IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Kumple [obyczaj, nb]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 6:51 pm




Minęło półtora roku, odkąd się poznali, ponad rok od ich ostatniej wspólnej imprezy. Wydarzenia sprawiły, że każde skupiło się na sobie i poszło swoją drogą. Jednak po raz kolejny dyrektor miesza się w ich sprawy, nadal karząc ich za dawne przewinienia - tym razem w formie robienia za przewodników nowych uczniów.

Well you hurt where you sleep and you sleep where you lie

Somebody mixed my medicine
I don't know what I'm on


Akcja rozgrywa się w Anglii, Bristol. Mamy późną wiosnę 2017 roku.
Postaciami są uczniowie ostatniej klasy liceum o bardzo ciekawych, kolorowych życiorysach, niekoniecznie pozytywnych. Dramaty, rozpierdolone rodziny, związki, imprezy, chlanie, ćpanie, romanse, przyjaźnie. Jest to kontynuacja wcześniej powstałego wątku (28.01.14-09.09.16), więc streszczenie dotychczasowej historii bohaterów zalecam zamieścić w przeznaczonym do tego temacie.
Historia toczy się na spontanie mniej więcej, biorąc pod uwagę indywidualne plany na postacie; miłości i sojusze się tworzą i łamią. NPC wstawiamy w tym samym wątku, co streszczenia historii - przynajmniej te bardziej istotne postacie, nie kłopotamy się epizodycznymi (jedynie ustalamy mniej więcej, jak wyglądają/zachowują się).
Dla tych, którzy chcą dołączyć - charakter postaci, jej historia, nastawienie do innych - wszystko to musi być dobrze przemyślane. W praniu mogą wyjść wydarzenia, a nie charakter :) (chyba że jego zmiana)
Filmik z dawną brygadą

Well I drink what you leak and I smoke what you sigh

There's a tiger in the room and a baby in the closet
Pour another drink mom I don't even want it


Panowie:
Arbalester - Gary Zane
Mietej - Xavery Bruke
Lawrison - Jonathan Harper

Panie:
Faworek - Ethel Grand
Lawrison - Annys Harper
Dolores - Ava Marlowe

W wątku może zginąć nie więcej niż jeden bohater.



NPC:
- James Avory -
Kiedyś popychadło, teraz przystojny student inżynierii biomedycznej, łamiący serca kobiet. A także przyjaciel Avy.

- Mary Jane (Melissa Argent) -
Dziewczyna niestała psychicznie (psychoza), gubiąca się w czasie, występują przy tym omamy, lunatyczka. Na co dzień cicha myszka, miła i bystra, starająca się wtopić w otoczenie, bojąca się ryzyka i zupełnej utraty panowania nad swoimi zmysłami.

- Daniel Petterson -
Tymczasowo oczarowany Xaverym. Dziedzic fortuny, na razie pracuje w firmie ojca. Rozchwytywany przez populację zarówno damską, jak i męską. Cały czas nosi garnitury.



Rodzina:
Bruke
żadnej Sad

Grand
William -
Ada -
Ethan - starszy brat Ethel Grand, przykładny syn i duma rodziny, student zarządzania, dom odwiedza jedynie w święta i długie przerwy. Jest silnie związany ze swą siostrą. Człowiek pozornie sympatyczny.

Marlowe
Alicia - kobieta charakteryzująca się usługami wysokiej jakości oprawionymi w nieziemskie ciało. Jaka szkoda, że taka beznadziejna z niej matka.
Harry - ojciec

Zane
Felix - po rozstaniu z żoną, która zabrała mu syna, zwalczył alkoholizm i jest dość stabilny jeśli chodzi o pracę. Powinien mieć zakaz wstępu do kuchni. Według Gary'ego sieje wiochę, ale inni lubią jego beztroską dziecinność.
Rebecca - matka, która zabrała młodszego syna i zniknęła
Russel - brat

Harper
?




____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Wto Mar 21, 2017 8:29 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 6:53 pm

Rodzeństwo Harper ogarnęło klasę jasnym i pogodnym spojrzeniem z przedniej ławki przy ścianie. Twarze zwrócone w ich stronę obejmowały spektrum chyba wszystkich możliwych stanów, jakie można posiadać znajdując się w klasie, podczas, gdy za oknem panowało słońce.
Zgodnie z poleceniem wychowawczyni, mieli się przedstawić.
- Cześć, jestem Annys Harper, a to mój brat, Jonathan. Przyjechaliśmy ze Szkocji i tok nauki mamy dokończyć tutaj – powiedziała dziewczyna uśmiechając się do wszystkich. Prawie idealnie równy rząd zębów lekko szpeciła krzywa trójka; dokładnie tak samo miał jej brat. Oboje byli dość wysocy i smukli; Jonathan przewyższał siostrę o pół głowy; poza tym byli swoimi niemalże odbiciami z rysów twarzy., które były na tyle harmonijne, że odpowiadały zarówno jej jako osobie płci żeńskiej, jak i jemu jako osobie płci męskiej. Ubrani byli swoim zwyczajem w jasne kolory, co z pewnością potęgowało wrażenie, jakby byli dziwacznie oderwani od rzeczywistości.
- To dość niezwykła pora na zmianę szkoły. Co was tu sprowadza? – Pytanie nauczycielki można było odebrać zarówno jako chęć podtrzymania rozmowy, jak i po prostu zwyczajną ciekawość – wręcz wścibstwo.
- Przeprowadziliśmy się tu z dziadkiem – odpowiedział Jonathan krótko. Sprawiali wrażenie zsynchronizowanych w tym, co komunikują innym; Annys nawet nie otworzyła ust jakby się spodziewając, że teraz kolej jej brata na odpowiedź. Zgodnie wiedzieli też, czego nie mówić na forum całej klasy, a do takich rzeczy należał chociażby powód, dla którego dziadek uznał, że pora na przeprowadzkę, czy nawet, dlaczego przeprowadzili się z dziadkiem, a nie z rodzicami. Rzeczywistość jak to zwykle bywało, była bardziej kuriozalna niż ktokolwiek mógłby oczekiwać – mianowicie ich matka, będąca wypieszczoną i bogatą księżniczką, zaciążyła w wieku 17 lat z bliżej sobie nieznanym i zupełnie nieskorym do odpowiedzialności amantem. W efekcie jej rodzice, a ich dziadkowie musieli wychowywać całą trójkę – własną córkę i jej dzieci. Między być, a nie być bliźniąt istniała cienka linia, a konkretniej dwie kreski na teście ciążowym, który przyuważyła ich babcia w koszu swojej córki. Tylko ten przypadek sprawił, że ich matka nie poddała się aborcji. Mimo to, nadal czuła się w obowiązku wypominać im, jak bardzo ich dwójka zmarnowała jej życie – do czasu, gdy nie wyprowadziła się, zrywając kontakt ze wszystkimi.
Bliźnięta Harper nie czuły się w obowiązku nikogo przepraszać, że żyją. Wiedziały, że są ulubieńcami dziadków – to ich uważali za swoich rodziców; do biologicznej matki nawet nie byli w stanie zwrócić się inaczej jak po imieniu.
- Trzeba było się nie szmacić – kwitowali zgodnie z chochlikowymi uśmieszkami, by zamienić się w aniołki, gdy tylko na horyzoncie pojawiało się jedno z ich dziadków.

Jonathan obciągnął rękawy czarnej marynarki, mrużąc oczy w pięknym, ciepłym świetle padającym przez okno. Szkocja nie szczyciła się szczególnie ładną pogodą, ten dzień jednak – dzień rodzinnego zjazdu w celu uczczenia pamięci jego ukochanej babci – wydawał się wprost stworzonym, by wyciskać z ludzi łzy. Przed pójściem po siostrę wkropił do przekrwionych oczu krople. Nie miał zamiaru ukrywać przed sobą, że śmierć tej ważnej w jego życiu osoby nim wstrząsnęła.
- Annie. Zaraz czas – odezwał się topornym głosem wiedząc, że przez cienką ścianę siostra go słyszy.
Stała w swoim pokoju skamieniała, ubrana w białą sukienkę.
- Annie?
Spojrzała na niego bez wyrazu w odbiciu skubiąc nerwowo materiał sukienki. Ktoś inny mógłby to uznać za wyraz obojętności, bliźnięta Harper znały się jednak bez słów. Objął w milczeniu siostrę, której maska zaczęła pękać. Jej gładkie czoło zmarszczyło się, a usta wyciągnęły w dół w wyrazie niemego cierpienia. Jonathan jedynie objął ją mocniej, gdy zaczęła łkać niskim głosem. Czuł pod palcami jak jej żebra ulegają wstrząsom wywoływanym raz po raz płaczem. Starał się dla niej zachować spokój, samemu ulegając emocjom po nocach, w łóżku.
- Nie powinnam ubierać tej sukienki – załkała ocierając już i tak czerwony nos. Oboje mieli cienką, bladą skórę, która łatwo się czerwieniła pod wpływem podrażnień. Jonathan pozwolił sobie pozostać w smętnym milczeniu.
- Zawsze ubierałam ją na nasze niedzielne spacery z babcią, a ten… spacer… nie wyszedł i… i ta sukienka jest biała, to jest brak szacunku, ale czuję, że powinnam…
- Annie, jesteśmy razem, pamiętasz? Do tego czasu nie obchodzi nas, co powiedzą inni. A babcia bardzo cię lubi w tej sukience – wyszeptał Jonathan, mrugając pospiesznie mimo słów otuchy.
Gdy zeszli do rodziny oboje ubrani na biało, rozległ się krótki szmer komentarzy – sądząc po minach, na pewno nie były miłe. Jedynie ich dziadek lekko się uśmiechnął, natychmiast rozumiejąc ich gest. Przed wyjściem na wzgórza by rozsypać prochy żony, włożył na głowę niedzielny kaszkiet. Na ich ostatni spacer.

Annys siedziała w swoim ulubionym fotelu przytulając do siebie starego już border collie o imieniu Azure. Bezwiednie gładziła psisko po jedwabistej sierści wsłuchując się w jeden ze swoich ulubionych utworów, wykonywany właśnie przez brata na pianinie – Ballet L'ecole. Przymknęła oczy wspominając jak w wakacje pokrywała farbą płótno za płótnem do granych przez niego utworów próbując uchwycić w obrazie to, co słyszy i jak to odbiera. Oboje byli wychowywani przez dziadków w bliskości ze sztuką i tradycją, co czasem stawało się źródłem żartów – tych złośliwych ze strony mniej lubianych osób, jak i tych przyjacielskich ze strony bliższych znajomych. Dla bliźniąt nie było to specjalnym problemem. Nadal byli jak ich rówieśnicy – razem z bieganiem po podwórku za młodu i skakaniem przez płot, by wykraść owoce z sadu sąsiada (to im się zdarzało nadal) po chodzenie na imprezy będąc już starszymi.
- Dzieci, muszę z wami porozmawiać – usłyszeli głos Gilberta Harpera, ich dziadka. Ciężkim krokiem wszedł do salonu, by usadowić się w fotelu. Bliźnięta skupiły się na nim – Jonathan przerwał swoją grę, a Annys pozwoliła Azure zejść jej z kolan, by mógł się ułożyć na nogach swojego właściciela.
- Wiecie, że po śmierci Isobel nic mnie tu nie trzyma? – zagadnął po dłuższej chwili namysłu. To było dla wszystkich jasne, nikt nie był jednak przedtem gotów podjąć tego tematu. Wiedzieli, że podjęcie go miało oznaczać zmiany, a bliźnięta mało rzeczy nie lubili tak bardzo jak zmian. Zwłaszcza, że zazwyczaj wychodziły na gorsze.

Bristol. Miasto tętniące życiem w porównaniu do ich poprzedniego miejsca zamieszkania. Gilbert znalazł urokliwy domek na przedmieściu, co oznaczało względny spokój i duże odległości do wszystkiego. Do miasta i jego mieszkańców bliźnięta podchodziły z uprzejmą rezerwą – taką, jaką się okazuje obcym, z którymi nie zależy na nawiązywaniu bliższych kontaktów.
- Tutaj są naprawdę ciekawe zabytki – Annys nie oderwała wzroku od ekranu laptopa posyłając ten komunikat w przestrzeń. Jonathan jedynie jej przytaknął zajęty jakimiś komiksami, na które Annys nawet nie zwracała uwagi – I można się wybrać do teatru.
- O. Co grają? – spytał chłopak bez większego zainteresowania. Annys zmarszczyła brwi próbując znaleźć repertuar, szybko jednak dała sobie spokój i włączyła Spotify.
- Można pójść do jakiegoś klubu i posłuchać jakiegoś shitu – zaproponował Jonathan po dłuższej chwili milczenia – albo zobaczyć te uniwersytety. Chyba nie zostawimy dziadka, gdy skończymy naukę?
Oboje wymienili krótkie spojrzenia. Gilbert Harper wydawał się ożyć w tym miejscu. Bliźnięta były z tego powodu zadowolone, jednak nie czuły, by trafiły w miejsce, gdzie chciałyby zapuszczać korzenie.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Czw Mar 23, 2017 12:51 pm, w całości zmieniany 16 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 6:56 pm

"I miss you so fucking much."

Przysiedli na zniszczonym murku niedaleko parku. Xavery z cichym mruknięciem przyjął darowanego papierosa. Dym pachniał wanilią.
Milczeli, każdy z nich tępo wpatrując się w nieokreślony punkt. W myślach wspominali ostatnie tygodnie i to, jak wszystko nagle się spierdoliło, poszło z dymem. Nagle wszystkie te wspólne wypady i wydarzenia łączące Kumpli razem zdawały się blaknąć w obliczu ciągu tragedii, które potoczyły się jedna po drugiej niczym lawina. Wszyscy przeżywali teraz własne dramaty i byli nie do życia, a co dopiero do spotykania się ze sobą. Mimo to Xav przełamał się, by odwiedzić przyjaciela i pobyć chociaż chwilę razem.
- Wszystko się spieprzyło - odezwał się Gary, bawiąc się petem trzymanym między palcami. Obłoczki pary wypływały z jego ust przy każdym oddechu. Dzień był wyjątkowo zimny.
Xavery pokiwał głową, otulając się szczelnie płaszczem. Drżał nie tylko z zimna.
- Zerwaliśmy z Berry'm.
Zane kopnął leżący niedaleko kamień z zaciętą miną.
- Kurwa. Przykro mi, stary.
- Dzięki. Po prostu - wziął głęboki wdech, żeby się uspokoić - stwierdziliśmy, że to nie to. To znaczy, on stwierdził. Coś się zjebało między nami po tych urodzinach Ethel. Próbowałem z nim rozmawiać, ale nie chciał powiedzieć, dlaczego zachowuje się tak, jak się zachowuje. Zastanawiam się, czy to ja spieprzyłem, czy on jest chujem.
- Kiedy...?
- Dwa dni temu.
Gary westchnął, spojrzał na siedzącą obok kupkę nieszczęścia. Poklepał Bruke'a po plecach, by zaraz przygarnąć go do siebie ramieniem.
- Zjebało się.
- Ano.
- Wiesz, nie jestem jak Chase. Nie będę wyzywał cię od pizd za okazywanie emocji - powiedział łagodnie Gary. Papieros wyleciał Xavery'emu z dłoni, gdy podniósł je, by schować twarz w dłoniach. Ramiona mu się trzęsły, kiedy płakał bezgłośnie i dziękował w duchu Gary'emu, że ten nie komentował i nie pocieszał go na siłę, ale po prostu siedział obok niego, obejmując ramieniem. Po prostu był.
Pożegnali się dziesięć minut później. Xav uspokoił się i zdążyli jeszcze pogadać o jakichś niezobowiązujących sprawach. Pogawędka dała im chociaż cień nadziei, że kiedyś będzie lepiej.
Bruke patrzył, jak sylwetka chłopaka się od niego oddala.
- Zane!
Gary obrócił się.
- Jeśli będziesz miał jakiś problem, cokolwiek... - zawahał się. - Wiem, że ostatnio między nami nie było w porządku. Ale jak będziesz chciał się wygadać, to możesz na mnie liczyć.
Gary uśmiechnął się po chwili i pokiwał głową.
Cztery dni później Xavery zniknął bez słowa pożegnania.

Xavery "Xav" Bruke
19 lat
"Xavery, are you alright? You don't look so well."

Dziesięć lat. Dziesięć lat i nadal nie potrafi pogodzić się ze śmiercią swoich bliskich. Najpierw matka, potem brat, wtedy siostra. Na koniec ojcu odpierdoliło i dokonał żywota z głową w kominku. Nigdy nie zapomni, jak patrzył długo na zwęgloną czaszkę człowieka, który go wychował, który go kochał, którego Xavery starał się utrzymać przy życiu. Dopiero patrząc na zwłoki chłopak zrozumiał, jak bardzo jest wykończony, jak miał tego wszystkiego dosyć, jak odetchnął z ulgą, bo miał już to wszystko z głowy. Usiadł na blacie, zjadł płatki. Zadzwonił po służby. Mój ojciec się zabił, poinformował. Zjarał łeb w kominku.
Na pogrzebie nie płakał. Patrzył na groby swoich bliskich i myślał: też powinienem tu leżeć. Dwa metry pod ziemią.
Pół roku. Jak mało potrzeba, by móc ponownie zaznać szczęścia. By pokochać, znienawidzić, znaleźć przyjaciół. Miał rodzinę, wspaniałe wujostwo, których nie potrafił pokochać. Noce samotności, gdy demony sięgały po niego swoimi szponami, gdy oddech zamierał w gardle, przemieniając się we wrzaski paniki. Dzięki wujostwu ataki pojawiały się coraz rzadziej. Był na dobrej drodze.
Powinien był wiedzieć. Jest osobą, która ma tę wiedzę. Że wystarczy dzień, godzina, minuta, sekunda, by wszystko spierdoliło się na nowo, by życie dało ci kopa po raz kolejny, gdy dopiero podnosisz się z klęczek.
Wystarczył dzień. Jeden telefon. Jeden bilet.
Xavery pojawił się w życiu Kumpli i tak samo szybko zniknął, jak czarny kot, bo przecież właśnie nim jest. Chodzi własnymi ścieżkami, nie patrząc na boki ani za siebie. Lecz tym razem się oglądał, często, a w jego ruchach widać było niepewność i strach.
Zamieszkał w Liverpoolu. Podjął się najstarszego zawodu świata, tylko po to, by całkowicie zapomnieć, kim był i co chciał osiągnąć. Xavery Bruke umarł.
Nie był tak dobry jak Jezus. Zmartwychwstał dopiero rok później.
Tak samo niezapowiedzianie wrócił do Bristolu, jako nowy człowiek, choć niby dalej ten sam. Wrócił i chuj mu w dupę.
"- You're the real one.
- I don't want to be."



- Masz zamiar spędzić tak resztę swojego życia?
- Może.
- Masz do skończenia szkołę.
- Jak sam widzisz - niewiele mnie to obchodzi.
- Zamierzasz zostawić to wszystko ot tak, za sobą? Obchodzi cię w ogóle to, że twoi przyjaciele się o ciebie martwią?
- Przyjaciele? - zaśmiał się sucho Xavery, nawet nie patrząc na mężczyznę stojącego przed nim, całkowicie skupiony na zwijaniu skręta. - Znaliśmy się nawet nie pół roku, Petterson. Skończ. Nie wracam.
- To cię niszczy.
- A co cię to, do kurwy, obchodzi?! - naskoczył na niego, podnosząc się z niewygodnej pryczy, by stanąć twarzą w twarz z brunetem. Twarz młodszego chłopaka wykrzywiały rozgoryczenie i wściekłość. Schudł; ubrania pamiętające jeszcze czasy Bristolu wisiały na nim jak na wieszaku. Dorobił się blizny na skroni (agresywny klient) i włosów w kolorze soczystej, dojrzałej wiśni. "Cherry", tak na niego teraz mówili. Cholerne sentymenty, myślał, wspominając wieczory spędzane w towarzystwie swojego byłego chłopaka.
Odpalał kolejnego skręta. Jeśli to nie pomagało, dawał sobie w żyłę.
- Co mnie to obchodzi? Xavery, stoczyłeś się na samo dno! Próbuję ci po-
- Pomóc? - zaśmiał się bez humoru, wchodząc mu w słowo. - Widziałem cię na dwóch imprezach. Zamieniliśmy ze sobą może z cztery zdania. Jesteś mi równie bliski co jakiś anonimowy gość, z którym wypiłem piwko w barze. Więc oświeć mnie, na czym ci tak kurwa zależy?
- Na tobie - powiedział i przez chwilę jakby pożałował swoich słów. Zaraz jednak na jego twarzy pojawiła się determinacja. - Na tobie, Xavery. Od kiedy cię po raz pierwszy spotkałem.
Między nimi zaległa cisza, przerywana jedynie stłumionymi odgłosami miasta dochodzącymi zza niedomykającego się, osyfionego okna. [jakieś pierdololo przemyślenia, ale potrzebuję Fawora]. Xavery pokręcił głową z niedowierzaniem, zaciskając mocno zęby.
- Jeb się, Petterson.
- Xavery...
- To co, może jeszcze daj mi w łapę i jedziemy? Akurat mam wolną godzinę. Kartą nie przyjmujemy.
- O czym ty do mnie mówisz? - Tym razem wściekł się Dan. - Nigdy bym czegoś takiego nie zrobił, dobrze o tym wiesz!
- Nie wiem - odwarknął, splatając dłonie na piersi. - Chodzi o to, że nie wiem - odwrócił się do mężczyzny plecami, patrząc na widok za oknem. Powoli oswajał się z wyznaniem biznesmena.
- Dlaczego ja?
Oczyma wyobraźni ujrzał, jak za nim Daniel wzrusza ramionami.
- Nie wiem.

Kilka tygodni później jechali czarnym bentleyem Daniela w stronę Bristolu. Xavery na przednim miejscu pasażera, zamyślony i zapatrzony w widoki, a na tylnym Jura, czternastolatka, którą poznał podczas swojego pobytu w Liverpoolu i z którą mieszkał. Po pewnym czasie stała się dla niego jak siostra, a dziewczyna nie miała zamiaru puszczać go samego. Dan zgodził się, by zamieszkała razem z nim. Proponował pokój również Xavery'emu, ale ten odmówił. Potrzebował jeszcze trochę czasu. Dużo czasu. Planował znaleźć pracę, by móc utrzymać się samemu i nie wykorzystywać pieniędzy Pettersona (który wcale nie oponował przeciwko pasożytowaniu na jego koncie), a także wrócić do szkoły, by zakończyć naukę.
Nagle obrócił głowę ku Danowi, wpatrzonemu w drogę.
- Petterson?
- Tak?
- Jeb się.
Dan westchnął tylko.


To był wieczór jak każdy inny. Siedzieli na ciasnym balkonie Traida, wypalając skręta; pies wędrował między ich kolanami, przyjmując porcje pieszczot raz od jednego chłopaka, raz od drugiego. Obserwowali gwieździste niebo, jasne punkciki na ciemnogranatowym tle. Xavery miał wrażenie, że gdyby wyciągnął dłoń, to może zgarnąłby jedną dla siebie.
Spróbował. Rozczapierzył palce prawej dłoni, wyciągając rękę tak mocno, że aż zabolał go bark.
- Bruke, co ty odwalasz.
- Chcę ściągnąć dla ciebie gwiazdkę z nieba.
Berry prychnął pod nosem.
- Jesteś upalony.
- Jesteś chujem.
- Panu już podziękujemy. - Brunet przysunął się bliżej Xavery'ego, opierając się ramieniem o jego ramię. Jeszcze nie przebrali się z wieczorowych strojów z urodzin Ethel. Urwali się dosyć szybko.
Xavery zamknął oczy, rozkoszując się wspólnym milczeniem. Zaczynał dopiero odczuwać, jak niska jest temperatura. Skręt dał mu niezłe znieczulenie.
- Berry?
- Co?
- Chyba jestem szczęśliwy.
Traid zaciągnął się mocno, po czym wdusił niedopałek w leżącą obok zapalniczkę.
- Jesteś upalony - powtórzył.

"I don't want to choose between you and Adam, Berry.
You wouldn't like the answer."




Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Pon Mar 27, 2017 5:34 pm, w całości zmieniany 15 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 7:00 pm

Niektóre okazje nie potrzebują cytatu.



A V A M A R L O W E
wildest dream


Poznaliśmy się wczesną wiosną tego roku w Paryżu. Możesz tego nie pamiętać, ale ja nie zapomnę tamtego dnia do końca życia. Siedziałaś przy jednym ze stolików przed Café de Flore. Nie wyglądałaś na paryżankę, ale też nie przypominałaś żadnej z turystek, które wiosną i latem tłumnie przybywały do stolicy Francji. Otulałaś się szczelnie grubo plecionym swetrem, błądząc niebieskimi oczami po twarzach oraz sylwetkach przechodniów. Twoje rude włosy spięte były w wymyślnego koka, a kilka kosmyków opadło Ci na twarz. Nawet nie tknęłaś croissanta leżącego przed Tobą na porcelanowym talerzyku, ale co jakiś czas upijałaś łyk - pewnie już zimnej - zielonej herbaty. Jak na taki dzień było całkiem tłoczno, więc spytałem, czy mogę się przysiąść. Twierdziłaś, że na kogoś czekasz, ale ten ktoś nigdy się nie zjawił, dlatego spędziliśmy razem popołudnie. Mówiłaś, że Paryż jest tylko przystankiem w Twojej podróży. Nie zamierzałaś zabawiać tu długo, za dwa dni miałaś lot do Nowego Delhi. Nie chciałem dać Ci uciec, poczułem, że wytwarza się między nami swoista więź...

Poleciałem z Tobą.

Podczas naszego ośmiogodzinnego lotu chciałem Cię trochę powypytywać o Twoją przeszłość, lecz z początku milczałaś. Dopiero po kilku godzinach prób zaczęłaś opowiadać.
Urodziłaś się w Oksfordzie ale niemal całe życie mieszkałaś w Bristolu. Początkowo wcale nie zamierzałaś lecieć do Francji. Od samego początku Twoim docelowym punktem było Delhi, w którym miałaś spędzić czas z ojcem oraz jego nową dziewczyną, a także świętować Holi. Jednak miesiąc wcześniej dostałaś list z prośbą o spotkanie i biletem lotniczym do Paryża od dawnego przyjaciela. Mieliście się spotkać w Café de Flore tamtego popołudnia ale finalnie Twój przyjaciel się nie zjawił. Gdy o tym mówiłaś nie sprawiałaś wrażenia zawiedzionej czy zdenerwowanej, tylko przez moment po Twojej twarzy przebiegł cień smutku, który zaraz zniknął. Wydawało się, że ten ktoś w przeszłości wiele razy zawodził, więc zdążyłaś się przyzwyczaić.

Przez cały nasz wyjazd uważnie Cię obserwowałem. Byłaś raczej cicha, trochę tajemnicza. Zdecydowanie wolałaś słuchać niż mówić. Często to Ty zadawałaś pytania, a ja cierpliwie i wyczerpująco na nie odpowiadałem. Cieszyło mnie to. Nie byłaś jak inne dziewczyny, które wylewały z siebie potoki słów. Wiele razy podczas tych dwóch tygodni zdarzało nam się siedzieć na hotelowym balkonie i bez słowa wpatrywać się w gwiazdy. Dużo o nich wiedziałaś. Twoje oczy błyszczały, gdy z pasją w głosie tłumaczyłaś mi jak używać mapy nieba, albo pokazywałaś coraz to nowsze konstelacje.
Wydawałaś się być niezwykle pogodną dziewczyną. Biło od ciebie wewnętrzne ciepło, roztaczałaś wokół swoistą aurę spokoju i harmonii. Miałaś świetny kontakt ze swoim tatą, pomimo tego, że mieszkał tak daleko od Ciebie, a także z Piryanką - jego dziewczyną, która była w Tobie zakochana nie mniej niż w Twoim ojcu, choć zupełnie platonicznie.

Ale, jak wszyscy, miałaś też swoją ciemną stronę...

Zacząłem ją poznawać już w pierwszym tygodniu naszego pobytu w Indiach, kiedy poszliśmy na imprezę z Twoimi znajomymi. Skręcałaś jointa w ciemnym zaułku za klubem z taką wprawą, jakbyś robiła to niemal codziennie. Dopiero później dowiedziałem się, że faktycznie tak było. Patrzyłem na twoją twarz oświetloną kolorowym laskiem neonów i zmienioną przez ciemny makijaż. W Twoich jasnych oczach widać było ten błysk zachęcający do zrobienia czegoś niezbyt grzecznego i niekoniecznie legalnego. To była Twoja odskocznia od problemów, uciekałaś w nocny świat zabawy, alkoholu i narkotyków. Uciekałaś od swojej matki i jej nowego męża, płaczu młodszego brata, powracającej depresji i długich ramion przeszłości dosięgających Cię co noc. Czasem budziłem się w środku nocy, nie wyczuwając obok ciepła Twojego ciała, i patrzyłem jak siedzisz przygnębiona na parapecie, obserwujesz światła wiecznie żywego Delhi.

Ciągle mam przed oczami te chwile. Momenty jak niewyraźne slajdy: Ciebie stojącą w zwiewnej sukience pośród ludzi obrzucających się kolorowymi proszkami podczas Holi, idącą dość szybkim krokiem do Taj Mahal, wchodzącą po schodach na Kutb Minar. Dużo zwiedzaliśmy, rozmawialiśmy z ludźmi, czasem próbowałaś się porozumieć kaleczonym Hindi, którego uczyła Cię Priyanka, gdy miała wolne. Często chodziliśmy na targi, by kupować Betel (czasami też w nielegalnej wersji z dodatkiem kokainy), egzotyczne owoce i tkaniny. Wypijaliśmy litry chai masala i zjadaliśmy chlebki naan z curry.
Czułem się jak w bajce i żałowałem, że niedługo każde z nas będzie musiało wrócić do swojego życia codziennego... A potem pożegnałaś mnie w porcie lotniczym Indiry Gandhi mówiąc, że jeśli będę chciał, znajdę sposób, by Cię odszukać. Po czym ściągnęłaś swojego sandałka na szpilce, wyszywanego drobnymi, błękitnymi koralikami oraz kryształkami Swarovskiego i mi go dałaś.

Mam go do dziś.


____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Wto Mar 21, 2017 3:57 pm, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 7:08 pm

Mój dzik tu będzie <3

There are wounds that never show on the body that are deeper
and more hurtful than anything that bleeds.




Imię; Gary
Nazwisko; Zane
Wiek; 19

Możesz się zastanawiać, ale nie dostrzeżesz, co uległo zmianie. Nawet jeśli podążysz za nim, wdychając zapach czekoladowego tytoniu, tak intensywny, że podrażni ci nos; ani wtedy, gdy spróbujesz zawołać jego imię, a on się odwróci. Możesz przyjrzeć się podartym spodniom, zdezelowanym trampkom, koszulce założonej na lewą stronę, co ledwo maskuje dżinsowa kurtka. Wbić wzrok w te intensywnie granatowe oczy, o tak wielu odcieniach nieba za dnia i nocą, barw rzek i mórz. Zobaczysz znów ten krzywy nos zaklejony plastrem, rozciętą wargę, zsiniały policzek. Uniesie wtedy pytająco ręce, na dłoniach niezmiennie mając obite i zdarte do mięsa kostki. Bez twojej odpowiedzi odwróci się zirytowany i rzuci peta na ziemię, byle jak go gasząc. Na powrót się przygarbi, odejdzie nierównym krokiem.

Możesz się zastanawiać, dlaczego tak prędko się odwrócił. Pomyślisz, że w jego wzroku tkwiło coś poza zaskoczeniem. Nadzieja. Tak krucha i nietrwała jak ulepiony przez dziecko zamek z piasku nad brzegiem oceanu. Cokolwiek by to nie było, okaże się nieistotne. On i tak wskoczy na swój nowy rower, skieruje się na przedmieścia, by spróbować szczęścia w walce na pieniądze. Istnieje jakieś 40% szansy, że wygra. Jeśli mu się powiedzie, odłoży na motor. Jeśli nie, zwróci się znów do swojego dawnego przyjaciela w szpitalu, który mu jakimś cudem wybaczył. Zdasz sobie sprawę, że poza nim, może się zwrócić o pomoc tylko do jednej osoby, ale ona tego nie popiera. A on nie chce jej martwić.



Miałem jutro wielki dzień w pracy, szykował się duży ruch, więc im niżej schodziło słońce na horyzoncie, tym bardziej rósł mój poziom stresu. Oczywiście nie pozwoliło mi to na spokojne ułożenie się do snu. Było około pierwszej w nocy, gdy usłyszałem szelesty i krzątania w jego pokoju; w końcu o takiej porze wychwytywało się najmniejsze szmery. Wstałem, by zajrzeć do niego i faktycznie, zastałem go siedzącego na skraju łóżka. Twarz pocierał dłońmi, jakby dopiero się zbudził, ale wiedziałem już, jak było naprawdę. Potrafił przespać całą noc jedynie wtedy, kiedy wrócił do domu zmordowany swoimi treningami, pracą, szkołą, bitkami. Jeśli któregoś ze składników będzie za mało, zbudzi się i zacznie myśleć lub w ogóle nie zaśnie. Nie pierwszy raz go tak zastałem. Uważałem za zadziwiające, jak bardzo wpłynął na niego ten jeden miesiąc, podczas którego tyle się wydarzyło. Wiele zyskał od tamtego czasu, ale też sporo stracił.
Podziwiałem mojego syna. Dla mnie to najsilniejszy człowiek, jakiego znałem. Radził sobie o niebo lepiej ode mnie, chociaż dłużej chodziłem po tym świecie i miałem więcej czasu na zdobycie rozumu. Często kwestionowałem, czy to faktycznie moje dziecko. Jedno i drugie wcale nie przypominało swoich spierdolonych rodziców. Ile bym dał, żeby stać się takim ojcem, jakiego oczekiwali; żeby cofnąć czas i wszystko naprawić...
Zapukałem cicho. Nie odwrócił się, tylko położył z powrotem na łóżku. W kącie żarzyła się lampa z "lawą", o której zawsze marzył i którą sprawił sobie po wygranym wyścigu rowerowym. Jedyne pieniądze, poza zakupem części do dwukołowca, jakie w siebie zainwestował z tej puli. Pozostałe przeznaczył na remont domu z zewnątrz i ogródka oraz odłożył na ewentualne naprawy.
- Nie możesz zasnąć? - zapytałem nieśmiało, kładąc się obok. Nie chciałem mu się narzucać.
- Jestem cholernie zmęczony - odparł zamiast tego, wlepiając wzrok w sufit. Nadal tkwiły tam przyklejone przez niego i brata świecące w ciemności plastikowe gwiazdki.
- Wiem, synu.
- Nie mówię o... Mam dosyć rozpamiętywania tego wszystkiego. Co mogłem zrobić inaczej. Czy to by cokolwiek zmieniło. Nie obchodzi mnie, co się z nimi teraz dzieje. A jednak wciąż wracam do tamtego stycznia. - Ukrył na powrót twarz w dłoniach. - Xavery gdzieś spierdolił też, a Avy sam unikam... Ethel dopóki nie wywiało do jakiegoś wariatkowa, to nawet mnie spojrzeniem nie zaszczyciła. Jeszcze ten złamas wychujał mnie z roboty...
- Ten co ma fryz na zupkę chińską?
Gary parsknął.
- Tak. Ten. Napierdolił na mnie szefowi, bo dostawałem lepsze napiwki, a ten idiota mu uwierzył.
- Ich strata.
- I tak by mnie pewnie niedługo wywalił za niereprezentacyjną twarz. Pójdę do starego druha poprzerzucać wory na razie.
Milczałem dłuższą chwilę, aż w końcu wydusiłem z siebie:
- Wiesz, mógłbym pogadać z szefem, czy...
- Tato - przerwał mi, zerkając na mnie. Dużo pracy i starań kosztowało mnie odzyskanie jego zaufania na tyle, by usłyszeć, jak mnie znów tak nazywa. - Doceniam, ale dobrze wiesz, że mnie nie zatrudnią. Rozwalony nos i obite ciało nie idą w parze z garniturem.
- Mógłbyś spróbować i skończyć z tymi bójkami-
Usłyszałem, jak wydaje z siebie gniewny pomruk. Przekręcił się na bok, co było jasnym sygnałem zakończenia dyskusji. Zazwyczaj dorzucał "rozmawialiśmy już o tym" albo "daj mi już z tym spokój", ale dziś nawet z tym się nie kłopotał. A ja nie byłem kimś, kto mógł mu dyktować warunki, choćby płynęły z najszczerszej dobroci serca i troski. Zebrałem się więc po cichu i wróciłem do siebie, przymykając drzwi od jego pokoju.


Raz mi się chce żyć, a raz po prostu kurwica człowieka trafia. Kładę się do łóżka i nie potrafię zasnąć, sam nie wiem czemu. Po prostu leżę i tyle. Gapię się w ten sufit i nie umiem niczego zrozumieć. I jest jakoś tak… Tęskno? Smętnie? Nie wiem.



Przyszedł do mnie tamtej nocy wystraszony. Ileż razy otwierałam mu drzwi, gdy na zewnątrz latarnie od dawna rozpraszały mrok, a księżyc wisiał wysoko na nieboskłonie. Nie były to wizyty częstsze, niż za dnia, chociaż takie odnosiłam za każdym razem wrażenie, bo tak jak w świetle słonecznym potrafił szybko się w sobie zebrać, odegnać złe myśli w zakamarki umysłu, tak im mniej promieni go otaczało, tym więcej tych demonów się wydostawało i nie istniało nic, czym potrafiłby je powstrzymać. Wtedy przyjeżdżał do mnie.
A jednak teraz było w jego spojrzeniu coś innego. Coś więcej. Nie potrafiłam określić, co takiego i to przerażało mnie najbardziej. Znaliśmy się już dłuższy czas i znałam na pamięć każdy jego ruch, każdy gest i minę. Nauczyłam się wertować go jak książkę, a na tej stronie zastała mnie zalana strona, rozmazany druk. Zapytał mnie, czy rodzice byli w środku, a gdy potwierdziłam, skinął głową, jakby spodziewał się takiej odpowiedzi i nie robiła mu ona żadnej różnicy. Wtedy powiedział, żebym wchodziła na rower. Zauważyłam, że trzymał sztywno ramię, które wyglądało dziwnie. "Zwichnięte", odezwał się, kiedy przechwycił moje spojrzenie. Wiedziałam jak bardzo bezcelowe byłyby próby przekonania go, by pojechał do szpitala. Nigdy nie zależało mu na trwałym uszkadzaniu ciała, bo wokół roweru i pracy kręcił się cały jego świat. Jeśli teraz nie chciał nic z tym zrobić, musiał mieć powód. To mnie wciąż zaskakiwało, jak dalece Gary był przekonany, że wie najlepiej, co dla niego dobre. Oczywiście trudno było go za to winić, skoro osoby, które próbowały mu pomóc, to ojciec i przyjaciółka - a to on opiekował się nami. Ciężko przekonać kogoś, kto całe życie robił za opiekuna, iż jego podopieczni też mogą mieć czasem rację.
Bez słowa wsiadłam więc na siedzisko, a on zaczął pedałować, jedną ręką trzymając kierownicę. Lampka z przodu rozświetlała świetnie ulicę, ale ja pamiętałam, jak zanim ją wymienił, żarzyła się ledwo i migała, gasnąc na dłuższą chwilę na każdym wyboju. Jechaliśmy długo, ale nie przeszkadzało mi to. Był środek lata i wyjątkowo ciepła noc jak na nasz klimat. Lekki wiatr rozwiewał mi włosy, a cichy szum łańcucha mieszał się z cykaniem świerszczy, bo zostawiliśmy już miasto za sobą. Gdzieś w oddali zahuczała sowa. Czułam, jak jego oddech lekko przyspieszył, ale nie mocno. Takie wycieczki już dawno przestały być dla niego większym wysiłkiem. W pewnym momencie skręcił nagle w lewo, w polną drogę. Była bardzo nierówna i bałam się, że stracimy niedługo równowagę, ale jakimś cudem udało nam się dotrzeć na miejsce bez wywrotki. Wokół szumiało od nocnych dźwięków natury. Gary złapał rower i wszedł w ścieżkę wydeptaną w zbożu. Podążyłam niezbyt chętnie za nim, ale nie pytałam o nic, choć bez przerwy zastanawiałam się, gdzie mnie prowadził. Przez całą podróż nie odezwał się ani słowem i coraz bardziej się martwiłam.
W końcu się zatrzymaliśmy - przed wielkim, pojedynczym drzewem. Obok niego leżał równie potężny głaz. Zane zostawił rower, rzucając snop światła na to dziwne miejsce. O tej porze i w takich okolicznościach czułam się, jakbym znalazła się w innym świecie. Tymczasem on otworzył jakąś skrzynię, która leżała za pniem. Wyciągnął z niej gruby koc i rozłożył na ziemi. Położyliśmy się, on bardzo ostrożnie, i wpatrywaliśmy się w gwiazdy. Myślałam, czy chciałby bym mu teraz coś o nich opowiedziała, ale bałam się odezwać. Zdawało mi się, że napięcie w powietrzu tak wzrosło, że moje słowa mogą doprowadzić do wybuchu. Milczałam więc i czekałam.
Najpierw złapał mnie za rękę. Splótł swoje palce z moimi i ścisnął mocno. Wtedy zaczął mówić. O tym, jak jego brat znów do niego zadzwonił i opowiadał, co jadł i z kim się bawił, dopóki matka nie wyrwała mu telefonu z ręki. Patrzyłam, jak łzy napływały mu do oczu, by spłynąć po policzkach i jak nim wstrząsało, kiedy próbował je powstrzymać; krzywił się wtedy, jednocześnie z bólu, jaki sprawiało mu ramię, jak i tego, którego doznawał teraz wewnętrznie. Nie widziałam nigdy wcześniej, by płakał i ten widok łamał mi serce.
- Dlaczego ja nie mogę być kimś innym, MJ? - zapytał mnie wtedy, a ja nie miałam pojęcia, co odpowiedzieć. - Ethel mogła sobie każdego dnia wybierać, kim by chciała zostać. Pearsonowie też mogliby rzucić wszystko w cholerę. Mam dosyć siebie. Mam dosyć swojej roli, a nie mogę z niej wyjść, bo jeśli to zrobię, znienawidzę siebie jeszcze bardziej.
Przypomniałam sobie o jego wyjeździe do Ameryki. Dzwonił do mnie codziennie i pytał, co z ojcem. Odwiedzałam ich dom każdego dnia, a potem mu opowiadałam. Miał się dobrze. Butelka leżała rozbita w zlewie, a on był trzeźwy. Nie pytał o ciebie. Prosił pozdrowić. Prosił przeprosić. Prosił, byś wrócił. Tak, mówiłam mu, co robisz. Tak, jadł z nami obiady. Ava o ciebie pytała. Wyglądała na zmartwioną. Kiedy wrócisz?
I wrócił z wygraną i chociaż wtedy krzyczał mi z radości do słuchawki, kiedy to oznajmiał, na lotnisko wyszedł ze zwieszoną głową. Dopiero wszystko wróciło na miejsce i uśmiechnął się, gdy ojciec go objął. Kiedy przeprosił mnie za kłopot, a ja powiedziałam, że to nic takiego. Przecież on też wiele dla mnie zrobił.
- Ja chcę po prostu znów być bratem. Wszystko inne już nie będzie miało znaczenia, jeśli on do mnie wróci... Wiesz, tutaj z nim przyjeżdżałem. Uciekaliśmy przed rodzicami, kupowaliśmy te lizaki za miedziaki i siadaliśmy tutaj. Skrzynię podarował nam właściciel pól. Nie było mnie tutaj, odkąd... Od dawna.
Pozwoliłam mu mówić, dopóki z wycieńczenia nie przysnął. Otarłam łzy z policzków i zrzuciłam z nas mrówki. Potem przykryłam resztkami koca. Może faktycznie wiedział, co dla niego najlepsze. Niestety wiedzieć, a czuć się dobrze po takim wyborze, to dwie różne sprawy.


As upset and as angry as I am, I still miss you. Do you know how fucking pathetic that makes me feel?



[...]

And once the storm is over, you won't remember how you made it through, how you managed to survive. You won't even be sure, whether the storm is really over. But one thing is certain. When you come out of the storm, you won't be the same person who walked in. That's what this storm's all about.



____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pon Mar 27, 2017 3:31 pm, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Faworek

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 06/02/2017

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Mar 20, 2017 7:44 pm

There's a war inside my head
sometimes I wish that I was dead. I'm broken.
So I call this therapist and she said:
"Girl, you can't be fixed. Just take this."



Jest o krok by znaleźć się na dnie
choć stoi przy barze i wygląda ładnie.



W jaki sposób można opisać Ethel? Trudno znaleźć określenia, które nie będą budzić do niej uprzedzeń.
Warto wyobrazić sobie cherubinki - te małe boże aniołeczki biegające bez pieluch - tu, pomiędzy Niebem a Piekłem, starsze o kilkanaście lat. Patrząc w oczy tych złotych dzieci, których słodkie loczki upięte są teraz w skromne, idealne fryzury, wciąż można zobaczyć w ich delikatnym spojrzeniu dobroduszność i wrażliwość. Są wzorem uczciwości, pracowitości i lojalności, a ich nienaganne, schludne stroje są świadectwem nieskrywanej grzeczności. Rozsyłają na około ciepłe uśmiechy oraz zarażają otaczających ich ludzi pozytywną energią i optymistycznymi myślami. Swoją postawą i wesołym usposobieniem dają przykład, aby życie wykorzystywać garściami, z radością i wiarą w nadchodzące, lepsze jutro. Są przy tym sympatyczni i pogodni jak wiosenne słońce, a ludzie nie mają nawet chęci szukać zaprzeczeń wszystkim ich cudownym cechom.
Ethel nie należy ani do popieprzonych fanów cherubinków i tym dalej jej do grupy obiektów ich westchnień. Z pogardą spogląda na jasne światło, które roztaczają wokół i życzy tym wszystkim cnotkom, aby ktoś wreszcie je porządnie wydymał. Nie widzi w tej farsie osób. Dostrzega jedynie ustalony kanon, do którego masy próbują dążyć, bo wmówiono im, że to słuszne. Ciągłe gonienie ideałów jest męczące tak samo, jak przyglądanie się tym niezdrowym staraniom, a wysiłek często zamiast smakować satysfakcją, skutkuje większymi wymaganiami, przez które pierwotne, piękne idee zostają zapomniane i w ambicjach pozostaje jedynie sam wyścig. To nieludzkie. Jej zdaniem niedoskonałość jest piękna, popełnianie błędów naturalne, a oglądanie świata z jego poziomu - zamiast z jego zdobytego szczytu - pozwala ujrzeć więcej szczegółów. Wyzwaniem jest znaleźć w tym swoje poczucie wartości, dopasowania i niezachwiania zwłaszcza, kiedy najbliższe osoby, które powinny być wsparciem dla młodego człowieka, nachalnie narzucają mu potrzebę dołączenia do biegu po nieskazitelność. Odbierają mu mu możliwość podejmowania decyzji, uważając wyłącznie swoją wizję za słuszną i zyskowną, a wszelkie bunty przeciwko temu starają się zwalczyć w zarodku możliwymi sposobami, zapominając, gdzie są granice.
W tym miejscu, z tymi słowami, rysuje się obraz Ethel Grand.



Chciała być sobą. Prawdziwą Ethel Grand.
Tylko tyle.
Jednak wszystkie te sprzeczności, zwodnicze zachcianki i naganne przygody, do których ciągnie ją w naturalny sposób, wciąż każą skupiać jej się na własnych wadach lecz przeszkadzają w idei wypierania ich. To w pewien sposób dziecinne i nieporadne. Niestabilność jej charakteru wiele utrudnia w tematach utożsamiania się. Jednego dnia potrafi twierdzić, że te problemy, ciągłe błędy, pogubienia, lekkomyślność i powtórne chęci poprawy są piękne, kiedy drugiego dnia nie może znieść myśli, że wzburzanie piekła, by zwrócić uwagę nieba nie jest zdrową taktyką. Po czym jest zdolna uważać, że ma się lepiej, niż można sobie wyobrazić.
Naiwność, zmuszająca ją do wiary, że z czasem osiągnie osobisty sukces, którym jest podjęcie decyzji, można nazwać też nieskromnie siłą lub odwagą, bo kogo obchodzi nazewnictwo, jeżeli wynik wciąż pozostaje niezadowalający?
Ten kaprys uparcie nie daje jej spokoju. Zbiera więc niepasujące do siebie elementy i próbuje ułożyć je w jeden spójny obraz. Chce na siłę wypełnić wybrakowane luki. Czuje, że w miejscu tych pustek powinno znajdywać się coś ważnego lecz nie umie tego zdefiniować. Otacza się więc drobnostkami i traci czas na nadawanie im wartości. Odnajduje potem trochę skromności, ale stawia ją zbyt blisko pewności siebie, przez co kończy z zadufaniem. Podejmuje się odpowiedzialności, ale jej zapał szybko gaśnie. Wypełnia swoje życie emocjami, nad którymi nie potrafi panować. Budzi się w niej złość, pasja, zazdrość, nadzieja, obojętność, zaufanie i żal. Nie próbuje ich hamować. Jest chciwa na ich obecność. Próbuje przekonywać się, że to część niej, ale to kwestia nadziei, że nie straciła jeszcze kontroli nad własnym obłędem. Kwestia desperackiego wmawiania sobie, że potrafi ukryć przed światem alarmy, które wołają o ratunek dla zmysłów przegrywających bój samych z sobą. Kwestia wrażenia, że ma broń przeciwko strachowi przed samotnością.
Na końcu ostają się jednak wyłącznie złudzenia.



Światło lampy nad nią zgasło niespodziewanie, przyprawiając ją o nagły dreszcz adrenaliny na karku. Słyszała kilka ulic dalej ryk silnika samochodu, który samotnie przemierzał puste uliczki miasta. Poza nim, niewiele więcej zakłócało nocną ciszę, więc odgłos jej kroków niósł się echem między budynkami przedmieścia. Szła donikąd. Cel nie istniał, choć instynkt prowadził ją w stronę centrum miasta dobrze znaną trasą. Powód jej wycieczek był błahy i brzmiał tak samo za każdym razem, choć nigdy nikt o niego nie spytał. Ludzie uważali, że włóczy się tak, jak infantylne, pozbawione wyobraźni osoby, które nie wiedzą, jak pożytkować czas: dla rozrywki, przygód, buntu, bezmyślności i szaleństwa, a jej nie zależało, by wyprowadzać ich z błędu.
Im bliżej kręgu pubów i klubów była, tym łatwiej napotykać mogła oznaki bezsenności, na które cierpiało serce Bristolu. Zza drzwi lokali dochodziły głosy donośnych rozmów i śmiechów, w tle dudniły dźwięki zabawowej muzyki, a akompaniamentem były krzyki wznoszone przez grupy młodzieży, które wyszły na ulice. Za mijanymi przez nią osobami unosiła się woń alkoholu, fajek lub zioła. Wszystko to było zaproszeniem do świata, który uwielbiała - miejsca, gdzie najmniejsze i najbardziej instynktowne pragnienia były realizowane, a limity były przekraczane w ten ujmujący, niezdrowy sposób.
Ethel stanęła przed parą szerokich, jagodowych drzwi, nad którymi jarzył w czterech kolorach napis "Popworld". Czasami je mijała i szła dalej. Robiła to zazwyczaj, gdy nie miała towarzystwa, które jakkolwiek bądź przy możliwej sposobności opuszczała niezauważenie.
Tej nocy weszła do środka, zatapiając się w blasku kolorów, którym był wypełniony. Z każdym krokiem czuła narost siły fal, którymi huk basów odbijał się od jej ciała jakby próbował owładnąć ją rytmem. Patrzyła na tych, którzy na to pozwolili. Widziała, jak bujają się w błogim uniesieniu i czują się dobrze. Spoglądała z piętra na podświetlany parkiet, gdzie prócz muzyki nie potrzebne było nic więcej do szczęścia. Pragnęła ich beztroski. Zeszła więc po schodach i wtopiła się w tłum. Zamknęła oczy i dała się ponieść melodii. Jej ciało zaczęło ruszać się intuicyjnie. Biodra kręciły zgrabne ósemki, a ramiona pływały wokół niej.
Czy czuła wtedy szczęście?
Kto wie?
Z pewnością nie czuła się nieszczęśliwa. Łzy, ból, samotność, kłopoty, zawiedzione serca zostały na zewnątrz. Uciekła od swych udręk i powrót do nich odwlekała naumyślnie. Musiała odpocząć od ciągłej z nimi walki. Odpuścić na krótką chwilę. Zmienić tor. Nabrać siły. Złapać oddech i motywację, by nad ranem znów stawić czoła oczekiwaniom, jakie miał wobec niej świat. To był jej azyl, gdzie problemy przestawały mieć znaczenie.
Przecisnęła się do baru. Oparła się o blat, uniosła na palcach i ledwo przebijając się przez ryk głośników, wykrzyczała barmanowi nazwę drinka. Położyła pieniądze przed sobą, ale chłopak, który stał niedaleko pomachał w stronę barmana kartą kredytową i zapłacił jej rachunek. Ethel obdarzyła go czarującym uśmiechem, co potraktował jako zachętę do rozpoczęcia rozmowy. Przybliżył się. Przywitał. Był śmiały i czarujący. Mówił, że jest piękna i pociągająca. Przyznał się, że zwróciła jego uwagę, jak tylko zobaczył ją na parkiecie i od tej chwili myśli tylko o niej. Chciał ją poznać, porozmawiać, bo wyglądała na mądrą dziewczynę. Zapytał, czy stąd wyjdą, a ona nie miała żadnych oporów.
Położył jej delikatnie rękę na plecach i poprowadził do wyjścia. Zamówili taksówkę, a on nie przestawał prawić jej słodkich słówek. Miał w tym wyczucie taktu oraz manierę.
Dojechali do jego mieszkania i uprawiali seks przez resztę nocy. Brał ją mocno, wyduszając z niej dech. Jęczała, próbując zagłuszać swój głos między poduszkami, a wtedy on chwytał ją za gardło i unosił jej głowę, szepcąc że chce ją słyszeć, bo podniecają go jej jęki.
Przed brzaskiem zebrała rzeczy i wyszła. Chciał ją odprowadzić. Nie pozwoliła mu. Nalegał, by zostawiła mu swój numer, ale nie zrobiła tego.
Następną noc spędziła z kim innym i nie widziała w tym nic złego.



Jej przyjaciel wyglądał raz jak ryba z niebieskimi pasemkami i rozmazanym kutasem na czole. Tego dnia wyjątkowo nie był opalony ani wstawiony. Nie robiło to właściwie dużej różnicy w jego zachowaniu.  
Zapytał, czemu nie pozwoli odpocząć sobie od gry pozorów, ponieważ on również nie potrafił z niej wyjść, Usłyszała wtedy, że jeżeli potrzebuje ciepła, powinna przestać udawać zimną zołzę i skończyć ze znajomościami na jedną noc. Powiedział jej, że ma przekroczyć barierę i być ze sobą szczera.
Ethel często wracała do jego słów, ale jedyna refleksja, jaką chciała z nich wyciągnąć, mówiła, że Xav nie potrzebował zioła, aby być zwyczajnie popierdolonym.


Ostatnio zmieniony przez Faworek dnia Sro Mar 29, 2017 3:25 pm, w całości zmieniany 10 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pią Mar 24, 2017 10:12 pm


Otworzył oczy. Po tym, jak słońce wypełniało jego pokój ciepłym, wiosennym światłem, zrozumiał, iż zaspał. Jęknął z udręczeniem. Nie miał wątpliwości, że tym razem dyrektor zaprosi go na rozmowę do swojego gabineciku. Lądował tam ostatnio tak często, jak nigdy. "Zaraz kończysz liceum Gary. Powinieneś już rozsądniej się zachowywać". Odechciało mu się tam iść na samą myśl o jego gadającej, plującej na biurko gębie. Niemniej jednak uważał, że powinien ukończyć szkołę, by w razie niepowodzenia nie skończyć jak swój ojciec. To był kolejny powód nieprzesypianych nocy.
Wywlókł się z łóżka, szybko oporządził w toalecie, a potem stanął przed krzesłem w sypialni, zastanawiając się, który z ciuchów na Wielkiej Górze Ciuchów nadawał się jeszcze do noszenia. Zapomniał znów zrobić pranie. Zaczął teraz przetrząsać pogniecione koszulki, aż w końcu dorwał jakiś T-shirt z nadrukiem przedstawiającym Vegetę na małej planecie z napisem "Le Petit Prince", który nie wydzielał nawet woni dezodorantu - musiał się więc zawieruszyć wśród noszonych, kiedy przekopywał szafę. Ucieszył się wielce z tego małego zwycięstwa. Założył na tyłek jakieś podarte spodnie, wziął z podłogi dżinsową kurtkę i zbiegł na dół. W kuchni zobaczył kubek z jeszcze parującą kawą, a obok notkę: "Nie wiedziałem, na którą masz lekcje, więc cię nie budziłem" z nabazgraną obok nierówno buźką z wyciągniętym językiem.
- Serio, kurwa? - mruknął do siebie i rzucił karteczkę do śmieci, jednak uśmiechnął się, biorąc kubek do ręki.
Przestał się uśmiechać, kiedy upił łyk napoju i musiał szybko biec do zlewu, by to wypluć. Była obrzydliwie mocna i obrzydliwie słodka. Wypłukał sobie usta wodą, żeby pozbyć się tego smaku. Przeklął Felixa w myślach, a zaraz potem siebie, że jak idiota bez chwili zwątpienia się napił.
Chwycił plecak ze stolika przy drzwiach frontowych, nie zastanawiając się, czy znajdowały się w nim potrzebne mu książki, ubrał szybko zdezelowane czarne trampki i wyszedł na zewnątrz. Zamknąwszy dom, kontemplował chwilę przedogródek - co zdarzało mu się często, odkąd go odnowiono - i dopiero gdy skończył podziwiać, wskoczył na swój nowy rower i ruszył niespiesznie ku szkole. I tak na najbliższą lekcję by nie zdążył.
Kiedy dojeżdżał do szkoły, wpadł nagle na złośliwy pomysł. Ponieważ o tej porze roku drzwi do budynku stały otworem, aby zrobić przewiew, wjechał po schodach, a potem prosto do środka, przez puste korytarze, aż do gabinetu dyrektora. Tam zamierzał kulturalnie zapukać, ale zamiast tego zatrzymał się nagle z takim impetem, że niemal się wywrócił. Między nim, a pokojem stał Xavery.


To było zabawne uczucie, zobaczyć go po tak długim czasie, jeszcze tak odmienionego - wychudłego, z jakimś chujowym kolorem na łbie. W jednym momencie poczuł, jak żołądek mu się ściska, w jakimś dziwnym odruchu zmarszczył brwi. Nabrał powietrza w płuca, ale czegoś mu brakowało. Zestawił tego chłopaka, który przed nim stał, z tym, którego kiedyś nosił na plecach w klubie. Ciekawe, jak wielką różnicę by poczuł, gdyby teraz też wspiąłby się na jego ramiona. Zrobił wydech i w tej krótkiej chwili, kiedy klatka mu się zapadła, zrozumiał, czego mu brakowało - jego. Osoby, która stawała mu się bliska. Rozluźnił mięśnie twarzy.
- Nim cokolwiek powiesz, chcę pożyczyć tą koszulkę - usłyszał głos chłopaka jak zza szyby, dziwnie zniekształcony i nie potrafił stwierdzić, czyja to wina.
Zszedł z roweru, ustawił go pod ścianą, a potem zbliżył się do niego. Patrzył, jak kąciki jego ust powoli unoszą się w niepewnym uśmiechu, a wtedy zalała go nagła fala wściekłości, tak paląca, że nie był w stanie jej powstrzymać. Uniósł pięść i zamierzył się na niego. Poczuł w dłoni znajomy ból i usłyszał znajomy dźwięk. Xavery złapał się za twarz, zaskoczony, ale nie zły. Gary wpatrywał się w niego z zaciśniętymi ustami, dysząc ciężko. Wyjechał bez jednego słowa. Po prostu zniknął i nie wrócił. Nikomu nic nie powiedział. O wycieczce Zane'a wiedziała MJ, ale nikt poza Avą się z nią nie skontaktował. Zdawał sobie sprawę, że nikt z nich nie nadawał się w tamtym czasie do niczego, ale to tak drobna rzecz. Informacja. Żyję. Nie umarłem jak twoja babcia. Nie zniknąłem jak twój brat. To nie dlatego, że miałem was wszystkich dość, jak twoja matka.
- Ty pieprzona w dupę różowa kurwo - wydusił z siebie, nie mając pojęcia, jaki ruch teraz wykonać. Czerwonowłosy chyba też, bo milczał w oczekiwaniu. - To co teraz?
Xav otarł krew z nosa.
- Nie wiem, ale serio chciałbym ją pożyczyć.
- Żeby zarazić mnie gejostwem? Spasuję.
- Ostatnio mam alergię na kutasy, więc możesz być spokojny.
Gary skrzywił się.
- Teraz to dopiero się zaniepokoiłem.
Odwrócił się i wziął swój rower, po czym ruszył, by wejść do gabinetu.
- Gary... Przepraszam.
Zamarł z dłonią na klamce. Wszystko w nim krzyczało, aby mu nie przebaczał, aby nie popełniał znów tego samego błędu, jakim było zbliżanie się do ludzi, odsłanianie się przed nimi, co skutkowało potem jedynie ciosem w pierś. Zasmakowawszy jednak tamtego miesiąca tego wszystkiego, co się z ich bandą wiązało, nie potrafił tego odrzucić. Zrozumiał, że ich potrzebował. Byli kolejnym uzależnieniem.
- Mam pełno swoich problemów, Bruke - powiedział, nie oglądając się. - Nie stać mnie na dawanie tylko po to, aby ktoś to odebrał. Odebrano mi już wystarczająco. Więc czy możesz mi obiecać, że... - urwał na chwilę, odwrócił się. - Że nie spierdolisz znowu tak, jakby cię nigdy nie było?
Chłopak skrzyżował ramiona i schował w nich głowę, jakby chciał się w sobie zapaść.
- Tak. Myślę, że mogę to obiecać.
Nim weszli do środka, Zane zlustrował go od stóp do głów i orzekł:
- Ten kolor jest lepszy, ale wciąż pedalski.
Po czym wparował do gabinetu ze swoim rowerem, a za nim chichrający się Xavery. Najpierw zobaczył, jak dyrektor otwiera z oburzenia usta, a potem wstaje. Następnie zarejestrował rudą czuprynę, która powoli się odwróciła i zmaterializowała w twarz Avy. Podrapał się w czoło, lekko skrępowany. Nie pamiętał, kiedy ostatnio rozmawiali. Po tym, jak im nie wyszło - chociaż oboje stwierdzili, że to niewypał i nie ma co się nad tym rozwodzić dalej - to pozostał mu pewien... Dyskomfort? Nie do końca wiedział, skąd się to brało. Może stąd, jak szybko nastało między nimi po tym milczenie. Czuł się trochę temu winny.
- Zane, co to ma znaczyć, do stu grzmotów?!
Gary przeniósł na niego wzrok, przypomniawszy sobie, że również znajdował się w tym pomieszczeniu. Uśmiechnął się przymilnie.
- Wiedziałem, że pan już na pewno wie o moim spóźnieniu, więc czym prędzej chciałam do pana dyrektora dotrzeć.
- Nie strugaj sobie ze mnie durnia, Zane.
- Nie śmiałbym, panie dyrektorze.
- Siadać.
Zane wylądował pomiędzy rudą, a Xavem. Dziewczyna ciągle zerkała w prawo i nie wiedział, kiedy przyglądała się jemu, a kiedy Bruke'owi, co wprawiało go w jeszcze większą nieswojość.
- Wziąwszy pod uwagę waszą niesubordynację...
Łał, nauczył się nowych słów?
- ... oraz liczne wypady i szemrane zwolnienia lekarskie... - Tu powędrował wzrokiem do Gary'ego, na co ten rzekł oburzony:
- No co jak co, ale w moje zwolnienia lekarskie nie powinien pan wątpić.
- Proszę mi nie przerywać. - Próbował zgromić go spojrzeniem, ale gdyby dało się zmierzyć je w woltach, to byłyby to elektryczne gilgotki. - Doszedłem do wniosku, że musicie się jakoś zrehabilitować. Dlaczego przydzieliłem wam nowych uczniów, abyście się nimi zajęli. Oprowadzili po-
- To żart? - Ava uśmiechnęła się niepewnie. - Kończymy liceum, a pan daje nam dzieciaki do opieki?
- To nie żart, panno Marlowe. Wręcz przeciwnie, to sprawa najwyższej wagi. - Dyrektor poważnym gestem poprawił sobie kraciastą marynarkę. - Oni są również trzecioklasistami. Potrzebują kogoś, by szybko się zaaklimatyzować...
Oho, zdecydowanie przeglądał słownik.
- ... i poczuć w szkole bezpiecznie.
- Bezpieczeństwo szkoły to chyba nie nasza broszka? - zapytał sceptycznie Xavery.
- Ta decyzja nie podlega dyskusji. Zwłaszcza z tobą, Bruke.
- Ale-
- Możecie już wyjść. Zaraz przerwa obiadowa.
Cała trójka spojrzała po sobie, wzruszyła ramionami i wstała do wyjścia.
- Ach, Zane! Jak jeszcze raz cię zobaczę z rowerem w-
Dyrektor nie zdążył skończyć zdania, bo zatrzasnęli za sobą drzwi. Ledwo to zrobili, rozbrzmiał dzwonek.
- Czyli co... Obiad? - zagadnął Xav.
- Czas na wyżerkę. Hura - mruknął sceptycznie Gary, który nigdy nie mógł załapać się na dokładkę.
Dwa czerwone łby spojrzały po sobie i uśmiechnęły się z rozbawieniem, po czym podążyli za Gary'm, odprowadzani zdziwionymi spojrzeniami uczniów wychodzących na przerwę.
Ekipa Kumpli odradzała się z popiołów i zamierzała puścić tę budę i miasto z dymem.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Nie Mar 26, 2017 8:08 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sob Mar 25, 2017 12:55 am


Dźwięk budzika rozbrzmiał w pokoju poranną tyradą. Ruda wymacała w pościeli telefon, kilkukrotnie przejechała dłonią po wyświetlaczu, po czym wydała z siebie niewyraźny pomruk i przekręciła się na drugi bok. Promienie porannego słońca wpadały do pomieszczenia przez szpary w drewnianych żaluzjach, które zapomniała zasunąć na noc. Na poduszce wylegiwał się Lucyfer, czarny kocur Avy, natomiast w nogach usadowił się bokser Chuck'a - Rocky. Zwierzętom nie wolno było spać w głównej sypialni, w której przebywało dziecko, dlatego oboje co noc przychodzili do Avy. Powoli stało się to wieczornym rytuałem całej trójki.
Poranna sielanka miała trwać jeszcze długi czas, ale zmącona została przez odgłosy krzątaniny w kuchni i zapach smażonego boczku, na który zaraz zerwały się oba zwierzaki. Ruda ospale i dość niechętnie otworzyła oczy. Ava nadal nie przyzwyczaiła się do tego, że zajmowali mieszkanie - mimo, że całkiem przestronne - w którym wszystko znajdowało się na jednym poziomie, a ściany zrobione były chyba z kartonu. Panie Marlowe zmuszone były wyprowadzić się ze swojego poprzedniego lokum, gdy Alicia zamieniła je na stary, wolnostojący dom na przedmieściach, który zawsze był ich marzeniem. Jednak póki nie skończą remontu, chwilowo wprowadziły się do nowego chłopaka Alicii - Chuck'a.
Mężczyzna mieszkał w małym apartamencie, w jednej z zamożniejszych dzielnic Bristolu. Jego mieszkanie, choć nie posiadało wielkiego metrażu, było wyjątkowo przestronne, niemal całe w bieli i jasnym drewnie o ciepłym odcieniu. Do głównej sypialni wstawiono dziecięce łóżeczko Tony'ego, natomiast Ava zajęła pokój gościnny. Jej ubrania i kosmetyki ledwie pomieściły się na półkach maleńkiej szafy oraz wieszakach przywiezionych jeszcze ze starego domu. Teraz patrzyła na nie leżąc na szarej kanapie, która po rozłożeniu zajmowała znaczną większość powierzchni pokoju. W końcu z lekkim trudem zwlekła się z kanapy, a przez myśl przeszło jej, że jedna powinna zacząć ćwiczyć z mamą, która starała się wrócić do formy sprzed ciąży. Chwyciła cienki szlafroczek i otuliwszy się nim ruszyła do kuchni.
- Dobry - mruknął Chuck, przeglądający notowania giełdy w swoim iPadzie. - Zrobiłem jajecznicę, chcesz to się częstuj.
Ava uśmiechnęła się niemrawo, nadal trochę zaspana.
- Dzięki.
Westwick okazał się wcale nie być taki zły jak jej się z początku wydawało. Dużo zyskiwał przy bliższym poznaniu i dziewczynie czasem było trochę głupio, że tak na niego naskoczyła, podczas ich pierwszego spotkania w kuchni Marlowe'ów. Ale z drugiej strony: kto by się nie oburzył, gdyby obcy facet zajął jego miejsce przy stole i wyjadał jego dżem?
Jednak Chuck naprawdę starał się dbać o Alicię i jej dzieci, a ponadto był świetnym kucharzem. Ava czasem rzucała teksem, że marnuje się w tym banku i powinien otworzyć restaurację. Wszystko co ugotował było przepyszne, dlatego wzięła sporą porcję jajecznicy, po czym zajęła miejsce po przeciwnej stronie wyspy kuchennej niż Charles.
- Pożyczysz mi auto na dzisiaj? - spytała, wkładając do ust potężny kęs.
Mężczyzna odłożył tablet i wbił wzrok w siedzącą naprzeciw dziewczynę. Sięgnął po kubek z napisem Dad #1 (bycie ojcem nadal nie mieściło mu się w głowie), upił z niego łyk, aż w końcu odpowiedział:
- Jasne. Wiesz gdzie są kluczyki.
Puścił Avie oczko, po czym wstał z miejsca i zniknął w głębi mieszkania. Jego auto przez większą część roku zbierało kurz na podziemnym parkingu pod budynkiem, w którym mieszkali. Przez niemal wszystkie dostatecznie ciepłe dni w roku jeździł swoim Kawasaki Ninja ZX-10RR. Dlatego właśnie pozwalał Avie pożyczać samochód - mogła czasem przewietrzyć jego maleństwo.
Po skończeniu śniadania i upewnieniu się, że łazienka nie została przez nikogo zajęta, zabrała się za przygotowania do szkoły, póki jeszcze mogła zrobić to we względnym spokoju, bez osób wchodzących co chwilę, bo zapomnieli czegoś z łazienki. Ze spokojem wzięła prysznic, umyła ząbki i zdążyła się nawet pomalować. Robiło się coraz cieplej, dlatego w makijażu postawiła na minimalizm. Składało się na niego: odrobina kremu BB na piegowate policzki, dokładne wytuszowanie rzęs, podkreślenie kości policzkowych bronzerem i oczywiście jasnoróżowa szminka. Od pewnego czasu pomalowane usta stały się nieodłącznym elementem wyglądu Avy i nie wychodziła z domu bez nałożonej pomadki, których cała kolekcja leżała w małym pudełku na stoliczku z Ikea obok jej kanapy. Po wykonaniu makijażu upięła włosy w niskiego kucyka i wyszła z łazienki, by stanąć twarzą w twarz ze swoją matką, która tylko uśmiechnęła się do niej i zaraz zniknęła wewnątrz pomieszczenia. Ruda wzruszyła ramionami i przeszła do pokoju, gdzie stanęła przed otwartą szafą oraz dwoma wieszakami zapełnionymi przez ubrania. Po krótkim namyśle jej wybór padł na luźną (i lekko prześwitującą) białą koszulę w cienkie, czarne paseczki, do tego jasne boyfriendy oraz białe trampki. Całość dopełniła minimalistyczna biżuteria w kolorach złota i srebra. Przez ostatni rok garderoba Avy przeszła lekką metamorfozę. Do szkoły nie nosiła już zdezelowanej kostki, a shopperkę z czarnej skóry, ubierała więcej biżuterii, więcej jasnych kolorów. Dziewczyna zaczęła również przywiązywać nieco większą wagę do makijażu oraz staranniej wykonanej fryzury, ponadto nieco przytyła, więc nie była już tak bardzo koścista, a tygodnie spędzone w upalnych i słonecznych Indiach pozostawił pamiątki w postaci skóry o złocistym blasku (zamiast niezdrowo bladej), a także większej ilości piegów, głównie na nosie, dekolcie i ramionach. Trzeba było przyznać: Marlowe powoli stawała się kobietą, całkiem urodziwą w dodatku. Powoli przestawała przypominać niezdrowo bladą, wychudzoną dziewczynę, która jedynie siedziała w kącie i łypała na wszystkich podejrzliwym okiem. Na początku zeszłego roku coś w niej pękło, coś co zapoczątkowało jej metamorfozę.
Ava raz jeszcze przejrzała się w lustrze wiszącym w przedpokoju, wygładziła ostatnie zgięcia na koszuli, chwyciła pęk kluczy i wyszła z mieszkania. W windzie nacisnęła ostatni guzik od dołu, oznaczający parking. Na dole było znacznie chłodniej niż w ciepłym mieszkaniu. Na szczęście samochodu nie trzeba było długo szukać. Czerwona Mazda MX5 stała dokładnie tam, gdzie Marlowe zostawiła ją ostatnim razem. Z błogim uśmiechem wsiadła do niej, a gdy wyjechała z parkingu na powierzchnię - otworzyła dach, pozwalając silnemu podmuchowi wiatru rozwiać kosmyki wokół twarzy. Niestety, nie nacieszyła się jazdą zbyt długo, gdyż zaledwie kilka ulic dalej stanęła w korku. Nerwowo bębniąc w kierownicę, co rusz spoglądała w boczne lusterka na innych zdenerwowanych kierowców. Kiedy tylko miała taką sposobność, wcisnęła gaz do dechy, by zdążyć na pierwszą lekcję. Z piskiem opon wjechała na parking, gdzie zaparkowała na jedynym wolnym miejscu.
Miejscu przeznaczonym dla dyrektora.
Szybko przemknęła do szkoły, chcąc jak najszybciej znaleźć się w sali, niezauważona przez dyrekcję. Niestety, tego dnia wszechświat był przeciwko niej. Ledwo zdążyła przejść połowę pustego już korytarza, a za jej plecami rozległo się znaczące chrząknięcie, odbijające się echem od pustych ścian. Z sercem na dłoni odwróciła się ku obliczu dyrekcji.
- Panno Marlowe, proszę za mną.
I panna Marlowe poszła, a przed oczami stanęła jej bardzo podobna scena, mająca jednak miejsce półtora roku wcześniej. Po przekroczeniu progu gabinetu pojawiło się u niej przeczucie, że choć jest tu pierwszą osobą, nie pozostanie jedyną wezwaną do dyrektora tego dnia.
Mężczyzna zaczął swój wywód na temat spóźniania się i zajmowania miejsc parkingowych przeznaczonych dla pracowników tej placówki (czyli jego - gdyby było to miejsce kogoś innego nie przejąłby się tym zbytnio). Groził karą i odholowaniem samochodu, jeśli Ava natychmiast go nie przestawi i nie przemawiał do niego fakt, że wszystkie miejsca jakimś cudem są zajęte, a on sam tego dnia został przywieziony przez żonę, więc miejsce dyrektora jako jedyne pozostało wolne. Marlowe słuchała jednym uchem, a przez drugie wszystkie słowa wylatywały z głowy, jak gołębie z otwartej klatki. Dopiero w momencie, gdy drzwi do gabinetu zostały otwarte a mężczyzna umilkł, ruda wysiliła się na odrobinę uwagi, głównie dlatego, że była zaciekawiona kto wszedł. Odwróciła głowę, by natrafić prosto na twarz Gary'ego. Po plecach przeszedł ją deszcz, w żołądku nagle rozlał się żrący kwas. Przełknęła ślinę. Ostatni raz, gdy byli w jednym pomieszczeniu, w tak bliskiej odległości od siebie... Wolała tego teraz nie wspominać. Dlatego przeniosła wzrok na drugą sylwetkę, wychudzoną i ubraną w za duże ubrania. Chłopak miał wiśniowe włosy i twarz Xavery'ego, choć zupełnie go w tym momencie nie przypominał. Ava zmarszczyła brwi. Oto siedziała przed obliczem dyrektora, tak samo jak półtora roku temu, z dwoma chłopakami, którzy swego czasu byli jej najbliżsi, a potem zniknęli z jej życia, jeden kompletnie bez słowa. Co jakiś czas zerkała to na jednego, to na drugiego. Zmienili się, ale czuła, że w środku byli tymi samymi Xavem i Gary'm co przed rokiem.
- To żart? - ocknęła się nagle, wyrwana z zamyślenia słowami dyrektora. - Kończymy liceum, a pan daje nam dzieciaki do opieki?
Nie zamierzała opiekować się jakimiś małolatami, miała teraz ważniejsze rzeczy do roboty. Chociażby takie przygotowanie się do egzaminów końcowych, czy wybór studiów... Jednak dyrektor był nie do przekonania, dalej pieprzył o opiekowaniu się nowymi uczniami, jakby ci potrzebowali niańki. Cała trójka z ulgą opuściła gabinet dyrektora. Ava przez chwilę miała wrażenie jakby cofnęła się w czasie o ten rok. Wiecznie nienażarty Gary prowadził ich małą pielgrzymkę do stołówki, znów trzymali się razem, jakby ostatnie półtora roku nigdy się nie wydarzyło. W oczach Avy nagle zebrały się łzy, przystanęła tuż przed wejściem do stołówki. Chłopcy chyba kapnęli się, że nie idzie za nimi, bo również zatrzymali się po kilku krokach i odwrócili.
- Co jest? - spytał Xav.
- Coś się stało? - zawtórował mu Gary.
Jednak ruda zaprzeczyła szybkim ruchem głowy. Bez słowa podeszła do Kumpli i objęła ich oboje naraz piegowatymi ramionami. Nie trwało to długo - w końcu byli w środku szkoły i nie dość, że tarasowali przejście, to jeszcze kilka osób spojrzało na nich niezbyt przychylnym wzrokiem - a gdy się od nich odsunęła, uśmiechała się delikatnie.
- Cieszę się, że znów jesteśmy razem.
Chwyciła ich pod ramiona i razem weszli do stołówki.


____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Sro Kwi 05, 2017 6:55 pm, w całości zmieniany 9 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sob Mar 25, 2017 5:37 pm

Po raz pierwszy, od kiedy ponownie pojawił się w Bristolu, dziękował w duchu Danowi.
Obudziły go szaleńcze podrygiwania jego telefonu, oznajmiającego przychodzące połączenie. Zanim chłopak rozbudził się na tyle, by sięgnąć po urządzenie, ten zamilkł. Bruke jęknął w poduszkę, czując ból rozsadzający mu czaszkę od środka. Potrzebował dłuższej chwili, by dojść do siebie. W końcu otworzył oczy, próbując przypomnieć sobie, gdzie jest - bo na pewno nie było to jego mieszkanie.
Wspomnienia uderzyły w niego falą godną miana tsunami. Klub. Impreza. Dziewczyny. Alkohol. Wszystko jasne.
Zwrócił spojrzenie przekrwionych oczu na leżącą obok niego, zdecydowanie kobiecą sylwetkę. Zdecydowanie nagą. Zaklął pod nosem, odgarniając zakrywającą go pościel. Tak jak myślał - również nic na sobie nie miał. Zaklął raz jeszcze. W podrygach chwycił leżące przy łóżku bokserki i włożył je na goły tyłek, czując, jak na skórze pojawia mu się gęsia skórka. Rozejrzał się po obskurnym pokoju w poszukiwaniu reszty garderoby. Znalazł swoje poobdzierane dżinsy, podkoszulkę i sweter z długim rękawem. Włożył go przez głowę, ukrywając blizny na przedramionach.
Okulary leżały pod łóżkiem. Dmuchnął na nie, pozbywając się z ich powierzchni brudów i nałożył na nos. Świat od razu stał się wyraźniejszy. Schował telefon do kieszeni.
Starając się nie obudzić śpiącej dziewczyny wydostał się szczęśliwie na zewnątrz. Poranne powietrze nie było już tak chłodne, zwiastując nadejście jeszcze cieplejszych dni. Xav odetchnął pełną gębą, wreszcie sprawdzając nieodebrane połączenia. Dwadzieścia od Dana. Cudownie.
Niechętnie oddzwonił, próbując złapać taryfę. Coś zatrzeszczało w słuchawce. Uprzedził swojego rozmówcę.
- Tak, napadli mnie i zgwałcili, zostawili w rowie i przy okazji wycięli nerki - powiedział zgryźliwie, gdy taksówka zatrzymała się tuż przed nim. Odpowiedziała mu cisza i kolejny trzask. Z jego ust wyszła soczysta "kurwa". - Świetnie, Księżniczka się obraziła.
Dobrze wiedział, że obrażony Daniel to zły Daniel. A zły Daniel to Daniel blokujący mu kartę kredytową. Jak pierwszy raz odwalił mu taki numer Xavery ledwo się powstrzymał, by nie przypierdolić mu w jego wyniosły ryj. Później - gdy już znalazł normalną robotę - nauczył się odkładać pieniądze do szuflady, by w razie czego potrafić przetrwać humorki Pettersona. Im dłużej odkładał i więcej pracował, tym bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że już niedługo stanie na własnych nogach, a kartę będzie mógł wsadzić Danielowi w rzyć i nigdy więcej nie musieć na nim pasożytować. Inna dziwka korzystałaby do woli z konta bogacza-debila, ale Xav nie umiał się na coś takiego zdobyć.
Siedząc w taksówce czuł, jak dłonie zaczynają mu się trząść. Zagryzł wargę, chowając pięści w kieszeniach kurtki. Pod palcami czuł samotnego skręta, o którym widocznie zapomniał. O niczym innym nie marzył, tylko o odpaleniu go i zaciągnięciu się drapiącym, słodko-gorzkim dymem. Xavery od pewnego czasu zauważył, że tu nie chodziło już o odgonienie problemów, nie. Bruke nie będący na haju nie był już sobą. Trzeźwy gubił się w labiryncie własnego umysłu. Wspomnienia, niekoniecznie przyjemny, przejmowały władzę w jego umyśle. Był markotny, a jednocześnie wściekły. Kiedyś można go było porównać do zagubionego szczeniaczka, szukającego pocieszenia. Teraz szczeniaczek wyrósł na niewytresowanego, agresywnego buldoga, który gryzł dłoń próbującą mu pomóc. Jeśli w pobliżu nie widział ofiary, na którą mógłby się rzucić, gryzł własny ogon. Stąd pamiątki z Liverpoolu widoczne na skórze chłopaka.
Upalony był sympatyczniejszy. Uśmiechał się. Żartował ze znajomymi. Odnajdywał się w towarzystwie obcych osób. Lubił wygłupy i ostre melanże. Był sobą, takim jak rok temu.
Zapłacił kierowcy i poszedł do swojego mieszkania, znajdującego się nie tak daleko od szkoły. Żołądek ścisnął mu się ze (strachu? stresu?). Gdyby nie Petterson i jego kontakty dosłownie wszędzie nie postawiłby ponownie swojej stopy w tej budzie. Miał szansę naprawić chociaż niektóre ze swoich licznych błędów. Pomyśleć, że dwanaście miesięcy wcześniej przeżywał to samo na myśl o przekroczeniu progu tej samej szkoły. Wtedy powody były zgoła inne. Teraz to było bardziej skomplikowane.
Opuścił Bristol bez słowa pożegnania. Gdyby się odezwał, chociażby SMS-em, nie dałby rady i wrócił z podkulonym ogonem. Co by go tu czekało? Miasto, które przypominało mu na każdym kroku o tym, że na świecie jest teraz całkiem sam? Grupa przyjaciół, których połowa się wykruszyła, a druga go nienawidziła? Były chłopak, patrzący na niego spod byka?
Przekroczył próg mieszkania, rzucając kurtkę gdzieś w kąt. Pokój był obskurny, z odpadającą płatami farbą i mrugająca żarówką, oświetlającą pomieszczenie na żółto. Prócz dwóch blatów, starej, buczącej lodówki i materaca leżącego na podłodze nie było tu niczego. Ubrania chował w sportowej torbie. Na balkonie suszyły się jego gacie. Do kontaktu wpięta była nieużywana ładowarka, którą zaraz odpiął, plując sobie w brodę, że o niej zapomniał. Starał się oszczędzać jak najbardziej się dało, dlatego w jego domu nie doświadczysz niczego niepotrzebnego do przetrwania. Wyrobił sobie ten nawyk jeszcze w Liverpoolu, kiedy płaca za jego pracę była niestała - jednego miesiąca żył jak pączek w maśle (no, prawie), a kolejnego zwijał się z głodu.
Miał pojawić się oficjalnie w szkole dnia następnego, ale dziś musiał iść do dyrektora, który jak zwykle się srał. Doprawdy, za wieloma rzeczami Xavery tęsknił, ale ten dziad nie był nawet na żałosnym końcu tej listy. Przebrał się z przepoconych, zużytych ubrań, zaraz opakowując się w czyste - bluzę wkładaną przez głowę w kolorze butelkowej zieleni, podkreślającą kolor jego oczu oraz parę dżinsów, które kupił zupełnie niedawno. Na plecy zarzucił plecak kostkę, do którego spakował trampki na zmianę. Kiedy był pewien, że niczego nie zapomniał, odpalił skręta, którego tak bardzo pragnęła bardziej jego psychika, niż ciało. Wszystkie problemy straciły na barwie, zmysły się wyostrzyły, a chłopak był wreszcie gotowy zmierzyć się z otaczającą go rzeczywistością. Włożył rolki, kupione tego samego dnia co spodnie i wyszedł z mieszkania, uprzednio sprawdzając, czy wszystkie światła są pogaszone. Klucze do mieszkania miał zawieszone na rzemyku, a ten pod kołnierzem bluzy. Zimny metal ocierał się o jego obojczyk, z każdą kolejną sekundą nagrzewając się bardziej.
Włożył w uszy słuchawki, niespiesznie jadąc pustym chodnikiem. Starał się rozglądać uważnie, żeby na nikogo nie wjechać lub - o zgrozo - nikt nie wjechał w niego. Pod szkołą spostrzegł, że czyjaś Mazda zajęła miejsce parkingowe dyrcia. Był stuprocentowo pewien, że ten grzyb nie pozwoliłby sobie na takie cacko, więc uśmiechnął się pod nosem. Dobrze, że ktoś kultywował szkolne tradycje.
Usiadł na schodach, by zmienić rolki na normalne buty, chociaż korciło go, by wjechać na nich do środka.
Idąc szkolnym korytarzu nie czuł tęsknoty, żadne przyjemne wspomnienia nie zalały jego głowy. Miał wrażenie bycia całkowicie nie na miejscu, jakby był oddzielony od tego świata cienką barierą, niby niewidoczną, ale odgradzającą go od innych ludzi. Uczniów śmiejących się z kumplami, na szybko zwalających prace domowe. Nie chciał tu być. Skulił się w sobie, wbijając spojrzenie w podłogę i modląc się, by na razie nikt go nie rozpoznał.
Nie wyszło. Przed gabinetem dyrektora spotkał Gary'ego.
Xavery chciałby powiedzieć, że tak jak on, Zane również się zmienił, ale nie - nadal nosił się w podobnym stylu, nadal miał poobijaną mordę. Wciąż czuć od niego było zapach smakowego tytoniu. Przy jego boku wiernie stał ukochany przez chłopaka rower, na którego widok między ścianami korytarza Xav omal nie wybuchnął śmiechem. To było takie zaneowe.
To Xav był tym synem pierworodnym, który przeżył przemianę, ale jeśli w przypowieści była to odmiana na lepsze, tak Bruke pozostał na tym samym poziomie spierdolenia, a może i spadł jeszcze niżej. Palce go zamrowiły. Oddałby wszystko, żeby móc teraz wypalić blanta, którego zachomikował na później w ukrytej kieszeni plecaka. Otaksował byłego Kumpla ostrożnym wzrokiem. Zatrzymał go na dłużej na koszulce Gary'ego i omal nie parsknął śmiechem. Uwielbiał Dragon ball, jeszcze gdy jego starszy brat żył oglądali codziennie wieczorem przynajmniej dwa odcinki.
- Nim cokolwiek powiesz, chcę pożyczyć tę koszulkę - powiedział zamiast gównianych przeprosin i jeszcze gorszych obietnic, których nigdy by nie spełnił. Uniósł lekko kąciki ust, które zaraz opadły, gdy pięść Zane'a wylądowała z impetem na jego nosie. Buchnęła z niego krew.
Na urodzinach Ethel jakaś dziewczyna podała mu skręta wypełnionego cholera wie czym. Mocno go kopnęło i odleciał na godzinę. Tak samo, jak teraz, wtedy również cios w twarz go otrzeźwił. Krew leciała mu na wargi, nos pulsował, ale umysł pozostał czysty. Wszelkie chmury otępienia rozwiały się w popłochu.
Nie był zły. Byłby chujem, gdyby teraz rzucił się Gary'emu do gardła. Wiedział, że to on spierdolił i ze zasłużył sobie na wpierdol. Otarł krew, pozostawiając pod nosem smugę koloru jego włosów.
- Ty pieprzona w dupę różowa kurwo. To co teraz?
- Nie wiem, ale serio chciałbym ją pożyczyć.
- Żeby zarazić mnie gejostwem? Spasuję.
Zane był wściekły i nie dziwiło to Xavery'ego, mimo to ciężko mu było powstrzymać wpływający na usta uśmieszek. Miał ochotę mu przypomnieć, kto na ślubie pani [kurwaniepamiętam] latał w różowej sukience druhny i przelizał się z barmanem, żeby ten zrobił mu dobrego drinka.
- Ostatnio mam alergię na kutasy, więc możesz być spokojny.
- Teraz to dopiero się zaniepokoiłem.
Gary uznał dyskusję za zakończoną, biorąc rower i mając zamiar wejść do środka. Xav spanikował. Wcale nie było w porządku między nimi. Jeśli by tak to zostawił, nie mógłby nazwać się dobrym kumplem.
- Gary... przepraszam.
To był żałosny tekst. Pustym słowem nie naprawisz całej budowanej przez długi czas nici zaufania, ale Bruke nie miał wyboru. Żałował. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi, myślał. Jeśli nie popełniasz błędów, to robisz coś nie tak.
Podziałało. Przynajmniej połowicznie. Xavery zapewnił o tym, że już nie odwali takiego numeru. nie zamierzał. Przekonał się, że uciekanie od błędów i zasypywanie ich piaskiem nic nie daje. Miał szczere chęci, by spróbować naprawić choćby małą część świata, który zostawił za sobą bez słowa.
- Ten kolor jest lepszy, ale wciąż pedalski.
Xavery zachichotał, patrząc jak Gary z buta wjeżdża do gabinetu. Nareszcie poczuł, że niektóre elementy układanki wciskają się na swoje miejsce.

*zawirowanie czasoprzestrzeni*

Zaskoczony odwzajemnił uścisk Avy, po której naprawdę nie spodziewał się czułych gestów. Nie mógł powiedzieć, że ruda była najbliższą mu osobą - tak naprawdę ich znajomość ograniczała się do paru wypalonych na dachu fajek i kilku niezręcznych rozmów, które Xav szybko urywał ze względu na jej dociekliwe pytania o jego przeszłość. Czasami było mu wstyd za swoje zachowania sprzed roku. Wiedział, że teraz zareagowałby inaczej. Udało mu sę jako-tako pogodzić z demonami przeszłości, choć wspomnienia cały czas sprawiały mu ból.
Weszli ramię w ramię na stołówkę, zwracając uwagę szkolnej braci. Kilka osób rozpoznało go i powitało krótkim skinięciem głowy, na które odpowiedział tym samym gestem. W oddali zamajaczyła mu czupryna Chestera, który za towarzystwo miał zapewne Dave'a. Xavery zanotował sobie w głowie, by przywitać się z chłopakami. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie rozgrywanych partii chińczyka na nudnej jak flaki z olejem literaturze. Co za czasy.
Szybko dorwali się do bufetu. Gary naładował sobie górę jedzenia, której rozmiary były wprost proporcjonalne do pojemności żołądka chłopaka. Jak powszechnie wiadomo, brzuch Zane'a był bez dna, a ten nie pogardziłby niczym, co jest jadalne. Ava skupiła się na doborze sałatki, szybko jednak spostrzegając, że Bruke stoi nieśmiało z boku.
- Nie jesz? - zdziwiła się. Na jej słowa chłopakowi zaburczało w brzuchu. Zapomniał o zjedzeniu śniadania z rana. Wszystko przez ten głupi wypad do klubu. Co on miał wtedy w głowie?
- Nie jestem jeszcze oficjalnie w szkole, więc nie mam zapewnionego obiadu na dziś - poinformował. Słysząc to Zane prychnął pod nosem, wziął ze stosu owoców soczyste jabłuszko i wcisnął je Xavowi w dłonie.
- Nikt cię nie pozwie o głupie jabłko - zlustrował go od stóp do głów - a trzeba coś zrobić z... tym.
Xavery spojrzał po sobie.
- Ej, nie jest aż tak źle.
- Stary, te ubrania wiszą na tobie jak na pieprzonym wieszaku. Jak na ciebie patrzę to robię się dwa razy bardziej głodny! - Ava zachichotała cicho, szybko jednak wracając do poważnej miny.
- Gary ma rację. Nie wiem, co się z tobą działo przez ten rok, ale chyba masz nam dużo do opowiedzenia.
Xavery westchnął. Kumple nie ciągnęli tematu dalej (na razie), zajmując stolik pod ścianą - mogli z niego obserowować wejście na stołówkę. Xav wgryzł się w owoc, ukradkiem zerkając na Marlowe.
Ruda przeżyła cudowną przemianę. Nabrała kolorów, dobrała kilka dobrych kilogramów. Wydawała się być zadbana i jakby nieco weselsza. Jej transformacja była całkowitym przeciwieństwem do tej Xavery'ego.
Chłopak spostrzegł wytuszowane rzęsy i podkreślone szminką usta i uniósł wyżej brwi.
- Ava, malowałaś się? - spytał zanim zdążył ugryźć się w język. Ruda spojrzała na niego zaskoczona, zaraz jednak kiwając głową. Xav uśmiechnął się, ukazując rząd białych ząbków, tak jak miał w zwyczaju. - Ślicznie wyglądasz.
Dziewczyna wydawała się być nieco zmieszana, ale odwzajemniła uśmiech.
- Dziękuję, to miłe.
Gary odchrząknął.
W tym momencie na salę wkroczyły klony - dziewczyna i chłopak. Trójka Kumpli zwróciła na nich swoje spojrzenia.
- Czy tylko ja czuję się jak w "Lśnieniu"? - spytała Ava. Xav pokręcił głową.
- Nie tylko ty.
- Co to jest lśnienie? - zapytał zagubiony Zane niewyraźnie, bo napakował sobie do ust masę bekonu. Pozostała dwójka zgodnie przewróciła oczami.


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Pią Kwi 14, 2017 9:57 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Nie Mar 26, 2017 4:29 pm

Harper
Annys i Jonathan
Poranek zastał ich w pokoju Jonathana zajmujących zgodnie po połowie łóżka. Oboje stykali się tyłkami w niemalże tych samych pozycjach; z nieco podwiniętymi nogami i dłońmi ułożonymi przed twarzami. Ekran wygaszonego telewizora rzucał na pokój niebieską poświatę wydobywając z półmroku rzucone na podłogę pudełko po płycie z filmem „Co robimy w ukryciu”  i leżące w bezładzie po obu stronach łóżka ubrania bliźniaków z poprzedniego dnia. Były to jedyne rzeczy zaburzające harmonię w pomieszczeniu, gdyż cała reszta rzeczy takich jak książki, komiksy i jeszcze więcej pudełek z filmami znajdowały się w poukładanych równo pod ścianą kartonach opatrzonych stosownymi napisami. Jedyna obecnie znajdująca się tu szafa była już wypełniona ubraniami chłopaka poukładanymi w kostkę lub wiszącymi na wieszakach. Telefon leżący na nocnej szafce po stronie Annys zaczął wibrować rozpoczynając powolną wędrówkę po blacie zbliżając się niebezpiecznie ku jego krańcowi. Bliźnięta wzdrygnęły się przez sen próbując zignorować natrętne nawoływanie do rzeczywistości, jednak z korytarza rozległo się radosne szczekanie i jeszcze zanim Annys zdołała sięgnąć po telefon, do pokoju wpadł Azure głośno podkreślając szczekaniem swoją radość z ich pobudki. Jonathan jęknął próbując się osłonić przed ozorem psiska, podczas gdy jego siostra złapała telefon w sam raz przed tym, jak spadł na podłogę. Zdążyła zauważyć na ekranie parędziesiąt powiadomień z Instagrama i kilka ze Snapchata zanim Azure nie postanowił zaserwować i jej maseczkę ze śliny.
- Shhhhh, ty durny zwierzaku – wymamrotał Jonathan łapiąc psa za pysk, na co ten zaczął się z entuzjazmem do niego łasić. Annys w międzyczasie wygramoliła się z łóżka przeglądając zdjęcia, z które zebrała najwięcej like’ów. Snapy odłożyła na później.
- Wstawaj, Nathan – zarządziła, wyjmując płytę z odtwarzacza i schylając się po pudełko. Była w przydługiej koszuli brata, która w zamyśle miała mu służyć do spania, a w rzeczywistości jeszcze nie miała okazji spełnić tego zadania – on sam zawsze spał w długich spodniach również z tego zestawu. Podniosła żaluzje wpuszczając do środka dzienne światło. Oboje zmrużyli blade oczy, gdy zostali nim niemal zalani.
- Jestem potwornie głodny – pożalił się chłopak stawiając bose stopy na drewnianej podłodze. Nie była to najprzyjemniejsza rzecz, jaką mógłby robić teraz, ale hej – dziś miał być pierwszy dzień w nowej szkole.
- To wyprowadź psa.

- Playboy nie miał zrezygnować z promowania golizny? – zainteresowała się Annys popijając sok pomarańczowy i przyglądając się, jak jej brat kartkuje najnowsze wydanie gazety, które kupił wracając ze spaceru z psem.
- Wrócił do niej. I całe szczęście, bo co to za gazeta, która rezygnuje z czegoś, na czym zdobyła popularność – odparł Jonathan niechcący opluwając mlekiem i kawałkami Cookie Crisp oblicze uśmiechniętej pani w skąpym topie.
- Na litość boską.
Młody Harper nie odpowiedział starannie wycierając stronę otwartą dłonią. Kawałki czekolady jedynie wtarły się w papier, więc po prostu przewrócił stronę ignorując ciążące na nim spojrzenie siostry.
- Lepiej idź wziąć prysznic, bo się spóźnimy – skwitował biorąc łyk soku z jej szklanki. Swój już zdążył wypić.
Annys przeciągnęła się czując w mięśniach satysfakcjonujące napięcie. Natychmiast przestała i obciągnęła koszulę brata, gdy zauważyła, że przyciągnęła przez okno uwagę przechodzącego listonosza. Jonathan aż się obejrzał, gdy zauważył jej zakłopotanie. Parsknął śmiechem, gdy zlokalizował źródło jej zmieszania. Gdy mężczyzna zniknął im z pola widzenia, Annys mu zawtórowała.
- Nigdy nie odbiorę żadnej przesyłki w Bristol – oświadczyła wchodząc z powrotem na piętro.

- Annie. Je też muszę wziąć prysznic – Jonathan próbował być głośniejszy od suszarki zza drzwi. Gdy nie doczekał się odpowiedzi, posłał jej wiadomość o tej samej treści na Messengerze. Zgodnie z tym, co się spodziewał, jego wiadomość została odczytana.
„To idź na dół”
„Tam nie ma prysznica”
Wiadomość została wyświetlona. Brak odpowiedzi.
„Annie.”
Suszarka zza drzwi ucichła, po czym szczęknął zamek. Jonathan bez wahania je otworzył. W nozdrza uderzył go całkiem miły zapach suszonych włosów, miętowa nuta jego żelu pod prysznic i jakaś kwietna mieszanka zapachów jednego z kolekcji szamponów Ann. Dziewczyna odgarnęła palcami długie pasma włosów nad uszami, które jej brat natychmiast przejął i zaczął zaplatać dwa warkocze, by na koniec połączyć je w jeden z tyłu głowy. Mieli mało czasu, jednak w sytuacjach kryzysowych żadne nie obwiniało drugiego; skupiali się wtedy na jak najbardziej zsynchronizowanej współpracy. Annys wyjęła parę kosmyków nad czołem i dokończyła dopinanie białej koszulki obserwując swoje odbicie. Całe szczęście nie miała w zwyczaju się malować, więc oszczędzała w ten sposób mnóstwo czasu. Lubiła swoją eteryczną urodę i wiedziała, że używanie kosmetyków pozbywało jej tego efektu.
- Dobra, wyjdź.
- Nie wziąłeś ubrań.
- To mi przynieś.
Zostało im dziesięć minut do przyjazdu autobusu na przystanek, który znajdował się za rogiem. Annie ruszyła do pokoju brata, przeglądając się w przelocie – była w duchu zadowolona z połączenia białej koszulki z długą do kostek zwiewną, niebieską spódnicą trzymaną w talii czarnym paskiem oraz z jeansową kurtką. Bratu wybrała jasne jeansy, białą koszulkę polo i bluzę tenisową. Wychodząc z jego pokoju, złapała po drodze ulubiony zegarek chłopaka.
W międzyczasie Jonathan stanął przed trudną próbą znalezienia jakiegoś szamponu siostry, który nie pachniał babsko. Annys posiadała całe mnóstwo kosmetyków do włosów i niemal nigdy ich nie wykańczała z powodu coraz to nowszych, więc do niego należało oczyszczanie łazienkowych półek z resztek. Dorwał jednak jeszcze nieotwierany, gdyż jako jedyny nie pachniał kwiatami, a ziołami; gdyby mył włosy przed snem, nie miałby takiego problemu wiedząc, że w nocy zapach wywietrzeje. W końcu nie wypadało się publicznie przyznawać do mycia babskimi kosmetykami.

Ledwo zdołał naciągnąć na tyłek bokserki, które podała mu Annys przez półotwarte drzwi, gdy wpadła do środka.
- Ubieraj się, ubieraj, nie ma czasu – ponagliła go, susząc mu pospiesznie włosy, podczas, gdy on gorączkowo się ubierał. Azure usiadł w drzwiach obserwując całą scenę z wyraźnym zainteresowaniem.
- Chyba nie bierzesz obcasów, nie? Nie będę cię niósł, gdy stwierdzisz, że to był zły pomysł – zastrzegł chłopak zapinając pasek.
- Daj spokój, biorę trampki.
Oboje wybrali takie same, białe.
- Biegnij już, ja zamknę.
Annys posłuchała Jonathana, biegnąc ku przystankowi, na którym autobus już się zatrzymał. Pasek torebki zsunął jej się z ramienia, więc pozostało jej pogratulować sobie, że wcześniej złapała ją dłonią, by nie obijała jej się w biegu. Jonathan próbował stopą zatrzymać Azure, który jak na złość wykazywał większą niż zwykle niechęć przed rozstaniem się. W końcu udało mu się zamknąć drzwi, więc zerwał się za siostrą. Po krótkiej chwili ją wyprzedził mimo jej przewagi czasowej – nic im to jednak nie dało, gdyż autobus odjechał jeszcze zanim dotarli do przystanku.
Oboje dopadli przystanku przeraźliwie dysząc. Annys sprawdziła natychmiast rozkład. Następny autobus miał być za 20 minut.
- Spóźnimy się, Nathan. Patrz.
- Ups – chłopak usiadł na ławce chowając dłonie do kieszeni bluzy. Byłoby to nawet nonszalanckie, gdyby tak nie dyszał.
- Nie chcę się spóźnić pierwszego dnia – Annys stanęła nad nim. Pojedynek spojrzeń trwał zaledwie kilka sekund.
- Rowerami to za daleko.
- No chyba nie.
- To czego ty chcesz? – Nathan tylko się uśmiechnął wyciągając z torby fioletowe lenonki. Wiał lekki wiatr, ale było dość słonecznie.
- Dziadek jeszcze śpi. Nie ma sensu go budzić z tego powodu, nie?
Bliźnięta znów wymieniły się spojrzeniami.

- Uważaj, coś nadjeżdża z prawej.
- Wiem, Ann, widzę. Widziałbym więcej, gdybyś się nie wierciła i siedziała jak grzeczny pasażer.
- No już, nie musisz się tak rządzić.
- Nie rządzę się.
Annys nałożyła swoje lenonki – po prostu czarne – po czym włączyła radio w samochodzie. Zabrzmiały pierwsze nuty jakiegoś metalowego kawałka, na który Jonathan zareagował dość entuzjastycznie, Annys jednak przełączyła dalej.
- Dlaczego przełączyłaś?
- Mam dość Chop Suey.
Jonathan jedynie wydął wargi skupiając się z powrotem na drodze. Z radia rozbrzmiały pierwsze nuty Chocolate.
- No nieee – zaśmiał się Jonathan, podczas gdy teraz to Annys wydała z siebie okrzyk entuzjazmu.
Na parking przed szkołą wjechali śpiewając razem tekst.

Weszli na stołówkę z identycznie zblazowanymi minami raczej nie nawiązując kontaktu wzrokowego ze znajdującymi się już w środku osobami. Szkoła w Bristol nie była mała, ale jednak uczniowie zauważali przybycie nowych osób. A może po prostu ich dwójka rzucała się w oczy.
- Nie wiem po co kazali przyjeżdżać nam tyle czasu przed lekcjami, skoro rozmowa z wychowawcą trwała niecałe 15 minut – stwierdziła Annys ustawiając się w kolejce i włączając Instagrama. Jonathan mruknął coś niewyraźnie pod nosem powstrzymując ziewanie i zerknął jej przez ramię do ekranu. Dziewczyna właśnie przyglądała się swojemu zdjęciu z figurą Dawida, na którego marmurowych ustach składała pocałunek. Fotografem był oczywiście Jonathan. Oboje lubili motyw rzeźb, choć tylko jedno z nich okazywało to w mediach społecznościowych. Kolejka przesunęła się o parę kroków. Annys tymczasem kliknęła opcję „Poznawaj ludzi”. Przejrzała pobieżnie parę kont, szukając od niechcenia wzrokiem w tłumie na stołówce twarzy z wrzuconych selfiaczy. Nic jej się nie rzuciło w oczy, prócz jednej właścicielki rudych włosów. Takie same zobaczyła przy jednym ze stolików – przyjęła to do wiadomości i szybko przestała o tym myśleć, gdy nadeszła ich kolej na wybór jedzenia.
Posiadali już swój jedzeniowy rytuał, który niewerbalnie postanowili wdrożyć i tutaj – tak więc dziewczyna wybrała parę potraw po trochu, od brokułowej sałatki po rybę z frytkami, z kolei Jonathan jako ten mniej wybredny wybrał po prostu to, czego jego siostra nie miała na talerzu. Usiedli naprzeciw siebie przy ostatnim pustym stoliku – pustym nie na długo, gdyż dosiadła się do nich grupka hałaśliwych dzieciaków najwyraźniej mocno związanych ze szkolnym sportem. Annys uniosła brwi znacząco patrząc na brata znad swojej tacki. Jej brat jedynie mrugnął wkładając do ucha jedną słuchawkę, by posłuchać muzyki i jednocześnie nie stracić kontaktu z rzeczywistością. To co się wydarzyło chwilę później dobitnie mu pokazało, że niezbyt mu się to udawało – tleniona blondynka dzieląca z nimi stolik syknęła coś do jego siostry, na co dziewczyna zmarszczyła nos jakby poczuła coś obrzydliwego – a Jonathan wiedział, że mieszkając na wsi nauczyła się mieć dość wysoki próg tolerancji – i lekko zahaczyła paznokciem o widelec z jedzeniem, którym blondyna machała w jakimś dziwnym geście triumfu mającym chyba zachęcić jej towarzystwo do okazania aprobaty jej poczynaniom. Akcji zawsze towarzyszyła reakcja, więc blondyna szarpnęła widelcem – w tym momencie Annys zabrała palec i samotny brokuł w sosie śmietanowym wylądował blondynie na twarzy, by po niej spłynąć do dekoltu pozostawiając za sobą ścieżkę godną ślimaka afrykańskiego. Po stołówce podniósł się wrzask i wyzwiska; połowa ludzi poodwracała się w ich kierunku; blondyna podniosła się próbując wytrzepać z dekoltu brokuła; najprawdopodobniej jej facet wstał, by pogrozić Ann, więc wstał i Jonathan, by pogrozić mu.
- Chodźmy stąd – chłopak poczuł na ramieniu dłoń siostry próbującej go odciągnąć od faceta, więc po prostu wziął swoją tackę z jedzeniem nadal kontynuując z nim walkę na spojrzenia do czasu, gdy stało się to po prostu niepraktyczne z uwagi na kąt pod jakim musiałby się wykręcać.
Ann podeszła do pierwszego lepszego stolika jaki rzucił jej się w oczy – a rzucił się ten wyróżniający rudą czupryną.
- Można? – spytała jakby nigdy nic. Ludzie przy stoliku zgodzili się wzruszając ramionami. Bliźnięta usiadły znów naprzeciw siebie.
- Chryste, Ann, co to było – wyartykułował Jonathan bardziej stwierdzenie niż pytanie. Wypowiedział to gardłowym z przejęcia głosem, przez co nasilił się jego szkocki akcent. Położył obok siebie telefon z podłączonymi słuchawkami, z których dalej leciała muzyka. Dziewczyna wzruszyła ramionami wyciągając żel antybakteryjny.
- Wyglądało mi to na pospolite ruszenie bydła - odezwał się znienacka do nich chudy chłopak o bordowych włosach, który dzielił z nimi stolik. Bliźnięta spojrzały na niego z lekkim zaskoczeniem z niemal identycznym wyrazem twarzy - uniesione jasne łuki brwiowe, ściągnięte usta i w tym momencie szeroko otwarte oczy o mocno odcinających się zwężonych źrenicach na tle bladych tęczówek. Chłopak na pierwszy rzut oka wydał się im w stylu sympatycznego hipstera ze swoimi oryginalnymi włosami, okularami (Ann by takie włożyła, gdyby miała wadę wzroku) i swetrem z długimi rękawami. Sprawiał wrażenie osoby szczególnie niedostępnej, stąd wzięło się zaskoczenie bliźniąt. Wrażenie niedostępności spotęgował sposób w jaki wyciągnął dłoń do nich na przywitanie - ze zgiętym łokciem, jakby nie chciał wyciągać jej za daleko.
- Jestem Xavery tak w ogóle.
Ann wyciągnęła dłoń jako pierwsza dając krótki, mocny uścisk - a nie przez podanie samych koniuszków palców, jakiego można by się było spodziewać po osobie jej typu. Mając usta pełne brokułów i ryżu nic nie powiedziała, więc obowiązek przedstawienia się spadł na Jonathana. Uścisnął mu dłoń w podobny sposób jak siostra.
- Jestem Jonathan...
- Tamten gość to zjeb od piłkarzy, Rafi. Wystarczy mu raz buchnąć w ryj i leży. Krwi się brzydzi, lamus. Gary jestem - drugi chłopak poszedł śladem swojego kumpla i wyciągnął do nich dłoń ze zdrapanym gdzieniegdzie naskórkiem i widocznymi na knykciach świeżymi rankami. Cały sprawiał wrażenie dość poturbowanego - a właściwie był dość poturbowany. Krzywy nos miał zaklejony plastrem i w zasadzie to on wydawał się dominować jego twarz. Znad blatu stołu wystawał napis "Le petit prince" i głowa Vegety. Pierwsze, co przyszło Nathanowi do głowy, to cytat z Małego Księcia "Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie". Uśmiechnął się, odrzucając od siebie chęć dokonania amatorskiej psychoanalizy - i tak zawsze w jej wyniku dochodził z siostrą do niedorzecznych wniosków.
- To pewnie ucieka na sam twój widok? - skomentował żartobliwie odwzajemniając uścisk.
- Oczywiście. Podświadomie uciekliście pod moje skrzydła. A ty jesteś...
- Annys - odparła blondynka z lekkim uśmiechem.
Gary zrobił skonsternowaną minę i szepnął na ucho Xavery'emu: "Anus?".
Jonathan uniósł brwi nie dowierzając własnym uszom, z kolei Ann spojrzała na niego zdezorientowana - najwyraźniej nie dosłyszała. Xavery niemal zakrztusił się jabłkiem, po czym wypluł jego kawałek na stół parskając śmiechem i wywołując głośne protesty rudej, która odsunęła od niego tackę z jedzeniem. Gary mu zawtórował, na co bliźniak pokręcił głową.
- Facet, co jest z tobą nie tak? - spytał z lekkim rozbawieniem. Oboje byli ekspresyjni zawsze, tylko nie w towarzystwie ludzi, z którymi nie zdążyli się oswoić - a więc obecnie hamowała ich pewna nieśmiałość, którą ci mniej pewni siebie mogli odebrać jako zadzieranie nosa.
- Nie przejmujcie się. Jestem Ava. Ava Marlowe.
- Jak oficjalnie. To ja jestem Xavery Bruke - stwierdził rudy chłopak i spojrzawszy na to, w co wpatrywał się ukradkiem Gary, dodał - A to jest Gary "Będziesz to jadła?" Zane.
Bliźnięta się zaśmiały, na co Zane podniósł wzrok znad tacki Ann.
- No... A będziesz?
- Ja będę - odparował Jonathan puszczając do niego oczko i przyciągając do siebie tackę siostry.
- Ej! Możesz sobie wziąć tylko tę rybę i frytki.
- Och nie, tylko nie ryba i frytki - zakpił Harper, wkładając do ust pięć frytek naraz. Dzięki temu dowcipkowaniu poczuł się nieco swobodniej. Annys zmarszczyła brwi wskazując na Avę widelcem i przełykając kawałek kurczaka, którego również sobie nałożyła.
- Ava Marlowe? - spytała z dziwną miną.
- Ava Marlowe? - powtórzył za nią jej brat i aż zamilkł na moment z wrażenia, by dodać z chochlikowym uśmiechem - czy to nie ty jesteś tą kuzynką ze Szkocji, którą trafiłem w usta, gdy graliśmy w palanta?
- Tak - potwierdziła rudowłosa z uśmiechem wskazującym na to, że tylko czekała, aż zdadzą sobie z tego sprawę - a pamiętasz, jak po tym oddałeś mi wszystkie swoje cukierki z Halloween, żebym na ciebie nie naskarżyła?
- Nie tylko swoje. Moje też - wtrąciła Annys z udawanym oburzeniem.
- Mam teraz po tym bliznę na ustach, należały się - odparowała Ava, nachylając się do nich, by lepiej widzieli. Jonathan aż zmrużył oczy, a Ann nachyliła się do niej.
- Może to tylko mój wzrok - zaczęła bliźniaczka z niewinnym uśmiechem.
- Ja też nic nie widzę - podsumował Jonathan, po czym z udawaną afektywnością zmienił temat - ale spójrz, jakie masz teraz zęby.
- Mnie raz kiedyś kopnął w usta robiąc przewrót na trzepaku i też próbował udawać, że nic się nie stało - pocieszyła ją Ann wywracając teatralnie oczami.
- I też masz dobre zęby. Jonathan Harper - dobrze rokujący stomatolog. Powinnyście mi za to płacić - podsumował bliźniak. Wyglądało na to, że rodzeństwo Harper w sprzyjających okolicznościach było dość gadatliwe. Na chwilę zamilkli uśmiechając się, by ukryć pod tym fakt, że zwyczajnie nie wiedzą, co więcej powiedzieć.
- Już jasne, dlaczego w trójkę macie białe trampki - skomentował jeden z chłopaków. Całą grupą zajrzeli pod stół.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sob Kwi 01, 2017 7:16 pm


- Hej.
Obok niego usiadła Mary Jane. Ubrana w kwiecistą sukienkę, kolorowe trampki i mając włosy zaplecione w długi warkocz, była uosobieniem wiosny i słoneczka. Uśmiechnął się do niej i zrobił więcej miejsca, a ona w tym czasie zapoznała się z nowymi.
- Przyniosłam ci frytki.
- A co, ty nie będziesz jadła?
Pokręciła głową, więc przełożył sobie jej talerzyk na swoją tackę.
- Gary, no co ty dziewczynie wyjadasz? - oburzył się Xav.
Zane pokazał mu środkowego palca.
- Z całej naszej tutaj grupy to tobie nie odważyłbym się zabrać jedzenia, ruda pało.
- Nie jestem rudy - postawił się chudzielec.
- Jesteś rudy wewnętrznie, to wystarczy.
- Skąd ci to-
Nim Xavery dał upust swojemu zbulwersowaniu, rozpoczęli dyskusję o tym, co znajdowało się w Bristolu. Gary zaczął im wykładać jak listę sklepy z regularnymi rabatami, a potem opowiedział o Dragon's Cave i gdzie mogli uświadczyć pięknych widoków.
- Skoro jesteśmy już waszymi przewodnikami, to możemy się do czegoś przydać - stwierdził, wzruszając ramionami. MJ chwyciła nagle jego dłoń i zaczęła ją oglądać, a potem przejechała delikatnie palcami po nowych ranach. On sam nawet nie zwrócił na to uwagi. - Macie rowery? Szkoda marnować taką pogodę.
Wyczuł na sobie spojrzenie Xava, więc odwrócił się do niego.
- Mamy.
- Co?
- Nie mówiłeś, że masz dziewczynę.
- Co? - powtórzył i uśmiechał się głupio, dopóki nie zrozumiał, że chłopak miał na myśli MJ. Wtedy dźgnął nieco zbyt agresywnie jedzenie na talerzu i wpakował je do ust.
- Przyjaźnimy się - wyjaśniła za niego niewinnie dziewczyna, puszczając jego dłoń. Ava odchrząknęła.
- W każdym razie... - zwrócił się z powrotem do Harpersów, rzucając Bruke'owi mordercze spojrzenie. - Możemy się umówić po lekcjach.
Rodzeństwo spojrzało po sobie i kiwnęli głowami, porozumiewając się bez słowa. Ustalili, że Gary podjedzie do nich, a oni w tym czasie się przebiorą. Uprzedził ich tylko, że będzie to musiała być szybka przejażdżka, bo ma niedługo potem pracę. Zignorował przerażone i współczujące spojrzenia, jakie posłali im Xav z Avą. Gdy wszyscy już zjedli, zdecydowali o szybkiej fajce przed końcem przerwy. Gary złapał w MJ w pasie i odciągnął ją na bok. Upewnił się, że jej rodzice przychodzili do ich domu wieczorem i że jej siostra zdążyła na samolot i będzie z nią siedziała. Wtedy uśmiechnął się, odgarnął jej kosmyk z czoła i pożegnali się. Xav walnął go w ramię.
- Czemu ją spławiłeś?
- Bo będziemy pewnie mówić o imprezie.
- No raczej, że będziemy - prychnął rudy. - I co z tego?
Zane poszedł po swój rower, który postawił pod ścianą. Bliźnięta posłały mu zdziwione spojrzenia, ale machnął tylko do nich ręką, dając znak, że opowie im historię później i skierowali się do wyjścia ze stołówki. Zwrócił się do dawnego przyjaciela:
- To z tego, że MJ mogłaby chcieć pójść z nami, a jest chora.
- Straszne rzeczy. A ty to nigdy z katarem nie szedłeś na libację? Zresztą, nie wyglądała-
- Xav. - Przystanął i westchnął, starając się zbyt nie denerwować. - Nie może nic brać, nie może nic palić, nie powinna też pić. Jest na lekach. Okej?
- Jeez, okej, wyluzuj. O co to wielkie halo...
Gary tylko pokręcił głową, dusząc w sobie słowa, które cisnęły mu się na usta. Szarpnął rowerem i poszedł do szatni, by upchnąć go gdzieś w kącie. Dołączył szybko do reszty, która ukradkiem wkręcała się na dach. Na górze stanęli i zrobili głęboki wdech, tak jakby powietrze na szkolnym dachu pachniało inaczej. Ich nowi towarzysze rozejrzeli się z zaciekawieniem, kiedy Zane siadał na murku okalającym krawędzie budynku. Wyciągnął z kurtki bladoniebieską paczkę papierosów. Ava poszła w jego ślady, zaś rudy sięgnął do plecaka, ale nagle rzucił go na bok.
- Zane, zarzuć fajurą.
W odpowiedzi otrzymał nieprzychylne spojrzenie, ale ostatecznie wyciągnął rękę w jego stronę, pytając pozostałych, czy się też by skusili. Ann wzięła drugą, na szczęście Jonny wziął od rudej. Wszyscy nachylili się do wielkiej zapalniczki Gary'ego, a potem głęboko zaciągnęli.
- O. Hm. Em... Hmmm...
- Na litość boską, Xav - mruknął Gary, kładąc się na murku, jedną nogą zwisając w przestrzeń.
- Kiedy to tak zabawnie smakuje.
- Gary, nie zjeb się, proszę - zwróciła się do niego Ava, przysiadając na ziemi tak, by oprzeć się plecami o mur. Wcześniej rozłożyła sobie pod tyłek kurtkę. - Życie ci niemiłe?
Na te słowa przeciągnął się mocno i uśmiechnął, przymykając oczy.
- Nie, teraz jest dobrze - odparł niegłośno. Po tych jego słowach zapadła dziwna cisza, więc otworzył na nich jedno oko. Wszyscy wlepiali wzrok w jego brzuch.
- Co ci się stało? - pytanie, które zapewne wszystkim krążyło po głowach, zadał w końcu Jonathan.
Gary dotknął dłonią gołej skóry, jakby musiał sobie przypomnieć, że długa blizna się tam faktycznie znajdowała. Szrama  przecinała ciało tuż nad spodniami.
- No tak, nikogo z was wtedy nie było... - mruknął, wpatrując się w niebo.
- Wygląda okropnie. Jak...?
- Kiedyś biłem się z takim gościem...
- Oczywiście - wtrąciła sarkastycznie Ava, co zignorował.
- I kiedy ty smażyłaś tyłek w Bangladeszu, czy gdzie cię tam wywiało, to trafiłem na niego znowu. Zaczął się do mnie sadzić i powiedziałem mu parę słów. - Wciągnął do płuc słodki dym. - Miałem zły dzień, więc może o parę słów za dużo. I mnie dźgnął. Taka historia.
- Mój Boże - szepnęła Ann.
- Złapali go chociaż? - dopytywał się Jonathan.
- No, nie. - Gary wyraźnie nie czuł się zbyt komfortowo, opowiadając o tym.
- Jak to? Czemu? Gdzie to było? Przecież mogło się gdzieś coś nagrać.
- Nie złapali, bo tego nie zgłosiłem - wydusił w końcu z siebie niechętnie.
- Co?
- Jak to?
- Posrało cię? Dlaczego?
Zane zgasił peta na murku i podłożył ręce pod głowę, czując, jak koszulka znów mu się podciągała i wszyscy znów patrzą na jego bliznę. Zwalczył w sobie odruch zasłonienia jej.
- Załóżmy, że poszedłbym z tym na policję. Stało się to w dzień przy sklepie, więc myślę, że spokojnie mogło się coś nagrać i by go przymknęli. Ci goście mnie już znają, więc następnym razem dostaję kosę w pierś albo takie manto, że skończyłbym na wózku. Ewentualnie zdemolowaliby mi dom, który dopiero co wyremontowałem za ciężko zarobione pieniądze. Oni są jak hydra, pozbędziesz się jednego, to na jego miejsce wyskakują trzej nowi. A tak to tylko moje ciało. Jesteśmy kwita. Tak jakby. Przynajmniej on tak uważa.
- "To tylko twoje"...? Do reszty już zwariowałeś - oburzyła się Ava i zacisnęła pięść na jego ubraniu. - A w ogóle to złaź stąd.
Na te słowa brunet przewrócił się na bok, twarzą do przepaści. Machnął do kogoś na dole.
- Zane?! - dobiegł ich krzyk z dołu. - Masz fajki dla mnie?!
- Jasna sprawa! - odkrzyknął chłopak, szperając w kurtce. Wyciągnął w końcu saszetkę winogronowego tytoniu, a potem rzucił ją komuś na dole.
- Dealujesz teraz tytoniem? - parsknął Xav.
- Nie, załatwiam tylko Justinowi, ziomek jako jedyny kupował zawsze tam, gdzie ja. Odkąd jego brat przedawkował, rodzice pozwalają mu płacić jedynie kartą i odcięli wszystkie używki.
Zapadła chwila ciszy, dopóki Bruke nie zaśmiał się trochę nerwowo.
- Daj spokój, a tak na poważnie?
- Mówię poważnie. Wybacz, że nie mam dla ciebie pokrzepiających historyjek na powrót - odparł na to trochę ostrzej, niż zamierzał, nadal serwując im widok swoich pleców. Rozbrzmiał dzwonek i Gary zeskoczył z murku na tyle gwałtownie, że Marlowe wydała z siebie cichy okrzyk, po którym zgromiła go wzrokiem. Wymusił uśmiech. - Doceniam troskę, ale jakoś sobie radzę.
- Zawsze "jakoś sobie radzisz" - odpowiedziała, zezłoszczona.
- Taki mój urok.
Wzruszył ramionami i ruszył ku wyjściu. Usłyszał, jak Xavery mówi do bliźniąt za jego plecami:
- Nie martwcie się, Gary jest szkodliwy tylko dla siebie. Trochę jest masochistą.
- Dla ciebie chętnie stanę się sadystą, ty rudy fiucie! - zawołał, unosząc środkowy palec na tyle wysoko, by chłopak mógł go zobaczyć.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sro Kwi 05, 2017 7:14 pm


- To co, dach?
Wszyscy ochoczo pokiwali głowami. Stary, dobry dach... W dalszym ciągu nie za wielu uczniów się tam zapuszczało, co było dziwne zważywszy na fakt, że nikt z pracowników szkoły praktycznie nigdy tam nie zaglądał, a zardzewiała kłódka ustępowała często już po jednym, mocniejszym szarpnięciu. Tym razem też tak było, idąca na przodzie Ava jedynie pociągnęła kłódkę, a ta bez problemu się otworzyła.
Na dachu było bardziej wietrznie, ale raczej nikomu to nie przeszkadzało. Wszyscy usadowili się w wygodnych dla nich miejscach. Ruda rozdziewiczyła nowiutką paczkę Marlboro Gold i wyciągnęła w stronę reszty, ale jedyną osobą, która się skusiła był jej kuzyn. Nie wiedziała, że Harperowie palą. W jej umyśle zatrzymali się w czasach, gdy wszyscy biegali w koszulkach z nadrukiem Myszki Miki, albo innych rysunkowych idoli z dzieciństwa, i kradli szarlotkę z parapetu sąsiada. Ale w rzeczywistości teraz wszyscy stali u progu dorosłości.
Życie bywało przewrotne. Jeszcze tydzień temu Ava odkopywała stare zdjęcia z pobytu w Szkocji przed niemal dziesięcioma laty, a teraz wszyscy troje stali na dachu z jej kumplami. Czuła błogość, która jednak szybko została zakłócona przez podłużną szramę na brzuchu Gary'ego.
- ...parę słów za dużo. I mnie dźgnął. Taka historia.
Zupełnie taka sama jak przed dwoma latami.
Nagle wszystko zostało jakby oddzielone grubą szybą. Wszystkie głosy dochodziły z oddali, słowa pobrzmiewały niewyraźnym echo, nie dało się ich rozróżnić. Ava pobladła. Czuła jak krew odpływa jej z twarzy, rąk i stóp. Coś ciężkiego usiało jej na klatce piersiowej, utrudniając oddychanie. Mogłaby przysiąc, że jej serce na chwilę stanęło. Przez moment widziała samą siebie siedzącą przy murku. Patrzyła na całą sytuację zupełnie z boku. Jej ark oblał zimny pot. Miała wrażenie, że zaraz odleci. Zemdleje. Straci przytomność. Dostanie zawału...
Stop.
To atak paniki.

Na chwilę zamknęła oczy. W myślach zajrzała do swojej torebki, między książki, do portfela. Tam, w przegródce na monety, zamiast pięćdziesięciopensówek do automatu, znajdowały się tabletki.
Xanax, Prozac, Alpragen, Atarax...
Powtarzała to w myślach jak mantrę. Noszenie przy sobie takiej ilości środków uspokajających zakrawało o lekomanię, ale Ava nie przejmowała się, póki działało. Po chwili lęk ustąpił, by na jego miejsce wpłynęła fala złości.
- Tylko twoje?! - krzyknęła, nagle wstając i zaciskając dłoń na koszulce Zane'a. Vageta został zmiażdżony w jej stalowym uścisku. - Do reszty już zwariowałeś... A w ogóle to złaź stąd.
Chciała ściągnąć do z tego pieprzonego murku, ale Gary wykonał dziwny półobrót i wyrwał jej się. Z westchnieniem znów opadła na murek. Była zła na tego ignoranta. On chciał trochę adrenaliny, a jego bliscy się zamartwiali. Zwłaszcza Ava, która za nich nie chciała powtórki historii sprzed dwóch lat.
Zaczekała aż wszyscy opuszczą dach. Wtedy wyciągnęła z portfela jedną z tabletek i połknęła, popijając wodą. Później jak gdyby nigdy nic wróciła do środka szkoły, szybko dołączając do swojej grupki. Jonathan popatrzył na nią dziwnie ale nic nie powiedział.
- Co teraz mamy?
Ruda wyciągnęła z kieszeni telefon i włączyła aplikację z planem lekcji.
- Literaturę.
Potoczyły się niewyraźne pomruki wyrażające niezadowolenie.


Kiedy negatywne emocje opadły, Ava poczuła się źle. Nie chciała tak naskakiwać na Zane'a. Po prostu martwiła się o niego, a w tamtej chwili emocje wzięły górę i nie potrafiła wyrazić tego tak jak chciała. Dlatego zaczepiła go, gdy wychodzili ze szkoły po lekcjach. Położyła mu dłoń na ramieniu i odciągnęła na bok, by reszta grupki nie słyszała ich rozmowy.
- Gary... - zaczęła. - Martwię się o ciebie.
- Akurat... - prychnął tamten i już miał odejść, ale dziewczyna przytrzymała go za nadgarstek.
Szarpnęła lekko, by odwrócił się w jej stronę i spojrzał w oczy. Patrzyła na niego przenikliwym wzrokiem bladoniebieskich oczu, w których wyraźnie widać było troskę i lęk.
- Serio. Jesteś moim kumplem, nie chcę by coś ci się stało, ja...
- Wyluzuj! Potrafię o siebie zadbać. Jestem dużym chłopcem, widzisz?
- Dobra, tylko... Uważaj na siebie.
Poklepała go po ramieniu i wrócili do reszty stojącej przed budynkiem.
- Harperowie własnie opowiadali jak byłaś mała i uparłaś się, że nie założysz spódniczki - zaśmiał się Xav.
Ava przekrzywiła nieco głowę, zmarszczyła brwi, przygryzła wargę i posłała bliźniakom spojrzenie mówiące: "Co wy odkurwiacie?".
- No co, byłaś wtedy przecież taka urocza...
Ruda już otwierała usta, by coś odpowiedzieć, gdy jej wzrok padł na auto stojące na miejscu dyrektora. I wcale nie była to jej MX5. Nie była to nawet Mazda tylko pieprzona Toyota Yaris w okropnym, niebieskim kolorze. Ava zaklęła.
- Pieprzony chuj je odholował!
Pozostała czwórka obejrzała się za siebie, gdy Ava już przeglądała kontakty w telefonie. Do wyboru miała dwa i pod żaden nie uśmiechało jej się dzwonić w takim przypadku, ale był pod kreską. W końcu nacisnęła jeden i przyłożyła telefon do ucha, modląc się by rozmówca odebrał.
- Odholowali mi auto - powiedziała, gdy tylko usłyszała jak osoba po drugiej stronie chce zaczerpnąć powietrza. W słuchawce słuchać było jakieś pomruki. - Później wytłumaczę. Przyjedziesz?
Ledwie Ava zdążyła nacisnąć czerwoną słuchawkę, a już przyszło do niej powiadomienie z Facebooka o nowym wydarzeniu w pobliżu. Kilkoro jej znajomych wybierało się. Wracając do reszty kumpli kliknęła w powiadomienie i zaczęła czytać.
- Piana Party w Pryzmie, ktoś reflektuje? - spytała znad telefonu.
- Jasne!
- Spoko.
- Będziemy.
I właśnie w tym momencie, z piskiem opon, zahamował przed nimi czarny Kawasaki. Kierowca uniósł rękę, drugą rzucając Avie kask, który cudem złapała w obie dłonie, omal nie upuszczając telefonu. Pomachała przyjaciołom na pożegnanie, założyła kask i wsiadła na motocykl, by razem z kierowcą zniknąć za wyjazdem z parkingu, pozostawiając kilka pierwszo- i drugoklasistek z otwartymi ustami oraz wytrzeszczonymi oczami.


Ava stała na tarasie trzymając między środkowym a wskazującym palcem skręta. Znalazła trochę zioła zostawionego przez któregoś z domowników w kartoniku po paście do zębów pod umywalką w łazience. W domu Marlowe-Westwick był zasada, że przy dziecku nie powinno być żadnych narkotyków ale - jak widać - nikt się do tej zasady nie stosował. Dziewczyna zaciągnęła się mocno i szybko, po czym podała jointa stojącemu obok Xaveremu. Potrzymała chwilę dym w płucach i wypuściła z westchnieniem. Pochyliła się nad barierką, położyła na niej przedramiona i oparła na nich głowę.
- Widok na Bristol z dwunastego piętra jest niesamowity, nie sądzisz?
Odwróciła głowę w stronę przyjaciela o wiśniowych włosach. Wyglądał jak wielki myśliciel ze starożytnej Grecji. Jego okulary zsunęły się niemal na koniuszek nosa. Patrzył zamyślony prosto przed siebie, wyglądał jakby kontemplował krajobraz. Ava wiedziała, że bardzo powoli przetwarza dane... Zawiesił się. Byli upaleni.
Nie wiedziała jak to się stało. Przyjechała do domu z Chuckiem, zjedli obiad. Potem na chwilę wpadła Alicia i mały Tony, z którym się pobawiła. Miała obejrzeć nowy odcinek Riverdale, może się pouczyć, przygotować na wieczór... I gdzieś między tymi czynnościami zadzwonił Xav. Chwilę pogadali, powspominali. Z jakiegoś powodu zaprosiła o do siebie. Z jakiegoś powodu przyjechał. Później znaleźli to zioło...
I tak oto Ava stała na balkonie w swoich super-obcisłych czarnych jeansach, jedwabnym topie obszytym koronką, który wyglądał trochę jak góra od piżamy i w wielkich kapciach z głowami króliczków. Przeczesywała palcami wyprostowane włosy i patrzyła na przyjaciela, co trochę tracąc ostrość, by zaraz znów ją odzyskać.
- Jesteś piękna... Znaczy, jest pięknie... Znaczy, kurwa.
Zaśmiała się. On też. Nagle oderwała się od barierki. Stanęła w niebezpiecznie bliskiej odległości od Xava i ścisnęła jego policzki dłońmi. Przez chwilę patrzyli sobie prosto w oczy, choć widzieli w nich coś zupełnie innego niż białka, źrenice i tęczówki. Ava widziała w jego oczach tropikalny las deszczowy. Wysokie palny, liany i przenikające między roślinami węże. Ten las ja pochłaniał, otaczał z każdej strony. Czuła, że staje się z nim jednością. Zapada się w tę zieleń, przesiąka nią...
Wtedy do jej świadomości, przez mury zieleni, fauny i flory, przeniknęło dźwięczne ping. Odbiło się echem w umyśle i wywędrowało na zewnątrz.
- Ping - powtórzyła. - Pi-ing. Ping. Ping. Ha... Ha ha...
- Ava... - znajmy głos przebił się przez kolejną warstwę, wprost do świadomości. - Ava, telefon.
Dziewczyna ocknęła się. Pokręciła głową, odgarnęła włosy z twarzy i wyciągnęła telefon z tylnej kieszeni spodni. Przez chwilę wpatrywała się w obudowę w kwiatuszki, a potem uświadomiła sobie, że trzyma go złą stroną. Kiedy już miała przed oczami ekran, z wielkim skupieniem odczytała wiadomość, która do niej przyszła.
- Za trochę trzeba się będzie zbierać - oznajmiła poważnie, ale zaraz na jej twarzy pojawił się leniwy uśmiech. - Ale to za trochę...
Przejęła od Xava skręta i z błogością opadła na leżak za sobą.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Sro Kwi 26, 2017 3:22 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sro Kwi 05, 2017 8:53 pm

Xavery'emu dawno nie było tak dobrze. Siedział na tarasie z Marlowe, wypalając skręta i czuł, że wszystko powoli zaczyna się nareszcie układać. Zwrócił zamglone spojrzenie na rozwaloną na leżaku obok rudą i podziwiał ogniste włosy opadające na blade, piegowate ramiona, rozchylone usta, przymknięte jasne oczy... piegi... ramiona...
Odbił się od barierki, podchodząc do dziewczyny i kucając obok. Poklepał się po kieszeniach spodni, znajdując niebieski długopis. Kontemplował go przez dłuższą chwilę, usilnie próbując sobie przypomnieć, skąd się tam znalazł. Poddał się, w głowie miał pustkę, liczyło się tu i teraz, Ava, nadciągająca impreza. Pstryknął długopisem, by pokazała się końcówka i pochylił się nad kuszącym ramieniem rudej, rysując krzywą minkę z uśmieszkiem.
- Łaskocze - zachichotała dziewczyna, nie protestując jednak za bardzo. Przyglądała się Xavowi z zainteresowaniem, skubiąc go po roztrzepanych bordowych włosach. Xavery złapał jej dłoń w swoje i począł się jej przyglądać, badając wystające kosteczki, smukłe palce, skórę naciągniętą niczym płótno na żywe, ciepłe ciało. Uśmiechnął się i musnął ustami tę piękną rękę, dotyk warg tak delikatny, że łatwo mogący zostać przeoczonym. - Głodny - rzekł, tymczasowo niezdolny do budowania bardziej skomplikowanych zdań. Ava wzięła ostatniego bucha i pokiwała głową, widocznie również odczuwając dokuczające gastro.
Weszli do środka i Bruke'a uderzyła biel i biel. Dom Marlowe był jasny i przestronny, a ten minimalizm spodobał się chłopakowi od pierwszego wejrzenia. Ostatnio zaczął doceniać wszystkie domy, w których przebywał, ponieważ swoim nie miał nawet co się chwalić. Usiadł przy wyspie kuchennej, podczas gdy ruda sprawdziła zawartość lodówki.
- Mam jajecznicę ze śniadania - zawołała, choć Xav był tuż obok. Zaburczało mu w brzuszku.
- Zjadłbym nawet świnię z kopytami.
- To był koń, w tym powiedzeniu - wstawiła jedzonko do mikrofalówki, nie kwapiąc się przerzucaniem go na mniejsze talerze.
- A jeden chuj.
- Jedna świnia. Albo koń - pochyliła się ku niemu, opierając łokcie o blat i uśmiechając się delikatnie. Odgarnęła mu dłonią włosy do tyłu, palcem drugiej przejeżdżając po bladej bliźnie przecinającej jego skroń. - Co ci się stało?
Xavery zastanawiał się przez sekundę, czy Ava pyta o historię blizny, czy o to, co przydarzyło mu się przez ostatni rok. Ani na jedno, ani na drugie nie miał ochoty odpowiadać.
- Wypadek przy pracy. - Wściekły pijany klient i pusta szklana butelka, wciśnięta wcześniej w kąt pokoju, rozbita na jego głowie; ból i otępienie, a potem kolejne uderzenie w twarz, tym razem pięścią, tak że głowa odskakuje na bok. Limo nie chciało zejść przez kolejny tydzień.
Marlowe nie pytała więcej, choć zerkała na niego z pytaniem w oczach. Usiadła obok, stawiając miskę z jajecznicą. Jeden z dwóch widelców podała Bruke'owi. Wpieprzyli jajecznicę do czystej miski, którą ruda zdążyła jeszcze umyć. Xav tymczasem obserwował jej plecy i przypominał sobie, jak podczas jednej z ich ostatnich rozmów na dachu nie potraktował jej zbyt miło. Uciekł wtedy przed jej pytaniami, ciągnąc za sobą Ethel, której później zwierzał się w damskim ze swojej historii życia, podczas gdy ona zmywała mu z czoła wielkiego czarnego kutasa namalowanego przez Gary'ego i jego byłego.
Poczuł się nieswojo, jak to zazwyczaj się działo przy Marlowe. Zerknął na zegar wiszący na ścianie i wskazał na niego również dziewczynie.
- Powinniśmy się zbierać - orzekł. Ava pokiwała głową.
- Masz kasę na autobus?
- Tak - wziął na imprezę trochę większą sumę schowaną w skarpetce, na wypadek gdyby miał spotkać miłego dilera. Przetoczyli się do wieszaków, Xav zawiązał (krzywo) buty i włożył kurtkę, po czym stanął przy drzwiach czekając na Avę. Włożył białą bluzę z czarnymi akcentami i długim rękawem oraz sprane dżinsy po przejściach. Myślał, by ubrać jakiś T-shirt, a na nadgarstek włożyć pieszczochę, ale bał się, że w toku imprezy mógłby ją zgubić. To jeszcze nie była odpowiednia pora na nagie przedramiona.
Dotarcie na przystanek autobusowy w przeciągu dziesięciu minut, podczas których szli ramię w ramię, Xav z telefonem w dłoni i śmiali się głośno, za głośno, przeglądając razem memy z Pepe. Na przystanku prócz trzęsącej się staruszki nie było nikogo. Bus podjechał pod ich nosy spóźniony dwie minuty. Kierowca sprzedał im bilety, choć z obawą patrzył, jak oboje bujają się na boki z nieprzytomnymi spojrzeniami. Zajęli dwa wolne miejsca przy oknie, na miejscu obok zmaterializowała się babcia z przystanku. Jakiś młody gostek słuchał rapsów przez nauszne słuchawki.
- Ava, jak to jest mieć okres? - wyskoczył jak Filip z konopi. Dziewczyna wzięła pytanie wyjątkowo poważnie, na serio się nad nim zastanawiając.
- Wiesz, to indywidualna sprawa. Ale to nie jest nic przyjemnego. Jedyne czego wtedy chcesz to schować się pod kołdrą z kubkiem kakao i umrzeć.
- Lepsze to niż ciąża. Albo menopauza - powiedział. Babcia zgromiła ich wzrokiem. Zachichotali oboje, po czym ruda wyjęła telefon i powiedziała, że pokaże mu fajny filmik na YouTube o miesiączkowaniu właśnie. Wysiadł z autobusu bogatszy w nową wiedzę o kobietach.
Musieli przejść kawałek, by dostać się do klubu. Neonowy napis głosił "Pryzm". Marlowe odczytywała właśnie odebranego od Jonathana esemesa z odpowiedzią na pytanie, kiedy będą.
- Pisze że za piętnaście minut - poinformowała. Xav pokiwał głową, po czym złapał ją za nadgarstek i pociągnął w stronę drzwi.
- Możemy zacząć kłaść fundamenty przy barze, co ty na to? - mrugnął do niej. Przytaknęła ochoczo.
Noc była jeszcze młoda, więc klub świecił pustkami. Pojedyncze osoby okupywały kanapy i stołki barowe. W tle leciała muzyka z tych wolniejszych. Xavery'emu skojarzyło się to z ciszą przed burzą grzmiącą basem, opływającą w alkohol i dragi. Chłopak czuł, że wypalony skręt powoli przestaje mieszać mu w głowie, Ava odczuwała chyba to samo, więc czym prędzej usiedli i zamówili najmocniejsze i najtańsze drinki, jakie mieli. Popijając dyskutowali o zmianach w szkole, ruda napomknęła coś o młodszym bracie i nowym partnerze swojej matki. Zamówili kolejne drinki, które wypili równie szybko. Humor powrócił,a Xav wziął dziewczynę za rękę i wyprowadził ją na środek neonowego parkietu. Muzyka idealnie nadająca się do wolnego podziałała na nastrój między dwójką. Marlove zarzuciła mu ręce na szyję, pozwalają się objąć w talii. Bujali się w rytmie utworu, nie pozwalając sobie na gwałtowniesze ruchy - wciąż byli upaleni i lekko nawaleni, a chcieli uniknąć kontuzji jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. To byłoby bardziej w stylu Zane'a.
Właśnie w takich okolicznościach - splecionych w uścisku i patrzących sobie w oczy - spotkali ich Ann i Nathan, którzy zatrzymali się z boku, obserwując całą scenkę. Bruke spostrzegł ich długo po tym jak weszli. Oderwał się od Avy, która również zauważyła swoje kuzynostwo i podeszli do nich, uśmiechając się z delikatnym zawstydzeniem.
- To co, pijemy? - zadał podstawowe pytanie zamiast powitania.
- Jasna sprawa - odparł z zadowoleniem Jon. Rozejrzał się. - Gary jeszcze nie dotarł?
- Przyjedzie po pracy. - Ava zerknęła na czas w telefonie. - Powinien być za jakąś godzinę.
- Ja bym na jego miejscu się nie pchała w tym stanie do roboty - mruknęła cicho Annys. Xav i Ava spojrzeli na nią pytająco, a Nathan parsknął pod nosem.
- Wyjebał się z roweru - wyjaśnił blondyn. - Nieźle nas wystraszył. Jest cały poobijany.
- Mówiłem wam - masochista - zaśmiał się Xav. - Powinniśmy założyć fanpage "Typowy Zane" na fejsie. To byłby hit.
Już przy barze zaczęli dyskutować na temat Gary'ego i jego zdolności do robienia sobie krzywdy. Od kielicha do kielicha Xavery dowiedział się od Jonathana, że mieszkają z dziadkiem, a na pytanie o rodzinę wymijająco odpowiedział, że mieszka sam. Zdążył już zauważyć, że bliźnięta wyczuwają, kiedy dalej o nic nie pytać, więc zmienili temat na dyrektora, którego Xav z nieukrywaną satysfakcją określił "łysym chujem". Tylko Ava zerkała na niego z ukrywanym niepokojem.
W międzyczasie do klubu zaczęli napływać imprezowicze, zalewając tłum i już niedługo parkiet. Xav zauważył krążącą między grupkami postać w czarnej bluzie i wstał od stołu, mówiąc że zaraz wraca. Zanim zdążył odejść Marlowe złapała go za ramię.
- W porządku? - spytała tylko. Uśmiechnął się uspokajająco.
- Jasna sprawa. Pogadamy o wszystkim później, dobra?
Pokiwała głową, wracając do rozmowy z kuzynostwem.
Złapał dilera między ludźmi, wskazując na wyjście na zewnątrz w ustronniejsze miejsce. Facet o niezbyt przyjemnej gębie pokiwał głową i poszedł w stronę drzwi. Nocne powietrze otrzeźwiło umysł Bruke'a.
- Co masz?
- A czego chcesz?
- Dropsy.
Diler podał cenę, na której wysokość Xav zmarszczył brwi, ale wyjął pieniądze i odebrał plastikowe opakowanie z trzema okrągłymi tabletkami, przypominającymi trochę pudrowe cukierki. Wszedł ponownie do budynku, w którym podkręcono już bas i ludzie nieśmiało zaczynali bujać się w rytm muzyki. Udał się do toalety, jeszcze względnie czystej i połknął tabletkę, popijając kranówą (obrzydliwa). Przejrzał się w lustrze i przypomniał sobie słowa Zane'a. "Musimy coś zrobić z..  tym".
- Nie jest tak źle - skłamał, umył dłonie i wyszedł na spotkanie z tłumem.
Dopadło go dziesięć minut później.
Gdy się jako tako ocknął, stał przy barze, a obok niego siedział nieznajomy chłopak, miły dla oka. Uśmiechał się do Xavery'ego i chyba o coś go pytał, ale on nie miał nawet pojęcia, jak tu wylądował. Czego oni tam kurwa dodali?, przeszło mu przez myśl. Bolała go szczęka, nie mógł usiedzieć na miejscu. Rozsadzała go energia.
Niewiele myśląc złapał obcego chłopaka za głowę i przyciągnął go do bezmyślnego, mokrego pocałunku. Najpierw zszokowany nieznajomy zaczął ochoczo odpowiadać, ale wtedy Bruke'a coś dźgnęło w tył głowy, natręrne wspomnienia, dłonie na jego karku i myślał nie nie nie nie
Oderwał się od ust chłopaka gwałtownie, nieco zadyszany i czerwony.
- Wybacz, znajomi... - powiedział jedynie i poderwał się z stołka barowego, zanim tamten zdążył zaprotestować. W tłumie bawiących się ludzi dostrzegł Jona, który najwidoczniej był świadkiem całej sytuacji. Chwiał się już trochę, a spojrzenie miał rozbiegane.
- Jesteś gejem? - spytał, a raczej wrzasnął niesubtelnie, co sprawiło, że Xav uniósł wyżej brwi. Zrobił gest głową, jakby miał zaprzeczyć, lecz wtedy czyjaś dłoń rąbnęła go w plecy z takim impetem, że poleciał do przodu i gdyby nie refleks Nathana, to zaliczyłby randkę z parkietem.
- Oczywiście, że jest! - odwrzasnął Gary, który w neonowym świetle wydawał się bardziej poobijany niż zwykle. - Nathan, idziemy pić. Ty też, pedale. Mamy kilka głębszych do nadrobienia.
Dostali się do baru i zamówili po shocie. Z tempem picia Zane'a Xav bał się o kolejny blackout, ale nie protestował. Zamiast tego przyjrzał się jego zdartym dłoniom i skrzywił się, po czym na raz obalił kielona.
- Wyglądasz jak gówno - stwierdził, odstawiając na blat puste szkło. Dopiero teraz zauważył, że ręce mu się trzęsą jak u paralityka.
- Kurwa, stary, cożeś ty brał?
- Ecstasy. Gówniane. Dilerzy w Bristolu zeszli na psy.


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Pią Kwi 14, 2017 9:58 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pią Kwi 07, 2017 2:41 pm

Harper
Annys i Jonathan

- Dasz się na tym przejechać? - po pół godzinie rowerowej wycieczki padło wreszcie pytanie, którego bliźnięta się spodziewały. Gary zastał ich pompujących koła w miejskim rowerze Ann w kolorze mięty i jego szczególną uwagę zwróciły pedały SPD w sportowym rowerze Jonathana. Zaczął go zasypywać pytaniami.
- Nie, nie jeżdżę jakoś specjalnie dla sportu.
- W Szkocji lubiliśmy długie wycieczki rowerowe we dwójkę.
- Próbowałem ćwiczyć łydki do parkouru.
- Tak, uprawialiśmy go oboje.
- To za duże słowo.
- Właściwie troszkę próbowaliśmy się w to bawić. Nathan tylko próbował być lepszy ode mnie.
- I jestem lepszy.
- Nie, nie jesteś.

Bliźniaki często swoimi przekomarzankami zapewniały rozrywkę dla otoczenia, ale dbały o komfort osób im towarzyszących, więc wciągnęły Gary'ego w rozmowę przypominającą swoisty double dutch.
- A wiesz, jak na tym jeździć? - spytał Nathan nonszalancko przedłużając głoski i kładąc na nie typowo szkocki akcent.
- Już się tak nie wymądrzaj. Pokażesz mi w razie potrzeby - odparował chłopak. Całą trójką zatrzymali się na ulicy wywołując trąbienie jakiegoś furiata za nimi. Annys wyjęła telefon i zaczęła na nim beznamiętnie coś przeglądać słuchając jednym uchem, jak jej brat wyjaśnia Zane'owi ogólną zasadę korzystania z pedałów SPD. Skupiła się na ich dwójce dopiero, gdy brunet wsiadł na rower Nathana.
- To na pewno dobry pomysł? - spytała - może nie na asfalcie?
- Jesteście do bólu poprawni.
- Raczej nie chce nam się zbierać ciebie z ulicy - odparowała Annys ukazując w uśmiechu rząd równych zębów zaburzony krzywą trójką z jednej strony.
- I nie będziecie musieli. Jonny, wiesz jak korzystać z mojego roweru? - Gary sparodiował nonszalancję Nathana. Bliźniak posłał mu uśmiech identyczny jak ten siostry opierając nogę na jednym z pedałów w jego rowerze.
- Dawaj, chcę to zobaczyć - zachęcił go puszczając przytyk mimo uszu.
Gary ruszył bez wahania i całkiem zgrabnie się wpiął w pedały.
- Wolałem swój rower - skwitował Nathan po dłuższej chwili pedałowania.
- Ja też wolałem swój - odparował Gary - na dłuższą metę to nie wydaje się za wygodne.
- Da się przyzwyczaić - odparł blondyn. Po chwili namysłu wyprzedził towarzyszącą mu dwójkę i spróbował stanąć na jednym kole.
- Co to było? - zaśmiała się Ann omijając brata w ostatniej chwili.
- A co, ty niby potrafisz?
- Koledzy pokazywali mi w skateparku.
- Koledzy.
- Och, daj spokój.
Gary chyba wyczuł pewne spięcie między rodzeństwem, gdyż się wtrącił.
- Nathan, zupełnie nie zwróciłeś uwagi na równowagę. Patrz.
- Gary - odezwała się Ann ostrzegawczo. Cechowała ją uprzejma czujność, która kazała jej brać pod uwagę różne niebezpieczne sytuacje. Ktoś w ich dwójce musiał.
Zgodnie z jej przewidywaniami, sytuacja okazała się być kontuzjogenna. Zane źle obliczył ciężar roweru Harpera, przez co niezbyt wyszło mu utrzymanie równowagi na jednym kole. Normalnie stanąłby na nogach, jednak tutaj wypinane pedały mu to uniemożliwiły, posyłając go efektownie na asfalt.
- Ło! Pięknie! - zaśmiał się blondyn, szybko jednak zbladł widząc, że nawierzchnia podziałała na chłopaka jak tarka na ser. Niby na stołówce sobie żartował z obrzydzenia krwią, ale w rzeczywistości sam nie miał mocnych nerwów - zwłaszcza, gdy coś stało się mu, lub co gorsza jego siostrze.
- Bardzo boli? - Ann w jednej chwili zmaterializowała się przy chłopaku wypinając mu nogi z pedałów.
- Jest okey - wymamrotał Zane podnosząc się do pozycji siedzącej. Bliźniakom ukazała się jego koszulka na plecach malowniczo poplamiona czerwienią.
- Musimy to opatrzyć - zarządziła dziewczyna odciągając od niego rower. Nathan podał Gary'emu rękę pomagając mu wstać.
- Dajcie spokój, prawie nie czuć - Zane wydawał się mówić całkiem poważnie.
- Już słyszeliśmy, że jesteś masochistą, ale...
- Och, przestańcie - burknął Zane wsiadając na swój rower - jedziecie dalej?
Bliźnięta wymieniły między sobą zdezorientowane spojrzenia.
- Tylko się nie podniecaj - poprosił Jonathan sięgając po swój rower, na co jego siostra wydała dźwięk pomiędzy parsknięciem śmiechem, a obrzydzeniem.
***

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sob Maj 06, 2017 1:38 am

Harper
Annys i Jonathan

- Dasz się na tym przejechać? - po pół godzinie rowerowej wycieczki padło wreszcie pytanie, którego bliźnięta się spodziewały. Gary zastał ich pompujących koła w miejskim rowerze Ann w kolorze mięty i jego szczególną uwagę zwróciły pedały SPD w sportowym rowerze Jonathana. Zaczął go zasypywać pytaniami.
- Nie, nie jeżdżę jakoś specjalnie dla sportu.
- W Szkocji lubiliśmy długie wycieczki rowerowe we dwójkę.
- Próbowałem ćwiczyć łydki do parkouru.
- Tak, uprawialiśmy go oboje.
- To za duże słowo.
- Właściwie troszkę próbowaliśmy się w to bawić. Nathan tylko próbował być lepszy ode mnie.
- I jestem lepszy.
- Nie, nie jesteś.

Bliźniaki często swoimi przekomarzankami zapewniały rozrywkę dla otoczenia, ale dbały o komfort osób im towarzyszących, więc wciągnęły Gary'ego w rozmowę przypominającą swoisty double dutch.
- A wiesz, jak na tym jeździć? - spytał Nathan nonszalancko przedłużając głoski i kładąc na nie typowo szkocki akcent.
- Już się tak nie wymądrzaj. Pokażesz mi w razie potrzeby - odparował chłopak. Całą trójką zatrzymali się na ulicy wywołując trąbienie jakiegoś furiata za nimi. Annys wyjęła telefon i zaczęła na nim beznamiętnie coś przeglądać słuchając jednym uchem, jak jej brat wyjaśnia Zane'owi ogólną zasadę korzystania z pedałów SPD. Skupiła się na ich dwójce dopiero, gdy brunet wsiadł na rower Nathana.
- To na pewno dobry pomysł? - spytała - może nie na asfalcie?
- Jesteście do bólu poprawni.
- Raczej nie chce nam się zbierać ciebie z ulicy - odparowała Annys ukazując w uśmiechu rząd równych zębów zaburzony krzywą trójką z jednej strony.
- I nie będziecie musieli. Jonny, wiesz jak korzystać z mojego roweru? - Gary sparodiował nonszalancję Nathana. Bliźniak posłał mu uśmiech identyczny jak ten siostry opierając nogę na jednym z pedałów w jego rowerze.
- Dawaj, chcę to zobaczyć - zachęcił go puszczając przytyk mimo uszu.
Gary ruszył bez wahania i całkiem zgrabnie się wpiął w pedały.
- Wolałem swój rower - skwitował Nathan po dłuższej chwili pedałowania.
- Ja też wolałem swój - odparował Gary - na dłuższą metę to nie wydaje się za wygodne.
- Da się przyzwyczaić - odparł blondyn. Po chwili namysłu wyprzedził towarzyszącą mu dwójkę i spróbował stanąć na jednym kole.
- Co to było? - zaśmiała się Ann omijając brata w ostatniej chwili.
- A co, ty niby potrafisz?
- Koledzy pokazywali mi w skateparku.
- Koledzy.
- Och, daj spokój.
Gary chyba wyczuł pewne spięcie między rodzeństwem, gdyż się wtrącił.
- Nathan, zupełnie nie zwróciłeś uwagi na równowagę. Patrz.
- Gary - odezwała się Ann ostrzegawczo. Cechowała ją uprzejma czujność, która kazała jej brać pod uwagę różne niebezpieczne sytuacje. Ktoś w ich dwójce musiał.
Zgodnie z jej przewidywaniami, sytuacja okazała się być kontuzjogenna. Zane źle obliczył ciężar roweru Harpera, przez co niezbyt wyszło mu utrzymanie równowagi na jednym kole. Normalnie stanąłby na nogach, jednak tutaj wypinane pedały mu to uniemożliwiły, posyłając go efektownie na asfalt.
- Ło! Pięknie! - zaśmiał się blondyn, szybko jednak zbladł widząc, że nawierzchnia podziałała na chłopaka jak tarka na ser. Niby na stołówce sobie żartował z obrzydzenia krwią, ale w rzeczywistości sam nie miał mocnych nerwów - zwłaszcza, gdy coś stało się mu, lub co gorsza jego siostrze.
- Bardzo boli? - Ann w jednej chwili zmaterializowała się przy chłopaku wypinając mu nogi z pedałów.
- Jest okey - wymamrotał Zane podnosząc się do pozycji siedzącej. Bliźniakom ukazała się jego koszulka na plecach malowniczo poplamiona czerwienią.
- Musimy to opatrzyć - zarządziła dziewczyna odciągając od niego rower. Nathan podał Gary'emu rękę pomagając mu wstać.
- Dajcie spokój, prawie nie czuć - Zane wydawał się mówić całkiem poważnie.
- Już słyszeliśmy, że jesteś masochistą, ale...
- Och, przestańcie - burknął Zane wsiadając na swój rower - jedziecie dalej?
Bliźnięta wymieniły między sobą zdezorientowane spojrzenia.
- Tylko się nie podniecaj - poprosił Jonathan sięgając po swój rower, na co jego siostra wydała dźwięk pomiędzy parsknięciem śmiechem, a obrzydzeniem.
***

- Spóźniliśmy się - Nathan stwierdził fakt bezbarwnym tonem głosu. Nie chciał się denerwować więcej na siostrę, która przebrała chyba całą szafę w poszukiwaniu tego jedynego ciucha.
- Półgodzinne spóźnienie jest w dobrym tonie - odparła dziarsko Ann obciągając w dół biały, krótki top. Miała do niego pasującą spódniczkę i wysoko ściągnięty kucyk.
- Chyba w pierdolonej Holandii -
odparł bliźniak przepychając się prosto przez obściskującą się parę. Dziewczyna obok niego zaczęła rzygać. Chyba była naćpana. A wcale nie było tak późno.
- Może tu jest jak w Holandii - zauważyła słodko Ann. Wpadli w tłum tańczących również podrygując do rytmu. Jonathan wypatrzył ich nowych znajomych przy barze.
- Tam są - stwierdził, łapiąc siostrę za łokieć. Ann zgrabnie się wyswobodziła.
- Potańczę.
- Będę miał na ciebie oko.
- Dobrze mamo.
Rozdzielili się zaśmiewając się z sobie tylko znanego żartu.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sro Maj 10, 2017 8:26 pm


Koziołkowanie z rowerem to nic przyjemnego - tego się dziś dowiedział Gary Zane na przejażdżce z nowymi towarzyszami. I tak miał szczęście, że niczego nie połamał, bo gruchnął o asfalt z niezłym impetem. Będąc wpiętym do tej prędkiej bestii i lecąc w powietrzu, utwierdził się w przekonaniu, iż nigdy nie spróbuje zjechać na nartach (w pozytywnych rozmyślaniach o przyszłości zakładał swój stan majątku na wystarczający, aby pokryć koszta wyjazdu w góry). Kiedy wyobraził sobie, jak toczy się w dół zbocza, z tymi dwiema deskami przyczepionymi do stóp, zdjęła go trwoga. Nie wierzył w to całe gadanie zapaleńców sportów zimowych pod tytułem "wypną się". Z jego szczęściem by się nie wypięły.
Annys wciąż podjeżdżała do niego, by upewnić się, że dobrze się czuł. Za każdym razem odpowiadał "bywało gorzej" - bo bywało. I to o wiele gorzej. Choćby te wakacje parę lat temu, gdy rąbnął w drzewo, zjeżdżając ze skarpy. Złamał wtedy łopatkę, ale ukochana adrenalina nie pozwalała mu poczuć od razu skutków zderzenia. Za to towarszyszący mu wtedy kolega mało nie zemdlał. Gary musiał sam dzwonić po karetkę, która potem zabrała też i jego, bo chłopak nie wytrzymał stresu.
Teraz najbardziej rozpaczał z powodu zniszczonej koszulki. Myślał, że ranę zostawi bez opatrunku, by szybciej zakrzepła, ale gdy ból zaczął do niego docierać, zauważył, jak ze zdarcia wydziela się surowica - nie zapowiadało to prędkiego gojenia. Dodatkowo kiedy się przyjrzał, zauważył drobne kamyczki i inne brudy, które wdarły się pod naskórek. Mógł się ich pozbyć jedynie szorując się pumeksem i na samą myśl o tym skrzywił się kwaśno.
Mimo nalegań bliźniąt, by wracał prosto do siebie, odprowadził ich pod sam dom. Odjechali na tyle daleko, że obawiał się, czy trafiliby sami z powrotem; w końcu byli nowi w tym mieście.
Wchodząc na ganek i stawiając stopę na środkowym stopniu, jak zwykle pomyślał o latach sprzed remontu, kiedy w stopniu ziała dziura i wszystkich musiał przed nią ostrzegać. Teraz bez wahania stanął na schodku. Przywykł już do widoku pięknego, zadbanego ogródka, który teraz kwitł i pachniał ziołami. Do domu szło się przez ścieżkę, już nie wydeptaną w trawie, a stworzoną z nierównych kamieni. Posadzili krzaki przy samym chodniku, a pod barierkami niewysokie rośliny wśród leżących głazów. Ziemię zaś przysypali korą.
- Jestem! - zawołał głośno, wszedłszy do środka wraz z rowerem.
Ze schodów dobiegł go dziwny mruk. Zmarszczył brwi, opierając dwukołowca o ścianę. Zastał ojca siedziącego na spoczniku. Nie po prostu siedzącego, a ze zwieszoną głową i rozbitymi okularami w dłoniach. Gary miał już pytać, czując, jak serce zaczyna szybciej mu bić, czy go zwolnili, ale wtedy Feliks podniósł wzrok i oczom jego syna ukazała się obita twarz i krwawiący nos. Dopiero w tamtym momencie chłopak zwrócił uwagę na zdarte kostki mężczyzny i złość dogasającą w ciemnych oczach. Bez słowa poszedł do łazienki, zabrał ręcznik, w kuchni wrzucił do niego lód i wziął drugą ścierkę, którą zmoczył ciepłą wodą. Zabrał od ojca okulary, odłożył je na stolik i począł ścierać krew z jego dłoni i twarzy, podczas gdy tamten przykładał sobie zimny okład do policzka. Średni Zane czekał cierpliwie na wytłumaczenie. Nigdy nie widział go w takim stanie, co mówiło się dość zabawnie o byłym alkoholiku.
- Nie straciłem pracy - powiedział najpierw.
- To dobrze.
- Jest u nas taki typ. Nikt go nie lubi.
- Ten sam, co ci ostatnio wylał kawę na marynarkę?
- Ta. Zaczął mówić o tym, że ludzie tacy jak ja nie powinni tu pracować. Swoją opinię poparł argumentami, że moja rodzina jest patologiczna, syn to kryminalista, żona musiała uciekać od męża alkoholika, ratując młodsze dziecko. - Początkowo mówił spokojnie, ale z każdym kolejnym słowem zaciskał coraz mocniej pięści. - No to się wkurwiłem no.
Gary uśmiechnął się półgębkiem.
- Zlałeś go przy wszystkich?
- Nooo... Nie nazwałbym może tego "zlaniem"... Ale na zewnątrz. Dlatego szef powiedział, że nie ma sprawy. Ucieszył się, że ktoś mu w końcu przyłożył.
- I dobrze. Skąd on w ogóle tyle o nas wie?
- Mam wrażenie, że już całe miasto zna naszą sytuację... - Felix westchnął ciężko i zerknął na zegarek. - A tobie co się dziś przydarzyło?
- Wywrotka na szosówce.
Delikatnie przytknął szmatkę do swojej ręki. Wystarczyło, by syknął. Przemył się w łazience, a potem poszedł znów do kuchni i z lodówki wyjął spray odkażający. Spryskał to, co zdołał sięgnąć i zwrócił się po pomoc do ojca, który początkowo użył płynu wszędzie wokół, tylko nie na ranę. Ponieważ osocze nadal się sączyło, Gary pociął, a Felix nakleił opatrunek.
- To była fajna koszulka - stwierdził smutno ojciec.
- Ano była...
Chłopak pobiegł na górę przebrać się w dresy i żonobijkę - w takim zestawie najlepiej mu się pracowało, bo na to zarzucał jeszcze żółtą koszulkę od pracodawcy. "Coby nikt cię za złodzieja nie wziął" rzekomo.
Na miejsce przyjechał spóźniony o dwadzieścia minut, co nigdy mu się nie zdarzało. Ruszył natychmiast na tyły budynku do magazynu. Szef już tam czekał i na powitanie klepnął go w plecy, wywołując falę bólu. Gary zdusił w sobie nieuprzejmy komentarz. Choć lubił faceta, to nie miał on za grosz wyczucia.
- Już myślałem, że mnie do wiatru wystawiłeś.
- Przecież obiecałem, że będę.
- No, ale chłopaki wcześniej też mi obiecywali. A potem "chrzciny, szefie!". "Teściowa kopnęła w kalendarz, szefie. Świętować będę!" i tyle z nich pożytku mam.
- Tak. Cóż, ja się wywiązuję z obietnic.
- I za to cię, chłopie, wielbię. Dobra, chodź. Pudła same się nie wypakują.
Rzucił mu kamizelkę i poszedł do swojego gabineciku, zaś Zane począł w samotności przenosić ciężkie pudła z ciężarówki do magazynu, a potem kolejne z magazynu do ciężarówki. Szło mozolnie i ciężko. Już po jednej trzeciej roboty musiał zrobić sobie przerwę. Siadł na jednej ze skrzyń i odpalił papierosa o smaku owoców leśnych. Poza oczywistym zmęczeniem związanym z wysiłkiem mięśni, odczuwał bóle lewej ręki - tej, którą nie tak dawno złamał i w której kości promieniowej tkwiły wciąż śruby. Dodatkowo opatrunki zupełnie przesiąkły już krwią.
Starając się nie dopatrywać zbyt wiele w pobolewającej kończynie, powędrował myślami do ojca. Choć początkowo rozbawiła go wizja Felixa w bijatyce i zrobiło mu się miło na myśl, jak wstawił się za nimi wszystkimi, to zdał sobie sprawę, że niekorzystnie mogło to później wpłynąć na ich ewentualną rozprawę o opiekę nad Russellem. Cholera, może nawet i ze spadkiem. Nie znał się wcale na prawie i niewiele z niego rozumiał. Cieszył się jedynie, że "rodzinka" przestała ich nachodzić. Nie oznaczało to oczywiście korzystnego dla nich wyroku, a raczej przeciwnie. Na szczęście niedługo ta sprawa przynajmniej dobiegnie końca.
Martwiło go to, jak obaj żyli z dnia na dzień, zaprzątając sobie głowę wszystkim, byle nie myśleć o tych poważnych sprawach. Sądząc po wybuchu ojca, nie znosił tego dobrze, a Gary też z dnia na dzień czuł się coraz bardziej zmęczony takim trybem życia. Usiłował być silny, skupiać się na szkole i pracy, próbował poprawiać humor narkotykami i alkoholem, towarzystwem, ale w rzeczywistości to były kolejne spychacze. Potrafił się naprawdę zrelaksować tylko przy MJ, a i to coraz rzadziej, bo musiał ją okłamywać nie raz, by nie przyszło jej do głowy pójść za nim na jakąś imprezę. Wiedział też, że ona również nie dzieliła się z nim wszystkim; o pewnych incydentach dowiadywał się z kolegi na kolegę i nie potrafił z niej wydusić, dlaczego tak się zachowywała.
Odetchnął głęboko, zgasił peta i wrócił do roboty, zaciskając zęby, gdy ból przeszywał znów jego rękę. Skończywszy, padł wycieńczony na ziemię i zdarł z siebie żółtą kamizelkę. Szef podszedł, wcisnął mu pieniądze do ręki i podziękował, po czym wrócił z powrotem do budynku. Chłopak schował zapłatę głęboko do kieszeni i wolnym tempem dojechał do domu, ale zamiast wejść do środka, skierował się od razu do sąsiadki, Katherine. Tak jak się spodziewał, zastał tam ojca. Siedział w kuchni, a przed nim stał pusty już talerz. Na stole stygł makaron z warzywami.
- Chcesz się poczęstować, Gary? - zapytała kobieta, uśmiechając się uprzejmie.
- Gary przyszedł?!
Do pomieszczenia wbiegł mały Mike, by zbić z nim żółwika.
- Kiedy pogramy w kosza?
- Mike! - syknęła na niego matka. - Rozmawialiśmy o tym. Gary jest zajęty.
- W porządku, Kat. Obiecywałem mu. Niedługo zagramy - zapewnił go.
Tuż po jego słowach rozległo się głośne burczenie, na które wszyscy się roześmiali.
- Nawet ja to słyszałam. Siadaj, zjedz.
Lekko zażenowany chłopak usiadł po prawicy ojca. Danie było lekko przesolone, a warzywa niedogotowane, ale nic takiego oczywiście kucharce nie powiedział. Zamiast tego pochwalił ją żarliwie i starał się zabawiać rozmową o pracy i szkole i znajomych. Skończywszy ten bardzo późny obiad, podziękował i wyszedł, a z każdym kolejnym stawianym krokiem czuł, jak opuszczają go resztki energii i humoru. Padł u siebie na łóżko i po dłuższej chwili wpatrywania się bezmyślnie w sufit i przyklejone do niego ledwo już świecące gwiazdki, zadzwonił do Avy. Słuchając sygnału połączenia, szeptał najciszej jak umiał nadane przez niego i brata nazwy fluorescencyjnego plastiku.
Nagle z głośnika huknęła muzyka i wśród okropnego hałasu wydarła się do niego ruda:
- HALO? GARY? GDZIE JESTEŚ?
- W domu. - Krzywiąc się, odsunął komórkę od ucha. - Nie dam rady dziś przyjść.
- CO? POWALIŁO CIĘ? BIERZ DUPĘ W TROKI I TU ZASUWAJ.
- Naprawdę nie czuję się, żeby-
- NIE PIERDOL.
Nim zdążył odpowiedzieć, rozłączyła się. Wbił wściekły wzrok w rozbity na pajęczą sieć ekran, tak jakby to on zawinił całej sytuacji. Kość wprawdzie przestała pulsować, ale wydawało się, że przy przypadkowym uderzeniu ból rozniesie się po całej ręce jak przy walnięciu w dzwon.
Niechętnie zwlókł się z łóżka i poszedł pod prysznic. Miał problemy, żeby nałożyć sobie nowy opatrunek, więc gdy tylko usłyszał trzask drzwi, zbiegł na dół w ręczniku i Felix mu w tym pomógł. Ubrał jakieś pierwsze lepsze spodnie (alleluja dziurawej modzie - przynajmniej nie musiał łatać rowerowych wpadek) i zwykły czarny t-shirt. Kasę wcisnął do sznurowanych butów za kostkę i był gotowy do wyjścia.

Wszedł w pijany, głośny i agresywny tłum, natychmiastowo żałując podjętej decyzji. Pisał do Avy i bliźniąt, gdzie się podziewali, ale żadne mu nie odpisało. Stwierdził więc, że łatwiej będzie mu wyszukać zakuty łeb Xava. Nie pomylił się - długo mu to nie zajęło, by dostrzec chłopaka przy barze, zwłaszcza w towarzystwie drugiego rudzielca. Gdy do nich podszedł, schlany duet rzucił mu się na szyję, wykrzykując rzeczy, z których rozumiał jedną trzecią. Starając się nie odepchnąć ich z irytacji, skamieniał, myśląc o litrach wódki, które mu będę potrzebne, aby to przeżyć. Wtedy Xavery szarpnął jego opatrunkiem i Gary odsunął się od nich ze wściekłym wyrazem twarzy, gotów zwyzywać jedno z nich. W porę zainterweniowały bliźnięta, podsuwając mu kieliszek jeden za drugim, zagadując kulturalnie o samopoczucie i pracę. Za którymś razem, gdy wizję miał już rozmazaną, to Bruke podał mu drinka.
Ostatnie co pamiętał, to dno szklanki.

Obudził go okropny huk i hałas. Gdy otworzył oczy, pierwsze co zrozumiał, to że siedział w aucie. Za zakurzoną kierownicą. Obok Annys trzymała stopy wysoko na desce rozdzielczej, a oparcie jej fotela przygniatało Avę, leżącą jak żaba na Xavie. Obok nich Nate ściskał nogi chłopaka, zaś swoje opierał o podłokietnik.
Gary wyjrzał przez okno i zobaczył pełno starych i/lub zniszczonych aut. Niedaleko wciąż grzmiały maszyny.
- O kurwa - wydukał, uświadamiając sobie, że trafili na złomowisko. Zaczął się szarpać, by wypiąć z pasów (na chuj je zapinał?) i potrząsnąć resztą. Robotę ułatwił sobie przypadkowym wciśnięciem klaksonu, na dźwięk którego wszyscy podskoczyli. Wystraszony Zane spojrzał w stronę hali, ale nikt nie szedł w ich stronę; najwyraźniej było tam za głośno. Pozostali szamotali się do normalnej pozycji.
Zane'owi udało się w końcu wyrwać pas z doku i mógł odwrócić się gwałtownie. Wycelował palec w rudego chuja.
- Co ty ruda kurwo dosypałeś-
Musiał przerwać, bo nagle go zemdliło. Szarpnął klamką, ale drzwi nie miały w planach się otwierać, więc zaczął wyczołgiwać się przez wybite okno. W końcu gruchnął o ziemię i zdążył odbiec kilka kroków, nim się shaftował.
- Nie żyjesz, Bruke - wydyszał ciężko.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Czw Cze 08, 2017 10:05 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Sob Cze 03, 2017 7:55 pm



Ubierz płaskie buty. Tylko ubierz płaskie buty... - powtarzała w myślach Ava, gdy szykowała się do wyjścia z Xavem.

Kilka godzin później stała na środku śliskiego parkietu w jedenastocentymetrowych koturnach. Ledwie trzymała się na nogach, czego nie ułatwiała wypalona wcześniej trawka ani wypite shoty. Mimo to Ava dzielnie się trzymała i kręciła tyłeczkiem w rytm muzyki dudniącej z głośników. Co jakiś czas chwytała się tańczącej obok Annys, by zupełnie nie stracić równowagi. Jednak w pewnym momencie coś poszło nie tak. Ramię Ann nagle znalazło się o kilkanaście centymetrów dalej niż było przed sekundą, a Ava zanurkowała pod pianę, w ostatniej chwili uczepiając się nadgarstka kuzynki.
- Uuups! - jej krzyk zginął wśród krzyków i muzyki.
Blondynka zareagowała niemal natychmiastowo, również zacisnęła dłoń na nadgarstku Marlowe i pomogła jej odzyskać pion. Ruda wynurzyła się z piany niczym pijana Afrodyta. Wzięła głęboki wdech i zaśmiała się perliście, Ann również się zaśmiała - podobnie jak kilku facetów obok nich - i wróciły do tańczenia. Tym razem jednak Ava wolała trzymać ręce bliżej kuzynki, na wypadek gdyby znów straciła śliski grunt pod nogami. Uwiesiła drugiej dziewczynie ręce na szyi, w takiej pozycji miała być bezpieczna przynajmniej na czas następnej piosenki. Widać facetom tańczącym w ich pobliżu bardzo spodobało się, że dziewczyny tak się zbliżyły w tańcu. Centymetry dzieliły ich ręce od talii dziewczyn, gdy z tłumu wynurzyli się ich chłopcy, niczym owieczki zagubione w lesie.
Z powagą zagrodzili żigolakom dostęp do Avy i Ann.
- Gdzie byliście? - spytała blondynka, jednak jej pytanie zostało zignorowane.
- Mamy coś dobrego - powiedział Xav a pozostali dwaj pokiwali twierdząco głowami.
- Chodźcie, chodźcie... - ponaglał Gary.
I poszli całą piątką przez tłum spoconych ciał, przez las lepkich rąk, prosto do damskiej toalety. Na wejściu minęli rozchichotaną parkę. On nerwowo wkładał koszulę do spodni, ona chyba zgubiła swoje majtki, co starała się ukryć obciągając niżej króciutką spódniczkę. Dziwnie spojrzeli na piątkę Kumpli wchodzącą do jednej kabiny. Ava posłała im wyzywające spojrzenie, zamykając drzwi.
- Au, posuń się!
- Kurwa, Gary! Łokieć mi wbijasz!
- Gdzie, kurwa?!
Ruda odwróciła się do swoich towarzyszy i wywróciła oczami. Kiedy każdy już znalazł dogodną dla siebie pozycję i nikt nikogo nie przygniatał, Xav wyciągnął z kieszeni woreczek z białym proszkiem oraz telefon. Zamachał nią szczerząc się jak dzieciak, który wykradł z kuchni ciasteczka. Ava pokręciła głową, Ann strzeliła facepalma.
- I po to nas tutaj ściągnęliście?
- Tak! - odparła jednocześnie trójka chłopaków, po czym Xav przyłożył palec do ust.
Z miną naukowca przeprowadzającego bardzo ważne doświadczenie chemiczne, zaczął usypywać małe, białe ścieżki do raju na ekranie smartfona.
- Jedna dla mnie, jedna dla Garusia, jedna dla Jonathanka... - mruczał pod nosem rozdzielając proszek za pomocą karty zniżkowej na mrożony jogurt. - Ann, Ava, też chcecie?
Blondynka wzruszyła ramionami i popatrzyła znacząco na brata. Ruda natomiast przyłożyła palec do ust w wyrazie wielkiego zamyślenia. Można było niemal zobaczyć jak trybiki w jej głowie powoli się przekręcają.
- Troszeczkę - odpowiedziała w końcu.
Później cała czwórka ze skupieniem wróciła do przypatrywania się poczynaniom Xavery'ego. Cztery kreseczki, z czego jedna niemal o połowę mniejsza niż pozostałe, zalśniły bielą na czarnym ekranie. Ava wyciągnęła ze stanika banknot pięciofuntowy, zwinęła go w rulonik i podała przyjacielowi o wiśniowych włosach. Xav wciągnął pierwszy, później telefon powędrował zgodnie z ruchem wskazówek zegara do Gary'ego, który także dzielnie spełnił swoją powinność i przekazał urządzenie służące za tackę Avie. Dziewczyna przez chwilę wpatrywała się w proszek. Przed oczami mignęła jej podobna scena, mająca miejsce tygodnie wcześniej, w Delhi. Zamrugała oczami, przyłożyła rulonik z pięciofuntówki do nosa, pociągnęła, a potem telefon trafił w ręce bliźniaków. Jonathan wciągnął pół kreski, po czym podał zwinięty banknot Ann, by ta wciągnęła resztę. Pozostała trójka patrzyła na nich z konsternacją.
- To jest chore... Skarpetkami też się dzielą? - szepnął Xav do Avy a ta parsknęła śmiechem tak gwałtownie, że z nosa poleciała jej strużka krwi.
- Ja pierdolę - jęknęła, urywając kawałek papieru toaletowego, by zetrzeć nim krew.
Papier zakończył swój krwawy żywot w odpływie a cała piątku, po upewnieniu się, że już ze wszystkimi w porządku, ruszyła do dalszej zabawy. Byli w świetnych humorach. Biały proszek utrzymywał ich w gotowości, był jak życiodajna siła. Tęczówki zginęły w rozszerzonych źrenicach, ciała wiły się przy dźwiękach electro jakby właśnie dostali grupowego ataku padaczki. Tracili grunt pod stopami i kontakt z rzeczywistością.

Ostatnim co pamiętała Ava było wyjście z klubu w jeszcze ciemną noc. Uwiesiła się Gary'emu na ramieniu i coś mu opowiadała. Gorączkowo tłumaczyła jakieś zdarzenie, a on nie ogarniał o co jej chodziło. Chyba tłumaczyła swoje zniknięcie w ostatnie wakacje. Chyba przez moment, przez odurzeni narkotykami i upojenie alkoholem, przebiły się wyrzuty sumienia. Ale gdzieś w połowie zamilkła, a potem wszystko nagle się urwało.
* * *

Zza okien dochodził hałas, który Ava uporczywie starała się ignorować. Tak samo jak fakt, że coś ciężkiego przygniatało jej plecy sprawiając, że miała znaczne trudności z oddychaniem. To wszystko jednak nie było warte wysiłku takiego jak otwarcie oczu i rozeznanie się w sytuacji. Nataki wysiłek przyszła pora dopiero wówczas, gdy w pomieszczeniu - raczej dość małym - rozległ się dźwięk klaksonu. Ruda momentalnie szarpnęła się, czego zaraz pożałowała, bo z impetem przywaliła w rozłożone siedzenie przed nią i ponownie opadła na Xava. Dopiero za drugim podejściem poszło lepiej. Ava dźwignęła się ostrożniej przy akompaniamencie pojękiwań Xavery'ego. Światło raziło ją jakby lata spędziła pod ziemią, ale jakoś udało jej się wymacać klamkę i wypełznąć z samochodu. Jedyne czego teraz chciała, to wody. Niestety, w zamian dostała krzyki Zane, odgłosy zwracania ostatniej wieczerzy i kolejne krzyki tegoż samego osobnika.
- Kurwa... - wymamrotała, gdy w końcu udało jej się dźwignąć dźwignąć do pozycji stojącej, opierając się o dach samochodu. - Możesz sobie oszczędzić groźby z rana?
Uniosła zmęczony wzrok opuchniętych oczu na Zane'a, który również na nią patrzył. Miała poranną chrypkę i nie zdawała sobie sprawy, że aż tak zaschło jej w ustach.
- Właśnie! - dodał Xav, którego głos dobiegł ich przez wybite okno.
Gary prychnął i ruszył w stronę góry gratów. Ava pokręciła głową i wymacała telefon w tylnej kieszeni jeansów. Sprawdzała na mapie swoje położenie, które okazało się nie być aż tak tragiczne jak myślała. Ze środka starego Golfa powoli wyłoniła się cała reszta drużyny pierścienia, równie mocno zdziwiona miejscem w jakim się znaleźli.
- Czyj to był pomysł żeby tu przyjść? - spytał Nathan, wynurzający się z auta jak feniks z popiołów.
- Głodna jestem. Pójdziemy coś zjeść? - zawtórowała mu Ann, która również wydostała się właśnie z pieczary.
I tak wywiązała się rozmowa na temat skrawków wspomnień z ostatniej nocy oraz pragnień gastrycznych całej piątki, po czym wszyscy przystąpili do szukania najbliższego maka lub KFC na swoich smartfonach. Zwyciężyła Ava, dumnie unosząc w górę swój telefon i pokazując wszystkim adres.

Dłuższą chwilę później Ava siedziała po turecku na kanapie w McDonald's. Była bosa a jej buty leżały pod stołem razem z miniaturową torebką, której jakimś cudem nie zgubiła w klubie, gdy przestała kontrolować co robi. Przed nią leżała góra papierów, a obok na kanapie na wpół leżała Annys z telefonem w ręce.
Chłopcy poszli po większą ilość jedzenia, bo ta okazała się być niewystarczająca. Nie, kiedy przy stoliku siedział Gary.
- Co robisz? - Ava odwróciła głowę w stronę kuzynki.
Ta zaś odwróciła w stronę Avy swój telefon i pokazała jej zdjęcie piramidy papierków po cheeseburgerach.
- Snapa.
Ruda pokiwała głową. To był ten stan, kiedy nie trzeba było wielu słów. Właściwie słowa w tym stanie były zbędne, Ava chciała tylko zjeść jeszcze trochę frytek i zaszyć się pod kołdrą na resztę dnia. Oczami wyobraźni widziała jak włącza klimatyzator w pokoju, zasłania okna i kładzie się w łóżku z Lucyferem, który cicho mruczy, gdy głaszcze jego futerko. Wizja ta została niestety zakłócona przez tacę parujących hamburgerów postawioną nagle przed Marlowe.
- Jezu, ile ten człowiek potrafi zjeść?
Ava i Xav wbili spojrzenia w Jonathana, zza którego wyłonił się wyżej wspomniany z hamburgerem w dłoni, a na ich twarzach pojawił się tajemniczy uśmiech.
- To Gary.
- Przyzwyczaisz się.
Ava sięgnęła do tacy i zgarnęła z niej kanapkę póki nie wystygła lub - co gorsza - nie została zjedzona. W jej ślady ruszyli pozostali przy okazji wyciągając telefony. Zaczęli namiętnie stukać w ekrany, co jakiś czas rzucając uśmieszek lub krzywiąc się z niesmakiem.
- Właśnie nam się matma zaczyna - jęknął jeden z chłopaków.
- Co potem?
- Angielski - odpowiedziała beznamiętnie Ava, klikając zaraz w smsa od mamy. - Zamorduję cię. Rocky całą noc wył do księżyca, bo nie wygrzałaś mu łóżeczka i jeszcze obudził Tony'ego. Teraz mam takie wory pod oczami, że nie zakrył ich nawet ten twój super korektor. Pees, kup sobie nowy, zużyłam cały. - odczytała na głos i uniosła przerażony wzrok na kumpli.
- Poważnie cię zamorduje? - spytał Xav, a w jego głosie pobrzmiewała nutka grozy.
- Korektor mi zużyła! - jęknęła ruda. - Cały! A trzydzieści funtów wydałam.
Annys wyciągnęła rękę i złapała kuzynkę za nadgarstek łącząc się w bólu. Cała piątka uczciła zużyty korektor minutą ciszy, choć męska część paczki raczej zwyczajnie nie wiedziała co ma powiedzieć, więc postanowili również milczeć. Pierwszy odezwał się Jonathan:
- To co idziemy? - Dziewczyny wbiły w niego pytające spojrzenia, więc dodał: - Na lekcje?
Ann uniosła ręce w obronnym geście.
- O nie! Ja potrzebuję wziąć prysznic - niemal krzyknęła, a w jej ślady poszła Ava.
- Muszę się przebrać, nie dam rady w tych butach - ostentacyjnie uniosła stopę z małym bąblem na pięcie.
Chłopcy westchnęli.
- Wywalą nas - mruknął Gary. - Przynajmniej mnie, tyle już opuściłem w tym semestrze...
- Easy - weszła mu w słowo ruda. - Mieszkam po drodze, więc możemy się ogarnąć u mnie. Pasi?
- Dobra.
Papierki zostały (wy)rzucone i cała piątka dzielnie ruszyła w drogę do domu Avy.



To chyba koniec. Chyba, że mnie jeszcze wena najdzie a nikt nie zacznie pisać.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pią Cze 30, 2017 10:55 pm


Ava klapnęła na krzesło obok Gary'ego i podrzuciła mu swoje frytki. Chłopak spojrzał na nie pustym wzrokiem i potrzebował minuty, by w jego głowie myśl przetworzyła się w pytanie, a potem usta wypowiedziały je na głos:
- Co to?
Ruda zlustrowała go wzrokiem i uniosła brew.
- Frytki. Zawsze ci podrzucam to, czego nie chcę.
- Tak?
- Tak. Miło, że zauważyłeś. - Poklepała go po plecach z krzywym uśmiechem.
- Nie czuję się dobrze - mruknął niewyraźnie, odsuwając od siebie tacę.
Xavery i Ava spojrzeli po sobie, zaniepokojeni, a potem nachylili się do siebie.
- Powinniśmy dzwonić po karetkę? - wychrypiał Bruke.
- Nie wiem, może powinniśmy jeszcze chwilę zaczekać? - odparła na to dziewczyna.
- Słyszę was... - Gary oparł czoło o stół.
- Kac morderca nie ma serca - zażartowała Ann, ale pozostała trójka się nie roześmiała.
- Gary'emu nigdy nie brakowało apetytu, odkąd go znamy.
- Nic mi nie jest, po prostu się strułem. Zejdźcie ze mnie.
Na następne dziesięć minut Zane wyłączył się z rozmowy, skupiając na łupaniu w czaszce i żołądku, żeglującym po oceanie mdłości. Z letargu wyrwał go dopiero komentarz Xava:
- Oho. Ian idzie komuś wpierdolić, na sto procent. Ta mina mówi wszystko.
- Pewnie ktoś stuknął jego siostrę - zaśmiał się Gary, podnosząc się w końcu do pionu.
- Nate, czy mi się wydaje, czy on patrzy w naszą stronę?
- Na pewno idzie w naszą stronę.
- Moim zdaniem patrzy też - orzekła Annys.
Nim rozpoczęli dyskusję, czy Ian miał do nich interes czy nie, czarnoskóry chłopak wrzasnął na całą stołówkę:
- ZANE, TY ZAĆPANY SKURWYSYNIE, NIE ŻYJESZ!!!
- Biegnie tu! - krzyknął Xav, zrywając się i rzucając jabłkiem w Gary'ego, któremu nie trzeba było dwa razy powtarzać. Natychmiast otrzeźwiał. Wyskoczył z krzesła, przeskoczył stolik, biorąc swoją kurtkę i ruszył w długą, a za nim pozostali. Na ich nieszczęście, Ian, jak to mieli do siebie wysocy czarni, potrafił w dwóch krokach przeskoczyć klasę. W drzwiach Zane szarpnął za śmietnik, wywracając go pod nogi chłopaka, a potem Ann na korytarzu rozlała swoje mleko. Drapieżnik złapał wielkiego zająca, łupiąc czterema literami o podłogę, jęcząc głośno. Nawet się nie odwrócili, żeby spojrzeć, czy wstawał. Wybiegli z impetem przez główne wejście, do ulicy i kawałek dalej, aż w końcu przystanęli wykończeni w cieniu drzew, dysząc ciężko, spoceni.
- Przespałeś się z Fisherową? Pojebało cię? - wydusił w końcu z siebie Xav.
- Nawet kurwa nie pamiętam! - Gary załamał ręce.
- Lepiej pójdź się przebadać, czy czegoś nie złapałeś - ostrzegła go Ava, wywołując śmiechy wszystkich, poza obiektem dowcipu.
- Bardzo zabawne - skomentował, krzywiąc się.
- Nie nudzicie się, co? - zaśmiał się Nate.
- Nie znamy nawet tego słowa - przyznała ruda z szerokim uśmiechem.
- Cóż... Przynajmniej mnie już nie mdli. - Gary klasnął w dłonie. - Nie wiem jak wy, ale ja tam już dziś nie wracam. Nie marzy mi się przedwczesna śmierć. Możemy pójść do mnie, wypożyczyłem ostatnio film i zostało mi chyba trochę popcornu.
- Seans filmowy! - zawołała radośnie Marlowe, wyrzucając ręce w powietrze.
- Jestem za!
Bliźnięta zerknęły na siebie, po czym kiwnęły głowami.
- Va bene!
Wszyscy spojrzeli na niego dziwnie.
- No co? Pracuje u nas Włoch.

- I tak tańczymy, muzyka gra, i jakiś idiota podstawił nam haka - jestem prawie pewien, że to był Chase - i jebnęliśmy do czekoladowej fontanny. Tylko mikrofon się uratował, bo Gary go upuścił wcześniej.
- To była impreza roku - przyznał Zane, kiwając głową i szczerząc się na stare wspomnienia. W tym momencie doszli do jego domu, więc otworzył na oścież furtkę, puszczając gości przodem, by chwilę potem wyprzedzić ich przed drzwiami.
- Widzę, ze naprawiłeś schodek. I w ogóle ogród jakiś taki...
- Wpadło mi trochę kasy za wygrany turniej.
- Turniej? - Xav uniósł brwi.
- Rowerowy.
Gary włożył klucz do zamka, ale ten nie chciał wejść. Spróbował po raz drugi i to samo. Zmarszczył brwi i z wahaniem nacisnął klamkę, która ustąpiła, a dom stanął otworem.
- Felix? - zawołał, przestępując próg.
- Gary?

W jednym momencie ciało chłopaka zesztywniało, dłoń zacisnęła się odruchowo na pęku kluczy. Doskonale znał ten głos. Na powrót go zemdliło. Zobaczył ją, jeszcze zanim wyszła z salonu do korytarza. Opalona, blond włosy, drogie, kurewskie ciuszki - tak ją pamiętał z ich ostatniego spotkania. Teraz pokazała się przygarbiona, w niedbałym koku, spranym podkoszulku i wyciągniętych dresach. Zauważył, że to ciuchy Felixa. W jednym momencie przez jego żyły przepłynęła gorąca wściekłość, pchając go naprzód. Ruszył szybkim krokiem w jej stronę bez słowa, a Rebecca cofnęła się, wystraszona. Może by się nawet nie zatrzymał, gdyby zza jej pleców nie wyszedł nagle Russell.
Gary zamarł po raz kolejny, zszokowany. Widział wyrośniętego braciszka, jego jasne, roztrzepane włosy, twarz pełną piegów, która teraz się rozpromieniła na jego widok. Nastolatkowi poczęły drżeć dłonie, zrobił parę kroków do tyłu, aż w końcu przepchnął się pomiędzy znajomymi i wybiegł na podwórko, gdzie zwymiotował po raz drugi. Gdy Ava do niego podeszła, ze śliną spływającą z jego ust mieszały się łzy.
- To się musi skończyć, Ava - jęknął, splatając dłonie, by opanować drżenie. - Nadal mam zwidy.
- Zwidy?
- Widziałem mojego brata.
Podeszła do niego Ann z paroma listkami ręcznika papierowego. Wziął go od niej, dziękując, i otarł twarz.
- Mówisz o tym chłopcu w środku?
Gary podniósł na nią zdziwione spojrzenie.
- Ty też go widziałaś?
- Gary?
Cała trójka odwróciła się w stronę chłopca, który stał w progu, niepewny i nieśmiały.
- Russ?
Russell zeskoczył z werandy i rzucił się starszemu bratu w objęcia, ściskając go mocno. Zane dopiero po chwili przekonał się, że to działo się naprawdę, że to nie narkotykowe halucynacje. Wtedy uniósł braciszka w powietrze, śmiejąc się ze łzami w oczach.
- Co tutaj robicie, Russ? - zapytał, układając młodemu fryzurę.
- Wróciliśmy - wyszczerzył zęby, otoczone żelaznym murem aparatu.
- A to co? - stuknął palcem po jego ustach. - Ktoś ci przyłożył?
- Nie! - Russell parsknął śmiechem. - Wykrzywiały mi się zęby.
- Poważnie? Już myślałem, że to nowa moda.
- Ta, od razu widać, że nie śledzisz trendów na bieżąco - zaśmiał się z niego młody.
- Ach tak? Nie będzie mi dogadywał żelaznozębny! Chodź tutaj! - zawołał, próbując go porwać, ale ten uciekł mu zwinnie.
- Gary, możemy porozmawiać...?
Zza pleców usłyszał cichy, pokonany głos i natychmiast spoważniał. Odwrócił się.
- Ojciec pozwolił ci zostać?
- Chyba powinniśmy pójść... - odezwała się cicho Ava.
Przepchnął się między znajomymi i wbiegł do środka, do salonu. Tam siedział jego ojciec na kanapie. Przed nim stała szklanka z przezroczystą cieczą. Chłopak chwycił ją i powąchał. Wódka.
Wziął głęboki oddech, a potem rzucił naczyniem o ziemię. Rebecca krzyknęła, wystraszona, a Russell stał za nią, przyglądając się całemu zajściu. Felix nawet nie podniósł wzroku.
- Piłeś?
Pokręcił jedynie głową, ale Gary mu nie wierzył. Nie zachowywał się normalnie. Kopnął wściekle duży odłamek, posyłając go w głąb pokoju.
- Co ty wyprawiasz?! Chcesz, żeby Russell pokaleczył się tym szkłem?! - uniosła na niego matka głos.
Gary zwrócił się do niej gwałtownie, unosząc zaciśnięte pięści.
- Zamknij się, kurwa, w tej chwili. Teraz cię obchodzi, że dziecko się pokaleczy?!
- Oczywiście, że tak! Zawsze mnie obchodziło!
- Nie tak to odebrałem, kiedy rzucałaś we mnie talerzami!!! - wrzasnął jej prosto w twarz, nie mogąc uwierzyć samemu sobie, jak zadrżał mu głos. Musiał się od niej natychmiast odsunąć, by nie zrobić jej krzywdy. Zaatakował dla odmiany ojca. - Dlaczego ją tutaj wpuściłeś?!
- Gary, synku, wysłuchaj mnie, proszę...
- Synku?! - prychnął. - Żartujesz sobie ze mnie?! Nigdy nie byłem twoim synem. Nigdy mnie nie chciałaś. Nie wyskakuj mi teraz z pieszczotliwymi słówkami. Kurwa! - zaklął, kopiąc stolik kawowy i ukrył twarz w dłoniach. - Kurwa.
- Zaciążyła, Gary.
Odsunął ręce, by spojrzeć na Felixa.
- Co zrobiła?
- Masz siostrę. Gratulacje.
Zeszło z niego powietrze. Dosłownie. Wydmuchiwał je przez nos tak długo, aż zapadła mu się klatka piersiowa. Przysiadł na ziemi w ciszy, kalecząc dłonie o walające się szkło. Nikt nie wypowiedział słowa, dopóki po krótkim czasie nie wstał i nie oznajmił:
- Nie obchodzi mnie, jaki kit mu wcisnęłaś. Nie nabiorę się na to. Wracaj do swojego złamasa.
- Rzucił mnie, gdy dowiedział się o dziecku.
- Więc jest mądrzejszy, niż myślałem.
- Mówi prawdę, Gary - odezwał się znów Felix. - Byłem z nią w szpitalu.
- Poszedłeś z nią do szpitala dowiedzieć się, czy jest faktycznie w ciąży i do mnie nie zadzwoniłeś?!
Po raz pierwszy ojciec na niego spojrzał i nie był to przychylny wzrok.
- Tak jak ty do mnie zadzwoniłeś ostatnim razem?
Gary pokręcił głową.
- Pierdol się, Felix. A ty - wycelował palec w Rebeccę - masz stąd zniknąć do wieczora. Sama.
- Nie wyjdzie na ulicę, Gary. Nosi dziecko. Twoją siostrę.
- Nie zamierzam znów z nią mieszkać pod jednym dachem. Nie ma takiej, kurwa, opcji. Mówię poważnie.
Ojciec milczał, patrząc na niego, jakby przebywał na drugim końcu świata... Lub ostro się zaćpał. Gary zacisnął usta i pokiwał głową. Chciał wyjść, zebrać myśli, ale nie mógł zostawić brata z tymi dwoma pojebami. Przecisnął się więc obok matki, trącając ją ramieniem i zawołał Russella.
- Krwawisz - przypomniał mu chłopiec.
- To nic takiego. - Gary wytarł krew w spodnie, zupełnie nie czując bólu. - Przykro mi, że musiałeś tego słuchać.
- Nie wyprowadzisz się z domu, prawda?
Zerknął na jego słodką buźkę, nabierającą powoli ostrzejszych rys i uśmiechnął się z trudem.
- Bez ciebie nigdzie się nie ruszam.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Czw Lip 06, 2017 8:27 pm

Po zajebiście dziwnym evencie u Zane'a Xavery postanowił zostawić resztę Kumpli i wrócić do domu. Nadal nie czuł się najświeższy i perspektywa odpoczynku samemu w ciasnej klitce, którą z braku laku nazywał mieszkaniem, była niezwykle kusząca. Złapał taksówkę, podał adres i wyciągnął z kieszeni telefon (jakim cudem go nie zgubił?), by wysłać wiadomość do Gary'ego.
:gary, w porządku?
Zaklął pod nosem już sekundę po wysłaniu SMSa. Oczywiście że nie było, kurwa mać, dobrze. Poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Zastanawiał się, czy ma jeszcze w domu bletki.
:zanim cokolwiek powiesz, wiem że spierdoliłem. ale tamtego dnia nie żartowałem. możesz na mnie liczyć, jak będziesz miał problem
Zaklął raz jeszcze. Był wykończony. Jeśli przez kolejne tygodnie miało to tak wyglądać między nim a Zane'm - ostrożne stąpanie wokół siebie, jakby jedno miało się zaraz drugiemu rzucić do gardła - to prędzej wolałby rzucić się pod najbliższy pociąg. Odkładanie poważnych rozmów z dawnymi przyjaciółmi nie prowadziło do niczego dobrego. Prędzej czy później i tak będą musieli pogadać szczerze, bo inaczej szambo wypierdoli i skończy się tak, jak rok temu.
Wyszedł z kontaktu Gary'ego, przerzucając się na wiadomości z Avą.
:ava? myślisz, że z gary'm będzie w porządku?
Nie musiał długo czekać na odpowiedź.
:Nie mam pojęcia. Dajmy mu odetchnąć.
:Wszyscy tego teraz potrzebujemy, jak mniemam.
Nie musiał się długo zastanawiać, do czego ruda pije.
:Nie możesz się cały czas migać Xav.
:wiem, kurwa
:masz rację, dajmy sobie czas
:obiecuję, że wrócimy do mojego tematu wkrótce
:Serio?
:serio
:Trzymam cię za słowo. A teraz idź odpoczywać!
:dobrze, mamo
Uśmiechnął się pod nosem. Wyjrzał za okno samochodu, dostrzegając, że jest już na miejscu. Zapłacił taksówkarzowi i westchnął, w myślach odliczając pieniądze, które wydał przez ostatnie 24 godziny od całej puli, jaką zarabia.
Wszedł na klatkę schodową i powitawszy skinięciem głowy sąsiadkę - studentkę ze zdecydowanym problemem z papierosami - ruszył mozolnym krokiem schodami na trzecie piętro. Zdjął wiszące na rzemyku klucze, będąc już przy drzwiach, i z zaskoczeniem odkrył, że mieszkanie jest otwarte. Próbował przypomnieć sobie, czy aby na pewno nie zapomniał, ale sprawdzał przed wyjściem do Avy ze trzy razy, czy drzwi są zakluczone. Tajemnica sama się wyjaśniła, gdy tylko przekroczył próg domu.
Na materacu siedziała Jura z książką w ręku, a jej mina nie zwiastowała niczego dobrego. Podkrążone oczy czternastolatki zwróciły się ku niemu, a usta zwęziły w cienką kreskę. Wstała; katana zsunęła się jej z ramienia, odsłaniając czarny T-shirt z logiem Arctic Monkeys. Xavery aprobował. Przynajmniej gust muzyczny mieli podobny.
- Dan znowu jest na ciebie wkurwiony – przywitała go, splatając ręce na piersi. Bruke naprawdę był wykończony, nie miał siły na kłótnie z kolejną osobą. Westchnął, podchodząc do sportowej torby w kącie pomieszczenia. Sprawdził boczną kieszeń. Nadal miał trochę zioła i ze dwie bibułki. Uratowany.
- Jakby to było coś nowego – przewrócił oczami, rozkładając się na podłodze i całkowicie skupiając uwagę na zwijaniu skręta. - Palisz ze mną? – spytał z grzeczności.
Tym razem to ona przewróciła oczami.
- To chyba oczywiste.
Przysiadła obok niego, wyjmując swojego smartfona i łącząc się z niezabezpieczonym wifi sąsiada. Głupi fiut. Włączyła Spotify i puściła swoją playlistę. Z głośnika urządzenia popłynęły pierwsze nuty D is for Dangerous. Xav odpalił skręta, biorąc pierwszego bucha i wręczając go razem z zapalniczką dziewczynie.
- I think you should know you're his favourite worst nightmare... - wychrypiał razem z wokalistą. Jura dołączyła do śpiewu, oddając mu skręta. Xavery lubił, jak śpiewała. Miała bardzo ładny, melodyjny głos. Szkoda, że ten głos zazwyczaj wypowiadał jedynie wymyślne bluzgi.
- Kurwa... - westchnęła jak na zawołanie, wtulając głowę w ramię starszego chłopaka. - Teraz Petterson będzie wkurwiony też na mnie.
- Powiedz mu, że to moja wina – poradził. - I tak ma mnie już za nieodpowiedzialnego ćpuna, który sprowadza niewinnych ludzi na złą drogę.
- A tak nie jest?
- Punkt dla ciebie.
Milczeli dłuższą chwilę.
- Ostatnio rzadko się widujemy – powiedziała cicho Jura. Och.
- Trochę tak - przyznał.
- Czy ty się mnie wstydzisz? - wypaliła. Spojrzał na nią jak na idiotkę.
- ... Co?
- Od kiedy wróciłeś do Bristolu masz mnie w dupie, Xav. Zostawiłeś mnie u Pettersona, sam wynająłeś mieszkanie. Teraz, po pierwszym dniu w szkole, jedziesz ze starymi Kumplami na imprezę. Wracasz dopiero kolejnego dnia. Od tygodnia nawet nie wysłałeś jebanego SMSa. Stąd pytam: czy ty się mnie wstydzisz? - patrzyła mu prosto w oczy, a pod maską jej zirytowania i gniewu widział ból. Cholera.
- Jura, wiesz że tak nie jest... – zaczął.
- Nie wiem.
- Nie przerywaj mi, kurwa – zaciągnął się mocno, mając nadzieję, że haj jakoś rozwiąże mu język i da pomysł, co zrobić i co powiedzieć. - Oboje mamy przejebane życia. Teraz, kiedy już zaczyna się naprawiać, kolejne rzeczy się pierdolą. Jak to w życiu bywa. Ostatnio bardzo skupiłem się na sobie i rzeczywiście mogłem zapomnieć o tobie, ale hej - złapał ją za ramię i ścisnął je delikatnie. - Jesteśmy w tym gównie razem. Ale ja nie dam rady zapewnić ci dobrego domu i normalnego życia. Spójrz na to mieszkanie. Przynajmniej na razie mieszkaj z Pettersonem, a jak postawię się na nogi, to pomyślimy, okej?
- Znowu gadasz do mnie jak do małego dziecka – burknęła.
- A nie jesteś nim?
- Zamknij mordę.
- Tak, tak, też cię kocham.
- Rozumiem wszystko, jak jest, tylko... nie olewaj mnie, Xav. Napisz chociaż tę wiadomość. I przestań, kurwa, narażać się Danielowi. Zobaczysz, kiedyś przegniesz pałę.
- Mam dość przeginania pał do końca życia – odpowiedział, puszczając jej oczko. Parsknęła.
- To nie jest kurwa śmieszne.
- Ale się kurwa śmiejesz.
- Śmiech przez łzy, głupi fiucie.
- Przestań mnie wyzywać, szmato.
Poczuł wibracje w kieszeni. Pokracznie wyciągnął telefon z kieszeni (przy okazji przypominając sobie, że musi się przebrać w czyste rzeczy) i na wyświetlaczu zobaczył imię kolegi, którego sporo czasu już nie widział. Nie myśląc długo odebrał.
- Dave!
- Xavery, chuju!
Czemu wszyscy dzisiaj wyzywają mnie wariacjami męskiego członka, przeszło mu przez myśl.
- Ty pojebie, myśleliśmy że nie żyjesz!
Nie pomyliliście się za bardzo.
- Dzięki za troskę, kochanie - odparł zgryźliwie.
- Pieprz się. Podaj nam swój adres, zabieramy cię na imprezę powitalną.
- Mam dzisiaj dość imprez - jęknął. Jura spojrzała na niego pytająco, wykańczając skręta. Machnął na nią ręką.
- Ale to taka impreza dla frajerów. Wiesz, ty, ja , Chester i Pitch Perfect.
- Mów więcej.
- I zioło. Mam gdzieś zachomikowaną paczkę oreo i kilka owocowych browarów w lodówce.
- Cipa – usłyszał przytłumiony głos Chestera.
- Morda, psie.
- Dziewczyny, nie bijcie się - upomniał ich Xav. Spojrzał na Jurę siedzącą obok i wpadł na pomysł. - Zgodzicie się, żebym zabrał ze sobą przyjaciółkę?
- A ładna jest?
- Ma czternaście lat, desperacie.
- Kurwa, już myślałem – westchnął teatralnie Dave. - Jasne że możemy ją zabrać. Twoi przyjaciele są naszymi przyjaciółmi, czy jakoś tak.
- Mów za siebie – znowu głos Chestera.
- Przestań marudzić, Edgelord.

to tylko nerdowskie pierdolenie i nic wnoszącego do fabuły :v
Takim sposobem wylądowali w piwnicy Dave'a, Xav z miską oreo w dłoni i bongiem między nogami. Minęło dopiero piętnaście minut filmu, a Jura już pochrapywała cicho na kanapie. Trójka chłopaków rozłożyła się w pufach, piwa odstawiwszy na szklany stolik. Dave znał słowa do każdej piosenki w filmie, a Chester był zainteresowany jedynie tym, że mógł się za darmo najebać i napalić.
- Mówcie co chcecie, ale Ben Platt jest gorący – orzekł Dave, zaraz czerwieniejąc. - To znaczy, mówiąc obiektywnie. Totalnie obiektywnie.
- Oh no, Dave wszedł w tryb no homo – parsknął Bruke.
- Embrace the gay – dodał Chester. Dave zrobił obrażoną minę.
- Nienawidzę was.
- Wracając do Platta – rzekł Xav. - I tak jego największy popis to rola Evana, oczywiście.
- Błagam – jęknął brunet, z wyrzutem zerkając na chichrającego się blondyna. - Od miesiąca muszę słuchać, że jestem podobny do Connora.
- Bo jesteś.
- Przestań porównywać mnie do stonera z problemami z agresją.
- Nie musi porównywać, to jest prawda.
- Odjebcie się obaj. - Chester rozwalił się wygodniej w pufie, po czym przyssał się do swojego piwa. Xavery z uśmiechem na ustach zaciągnął się ostatni raz z fajki wodnej i westchnął cicho.
Chciałby, żeby odnawianie więzi było tak łatwe z każdą osobą.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Alcarrin

avatar

Liczba postów : 2
Join date : 15/07/2017

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Lip 17, 2017 10:57 pm





Kiedy miał osiem lat niebo zaszło chmurami, ludzie zbledli, nad jego głową wyrósł parasol, morze zamieniło odcień na atramentowy, i nie rozumiał już połowy tego, co do niego mówiono. Chwilę myślał, że brytyjskim wodami wypełniano naboje do piór, że stanie się buro-niebieski, jeśli tylko się w nich zanurzy, oraz że twarze, które odtąd widywał, były szaro-blade, bo nikomu nigdy nie udało się zmyć ze skóry odcieni atlantyku. Patrzył w lustro i dokładnie studiował kolor własnej. Ciepłe barwy gasły, rozpalały się znów na słońcu, i gasły, oczekując pogodniejszych dni i wakacji, na które przecież, tato?, mamo?, mógłby wrócić do Włoszech, prawda? Pomyślimy.
CLAUDIO BUONARROTI był kapryśnym dzieckiem i jeszcze bardziej kapryśnym nastolatkiem. Rodzice odmówili mu o raz za dużo i od tamtego dnia zmuszeni byli spełniać każdą jego prośbę. Jeśli tak nie było - popadał w histerię. Jeśli ta nie działała - mówił im, by się zabili. Później dodawał, że jeśli nie, to zrobi to sam, a oni patrzyli na siebie, aż jedno poddańczo przytaknęło. Następnie przychodził ich przeprosić, taki jest, żeby ci nie rozważali posłania syna na terapię. Później jego łzy i krzyk przestały na nich działać. Młodsza siostra płakała i darła się głośniej od niego.


Był zbyt biedny, by cień jego włoskiego akcentu budził podziw, i zbyt bogaty, by żarty, którymi żyła Anglia, nie sprawiały, że i jej życzył śmierci. Znajomi pytali go, kiedy otworzy kolejną włoską knajpę. Nawet zwykłe zaproszenie na pizze niosło ciężar zniewagi. Był dla nich tym i spaghetti.  Pepperoni. Nadmierną gestykulacją. Śmiali się także, gdy reagował gniewem, oraz gdy usiłował nad nim zapanować i zamknąć go w sobie. Boże, chroń Królową. Ich także powinien.

YOU ARE THE MOST FORTUNATE ONE

Oczywiście, że jestem niezadowolony, mam samochód, mam dach nad głową, oceny, przyjaciół, ale nie mam, posłuchaj, nie mam ciebie, słyszysz? Nie mam ciebie. Mój Boże, więcej mi nie potrzeba, daj mi tylko jeden uśmiech, spojrzenie, zerknij na mnie, szturchnij ramieniem przechodząc, a będę, moja droga, szczęśliwy. Będę. Wreszcie. Słyszysz? I ty będziesz też. Tylko pomyśl!
Poleciał w bok zataczając się. Telefon, który przyciskał do ucha ramieniem, wysuwał się stopniowo gotów upaść razem z nim. Nieustannie milczał, ale Claudio nie zamierzał. Złotko, tak nie można. Czy kiedyś jej mówił, żeby się zabiła?

NO REASON TO BELIEVE

Później poznał innych ludzi. Był dla nich zamiennikiem Versace, Prady, Valentino, Armaniego, Dolce i Gabbany, Moschino, Ferrari, Lamborghini i Maserati. Wszystko co kochali miało korzenie we Włoszech. Panna cotta. Tiramisu.
- Tiramisu!
- Eva, naprawdę więcej nie jestem w stanie zjeść.
- Musisz spróbować. Powiedzieć, czy smakuje jak...
- Prawdziwe? Ile razy mam ci powtarzać? Nie przegonisz prawdziwego tiramisu nieważne jak bardzo byś się starała. Nie masz na nie składników. Nie masz na nie krwi.
- Następnym razem ty robisz.
- Nie?
- To spróbuj, głuptasie!
Nigdy nie mówił, że mu smakowało. W przeciwnym razie przestałaby je robić co tydzień. To ona skończyła te przekomarzanki.

Rozwinę kp jeśli to co wrzucam teraz jest w porządku :D

YOU HAVE THE ARMS TO SOUND THE ALARM

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   Pon Wrz 11, 2017 7:36 pm

Wątek i działalność przeniesione tutaj.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Kumple [obyczaj, nb]   

Powrót do góry Go down
 
Kumple [obyczaj, nb]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Wieloosobowe-
Skocz do: