IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw Mar 23, 2017 10:18 pm



I'm going to have you in the end, you know

Pogrzebanie żali przeszłości, okazać może się znacznie trudniejsze, niż ktokolwiek śmiałby przypuszczać. Zwłaszcza gdy wynikają one z rozpadu czegoś, co dawniej było ci bliskie. Stało się takie z przypadku, nieodwracalnie odciskając ślad na twojej duszy. Pewnie uznasz to za głupie. Niemożliwe. Jednak przyznaj... wciąż nie możesz wyrzucić tego z pamięci. Zastanawiasz się, dlaczego tak kurczowo trzymasz się tych paru urywkowych wspomnień, które na przestrzeni lat, równie dobrze stać mogły się jedynie wytworem twojej wyobraźni. Miłość? Nigdy nie istniała. Pamiętasz jednak dotyk. Najprawdopodobniej jedyną prawdziwą rzecz w łączącej was relacji. Nieświadomie się od niego uzależniłeś. Zwykłeś wracać po więcej. Zatracać się w tym, co rzekomo mieliście, zdrowy rozsądek spychając na dalszy plan. Odurzając się natłokiem doznań, znacznie zniekształciłeś swój sposób postrzegania rzeczywistości. Stworzyłeś coś toksycznego, na siłę doszukując się w tym piękna. Potwierdzenia, że świat w dalszym ciągu jest znacznie bardziej popieprzony niż ty sam.
....Czyli jak skomplikować teoretycznie prostą fabułę

•   •   •
U C Z E S T N I C Y

->   Zethar
->   Jucundo
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zethar

avatar

Liczba postów : 2
Join date : 27/02/2017

PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Wto Kwi 18, 2017 1:11 pm


Vincent "Vi" Harvey        28 LAT        mężczyzna  
biseksualny        w o l n y
1 1    k w i e t n i a        baran       brytyjczyk  
GEORGE I OLIVIA - RODZICE
BRUNET       b r ą z o w e   o c z y        186 cm        78 kg        blady
umięśniona sylwetka        BLIZNA NA BRZUCHU I LEWEJ DŁONI    
t a t u a ż    n a    p l e c a c h
PRAWNIK        współzarządca firmy
ukończone studia na Harvardzie

                   

►ZWIĄZKI:   W swoim życiu był w wielu związkach, jednak nigdy w poważnym. Wszelkie bliskie relacje z kobietami, czy mężczyznami traktował jako krótkotrwałą przygodę bez zobowiązań. Żył według własnych zasad, w których głównym filarem miał być brak głębokich uczuć względem partnera. Uważał, że miłość osłabia człowieka, a on nie mógł sobie na to pozwolić ze względu na kwitnącą karierę. Jednak w pewnym momencie swojego życia natrafił na jednego mężczyznę, który zniszczył wszystko to, co sam sobie założył. Początkowo była to czysta fascynacja, jednak z czasem zaczęła wymykać mu się ona spod kontroli, aż ostatecznie wpadł. Od tamtego momentu stara się zabić uczucia w zarodku, choć nie zawsze najlepiej mu to wychodzi.

►BLIZNA:   Kiedy miał szesnaście lat, wracając wieczorem ze sklepu został napadnięty przez grupkę osiedlowych oprychów, którzy pomylili go z inną osobą. Osobą, która zaszła im za skórę, rzecz jasna. Oczywiście zdali sobie z tego sprawę już po fakcie, gdyż przeciwnik Vincenta był nożownikiem. Spanikowani uciekli z miejsca zdarzenia i nigdy nie udało się ich odnaleźć, by ponieśli za to konsekwencje. Blizna na brzuchu jednak została mu do dnia dzisiejszego, jako pamiątka z czasów młodzieńczych.

►CHARAKTER:   Ciężko stwierdzić, czego się po nim spodziewać. Z jednej strony jest osobą zamkniętą, chłodną i zdystansowaną, sprawiającą wrażenie wypranej z emocji. Innym razem wybucha, jak zrzucona z wieżowca bomba, niszcząc wszystko i wszystkich na swojej drodze. Jego ambiwalentna natura walczy z nim każdego dnia, a każdy kto ma z nim do czynienia jest zdany na łaskę losu, jaką reakcję otrzyma z jego strony. O problemach, ani uczuciach nie opowiada. Zwykł wszystko kwitować uszczypliwymi komentarzami zakropionymi dość sporą dawką sarkazmu. Istny indywidualista. Nie cierpi prosić o pomoc nawet w najbardziej błahej sprawie, choć oczywistym jest, że często jest do tego zmuszony. Spontaniczny dupek, uwielbia mścić się na każdym, kto choć trochę zajdzie mu za skórę.

►RODZINA:   Już od małego dziecka miał dość dobre warunki do tego, by stać się kimś poważanym w przyszłości. Pochodzi bowiem z bogatej rodziny. Ojciec był właścicielem firmy samochodowej na skalę światową, matka zaś jednym z najlepszych chirurgów w kraju. Już wtedy posmakował, jak ważna jest kariera w życiu i postanowił pójść w ślady rodziców, którzy nigdy nie mając czasu dla swojego syna, oddali go pod wychowanie jednej z zaufanych służek.

►BEZSENNOŚĆ:   Odkąd zaczął studia na Harvardzie, zdał sobie sprawę, jak niewiele czasu posiada na naukę tak dużej ilości materiału. Zaczął zarywać nocki, jedną za drugą, aż w pewnym momencie jego organizm nauczył się poprawnie funkcjonować z małą ilością snu. Z czasem jednak miał coraz większe problemy z zaśnięciem, przez co zdecydował się trenować. Padło na zwykłą siłownię, sztuki walki oraz bieganie.

►CIEKAWOSTKI:   Biegle posługuje się językiem angielskim, francuskim, japońskim i łaciną. |  Uczulony na orzeszki ziemne, cytrusy i grzyby. |  Totalny miłośnik zwierząt, zwłaszcza psów, kotów i węży. Z braku wolnego czasu zdecydował się jednak zaniechać kupna jakiegokolwiek pupila.  |  Ateista.  |  Uspokaja go tylko ciężka muzyka, duża ilość papierosów, dobre whiskey i seks.  |  Żałośnie sentymentalny, zwłaszcza względem biżuterii, z którą wiąże jakieś ciekawe wspomnienia.  |  Najchętniej przemieszcza się swoim ukochanym motocyklem.  |  Ma jednego przyjaciela – Aidena. |

____________________________________________________________________
Polsko, ojczyzno moja, co jesteś w ruinie, ile Cię trzeba kochać ten tylko rozkmini, kto się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Wto Kwi 18, 2017 11:01 pm



  Damien Price,   przez pewien czas zwany również jako   Jasper Torres
 jak na ironię urodzony w   święto zakochanych
  26 lat   męczył się z tym fantem, by w końcu zupełnie się go wyprzeć
 mężczyzna z krwi i kości, choć wygląd i pociąg do innych   facetów,   mogą być mylące
  absolwent prawa   ze szpanerskim dyplomem   harvardu
 wieczny   kawaler   z kilkoma bliższymi kumplami, żeby to się przypadkiem nie nudzić
  od studiów wynajmuje mieszkanie z takim jednym idiotą, który wkręcił go w   dragi
 aktualnie paja się   nie-do-końca-legalnymi   robótkami, choć pewne sprawy skłonią go do zmiany profesji
  "szczęśliwy" posiadacz dwójki rodzeństwa - upierdliwej siostrzyczki  Endy  i małej ciotki  Alfiego
 żyje w ciągłym   konflikcie z matką,   odkąd ta usłyszawszy, że ćpa, zamiast na odwyk wysłać chciała go na egzorcyzmy
  leń z wyboru, geniusz z urodzenia. tak się jakoś złożyło, że chłopaczynie trafiła się   fotograficzna pamięć  - co zrozumie tego już nigdy nie zapomni

  naturalny   blondyn,   który przez dekadę dorobił się paru   rudawych pasemek
- głupi żart znajomego spodobał mu się o tyle, że sam zaczął je sobie farbować
  posiadacz  szmaragdowych,  rzekomo bystrych  oczu,  choć przez jego wieczny stan, trudno doszukać się w nich dawnego uroku
  niewiele jada to i kościsty jest -   wystające obojczyki i żebra?  normalka
  uroku dodają mu jednak ładnie zarysowane kości policzkowe i   dołeczki,   które mimo wszystko rzadko kiedy prezentuje światu
  może i lubi widocznie odznaczające się na jego nieskazitelnej skórze ślady, jednak jedynie gdy są one skutkiem wcześniejszych zabaw  - tatuaże nie jego bajka
  co innego piercing, w którym udało mu się doszukać zastosowania praktycznego...   przebijając sobie język


 "Narkotyki fajna sprawa", mówili. I nawet jeśli z początku taka była, mieszkając z dilerem, Damien za bardzo się wciągnął, postanowił rzucić studia i ruszyć w tango. Jedynie dzięki Rayanowi, który sprzedawał prochy synowi dziekana, uszło mu to jako tako na sucho. Wrócił w połowie roku, zdał co zdać musiał i zupełnie odciął się od wszystkich, z wyjątkiem niewielkiej garstki ludzi
 Chociaż matka wyparła się go przed laty i sam ma problemy, by się do tego przyznać, rodzina naprawdę wiele dla niego znaczy. Szczególnie mocno przywiązany jest do rodzeństwa - dla obojga zrobić mógłby dosłownie wszystko
 Potrafi z pamięci wyrecytować to poszczególne artykuły kodeksu karnego, lektury ze szkoły średniej, bądź bajki czytanych mu przez ojca w dzieciństwie
  Pamięć idealna wbrew wyobrażeniom, jest jedynie utrapieniem. Owszem, przydatnym, jednak wciąż utrapieniem. Nie tylko nie możesz o niczym zapomnieć, ale i uciszyć nieustannie nekającego umysł natłoku myśli
  Niestała uczuciowo istota, której jeszcze nikomu nie udało się do siebie przywiązać. Głębokich rozmów unika jak ognia, wycofując się w sekundzie, w której ktoś przedłoży je nad obustronną przyjemność. Na stałe związki jest za leniwy, na przejmujące wyznania za głupi, z kolei na wykazanie jakiegokolwiek zaangażowania, stanowczo zbyt naćpany
 Zawsze marzył mu się pies. O tyle mocno, że na studiach niemalże nałogowo przesiadywał u sąsiadki, bawiąc się z jej pupilem. Starsza kobieta nie miała nic przeciwko, zwłaszcza, że jak zwykła mawiać "wyglądali jak dwie krople wody". Biszkoptowy Golden Retriever stał mu się bliższy niż jakikolwiek człowiek, z kolei jego śmierć podłamała go o tyle, że nigdy więcej nie spojrzał na żadnego czworonoga
 Śpioch jakich mało. Budzenie go daremnym wysiłkiem, na niewiele zdają się również budziki. Prawdopodobnie byłby w stanie przespać nawet wojnę, o ile w między czasie nikt nie zrzuciłby go z łóżka
 Nienawidzi gdy ktoś bez pytania narusza jego przestrzeń osobistą. Niezależnie od natężenia dotyku - momentalnie odczuwa niemalże instynktowną potrzebę pozbycia się natręta. O tyle naglącą, że kilka razy zdarzyło mu się, przypadkowo połamać nosy swoim znajomym. Jedynie jednej osobie udało się oszukać jego układ nerwowy, przyzwyczajając do siebie jego ciało, jednak sprawa ta już dawno jest prehistorią...
 Ma taki brzydki nawyk, by podczas stosunku, w momencie szczytowania, wgryzać się w partnera. Robi to czysto instynktownie, w stanie będąc zadowolić się nawet najmniejszym kawałkiem skóry, choć trudno ukryć, że szczególnie gustuje w ramionach, bądź barkach

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw Maj 04, 2017 12:52 am


Never    do    the    same
mistake                twice.
Unless        he's        hot.



      W roztargnieniu poprawiając dotychczas idealnie ułożone włosy, zyskał sobie pełen zirytowania syk, zaledwie moment wcześniej kompletnie pochłoniętej walką z jego krawatem kobiety, która umyślnie odrobinę za mocno zaciągnęła mu go wokół szyi, najpewniej próbując go w ten sposób sprowadzić na ziemię. Nie żeby rzeczywiście odniosła tym samym upragniony efekt, o czym przyszło przekonać jej się niespełna sekundę później, gdy jego dłoń po raz kolejny odruchowo potarmosiła blond czuprynę, sprawiając, że niezwykle niesforne kłaki na nowo podjęły walkę ze świeżo nałożonym na nie żelem, jak to miały w zwyczaju, postanawiając żyć własnym, przez nikogo nieograniczanym życiem. On sam nie za wiele mógł na to poradzić - chciały być wolne? A niech tam sobie będą. Nieszczególnie obchodziło go bowiem, czy dane pasmo układa się w prawo, czy w lewo. Wręcz przeciwnie - żył w dość sporym przekonaniu, że ich krnąbrność tylko dodatkowo dodawała mu uroku, idealnie odzwierciedlając przy tym jego charakter. Wiecznie niepoukładaną gonitwę myśli zaprzątającą jego biedną głowę. Przekorność i chęć zwalczenia odgórnie narzuconych zasad. Niemalże dziecięcą potrzebę udowodnienia wszystkiemu i wszystkim, że ostatecznie tak czy siak będzie tak, jak chciał.
      Szkoda, że Miva wydawała się, nie rozumieć jego jakże pokręconej logiki, doprowadzenie go do swoim zdaniem niezbędnego w dniu dzisiejszym porządku, uznając za przypadającą jej z bliżej nieokreślonej racji powinność. Jej piękne, kasztanowe włosy wydawały się tańczyć, z każdym to kolejnym nerwowym ruchem jej głowy. Aktualnie skryte pod kurtyną gęstych, najprawdopodobniej sztucznych rzęs błękitne oczy, na moment przestały skanować go z tą swoją wręcz upierdliwą wnikliwością, gdy ich właścicielka pogrążyła się w odmętach własnych myśli, najprawdopodobniej próbując rozgryźć, dlaczego w dalszym ciągu nie spełnia jej znacznie wygórowanych oczekiwań.
      Odpowiedz przyszła z kolei znacznie szybciej, niż którekolwiek z nich mogłoby się spodziewać. Jedną z rzeczy, o których nigdy nie powinni zapominać, był fakt, że Rayan rzadko kiedy pozwalał się ignorować. Na te dziwaczne "zabawy", kompletnie wykluczające jego nie taką znowu skromną osobę, pozwalał tym samym jedynie przez wzgląd na własne widzimisię. Do czasu aż bierne obserwowanie, najzwyczajniej w świecie mu się znudziło. Na dobrą sprawę Damien nawet nie zauważył, gdy ten zaszył się w zaciszy swojej sypialni, by wróciwszy niespełna sekundę później, zamachać mu przed nosem czarnym pokrowcem, w którym jak słusznie podejrzewał, znalazł idealnie wykrojony, niewątpliwie drogi, obsydianowy garnitur.
      –  Panie i panowie, Price pod krawatem  –  zakpił, obrzucając go ostrym spojrzeniem. - Skoro aż tak zależy ci na kasie, trzeba było zacząć się sprzedawać. Albo pracować dla mnie.
      –  Nieszczególnie mi znowu duży wybór.
      –  Niby od kiedy tak wysoko cenisz swoje ciało, Price?
      –  Odkąd to zaproponowałeś, palancie  –  odburknął z przekąsem, nie mogąc powstrzymać się przed przewróceniem oczami, gdy ten idiota kompletnie nieprzejęty jego osobą, po prostu przyciągnął do siebie dotychczas jedynie przysłuchującą się im kobietę, by bez ostrzeżenia wpić się w jej usta. Słuchanie, jak w odpowiedzi mruczy z rozkoszy, nigdy nie należało do jego szczególnie ulubionych zajęć, jednak pod wpływem wbitych w siebie kocich tęczówek, standardowo tkwił w miejscu, uważnie obserwując serwowane mu przedstawienie. Pozbawione głębszego sensu. Będące jedynie jednym z kolejnych kaprysów jego współlokatora.
      Odrywając się od zarumienionego oblicza swojej lubej, prychnął głośno, najwidoczniej świadom czegoś, o czym on sam wciąż nie miał bladego pojęcia, ale w jego dobroduszności już wkrótce się dowie.
      –  Możesz sobie wyglądać na ulizanego lalusia  –  zagaił, jak gdyby od niechcenia wskazując na coś głową - ale wciąż pozostaniesz osłem, który spóźnił się na swój pierwszy dzień w pracy.
      Ignorując jego wręcz ociekającą kpiną osobę, w sekundzie zerwał się z miejsca, z niemałą wdzięcznością przyjmując litościwie wręczone mu kluczyki, by moment później zapakować swój tyłek do nowiusieńkiego, krwistoczerwonego ferrari, na które go samego tak naprawdę nigdy nie będzie stać, podczas gdy ten idiota zwykł kupować je po prostu, gdy akurat naszła go na to ochota.

      Na dobrą sprawę wbrew mrocznym prognozą mężczyzny, na miejscu był dobre dziesięć minut przed czasem. Nawet zmarnowawszy pięć z nich na użeranie się z ochroną, której jakoś tak z miejsca wpadł w oko jako "ten podejrzany typek", wciąż był na plusie. No, a przynajmniej tak śmiało mu się wydawać, dopóki wychodząc z windy, nie wpadł na wyraźnie rozczarowaną jego postawą rudowłosą, która nie miała najmniejszych oporów, by bezwzględnie pastwić się nad nim już z samego rana.
      –  Jest ósma. Powinieneś być tutaj o siódmej. Do piętnastu minut spóźnienia, jeśli po drodze nieszczęśliwie potrącił cię jakiś samochód, co jak widzimy nie miało miejsca.
      –  Myślałem, że wszyscy zaczynają o ósme-...
      –  Nie interesuje mnie co myślałeś. Nikogo nie interesuje. Kawa?
      –  Dziękuję, już piłem.
      –  Gdzie-masz-kawę? - powtórzyła wolno i wyraźnie, zupełnie jak gdyby próbowała wytłumaczyć algebrę przedszkolakowi.
      –  Powinienem wypić ją w pracy? - zapytał, marszcząc na nią brwi, gdy ta jedynie potrząsnęła głową, widocznie zaczynając wątpić, dlaczego w ogóle go zatrudniła.
      –  Kawa dla twojego szefa. No i jedna dla mnie, twojej cudownej mentorki, która tak łaskawie postanowiła wziąć cię pod swoje skrzydła, dzieląc się z tobą przy tym swoimi największymi sekretami...  –  Zbyt zajęty zapamiętywaniem mijanych ludzi i rozmieszczenia poszczególnych sal, dotychczas jedynie grzecznie za nią podążał, kompletnie nie zauważając tym samym, że trzymała coś w ręce.  –  Pierwsza przysługa jest darmowa. Za kolejne przyjdzie ci słono zapłacić, nie mogę w końcu wiecznie ratować ci skóry  –  zamruczała, wypowiedz wzmacniając o wyraźną nutkę rozbawienia, by z promiennym uśmiechem wręczyć mu dwa kubki kawy, zakupione najprawdopodobniej w nie tak znowu dawno mijanej przez niego budce, ulokowanej zaraz na przeciw kancelarii. Całkiem wygodne rozwiązanie.  – Twoje biurko.
      Uważnie lustrując wskazany przez nią obiekt, ku swojej wyraźnej uldze, zauważył, że jego przednia część jest w połowie zabudowana. Gwarantowała mu to tym samym jako taką prywatność, czy też zapewnienie, że nikt nie spróbuje zaglądać mu w papiery - no a przynajmniej nie bez wcześniejszego ujawnienia swojej obecności. Poza tym miał tam komputer i odrobinę kiczowaty kwiatek, najprawdopodobniej podrzucony przez któregoś ze współpracowników w powitalnym geście. Ostrożnie gładząc jego płatki, przypadkowo natrafił na ukryty w nich liścik.
      –  "Obyś wytrzymał dłużej niż inni"?  –  przeczytał na głos, posyłając Judy - bo właśnie tak zwała się jego wyszczekana towarzyszka - pytające spojrzenie, które z najwyższą wprawą po prostu zignorowała, podsuwając mu pod nos jakieś pismo.
      –  Podpisz.
      –  Co to?
      –  Standardowy dokument podpisywany przez wszystkich nowych pracowników.
      –  Standardowe "mój pracodawca mnie nie molestował"?
      –  Bezpodstawne pozwy są prawdziwym utrapieniem - po prostu lubimy być pięćdziesiąt kroków przed wszystkimi  –  odparła lekko, z kolei on wbrew zdrowemu rozsądkowi jakoś tak dał się zwieść, jej emanującym ciepłem oczom.
      Dokończywszy wszystkie formalności, nie pozostało mu już nic innego jak zanotowanie jej numeru i ruszenie prosto w paszczę lwa. Zabawne, jednak nawet jeśli został już oficjalnie zatrudniony, wciąż nie wiedział dla kogo przyjdzie mu pracować. Znał jedynie jego godność, jakoś tak przekładając wieczornego szluga nad ciekawość wygooglowania nieznajomego. Poza tym z tego co słyszał, był prawdziwym człowiekiem sukcesu. Budził nie tylko przerażenie, ale i respekt. No i na całe szczęście wciąż go tu nie było.
      Wchodząc do aktualnie opustoszałego gabinetu, woląc już pierwszego dnia zbytnio mu nie podpadać, zamiast rozglądać się po otaczających go rzeczach, kroki swe skierował przed ogromne okno. Widoczna z niego panorama miasta, dosłownie zaparła mu dech w piersiach. Budzące się do życia o poranku budynki; malusieńcy ludzie, zmierzający gdzieś w nieukrywanym pośpiechu; mknące ulicami auta. Naprawdę kochał to miasta. Było takie żywe i piękne. Pełne kolorów i dźwięków.


Ostatnio zmieniony przez _Jucundo_ dnia Sob Lis 11, 2017 8:20 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Zethar

avatar

Liczba postów : 2
Join date : 27/02/2017

PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Czw Lis 02, 2017 10:49 pm


Using               me              everyday
wishing    you'd    realize    and   stay
but   no   one   is   better   than   him.

▼▲▼


                      Poranek nie zapowiadał niczego nadzwyczajnego. Stojąc z kubkiem gorącej kawy, wpatrywał się w rozciągającą się panoramę miasta zza oszklonej ściany apartamentu. Rozsiane zewsząd sznury wysokich, nowocześnie wyglądających budynków i tłumy zabieganych ludzi zdawały się krzyczeć „to miasto sukcesu i kariery zawodowej”. W istocie tak właśnie było. Vincent mieszkał w końcu w samym centrum dużego miasta, w dość bogatej dzielnicy. Gdzie okiem nie spojrzeć, wszędzie roiło się od ekskluzywnych hoteli i budynków należących do firm znanych na galę światową. Czasami zastanawiał się, jakim cudem się tutaj znalazł. Odpowiedź jednak przychodziła stosunkowo szybko. Nie znał innego życia, zawsze takie było. Zabiegani rodzice, duży dom, drogie prezenty, bogactwo. I gdzie tylko nie spojrzał, najważniejsze co było to praca, kariera, praca, kariera. Niekończące się wartości, które rodziciele zakorzenili w nim bardzo głęboko.
                      Przelotnie zerknąwszy na srebrny zegarek, włożył brudny kubek do zmywarki i skierował się w stronę garderoby, z której wyciągnął swoje służbowe ubrania. Nigdy nie lubił obcisłych garniturów. Gdyby mógł, chętnie chodziłby po firmie w zwykłym podkoszulku. Lubił zawsze stawiać na wygodę, niż na wygląd. Nic zatem dziwnego, że kilkanaście godzin pracy wbitym w obcisły garniak doprowadzał go do szału. Jedyne co mógł zrobić, aby w jakikolwiek sposób sobie ulżyć w tej udręce, to zrezygnowanie z krawatu i rozpięcie kilku pierwszych guzików w koszuli, co dodawało jego aparycji  odrobinę niedbałości. Do tego szybkie ogarnięcie gęstej, kruczoczarnej czupryny, odrobinę wody kolońskiej i właściwie był już gotowy do wyjścia. Zanim jednak opuścił swoje mieszkanko, zerknął w stronę lustra, chcąc szybko przeanalizować swój stan po intensywnym tygodniu ciężkiej pracy. Intensywne cienie pod oczami mocno odznaczały się na jego naturalnie mlecznobiałej skórze. Brązowe tęczówki zerkały spod gęstych, aczkolwiek krótkich rzęs, sprawiając wrażenie przemęczonych życiem. W kącikach oczu można było dostrzec pierwsze pajęczynki zmarszczek.
                      Wychodząc z domu był niemal pewien, że dostanie reprymendę od Judy, że znów wygląda jak śmierć. W najlepszym wypadku zostawi ten fakt bez komentarza, bombardując go jednak spojrzeniami pełnymi wyrzutu, które gdyby mogły ranić, pewnie wyglądałby jak po bliższym kontakcie z agresywnym kocurem. Mimo wszystko tym razem nie była to jego wina. Nie przepracowywał się, jak to miał w zwyczaju. Owszem, miał dużo na głowie i wiecznie był czymś zajęty, jednak ostatnimi czasy po prostu nie sypiał najlepiej. Demony przeszłości zdawały się ponownie go doganiać i deptać mu po głowie, uparcie szepcząc mu na ucho rzeczy, których nie chciał pamiętać. Stracił rachubę czasu, od jak dawna walczył ze wspomnieniami. Słyszał już wiele różnych rzeczy dotyczących rozstania, jednak pierwszy raz odczuł je na sobie tak intensywnie. Miał swoją żelazną zasadę „nie angażuj się”, jednak powinęła mu się noga. Nigdy nie był najlepszy w odczytywaniu emocji, ani tym bardziej radzeniu sobie z nimi. Wolał polegać na chłodnej logice i dystansie. Tymczasem popełnił jeden jedyny błąd i fala konsekwencji zdawała się go bezlitośnie miażdżyć. Może gdyby miał w tej kwestii większe doświadczenie, szybciej udałoby mu się z tego wyczołgać. Tymczasem czas mijał nieubłagalnie, a jego jedynym sposobem na ucieczkę z własnej głowy było popadanie w coraz większy pracoholizm. W weekendy zaś, gdy nie miał zbyt wielu obowiązków, wisiał zwykle ze szklanką whisky, próbując odpłynąć w chwilowy stan błogiego zapomnienia.
                      Gdy tylko dojechał przed ogromny, oszklony budynek z dumnie prezentującym się, podświetlanym ledami od spodu napisem „Pearson & Harvey” – w pośpiechu zamknął drzwi od samochodu, klikając guziczek breloczka doczepionego do kluczy i czym prędzej udał się do środka kancelarii. Kiedy tylko jego stopa dotknęła posadzki holu, niemal od razu zleciały się co najmniej trzy osoby informując go o nadciągających spotkaniach, o dokumentach, które należy wypełnić i o zbliżających się rozprawach.
                      – Przyjechał też ten nowy asystent – zapiszczała nieprzyjemnym dla ucha sopranem brązowowłosa, młoda kobieta, poprawiając nerwowo zsuwające się z nosa okrągłe okulary. – Czeka na pana w pańskim gabinecie.
                      – W porządku, Olivio, zaraz pójdę się z nim przywitać – odparł spokojnie, odbierając od niej pliczek dokumentów, zgrabnie zamkniętych w foliowy segregator. – Przekaż panu Vigneron, że spotkanie odbędzie się o godzinie siedemnastej i wtedy ustalimy wszelkie formalności.
                      – Tak jest, panie Harvey.
                      Ponownie zerknął na zegarek. Spóźniony o niemal godzinę. Zaklął siarczyście pod nosem, gdy srebrne drzwi od windy zamknęły się za jego plecami. Zwykł przyjeżdżać punktualnie, jednak od paru dni namiętnie przychodził po czasie. Odkąd nie był w stanie spać normalnie, jego organizm kompletnie nie chciał współpracować z godzinami pracy. Miał tylko nadzieję, że uda mu się nadrobić stratne sześćdziesiąt minut papierkowej roboty.
                      Drogę do gabinetu przemknął niemalże z prędkością światła, pośpiesznie rzucając każdemu pracownikowi krótkie przywitania i skinięcia głową. Szybko lustrując puste biurko przed znajomymi drzwiami, uniósł jedną brew ku górze zastanawiając się, gdzie posiało tego całego asystenta, o którym wspominała Olivia. Zauważając jednak zarys postaci zza oszklonej ściany, czym prędzej wszedł do środka. Kalkulując ile obowiązków musi nadrobić i co powinien zrobić po kolei, aby się ze wszystkim wyrobić, rzucił plik dokumentów na blat stolika, pośpiesznie ściągnął z siebie marynarkę, wieszając ją na wieszaku.
                      – Dzięki za kawę – mruknął, zauważając na biurku kubek z życiodajną cieczą. Upijając kilka jej łyków, zerknął w końcu w kierunku jego nowego sekretarza i wyciągnął ku niemu dłoń. – Nazywam się Vi… – urwał.
                      Spojrzenie znajomych, szmaragdowych tęczówek o chłodnym odcieniu wbite były prosto na niego. Śnieżnobiała cera towarzysza zdawała się lśnić z lewej strony twarzy w świetle promieni wpadających do pomieszczenia. Oniemiały zjechał spojrzeniem wzdłuż mocno zarysowanej szczęki i pełnych ust, błagając przenajświętszego Jezusa, Buddę, Allacha i potwora Spaghetti, żeby to był tylko kolejny koszmar, z którego dane mu będzie się zaraz wybudzić. Dyskretnie uszczypnął się nawet w udo, jednak wciąż tam stał. Pieprzony Jasper Torres stał w jego gabinecie.
                      Kurwa mać.
                      Próbując jak najszybciej poskładać się do kupy, złapał ponownie za kubek z kawą i nerwowo wychłeptał całą jego zawartość jednym duszkiem.
                      – Vincent Harvey – dokończył beznamiętnym tonem, wypranym z jakiejkolwiek emocji, choć dało się wyczuć odrobinę oschłości. Zacisnąwszy szczęki, patrzył tępo w blat biurka nie mając pojęcia, co ze sobą zrobić. W głowie kotłował mu się tak wielki mętlik, że nie był w stanie zareagować w żaden sposób.

____________________________________________________________________
Polsko, ojczyzno moja, co jesteś w ruinie, ile Cię trzeba kochać ten tylko rozkmini, kto się napił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
_Jucundo_

avatar

Liczba postów : 16
Join date : 06/11/2016
Age : 98

PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    Pon Lis 06, 2017 8:11 pm


Never    do    the    same
mistake                twice.
Unless        he's        hot.



       Pochłonięty rozmyślaniem o rzeczach teoretycznie nieistotnych, w sekundzie zatracił się w odmętach własnych myśli, tracąc jakikolwiek kontakt z rzeczywistością. Całkowicie skupiony na biernej obserwacji widocznych z okna przechodniów, nieświadomie spamiętał to ogólne rozmieszczenie poszczególnych postaci (biorąc pod uwagę piętro, na którym aktualnie przyszło mu się znajdować, z czystym sumieniem porównać mógł ich do kolorowych kropek bądź mrówek), odruchowo określając przypuszczalnie kierujące nimi motywy, za sprawą których znaleźli się właśnie w tym, a nie innym miejscu. Jakkolwiek nieprawdopodobnie by to nie zabrzmiało, była to kwestia najzwyklejszej w świecie dedukcji, z jego pamięcią zasadniczo opartej na wcześniejszej obserwacji. Spamiętaniem nacierających na siebie schematów ludzkich zachowań. Fascynujące, nieprawdaż? Wystarczyła chwila nieuwagi, by po raz to kolejny utracił kontrolę nad własnym umysłem. "Pożerając" napływające do niego ze środowiska dane, w zastraszającym tempie przetwarzał dostarczane informacje, z odrobiną logiki czyniąc je faktami, które równie sprawnie wzbogacał o własne spostrzeżenia i uwagi, w konsekwencji dopowiadając sobie rzeczy, za sprawą których stawiane tezy zyskiwały coraz to więcej sensu. Nie żeby stworzenie w miarę logicznego obrazu wystarczyło - w porównaniu do niego, jego mózg uwielbiał robić dużo niepotrzebnych rzeczy, roztrząsając największe z możliwych pierdół. W kółko i w kółko, nieprzerwanie, aż do momentu, w którym coś nowego nie pochłonie jego uwagi na tyle, by zupełnie zapomniał, nad czym niespełna sekundę wcześniej gorączkowo się trudził. W alternatywie zamiast przerzucać swoje zainteresowanie na coś innego, zwykł już zawczasu przyprawiać go o iście parszywy bólu głowy, w zetknięciu, z którym z reguły uciekał się do najprostszego z możliwych rozwiązań - bezbolesnego zażycia jakże subtelnie podsuwanych mu przez znajomych pod niemalże sam nos prochów, skuteczniej niż cokolwiek innego otumaniających wyostrzone zmysły.
       Ktoś tam na górze musiał naprawdę świetnie bawić się jego kosztem, zważywszy, że akurat dzisiaj, gdy za sprawą Mivy i jej jakże nużącego kazania o istotności wywarcia dobrego, pierwszego wrażenia (Goście w garniturach za paręnaście kawałków mieliby mieć coś przeciwko ćpunowi? Mógł się założyć, że większość z nich przynajmniej raz w życiu próbowała popalać) postanowił zachować pełną świadomość, zadowolić postanowiwszy się jedynie wspomnieniem wczorajszego zgonu, postawiony został przed sytuacją, która bezsprzecznie przerastała go pod każdym możliwym względem. Wcześniej na samą w sobie myśl o konfrontacji z nowym szefem, nie ważne ile by się o nim nie nasłuchał, nie odczuwał nic poza najzwyklejszą w świecie obojętnością. W końcu podobnie jak wszyscy inni, był tylko człowiekiem. Mężczyzną, którego z miejsca planował omamić tak rzadko goszczącym na jego twarzy uśmiechem. Owinąć wokół małego palca, wyciągnąć tyle kasy ile zdoła i szybko się zmyć. Pomóc siostrze, by czym prędzej bez żalu wrócić do dawnego stylu życia. Nie przewidział jednak, że stanąć przyjdzie mu na przeciw osoby, której serce teoretycznie już dawno miał w posiadaniu.
       Pod wpływem doskonale znanego głosu, w sekundzie przeszedł w tryb pełnej mobilizacji, porzucając dotychczas przejawianą w całej swojej postawie otwartość i swobodę na rzecz nienaturalnego wręcz opanowania. Nieśpiesznie odwracając się ku przybyszowi, wymusił na sobie delikatny uśmiech, najprawdopodobniej już zawczasu próbując ukryć w ten sposób wszelkie, niechciane emocje, które wykorzystawszy jego chwilowe zawahanie, spróbowałyby przejąć kontrolę nad jego mimiką.
       Jedno spojrzenie, jak gdyby od niechcenia rzucone, na znajomą twarz i organ, w którego istnienie zwykł ostatnimi czasy zdrowo powątpiewać, dość dobitnie dał mu do zrozumienia, że z utęsknieniem oczekiwał tej chwili. Uciążliwy ból w klatce piersiowej, w mgnieniu oka odebrał mu zdolność normalnego funkcjonowania, równie sprawnie pozbawiając go przy tym oddechu. W normalnych okolicznościach idąc logicznym tokiem myślenia, uznałby, że ma zawał. Tej sytuacji jednak nie sposób było określić mianem "normalnej". Nie gdy facet, którego istnienie już dawien dawna uznał za najzwyklejszy w świecie wymysł własnego umysłu, wpatrywał się w niego z przytłaczającą wręcz intensywnością. Uporczywie skanując go wzrokiem, wymusił na nim wierne trwanie w miejscu, podczas gdy każda cząsteczka jego jestestwa głośno i wyraźnie krzyczała, by uciekał. Póki wciąż miał ku temu okazję, brał nogi za pas, nie pozwalając tym samym, by Samuel Hayes po raz to kolejny wlazł z butami do jego idealnie uporządkowanego życia, siejąc w nim niechybny zamęt.
       –  Damien Price  –  odparł w łudząco podobny do swojego rozmówcy sposób. Wyciągając ku niemu rękę, odchrząknął cicho, umyślnie próbując zwrócić tym samym na siebie jego uwagę. O ile moment wcześniej nie miał najmniejszego zamiaru go dotykać, o tyle teraz, gdy sam w sobie Vincent wydawał się zrezygnować z ów zamysłu, jego przekorna natura nie mogła od tak przejść obok tego obojętnie.  –  Oddaje się w twoje ręce  –  dodał z wyraźnym jadem, z momencie zetknięcia ze sobą ich dłoni, tracąc resztki pozornego opanowania.
       Zdechnij
       –  Przyniosę kolejną.  –  Znacząco wskazując na opróżniony przez niego moment wcześniej kubek kawy, użył go jako pretekstu, by jak najszybciej stąd wyjść. Dostatecznie szybko, by oszczędzić mu coraz to bardziej uwidaczniającej się w jego spojrzeniu nienawiści. Niezależnie od tego jak w późniejszym czasie postanowi to rozegrać, głupio by było, gdyby już zawczasu odkrył przed nim wszystkie karty.
       Kroki swe kierując prosto do niewielkiej budki, ulokowanej dokładnie na przeciwko ich firmy, na wpół przytomnie powitał obsługującego ją, starszego mężczyznę, prosząc o dwie kawy. Nieszczególnie skupiony na samej w sobie procedurze zamawiania, dopiero przy odbiorze zdał sobie sprawę, że jakoś tak podświadomie podporządkował się dziwnym gustom swojego pracodawcy. Znał go. Lepiej niż kiedykolwiek w rzeczywistości chciałby przyznać. Doskonale pamiętał tym samym, jak często zwykł faszerować się tym gorzkim paskudztwem.
      Niby nic takiego, jednak świadomość, że chociażby nieświadomie próbował dogodzić temu idiocie, irytowała go w sposób, którego na dobrą sprawę nie potrafił nawet zdefiniować. O tyle, że pomimo wszelkich oporów, postanowił przywłaszczyć sobie podejrzanie wyglądającą breję, bardzo intensywnie zastanawiając się przy tym, czy istnieje choć cień szansy, że rozcieńczając ją z wodą, uratuje swoje wrażliwe na nadmierną ilość kofeiny podniebienie, przed niechybnym samobójstwem.
       Niespełna dziesięć minut później podejrzanie beztrosko nachylił się nad siedzącym za biurkiem Harveyem, wesoło wręczywszy mu swoje karmelowe latte, samemu wręcz manifestacyjnie upijając łyk jego niedoszłego napoju. Gorzki. Mocny. Ale i znajomo rozweselający. To ostatnie bardziej za sprawą tego, co do niego wrzucił, ale wytnijmy. Choć w sumie... niech wszyscy się dowiedzą. Jak z bezwstydnym uśmieszkiem przylepionym do przystojnej twarzy, zapijał się, wzbogaconą o niegroźnie wyglądającą tabletkę, kawą. Jak bardzo przymulony był, gdy podejrzliwie łypiący na niego ochroniarz, bez słowa wpuścił go na górę. Już dłużej nie musiał udawać - był niemalże pewien, że wywarte lata temu wrażenie, w dalszym ciągu utrzymuje się na Vincencie. W końcu takim go poznał. Takim go kochał i takim nienawidził. Poza tym właśnie w tej postaci był najbardziej wydajny.
       –  W czymś ci pomóc, szefie?  -  Wpatrując się mu prosto w oczy, coraz to bardziej pochylał się do przodu.  –  Wypełnić jakieś papierki, poszukać jakichś dokumentów...  –  Umyślnie ściszając głos, bez ostrzeżenia sięgnął ku jego twarzy, z rozbawieniem gładząc widoczną pomiędzy ciemnymi brwiami zmarszczkę. Czyżby jego zachowanie go dekoncentrowało?  –  A może zawołać kogoś, kto pomógłby ci się jej pozbyć? Kobietę? Mężczyznę? Jestem do twojej pełnej dyspozycji~
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩    

Powrót do góry Go down
 
It's better when it feels wrong ⟨ Yaoi | 2os | BN ⟩
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: