IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Lut 22, 2017 9:16 pm

Wątek w pełni stworzony przez @_LYNx


●    ●    ●
[  Jest rok 2189.  ]
Po ponad dwustu latach niekończonych się wojen, które opanowały planetę jak zaraza - w końcu zapanował pokój. Nie obyło się oczywiście bez licznych zmian politycznych, jak i geograficznych. Zniesiono dotychczasowe państwa a na ich miejsce powstały trzy górujące mocarstwa - D-87 (niegdyś Ameryka Płn, Płd), Euroazja (część Europy połączyła się ze znaczną częścią Azji) oraz Kolonia (kraje brytyjskie i Australia).
W odróżnieniu do pozostałych dwóch, D-87 odgrodziła się zupełnie od reszty świata. Podczas wojen wszelkie media ucichły, tak więc władzy szybko udało się nagiąć wszelkie fakty, idealizując osiągnięcia ich przywódcy a w państwie zapanowała skrajna dyktatura. Zaczęto kontrolować każdą dziedzinę życia obywateli, co uniemożliwiło na jakąkolwiek niesubordynację. W domach, na ulicach, w pracy... Wszędzie zainstalowano tzw. EagleEye. Dzięki temu nic nie umykało uwadze Obserwatorów (ówcześni stróże prawa, nadgorliwi i fanatyczni). Widzą niemalże WSZYSTKO.
●    ●    ●
Wcielamy się tutaj w zwykłego, szarego obywatela oraz członka rebeliantów, którzy niczym szczury osiedlili się pod miejskimi ulicami. Ten pierwszy nie chce mieć kłopotów. Sumiennie wykonuje swe obowiązki oraz działa wedle prawa. Drugi zaś nienawidzi panującego ustroju politycznego i marzy o dniu w którym obali dotychczasową władzę. Obaj z dwóch różnych światów, jednak któregoś dnia ich drogi się krzyżują. Ów spotkanie sprawiło, że wzorowy obywatel został oskarżony o zdradę swego kraju. By ratować swe życie chcąc nie chcąc musi przyłączyć się do rebeliantów. Wówczas odkryje wiele zaskakujących faktów... Czy poradzi sobie z brutalną rzeczywistością?
●    ●    ●

┌───────────────────────────────────┐
R                      O                      L                      E
W Z O R O W Y       O B Y W A T E L   -   @Ivan
R     E     B     E     L     I     A     N     T  -  @_LYNx

└───────────────────────────────────┘

●    ●    ●
// źródła:    tumblr.com, google.pl
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Lut 22, 2017 10:48 pm




  O B I E K T :    _ L Y N x

                           I M I Ę :   Brak_Danych                                                          W Z R O S T :   179,8 cm
                           N A Z W I S K O :  Brak_Danych                                              W A G A :    71 kg
                           P S E U D O N I M :   Lynx                                                       K O L O R   W Ł O S Ó W :  Białe
                           P Ł E Ć :   Męska                                                                     K O L O R   O C Z U : Chabrowe
                           P O C H O D Z E N I E :    Brak_Danych                                   T A T U A Ż E : Niewielki za uchem
                           D A T A   N A R O D Z I N :   Brak_Danych                               P I E R C I N G : Liczne na twarzy,
                           W I E K :   22                                                                          w uszach i w lewym sutku, tunele
                           R O D Z I N A :   Brak_Danych                                                 B L I Z N Y : Cięte na udach




  I N F O R M A C J E   D O D A T K O W E :
Jest sierotą. Gdy miał lat 14 jego rodzice zostali skazani za spiskowanie, zaś on trafił do rodziny zastępczej    Nie było mu źle w nowym domu, nie mógł jednak znieść panujących tam zasad, więc uciekł nim skończył 16-tkę    Kilka tygodni tułał się po mieście, uciekając przed miejską strażą i żyjąc z kradzieży    W końcu udało mu się dotrzeć do członków rebeliantów, do których się przyłączył    Rzadko bierze czynny udział w ruchach oporu, zazwyczaj zajmuje się akcjami w cyberprzestrzeni    Jest więc hakerem. Całkiem dobrym    W dalszym ciągu jego głównym źródłem pieniędzy są kradzieże    Najpierw zrobi - potem myśli    Straszna maruda    Bywa dosyć sarkastyczny i bezpośredni    Uparta z niego bestia    Raczej jest z niego tchórz    Mruczy gdy jest mu dobrze    Ciepłolubny, lubi czuć przy sobie te dodatkowe 36 i 6 stopni  


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Lut 22, 2017 11:17 pm


I m i ę「Alec」▮ N a z w i s k o「Carver」▮ W i e k「25」▮ D a t a   u r o d z e n i a「05.12」
╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸
W z r o s t「191 cm」▮
W a g a「82 kg」▮
K o l o r   w ł o s ó w「Ciemny brąz」▮
K o l o r   o c z u「Jasno-szary」▮
T a t u a ż e「Brak」▮
P i e r c i n g「Brak」▮
B l i z n y「Lewe ramię (cięta)」▮
                  ▶▷▶▷ 「Prawe biodro (postrzałowa)」▮
                            ▶▷▶▷ 「Plecy i część ramion (poparzenie)」▮
                    ▶▷▶▷ 「Sporo małych na całym ciele」▮
╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸

╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸
「Ojciec Aleca był generałem, zginął podczas wojny. Matka zmarła kilka lat wcześniej.」

「Od małego był szkolony na żołnierza, jego edukacja więc była ściśle związana ze szkołami wojskowymi. Gdy tylko skończył 15 lat zaczął brać czynny udział w wojnie, w wieku 18 wysłano go na front.」

「Jego życie ma bardzo wysoki standard. Jako osierocony jedynak otrzymał wysoki spadek, a na co dzień pracuje jako trener wojskowych.」

「Po skończonej szkole otrzymał stopień podporucznika.」

「Nigdy nie popełnił najmniejszego wykroczenia. W pełni dostosował się do obecnych zasad rządzących państwem, za które sam zacięcie walczył.」

「Jak każdy ma znajomych, lecz jak znaczna większość obywateli, nie posiada bliskich.」

「Widział zbyt wiele, by popierać jakiekolwiek bunty i działania dążące do wojny domowej. Nie znaczy to jednak, że popiera działania rządu i panujący ustrój.」

「Posiada bardzo wysoki próg bólu.」

「Jest przeszkolony w temacie postępowania z urazami bezpośrednio zagrażającymi życiu. Posiada podstawową wiedzę medyczną.」

「Dobrze gotuje.」

「Jest nerwowy, lecz doskonale nad złością panuje. Bo musi.」

「Głęboko wierzy w to, że życie bezwolnej kukły jest lepsze niż wojna.」

「Kocha widok nieba, często więc można zobaczyć jak się w nie wpatruje.」

「Pali.」

「BARDZO nie lubi ognia.」
╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸

╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸╸
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Czw Lut 23, 2017 12:06 am




Zjawił się punktualnie. Równo o piętnastej trzydzieści czekał w umówionym miejscu na przesyłkę. Zgodnie z ustaleniami miał czekać na kontakt pięć minut i ani chwili dłuższej. Każda następna sekunda zwiększała szansę na porażkę. Dlatego też młody mężczyzna o pseudonimie Lynx dosyć dyskretnie zerkał na elektroniczny zegarek wyświetlany na gumowym pasku okalającym ciasno szczupły nadgarstek. Mimo wzrastającego zdenerwowania starał się zachowywać naturalnie. Niestety nie był wstanie powstrzymać się od nerwowego poprawiania czapki pod którą skrył charakterystyczną tlenioną czuprynę. Pozostała minuta. Odliczając sekundy czuł, że zaczyna się pocić a jego serce wali jak oszalałe. Bał się, że jego kontakt mógł zostać aresztowany. Co prawda miał głęboko w poważaniu los nieznajomego, niemniej wraz z nim rząd dostałby w swe łapska dość ważne dane. Wtedy byłoby kiepsko...
- "Cholernie paskudna dziś pogoda." - zabrzmiał nagle niski bas na dźwięk którego Lynx lekko zadrżał. Musiało minąć parę ułamków sekund, by zorientował się, że tak brzmiało hasło.
- "Wystarczająca by coś zmienić." - wyrecytował nieco zachrypniętym głosem, co było wynikiem zaciśniętej z nerwów gardzieli.
- Świetnie. Słuchaj młody... - zaczął mężczyzna, po czym pociągnął blondyna w tłum, by móc podążyć wraz z jego nurtem. - Śledzą mnie od skrzyżowania. Stąd też moje spóźnienie. Nie mamy dużo czasu. Gdy tylko dam ci przesyłkę rusz do podziemia metra. Może tam uda ci się ich zgubić. - wyjaśnił poprawiając ciasno zapięty kołnierzyk. Przeszli razem jeszcze kilka metrów, po czym mężczyzna przystanął i bez słowa wyciągnął z kieszeni półprzezroczysty dysk. Lynx idąc jego śladem wygrzebał spod kurtki szarą torbę śniadaniową, gdzie spoczywało niewinnie kilkanaście plików banknotów. Nie wiedział dokładnie ile tysięcy tam było. Nie mogło być ich jednak mało, skoro nieznajomy ryzykował dla nich swe życie. Sprawnie dokonali transakcji i wkrótce dysk znalazł się w posiadaniu niebieskookiego.
Niebezpieczeństwo jednak nie minęło. Pożegnawszy się skinieniem głowy z kontaktem zszedł po wykrzywionych schodach do podziemia, omal po drodze nie gubiąc białych ząbków. Na szczęście udało mu się odzyskać równowagę rychło w czas i nie zaliczył widowiskowej gleby, która z całą pewnością zakończyłaby misję fiaskiem.
Na stacji metra było mnóstwo ludzi, więc miał głęboką nadzieję, że zdoła zgubić mundurowych pomiędzy tłumem. Niestety, gdy odważył się zerknąć przez ramię okazało się, że ci deptali mu uparcie po piętach. Przeklął siarczyście w myślach, po czym przyspieszył kroku, zaraz niemalże biegnąc. Z trudem przeciskając się przez rzeszę narodu, zbliżał się do pociągu. W końcu wskoczył do wagonu. Znów odważył się zerknąć za siebie i właśnie wtedy wpadł na coś wielkiego. A raczej na kogoś a nie na co, jak się okazało. Syknął z niezadowolenia z trudem odklejając się od ciała mężczyzny z którym zaliczył zderzenie.
- Sorki. - wymruczał niewyraźnie i od niechcenia, podnosząc wzrok w górę. Chłodna barwa tęczówek nieznajomego zatrzymała go chwilę w bezruchu w momencie, gdy ich spojrzenia się skrzyżowały. Facet miał naprawdę dziwne, hipnotyzujące oczy...
- Stój obywatelu! - usłyszał za sobą, co od razu ściągnęło go na ziemię. Lynx niewiele myśląc wrzucił dysk do teczki mężczyzny przed sobą, po czym ominąwszy go kontynuował ucieczkę - tym razem będąc przekonanym, że go złapią. Pozostawało mieć jedynie złudną nadzieję, że ktoś z jego grupy zdoła namierzyć przesyłkę i jego poświęcenie nie pójdzie na marne.
Nie złapali go jednak. Jakimś cudem udało mu się wyślizgnąć ze stacji metra i ruszyć wąskimi ulicami miasta, biegnąc przy tym na ile tylko pozwoliła mu krążąca w żyłach adrenalina. Ogon zgubił dopiero na jednej z obskurnych dzielnic, chowając się w bramie rozpadającej się kamienicy. Nie mógł jednak odetchnąć z ulgą. Dysk w dalszym ciągu pozostawał poza posiadaniem rebeliantów a jego zadaniem było go odzyskać. Wraz z dyskiem do teczki nieznajomego wrzucił malutki nadajnik. Nie zwlekając wyciągnął z plecaka prostokątny ekranik, po czym zaczął po szkle stukać palcami, wypisując na wyświetlonej klawiaturze szereg komend. Chwilę to trwało, jednak ostatecznie udało mu się namierzyć zgubę. Niestety ta znajdywała się w dość dobrze strzeżonej części stolicy. Zrozumiał, że tym razem sam sobie nie poradzi. Musiał wezwać pomoc.
Lynx wrócił do bazy. Tam szczegółowo opisał przebieg akcji, która nie poszła po ich myśli. Może i dane zostały uchronione przed dostaniem się w łapska władzy, niemniej mogła to być jedynie kwestia czasu. Wszak nie wiedzieli kim był nieznajomy mężczyzna i czy zdążył już zauważyć niepożądany przedmiot w swojej teczce. Oby nie. Dysk zawierał superwirusy, które po wpuszczeniu do bazy danych rządu porządnie namieszają w ich oprogramowaniu, łamiąc zabezpieczenia. W ten sposób podziemie bez przeszkód pozyskałoby wiele ważnych informacji. I kto wie? Może zyskają tym coś więcej?
Blondyn tym razem z niewielką obstawą składającą się z trzech dodatkowych osób znów udał się do centrum miasta. Podjechali tam szarą furgonetką, która wylądowała w jednej z ciemnych uliczek. Lynx wysiadł i uzbrojony w kartę elekto-magnetyczną oraz w małą słuchawkę wciśniętą w ucho ruszył żwawo w stronę apartamentowca. Plan był prosty, on miał wtargnąć do mieszkania nieznajomego, wziąć dysk i zwiać stamtąd nim zlecą się gliny. Niby nic takiego... Gdyby nie fakt, że wszędzie były kamery i zabezpieczenia.
- Wchodzę. - mruknął cicho niebieskooki, wiedząc, że pozostali go słyszą. Będąc podłączonymi do sieci budynku, śledzili każdy jego ruch. Dzięki temu w razie kłopotów będą mogli zareagować wyłączeniem światła czy zamknięciem drzwi. Niestety EagleEye pozostawały poza ich zasięgiem. EagleEye widzi wszystko.
Po wejściu od razu skierował się do windy, starając się nie zwracać na siebie uwagi. Dzięki karcie, którą trzymał w ręku udało mu się uruchomić dźwignię bez problemu i podjechać nią na pożądane piętro. Tam pozostawało jedynie odszukać mieszkanie o numerze 113. Chwiejnym krokiem przeszedł wzdłuż korytarzu odczytując kolejne cyfry widniejące na białych drzwiach - 110, 111, 112... Jest! Chwilę odczekał nim zebrał się w sobie i wcisnął guzik domofonu. Zaraz ze ściany wysunęła się mała kamerka, co świadczyło o tym, że mężczyzna podszedł do drzwi.
- Siemka. - Lynx przywitał się niedbale wciskając twarz przed kamerę - Może mnie nie pamiętasz, ale wpadliśmy na siebie dziś po południu w metrze... W zasadzie to ja wpadłem na ciebie. W każdym bądź razie upuściłem wtedy coś baaardzo dla mnie ważnego i podejrzewam, że wpadło do twojej torby. - wyjaśnił, czując jak przewraca mu się żołądek na drugą stronę. Miał nadzieje, że mimo kiepskiego kłamstwa facet się zlituje i odda mu zgubę. Co prawda fakt, że znalazł jego mieszkanie był co najmniej zastanawiający. Może jednak element zaskoczenia niespodziewanym gościem pozbawi mężczyznę racjonalnego myślenia na tę krótką chwilę?

– Uważaj podporuczniku Carver. Mamy cię na oku. – Nieprzyjemnie oschły, basowy głos wypełnił pomieszczenie, którym było przestronne, sucho urządzone biuro. Za biurkiem siedział lekko przysadzisty mężczyzna, o spojrzeniu starego świniaka, w swój świński sposób łypiąc oczyma na mężczyznę stojącego przed nim. Ten nie zareagował, na jego twarzy nie poruszył się żaden z mięśni; ani nie uśmiechnął się bezczelnie, ani nie ukazał złości. Spokojnie przyjął słowa przełożonego, szydząc jedynie w myślach. Tylko chłodne, przeciągłe spojrzenie jasnoszarych oczu sprawiało, że brew pułkownika zadrżała nerwowo. – Odmaszerować. – Carver odmaszerował.
Wiedział doskonale skąd wzięło się nastawienie pułkownika. Bał się naturalnie, że jeśli nie znajdzie żadnego haka na tego młodego, obiecującego podporucznika, ten w końcu zajmie jego miejsce. Alec z kolei miejsca tego wcale nie chciał. Wiele okazji awansu przemknęło mu przed nosem, a on pozwolił odejść im w siną dal. Miał dobre życie. Przyjemną pracę, podczas której może uwolnić na co dzień usilnie skrywane emocje, dobry zarobek i bogato urządzone mieszkanie w najlepszej dzielnicy miasta. Nie czuł potrzeby doprowadzania do jakichkolwiek zmian i jedynym na czym musiał się skupić to przestrzeganie wytycznych, aby nie dać pułkownikowi pretekstu do wszczęcia postępowania przeciwko niemu. Podpadał jedynie łazienkowymi schadzkami z podopiecznymi. Nikt nie mógł mu jednak niczego zarzucić, gdyż kamera widziała zawsze jedynie dwójkę mężczyzn wchodzących do jednej łazienki. A robić tam mogli przecież wszystko.
Nie przejął się desperacją wyższego stopniem żołnierza, wiedząc, że ten może jedynie narzekać i dalej żyć w stresie wywołanym strachem przed utratą swych wpływów. Z wewnętrznym spokojem i lekkim rozbawieniem skierował kroki do szatni, gdzie szybko przywdział cywilne ubranie. Pochwyciwszy teczkę z dokumentami zawierającymi głównie dane nowych adeptów, opuścił teren jednostki, decydując się wyjątkowo na spacer. Zazwyczaj drogę z pracy do domu pokonywał przy użyciu pojazdu, który skracał ją do zaledwie pięciu minut, teraz jednak miał kaprys pójścia pieszo. Pogoda była ładna, a Alec lubił ruch, choćby tak niewymagający.
Najkrótsza droga prowadziła przez stację metra, a ponieważ Alec powoli zaczynał odczuwać skutki olania drugiego śniadania, postanowił przedrzeć się właśnie tamtędy. Tłok niespecjalnie mu przeszkadzał, a zatrzymał się tylko na chwilę by zajrzeć do telefonu, który właśnie dał o sobie znać. Nie zdążył jednak nawet odebrać widomości, gdyż dość niespodziewanie z impetem wpadła na niego jakaś bliżej niezidentyfikowana postać. Unosząc brew, spojrzał w dół, by bliżej przyjrzeć się intruzowi, który tak bezczelnie naruszył jego przestrzeń osobistą. Zimne spojrzenie bez większych emocji przyjęło coś, co zapewne miało być przeprosinami. Przez chwilę się zapatrzył na przystojną buzię, która szybko rzuciła mu się w oczy, a w następnej zaś kątem oka zerkał w stronę funkcjonariuszy, którzy najwidoczniej ścigali tegoż właśnie osobnika. Gdy więc z lekkim zaciekawieniem znów wrócił wzrokiem do "obywatela", mógł ujrzeć już tylko jego plecy próbujące zniknąć w tłumie. Mundurowi puścili się biegiem za wyraźnie młodym chłopakiem, a Alec pokręciwszy ze zrezygnowaniem głową, ruszył w dalszą drogę.
Zastanawiał go fakt, że wciąż znajdują się tacy, którzy doprowadzają do sytuacji zmuszających do ucieczki przed stróżami prawa. W dzisiejszych czasach najmniejsze potknięcie można przypłacić życiem, dlatego właśnie lepiej było się nie wychylać i dokładnie baczyć na każdy swój krok. Każdy o tym wiedział, każdy też wiedział, że jest obserwowany w każdej dziedzinie swego życia, dlatego też takie sytuacje jak ta sprzed chwili były wyjątkową rzadkością. Lecz Alec tylko przez chwilę zastanawiał się co mógł zrobić tak młody chłopak, że już ma tego typu bezpośrednie zatargi z prawem. Jeżeli jakimś cudem uda mu się uciec i tak do końca życia będzie musiał co chwila się za siebie oglądać. Nie była to miła perspektywa. Ale nie była to też sprawa Aleca, dlatego szybko ją porzucił i pogrążył w mniej skomplikowanych myślach.
W końcu dotarł do swego minimalistycznie urządzonego, wypełnionego najnowszą technologią mieszkania. Zdążył już zapomnieć o całej sytuacji sprzed kilkunastu minut i kontynuując swoją codzienną rutynę, zabrał się za obiad. Po zjedzeniu zaś zdecydował się chwilę popracować, co wiązało się z analizą kart jego przyszłych podopiecznych. W związku z tym podążył do teczki pozostawionej w salonie i ze znudzoną miną wyciągnął papiery. Na twarzy jego szybko jednak uwidoczniło się lekkie skonsternowanie wywołane widokiem czegoś, czego zdecydowanie w swych rzeczach mieć nie powinien. Marszcząc brwi, wziął w palce mały, niezidentyfikowany dysk. Już miał zamiar całkiem wyciągnąć go z teczki i sprawdzić czym ów rzecz dokładnie jest i co zawiera, lecz plany pokrzyżował mu głośny dzwonek do drzwi. Skrzywiwszy się lekko, upuścił mały przedmiot, by wstać na nogi i podążyć do panelu z holograficznym ekranem, który w mig pokazał, kto też przerywa mu jego codzienną monotonię.
Uniósł jedną z brwi widząc tego samego, młodego chłopaka, z którym niefortunnie zderzył się dzisiejszego popołudnia. Z niczego nie wyrażającą miną wysłuchał jego słów, wpatrując się przeciągle w hologram.
Uciekł, co? –mruknął sam do siebie, mrużąc lekko oczy. Nie kierując żadnych słów do mikrofonu, nacisnął mały przycisk powodujący, że automatyczne drzwi płynnie rozwarły się przed białowłosym. Przywitało go zimne spojrzenie jasnych tęczówek, nie wyrażających żadnych przychylnych emocji.
Wejdź – nakazał krótko, swym lekko szorstkim, niskim głosem, samemu cofając się w głąb mieszkania, oczekując, że chłopak podąży za nim. Przyklęknął przed teczką, z której przed chwilą wyjmował papiery i ujął w palce dysk, który najwidoczniej odnalazł właściciela. Wyprostowawszy się, spojrzał przeciągle na poszukiwanego przez władze mężczyznę. Jako żołnierz, teoretycznie powinien go aresztować. – O tym mówisz? Co to za dysk? – Ostrzegawcze spojrzenie, zaraz zaczęło wyrażać zaskoczenie, gdy w mieszkaniu rozległ się dźwięk alarmu, a drzwi do domu same się zamknęły. Obrócił głowę, widząc hologram przedstawiający rządowego, którego Alec nie kojarzył. Odznaka jednak była prawdziwa.
– Obywatelu Alec Carver. W imieniu prawa rozkazuję ci pozostać w miejscu i czekać na przybycie władz. Jesteś aresztowany za współpracę i pomoc opozycjonistom. Wszelki opór zostanie uznany za dowód zdrady stanu. – Hologram znikł, pozostawiając Aleca z głupią miną i kompletnym mętlikiem w głowie. Przeżuwając pierwszy szok, powoli obrócił głowę w stronę gówniarza, który musiał być przyczyną tego absurdu i gdyby tylko spojrzenie mogło zabijać – chłopak zwijałby się z bólu, umierając właśnie w przeraźliwych katuszach.
Z wyrazem twarzy jaki nieczęsto gościł na jego twarzy, wyrażającym bezgraniczną wściekłość, szybkim krokiem podszedł do niższego chłopaka, chwytając go za kołnierz i przyciągając gwałtownie do siebie. Wtedy właśnie dostrzegł małą słuchawkę w jego uchu.
Podłączyliście się do systemu? – wywarczał przez zaciśnięte zęby wpatrując się wściekle w niebieskie tęczówki. Miał nadzieję, że odpowiedź jest twierdząca. – Niech otworzą drzwi i uruchomią platformę. Potem sobie porozmawiamy – skończył z nieprzyjemnym grymasem, gwałtownie odpychając od siebie chłopaka. Dysk schował do kieszeni spodni, a czekając, aż współpracownicy gówniarza zrobią, co należy, zarzucił na barki kurtkę, a na nogi wsunął buty. Nie brał nic więcej. Nie wiedział co dokładnie się dzieje, ale miał zamiar tu jeszcze wrócić. Nie da się wrobić w żadne łajno. Domyślał się nawet kto za tym wszystkim stoi. Zlekceważył tego palanta. Niesłusznie.



Nagłe uruchomienie się mechanizmu otwierającego drzwi spowodowało, że Lynx mimowolnie odskoczył w tył. Nim jednak te do końca się rozwarły, doprowadził się do jako takiego porządku, zaraz prostując i przybierając obojętny wyraz twarzy. Wolał swą postawą nie zdradzać nieznajomemu, że mały prostokątny dysk, który spoczywał niewinnie na dnie jego teczki był aż tak cenny. Mogłoby to wzbudzić kolejne podejrzenia, co z całą pewnością nie było pożądane w tamtym momencie.
Chwilę się zawahał, nim podążył za gospodarzem, który jakby nigdy nic zaprosił go do środka. Jego chęć pomocy wydawała się Lynx'owi nieco zastanawiająca. Niestety młody mężczyzna nigdy nie należał do specjalnie rozważnych czy ostrożnych ludzi, dlatego też wzruszywszy ramionami ruszył wgłąb mieszkania, poprawiając po drodze ramiączka od plecaka. Po drodze nie mógł się powstrzymać od mało dyskretnego zwiedzenia wzrokiem salonu. Nigdy nie był w tak ekskluzywnym i nowoczesnym miejscu, o ile sterylność i minimalizm można określić mianem "ekskluzywności". Wszystko było takie nowe, takie błyszczące. Podszedł nawet do jednego z regałów, gdzie poustawiane były różnego rodzaju kryształy odbijające pięknie światło halogenów, wyciągnął w ich kierunku dłoń i... Od razu cofnął swe paluchy słysząc rozbrzmiewający głos gospodarza. Jego ton przypominał trochę rodzica, który przyłapał swoje dziecko na przemycaniu czegoś niedozwolonego. Mimowolnie blondyn skrzywił się lekko, odwracając twarz w kierunku nieznanemu mu mężczyzny. Od razu jego bystre, chabrowe oko dostrzegło szklany dysk, co wywołało wypełznięcie wyrazu ogromnej ulgi na jego przystojnej twarzy.
- Tak! - zawołał podchodząc bliżej - Pamiątkowe zdjęcia z wycieczki szkolnej... Czy to istotne? - przewrócił oczami, nie mając zamiaru wchodzić w jakiekolwiek tłumaczenie się. Nie było na to czasu! - Po prostu mi go od- - urwał, gdyż przerwało mu nieznośne wycie alarmu. - Cholera. - zaklął, przyglądając się z lekkim przerażeniem w wyświetlony hologram. No tak, EagleEye... Ten palant mógł jeszcze pomachać dyskiem przy samym obiektywie! Chociaż z drugiej strony fakt, że tak szybko wychwycono ich dwójkę był nieco dziwny. Czyżby mężczyzna był obserwowany? Lynx spojrzał na niego ze zdziwieniem. Facet raczej wyglądał na jednego z tych, którzy wykonują bezmyślnie wszystko co zleci im rząd, bez zadawania zbędnych pytań. Nienawidził takich jak on... Pozbawione własnego mózgu kukiełki, które za materialne wygody były wstanie przymknąć oko na przewinienia uzurpatora. Cóż, tak było o wiele łatwiej. O ile człowiek chce być prowadzanym przez całe swoje życie na krótkiej smyczy. Lynx nie był wstanie tego znieść. Wolał żyć w biedzie, nie będąc pewnym jutra ale móc cieszyć się wolnością niż egzystować w pozłacanej klatce. Klatka była klatką. Nie ważne jak wygodna i ekskluzywna.
Gdy tylko ostrzegawczy hologram zniknął, blondyn poczuł na sobie chłodną barwę tęczówek niejakiego Aleca Carvera. Oczy mężczyzny wręcz błyszczały ze wściekłości. Lynx instynktownie zapragnął znaleźć się jak najdalej, znikając z ich zasięgu. Jednak nim zdążył się poruszyć o chociażby milimetr mężczyzna zdecydowanie pochwycił za jego kołnierz i przyciągnął do siebie, uniemożliwiając mu tym samym na jakąkolwiek ucieczkę.
- Wybacz kochasiu, nie całuję się na pierwszej randce. - syknął Lynx, próbując się wyrwać z żelaznego uścisku, warcząc przy tym jak wściekły kociak. Nie miał zbyt dużo czasu. Lada chwila a zleci się połowa pobliskich patroli policyjnych!
Nagle szatyn go odepchnął, tym samym puszczając wolno. Lynx z trudem odzyskał równowagę, zaraz prostując się. Nie wiedział co robić. Walka z ów osobnikiem nie wchodziła w grę. Czas go naglił, poza tym wnioskując po imponującym umięśnieniu nieznajomego dwudziestodwulatek mógłby nie mieć z nim najmniejszych szans.
- Lynx. Masz minutę i trzydzieści trzy sekundy, by zmyć się z piętra. Bierz go ze sobą, pozbędziemy się go jakoś po drodze. - rozbrzmiał trzeszczący głos w malutkiej słuchawce wciśniętej ciasno w ucho blondyna.
- Ma dysk. - powiedział cicho, podchodząc w kierunku drzwi frontowych.
- Tym bardziej, Lynx. Zmywaj się stamtąd! - usłyszał - Otwieram drzwi. Kierujcie się w lewo, prosto do zachodniej części budynku. Potem schodami dla personelu w górę. Sześćdziesiąt dwie sekundy. Teraz! - drzwi rozsunęły się. Blondyn spojrzał na mężczyznę za sobą porozumiewawczo, po czym ruszył sprintem korytarzem. Nie oglądał się za siebie. Słysząc przyspieszone kroki za sobą, wiedział, że szarooki ruszył jego śladem.
Biegł ile sił w nogach, mimo, że te powoli odmawiały mu posłuszeństwa. Na szczęście hormon 3xF skutecznie mobilizował jego mięśnie do pracy. Z każdym następnym metrem był coraz bliżej u ce-
- Lynx, schodami wchodzi patrol. Zmiana planu. Winda towarowa po prawej! - ponownie zabrzmiał głos z słuchawki.
- !@#% - Blondyn ledwo wyhamował na zakręcie, prawie upadając. Na szczęście zdążył podeprzeć się ręką i szybko pozbierać z podłogi, tym samym kontynuując bieg.
- W drugą stronę. Windą! - obwieścił nieznajomemu zaraz prowadząc w odpowiednim kierunku. Wtedy biegnąc jednym z korytarzy dostrzegli grupkę mundurowych. Rozległy się strzały wymierzone w ich stronę. Na szczęście towarzysze Lynxa zdążyli zamknąć przejście włazem, który służył do odcinania drogi ewentualnemu pożarowi.

Bezczelny gówniarz. "Zdjęcia z wycieczki", niech go szlag. Alec, pomimo swoich zaledwie dwudziestu pięciu lat, czuł się za stary na takie gierki. Domyślił się, że mały, niewinnie wyglądający dysk, nie znalazł się w jego teczce przypadkiem. Nim mogło być to, że trafiło akurat na szatyna, choć i tego nie był pewien. Jego nos węszył impertynencką intrygę, a sam żołnierz szybko zaczął zastanawiać się jaką rolę odgrywa w niej białowłosy intruz. Jedno było pewne – miał swój duży udział w sytuacji, która spotkała Aleca i czy też współpracował z władzami, a to wszystko zostało sprawnie ukartowane, czy też jest durnym, nieostrożnym, niemyślącym rebeliantem – był winny. Co za tym idzie, cała wściekłość mężczyzny ukierunkowana była tylko na niego i jedyny Alec mógł wiedzieć, jak wiele siły kosztuje go to, by ograniczyć swoją napaść na chłopaka jedynie do bezinwazyjnego szarpnięcia za wymiętoszony kołnierz. Gdyby nie nagląca potrzeba opuszczenia dotychczasowego miejsca, jego nieproszony gość mógłby nie obyć się bez poważniejszych ubytków zdrowotnych.
Zignorował jakże błyskotliwą docinkę irytującego smarkacza, a czekając aż ten uruchomi styki i zacznie robić to co należy, rozejrzał się czujnym wzrokiem po pomieszczeniu. Przeprowadzając szybką, wewnętrzną analizę, udał się rześkim krokiem do sypialni, gdzie też w jednej z szuflad odnalazł poręczny, niewielki lecz zdecydowanie szkodliwy pistolet. Zważył go w dłoni, by zaraz przekląć pod nosem, uświadomiwszy sobie, że na nic mu się zda ten naładowany pluskwami, niepozorny sprzęt. Odetchnął głęboko, szybko odnajdując zwykły, prosty nóż, który choć nie robił wielkiego wrażenia swym wyglądem, ciął zdecydowanie mocno. Zabezpieczywszy ostrze, schował je do wewnętrznej kieszeni kurtki. Pieniędzy nie mógł wziąć, bowiem każde użycie jakiegokolwiek środka płatności w jego wykonaniu, wiązało się z natychmiastowym namierzeniem.
Nie wierzył, że naprawdę musi o tym myśleć. O tym, jak wydostać się niezauważenie z własnego mieszkania, nie dać się złapać tym, dla których pracował odkąd tylko zjawił się na tym niewdzięcznym świecie i co zrobić, by uzyskać szansę na powrót do swojego spokojnego, wygodnego życia. Cóż, skupmy się na punkcie pierwszym. W tym wypadku mógł obecnie liczyć tylko na tego cholernego gówniarza i jego kumpli. Wiedział, że dysk, który miał w kieszeni na jakiś czas zapewniał mu tę pomoc. Jego zawartość musiała być bardzo ważna, skoro rząd postanowił poświęcić sprawdzonego, dobrego człowieka na jego rzecz. Nawet, jeśli pomagał przy tym cholerny pułkownik – a tego Alec był niemalże pewien.
Widząc otwarte drzwi, przyszykował się do biegu. Był o krok za jasnowłosym, którego nogi zdawały się radzić sobie bardzo dobrze z dużymi prędkościami. Tak też było, gówniarz pędził ile sił, a Alec trzymał się na ogonie, by podążać ścieżką znaną tylko młodemu rebeliantowi.
Zaklął zaraz po dzieciaku, niemalże wpadając na niego, gdy ten jakże rozważnie postanowił przyhamować z gracją upośledzonego słonia. Warknąwszy krótko, z widoczną wprawą zmienił kierunek, a jego silne nogi pognały dalej za jasną czupryną, podczas gdy bystre oczy w biegu oceniały sytuację. Widząc mundurowych strzelających bez ostrzeżenia, nieomal się roześmiał. Proszę co dostaję za całe życie służby i narażanie go za tę gównianą ojczyznę. Zastrzelony jak kaczka, co za piękna wizja śmierci. Być może nawet urywany chichot opuścił jego ładnie wykrojone usta. O ironio.
Zrównał krok ze swym życiowym utrapieniem, za którego sprawą w kilka sekund jego życie stanęło na głowie. Przyspieszył widząc wyjście, a otrzymując informację dotyczącą pojazdu, którego szukali, zgrabnie i szybko wskoczył do furgonetki. Gówniarz również prędko się w niej znalazł, przy czym natychmiast ruszyli, słuchając odgłosu strzałów desperacko wymierzonych w pojazd. Te nie mogły już go jednak dosięgnąć. Jakkolwiek, kwestią czasu było nim władze podążą ich śladem, Alec w końcu sam w sobie był jednym, wielkim nadajnikiem.
Z twarzą wykrzywioną wieloma, zdecydowanie negatywnymi emocjami, opadł na tyłek, szybko przelatując zimnym wzrokiem po obecnych.
Nie radzę wam niczego próbować – ostrzegł, mając świadomość tego, że durnie, którzy nie wiedzą z kim mają do czynienia, mogą się pokusić o zabranie tego co należało do nich, przy użyciu siły. Powinien im jednak dać coś do zrozumienia sam fakt, że mężczyzna nie wyglądał nawet na zmachanego, a szaleńczy bieg nie zrobił na nim większego wrażenia. Co więcej, zamiast panikować, choć przepełniony wściekłością, panował nad sobą, a jego głos był ponuro wyważony. Szare spojrzenie miało w sobie coś, co mówiło, iż jego słowa nie są żartem, a logika podpowiadała, że bezbronny człowiek nie byłby tak pewny swego. W jego oczach nie było śladu lęku. Tylko dzika furia. I chłód. Dziwny chłód, który zdawał się sprawiać, iż w całym pomieszczeniu robiło się zimniej.
Przeprowadził kolejną, szybką analizę. Ucieczka nie miała sensu, dopóki miał wszczepiony chip. A skoro już uciekał, z kolei władze miały rozkaz strzelania bez ostrzeżenia, oznaczało to, że na tę chwilę nie ma sensu się łudzić i należy pozostać skupionym właśnie na ucieczce. Zaklął.
Bez uprzedzenia zdjął kurtkę, z niej zaś wyjął nóż. Wyciągnął przed siebie lewą dłoń, szybko rozciął kawał rękawa koszuli, odkładając go na kolana. Dwoma palcami przejechał ze skupieniem po wewnętrznej części przedramienia. Odnajdując dokładne miejsce, w którym znajdowała się mała płytka, bez zwlekania sięgnął po odkrojony materiał, by z małą pomocą zębów zawiązać go ciasno powyżej wspomnianego miejsca. Nie czekając na nic, natychmiast przyłożył ostrze do jasnej skóry, sprawiając, że ta już po chwili nieśmiało pokryła się szkarłatem. Sprawnie, zaciskając mocno zęby i marszcząc zawzięcie brwi, odciął dobry kawał skóry, po czy odłożył nóż na bok, by zatopić palce we wnętrzu źle wyglądającej rany. Powstrzymując się przed wydawaniem jakichkolwiek dźwięków, wygrzebał z niej mały przedmiot, który bez zastanowienia wyciągnął w stronę tego samego gnojka, dzięki któremu się tutaj znalazł.
Pozbądź się tego. – Już bez zabawy z nożem, oderwał kolejny kawałek materiału, by obwiązać nim świeżą ranę. Zamierzał się nią zająć w bardziej sterylnych i sprzyjających warunkach, gdzie uzyska dostęp do igły i nici. Miał nadzieję, że ci kretyni posiadają takie rzeczy. Tym czasem skupił się na uspokojeniu emocji i ignorowaniu przejmującego bólu, który sprawiał, że na przystojnej twarzy powoli pojawiły się pojedyncze kropelki potu.



Przeklinał w duchu chwilę w której zgodził się uczestniczyć w tej popapranej misji. "To nic takiego Lynx", mówili, "[...]szybka i niekonfrontacyjna akcja". Akurat! Gdyby wiedział, że stanie się żywym celem dla fanatycznych dupków rządowych, to w życiu z własnej woli, by w to nie wszedł. Nie potrzebował dodatkowych wrażeń. Wystarczająco dużo adrenaliny dostarczał organizmowi podczas ucierania nosa uzurpatorowi w cyberprzestrzeni. Tam przynajmniej nikt nie mierzył w niego z broni palnej. Czuł się pewnie w swojej małej dziupli, która była wynajmowaną ruderą w jednej ze starych, obskurnych kamienic. Nie widział powodu w wyściubianiu nosa poza jej bezpieczne ściany w innym celu niż rozrywka w okolicznych podziemnych barach.
Jakimś cudem znalazł się w tej przeklętej windzie a ona ruszyła w górę. Miał chwilę by odsapnąć. Badawczo i mało dyskretnie zerknął na mężczyznę stojącego w drugim rogu mechanicznej dźwigni, który nawet nie zamierzał zaszczycić go spojrzeniem jasnych, błyszczących tęczówek. Nie wglądał na zadowolonego. Ze swojego miejsca Lynx mógł dojrzeć nerwowo pulsujące mięśnie zaciśniętej do granic możliwości szczęki. Swoją drogą całkiem nieźle zarysowanej szczęki. Rebeliant musiał przyznać, choć niechętnie, że mężczyzna należał do tego grona facetów, który w swoich genach dostał wszystko czego jemu poskąpiono. I tutaj można wymienić między innymi szerokie oraz silne barki, apetycznie wykrojone usta, odpowiednie rysy twarzy i... imponujący wzrost. Co prawda Lynx nie był kurduplem, jednak - cholera - ten koleś miał ze dwa metry!
Oderwał od Carvera wzrok dopiero, gdy winda stanęła. Zupełnie niewyczuwalnie i bezgłośnie. Jedynie rozsuwające się drzwi świadczyły o zajechaniu na odpowiednie piętro. Lynx ruszył żwawo przed siebie, omijając nieznajomego, przy okazji "niechcący" ocierając się nieznacznie o jego umięśnione ciało, tuż przy wyjściu z windy.
Był to parking zewnętrzny, pozbawiony zadaszenia. Nie znajdywało się więc na nim zbyt wiele pojazdów. Blondyn bez trudu dostrzegł pożądaną przez niego furgonetkę, stojącą na samym jego końcu. Dając znać Alecowi, że to ona była ich celem, przyspieszył pragnąc znaleźć się już w jej na pozór bezpiecznym wnętrzu. Niczym do azylu, biegł ile sił w szczupłych nogach, ignorując, że te poruszały się z nie małą trudnością. Z tej też przyczyny pod koniec maratonu Carver wyprzedził go wskakując do samochodu jako pierwszy. Zaraz po nim znalazł się w niej i zdyszany Lynx. Zasunąwszy za nimi drzwi, ześlizgnął się po ich metalowej powierzchni, zaraz siadając ciężko na tyłku. Miał wrażenie, że lada moment a wypluje swe płuca. Zdecydowanie jego kondycja pozostawiała wiele do życzenia, czego skutki właśnie przyszło mu boleśnie odczuć. Powietrza...
Pojazd ruszył. Na tyłach furgonetki prócz dwójki uciekinierów, znajdowali się uzbrojony w niemalże antyczną M-czwórkę mężczyzna, przypominający z twarzy przygłupiego pitbulla oraz drobna kobieta o ostro różowych, krótkich włosach. O dziwo znacznie groźniej prezentowała się przedstawicielka płci pięknej. Jej bystre, gniewne spojrzenie zdawało się prześwietlać Carvera Aleca niemalże na wylot. Zaś wspomniany wcześniej "pitbull" z rozbawieniem patrzył na Lynxa, który ledwo trzymał swoje wyczerpane ciało w pionie. Oderwał od niego wzrok dopiero w momencie, gdy rozbrzmiał głos nieznajomego. Od razu głupkowaty wyraz twarzy zastąpił miejsca minie, mającej na celu zniechęcić mężczyznę do zrobienia niepożądanego kroku.
Wszyscy prócz Lynxa - gdyż ten był zajęty marudzeniem pod nosem na swój ciężki los - spięli się na widok białej broni, która nagle wyłoniła się z pod kurtki Carvera.
- Radzę ci dobrze, rzuć to, młody. - rozległ się niski bas, a lufa pistoletu została wymierzona bezceremonialnie w skroń Aleca. Nie strzelił jednak. Nóż zanurzył się w nikogo innego, jak w samego właściciela. W tym też momencie chabrowe tęczówki hakera niefortunnie przerzuciły się na postać siedzącą obok niego. Zapiszczał cicho widząc jak ten grzebie paluchami w głębokiej ranie.
- Co z tobą jest nie tak?! - zawył, czując jak zbiera mu się na torsje. Nieprzyjemne wrażenie nabrało na sile, gdy pokryty szkarłatem, mały przedmiot znalazł się nagle w jego dłoni.
- Cheap. - mruknęła kobieta, marszcząc starannie wyrysowane, czarne brwi. - Ha! To pieprzony żołnierzyk! - rzuciła, zaraz zwracając się do blondyna - Na co czekasz? Wyrzuć to, bałwanie! - Dopiero usłyszawszy owe polecenie, Lynx przestał się głupkowato wgapiać w drobne urządzenie i uchyliwszy drzwi wyrzucił je na zewnątrz.
Nagle kobieta wystrzeliła gwałtownie do przodu, wyciągając niewielką broń zza paska swoich spodni i celując nią prosto w środek czoła Carvera, z odległości jakiś pięciu centymetrów.
- Oddaj dysk ślicznotko, jeśli nie chcesz, by twój mózg wlepił się w ściany furgonetki. - wysyczała, niczym wściekły wąż, ruszając przy tym śmiesznie nozdrzami.
- Zluzuj Kora. - przewrócił oczami blondyn, wyciągając z kieszeni wcześniej wspomniany dysk i szczerząc się przy tym wesoło, jak gdyby zapomniał zupełnie o mdłościach z przed chwili. - Zwinąłem go, gdy wychodziliśmy z windy. - zaświergotał, widocznie dumny z siebie i swoich nad wyraz zwinnych rączek. Był pewien, że okradziony, nie zauważył nawet momentu, gdy jego szczupła łapa zanurzyła się w jego kieszeni.
Kora prychnąwszy krótko zabrała pistolet i wcisnęła go z powrotem za pasek.
- To co z nim robimy? - zapytał pitbullowaty mężczyzna, wskazując gestem na Carvera. - Nie ma dokąd wracać. Do bazy też go nie wpuszczę. - Lynx na jego słowa jedynie wzruszył niedbale ramionami. Wszak nie w jego interesie był los tego gbura i nie miał zamiaru się nad tym rozwodzić. Ważne, że odzyskał swoją zgubę, reszta się nie liczyła.
- Lynx go w to wciągnął, więc niech go przyganie. - zarechotała różowowłosa.
- Chyba cię posrało. - furknął blondyn. - Dorosły jest, niech sobie radzi. - dodał.
- Do diabła, Lynx. Spaliłeś kolesia! Spieprzyłeś sprawę, to teraz weź to na klatę jak prawdziwy facet. Myślisz, że wiecznie będziemy po tobie sprzątać?
- Dobra! Luz, coś się wymyśli... - dał za wygraną, zaraz zerkając niepewnie na Aleca.

Choć zdawałoby się, że nie interesuje go towarzystwo, w którym przymusowo się znalazł, zdołał poświęcić chwilę, by powierzchownie się im przyjrzeć. Nie był w żaden sposób spięty ani zdenerwowany chociażby przez wizję wymierzonej w jego głowę M-4. Oczywiście nie można powiedzieć, by czuł się z tym wyobrażeniem zanadto komfortowo, lecz jako zawodowy żołnierz doskonale wiedział jak radzić sobie w podobnych sytuacjach. Wiedział też jak ocenić swoje szanse. Te były małe jeśli wziąć pod uwagę wielkość pomieszczenia oraz stosunek sił po jednej i drugiej stronie. Być może nie wyszedłby cało z ostrzału, być może nie wyszedłby w ogóle, ale już jego głowa w tym, by razem ze sobą zabrać również pozostałą trójkę. Sam nóż w dłoniach Aleca był wyjątkowo śmiercionośną bronią, a i przejęcie karabinku szturmowego nie wydawało się takie ciężkie. Zresztą. Ufał, że mężczyzna pomimo swej nieskażonej inteligencją twarzy, zdaje sobie sprawę z tego, iż użycie takiej broni w takim pomieszczeniu względem takiego celu, jest zwyczajnie durne i stanowczo zbyt ryzykowne. Tak, być może Pitbull zdawał sobie z tego sprawę. Nie można było na pewno powiedzieć tego samego o różowowłosej.
Alec nawet nie drgnął, choć mógł. Mógł zareagować natychmiast, bowiem kobieta wykonała zbyt dużo ruchów, dała mu czas na reakcję, a reakcja była bardzo prosta. Dziewczyna była szybka, zapewne zwinna, ale nieostrożna. Brunet poczuł się nieco zawiedziony. Pomimo swojej drobnej postury budziła respekt, biła od niej jakaś aura dominacji, a jednak okazała się taką idiotką. M-4 nie został stworzony dla krótkich odległości. Z tak długą bronią wymierzoną dokładnie w swoją głowę, Alec mógł spokojnie złapać za lufę i wykręcić ją w inną stronę, a dziewczynę obezwładnić. Dużo lepiej wyszłaby na tym, gdyby zostawiła broń w rękach osiłka. Alec pozostałby na linii rażenia i nie miałby czasu na reakcję.
Choć miał ten czas, nie zareagował. Jedynie patrzył spod rzęs na kobietę, w sposób skrajnie odrzucający i w pewien sposób nieludzki. Na jego usta wpłynął lekki uśmiech. Nie miał dysku i wiedział o tym od jakiegoś czasu. Nie był durniem, poczuł te lekkie, niby przypadkowe otarcie jakim uraczył go chłopak przy wychodzeniu z windy. Wiedział też, że otarcia takie nigdy w istocie nie były przypadkowe. Dlatego też, gdy młody wyciągnął dysk, jego mina nie wyraziła żadnego zaskoczenia. Wciąż patrzył na drobną kobietę wzrokiem pełnym pogardy i pożałowania. Choć miał przy głowie lufę, to on zdawał się być górą. Wystarczył jeden ruch. Gdy wiedziało się jak postępować w podobnych przypadkach – a Alec to wiedział – sprawa była prosta. Mężczyzna znajdował się już w dużo gorszych sytuacjach, z dużo bardziej niebezpiecznymi ludźmi podczas wojny. Bycie "pieprzonym żołnierzykiem" w jego przypadku nie polegało jedynie na zbijaniu bąków i pobieraniu pensji. Ale obecni tutaj nie mogli o tym wiedzieć.
Laska, której widocznie brakowało pieszczot i chodziła nazbyt spięta, odpuściła sobie, oddając broń koledze, a Alec ze swobodą przymknął oczy i oparł głowę o boczną powierzchnię furgonetki. W milczeniu przysłuchiwał się rozmowie durni, z którymi przyszło mu się spotkać. Uspokajał emocje najlepiej jak potrafił, a że robił to przez całe swoje życie, to i teraz szło mu to całkiem nieźle. Nie był dzikusem jak ci tutaj, był obywatelem kraju, za który walczył, a w którym tacy kretyni jak ci, znów chcieli wprowadzić zamęt. Powinni sczeznąć i dać innym żyć w spokoju. Nienawidził ich czystą nienawiścią przeznaczoną dla wszystkich z tego rodzaju.
Uchylił powieki, rozumiejąc, że przygłupawa rozmowa zdurniałych buntowników dobiegła końca, a ci zdecydowali co zrobić z Aleciem, zupełnie tak jakby mieli do tego jakiekolwiek prawo. Carver był w dupie, owszem. Ale nie był dzieckiem, nie był bezbronny i choć miał ochotę udusić szczeniaka za to, że przez niego musiał opuścić swoje doczesne wygody, nie ubolewałby wcale, gdyby musiał poradzić sobie całkiem sam. Nie byłoby to łatwe, bo Alec nie przywykł do uciekania przed wysłannikami rządu. Sam w końcu był kimś takim do tej pory. Ale wierzył w swój wrodzony i ten wyuczony spryt. Wolał być nieporadnym uciekinierem niż stać się całkiem zależnym od tych tutaj.
Obyś miał lekki sen szczeniaku – wysyczał z tym lekkim, sugestywnym uśmiechem przesiąkniętym jadem tak jak i sam jego ton. Jeżeli sen jasnowłosego jest twardy... Cóż, Alec mógłby się nie powstrzymać przed zatopieniem ostrza w kuszącą swą delikatnością krtań chłopaka.
Alec wyjrzał przez szybę i zacisnął usta w wąską linię widząc co wyświetla się na jednym z wielkich billboardów. Więc rząd nie zamierzał tuszować sprawy. Zamierzali oczernić jego nazwisko, zrobili z niego cholernego zbiega, zdrajcę kraju i wystawili wizerunek na oczy przeciętnych ludzi. "Poszukiwany syn generała Carvera – Alec Carver. Zbiegł, dopuściwszy się zdrady stanu." – głosiły hasła pod wizerunkiem prezenterki. Ojciec musiał przewracać się w grobie. Jego osoba była powszechnie znana, powszechnie szanowana i nawet po śmierci pozostała w głowach wielu ludzi. Wiedział, że zrobili to specjalnie. Zrobili z tego sensację, by spalić za Aleciem wszystkie mosty, by ułatwić jego znalezienie i zrobić podłego przestępcę. Ludźmi było tak łatwo manipulować.
Odwrócił głowę od szyby, zaciskając bezwiednie pięści. Nie wpadnięcie w furię kosztowało go naprawdę wiele. Nie patrzył w stronę Lynxa, bowiem sama myśl o nim budziła w Alecu żądzę rozszarpania chłopaka na kawałki. Widząc tę parszywą twarz, miał ochotę zrobić dużo więcej. Dlatego nie patrzył i znów skupił się na kontrolowaniu nerwów.



Moment w których Lynx złapał spojrzenie stalowych tęczówek Carvera nie należał do specjalnie przyjemnych. Od razu paraliżujący dreszcz przeszedł po jego kręgosłupie a w gardle pojawiła się gula, uniemożliwiająca swobodne oddychanie czy przełknięcie zebranej w ustach śliny. Mężczyzna miał w sobie charyzmę oraz pewnego rodzaju chłód. To sprawiało, że blondyn tracił nagle pewność siebie. Nie chciał jednak dać tego po sobie poznać.
!@#$ się. Wiesz gdzie mam twoje groźby? - burknął w odpowiedzi, spychając pierwotny strach na bok, po raz kolejny dowodząc, że rozsądek był mu z zupełnie obcy a opanowanie nieznane. – Na pomoc trzeba sobie zasłużyć, jak dla mnie możesz radzić sobie sam. - usiadł ponownie na tyłku wyjmując z plecaka metalowy, wąski walec. Wysunął zaraz z niego plastyczny transparenty ekran, włączając tym samym urządzenie. Wystukawszy na jego powierzchni szereg skomplikowanych komend wyświetlił plany miasta, uwzględniające obecny ruch uliczny. Jego bystre oko szybko przeanalizowało migocące na różne kolory punkciki, rozpoznając w tych niebieskich służbistów.
Kora, blokady straży dwa kilometry przed nami. Niech zjadą na lewo. - zwrócił się do drobnej kobiety. Ta z początku spojrzała na niego z rezerwą, ostatecznie jednak zdecydowała się przekazać kierowcy informację o potrzebie zmiany kierunku jazdy. Szybko zjechali na brukowaną drogę, tocząc się między wąskimi uliczkami. Co prawda szybciej było wzbić się w powietrze i włączyć do tamtejszego ruchu pojazdów. Niestety było to również i zbyt ryzykowne. O wiele bezpieczniejszą opcją był przejazd poprzez mniej strzeżone uliczki miasta, a te Lynx znał jak własną kieszeń. Oczywiście ta znajomość ograniczała się jedynie do elektronicznej mapy, którą studiował wielokrotnie, niemniej na ten moment w zupełności to wystarczało.
Dopiero po dłuższym czasie odważył się ponownie zerknąć na Aleca. Mężczyzna nie sprawiał wrażenia opanowanego, mimo, że usilnie się starał to osiągnąć. Łypał gniewnie wzrokiem przed siebie, zaciskając wielkie łapy w ciasne pięści. Lynx pomyślał, że gdyby ten był postacią z kreskówki, to z jego nozdrzy wydobywałby się chmurki dymu. Wizja zarówno śmieszna, jak i przerażająca.
Po części blondyn rozumiał niechęć Carvera do jego osoby. Był świadom, że to właśnie jego lekkomyślność sprawiła, że ten znalazł się w tak beznadziejnym położeniu. Zwyczajnie dał dupy podczas bieżącej akcji. Jednak czyż cel nie uświęcał środki? Wszak sytuacja była podbramkowa a on musiał szybko podjąć decyzję. Nie miał wyboru. Los postawił przed nim Aleca, krzyżując ich ścieżki. Przecież to nie Lynx go wybrał. Wybrała go nagła potrzeba. Siła wyższa, ot co!
Resztę trasy przesiedział grzebiąc w sieci, słysząc w tle rozmowę swoich współtowarzyszy. Na Aleca zaś nie zwracał większej uwagi. Jedynie co jakiś czas jego wzrok bezwiednie wędrował na sylwetkę -byłego już- podporucznika. Blondyn nie był przekonany co do pomysłu "przygarnięcia" Carvera pod swoje wątłe skrzydło. Nie znał go. Wiedział tylko tyle ile udało mu się na szybko wygrzebać z bazy danych rządu. Nie miał więc pewności, że ten nie zechce go udusić w środku nocy, albo nie wpadnie na jakże genialny pomysł ściągnięcia na nich straży. Wszystko było możliwe, a Lynx nie miał zamiaru wchodzić w kolejne łajno. Wystarczyło mu to, że do tej pory odczuwał skutki poprzedniej wpadki... I najpewniej przez najbliższy czas się nie ulegnie to szczególnej zmianie.
Wysadźcie mnie na drugiej przecznicy. – mruknął, nie odrywając chabrowego wejrzenia od ekranu, orientując się, że znaleźli się już w bezpiecznej strefie metropolii. W strefie, gdzie rząd miał ograniczony dostęp.
Furgonetka stanęła zgodnie z poleceniem blondyna. Lynx oddał Korze swoją zdobycz, po czym dostawszy kilka wytycznych pożegnał się krótkim skinięciem głowy z resztą rebeliantów.
- Ty też musisz wysiadać, przystojniaczku. Do bazy nie masz wstępu. - odrzekł Pitbull, kierując swoje słowa do Aleca. Lynx jedynie prychnął pod nosem, po czym zdecydował się wyskoczyć z pojazdu jak najszybciej, nim ktokolwiek wróci ponownie do tematu niańczenia wściekłego wojskowego.

[im]http://img24.otofotki.pl/obrazki/bj294_lynxxx.png[/img]
Żaden z mięśni jego twarzy nawet nie drgnął, gdy do jego uszu dotarł pełen buntu głos blondyna. Zimny wzrok wciąż przeszywał na wskroś, zastępując doskonale wszystkie słowa, jakie mogłyby w tamtym momencie paść z ust Aleca. Nie wzruszyła go pozorna odwaga chłopaka, a spojrzeniem wyrażał to, jak bardzo w poważaniu ma jego słowa. Bo przecież, gdy przyjdzie co do czego, osobiście dopilnuje by ten irytujący głosik ugrzązł w jego cholernym gardle, a przez kuszące usta nie przedostanie się choćby krótka sylaba. Właśnie o tym myślał, dokładnie to sobie wyobrażał, kiedy tak mroził chłopaka wzrokiem, by w końcu ostatecznie odwrócić go lekceważąco i z zimną obojętnością wbić przed siebie. Choć ich kontakt wzrokowy trwał zaledwie kilka sekund, te mogły wydawać się wiecznością. Alec miał w sobie coś, co wyciągało sekundy w nieskończoność wtedy, kiedy chciałoby się uciec od jego towarzystwa. Ten mężczyzna naprawdę nie potrzebował żadnych słów, nie musiał uciekać się do gróźb. I wiedział, że chłopak powinien już to zrozumieć.
Choć był skrajnie zirytowany, a słowa irytującego rebelianta traktujące o "pomocy, na którą trzeba zasłużyć" sprawiły, że jego wyobrażenia o powolnej śmierci chłopaka wypełniła jeszcze większa rozkosz, po twarzy i w postawie Aleca nie było widać tego braku opanowania. Właściwie jak na kogoś, kto właśnie stracił cały dobytek i skończył na ulicy bez grosza przy duszy, ścigany przez władze w całym państwie, wyglądał wręcz na nienaturalnie opanowanego. Trzeba było przyznać, że stwarzanie pozorów opanował do perfekcji. Jakby nie było, tę umiejętność ćwiczył całe życie. Ze swoim porywistym usposobieniem tylko one mu zostały – pozory. A ponieważ zaledwie od kilkudziesięciu minut był zdrajcą stanu, który przecież może robić co chce, nie zdążył wyzbyć się starych nawyków. No, może nie takich starych.
Nie uwidaczniał więc paniki, która gdzieś tam tliła się w jego umyśle. Nie pokazywał również furii, której miał przemożną ochotę dać upust. Ale złość było po nim widać. Nie dobitnie, bo gdyby tak było, postawiłby tę furgonetkę do dołu dachem, ale jednak. Wciąż nerwowo zaciskał pięści i ładnie zarysowaną szczękę, nadal nie zważając zupełnie na ból, który sobie tym sprawiał. Przez całą drogę nie odezwał się już, patrząc bez wyrazu na przesiąkający krwią materiał koszuli. Pogrążył się w myślach, odchodząc od nich tylko wtedy, gdy ciszę przerywały głosy pozostałej trójki. Przysłuchiwał się zupełnie odruchowo, bo tak został nauczony. Gdy mówią trzeba słuchać, gdy nie mówią, trzeba czekać aż zaczną. Informacje nie rosły na drzewach, a czasem potrafiły uratować życie. Alec nie spodziewał się, że obecni tutaj podzielą się czymś, co mogłoby go zainteresować, ale ze zwykłego przyzwyczajenia odnotowywał sobie w głowie każde kolejne słowo i spostrzeżenie. Tak minęło mu kolejne kilkadziesiąt minut, podczas których w końcu udało mu się nieco opanować nerwy. Wiedział w końcu, że w tak gównianej sytuacji trzeźwość umysłu będzie mu bardzo potrzebna.
Pitbull wcale nie musiał mu mówić, by wysiadł, bo sam zamierzał to zrobić. Nie miał zamiaru ot tak dać spokoju blondaskowi, który w jednej chwili zniszczył wszystko, na co Alec pracował przez całe swoje życie. Dlatego też, nie zaszczycając nowopoznanej dwójki nawet spojrzeniem, wyskoczył z furgonetki.
Rozejrzał się po okolicy, nie mogąc powstrzymać lekkiego skrzywienia. To miejsce bardzo różniło się od centrum, w którym spędził większość swojego życia. Wydawało mu się zwyczajnie... brudne. Nie było tym, do czego Alec przywykł. Ale nie ogólne warunki wywołały jego skrzywienie, bo przecież znajdował się w dużo gorszych nie raz i nie dwa. Skrzywienie wywołała świadomość, że musi tu być wbrew własnej woli. Że nie ma odwrotu. Wszystko stracił i odzyskanie tego graniczyło z cudem. A to miejsce jak na razie jest mu najbardziej przyjaznym miejscem, w którym może odnaleźć jakiś azyl. Tym azylem na tę chwilę miał być dom gówniarza. Bo liczył, że ten jakiś dom posiada.
Nie wiedzieć kiedy stanął za chłopakiem i z bolesnym spokojem, ze zwodzącą delikatnością ułożył na jego ramionach swoje duże dłonie. Nachylił się nad chłopakiem, wargi zbliżając do ucha.
Lynx – wycedził, tak bardzo nieadekwatnie do swojego tonu, gładząc ramiona chłopaka kciukami. Powoli i delikatnie. – Bardzo szybko biegasz. Więc będę musiał pilnować, żebyś mi nie uciekł. – Jego palce wymownie wbiły się mocniej w chude ramiona. Wyprostowawszy się, dość gwałtownie odwrócił chłopaka przodem do siebie. Zdrową dłonią chwycił jego nadgarstek. Mocno, nie pozostawiając żadnych złudzeń, że może uda mu się wyrwać. Zimne spojrzenie bezlitośnie wbiło się w chabrowe tęczówki.
Posłuchaj, Lynx. – Pseudonim chłopaka w ustach Carvera brzmiał jak najgorsza obelga, jaką można sobie wyobrazić. – Nie będę zdawał się na twoje sumienie, więc niech przemówi do ciebie to, że nie ma tu koleżki z M-4ką i lepiej dla ciebie, jeśli ładnie spełnisz moją "prośbę". Pójdziemy teraz do ciebie, udostępnisz mi apteczkę, żebym mógł zszyć ranę, a potem ładnie ugościsz. I dasz pieniądze. Jak nie będziesz nic kombinował, będę grzecznym gościem. – Przemawiał surowym, lecz mrożąco spokojnym tonem, nieustannie wpatrując się głęboko w tęczówki chłopaka. Uścisk na jego nadgarstku nie zwalniał, a Alec był w pełni gotowości, w razie gdyby wbrew pozorom, Młody okazał się mistrzem świata w którychkolwiek sztukach walki.
Prowadź. – Uśmiechnął się cynicznie, czekając aż chłopak zareaguje. Liczył na to, że nie będzie musiał się z gówniarzem użerać. Jakiś tam rozsądek chyba miał, prawda?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Czw Lut 23, 2017 12:08 am




Ruszył żwawo przed siebie. Marzył by jak najprędzej zostawić za sobą cały ten bajzel, który niezaprzeczalnie był wynikiem szeregu błędów jakie zdołał popełnić przez ostatnie kilka godzin. Nie powinien się zgadzać na wzięcie udziału w tej pochrzanionej misji. Zmusiło go to do opuszczenia bezpiecznej dziupli i wystawienie się na zagrożenie. W dodatku naraził się wojskowemu, który zdawał się być niespełna rozumu. No bo kto normalny grzebie paluchem we własnym mięsie? Kto?! Na samo wspomnienie tego wydarzenia Lynxowi zebrało się ponownie na torsje. Na szczęście ostatkiem sił potrzymał treści żołądka przed wydostaniem się na zewnątrz, szczędząc tym samym sobie wstydu. Nie obyło się jednak bez lekkiego zawrotu głowy, który zmusił go do zwolnienia tempa chodu. W tym samym momencie, poczuł jak coś ciężkiego osadza mu się na ramiona, zaś do uszu dociera nieprzyjemnie brzmiący głos. Zamarł na sam jego dźwięk, wypuszczając z pomiędzy warg całe nagromadzone powietrze w płucach. Carver Alec najwidoczniej nie dawał tak łatwo za wygraną...
Szarpnął gwałtownie prawym ramieniem, chcąc uwolnić się od żelaznego uścisku mężczyzny. Niestety jego długie palce zbyt głęboko wbiły się w szczupłe ramiona blondyna, uniemożliwiając mu jakikolwiek ruch. A przynajmniej na taki z własnej woli, gdyż nie wiedząc nawet kiedy został zmuszony do zmiany swojej pozycji o sto osiemdziesiąt stopni. Lynx syknął ze złości, marszcząc nos niczym dzikie zwierze i łypiąc gniewnie na swego napastnika wzrokiem jasnych tęczówek.
- Puszczaj do diabła! - zażądał próbując wyszarpnąć nadgarstek, czując się jakby jego ręka znalazła się w miażdżącym imaku. Bolało. I to jak cholera! Jedno musiał przyznać, Carver miał niezłą krzepę w łapach, co sprawiało, że Lynx od razu zrezygnował z pomysłu zmierzenia się na pięści. Wątpił w swoje szanse w konfrontacji z tak bliska.
Zawahał się. Nie bardzo wiedział jak zareagować na słowa młodego podporucznika. Cichutki głos rozsądku nakazywał być mu posłusznym. Niestety o wiele donośniej odezwała się duma blondyna, która nie pozwalała mu na spuszczenie głowy. Nie przed kimś takim... Prychnął więc nieco histerycznie, zaraz skracając i tak niewielką odległość między nimi. W ostatniej chwili powstrzymał się przed stanięciem na palcach, co z całą pewnością wystawiłoby go na śmieszność. Miast tego uniósł dumnie podbródek ku górze, wbijając chabrowe spojrzenie w chłodne oczy Aleca. Był tak blisko, że bez trudu mógł poczuć jak ciepły oddech mężczyzny okala jego twarz.
- Posłuchaj, Carver. - zaczął, naśladując groteskowo sposób mówienia mężczyzny, marszcząc przy tym ciemne brwi. - Nie jestem twoim podwładnym, więc zejdź nieco z tonu z łaski swojej. - zauważył ignorując narastający strach w swoim głośno bijącym sercu. Mimo wszystko odczuwał zasadny lęk przed Carverem, przez co już zawczasu zaczął przeklinać w duchu na swoją porywczość. Doskonale wiedział, że powinien był ugryźć się w język i grzecznie zaprowadzić mężczyznę do siebie w nadziei, że pozbędzie się go jak najszybciej. Niestety jak to Lynx miał w zwyczaju musiał unieść się dumą i podkreślić swą wrodzoną bezczelność. Zero oleju w głowie, ot co. Nie było jednak już odwrotu. Zacisnął więc zęby i kontynuował swoje kiepskie przemówienie. - Nic mi nie zrobisz. A dlaczego? Bo przydam ci się i obaj o tym wiemy. - odparł na pozór pewny swego. - Sam nie dasz rady zaszyć się między murami tej dzielnicy na wystarczająco długo. Tak więc może nieco grzeczniej, hm? - dodał, klepiąc lekceważąco wolną dłonią w blady policzek wojskowego. W między czasie zaś udało mu się wyrwać drugą ręką. Od razu cofnął się o kilka kroków, jak gdyby bliskość Carvera nagle zaczęła parzyć. Zatrzymał się dopiero, gdy uznał, że dana odległość była wystarczająco bezpieczna.
Przez dłuższą chwilę wpatrywał się w oblicze wysokiego mężczyzny, będąc gotów w każdej chwili do natychmiastowej ucieczki. Nie miał zamiaru go lekceważyć. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ten gdyby tylko chciał z łatwością ukręciłby mu kark. Był niczym maszyna do zabijania opakowana w przystojne ciało młodego szatyna. O tak, Carver zdecydowanie był apetyczny, co z pewnością było jednym z powodów przez które Lynx nie wziął jeszcze dupy w troki. Innym powodem była ciekawość blondyna co do jego osoby. Intrygowało go jego nienaturalne opanowanie i dotkliwie odczuwalne chłodne usposobienie. Cóż, najwidoczniej Alec obudził w nim jakieś masochistyczne skłonności o których istnieniu Lynx nawet nie miał pojęcia, bowiem nagle zapragnął poznać go znacznie bliżej.
- Będę pewnie tego gorzko żałował... - westchnął przekrzywiając lekko głowę w bok. - Za mną, gogusiu. - zarządził z lisim uśmieszkiem, po czym powoli odwrócił się do nieznajomego tyłem, pozostając w pełnej czujności. Wizja wbijanego ostrza w jego plecy zdawała mu się być zbyt prawdopodobna, by mógł się rozluźnić.
Poprowadził ich przez sprawdzone boczne uliczki, nie chcąc ściągać na nich zbyt wielu wścibskich spojrzeń. Sam wygląd Carvera mógł wzbudzić małą sensację, nie wspominając już o jego rozprutym przedramieniu. Poza tym na głównej drodze wręcz roiło się od sprzedawczyków, którzy za marną działkę prochów byli w stanie sprzedać własną matkę.
Wkrótce dotarli do bardziej przyjaznej dzielnicy. Oczywiście była również szara i nieprzyjemna w swojej niszczącej scenerii. Niemniej było tam zdecydowanie mniej nieprzyjemnych typków, zaś na ulicach dało się dostrzec biegające dzieci za sflaczałą piłką oraz kobiety niosące skromne zakupy na które musiały ciężko pracować przez cały tydzień.
Lynx obejrzał się za Carverem i kiwnąwszy mu blond czupryną wszedł do jednej z bram. Klatka schodowa zdawała się być prawdziwym obrazem nędzy i rozpaczy. Dziurawe, obskrobane ściany, zasikane schody oraz góry pobitych butelek po trunkach. Młody rebeliant uśmiechnął się dziwnie do siebie, gdyż właśnie zdał sobie sprawę jak bardzo jego świat był różny od tego, który znał Alec Carver. Dosłownie jak biel i czerń.
- Witam w mojej rezydencji. - rzucił kpiąco otwierając drzwi z koślawym numerem 84A.

Stał sztywno i zupełnie nieruchomo, trawiąc w zupełnym milczeniu każde pojedyncze słowo wychodzące spomiędzy warg rebelianta. Jego zimny wzrok niczym niewzruszony konfrontował się z zaskakująco hardym spojrzeniem młodego chłopaka, zaś w przepełnionych chłodem tęczówkach niewiele można było odczytać. Zachowanie Aleca było solidnym budulcem napięcia, które rosło z chwili na chwilę. Bo jak mógł stać tu tak spokojnie, nie dopuszczając choćby do lekkiego drgnięcia pojedynczego mięśnia, gdy jakiś gówniarz śmiał przed nim tak bezczelnie pyskować? Nie, nie jakiś tam gówniarz, a człowiek, który winien był sytuacji, w jakiej Carver się znalazł. A sytuacja ta jest wyjątkowo paskudna.
Stał jednak i nie robił absolutnie nic poza słuchaniem z boleśnie nienaturalnym spokojem, któremu przeczył jedynie wzrok, wypełniony tymi charakterystycznymi, szaleńczymi iskierkami, świadczącymi o nieustępującej złości. Analizował każde zdanie, zapamiętując je dokładnie. Powszechnie wiadomo, że człowiek niedający w żaden sposób ujścia swoim emocjom, szczególnie, gdy te są tak silne, jest człowiekiem niebezpiecznym. Głównie dlatego, że emocje muszą znaleźć swoje ujście, i jeśli nie zrobią tego prędzej, to zrobią to później. Lecz później gromadzone przez cały czas emocje wybuchną niczym mała bomba nuklearna, robiąc krzywdę znacznie większą niż mogłyby uczynić obnażając się pojedynczo. Alec zdawał sobie z tego sprawę, dlatego właśnie więził całe napięcie w sobie, nie pozwalając na jego rozładowanie. Trzymał je dla Lynxa. Na później.
Chłopak się mylił. Alec wcale nie potrzebował go do tego stopnia, by "nic" mu nie zrobić. Był przekonany, że poradziłby sobie bez niego, choć mogłoby być ciężej. Rzecz w tym, że uwadze Lynxa uszedł jeden, istotny fakt. Carver mógł go zmusić do pomocy i grom wie co jeszcze go powstrzymywało. Najprawdopodobniej była to wyuczona przyzwoitość; przyzwyczajenie do życia w społeczeństwie zgodnie ze standardami jakie w nim panowały i zasadami moralności, których nie mógł do tej pory ignorować. O ile w tym kraju można było jeszcze o jakiejkolwiek moralności mówić.
Pozwolił się wygadać bezmyślnemu blondynowi, a następnie podążył za nim, nie racząc chłopaka ani jednym słowem. Wiedział, że słowa zawsze były lepsze od milczenia, a on przecież nie chciał Młodemu niczego ułatwiać. Dlatego milczał przez całą drogę, trzymając się krok za nim, bo i domyślał się jakie myśli mogą w tej sytuacji chodzić chłopakowi po głowie. Jednak nie zamierzał go zabijać, ani krzywdzić. Nie teraz i nie w tak prymitywny sposób, jak ugodzenie nożem między łopatki.
Darował sobie rozglądanie się po okolicy, choć starał się zapamiętać drogę, którą idą i na tyle, na ile to możliwe, poznać teren. Nie kontemplował jednak wyglądu tutejszych ulic i ludzi, nie rozmyślał nad tym jak nieciekawie to wszystko się przedstawia, nawet jeśli zadziwiał go nieco ten nieprzyjemny obraz nędzy, biedy i rozpaczy. Z jednej strony. Bo z drugiej miał wrażenie, że powietrze jest lżejsze, a ludzie pomimo wspomnianych wcześniej niedogodności, szczęśliwsi.
Zamiast na otoczeniu, przez większość czasu skupiał się na idącym przed nim chłopakiem, mierząc go bez skrępowania swym palącym wzrokiem. Zboczenie zawodowe sprawiło, że wciągu tych kilkudziesięciu minut zdołał określić na tyle, na ile mógł, jego predyspozycje jako przeciwnika. I doszedł do wniosku, że dzieciak żadnym przeciwnikiem nie mógł dla niego być. Mimowolnie zaczął się zastanawiać, co też sprawiło, że postanowił wychylić się z dziupli i pójść w teren, narażając tym swoje zdrowie. Czy u bezmyślnych rebeliantów normalnym było wysyłanie chuderlawych podlotków do tak niebezpiecznych zadań? Bo choć Alec nie znał szczegółów, zdążył domyśleć się kilku prostych faktów. Jak na przykład ten, że dzieciak jest informatykiem i pracuje umysłowo, nie zaś fizycznie.
Wszedł za jasnowłosym do mieszkania, starając się nie przykuwać zbyt wielkiej uwagi do... wystroju, o ile można tę ruderę zestawić z podobnym mianem. Uśmiechnął się kpiąco na słowa chłopaka, powierzchownie tylko przelatując spojrzeniem po wnętrzu.
Nie umieściłbym tu nawet swojego psa – odparł nieprzyjemnym tonem, patrząc z odrazą na obdrapane ściany. – Gdybym jakiegoś miał. – W rzeczywistości wcale nie był tak dotkliwie zniesmaczony. Ale Lynx przecież tego nie wiedział.
Daj mi igłę z nicią. I spirytus, albo wódkę. Cokolwiek do odkażenia – polecił sucho, kierując swoje spojrzenie na gospodarza. Trzymając za przesiąknięty krwią materiał, opadł swobodnie na kanapę. Na jego czole wyraźnie odznaczały się kropelki potu, a rana bolała i mogła przynieść dużo nieszczęścia, jeśli nie zostanie opatrzona. – Daruj sobie pyskowanie. I pozwól, że wyprowadzę cię z błędu. – Szare oczy niebezpiecznie zabłysły. – Przeceniasz swoją użyteczność. Radzę ci się na nią więcej nie powoływać. – Szyderczy uśmiech wykrzywił usta zaraz przed tym jak wzrok Aleca przeniósł się na przedramię, które to mężczyzna powoli zaczął uwalniać od oplatającego go, przesiąkniętego krwią materiału.
[quote=Anarru]



Mało elegancko wepchnął przed gościem do środka, odwracając się do niego zaraz przodem, by dalszą wędrówkę wgłąb mieszkania pokonać idąc plecami do kierunku ruchu. Ciekaw był reakcji mężczyzny na podobne lokum. Wszak ten zwykł przebywać w ekskluzywnych i sterylnych miejscach, zaś jego mieszkanie było dosłownym przeciwieństwem wszystkiego co znał Carver. Zewsząd panował chaos. Od gołych ścian odchodził tynk, meble pamiętały jeszcze czasy ich dziadków, zaś deski podłóg skrzypiały niemiłosiernie przy każdym, nawet najmniejszym ruchu. Nie wspominając już o kablach walających się w każdym kącie, podobnie jak pudełka po jedzeniu na wynos. Lynx prychnął pod nosem przypominając sobie swoją pierwszą noc w tej dziurze. Kiedyś też był taki jak Alec. Z dobrego domu, przyzwyczajony do wygód i dobrobytu. Z tą różnicą, że on z własnej woli z tego wszystkiego zrezygnował. Początkowo żałował, jednak teraz z upływem czasu był pewien, że nie zamieniłby tego wszystkiego nawet na najlepszy apartament w kraju. Wolność słowa, wolność myśli, wolność czynów, wolność uczuć - to było dla niego cenniejsze od wszelkich wygód. Tylko to się dla niego tak naprawdę liczyło.
- Nie kapie tu na głowę, jest ciepło i bezpiecznie. Czyli wszystko czego ci potrzeba na ten moment. - rzucił chłodno w odpowiedzi na złośliwości wojskowego. - Nie musisz jednak tu zostawać. Droga wolna. - dodał, uśmiechając się nieprzyjemnie. Nie czuł się urażony. Zdanie Aleca go nie interesowało. Mimo wszystko nie miał zamiaru pozwolić mu na zadzieranie nosa i obrażanie go w jego "domu". Jeśli coś mu nie odpowiadało, to zawsze mógł wyjść. Nawet byłoby to Lynxowi na rękę, z miłą chęcią by się go pozbył.
Blondyn usłyszawszy polecenie wojskowego otworzył usta, by udzielić mu rychłej odpowiedzi. Nie zdążył jednak wydobyć z siebie ani jednego krótkiego słowa. Z kamienną miną wysłuchał wywodu mężczyzny do końca, pozostając niewzruszonym na jego ostrzeżenie. A przynajmniej tak to wyglądało z zewnątrz, gdyż samo brzmienie głosu Aleca wywołało u hakera nieprzyjemny uścisk w żołądku. Byłby głupcem gdyby nie czuł przed nim lęku. Dysproporcja ich siły fizycznej była zbyt wielka. W zamkniętej przestrzeni Lynx nie miał z nim szans. Najwyżej mógłby skoczyć przez okno, co z oczywistych powodów mu się nie uśmiechało. Miał w zamiarze pożyć jeszcze parę ładnych latek. A przynajmniej do trzydziestki.
- Popełniasz podstawowy błąd. - odezwał się w końcu, gdy przełknął wielką, niematerialną gulę, która po raz kolejny zaległa mu w gardle. - Jako wojskowy powinieneś wiedzieć, że nie należy lekceważyć swego przeciwnika. - zauważył, podchodząc bliżej, by zaraz móc nachylić się ku mężczyźnie. - Nie wiesz kim jestem i co mogę, Alecu Carverze. Ja za to wiem o tobie sporo i dowiem się więcej. I to nie groźba... a rada. - odparł przysuwając usta do jego ucha. - To, że tu jesteś, to nie przypadek. Musiałeś mieć nałożony namiar. Ja mogę się dowiedzieć dlaczego. - powiedziawszy to wyprostował się i odsunął na bezpieczną odległość. To było zbyt logiczne. Władze nie mogły tak szybko wychwycić obecności Lynxa w jego apartamencie. Co innego, gdy ma się namiar. Wtedy i tak okrojona prywatność przestaje istnieć. Jest się pod obserwacją dwadzieścia cztery godziny na dobę. Każde krzywe spojrzenie czy odbieg od rutyny było uznawane za podejrzane zjawisko. Oskarżenie Carvera było jedynie kwestią czasu. W końcu by coś na niego znaleźli. Pozostają tylko pytania - komu i czym się naraził?
- Przyniosę coś do opatrzenia twojej rany. - zmienił zgrabnie temat i ruszył w kierunku kuchni. Tam z jednej z szafek wyciągnął spory karton, by następnie sięgnąć po jałowe gazy, bandaż oraz spray dezynfekujący. Odłożył pudło na miejsce, po czym zabrał się za szperanie po szufladach. Po krótkim poszukiwaniu udało mu się wygrzebać coś co wyglądało jak mały pistolecik. Wziął go, podobnie jak "zszywacz" do niegłębokich ran. Zebrał to wszystko i wrócił do siedzącego na twardej kanapie Aleca.
- Nie mam igły i nici. Za to mam to. - burknął podając wojskowemu przyrząd, którym łatwo i prawie bezboleśnie można było założyć szwy na skórę. Na myśl o tym, że Carver myślał, że u niego można dostać jedynie przedpotopowe przyrządy wywołały kpiący uśmieszek na jego twarzy. Może i jego mieszkanie przypominało nieco skansen, niemniej posiadał podstawowe rzeczy, spełniające jakiś tam standard na te czasy. Zwłaszcza komputery... Jeśli chodziło o elektronikę to Lynx mógł się pochwalić najnowszymi sprzętami. Wydawał na to wszystkie swoje oszczędności.
- Powinieneś też wziąć antybiotyk. - zauważył beznamiętnie. Nabił mały pistolecik fiolką wypełnioną półprzezroczystym żółtym płynem, po czym rzucił to na kanapę obok Aleca. Dobrze wiedział, że gdyby sam chciał mu to podać, mężczyzna wziąłby to za podstęp i uznał ów specyfik za zagrożenie. Blondyn nie mając ochoty na bezpodstawną szarpaninę nie miał zamiaru wykazywać się sztuczną troską i opatrywać ran wojskowego. Miast tego odszedł od niego, po czym rozsiadł się wygodnie na butelkowozielonym fotelu. Był zmęczony. Każdy jego mięsień wył z bólu... Nie wspominając o sercu, które w dalszym ciągu waliło jak oszalałe.

Ależ zostanę – wymruczał swym ujmująco dosadnym, niskim tonem, gdy wysłuchał tego co chłopak miał do powiedzenia w obronie swego mieszkania. Nie cierpiał tego dzieciaka. Gdyby nie wiedział dokładnie jak silnym, okropnym i przerażającym uczuciem jest nienawiść, może użyłby tego miana. Ale ponieważ znał to uczucie i jego wagę, wiedział, że młodzieniec zrobił jeszcze za mało, aby wzbudzić w Alecu takie emocje. Był jednak na dobrej drodze, by to zmienić, gdyż zwykły brak sympatii i chęć uduszenia, z chwili na chwilę ewoluowała w coraz gorsze gówno, od którego już niedługa droga pozostała do tejże straszliwej nienawiści. Carver wiedział, że lepiej dla dzieciaka, żeby zboczył z trasy lub chociaż zatrzymał się w miejscu. Nie chciał mieć przecież na sumieniu kolejnego życia; zabijanie nie było mu na rękę. Tak czy inaczej, ponieważ Alec Lynxa nie cierpiał, nie zamierzał ot tak się wyprowadzić i podarować mu błogi spokój. Och co to, to nie.
Jak zwykle ze stoickim spokojem, na który składały się głównie pozory, zaczął słuchać dalszych wywodów gospodarza. Tylko zmrużone powieki i zaciśnięta w charakterystyczny sposób szczęka świadczyły o tym, że z całą pewnością wolałby ciszę, nie zaś nieznośne ględzenie pyskatego smarka. Bo nawet jeśli Lynx w rzeczywistości żadnym smarkiem nie był, Alec odnosił zupełnie odmienne wrażenie.
Wpatrywał się bez wzruszenia w oczy rebelianta, nie kwapiąc się nawet na żaden, choćby szyderczy uśmiech. Jego twarz była poważna i niebezpiecznie spięta, a w oczach czaiło się coś, co dla rozsądnego człowieka stanowiłoby poważne ostrzeżenie. Lynx jednak najwidoczniej był zbyt dumny, by to zauważyć, albo zwyczajnie nie zignorować. Milczał i nawet nie mrugnął, analizując w głowie słowa pyskatego, nierozsądnego młodzieńca.
W końcu na jego usta wdarł się uśmiech, a w oczach zatańczyły iskierki rozbawienia. Lynx bowiem zaczął go nie tyle mocniej irytować, co zwyczajnie bawić. Jego siłą utrzymywana odwaga, mogąca być jednocześnie zwykłą głupotą była niemalże rozczulająca, a próby grożenia, czy tam radzenia – śmieszne. Dzieciak widocznie nie wiedział z kim ma do czynienia i jak się okazało, żadne dane, do których uzyskał dostęp, nie pomogły mu w uzupełnieniu tak przydatnej wiedzy. A może nie pozwolił mu na to tylko ograniczony umysł, tudzież brak wyobraźni.
Co się zaś tyczy namiaru – żołnierz doskonale wiedział, że taki posiadał. To znaczy, nie miał co do tego pewności wcześniej, lecz nieustannie tę rzecz podejrzewał, a natychmiastowy alarm dał mu pewność. Nie potrzebował też teorii spiskowych gówniarza, gdyż był przekonany o tym, że jest to sprawka przełożonego. Nie musiał więc niczego dociekać, sprawa była jasna.
Nie skomentował od razu wywodów chłopaka i nic nie wskazywało na to, by w ogóle miał zamiar się do nich odnieść. Skinął polubownie głową słysząc deklarację jakże dobrotliwego Lynxa i pozostając na chwilę jedynie z własnymi myślami, cierpliwie czekał.
Choć tego nie okazał, zdziwił go nieco widok nowoczesnego sprzętu, któremu daleko było od igły, czy substytutów. Teoretycznie nie powinno go to zaskoczyć, lecz warunki w tym mieszkaniu tak bardzo przypominały te, w których zmuszony był przebywać niegdyś, że aż zapomniał, iż nie jest to pole bitwy, na którym ciężko o dostawę tak przydatnych rzeczy jak podobne przyrządy. Dlatego też rany bitewne często łatało się starymi metodami, przynajmniej na froncie, gdzie z założenia ludzie byli tylko mięsem wysyłanym na rzeź i staranie się o nowoczesne wyposażenie dla nich, stało się czymś nieopłacalnym. Lynx przypomniał mu, że jest w miejscu nieoderwanym od cywilizacji, co znacznie ułatwiało sprawę. Bez słowa przyjął sprej i zszywacz medyczny, a potem bez zbędnych słów zajął się opatrywaniem rany. Wyglądało to tak, jakby zupełnie zapomniał o obecności swojego blond-włosego utrapienia. Gdy rana została zszyta i przestała wyglądać tak przerażająco, Alec odłożył rzeczy na bok i podniósł się z miejsca. Przechodząc obok fotela, nawet nie zerknął na Młodego.
Szare oczy spoczęły na twarzy chłopaka dopiero w momencie, gdy duża dłoń zaciskała się już na wąskim gardle. Alec nie wiedzieć kiedy wykonał sekwencję ruchów, która sprawiła, że Lynx w jednym momencie znalazł się w kleszczach jego uścisku, mogąc jedynie wspominać jaką przyjemność niesie oddychanie. Mina Carvera pozostawała niewzruszona, umięśnione ramię zaś uniosło się sprawiając, że chude nogi gospodarza pozbawione zostały gruntu. Szare oczy z zainteresowaniem wpatrywały się w twarz, nabierającą niepokojącego koloru.
Nie lekceważę przeciwników. – Dopiero teraz odniósł się do poprzednich słów dwudziestodwulatka. Jego ton był spokojny i zrównoważony, a spojrzenie wciąż emanowało dotkliwym chłodem. – Ale ty nim dla mnie nie jesteś. – Bez ostrzeżenia puścił umęczone gardło chłopaka, patrząc z góry jak ten zaczerpuje powietrza. W jego oczach czaiła się pogarda i duże dawki politowania.
Mówiły mi o tym twoje opóźnione reakcje i struktura ciała. Masz szybkie nogi i chłonny umysł, ale to wszystko. Ja mam troszkę więcej, chłopcze. Nie prowokuj mnie, bo następnym razem mogę przeoczyć moment, w którym zaciera się granica. – Z wstępującym na twarz, lekkim uśmiechem, nachylił się nad chłopakiem. Ich twarze dzieliło zaledwie kilka centymetrów. – I to nie groźba... – zbliżył usta do chłopięcego ucha, owiewając je ciepłym powietrzem – ...a rada – wyszeptał mrukliwie, by dopiero po kilku chwilach poklepać blondyna lekceważąco po głowie i całkowicie się wyprostować.
Wiem też doskonale skąd ten namiar, więc obejdzie się bez twojej pomocy. – Z westchnieniem przeczesał włosy, po czym podszedł do okna, wyglądając przez nie z niewiele mówiącą miną. – Bądź tak miły i podaruj mi jakiegoś fajka. – Ponieważ nawet papierosy w tych czasach nie były wolne od elektroniki, nie mógł zabrać swoich z domu, gdyż niosło to ze sobą zbyt duże ryzyko. Liczył więc na to, że Lynx również paczkę posiada i choć na chwilę przestanie się sprzeciwiać. Alec był miły tylko do czasu. Skoro posunął się do zaatakowania chłopaka bez większych emocji, po to tylko, by upewnić się, że nie ma czego lekceważyć, lepiej nie sprawdzać co może zrobić, gdy zostanie porządnie wyprowadzony z równowagi.



Im więcej Lynx miał czasu na przeanalizowanie swojej obecnej sytuacji, tym bardziej tonął myślami w cuchnącym szambie. Nie miał pojęcia jakim cudem znalazł się w swoim niegdyś bezpiecznym mieszkanku sam na sam z ludzką maszyną do zabijania. Gdyby mógł, najchętniej rozpłynąłby się w powietrzu, co zdradzała jego postawa. Osadził się głębiej w dużym i staromodnym fotelu, podkulając pod brzuch długie nogi. Kto wie? Może w ten sposób Carver o nim zapomni? Opatrzywszy swoje rany po prostu wyjdzie, przywracając tym samym ukojenie niespokojnemu sercu blondyna? Oh, jakże rebeliant marzył o takim następstwie wydarzeń. Niestety rzeczywistość miała za moment okazać się być o wiele mniej łaskawa.
Niebieskie wejrzenie utkwiło w rosłej postaci, gdy ta postanowiła podnieść się z kanapy, powodując jej donośne skrzypnięcie. W napięciu obserwował jak Alec zbliża się do jego osoby zdecydowanie za bardzo. Mężczyzna jednak nie zaszczycił go spojrzeniem swych przerażająco chłodnych tęczówek, sprawiając wrażenie obojętnego na jego towarzystwo. Zdawało się, że zamierzał jedynie tamtędy przejść. Tak, "zdawało się", to odpowiednie określenie, gdyż nagle wojskowy chwycił go za gardziel. Wykonany przez niego szereg ruchów był na tyle szybki i niespodziewany, by blondyn nie zdołał czynnie zareagować. Jedynie w efekcie zaskoczenia wypuścił powietrze z pomiędzy wąskich warg, pozbawiając swego organizmu tlenu znacznie szybciej niż silna dłoń.
W konfrontacji z mięśniami Carvera był bezsilny. Mężczyzna bez żadnego problemu wywlókł go z fotela, zaraz unosząc z dobre dwadzieścia centymetrów nad podłogą. Lynx drżącymi dłońmi ujął nadgarstek napastnika, próbując w ten sposób zmniejszyć nacisk na krtań. Niestety nie przyniosło to oczekiwanej ulgi. Jego płuca w dalszym ciągu boleśnie domagały się powietrza, którego on nie był wstanie zaczerpnąć, mimo usilnych prób i starań.
Spojrzał wściekle w oczy niewzruszonego szatyna. Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Carver już dawno leżałby sztywny na ziemi. Niestety furia tląca się w chabrowym wejrzeniu nie była wstanie nikogo zranić, a Lynx nie miał zamiaru umierać w tak żałosny sposób. Nie bez nawet najmniejszej próby obrony. Dlatego też w zupełności ignorując paplaninę mięśniaka zaczął obmyślać plan ucieczki. A gdyby tak kopnąć go w jaja? Wtedy zyskałby wolność i chwilę czasu na wybiegnięcie z mieszkania. Co prawda prymitywne i mało szlachetne posunięcie, ale za to jakie skuteczne!
Jak pomyślał, tak też miał zamiar począć. Nie zdążył jednak zaatakować krocza Carvera swym kościstym kolanem, gdyż ten bez zapowiedzi oswobodził go ze swego żelaznego uścisku. Od razu usta Lynxa instynktownie zaczęły łykać zachłannie powietrze, zaś dłonie zasłoniły posiniałe gardło. I pomyśleć, że tak prosta czynność jak oddychanie może wywołać niewyobrażalną ulgę i radość zarazem. Blondyn niestety nie miał zbyt wiele czasu na rozkoszowanie się tą zbawienną chwilą. Alec dość szybko przypomniał mu o swojej obecności, po raz kolejny podchodząc niebezpiecznie blisko. Lynx nawet nie drgnął, wiedząc, że gdyby ten chciał go zabić, już dawno by to zrobił. Postanowił dla odmiany wsłuchać się w każde pojedyncze słowo szatyna, analizując dokładnie ich treść. W ten sposób uświadomił sobie, że na dobrą sprawę to jego niewyparzona gęba doprowadziła do tej całej szopki. Dlatego też tym razem nim skomentował cokolwiek, ugryzł się mocno w język. Nie wypuścił żadnego dźwięku ze swojego gardła, niechętnie dając się poklepać po głowie, co zdecydowanie ugodziło w jego męską dumę. Czuł się poniżony i pokonany. Nie chciał jednak dać tego po sobie poznać, dlatego też wściekłe iskry nie opuszczały jego wielkich oczu ani na moment. Niczym nieujarzmione zwierzę pomimo poczucia respektu do większego oraz silniejszego od siebie osobnika, nie zamierzał zupełnie spuścić łba.
Mimo wewnętrznego buntu w dalszym ciągu potulnie siedział cicho, pozwoliwszy sobie w końcu wymasować obolałą szyję. Nie odezwał się nawet w momencie, gdy Carver z pewnością brzmiącą w głosie oświadczył, że wie z jakiego powodu miał namiar. Lynx szczerze w to wątpił, dlatego też prychnął pod nosem, zatrzymując dla siebie odniesienie się do tego tematu. Skoro Alec wolał dumnie trwać przy swoich racjach, to on nie zamierzał go w niczym uświadamiać. Wszak co go to obchodziło?
Ależ oczywiście. Z wielką, !@#$, chęcią. – wysyczał pogardliwie, zaraz jednak grzecznie wypełniając prośbę wojskowego. Czym prędzej wyciągnął z leżącego nieopodal plecaka metalową papierośnicę, by za moment móc wręczyć ją w wielkie dłonie Carvera, samemu zaś pozostając w bezpiecznej na pozór odległości. Dobrze wiedział, że mężczyzna raczej zwykł palić elektroniczne papierosy nabijane syntetyczną nikotyną, on zaś posiadał jedynie mieszankę tytoniową zawierającą spreparowane liście różnych odmian tytoniu, zawiniętą w cienką bibułkę. –Nic innego nie mam. – wyjaśnił zachrypiale, gdyż mówienie sprawiało mu nie małą trudność. Gardło w dalszym ciągu bolało.
Postał obok Aleca jeszcze przez krótką chwilę, wpatrując się beznamiętnie w widok za brudną szybą okna. Dopiero otrząsnąwszy się z zadumy ruszył w kierunku kanapy, by móc pozbierać zakrwawione gazy oraz resztę rzeczy, którymi posługiwał się wojskowy podczas opatrywania swej rany. Zaniósł to wszystko do kuchni, gdzie wyrzucił opatrunki do kosza, zaś przyrządy pochował na ich miejsce. Umył dokładnie dłonie. Widok cudzej krwi doprowadzał go do mdłości. Następnie ochlapał twarz zimną wodą, chcąc nieco ocucić zmęczony umysł. Nie przyniosło to niestety pożądanego skutku. Miast tego jednak mógł odsapnąć w samotności i chociaż na moment zapomnieć o istnieniu swego utrapienia w postaci rządowego pionka, bo właśnie tym był dla niego Alec Carver.
Minęło parę długich minut nim uspokoił się na tyle, by móc wejść z powrotem do większego pomieszczenia, które z przymrużeniem oka można by nazwać salonem. Oparł się następnie nonszalancko o obdrapaną ścianę i wlepił chabrowe spojrzenie w intruza.
Więc... Co teraz zamierzasz? – zapytał z udawaną obojętnością. W rzeczywistości zaś liczył na rychłe pozbycie się swego niepożądanego "gościa".

W pewien sposób ulżyło mu, że chłopak tym razem dał za wygraną. Alec miał wystarczająco nadszarpnięte nerwy i obawiał się tego co może nastąpić, jeśli dzieciak dalej będzie je szargał. Nie był przecież zabójcą. Wbrew temu o czym cały czas przekonywał chłopaka, nie zamierzał zabijać go we śnie czy kiedykolwiek. Odbierał życia wtedy tylko, gdy było to konieczne i służyło wyższym celom. Zabijał dla państwa, pełnił swoje obowiązki jako żołnierz. W codziennym życiu zwykł być ułożonym człowiekiem z szeregiem zasad, których ściśle się trzymał. Nie korzystał z przemocy, nie wykonywał nawet gwałtowniejszych ruchów, bo nie było to pożądane. Będąc w służbie państwa musiał pilnować się nawet bardziej niż przeciętny obywatel, a to wymagało wiele poświęceń, wprawy i samodyscypliny. Choć więc pozory sprawiał inne, nie pozwoliłby sobie na utratę panowania do tego stopnia, by nieopatrznie skrzywdzić chłopaka zbyt dotkliwie. Dotychczasowe nawyki zakorzeniły się w nim naprawdę mocno, nie było więc opcji, by mógł się ich pozbyć w jeden dzień, czy też przez kilka minionych godzin. Ochoczo jednak korzystał z faktu, że młody rebeliant nie wie, a przynajmniej nie może być pewien tego co w rzeczywistości kryło wnętrze mężczyzny.
Bez komentarza przyjął od buńczucznego osobnika nieciekawie wyglądającego skręta. Odpalając papierosa, wciąż zerkał przez okno, zamyślonym wzrokiem wodząc po okolicy. Przez długą chwilę zdawało się, że zapomniał o obecności drugiej osoby i zupełnie zatracił się we własnych myślach. Nie było to do końca kłamstwem, bowiem Alec faktycznie poświęcił chwilę na rozmyślanie. Głównie o tym co może zrobić, by jakkolwiek poprawić swoją żałosną sytuację. Wertując więc różne opcje, które nachodziły jego głowę, wpadł na coś, co z kolei skłoniło go do lekkiego zatracenia we wspomnieniach. Z dość niewygodnego zamyślenia wyrwał go dopiero głos jasnowłosego, na którego to nie raczył nawet spojrzeć. Odpowiedział jednak natychmiast.
Nic co mogłoby ci się spodobać – odrzekł oschle, ucinając w jednym momencie wszelkie ewentualne nadzieje rebelianta na wyzbycie się intruza z mieszkania. Po tejże nic niemówiącej odpowiedzi, szatyn znów jakby zapomniał o całym otoczeniu, w spokoju wypalając skręta. Każdy co naiwniejszy człowiek obserwując go, mógłby pokusić się o stwierdzenie, że mężczyzna stał się nieco spokojniejszy. Ktoś mniej naiwny mógł się spodziewać, że jest to jedynie cisza przed burzą i miałby nieco więcej racji.
Mam tu przyjaciółkę. – Po dłuższej chwili milczenia, ciszę przerwał ten sam chłodny ton, po którym nastąpiło krótkie odetchnięcie. Kłębek dymu szybko rozpłynął się w powietrzu, Alec zaś w końcu odwrócił się przodem do gospodarza, racząc spojrzeć w chabrowe tęczówki. Bił od niego zimny dystans, jednak silna szczęka zdawała się rozluźnić, a oczy przestały wyrażać jakiekolwiek gorętsze emocje. – Pomożesz mi ją odnaleźć. – Po wypowiedzeniu tychże słów, zgasił papierosa, ruszając raz jeszcze w stronę Lynxa. Jego krok był wolny, a spojrzenie zupełnie spokojne. Stanął przed chłopakiem, by oparłszy dużą dłoń po jednej stronie niemalże białej czupryny, nachylić się nad szczupłą sylwetką i zajrzeć głęboko w duże oczy.
Pomożesz, prawda? – zapytał powoli półszeptem, układając usta w lekki, znaczący uśmiech. Jasnym było, że odmowy nie przyjmuje do wiadomości. Co prawda nie była to sprawa, z którą wiązał duże nadzieję, ale musiał się czegoś chwycić. "Przyjaciółka" o której mówił była jakąś opcją. Wątpliwą, bowiem w rzeczywistości nie powinien używać tak dużego określenia względem dziewczyny. Mieli wspólną przeszłość i Alec nie był nawet pewien czy dawna znajoma wciąż żyje. Stracili kontakt jeszcze podczas wojny. Wiedział też, że nawet jeśli wciąż zipie, może nie zechcieć z nim rozmawiać. To się jednak teraz nie liczyło.
Wyprostował się powoli, odsuwając na krok. Niedbale sięgnął dłońmi do guzików swej zakrwawionej koszuli, rozpinając je wprawnymi ruchami.
A teraz powiedz mi co takiego krył ten dysk, że wystarczyło, by spieprzyć mi życie. – Wbijając twarde spojrzenie w chłopaka, odrzucił postrzępioną koszulę gdzieś na bok.



W teatralnym geście wzniósł oczy ku niebu, błagając stwórcę o litość. Czyżby był aż tak złym człowiekiem, że los pokarał go istnym utrapieniem we własnej osobie? Bo jakże inaczej nazwać Aleca Carvera - żarliwego podwładnego rządowych szumowin - który właśnie postanowił zburzyć jego wszelkie nadzieje i oświadczyć na głos, że zamierza zostać u niego dłużej? Tak właśnie zrozumiał jego słowa Lynx i zgodnie z podejrzeniami mężczyzny, nie spodobało mu się to. Nie chciał mieć go w swoim domu. Nie chciał mieć z nim nic do czynienia. Oczywiście normalny człowiek czułby się zobowiązany do pomocy poszkodowanemu, gdyż na dobrą sprawę to on wciągnął w to wszystko wojskowego nie bacząc na konsekwencje. Na szczęście wrodzony egoizm oszczędził mu podobnych odczuć. Może niektórzy uznają to za wadę godną potępienia, jednak dla Lynxa była to bardzo przydatna cecha. Wszak tak wiele razy ocaliła mu skórę. Jedyną osobą o którą dbał był on sam.
Nic nie odpowiedział. W ciszy przyglądał się rosłemu mężczyźnie, próbując odgadnąć myśli, jakie mogły kryć się za tymi pięknymi tęczówkami w kolorze chłodnej stali. Niestety Carver pozostawał niewzruszony niczym posąg, nie zdradzając się żadnym, nawet najdrobniejszym gestem. Sprawiało to, że Lynx czuł się mniej pewnie. Nie wiedział czego się spodziewać - zawieszenia broni czy może kolejnego ataku na jego biedną szyję? Alec był jak tykająca bomba, mógł wybuchnąć w każdym momencie a on był zdany na jego łaskę.
Nagle mężczyzna przemówił. Na dźwięk jego głosu blondyn automatycznie napiął swe mięśnie spodziewając się najgorszego. Czujnym wzrokiem obserwował jak ten zbliża się coraz to bardziej, zaraz zatrzymując tuż przed jego osobą. Gdyby nie ściana - cofnąłby się. Niestety ta zatarasowała mu drogę i jedynie co mógł zrobić, to przylgnąć do niej jeszcze bardziej. Z lekko rozwartymi ustami zniósł przytłaczającą bliskość większego od siebie osobnika, pozwalając zatopić się w jego jasnym spojrzeniu. Nawet nie zamrugał. Musiało minąć kilka dobrych ułamków sekundy, by się ocknął, a gdy to nastąpiło uśmiechnął się lisio.
- As you wish~ - zadrwił słodko, odzyskując dawną pewność siebie, co jedynie było grą pozorów. - Wszystko, byleby się ciebie pozbyć. - dodał z ulgą przyjmując oddaną mu przestrzeń osobistą. A przynajmniej część jej, gdyż Alec wcale tak daleko nie odszedł.
Lynx mimowolnie podążał wzorkiem za jego palcami, które mozolnie odpinały guzik za guzikiem, zaraz odsłaniając idealnie wyrzeźbiony tors. Że też tacy ludzie istnieją... To była jawna niesprawiedliwość. Na pierwszy rzut oka Carver miał wszystko. Pozycję, pieniądze, wygodne mieszkanie i zapierający dech w piersiach wygląd. Blondyn jednak zajrzał w niego głębiej, odczuwając pewnego rodzaju współczucie. Sam nie potrafiłby takim być. Potrzebował wrażeń, potrzebował emocji. Dzięki temu czuł, że żył. Dzięki temu był człowiekiem. Carver zaś jedynie beznamiętnie egzystował. Wydało mu się to... smutne. I pomyśleć, że gdyby tamtego pamiętnego dnia nie uciekł, sam stałby się bezmyślną kukłą nieokazującą żadnych uczuć. Przerażająca wizja.
Z zamyślenia wyrwał go słowa wypowiedziane przez wojskowego. Lynx je ignorując zerknął na leżące na starych deskach pozostałości po koszuli, a następnie wrócił spojrzeniem do ich właściciela.
- U siebie też tak rzucasz wszystko na podłogę? - mruknął, nie odpowiadając na jego "prośbę". Nie zamierzał mu zdradzać zawartości dysku. Równie dobrze mógł mu poderżnąć gardło czy nawet wypatroszyć. Nic z tego. Nie puści pary z ust!
- Potrzebuję danych na temat tej kobiety. - oznajmił nagle, żwawo odbijając się od ściany. - Im szybciej zaczniemy, tym szybciej uda mi się ją znaleźć. - ruszył do pokoju obok, gdzie zaczął grzebać w szafce. - Wiesz... Jak się nazywa, czym się zajmowała, jak wygląda, gdzie ostatnio ją widziałeś... - wymieniał, wyglądając zza drzwiczek szafki. W końcu udało mu się odszukać dość sporych rozmiarów czarny t-shirt. Lynx lubił czasem nosić zbyt luźne koszulki bądź bluzy, tak więc był przekonany, że ów ciuch zmieści się na muły jego "gościa". - W ogóle skąd ją znasz? - zapytał wciskając koszulkę w ręce mężczyzny. - Nie wyglądasz na kogoś kto zadaje się z ludźmi 'stąd'. - spojrzał na mężczyznę podejrzliwie.


Alec dostrzegał, że wbrew temu co usilnie pokazuje jego przymusowy towarzysz, wcale niełatwo jest mu opanować lęk. Każde spięcie mięśni, przypadkowe drgnięcie i ledwie zauważalna ucieczka wzrokiem na ułamek sekundy, było czymś, co żołnierz nauczył się wychwytywać. Studiował mowę ciała w celu przeprowadzania wiarygodnych przesłuchań, dlatego też mimowolnie zwracał uwagę na takie rzeczy. Posiadał rozległą wiedzę na temat ludzi, co było dość ironiczne, zważając na to, jak wyzuty z typowo człowieczych emocji jest on sam. Nawet jednak, gdyby nie czytał z Lynxa w ten czy inny sposób, mógł domyślić się, iż ten wyluzowany sposób bycia jest tylko grą. Alec nie spotkał jeszcze człowieka, który byłby w stanie jawnie mu się sprzeciwić wiedząc, że mogą za to grozić pewne konsekwencje. Ludzie bali się go nawet w przestrzeni, w której nieuzasadniona przemoc była formalnie zakazana. Co więc musiał czuć ktoś, kto nie posiada nawet cienia gwarancji na to, że nieodpowiednie zachowanie nie poskutkuje bolesnymi doświadczeniami? Cóż, żołnierz musiał przyznać tak czy inaczej, że Lynx wybijał się ponad szereg. Nie wiedział tylko czy odwagą, czy głupotą i złapał się na tym, że już kolejny raz zadaje sobie to pytanie. Przychylał się ku głupocie, chociaż jedno drugiego wcale nie musi wykluczać.
Ochoczą zgodę gospodarza, skwitował jedynie sarkastycznym uśmieszkiem, który aż krzyczał, że nie będzie to takie proste. Alec naprawdę nabył wręcz chorej chęci na uprzykrzenie gówniarzowi życia, dlatego nie było mu na rękę zbyt szybkie opuszczenie tego mieszkania. Pozwolił jednak myśleć chłopakowi, że spotkanie z dziewczyną może tym skutkować. Nie mogło jednak i to akurat Alec wiedział na pewno. Nawet, jeśli dawna towarzyszka zdecyduje się z nim porozmawiać i w jakiś sposób pomóc, nigdy nie przyjmie go pod swój dach. Już pierwsza opcja zdawała się graniczyć z cudem. Określenie na drugą nie istniało.
Gdy do jego uszu dotarło pytanie, spojrzał na chłopaka z ogromną ilością politowania, uśmiechając się w sposób zupełnie niewinny i marszcząc w zaskoczeniu brwi. Zupełnie jakby odpowiedź na pytanie była oczywista.
Nie, tylko u ciebie. – I faktycznie – była.
Dzieciak zgrabnie uniknął odpowiedzi na pytanie, Alec zaś umiejętnie udał, że tego nie zauważył. Nie spodziewał się przecież, że ten nagle zacznie śpiewać, a jeśli już by zaczą, Alec i tak nie dałby wiary w żadne jego słowo. Nic nie stało na przeszkodzie, by odłożyć ten temat na bardziej dogodny termin, gdy to dawnemu żołnierzowi zechce się pobudzić swą kreatywność i znaleźć najodpowiedniejszy sposób wyciągnięcia informacji. To znaczy, sposób był dość oczywisty, forma jednak wymagała zastanowienia, a na to Carver nie miał teraz sił.
Słuchając dalszych wywodów chłopaka, ruszył za nim, z niejakim znudzeniem obserwując jak ten grzebie po szafkach. Wciąż nie przerywając, przyjął koszulkę, którą niedbale naciągnął na siebie. Do pewnego czasu słuchał bez żadnego grymasu, w końcu jednak rzucił chłopakowi ostrzegawcze, odrzucające spojrzenie.
Nie spoufalaj się – warknął oschle, nie będąc widocznie zadowolonym z pytań, które nic do sprawy nie wnosiły. Cechy, które przypisywało się żołnierzom, jako ogółowi, bardzo wyraźnie przebijały się u Aleca.
Nie wiem czy nadal żyje i jak ją tu nazywają, jeśli odpowiedź jest twierdząca – zaczął odpowiadać na poprzednie pytania, opierając się w międzyczasie o framugę. Splatając ramiona, z pewnym zamyśleniem zerkał na Lynxa spod rzęs. Wydawał się jednak patrzeć nie na niego, a w przestrzeń.
Nazywa się Adelaide Snyder. Była żołnierzem, siedem lat temu zginęła walcząc na froncie. Tak podają oficjalne akta. – Przymknął na chwilę oczy, wzdychając dyskretnie. – Tam też ostatni raz ją widziałem. – Uchylił powieki, tym razem bardziej skupiając się na rozmówcy. Nie wspomniał, że te mniej oficjalne papierki, będące głównie tajnymi raportami, mówiły o skazaniu za dezercję. A to, jak powszechnie wiadomo, kazano śmiercią. Ale w idealnym państwie i wśród idealnej społeczności z idealną służbą państwa, dezerterów przecież nie było. Były tylko zgony w wyniku ran wojennych. Jedno było faktem – Adelaide dla świata nie żyła i tylko Alec wiedział jak było naprawdę.
Zawsze miała dość oryginalną urodę. Na swój sposób była ładna. Zbyt duże, zielone oczy, za bardzo zadarty nos, karykaturalnie duże usta i delikatne piegi. Lekko śniada karnacja, ciemne włosy. Niecałe metr sześćdziesiąt. Miała wygląd niewinnego dziecka. Ale teraz… – bardzo sugestywnie zmierzył Lynxa swym spojrzeniem – …zapewne wygląda zupełnie inaczej.
Jak na człowieka, który nie widział dziewczyny od ośmiu lat, pamiętał wyjątkowo dużo szczegółów. Nie mówił jednak nic ponad to, co mogło w jakiś sposób pomóc.
Jeżeli żyje, ma teraz dwadzieścia siedem lat. Wygląda pewnie na młodszą od ciebie.



Lynx był w drodze do salonu w momencie, gdy mężczyzna na niego nagle warknął. Może i jego pytania były dosyć dociekliwie, niemniej nie przypisywałby tego do spoufalania się. No, może jedynie troszeczkę przemawiała przez niego ciekawość... W każdym bądź razie w jego skromnym mniemaniu Carver przesadzał, dlatego też korzystając z faktu, że jest odwrócony do niego tyłem pokiwał głową przedrzeźniając go niemo i robiąc groteskowo groźną minę. Następnie wskoczył na parapet usadawiając na nim swoje zgrabne cztery litery i sięgnął po leżącą nieopodal papierośnicę. Wyciągnął niej fajkę i odpaliwszy ją drżącymi w dalszym ciągu ze zdenerwowania dłońmi, przerzucił spojrzenie na Aleca. Mężczyzna właśnie oparł się o framugę, zaczynając odpowiadać na zadane wcześniej przez blondyna pytania.
Już pierwsze zdanie sprawiło, by z ust Lynxa prócz nikotynowego dymu, wydostał się również nerwowy chichot. Następne zaś ugodziło go prosto w pierś wywołując potworny ból rozczarowania. Słowa - "[...] siedem lat temu zginęła walcząc na froncie", zbyt dosadnie dały mu do zrozumienia, że znalezienie kobiety graniczyło wręcz z cudem. Nawet jeśli była to jedynie oficjalna wersja, to w dalszym ciągu odnalezienie uciekinierki po ośmiu latach nie było łatwym zadaniem. Mogła wszak drastycznie zmienić wygląd, imię, pozornie płeć czy nawet wyjechać w siną dal. Sam Lynx nie przypominał już chłopca z przed kilku lat i wątpił, by ktokolwiek powiązał go z jego prawdziwą tożsamością. Właśnie to było cudowne w tej części miasta, bowiem każdy mógł być tym kim tylko zechciał. Nie było ograniczeń.
Informacje jakimi podzielił się z nim Carver były bezużyteczne. Jedynie co miał, to wiek kobiety i datę jej rzekomej śmierci. Sprawiało to, że jego "misja" stała się o wiele trudniejsza niż początkowo zakładał. Na szczęście chłopak lubił wyzwania i miał zamiar się tego podjąć. Zwłaszcza, że nagrodą było pozbycie się intruza ze swojego azylu. Nie było tu mowy o porażce!
Prócz nieprzydatności wypowiedzianych przez wojskowego treści, Lynx zauważył coś jeszcze. W momencie, gdy mężczyzna opowiadał o niejakiej Adelaide Snyder, wydawał się być o wiele bardziej ludzki niż dotychczas. Może i daleko było mu do wylewności, jednak dało się wyczuć szacunek jakim darzył kobietę oraz pewnego rodzaju sentyment. Haker był ciekaw co łączyło tych dwoje. Oczywiście tego też był zdecydowany się dowiedzieć.
- Cóż, dość dobrą masz pamięć... Po tylu latach pamiętasz nawet kolor jej oczu. Czyżby pierwsza miłość? - wypalił nie zdążywszy ugryźć się rychło w czas w swój niewyparzony jęzor. Liczył jednak, że odległość jaka ich dzieliła zniechęci Carvera do rękoczynów. Wolałby nie zostać wypchniętym przez okno. Mimo tego założenia, postanowił profilaktycznie wypalić papierosa do końca i wyrzuciwszy go przez lufcik, wszedł zaraz wgłąb pokoju.
- Masz rację. Wygląda pewnie ZUPEŁNIE inaczej. - dodał pośpiesznie, ignorując spojrzenie mężczyzny. - To sprawia, że zadanie będzie cholernie trudne. !@#$%. Siedem lat to kupa czasu. - westchnął, pogrążając się na chwilę w swoich myślach. Zaczął szykować plan działania. Zastanawiał się jakich informacji musi poszukać na sam pierw, tak by te poprowadziły go dalej. Gdy zaś potwierdzi podejrzenie o ucieczce, będzie musiał prześledzić miejsca w których widziano kobietę po raz ostatni. Trzymając się tego sznurka, może jakimś cudem uda im się do niej dotrzeć. Innego sposobu nie było. Ten zaś był wątpliwie skuteczny.
Jak gdyby zapomniawszy o obecności Aleca ruszył w kierunku swojego "punktu dowodzenia", gdzie zasiadł na chłodnej podłodze. O wiele wygodniej było mu korzystać z komputerów w takiej pozycji. Siedząc przy biurku strasznie bolały go plecy. Nie zwlekając uruchomił urządzenia. Od razu kilka dodatkowych hologramowych monitorów pojawiło się na wysokości jego twarzy. Wpisał na klawiaturze parę kluczowych haseł tyczących się "przyjaciółki" jego gościa.
- Spocznij żołnierzu, to trochę potrwa. - zwrócił się nagle do mężczyzny, zaraz jednak wracając do monitorów.
I rzeczywiście trwało to dłużej. Lynx przesiedział przy komputerach do niemalże białego rana odnajdując jedynie nic nie warte artykuły. Niestety włamanie się do wojskowego systemu było zbyt ryzykowne. Nie mógł tego zrobić będąc w swoim mieszkaniu. Dlatego też musiał ograniczyć się do ogólnodostępnych danych. No może nie tak zupełnie ogólnodostępnych. Poszperał trochę w bazie danych urzędu, aktach zgonów oraz w policyjnych kartotekach. Tam jednak też nie było zbyt wiele. Doczytał się raptem, że dokonano prawnej egzekucji a ciało dziewczyny pochowano na jednym z miejskich cmentarzy, dokładnie siedem lat temu. Nie udało mu się jednak odszukać jej zdjęcia. W zasadzie można powiedzieć, że w dalszym ciągu wiedział tylko tyle, co powiedział mu sam Alec.
Rozczarowany, jak i zmęczony postanowił zrobić sobie przerwę. Przeciągnął się leniwie, po czym podniósł się z podłogi. Przez ten czas był tak pochłonięty swym zadaniem, że nawet nie zwrócił uwagi na to co robił przez ten czas Carver. Czyżby poszedł spać?


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Czw Lut 23, 2017 12:09 am

Nie mógłby jej nie pamiętać. Była to osoba, którą bardzo sobie cenił, a ponieważ za czasów wojny struktura państwa nie była aż tak doskwierająco pozbawiająca uczuć, jak jest dzisiaj, mógł nazwać ją swoją przyjaciółką. Czuł do niej właśnie to, co czuje się do przyjaciół. Dbał o dziewczynę na swój sposób, lubił słuchać jej głosu, poświęcać się wspólnym rozmowom. Podziwiał ją za to, jaką była osobą. A osobą była wyjątkową. Odwaga pozwalała jej walczyć na froncie, twardy charakter żyć pomiędzy narwanymi mężczyznami, a wytrwałość i rozsądek utrzymywały ją przy życiu. Przy tym wszystkim potrafiła się nawet śmiać. Była bardzo pozytywną osobą. Według Aleca, nigdy nie powinna znaleźć się tam, gdzie się znalazła. Takie dziewczyny są od tego, by spełniać marzenia, wprowadzać zmiany i wywracać świat do góry nogami. Nie od tego, by ginąć na froncie. Nie od tego, by stawiać czoło fałszywym oskarżeniom i nie od tego, by uciekać bez większych szans na przeżycie. Tak, Alec nawet po tylu latach wypełnionych pustką emocjonalną, darzył dziewczynę sentymentem. Dlatego właśnie lekceważące podejście Lynxa i jego ironiczny, śmieszkowaty ton, sprawiły, że twarz Aleca znów zaczęła wyrażać masę negatywnych emocji. Zamiast odpowiedzieć, ściął chłopaka jedynie ostrym wzrokiem, nie przejmując się zupełnie, że taka reakcja może równie dobrze oznaczać potwierdzenie.
Jego spojrzenie szybko zamiast zabijać, zaczęło wyrażać pełnię złośliwego rozczarowania. Uniósł brwi znacząco, mierząc chłopaka spojrzeniem, które równie dobrze mógłby rzucać robakowi. Jego postawia sprawiała, że nie musiał nawet otwierać ust. Wszystko w nim mówiło wyraźne: „Myślałem, że haker potrafi takie rzeczy. Jednak jesteś bezużyteczny”. Uwieńczywszy swoje spojrzenie prychnięciem, oderwał się od framugi. Przez chwilę obserwował jak przestrzeń rozświetlają hologramy, w końcu jednak przysiadł na parapecie, wyglądając znów przez okno, z jakąś niechęcią patrząc na roztaczający się przed jego oczyma obraz wszechobecnej nędzy.
Im szybciej ją odnajdziesz, tym krócej będziemy na siebie skazani – skłamał płynnie, głosem już nieco nieobecnym, jakby przed burzowymi tęczówkami nie przewijały się dłużej obrazy z szarego podwórka, a raczej wizje przeszłości, tak odległej, że z trudem można było poskładać pojedyncze obrazy w całość. Alec jednak pamiętał doskonale tamte dni, które na dobre napiętnowały przyszłość Adelide i pozbawiły go jedynej osoby, do której żywił bardziej ludzkie, cieplejsze emocje. A tej osoby, jakichkolwiek cieplejszych uczuć do niego.
Przymknął oczy, nie mając zamiaru zagłębiać się w te myśli bardziej niż to konieczne. Widząc, że chłopak zabrał się za pracę, zeskoczył z parapetu i nie myśląc nad tym wiele, opuścił mieszkanie, rejestrując w pamięci, gdzie też ono się znajduje. Potrzebował powietrza, nawet jeśli to tutaj przesiąknięte było smrodem, brudem i ogólną nędzą. Ciążyło mu, niemalże przyprawiając o depresję. Nie po to walczył tyle lat za kraj, nie po to ryzykował życiem, nie po to podejmował takie wybory, by ostatecznie skończyć tutaj. Robił wszystko, by uniknąć nędzy, by uniknąć bólu walki o przetrwanie, by nie musieć wracać do tego, co zaoferowano mu na wojnie. Szedł zakurzonymi uliczkami i odczuwał coraz większą złość. Zawsze są ofiary. Zawsze są bogatsi i biedniejsi. Zawsze są zalety i wady. Lecz jeśli durni rebelianci uskutecznią swój bunt, co to zmieni? Jedynie odsetek pokrzywdzonych, bowiem ci tutaj, lepiej mieć nie będą. Przemoc, wojna, broń, walka o byt, to nigdy nie było nic dobrego. Za nic nie chciał do tego wracać. Dlatego zrobi wszystko co trzeba, by odkręcić to co się stało. Tak zamierzał. Musiał to jednak odłożyć na później, teraz zależało mu jedynie na tym, by przetrwać i nie dać się złapać.
Potrzebował pieniędzy. Nie miał najmniejszego zamiaru okradać ludzi, którzy i tak pogrążeni byli już w biedzie. Musiał je więc zarobić. Szybko zorientował się w tym, że tutaj nie trzeba mieć żadnych dokumentów, by załapać się do pracy. Szybko też zorientował się jak psie pieniądze za tę pracę są oferowane. Nie to, żeby jakiejś poszukiwał. Nie zamierzał zostawać tutaj na tyle długo, by potrzebować stałego miejsca zarobku. Ale pieniądze były dla niego ważne. A największe pieniądze w takich miejscach zarabia się ryzykując swoim zdrowiem, Alec doskonale o tym wiedział. Dlatego używając swej wysoko rozwiniętej umiejętności perswazji, krok po kroku, doszedł w końcu do miejsca, gdzie korzystając ze wszystkich swoich umiejętności, będzie w stanie szybko się wzbogadzić. Nie chciał wdrażać się w to życie. Nie chciał zniżać się do poziomu tych ludzi. Ale potrzebował pieniędzy, a był zbyt dumny, by prosić o nie Lynxa.
Do mieszkania chłopaka wrócił nad ranem z wybitymi dwoma palcami prawej dłoni i paczką fajek. Nowe ubrania również rzucały się w oczy. Mając na sobie czarne spodnie, luźno zarzucony, bordowy T-shirt i skóropodobną kurtkę na wierzchu, prezentował się zupełnie inaczej. W zasadzie wydawał się sprawiać jeszcze bardziej odrzucające wrażenie, nie wyglądając bynajmniej na kogoś pokojowo nastawionego do świata i ludzi. Nie można było jednak powiedzieć, by taki styl mu nie pasował. Zdecydowanie prezentował się lepiej niż w marynarce i jasnych kolorach.
Odpalając papierosa zawitał do pokoju, w którym wcześniej pozostawił chłopaka.
Czego się dowiedziałeś? – umyślnie nie zapytał, czy chłopak dowiedział się czegokolwiek. Nie brał pod uwagę opcji, że nie i jego wzrok w pełni to odzwierciedlał.



Dalej się przeciągając jak po długiej drzemce, zrobił obchód po swoim niewielkim mieszkaniu, które liczyło w sobie salon, jedną sypialnię, ciasną kuchnię oraz jeszcze mniejszą łazienkę. Nigdzie jednak nie było ani śladu po Alecu Carverze. Będąc pochłoniętym swoim małym śledztwem, blondyn nawet nie zarejestrował momentu w którym to mężczyzna mógł opuścić jego skromne lokum. Nie był więc w stanie stwierdzić czy ten wyszedł stosunkowo niedawno jedynie w celu przewietrzenia się, czy może raczej nie było go przez całą minioną noc. Jeśli zaś prawdziwa była druga opcja, to dokąd właściwie mógł pójść? Wszak nie znał tej części miasta i Lynx był pewien, że sam nie mógł sobie poradzić włócząc się po okolicy o tak niebezpiecznej porze. Kto wie? Może został napadnięty? Jeśli człowiek nie był tu wystarczająco ostrożny mógł w kilka sekund stracić zawartość swych kieszeni, ciuchy a nawet życie, które już dawno straciło swą wartość.
Przez krótki moment rebeliant rozważał ruszenie na ratunek Carverowi. Szybko jednak zrezygnował z tego absurdalnego pomysłu. Jakby nie patrzył właśnie tego chciał - pozbyć się niewygodnego intruza. Tak więc skoro ten własnowolnie postanowił zostawić go w spokoju, to Lynx nie powinien w żaden sposób oponować. Wręcz przeciwnie, powinien dziękować losowi za taki łaskawy obrót spraw. Do niczego nie potrzebował towarzystwa nieobliczalnego wojskowego. I tak miał wystarczająco dużo swoich zmartwień... Chociaż szczerze powiedziawszy prócz ulgi, poczuł również gorzkie rozczarowanie wynikające z faktu, że nie będzie musiał już dłużej szukać przyjaciółki Aleca. Lynx lubił wyzwania i właśnie w tym zadaniu mógł wykazać się swoimi hakerskimi umiejętnościami, które zdecydowanie wychylały się ponad przeciętność. Był przekonany, że zdołałby ją znaleźć. Oczywiście jeżeli ta kobieta rzeczywiście żyła. A co do tego na obecną chwilę nie mógł mieć pewności.
Próbując odpędzić doskwierające mu wyrzuty sumienia - w dalszym ciągu to on był przyczyną pojawienia się Carvera na listach gończych - ruszył do kuchni. Stanąwszy przed starą lodówką otworzył ją na oścież, by następnie móc przyjrzeć się krytycznie jej świecącymi pustkami wnętrzowi. No cóż, Lynx nie był mistrzem gotowania, tak więc głównie stołował się na "mieście" bądź wsuwał gotowe dania z pudełka. Nigdy też z tego powodu nie narzekał - lubił śmieciowe żarcie. Wzruszywszy ramionami sięgnął więc po butelkę litrowego mleka, po czym ją otworzył, rzucając na blat plastikową nakrętkę. Popijając je wrócił do pokoju.
Gdy tylko znalazł się w salonie - zamarł, trzymając butelkę tuż przy ustach. Nie zauważył nawet jak chłodny płyn spływa mu mozolnie po brodzie. Nic dziwnego, gdyż na środku pomieszczenia stał wysoki, jak i dobrze zbudowany osobnik i to właśnie na nim Lynx skupił całą swą uwagę. Blondyn nie spodziewał się gości, dlatego też obstawiał najgorszą z możliwości, modląc się jednocześnie w duchu, by nie był to człowiek od Rava. Ostatnio mieli ze sobą na pieńku a Rav należał ludzi, którzy lubili stawiać na swoim.
Na poczekaniu zaczął wymyślać jakąś sensowną gadkę, która mogłaby uratować mu tyłek, jednak zaraz doznał olśnienia. Ów "gość" nie był wysłannikiem samego Rava, lecz Carverem we własnej osobie. Co prawda był znacznie inaczej ubrany, zaś jego dolną wargę zdobiło dość boleśnie wyglądające rozcięcie. Lynx na to odkrycie zachłysnął się mlekiem. Zaraz jednak udało mu się odkrztusić białawą ciecz, zaś z brody starł jej resztki.
- Szybko się zaaklimatyzowałeś. - mruknął wgapiając się w sylwetkę stojącą przed nim mężczyzny. Alec nie przypominał już rządowego kundla a raczej wyluzowanego chuligana z charakterkiem. Lynx niechętnie musiał stwierdzić, że taki wygląd mu nawet pasował. Nie miał jednak pojęcia skąd ten wytrzasnął na to wszystko kasę. Kurtka z tworzywa skóropodobnego była w cenie...
Skrzywił się usłyszawszy zadane przez Carvera pytanie. Po samym spojrzeniu mężczyzny było widać, że nie chciał słyszeć o porażce, jaką Lynx niestety ale w gruncie rzeczy poniósł.
- Cóż... - zaczął przewracając oczami. - Niczego nowego. Potrzebuję więcej czasu... Muszę włamać się do systemu wojska, tam powinny być akta rekrutów. - wyjaśnił. Wystarczyło zdobyć jej zdjęcie. Wtedy mógłby puścić to przez specjalny program, który by przeszukał rejestry miejskich kamer. Dowiedzieliby się w ten sposób, gdzie dziewczyna pojawiła się po raz ostatni. - Potem to już będzie bułka z masłem. - wzruszył ramionami, obrzucając wojskowego po raz kolejny badawczym spojrzeniem. - Uliczne walki? - mruknął marszcząc ciemne brwi, starając się znaleźć inny dowód na to niż niewielka ranka na dolnej wardze. - Albo nie. Nic nie mów. Nie interesuje mnie jak zdobyłeś hajs. Ważne, że nie będziesz darmozjadem. - zmienił zdanie, woląc się nie zagłębiać w sprawy Aleca. Liczył jednocześnie, że ten również uszanuje jego prywatność. Im mniej będą mieli ze sobą wspólnego tym lepiej. Nie potrzebował wysłuchiwania spowiedzi, czy bratania się w jakikolwiek sposób z Carverem.
- Łazienka jest tam. - wskazał gestem na drzwi koło tych prowadzących do kuchni. - Wbrew pozorom jest wystarczająco dobrze wyposażona. Z kolei spać możesz na kanapie, bo nie jestem na tyle gościnny, by ustąpić ci swojego łóżka. - odparł starając się określić małe zasady. - Zazwyczaj pracuję w nocy a śpię w dzień, więc będę wdzięczny jeżeli to uszanujesz. Twojej Adelide będę szukał w wolnej chwili. Popytam też o nią na mieście, może ktoś coś słyszał. - zakończył zdanie przeciągłym ziewnięciem. - Nie wiem jak ty, ale ja padam.

Ponieważ swoje pytanie rzucił od progu, bardziej w przestrzeń niż w kierunku gospodarza, dopiero teraz raczył na niego spojrzeć. Brew Aleca powoli powędrowała ku górze, gdy tak stali, patrząc na siebie w milczeniu (co w jego opinii było co najmniej dziwne), gdy po brodzie jasnowłosego jakże majestatycznie spływała strużka czegoś białego, co sądząc po trzymanym w jego ręku opakowaniu, było mlekiem. Nie wiedząc, nad czym tak kretyńsko myśli Lynx zamiast odpowiedzieć, sam zastanawiał się, czy to dziwne milczenie i mina półgłówka z mlekiem ściekającym po brodzie, ma jakiś konkretny cel. Chłopak ocknął się, gdy druga ciemna brew dołączyła do pierwszej, będącej gdzieś w połowie czoła. Mleko z jego brody również zniknęło, co w jakiś sposób pomogło Alecowi skupić myśli, albowiem taki widok niezaprzeczenie pobudzał wyobraźnię, nawet jeśli żołnierz bynajmniej nie był teraz w nastroju, by w ogóle myśleć w tych kategoriach. Już w szczególności o gówniarzu, który przypadkiem zniszczył jego mozolnie popychane do przodu życie.
Nie skomentował uwagi chłopaka, wciąż czekając na odpowiedź, która interesowała go zdecydowanie bardziej, niż jego błyskotliwe spostrzeżenia. Już widząc minę hakera, a następnie słysząc mało entuzjastyczny początek zdania, wiedział, że popełniał błąd kiedykolwiek odrywając swoje dłonie od jego szyi. Zmarszczył brwi, wpatrując się w chłopaka coraz mniej przyjemnym, pełnym potępienia wzrokiem.
Już rozumiem, dlaczego wysłali bezużytecznego nerda na misję w teren – zaczął niby do siebie, podczas gdy Lynx wspominał coś o ulicznych walkach, czego Alec zdawał się zupełnie nie słyszeć. Oczywistym było, że nie miał zamiaru się tłumaczyć. – Mieli nadzieję, że ktoś się w końcu ciebie pozbędzie – dodał głośniej, odkrywczym tonem, unosząc brwi, jakby dziwił się, że to przez cały czas było takie oczywiste, a on dopiero do tego doszedł. Westchnął, kręcąc głową ze zrezygnowaniem, lekceważąco odwracając się od chłopaka, a przy tym ściągnął ze swoich ramion kurtkę, by rzucić ją swobodnie na oparcie kanapy. Słysząc, że chłopak nadal coś tam biadoli, obejrzał się przez ramię, posyłając mu kpiące spojrzenie. Przewrócił oczyma, powoli tracąc cierpliwość, nie wierząc jednocześnie, że Lynx wierzy w to, co mówi.
Posłuchaj, panie bezużyteczny. – Podszedł do chłopaka niespiesznie, stając nad nim niczym kat, chociaż dłonie trzymał przy sobie, a dystans, w jakim znalazł się od Lynxa, wydawał się względnie bezpieczny. Choć było to trochę naciągane bezpieczeństwo, zważając na to, że młodzieniec znajdywał się w zasięgu długich ramion starszego.
Dzięki TOBIE musiałem porzucić swoje łóżko, wielkości tego pokoju, na rzecz tej marnej imitacji mieszkania i dzięki TOBIE nie mogę z tym nic zrobić. – Zbliżył się jeszcze o krok, nachylając nieco nad jasną czupryną, by bez przeszkód zajrzeć w duże oczy. – Dlatego skończysz p**r***ić i jak grzeczny chłopiec będziesz cieszyć się z kanapy. – Nie wiedzieć kiedy, swoją dłoń ułożył na boku jego szyi, palcami zahaczając o jasne włosy, które wręcz pieszczotliwie pogłaskał, uśmiechając się przy tym niewinnie, tworząc w ten sposób przyprawiający o ciarki, nieprzyjemny efekt. – Dobrze? – Mówiąc już niemalże szeptem, powoli przejechał kciukiem po śladzie, który kilka godzin temu pozostawiły jego własne palce na delikatnej szyi. Jasnym było chyba, jakie przesłanie krył za sobą ten gest. Alecowi kończyła się cierpliwość, był zmęczony, obolały i zniecierpliwiony. Jego życie się waliło, a on na tę chwilę czuł się bezradny. Na dodatek musiał użerać się z dzieciakiem, który nie chce przyjąć do wiadomości, gdzie jest jego miejsce. Dwudziestopięciolatek zdecydowanie nie miał na to siły, szczególnie po nieprzespanej nocy, podczas której zmasakrował kilka twarzy, rozwalając sobie palce. To jednak, że były poszkodowane, nie znaczyło, że nie dadzą rady raz jeszcze objąć zaborczo smukłej szyi, by tym razem już jej nie puścić.



Mimowolnie twarz blondyna wykrzywiła się w niezadowolonym grymasie, tworząc złudzenie obrażonego sześciolatka. Co prawda Lynx był świadom, że żołnierz może nie być szczególnie szczęśliwy z powodu braku postępu w "dochodzeniu", niemniej nie spodziewał się aż takiego potępienia jego biednej osoby. Wszak Carver nie wyglądał na półgłówka i powinien umieć trafnie oszacować szanse powodzenia w lynxowej misji, które zbyt wielkie to nie były. O ile sukces w ogóle był możliwy. Prawda była taka, że było to tak samo prawdopodobne, co spotkanie patatającego jednorożca między kamienicami miasta.
- No proszę. Widzę, że komuś przez noc się żarcik wyostrzył. - tchnął sarkastycznie, uprzednio prychając pod nosem. Może i Lynx nie nadawał się specjalnie do pracy w terenie, niemniej jednocześnie wykazywał się szczególną umiejętnością podejmowania błyskawicznych i najczęściej trafnych decyzji (oczywiście nie licząc zaczepienia Aleca, co było absolutną pomyłką), która wytworzyła się podczas buszowania w cyberprzestrzeni. Poza tym jeszcze do wczoraj nie był w bazie rejestrów osób poszukiwanych. Nie ściągał więc na siebie niepotrzebnej uwagi ulicznych namiarów. To i wiele innych faktów sprawiło, że wytypowali właśnie jego. I pewnie gdyby ich Kontakt nie był śledzony, to wszystko zakończyłoby się zupełnie inaczej, zaś Lynx nie musiałby teraz znosić skutków swojej bolesnej porażki. Porażki mierzącej dokładnie metr dziewięćdziesiąt jeden.
Był zmęczony i zrozpaczony zaistniałą sytuacją, marząc jedynie o zasłużonym odpoczynku. Chciał właśnie odwrócić się na pięcie i pomaszerować prosto do swej sypialni, gdzie miał w zamiarze zaszyć się pod kołdrą i oddać się w kojące ramiona Morfeusza. Nie zdążył jednak oddalić się bardziej niż na pół kroku. Zatrzymały go nagłe słowa Carvera. Uniósłszy jedną z brwi ku górze, zwrócił niemalże granatowe tęczówki na swego gościa, zauważając z niezadowoleniem, że ten się do niego zbliża. Już po zaledwie niecałej dobie mógł z powodzeniem stwierdzić, że niespecjalnie przepadał za jakimkolwiek kontaktem fizycznym z tym osobnikiem. Zdecydowanie wolał zachowywać bezpieczny dla siebie dystans. Niestety Alec zdawał się mieć zupełnie inne zdanie w tym temacie, gdyż po raz kolejny naruszył przestrzeń osobistą blondyna. Lynx zaczął podejrzewać, że Carver czerpał z tego jakąś chorą satysfakcję. Prawda była taka, że równie skutecznie mógłby mu grozić na odległość. Haker wcale nie potrzebował dodatkowych zachęt, by powściągnąć swoją niewyparzoną jadaczkę. A przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż zaraz parsknął już z pierwszym zdaniem wypowiedzianym prze wojskowego. Szczerze wątpił w istnienie "łóżka wielkości tego pokoju" i snobistyczny ton Aleca nieco go rozbawił. Ponadto nie rozumiał aż takiego przywiązania rządowych dupków do dóbr materialnych.
Zadrżał poczuwszy szorstką dłoń na swojej szyi. Ta jednak nie zacisnęła się na gardzieli, tak jak podejrzewał. Miast tego przerażająco czule pogładziła go po cienkiej skórze. W jednej chwili duma Lynxa została boleśnie zdeptana. Wręcz zrównana z brudną ziemią. I o ile w środku wręcz kipiał, to na zewnątrz nie zdradził się z tym w żaden sposób. Jedynie chabrowe tęczówki pokryły się błyszczącym szkłem, jednak na tyle cienkim, że Carver nie był w stanie tego dostrzec.
Był wściekły. Był wściekły nie na Aleca, a na swoją bezsilność. Nie mógł znieść tego, że nie potrafił mu się sprzeciwić. Potulność nigdy nie należała do cech blondyna, dlatego tak trudno było mu się pogodzić z nagłą potrzebą uległości. Jeszcze trudniej było się do tego przyznać. Dlatego dość szybko przywołał się do porządku, zaraz posyłając Carverowi cyniczny uśmieszek.
- Co tylko sobie życzysz. - syknął, odpychając dłoń żołnierza, z trudem ignorując jego przerażająco słodki szept. - A teraz wybacz, ale JA idę spać.
Zgrabnie go wyminąwszy wparował na chwilę do drugiego pokoju, skąd zaraz wyniósł dość dużą poduszkę oraz ciepły koc. Ani razu nie uraczył Aleca swoim spojrzeniem podczas przygotowywania sobie posłania. Nie zniósłby tego pełnego satysfakcji spojrzenia lodowych tęczówek, dlatego też postanowił sobie tego oszczędzić. Dość szybko rozłożył niewielką kanapę, by następnie móc ściągnąć ze swojego szczupłego ciała ciemne jeansy, koszulkę oraz skarpetki. Normalnie zwykł spać na waleta, tym razem jednak stwierdził, że dużo rozsądniej będzie zostać w przylegających bokserkach. Nie z powodu przyzwoitości, a ze zwykłej przezorności. Kto wie co chodziło po głowie temu psycholowi?
Zmęczenie sprawiło, że zasnął gdy tylko jego twarz spotkała się z miękką poduszką. Najwidoczniej jego instynkt samozachowawczy charakteryzował się nie małym upośledzeniem. Bo kto normalny zasnąłby jakby nigdy nic, będąc sam na sam w mieszkaniu z niezrównoważonym psychicznie wojskowym, grożącym mu w kółko śmiercią? Cóż, Lynx zawsze lubił być oryginalny...
Spał jak zabity, do czasu aż po salonie rozbrzmiał irytujący dźwięk. Jak poparzony podniósł się do siadu, zaraz rozglądając po pustym pomieszczeniu. Z ulgą przyjął, że w pobliżu nie było Carvera.
Źródłem donośnego dźwięku był komunikator, który leżał na niewielkiej ławie nieopodal kanapy. Blondyn niechętnie po niego sięgnął, po czym włączył.
- Lynx, umawialiśmy się na osiemnastą w Morfinie do cholery! - wykrzyczała szczurza twarz wyświetlona na hologramie. Nie wyglądała na szczególnie zadowoloną, co świadczyło o tym, że Lynx najpewniej się spóźnił.
- Co !@#$? - wymamrotał zdezorientowany haker, potrzebując znacznie więcej czasu na rozszyfrowanie ów wiadomości. Zaraz jednak przewrócił lekceważąco oczami - Dam radę dopiero za jakąś godzinę... - dodał drapiąc się po rozczochranej czaszce.
- Czekam tu już od czterdziestu minut...
- Będę za godzinę. - powtórzył twardo, przerywając swojemu rozmówcy. Następnie zakończył połączenie nie czekając na odpowiedź. Nie miał ochoty słuchania uciążliwego jęczenia.
Zakląwszy pod nosem podniósł tyłek z tapczanu. Czuł się jak na morderczym kacu, mimo, że wcale nie pił. Nie mogło się obyć więc bez zimnego prysznica, który miał w zamiarze sobie zafundować, gdy tylko wparował do niewielkiej łazienki.

Widział jak wiele go to kosztowało. Już dawno zauważył jak ciężko chłopakowi przełknąć, że ktoś może mieć nad nim przewagę. Nie był z typu tych, którzy lubili, czy też potrafili się przyporządkować. Nie ma się czemu dziwić. Nie żył w świecie, w którym każdy ruch był kontrolowany, a każde odstępstwo od normy groziło śmiercią. Otóż to, Alecowi wydawało się jakby to nie było to samo uniwersum. Choć znajdowali się wciąż w tym samym miejscu, a jedynie nie w centrum, zaś na obrzeżach, miał wrażenie, jakby odbył daleką podróż. Nie znał tego miejsca, a ludzie tu żyjący byli zupełnie inni. Nie podporządkowywali się łatwo, podczas, gdy Alec przywykł do tego, że ma kontrolę. Był pieprzonym żołnierzem, szkolił nowych rekrutów, wydawał rozkazy, by tworzyć kolejne maszynki do zabijania ślepo poddane państwu. Nie był przyzwyczajony do niesubordynacji, tak samo jak Lynx widocznie nie przywykł do tego, że ktoś nim kieruje w tak bezpośredni, władczy sposób. Ale najwyraźniej nie był tak głupi, za jakiego cały czas uważał go Alec. Zdołał schować dumę w kieszeń wtedy, gdy było to konieczne; wyczuł najwyraźniej, że jeśli jeszcze chwilę pociągnie swój bunt, skończy się to bardzo źle. Carver wbrew pozorom tego nie chciał. Ale nie mógł przecież obiecać, że się opanuje, jeśli Lynx będzie mu to do tego stopnia utrudniał. Dlatego w pewien sposób ulżyło mu, gdy ten się poddał, robiąc tym samym jedyną mądrą rzecz, jaką Alec dostrzegł u niego w przeciągu… całej ich krótkiej znajomości.
Posłał chłopakowi zupełnie niewinny uśmiech słysząc zgodę i już bez słowa pozwolił mu się wyminąć, jeszcze przez chwilę obserwując jak ten szykuje sobie miejsce do spania. Nie omieszkał przy tym zmierzyć spojrzeniem całego smukłego ciała, którego ukrywaniem Lynx najwidoczniej się nie kłopotał. Alecowi to nie przeszkadzało, bo jakkolwiek irytującego rebeliant nie miałby charakteru, ciało miał niezaprzeczalnie ładne. A nawet więcej niż ładne. Choć Alec niekoniecznie chciał to przed sobą przyznawać, młody haker był w jego typie i chyba tylko to ratowało go jeszcze przed alecową chęcią mordu. Cóż, jakby nie patrzeć, ładnym ludziom w życiu łatwiej i Lynx nie mógł zdawać sobie sprawy z tego, jak wiele szczęścia obecnie ma, że wygląda tak, a nie jak… choćby jego koledzy z furgonetki. Na dłużej zawiesił swój chłodny wzrok na jednym z sutków, w którym tkwił kawałek metalu, uśmiechając się przy tym kącikiem ust. Zdążył tak uważnie przestudiować chłopięce ciało, że nawet udało mu się dostrzec blizny na jego nogach. I zupełnie nie krępował się z tym przyglądaniem, widząc zresztą, jak ten unika jego spojrzenia. Nie mógł w związku z tym zauważyć, w jaki sposób burzowe tęczówki pochłaniają go całego. Z pewnością jednak mógł to poczuć i całkiem pewne jest to, że Alec miał taką intencję. Nie zamierzał mu niczego ułatwiać, a sprawiając, że ten czuje się niekomfortowo, sam odczuwał satysfakcję. Zaczął się nawet zastanawiać, czy zawsze miał w sobie tyle nieposkromionej złośliwości i niechęci. Bardzo możliwe, że Lynx uwalniał całe jego zapasy.
Odpuścił sobie w końcu, swobodnym krokiem podążając ku łazience, którą przed kilkoma chwilami wskazał mu gospodarz. Będąc już samemu w pomieszczeniu, nie zadawał sobie trudu rzucania obrzydzonych spojrzeń. To prawda, że przywykł do luksusów. Ale przywykł nie tylko do nich. Ważną część swojego życia spędził w błocie, na zapadających się materacach, przytulając broń zamiast poduszki, będąc ściśniętym w namiocie z masą innych żołnierzy. Porównując to miejsce do obozu, było ono luksusem. Porównując do własnego mieszkania, meliną. Teraz jednak było to miejsce, w którym miał żyć, przynajmniej tymczasowo. Dopóki w pobliżu nie było Lynxa, nie miał celu w tym, by dobijać samego siebie rozmyślaniem nad stanem tegoż miejsca. Tym bardziej, że nie jest to najgorzej wyglądające mieszkanie, jakie zdążył widzieć w swoim życiu.
Mimowolnie spojrzał w lustro, unosząc lekko brwi, gdy dostrzegł ranę na swoich ustach. Nie wiedział nawet, kiedy mu ją zadano. Westchnął przeciągle, wycierając wargę wierzchem zaczerwienionej dłoni. Dopiero teraz odczuwał ból, który zadano mu kilka godzin temu. Przez życie w dobrobycie zapomniał już jak zbawiennie działa adrenalina. Uśmiechnął się lekko, zdając sobie sprawę, że może nawet trochę tęsknił za tym uczuciem. Ból nie był taki zły. Dawno nie czuł czegokolwiek. Teraz ból stał się najprzyjemniejszą rzeczą, która zajmowała jego głowę.
Zrzucił z siebie ciuchy, znów bez entuzjazmu zerkając w lustro z jakimś zamyśleniem. Przejechał dłonią po pomarszczonej skórze na ramieniu. Poparzenie było rozległe, blizna nazbyt widoczna. Nigdy nie lubił tego widoku, bo choć miał wiele blizn, ta wciąż nie pozwalała mu się przyzwyczaić. Ilekroć na nią patrzył, miał ochotę odwrócić wzrok. Czuł obrzydzenie. A mimo to, niczym masochista, obrócił się tyłem do lustra, kontemplując jedną ze swych pamiątek po wojnie, ciągnącą się przez znaczną część pleców i część obu ramion. Warknął pod nosem, zaciskając pięść. Gwałtownie odwrócił głowę.
Liczne blizny mówiły tylko o części okropieństw, przez które przeszedł. Które udało mu się przetrwać. Przetrwał, by skończyć tutaj. Jako zdrajca stanu.
Jak dużo satysfakcji bym ci przyniósł, Adelide? – szepnął do samego siebie, będąc już pod prysznicem. Westchnąwszy, odgarnął mokre włosy z twarzy, by potem przez następne pół godziny wlepiać wzrok w jeden punkt, pogrążając się we własnych myślach i śmiejąc gorzko z tego, jak żałośnie udało mu się skończyć.
Zdołał znaleźć ręcznik, którym to niedbale owinął biodra. Wchodząc do sypialni, utkwił zmęczone spojrzenie w śpiącym chłopaku, nie dowierzając samemu, że on faktycznie śpi. Podszedł do kanapy, przyklękając przy niej, a wsłuchawszy się w oddech białowłosego, upewnił się jedynie w przekonaniu, że faktycznie – zdołał zasnąć.
Właśnie zniszczyłeś wszystko, co budowałem przez pieprzone dwadzieścia pięć lat, mały dupku. – Przyjrzał się krytycznie spokojnej twarzy, wzdychając męczeńsko. – I, *****, tak po prostu sobie śpisz. – Zaśmiał się. Nie potrafił się nie śmiać. Wyglądało to jednak prędzej jak krótki atak histerii, nie zaś zwykłe rozbawienie. Pokręcił głową ze zrezygnowaniem, po czym podniósł się na nogi.
Cóż, śpij póki możesz. Uprzykrzanie ci życia przyniesie więcej satysfakcji niż uduszenie we śnie – stwierdził nieco zamyślonym głosem, wzruszając ostatecznie ramionami, by potem skierować się do ciasnej sypialni i ułożyć do snu.
Do snu, ha! Chciałoby się.
Owszem, udało mu się w połowie opuścić jawę kilkukrotnie się wybudzając, by w końcu potem przez kilka godzin walczyć z przerywanymi koszmarami. Po czterech godzinach leżał ze wzrokiem wlepionym w sufit, nie mając już nawet nadziei, że zdoła zasnąć. Leżał tak więc przez kilka kolejnych, aż w końcu miał dość. Podniósł się i opuścił mieszkanie, orientując się, że lodówka jest pusta, a on wręcz umierał z głodu. Sklepy były zaopatrzone koszmarnie słabo, udało mu się jednak zdobyć coś,co podobno było kurczakiem, jakieś pieczywo, warzywa, ryż i kawę. Dużo kawy. Wróciwszy do mieszkania Lynxa, zrobił najprostszy obiad, jaki tylko mógł, ograniczając się do ugotowaniu ryżu i usmażenia kurczaka. Miał jednak tak dużą wprawę w gotowaniu, że nawet tak proste danie, dobrze przyprawione i odpowiednio przygotowane, dobrze działało na kubki smakowe. Nie miał wcale intencji w tym, by robić dwie porcje, ale nieopatrznie zrobił za dużo. Walcząc z chęcią wyrzucenia reszty, byleby tylko Lynx nie mógł zjeść, w końcu się poddał, nie potrafiąc zmarnować dobrego jedzenia. Zdążył zaznać w życiu bolesnego głodu, nie był więc w stanie własnowolnie wyrzucić żarcie do śmietnika.
Ponieważ wciąż był koszmarnie zmęczony, po spaleniu kilku fajek i wypiciu czterech kubków kawy, zdecydował się raz jeszcze wziąć prysznic, mając nadzieję, że zimna woda trochę go orzeźwi. Jak zamierzał, tak też zrobił.
W momencie, gdy Lynx wparował do łazienki, nie wpadając oczywiście na to, że wypadałoby zapukać, skoro nie mieszka teraz sam, Alec stał z plecami oraz głową opartymi o zimne kafelki. Jego oczy były zamknięte, a woda mozolnie spływała po włosach i całym ciele.
Szare tęczówki powoli zostały uwolnione od zasłony powiek, od razu wbijając się w nieoczekiwanego gościa. Ciemne brwi uniosły się jedynie delikatnie, a już w następnej chwili na przystojnej twarzy pojawił się złośliwy uśmiech.
Długo jeszcze zamierzasz się tak gapić? – Jak gdyby nigdy nic, oderwał się od ściany i zakręcając wodę, wyszedł spod prysznica. Swobodnie owinął się ręcznikiem wokół bioder. Przeczesując mokre włosy, spod rzęs spojrzał na Lynxa, jakby szukając odpowiedzi, co on tu właściwie jeszcze robi. Z jego twarzy nie schodził pełen kpiny uśmiech.



Wkraczając do łazienki, nawet przez myśl mu nie przeszło, że mógłby spotkać na swej drodze Aleca. Będąc w dalszym ciągu nieco zaspanym, nie powiązał szumu strumienia wody jaki dochodził z tego małego pomieszczenia z możliwą obecnością nagiego mężczyzny. Oczywiście podobna wpadka nie byłaby niczym nadzwyczajnym, gdyby od razu rzucił krótkie "wybacz" i zatrzasnął z powrotem drzwi, wychodząc z łazienki. Lynx jednak miał w zwyczaju nie zachowywać się szablonowo, czy też taktownie. Miast się spłoszyć i uciec czym prędzej, po prostu stał jak słup soli, wbijając chabrowe tęczówki w rosłą postać. Trudno jednak było się nie gapić... Dosłownie półtora metra od niego stało ciało greckiego herosa, którego mięśnie tak dosadnie były podkreślane przez mozolnie spływające strużki wody. Oh, jakże w tamtej chwili Lynx zapragnął być wodą, zapominając kim był właściciel ów kuszącego ciała. Szybko jednak głos Aleca przywołał go do porządku. Lynx odwrócił swój wzrok, kierując go na kafle. Ktoś taki jak Carver nie powinien go interesować. Zdecydowanie nie zasłużył na to!
Nie jestem przyzwyczajony do współlokatora.– rzucił na swoją obronę, ponownie kierując spojrzenie na żołnierza. Tym razem powędrowało ono na jego twarz, nie błądząc już więcej niebezpiecznie nisko. Jeszcze bezwiednie Lynx zacząłby się ślinić, a takiego upokorzenia, by nie przeżył. – Cóż... Poczekam aż skończysz. – dodał pośpiesznie i posławszy Alecowi sztuczny i nader szeroki uśmiech - zniknął z łazienki.
Po mało zgrabnej ewakuacji znalazł się w kuchni, gdzie już od wejścia do jego nozdrzy dotarł przyjemny zapach smażonego mięsa. Sprawiło to, że nagle jego organizm przypomniał sobie, że nic nie jadł od kilkunastu godzin. Głośno zaburczało mu w żołądku. Początkowo opierał się przez rzuceniem się na przygotowane najpewniej przez Carvera jedzenie. Jednakże, gdy tylko jego spojrzenie wyłapało brudne naczynia w zmywarce, które świadczyły o tym, że Alec już jadł i że zrobił dwie porcje, Lynx już się nie powstrzymywał. Z wielkim uśmiechem na mordzie zaczął nakładać sobie dość sporą porcję, dziękując w duchu za to, że Alec potrafił gotować. W zasadzie wszystko wydałoby mu się smaczne w tamtym momencie, gdyż dosłownie umierał z głodu. A gdy człowiek głodny, to nie wybrzydza. W sumie to Lynx nigdy nie wybrzydzał.
Z wielkim kopcem jedzenia usypanym na misce wyszedł do salonu, spotykając tam Aleca. Mężczyzna miał na sobie same bokserki, zaś jego ciało zostało wytarte do sucha. Nie licząc włosów, które w dalszym ciągu pozostawały wilgotne i niedbale ułożone.
To najlepiej przyrządzony szczur jakiego jadłem!– zawołał, wpychając sobie do ust kolejną porcję strawy. Dostrzegłszy jednak minę wojskowego dodał pośpiesznie. – Żart. To kurczak.
Niestety mina Carvera nie złagodniała. Brew blondyna powędrowała do góry, świadcząc o głębokim zastanowieniu w owym temacie.
Nie było to dla mnie, prawda? – bąknął, lekko się krzywiąc, gdy nagle uświadomił sobie w czym tkwił problem. – Stary, luz. Odkupię ci tego ptaka. Umierałem z głodu a zaraz muszę wychodzić. – wzruszył ramionami, niespecjalnie czując się winnym za kradzież skromnego jedzenia. Mają przecież mieszkać razem, więc to chyba normalne?

Na wyjaśnienie chłopaka, odpowiedział milczeniem, niespiesznie osuszając mokre włosy drugim ręcznikiem. Rozumiał. On też nie był przyzwyczajony do współlokatora. Co więcej, nie był przyzwyczajony do faktu niemieszkania u siebie, w dzielnicy, której ni ciut nie zna, między ludźmi, z którymi w normalnych okolicznościach nie chciałby mieć do czynienia. Nie był przyzwyczajony do tego, że ktoś może mu w każdej chwili wejść do łazienki, by potem stanąć w miejscu i patrzeć się jak ten przygłup, który nie wie, po co właściwie się urodził. Istnieje szansa, że w innych okolicznościach Alec doceniłby to spojrzenie, wiedząc z jakiego powodu nie może ono znaleźć innego celu. Teraz jednak był zbyt mocno przesiąknięty nienawiścią do wszechświata oraz Lynxa, by rozwodzić się nad podobnymi rzeczami, wliczając w to swoje samouwielbienie.
Pokręcił powoli głową, nie siląc się na nic więcej niż przykre zrezygnowanie. Odprowadzając plecy Lynxa wzrokiem, mruknął pod nosem ironiczne „ależ dziękuję”, krzywiąc się w reakcji na zbyt szeroki uśmiech chłopaka. Alec mógłby wybić mu te piękne, białe ząbki. Był nawet święcie przekonany, że czerwień jest kolorem Lynxa, tak pięknie by się zgrywała z jego jasną karnacją i niemalże białymi włosami. Sądził, że już niewiele cierpliwości mu zostało do tego, by podzielić się swą wizją z gospodarzem.
Ogarnął się niespiesznie, lecz sprawnie, ostatecznie opuszczając łazienkę w samych bokserkach. Nie zapomniał oczywiście o obecności drugiego mężczyzny w mieszkaniu, jednakże nie robiło to na nim większego wrażenia. Miał świadomość tego, jakie ciało posiada, a nawet, gdyby miało ono więcej mankamentów niż same, rozległe blizny, zdanie Lynxa nie obeszłoby Aleca. Dlatego też nie krępował się zupełnie. Nie byli przecież dziećmi.
Wbił w chłopaka swoje niewiele wyrażające spojrzenie, powoli orientując się w sytuacji. Gówniarz był bezczelny, a Alec powoli zaczynał żałować, że jednak nie wywalił tego jedzenia w piździec. Wybitny żart hakera nieszczczególnie rozśmieszył wojskowego, który wciąż z kamienną miną wpatrywał się w jego oblicze.
Nie, nie było. – Odpowiedział krótko i szorstko, choć nie była to do końca prawda. Przypadkiem zrobił za dużo i to wcale nie tak, że miał zamiar odgrzać sobie to jedzenie później. Nie przywykł do żywienia się przez cały dzień tym samym, a przynajmniej od dawna tego nie robił i teraz też nie zamierzał. Jedzenie więc przypadkiem było przeznaczone dla Lynxa, czego Carver oczywiście za nic w świecie nie miał zamiaru przyznać.
Zrób mi przysługę i już nie wracaj – odparł dość łagodnym jak na niego tonem, nie pytając dokąd, na ile, ani po co idzie Lynx. Jego życie nie interesowało Carvera, w końcu nie mieli się zaprzyjaźniać, od czego zresztą dzieliła ich dwójkę przepaść bez dna. Dla Aleca obecnie liczyło się tylko to, by chłopak odnalazł Adelide. Jeżeli mu się to uda, niech idzie i do czorta, wojskowego to nie dotyczyło.
Nie czekając już na żadne pyskówki chłopaka, odszedł w stronę sypialni, by tam się ubrać i wewnętrznie narzekać na swój podły los. Gdy wrócił do salonu, szybko zorientował się w tym, że upierdliwego rebelianta nie ma już w mieszkaniu. W związku z tym Alec mimowolnie zaczął się zastanawiać, co zrobić ze sobą. Miał teraz związane ręce, nie mógł się przechadzać swobodnie po ulicach miasta, ani używać żadnych komputerów, czy telefonów, by nie ryzykować namierzenia. Co więc mu zostało?
Właściwie to wiedział, co mogło pomóc.
Z wielkimi nadziejami począł przeszukiwać szafki białowłosego, rozglądając się za czymś, co mogłoby tymczasowo załagodzić jego męki. W końcu na jego usta wlał się lekki uśmiech, gdy w jednej z nich znalazł coś, co mogło być wódką albo i czystym spirytusem. Nie interesowało go to, byleby sponiewierało i pozwoliło zapomnieć o tym, jak zniszczono jego życie. Zadowolony ze swego odkrycia, chwycił butelkę i nie siląc się nawet na szukanie kubka, pozbył się zakrętki, z rozkoszą wypełniając gryzącym trunkiem swe usta. Nie miał zamiaru przestać, dopóki butelka nie będzie pusta.



Dość obojętna postawa żołnierza dała Lynxowi nader śmiałe poczucie, że jedzenie jednak było zostawione specjalnie z myślą o jego skromnej osobie. Szybko jednak porzucił złudne nadzieje, co do przejawów serdeczności u Aleca, karcąc się za zbyt naiwne podejście do ów brutalnego dupka. Bowiem Carver jawił się w jego oczach jako rozpieszczony egoista, który dba jedynie o swój własny tyłek. Zgrabny tyłek nawiasem mówiąc, na czym blondyn skupił swoją uwagę znacznie dłużej niż zamierzał. Nie było to jednak jego winą. Zmierzający w kierunku sypialni mężczyzna odziany był w zaledwie cienką bieliznę, która w żaden sposób nie maskowała silnych mięśni pośladków naprężających się z każdym kolejnym krokiem, bezwiednie hipnotyzując Lynxa.
Ocknął się dopiero w momencie, gdy rozbrzmiał trzask drzwi a Alec zniknął w drugim pokoju.
- A ty zrób mi przysługę i zniknij z MOJEGO mieszkania. - furknął przedrzeźniająco, wpychając zaraz do ust spory kawałek smażonego kurczaka. Zamachał jeszcze parę razy widelcem, po czym odniósł niemalże pustą miskę z powrotem do kuchni.
Nie miał zbyt wiele czasu, dlatego zmuszony był zrezygnować z prysznica. Dlatego też w ramach "porannej" toalety ograniczył się jedynie do ochlapania twarzy lodowatą wodą oraz wyszorowania dokładnie swoich ząbków. Następnie naciągnął na siebie wczorajsze ciuchy i schowawszy białą czuprynę pod kapturem - opuścił mieszkanie, zabierając ze sobą plecak z istotną zawartością.

Na zewnątrz panował półmrok. Dochodziła właśnie dziewiętnasta, co sprawiało, że dzielnica wyglądała jeszcze bardziej ponuro oraz jeszcze bardziej niebezpiecznie. Na hakerze jednak nie zrobiło to najmniejszego wrażenia. Przywykł do otaczającego go środowiska, przystosowując się do jego realiów. Doskonale wiedział którędy należy chodzić i jak się zachowywać, by przypadkiem nie ściągnąć na siebie uwagi okolicznych szubrawców. Omijał również miejsca, gdzie mogły mieć miejsce spontaniczne łapanki, praktykowane przez rządową straż. Jednym słowem czuł się jak u siebie. Bo w gruncie rzeczy tak było.
Żwawym krokiem przemaszerował poprzez kręte uliczki, ostatecznie docierając do celu. Morfina ulokowana była w rozległych piwnicach jednej z niszczejących kamienic. Z zewnątrz nic nie wskazywało na to, by pod budynkiem znajdował się aż tak dobrze prosperujący klub nocny, który był miejscem spotkań wielu psów rządowych, którzy lubili od czasu do czasu się zabawić wśród ludzi "stąd". Można więc domyślić się, że lokal nie cieszył się zbyt dużą popularnością wśród rebeliantów, niemniej Lynx lubił tam zaglądać. Morfina była dla niego skarbnicą ciekawych informacji oraz źródłem całkiem dobrego interesu.
Mimo, że było względnie wcześnie klub tętnił życiem. Blondyn z nie małym trudem przecisnął się między spoconymi ciałami, które bujały się w rytm mocnych basów. Oczywiście, gdyby przeszedł na około, byłoby to o wiele łatwiejsze. Niestety w ten sposób mogłyby go wyłapać pewne osobniki z którymi nie miał najmniejszej ochoty stanąć twarzą w twarz. zresztą, nie miał też na to czasu.
- Jak leci Forest? - przysiadł się do stolika, przy którym siedział samotnie mężczyzna o szczurzej twarzy. Ten sam, który wyświetlił się na hologramie. Prócz mysich rysów posiadał dość charakterystycznie ulizane do tyłu czarne włosy, które przez zbyt dużą dawkę żelu wyglądały na tłuste. Może nie wyglądał specjalnie atrakcyjnie, niemniej haker nie spotkał się z nim w towarzyskim celu. Wręcz przeciwnie. Forest był jednym z jego ulubionych łączników.
- A jak !@#$ myślisz? Siedzę tu jak !@#$% debil od ponad godziny, bo księżniczce się nie chciało ruszyć dupy. - wyrzygał pretensyjnie Forest, co Lynx zupełnie zignorował, sięgając bez pytania paczkę papierosów, jaka leżała na blacie stolika. Stolik przy którym siedzieli znajdował się w odgrodzonej ciężkimi zasłonami loży, sprawiając złudne poczucie intymności.
- Masz kasę? - zapytał znudzonym tonem Lynx, odpalając przy tym szluga.
- Najpierw nagranie. - zażądał Forest. Blondyn bez ociągania ściągnął po plecak i ustawił go sobie między szczupłymi udami, którymi go przytrzymał. Wyciągnął następnie rozkładany ekranik.
- To jest demo. Całość mam na dysku. Bierzesz czy nie?
Na nagraniu był jeden z dość poważanych urzędników, który podjeżdża swoim drogim samochodem do kobiety świadczącej usługi o wiadomym podłożu. Sam fakt, że pojawiał się w okolicach "slamsów" był podejrzany, niemniej wsiadająca do jego auta blondi w mini była w stanie go zupełnie pogrążyć. Oczywiście Lynx nie zajmował się szantażami. Jedynie wyłapywał poprzez sieć wszystko co mogło w jakiś sposób zagrozić pozycji bogatych ludzi, czyli wszelkiego rodzaju oszustwa podatkowe, rozwiązłość czy inne niepożądane zachowania. Resztą zajmował się Forest. Co prawda haker dostawał jedynie ułamek z tego, co był w stanie wyciągnąć Forest od swego zleceniodawcy, jednak tak było o wiele bezpieczniej. Nie miał zamiaru jakoś specjalnie się narażać, uznając zasadę, że o wiele lepiej jest pozostawać biernym i nie wychylać się zanadto. Nie miał więc zamiaru poznawać szefa Foresta. W tej kwestii im mniej wiedział, tym lepiej.
- Słaba jakość. - bąknął Forest, na co blondyn jedynie przewrócił oczami. Doskonale o tym wiedział, jednak do samego końca miał nadzieję, że umknie to uwadze mężczyzny. - Mogę dać ci połowę.
- Przestań pieprzyć Forest.
- Połowa, albo nic.
- Dorzuć dwie stówy i będziemy kwita. - zaproponował haker, gasząc papierosa o pustą szklankę. Peta wrzucił do środka, obserwując jak nasiąka resztką niebieskiego płynu.
- Dwie stówy? Niech będzie. Masz szczęście, że cię lubię, młody. - odparł po namyśle brunet, zaraz wyciągając z kieszeni kopertę. Odliczył odpowiednią sumę.
- Interesy z "wami" to przyjemność. - zaświergotał Lynx, wymieniając mały dysk na plik banknotów. - No to będę spadał.
- Nie napijesz się ze mną?
- Mam szkodnika w domu i póki go się nie pozbędę, muszę go pilnować. - odparł puszczając perskie oko, po czym zniknął w tłumie.

Dzięki zastrzykowi dodatkowej gotówki, do mieszkania wrócił z o niebo lepszym humorem oraz torbą wypchaną gotowymi daniami, które wystarczyło jedynie odgrzać. Mimo, że Lynx od paru lat zwykł mieszkać samemu, to w dalszym ciągu nie wyrobił w sobie umiejętności gotowania. Nie widział w tym jednak najmniejszego problemu. Śmieciowe żarcie przecież wcale nie było takie złe. Pozwalało zaoszczędzić wiele czasu, pieniędzy, no i przede wszystkim nerwów.
Już od wejścia dostrzegł siedzącego w salonie Carvera w towarzystwie pustych butelek po bimbrze. Wyglądało na to, że wydoił niemalże calutki zapas z lynxowego "barku", który wcale nie był taki skromny.
- Chyba sobie żartujesz. - westchnął męczeńsko, podchodząc bliżej mężczyzny. Nie mógł uwierzyć, że pomimo kolosalnej ilości alkoholu jaką wlał w swoją gardziel Alec, nie wyglądał on na specjalnie wstawionego. To potwór nie człowiek... Zdecydowanie!
Zakupy wraz z plecakiem rzucił na fotel, kierując od razu jasne tęczówki na złodziejaszka. Bez słowa wyrwał mu z rąk do połowy opróżnioną butelkę, po czym ciężko zasiadł tuż obok niego.
- Zdrówko. - mruknął niemrawo, po czym ściągnął kaptur, by w następnej chwili móc wziąć porządny łyk wykrzywiającego twarz trunku.

Bez cienia wahania przystawił butelkę do spragnionych ust i jednym haustem wypił co najmniej jedną czwartą jej zawartości. Alkohol palił w gardło, lecz nie zraziło to wojskowego. Właściwie ulżyło mu, gdyż gryzący, specyficzny smak alkoholu był bliski jego sercu. Myśl godna doświadczonego alkoholika, lecz jakże prawdziwa. Alec alkoholikiem nie był, choć sądził, że to się może bardzo szybko zmienić. Co mu pozostało? Zachlać pałę i czekać, aż jego życie samo poskłada się do kupy. Gdyby tylko taka opcja mogła zaistnieć. Carver przecież doskonale wiedział, że nic nie robi się samo. No chyba, że chodzi o zdruzgotanie jego życia, do tego nie musiał przykładać ręki. Wystarczyła magiczna mieszanka irytującego gówniaka, niecierpianego przełożonego, szczypty zbiegu okoliczności i voilà! Życie Aleca Carvera legło w gruzach.
Bimber szybko go rozgrzał, choć nie było to potrzebne. Wewnętrzna rozpacz i nerwy również radziły sobie niezgorzej. Nieco mętny trunek był z kolei niekonieczną, lecz zdatną pomocą. Po zaspokojeniu największego pragnienia, raczył odsunąć naczynie od warg, by z zastanowieniem rozejrzeć się po pomieszczeniu. Westchnął, uświadamiając sobie, jak bardzo nie ma pomysłu na to, czym się zająć. Nie chciał ryzykować dotykaniem jakichkolwiek elementów elektronicznych, których pełno było w tym mieszkaniu. Jak zresztą wszędzie. Choć Lynx jest hakerem i z całą pewnością stara się o to, by nikt nieproszony nie ingerował w jego prywatność poprzez podsłuchy, czy kamerki mogące stanowić ukryte wyposażenie każdego z tych nowoczesnych cacek, Alec posiadał co do tego ograniczone zaufanie. Gdyby teraz go znaleziono, byłby zgubiony. Cenił sobie swoją głowę, nie chciał więc, by ta w najbliższym czasie udała się w podróż bez udziału ciała, w związku z tym trzymał się z dala od technologii. Pozostało mu uwalić się na kanapie z nową przyjaciółką, którą kurczowo ściskał w silnej dłoni i korzystanie z tego, co ta ma mu do zaoferowania. Tym czymś jak się później okazało, był nawał niepokojących myśli i dawno już nieodświeżanych wspomnień.

Był przerażony. Szedł za dowódcą, ściskając w dłoni pas, na którym trzymała się wysoko rozwinięta broń. I na tym kończył się rozwój w tym miejscu. Czuł się, jakby zesłano go gdzieś, gdzie wciąż nie zawitała nowoczesna technologia i cywilizacja. Przed jego oczami stało wszystko to, co stanowiło absolutne przeciwieństwo dla otoczenia, w jakim dotąd żył. Nawet podczas wojny, będąc w plutonie wsparcia, nie spotkał się z podobnymi warunkami. A od dziś miał tu walczyć. Tu. Gdzie pod nogami plątały się żyłki od zabrudzonych namiotów, błoto potrafiło sięgać po kolana, a jedynym urozmaiceniem krajobrazu były okopy. W powietrzu unosiła się ciężka atmosfera, która nie pozawalała na moment luźnego oddechu. Ludzie mieli świadomość ciągłego zagrożeni, bo i w każdej chwili mogli zostać rozerwani przez granat, czy bombę. Mogli stanąć w złym miejscu i nie mieć sekundy na pożegnanie się z życiem. Alec wnet zrozumiał. Nie było potrzeby stawiania żadnych budynków, nie było potrzeby dostarczania normalnego jedzenia, które nie było lejącą się papką. Zakładano, że wszystkich pochłonie to cholerne błoto, w które coraz bardziej zatapiały się jego wysokie buty z każdym kolejnym krokiem.
Nigdy nie widział tak wiele przerażenia na twarzach tak wielu ludzi w jednym miejscu. Wszyscy byli świadomi. Co chwilę słyszał jęki rannych. Tutaj wojna trwała cały czas. To miejsce różniło się diametralnie od tego, w którym działał dotąd. Jego serce ściskał strach. Miał osiemnaście lat, był niedoświadczony, młody i przerażony wizją spędzenia choćby godziny w takim otoczeniu. Jakie były szanse, że akurat on przeżyje? Wiedział, że niewielkie. Każdy krok był dla niego cięższy, czuł się, jakby podążał schodami prowadzącymi prosto do piekła. Pragnął uciec.
Zatrzymali się przed jednym z obskurnych namiotów, sprawiającym wrażenie, jakby zaraz miał zwalić się na głowy tym, którzy byli w środku. Szare oczy z mieszanką lęku i pytania, z nieudolnie udawaną pewnością siebie, utknęły w dowódcy.
– To teraz twój dom, Carver. – Mężczyzna odchylił poły namiotu, znacząco patrząc na młodego żołnierza. – Przestań srać w gacie, masz się na coś przydać. Nie potrzebujemy tu rozpieszczonych smarkaczy. Weź się w garść, albo pierwszy pójdziesz do odstrzału. – Alec zacisnął zęby równocześnie z pięściami. Wciąż nie dochodziło do niego, że został wysłany na front. Nigdy nie sądził, że to go spotka, tak jak teraz nie sądził, że kiedykolwiek pozna powód takiego obrotu zdarzeń.
– Tak jest kapitanie – zasalutował sztywno, po czym zgodnie z wolą mężczyzny, wszedł pod ciężką płachtę, krzywiąc się na dźwięk, który ta wydała opadając za nim. Nie było drogi ucieczki. Miał walczyć za swój kraj, jeżeli nie dla siebie, to dla tych, którzy będą w nim mieszkać po nim. Jednak żadne myśli nie były w stanie uspokoić paraliżującego strachu.
Jednak był ktoś, kto potrafił.
Uniósł brwi, gdy pierwszym, co napotkał na swojej drodze były piękne, zielone tęczówki, patrzące na niego bez strachu, który z taką łatwością odnajdywał u innych. Alec uniósł brwi, pozwalając sobie na dokładniejsze zmierzenie wzrokiem drobnej sylwetki, do której wojskowe ubranie zdawało się zupełnie nie pasować. Delikatna twarz niewysokiej dziewczyny przystroiła się w lekki, zadziorny uśmiech na widok przybysza. Szczupła sylwetka wstała z pryczy, pewnym krokiem zbliżając się do młodego mężczyzny.
– Ty musisz być Carver – skwitowała, bezceremonialnie wlepiając oceniające spojrzenie w żołnierza. Jej barwa głosu stanowiła silny kontrast w stosunku do młodzieńczej urody. Była szorstka i przetarta. O dziwo, bardzo przyjemna. Niewielka dłoń, której z pewnością nie stworzono do trzymania broni, przewieszonej przez plecy dziewczyny, wyciągnięta została ku szatynowi. – Podporucznik Adelide Snyder. Mów mi po prostu Ade. – Posłała mu uśmiech tak sprzeczny z tym, co otaczało ich zewsząd. Carver mógł jedynie się zawstydzić. Podczas, gdy sam miał serce pod gardłem, to małe, delikatne dziewczę wydawało się mieć więcej jaj niż wszyscy faceci, których do tej pory minął. Duma Aleca nie mogła przejść obok niej obojętnie. Odwzajemnił uśmiech najlepiej jak potrafił, odnajdując gdzieś w zakamarkach strzępki męskości, którą zgubił po drodze między namiotami.
– Alec Carver. – Uścisnął dłoń, dziwiąc się jak wiele pewności i siły w niej drzemie.
Chwilową ciszę zakłócił rozdzierający dźwięk wybuchu.
Krzyki umierających nigdy już nie opuściły głowy Aleca Carvera. Uśmiech Adelide również.


Zaśmiał się szyderczo na jedno z napływających wspomnień. Upił kolejny łyk alkoholu, którego przez ostatnią godzinę zdążył wydoić stanowczo zbyt dużo. Oparł głowę bezwiednie o zagłówek, wlepiając delikatnie zamglone spojrzenie w sufit. Uśmiechał się pod nosem, wdychając cierpiętniczo.
– Ależ to było żałosne. – Żałosne i wieki temu. A jednak pamiętał każdą chwilę, której doświadczył przez lata spędzone na froncie. Każda z nich bowiem odbiła się na mężczyźnie. Sprawiła, że jest tym, kim jest.
Otworzył powoli półprzymknięte dotąd oczy, gdy do jego uszu dotarł dźwięk otwieranych drzwi. Zmarszczył brwi, zastanawiając się, czy tak bardzo stracił poczucie czasu, czy Lynx nie ma co robić wieczorami, tylko siedzieć w domu. Spodziewał się, że gospodarz wyruszył podbijać brudne dzielnice w celu rozrywkowym i wróci najwcześniej nad ranem. Najwyraźniej srogo się pomylił. Niedobrze.
Upił kolejnego dużego łyka nim westchnął ciężko, dostrzegłszy kątem oka, że nie jest już sam w pomieszczeniu. Nie raczył nawet unieść głowy z oparcia. Skrzywił się za to wyraźnie, gdy pozbawiono go trunku. Powoli podniósł głowę, wlepiając swe zimne spojrzenie w chłopaka. Uniósł brew widząc, jak ten przechyla butelkę. Jeden z kącików Alecowych ust uniósł się nieznacznie.
Wiesz, co jest żartem? – Dopiero, gdy się odezwał, poznać można było, że faktycznie jest pijany. Jego głos nie był tak opanowany jak zawsze. Drżał delikatnie i nie miał w sobie tej zaborczości, którą charakteryzował się zazwyczaj. Nachylił się nad chłopakiem ruchem, który wydawał się nie być zbyt kontrolowany. Z grymasem na twarzy wbił w ramię chłopaka swój wskazujący palec. – To, że jeszcze cię nie ukatrupiłem – odparł, unosząc po chwili brwi, jakby dopiero odkrył jakież to dziwne i zaskakujące.
Dlaczego jeszcze cię nie ukatrupiłem? – Ściągnął brwi w zastanowieniu, wbijając zamyślone spojrzenie w odsłoniętą szyję chłopaka. Powoli przesunął swym palcem wzdłuż jego obojczyka, zatrzymując go ostatecznie na szyi, a konkretnie na śladach po własnych palcach, które wciąż delikatnie przebijały się przez jasną skórę.
Szare tęczówki mozolnie podniosły się na twarz hakera. Alecowa głowa przechyliła się na bok, a sam Alec przypominał teraz jednego z tych małych, czworonożnych stworzeń, które próbują zrozumieć, co się do nich mówi.
Przez chwilę wyglądał, jakby chciał coś dodać. Ostatecznie jednak wzruszył ramionami, spokojnie zabrał palec z szyi jasnowłosego i odebrał od niego butelkę, nieco chwiejnym ruchem przystawiając ją do własnych ust. Zbyt zamaszyście odchylił głowę, powodując, że ciecz, która napełniała powoli jego gardło, poczęła strużką spływać również wzdłuż brody. Odstawił puste już naczynie, odruchowo oblizując pełne usta. Wciąż patrzył na Lynxa, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. W połączeniu, gest ten, choć nie miał, wyglądał niezaprzeczalnie dwuznacznie.
Daj mi więcej alkoholu – zarządził kapryśnie, niczym pięciolatek, po czym bezsilnie znów oparł głowę o zagłówek starej kanapy. Nie wiedzieć czemu, zaśmiał się krótko, przystrajając swe usta w ironiczny uśmiech.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Czw Lut 23, 2017 12:10 am




Gdyby Lynx wiedział, że jego gość będzie siedział w miarę grzecznie na kanapie, jedynie żałośnie się upijając w samotności, to z całą pewnością nie wracałby do mieszkania tak prędko. Bo zrobił to w obawie, że wizja grzebiącego w jego prywatnych rzeczach Aleca mogłaby się urzeczywistnić. Oczywiście nie chodziło tu o bieliznę w szufladach, czy jak w tym przypadku butle wypełnione po szyjki bimbrem, a o jego ukochane komputery. Co prawda nie było nawet takiej możliwości, by wojskowy był w stanie obejść zabezpieczenia i je uruchomić, niemniej zawsze mógł coś popsuć, a Lynxa nic nie irytowało tak bardzo jak niszczenie jego zabaweczek. Wszystko złożył sam, mozolnie część po części, tworząc supernowoczesny komputer na możliwości swojego cienkiego portfela. I to taki, który nie ustępował w niczym tym, które można było zamówić od najlepiej rozwiniętych pod względem technologicznym producentów.
Skoro jednak już wszedł, nie miał zamiaru ruszać swego kościstego tyłka na zewnątrz. Wczorajsza akcja wyczerpała go pod względem psychicznym na tyle, by z miłą chęcią przespałby kolejną dobę. Oczywiście to nie było możliwe, gdyż Carver zajął jego obecne "łóżko", a blondyn nie miał zamiaru szarpać się z tą kupą mięśni o miejsce w sypialni. Mądrze wolał ustąpić, co nieco nadszarpywało w jego dumę.
Ponownie przechylił butelkę, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń przed sobą, tym razem pozwalając sobie na wzięcie kilku porządniejszych łyków. A z każdym następnym gryzący trunek stawał się coraz znośniejszy do przełknięcia. Pewnie jeszcze kilka takich wywołałoby u mężczyzny męczące refleksje. Na szczęście przerwał mu w tym dziwnie brzmiący głos Aleca. Niechętnie oderwał bimber od spragnionych ust i oparłszy spód butelki na udzie, zerknął kątem intensywnie chabrowego oka na wojskowego. Ku jego zdziwieniu wyglądał na bardziej wstawionego, niż wydało się to na początku. Spowodowało to u Lynxa lekkie rozbawienie. Szanowny-Pan-Carver przypominał teraz jednego z tych bezmózgich osiłków, których spotykał w klubach.
- Nie wiem. Oświeć mnie. - westchnął zrezygnowany, doskonale wiedząc, że gdy człowiek jest pijany, to musi się wygadać, inaczej staje się jeszcze bardziej nieznośny.
Wtem niespodziewanie Carver począł go irytująco szturchać po szczupłym ramieniu, mamrocząc coś niezrozumiałego pod nosem. I pewnie Lynx byłby w stanie to spokojnie przełknąć, gdyby ten nagle nie postanowił podrażnić jego skóry szorstkim paluchem, pozwalając sobie zdecydowanie na zbyt wiele. W dodatku ręka żołnierza niebezpiecznie zbliżała się ku szyi, której powierzchnia jeszcze pamiętała uwięzienie w silnym uścisku, wywołując u Lynxa poczucie nikłej paniki, spinając jego mięśnie w znacznym stopniu i dziwnie łaskocząc w żołądek.
- Pewnie przez mój powalający urok osobisty. - rzucił po chwili na pozór zuchwale, chcąc w ten sposób pokazać Alecowi, że się go nie boi, co nie do końca było zgodne z prawdą. Istniała jednak szansa, że dzięki temu Carvera przestanie bawić pastwienie się nad jego biedną gardzielą. I chyba zadziałało, gdyż ostatecznie zabrał od niego swoją łapę, pozwalając hakerowi odetchnąć z ulgą. Wyglądało na to, że jeszcze trochę sobie pożyje.
Szyję Lynxa zamienił na butelkę, co dało chłopakowi nieco pewności. Podążył swoim wzrokiem do twarzy szatyna, delikatnie odwracając ku niemu głowę. Wtedy też ich spojrzenia się skrzyżowały, co nie do końca było jego zamiarem. Nie był w stanie jednak odwrócić jasnych tęczówek od osobnika obok, gdyż jego spojrzenie było paraliżujące, tak samo to w jaki sposób oblizał swoje kształtne wargi. Może i Lynx niespecjalnie za nim przepadał, jednak nie ważne jakby się zapierał, Carver był cholernie seksowny. I pomyśleć, że parszywy dupek wszedł w posiadanie takiego ciała. Cóż, w ten sposób istniał chociaż jeden pozytyw tejże beznadziejnej sytuacji Lynxa - otóż miał chociaż na co sobie popatrzeć. Dotykać nie zamierzał, jednak nacieszyć oko zawsze miło.
- Chyba ci się coś pomyliło. - bąknął blond, zaraz wstając z kanapy. Tak na wszelki wypadek. - Ustaliliśmy, że możesz tu mieszkać. A nie, że JA będę robić ci za służącego. - zauważył twardo, zaś w jego głosie dało się wyczuć nutkę urażenia. - Chcesz więcej? To rusz swoją dupę i sobie kup. - dodał, po czym odwrócił się na pięcie, by chwilę później móc zatrzasnąć się w łazience. Powiedział, co miał do powiedzenia. Nie chciał jednak czekać na ruch ze strony Carvera. Z wiadomych powodów...
Dość szybko zrzucił z siebie ciuchy i ustawiwszy temperaturę wody na taką, jaka najbardziej mu odpowiadała, wszedł do kabiny. Masujący strumień wody od razu przyniósł ukojenie jego zestresowanym mięśniom. Poczuł błogą ulgę, chociaż na momencie zapominając o utrapieniu w postaci Carvera, który właśnie rozwalił się na jego kanapie i wypijał jego alkohol. Siedział tam tak długo, aż szklane ścianki kabiny pokryły się w całości parą, tracąc swoją przejrzystość. Wtedy też odruchowo przejechał po jej powierzchni dłonią, wycierając ją na wysokości swoich oczu. W przetartym skrawku dojrzał o srogich rysach męską twarz. Ów mężczyzna mu się przyglądał. Wręcz pożerał nieprzyjemnie spojrzeniem. Jego oczy przypominały wodniste paciorki, które zdawały się kryć w sobie dziwny obłęd. Blondyn instynktownie cofnął się do tyłu, tracąc oddech. W tej samej chwili twarz zniknęła, zaś Lynx uświadomił sobie, że jest w łazience sam. Nikogo tam nie było.
- !@#$ - zaklął siarczyście, ciężko łapiąc powietrze. Najwidoczniej stres wywoływany ostatnimi wydarzeniami miał na niego nieprzyjemny w skutkach wpływ. - Cholera jasna. - wysyczał, otwierając kabinę. Złapał za jeden z ręczników i nie trudząc się wycieraniem, owinął go sobie niedbale wokół wąskich bioder.
Zignorowawszy możliwą obecność Aleca przespacerował się prosto do sypialni. Tam ściągnął ręcznik, by móc go użyć do osuszenia jasnych włosów. Energicznie potarł czuprynę, pozbawiając ją nadmiaru wody. Rzucił ręcznik na podłogę, kucając przy komodzie. Nacisnął na jedną z szuflad, cierpliwie czekając aż ta się otworzyła, obnażając swą zawartość. Wyciągnął stamtąd czarne bokserki, które w mozolnym tempie wylądowały na tyłku.
W samej bieliźnie wrócił do salonu, gdzie na parapecie odnalazł swoją papierośnicę. Wyciągnął z niej szluga, po czym odpalił drżącymi rękoma. Wyglądał na zdenerwowanego. Nieobecnym wzrokiem wpatrywał się w pęknięcia na parapecie, przerzedzając dłonią po włosach , które w niczym nie przypominały tego charakterystycznie postawionego czuba.

Alec znał ludzi zbyt dobrze, by dać się zmylić nieudolnemu udawaniu. Wiedział, że Lynx boi się o swoje bezpieczeństwo w towarzystwie Aleca, a Alecowi z kolei bardzo to odpowiadało. Dopóki czuł respekt, który żołnierz lubił budzić, nie obchodziło go to, jak usilnie próbuje pokazać, że tak nie jest. Był również na tyle przytomny, że bez trudu wyczuł to chwilowe, charakterystyczne napięcie, które pojawiło się, gdy przypadkiem zajrzeli sobie w oczy. Był to zaledwie ułamek sekundy i Alecowi równie dobrze mogło się wydawać. A może jednak był zbyt pijany?
Mężczyzna ściągnął brwi w geście niezadowolenia, gdy tylko usta jego młodszego towarzysza znów się otworzyły, w celu wygłoszenia treści niesprzyjającej alecowym zamiarom. Gdyby tyle nie wypił, złość zapewne posunęłaby go do tego, by podnieść się z kanapy, zdążyć chwycić za te białe, sterczące kłaki i dać gówniarzowi lekcję dotyczącą dobrego wychowania. Tego, jak powinien traktować człowieka, któremu umyślnie, czy nie, rozwalił całe życie. Na szczęście dla Lynxa, wypity Alec nie miał tyle siły, by działać wystarczająco szybko i włożyć w tę lekcję wychowawczą odpowiednio dużo zaangażowania. Poza tym nie był tak wściekły, jak zapewne byłby na trzeźwo. W tym stanie, po słowach i zachowaniu Lynxa, pozostał mu tylko niesmak. Bowiem zniesmaczony to on był doszczętnie. Wiedział bowiem, że w jego stronach ludzie wyprani są z emocji, empatii i typowo ludzkich odruchów. Nie sądził jednak, że sprawa ma się tak samo tutaj, gdzie, jak już zdążył dostrzec, ludzie może i żyją w biedzie, ale jednocześnie są niemalże wolni. Niespętani nowymi zasadami do tego stopnia, co ci, którzy żyją w centrum i jego okolicach. W związku z tym powinni posiadać te cechy, których brakuje ważniakom, prawda? Powinni czuć wyrzuty sumienia, gdy wkopują drugą osobę w porządne gówno, szczególnie, gdy ta z pewnością na to nie zasłużyła. Według Aleca, Lynx winien mieć choć tyle przyzwoitości, by próbować naprawić swój błąd zwykłym, uprzejmym zachowaniem. Czego jednak mógł oczekiwać od brudnego, wychowanego w tym bagnie, bezwartościowego dzieciaka? Najwidoczniej, absolutnie niczego poza tym, do czego sam go zmusi.
Chcąc nie chcąc, westchnął męczeńsko, po czym podniósł się niespiesznie z kanapy, by po raz kolejny tego wieczoru podejść do barku i zorientować się w jego zawartości. Uniósł brwi niemal pod sufit, gdy zdał sobie sprawę, że nic w tymże nie pozostało. A przecież on się jeszcze tak dobrze czuł! Nie miał wcale ochoty trzeźwieć i przypominać sobie w jak strasznej sytuacji jest i jak ciężko będzie się z niej wywinąć. Stan, w którym się obecnie znalazł, podobał mu się na tyle, że był gotów poświęcić ostatnie pieniądze, które zarobił na walce i wybrać się na spacer do sklepu.
I faktycznie, już po kilku minutach był na zewnątrz, nawet niechwiejnym krokiem idąc w stronę najbliższego, otwartego monopolowego. Starał się chodzić opustoszałymi ulicami, gdyż nie ufał szczurom, które się tu plątały. Wszędzie wyświetlane były jego zdjęcia z widniejącą pod nimi piękną sumką, za którą niejeden z tych brudasów na pewno byłby zdolny zabić. Wolał więc nie narażać się na rozpoznanie, nawet jeśli z rozczochranymi włosami, w mało eleganckich ciuchach, sam ledwie rozpoznawał się w lustrze. Udało mu się dotrzeć do sklepu, a nawet poradzić sobie z maszyną do samoobsługi. Zaskoczył go brak jakiejkolwiek dokładniejszej kontroli. Żadnego pobierania odcisków, żadnych skanerów, żadnych detalicznych kamerek, jedynie taka, przed którą z łatwością mógł ukryć twarz. Najwidoczniej zbyt wielu oprychów robiło tu zakupy. Alec powoli zaczynał sobie zdawać sprawę jak odległy margines społeczny tutaj żyje. Cóż, fakt, że nie spotkał tu jeszcze ani jednego patrolu, mówił sam przez się.
Bezpiecznie i bez żadnych strat wrócił do mieszkania. Dłuższy spacer pozwolił mu nieco ochłonąć, lecz wódka, którą spożywał po drodze, ku jego zadowoleniu, nie pozwoliła wytrzeźwieć. Do mieszkania udało mu się wejść w miarę cicho, choć wcale się o to nie starał. Po prostu zostały mu po wojnie pewne nawyki, których nie potrafił się pozbyć. Jednym z nich było bezszelestne poruszanie się, gdziekolwiek przyszło mu się przemieszczać. Dość zgrabnie ściągnął buty, po czym z przystawioną do ust, przechyloną butelką czystej, wszedł do salonu. Zatrzymał się w progu, odstawiając od ust alkohol. Jego wzrok spoczął na Lynxie, który niemalże nieodziany stał pod oknem, trzęsąc się jak osika. No, może nie tak bardzo, lecz wystarczająco, by wprawne, nawet pijane oko Aleca to dostrzegło.
Lynx zdawał się go nie zauważać. Dlatego też Alec bezczelnie przyglądał się jego kształtom, sącząc powoli gryzący napój. Dopiero po kilkudziesięciu, długich sekundach, wszedł głębiej, dając znać o swojej obecności.
Wyglądasz, jakbyś ducha zobaczył – zauważył, podchodząc do okna, przy którym stał Lynx. Bez oporów sięgnął po papierośnicę, która leżała nieopodal chłopaka, a potem również bez pytania poczęstował się papierosem. W chwilę potem dość niespodziewanie nachylił się nad białowłosym i odpalił swego szluga od tego, który trzymał chłopak. Przez kilka sekund ich twarze znajdowały w wyjątkowo małej odległości od siebie. W końcu wyprostował się powoli, zaciągając głęboko dymem. Bez skrępowania patrzył z góry na rozgogolonego Lynxa i jego mokre, oklapnięte włosy, które o dziwo sprawiały, że ten wyglądał bardzo seksownie. Wyglądał tak już wcześniej, ale...
Wypuścił powietrze, odwracając swój palący wzrok od ciała chłopaka. W końcu utkwił go w jego przystojnej twarzy.
Nie będziesz chyba płakać? – parsknął złośliwie, swój czysto szyderczy wzrok utkwiwszy w jasnych oczach Lynxa. Zaciągnął się raz jeszcze, stawiając wódkę na parapecie, o który jednocześnie oparł łokieć. Z uwagą przypatrywał się chłopakowi i mimowolnie zaczął zastanawiać się, do czego mogło dojść w czasie jego nieobecności, że ten znalazł się w tak rozchwianym stanie.



Wpatrywał się tępo w szarawe kłęby dymu, zaciągając się jego duszącą zawartością. Nikotyna, jak to miała w swoim zwyczaju, działała na niego dziwnie uspokajająco. Gdy tylko doszedł do końca papierosa, jego dłonie drżały jedynie w stopniu nieznacznym, podobnie do dolnej wargi, która zaledwie parę chwil temu wibrowała niekontrolowanie. Nie czuł jednak dostatecznej sytości, dlatego też sięgnął po kolejną fajkę i odpaliwszy ją, przysunął ponownie do swoich spragnionych, kształtnych ust. Zaciągnął się, mając cały czas przed oczami tą doskonale sobie znaną twarz o srogim wyrazie i ostrych rysach. Im bardziej starał się wyrzucić ją z pamięci, tym ta stawała się coraz to bardziej wyraźniejsza. Zamierzchłe wspomnienia już dawno nie zaprzątały mu głowy, a Lynx miał fałszywe poczucie, że zdołał się uporać z własną przeszłością. Tymczasem wystarczyło, by nijaki Carver pojawił się w jego życiu, by wszystko wróciło niczym bumerang. Może to przez stres? Chociaż z drugiej strony tego nie brakowało w życiu hakera, który średnio parę razy w tygodniu znajdywał się w sytuacji, która bezpośrednio, bądź pośrednio, zagrażała jego życiu, doprowadzając do istnej palpitacji serca. Wszak Lynx był mistrzem w swym fachu, jeśli chodziło o wpakowywanie się w kłopoty, nawet jeśli o to się nie starał.
Rozmyślenia przerwał mu specyficzny, acz cichy, dźwięk odbijającego się płynu o szklane ściany butelki. Kątem oka przyuważył stojącego w progu Aleca, który jakby nagle wyrósł z pod ziemi. Palący wzrok jasnych tęczówek żołnierza objął w swoim posiadaniu całą sylwetkę Lynxa, który w swojej postawie nie zdradzał, że wie o jego obecności. Dzielnie pozwolił, by ten w ciszy pożerał go spojrzeniem, samemu zaś skupiając się na czynności jaką było palenie. Nie miał pojęcia dlaczego ten gapi się na niego w tak natarczywy sposób, nie zamierzał jednak o to pytać, by przypadkiem nie kusić losu. Odwrócił się w stronę wojskowego dopiero, gdy rozbrzmiał jego przyjemnie zachrypnięty głos, by w następnej chwili móc parsknąć pod nosem na trafność wypowiedzianych przez niego słów. Nijak jednak to skomentował, obserwując jak mężczyzna skraca odległość ich dzielącą, pozostając przy tym w jak najbardziej obojętnej postawie.
Drgnął jednak w momencie, gdy Carver nagle pochylił się nad nim, instynktownie nieco odsuwając swoją twarz do tyłu. Wbrew pozorom blondyn cenił sobie swą przestrzeń osobistą, niemniej z wielu powodów nie mógł poskąpić jej Alecowi. Bez sprzeciwu pozwolił, by mężczyzna odpalił swoją fajkę właśnie w ten sposób, pomimo że elektryczna zapalniczka leżała tuż obok papierośnicy. W dodatku był na tyle wspaniałomyślny, że pomógł Alecowi parę razy mocno zaciągając się swoim papierosem, sprawiając, by jego koniec zaczął żarzyć się mocniejszą czerwienią.
Może to żałosne, ale ów gest Carvera wydał mu się nieco zbyt... intymny. Normalny facet zapytałby raczej "e, stary, masz ognia?", miast pogrywać sobie z nim w ten sposób. To sprawiało, że Lynx czuł się nieco zmieszany, zwłaszcza, że pijany wzrok wojskowego dość jawnie jeździł po jego nagiej sylwetce, pozostawiając po sobie palące uczucie. Czyżby mężczyzna w ten sposób się nim bawił? Bo jak inaczej można to do diabła nazwać?
- Gówno cię to obchodzi, Carver. - burknął do razu w odpowiedzi na szyderstwa mężczyzny, zyskując przy tym dawną pewność siebie. Nie mógł przecież wyjść na jakąś tam rozhisteryzowaną ciotę. Nie pozostało mu więc nic innego, jak tylko doprowadzenie się do ładu. Pomogło mu w tym porządne zaciągnięcie się nikotyną. W mig dopalił szluga do końca, zaraz wyrzucając go przez uchylone okno. Następnie, podobnie do Aleca, nie trudząc się zapytaniem, sięgnął po butelkę stojącą sobie niewinnie na parapecie i nim jej właściciel zdążył w jakikolwiek zareagować, wziął kilka głębszych łyków. Paskudny i palący trunek szybko rozprowadził się po jego ciele, sprawiając, by jego twarz skrzywiła się w grymasie, zaś dotąd białe policzki zapłonęły czerwienią.
- Coś ty kupił? Płyn do czyszczenia silników? - wycedził, czując jak jego kubki smakowe wyją z bólu. Nie mógł uwierzyć, że Carver zaledwie parę minut temu sączył to paskudztwo swobodnie niczym wodę. - !@#$, jakie to niedobre. - powtórzył, wzdrygając się przy tym. Smak alkoholu jednak nie przeszkodził mu w ponownym zamoczeniu w nim swoim ust. Wszak myśli same się nie zagłuszą, procenty z kolei mogły to zrobić.
- Tak się zastanawiam, Carver... - zaczął odkładając butelkę z powrotem na parapecie. - Byłeś szczęśliwy w swoim życiu? - zapytał opierając dłonie obok butelki. - Nie czy było ci wygodnie, tylko czy byłeś szczęśliwy? - podkreślił spoglądając na twarz wojskowego z pod gęstej kurtyny czarnych rzęs. Facet był pijany, więc możliwe, że udzieli on w miarę szczerej odpowiedzi. A Lynx był ciekaw, co usłyszy. Jakby nie patrzeć podobnie jak Alec wychowywał się w dostatku, wygodzie i w nadmiernej dyscyplinie. Z tą różnicą, że on zrezygnował z tego wszystkiego z własnego wyboru. Z kolei Alec, bo musiał.

Nie zastanawiał się nad tym jak odbierane mogą być jego gesty. Te bowiem były dla niego czymś naturalnym. Bliskość mężczyzn nie była mu obca i nie obawiał się bycia "spedalonym". Przyczyną może być to, że owszem, jest pedałem i w swoich spedalonych gestach nie widział nawet nic dwuznacznego, nieodpowiedniego, czy dziwnego. Nie przykuwał więc wagi do tego, że Lynx mógł poczuć się niekomfortowo, czy odebrać zachowanie Aleca, jako dziwne. Zresztą i tak był zbyt pijany, by rozwodzić się nad podobnymi głupotami.
Z przyjemnością zaciągał się papierosem, kątem oka zerkając wciąż na twarz chłopaka stojącego obok. Prychnął ze złośliwym uśmiechem, jednocześnie wypuszczając dym, gdy usłyszał odpowiedź na swoje pytanie. Pokręcił z politowaniem głową, po czym przeniósł swe spojrzenie na butelkę, po którą miał zamiar sięgnąć. Lynx go uprzedził, zaś Alec jedynie niezrozumiale uśmiechnął się pod nosem, wbijając w chłopaka oczekujące spojrzenie. Przy tym wciąż rozkoszował się powoli spalanym fajkiem.
Na jego ustach błąkał się drżący uśmiech, aż w końcu nie wytrzymał i parsknął śmiechem, widząc jak haker reaguje na alkohol. Gdyby był miły, uprzedziłby dzieciaka, że kupił najtańsze sklepowe gówno smakujące jak spiryt i mające niewiele mniej procent niż on. Ale Alec nie był miły, wolał się pośmiać. Westchnął z rozbawieniem, zaciągając się, by uspokoić zbyt pozytywne jak na jego sytuację emocje. Pamiętał jak pierwszy raz to pił. Zareagował podobnie. I podobnie nie przeszkodziło mu to w piciu tego gówna dalej. Jakie miał wyjście? Takie samo jak teraz. Mógł pić obrzydlistwo, które z trudem przechodziło przez gardło, albo wytrzeźwieć. A on nie chciał trzeźwieć. Zresztą, choć dawno nie pił czystej, był do niej poniekąd przyzwyczajony, zaś jej gryzący smak przywoływał wspomnienia.
Między nimi zapanowała cisza i Carver przez chwilę łudził się nawet, że tak pozostanie. Chciał w spokoju dopalić papierosa, opróżnić butelkę i poddać się zapomnieniu, bowiem wiedział, że jakkolwiek wytrzymałej głowy by nie miał, sześciesięcioprocentowy alkohol w czystej postaci, po tym co już wypił, zwali go z nóg. Kto wie, przy odrobinie szczęścia może nawet zabije? To byłaby najzabawniejsza rzecz w jego życiu.
Lynx jednak się odezwał, a szare oczy zwrócone dotąd w kierunku rozgwieżdżonego nieba, powoli podążyły ku chłopakowi, patrząc na niego z ukosa. Ciemne brwi ściągnęły się nieznacznie.
Gówno cię to obchodzi, L y n x. – W jego głosie była złośliwość, lecz zabrakło złości. Wrócił tęczówkami do okna, zamyślając się na chwilę. Czy był kiedyś szczęśliwy? Przymknął oczy, by otwierając je, wypuścić kłębek gryzącego dymu. Znów wbił srogie spojrzenie w gospodarza, któremu zaraz odebrał butelkę, by upić z niej dużego łyka.
Byłem. – Odwrócił się plecami od okna i oparł tyłkiem oraz łokciami o parapet. Tym razem cała jego twarz zwrócona była w kierunku Lynxa, a wyczytać z niej konkretne emocje było bardzo ciężko. – Byłem szczęśliwy, gdy mogłem wrócić z frontu, a tacy gówniarze jak ty nie chcieli z powrotem wysyłać tam ludzi. – Tym razem w jego oczach wyraźnie odbiła się pogarda i niechęć. Sposób w jaki nie znosił rebeliantów był czysty i zrozumiały. Oczywistym było dlaczego tak bardzo nie toleruje Lynxa. Chciał bowiem rebelii, a na dodatek stał się bezpośrednią przyczyną, dla której Alec się tu znalazł. Tu, wśród ludzi, których potępiał.
Byłem szczęśliwy, gdy mogłem po całym dniu położyć się do miękkiego i ciepłego łóżka, we własnym domu, gdzie niczego mi nie brakowało – ciągnął, robiąc przerwę na kolejne łyki. – Czy wiesz, jakie to szczęście, po tym jak przez pieprzone trzy lata walczysz o życie, a wszyscy wokół ciebie umierają jeden po drugim? – Jego brwi ściągnęły się mocniej, a usta zachłannie objęły szybko spalanego papierosa. – Nie wiesz. Gdybyś wiedział, nie starałbyś się o powrót do tego gówna. – Oderwał się od parapetu, gasząc papierosa. W moment sięgnął do kieszeni własnych spodni po następnego. Wyglądał na lekko wyprowadzonego z równowagi i faktycznie taki był. Nie znosił dzieciaków, które myślą, że wojna może przynieść jakieś korzyści. Że mogą coś zdziałać poświęceniem milionów ludzkich żyć. Że jakikolwiek cel jest ich wart. Nie jest. Nigdy nie jest. Wojna pozostawia po sobie jedynie śmierć, rany i zniszczoną psychikę. To nieprawda, że można zapomnieć, czy usprawiedliwić czyny, których dopuściło się w tamtych warunkach. Nie da się ot tak zapomnieć. Alec wyrządził wiele złego, wciąż nękały go koszmary i za nic nie chciał do tego powracać. A do czego dążył Lynx ze swoją bandą półmózgów? Do tego, by inni ludzi walczyli za ich ideały. I gówno osiągnęli. Bzdura.
Zatrzymał się w połowie kroku do sypialni. Obejrzał się przez ramię, patrząc na Lynxa z czymś takim w spojrzeniu, co sprawiało, że zaczynasz się wstydzić samego faktu istnienia.
Nienawidzę ludzi twojego pokroju. Nie będę szczęśliwy, dopóki takie robactwo jak ty i tobie podobni będą pełzać po tej ziemi. – Uniósł wymownie butelkę z trunkiem. – Dobranoc. – Uśmiechnął się krzywo i nie dodając nic więcej, zniknął za drzwiami sypialni.



- Cóż, Carver. Obawiam się, że nigdy nie będziesz szczęśliwy, bo ja się nigdzie nie wybieram. - sarknął, gdy plecy wojskowego znikały za drzwiami jego sypialni. Krzywy uśmiech wkradł się na bladą twarz, będący odpowiedzią na słowa wypowiedziane przez byłego wojskowego. Nie zdołał również powstrzymać kpiącego prychnięcia, jaki wydobył się z pomiędzy wąskich warg. Wielce uciśniony męczennik. Dobre mi sobie! Lynx odrobił swoje zadanie domowe. Wiedział, że Carver nie wychowywał się w przeciętnej rodzinie. Jego ojciec był szanowanym generałem, co oczywiście skutkowało wielkim apartamentem i wszelkimi wygodami na jakie mogli pozwolić sobie ci "bogaci". Później elitarna szkoła wojskowa, gdzie też nie mógł narzekać na swoją sytuację. Ładny pokój w internacie, ciepła woda i pełnowartościowe posiłki. Dopiero w momencie gdy wysłano go na front poznał gorzki smak prawdziwego życia. Zaledwie liznął, to co przez te wszystkie lata przeżywali zwykli, szarzy obywatele. Podczas gdy mały Alec popijał sok pomarańczowy i zajadał się płatkami w kształcie misiów, inni walczyli o przetrwanie. Nie wszyscy podporządkowali się nowej władzy, tak jak jego ojczulek. Byli tacy którzy dostrzegali to co uzurpator starał się osiągnąć. A pragnął władzy absolutnej... Obaliwszy stary rząd, zaczął eliminować tych, którzy mieli odwagę się mu postawić. Ludzie zaczęli znikać. Później na mocy nowych przypisów i ustaw przywrócono karę śmierci. Rozstrzeliwano ludzi na ulicach. Wieszano ich ukazując to w telewizji w celu przestrogi, wmawiając, że byli to nikczemni zdrajcy stanu. Tymczasem byli to zwykli ludzie. Ludzie, którzy chcieli marzyć, kochać i żyć wedle własnego sumienia, a jedyną ich zbrodnią było samodzielne myślenie.
Oczywiście Lynx nie negował tego, że wojna charakteryzowała się szczególną okrutnością. Niemniej czyż to nie władza wysyłała tam swoich żołnierzy? Czyż to nie oni podsycali konflikt z innymi państwami? Poza tym koniec wojny wcale nie sprawił, że ludziom zaczęło żyć się lepiej. Struktura społeczna umocniła swe granice, sprawiając że przepaść między bogatymi a biednymi wzrosła stokrotnie. Skrajne ubóstwo doprowadziło zaś do buntów. Te z kolei zmusiły rząd do bardziej drastycznych posunięć. To wszystko rozwijało się na przestrzeni tych kilku krótkich lat, aż powstało państwo w którym nie dało się swobodnie żyć. Człowiek nie mógł nawet kichnąć bez obawy, że nie będzie to uznane za spisek. Haker nie zamierzał w tym uczestniczyć. Nie zamierzał beznamiętnie egzystować, żyjąc w ciągłym strachu. Nie sądził, by rebelia była czymś złym. Była po prostu konieczna.

[small][ d z i e w i ę ć d n i p ó ź n i e j . . . ][/small]
Jakimś cudem przetrwał, żyjąc pod jednym dachem z ucieleśnieniem swoich koszmarów. Wbrew jednak temu czego się spodziewał, nie było aż tak źle. Pominąwszy wszelkie próby poniżenia jego osoby, brak chęci do współpracy oraz mizerne umiejętności towarzyskie, to Alec Carver był całkiem przyzwoitym współlokatorem. Gdy nie pił, co w zasadzie nie zdarzało mu się za często, to zachowywał się dość cicho, nie bałaganił ani nie sprowadzał podejrzanych typków do mieszkania. W zasadzie to z Lynxem rzadko się widywali. Haker kładł się chwilę przed ranem, by móc obudzić się późnym popołudniem. Następnie wychodził. Załatwiał sprawy na mieście. Wracał w środku nocy i siadał do komputerów. Rozmawiali tylko wtedy, gdy któryś z nich chciał wyłudzić fajkę, bądź Alec postanowił wypytać Lynxa o postępy w sprawie jego "przyjaciółki".
Niestety te nie były zbyt imponujące. Blondyn miał wrażenie, że utkwił w martwym punkcie z którego nie potrafił się wygrzebać. Irytowało go to, a ciągłe pytania Carvera jedynie podsycały ów frustrację. Dlatego też któregoś dnia postanowił się zawziąć. Gdy tylko jego ciężkie powieki ukazały chabrowe tęczówki a on powrócił swoją świadomością do świata rzeczywistego, przysiadł przy swoich zabaweczkach, przesiadując tam całe po południe oraz wieczór. Nie miał zamiaru stamtąd odchodzić dopóty nie znajdzie czegoś nowego na temat Adelide. Wpisując na wyświetlonej klawiaturze szereg komend, otwierał kolejne pliki składających się ze zdjęć, nagrań oraz oficjalnych dokumentów. Przetrzepał również i skrzynkę e-mailową dziewczyny, z rozczarowaniem stwierdzając, że używała jej jedynie w celach zawodowych.
Dochodziła właśnie druga nad ranem. Lynx z kolei postanowił złamać zasadę i odpalił papierosa przy komputerach. Czuł się pokonany. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, by nie dotarł do interesujących go informacji. Tymczasem sprawa Adelide wydawała się być nie do rozwiązania. Zaciągnął się fajką wlepiając błagalny wzrok na hologramowy ekran. I wtedy też rozbrzmiał najsłodszy z możliwych dźwięków. Bingo! Włamał się do wojskowego systemu. Trwało to tak długo, gdyż Lynx nie chcąc ryzykować, zrobił to w dość zawiły sposób. Musiał na sam pierw uzyskać dostęp do innych sieci i poprzez nie dostać się do kolejnych, by dopiero w pośredniczy sposób wejść do wojskowej bazy danych. Nie miał jednak zbyt wiele czasu. Rozciągnąwszy swe smukłe palce zabrał się za żwawe stukanie w klawisze. Dość szybko udało mu się znaleźć kilka folderów pod nazwą "Adelide Snyder". Uśmiechnął się pod nosem. Miał już w zamiarze zerknąć na jej akta osobowe, gdy nagle mignęło mu przed oczyma pewne nagranie. Odtworzył je raz. Drugi. Obejrzał je wiele razy. Potem następny i w dalszym ciągu nie mógł uwierzyć w to co widzi.
- !@#$ - zaklął siarczyście. Następnie dopchał się do raportów, gdzie wyczytał, że Adelide została skazana za dezercję. Poczuł jak nieprzyjemnie ściska go w żołądku. Czuł się oszukany. Najwidoczniej Carver postanowił zabawić się jego kosztem. Bezczelnie zakpił z niego!
W momencie, gdy Lynx starał się przełknąć swój gniew, usłyszał jak drzwi frontowe się otwierają. Świadczyło to o tym, że Carver zakończył swoje "sprawy" i postanowił wrócić... Blondyn chwilę się zawahał. Ostatecznie jednak gwałtownie wstał, ruszając na przeciw wojskowemu.
- Świetnie się, !@#$, bawisz?! - wysyczał jak rozjuszony wąż, impulsywnie przy tym go popychając. - Kiedy zamierzałeś mi to powiedzieć, co? - popchnął go raz jeszcze. - Każesz mi szukać laskę, podczas gdy to ty ją zabiłeś, pieprzony kłamco! Myślałeś, że to tego nie dojdę? Po co to wszystko?! - warczał gniewnie, czując się jak skończony idiota. Tyle zachodu, tyle nerwów, tyle godzin szukania, tylko po to, by się dowiedzieć, że zrobiono cię w balona. - Widziałem nagranie. W aktach też jest twoje nazwisko...

Mógłby długo mówić o tym, dlaczego tak szczerze nie znosi ludzi podzielających poglądy Lynxa. Mógłby długo rozwodzić się nad błędami w ich myśleniu i przekonywać do swoich racji. Ale Alec już dawno się nauczył, że nie istnieje coś takiego, jak racja faktyczna. Każdy miał swoją i żadna nie była w pełni właściwa. Do każdej znalazłyby się kontrargumenty. A on nie zamierzał przemycać swojej do głowy rebelianta, bo wiedział, że tym ludziom nie będzie w stanie nic przetłumaczyć. I wiedział kim jest w ich oczach. Rozumiał, do czego dążą. Rozumiał pobudki. Ale nie rozumiał, jak mogą wierzyć, że to faktycznie coś zmieni. Społeczeństwo zawsze było i będzie podzielone. Zawsze będą ci, którym się poszczęściło i mogą zaznać wygód, jak i ci, których jedynym celem od urodzenia jest walka o kawałek chleba rzucony łaskawie przez któregoś z tak zwanej elity. Co zmieni rebelia, bunt, lata bezowocnej wojny? Jeżeli zdołaliby coś wskórać, to jedynie zamianę miejsc. Co jeśli zdobyliby władzę, a obecną posadzili na swoje miejsce? Pomijając fakt, że jest to praktycznie niemożliwe, przyjmując taki scenariusz, wszystko dalej byłoby tak samo. Kolejne pokolenia by się rodziły, inne dzieciaki wychowywałyby się w ubóstwie i planowały następną rebelię. Równe społeczeństwo to utopia. Wojna niczego nie zmieni. Jedynie pochłonie życia tych, którzy wcale na to nie zasłużyli. Alec wolał pokój nawet, gdy wyglądał tak, jak wyglądał. Wolał sczeznąć w tej biedzie, brudzie, w śród wszystkich tutejszych obdartuchów, niż raz jeszcze wrócić do piekła, które cudem udało mu się opuścić. I choć był osobą głęboko egoistyczną, z silnie zakorzenionym instynktem przetrwania, nie życzył nikomu, by musiał doświadczać tego, co przyszło doświadczyć mu i wielu innym. Nie tylko ze względu na sam fakt walki i wszystkiego, co się z tym wiązało. Przede wszystkim nie życzył nikomu, by musiał żyć dalej, w pokoju, po wszystkim co widział i sam czynił w czasach, które zmuszały do różnych wyborów.
Padł na łóżko, sącząc wódkę coraz bardziej pozbawiając się sił. Opróżniwszy butelkę do końca, przymknął powoli oczy, pozwalając, by kolejne wspomnienia zamajaczyły w jego głowie.

– Nie boisz się? – Zaglądał w zielone oczy, wpatrzone w przestrzeń. Dużymi ramionami starał się przekazać jej choć trochę zbawiennego ciepła.
Parsknęła jakby opowiedział zupełnie śmieszny żart.
– Sram w gacie jak każdy. – Nigdy nie była elokwentną i delikatną dziewczyną. Nigdy nie kłamała i nie próbowała nikogo udawać. Nie szukała odpowiednich słów i miała głęboko w dupie co kto o tym sądzi. Była jedyną kobietą, którą nie tylko tolerował, ale i obdarzył uczuciem. A może jedynym człowiekiem. Wzruszyła ramionami. – To się kiedyś skończy. – Milczeli przez dłuższy czas.
– Słyszałem, że mają cię odesłać na zaopatrzenie. – Zielone tęczówki spotkały się z szarymi, a różowe usta przybrały cyniczny wyraz.
– Też słyszałam. Wiesz co jeszcze słyszałam? Że co noc zakradasz się do namiotu sanitariuszek.
Obydwoje parsknęli jednocześnie. Alec westchnął, układając głowę na pryczy.


Ale to jedno nie było wyssaną z palca, w oczywisty sposób kłamliwą plotką. Adelide miała zostać przeniesiona, o czym dowiedzieli się niedługo potem. Alec zasnął odpędzając od siebie wspomnienia dni, w których pozwolili sobie chwilę naiwności i wiarę w to, że podobna rzecz może dojść do skutku.

[small] [ d z i e w i ę ć d n i p ó ź n i e j . . . ][/small]
Wbrew temu co mogło wydawać się na początku, Alec zachowywał się zadziwiająco dobrze, jak na kogoś żyjącego pod jednym dachem z człowiekiem, któremu, delikatnie mówiąc, ma dużo za złe. Nie był jednak dzieckiem, nie zamierzał więc bawić się w wymyślanie kreatywnych sposobów na uprzykrzenie gówniarzowi życia. Miał już przecież ważniejsze sprawy, o których należałoby myśleć. I niestety na myśleniu musiał poprzestać, bowiem na obecną chwilę, nieważne jakby się wysilał, nie był w stanie zrobić absolutnie nic, by poprawić swoją sytuację. Mógł tylko kryć się jak najlepiej umiał i liczyć na to, że Adelide przeżyła i będzie skłonna mu pomóc. Nie w powrocie do poprzedniego życia, ale chociażby w wyrwaniu się z tego mieszkania. Unikał Lynxa. Bowiem to, że nie zamierzał zachowywać się jak żądny zemsty dzieciak, nie przekreślało tego, że ilekroć widział jego gębę, miał ochotę zacisnąć palce na smukłej szyi, z której zdążyły już zejść poprzednie ślady. Dlatego szybko zorientował się jak ustawić swój plan dnia, by widzieć tę mordę jak najrzadziej i tego właśnie się trzymał. W życie tegoż obskurnego miasta wdrożył się szybko i nie miał żadnych problemów z zadbaniem o własny tyłek. Korzystał z tego, czego nauczono go w elitarnej wojskowej szkole i z tego, czego sam uczył od lat, a czego nie potrafili tutejsi narwani gówniarze liczący na szybki zarobek. Starał się jednak nie rzucać w oczy i uczestniczyć w walkach na tyle rzadko, by nikt się nim zbyt mocno nie zainteresował. Oddanie jego głowy w ręce rządu było w końcu jeszcze łatwiejszym zarobkiem i nie wątpił, że któryś z tych „postrachów ulicznych” szybko wykorzystałby okazję. Dlatego, choć miał na swoje potrzeby, na normalne jedzenie, na alkohol i na ubrania, nie można było powiedzieć, by zdobył majątek, nawet jak na tutejsze warunki. Gdy nie walczył, spędzał czas na poznawaniu miasta, sprawdzając wszelkie uliczki, przydatne przejścia, orientując się, gdzie nic mu nie grozi, a gdzie lepiej się nie pojawiać. Zwracał uwagę na częstotliwość pojawiania się straży i ilości w jakie są pogrupowani. Z początku roiło się od nich wszędzie, teraz jednak napięcie zdawało się zelżeć. Wiedział, że to tylko cisza przed burzą, nigdy nie tracił czujności.
Brak postępów Lynxa w sprawie jego dawnej przyjaciółki sprawiał, że jeszcze bardziej miał ochotę go skrzywdzić. Frustracja z dnia na dzień wzrastała coraz mocniej, szczególnie w chwilach, gdy i jego poszlaki okazywały się ślepą uliczką. Bowiem nie mógł siedzieć bezczynnie. Pytał o dziewczynę, chwytał się wszelkich wskazówek i możliwości, licząc na to, że jeśli sam jej nie znajdzie, to ona dotrze do niego, słysząc, iż ktoś się nią interesuje. Jednak po dziewięciu dniach nie zbliżył się nawet o mały kroczek do odnalezienia dziewczyny. Powoli tracił nadzieję na to, że tu jest i że w ogóle zdołała przetrwać. Szanse przecież były niewielkie.
I dzisiejszego dnia robił co mógł, lecz efekty wciąż były jednakowe, czyli po prostu żadne. Jego zirytowanie obecną sytuacją powoli sięgało zenitu, dlatego też nie był w stanie odpuścić sobie małego relaksu. Sposób, w jaki teraz zarabiał był bowiem jego formą. Mógł się wyżyć na tych, którzy sami się o to prosili, dzięki czemu istniała większa szansa, że nie udusi Lynxa po usłyszeniu o braku jakichkolwiek postępów również dzisiaj. I jak on w ogóle śmiał nazywać się hakerem?
Wszedł do domu spodziewając się, że blondyn albo będzie już spać, albo w ciszy pracować przy swoim sprzęcie, dzięki czemu Alec jak zawsze podąży do łazienki, a potem do kuchni i łóżka bez zbędnych ekscesów. Jakież było jego zdziwienie, gdy w połowie zdejmowania kurtki, dopadło go to małe, szczekające, proszące się o śmierć chuchro. Był nawet zbyt zaskoczony, by jakkolwiek zareagować na to pełne złości popchnięcie, które sprawiło, że zaprzestał wykonywania swej czynności. Gdy jednak drugi raz poczuł jego brudne łapy na swoim torsie, instynktownie, z rozdrażnieniem pochwycił chude nadgarstki, zaciskając swe palce tak mocno, jakby chciał je połamać. Marszcząc brwi próbował zrozumieć o co chodzi temu kretynowi. Słuchając, powoli poluźniał uścisk, jego napięta twarz zaś nienaturalnie łagodniała. Z chwili na chwilę, zamiast ściągać brwi, unosił delikatnie ich wewnętrzną część. Przez kilka chwil patrzył na Lynxa w sposób zupełnie wypaczony z jakichkolwiek emocji, jakby na ten czas przestał być myślącym stworzeniem. Wszystkim, co odbijało się w szarych tęczówkach była dziwna pustka, powoli wypełniająca się czymś głęboko niepokojącym. Atmosfera w jednej chwili poczęła pochłaniać powietrze.
Nagranie, widział nagranie. Ta jedna myśl obijała się po jego głowie. Nikt nie powinien ujrzeć tego nagrania.
Choć jego palce poluźniły uścisk chwilę wcześniej, teraz zacisnęły się dwa razy mocniej. Emocje odbijające się w chłodnym spojrzeniu ciężko było nazwać, lecz z pewnością wzbudzały głęboki niepokój.
Nie powinieneś był go widzieć – wyszeptał sucho, bez jakichkolwiek żywszych emocji, patrząc na chłopaka tak, jakby głęboko się nad czymś zastanawiał. Głęboko zakorzeniony w nim instynkt mówił, że ludzi, którzy wiedzą zbyt dużo, należy zabić. A walka z instynktami była ciężką walką.
Nie powinien był. Nikt nie powinien tego widzieć. Nikt nie wie. On też nie może. Co jeśli jej powie? Co jeśli powie komukolwiek? Nie mógł ryzykować. Ale jest o krok dalej. Może ją odnaleźć. Nikt inny mu w tym nie pomoże. Jest jego jedyną szansą. Zabije go, gdy tylko odnajdzie Ade.
Puścił jego ręce, przymykając oczy i spokojnie kontynuował zdejmowanie kurtki, pozwalając by specyficzna, pełna napięcia atmosfera odeszła w niepamięć.
Nie zabiłem Adelide, to wszystko, co musisz wiedzieć. Szukaj dalej – odrzekł rzeczowym tonem, patrząc na chłopaka spod gęstej kurtyny rzęs. Wyciągnął fajki, mijając go ze spokojem.
Jakim kretynem musisz być, żeby w ogóle pomyśleć, że żartuję w ten sposób? – Odwrócił się w przejściu do salonu, rzucając chłopakowi pełne pogardy spojrzenie uwydatnione szyderczym uśmiechem. – Czy ja ci kurwa wyglądam na żartownisia? – Prychnął krótko, idąc w głąb pokoju, by następnie popalając papierosa znaleźć się w kuchni. I naprawdę wierzył, że dzieciak nie będzie drążył tematu nagrania. Naprawdę wierzył. Naprawdę.



Czuł się oszukany. Oszukany i poniżony. Najbardziej zaś ucierpiała na tym jego duma. Carver paskudnie zakpił sobie z niego, traktując go jak nic nie wartego gówniarza, któremu można wcisnąć pierwszy lepszy kit. Czy naprawdę myślał, że Lynx jest na tyle głupi, by nie dotrzeć do prawdy? Żałosne… Nie docenił go, sądząc iż nie zdoła włamać się do wojskowej bazy danych, co naturalnie było jedynie kwestią czasu. Tym razem dłuższą, ale jednak. Wyglądało na to, że ich układ miał tylko na celu zająć czymś hakera, tym samym pozwalając Alecowi na korzystanie z jego „gościnności” bez żadnych sprzeciwów. Że też pozwolił na coś podobnego… Powinien się domyślić! I właśnie tu go najbardziej bolało. Dał sobą manipulować.
Nic dziwnego więc, że był wściekły, co okazał po swojej bojowej postawie, oraz błyszczących ze złości oczach. Domagał się natychmiastowych wyjaśnień, będąc gotów chociażby siłą wyrzucić ze swojego domu Aleca, co w rzeczywistości raczej możliwe nie było. Zesztywniał jednak, gdy tylko wielkie dłonie zacisnęły się boleśnie na jego bladych nadgarstkach. Niemniej nie czuł strachu. Zwyczajnie instynkt samozachowawczy nakazał mu zwiększyć swą czujność, co zrobił, wlepiając chabrowe tęczówki w rosłego mężczyznę, czekając cierpliwie na jakąkolwiek reakcję z jego strony. Może i był impulsywny, nie był jednak idiotą. Doskonale zdawał sobie sprawę z dysproporcji ich sił. Gdyby doszło do rękoczynów - nie miałby szans, będą tak blisko Carvera. Z kolei ten był zaskakująco spokojny. Jego nienaturalny stoicyzm przyprawił Lynxa o nieprzyjemny dreszcz. Puste spojrzenie jasnych oczu mroziło krew w żyłach, zaś pozbawiony jakichkolwiek emocji ton wywoływał uzasadniony niepokój. Haker nie mógł pozbyć się wrażenia, że zaledwie cienka granica dzieliła go od potencjalnego zagrożenia.
Na szczęście chwilę później atmosfera zdawała się zelżeć, wraz z puszczeniem jego rąk wolno. Dopiero teraz zdał sobie sprawę jak ciężko oddychał, a jego serce waliło jak oszalałe. Głośno przełknął zalegającą w ustach ślinę, która z trudem spłynęła po zaciśniętym gardle, kierując intensywnie niebieskie oczy na wojskowe plecy.
- Wyglądasz mi na p@#$%! kłamcę! - syknął bez zastanowienia. – Sam sobie ją szukaj. Pieprzę ciebie i tą całą twoją „Adelide”! Słyszysz?! Koniec z naszym p!@#$ układem . - dodał, zaciskając mocno szczękę, przez co mięśnie żuchwy będące ukryte pod zaczerwienionymi ze złości policzkami, zaczęły samoistnie drgać.
Postanowił. Póki Carver nie powie mu prawdy, on nie zamierzał kontynuować swoich bezsensownych poszukiwań. Skoro rzeczywiście Adelide żyła, to należały mu się wyjaśnienia, odnoszące się do nagrania jakie obejrzał. Gdyby to było pomyłką, to Alec nie zareagowałby w ten sposób. Jasne więc, że coś było na rzeczy. Pytanie tylko, kim była zamordowana kobieta i dlaczego wzięto ją za Adelide?
Nie czekał na kontratak ze strony mężczyzny. W błyskawicznym tempie wsunął buty oraz zarzucił na grzbiet czarną ramoneskę, zaraz wychodząc na klatkę schodową, nawet nie obejrzawszy się za siebie. Potrzebował nabrać dystansu do tego wszystkiego, doskonale wiedząc, że jeszcze chwila i mógłby przegiąć. Może i Carver okazał się być nieszkodliwy przez te kilka dni, nie znaczyło to jednak, że Lynx mógł czuć się w jego towarzystwie zupełnie bezpiecznie. Wszak nie znał go i nie wiedział do czego jest zdolny. Być może wystarczyło jedno słowo więcej, by stracił nad sobą panowanie.

Ruszył żwawo przed siebie, nie zwracając uwagi na to dokąd idzie. Jedynie czego chciał to rozładować swą frustrację, żałując, że ani chłodny wiatr, ani kolejny papieros, nie były w stanie tego osiągnąć. Zanurzał się coraz to bardziej w ciemną ulicę, jedynie od czasu do czasu pozwalając by uliczna lampa rozświetliła jego twarz na blado żółty odcień. Nogi same go prowadziły. Nim się obejrzał siedział już przy barze jednego z zatęchłych klubów, próbując zagłuszyć myśli w szklance gryzącego w gardziel alkoholu. Nagle obecność Carvera w jego domu zaczęła być dla niego nie do zniesienia. I o ile początkowo uznał to za świetną zabawę, wszak poszukiwania dezerterki było niezłym wyzwaniem, to teraz miał powyżej uszu Aleca i jego kłamstw. Sam nie wiedział co o tym wszystkim myśleć. Czy rzeczywiście Adelide jeszcze żyła, czy może on dał się zrobić zwyczajnie w świecie w balona? Może to naiwne, jednak miał głęboką nadzieję, że mimo wszystko nie stał się obiektem kpin, a jego starania nie poszły zupełnie na marne.
Zabawne. Z każdym przechyleniem kieliszka, miast doznać ukojenia, zauważył, iż jego niechęć do Carvera pogłębiała się coraz to bardziej. Nie pomogły tu również i inne środki, którymi starał się odurzyć swój zbolały umysł. Poruszając się w rytm bębniącej muzyki, chłonął otaczającego go zapachy, podziwiając przy tym kołyszące się blisko niego ciała. Po czasie wprowadził się w dziwny stan, sprawiając wrażenie nieobecnego myślami. Nie trwało to jednak zbyt długo. Dość śmiały dotyk nieznajomych rąk błądzących po jego torsie, sprowadził jego świadomość z powrotem na ziemię.
Zamruczał przymilnie, gdy spod kurtyny gęstych rzęs jego chabrowe tęczówki dostrzegłszy, jak na to miejsce, śliczną buźkę. Uśmiechnął się rozkosznie, przyciągając bliżej siebie to chętne na pieszczoty ciało. Nie znał tego młodego chłopaka i szczerze miał w poważaniu to jak miał na imię oraz im był. Ważne było to, że pod względem fizycznym spełniał jego standardy.
- Do mnie? - tchnął między pocałunkami, jakimi naparł na jego drżące wargi, zaś kąciki jego ust uniosły się znacznie ku górze. Czy zapomniał o Alecu Carverze? Oczywiście, że nie. Zwyczajnie chciał zrobić mu na złość. Skoro tak polubił mieszkanie u niego, to niech dowie się z kim dzieli dach. Może chociaż to go zniechęci... Wszak tak idealny obywatel raczej nie będzie szczęśliwy będąc świadom, że ścianę obok znajduję się homoseksualista. Przecież to zło!

Droga powrotna była pełna kolorów, wirującej przestrzeni i smaku taniego alkoholu, jakim zdążyli się zaopatrzyć. Lynxowi daleko było do trzeźwości i wyglądało na to, że jego towarzysz był w dość podobnym stanie. Wrócił do mieszkania gdzieś po piątej rano. Oczywiście nie sam. Wchodząc do środka w żaden sposób nie starał się zachować ciszy, pozwalając by jego chichot odbił się od starych ścian. Pobudka Carver, !@$%! Gospodarz wrócił~
- A twój współlokator? – zauważył jego towarzysz, zerkając na niego pytająco. Lynx ponownie się zaśmiał. Tym razem znacznie głośniej.
- Pieprzyć go! - ponownie sięgnął tych wąskich warg, rozkoszując się ich gorzkim posmakiem oraz miękką teksturą. Nie przerywając pocałunku naparł na swego gościa, zaraz kierując go do salonu, pełniącego aktualnie funkcję i jego sypialni. Z rozochoconym pomrukiem pchnął go na kanapę, by w następnej chwili móc zawisnąć tuż nad nim, w zupełności ignorując przewrócony po drodze kubek oraz porozrzucane kurtki.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Pią Lut 24, 2017 10:58 pm

Jego nadzieje o dziwo się spełniły, problemem było jednak to, że rezultat wciąż nie był zadowalający. Lynx zachowywał się jak pierdolony, narwany gówniarz, którego nikt nie raczył obdarzyć choćby krztą rozumu, a Alec miał zerową cierpliwość do tak ograniczonych ludzi. Dlatego, gdy wzburzone słowa chłopaka docierały do jego uszu, jego ręka niecierpliwie zadrżała tuż przy biodrze, gdzie chował jedyną swoją spuściznę po życiu sprzed dziewięciu dni. Gdy zaś doszedł do niego w pełni sens tychże słów, jego dłoń automatycznie i zbyt gwałtownie wyrwała spod materiału idealnie zaostrzony nóż, z którym to Alec wyłonił się z powrotem do przedpokoju.
Pieprzyć cierpliwość, nie chce szukać Adelide? Co więc kurwa mogło dłużej zapobiegać jego śmierci? Ładne oczy nie wystarczyły.
Z wściekłością wypisaną w tęczówkach, znalazł się na przedpokoju w chwili, w której drzwi wejściowe zamykały się za gospodarzem. Warknąwszy wściekle, cisnął ciężkim nożem w tę właśnie stronę, powodując, że ostrze z impetem wbiło się w drzwi.
– Kurwa! – Zaciśnięta pięść gwałtownie uderzyła o ścianę, podczas gdy szybki, nierównomierny oddech odbijał się echem po pomieszczeniu. Stojąc tak, z dłonią bezwiednie przyciśniętą do zimnej powierzchni, przymknął oczy, biorąc głęboki wdech. Wyglądało na to, że poczęły opuszczać go resztki cierpliwości. Przestawał panować nad nerwami.
Przeczesał palcami włosy, wypuszczając gwałtownie powietrze, niczym męczennik, utknąwszy w impasie. Bo i tu właśnie się znajdował. Ostatnim razem czuł się tak boleśnie bezradny, gdy na oczach wszystkich, trzymając palec nad spustem, zaglądał w zielone, wypełnione przerażeniem oczy, słuchając rzężenia, które jako jedyne wydobywało się z niewielkich, dziewczęcych ust. Co innego mogła bowiem robić, bez języka, którego pozbawił ją dzień wcześniej? Nie mógł ryzykować. I teraz też nie powinien. Ale tym razem nie był na wojnie. I nikt go nie zmuszał do zabijania. Jak mógł choć przez chwilę myśleć o zabiciu tego chłopaka? Przecież nie był mordercą.
– Kurwa... – powtórzył bezsilnie, zaciskając palce na własnych włosach, jakby to miało mu w jakikolwiek sposób pomóc. Musiał się uspokoić. Musiał przestać... Przestać myśleć tak jakby znów tam był. Wojna się skończyła, a on nie miał przed sobą żadnej misji, Lynxa zaś nikt nie kazał mu mordować. Gdyby to zrobił, niezaprzeczalnie, jako jedyny miałby jego krew na rękach. Jedne zielone oczy prześladowały go już po nocach, nie potrzebował kolejnych, w kolorze zachwycającego chabru.
Uspokajając oddech, przejechawszy dłonią po twarzy, podszedł do drzwi, by wyrwać z nich nóż, który ponownie schował za pasem, mając nadzieję, że nie będzie dane mu go użyć, przynajmniej w tym domu.

Tym razem nie zawracając sobie głowy gotowaniem, użył robota kuchennego, pozwalając mu zrobić wszystko za siebie. Zorientował się już, że każdy sprzęt w domu hakera jest „bezpieczny” i nie musi się obawiać używania go. Poza tym mieszkaniem jednak unikał wszystkiego, co ma związek z nowoczesną technologią, a co za tym idzie, nie tykał się prawie niczego, poza tymi sprzętami, w których już się rozeznał. Tydzień w zupełności wystarczył mu, by zorientować się gdzie może chodzić, a gdzie lepiej się nie zapuszczać. Które sklepy są mu przyjazne, a które mniej. Które miejsca są intensywnie monitorowane, które słabiej, a które w ogóle. Był wyśmienity w przenikaniu lokacji, których nie znał, nie stanowiło więc to dla niego żadnego problemu. Zawsze był również wyjątkowo zdolny w kwestii szukania osób i informacji, których potrzebował, a teraz, o ironio, nie mógł znaleźć jednej laski, na której wyjątkowo mu zależało. Zaczynał myśleć, że ta po prostu nie chce zostać odnaleziona. Jeżeli żyje, a Alec nie sądził, by dała się tak łatwo wykończyć te kilka lat temu, musiała już się zorientować, że ktoś jej szuka. To przecież jedyne miejsce, gdzie mogłaby być. Miejsce, gdzie nikt jej nie rozpozna, gdzie może być anonimowa. Miejsce, dla tych, o których świat zapomniał, lub chce wyplenić. Musiała tu być, to z kolei musiało znaczyć, że zwyczajnie się ukrywała. Dlatego nie mógł jej znaleźć. Adelide zawsze była przekorną osobą. Musiała się dowiedzieć, że ktoś jej szuka, lecz tego kto – już nie. Czemu więc miałaby byle komu pozwalać na satysfakcję związaną z jej odnalezieniem?
Zrozumiał, że sam jej nie dorwie, jeśli ona tego nie chce. Lynx faktycznie był jego jedyną nadzieją i nawet, jeśli nie było to wygodne, Alec musiał się z tym pogodzić. Dlatego darował sobie poszukiwania i tym razem opuścił mieszkanie jedynie w celach rekreacyjnych. Żałował niezmiernie, że tak ciężko znaleźć tu miejsce pełne zieleni i kojącej swą estetyką natury. Takie luksusy przeznaczone były jedynie dla bogatych. Rezerwaty, ostatnie skrawki zieleni, strzeżone parki i czysta woda nie były czymś, co można znaleźć w dzielnicy opanowanej przez biedaków. Jako, że jednak nie był wybitnym koneserem piękna, bez większego żalu skierował się do jednego z bardziej obskurnych barów, gdzie mógł zaszyć się w samotności i w spokoju pić piwo przypominające smakiem szczyny. Musiał pozbierać myśli, a w swojej obecnej sytuacji, nie widział lepszego sposobu. Alkohol skutecznie koił jego nerwy i pomagał choć na chwilę zapomnieć o wszystkim, czego pamiętać nie chciał. Nie zamierzał jednak się upodlać, dlatego do mieszkania wrócił dość wcześnie. Ku swemu zadowoleniu, nie odnalazł w nim Lynxa. Kilka piw skutecznie go przymuliło, z chęcią więc przyłożył głowę do poduszki i po raz pierwszy zasnął tak, jak powinien zasypiać człowiek. Szybko, spokojnie i bez rzucania się po łóżku. Niewiele miał okazji do tak przyjemnego spędzania nocy, dlatego, gdy tylko usłyszał zbyt zamaszyście otwarte drzwi i hałas na korytarzu, jeszcze nim zdążył otworzyć oczy, poczuł jak napełnia go fala głębokiego zirytowania. Alec miał lekki sen, więc prawdopodobnie sam powrót gospodarza do domu nawet w ciszy by go przebudził, lecz to był skłonny mu wybaczyć. Z celowym robieniem hałasu było ciężej. Miał zamiar zachować się jak dorosły, w pełni zrównoważony i cierpliwy człowiek – przeczekać, a potem znów zapaść w głęboki sen. Nie było mu to jednak dane.
Warknął pod nosem, gwałtownie otwierając oczy, bowiem do jego uszu doszło każde pojedyncze słowo wypowiedziane nie tylko przez drącego ryja, ewidentnie najebanego blondaska, ale i przez cichszy głos, którego nie rozpoznawał.
– Ja cię kurwa pieprznę, mały kutasiarzu – warknął pod nosem, nie popisując się przy tym szczególną elokwencją. Gwałtownie wstał z łóżka i jedynie niedbale naciągając na tyłek spodnie, których nawet nie zapiął, wyłonił się z pokoju, mrużąc oczy, które ciężko zniosły zetknięcie z ostrym światłem, zapalonym przez Aleca.
Widocznie zaspane, szare tęczówki, podkreślone przez lekkie cienie pod powiekami, wbiły się w dwójkę mężczyzn rozbijających się po salonie. A właściwie to po kanapie. Gdy uderzył w niego widok facetów zacięcie wymieniających między sobą płyny ustrojowe, delikatnie uniósł brwi. W następnej jednak chwili, te spokojnie opadły, zaś Alec skrzyżował luźno ramiona i oparł się barkiem o framugę, przyglądając się wspomnianej dwójce w ciszy. Robił to, dopóki Lynx nie raczył unieść na niego swego wyraźnie przyćmionego alkoholem wzroku. Zapewne, gdyby nie został tak brutalnie wyrwany ze snu, który bardzo sobie cenił, na jego ustach błąkałby się teraz kpiący uśmieszek. W tej sytuacji jednak, wszystkim na co było go stać, była niepohamowana chęć mordu odbijająca się w podkrążonych oczach.
Nic nie mówiąc, oderwał się od framugi, zwyczajowym, boleśnie spokojnym krokiem zbliżając się do kanapy. Lynx będąc w obecnym stanie nie był w stanie zorientować się, a już tym bardziej zapobiec czynom Aleca, który niedelikatnie wbił palce w odsłonięty kark, w ten sposób odciągając chłopaka od niedoszłego kochanka. Zrzucił go z kanapy, nie puszczając karku, na którym to w strategicznych miejscach zaciskał swe palce, nie pozwalając by przeszywający ból choć na chwilę opuścił białowłosego. Nie patrzył jednak na niego, a na tego, kogo przyprowadził. Wyglądał na trzeźwiejszego niż Lynx, a zmieszanie w jego spojrzeniu świadczyło o tym, że i rozsądniejszego. Cóż, z boku mogło wyglądać to jak akt zazdrości, czym oczywiście w rzeczywistości nie było.
– Wypad – mruknął bez większej agresji, krótkim gestem głowy wskazując na drzwi wyjściowe. Pomimo krótkiego wahania chłopaka, nie musiał długo czekać na realizację tej „prośby”. Gdy tylko usłyszał jak drzwi za nieoczekiwanym gościem się zamykają, kark Lynxa w brutalny sposób został uwolniony. Alec zrobił to z takim impetem, że szczupłe ciało bezwiednie poleciało na podłogę. Nie minęła sekunda, jak półnagi żołnierz dołączył do niego, zawisając nad chłopakiem, z kolanem między zgrabnymi nogami i ręką na nadgarstkach, które sprawnie złączył i umieścił nad białą czupryną. Palce wolnej dłoni pochwyciły drobny podbródek, zaś jasne oczy zajrzały bezczelnie w te ciemniejsze.
– Brakuje ci wrażeń, gówniarzu? – syknął, wpatrując się w Lynxa swym boleśnie przeszywającym i mało przyjemnym wzrokiem. Z chwili na chwilę jednak łagodniał, a zjeżdżając z twarzy Lynxa, niżej, by za chwilę ślizgać się bezczelnie po jego lekko odsłoniętym torsie, nabrał dziwnego wyrazu. – Ustawienie cię może być łatwiejsze niż przypuszczałem – wymruczał zamyślonym głosem, mówiąc bardziej do siebie niż do chłopaka.
Do tej pory, choć całkiem często zawieszał wzrok na zgrabnym tyłku Lynxa, nie zastanawiał się czy ten woli chłopców, czy dziewczynki. Nie miał czasu myśleć w tych kategoriach i właściwie nie wiedzieć czemu, nawet nie podejrzewał, że może „grać w tej samej drużynie”. Choć teraz wydawało się to całkiem oczywiste. Nie wyglądał na gościa lubiącego cipki, jakkolwiek by to nie brzmiało. Gej-sensor Aleca był dość dobry, musiał w końcu na nim bardzo polegać do tej pory, bo tam gdzie się wychował i żył, takie zboczenia nie były dopuszczalne. Nie mógł więc ryzykować, że odkryje się przed nieodpowiednią osobą. Widocznie jednak stres i nawał myśli przyćmiły ów sensor ostatnimi czasy. Jednak fakt, że blondi lubił w dupę, było całkiem sprzyjające dla Aleca.
By lepiej zobrazować chłopakowi sens swych słów, uśmiechnął się bezczelnie, a już w następnej chwili zamknął jego usta swymi własnymi, stanowczo wsuwając zwinny język między miękkie wargi.
Zabawił się jego kosztem, oczywiście. Wiedział przecież, że haker nie podejrzewał Aleca o pedalstwo. No bo jak? Żołnierz, wychowany w stolicy, spętany przez ścisłe zasady miałby oglądać się za męskimi pośladkami? Toż to niemożliwe.
Dlatego, gdy tylko oderwał się od ust chłopaka, wiedząc, jakie myśli mogą chodzić po jego głowie, prychnął, zapominając zupełnie, że był na niego wściekły. Sytuacja zaczęła go bawić.
– Musisz znaleźć inny sposób, jeśli chcesz mnie stąd wypłoszyć – wyszeptał wprost do lynxowego ucha, uśmiechając się z politowaniem, gdy już odsunął się na tyle, by chłopak mógł to zobaczyć. Nie wyglądało na to, by miał zamiar puścić szczupłe nadgarstki. Ustawił się również na tyle strategicznie, by chłopak nie mógł trafić swym kolanem tam, gdzie zdecydowanie nie powinien. Alec był zapobiegliwy. I ciekawy, co też ze swoją wiedzą i położeniem zrobi Lynx.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sob Lut 25, 2017 11:22 pm




Naparł na wąskie wargi o wiele brutalniej niż miał w zamiarze. Dokładnie tak, jakby podświadomie chciał w ten sposób rozładować nagromadzoną w nim frustrację związaną z Carverem, zaś sam w sobie chłoptaś leżący pod nim był swego rodzaju formą na słodkie zapomnienie. Nie pytał go o imię, o wiek, o to kim był. Nie dbał o to. Wystarczyła mu jedynie dość ładna buzia oraz gotowe do przyjęcia go jędrne ciałko. Niczego więcej nie potrzebował. No może poza wściekłą parą stalowych tęczówek, która właśnie łypała na niego gniewnie od wejścia do sypialni. Lynx uśmiechnął się cynicznie czując nieuzasadnioną satysfakcję. Nie odrywając swych oczu od "współlokatora" kontynuował penetrację jamy ustnej swej klubowej zdobyczy, mrucząc cicho mu w wargi, by olał popaprańca, który bezczelnie zapalił im światło. Swą postawą jawnie szydził wojskowemu prosto w twarz, w nadziei, że ten widok go zniesmaczy do granic możliwości. Chciał wzbudzić w nim obrzydzenie na tyle spore, by Alec postanowił opuścić jego mieszkanie raz na zawsze. Jakby nie patrzeć podobni do niego nie byli przyzwyczajeni do widoku pieprzących się dwójki mężczyzn. Wszak było to niewłaściwe. Złe. Uważane za coś, co należy tępić. Z kolei sam problem homoseksualizmu był tematem tabu.
Ogólnie w świecie Aleca Carvera seks był jedynie kolejną formą obowiązku obywatelskiego. Każdy ukończywszy odpowiedni wiek był zmuszony do wzięcia ślubu z osobą z jego struktury społecznej, w celu zapewnienia państwu kolejnej jednostki, którą winni byli wychować na bezmyślną kukiełkę pozbawioną ludzkich odczuć. Stąd też tak duży popyt na dziwki obu płci wśród bogaczy. Tylko w ten sposób mogli wyładować swoje nagromadzone żądze, gdyż sztywno określone terminy w które można pieprzyć się z małżonkiem nie sprzyjało romantyzmowi. Zwłaszcza, że nie było tu mowy o żadnej grze wstępnej czy pieszczotach. Sam szybki stosunek. W celu rozrodczym. Nic więcej.
Dlatego też Lynx był święcie przekonany co do uzyskania interesującego go efektu. Carver jako "pan-idealny-obywatel" powinien poczuć zażenowanie ów niecenzuralnym widokiem. Powinien wszak podzielać zdanie rzekomo nieomylnej władzy. Niestety jego reakcja była tak bardzo odmienna od tej, której spodziewał się młody haker...
W momencie gdy silnie pochwycono go za kark, jedynie wściekle warknął w akcie obrony. Element zaskoczenia, jak i zdecydowanie za wysoki poziom alkoholu we krwi sprawiły, że na nic więcej nie było go stać. Oczywiście nie licząc wiązanki przekleństw jaką uraczył uszy wojskowego, wyrywając się przy tym niemrawo z jego silnego uścisku.
- Kurwa, pojebało cię Carver?! - syczał poprzez zaciśnięte zęby, nawet nie wiedząc w którym dokładnie momencie wylądował na chłodnej podłodze. Za to dość dotkliwie poczuł ból związany z zetknięciem z twardą powierzchnią. Chociaż tak naprawdę bardziej zabolała go jego duma. - Puść mnie do diabła! - powtórzył po raz któryś, zirytowany faktem, że tak łatwo stracił wątpliwe panowanie nad sytuacją. Chciał utrzeć nosa temu dupkowi, tymczasem to on zdawał się górować nad nim, o czym świadczyło żałosne położenie Lynxa, oraz donośne trzaśnięcie drzwi frontowych, za którymi zniknął jego niedoszły partner.
Zostali sami. Do blondyna z kolei powoli docierało, że nie było mowy, by mogło to skończyć się inaczej. Powinien przewidzieć, że jego mały pokaz rozwścieczy wybuchowego Carvera, a on zostanie za to adekwatnie ukarany. Niestety alkohol oraz otumaniające umysł używki pozbawiły go logicznego myślenia, fałszywie utwierdzając w jego irracjonalnej racji. W rezultacie zaś przyszło mu leżeć pod osiemdziesięciokilowym cielskiem, będąc zupełnie skazanym na jego łaskę. Co gorsza w dalszym ciągu pozostając nietrzeźwym nie odczuwał z tego powodu niepokoju czy strachu. Wręcz przeciwnie, bawiło go to na swój sposób. Nawet jeśli nie wszystko poszło po jego myśli, to udało mu się zakłócić spokojną noc żołnierza, jednocześnie go przy tym wkurwiając. Małe zwycięstwo, niemniej lepsze takie niż żadne.
- Wrażeń nigdy zbyt wiele, staruszku. - wymruczał złośliwie, zaglądając głęboko w chłodną barwę tęczówek należących do napastnika. Wtem wyraz twarzy Carvera momentalnie uległ zmianie, Lynx jednak był zbyt pijany, by to zauważyć. W zasadzie obecnie był w swoim własnym świecie, pozwalając by jedynie część zewnętrznych bodźców do niego docierała. Nieco tępym wzrokiem błądził po ustach mężczyzny, linii jego szczęki, by następnie móc na dłużej  zawiesić go na głębokich bliznach jakie ozdabiały szerokie ramiona żołnierza. Wiele razy widział Aleca bez koszulki, niemniej nigdy z tak bliska. Niestety teraz też mógł podziwiać go zaledwie kątem oka, gdyż carverowe palce w dalszym ciągu trzymały jego podbródek, sztywno utrzymując go w miejscu.
- Ustawić? - zaśmiał się krótko, wracając spojrzeniem na przystojną twarz mężczyzny. - I co zrobisz? Uderzysz mnie? Znów zaciśniesz palce na mojej szyi? - zapytał kpiącym tonem, bełkocząc przy tym, gdyż język strasznie mu się plątał. Następnie chciał ponownie zażądać, by go puszczono. Alkohol, jak i parę innych czynników sprawiły, że było mu strasznie gorąco, zaś niemalże leżący na nim osobnik jedynie potęgował to wrażenie. Nim jednak zdążył wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, jego usta zostały niespodziewanie zamknięcie przez cudze usta, skutecznie go przy tym uciszając.
W pierwszej chwili chciał się odsunąć, szarpnąwszy przy tym gwałtownie swymi rękoma. Silny uścisk Aleca mimo to nie zelżał, zaś Lynx pod naporem jego miękkich ust rozchylił swoje wargi, pozwalając by ciepły język wkradł się do środka. Odwzajemnił pocałunek niepewnie, bardziej dla samej zasady, aniżeli z ochoty. Na szczęście ta niespodziewana pieszczota nie trwała zbyt długo, a blondyn mógł znów swobodnie zaczerpnąć powietrza.
Ciężko oddychając wbił podejrzliwie spojrzenie w Carvera, nie mogąc pojąć co to miało znaczyć. Dlaczego go do chuja pana pocałował?! I co go do diabła tak bawi?! Musiało minąć naprawdę kilka długich sekund, by do Lynxa dotarła prawda. A gdy to już nastąpiło wybuchnął niepohamowanym, wręcz histerycznym śmiechem. Przewróciwszy się na bok, na tyle na ile pozwalał mu wiszący nad nim mężczyzna, schował swą twarz w szczupłym ramieniu, niemalże dusząc się ze śmiechu.
- Twój ojciec się w grobie przewraca, Carver. - zarechotał, nie mogąc uwierzyć, że Alec rzeczywiście mógłby być gejem. No bo jak? Nic nie wskazywało na to, by miał pedalskie zapędy. Ponadto jego wysoka pozycja świadczyła o stuprocentowym podporządkowaniu się pod panujące zasady. Jakim cudem więc się uchował?  Najgorsze w tym wszystkim było to, że ów fakt nie zmieniał miedzy nimi nic, jednocześnie zmieniając wiele.
- Spłoszyłeś mi faceta... - zauważył, mówiąc to przeciągle, jego ton z kolei brzmiał nienaturalnie poważnie, co nadało groteskowego wyrazu. - Powinieneś mi teraz obciągnąć, pieprzony pedale. - dodał prowokacyjnie, będąc w gruncie rzeczy nieco rozdrażnionym faktem, że nici z przyjemnego dymanka na które się zdążył nastawić. Z tego też powodu uznał, że może sobie poużywać na Carverze, i go nieco po wkurzać. A przynajmniej do chwili aż ujrzy chęć mordu w jego oczach. Wtedy będzie musiał grzecznie się wycofać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Mar 22, 2017 12:10 am

Uśmiechał się tajemniczo półgębkiem, słuchając pytań chłopaka. W jego spojrzeniu nie czaiła się już złość. Tańczyły w nim iskierki satysfakcji, lekkiego zaintrygowania, a nawet zadowolenia. Uderzyć? Zaciskać palce na jego szyi? Po co?
Mógł go uzależnić.
Czy istniał prostszy sposób na podporządkowanie sobie innych? To właśnie seks działa wtedy, gdy zawodzą wszystkie inne środki. Zaczyna się niewinnie. Fizyczny akt, nieniosący ze sobą większego znaczenia. Upojne chwile, palący ciało dotyk, szybkie oddechy, wewnętrzny rozpad na drobne cząsteczki. Nigdy nie kończy się na jednym razie. Ciała przyciągają się mimo woli, pragną poczuć się jeszcze raz. I przychodzi następny, następny i jeszcze kolejny, aż w końcu nie możesz znieść myśli o separacji. Drżysz na samo wspomnienie, tracisz oddech i samego siebie w destruktywnych, pełnych namiętności chwilach.
Alec zawsze był dość zadufanym w sobie człowiekiem. Miał do tego prawo, bowiem niewiele było rzeczy, w których by sobie nie radził. Seks z pewnością również do nich nie należał. Wiedział jak działa na innych i wiedział doskonale, jak sprawić by ci bez zająknięcia błagali o więcej. Musiał pieprzyć się po kryjomu, jedynie w najdogodniejszych momentach, dlatego też ze względu na niską częstotliwość, mądrze wykorzystywał okazje. Nie mógł tracić czasu na słaby seks, dbał więc ochoczo o to, by był kurewsko przyjemny.
Nie powiedział jednak nic, nie wyprowadzając chłopaka z błędu. Należało zostawić miejsce na trochę zabawy.
Usta Lynxa smakowały alkoholem i obiecującymi chwilami. Miękkie, wilgotne i doświadczone. Choć nie znosił tego gówniarza, nie miałby oporów przed pocałowaniem go jeszcze raz. Mocniej, namiętniej i brutalniej. Kurwa, nie miałby też oporów przed zerżnięciem go na tej podłodze. Z rozkoszą słuchałby uległych jęków, zaciskał dłonie na szczupłej szyi i doprowadzał na skraj przytomności, zostawiając na szczupłym ciele ślady po swoich zębach, paznokciach i bolesnych uściskach. Patrząc tak na chłopaka, nawet mimo jego śmiechu, nie potrafił oddalić od siebie podobnych myśli. W lekkim zamyśleniu przejechał językiem po swej wardze, widząc oczyma wyobraźni, jak ten bezczelny uśmiech zamienia się w błagający o litość grymas. Kącik jego ust uniósł się nieznacznie.
Ojciec? Nigdy nie przejmował się ojcem. Po jego śmierci niemalże zapomniał, że Generał Carver istniał. Choć wydawałoby się to ciężkie, mając świadomość, że nieustannie jest z nim kojarzony i porównywany. Alec jednak zdawał się tego nie widzieć. Był wynikiem narzuconego przez państwo obowiązku. Czy dzieci w tych czasach faktycznie mogą przejmować się opinią rodzicieli? Przecież do tego potrzeba emocji.
Zmrużył delikatnie oczy, gdy do jego uszu docierały kolejne, niemniej bezczelne jak i odważne, słowa blondyna. Przez chwilę pozwolił trwać ciszy, w końcu jednak zniósł uśmiech z twarzy i niespiesznie przybliżył swe ciepłe usta do ucha Lynxa, ledwie wyczuwalnie muskając jego płatek swymi wargami.
A może – silna dłoń zacisnęła się jeszcze mocniej na umęczonych nadgarstkach – powinienem rżnąć cię do nieprzytomności, aż każda dziwka w tym zasranym mieście zaczęłaby ci współczuć. – Jego głos był szorstki i lekko zachrypły, zaś ledwie słyszalny szept potęgował jedynie nieprzyjemny wydźwięk.
Odsunął się dużo szybciej niż przybliżył, w przeciągu sekundy pozbawiając tors Lynxa materiałowej zasłony.
Tak... – przejechał swymi opuszkami od szyi, poprzez tors, aż do paska lynxowych spodni, jednocześnie wodząc zamyślonym wzrokiem za dużą dłonią –... to zdecydowanie lepszy pomysł. – Uniósł palący wzrok na chabrowe tęczówki, zupełnie powoli odpinając guzik przy lynxowych spodniach. W jego postawie nie można było dopatrzeć się na ile poważnie podchodzi do swoich zamiarów. Bez trudu jednak szło się domyślić, że jest to jedna z tych chwil, gdy lepiej uważnie ważyć wypowiadane słowa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Pon Mar 27, 2017 8:23 pm




Ciężko było określić w jakim stopniu Alec Carver traktował go poważnie. Niestety zaćmiony alkoholem umysł Lynxa wcale nie pomagał w trafnej ocenie zaistniałej sytuacji, sprawiając, że młody mężczyzna miał jeszcze większy mętlik w głowie. Zamilkł więc, pozwalając by jasne tęczówki przewiercały go tak bezczelnie na wylot. Były piękne w swoim chłodnym, niemalże mrożącym krew w żyłach wyrazie. Nie widział jednak w nich gniewu czy pretensji. Miał raczej wrażenie, że przystojny wojskowy sobie z nim najzwyczajniej w świecie pogrywał. Bawił się jak głupiutką zabawką. Ale czy aby na pewno? Co powinien więc zrobić? Dać się wciągnąć w tę grę, czy może lepiej udając skruchę bezpiecznie się wycofać?
Wypowiedział te słowa zbyt porywczo. Bez przemyślenia. Nie było jednak czasu na refleksje. Wojskowy niemalże od razu ruszył do kontrataku, zaraz molestując jego wrażliwe ucho swym drażniącym dotykiem oraz niespotykanie głębokim głosem. W jego tonie nie było sympatii, nie było obietnicy przyjemności czy chociażby cienia rozbawienia. Mimo to ów brzmienie wywołało dreszcz, który przeszedł blondyna na wskroś, znacznie przyspieszając rytm bicia serca. Chwilę później, sprawnie pozbawiony zmiętej koszulki tors, ukazał swoje lekko zaznaczone mięśnie, prężące się pod jasną, miękką skórą. To zabawne. Lynx nie zdążył zarejestrować momentu w którym mu ją ściągnięto. Procenty we krwi znacznie opóźniły jego refleks, sprawiając, że był niemalże bezbronny.
Duże, niebieskie oczy skierowały się ponownie na twarz byłego żołnierza, zaś ich właściciel nerwowo zwilżył językiem spierzchnięte wargi, czując jak ciepła dłoń bez przyzwolenia sunie po jego ciele. Dotyk Aleca pozostawiał po sobie palące ślady, wywołując kolejną falę dreszczy. Teraz wiedział. Wiedział, że powinien się go bać z wielu powodów. Powinien przepraszać i błagać, by puścił go wolno. Powinien... Ta. Mimo wszystko uznał, że bezsensownie byłoby kończyć tą noc w ten sposób, pozostawiając nienasycenie oraz w chuj niedomówień.
- To groźba... - kpiący uśmieszek rozświetlił buźkę młodszego, który po raz kolejny postanowił wykazać się rażącym brakiem rozwagi. Uwolnione dłonie z kolei zacisnęły się na silnych przedramionach szatyna, dzięki czemu mógł dźwignąć się do pół-siadu, tym samym powstrzymując jego zabawę z guzikiem u swych spodni - czy może raczej obietnica? - wymruczał przeciągle prosto w pełne i apetycznie soczyste usta mężczyzny. Był tak blisko, że bez trudu mógł poczuć na sobie jego oddech, który swoim ciepłem tak przyjemnie otulał jego twarz. Z udawanym zawahaniem trwał w bezruchu dłuższą chwilę, by ostatecznie raz jeszcze wykrzywić swe wargi w nieznacznym uśmiechu, jednocześnie skracając i tak minimalny dystans między ich ustami. Na przekór sobie i zdrowemu rozsądkowi postanowił go pocałować. Nie był to jednak dokładny pocałunek pełen pasji. Taki którym należy się szczycić. Wręcz przeciwnie. Przez swą zaborczość był niezdarny i nader gwałtowny. Wręcz miejscami brutalny. Mimo wszystko skutecznie odbierający oddech płucom.
- Nie ważne czy jedno, czy drugie. - wydyszał, naiwnie chwytając rzuconą przez Carvera przynętę. Był na skraju wytrzymałości i nie mógł nic na to poradzić. Miał gdzieś czy był to nieistotny chłopaczek z klubu, czy ten dupek - Carver we własnej osobie. Potrzebował ujścia. Chwili bliskości drugiego ciała, rozładowania napięcia i absolutnego zapomnienia - Pytanie tylko, czy potrafi ci stać tak długo, jak twierdzisz, Panie-Idealny-Obywatelu, hm? - jawnie rzucił mu wyzwanie, mając nadzieję, że Alec Carver sobie z niego nie żartuje. Że serio ma zamiar go przeorać chociażby na tej brudnej podłodze, na co ON mu łaskawie ten jeden, jedyny raz pozwoli. Frustracja, złość, strach, alkohol i półnagi Alec... Nie chciał z tym walczyć.
- Czy to tylko nic nie warte przechwałki? - spojrzał sugestywnie w dół.
Ważyć każde wypowiedziane słowo? O tak, Lynx z całą pewnością jest w tym niekwestionowanym mistrzem.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Maj 10, 2017 12:03 am

Alec posiadał mieszane odczucia względem Lynxa. Rzecz jasna przyznać się byłby w stanie tylko do jednej ich części. Blondyn irytował, był nieznośny, zbyt pyskaty i niedojrzały. W dużym skrócie, tak właśnie go postrzegał. Istniała jednak część Aleca, która czuła się delikatnie usatysfakcjonowana, gdy szło jej się zetknąć z lynxowym charakterem. Żołnierz bowiem nie przywykł do niesubordynacji. Jego dotychczasowe życie toczyło się jak w zegarku. Hierarchia była jasna i wystarczająco ważna, by nikt nie próbował się wyłamać spod jej skrzydeł. Podopieczni byli Carverowi bezwzględnie posłuszni, on z kolei słuchał swoich przełożonych. Nikt nie krzyczał, nie buntował się, nie testował granic i nikogo do niczego nie trzeba było zmuszać siłą wbrew jego otwartej woli. Dlatego upór Lynxa, jego brak rozwagi i coraz śmielsze sprzeciwy były na swój sposób... pobudzające. Bo czyż nie czuł dzięki temu gówniarzowi przez te dwa tygodnie więcej emocji, niż przez dobre kilka ostatnich lat? Był ciekaw, gdzie granice pojawiają się u Lynxa i jak długo może się tak stawiać. Niecierpliwie czekał na ten moment, w którym przerażenie zaciśnie się na smukłym gardle chłopaka, odwodząc go od pomysłu jakiegokolwiek dyskutowania. Alec nigdy nie dbał o to, by wzbudzać w ludziach strach, dlatego to dziwne pragnienie było dla niego czymś nowym i o dziwo, całkiem przyjemnym.
Nie oczekiwał, że nakurwiony w trzy dupy Lynx wykaże się zdolnością do rozsądnego myślenia. I wyjątkowo, w obecnej sytuacji było mu to na rękę. Drażniąca postawa chłopaka szargała nerwy Aleca, lecz w sposób inny niż zazwyczaj. Wojskowy wcale nie chciał być spokojny. Sprowokowany, zyskał usprawiedliwienie dla wszystkiego, co może się wydarzyć. Dla wszystkiego, co chce i co zrobi temu pieprzonemu gówniarzowi. Sam się prosił, czyż nie? Alec z reguły nie uprawiał seksu. On ich rżnął, pieprzył bez opamiętania, na zawsze wpisując się w pamięć swych kochanków. Brutalnie darowana przyjemność odrzucała wszelki spokój i opanowanie. Lynx nie wiedział o co się prosi, a to sprawiało, że żołnierz tak bardzo pragnął mu to wszystko pokazać.
Wysłuchał chłopaka patrząc na niego z typowym chłodem w oczach i choć niezaprzeczalnie sytuacja była niecodzienna, wciąż na próżno było doszukiwać się w szarych tęczówkach wyraźnych, konkretnych emocji. Jedynie uśmieszek igrający na przystojnej twarzy można było próbować interpretować. Atmosfera stawała się coraz gęstsza, lecz nie w ten nieprzyjemny sposób, co zawsze. W powietrzu czuć było pożądanie i napięcie, a jedynym sposobem jego rozładowania wydawał się dziki, bezmyślny seks.
Nie odpowiedział na bezczelne słowa hakera, zamiast tego z zaangażowaniem przyjął jego śmiały pocałunek, z chwili na chwilę sprawiając, że stawał się coraz gwałtowniejszy i brutalniejszy. Gdy pieszczota została przerwana, a gęba szczeniaka znów się otworzyła, Alec zareagował jedynie stłumionym śmiechem. Jego spojrzenie nieustannie przeszywało chłopaka, jakby zawiadamiało, iż jest tylko jeden sposób, by się przekonać. Słowa Lynxa wyjątkowo go nie irytowały, choć pozostawały w tym samym tonie, w jakim występowały zazwyczaj. Ale to Alec był tu tym trzeźwo myślącym i to on panował nad tą sytuacją. A ta wydała mu się tak absurdalnie zabawna i intrygująca, że nie był w stanie wściekać się na pijanego gospodarza. Wręcz przeciwnie, jego humor znacznie się poprawił, bowiem Lynx podał mu jak na tacy rozwiązanie przynajmniej jednego z alecowych kłopotów. Tymże oczywiście był haker sam w sobie.
Nie tracił cennych sił na słowa. Zdecydowanie milej widziało mu się działanie, dlatego gdy tylko ostatnia głoska wypłynęła z ust chłopaka, duża dłoń Aleca zamaszyście zacisnęła się na jasnych włosach, a wilgotne usta zaatakowały rozchylone wargi. W żołnierzu nie było ni krzty delikatności, tak samo jak nie było jej w ruchach, którymi gwałtownie pozbawił lynxowe spodnie uścisku paska i rozporka. Kilka sekund później mężczyzna z rozmachem puścił ściskane dotąd kosmyki, by następnie bez najmniejszego trudu przewrócić zgrabne ciało na brzuch. Nie wiedzieć kiedy, długie palce wróciły na poprzednie miejsce, dociskając brutalnie głowę hakera policzkiem do podłogi.
Trochę zaangażowania, szczeniaku. – Niski głos rozbrzmiał przy uchu chłopaka w momencie, w którym silna dłoń, podkreślając szorstkie słowa, gwałtownie poderwała biodra dwudziestodwulatka do góry, eksponując tym samym jego wdzięki. Chłodna dłoń, nie czekając na zaproszenie, stanowczym ruchem zsunęła ze zgrabnych pośladków spodnie wraz z bielizną, torując sobie drogę do reagującego szybko członka, którego to wprawnie objęła. Wilgotny język Aleca przejechał po płatku wrażliwego ucha, kontynuując drogę przez żuchwę aż po szyję, na której brutalnie zacisnął zęby. Dłoń na stojącym już kutasie poruszała się miarowo i z widoczną wprawą, podczas gdy usta poczynały sobie z wrażliwą skórą szyi i barków, co i rusz wspomagane zębami. W którymś momencie dłoń trzymająca nieustannie jasne kosmyki, poderwała się do góry, zmuszając chłopaka do silnego wygięcia pleców, tym samym ułatwiając Alecowi dostęp do krągłych pośladków. Usta żołnierza znów zabłądziły w okolice lynxowego ucha.
Proś o więcej – szeptał, drażniąc ciepłym oddechem, powoli, lecz w silnym uścisku przesuwając sugestywnie dłonią po całej długości nabrzmiałego członka. Ta sama dłoń już za chwilę przesuwała się po biodrach, by ostatecznie spocząć na pośladku. – Wiesz jak się ładnie prosi, Lynx? – Otwarta dłoń z dużą siłą uderzyła w osaczane dotąd miejsce, zostawiając po sobie czerwony ślad i krótkie echo rozchodzące się po pokoju.
Puścił umęczone włosy i odsunął się od rozgrzanego ciała, przechodząc spokojnym krokiem przed głowę Lynxa, a schodząc do półprzysiadu, zacisnął dłonie na delikatnym podbródku, nim pijany chłopak zdołał się w ogóle podnieść. Uniósł głowę blondyna, pozwalając by ich spojrzenia się zetknęły. Szare tęczówki kryły w sobie coś, co zachęcało, by się im poddać i iść za wolą właściciela. Kpiący uśmieszek nie schodził z twarzy Aleca, a on sam nie krył swojego podejścia do Lynxa. Traktował go zupełnie tak, jak traktuje się dziwki, przedmiotowo, jednoznacznie i bez ulg. I nie było to nic złego. Tym był dla Aleca wspaniały seks. Dopuszczenie do siebie pierwotnych instynktów i pozwolenie na to partnerowi. Pozbycie się hamulców, uwolnienie żądz i ich, niczym niepowstrzymywane, zaspokajanie. Czysta przyjemność.
Oczywiście, tak naprawdę nie oczekiwał niczego od chłopaka. Jeżeli podda się temu, wyśmienicie. Jeżeli nie, tym lepiej. Alec od początku nie zamierzał go zerżnąć. Chciał mu tylko dać przedsmak tego, co mógłby mieć. Chciał zamknąć ich w tej napiętej atmosferze i czekać aż bomba wybuchnie na przestrzeni kolejnych dni. Jeżeli przedtem będzie mógł wykorzystać stan upojenia, w jakim znalazł się dziś chłopak, by go nieco upokorzyć i zobaczyć od przyjemniejszej strony, będzie w pełni usatysfakcjonowany. Jeżeli Lynx przerwie to pierwszy, nie zrobi to na nim wrażenia. Pragnął jedynie poruszyć trybiki, nie zamierzając ich natychmiast rozpędzać. Czekał więc na decyzję chłopaka, choć jego spojrzenie zdawało się forsować drogę do lynxowej woli, mówiąc, że wcale nie ma wyboru, a jedyną prawidłową opcją jest poddanie się pragnieniom i zupełne odrzucenie wątpliwości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Wto Cze 06, 2017 1:09 am




Alec Carver był nieobliczalny, o czym sam Lynx zdążył przekonać się już wielokrotnie i to dość dotkliwie. Nie zniechęciło to jednak chłopaka przed testowaniem jego cierpliwości. Chciał bowiem w ten sposób przedrzeć się przez wyzutą z emocji maskę mężczyzny, docierając do obnażonego z fałszu wnętrza. Nie z sympatii do tegoż osobnika, a raczej ze zwykłej ciekawości. Od zawsze młody haker lubował się w rozwiązywaniu przeróżnych zagadek, odkrywaniu czegoś, co nie było widoczne na pierwszy rzut oka. Carver zaś pozostawał w dalszym ciągu słodko-gorzką tajemnicą, pomimo przewertowania setek danych oraz akt wygrzebanych w sieci przez blondyna. To dodatkowo go nakręcało. Z doświadczenia wiedział, że im bardziej strzeżony był sekret, tym ciekawsza była jego treść.
Oczywiście obecna sytuacja w żaden sposób nie nawiązywała do chęci poznania wojskowego bliżej. A na pewno nie od strony emocjonalnej. Co prawda uparty mógłby doszukiwać się tu analizy seksualności mężczyzny, która rozwijała się cichaczem przez lata w dość konserwatywnym otoczeniu, niemniej Lynx aktualnie miał w dupie czy Alec się z niego zgrywał, czy może wyjawił mu intrygującą prawdę. Pedał, nie pedał - nie robiło mu to specjalnej różnicy. Oby tylko zechciał się z nim pieprzyć, bo właśnie na tym był aktualnie ślepo skupiony. Jego pijany umysł nie był w stanie myśleć o niczym innym, niż tylko o chwilach uniesienia, które mogłoby dać mu to idealnie wyrzeźbione ciało. Jakby nie patrzeć naprawdę wiele mógłby zarzucić Carverowi, jednak nie to, że wyglądał nieatrakcyjnie. Ba! Był absolutnie widowiskowy, co szczególnie go w nim irytowało.
Czy go podpuszczał? Owszem. Nie sądził tylko, że aż tak prędko swoją śmiałością wywoła pożądaną reakcję. Nagłość jakim charakteryzował się ofiarowany pocałunek sprawił, że płuca blondyna w sekundę zostały pozbawione cennego powietrza, które wydostało się z pomiędzy rozchylonych warg. Nie przeszkodziło mu to jednak w odwzajemnieniu pieszczoty. Zignorowawszy boleśnie zaciśnięte palce na swojej jasnej czuprynie, oddawał z pełnym zaangażowaniem pocałunki, upajając się miękkością warg ich właściciela. Pomimo brutalności jaką trącił swymi ruchami wojskowy, całował cholernie dobrze. Na tyle, by młodszy od niego chłopak nie zarejestrował nawet momentu w którym odpięto mu klamrę paska wraz z metalowym guzikiem. Poza tym był pijany, co dodatkowo dawało Carverowi znaczną przewagę nad jego osobą. O tyle dużą, że dał się przewrócić na brzuch niczym bezwolna kukła, orientując się dopiero o tym fakcie, gdy jego twarz zetknęła się z brudną podłogą. 'Kurwa...' Syknąwszy cicho pod nosem podparł się dłońmi przy klatce piersiowej usiłując się dźwignąć do góry. Nie zdołał. Duża dłoń zbyt silnie przytrzymywała go w miejscu.
Zadrżał. Niski, nieco zachrypnięty głos przyjemnie zabrzmiał tuż przy jego uchu, wywołując dreszcz, który bez ostrzeżenia przepłynął po długim kręgosłupie kręgosłupie. I byłby pewnie zamruczał, gdyby nie sens wypowiedzianych słów przez mężczyznę. Miast tego Lynx wydobył z pomiędzy swoich ust coś na wzór kpiącego prychnięcia. 'Ciekawe jakby wyglądało twoje zaangażowanie z ciśniętą mordą w deski, pierdolony dupku!'
Ponownie postanowił się podnieść. Tak dla zasady. Tak dla podkreślenia, że wcale nie ma zamiaru dać mu się w zupełności zdominować. Niestety próba ta szybko została porzucona wraz z momentem kiedy poczuł wilgotny język sunący po swej skórze, zaś silna dłoń zacisnęła się na wrażliwym członku, zaraz poruszając się w odpowiednio drażniący sposób. Jęknął. Krótko i cicho, pod wpływem chwili. Nie spodziewał się nagłej dawki bólu, jaką obdarzył go Carver zatapiając białe ząbki w cienką skórę szyi. Dziwne, ale na swój sposób było to nawet pobudzające. Lynx nie miał nic przeciwko tego typu zabiegom. O ile równoważyło je w jakimś stopniu uczucie przyjemności, którą de facto dostał, o czym świadczył jego płytki oddech, jak i wilgotniejąca na czubku męskość.
Ciepłe usta tak ochoczo błądziły po łaknącej ich dotyku skórze, doprowadzając hakera do gardłowego pomruku. Blondyn nigdy nie podejrzewał Aleca o tak duże pokłady delikatności, jak i umiejętności w obchodzeniu się cudzym członkiem. I w sumie słusznie powątpiewał, ale w pierwszą kwestię, o czym przekonał się parę chwil później, kiedy to bezlitośnie został pozbawiony czułości. Wojskowy szarpnął go brutalnie za włosy, zmuszając do wygięcia pleców w nienaturalny łuk. W tym też momencie przestał się łudzić, by Alec chociaż na chwilę był w stanie porzucić swoją potrzebę dominacji. Uwielbiał panować nad sytuacją i najwidoczniej bawiły go próby podporządkowywania sobie młodszego od siebie chłopaka. Lynx z kolei nie miał zamiaru zajmować "swojego miejsca".
Odchylił głowę bardziej do tyłu, dzięki czemu ból stał się łatwiejszy do zniesienia. Wysłuchał Carvera do końca, z dość nietypową do siebie cierpliwością, jedynie brzydkim grymasem wymalowanym na twarzy zdradzając swe niezadowolenie. Normalnie by coś odpyskował, lecz aktualnie bardziej doskwierał mu pobudzony członek, który wręcz niemo wył z tęsknoty za ciepłą dłonią wojskowego. Zabawne, ale Lynx skłonny był skomleć niczym pies, błagając by Alec kontynuował. Ale tylko przez baaaardzo krótką chwilę, która minęła wraz z dość uwłaczającym klapsem w krągły pośladek. Nie spodziewając się tego gestu otworzył szerzej oczy, pozwalając by urwany krzyk wydobył się z jego gardzieli. Chwilę później został puszczony wolno.
Duża dłoń pozostawiła po sobie piekący ślad oraz czerwone pręgi dość mocno oznaczające się na mlecznobiałej skórze. Ów pręgi z kolei szybko uformowały się w odcisk carverowej łapy, o czym Lynx, na szczęście, nie miał pojęcia. Chciał się podnieść, lecz ledwo dźwignął się na drżących rękach, Alec chwycił go za szczękę, zmuszając do spojrzenia w swoje jasne tęczówki.
Ciężko oddychając skrzyżował z mężczyzną swe spojrzenie. Czuł się na pewien sposób poniżony. Jego pozycja, jak i sam fakt, że klęczał przed Carverem ze spuszczonymi spodniami uwłaczały jego godności. Uległość nigdy nie była jego mocną stroną. Duma nie pozwalała mu błagać. Nie pozwalała okazywać poddaństwa.
- Pierdol się. Prędzej mi kutas uschnie. - wysyczał na tyle jadowicie na ile pozwalał mu w dalszym ciągu płytki dech. Zabawa wedle reguł Carvera przestała mu się podobać. Nie należał do jednych z tych ciot, którzy poddawali się woli drugiego z partnerów, cicho przyjmując wszystko co ten im zgotuje. Lynx lubił czuć kontrolę, nawet jeśli przyjmował rolę pasywa. Brak kontroli z kolei budził w nim niepokój. Teraz zaś był bliski paniki.
Przez dłuższą chwilę utrzymywał kontakt wzrokowy z szatynem, by ostatecznie wyrwać się z uścisku jego rąk. Następnie mało płynnymi ruchami podniósł się do siadu, opierając zaraz plecy starą kanapę.
- Jesteś, kurwa, bezużyteczny. - warknął ni stąd ni zowąd, rzucając w Cavera swoją koszulką, którą znalazła się w zasięgu jego rąk. W zasadzie to nie rzucił, a cisnął materiałem tak, jakby ten w ogóle był w stanie uderzyć Aleca tak, by ten cokolwiek poczuł. Uczucie podniecenia zelżało, zaś wstyd został odepchnięty na bok przez upojoną alkoholem świadomość. Lynx aktualnie czuł jedynie rosnącą irytację. Na tyle silną, że miał ochotę wydrapać wojskowemu oczy.
- No i na chuj się gapisz? Nie chcesz się pieprzyć, to spierdalaj do siebie. - dodał, nie mogąc znieść kpiącego uśmieszku Carvera. Chciał, by ten wrócił do sypialni, by sam mógł zwalić sobie w spokoju i iść spać. A może od razu nawet spać, bo obecnie odechciało mu się jakichkolwiek seksualnych doznań.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Sro Lip 12, 2017 7:59 pm

Nie spodziewał się, że Lynx tak po prostu ulegnie komuś, kogo „znał” zaledwie od dwóch tygodni i kogo szczerze nie cierpiał. Mimo to, miał jakąś cichą nadzieję, że blondyn go zaskoczy i podda dumę na rzecz niezaprzeczalnej przyjemności. Tej szczególnej, którą niosły ze sobą czyny niemoralne, kontrowersyjne i zakazane. Połączenie tej dwójki z całą pewnością przybierało część tych i jeszcze kilka innych relatywnie negatywnych cech. Wierzył, że opory Lynxa i cichy głos rozsądku próbujący przeszkodzić mu w tym, do czego chciał nakłonić go Alec, sprawiłyby, że wszystko stałoby się jeszcze przyjemniejsze. Nie dla żołnierza, a przede wszystkim dla hakera. Ale rozsądek Lynxa okazał się nie być cichym głosem, a potężnym krzykiem, zaś sam chłopak w krótką chwilę rozwiał całą atmosferę napięcia i zmniejszył stężenie pożądania, niemalże wyczuwalnie unoszącego się dotąd w powietrzu. A Carver poczuł się tym zawiedzony bardziej niż mógłby przypuszczać. W końcu Lynx nie zrobił nic, czego ten by się nie spodziewał. Mimo to, poczuł lekkie ukłucie żalu, bo jakże bardzo chciał zobaczyć więcej mimowolnych reakcji szczupłego ciała i usłyszeć głośniejsze, błagające rozpaczliwie jęki spomiędzy ciepłych warg. Alec nigdy jeszcze nie czuł takiej satysfakcji odbierając podobne bodźce od swych kochanków. Właśnie dlatego, że wszystko co robił Lynx było wbrew jego rozsądkowi i wbrew wszystkiemu co powinien robić i czego nie mógł czuć. Był cierpliwy. Wiedział, że wrócą do tego prędzej czy później. I pomimo podniecenia, jakie nim zawładnęło, na gwałtowną, pełną oburzenia reakcję Lynxa, miast zareagować gniewem, jedynie pogłębił kpiący uśmiech.
Podniósł się na nogi, podchodząc do okna, gdzie z kieszeni wyciągnął paczkę tradycyjnych fajek, które preferował ponad te ogólnie dostępne elektryki, zabierające cały urok palenia. Uchylił okiennicę, stając na torze wpadającego do pokoju, chłodnego powiewu. Odpalił papierosa, kątem oka patrząc na wzburzonego Lynxa, wypluwającego z siebie kolejną wiązankę. Alec nie lubił takiego tonu. Nie był do niego przyzwyczajony, nie można więc mu się dziwić, że szybko narastała w nim irytacja, gdy stawał się odbiorcą podobnych słów. Co jednak mogło wydać się dziwne Lynxowi, mężczyzna pozostał opanowany, a w jego oczach nie czaiła się ta sama chęć mordu, którą zdarzyło się już wcześniej napotkać blondynowi.
Szkoda, że jesteś tak beznadziejnie nudny. – Głos wojskowego był spokojny i niepodjudzony żadnymi szczególnymi emocjami. – Mogło być miło – powiedział z teatralnym żalem w głosie, zaraz zaciągając się porządnie dymem papierosowym. Chłodne niczym lód, stalowe tęczówki przesunęły się powoli w stronę widoku za oknem, jakby tracąc całe zainteresowanie osobą rozgrzanego jeszcze gospodarza.
Zmrużył delikatnie oczy, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, na którym zamajaczył niewyraźny kształt. Przeklął w myślach, cofając się w bok od okna i oparłszy o ścianę plecami, kontynuował rozkoszowanie się szlugiem. Znalazł się poza zasięgiem widoczności z zewnątrz, lecz mimo to obudził się w nim jakiś niepokój. Zerknął w dół na prawie wygojoną ranę, będącą pamiątką po chipie, który – był pewien – Lynx wyrzucił gdzieś w pierony. Patrzył przez chwilę na swe przedramię jakby upewniając się, że pod skórą nie ma już nic, co mogłoby pomóc wojsku w jego odnalezieniu. Wiedział przecież, jak bardzo musi władzom zależeć, by nie chodził zbyt długo spuszczony ze smyczy.
Nie zabiłem A d e l i d e – odezwał się nagle, niespiesznie unosząc tęczówki na Lynxa. Jego głos wydawał się dziwnie pusty, co doskonale zgrywało się z niecodziennym spojrzeniem, jakie posyłał właśnie mężczyźnie. – Ale to ja pociągnąłem za spust. – Jego głos był jak zawsze zrównoważony i dość  cichy, jednak z pewnością doskonale słyszalny dla lynxowych uszu.
Zabiłeś kiedyś człowieka, Lynx? – Zaciągnął się niespiesznie, wydychając dym jakby ciężko wzdychał. – Bo jeśli nie, nierozsądnie z twojej strony kazać spierdalać komuś, kto ma w tym większe doświadczenie. – Wzruszył ramionami, jakby jego słowa nie były niczym ważnym i nie niosły żadnego przesłania. To jednak w rzeczywistości istniało i było bardzo wyraźne w ów luźno rzuconych słowach. Obydwaj to wiedzieli, zarówno Alec, jak i Lynx, bo nawet jego pijany mózg nie mógł przeoczyć prostego przesłania.
Alec wiedział, że Lynx nie zdaje sobie jeszcze sprawy, w jakim znalazł się położeniu. Wszystko co wie, to to, że ma pod swoim dachem tykającą bombę, której szuka wymiar sprawiedliwości. Nie wie, że w rzeczywistości poruszona została do tego każda najmniejsza organizacja w tym państwie, bo i nie wie, jak ważne dla władz jest to, co kryje głowa Aleca. Nawet on sam nie zdawał sobie do końca sprawy jak niewygodne jest jego życie na wolności. Lynx wiedział też, że ma pod swoim dachem osobę niebezpieczną, ale było to jak wypowiedziane, puste słowa, nad którymi ludziom nie chce się myśleć. To niebezpieczeństwo nie wydawało się realne dla ludzi takich jak haker. Choć musiał zdawać sobie sprawę, że Alec jest dla niego zagrożeniem, w rzeczywistości tego nie czuł i z całą pewnością nie docierała do niego powaga tegoż zagrożenia. Alec więc swymi słowami nie tyle chciał mu pogrozić, co skłonić do refleksji. Chłopak nie miał najmniejszego pojęcia z kim ma do czynienia, a nagranie, które dziś zobaczył odkryło jedynie ułamkowy pierwiastek spośród wszystkich niewiadomych.
Westchnął, odrywając się od ściany. Zgasił papierosa, nie patrząc już na chłopaka. Zamknął okno, upewniając się, że zarówno na niebie, jak i na lądzie nie widzi nikogo, kto mógłby go namierzyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Pią Lip 21, 2017 10:38 pm




Ciężko oddychając odchylił głowę ku tyłowi, przymykając przy tym zmęczone powieki. Serce biło mu jak oszalałe, nawet kiedy atmosfera pożądania już dawno zdążyła rozpłynąć się w powietrzu, popadając w niebyt. W dalszym ciągu czuł na jasnej skórze jego dotyk, pomimo, że ten był tylko słodkim i niewyraźnym wspomnieniem minionej chwili. Kark zaś łaskotał ciepły oddech, którego już dawno nie było. Do diabła z tym!
Warknąwszy pod nosem potarł szyję z tyłu głowy, po czym zmusił się do podniesienia. Dość niepewnie stanął na chwiejnych nogach. Następnie niezgrabnie naciągnął na podrażniony tyłek bokserki wraz ze spodniami, nie trudząc się jednak zapinaniem paska czy chociażby guzika. Miał w zamiarze zniknąć za drzwiami łazienki, by móc tam się zaszyć w nadziei, że Carver znacznie wcześniej, niż później, postanowi pójść spać. Nie miał siły na dalszą konfrontację z nim. Dlatego też wszelkie uwagi żołnierza puścił mimo uszu, dosyć sprawnie ignorując jego zasraną osobę. Był na niego wściekły, choć sam nie wiedział tak naprawdę dlaczego. Chociaż na dobrą sprawę miał wiele ku temu powodów. Alec Carver wtargnął nieproszony do jego życia wprowadzając w nim zamęt oraz brak swobody. Na każdym kroku go obrażał i starał się za wszelką cenę zdominować. Okłamywał go. Pozbawiał powietrza. A na końcu... Na końcu miał zamiar sprowadzić go do poziomu nic nie wartej dziwki. Tak, Lynx miał wystarczająco dużo przyczyn by nie pałać do niego szczególną sympatią. Ba, miał nawet pełne prawo do tego, by go nie znosić.
Ruszył mozolnie w stronę drzwi wcześniej obranego przez siebie celu. Nim jednak uszedł chociażby do połowy drogi - stanął. Niechętnie spojrzał na mężczyznę, marszcząc ciemne brwi. "Nie zabiłem Adelide", niby jak miał to rozumieć? Czyżby nagranie było sfałszowane? Jeżeli tak, to dlaczego? Jeżeli nie, to co miał na myśli Carver? Przez dłuższy moment wpatrywał się tępo w postać stojącą przy oknie, próbując pojąć sens wypowiedzianych przez niego słów. Nie było to łatwe, biorąc pod uwagę ile wypił. Jego umysł był zmącony, nie potrafiący logicznie poskładać faktów w spójną całość. Porzucił więc próby zmuszenia szarych komórek do pracy. Nie miało to sensu... Tym razem musiał odpuścić. A przynajmniej tę kwestię, gdyż mężczyzna ponownie się odezwał, nie dając hakerowi spokoju.
- Czy zabiłem człowieka?- powtórzył za nim szeptem, zjeżdżając wzrokiem na podłogę. Zamyślił się przez chwilę.

W ciasnym pokoju panował półmrok. Jedynym źródłem światła była niewielka stara lampka, która stała na zagraconym biurku. W pomieszczeniu znajdowały się dwie sylwetki. Jedna należała do  mężczyzny o dość przysadzistej posturze, druga do szczupłego młodzieńca. Milczeli. Nagle ciszę zmącił odgłos odbijającej się otwartej dłoni od kościstego policzka. Siła uderzenia przekrzywiła głowę chłopca w bok, wprawiając w ruch czarną, gęstą czuprynę. Syknął. Drżącą dłonią przykrył pulsujący, czerwony ślad po wielkiej łapie. Pomimo strachu spojrzał na starszego z pogardą bijącą z niebieskich tęczówek. Nie zdołał jednak powstrzymać łez, które nieproszone popłynęły po przyjemnej dla oka buzi.
- Jesteś obrzydliwy. Tacy jak ty powinni być zarzynani zaraz po urodzeniu. - powiedział mężczyzna, uśmiechając się z nieukrywaną satysfakcją. Czerpał chorą przyjemność z przewagi nad słabszymi, upajając się ich bezradnością i strachem tlącym się w sercu. Zawodowo jako nauczyciel nie miał możliwości spełnienia tych zachcianek w dostatecznym dla niego stopniu. Odkąd jednak przyszło mu wraz z żoną opiekować się nastoletnim, osieroconym chłopcem, mógł puścić wodzy swoim niepoprawnym fantazjom. Zwłaszcza gdy jego droga małżonka wychodziła z domu.
- A teraz słuchaj uważnie szczylu. - warknął, nie wiadomo kiedy łapiąc za krucze kosmyki. - Masz robić WSZYSTKO co ci każę. Znam przecież twoją wstydliwą tajemnicę. - przypomniał mu.
- Nie chcę... Nigdy więcej tego nie zrobię! - tchnął słabo chłopiec. Grube palce mocniej zacisnęły się na jego włosach.
- Zrobisz i nikomu nie powiesz. Taka była umowa, prawda? - szepnął mu do ucha, puszczając wolno. Chłopiec otarł łzy wierzchem dłoni. Nie miał wyboru.


- A jeśli tak, to znaczy, że mogę kazać ci spierdalać do woli? - odpowiedział chłodno, wracając spojrzeniem na przystojnego wojskowego. - To ty jesteś nudny Carver, powtarzasz się. Ciągle i wciąż te same groźby... - westchnął aktorsko, formując usta w słabym uśmiechu.
***
Następnego dnia zmył się z mieszkania nim Carver zdążył w ogóle się obudzić. Przez kilka następnych, równie sprawnie unikał spotkań ze swoim pseudo współlokatorem. Mogłoby się wydawać, że był nieco skrępowany ich nieudanym romansem, nic jednak bardziej mylnego. Ich zdecydowanie zbyt krótką chwilę bliskości puścił bez trudu w niepamięć, bowiem jego myśli były zajęte zupełnie czymś innym. Powziął sobie za cel rozwikłania zagadki związanej z nagraniem, które sam odnalazł. Cyfrowy obraz odtwarzał w kółko szukając w jego kodzie jakichkolwiek oznak, świadczących o tym, że ktoś przy nim majstrował. Niestety wyglądało na autentyczne. Znów więc wrócił do punktu wyjścia, tym razem bardziej uważnie badając biografię młodej przyjaciółki Carvera. Szukał i szukał aż w końcu znalazł coś interesującego. Nie miał jednak zamiaru od razu się z tym zdradzić. Swoje odkrycie zachował do siebie, chcąc zbadać jeszcze parę faktów.
- Mogę iść z tobą? - wypalił, któregoś wieczora, gdy natknął się na korytarzu na Aleca kierującego się w stronę drzwi frontowych. - Chciałbym ci potowarzyszyć. - nalegał doskonale wiedząc dokąd wybierał się wojskowy. Od kilku tygodni wychodził późnymi godzinami w celach zarobkowych. Ów dochód zaś uzyskiwał podczas walk ulicznych, które odbywały się w "podziemiach miasta". Lynx ciekaw był jak to dokładnie wyglądało, poza tym chciał też poobserwować samego mężczyznę, uznając, że wie o nim jeszcze zbyt mało. - Słowo, będę trzymał się z daleka i nie wchodził ci w drogę. - dodał wciągając przez głowę czarną bluzę z kapturem, dając tym samym wojskowemu znać, że jest gotów do wyjścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Yesterday at 10:01 pm

Raz jeszcze spojrzał na niego, gdy z lekkim trudem usłyszał rozbrzmiewający w powietrzu szept. I w momencie, w którym napotkał na drodze swego wzroku widok zamyślonego oblicza Lynxa, wiedział, że pomylił się, zakładając przeczącą odpowiedź. On też nie wiedział nic o tym dzieciaku, to prawda. Być może stracił czujność przez lata monotonnego życia i teraz nie potrafił dostrzec drugiego dna, czy też, w tym przypadku, drugiej twarzy. Czy mogło być tak, że gówniarz ten w rzeczywistości nie był zwykłym, bezmyślnym i narwanym małolatem, za którego brał go Alec? Czy może nawet to Lynx miał przewagę nad żołnierzem? Nie. Nie mógł oślepnąć aż tak. Za każdą postacią kryła się historia. Nie powinno dziwić Aleca to, że młody chłopak żyjący w takim miejscu dopuścił się w życiu zbrodni morderstwa. Lecz ich zbrodnie różniły się. Haker nie zostawił tego za sobą, Alec mógł odczytać to z jego postawy. Odebranie życia zawsze odbija swoje piętno na odbierającym. Każde inne – większe, mniejsze, a może nawet ledwie wyczuwalne. Ludzie wcale nie są równi, niezależnie od tego czy dopiero mają przyjść na świat, czy żyją, czy umierają, czy dawno umarli. Każdego wspomina się inaczej. Innych nie wspomina się w ogóle. Ilu twarzy już nie pamiętał? Kiedy wszedł w ten moment, gdy przestał czuć się winny, gdy przestał choćby próbować ich zapamiętać? I tak jak za każdą postacią stoi inna historia, za każdym morderstwem stoją inne pobudki i każda z nich skutkuje inaczej. Z jakimi więc demonami zmaga się Lynx? Alec musiał przyznać przed samym sobą, że poczuł się zaintrygowany.
Powinieneś nauczyć się doceniać groźby – szepnął już sam do siebie, nie będąc właściwie pewnym, czy to była tylko myśl, czy głośno wypowiedziane słowa. Już kilka chwil wcześniej jego myśli odnalazły inny tor, a Alec wypowiedział tę kwestię zupełnie machinalnie, by ostatecznie nie zaszczycając Lynxa kolejnym spojrzeniem, udać się do sypialni.

[  P I Ę Ć      D N I      P Ó Ź N I E J  ]

A jednak. Lata pielęgnowania rutyny spokojnego życia, które nie zmuszało do zbyt częstego pobudzania szarych komórek, poskutkowało ostrym spadkiem czujności i niemożnością przewidzenia zbyt wielu ruchów w przód. Zawodowo był cieniem tego, kim był podczas wojny. Nie na froncie. Wtedy, gdy już z frontu zszedł i zaczął zajmować się czymś zgoła innym.
Tu też popadł w lekką monotonię. Nie wychodził, gdy nie musiał, a gdy już wychodził to po to, by zarobić. W przypadku zakupów zaczął ograniczać się do dawania pieniędzy Lynxowi, aby nie narażać się zbyt często na możliwość rozpoznania przez tutejszych, a także tych, którzy tutejszymi wcale nie byli. Jakieś dwa dni temu dostrzegł, że ulice i uliczki zaroiły się od rządowych. Paradoksalnie, media przycichły. Lata służby nauczyły Aleca w niezawierzanie zbiegom okoliczności i czuł wręcz w kościach, że coś się święci. Jednego dnia w drodze na "arenę", jak zwykł zwać prześmiewczo podziemny magazyn, którego został stałym bywalcem, był moment, gdy zrobiło się gorąco. Szli wprost na niego i sam nie był pewien, czy to obszerny kaptur, czy młody wiek niedoświadczonych służbistów uratował mu tyłek. Korzystając z najbliższej okazji, rozpłynął się między ciaśniejszymi uliczkami, by przeczekać na jednym z dachów nacierającą falę. Wtedy właśnie, patrząc z góry, dostrzegł jak zaskakująco dużo się ich zbiegło. To oznaczało zorganizowaną akcję i ten moment, w którym jego wolność przestała być dla władz chwilowym problemem, a przedłużającym się zagrożeniem, które należało usunąć natychmiast. Zamiast pójść na arenę, wrócił do mieszkania, by zaszyć się w nim na kolejne dwa dni.
Tego popołudnia oczekiwał spotkania z Adelide. Jego poszukiwania w końcu poskutkowały odzewem ze strony jednego z miejscowych, który przekonywał, że wie o kogo może mu chodzić. Alec nie był głupcem, podchodził do tego z należytym dystansem i właściwie nie wierzył mężczyźnie. Ukrywając twarz pod materiałem ciemnego kaptura ruszył na miejsce domniemanego spotkania, nie zamierzając wcale pojawiać się tam otwarcie dopóki nie dostrzeże dziewczyny. Zaszył się w oknie jednego z opuszczonych mieszkań w pobliżu, obserwując plac, na którym miał pojawić się facet i dawna przyjaciółka. Ten pierwszy faktycznie się zjawił.
Za kogo wy mnie uważacie? – mruknął sam do siebie, niedowierzając, że mundurowi poukrywani w zakamarkach naprawdę oczekiwali, iż ich plan poskutkuje. Ktoś go mocno nie doceniał. Cmoknął z rozdrażnieniem i nie czekając aż zaczną się bardziej starać, odwrócił się od okna w celu zabrania tyłka do domu.
Oddech ugrzązł mu w gardle, gdy poczuł jak w szyję wbija mu się długa, gruba igła. Wpuszczony środek działał na tyle szybko, że nim szare tęczówki znikły pod powiekami, zdążył jedynie dostrzec żmijowaty uśmiech rozciągający się na doskonale znanej mu gębie. Chciał coś powiedzieć, lecz  język odmówił mu posłuszeństwa i z gardła wydobył tylko nieładny charkot.
Jak długo tu był? Jak długo za nim stał? Jak go wykr...
– Samotne wilki żyją krótko, Alec. Przecież obiecałem, że wspomnisz moje słowa. – Opadł na podłogę, z trudem pojmując sens słów, które faktycznie słyszał dawno temu, z tych samych ust.

[  O B E C N I E  ]

Przestał szukać Adelide. Widział, że Lynx się nie poddał, lecz Alec i owszem. Co więcej, nie chciał spotkać dziewczyny. Jej potencjalna obecność w jego obecnym życiu, stałaby się niewygodna. Zrozumiał, że nie może mu pomóc. On za to mógł jej zaszkodzić, a to nie był jego cel. Jego celem był...
Słucham? – Odwrócił się w stronę Lynxa z wysoko uniesioną brwią, patrząc nań powątpiewającym wzrokiem i z trudem wstrzymując pobłażliwy uśmiech. – Czy ty przypadkiem nie znosisz źle widoku krwi? – Przypomniał sobie minę chłopaka, gdy wyciągał spod swej skóry mikro chip i z ogromnym wysiłkiem powstrzymał się przed szyderczym prychnięciem. Odkrząknął, wzdychając krótko i odwrócił się z powrotem w stronę drzwi.
Jeśli zemdlejesz, nie będę niósł cię z powrotem – zaznaczył, dając tym samym niebezpośrednie przyzwolenie. I nie myliłby się ten, kto powie, że Lynxowi poszło zbyt łatwo, a Alec zdawał się nazbyt uprzejmy jak na swój ciężki do zniesienia charakter. Wkładał w końcu wiele wysiłku w to, by nie szydzić, nie kpić i nie ośmieszać. Nie potrzebował dłużej Adelide, teraz potrzebował Lynxa. A żeby mieć go w garści musiał przypomnieć sobie to, czego nauczył się kiedyś. Wykorzystywania ludzkich emocji.
Idąc śladem blondyna, zarzucił na głowę kaptur i podążył dobrze mu znanymi drogami w milczeniu. Jego oczy przesuwały się po zatopionych w biedzie ludziach, kobietach przepłukujących ubrania w rynsztoku, dziwkach oddających się po kątach i, wyglądających na pół-martwych. dzieciach żebrzących w co bardziej zatłoczonych miejscach. To były skrajne przypadki lecz te skrajne przypadki występowały tu w zaskakująco dużej ilości. Im dalej szli, tym gorzej to wyglądało.
Wszyscy żyją tu w ten sposób? – odezwał się w końcu, z zamyśleniem patrząc na bawiących się bez entuzjazmu chłopców. Zdawać by się mogło, że do Aleca w końcu zaczęła docierać waga problemu. Że zaczął zauważać o co walczą rebelianci. Alec jednak nie wychował się w otoczeniu, które nauczyłoby go empatii. Ale wiedział, jak empatia i współczucie wyglądają i to wystarczyło mu w zupełności, by czuć się wystarczająco pewnie w poruszaniu trudnych tematów, gdzie tychże cech oczekiwano.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
_LYNx

avatar

Liczba postów : 9
Join date : 30/11/2016
Age : 97

PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   Today at 2:12 am





Szczerze powiedziawszy Lynx nawet przez chwilę nie łudził się, by Alec Carver szybko i bez gadania mógł zgodzić się na zabranie go ze sobą. Tym większe więc było jego zdziwienie w momencie, gdy w tak łatwy sposób uzyskał pozytywną odpowiedź. Było to na tyle nieoczekiwane, że na początku zrobił jedynie głupią minę, wpatrując się tępo w wojskowego, przypominając tym samym bezmózgą amebę. Dopiero po chwili pokusił się o podejrzliwe spojrzenie, a następnie o wykrzywienie ust w zadowolonym uśmiechu.
- Stary... Co innego jest grzebanie nożem we własnym mięsie, a co innego widok obitej mordy. - odparł na swoją obronę, niezbyt skutecznie maskując dreszcz, jaki przeszedł mu po kręgosłupie, gdy tylko wrócił pamięcią do sceny w której żołnierz jakby nigdy nic rozciął sobie pół ręki. W zasadzie samo rozcięcie nie było takie znowu straszne, czy poruszającego. Gorzej zadziałało na niego niezbyt delikatne dłubanie w ranie i co gorsza wyciągnięcie z niej ciała obcego, które ostatecznie wylądowało na jego własnej dłoni. No bo do cholery, kto normalny tak robi?!
Podejrzewając, że jego niewyparzona gęba mogłaby nakłonić Aleca do zmiany decyzji, nie powiedział ani słowa więcej, zaraz wychodząc za nim na klatkę schodową, po czym skierował się stopniami w dół. Było dość późno, dochodziła pierwsza nad ranem. Z tej też przyczyny, gdy tylko wyszedł na zewnątrz poczuł chłodny acz rześki powiew wiatru. Cicho ziewając naciągnął na jasną czuprynę ciepły kaptur i bez ociągania ruszył wyznaczoną przez wojskowego trasą.
Poruszali się samymi bocznymi uliczkami, co zapewne było celowym działaniem Carvera. Był poszukiwany, tak więc o wiele rozsądniej było trzymać się w cieniu. Niestety zmusiło ich to do podziwiania mało atrakcyjnych dla oka widoków, które tak brutalnie obnażały panujące w tej części miasta ubóstwo. Lynx nigdy nie doświadczył aż tak skrajnej biedy na własnej skórze, niemniej wiele się napatrzył w swoim życiu. Jednak mimo to za każdym razem podobne obrazy ściskały go za serce. Nie mógł znieść świadomości, że nie musi to tak wyglądać. Że wystarczyłoby, by bogate dupki przestały pchać do swoich kieszeni więcej niż potrzebują, a rząd zaczął interesować się proletariatem chociaż w małym stopniu. Od dnia narodzin los tych ludzi był przesądzony. Urodziwszy się w uboższych rodzinach już na starcie byli skazani na porażkę. Nie było mowy o wybiciu się. Z kolei sukcesem i szczytem marzeń było samo przetrwanie i nie skończywszy jako ćpun czy uliczna dziwka.
Cicho westchnąwszy wyciągnął z kieszeni fajkę. Otoczył ją ustami, po czym chciał odpalić, co w zasadzie przerwał, gdyż nagle rozległ się głos wojskowego. Lynx niespiesznie zerknął na niego, po czym nie wyciągając papierosa z pomiędzy warg odpowiedział:
- Tylko ci, którzy mają sumienie. Reszta dawno nie żyje bądź dorabia się na cudzym nieszczęściu. - jego ton był chłodny i bez emocjonalnego wyrazu, podobnie jak spojrzenie niebieskich oczu. - Wiesz czym się różnimy od nich? - zagaił odpalając koniec peta. Przez moment milczał zaciągając się nikotyną i całym badziewiem jaki był owinięty w cienką bibułę papierosa. - Nie jesteśmy bystrzejszy, mądrzejsi ani w niczym lepsi. Mieliśmy po prostu więcej szczęścia. Równie dobrze mogliśmy być na ich miejscu. Życie to pierdolone koło fortuny. - odparł w końcu, puszczając z ust kłąb szarawego dymu.
Po niespełna trzydziestu minutach spaceru żwawym krokiem poprzez obskurne dzielnice, dotarli do niewielkiego lokalu. Chociaż lokal to zbyt dużo powiedziane, gdyż bardziej przypominało to upadającą spelunę. Nie przysiedli jednak przed barem, kierując się od razu w stronę zaplecza. Tam następnie przez wąski korytarz do tylnego wyjścia na niewielkie podwórko, by ostatecznie przejść przez niskie drzwi do piwnicy na przeciwko.
Początkowo miejsce wyglądało na opuszczone. Gdy jednak weszli głębiej dało się posłyszeć męskie krzyki, tłuczenie szkła i ogólną wrzawę. Gdy znaleźli się na bardziej otwartej przestrzeni od razu uderzył w nich drażniący zapach będący mieszanką potu, wilgoci, dymu papierosowego oraz krwi. Weszli między tłum. Lynx lekko się krzywiąc, mocniej wcisnął ręce w kieszenie w dalszym ciągu uparcie pilnując się szerokich pleców swego towarzysza.  Zaczął zastanawiać się jakim cudem Alec dotarł do tego miejsca. Nie był przecież stąd, ani tym bardziej nie miał żadnych znajomości czy kogoś, kto mógłby go wprowadzić. Co prawda Lynx również mógł tam wejść jakby nigdy nic, niemniej nie dopuszczano tam do walk byle kogo. Haker rozpoznawał niektórych z obecnych mężczyzn, wiedząc, że ci byli dość wpływowi w tym rejonie. Każdy z nich dopuszczał swoich faworytów do walk, stawiając na nich nie małą kasę. Przypominało to trochę walkę kogutów, z tym że w ludzkiej wersji.
-Kto jest twoim sponsorem? - zapytał, stanąwszy bliżej szatyna, gdy ten się zatrzymał. Było własnie w trakcie rozgrywki. Wszyscy zagrzewali uczestniczącą dwójkę do walki, krzycząc i dopingując, formując przy tym z własnych ciał okrągły ring. W środku stało dwóch walczących oraz ktoś w rodzaju sędziego, który w zasadzie był jedynie odpowiedzialny za okrzyknięcie zwycięscy, gdyż Lynx zdążył już zauważyć, że podczas walki nie obowiązywały żadne zasady.
- Jakim cudem do domu wracasz prawie bez rysy? - jęknął blondyn przypatrując się opuchniętym i zakrwawionym twarzom walczących. Jeden z nich miał taką śliwę, że obrzęk sprawił, iż nie było praktycznie widać lewego oka. Drugiemu z kolei znacznie przestawiono nos.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |   

Powrót do góry Go down
 
They see...» | D-87 | dystopia | s-f | ⚣ | 2 os. | bn |
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: