo wiecznego braku funduszy popisać może się całkiem sporą kolekcją, szczególnie upodobawszy sobie jazz



Ostatnio zmieniony przez _Jucundo_ dnia Czw 19 Lip 2018 - 19:55, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 06/11/2016
Age : 99

#4PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw 4 Maj 2017 - 0:52


Never    do    the    same
mistake                twice.
Unless        he's        hot.




        W roztargnieniu poprawiając dotychczas idealnie ułożone włosy, zyskał sobie pełen zirytowania syk, zaledwie moment wcześniej kompletnie pochłoniętej walką z jego krawatem kobiety, która umyślnie odrobinę za mocno zaciągnęła mu go wokół szyi, najpewniej próbując go w ten sposób sprowadzić na ziemię. Nie żeby rzeczywiście odniosła tym samym upragniony efekt, o czym przyszło przekonać jej się niespełna sekundę później, gdy jego dłoń po raz kolejny odruchowo potarmosiła blond czuprynę, sprawiając, że niezwykle niesforne kłaki na nowo podjęły walkę ze świeżo nałożonym na nie żelem, postanawiając żyć własnym, przez nikogo nieograniczanym życiem. On sam nie za wiele mógł na to poradzić - chciały być wolne? A niech tam sobie będą. Nieszczególnie obchodziło go bowiem, czy dane pasmo układa się w prawo, czy w lewo. Wręcz przeciwnie - żył w dość sporym przekonaniu, że ich krnąbrność tylko dodatkowo dodawała mu uroku, idealnie odzwierciedlając przy tym jego charakter. Wiecznie niepoukładaną gonitwę myśli zaprzątającą jego biedną głowę. Przekorność i chęć zwalczenia odgórnie narzuconych zasad. Niemalże dziecięcą potrzebę udowodnienia wszystkiemu i wszystkim, że ostatecznie tak czy siak będzie tak, jak chciał.
        Szkoda, że Miva wydawała się, nie rozumieć jego jakże pokręconej logiki, doprowadzenie go do swoim zdaniem niezbędnego w dniu dzisiejszym porządku, uznając za przypadającą jej z bliżej nieokreślonej racji powinność. Jej piękne, kasztanowe włosy wydawały się tańczyć, z każdym to kolejnym nerwowym ruchem jej głowy. Aktualnie skryte pod kurtyną gęstych, najprawdopodobniej sztucznych rzęs błękitne oczy, na moment przestały skanować go z tą swoją wręcz upierdliwą wnikliwością, gdy ich właścicielka pogrążyła się w odmętach własnych myśli, najprawdopodobniej próbując rozgryźć, dlaczego w dalszym ciągu nie spełnia jej znacznie wygórowanych oczekiwań.
        Odpowiedz przyszła z kolei znacznie szybciej, niż którekolwiek z nich mogłoby się spodziewać. Jedną z rzeczy, o których nigdy nie powinni zapominać, był fakt, że Rayan rzadko kiedy pozwalał się ignorować. Na te dziwaczne "zabawy", kompletnie wykluczające jego nie taką znowu skromną osobę, pozwalał tym samym jedynie przez wzgląd na własne widzimisię. Do czasu aż bierne obserwowanie, najzwyczajniej w świecie mu się znudziło. Na dobrą sprawę Damien nawet nie zauważył, gdy ten zaszył się w zaciszy swojej sypialni, by wróciwszy niespełna sekundę później, zamachać mu przed nosem czarnym pokrowcem, w którym jak słusznie podejrzewał, znalazł idealnie wykrojony, niewątpliwie drogi, obsydianowy garnitur.
        –  Panie i panowie, Price pod krawatem  –  zakpił, obrzucając go ostrym spojrzeniem. - Skoro aż tak zależy ci na kasie, trzeba było zacząć się sprzedawać. Albo pracować dla mnie.
        –  Nieszczególnie mi znowu duży wybór.
        –  Niby od kiedy tak wysoko cenisz swoje ciało, Price?
        –  Odkąd to zaproponowałeś, palancie  –  odburknął z przekąsem, nie mogąc powstrzymać się przed przewróceniem oczami, gdy ten idiota kompletnie nieprzejęty jego osobą, po prostu przyciągnął do siebie dotychczas jedynie przysłuchującą się im kobietę, by bez ostrzeżenia wpić się w jej usta. Słuchanie, jak w odpowiedzi mruczy z rozkoszy, nigdy nie należało do jego szczególnie ulubionych zajęć, jednak pod wpływem wbitych w siebie kocich tęczówek, standardowo tkwił w miejscu, uważnie obserwując serwowane mu przedstawienie. Pozbawione głębszego sensu. Będące jedynie jednym z kolejnych kaprysów jego współlokatora.
        Odrywając się od zarumienionego oblicza swojej lubej, prychnął głośno, najwidoczniej świadom czegoś, o czym on sam wciąż nie miał bladego pojęcia, ale w jego dobroduszności już wkrótce się dowie.
        –  Możesz sobie wyglądać na ulizanego lalusia  –  zagaił, jak gdyby od niechcenia wskazując na coś głową - ale wciąż pozostaniesz osłem, który spóźnił się na swój pierwszy dzień w pracy.
        Ignorując jego wręcz ociekającą kpiną osobę, w sekundzie zerwał się z miejsca, z niemałą wdzięcznością przyjmując litościwie wręczone mu kluczyki, by moment później zapakować swój tyłek do nowiusieńkiego, krwistoczerwonego ferrari, na które go samego tak naprawdę nigdy nie będzie stać, podczas gdy ten idiota zwykł kupować je po prostu, gdy akurat naszła go na to ochota.

        Na dobrą sprawę wbrew mrocznym prognozą mężczyzny, na miejscu był dobre dziesięć minut przed czasem. Nawet zmarnowawszy pięć z nich na użeranie się z ochroną, której jakoś tak z miejsca wpadł w oko jako "ten podejrzany typek", wciąż był na plusie. No, a przynajmniej tak śmiało mu się wydawać, dopóki wychodząc z windy, nie wpadł na wyraźnie rozczarowaną jego postawą rudowłosą, która nie miała najmniejszych oporów, by bezwzględnie pastwić się nad nim już z samego rana.
        –  Jest ósma. Powinieneś być tutaj o siódmej. Do piętnastu minut spóźnienia, jeśli po drodze nieszczęśliwie potrącił cię jakiś samochód, co jak widzimy nie miało miejsca.
        –  Myślałem, że wszyscy zaczynają o ósme-...
        –  Nie interesuje mnie co myślałeś. Nikogo nie interesuje. Kawa?
        –  Dziękuję, już piłem.
        –  Gdzie-masz-kawę? - powtórzyła wolno i wyraźnie, zupełnie jak gdyby próbowała wytłumaczyć algebrę przedszkolakowi.
        –  Powinienem wypić ją w pracy? - zapytał, marszcząc na nią brwi, gdy ta jedynie potrząsnęła głową, widocznie zaczynając wątpić, dlaczego w ogóle go zatrudniła.
        –  Kawa dla twojego szefa. No i jedna dla mnie, twojej cudownej mentorki, która tak łaskawie postanowiła wziąć cię pod swoje skrzydła, dzieląc się z tobą przy tym swoimi największymi sekretami...  –  Zbyt zajęty zapamiętywaniem mijanych ludzi i rozmieszczenia poszczególnych sal, dotychczas jedynie grzecznie za nią podążał, kompletnie nie zauważając tym samym, że trzymała coś w ręce.  –  Pierwsza przysługa jest darmowa. Za kolejne przyjdzie ci słono zapłacić, nie mogę w końcu wiecznie ratować ci skóry  –  zamruczała, wypowiedz wzmacniając o wyraźną nutkę rozbawienia, by z promiennym uśmiechem wręczyć mu dwa kubki kawy, zakupione najprawdopodobniej w nie tak znowu dawno mijanej przez niego budce, ulokowanej zaraz na przeciw kancelarii. Całkiem wygodne rozwiązanie.  – Twoje biurko.
        Uważnie lustrując wskazany przez nią obiekt, ku swojej wyraźnej uldze, zauważył, że jego przednia część jest w połowie zabudowana. Gwarantowała mu to tym samym jako taką prywatność, czy też zapewnienie, że nikt nie spróbuje zaglądać mu w papiery - no a przynajmniej nie bez wcześniejszego ujawnienia swojej obecności. Poza tym miał tam komputer i odrobinę kiczowaty kwiatek, najprawdopodobniej podrzucony przez któregoś ze współpracowników w powitalnym geście. Ostrożnie gładząc jego płatki, przypadkowo natrafił na ukryty w nich liścik.
        –  "Obyś wytrzymał dłużej niż inni"?  –  przeczytał na głos, posyłając Judy - bo właśnie tak zwała się jego wyszczekana towarzyszka - pytające spojrzenie, które z najwyższą wprawą po prostu zignorowała, podsuwając mu pod nos jakieś pismo.
        –  Podpisz.
        –  Co to?
        –  Standardowy dokument podpisywany przez wszystkich nowych pracowników.
        –  Standardowe "mój pracodawca mnie nie molestował"?
        –  Bezpodstawne pozwy są prawdziwym utrapieniem - po prostu lubimy być pięćdziesiąt kroków przed wszystkimi  –  odparła lekko, z kolei on wbrew zdrowemu rozsądkowi jakoś tak dał się zwieść, jej emanującym ciepłem oczom.
        Dokończywszy wszystkie formalności, nie pozostało mu już nic innego jak zanotowanie jej numeru i ruszenie prosto w paszczę lwa. Zabawne, jednak nawet jeśli został już oficjalnie zatrudniony, wciąż nie wiedział dla kogo przyjdzie mu pracować. Znał jedynie jego godność, jakoś tak przekładając wieczornego szluga nad ciekawość wygooglowania nieznajomego. Poza tym z tego co słyszał, był prawdziwym człowiekiem sukcesu. Budził nie tylko przerażenie, ale i respekt. No i na całe szczęście wciąż go tu nie było.
        Wchodząc do aktualnie opustoszałego gabinetu, woląc już pierwszego dnia zbytnio mu nie podpadać, zamiast rozglądać się po otaczających go rzeczach, kroki swe skierował przed ogromne okno. Widoczna z niego panorama miasta, dosłownie zaparła mu dech w piersiach. Budzące się do życia o poranku budynki; malusieńcy ludzie, zmierzający gdzieś w nieukrywanym pośpiechu; mknące ulicami auta. Naprawdę kochał to miasta. Było takie żywe i piękne. Pełne kolorów i dźwięków.


Ostatnio zmieniony przez _Jucundo_ dnia Czw 19 Lip 2018 - 20:02, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zethar

avatar

Liczba postów : 3
Join date : 27/02/2017

#5PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw 2 Lis 2017 - 22:49


Using               me              everyday
wishing    you'd    realize    and   stay
but   no   one   is   better   than   him.

▼▲▼


                      Poranek nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Stojąc z kubkiem gorącej kawy, wpatrywał się w rozciągającą się panoramę miasta zza oszklonej ściany apartamentu. Rozsiane zewsząd sznury wysokich, nowocześnie wyglądających budynków i tłumy zabieganych ludzi zdawały się krzyczeć „to miasto sukcesu i kariery zawodowej”. W istocie tak właśnie było. Vincent mieszkał w końcu w samym centrum dużego miasta, w dość bogatej dzielnicy. Gdzie okiem nie spojrzeć, wszędzie roiło się od ekskluzywnych hoteli i budynków należących do firm znanych na galę światową. Czasami zastanawiał się, jakim cudem się tutaj znalazł. Odpowiedź jednak przychodziła stosunkowo szybko. Nie znał innego życia, zawsze takie było. Zabiegani rodzice, duży dom, drogie prezenty, bogactwo. I gdzie tylko nie spojrzał, najważniejsze co było to praca, kariera, praca, kariera. Niekończące się wartości, które rodziciele zakorzenili w nim bardzo głęboko.
                      Przelotnie zerknąwszy na srebrny zegarek, włożył brudny kubek do zmywarki i skierował się w stronę garderoby, z której wyciągnął swoje służbowe ubrania. Nigdy nie lubił obcisłych garniturów. Gdyby mógł, chętnie chodziłby po firmie w zwykłym podkoszulku. Lubił zawsze stawiać na wygodę, niż na wygląd. Nic zatem dziwnego, że kilkanaście godzin pracy wbitym w obcisły garniak doprowadzał go do szału. Jedyne co mógł zrobić, aby w jakikolwiek sposób sobie ulżyć w tej udręce, to zrezygnowanie z krawatu i rozpięcie kilku pierwszych guzików w koszuli, co dodawało jego aparycji  odrobinę niedbałości. Do tego szybkie ogarnięcie gęstej, kruczoczarnej czupryny, odrobinę wody kolońskiej i właściwie był już gotowy do wyjścia. Zanim jednak opuścił swoje mieszkanko, zerknął w stronę lustra, chcąc szybko przeanalizować swój stan po intensywnym tygodniu ciężkiej pracy. Intensywne cienie pod oczami mocno odznaczały się na jego naturalnie mlecznobiałej skórze. Brązowe tęczówki zerkały spod gęstych, aczkolwiek krótkich rzęs, sprawiając wrażenie przemęczonych życiem. W kącikach oczu można było dostrzec pierwsze pajęczynki zmarszczek.
                      Wychodząc z domu był niemal pewien, że dostanie reprymendę od Judy, że znów wygląda jak śmierć. W najlepszym wypadku zostawi ten fakt bez komentarza, bombardując go jednak spojrzeniami pełnymi wyrzutu, które gdyby mogły ranić, pewnie wyglądałby jak po bliższym kontakcie z agresywnym kocurem. Mimo wszystko tym razem nie była to jego wina. Nie przepracowywał się, jak to miał w zwyczaju. Owszem, miał dużo na głowie i wiecznie był czymś zajęty, jednak ostatnimi czasy po prostu nie sypiał najlepiej. Demony przeszłości zdawały się ponownie go doganiać i deptać mu po głowie, uparcie szepcząc mu na ucho rzeczy, których nie chciał pamiętać. Stracił rachubę czasu, od jak dawna walczył ze wspomnieniami. Słyszał już wiele różnych rzeczy dotyczących rozstania, jednak pierwszy raz odczuł je na sobie tak intensywnie. Miał swoją żelazną zasadę „nie angażuj się”, jednak powinęła mu się noga. Nigdy nie był najlepszy w odczytywaniu emocji, ani tym bardziej radzeniu sobie z nimi. Wolał polegać na chłodnej logice i dystansie. Tymczasem popełnił jeden jedyny błąd i fala konsekwencji zdawała się go bezlitośnie miażdżyć. Może gdyby miał w tej kwestii większe doświadczenie, szybciej udałoby mu się z tego wyczołgać. Tymczasem czas mijał nieubłagalnie, a jego jedynym sposobem na ucieczkę z własnej głowy było popadanie w coraz większy pracoholizm. W weekendy zaś, gdy nie miał zbyt wielu obowiązków, wisiał zwykle ze szklanką whisky, próbując odpłynąć w chwilowy stan błogiego zapomnienia.
                      Gdy tylko dojechał przed ogromny, oszklony budynek z dumnie prezentującym się, podświetlanym ledami od spodu napisem „Pearson & Harvey” – w pośpiechu zamknął drzwi od samochodu, klikając guziczek breloczka doczepionego do kluczy i czym prędzej udał się do środka kancelarii. Kiedy tylko jego stopa dotknęła posadzki holu, niemal od razu zleciały się co najmniej trzy osoby informując go o nadciągających spotkaniach, o dokumentach, które należy wypełnić i o zbliżających się rozprawach.
                      – Przyjechał też ten nowy asystent – zapiszczała nieprzyjemnym dla ucha sopranem brązowowłosa, młoda kobieta, poprawiając nerwowo zsuwające się z nosa okrągłe okulary. – Czeka na pana w pańskim gabinecie.
                      – W porządku, Olivio, zaraz pójdę się z nim przywitać – odparł spokojnie, odbierając od niej pliczek dokumentów, zgrabnie zamkniętych w foliowy segregator. – Przekaż panu Vigneron, że spotkanie odbędzie się o godzinie siedemnastej i wtedy ustalimy wszelkie formalności.
                      – Tak jest, panie Harvey.
                      Ponownie zerknął na zegarek. Spóźniony o niemal godzinę. Zaklął siarczyście pod nosem, gdy srebrne drzwi od windy zamknęły się za jego plecami. Zwykł przyjeżdżać punktualnie, jednak od paru dni namiętnie przychodził po czasie. Odkąd nie był w stanie spać normalnie, jego organizm kompletnie nie chciał współpracować z godzinami pracy. Miał tylko nadzieję, że uda mu się nadrobić stratne sześćdziesiąt minut papierkowej roboty.
                      Drogę do gabinetu przemknął niemalże z prędkością światła, pośpiesznie rzucając każdemu pracownikowi krótkie przywitania i skinięcia głową. Szybko lustrując puste biurko przed znajomymi drzwiami, uniósł jedną brew ku górze zastanawiając się, gdzie posiało tego całego asystenta, o którym wspominała Olivia. Zauważając jednak zarys postaci zza oszklonej ściany, czym prędzej wszedł do środka. Kalkulując ile obowiązków musi nadrobić i co powinien zrobić po kolei, aby się ze wszystkim wyrobić, rzucił plik dokumentów na blat stolika, pośpiesznie ściągnął z siebie marynarkę, wieszając ją na wieszaku.
                      – Dzięki za kawę – mruknął, zauważając na biurku kubek z życiodajną cieczą. Upijając kilka jej łyków, zerknął w końcu w kierunku jego nowego sekretarza i wyciągnął ku niemu dłoń. – Nazywam się Vi… – urwał.
                      Spojrzenie znajomych, szmaragdowych tęczówek o chłodnym odcieniu wbite były prosto na niego. Śnieżnobiała cera towarzysza zdawała się lśnić z lewej strony twarzy w świetle promieni wpadających do pomieszczenia. Oniemiały zjechał spojrzeniem wzdłuż mocno zarysowanej szczęki i pełnych ust, błagając przenajświętszego Jezusa, Buddę, Allacha i potwora Spaghetti, żeby to był tylko kolejny koszmar, z którego dane mu będzie się zaraz wybudzić. Dyskretnie uszczypnął się nawet w udo, jednak wciąż tam stał. Pieprzony Jasper Torres stał w jego gabinecie.
                      Kurwa mać.
                      Próbując jak najszybciej poskładać się do kupy, złapał ponownie za kubek z kawą i nerwowo wychłeptał całą jego zawartość jednym duszkiem.
                      – Vincent Harvey – dokończył beznamiętnym tonem, wypranym z jakiejkolwiek emocji, choć dało się wyczuć odrobinę oschłości. Zacisnąwszy szczęki, patrzył tępo w blat biurka nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. W głowie kotłował mu się tak wielki mętlik, że nie był w stanie zareagować w żaden sposób.

____________________________________________________________________
Polsko, ojczyzno moja, co jesteś w ruinie, ile Cię trzeba kochać ten tylko rozkmini, kto się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 06/11/2016
Age : 99

#6PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Pon 6 Lis 2017 - 20:11


Never    do    the    same
mistake                twice.
Unless        he's        hot.



        Pochłonięty rozmyślaniem o rzeczach teoretycznie nieistotnych, w sekundzie zatracił się w odmętach własnych myśli, tracąc jakikolwiek kontakt z rzeczywistością. Całkowicie skupiony na biernej obserwacji widocznych z okna przechodniów, nieświadomie spamiętał to ogólne rozmieszczenie poszczególnych postaci (biorąc pod uwagę piętro, na którym aktualnie przyszło mu się znajdować, z czystym sumieniem porównać mógł ich do kolorowych kropek bądź mrówek), odruchowo określając przypuszczalnie kierujące nimi motywy, za sprawą których znaleźli się właśnie w tym, a nie innym miejscu. Jakkolwiek nieprawdopodobnie by to nie zabrzmiało, była to kwestia najzwyklejszej w świecie dedukcji, z jego pamięcią zasadniczo opartej na wcześniejszej obserwacji. Spamiętaniem nacierających na siebie schematów ludzkich zachowań. Fascynujące, nieprawdaż? Wystarczyła chwila nieuwagi, by po raz to kolejny utracił kontrolę nad własnym umysłem. "Pożerając" napływające do niego ze środowiska dane, w zastraszającym tempie przetwarzał dostarczane informacje, z odrobiną logiki czyniąc je faktami, które równie sprawnie wzbogacał o własne spostrzeżenia i uwagi, w konsekwencji dopowiadając sobie rzeczy, za sprawą których stawiane tezy zyskiwały coraz to więcej sensu. Nie żeby stworzenie w miarę logicznego obrazu wystarczyło - w porównaniu do niego, jego mózg uwielbiał robić dużo niepotrzebnych rzeczy, roztrząsając największe z możliwych pierdół. W kółko i w kółko, nieprzerwanie, aż do momentu, w którym coś nowego nie pochłonie jego uwagi na tyle, by zupełnie zapomniał, nad czym niespełna sekundę wcześniej gorączkowo się trudził. W alternatywie zamiast przerzucać swoje zainteresowanie na coś innego, zwykł już zawczasu przyprawiać go o iście parszywy bólu głowy, w zetknięciu, z którym z reguły uciekał się do najprostszego z możliwych rozwiązań - bezbolesnego zażycia jakże subtelnie podsuwanych mu przez znajomych pod niemalże sam nos prochów, skuteczniej niż cokolwiek innego otumaniających wyostrzone zmysły.
        Ktoś tam na górze musiał naprawdę świetnie bawić się jego kosztem, zważywszy, że akurat dzisiaj, gdy za sprawą Mivy i jej jakże nużącego kazania o istotności wywarcia dobrego, pierwszego wrażenia (Goście w garniturach za paręnaście kawałków mieliby mieć coś przeciwko ćpunowi? Mógł się założyć, że większość z nich przynajmniej raz w życiu próbowała popalać) postanowił zachować pełną świadomość, zadowolić postanowiwszy się jedynie wspomnieniem wczorajszego zgonu, postawiony został przed sytuacją, która bezsprzecznie przerastała go pod każdym możliwym względem. Wcześniej na samą w sobie myśl o konfrontacji z nowym szefem, nie ważne ile by się o nim nie nasłuchał, nie odczuwał nic poza najzwyklejszą w świecie obojętnością. W końcu podobnie jak wszyscy inni, był tylko człowiekiem. Mężczyzną, którego z miejsca planował omamić tak rzadko goszczącym na jego twarzy uśmiechem. Owinąć wokół małego palca, wyciągnąć tyle kasy ile zdoła i szybko się zmyć. Pomóc siostrze, by czym prędzej bez żalu wrócić do dawnego stylu życia. Nie przewidział jednak, że stanąć przyjdzie mu na przeciw osoby, której serce teoretycznie już dawno miał w posiadaniu.
        Pod wpływem doskonale znanego głosu, w sekundzie przeszedł w tryb pełnej mobilizacji, porzucając dotychczas przejawianą w całej swojej postawie otwartość i swobodę na rzecz nienaturalnego wręcz opanowania. Nieśpiesznie odwracając się ku przybyszowi, wymusił na sobie delikatny uśmiech, najprawdopodobniej już zawczasu próbując ukryć w ten sposób wszelkie, niechciane emocje, które wykorzystawszy jego chwilowe zawahanie, spróbowałyby przejąć kontrolę nad jego mimiką.
        Jedno spojrzenie, jak gdyby od niechcenia rzucone, na znajomą twarz i organ, w którego istnienie zwykł ostatnimi czasy zdrowo powątpiewać, dość dobitnie dał mu do zrozumienia, że z utęsknieniem oczekiwał tej chwili. Uciążliwy ból w klatce piersiowej, w mgnieniu oka odebrał mu zdolność normalnego funkcjonowania, równie sprawnie pozbawiając go przy tym oddechu. W normalnych okolicznościach idąc logicznym tokiem myślenia, uznałby, że ma zawał. Tej sytuacji jednak nie sposób było określić mianem "normalnej". Nie gdy facet, którego istnienie już dawien dawna uznał za najzwyklejszy w świecie wymysł własnego umysłu, wpatrywał się w niego z przytłaczającą wręcz intensywnością. Uporczywie skanując go wzrokiem, wymusił na nim wierne trwanie w miejscu, podczas gdy każda cząsteczka jego jestestwa głośno i wyraźnie krzyczała, by uciekał. Póki wciąż miał ku temu okazję, brał nogi za pas, nie pozwalając tym samym, by Samuel Hayes po raz to kolejny wlazł z butami do jego idealnie uporządkowanego życia, siejąc w nim niechybny zamęt.
        –  Damien Price  –  odparł w łudząco podobny do swojego rozmówcy sposób. Wyciągając ku niemu rękę, odchrząknął cicho, umyślnie próbując zwrócić tym samym na siebie jego uwagę. O ile moment wcześniej nie miał najmniejszego zamiaru go dotykać, o tyle teraz, gdy sam w sobie Vincent wydawał się zrezygnować z ów zamysłu, jego przekorna natura nie mogła od tak przejść obok tego obojętnie.  –  Oddaje się w twoje ręce  –  dodał z wyraźnym jadem, z momencie zetknięcia ze sobą ich dłoni, tracąc resztki pozornego opanowania.
        Zdechnij
        –  Przyniosę kolejną.  –  Znacząco wskazując na opróżniony przez niego moment wcześniej kubek kawy, użył go jako pretekstu, by jak najszybciej stąd wyjść. Dostatecznie szybko, by oszczędzić mu coraz to bardziej uwidaczniającej się w jego spojrzeniu nienawiści. Niezależnie od tego jak w późniejszym czasie postanowi to rozegrać, głupio by było, gdyby już zawczasu odkrył przed nim wszystkie karty.
        Kroki swe kierując prosto do niewielkiej budki, ulokowanej dokładnie na przeciwko ich firmy, na wpół przytomnie powitał obsługującego ją, starszego mężczyznę, prosząc o dwie kawy. Nieszczególnie skupiony na samej w sobie procedurze zamawiania, dopiero przy odbiorze zdał sobie sprawę, że jakoś tak podświadomie podporządkował się dziwnym gustom swojego pracodawcy. Znał go. Lepiej niż kiedykolwiek w rzeczywistości chciałby przyznać. Doskonale pamiętał tym samym, jak często zwykł faszerować się tym gorzkim paskudztwem.
        Niby nic takiego, jednak świadomość, że chociażby nieświadomie próbował dogodzić temu idiocie, irytowała go w sposób, którego na dobrą sprawę nie potrafił nawet zdefiniować. O tyle, że pomimo wszelkich oporów, postanowił przywłaszczyć sobie podejrzanie wyglądającą breję, bardzo intensywnie zastanawiając się przy tym, czy istnieje choć cień szansy, że rozcieńczając ją z wodą, uratuje swoje wrażliwe na nadmierną ilość kofeiny podniebienie, przed niechybnym samobójstwem.
        Niespełna dziesięć minut później podejrzanie beztrosko nachylił się nad siedzącym za biurkiem Harveyem, wesoło wręczywszy mu swoje karmelowe latte, samemu wręcz manifestacyjnie upijając łyk jego niedoszłego napoju. Gorzki. Mocny. Ale i znajomo rozweselający. To ostatnie bardziej za sprawą tego, co do niego wrzucił, ale wytnijmy. Choć w sumie... niech wszyscy się dowiedzą. Jak z bezwstydnym uśmieszkiem przylepionym do przystojnej twarzy, zapijał się, wzbogaconą o niegroźnie wyglądającą tabletkę, kawą. Jak bardzo przymulony był, gdy podejrzliwie łypiący na niego ochroniarz, bez słowa wpuścił go na górę. Już dłużej nie musiał udawać - był niemalże pewien, że wywarte lata temu wrażenie, w dalszym ciągu utrzymuje się na Vincencie. W końcu takim go poznał. Takim go kochał i takim nienawidził. Poza tym właśnie w tej postaci był najbardziej wydajny.
        –  W czymś ci pomóc, szefie?  -  Wpatrując się mu prosto w oczy, coraz to bardziej pochylał się do przodu.  –  Wypełnić jakieś papierki, poszukać jakichś dokumentów...  –  Umyślnie ściszając głos, bez ostrzeżenia sięgnął ku jego twarzy, z rozbawieniem gładząc widoczną pomiędzy ciemnymi brwiami zmarszczkę. Czyżby jego zachowanie go dekoncentrowało?  –  A może zawołać kogoś, kto pomógłby ci się jej pozbyć? Kobietę? Mężczyznę? Jestem do twojej pełnej dyspozycji~


Ostatnio zmieniony przez _Jucundo_ dnia Czw 19 Lip 2018 - 20:05, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zethar

avatar

Liczba postów : 3
Join date : 27/02/2017

#7PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Wto 17 Lip 2018 - 12:51


Using               me              everyday
wishing    you'd    realize    and   stay
but   no   one   is   better   than   him.

▼▲▼


                Stojąc w swoim biurze z pustym, papierowym kubkiem w dłoni, wbijając swoje spojrzenie w blat dębowego biurka, zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo życie postanowiło sobie z niego zakpić w tym momencie. Bo spójrzmy sobie prawdzie w oczy, jaka jest szansa na spotkanie we własnej firmie osoby, z którą urwało się kontakt, na dodatek w tak wielkim mieście? Minimalna. Drastycznie minimalna. Vincent podejrzewał, że gdyby stał w tym momencie obok niego Aiden, z całą pewnością zacząłby szacować procentową możliwość na taki obrót spraw, bawiąc się w statystyki i śmieszne oznaczenia, których nie do końca rozumiał, przynajmniej na tak rozwiniętym poziomie. Ale Harvey ani trochę nie miał zamiaru bawić się w cyferki. Jedyne na co miał ochotę, to rzucić czymś o ścianę. Najlepiej głową Damiena.

                Jak się okazało, nie tylko Vi był na tyle inteligentny, by podawać fałszywe imię i nazwisko. Nie odprowadzając nawet wzrokiem wychodzącego mężczyznę poczuł się żałośnie, jak w bardzo złej osobie ulokował swoje własne uczucia, na dodatek babrając się w nieodstępującej obłudzie.

                Drzwi do gabinetu otworzyły się z cichym skrzypnięciem.

                – Panie Harvey?

                Uniósł zmęczone spojrzenie na wychylającą się zza progu Olivię. Kobieta stała w przejściu, nerwowo przestępując z nogi na nogę i zaciskając palce na trzymanych w dłoniach dokumentach. Zielone tęczówki miała rozbiegane, jak u małego dziecka, które planuje spłatać komuś figla, choć w istocie bardziej przypominała kulącego się pod stołem psa. Wiele osób dziwiło się, dlaczego Vincent nie wywalił jej na zbity pysk z tak słabym charakterem do tak wymagającej pracy, ale widział w niej potencjał. Pomimo strachliwej, uległej natury miała w sobie duże pokłady inteligencji i lojalności, co w połączeniu z pracowitością dawało naprawdę imponujące efekty.

                – Tak, Olivio?

                – Pan Bower przegrał sprawę – wycedziła przez zęby, wypuszczając powietrze z sykiem, jakby nie oddychała przez minutę. Drżącą dłonią poprawiła zsuwające się z prostego nosa okulary. – Wpadł w jakiś szał. Krzyczy coś o tym, że nigdy niczego nie przegrał, że to musi być ukartowane, i że nie popuści tego płazem. Rzucił biurkiem.

                – Co na to Pearson? – zapytał machinalnie, siadając na fotelu. Ująwszy w dłoń leżącą na biurku figurkę jelenia, obracał ją między palcami, taksując wzrokiem przejeżdżający sznur samochodów za oknem.

                – P-prawdę mówiąc nie wiem – spanikowała Olivia, a kolana zaczęły jej drżeć, jak żagle na wietrze. – Od razu przyszłam do pana, panie Harvey.

                – Idź do Pearsona, niech on się tym zajmie – odparł gładko. Faktura sierści jelenia pod opuszkami palców była lekko chropowata, choć wykończenie było śliskie, jakby było pokryte lakierem nabłyszczającym.

                Olivię odsyłano miesiącami od jednej osoby, do drugiej, tułając się między pracownikami wyższego szczebla, którzy nie mieli cierpliwości ani ochoty współpracować ze spanikowaną, jąkającą się, płochliwą łanią. Dopiero pod skrzydłami Vincenta zabawiła na dłużej i między ich dwójką pojawiła się swego rodzaju nić porozumienia. On szanował jej zaangażowanie, ona szanowała jego chęci do izolacji, gdy miewał gorsze dni. Nigdy nie zadawała miliona pytań, nie obrzucała spojrzeniami pełnymi wyrzutu, nie miała pretensji. I choć nienawidziła być odsyłana do innych osób, przy których ani trochę nie czuła się swobodnie, zawsze pokornie kiwała głową i wychodziła z pomieszczenia bez zbędnych dyskusji. Tak samo, jak dzisiaj. Ze smutnym wzrokiem wbitym w podłogę, wymamrotała jedną z kulturalnych regułek, jak: „Tak jest, panie Harvey” albo „W porządku, panie Harvey”, czego już Vincent nie zdołał usłyszeć i zamknęła za sobą drzwi.

                Podrzucając w dłoni figurkę jelenia, wciąż nie odrywał wzroku od tętniącego życiem miasta rozciągającego się za oknem. Mimo, że pracował już parę dobrych lat i widok zza szyby jego własnego biura nie był już czymś niezwykłym, zawsze miał słabość do śledzenia rozbieganego tłumu ludzi, przypominających z tej wysokości kolorowe stado mrówek rozszalałe przez zburzone mrowisko. Sznury pośpiesznie jadących aut i czerwonych autobusów pędzących Queen Victoria Street potrafiły robić wrażenie, zwłaszcza nocą, gdy zamieniały się w ruchome świecące punkty. Gdzieś w oddali majaczył kościół St. Andrew-by-the-Wardrobe, a nieopodal niego ciągnęła się Tamiza, nad którą wznosił się Millennium Bridge łączący dzielnicę Bankside z City of London. Tylko głupiec nie potrafiłby zachwycić się takim widokiem.

                Słysząc ciche kliknięcie zamykanych drzwi, powoli odłożył jelenia na biurko. Wielkie poroża zwierzęcia zdawały się lśnić w świetle promieni słonecznych skośnie wpadających do pomieszczenia. Przez krótką chwilę przemknęło mu przez myśl, że fajnie by było znaleźć się w świecie wykreowanym przez J.K. Rowling i machnięciem różdżki ożywić figurkę, która galopując środkiem biurka, przeskakując nad leżącymi długopisami, wskoczyłaby gdzieś na regał i zniknęła między książkami.

                Starając się zachować spokój – co niezbyt mu wychodziło i doskonale zdawał sobie z tego sprawę – śledził wzrokiem poczynania blondyna, usilnie próbując ostudzić w sobie chęci rozkwaszenia jego nosa, którym zwykł wciągać różnego rodzaju świństwa. I całkiem nieźle mu szło, dopóki mężczyzna nie przekroczył jego granicy osobistej, prowokując go na wszystkie możliwe sposoby. Tracąc panowanie nad sobą, zacisnął chude palce na krawacie Damiena, aż pobielały mu knykcie, przyciągając go brutalnie do siebie, nie zważając na ściskający jego szyję materiał.

                – Jeszcze jedno słowo i wypierdolę cię na zbity pysk – wycedził przez zęby, gdy ich twarze dzieliły już milimetry. Choć brązowe tęczówki Harvey’a płonęły nienawiścią, mimowolnie zawiesił wzrok na ustach Price’a. Fala wspomnień natychmiast zaatakowała jego głowę, wbijając się boleśnie, jak ostre szpikulce, a pulsujący ból ciągnął się od skroni, aż po samą klatkę piersiową. Chcąc przerwać ten okropny stan, brutalnie odepchnął od siebie mężczyznę i wstał z fotela. Bez słowa złapał za wiszącą na wieszaku marynarkę i łapiąc za klamkę, zatrzymał się, nie odwracając głowy w kierunku rozmówcy.

                – Jeśli chcesz mieć tą robotę, nie próbuj mnie prowokować, Price – rzucił ostro, wychodząc z biura. Miał głęboko w dupie niewypełnione dokumenty, gorącą kawę na biurku i problem pierdolonego szaleńca Bowera. Musiał ochłonąć. Jeśli nie doprowadzi się do porządku, będzie absolutnie bezużyteczny na dzisiejszym spotkaniu. Skierował więc swoje kroki do męskiej toalety, ochlapując twarz zimną wodą, by po chwili zacisnąć dłonie na brzegach umywalki, wisząc tuż nad nią z przymkniętymi powiekami, wsłuchując się w szum spływającej ciurkiem z kranu wody. Potrzebował chwili spokoju. Izolacji. Odcięcia od pieprzonego Price’a. Chociaż dobrze wiedział, że ma do czynienia z kimś tak złośliwym i prowokującym, że nie zdziwiłby się, gdyby pojawił się za nim, jak cień, nie chcąc dać mu satysfakcji z wygranej i rozpalając jego wściekłość do granic możliwości.

                A może zawołać kogoś, kto pomógłby ci się jej pozbyć? Kobietę? Mężczyznę? Jestem do twojej pełnej dyspozycji~

                Słowa Damiena dźwięczały mu nieprzyjemnie w uszach, odbijając się bolesnym echem. To żałosne, że w całej swojej nienawiści i złości pomyślał o ich upojnie spędzanych niegdyś nocach.

____________________________________________________________________
Polsko, ojczyzno moja, co jesteś w ruinie, ile Cię trzeba kochać ten tylko rozkmini, kto się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 29
Join date : 06/11/2016
Age : 99

#8PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Sro 18 Lip 2018 - 0:33


Never    do    the    same
mistake                twice.
Unless        he's        hot.



         Przyglądając się silnym dłoniom, kurczowo zaciśniętym zaledwie milimetry od jego szyi, nie mógł, nie pomyśleć, co by było, gdyby zamiast na materiale krawata, spoczęły na wrażliwej skórze. Szczelnie owinęły się wokół jego grdyki, z niemałą rozkoszą odciskając na nim swój ślad. Coś w vincentowych oczach mówiło mu, że byłby w stanie to zrobić. Ten znajomy, ostrzegawczy błysk, znacznie pogłębiający barwę czekoladowych tęczówek. Kiedyś bez trudu by sobie z nim poradził, sprawiając, że w sekundę stałby się jedynie ulotnym wspomnieniem, równie nierealnym co fakt, że kiedykolwiek spróbowałby go umyślnie skrzywdzić. Teraz jednak, po tylu latach separacji; po wszystkim co przeszli... przekaz był dość jasny. Jeśli go to tego zmusi, bez wahania rozszarpie go na strzępy. Zupełnie jak gdyby kompletnie utracił kontrolę nad zwierzęciem, które w pierwszym odruchu postanowiło rzucić mu się do gardła. Powinien się go bać. Błagać, by przestał. Rozpaczliwie walczyć o każdy niepełny oddech. Okazać skruchę. Zdecydowanie kolidowało to jednak z jego charakterem, w myśl którego odruchowo sięgnął ku przetrzymującym go dłoniom, równie obcesowo zaciskając na nich kościste palce.
         Byli tak blisko. Jego niespokojny oddech łaskotał go w twarz, gdy nieświadomie oblizał usta, zastanawiając się, co by było gdyby. Gdyby tak nachylił się bliżej, postanawiając na nowo poznać smak miękkich warg. Nieśpiesznie ich skosztować, przypominając sobie dlaczego tak bardzo mu tego brakowało. Na powrót przylgnął do szerokich ramion, zatapiając się w dawno utraconym cieple. W najlepsze zaciągnął się znajomym zapachem, pod osłoną drogich perfum, doszukując się naturalnej woni jego ciała. Był wystarczająco bezczelny i nieobyty, by spróbować szczęścia. Nawet jeśli prymitywna wręcz potrzeba, powstała tylko i wyłącznie w skutek niedotlenienia.
         Odepchnięty na tyle szybko, by w swojej głupocie jeszcze bardziej wszystkiego nie skomplikować, przy okazji zarabiając najpewniej w twarz, z niedowierzaniem przyglądał się jak Vincent od niego ucieka. Jego przepełnione nienawiścią tak czystą i bezgraniczną spojrzenie, przeszyło go na wylot, skuteczniej niż jakiekolwiek słowa utrzymując go w miejscu. Spodziewał się tego. Sam zajmował w końcu podobne stanowisku ani myśląc, by odpuścić. Nie gdy z łudząco podobną łatwością potrafiłby mu udowodnić, że zawinił równie mocno co on. Z drugiej jednak strony, nawet teraz bez trudu przywołać mógłby wspomnienie jednej z ostatnich, wspólnie spędzonych nocy. Pełne uwielbienia oczy, czuły dotyk i cicho szeptane słowa. Zdecydowane acz przepełnione uczuciem wyznanie. Wyniszczające jego duszę po dziś dzień, gdy nieskutecznie próbował wymazać z pamięci jego głęboki głos.
         Kocham cię
         Krzywiąc się brzydko, przeklął dawnego kochanka w pięciu różnych językach, jakże przydatne zwroty podłapując od Rayana, który nie raz prowadzić zwykł przy nim to bardziej ożywcze rozmowy z osobnikami, z przeróżnych zakątków świata.
         Odsuwając na bok jakieś dokumenty, wyłożył się na biurku, z kieszeni spodni wyciągając telefon. Spotkał swojego byłego. Nie potrzebował kolejnej konfrontacji. Na moment obecny chciał jedynie przyjaciela, który pomoże poukładać mu to wszystko w głowie.

                                                                                                                            
                                                             Pamiętasz Sammy'ego? (′ʘ⌄ʘ‵)

         Napisał szybko, oczyma wyobraźni wyobrażając sobie, jak po kolei wzdycha, krzywi się i przewraca ślepiami, nim w końcu zdecyduje się odpowiedzieć.

           ● Co z nim?

                                                             Rozstaliśmy się w miarę pokojowo? ⊙△⊙

           ● Pomijając fakt, że rozwalił nam drzwi? טּ_טּ
            Jasne księżniczko, "całkowicie" bezkonfliktowo...
           Po cholerę do tego wracasz?


                                                             Gdyby hipotetycznie mówiąc został moim
                                                            nowym szefem...


           ● Nie sprowadzaj go do domu.
           (◉۝◉)╰U╯mu, oskarż go i zapomnij.

                                                             Podpisałem papiery o dobrowolnym
                                                            molestowaniu,
                                                            jakieś inne błyskotliwe rady?
(T_T)

           ● Przeleć go dla zabawy.
           Możesz też normalnie pracować ~Miva


                                                             Jesteście nieocenieni. (≖͞_≖̥)


         Spodziewając się czegoś zupełnie innego, westchnął męczeńsko, jak gdyby od niechcenia podnosząc się do pozycji siedzącej. Nieszczególnie mu pomogli. Jasne, propozycja Rayana całkiem zgadzała się z jego stylem bycia i sposobem postrzegania - nietrudno było bowiem stwierdzić, że ponad wszystko inne przekładać zwykł przyjemność - jednak nieszablonowy pomysł pojednania, niekoniecznie mógł spodobać się Vincentowi. Zwłaszcza, że jego niedawne starania wynagrodził tak... żywiołowo. Wbrew wszystkiemu wolał jednak przeżyć pierwszy dzień. Potrzebował tej pracy równie mocno, co Endy potrzebowała go. Wytrzyma, nawet jeśli kosztować będzie go to resztki godności.
         Pozbywając się marynarki, przewiesił ją przez jedno z krzeseł, przez dłuższą chwilę to samo pragnąc uczynić i z krawatem, w ostateczności jednak postanawiając go jedynie poluźnić (kiedyś musiał w końcu wrócić do ludzi, a wiązanie tej okropności stanowiło dla niego prawdziwe wyzwanie, nawet po obejrzeniu wszelkich dostępnych poradników). Czym dłużej musiał czekać na powrót swojego nowego "szefa", tym bardziej go nosiło. W tym wszystkim sięgnął nawet ku kilkukrotnie przesuwanym dokumentom, zastanawiając się, czy może coś z nimi zrobić. Żeby zaś było zabawniej - nie tylko mógł, ale i potrafił, w końcu znalazłszy praktyczne zastosowanie dla nabytej podczas studiów suchej wiedzy. Pożyczając jedno z leżących pod ręką piór, przyjrzał się innej stercie kartek, odnajdując na niej próbkę pisma Vincenta. Bez trudu mógł go podrobić. Nie musiał, skoro według umowy wypełnianie podobnych papierów wchodziło w skład jego obowiązków, ale nadzwyczajnie się mu nudziło. Akurat kończył ostatni zawijas podpisu, gdy zguba w końcu powróciła, jak na zawołanie wywołując u niego grymas. Może jednak nie powinien ich ruszać? W końcu z Harveyem nigdy nic nie wiadomo, równie dobrze mógł go ochrzanić za wtrącanie się w jego nużące sprawozdania.
         Wspierając podbródek na dłoni, łokieć oparł na udzie, zapewniając sobie dość stabilną pozycję, by wpatrywać się w niego tym beznamiętnym wzrokiem. Za dużo mieszanych uczuć, by od tak zdecydował się na któreś konkretne. Na chwilę obecną chciał jedynie choć odrobinę załagodzić całą sytuację. Co normalni ludzie zwykli sobie mówić w podobnych momentach? Że żałują tego co było? Że tęsknili? Oba stwierdzenia wydawały mu się zbyt ckliwe. Potrzebował czegoś konkretnego.
         –  Z nikim nie pieprzyło mi się tak dobrze jak z tobą  –  wypalił, z jego reakcji bez trudu wywnioskowawszy, że prawdopodobnie strzelił gafę. Unosząc dłonie w obronnym geście, przygotował się do niezwłocznego zeskoczenia z biurka i ucieczki na bezpieczną odległość, o ile rzeczywiście zajdzie taka potrzeba.  –  Ale wciąż jesteś zbyt drażliwy.  –  Igrał z ogniem, umyślnie zamierzając się poparzyć.  –  Mogę ci pomóc, jeśli mi pozwolisz. W czymkolwiek, o ile dostanę swoją kasę.
         Fotograficzna pamięć i nietypowy sposób myślenia, powinny czynić go wystarczająco atrakcyjnym dla większości potencjalnych pracodawców. Vi nie był jednak jak większość. Dla niego sprawa ta była personalna, z kolei jego osoba - wyraźnie irytująca. Nawet jeśli w teorii został już dawno zatrudniony, według słów Judy, to właśnie od Harveya zależała wysokość jego honorarium. Czy dokładniej mówiąc - od ilości przydzielonej mu przez niego pracy. O ile jakoś go do siebie nie przekona, mógł pożegnać się z dodatkową gotówką.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




#9PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    

Powrót do góry Go down
 
It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: