IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 05, 2017 8:46 pm

Uniwersytet w Seaberg na południowym wschodzie Vermont nie mógł się równać z taką sławą stanu jak ten w Cambridge, rozmiarami jak i usytuowaniem przypominając Bennigton, jednakże coś sprawiało, że jego budynki nigdy nie świeciły pustkami, nadając sennemu miasteczku cykliczny nurt, który wraz z pogodą wyznaczał przemijający czas. Może to był klimat tworzony przez rozświetloną słońcem mgłę o każdym poranku, obietnica odkrycia jakiejś tajemnicy wyszeptywana przez szumiące na wietrze drzewa, czy orzeźwiający zapach jodu unoszący się znad oceanu. Bardziej pragmatyczne umysły twierdziły zwyczajnie, że nad oceanem śmierdzi rybą, a miasto zamieszkują konserwatyczne pierniki, które nie potrafią dostrzec tego, że Seaberg nie stało się zatęchłą dziurą jedynie dzięki napływowi młodej krwi garnącej się do nauki - nie można było jednak zaprzeczyć, że wysoki próg wejścia przy średniej wagi opłatach oraz dobrej kadrze nauczycielskiej zapewniał zawsze nowych studentów i nauczanie na wysokim poziomie bez całej tej otoczki cechującej nadętych i bogatych bufonów odczuwalnej na wielkich uczelniach państwowych. Seaberg stało się areną stałych zwarć między pokoleniami w tym samym czasie propagując tradycję i postęp, będąc w ten sposób atrakcją zarówno dla studentów jak i ustatkowanych już rodzin.
Wydarzenia z początku jesieni w roku 2016 może nie wstrząsnęły miasteczkiem, ale skutecznie niszczyły stabilność nastroi niczym fale podmywające klif. Już w pierwszych dwóch tygodniach semestru doszło do zaginięcia jednej z najlepszych studentek na uczelni, wywołując wśród studentów i kadry nauczycielskiej słuszne niepokoje. Pewnego dnia Lilian Rhodes po prostu nie przyszła na zajęcia - jakkolwiek z uwagi na wysoką frekwencję dziewczyny niektórych to zdziwiło, tak nikt się nie niepokoił - do czasu, gdy jej nieobecność nie przedłużała się ponad tydzień. Wszystkie jej prywatne rzeczy znajdowały się na swoim miejscu w jej zamkniętym na klucz pokoju wykluczając w ten sposób nagły wyjazd z uczelni, który i bez tego byłby podejrzany z uwagi na to, że Lilian miała w tym roku ukończyć naukę. Dyrekcja zareagowała natychmiast, wzywając służby bezpieczeństwa do wszczęcia dochodzenia i wprowadzając kontrolę tożsamości wchodzących i wychodzących z budynków. Spotkało się to z falą krytyki przypominającej, że żyją w XXI wieku, jednak zwolenników działań dyrekcji nie brakowało.
Było to jednak wydarzenie mające wpływ jedynie na uczelnię, nie Seaberg - do czasu, gdy nie spłonęła drewniana stodoła będąca najstarszym budynkiem miasta o statusie zabytku. Gazetki Seaberg rzuciły cień podejrzenia na studentów, co w mig podchwyciła starszyzna, domagając się przeprosin i zadośćuczynienia z ich strony. Samorząd uniwersytetu wstrzymywał się z wystosowaniem stosownego pisma broniąc się brakiem istniejących dowodów wskazujących na czyjąkolwiek winę.
Jak w każdym konflikcie, istniały osoby dostrzegające punkt widzenia obu stron - nie powstrzymało to jednak otoczenia od tworzenia wyizolowanych, wzajemnie sobie niechętnych klik.


Słowo od autora
Skupiamy się głównie na college'u, mając w tle podejrzenie zbrodni i niechęć ze strony miasteczka. Chciałabym, aby było maksymalnie 6 osób piszących w opowiadaniu, przed dołączeniem prosiłabym o skonsultowanie ze mną swojego pomysłu na postać - aby wszystko trzymało się kupy.
W kartach postaci arty i mile widziane opisy.
To tyle! Brzmi chyba straszniej niż zamierzałam. ;P

Akcja zaczyna się pod koniec października - ok. miesiąc od zaginięcia Rhodes i tydzień od spłonięcia budynku.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Wto Lut 21, 2017 10:47 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 05, 2017 8:50 pm

Lucy Chang
the taste of blood
22 lata, III rok, Historia sztuki

Wiesz - powiedziała, odpalając kolejnego już tego dnia papierosa. - Ja zawsze chciałam od życia czegoś więcej. Już od dzieciństwa żyłam w przekonaniu, że świat to za mało, że musi być coś jeszcze.
Od początku żyłam na styku dwóch różnych światów. Moja mama jest Francuzką, zagorzałą katoliczką, a tata pochodzi z Chin. Rozumiesz, to kulturowy misz-masz. Najpierw nie zdawałam sobie z tego sprawy, po prostu mieliśmy jakieś tam swoje tradycje... Potem powoli dostrzegałam różnice, a jeszcze później - podobieństwa. Bo to wszystko jest ze sobą jakoś powiązane, tworzy jedną całość. Dlatego zaczęłam szukać. Początkowo dość nieudolnie, ha ha, przekopywałam Wikipedię i myślałam, że pozjadałam wszystkie rozumy. Czytałam o buddyzmie, taoizmie i chrześcijaństwie. Wtedy chyba zaczęło się moje zainteresowanie sztuką. Miałam jakieś czternaście lat... może piętnaście? - charakterystycznym ruchem dłoni przerzuciła sięgające nieco za ramiona włosy z prawej strony na lewą. - Pojechałam z rodzicami do Rzymu, tata miał tam jakieś sprawy do załatwienia. Jako, że wtedy bardzo interesowałam się religiami, mama zabrała mnie na wycieczkę do Watykanu. Zobaczyłam "Pietę" Michała Anioła i przepadłam. Wtedy jeszcze nie myślałam, że w jakikolwiek sposób będę z tym wiązała swoją przyszłość. Ot, ciekawe hobby. Po powrocie do domu podjęłam pierwsze próby malowania ust krwiście czerwoną pomadką, zaczęłam nosić beret i czarne golfy. Czułam się wielką artystką, bo trochę malowałam akwarelami, a podczas gdy moi znajomi chodzili na swoje pierwsze imprezy, ja spędzałam czas w galeriach sztuki. - Uśmiechnęła się do wspomnień. - Jak teraz o tym myślę, to było trochę zabawne.
Nowy Jork, w którym wówczas mieszkałam, oferował duże możliwości. Wernisaże, wystawy, happeningi i performance... Byłam nawet na jednym z pokazów Mariny Abramović, naprawdę ciekawe doznanie. Żyłam tak sobie wśród artystycznej bohemy, ale - znów - po pewnym czasie przestało mi to wystarczać. Zaczęłam zagłębiać się w filozofię. Poszukiwałam odpowiedzi na pytania, na które nie istniały odpowiedzi. Spotykałam wtedy bardzo dziwnych ludzi... Jakoś w połowie liceum dołączyłam nawet do sekty. - Kąciki jej ust nieznacznie drgnęły. - Na początku to była tylko "zabawa". Próbowaliśmy coś robić z tablicą Ouija i piliśmy krew - oczywiście przebadaną. Trochę to było głupie. Ale nieźle się w to wkręciliśmy, a potem zaczęły się dziać nieco dziwne rzeczy...
Bo wiesz, od małego miałam takie dziwne przeczucia. Zawsze wiedziałam, że coś się stanie, tylko nie potrafiłam sprecyzować co. Czasem zdarzało mi się coś wyśnić... I wtedy też tak było. Pamiętam, że od tygodni miałam jakieś koszmary. No, rozumiesz, budziłam się w środku nocy, oblana potem. A później, podczas jednego z naszych seansów, naszego kolegę opętało. Przynajmniej tak nam się wtedy wydawało... Nikt z nas nie był pewny co widzieliśmy tego wieczora, ale wiedzieliśmy jedno - nie zapomnimy tego do końca życia. Odprawiali na nim później egzorcyzmy, raz nawet byłam tego świadkiem. Straszne przeżycie, w dodatku naprawdę dziwne. Później gość spędził parę miesięcy na leczeniu psychiatrycznym, ale już jest z nim okej. Kończy studia na Columbii i niedawno się zaręczył z jedną Greczynką, tydzień temu dostałam zaproszenie na ich ślub. Jeszcze nie wiem, czy pójdę. Przed laty odcięłam się od tego środowiska. A z tym też wiąże się historia. Ogółem niepokojących historii mieliśmy wtedy sporo, ale ta była szczególna...
To było w ostatniej klasie. [...]
Po skończeniu liceum dostałam się na prawo, na Yale. Rodzice pękali z dumy, uniwerek ligi bluszczowej. Miałam w końcu być ich idealnym dzieckiem, wymarzoną córeczką w ciasnym sweterku i plisowanej spódniczce. - Spojrzała na swój strój będący perfekcyjnym przykładem stylu preppy. - Zbyt długo tam nie wytrzymałam. Po pierwszym semestrze zrezygnowałam i wyleciałam na Sri Lankę, potem do Włoch. Rodzice nie byli zbyt pocieszeni, ale co mogli zrobić? Jestem dorosła, nie mogli dać mi szlabanu i siłą zmusić do powrotu na studia.
We Włoszech mieszkałam w małym górskim miasteczku i znów malowałam, tam w jakiś sposób odzyskałam spokój po wydarzeniach z liceum, a także powróciła moja miłość do sztuki. Dlatego tutaj wylądowałam. Miałam dość wielkich miast, dziwnych ludzi. Chcę spokoju. Myślałam, że przeprowadzka do Seaberg mi go da. Widzisz, mieszkam tu już trzeci rok, zdążyłam znaleźć nowych przyjaciół. Zwykłych ludzi, takich ze zwykłymi problemami dnia codziennego. Zaprzyjaźniłam się ostatnio z Lilian. Kojarzysz ją, nie? Poznałyśmy się na jakiejś imprezie integracyjnej. Była naprawdę normalną dziewczyna, zapoznała mnie ze swoimi koleżankami, chodziłyśmy sobie na zakupy, opowiadały mi o chłopakach. Było fajnie.
Ale ostatnio znów miałam te niepokojące sny. A dzisiaj... - drżącą ręką rzuciła na stół dzisiejsze wydanie dziennika z wielkim nagłówkiem Zaginęła Lilian Rhodes. Z trudem odpaliła kolejnego papierosa, omal nie upalając pomalowanego na pudrowy róż paznokcia zapalniczką. - Kurwa... Czemu w moim otoczeniu zawsze dzieją się takie rzeczy? A najgorsze, że to chyba dopiero początek.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Pon Lut 06, 2017 12:40 am, w całości zmieniany 9 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 05, 2017 8:53 pm



Some brainiacs will tell you
Home is where your house and car is
But if you're brave enough to love the ones you hate the hardest
You might find home



Cuz sometimes home
Is where your deepest scar is
Society will try to cast you where they think your part is


Pierwsza liceum
- Co to?
Luke odwrócił się na pięcie, ocierając okulary, bo para z garnka, którego pokrywę uchylił, buchnęła i osiadła na szkłach. Uśmiechnął się lekko do ojca, który miał chmurną minę i widział złość w jego oczach, której źródła nie potrafił jeszcze określić.
- Mama wciągnęła się w swój nowy obraz, więc pomyślałem, że zrobię obiad-
- Nie wygłupiaj się, Luke - warknął ojciec ostro, aż chłopak się wyprostował. - Zostaw te gary. Kobiety są od gotowania.
Blondyn skrzywił się kwaśno.
- Kiedy ja-
- Bez dyskusji. Tego mi tylko brakuje. Może chcesz jeszcze do gastronomika pójść, co? Kursy robić?
Chłopak zacisnął usta, odłożył chochlę, robiąc przy tym większy hałas, niż było to koniecznie i minął ojca bez słowa.
- Nie chcesz usłyszeć, jak poszedł mi projekt?
Zatrzymał się w pół kroku. Nie, nie chciał teraz tego słuchać, ale mimo tego odwrócił się, włożył ręce w kieszenie i przysiadł na oparciu fotela, obserwując, jak pan domu, architekt, zdejmuje płaszcz, buty, odkłada walizkę, wszystko w odpowiednim tempie, aż w końcu woła żonę i dopiero siada na kanapie naprzeciw syna, by zdać mu relację z użerania się z klientami, inwestorami, budowlańcami oraz inne perypetie tego zawodu. Słuchał tego z uwagą, bo respektował rodziców i to, co robili, chociaż niewiele go to interesowało.

Trzecia liceum
- Czyli już zdecydowaliście? - Dziadek wpakował do ust wielki kawał jeleniny.
- Tak. Pójdzie na kulturoznawstwo i poświęci się sportowi, bo nauki ścisłe go nie pociągają - potwierdził Archie, ojciec Luke'a.
- Szkoda - stwierdził wujek Gerald, upijając łyk wina, a ciocia zawtórowała mu skinieniem głowy. - Lekarzy nigdy u nas za mało, a mówiliście, że dobrze sobie radził z biologii.
- Wszystkiego nie może robić - roześmiała się Ada, jego matka. - Tymczasem udało mu się zostać już w liceum kapitanem drużyny, prawda?
- Mamo... - Luke wywrócił oczami, zażenowany i zdenerwowany. Zawsze rozmawiali o nim i jego przyszłości, jakby znajdował się w innym pokoju. Czuł się jak piesek wystawowy, pieprzona Chihuahua.
- No co? Nie mogę się czasem tobą pochwalić?
Uśmiechnęła się szeroko i sięgnęła przez stół, by potarmosić mu włosy. Odchylił się do tyłu, rzucając jej niechętne spojrzenie.
- O, wyszło szydło z worka. Młodzież Seaberg - uniósł się dziadek, uruchamiając swój dawny wojskowy ton. - Szacunku trochę dla matki, młody człowieku.
- Tato, przestań - westchnęła ciężko Ada, a jej siostra, ciocia Lydia, zawtórowała jej skinieniem głowy.
- Nie przestanę. Ci młodzi w tych czasach...

Drugi semestr studiów
- No i zostaliśmy sami. Wszyscy śpią.
Lilian przekręciła się na kanapie w jego stronę. Jej ciało wygięło się w dwa łuki - ramion i bioder. Uśmiechnęła się, wędrując spojrzeniem po jego twarzy.
- Jak się z tym czujesz?
Luke na pewno czuł się nietrzeźwo, nieświeżo i niebezpiecznie lekko. Obrócił głowę w stronę dziewczyny, a mózg w czaszce zachlupotał mu w środku, przelewając się na wszystkie strony, jak woda w szklance, gdyby próbował złapać balans stojąc na piłce do jogi. W związku z tym bał się otworzyć usta, by czasami coś się z nich nie wydobyło, coś co czaiło się gdzieś na dnie jego żołądka. Milczał.
- Chyba mnie nie zostawisz teraz samej, co, Luke? - szepnęła cicho, przysuwając się bliżej niego. Ledwo rejestrował, co się działo, ale oprzytomniał, gdy poczuł jej oddech. Przymykała już oczy. Szarpnął się niespokojnie, a wtedy Lilian zmarszczyła brwi. - O co chodzi? Myślałam, że mnie lubisz.
Starając się uciszyć kołatanie w głowie, odparł niezbyt wyraźnie:
- Bo cię lubię.
- I to tyle?
- Lubię cię.
- Luke?
Zamknął oczy.
- Luke! Ej!
Poczuł szturchnięcie w ramię, które omal nie położyło go na kanapie, więc prędko rozwarł powieki, nim dziewczyna wpadłaby na pomysł, by zrzucić go na podłogę.
- Jesteś gejem?
Skrzywił się.
- Nie jestem- Nie.
- To w czym problem?
- Lilian... - jęknął. - Przestań być pijana.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Nie Lut 05, 2017 11:03 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 05, 2017 8:53 pm

Richard F. Oliver
What if all these fantasies
Come flailing around
Now I've said too much

(będzie lepszej jakości, gdy skończę dzieło Razz)
Twarz wykrzywiona w wyrazie nienawiści zawisła nad nim, wywołując w nim słaby odruch zakrycia się. Czuł, że coś ciepłego wypływało mu z nosa na usta, utrudniając spazmatyczne oddychanie.
- Wynoś się z mojego domu, sukinsynie.
Nie próbował mu przypomnieć, że obraża własną świętej pamięci małżonkę.

- Powinieneś zadzwonić po pogotowie - odezwała się właścicielka drobnych, gładkich dłoni ścierających mu spod nosa krew medycznym tamponem.
- Ukradli mi telefon - odpowiedział Ricky mrużąc łzawiące od bezlitosnego światła oczy.
- Wiesz, kto to był? Zrobimy ci obdukcję i...
- Nie mam pojęcia. Nie chcę żadnej obdukcji.
Gdy pielęgniarka wyszła, chłopak spojrzał na swoje półnagie ciało poznaczone czerwienią wykwitłą pod skórą i przechodzącą gdzieniegdzie w siną zieleń. Schylił się z trudnością po aparat w plecaku, który zdążył zabrać z domu. Miał tam też swój album i wszystkie oszczędności, które zebrał rozprowadzając wśród młodzieży zioło. Od tego dnia przez ponad miesiąc fotografował swoje ciało zmieniające kolor z czerwieni przez zieleń i fiolet, by ostatecznie przejść w żółty i wrócić do swojego zdrowego kolorytu.

W Seaberg mieszkał od prawie dziesięciu lat, to jest od kiedy zmarła jego matka i przenieśli się tu z ojcem - Richardem Seniorem. Nigdy nie był pewny, co tak właściwie sprawiło, że ojciec się na nim wyżywał - może był zbyt podobny do matki, był za mało męski, nie interesował się dostatecznie ścisłymi naukami, nie miał tylu przyjaciół co ojciec, był introwertyczny, nie miał jeszcze nigdy dziewczyny albo był ciągle zbyt zamyślony i nie opowiadał, co się działo w szkole. To nie było tak, że ojciec ciągle go bił. Czasem był z niego dumny, czasem patrzył na niego z dezaprobatą, a czasem po prostu Richard Junior zrobił coś, co przelało szalę goryczy u ojca i przez następny tydzień chodził w długim rękawie nawet, gdy było ponad 20 stopni Celsjusza.
Wszystko toczyło się swoim znośnym torem do czasu, gdy ojciec po pierwszym semestrze na uniwersytecie Ricky'ego nie postanowił obejrzeć sobie jego ocen w indeksie. Wtedy się okazało, że młody Richard wcale nie wybrał sobie nauk ścisłych jako kierunek, a pieprzoną fotografię. Na jego twarzy oświetlonej rozproszonymi promieniami odbił się taki szok, że chłopak poczuł przemożną ochotę uwiecznienia tego momentu na zawsze. Po chwili już leżał na podłodze, próbując się osłonić przed ciosami. Teraz, gdy o tym myślał, było w tym coś tragikomicznego - nie lubił wzniosłych porównań, ale nazwałby siebie Ikarem, który właśnie spadał ku lądowi za próbę wyrwania się z narzuconych mu ram. Zdecydowanie tak zatytułowałby zdjęcie uchwycające tamten moment.

Teraz rozpoczynał swój drugi rok fotografii. Nie uważał, by wraz z przeprowadzką z domu do kampusu miało się coś zmienić, więc nadal pozostawał cichym obserwatorem, uznawanym za nieszkodliwego dziwaka, który zaczepiony zawsze odpowiadał lekkim uśmiechem ukazującym maleńki dołeczek odziedziczony - pamiętał to dokładnie - po matce. Jedyne co się zmieniło, to fakt, że zarabiał na siebie całkiem sam rozprowadzając po staremu towar i nie musiał już nosić długich rękawów, które i tak nosił z przyzwyczajenia.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Pon Lut 06, 2017 12:27 am, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 05, 2017 8:53 pm


Imogen Ashton
Staying in my play pretend
Where the fun ain't got no end
Can't go home alone again
Need someone to numb the pain


Dan
Męska dłoń przejechała po odkrytym kobiecym udzie, zatrzymując się na wytatuowanych słonecznikach i gładząc je delikatnie. Imogen uśmiechnęła się w poduszkę.
- Wstawaj, skarbie - mruknął mężczyzna w jej ucho.
- Danielu, jest szósta rano. Nie mam zamiaru ruszać się z łóżka przynajmniej do czternastej.
Dan klepnął ją zadziornie w pośladek, po czym zsunął nogi poza materac i sięgnął po leżące na podłodze bokserki. Podszedł do zasuniętego żaluzjami okna i uchylił je, by wywietrzyć pokój. Udał się do łazienki.
Imo z westchnieniem odgarnęła rudoblond kosmyk wpadający jej do oczu i sięgnęła po leżący pod poduszką telefon. Miała jedną nieodebraną wiadomość.
Jestem dzisiaj wolny wieczorem. Wpadasz?
Zerknęła w stronę zamkniętych łazienkowych drzwi i szybko wystukała odpowiedź:
Dziewiętnasta, tam gdzie zwykle?
Schowała urządzenie do torby leżącej przy nodze łóżka i wysunęła się niechętnie spod ciepłej kołdry. Wyjęła z szafy spódniczkę z wysokim stanem i jasną bluzkę, a z szuflady cienkie rajstopy i świeżą bieliznę. Gdy Dan wyszedł z łazienki, ona była już prawie gotowa.
- Daj mi chwilkę i pójdziemy na śniadanie - ucałowała go w policzek. Jej chłopak zaśmiał się.
- "Chwilkę", czyli zdążę jeszcze obejrzeć odcinek Gry o Tron?

Jason
- Jak poszedł mecz?
- W porządku - wzruszył ramionami brunet. - Wygraliśmy, chociaż było ciężko.
- To dobrze.
Oboje umilkli. Rozmowa między nimi nigdy się nie kleiła. Imogen nie pociągał charakter Jasona. Nie był interesujący. Kolejny przystojny, pusty student, gracz drużyny lacrosse. Jedyne, czego od niego chciała, to seks.
Westchnęła i podniosła się z łóżka, szybko wkładając walające się na podłodze ubrania. Chłopak patrzył na nią niepewnie.
- Imogen... chyba powinniśmy przestać się spotykać.
Znieruchomiała, patrząc na niego.
- Dlaczego?
- Ja... myślę, że się zakochałem - wyglądał jak zagubiony, prawie dwumetrowy czternastolatek. Uwielbiała to, że nad nią górował. Wysocy mężczyźni zawsze ją pociągali.
- I? - uniosła brwi. - Spotykamy się od pół roku, a też mam chłopaka. To nic złego, że zaspokajamy nasze pierwotne potrzeby. Jesteśmy seksualnymi zwierzętami, Jason - usiadła mu okrakiem na kolanach, przeciągając kciukiem po jego pokrytej zarostem szczęce. Uśmiechnęła się krzywo. - Nie chcę od ciebie miłości i wierności, chcę się z tobą pieprzyć. Też chcesz, prawda? - Gwałtownie pociągnęła za jego krótkie włosy. Syknął. - Spotykaj się ze swoją dziunią i miejcie sobie nawet piątkę dzieci, ale jak będziesz się nudził, to ja na ciebie czekam.
Zeszła mu z kolan, wzięła swój płaszcz i torbę, po czym ruszyła ku wyjściu.
- Napisz, jak będziesz miał czas.

Edith
Siedziały w ulubionej kawiarni. Pomieszczenie było podzielone na boksy, które zapewniały prywatność, no i ceny były rozsądne.
Imo ze znudzeniem wbijała spojrzenie w notatki, mieszając swoje latte. Łyżeczka obijała się o szklane ścianki. Siedząca naprzeciwko przyjaciółka spojrzała na nią z niesmakiem.
- Skończyłaś już?
- Hmm, pomyślmy, nie.
Ruda prychnęła, upijając łyk swojej cynamonowej herbaty.
- Słyszałam, że Jason ma dziewczynę.
Milczała.
- Dalej się z nim spotykasz?
- A czemu nie? - odłożyła łyżeczkę na spodek, by wyciągnąć z kieszeni gumkę, którą związała nieposkromione włosy. - Nie widzę żadnego problemu.
- Ty nie widzisz, ale jego dziewczyna tak - westchnęła. - Nigdy nie zrozumiem twojego podejścia. Kiedyś wkopiesz się w jakieś gówno, zobaczysz.
"Kiedyś" już się stało, ale przemilczała ten fakt. To był pierwszy rok i przystojny wykładowca, żonaty, starszy o dziesięć lat. Gdyby nie jej czujność i szczęście wywaliliby ją z uczelni, ale ostatecznie małżonka została w spokojnej nieświadomości, a wykładowca rzucił robotę. Niestety plotka się rozeszła, a jej przyklejono łatkę puszczalskiej, co w zasadzie było prawdą, ale utrudniało jej życie. Potrzebowała wiele czasu, by wyrobić sobie dobrą opinię, ale ludzie cały czas pamiętają. I nie zapomną.
- Powinnaś iść do specjalisty.
- Chcesz mnie posyłać do czubków? - patrzyła na nią z niedowierzaniem. - Nie jestem chora, dla twojej informacji. Umiem się opanować.
Nie było to prawdą. Była uzależniona od seksu. Uwielbiała otaczać się wianuszkiem mężczyzn - starych, młodych, niskich, wysokich, nieważne. Tylko wtedy czuła się doceniana i kochana. Nie potrafiła zmusić się do dotrzymywania wierności, jeden facet jej nie wystarczał i nie potrafił jej zaspokoić. To nie było tak, że nie kochała Daniela - wręcz przeciwnie, był jedyną osobą, którą obdarzyła głębszym uczuciem. Po prostu to było dla niej wciąż za mało, za mało, za mało...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Lut 06, 2017 1:15 pm

Richard F. Oliver
They say I'm caught up in a dream  
Well life will pass me by if
I don't open up my eyes  
Well that's fine by me
Tego wieczoru odbywała się jedna z uczelnianych imprez, na które wbrew opinii o snobistycznym charakterze wydarzenia, przychodziło naprawdę sporo ludzi – nie tylko tych z „elitki”. Ricky lubił muzykę, miał też okazję porobić zdjęcia, więc nie miał zamiaru go opuścić. Muzyka łupała wprawiając powietrze w drżenie. Miał wrażenie, jakby jego klatka piersiowa była pudłem rezonansowym wzmacniającym dźwięki zewsząd. Umieścił aparat na statywie włączając w nim długi czas naświetlania, by uzyskać psychodeliczny obraz ludzi rozmazujących się w ruchu. Skręt, którego trzymał w ustach przyjemnie wzmacniał wszelkie odczucia. Światło rozrywające ciemności było piękne, dym wypuszczany z jego ust rozmywał się w powietrzu w rytm muzyki, a ludzie tak bardzo potrzebujący ucieczki od rzeczywistości wtapiali się całymi jestestwami w dźwięki, wyrażając swoimi ruchami targające nimi emocje. Ricky widział w zdjęciach ukazujących tor ruchu sylwetek pewien schemat każdej z nich. Obiecał to sobie później przeanalizować – na razie cieszył się chwilą wchłaniając ją każdym porem skóry bezwiednie samemu poruszając się do muzyki z oczyma wlepionymi w wizjer. Parę razy zaczepiła go jakaś osoba pragnąca mocniejszych wrażeń – oferował im towar znacznie drożej niż zwykle, nikt jednak nie protestował. Mądrzejsi zaopatrywali się odpowiednio wcześniej.
Ricky schował kolejną gotówkę do torby ukrytej pod luźną bluzą z kieszenią – kangurem. Zauważywszy grupkę tańczących zmysłowo blisko siebie cheerleaderek, przeniósł się w ich pobliże. Jedna z nich siedziała przy barze zaciskając dłoń na pustej szklance i wpatrując się w tańczące koleżanki. Była obietnicą wspaniałego ujęcia osoby samotnej na tle tańczących plam. Nachylił się do wizjonera podziwiając cień spływający jej spod czoła na oczy o długich rzęsach opadających na policzki oraz sam chłód i stabilność jej twarzy na tle szaleństwa dziejącego się za nią. W momencie, gdy nacisnął przycisk zwolnienia migawki dziewczyna spojrzała w obiektyw. Ricky podniósł wzrok znad wizjera, rzucając do niej uśmiech – spodziewał się intrygującego efektu na tym zdjęciu.
- Nie tańczysz? – spytała z pewnym wyzwaniem w głosie.
- Nie chciałabyś mi dzisiaj pozować? – odparował pytaniem. Dziewczyna przechyliła głowę przygryzając policzek. W normalnych okolicznościach, otoczona stadkiem koleżanek by go wyśmiała – teraz jednak sama była tą wystawiona na osąd ze strony innych przebywając samotnie przy barze. Richard znów nacisnął przycisk zwolnienia migawki uwieczniając jej pełną namysłu twarz.
Bezwiednie przygryzła wargę zabarwiając zęby czerwoną pomadką. Richard zawiesił aparat na szyi i wziął statyw pod pachę, wyciągając do niej dłoń. Złapała ją bez wahania, jakby już wcześniej czekała na jego ruch. Podsunął jej skręta, gdy wychodzili – chciał by i ona zobaczyła piękno tego wieczoru.
- Co to?
- Trawka. Jeśli chcesz.
Pociągnęła znacznie bardziej zdecydowanie niż się spodziewał. Uśmiechnął się, nieco się kuląc, gdy owiał ich chłodny wiatr zwiastujący nadejście jesieni o tej mniej przyjaznej twarzy – deszczowej, namokłej i ponurej.
W jego pokoju, w którym zawsze panował porządek – nauczył się utrzymywania go w domu – ustawił lampę o ciepłym świetle tak, by oświetlała głównie jego centrum. Położył się na łóżku podpierając łokciami dla stabilności aparatu. Rebeka – tak się przedstawiła po drodze - puściła Stolen Dance, do którego zaczęła poruszać biodrami. Uśmiechnęli się do siebie nawzajem, jakby każde chciało dodać drugiemu odwagi. Długie ciemne włosy poruszały się w rytm muzyki i ciała dziewczyny, Richard miał wrażenie, jakby sam robił zdjęcia do rytmu, a ciepłe światło nadawało całej scenie wrażenie specyficznej intymności. Dziewczyna zaczęła ściągać pomału z siebie ubrania tyłem do niego, kręcąc nadal biodrami. Ricky niemalże przykleił się do aparatu, szukając najlepszego ujęcia. Rebeka miała piękne ciało, lecz nie to chciał uwieczniać w swoich ujęciach. Zauważył cellulit delikatnie się odznaczający na jej udach w świetle lampy, gdy się pochyliła. Nacisnął przycisk, zauważając wszystkie szczegóły w tej sekundzie – nierówna gra światła na jej nogach, podświetlony niczym aureola meszek na jej ciele i delikatna wypustka kręgosłupa tuż nad gumką mocno wyciętej bielizny. To miało być piękne ujęcie – takiego właśnie szukał. Nigdy nie był zainteresowany ukazywaniem ideałów. Rebeka rzuciła w jego stronę stanikiem; zdjął go z obiektywu zbytnio skupiony na robieniu zdjęć i żałując, że nie zdążył uchwycić momentu rzutu. Obróciła się w jego stronę z udawaną skromnością zasłaniając biust palcami, spomiędzy których wyzierał jeden z sutków. Skóra nad biustem była poznaczona delikatnymi pręgami rozstępów. Uchwycił zarówno je, jak i poplamione pomadką zęby odsłonięte w delikatnym uśmiechu. Co prawda nie takiej sesji się spodziewał proponując jej pozowanie.
Rebeka zbliżyła się do niego, wiodąc dłonią po jego nodze. Richard się spiął. Naprawdę nie tego oczekiwał.
- Rebeka, ty chyba nie…
Dziewczyna zastygła, gdy wyczuła, że jej popis nie zrobił na nim takiego wrażenia, jakiego się spodziewała. Czar chwili natychmiast prysł, gdy zaczęła zbierać pospiesznie ubrania.
- Zboczeniec! – warknęła, wypadając z jego pokoju.
Richard Junior zastygł w pozycji w jakiej go opuściła próbując przetrawić to co się wydarzyło. Zrobił kolejnego skręta, po czym wstał z łóżka zabrawszy aparat. Pieniądze Zapobiegawczo zostawił w pokoju. Wyszedł z budynku, w którym teraz nikt nie sprawdzał przepływu ludzi, by zdążyć zobaczyć Rebekę bezpiecznie wracającą do palących na podwórzu przyjaciółek. Wrócił na salę ze spokojnym sumieniem, choć już nie tak spokojnym umysłem.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Sro Lut 08, 2017 12:34 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Lut 06, 2017 7:48 pm

Lucy Chang
it's a revolution

Imprezy to coś co tygryski lubią najbardziej. Obcisłe cekinowe bluzeczki naciągnięte na staniki w lamparcie cętki, zdecydowanie przykrótkie spódniczki i błyskotki, których nie powstydziłaby się bożonarodzeniowa choinka. Lucy nie była szczególną zwolenniczką tego typu rozrywek, ale doszła do wniosku, że raz na jakiś czas trzeba się sponiewierać. Zwłaszcza w obliczu ostatnich wydarzeń. Dlatego podkradła współlokatorce obcisłą czarną sukienkę na ramiączkach i wyciągnęła z czeluści szuflady w biurku ciemną szminkę. Nigdy nie miała większych problemów z wmieszaniem się w tłum. Wystarczyło kilka drinków, by przyłączyć się do jakiejś grupki cheerleaderek, prawdopodobnie młodszych od niej. Początkowo patrzyły na Lucy dość sceptycznie, w końcu czasy machania pomponami na meczach miała dawno za sobą, ale wystarczyło zamienić kilka zdań, aby się do niej przekonały. Chyba nadal miała w sobie to coś. Pewne typy ludzi po prostu się wzajemnie przyciągały, zaś Chang obracała się wśród tak różnicowanych kręgów, że potrafiła przynajmniej przez pewien czas udawać, że należy do tej samej ligi co potrzebne jej w danym momencie osoby. Jednak przeważnie nie trwało to zbyt długo, Azjatka nie dawała się zaszufladkować, a tacy ludzie nie zagrzewali miejsca zbyt długo. Widać jednak starsza koleżanka po fachu wzbudziła swego rodzaju respekt, bo zaraz zaczęły skakać wokół niej jak stadko króliczków i wyciągać na parkiet. Tylko jedna z dziewczyn była dość niechętna. Nasza bohaterka myślała nawet czy do niej nie podejść, ale zaniechała tego pomysłu. Skoro jej koleżanki nie planowały tego zrobić, ona tym bardziej nie powinna. Pierwsza zasada: nie wychylać się. Za to wychylić można było jeszcze kilka kolorowych shotów na spirytusie. Takie bywały zdradliwe. W jednej chwili człowiek czuje się zupełnie trzeźwy, a zaraz po tym pamięta tylko przebłyski neonowych świateł, rozmazanych twarzy w tłumie i rąk, które błądziły w miejsca, do których nie powinny dotrzeć. Przynajmniej nie tak szybko... W jednej chwili Lucy tańczyła na barze w swoich niebotycznych obcasach, a zaraz potem stała na papierosie z innymi dziewczynami, ręką przytrzymując się ściany, aby nie upaść.
Właśnie wtedy odnalazła się ich zguba. Rebeka - jej imię nagle wyłoniło się z czeluści pamięci kobiety, pociągając za sobą wspomnienie baru i kolorowych drinków. Lucy zdecydowanie musiała się jeszcze napić i nie przeszkadzało jej, że ledwo stoi na nogach. Takiej imprezy nie miała od czasów krótkiego epizodu studiów prawniczych, gdy dzieciaki z Yale łamały praktycznie wszystkie paragrafy. Z pewną niepewnością oderwawszy się od ściany, ruszyła z powrotem do budynku. Po zrzuceniu z siebie płaszcza, dyskretnym ruchem wyciągnęła ze stanika plik banknotów. Już chciała skierować swoje kroki do baru, gdy na jej drodze stanął człowiek o wyjątkowo znajomej twarzy, której jednak nie potrafiła przyporządkować do żadnego nazwiska. Musiała minąć dłuższa chwila, podczas której ów osobnik zdążył się odwrócić i odejść kilka kroków, nim Lucy doznała olśnienia.
- Ricky! - krzyknęła w przestrzeń, ale jej głos został stłumiony przez dźwięki muzyki.
Niewiele myśląc, ruszyła za nim. Po co komu alkohol, skoro można było mieć coś znacznie lepszego? Dlatego, kiedy tylko Oliver znalazł się w zasięgu jej rąk, położyła mu dłonie na ramionach, po czym przylgnął do niego całą resztą ciała.
- Ricky... - powiedziała mu do ucha, starając się by tylko chłopak usłyszał ją przez muzykę. - Ile za gram?
Ktoś, kto patrzył na nich z boku mógłby pomyśleć, że oferuje mu pójście do pokoju. Raczej nie przypominało to handlu miękkimi narkotykami. Przynajmniej do czasu, gdy piękna scena nie została zakłócona przez grymas na twarzy Lucy po usłyszeniu ceny.
- Wcześniej było taniej - oburzyła się.
- Nie płacisz, nie bierzesz.
Wywróciła oczami. Wcisnęła Richardowi odpowiednią sumę do ręki, w zamian odbierając małe zawiniątko. Schowała je do pudełeczka z bibułkami do skrętów, które zaraz potem wsunęła za koronkę ozdabiającą jej pończochę.
- Dobrze się z tobą robi interesy - poklepała chłopaka po ramieniu i zniknęła w tłumie.
Wszyscy wiedzą, że nie ma lepszego miejsca do narkotyzowania się niż klubowe toalety. Dlatego tam też dała się Chang, by w błogim spokoju (mąconym tylko czasem odgłosami wymiocin lub przygodnego seksu) upalić się. Z jednej z kabin wystawała bezwładna noga, którą Azjatka odsunęła delikatnie czubkiem buta. Sama zaś zamknęła się w kabinie obok. Usadowiła się na sedesie, raczej nienależącym do najczystszych, po czym rozpoczęła skomplikowaną operację skręcania jointa, co w jej aktualnym stanie upojenia wcale nie było rzeczą prostą. Tym bardziej, że zaraz ścianka działowa, o którą opierała się ramieniem, zaczęła niebezpiecznie trząść się za sprawą ludzi uprawiających miłość w kabinie obok. Gdy jednak w końcu udało się skręcić coś znacznie odbiegającego od ogólnego wyobrażenia skręta idealnego, Lucy wysunęła z drugiej pończochy zapalniczkę, podpaliła końcówkę swojego dzieła i zaciągnęła się mocno. Co działo się dalej - nie była w stanie powiedzieć.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Wto Lut 07, 2017 5:50 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Lut 06, 2017 7:54 pm


Imogen Ashton
I ain’t got time for you baby
Either you’re mine, or you’re not
Make up your mind sweet baby
Right here, right now’s all we got
Ciecz w szklance stojącej na stoliku trzęsła się od dudniącego basu. Klubowa muzyka powoli rozsadzała jej bębenki uszne, a w głowie czuła alkoholową karuzelę. Siedziała w jednym z boksów, na kanapie obitej przetartą, czerwoną sztuczną skórą i sączyła drinka, obserwując tańczących znajomych. Zgrabne, wysportowane cheerleaderki kręciły dupami przed nielicznymi członkami (to odpowiednie słowo) drużyny lacrosse, których penisy ostatnio mocno świerzbiły. Imogen nie mogła narzekać, ale musiała ostrożniej dobierać swoich "przyjaciół z bonusem", jeśli chciała utrzymać jako-taką dobrą opinię i nie stracić chłopaka. Który, notabene, wystawił ją na rzecz najnowszego Resident Evil. Prychnęła pod nosem, płucząc jamę ustną kolejną dawką alkoholu i zwróciła swoje spojrzenie na tańczącego nieopodal Jasona, który całą imprezę ostentacyjnie ją unikał. Jego boku nie odstępowała najświeższa miłość - Emma, studentka drugiego roku filologii angielskiej, prawdziwy aniołek. Nie można było złego słowa na nią powiedzieć, bo prócz tego, że była do bólu nudna, uczyła się dobrze i nie pakowała w żadne skandale.
Napotkała spojrzenie chłopaka, który speszony szybko odwrócił wzrok. Dziewczyna uniosła brwi. Czyli nie mogła na niego liczyć w sprawie szybkiego numerku. Z niezadowoleniem wróciła do szukania potencjalnego mięsa armatniego. Zauważyła kątem oka, że Rebekę zaczepia Richard, drugoroczny sympatyk rozprowadzania dragów, który z pewnością najchętniej poszedłby z własnym aparatem do łóżka, zrobił mu gromadkę pstrykających dzieci i wziąłby z nim ślub. Imogen odczuwała do niego nieskrywaną niechęć, zresztą tak samo jak reszta jej paczki, ale najwidoczniej Reb magicznie zmieniła do niego nastawienie, wyczuwając okazję do niezobowiązującego seksu. Obserwowała, jak dwójka wychodzi, przeciskając się przez tłum spoconych ciał. W duchu życzyła dziewczynie, by nie złapała żadnej wenery.
Wyjęła z granatowej kopertówki smartfona, by wysłać wiadomość do Dana. Dobrze się bawisz, misiu? Była tak znudzona brakiem atencji, że mogłaby nawet pokusić się o odwiedzenie Daniela i popatrzenie, jak gra. Nim jednak zdążyła choćby się unieść, do jej boku przytuliła się Edith, pijana w sztok. Ostatnio między przyjaciółkami nie bywało zbyt kolorowo, więc blondynka z przyjemnością przyjęła ciepło znajomego ciała.
- Imo, chyba za dużo wypiłam - wybełkotała ruda, nieudolnie próbując przekrzyczeć wszechobecny hałas. Dziewczyna zmarszczyła brwi, patrząc na znajomą, zapijaczoną twarz Edith. Miała rozmazany wieczorowy makijaż, a ramiączko jej sukienki zsunęło się, odsłaniając ramiączko od stanika i blady obojczyk.
- Mało powiedziane, wyglądasz jak siedem nieszczęść - oznajmiła okrutnie Ashton, następnie wstając z kopertówką w jednej dłoni, a ramieniem przyjaciółki w drugiej. - Chodź, musimy doprowadzić cię do porządku.
Przedostanie się do łazienki graniczyło z cudem. Imogen o dziwo nie miała humoru na dzikie orgie taneczne, więc odpychała natrętne dłonie potencjalnych amatorów, w przeciwieństwie do panny Louis, która by najchętniej oddała się na zapleczu pierwszemu lepszemu fagasowi. A to na nią narzekała. Minęły wywijającą na blacie dziewczynę, której twarzy Imo nie mogła dostrzec w słabych rozbłyskach neonowych świateł, ale i tak poczuła wielką chęć, by delikatnie popchnąć ją wprost na randkę z podłogą.
Weszły do zatęchłej, ciasnej klubowej toalety. Ashton wzięła przyjaciółkę w obroty, poprawiając jej makijaż i układając na nowo roztrzepaną od szalonego tańca fryzurę. Przytłumiona muzyka nie bolała w uszy aż tak, jak w głównej sali, pozwalając obu dziewczynom odsapnąć i trochę wytrzeźwieć. Niezobowiązująco obrobiły dupy kilku osobom, które widziały i Imo poczuła się wreszcie na swoim miejscu.
Do pokoju wbiegła zielona na twarzy dziewczyna - Imogen nie kojarzyła jej nawet z widzenia, co rzadko się zdarzało. Paniusia wbiegła pospiesznie do kabiny, z której momentalnie wydobyły się nieprzyjemne dźwięki zwracania.
- Dzisiaj już lepiej nie zabieraj się za lizanie z kochasiami - zawołała do biednej dziewczyny, nie mogąc powstrzymać własnej złośliwości.
- Może do obciągania lepiej się nada - dodała swoje trzy grosze Edith. Nieznajoma albo nie zarejestrowała ich obelg, albo nie wiedziała co odpowiedzieć. Przyjaciółki po skończonej operacji wyszły z powrotem na spotkanie z klubowiczami. Tym razem to Edith ciągnęła ją za rękę, jak się okazało,  ku wyjściu z budynku. Minęły się z Richardem i dziewczyną, która tańczyła na blacie - rozpoznała w niej Lucy Chang, której obecność na zabawie niezmiernie ją zdziwiła. W myślach zanotowała, by dziewczynę zaczepić.
Przy ścianie stała grupka znajomych cheerleaderek, w tym widocznie zdenerwowana Rebeka, która przyssała się do peta z niemal takim zaangażowaniem, jak do kutasa swojego wykładowcy. Widocznie pożałowała randki w ciemno.
- Co za zjeb - warczała ciemnowłosa, wypuszczając dym nosem. Reszta dziewczyn, widząc Edith i Imogen, rozstąpiła się, by w gronie adoracji zmieściły się także i one. Jedna z nich poczęstowała blondynkę miętowym papierosem, druga podstawiła pod nos zapalniczkę. Ashton odpaliła peta, zaciągając się z krzywym uśmieszkiem.
- Tak się to kończy, kiedy postanawiasz zwiedzić nieznane - zauważyła.
- Ashton coś o tym wie - dogryzł jeden z członków drużyny, Adrien, przyłączając się do dziewczyn, które na jego widok i komentarz zachichotały cicho. Imogen zaczęła się zastanawiać, dlaczego w zasadzie trzyma się z tępymi ludźmi.
- Wal się, Moore.
- Jedyne, co mogłabyś zwalić, to...
- Dajcie spokój, oboje - żachnął się Matt, chłopak jednej z cheerleaderek, które pocałowała go na powitanie w policzek i przyszpiliła się do jego boku. - Nie psujcie atmosfery.
- Gorsza już być nie może - oznajmiła Imo, wskazując na brunetkę. - Co się stało tak właściwie? Nie stanął mu? - zaciekawiła się.
- Ja... nie wiem - zagryzła wargę Reb. - Dupek spytał, czy nie chciałabym mu pozować, pomyślałam, że to coś w rodzaju gry wstępnej... - Następnym razem nie myśl, chciała powiedzieć blondynka, ale ugryzła się w język. - ... a gdy chciałam przejść do konkretów, to się spiął i wielce zdziwił. - Czerwona na twarzy ze wstydu i od działania alkoholu zaciągnęła się nikotynowym dymem. - Najgorsze jest to, że szmaciarz ma moje nagie fotki. Cholera wie, co on ma zamiar z nimi zrobić.
- Spójrz na to z lepszej strony, afery o nagie fotki w internecie są ostatnio na topie
[...]
Podeszła do baru, przy którym kupiła dwa shoty, i ruszyła w stronę boksu, gdzie siedział zasępiony Luke. Dosiadła się do niego z gracją; jej obfity biust podkreślony przez ciasny podkoszulek podskoczył wesoło niczym galaretka. Postawiła przed nim alkohol.
- Wiesz, każdy normalny człowiek na twoim miejscu by mu oddał - zauważyła, opierając łokcie na blacie. Spojrzał na nią spode łba, widocznie nie mając ochoty na pogawędki. - Nie jesteś małym grubaskiem, który nie sięga palców u nóg. Mógłbyś spokojnie sobie z nim poradzić.
- Nie widzę sensu.
- Nie widzisz sensu? - zirytowała się, uderzając w uwielbiany przez nią ironiczny ton. Mógł zakończyć ten bezsensowny konflikt raz na zawsze i pokazać Zachowi, gdzie jego miejsce, ale on wolał podkulić ogon i uciec jak dziewica przy pierwszym stosunku. - Przestań być pizdą.
Chłopak prychnął, ale przyjął postawioną przez nią wódkę i wychylił ją jednym ruchem. Ashton poszła w jego ślady. Alko nieprzyjemnie zapiekło ją w gardło, pozostawiając po sobie gorzki smak.
- Zajmij się najpierw sobą, Imogen.
Nic na to nie odpowiedziała. Upewniając się, że kumpel poradzi sobie bez jej niańczenia, wstała i weszła w tłum w poszukiwaniu uwielbianego przez nią dilera.
[...]
- Hej. Masz zioło? - zagaiła z przyklejonym do twarzy, wymuszonym uśmiechem. Chłopak skinął głową i podał sumę. Drogo się ceni, skurwiel, pomyślała, ale skinęła głową. Wskazała kciukiem za siebie, w stronę szatni.
- Zostawiłam portfel w torebce tam, idziesz ze mną? - spytała, kątem oka widząc chłopaków ruszających w ich stronę. Richard niepewnie przytaknął.
- Co mi szkodzi.
Znudzony szatniarz wręczył jej kopertówkę, którą przyjęła z powalającym uśmiechem. Wskazała na drzwi.
- Chcesz zapalić? Nie chcę iść samej, znajomi mnie wystawili, a skoro już tu jesteś... - puściła mu oczko. Oliver ponownie wzruszył ramionami i poszedł za nią.
Już na zewnątrz wyjęła portfel z torebki, podając chłopakowi odliczoną sumę, w zamian dostając paczuszkę, którą odłożyła razem z portfelem. Zawiesiła spojrzenie na aparacie swobodnie zwisającym z jego szyi.
- Porządny sprzęt. Ma kartę pamięci? - wskazała lustrzankę. Pokiwał głową, bezwiednie gładząc ukochany aparat. Wygięła usta w szarmanckim uśmiechu. - Pewnie dzisiaj obłowiłeś się w dobre ujęcia, co nie? Rebeka mi się chwaliła. Podobno lubisz akty.
Chłopak otworzył szeroko oczy, czając, co się święci, ale zanim zdążył zrobić choćby krok, dołączyli do nich Adrien, Matt i dwójka innych pakerów z drużyny. Przywitała ich, radośnie machając białym zawiniątkiem z ziołem.
- Hej, Imo. Nie mogliśmy się powstrzymać, by nie dołączyć - oznajmił Matt. Otaksował Olivera zimnym spojrzeniem. - Cześć, zboczuszku. Reb mówiła, że nie spodobały się jej twoje metody podrywu. Nam też się nie podobają.
- Oddaj sprzęt po dobroci, to nie będzie szkód - powiedziała sucho Imo. Chłopak patrzył na nią intensywnie, nie poruszając się. Zniecierpliwiona, wyciągnęła rękę i pomachała nią krótko. - Już. Nie mamy całej wieczności.
Niepewnie podał jej sprzęt. Ashton, jako jedyna z grupy kojarząc budowę lustrzanki, wyjęła kartę pamięci i z triumfalnym uśmiechem schowała ją do torebki. Znając na przykład Adriena wiedziała, że ten by po prostu cisnął aparatem w ścianę, ale ona wolała nie narażać się na koszty, gdyby chłopak zechciał wymusić na nich odkupienie drogiego sprzętu. Spojrzała na chłopców.
- To znaczy, nie będzie szkód w aparacie, o to mi chodziło - skinęła członkom drużyny głową. Najbliżej stojący Matt zamachnął się i przyłożył fotografowi pięścią w brzuch, tak mocno, że z chłopaka uciekło całe powietrze. Do skulonego dilera podeszli dwaj nieznani jej z imienia gracze i podciągnęli go do pionu, łapiąc po obu stronach pod ramiona. Adrien z zadowolonym uśmieszkiem sprzedał mu z pięści raz w jedną stronę twarzy, by zaraz poprawić z drugiej. Richardowi krew popłynęła z bólu. Jęknął cicho.
- Dobra, starczy. Nie napalajcie się za bardzo - zgasiła ich entuzjazm. Chłopcy niechętnie go puścili; Oliver nie zdążył złapać równowagi i upadł na dupę na zimną glebę. Blondynka postawiła obok niego na ziemi lustrzankę i na odchodne rzuciła mu jeszcze papierosa i zapalniczkę.
- Mam dzisiaj dobry dzień, ciesz się póki możesz.
Resztę wieczoru spędziła na kanapie z wesołymi jak nigdy graczami lacrosse i cheerleaderkami, pijąc shoty i zaciągając się skrętami. Rebeka uśmiechała się do niej tak promiennie, że aż się ciepło na sercu robiło.
Uhhh, resztę dopiszę w międzyczasie x.x


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Wto Lut 07, 2017 9:03 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Faworek

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 06/02/2017

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Lut 06, 2017 11:42 pm




M A Y A    R H O D E S
Anything can be a UFO if you’re bad enough at identifying flying objects.

Nigdy nie były w żaden sposób podobne - Lilian i May. Były swoimi przeciwieństwami, lecz to właśnie różnice przyciągały je do siebie wzajemnie i trzymały razem. Tworzyły idealny kontrast - silny, stabilny, wyróżniający się spośród tłumu opanowanego modą na dopasowywanie się przez upodabnianie.
Uzupełniały się. Były dla siebie jak szczypta umiaru w przesadzie; chłodna bryza w upalny dzień; promień światła w ciemności; trochę chaosu w rutynowej harmonii. Żyły wspólnie niczym yin i yang, zamieniając się ciągle rolami.
Jednak yin nie może istnieć bez yang, a yang bez yin.

Za plecami usłyszała obcy głos:
- Wypadło ci.
Obejrzała się nieśpiesznie za siebie, zatrzymując się na schodach. Otaksowała chłodnym spojrzeniem wieczne pióro jak i chłopaka, który je trzymał.
- To nie moje.
- Widziałem, jak wylatuje ci z kieszeni - rzekł pośpiesznie, próbując powstrzymać ją przed ruszeniem znów w górę schodów.
- To nie moje - Powtórzyła równie nienamiętnym tonem, jak wcześniej.
- Okey. To go zatrzymam - chłopak wzruszył ramionami, jakby niezrażony jest postawą - Idziesz na zajęcia?
- Nie uwierzysz. Miałam taki zamiar. Niecodzienne.
- Nie uwierzysz! Ja też! - Jej oczy oślepił blask świeżo wybielanych zębów.
- Nie mów.
- Chodźmy razem.
- Sam nie trafisz?
- Jak masz na imię? - Zapytał, ignorując jej zgryźliwość.
- May - Odparła.
- Uroczo.
- Niestety.
- Jesteś na pierwszym roku, prawda?
- Powiedz, czego potrzebujesz i skończ tę szopkę.
Chłopak zgodził się na jej warunki.
- Skąd znasz Lilian?
- To moja siostra - Odpowiedziała, przez co chłopak został wyraźnie zaskoczony.
- Któraś z was jest adoptowana?
- Chcesz jej numer telefonu czy nie? - I kiedy zarzekł się, że "Jasne!" wysłała mu kontakt w smsie - Jeżeli zwrócisz się do niej "Lily" będzie wiedziała, że masz numer ode mnie.
Nadgarstkiem odrzuciła włosy, które opadły jej gładko na plecy i odeszła. Jednak nie poszła od razu na wykłady. Poszła najpierw przekazać starej znajomej imieniem Lily niecierpiącą zwłoki wiadomość o tym, że jakiś gorący student prosił ją o jej numer i nie mogła zajść pomyłka, by chodziło o kogoś innego.
Lily trenowała kick-boxing i nie znosiła fałszywej nadziei.


But on good days I am charming as fuck


Dzień wykorzystany był dla niej dniem spędzonym na kręcenie intryg, motanie, utrudnianie lub prowokowanie. Sprawiała, że ludzie zapominali o prawdziwych problemach świata i wpychała ich w kłąb utrapień własnych kompleksów i wrogości, po czym z satysfakcją oglądała własnoręcznie wyreżyserowane przedstawienia, wciąż na nowo nabierając losowych aktorów i widzów na umieszczone w scenariuszu sztuczki. Wszczynanie awantur było jej specjalnością. May lubiła gromadzić problemy. Problemy lubiły też gromadzić się przy May. Niemniej lubiły się przy niej tworzyć jak również rozwiązywać. Potrafiąc komplikować i plątać, nie gorzej umiała naprostowywać i rozwiązywać - w innym przypadku, gdyby nie umiała znaleźć prawd i sprawnych wyjść, zagubiłaby się między stawianymi osobiście trudnościami dawno temu. Tak więc los instynktownie popychał ją w stronę ludzi, których potrzeba poratować klarownym wytłumaczeniem lub poradą. Pojawiała się często tam, gdzie była niezbędna, dawno skreśliwszy możliwości, że dzieje się to przez ciągły zbieg okoliczności. Uważała, że natura usilnie próbuje utrzymać ciągłą równowagę, więc gdy May tworzy jeden supełek w cudzym życiorysie, gdzie indziej zrobić miejsce dla niego musi inny supełek, aby harmonii wszechświata szlag nie trafił. Nie miała ku temu nic przeciwko. Lubiła myśleć, że znalazła sens swojego stylu bycia i może przyznać przed sobą, że w odnalazła którąś z części swojego ja w świecie, w którym tak wielu osobom nigdy się to nie powodzi.



Ostatnio zmieniony przez Faworek dnia Wto Lut 07, 2017 7:01 pm, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Wto Lut 07, 2017 12:14 am


When we were young souls
on the junk-yard
now we are stunned minds
full of junk-goods

Wcale nie uśmiechało mu się iść na imprezę. Generalnie lubił na nie wpadać, lubił błogi, alkoholowy stan i lubił luz, jaki wszystkich ogarniał. Niestety spodziewał się, iż tego wieczora luz został wykreślony z listy wydarzeń, przynajmniej jeśli szło o niego i drużynę. Trener na ostatnim treningu zaczął gadać, że widział w nim potencjał na kapitana. Zdolności miał, brakowało mu tylko werwy. Oczywiście nikomu, a zwłaszcza aktualnemu kapitanowi - Nate'owi - taka opcja nie przypadła do gustu. Nie to, że go nie lubili. Zwyczajnie każdy widział w Natcie jakiś ideał, wzorzec, chociaż typ zachowywał się jak zakuty łeb. Byli mu wierni po wsze czasy.
Ostatecznie jednak skusił się, choć spóźnił się o co najmniej trzy godziny z tego niezdecydowania. Wszyscy już zdążyli się ostro wstawić. Parę szybkich spojrzeń ku barowi (laska tańczyła na blacie), toalecie (laska pędziła zielona do kabiny) i parkietowi (ludzie się potykali o własne nogi) wystarczyło, by stwierdził, iż przyjęcie osiągało właśnie szczyt. Pozwolił się wchłonąć tłumowi.
Jakiś czas później rozmawiał z Danielą, która go zaczepiła. Dużo się śmiała (i głośno), dużo też nawijała, ale lubił jej słuchać - miała ładny głos i jego zdaniem marnowała się w składzie cheerleaderek, ale kim on był, żeby kogoś uświadamiać o takich rzeczach. Ostatnią osobą.
Wtedy ktoś szarpnął go mocno za ramię. Zach. Wnioskując po gwałtowności ruchów i niezbyt przytomnym spojrzeniu, mógł spokojnie założyć, że nie przybywał w pokojowych intencjach.
- Gadasz z moją dziewczyną, Luke?
- Tak? Ale co-
Nim zdążył cokolwiek powiedzieć więcej, kapitan zamachnął się i przyłożył mu w twarz pięścią. Wokół zawrzało, Luke zatoczył się do tyłu, aż poczuł za sobą ścianę. Zach, najebany w sztok, doskoczył do niego i złapał za gardło, a za nim zebrała się większa część drużyny oraz gapie. Blondyn poczuł w ustach posmak krwi. Szarpnął się, niezbyt przekonywająco, ale tamten nie odpuszczał.
- Najpierw próbujesz wychujać mnie z pozycji kapitana, a teraz bierzesz się za moją dziewczynę? Not cool, Luke.
- Zach, przestań. - Daniela nachyliła się do swojego chłopaka. - Przecież tylko rozmawialiśmy.
- Mała, właśnie o to chodzi. Wszystko, co robi Luke, zalicza się pod tylko. - Zacisnął mocniej dłoń, utrudniając mu oddychanie. Nikt nie ruszył się z miejsca; część drużyny szturchała się łokciami, część spoglądała na siebie powątpiewająco, ale żaden nie wykonał ruchu. - Jakim cudem więc wspiąłeś się na kandydata, co, Luke? Pytam jako kapitan. Rodzice dorzucają ci Adderall? Możesz mi powiedzieć.
Spokojnie. Nie masz co sobie robić wrogów, zwłaszcza w drużynie. Nic ci to nie pomoże.
- Chłopaki, przestańcie robić znowu zamieszanie! - zawołał ktoś w tłumie.
O'Brien charknął niewyraźnie i dopiero wtedy Zach go puścił.
- Ach, szkoda czasu! Chłopak nie ma jaj, żeby mi wyrwać kapitana. Hej, DJ!
Luke przysiadł na pobliskiej kanapie i rozmasowywał bolącą szyję, odprowadzając chłodnym wzrokiem napastnika. Splunął na bok krwią. Skrzywił się, czując piekący ból ust. Uniósł dłoń i dotknął rozciętej wargi. Zaklął w myślach. Przecież wcale się nie prosił o tę pozycję. Ba, w ogóle jej nawet nie chciał. Robił po prostu swoje, a że to, co robił, wychodziło mu wyjątkowo dobrze, to został za to wynagrodzony. Tak, jak chcieli tego rodzice. Rozumiał urażoną dumę Zacha. Pracował na to dużo ciężej niż on, nie miał naturalnego drygu do sportu, ale za to dobrze radził sobie z dyrygowaniem ludźmi. Połączenie tych dwóch cech zaowocowało w formie jego aktualnej pozycji w drużynie. A on? On chodził na treningi. Biegał czasem. Pomagał dziadkowi rąbać drewno, przekładać je, a także wykonywał inne tego typu prace na jego małym gospodarstwie. Nie zależało mu na sporcie.
Na niczym mu nie zależało. Przynajmniej z tych rzeczy, które uważał za osiągalne.
Oślepił go nagle flesz z aparatu. Spojrzał z wyrzutem na chłopaka, który zrobił mu zdjęcie. Miał teraz mroczki przed oczami, ale nie miał wątpliwości, że to niesławny Ricky, który pchał się z obiektywem dosłownie wszędzie. Luke nie miał kompleksów w kwestii swojego wyglądu, zresztą matka by mu na to nigdy nie pozwoliła. Nie uśmiechało mu się za to mieć dowodów na jego przegraną, na istnienie namacalnego dowodu, że był marnym tchórzem. Dlatego w pierwszym odruchu chciał wyrwać chłopakowi zdjęcie, ale zauważył, że to nie był taki typ aparatu, więc poddał się na tę chwilę, obiecując sobie w duchu, by jutro z nim porozmawiać na ten temat i uprzejmie wyperswadować mu, by usunął fotkę. Powinieneś być uprzejmy dla ludzi, od których coś chcesz, Luke. Tak dużo więcej możesz osiągnąć.
Właśnie miał wstać, by zapić złe myśli, kiedy z impetem klapnęła obok niego Imogen. Trzymała w dłoniach po shotcie.
- Wiesz, każdy normalny człowiek na twoim miejscu by mu oddał.
Ostatnie, na co miał ochotę, to takie rozmowy. Wzruszył ramionami.
- Nie jesteś małym grubaskiem, który nie sięga palców u nóg. Mógłbyś spokojnie sobie z nim poradzić.
- Nie widzę sensu.
- Nie widzisz sensu? - powtórzyła kpiąco. - Przestań być pizdą.
Wypuścił ciężko powietrze z płuc, dając ujście swojej frustracji. Wziął kieliszek wódki, który mu podała. Wychylił i zaraz syknął, gdy napój zetknął się ze świeżą raną. Wtedy przysunęła mu drugi.
- Zajmij się najpierw sobą, Imogen.
Nie było to wszystko, co cisnęło mu się na usta, ale na tym poprzestał. Nie chciał się wdawać w głupie dyskusje. Tak, jak cię uczyłam, Luke, dobrze? Wdech, wydech. Jeśli chcesz zajść daleko w karierze, nie możesz dawać ponosić się złości.
Potrzebował wychylić jeszcze parę shotów, by znieczulić obolałą twarz, a potem jeszcze kilka, by zapomnieć o wydarzeniu i móc się już normalnie bawić. Zakręcił się na parkiecie z dziewczynami, pośmiał się z kumplami, którzy zachowywali się, jak gdyby nigdy nic. Wydawało mu się, że w pewnym momencie zobaczył znajomą twarz, kogoś, kogo już dawno nie widział, ale szybko tłum studentów zasłonił mu widok, a on zatopił się w nim, w muzyce i alkoholowym upojeniu. Zignorował też moment, kiedy Imogen wyszła, a za nią część chłopaków; na ich twarzach nie malowało się nic dobrego. Nie jego kłopoty. Miał wystarczająco swoich. Desperacko starał się zagłuszyć przeczucia i wyrzuty sumienia, które wciąż krzyczały w jego głowie, a poczęły jeszcze głośniej, gdy tamci wrócili niesamowicie zadowoleni. Z tego, co mu wiadomo, Ashton nie bawiła się w orgie zbiorowe. Wolał więc nie wiedzieć, skąd ich radość i duma.
Czas szybko zleciał. Nim się obejrzał, część leżała na podłodze, pochrapując, a inni wychodzili, pojedynczo, w parach i w grupkach. On sam wybrał pierwszą opcję. Przyjechał rowerem, ale wątpił, by dał radę nim wrócić, więc złapał go za ramę i ruszył z buta do domu, licząc, że w tym czasie trochę wytrzeźwieje, a twarz nabierze mniej rażących kolorów.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Faworek

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 06/02/2017

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Czw Lut 09, 2017 1:37 am

M A Y A    R H O D E S

- Maya? Ty jesteś Maya? - Zdołała wtedy usłyszeć przez komórkę - Dzwonię z telefonu Joan.
Nie musiał jej tego mówić. Numer wyświetlił się na ekranie pod zapisaną w kontaktach nazwą: "Joan Barney", ale May nie przerywała mu. Po lekkiej niepewności w jego głosie, wkradającym się zaplątaniu języka i dudniącej muzyce w tle sugerowała, że uświadamianie mu kwestii oczywistych nie doprowadzi do równie oczywistych wniosków.
- Możesz tu przyjść? Obrzygała mi spodnie już drugi raz i myślę, że powinna wrócić do siebie. Chciałem ją odprowadzić, ale mnie nie słucha. Mówi, że nigdzie nie pójdzie, póki z tobą nie porozmawia. Możesz tu przyjść i się nią zająć?
Miała odmówić. Miała powiedzieć, żeby wszyscy poszli się pieprzyć i życzyła im, by było im dobrze tak, jak jej jest dobrze w towarzystwie świętego spokoju, ale May nie lubiła świętego spokoju.
- Gdzie ona jest?
- Jest tu ze mną. Patrz. Masz. Masz ją do telefonu - usłyszała w odpowiedzi - Joan... Joan... To Maya, patrz. Zadzwoniłem, widzisz? Powiedz coś do telefonu.
May rozmasowała skroń, na której czuła już zgromadzenie irytacji.
- Powiedz mi, gdzie jesteście. W jakim miejscu?
- W klubie.
- Dobrze. Sprawdzaj telefon. Będę dzwonić.
- Przyjdziesz? - Jęknął, prawie że z rozczuleniem i wdzięcznością.
- Tak. Ubieram buty.
Kłamała wtedy. Nie była gotowa do wyjścia na zawołanie. Miała zamiar położyć się do łóżka, bo druga nad ranem była dla niej najodpowiedniejszą na to porą, ale obiecując, że przyjdzie, miała wrażenie, że nie powinna tam iść i było to wystarczającą zachętą, aby właśnie dlatego jednak wsunęła ubrania, ubrała buty i wyszła z akademika.
Stała więc teraz w zbyt dużej, puchowej kurtce przed zakrętem do wejścia klubu - tam, gdzie nie powinno jej być - i starała się nie być widoczną w swym ukryciu, z którego obserwowała sytuację - tę, której nie powinna nigdy być świadkiem - kalkulując szczegóły, których zapamiętanie mogło się jej później przydać, choć nie powinno.
- Pewnie dzisiaj obłowiłeś się w dobre ujęcia, co nie? Rebeka mi się chwaliła. Podobno lubisz akty - usłyszała w pierwszej kolejności, co wystarczyło, by skraść jej dyskretne zainteresowanie. Każda kolejna chwila rozmowy, do której dołączyły się cztery inne osoby, zamieniając styl przekazu informacji na bardziej dosadny, bo naznaczony przemocą, dawała jej jasno do wiadomości, że nie powinna, nie miała prawa, nie powinna, nie wypada jej, nie powinna, nie po-win-na mieszać się w tę sprawę.
Ale nie mogła się oprzeć.
Kiedy dziewczyna, którą nazwali Imo, odeszła ze swoimi prawnikami, May odczekała jeszcze kilka sekund, zawróciła o kilka kroków, po czym wyszła zza rogu z lekkim rozpędem, udając zaskoczenie, kiedy podniosła wzrok na pobitego studenta. Z wyreżyserowanym zwątpieniem zaczęła podchodzić bliżej, by stając w odległości dwóch metrów od niego, zapytać tak, jakby nie znała odpowiedzi:
- Prosiłeś się czy dostałeś za darmo?
W jej głosie skryła się nuta pogardy lub osądu.
Chłopak otaksował ją z góry na dół zabójczym spojrzeniem.
- Nie twój, pieprzony interes.
Wzruszyła z obojętnością ramionami.
- Twoja strata.
Weszła do środka, zostawiła kurtkę w szatni i włączyła się w tłum ludzi skłaniających się powoli do autodestrukcyjnego końca. Wszystkie te nowe kolory i niespotykane światła, po które tu przyszli, okazały się radioaktywne i chorobotwórcze, a nieosiągalny raj uniesień pozostał ziemią niepodbitą mimo ich uzależniających prób i walk. Teraz jej oczom ukazywała się kraina niedobitków i żywych trupów, a wśród całej ich różnorodności poszukiwała po jednym z egzemplarza - Joan oraz Imo.
Druga z nich rozsiadała się ostentacyjnie w samym środku wianuszka swych znajomych i udawała, że ciągłe pociąganie z kieliszka kolorowych shotów to jeszcze nie alkoholizm, kiedy pierwsza z wymienionych była dwa kroki dalej i spowiadała się ze swoich grzechów każdemu lub wszystkiemu, co za chęć poprawy mogło przynieść jej zbawienie od ich konsekwencji.
Udała się więc do tutejszego konfesjonału, gdzie lądowała zazwyczaj większość spowiedników - do toalety. W wejściu przywitała ją woń tanich, zużytych, ręczników jednorazowych do rąk, by dopiero później dołączył do niech zaduch ulatujący ze zmęczonych wnętrz kabin, lecz May nie pokazała po sobie, by uwierało ją to w jakikolwiek sposób.
- Joan? - Zawołała w przestrzeń.
- Maya? - Odpowiedział jej słaby, drżący głos.
Dziewczyna odnalazła jego właścicielkę. Stała, oparta na wyciągniętej ręce, pochylając się nad sedesem i dyszała ciężko. Chwiała się na nogach, dając wrażenie niestabilnej, ale trzymała się dzielnie i z godnością adekwatną do miary jej stanu zmizernienia.
- Piłaś czystą? - Zapytała, spoglądając na wyblakłą twarz znajomej. Przekrwione oczy świeciły przemęczeniem, jej makijaż dawno spłynął wraz z wciąż ścieranymi kropelkami potu, a piękne, długie fale ciemnych włosów posklejane oklapły ciężko na jej plecy. Był to widok przykry i rozdzierający.
- Polewali. Miałam odmówić? - Wychrypiała, prostując się nieśpiesznie. Wzięła kilka głębszych oddechów i przedostała się łukiem do jednej z umywalek. Odkręciła kurki i zmoczyła twarz, ukrywając ją w dłoniach.
- Jasne, że nie. Rób co chcesz. Każdy dba o swój interes.
- Nie denerwuj się na mnie, proszę - Jęknęła, nagle zachodząc łzami - Chciałam tylko mieć cię obok... Tak bardzo brakuje mi ciebie obok... Maya, proszę... Nie umiem tego zmienić...
May była pewna, że zabawa w dobrego ducha pijanych i opalonych zaczynała się przeciągać, a wbrew pozorom nie miała zbyt wiele czasu do dyspozycji. Musiała uruchomić sztukę perswazji i przemówić do Joan językiem, który skusi ją do współpracy bez narzekania i oporów.
Między nimi zapadła cisza, zakłócana echem kapiącej wody. Potem ktoś wszedł do toalety, odrywając May z rozważań.
- Jesteś Maya? - Spytał chłopak, trzymając w ręce pełną szklankę. May rozpoznała w nim osobę, z którą rozmawiała przez telefon. Plamy na spodniach potwierdziły odkrycie.
- Nie będziemy rozmawiać o tym teraz - Rzekła łagodnym tonem, ignorując nowe towarzystwo - Chodź, wrócisz do siebie i odpoczniesz. Jak poczujesz się lepiej, będę o ciebie spokojniejsza. Będziemy mogły porozmawiać, jak przestanę się martwić. Chyba nie chcesz, żebym się martwiła?
- Nie chcę.
- Więc chodź - wyciągnęła do Joan rękę, którą brunetka chwyciła wręcz z dziecięcą radością.
- Przyniosłem wodę - Wtrącił chłopak w obrzyganych spodniach.
- Chcesz za to order? Zbieraj manatki. Odprowadzisz ją.
Wyprawiła ich z klubu i niewiele obchodziło ją, czy ruszyli ścieżką prosto w kierunku swoich łóżeczek czy też nie. Byli dużymi dziećmi i tak jak mówiła - każdy pilnuje własnego interesu. Ona nie zyskiwała, poświęcając im więcej uwagi niż wypada. Innym jej postawa mogła wydawać się nieczuła i interesowna. May zwykła nazywać ją instynktowną.
Wróciła do klubu i podeszła do kanapy, gdzie ciałem - niekoniecznie już umysłem i duchem - zajmowała miejsce już dość wybrakowana paczka znajomych Imo z nią samą na czele.
- Hej, ludzie. Jak się trzymacie? - Zagadnęła, odrzucając płynnym ruchem nadgarstka włosy na plecy. Przy tym posłała w ich stronę najszerszy uśmiech, na jaki było ją stać.
- Jest pięknie - Obwieścił jeden z chłopaków, co rozbawiło jego jak i jego kolegów. Zaczęli rechotać wspólnie i trudno było im skończyć.
- Mówisz? Mogę się dołączyć? Mój diler zwinął już dziś swój mały kram.
- Jasne! - Zawołała Imo, klepiąc miejsce obok siebie - Siadaj, laska, mamy sporo miejsca i wystarczająco łakoci! Dam ci wszystko, czego pragniesz!
Rysy May rozciągnął szczery, lecz niekoniecznie sympatyczny wyraz zadowolenia.
- Nie wątpię.


Ostatnio zmieniony przez Faworek dnia Wto Maj 16, 2017 1:24 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Czw Lut 09, 2017 1:41 pm


There's an albatross around your neck
All the things you've said and the things you've done
Can you carry it with no regrets?
Can you stand the person you've become?

Szedł korytarzem. Spokojnie. Bez nerwów. Tak, jak co dzień. W każdym razie, nic specjalnego. Nie spodziewał się niespodzianek. Właśnie odwracał się, by machnąć do znajomej, której obecność zarejestrował dopiero, gdy zawołała za nim, kiedy go zobaczył.
Stanął jak wryty i w jednej chwili poczuł się tak, jakby ktoś odebrał mu całe powietrze z płuc. Jego serce zabiło mocniej, wyrywając się ku postaci, która właśnie unosiła do niego rękę w geście powitania. Obserwował ten powolny, nonszalancki ruch, nie bardzo wierząc własnym oczom. Nie znosił się za to, że wystarczyło, by Peter się uśmiechnął, a on od razu ruszył z miejsca ku niemu. Stali na środku holu, oddaleni od siebie o krok, a on był w stanie myśleć jedynie o tym, by jak najszybciej zamknąć ten dystans, tak jakby to wszystko mogło okazać się jedynie snem i jeśli nie zadziała odpowiednio szybko, chłopak zniknie. Trochę się zmienił – zapuścił włosy, przypakował lekko, ale poza tym miał te same łagodne, śmiejące się brązowe oczy i pełno pieprzyków, które kiedyś liczył i tworzył z nich nowe konstelacje.
- Hej, Luke – przywitał się z nim pogodnym tonem, którego tak dawno nie słyszał, za którym tak mocno tęsknił.
O’Brien zrobił krok w przód i objęli się na powitanie, trochę mocniej i trochę dłużej, niż to było konieczne. Wciąż pachniał tymi świetnymi perfumami Hugo. Uświadomił sobie, ze zamknął oczy, gdy tamten drgnął i wyplątał się uścisku.
- Hunter – powiedział cicho, tak jakby jego przezwisko wystarczało za substytut „cześć”, „Peter” oraz „tęskniłem za tobą”. Wiedział, że chłopak jednak z łatwością pojmie to, co miał na myśli; zdołał go całkiem dobrze poznać przez tamten rok. Właściwie lepiej, niż ktokolwiek inny dotąd.
- Przejdziemy się? – zaproponował Peter, na co on oczywiście przystał.
Ruszyli w stronę parku. Mocno wiało tego dnia, więc obaj wcisnęli dłonie głęboko w kieszenie i skulili ramiona. Szalik Huntera zakrywał mu twarz aż po nos. Szli w milczeniu, wydmuchując obłoki pary, dopóki nie przysiedli na ławce. Wokół nie szwendał się prawie nikt.
- Słyszałem o zaginięciu Lilian - zagadnął szatyn.
- Tak, kiepska sprawa. Ostatnio spłonęła jeszcze Stodółka.
- O niee, poważnie? - jęknął Peter ze szczerym żalem.
Luke uśmiechnął się lekko. Często kręcili się w jej pobliżu we dwójkę lub ze znajomymi, mieli sporo dobrych wspomnień z tego terenu. I jedno złe.
- Jak Nowy Jork? Nie przytłacza cię?
Dawny przyjaciel zaśmiał się krótko.
- Przytłacza, ale w pozytywnym sensie. Niesamowicie żywe miasto.
- Czyli nie ciągnie cię z powrotem tutaj?
Nie musiał zadawać tego pytania, bo doskonale znał odpowiedź, ale jakaś jego drobna część nadal się łudziła, że może jednak zmienił zdanie. Może...
- Brakuje mi Seaberg. Brakuje mi rodziców i znajomych. - Zerknął na niego. - Ale moje ambicje i marzenia są tam, chociaż kawał serca zostawiłem tutaj.
Wysunął rękę z płaszcza i położył swoją dłoń, usianą pieprzykami, na jego udzie, wnętrzem do góry. Luke wyciągnął swoją i spletli palce.
- Wiem. Wiem, ale...
- Daj spokój. Wiedziałeś, że to ostateczna decyzja. Klamka zapadła. Przykro mi, jak sprawy się potoczyły, ale nadal jestem zdania, że postąpiłem dobrze. Dla siebie. - Przechylił się lekko, opierając na jego ramieniu. - Też mi cię brakowało. Cholernie. Myślę, że już zawsze tak będzie. Ale wiesz... Mam chłopaka. Mieszkanie. Jakoś się utrzymuję, chociaż ojciec czasem mi coś podsyła jeszcze. Może to zabrzmi głupio, ale... - Parsknął. - Mam w końcu ledwo dwadzieścia dwa lata, ale... Próbuję się jakoś ustatkować.
- Nie. Nie brzmi głupio - westchnął Luke. - Chociaż chciałbym, żeby tak było.
- Nie wątpię. To powiedz... Ty masz kogoś na oku?
- Jest taka dziewczyna...
Peter uśmiechnął się zaczepnie.
- Dziewczyna, mówisz? Mam nadzieję, że to coś prawdziwego.
O'Brien wzruszył ramionami, lekko speszony.
- Jest. Chyba. Przynajmniej z mojej strony. - Westchnął znów. - Nie wiem...
- Cieszę się. Pewnie nie jest łatwo.
- Chciałbym, żeby poznała rodziców, chociażby z ciekawości, co powiedzą, ale... Gdyby coś nie wypaliło...
- Boisz się, że się zdezorientują? - podsunął mu.
- Chyba. Tak.
- Cóż, ty sam jesteś zdezorientowany. Czemu uważasz, że powinieneś im tego oszczędzić? Bo to nic przyjemnego? Dorastanie to nic przyjemnego. Odkrywanie siebie to nic przyjemnego.
Blondyn przekręcił głowę, by na niego spojrzeć udręczonym wzrokiem.
- O nie, wiem, że nie chcesz tego słuchać, ale nie wywiniesz się. - Wyjął drugą dłoń z kieszeni i dotknął nią delikatnie jego wargi i policzka, które wciąż pokrywał siny kolor. - A co w drużynie się dzieje?
- Trener powiedział, że mógłbym zostać kapitanem.
Hunter roześmiał się w głos.
- O, to dobre! Niech zgadnę, Zach się wkurwił? On ci to zrobił? - Ponieważ nie otrzymał odpowiedzi, w mig pojął całą sytuację. Spoważniał. - Nic się nie zmieniłeś.
Te słowa, choć nie wypowiedział ich złośliwie, chociaż nie miały zaboleć, to ugodziły go do żywego, dogłębnie. To było jak uniesienie płata skóry, który miał się goić i grzebanie w znajdującym się pod nim mięsie. Nic gorszego nie mógł usłyszeć. Właśnie dlatego przecież ich drogi się rozeszły: bo on był sobą - a raczej karykaturalną, marną wersją siebie.
- Zach pewnie wygląda olśniewająco jak zawsze? - Znów cisza. Wyprostował się. - Luke, nie możesz tego dłużej ciągnąć. Chcesz pozycję kapitana?
- Nie wiem, czego chcę.
- Oczywiście, że wiesz! - uniósł się Peter. - Wiesz, czego chcesz i ja też wiem! I nie jest to pozycja kapitana, więc powiedz o tym trenerowi. Powiedz Zachowi, ale najpierw mu przywal. Kogo obchodzi, ze masz predyspozycje do sportu, skoro granie w lidze i zarabianie kokosów cię nie uszczęśliwi? Chcesz całe życie spędzić w ten sposób?
Chłopak uświadomił sobie chyba, że mówi niemal dokładnie to samo, co niespełna pół roku temu, więc zamilkł.
- Marnujesz się. Marnujesz swoje szczęście. Nie męczy cię to?
- Znienawidzą mnie - szepnął.
- Nie. Nie znienawidzą cię. Zobaczą cię prawdziwego. Może będą musieli nauczyć się kochać cię na nowo, ale zrobią to. Nie jesteś jedynie przystojnym, wysportowanym kurczakiem, za jakiego się uważasz. A jeśli ktoś to odrzuca, to jest głupi, Luke O'Brien. A tobie niewiele trzeba, by stanąć prosto. Zrób to dla siebie. Proszę. – Wstał. – Muszę iść. Staruszek tęskni.
Luke podniósł się z ławki. Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie. Próbował wyryć sobie w pamięci obraz tego chłopaka, który tyle dla niego znaczył i którego stracił przez swoje tchórzostwo. Liczył każdy nowy pieprzyk, jaki przybył na jego ciele podczas okresu, gdy się nie widzieli. Zastanawiał się, jak by teraz wyglądała jego rzeczywistość, gdyby postąpił tak, jak on od niego oczekiwał. Tak, jak powinien. Miał rację, wiedział o tym. Byłby szczęśliwy. Prawdziwie i niezaprzeczalnie. Prawdopodobnie. Nie umiał przewidzieć reakcji rodziców, ani środowiska. Bał się tego, czego nie znał.
Objęli się ramionami i uścisnęli mocno, jakby mieli się już nigdy nie zobaczyć. Mogło i tak się zdarzyć.
- Wiesz, że możesz do mnie zawsze zadzwonić.
Blondyn w pierwszym odruchu chciał potwierdzić, powiedzieć, że zrobi to, jak tylko wróci do domu, aby mogli umówić się na piwo. Ta paląca potrzeba trzymania się blisko Petera przerażała go, ale rozumiał jej źródło. Dlatego zepchnął swoje zachcianki na bok i odparł:
- Nie, muszę to zrobić sam.
Hunter odchylił się i ucałował go lekko w usta, na których poczuł jego uśmiech.
- O tym właśnie mówię.
A potem odsunął się, machnął mu na pożegnanie i odszedł w swoją stronę. Luke stał jeszcze chwilę, patrząc za nim, a potem starając się nie oddychać za głęboko, ze strachu, że te szpile w płucach przebiją mu organy, zawrócił ku uczelni.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 12, 2017 12:09 am

Richard F. Oliver
Early birds flying oh so high
Standing trees, brother in arms
Dying hope in this town of strangers
Tępy ból w szczęce skutecznie mu przypomniał o wydarzeniach z poprzedniego wieczora, psując nastrój z samego rana. Wstał jak zwykle wcześnie, by zastać za oknem jeszcze ciemne niebo przed wschodem. „Niebieska godzina”, jak zwali ten moment fotografowie. Lekka poświata zwiastująca miejsce wychynięcia słońca nad ziemię rozpływała się delikatnie w zamglonym powietrzu. W nocy siąpiło, co miało zaowocować wspaniałą grą światła tego dnia. Richard prędko podjął decyzję, by wyjść na spacer do lasu – najczęściej robił to w takie wilgotne poranki jak ten – miał wtedy okazję zaobserwować życie dzikiej zwierzyny zamieszkującej tutejsze tereny. Lubił to nazywać łowami, z tym że w przeciwieństwie od myśliwych celował z obiektywu, nie z muszki i strzelał fotki – a nie nabojami, czy śrutem. Zabezpieczył należycie lustrzankę przed wilgocią, samemu na przechadzkę wybierając porządną, wełnianą kurtkę od ojca – dostał ją w prezencie z okazji dostania się na studia. Jak zawsze czuł lekkie zażenowanie, nawet nie będąc pewnym z którego powodu bardziej – że nadal nosi coś, co od niego dostał, czy że w ogóle go tak oszukał. Wczorajszy incydent jedynie przybliżył mu wspomnienie tamtych wszystkich lat, gdy żył z ojcem bez możliwości wyprowadzenia się. Minęło prawie pół roku od czasu, gdy ostatnio poczuł tego rodzaju fizyczny ból – oklepanie po gębie było zresztą pestką, choć wiedział, że gdyby nie reakcja Imogen – o  łaskawa – skończyłoby się to znacznie gorzej.
Wejście do lasu i wtopienie się w dźwięki przyrody zawsze było dla niego czymś niezwykłym, trochę jak narkotyk. Różnica była taka, że to, co sobie pozwalał brać jedynie wzmagało jego emocje, podczas gdy wyjście wywoływało te pozytywne uczucia. Nie czuł się wśród ludzi do końca swobodnie, było to wywołane świadomością panującej o nim opinii. Skutecznie to maskował dozą pewności siebie i samym faktem, że dystrybuował narkotyki, gdyż samo to wymagało od człowieka posiadania jaj. Złośliwi z całą pewnością twierdzili, że po prostu mógłby nie patrzeć na świat jedynie przez wizjer aparatu. Nie było to takie proste jakby się wydawało, ale kogo to obchodziło, by Richard komukolwiek miał to wyjaśniać.
Idąc jedną z poznanych sarnich ścieżek miał wrażenie, jakby pruł przez mleko, tak gęsta była mgła. Słońce powoli wstawało i zaczynały rozbrzmiewać pierwsze ptaki. Wełniana kurtka dobrze spełniała swoje zadanie, chroniąc go przed zimnym wiatrem, czego nie można było chyba powiedzieć o kulącym się na pieńku w oddali grzybiarzu, który pociągał jakiś napój z termosu. Na widok innego człowieka, uniósł rękę w geście powitalnym, na co Richard odpowiedział tym samym. Zdarzało mu się spotykać tu ludzi o tej porze dnia, zwłaszcza jesienią. Grzybiarze posiadali zabawne w jego mniemaniu przekonanie, że grzyby im gdzieś pouciekają, więc koniecznie trzeba wstawać na nie jeszcze przed świtem. Z kolei Richard posiadał w mniemaniu napotkanych przez niego grzybiarzy zabawne przekonanie, że naprawdę jest warto wyjść z domu o tak nieludzkiej porze, by nawet nie mieć gwarancji uchwycenia na zdjęciach czegoś ciekawego.
Gdy wracał, kampus leniwie budził się do życia. Niektórzy kiwali mu na powitanie głową (ponad połowa z tych brała od niego trawkę), na co odpowiadał tym samym, idąc pospiesznie do swojego pokoju. Nie zrobił żadnych zdjęć, lecz otworzył lustrzankę, by wyjąć kartę pamięci.
Prawie wypuścił lustrzankę z rąk gdy sobie uświadomił, że przecież nie włożył do środka zapasowej karty. Odłożył ją ostrożnie na miejsce czując mimowolne dreszcze. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się do tego stopnia zapomnieć – a zapomnienie było jedyną rzeczą, której niemal panicznie się bał. Dlatego tak skrupulatnie obserwował otoczenie i czuł pociąg do uchwytywania wszystkiego na zdjęciach. Nadal nie pamiętał niczego sprzed 10-go roku życia – zdjęcia były jedynym jego zakotwiczeniem, czymś co przypominało mu, że wcale nie wziął się znikąd.
***
Przed porą śniadaniową nie miał mieć żadnych zajęć, więc wybrał się do wspólnego pokoju, by zaparzyć sobie melisę. Ludzie w kolejce do czajnika jak zwykle dyskretnie – w ich mniemaniu w każdym razie – zaglądali mu do kubka, jakby myśleli, że zaparza sobie na dzień dobry trawkę. W rzeczywistości palił bardzo rzadko, gdyż szkoda mu było na to pieniędzy. Skinął głową Thomasowi siedzącemu w kącie, który najprawdopodobniej szkicował ich wszystkich w kolejce. Był pulchnym chłopakiem często podpadającym samą swoją osobą samozwańczej elitce Seaberg, lecz jego dzieła udostępniane na facebooku podobały się ludziom. Czasem nawet ktoś stawał w jego obronie.
Podszedł do niego, gdy już zalał melisę.
- Hej tam, Picasso. Co tworzysz?
Thomas przycisnął do siebie notatnik, co było nie w jego stylu.
- Och, zobaczysz… gdy skończę.
Ricky uśmiechnął się lekko, obserwując jego rozlatane oczka, które wydawały się malutkie na jego nalanej twarzy. Wbrew temu wszystkiemu wiedział, że Thomas jest chyba bardziej dokładnym obserwatorem niż on.
- Wydajesz się jakiś niespokojny, Ricky.
- Skąd… No, może trochę – Oliver uznał, że zaczepianie chłopaka w tej chwili chyba jednak nie było dobrym pomysłem – no więc… Do zobaczenia na historii sztuki.
Thomas skinął jedynie głową, wracając do rysowania. Cóż, to była niezręczna rozmowa.
Słońce oślepiało go za każdym razem, gdy mijał w korytarzu kolejne okno. Wszędzie było widać ślady wczorajszej imprezy – od walających się plastikowych kubeczków po zarzygany parapet w jednym z okien. Było czego współczuć sprzątaczkom.
W promieniach słońca i wpadającym do środka lodowatym powietrzu dochodziła do siebie jedna z poległych po wczoraj. Przyciskała palce do oczu, jakby chcąc je uchronić przed światłem. Twarzy w całości nie widział, gdyż krótkie włosy skutecznie to uniemożliwiały.
- Cześć, Lucy.
Otrzymał w odpowiedzi jedynie pomruk. Ricky oparł się o parapet obok niej. Rozumiał już, jak tu wytrzymywała. Promienie skondensowane przez szybę przyjemnie grzały stając w opozycji do sporadycznych podmuchów wiatru. Łyknął trochę naparu, wpatrując się bezrefleksyjnie w przestrzeń. Lucy lekko się poruszyła; chyba spojrzała na jego kubek, gdy odłożył go na parapet. Przeszło mu przez myśl, że pewnie ma niesamowitego kaca.
- Tylko oddaj kubek, ok? – przypomniał jej, podsuwając jej naczynie z napisem „Not my circus, not my monkeys”.
Mruknięcie Lucy potraktował jako potwierdzenie.
***
Ławki nieco bardziej niż zwykle były wypełnione w przewadze chodzącymi zombie zamiast aktywną młodzieżą. Prowadzący zajęcia dla świętego spokoju ignorowali zastany stan rzeczy. Nikomu nie chciało się wykłócać z prawami rządzącymi w zamkniętym społeczeństwie wiedzących najlepiej. Ricky sam starał się unikać konfrontacji tego dnia, obchodząc się aparatem dość oszczędnie. Z reguły nie używał go w murach budynków, gdyż ludzie poza szczególnymi wybuchami ekspresji nie wydawali mu się najwdzięczniejszym tematem do fotografowania.  Czytał już teorie, że o predyspozycjach do różnych tematów decydował ekstrawertyzm lub introwertyzm fotografa. Za ekstrawertyka nigdy się nie uważał, jednak w definicji introwertyka także siebie nie odnajdywał, więc może słuszne było jego utrzymywanie równowagi w tematyce prac.
Właśnie szukał książek z geografii, którą miał wpisaną w siatkę zajęć dodatkowo, gdy kątem oka zauważył jakby zderzenie się dwóch osób. Było to w pewien sposób zaburzeniem harmonii panującej na korytarzach nawet, gdy były wypełnione tłumami; wszyscy zazwyczaj sprawnie się przemieszczali w swoje strony. Oczywiście była to sytuacja, której nie mógł zignorować, odruchowo wręcz sięgnął po lustrzankę. To był nikt inny jak Luke trzymający w uścisku jakiegoś chłopaka najprawdopodobniej w ich wieku. Ricky przechylił głowę szukając w umyśle najlepszego kadru, po czym bez wahania spojrzał na nich przez wizjer. Na czole Luke’a utworzyła się malutka zmarszczka, którą wywołała w nim pytanie, czy chłopak jest szczęśliwy ze spotkania. Trzymał tamtego w kurczowym uścisku, samemu będąc obejmowanym równie mocno. Ricky obniżył wartość przysłony, by oddać uczucia towarzyszące tamtej dwójce. Tło za nimi rozmyło się, oddając efekt odosobnienia, pozostawiając niezwykłą ostrość światła na twarzy Luke’a, na której powstało parę zmarszczek powstałych z nadmiaru emocji i śladów po incydencie z wczoraj. Podobnie wyróżniały się żyły i ścięgna na jego dłoniach. Richard nacisnął spust zwolnienia migawki przygryzając usta niemal do krwi. Czuł, że ujęcie opowiada piękną historię, lecz prawdopodobnie model nie będzie z niego zadowolony. Chwila minęła i obaj uwolnili się z uścisku. Ricky uchwycił jeszcze niezwykle piegowatą twarz drugiego chłopaka bardziej dla sportu, niż z jakiegoś wyższego powodu. Raczej nic go w nim nie urzekło.
***
- Hej, Ricky. Chciałem pogadać z tobą o tamtym zdjęciu – Oliver obejrzał się za siebie i zwolnił, by O’Brien mógł iść obok niego.
- Jeszcze go nie wywołałem, jeśli chcesz zobaczyć – odparł Ricky jakby nigdy nic. Zdziwiło go, w którym momencie Luke zobaczył, że robi mu zdjęcie z tamtym chłopakiem, ale może ktoś mu powiedział.
- Dzięki, nie chcę oglądać siebie w takiej chwili. Po prostu uważam, że czasem powinieneś się wstrzymać.
- Wiesz, to żaden wstyd okazywać emocje – chłopak uśmiechnął się z rozbawieniem, ukazując malutki dołeczek pod kącikiem ust. Luke spojrzał na niego zaciskając usta. Do Richarda dotarło, że nie mówił o dzisiejszym zdjęciu.
- Ach, mówisz o wczorajszym – mruknął odwracając wzrok – nie mam go już. Zabrali mi kartę pamięci.
- Co?
- Ale to twoi kumple, nie? Nie powinieneś się martwić.
- Zaraz. Zabrali ci kartę ze zdjęciami?
Oliver przytaknął. Luke chyba nie bardzo wiedział, co odpowiedzieć.
- Myślałem, że mówisz o drugim zdjęciu. Gdy witałeś się z tamtym chłopakiem.
- Zrobiłeś mi wtedy zdjęcie?
Ricky nie odpowiedział, gdyż właśnie weszli do szatni przed wf-em. Miał wrażenie, że kątem oka zobaczył wchodzącą za budynek pulchną osobę o długich, rudych włosach. Z towarzystwem.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 12, 2017 2:05 am

Lucy Chang
marpul

Kolory. Wszędzie kolory. Przenikające się ze sobą i mieszające wzajemnie, tworzące coraz to nowsze konfiguracje. Plamy barw rozlewające się po płaszczyźnie, skręcające się w spirale, odbijające jak w kalejdoskopie. Zaczynały pochłaniać Lucy wewnątrz siebie, zaczynały krzyczeć...
I Lucy też krzyczała. Własny krzyk zmusił ją do tego, by otworzyła oczy. W tym momencie wszystko umilkło. Siedziała na środku swojego łóżka, nadal z otwartymi ustami. Kołdra zsunęła się z ciała dziewczyny odsłaniając bieliznę z naderwanymi koronkami. Ciepło pościeli uświadomiło jej, że ostatniej nocy wcale nie spędziła sama. Jednak nocny gość długo nie zagrzał miejsca przy jej boku, zostawiając po sobie jedynie szczelnie zasłonięte okna, kilka zużytych prezerwatyw w koszu i karteczkę na nocnym stoliku. Fajnie było. Powtórzymy to? Lucy opadła z powrotem na poduszkę, mnąc karteczkę w dłoniach. Rzuciła ją gdzieś w przestrzeń, jednocześnie wtulając twarz w poduszkę.
Jeszcze pięć minut.

Poranki na kacu zawsze były ciężkie, nawet jeśli zaczynały się dopiero o jedenastej. Ale kiedyś trzeba było wyjść z przyjemnego, ciemnego pokoju. Zwłaszcza, gdy w progu stawała fit współlokatorka. Lucy mieszkała z Anną dopiero od miesiąca a już zdążyła znienawidzić jej treningowe buty, śnieżnobiałe zęby i umięśnione nogi, które właśnie stały w rozkroku na wysokości oczu Lu.
- Wstawaj, wstawaj, śpiąca królewno! - zaświergotała Anna, odrzucając swoje lśniące brązowe włosy z ramienia. - Nie możesz tyle spać, to niezdrowe! W dodatku jedzie tu jak w gorzelni...
Chang uniosła spojrzenie, chcąc zobaczyć rozpromienioną twarz swojej współlokatorki, ale zamiast tego trafiła na turkusowe legginsy wpijające jej się między nogami. W tym momencie zrezygnowała.
- Spierdalaj - mruknęła.
Mocniej nasunęła kołdrę na głowę i przekręciła się na drugi bok. Niestety, Anna nie dawała za wygraną. Nie dość, że wyszarpnęła kołdrę z kurczowo zaciśniętych rąk Lu, to jeszcze otworzyła okno wpuszczając do pokoju chłodne, jesienne powietrze. Po tym Lucy została wykopana nie tylko z łóżka, ale i z pokoju.
Koniec sceny.

Na szczęście istniało na tym świecie błogosławieństwo, które nazywało się herbata. Istny nektar bogów w przypadku kaca. W celu wypicia go, Lucy zaopatrzona w miękkie kapcie i jeszcze bardziej miękki sweter, którym cała się owinęła, ruszyła do pokoju wspólnego. Jako, że nie zdołała znaleźć swoich okularów przeciwsłonecznych, ręka musiała jej wystarczyć jako tarcza chroniąca przed złowieszczymi promieniami słonecznymi. Niestety nie dała rady ochronić przed kolejką do czajnika, dlatego Lu zrezygnowana usiadła na parapecie, opierając obolałą głowę o ścianę. Jednak opatrzność nad nią czuwała i w momencie obok dziewczyny zmaterializował się Ricky z parującym kubkiem w ręce. Widać brunetka musiała wyglądać dostatecznie żałośnie, bo chłopak poprosił jedynie o oddanie kubka i zaraz znów zniknął. Chciała powiedzieć, że niezwłocznie odda, ale z jej zaschniętego gardła wydobył się tylko dziwny pomruk. Za to z ulgą wymalowaną na twarzy chwyciła kubek Ricky'ego i upiła z niego łyk. Kątem oka zauważyła, że Thomas przerwał rysowanie na rzecz bacznego przyglądania się jej. Zmrużyła oczy.
- No co?
- Nie, nic...
Pokręciwszy głową, zabrała kubek Ricky'ego i ruszyła w drogę powrotną do pokoju. Miała cichą nadzieję, że Anna przewietrzyła ich pokój i sobie poszła. Sprzeczki ze współlokatorką były ostatnią rzeczą na jaką miała ochotę.

Lucy leżała na łóżku w swoim pokoju. Anna nie pojawiła się odkąd wyrzuciła ją z łózka i raczej nie zanosiło się na to, by wróciła w najbliższym czasie, dlatego Lu miała trochę czasu na Netflix and chill. Na jej stoliku nocnym z Ikea stał - umyty już - kubek Ricky'ego. Lu zerknęła na niego raz jeszcze przypominając sobie, że twarz chłopaka wyglądała trochę dziwnie. Czyżby coś mu się stało? Zamierzała zapytać o to kiedy będzie oddawać Oliverowi jego własność. A tymczasem na chwilę przymknęła laptopa z listą seriali i zamiast tego chwyciła telefon, wybierając numer, który znała niemal na pamięć. Odsunęła go od twarzy na czas sygnału oczekiwania na połączenie. Później usłyszała doskonale znany głos.
- Co, znów się zeszmaciłaś?
Chang westchnęła do słuchawki.
- Jak ty mnie znasz... - przekręciła się na drugi bok. - Uwielbiam was, studentów psychologii, jeszcze nie zacznę a już wiesz co się dzieje. Uczą tam czytania w myślach?
- Nie, uczą przeglądania snapów - głos w słuchawce się zaśmiał. - Masz jakaś sprawę?
- Właściwie to tak. - Poprawiła poduszkę i usadowiła się nieco wygodniej nim zaczęła swój wywód.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Lut 12, 2017 7:21 pm


Imogen Ashton
I can smell your fear
The only reason that I’m here
Is to wreak havoc

Kac morderca nie ma serca, szczególnie kiedy z samego rana masz zajęcia z logiki. Imo z głośnym jękiem rozpaczy zwlokła się z łóżka, sprawiając tym samym, że jej współlokatorka (mająca na godzinę późniejszą) poruszyła się niezadowolona w łóżku i wybełkotała coś niezrozumiałego, co prawdopodobnie miało być reprymendą. Blondynka nie zważając na kupkę nieszczęścia dogorywającą pod ciepłą pierzyną powlokła się w stronę łazienki, by zrobić porządek ze swoją opuchłą, czerwoną twarzą. Wyszła z pomieszczenia piękna i zadowolona z życia, w ciemnych dżinsach i jasnej bluzeczce z koronkowym kołnierzykiem. Upięła włosy w wysoką kitkę, spakowała do torby potrzebne podręczniki i poszła na stołówkę, by upolować jakąś bułkę z dżemem lub owoc na śniadanie. Przy jednym ze stolików siedziała półprzytomna Rebeka, która nie trafiła kanapką do ust i rozsmarowała sobie nutellę po policzku. Ashton nie miała ochoty na pogawędki, więc tylko pomachała jej ręką i poszła na uczelnię.
Na wykładzie profesor nawet nie próbował udawać, że mówi do słuchających, uważnych studentów, a nie zgrai zwłok rozłożonych po kątach sali, leżących w niewygodnych pozycjach na blatach, by chociaż spróbować przespać chociaż dziesięć minut. Sympatyczny, starszy dziadek ostatecznie zlitował się nad nimi i wypuścił kwadrans wcześniej, prosząc o uzupełnienie materiału z zajęć w międzyczasie. Imogen miała więc przedłużone o piętnaście minut okienko, trwające zazwyczaj dwie godziny, podczas których zazwyczaj spotykała się z kolegą z roku, Emmetem. Oczywiście nie po to, by dyskutować o nadciągających zajęciach.
Tego dnia nie było inaczej i za ramię szybko złapała ją śniada dłoń o krzywych, długich palcach. Emmet opowiadał jej kiedyś, że grał długi czas w siatkówkę i rzeczywiście, gdy zobaczyła go grającego na wf-ie mogła tylko podziwiać jego wytrenowane ciało, zgrabnie i pewnie poruszające się po boisku.
Tak, był on kolejnym mężczyzną, który pociągał ją jedynie cieleśnie i w żaden inny sposób. Daniel nadal pozostawał jedynym, którego naprawdę kochała, całego bez wyjątku. A mimo to nadal jej to nie wystarczało. Czasami przyłapywała się na myśleniu o tym z poczuciem winy, ale szybko odpychała to gdzieś w kąt umysłu.
Spojrzała w jego orzechowe oczy i uśmiechnęła się na tyle szczerze, na ile było ją stać.
- Mamy dodatkowy kwadrans - wymruczała cicho, na co on pokiwał głową.
- Muszę później iść do biblioteki - oznajmił, patrząc na nią sugestywnie. Chciał, żeby szła z nim. Nie ma mowy.
- Też mam coś do załatwienia, na mnie nie licz - skłamała. - Masz gumki?

Jego dłonie w jej włosach, jej dłonie na jego udach. Dyszał ciężko, opierając się o ścianę, gdy Imogen bawiła się nim, doprowadzała na skraj, by zaraz odebrać mu szansę spełnienia. Lubiła sprawiać, że w oczach mężczyzn pojawiało się to szaleństwo, to błaganie o litość, nieskładne prośby wypływające z ich spierzchniętych warg. Domagający się bliskości, rozbici, zmarnowani. Sprawiało jej przyjemność patrzenie, jak rozsypują się w jej rękach, niczym sypki piasek na plaży chwile wcześniej przez nie podniesiony.
W pewien sposób czyniło ją to sadystką.
Naprawdę miała problem.
- Imogen... - usłyszała westchnięcie Emmeta, jego krzywe palce zacisnęły się mocniej na jej włosach. - Chcę cię pieprzyć przy tej ścianie, teraz.
Bardzo chciała mu odpowiedzieć, ale to nieładnie mówić z pełnymi ustami. Ograniczyła się więc do chwyceniu jego obnażonych pośladków tak mocno, że chłopak aż podskoczył. Odsunęła głowę od jego przyrodzenia, uśmiechając się krzywo. Nie dało to zadowalającego efektu przez jej rozmazany makijaż i spuchnięte, zaczerwienione wargi.
- Nie ma prezerwatyw, nie ma pieprzenia, słońce. Możez co najwyżej...
Nie zdążyła dokończyć, gdyż do ich uszu dotarły dźwięki, których źródłem był jakiś debil próbujący wyjść przez okno. Imogen zaklęła, podczas gdy Emmet w pośpiechu wciągał na dupę dżinsy.
- Drzwi w domu nie miał czy rodzice wyrzucali go oknem? - warknęła cicho, poprawiając bluzkę odsłaniającą trochę za dużo biustu, niżby chciała. - Wynosimy się. Dokończymy gdzieś indziej.
Emmet przytaknął z entuzjazmem.

Stojąc przed lustrem w łazience poprawiła makijaż i zawinęła apaszkę wokół szyi, by ukryć świeżą malinkę. Zaklęła pod nosem. Emmet jak zawsze nie umiał trzymać zębów z dala od jej skóry, co w innych okolicznościach by jej się nawet podobało, ale teraz, gdy była w związku, tłumaczenie się przed Danem za takie głupoty mogło kiedyś doprowadzić do katastrofy. Ratowało ją to, że jej chłopak także lubił pozostawiać ślady na jej szyi, więc mógł mnożące się malinki uznać za swoje dzieło.
Do następnych zajęć miała kawał czasu, postanowiła więc udać się do akademickiej kawiarenki, by pobudzić się przy filiżaneczce espresso. Nie mogła też nie skusić się na kawałek sernika, który patrzył na nią zza szyby.
Poczuła się już prawie że błogo, gdy na krzesło naprzeciwko wślizgnęła się Rebeka z własnym kubkiem caffe latte. Imo zmierzyła ją wzrokiem.
- Jak profesor Dickson? - spytała słodziutkim głosem. Reb westchnęła.
- Już sobie przypomniałam, dlaczego cię nienawidzę - pociągnęła łyk kawy, obrzucając Imogen uważnym spojrzeniem. Uśmiechnęła się. - Chciałam ci podziękować za wczoraj. Miałam cię zaczepić na śniadaniu, ale szybko się wymknęłaś. Dobrze wiedzieć, że jest tutaj osoba, na którą mogę liczyć.
- Powinnaś raczej podziękować chłopakom, bez nich wiele bym nie zdziałała - wzruszyła ramionami. - Nie ma się czym szczycić. Spuszczenie wpierdolu ćpunowi nie należy do najszlachetniejszych, nawet jak mu się należało.
- Tak, należało mu się - potwierdziła dziewczyna. Zamyśliła się na moment. - Imo, masz tę kartę przy sobie?
Blondynka uniosła brwi.
- Po co ci ta wiedza?
- Wiesz, to nie tak, że ci nie ufam... - Czyli mi nie ufasz, pomyślała, mentalnie przewracając oczami. - ... ale czułabym się bezpieczniej, gdybym miała ją przy sobie. Wiesz, te zdjęcia i tak dotyczą tylko mnie.
- To skaza na mojej dumie, że po tym wszystkim myślisz, że bym wykorzystała ją przeciwko tobie - powiedziała z krzywym uśmieszkiem. Właściwie to by tak zrobiła, gdyby dziewczyna jej się naraziła, ale po co się do tego przyznawać? Lepiej wzbudzić poczucie winy.
Tak jak się spodziewała, dziewczyna zrobiła zakłopotaną minę.
- Wcale tak nie-
- Właśnie, że tak myślisz - przerwała jej. - Daj spokój, rozumiem to. Też bym w takiej sprawie nikomu nie ufała. - Jej głos jakby złagodniał. - Jak twój niedoszły kochaś będzie robił problemy o te małe gówno, to ty będziesz się przejmować, nie ja. Rób sobie z tym co chcesz, mam gorsze problemy na głowie. Przyjdź do mnie wieczorem do pokoju, zostawiłam ją w torebce.


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Czw Mar 02, 2017 2:11 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Lut 13, 2017 10:06 pm


Wonderin' if you're out there
And if you are did you wait, around
To take me home, take me home

Chłopaki mieli w posiadaniu jego żałosne zdjęcie.
Nie podobała mu się ta myśl. Ani trochę. Kiedy już miał to przełknąć, Richard dodał, że zrobił zdjęcie jemu i Peterowi. Zatkało go. Nie potrzebował widzieć obrazu, by znać minę, jaką wtedy najpewniej miał. Ostatnie, czego chciał, to aby coś takiego teraz wypłynęło. Cokolwiek by się nie działo, Hunter musiał pozostać z dala od tego wszystkiego. Luke był pewien, że kiedy zacznie wychodzić z szafy - i nie chodziło jedynie o orientację - rozpęta się dla niego piekło. Na uczelni też. Znali go prawie wszyscy. Po raz pierwszy pomyślał, że to niewygodne.
- Powiedz mi proszę, że żartujesz - powiedział, doganiając chłopaka.
- Nie.
Weszli do szatni. Zaczął nerwowo trząść nogą.
- Mógłbym... - urwał, czując, jak krew napływa mu do twarzy i nienawidząc się za to. - Mógłbym je zobaczyć?
- Nie mogę ci ich teraz pokazać.
- Ale-
Nie zdążył powiedzieć nic więcej, bo drzwi huknęły, gdy do pomieszczenia wparowali kolejni studenci. O'Brien zaklął w myślach i podszedł do swojej szafki.
Tego dnia grali w kosza, a z niego nie było za bardzo pożytku. Ciągle błądził myślami i gdy tylko trener znikał z sali, on schodził z boiska, wykręcając się przerwą na picie albo napompowaniem piłki. Nikt nie narzekał, bo ledwo był w stanie odebrać piłkę i podać ją dalej. W pewnym momencie siadł na ławce, oparł głowę na dłoni i śledził nieprzytomnym wzrokiem biegających wte i wewte kolegów, myśląc o tym, jak powiedzieć rodzicom. Jedyne, co ustalił, to "Mamo, tato...". Nawet nie zorientował się, kiedy usiadł obok niego trener, w identycznej pozie, dopóki na boisku nie przestali grać, a zaczęli się śmiać, patrząc w ich stronę. Wtedy dopiero spojrzał na nauczyciela, a ten wydarł się wniebogłosy:
- O'BRIEN! PRZESTAŃ GAPIĆ SIĘ JAK TEN PEDAŁ I ZASUWAJ NA BOISKO!
Luke skrzywił się kwaśno, zarówno przez określenie pedała, jak i fakt, że facet chyba uszkodził mu bębenki. Zwlókł się niechętnie i dołączył do gry. W czasie przerwy siedli z chłopakami pod ścianą. Zaczęli mówić o spraniu znowu (znowu?) Ricky'ego. Wyjaśnili mu pobieżnie, co się wydarzyło. Rebecca zwyczajnie chciała dać dupy i się nie udało i nikt nie pomyślał o tym, by kulturalnie zapytać chłopaka, czy mógłby usunąć zdjęcia, ale przecież te karki nie wiedziały, czym jest kultura (zmartwiłby się autentycznie, gdyby któryś zareagował na "Mona Lisa" albo "Bach" lub co gorsza "savoir vivre"). Teraz na pewno nie pójdzie im na rękę. Pomysłu nie mógł im wybić z głowy, więc chociaż ostrzegł Olivera, kiedy pozostali zwinęli się z boiska.
Kończył na dziś zajęcia, więc stwierdził, że nie będzie się już przebierał i weźmie prysznic w domu. Wrzucił byle jak swoje ciuchy do torby i wyszedł, nie chcąc w niczym brać udziału. Na korytarzu zobaczył Ingrid. Jak zwykle starannie ubrana - cienka koszula w paski, spod której mógł ocenić kolor jej stanika (czarny), wysokie dżinsy, zgrabne czarne botki. Swoje jedwabiste blond włosy upięła w kucyk. Rozmawiała z koleżanką, ale dostrzegła go, gdy tylko wyszedł z hali. Pożegnała się i podeszła do niego. Ucałowała go lekko w usta na powitanie, a potem zmarszczyła podejrzliwie brwi. Uśmiechnął się.
- Co?
- Masz na sobie treningowe ciuchy, ale nie śmierdzisz.
Roześmiał się krótko, otoczywszy ją ramionami i dłonie wsuwając w tylne kieszenie jej spodni.
- Trochę się dziś obijałem. A tobie jak zleciał dzień?
Coraz więcej osób kręciło się po korytarzu, więc usunęli się pod ścianę.
- Aaa... - westchnęła ciężko, opierając głowę na jego piersi. - Długi dzień.
- Znowu ci docinali?
- To moja wina. Powinnam była ich ustawić na pierwszym roku, to bym miała teraz spokój. Wrogów sobie nie chciałam robić, to teraz mam.
- Może powinnaś się inaczej ubierać. Wiesz, dziurawe spodnie, zdezelowane timberlandy, koszula w kratę, poduszkowa fryzura. Może wtedy by cię bardziej szanowali.
- Bardzo zabawne, Lucky Luke. - Wyplątała się z jego objęć, gdy rozdzwonił się telefon. - Halo? Oh, oui. Non, je n'ai-
Luke oparł się ramieniem o ścianę i skrzyżował ramiona, przysłuchując się, jak mówiła po francusku. Zastanawiał się, czy miała rację. Pewnie tak. Ingrid nie dawała sobie w kaszę dmuchać i zazwyczaj radziła sobie z ludźmi. Jeśli twierdziła, iż przyjęła złą taktykę, to tak było. Musiało jej się ciężko walczyć z głupimi komentarzami i dowcipami kolegów, kiedy nawet wykładowca lubił takie serwować. Mało tego, poza nią do grupy należało tylko parę dziewczyn, które mentalnie pasowały idealnie do płci przeciwnej - z nimi też trzymały. Był świadkiem, kiedy Ingrid swoją odpowiedzą na przytyki jednej z tamtych studentek tak je rozwścieczyła, że laska się rzuciła na nią z łapami. Nie chciała mu przytoczyć rozmowy, chociaż podczas rozdzielania ich został podrapany do krwi, a tamta omal mu oka nie wydłubała. To za ten chłodny, acz krwisty temperament ją kochał. Zawsze sprawiała wrażenie takiej, co panuje nad sytuacją. Mocno jej tego zazdrościł. Podobno ludzie często dobierają się tak, że jedna osoba wypełnia sobą luki w charakterze drugiej - a przynajmniej to, co ona uważa za swoje luki. Podobała mu się ta koncepcja, aczkolwiek wolałby zniwelować swoje ubytki, zamiast je zakorkowywać.
Kiedy skończyła nareszcie rozmawiać i odwróciła się do niego, przygryzł wargę, powstrzymując cisnący mu się na usta uśmiech.
- Mówiłem ci już, jak uwielbiam, kiedy mówisz po francusku?
- Peut-être - odparła, śmiejąc się i patrząc mu w oczy.
Pokręcił głową, czując się tak zwyczajnie szczęśliwy. Objął ją ramieniem i ruszył, by odprowadzić ją na następne zajęcia.
- Chciałabyś przyjść dzisiaj do mnie? Rodzice wyjechali.
- Chcesz znowu przegrać w Mortal Combat? - Zmarszczyła złośliwie nos, na co on uszczypnął ją w bok.
- Żartujesz sobie ze mnie? Po trzydziestu sekundach będzie K.O.
Ingrid prychnęła, odrzucając swoje piękne, jedwabiste włosy na plecy.
- Zobaczymy.


Był właśnie w gabinecie ojca, szukając w wielkiej gablocie tego wina, którego prawdopodobnie nie powinien ruszać. Nie pamiętał nazwy, więc oglądał każdą (z wieeelu) butelek, próbując znaleźć tę z odpowiednią datą. Wyciągnąwszy którąś już z kolei, skrajną, jakaś teczka, upchnięta za nią, przewróciła się na wino obok. Dostając niemal zawału, rzucił się, by przytrzymać szkło, nim spadło na ziemię, plamiąc cholernie drogi dywan. Ostrożnie, jakby gwałtowny ruch mógł stworzyć kolejną agresywną teczkę, odłożył trzymaną wcześniej butelkę na miejsce i podniósł z ziemi powód jego prawie-śmierci.
Willa Rhodes
Luke patrzył dłuższą chwilę na zapisane markerem, pismem ojca, słowa. W głowie miał pustkę. Otworzył dokument i tak jak się spodziewał, zobaczył dane rodziców Lilian oraz projekt wielkiego domu - willi - w jej rodzinnej miejscowości. Zmarszczył brwi, przeglądając kolejne strony. Wyglądało to na spore przedsięwzięcie i skomplikowane, dokładnie takie, jakie uwielbiał jego ojciec. Dlaczego więc nie wspomniał o  tym słowem? Dlaczego trzymał to w gablocie, schowaną za winem? Usiadł na podłodze i oglądał poszczególne rzuty, przekroje i detale. Nie usłyszał nawet, kiedy do pokoju weszła Ingrid; drgnął z przestrachem, gdy poczuł na ramieniu jej rękę.
- Co robisz? Znalazłeś wino?
- Nie... Znalazłem projekt, który ojciec robi. Albo robił - odparł cicho, podając jej teczkę. - Dom rodziców Lilian.
- O. - Uniosła brwi, zaskoczona. - Nie wiedziałam, że się znają.
- Ja też. A powinienem wiedzieć.
Usiadła naprzeciw niego i przechyliła głowę, patrząc na jego zmartwioną minę.
- Co próbujesz powiedzieć?
- Nie wiem. Mój ojciec nigdy nie krył się z żadnym projektem, jaki wykonywał, Ingrid. - Odetchnął głęboko i skrył jej dłonie w swoich. - Opowiadał mi o każdym jednym. Trzyma je wszystkie w tamtej szafce. - Wskazał kciukiem mebel za sobą. - Nie w kredensie z winami... Wetknięte gdzieś za butelkę...
- Może nie chciał ci o nim mówić, bo wiedział, że się z nią przyjaźniłeś?
- Może... Ale to nie ma sensu. - Przetarł oczy, nagle zmęczony.
- Myślę, że za bardzo się czegoś w tym doszukujesz, wiesz. Zresztą jak wróci, to go po prostu zapytaj.
- Nie omieszkam.
Blondynka uśmiechnęła się i wstała. Przyjrzała się rzędom win.
- Łał - mruknęła. - Może lepiej wypijemy jednak ten rum?
Chłopak podniósł się i chwycił pierwszą lepszą butelkę z brzegu.
- Nie ma opcji. A teraz chodź. Tylko nie płacz, jak przegrasz.
- Och, Luke. To słodkie, że nadal masz nadzieję.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Sob Lut 25, 2017 2:51 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Czw Lut 23, 2017 10:06 pm

Richard F. Oliver
Ghosts in the photograph
Never lied to me
"I'd be all of that"
"I'd be all of that"
A false memory
Would be everything
My denial
My Elimenant
WF stanowczo nie był ulubionym przedmiotem Richarda, a już na pewno nie wtedy, gdy musiał w trakcie meczu się pilnować, by nikt nie zrobił mu „niechcący” krzywdy w trakcie jakiegoś faulu. Wiedział, że „pakerzy z drużyny” czuli niedosyt po wczorajszym przerwanym przez Imogen oklepie, więc teraz starali się to sobie odbić. Niewiele było w temacie do powiedzenia, więc po prostu starał się trzymać z dala od akcji.
- Yyy, Richard?
Chłopak ujrzał przed sobą sportowe buty i owłosione łydki, których właścicielem okazał się być Luke. Lekcja się właśnie skończyła i wszyscy ruszyli do szatni. Ricky z paroma innymi maruderami pod koniec usiedli na trybunach. Uniósł brwi pytająco nadal nie wstając.
- Chyba chcą cię znowu sprać – stwierdził O’Brien ruchem głowy wskazując szatnie.  Ricky popatrzył w tamtym kierunku. Drzwi właśnie się zamykały za plecami Adriena, o ile dobrze pamiętał jego imię.
- Dzięki za ostrzeżenie – mruknął tylko. Nawet jeśli było to spowodowane chęcią chronienia własnej reputacji, było to miłe ze strony Luke’a. Ruszył w stronę szatni dopiero, gdy O’Brien do niej wszedł.

- Serio, gdy laska ma czarne majtki, to ma ochotę na seks?
- Co?
- No, tak słyszałem. Tamta laska miała czarne majtki i…
- A to nie było o czerwonych?
- … ja do niej, czy chce…
- Stary, co ty, chyba się porno z lat 90 naoglądałeś.
- Myślę, że laski serio próbują coś przekazać takimi pierdołami.
- A co ja, jasnowidz jestem?
- … więc może jest lesbijką?
- Ja to nie mam nic przeciwko lesbijkom, ale…
- Ja pierdolę, ogarnij się.
- A ty co, jesteś nietolerancyjny?
Grupa chłopaków zarechotała przekrzykując się wzajemnie. Zajmowali centrum szatni – jakimś dziwnym trafem ci najpopularniejsi zawsze mieli szafki pośrodku, zyskując w ten sposób pretekst do zawalania jedynego przejścia do drzwi. Oliver przebierał się w milczeniu w kącie, przodem do ściany. W ten sposób stwarzał chociaż pozory zachowania prywatności. Teraz i tak rozważał różnego rodzaju wyjścia z sytuacji. Wyjść z budynku dało się tylko jednymi drzwiami – chyba, że wykorzystałby do tego okno w łazience. Nie sądził, by chłopaki mieli go pobić w szatni – raczej spodziewałby się po nich, że będą czekać na dworze przy wyjściu. W szatniach były kamery przeciwko którym protestowała połowa uczelni, a które i tak zostały ostatecznie zamontowane. Nie, żeby Richard miał teraz coś przeciwko temu. Naciągał właśnie spodnie na tyłek, gdy obok niego usiadł jeden z członków drużyny pływackiej. Nawet nie kojarzył jego imienia, ale znał go z widzenia. Richard zerknął na niego spode łba zapinając pasek. Od wczoraj otrzymał już tyle uwagi, że starczało mu na miesiąc. Pływak przyglądał się „pakerom” z neutralną miną bawiąc się butelką wody. Był jeszcze bez koszulki, co ukazywało jego mięśnie rysujące się pod skórą. Rzucał się w oczy brak włosów na jego torsie i rękach – Richard przypomniał sobie jak przez mgłę artykuł mówiący o zwyczaju golenia się wśród pływaków.  Spróbował sobie wyobrazić zdjęcie oddające jego aurę bez natarczywego przyglądania się. Chłopak w końcu odkręcił butelkę i podniósł ją do ust, by się napić. Przez roztargnienie wylał wodę na siebie.
- Cholera – mruknął, sięgając po koszulkę z WF-u, by się wytrzeć.
Oliver zdążył zarejestrować wodę ściekającą mu po jabłku Adama, przez obojczyki, do pępka i niżej, by wsiąknąć w materiał jeansów. Odwrócił pospiesznie wzrok, gdy tamten na niego spojrzał, po czym zaczął ubierać koszulkę. Poczuł reakcję własnego ciała – dokładnie tę, jaką bezskutecznie próbowała wzbudzić w nim poprzedniej nocy Rebeka. Zawiązał pospiesznie bluzę wokół pasa czując, jak pieką go uszy z upokorzenia.
- Chcesz też wody? – spytał tamten wycierając podbródek. Chyba nic nie zauważył.
- Co? Nie, dzięki.
- Daj spokój, widziałem to spojrzenie. Krzyczało: „wody!” – zażartował wyciągając w jego stronę rękę z butelką. Ricky dla świętego spokoju wziął łyka śmiejąc się nerwowo. W szatni ucichło, przez co obejrzał się za siebie z poczuciem winy – na szczęście okazało się, że po prostu wszyscy wyszli, a nie zauważyli coś dziwnego.
- Dzięki – mruknął zwracając butelkę.
- To co dzisiaj odwalali na meczu było poniżej wszelkiej krytyki.
Richard milczał wyciągając z szafki lustrzankę. Nadal czuł podniecenie, co straszliwie go peszyło. Modlił się w duchu, by tamten nic nie zauważył. Zaczął wymieniać w aparacie kartę pamięci chcąc by tamten już poszedł. Pływak w międzyczasie ubrał się do końca.
- Słyszałem o tobie. Ty i twoja lustrzanka. Jesteś Richard F. Oliver?
- Ta.
- F?
- Francis.
Zmienił w końcu kartę, podczas gdy ten nadal z nim stał.
- A ty?
- Russell Hooper.
Wyszli z szatni do holu; Ricky z pewnym ociąganiem.
- Na dworze jest zimno, wiesz.
- I tak idę do wc.
Richard starał się na niego nie patrzeć. I tak zauważył, że jedno oko Russell miał chyba jaśniejsze od drugiego.
- To na co czekasz? – spytał opierając się o ścianę.
Richard wiedział, że nie ma opcji, by wyjść głównymi drzwiami.
- Muszę zajarać – odparł patrząc na niego wyzywająco. To zazwyczaj płoszyło sportowców z powołania, którzy dbali o swoją kondycję.
- Wiesz, że nie ma się co przejmować tymi…
- Nie idę jarać dlatego.
Do Russella chyba dotarło, że Oliver chce zostać teraz sam.
- Aaa, rozumiem. Tworzysz sztukę! Bryan Saunders? Pixel Pusha? Witkacy? – zażartował, a gdy Richard uśmiechnął się nerwowo, dodał w końcu – do zobaczenia potem.
Oliver stał obserwując jak ten wychodzi; przez przeszklone drzwi mignęła mu na chwilę gęba jednego z „pakerów”. Widział jak Russel się odwraca patrząc na drzwi, a potem gdzieś w bok. Już nie wyglądał tak wesoło jak przed chwilą.
Wszedł do damskiej łazienki szacując, że tamtym trochę zajmie wpadnięcie na pomysł, by do niej zajrzeć, jeśli stracą cierpliwość i zaczną go szukać po budynku. Założył słuchawki, by puścić jeden z utworów, które wpływały nań uspokajająco. Podziałało to na niego jak zimny prysznic wyzwalając z resztek podniecenia. Spróbował na spokojnie przemyśleć całą sprawę - co takiego wydarzyło się teraz w szatni, czego nie było w jego pokoju z Rebeką. Czy właśnie to jego ojciec próbował mu wybić – dosłownie – z głowy? Wyczuwał w nim właśnie tę skazę? Czy mu się należało?
Przez muzykę w słuchawkach przedarło się głośne trzaśnięcie dobiegające gdzieś z budynku i rechoty „pakerów”.
- Stary, to jest totalnie jak w Lśnieniu – zaśmiał się jeden z nich.
Richard zarzucił plecak na ramię przysposabiając się do skoczenia na parapet. Zanim to zrobił, zauważył na zewnątrz dziwny cień. Zerknął ostrożnie denerwując się w duchu, że nie ma jak stąd wyjść. To co zobaczył przerosło jego oczekiwania.
Była to Imogen w towarzystwie jakiegoś faceta, na którego nawet nie zwrócił uwagi. Szczegóły całego obrazka zobaczył aż za wyraźnie. Dziewczyna klękała w sytuacji, w której na pewno nie chciałaby zostać przez nikogo przyłapana. A Richard na pewno na niej nie chciał przyłapać jej.
What was that for?
Try to be bad

Uspokajająca muzyka nie działała zbyt dobrze w obliczu coraz bardziej prawdopodobnego obicia. Coś go tknęło. Wycelował bardzo ostrożnie obiektyw lustrzanki w dwójkę znajdującą się za oknem, po czym uwiecznił cały ten niesmaczny dla niego obrazek. Zależało mu na karcie pamięci z powrotem – bynajmniej nie przez Rebekę, ani nie dla Luke’a. Na okno specjalnie się wgramolił robiąc dużo hałasu, i w pierwszej kolejności wystawił na zewnątrz nogi. Gdy już zeskoczył na trawnik, pary gołąbków nie było.
***
Prawie dotarł do kampusu, gdy minęła go idąca w przeciwnym kierunku blondynka. Z pewnością zwróciłby na nią więcej uwagi, gdyby nie był do tego stopnia wstrząśnięty wydarzeniami sprzed chwili. Zmierzyła go wzrokiem jakby miała jakiś cholerny rentgen w oczach. Ricky tylko rzucił jej spojrzenie, by ją speszyć, ale skutek był dokładnie odwrotny.
- Nie jest ci zimno bez bluzy?
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nadal ją miał przewiązaną w pasie. Maya – teraz sobie przypomniał - prawdopodobnie zwróciła uwagę na gęsią skórkę, która pojawiła mu się na gołych przedramionach.
- Głupio tak się przeziębić na samym początku semestru, wiesz.
- Dzięki za troskę – burknął Ricky, przyspieszając kroku. Bluzy nie zdjął z bioder.
***
Po WF-ie miał mieć dłuższą przerwę między zajęciami. Wykorzystał ten czas, by zgrać zdjęcia do zewnętrznego nośnika pamięci przez laptop. Mimo posiadania paru kart pamięci, robił to regularnie, by mieć pewność, że nie straci swoich zdjęć. Siedział przy zasłoniętym oknie tworząc w ten sposób namiastkę klimatu panującego w ciemni.
Właśnie wyłączył osobny folder, który stworzył z myślą o Imogen, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Z zaskoczenia prawie zrzucił z biurka lustrzankę, więc ostrożnie ją poprawił na blacie.
Okazało się, że to Lucy z zamiarem zwrócenia mu kubka. Uśmiechnął się blado z miłym zaskoczeniem zauważając, że kubek jest umyty.
- Masz chwilę? – spytała dziewczyna wprost zaglądając mu przez ramię do ciemnego pokoju.
- To chyba niedobry pomysł – zauważył, ale Lucy już się przecisnęła między nim, a framugą drzwi.
- Ale tu ciemno.
- Yyy, no tak… - mruknął Oliver, odsłaniając pospiesznie okna. Na chwilę go to oślepiło. Lucy usiadła na krawędzi jego łóżka rozglądając się wokół. Nie było tu za wiele osobistych rzeczy, za wyjątkiem maleńkiego zdjęcia jego matki wetkniętego w róg tablicy korkowej, na której wisiały różne ulotki i notatki z wykładów. Ricky usiadł naprzeciw dziewczyny bawiąc się nerwowo w dłoniach kubkiem.
- Wydawało mi się, że rano byłeś nerwowy, ale teraz jest chyba jeszcze gorzej…? – zagadnęła go Lucy. Światło padające z okna oświetlało jej tylko jedną twarzy wywołując wrażenie, że jedno oko ma znacznie jaśniejsze niż drugie. Skojarzyło mu się to z Russellem. Znów go tknęło poczucie winy, gdy tak się w nią wpatrywał. Dopiero po chwili ogarnął, że oczekuje się od niego odpowiedzi.
- Co? Nie, jest w porządku.
Lucy uniosła tylko brew z niedowierzaniem.
- Po prostu mam mały kłopot z kolegami Rebeki. To nic, zdarza się – wyjaśnił usilnie beztroskim tonem głosu. Najlepszym sposobem na odwrócenie uwagi od prawdziwych problemów było wskazanie innych.
- Rich, dobrze widzę, że nie chodzi o to.
- Co, masz zadanie domowe z psychologii?
Lucy się żachnęła.
- A może chodzi ci o to, że nie czujesz uznania? Na pewno chciałeś po prostu zrobić fajne zdjęcia Rebeki. Mylę się?
Richard spojrzał na Lucy badawczo. To było dla niego niesamowicie dziwne, że przez jedno wydarzenie tak bardzo stracił anonimowość.
- Ja… Myślę, że po części o to chodzi – potwierdził powoli. Z rana może jeszcze faktycznie się tym przejmował.
- Nie myślałeś, by gdzieś udostępniać swoje zdjęcia? Nawet Thomas pokazuje swoje rysunki i ludzie rozumieją nawet jego dziwactwa - spytała Lucy siadając na łóżku wygodniej. Ricky uniósł brwi słysząc taką bezpośredniość z jej strony. Nie, żeby specjalnie mu to przeszkadzało.
- No dalej, pokażesz mi coś?
- Jasne - zgodził się chłopak, po czym przysunął się do laptopa. Dziewczyna również usiadła bliżej opierając łokcie na blacie biurka i podpierając dłońmi podbródek. Nikomu nie pokazywał większości swoich zdjęć - zazwyczaj fotografowani chcieli obejrzeć tylko zdjęcia ze swoim udziałem. Zanim Oliver włączył folder z obrobionymi zdjęciami, w rogu ekranu wyskoczyła mu informacja o zaproszeniu do znajomych przez nikogo innego jak Russella Hooper. Wyłączył bez słowa powiadomienie w komputerze, po czym włączył pierwsze zdjęcie. Przedstawiało jelenia z połamanym porożem wpatrującego się bezpośrednio w obiektyw. Było to jedno z niewielu zdjęć, na których udało mu się uchwycić grubszą zwierzynę.
- Udało ci się sfotografować jelenia? - zdziwiła się Lucy przejmując od niego zdecydowanie myszkę od laptopa.
- Miałem szczęście. Potem od razu zwiał - odparł Ricky skromnie, zerkając ukradkiem na facebooka w telefonie. Przyjął zaproszenie, po czym wygasił ekran skupiając się z powrotem na dziewczynie.
- Pokazywałeś to komuś?
- Mhm. Na zajęciach z fotografii.
Lucy odwróciła wzrok od ekranu, by rzucić mu pełne niedowierzania spojrzenie.
- Jezu, tylko to, serio? - zdziwiła się. Ricky wzruszył ramionami.
- Nie robię zdjęć dla rozgłosu.
Telefon mu zawibrował, po czym włączył się wyświetlacz. Krótka wiadomość od Hoopera.
"Żyjesz?"
Lucy rzuciła okiem na ekran. Prawdopodobnie przeczytała wiadomość, gdyż zamilkła czekając aż Richard odpisze. Ten jednak zignorował wiadomość mając zamiar poświęcić temu czas później.
- No, wczoraj ci to nie wyszło.
Oliver jęknął.
- Czy ty się mścisz za wczorajszą cenę trawki na imprezie?
- O tym pogadamy później - Lucy błysnęła zębami w uśmiechu.
- Nie ma szans. Będzie drożej, bo przeprowadzają kontrole. Czy ty zdajesz sobie sprawę jak problematyczne jest przeszmuglowanie tego na teren kampusu? - zaczął jej wyliczać wszystkie powody dla których cena musi być wyższa.
- Nuuudyyy - stwierdziła Lucy z żartobliwą dezaprobatą wstając od biurka.
- Przyszłaś tu tylko po to? Koniec zdjęć? Już sobie idziesz? - Richie podjął swoją rolę ledwo kryjąc uśmiech rozbawienia.
Lucy wzruszyła ramionami nonszalancko.
- Trudno - stwierdził chłopak z tą samą nonszalancją przełączając zdjęcie. Pamięć go nie zawiodła, następny kadr prezentował jednego z uczelnianych sportowców zamachującego się do rzutu tyczką. Dzięki krótkiemu czasowi naświetlania udało mu się uchwycić ostre ujęcie w ruchu. Ścięgna i żyły na szyi i ramionach prawie wyłaziły mu spod skóry z wysiłku.
- Och, daj mi to - skwitowała krótko Lucy zabierając mu myszkę i wracając do przeglądania zdjęć.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Sob Lut 25, 2017 5:05 pm

Lucy Chang
pictures of you

Pomarańczowa piłka odbijała się miarowo od parkietu, przy każdym zetknięciu z drewnianym podłożem wydając irytujący, piszczący dźwięk. Gdyby nie miała dostatecznie dobrego powodu, nie przyszłaby tu w taki dzień i nawet widok pięknie wyrzeźbionych męskich ciał, z kroplami potu spływającymi po umięśnionych ramionach nie przekonałby jej do tego. Oj, Lucy uwielbiała piękne rzeczy (oraz osoby), ale w tym momencie od zapachu potu unoszącego się w powietrzu robiło jej się niedobrze, a dźwięki gry sprawiały, że bolała ją głowa. Jednak dzielnie trzymała w rękach kubek z wymownym napisem Not my circus, not my monkeys. Wpatrywała w tłumie jego właściciela, a przy okazji nieco umiliła sobie to nieszczęsne popołudnie.
Z pewną dozą ulgi przywitała gwizdek wuefisty kończący zajęcia chłopaków i szczęśliwa zeszła z trybun. Jak się wówczas przekonała, nie była jedyną dziewczyną obecną na tym meczu. Flegmatycznym ruchem pomachała Ingrid stojącej przed halą i wypatrującej kogoś.
- Ładna koszula! - powiedziała tamta, puszczając oczko.
Dopiero wtedy Lu przesunęła wzrok z twarzy dziewczyny nieco niżej. Faktycznie, miały takie same koszule w paski! Uniosła lekko kąciki ust i podeszła nieco bliżej.
- Wyprzedaże w Zarze? - zaśmiała się, przeczesując palcami swoje krótkie włosy. - Czekasz na kogoś?
Ingrid kiwnęła głową potakująco.
- Ty chyba też? - Posłała wymowne spojrzenie w kierunku kubka.
Chang wzruszyła ramionami, spoglądając gdzieś w bok. Ingrid zaczęła mówić o niczym, a Azjatka udawała, że ją to cokolwiek obchodzi. Nie powinna była podchodzić, nie była w nastroju na towarzyskie pogawędki. Chciała tylko oddać kubek i...
- Och, już jest! - blondynka złapała ją za ramię. - Do zobaczenia!
I już wpadła w ramiona jednego ze sportowców. Wyglądał jakoś znajomo, ale to nie było nic dziwnego, przecież wszyscy chłopcy z drużyny wyglądali niemal tak samo. Dlatego nie rozwodziła się nad tożsamością chłopaczka zbyt długo i rozpoczęła proces intensywnego wypatrywania Ricky'ego wśród reszty wychodzących studentów. Ale nigdzie go nie było.
Czyżby już wyszedł, kiedy rozmawiała z Ingrid? Najwidoczniej.
Lucy wiedziała, że nie powinna była opuszczać akademików, dlatego też tam właśnie się postanowiła udać. Wychodząc z hali minęła grupkę pakerów, którzy śmiali się głośno i wyglądali jakby szykowali się do spuszczenia komuś ostrego wpierdolu.
Biedny ktoś, pomyślała Chang.
***
Kolorowe slajdy przelatywały przed oczami Lucy, przy każdym z nich zatrzymywała się na około minutę, okiem znawcy oceniała kompozycję, kadr i intensywność kolorów. Zdjęcia Ricky'ego były dobre, naprawdę dobre. Zdziwiła się, gdy chłopak powiedział, że nigdy ich nikomu nie pokazywał. To zdziwienie trwało w niej aż do końca pokazu. Wtedy to odwróciła się, oparła pupą o krawędź biurka i wbiła stalowe spojrzenie w Olivera.
- Masz coś jeszcze?
Chłopak jakby speszył się, nie wiedział co ma odpowiedzieć... Jasne, że miał! Nie był przecież laikiem, widziała to po jego pracach. Pokazał jej te - jego zdaniem - najlepsze, wybrane. Ale nie zawsze to co artyście wydało się godne pokazania, faktycznie było najbardziej wartościowe.
- Niby mam, ale...
Wibracje w telefonie oznajmiły przyjście kolejnej wiadomości. Korzystając z momentu, że Richard posłał długie spojrzenie w kierunku urządzenia, Lucy odwróciła się z powrotem do ekranu komputera i zamknęła ten folder, zabierając się za poszukiwania kolejnych, skrywających być może jeszcze ciekawsze dzieła.
- Odpisz mu - mruknęła nadal wpatrzona w monitor. - Jeszcze się chłopak zniecierpliwi.
- Chyba spasuję...
Nie wnikała. Skoro nie chciał odpisywać temu gościowi, to musiał mieć jakiś powód, a Lu przecież nie była wścibska... Przynajmniej nie aż tak. Zamiast zajmować się życiem towarzyskim Ricky'ego, wolała wrócić do jego dorobku artystycznego.
- Masz konto na VK? - spytała, dalej przeglądając zdjęcia.
- Na czym?
Lu westchnęła. Machnęła ręką, drugą w tym czasie przełączając zdjęcie.
- To może na Deviantarcie, Tumblrze albo Flickr? - spojrzała na kolegę z lekkim niedowierzaniem. - Chociaż na Instagramie?
Gdy ten przecząco pokręcił głową, Chang zwiesiła swoją. W końcu jednak oderwała się od biurka, wyprostowała i klasnęła w dłonie. Patrzyła na Ricky'ego spojrzeniem mówiącym, że zaraz stanie się coś złego, a on odpowiadał jej spojrzeniem pełnym niepewności.
- No, to ci zaraz założymy!
Już miała otworzyć przeglądarkę i wystukać adres strony, gdy jej uwagę przyciągnęła jedna z miniaturek zdjęć. Zaciekawiona najechała na nią kursorem i kliknęła, by otworzyć zdjęcie. To, co zobaczyła sprawiło, że odskoczyła od biurka jakby nagle rozgrzało się do stu stopni Celsjusza. Na ekranie pojawiła się bowiem sylwetka znanej wszystkim Imogen, ze wszystkimi jej okrągłościami, zadowalającej oralnie faceta, który z pewnością nie był JEJ facetem. Ashton co prawda sprawiała wrażenie kobiety rozwiązłej ale Lu nie myślała, że naprawdę sypia z innymi na boku. Sądziła, że to jedynie plotki, jakich w placówkach oświatowych krążyło wiele.
- To dlatego...? - wskazała na zasinienie pod okiem Ricky'ego.
Ten pokręcił głową.
- Nie, nie. To zdjęcie zrobiłem dziś po wf-ie.
Nagle Chang połączyła wszystkie fakty jakie znała w logiczną całość. Nie spotkała Olivera w hali dlatego, że ten z ukrycia obserwował Imogen obściskującą się z jakimś obcym gościem! Tylko skąd na twarzy Richarda były te rany powojenne? I na kogo czatowali chłopaki z drużyny?
- Ty! - wskazała oskarżycielsko palcem na jedynego (prócz niej samej) osobnika znajdującego się w pomieszczeniu. - Musisz mi tu wyjaśnić kilka rzeczy...
I zaczęła zadawać pytania, czując się niemal jak Herkules Poirot - jej ulubiony detektyw z czasów liceum.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Faworek

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 06/02/2017

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Czw Mar 02, 2017 1:44 am

M A Y A    R H O D E S

- Maya, masz jakieś marzenia?
Lilian zadała to pytanie dnia, którego May widziała ją ostatni raz. Mogło się wydawać, że od tego czasu wcale nie upłynęło parę tygodni lecz zaledwie część jednego z nich, choć natura dosadnie pokazywała porywcze tempo z jakim zmieniała się data. Dziedziniec został przykryty dywanem opadłych liści, a w oknach uniwersytetu zamiast oślepiających promieni słońca widać było wyłącznie odbicie szarych warstw chmur grożących rychłą mżawką. Teren uczelni wyglądał teraz ozięble i bezpańsko, a May zachodziła w myśl, czy sprawa to jesieni czy nieobecności Lilian.
- Takie, których nie da się spełnić.
Leżała wtedy na kocu z rękami pod głową, merdając stopami - tu, gdzie May krążyła teraz, czekając na Joan przed gmachem uczelni tak, jak umówiły się rano przez wiadomości - i korzystała z ostatnich ciepłych dni tego roku. May siedziała obok, odwrócona plecami w stronę siostry.
- Nie. Wyrosłam z nadziei, że przyleci po mnie jednorożec, żeby zabrać mnie do krainy tęczy - Odpowiedziała jej, zaglądając przez ramię. Wiatr w tym samym czasie zerwał się lekko, by zmieść pierwsze rude liście buków przez środek trawnika, wplątując się jednocześnie we włosy dziewczyn.
- Wystarczyłoby zmienić dilera - Skwitowała, uśmiechając się do błękitu nieba nad nimi - Ale nie to miałam na myśli. Chodziło mi o marzenia realne, ale zależne od wielu niewiadomych, przypadków czy zrządzeń losu.
- Nie rozumiem - Skłamała, chcąc by Lilian powiedziała więcej.
- Na przykład ja chciałabym, żeby zepsuły się twoje relacje z Joan, ale nie zależy to niestety ode mnie w żadnym stopniu - Rzekła Lilian łagodnie tonem, w którym nie można było wykryć nic więcej prócz zwykłego zadowolenia. May patrzyła na siostrę bez słowa dłuższą chwilę, dopóki ta nie zwróciła na nią oczu.
- Nawet gdyby któraś z nas była przez to nieszczęśliwa?
- Nie możesz być przez to nieszczęśliwa, Maya. Nieszczęście wkracza tam, gdzie kończy się szczęście. Ale w tobie nie ma szczęścia. Jest tylko ciekawość.
May nie odbiła zarzutów. Nie miała prawa zaprzeczać słowom siostry. Zamiast tego zamyśliła się na moment i odpowiedziała na pierwsze pytanie, mrużąc oczy:
- Chciałabym odszukać twojego biologicznego ojca.
Skrzypnięcie wejściowych drzwi przywołało May do rzeczywistości. Dziewczyna zwróciła wzrok w ich kierunku w momencie, gdy Joan pojawiła się na schodach, zmierzając nieśpiesznie w jej stronę. Większość twarzy skrywała pod burzą czarnych loków rozrzuconych na warstwy szerokiego grubego szala, co nie pomagało Joan ukryć przed światem oczu, które były jej atutem, jej urokiem, fasetowanym lustrem dla drapieżnego charakteru. Te dwa wielkie grafitowe szafiry w kształcie migdałów błyszczące pod bujnymi brwiami skradły zainteresowanie May w chwili pierwszego spotkania dziewczyn. Rzucały młodej Rhodes wyzwanie, a ona niczym zahipnotyzowana z dziwną potulnością sprawdzała czy mu podoła.
- Maya...
Skutecznie prowokowały, by z wejść w spór, w którym May z przyjemnością będzie stać na przegranej pozycji.
- Przepraszasz za wczoraj. Nie byłaś sobą. Nie chciałaś, żeby tak to wyglądało. Nie powinnaś była tyle pić. Przesadziłaś i teraz żałujesz. Zwykle to ci się nie zdarza. Tak, możemy o tym zapomnieć. Nie, nic się nie stało. Wszyscy jesteśmy ludźmi i popełniamy błędy. Nie jesteś pierwszą ani ostatnią osobą, która nadużyła alkoholu i jeżeli to wszystko, co miałyśmy sobie do powiedzenia, możemy skończyć tę rozmowę i się pożegnać.
Przeszkadzały. Poróżniały. Atakowały. Obiecywały, że będą przyczyną problemów.
- Nie miałam zamiaru użyć żadnego z tych słów. Bardzo rzadko przyznaję się do błędu albo poczucia winy. Chciałam zapytać, czy już jadłaś, bo zabieram cię na obiad, a po tej bezsensownej szopce nie masz prawa mi odmówić. Jeżeli to rozumiesz jako rozmowę to czas najwyższy nauczyć cię właściwej definicji tego słowa. Natychmiast.
A May ciągnęło do problemów.

***

May spędziła z Joan nie więcej niż półtora miesiąca, nie licząc wiadomości, które wymieniały na Facebooku w okresie wakacji po skończonej wycieczce. Ich sposoby bycia pozwolił im zawiązać znajomość sprawnie i szybko bez krępujących zahamowań, które zazwyczaj temu towarzyszą. Jednak swoboda i zrozumienie nie mogły zlikwidować reali - May nie znała Joan wystarczająco, by wiedzieć czego może być pewna, a co może przewidywać.
W tej sytuacji była więc przygotowana przede wszystkim na próby manipulacji, na prośby, zachęty i emocjonalne pieprzenie o szczęściu i uczuciach, jakie może przynieść im obu ta relacja, a mówiąc dojrzałym językiem: May spodziewała się przedyskutowania problemu i prób znalezienia kompromisu. Jednak zamiast tego Joan starała się rozmawiać z nią tak, jakby May nigdy nie powiedziała, że ich znajomość jest skończona; tak, jak rozmawiała z nią podczas tych ciepłych nocy na plaży, kiedy wdychały dym z lufki, popijając rum z colą. Rhodes zastanawiała się, gdzie tkwi w tych zabiegach haczyk i w którym momencie wyjdzie na jaw prawdziwy powód ich spotkania. Joan jednak nie próbowała przemycić w rozmowie żadnych sugestii, dwuznaczności ani chowanego żalu. Była otwarta, śmiała i bezwstydna w swój pociągający sposób. Jej zachowanie było naturalne, a przy tym przyjemne w odbiorze niczym pokusa, której May dawno było dane się poddać. Odkąd zniknęła Lilian, młodsza Rhodes nie miała wokół siebie nikogo, przy kim jej potrzeba towarzystwa mogła zostać zaspokojona. Brzmiało to śmiesznie, kiedy obracała się w tłumie studentów, czyli ludzi pozornie podobnych, w którym znalazłaby się niejedna odpowiadająca jej ambicjom osoba, lecz May była wybredna względem doboru znajomych, których mogłaby nazwać bliskimi i wymagająca w kryteriach określania ludzi przyjaciółmi. Gdy z ograniczonego grona ludzi zasługujących na nadanie im znaczących mian zniknął najważniejszy z członków, May miała rosnący problem z samotnością, więc odnowienie kontaktów z Joan było kuszącą wizją na najbliższy czas.
- Matka zabiłaby mnie, gdyby dowiedziała się, że wydaję pieniądze na hinduskie żarcie - Powiedziała Joan, sięgając po kawałek naan.
- Nie lubi hindusów? - Spytała May pomiędzy kęsami.
- Nie lubi rozrzutności. Za pieniądze, którymi właśnie się raczymy - pomachała kawałkiem placka - mogłabym wyżyć przez następny tydzień, gotując sama. Jej zdaniem rozpieszczanie i dogadzanie sobie w podobny sposób to brak szacunku dla ciężko pracujących osób, brak umiejętności oszczędzania, rozpusta i grzech.
- To wszystko brzmi jak coś złego.
- Prawda, ale czy ma szansę brzmieć inaczej?
- Dla mnie nic nie jest złe, jeśli jest przyjemne.
- Więc brak szacunku dla ciężko pracujących osób może być według ciebie przyjemne - Stwierdziła
May wzruszyła ramionami, lekko unosząc jeden z kącików ust.
- Nie słyszałam, żeby właściciele niewolników narzekali.
Joan zachichotała bezgłośnie pod nosem, a potem odłożyła sztućce na talerz. Rozsiadła się wygodnie na krześle, zakładając nogę na nogę. Jej oczy zwrócone były w stronę May, prowokując ją do odwzajemnienia spojrzenia.
- Przez ciebie nabieram ochoty przekonać się jak smakuje podobna przyjemność.
- Co ci szkodzi na przeszkodzie?
- Nie mam mentora, który pokazałby mi specjały tej kuchni.
- Przykro mi. Nie mam namiarów na żadnego.
- Spokojnie. Znam jednego. Wiem, że pomógłby mi poznać prawdziwe ambrozje, gdyby tylko chciał.
May otworzyła usta, żeby odpowiedzieć, ale zawahała się po nabraniu powietrza. Joan wykorzystała moment:
- Czego się boisz, Maya? Niczego nie oczekuję.
- To źle. Szanujący się ludzie mają oczekiwania.
- Oczekuję, że nie będziesz uciekać przed znajomością ze mną - Poprawiła się.
- Tylko?
- Tylko, Mayu. Czego więcej potrzeba do zabawy prócz szczypty odwagi?
- A więc zabawa?
- Zabawa. Czysta przyjemność.
- Bez obietnic?
- Ani zobowiązań - Potwierdziła.
May splotła palce, kładąc łokcie na oparciu krzesła.
- I uważasz, że jesteś w stanie przełknąć wszystkie z dań, które ci zaserwuję?
Joan rozchyliła wargi, by po chwili uśmiechnąć się szeroko.
- A podsuniesz mi też te najostrzejsze?
- Owszem, ale jako drugie danie. Najpierw czeka cię przystawka.
May sięgnęła do torby. Poszperała w niej trochę. Wyciągnęła portfel, a z portfela mały, niepozorny przedmiot. Położyła go na stole pomiędzy nimi.
- Najpierw musimy wywołać kilka zdjęć.
- Mój kuzyn dorabiał w laboratorium fotograficznym.
- Dzwoń do niego.
- Teraz?
- Im szybciej, tym lepiej.


Ostatnio zmieniony przez Faworek dnia Wto Maj 16, 2017 1:29 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Nie Mar 05, 2017 2:19 pm


But she said, where d'you wanna go?
I'm not looking for somebody
With some superhuman gifts
Just something I can turn to
Somebody I can kiss

- Dzień dobry - szepnął jej na ucho, wybudzając ze snu. Gdy już otworzyła oczy, położył przed nią drewnianą tackę, na której czekała na nią owsianka na mleku migdałowym z nasionami chia (za którymi wiedział, iż przepadała) oraz granatem, a także dzbanek białej herbaty i miód. Na widok tego uśmiechnęła się szeroko, zaraz kryjąc twarz w poduszce.
- Ale wtopa... - doszedł go jej stłumiony głos.
- Dlaczego?
Uniosła się na łokciu i spojrzała na budzik na szafce nocnej. Wskazywał szóstą rano. Padła z powrotem na łóżko, zrezygnowana.
- Miałam nastawiony budzik na szóstą trzydzieści. Zrobiłeś mi śniadanie z okazji swoich urodzin?
- Tak...? - Uśmiechnął się, a potem kiwnął na nią głową. - Wstawaj, bo wystygnie.
Sięgnęła za łóżko, wyplątała się z kołdry i omijając tackę, nachyliła się do niego z zapakowanym prezentem i przytuliła, a potem ucałowała i wręczyła podarunek.
- Życzenia są w środku - wyjaśniła i wzięła się za wyjadanie pysznego śniadania.
Rozchylił torebkę i wyjął najpierw czapkę bejsbolówkę z logo jego ulubionego zespołu. Założył ją od razu na nieuczesaną głowę, a potem wyciągnął książkę. Kucharską, z przepisami. Wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, aż w końcu Ingrid zapytała zaniepokojona:
- Nie podoba ci się? Mogę zawsze wymienić na coś innego. Pamiętam po prostu parę razy mówiłeś...
- Nie, cieszę się. - Wyszczerzył zęby. - Naprawdę.
Blondynka uniosła kąciki ust.
- W takim razie ja też.

- Wiesz, zaproszę też mojego kuzyna dzisiaj.
- Reggiego? On nie mieszka gdzieś daleko?
- Mieszka - potwierdził, zerkając we wsteczne lusterko. - Ale ma tu niby coś do załatwienia. Widziałem na fejsie. Pewnie przyjechał wujka odwiedzić.
- Mówiłeś, że są pokłóceni. - Ingrid była już całkiem skołowana.
- Ale to wciąż jego ojciec. - Wzruszył ramionami. - Nie znam sam szczegółów. Mam nadzieję, że wpadną z Tamarą. Dawno ich nie widziałem. Kiedyś spędzaliśmy dużo czasu razem.
Starał się brzmieć normalnie, ale i tak w jego ton wkradła się nuta smutku i żalu. Nikt w rodzinie nie chciał mu wytłumaczyć, co poróżniło Reggiego z Geraldem, a z kolei tamten stawał się natychmiast drażliwy, gdy próbował poruszyć z nim ten temat. Nie mówiąc już o jego narzeczonej - teraz już żonie.  Ona ucinała dyskusję od razu.

Nie zamierzał robić wielkiej imprezy - nie miał ochoty potem spędzić godzin na sprzątaniu, a wcześniej godzin na krzątaniu się po własnym domu i pilnowaniu, by nic nie ucierpiało. Ani nikt, choć o ten aspekt mniej się martwił. Po ostatnich wydarzeniach wykreślił także z listy niemal wszystkich chłopaków z drużyny, poza dwoma. Napisał do Russella, Imo (z zastrzeżeniem "bez osób towarzyszących" - wątpił, by wzięła ze sobą swojego chłopaka, a innych typów nie zamierzał tolerować; zamierzał kiedyś z nią o tym pogadać, bo nie miała nawet chyba pojęcia, że on wiedział, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Zwłaszcza, iż nie był w pozycji, by prawić innym kazania), Mayi (w razie, gdyby chciała się rozerwać, ale z prośbą, by nic nie kombinowała). Ingrid uprzedził, że może wziąć jakąś swoją koleżankę, a ona bąknęła coś o jakiejś Lucy. Każdego uprzedzał, iż nie oczekiwał żadnych prezentów i że impreza będzie luźna, także nie muszą się nie wiadomo jak odstrzelić.
Musiał zdobyć jakiś kontakt do jednego z profesorów, więc popołudniu skierował się do dziekanatu. Tam zapytano go, czy mógłby oddać Richardowi legitymację, którą zostawił. Stwierdził, że i tak miał go zaprosić i poprosić o robienie zdjęć, więc zgodził się. Jak każdy normalny człowiek w takiej sytuacji spojrzał na jego zdjęcie, by sprawdzić, jak bardzo źle wyszedł. O dziwo wyglądał normalnie. Za to jego uwagę przykuła data urodzin. Uśmiechnął się, rozbawiony. Gdy tylko wypatrzył go na korytarzu, podszedł i wręczył mu identyfikator. Ucieszył się, że po zapewnieniu, iż brygady drużynowej nie będzie, przyjął zaproszenie.
Finalnie zebrał dość dziwną grupę znajomych, ale całkowicie to mu odpowiadało. Zresztą za każdym razem lądował w innym towarzystwie, dawno przywykł do tego.

Udało mu się wyrwać wcześniej, by posprzątać dom. Kiedy przyszła Ingrid, zabrała się najpierw za zapalanie zapachowych i zwykłych świeczek w każdym możliwym pokoju - zboczenie jego matki, które najwyraźniej miało więcej kobiet. Potem wyłożyła na zdobny talerz przekąski (nie kryjąc zachwytu nad ich kolorami), podczas gdy on kończył danie do szybkiego podgrzania na później. Razem wzięli za się przenoszenie talerzy, ciasta, szklanek i kolorowych słomek, które dziewczyna oczywiście musiała ze sobą zabrać. Wszystko to ustawili na ławie przy wielkiej kanapie w kształcie "U" w salonie, a to, co się nie pomieściło, rozstawili na stole w pobliżu. Luke wrócił do kuchni, by podsmażyć kurczaka do sałatki, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi.
- Ingrid, otworzysz?
- Idę!
Po chwili do pokoju wróciła z Ricky'm i od razu wyszła, by włączyć muzykę w salonie. Richard wysunął w jego stronę kopertę. Luke uniósł brwi, zajrzał do środka. Wyjął z wnętrza zdjęcie.
- Wszystkiego najlepszego.
Wpatrywał się w dwie postacie, które stały otoczone ramionami. Widział swoje zmarszczone czoło, mocny kolor siniaków z imprezy, dłonie kurczowo zaciśnięte na kurtce Pete'a. Odetchnął głęboko, natychmiast czując napływ smutku i tęsknoty. Schował zdjęcie do kieszeni spodni, chcąc się jak najszybciej otrząsnąć. Gdyby nie to, że zaczynała się jego impreza urodzinowa, prawdopodobnie źle by skończył.
- Dzięki - powiedział, lekko zakłopotany. - To bardzo dobre zdjęcie.
Brunet wzruszył ramionami.
- To kwestia odpowiedniego momentu. - Przeniósł nagle wzrok na patelnię i dodał prędko: - Chyba ci się przypala.
O'Brien syknął i zamieszał szybko mięso. Gdy już zapanował nad sytuacją, odezwał się:
- Tak swoją drogą... Przepraszam cię za chłopaków. Nie mają w zwyczaju za wiele myśleć.
- W środku jest jeszcze jedno.
- Hm? - Odwrócił się do niego, zdziwiony.
- Zdjęcie w kopercie.
- Och. Przepraszam.
Zestawił mięso z palnika i zajrzał jeszcze raz do koperty. Widząc drugie zdjęcie, poczuł emocjonalne uderzenie jak młotem w głowę. Pewnie dlatego, że w poprzednim uczestniczył i przeżywał to samo, co wtedy. Teraz zaś zalała go fala świeżych uczuć, gdy patrzył na jego spokojną, delikatnie uśmiechniętą, pięknie piegowatą twarz, przymrużone w padającym świetle oczy, tak łagodne, jak pamiętał; ten wyraz troski i zaniepokojenia, którego wtedy nie dostrzegł, sprawił, że zapragnął natychmiast go zobaczyć. Porozmawiać. Wyjaśnić, naprawić, nieważne jakim kosztem.
- Kurwa... - szepnął, kryjąc twarz w dłoniach, a tyłkiem opierając się o blat.
- Coś nie tak?
Parsknął.
- Nie - zaprzeczył cicho, powoli rozluźniając mięśnie i pozwalając swoim rysom złagodnieć. Dopiero wtedy zabrał dłonie. - To nic takiego. Zupełnie nic...
Pewnych rzeczy nie dało się zapomnieć, zarówno wydarzeń, jak i drobnych spraw; gestów - pocieszenia, jak i tych, które miały wyrazić wyższe uczucia, ukradkowych, porozumiewawczych spojrzeń, układu zmarszczek podczas uśmiechu, koloru włosów w letnim słońcu, dowcipów, niezrozumiałych dla kogokolwiek innego. Wydawało mu się, że mu przeszło, że będąc z Ingrid... Ale to za mało. Może już zawsze będzie się tak czuł. Nikt nigdy nie skradł mu tak samo duszy, jak i serca i czuł się przez to wręcz oszukany. Chciał je z powrotem, bo przestał istnieć jako całość. Stawał się nią tylko w tych momentach, gdy mógł go zobaczyć - ale jak się tym cieszyć, skoro wiedział, iż zaraz odejdzie?
- Myślałem, że to ładna pamiątka... - odezwał się Ricky, chyba lekko skołowany jego reakcją.
Nim Luke zdążył odpowiedzieć, do kuchni weszła rozpromieniona Ingrid, więc szybko schował zdjęcie do tej samej kieszeni co poprzednie i wydusił z siebie uśmiech.
Jak to możliwe kochać kogoś, jednocześnie wciąż mając część siebie tak daleko?

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Mar 06, 2017 12:22 am

Richard F. Oliver
Oh, you sit amongst yourselves.  
Soon, you lie, the rest will see.  
Your eye has stolen me.
Zapukał do drzwi familii O’Brien mając cichą nadzieję, że jest pierwszym gościem. Nie był osobą lubiącą skupiać na sobie uwagę, liczył jednak na to, że będzie miał stosowne warunki, by wręczyć Luke’owi skromny prezent, który udało mu się przygotować mimo tego, że został poinformowany o urodzinach niemalże na ostatnią chwilę. Swoją drogą poraził go dziwny zbieg okoliczności, który sprawił, że jeszcze nad ranem leżał w łóżku zastanawiając się, czy otrzyma od ojca chociaż smsa z życzeniami urodzinowymi (nie dostał, ale do końca dnia zostało jeszcze dużo czasu – tak sobie tłumaczył), a teraz miał świętować urodziny chłopaka, z którym nawet niespecjalnie się znał, choć w zasadzie czuł do niego sympatię. Nie, żeby z kimkolwiek na uniwersytecie Seaberg się bliżej znał. Być może miało okazję się to zmienić za sprawą niejakiego Russella, który nie dał się dnia poprzedniego zbyć, co skończyło się pisaniem do późna w nocy i wymianą starych piosenek z dzieciństwa. Teraz głowa huczała mu hitami typu The Bad Touch, Mambo No. 5, Baby One More Time czy Crazy Loop.
Telefon mu zawibrował informując o nowej wiadomości na Messengerze.
"Przyznaj się, że to znasz. https://www.youtube.com/watch?v=12vh55_1ul8"

"Jezu Chryste. Odezwę się potem. Chyba."

"Spoko, ja też. TEŻ mam życie towarzyskie, wiesz."

Uśmieszek, który wykwitł mu pod nosem w sam raz został zaserwowany Ingrid, gdy ta mu otworzyła drzwi. Nigdy z nią nie rozmawiał, ale z tego co miał okazję usłyszeć – Luke miał zaszczyt być jej pantoflem.
- Już jesteś! Luke jest w kuchni, właśnie smaży mięso, możesz się z nim przywitać, ja muszę coś jeszcze zrobić – Ingrid nie dała mu dojść do słowa, popychając go w stronę kuchni.
Richard przywitał się z solenizantem pogodnie czując jak koperta schowana za pazuchą niemalże go grzeje. Nie był pewien, czy wręczenie mu tych zdjęć teraz było dobrym pomysłem – jedynym sposobem by się przekonać było to zrobić. Nie namyślając się specjalnie długo, tak też uczynił.
Reakcja O’Briena była silniejsza niż się spodziewał – ku jego konsternacji nadal nie był pewien czy to był trafiony prezent czy nie. Zdołał zobaczyć na jego twarzy tylko ból – nie takie emocje chciał wywoływać tym zdjęciem. Pod skórą jednak czuł, że to co udało mu się uchwycić, było czymś więcej niż wyglądało – tak samo jak teraz reakcja Luke’a. Może by próbował w jakiś sposób wyjaśnić swój gest – w końcu nie chciał sprawić mu przykrości – ale nim nawet sformułował w głowie słowa wyjaśnienia, do kuchni weszła Ingrid. Obaj uśmiechnęli się do niej w odpowiedzi na promienną aurę jaką dziewczyna emanowała. Albo nie zauważyła  dziwnej atmosfery, albo tak dobrze udawali – albo ona sama udawała, że nic nie zauważyła. Zajrzała do naczyń zachwalając głośno kulinarne popisy swojego lubego. Ricky przytakiwał jej z lekkim uśmiechem, zerkając ukradkiem na Luke’a i gładząc bezwiednie obiektyw aparatu zwisającego mu z szyi.
- Oh, Ricky! Może zrobiłbyś nam zdjęcie? – zaproponowała dziewczyna radośnie. Oliver podniósł aparat do twarzy, na co Ingrid zapozowała teatralnie wieszając się Luke’owi na szyi. Nie lubił robić pozowanych zdjęć, ale solenizant sam o zrobienie takich ich prosił. Gdy już zrobił zdjęcie, skomentował żartobliwie:
- Ingrid i pantofelek.
- Uważaj, bo cię kopnę – odparował Luke.
- A niby czym?
- A nibynóżką.
Richard przeszedł do salonu kręcąc głową na tak odgrzewany żart. Zdołał się dopiero co rozsiąść na kanapie, gdy doszli jacyś dwaj kumple Luke’a z drużyny. Kojarzył ich z widzenia i wiedział, że nie należeli do grupki „pakerów”. Nawet kulturalnie się z nim przywitali, na co on równie kulturalnie pomógł im wyładować z auta alkohol. Nikt nie pytał w jaki sposób mają zamiar wrócić do siebie.
- Dziś też będziesz robił zdjęcia?
- Luke mnie poprosił.
- Spoko, spoko. Wiesz, studiujesz fotografię, ale nie musisz być chodzącym aparatem.
- Uważacie, że robię zdjęcia, bo tak bardzo się wczuwam w bycie studentem?
- Nooo, albo jesteś stalkerem. Robisz zdjęcia ludziom i potem…
- Oh Luke, jak to pachnie!
- Oby było też zjadliwe.
- O kurwa, ty to sam zrobiłeś? Ok, losujemy, kto kosztuje pierwszy.
Luke dał kumplowi kuksańca z łokcia wśród ogólnych śmiechów. Richard dołączył do nich starając się w tyle głowy zignorować pomówienie o bycie stalkerem. Może faktycznie ludzie mieli prawo tak myśleć. Cóż, z pomocą Lucy, która mu zorganizowała autopromocję zdjęć, mogło się to zmienić.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, miał wrażenie jakby swoimi myślami wywołał wilka z lasu, gdyż to była właśnie Lucy. Przekroczyła próg razem z blond-włosą Mayą. Ze wstydem sobie uświadomił, że zaczepiła go zarówno wczoraj, jak i na imprezie i w obu przypadkach nie był dla niej miły. Przywitał się z nią uprzejmie próbując to nadrobić, po czym usunął się jak zwykle na bok, robiąc przy okazji parę zdjęć. Kumple Luke’a wyraźnie się zapalili do towarzyszenia dziewczynom w jakiś telepatyczny sposób przekazując sobie nawzajem, który dokładnie zajmie się którą. Można było tylko podziwiać tę ich zgodność. Dosłownie chwilę później wkroczyła ku zaskoczeniu Ricky’ego Imogen wraz ze swoim oficjalnym chłopakiem. Nie zauważyła go, lub jedynie udawała, że go nie zauważa. On sam wymienił z Lucy szybkie spojrzenia – dziewczyna dała mu spokojnie znać, że będzie dyskretna. Wczoraj był zmuszony zdradzić jej jedynie, że chce zaszantażować Imogen, aby oddała mu kartę pamięci. Taka determinacja w odzyskaniu paru ujęć mogła zdziwić nieznających się na rzeczy pakerów, ale nie taką artystyczną duszę jaką była panna Chang.
Gdy robił zdjęcie Imogen rzuciło mu się w oczy jak bardzo ludzie się zmieniają w zależności od otaczających ich znajomych. W tym przypadku na lepsze.
- Brakuje jeszcze jednego gościa. Luke, pisałeś do niego? – odezwała się Ingrid.
- Już jedzie, autobus miał poślizg.
Ingrid pokiwała głową.
Ricky mimowolnie dołączył do rozmów mile zaskoczony dość pozytywną energią. Z Imogen zgodnie unikali siebie nawzajem, było ich na szczęście na tyle dużo, że wychodziło to naturalnie. Z kolei jej oficjalny chłopak wydawał się całkiem w porządku. Jeśli Luke mógł mieć jakieś obawy, że ktoś się z kimś nie dogada, wychodziło na to, że nie musiał się o to martwić. Nawet rzucenie paru żartów o Trumpie i Clinton choć niebezpieczne w nieznanym do końca towarzystwie, nie wywołało ostatecznie żadnej gównoburzy.
W końcu przybył też ostatni gość, na widok którego Oliverowi prawie opadła szczęka.
- Lucky Luke kończy dziś 21 latek! Patrzcie jaki duży chłopak! Od dzisiaj możesz już legalnie pić alkohol w całych Stanach. I oglądać pornuchy – zażartował Russell obejmując solenizanta po przyjacielsku – nie, żebyś musiał – dodał pospiesznie na widok Ingrid.
Ricky’emu skojarzył się z labradorem z całą tą wesołością i bliskim kontaktem, jaki nawiązywał. Z jego przybyciem nie zmieniło się w zasadzie nic w nastrojach całego towarzystwa, z kolei miało to jakiś wpływ na Olivera. Hooper w końcu go zauważył i przy sposobności podszedł do niego porywając po drodze dwie puszki z piwem.
- Richard Francis Oliver!
- Russell Hooper - odparował Ricky przyjmując od niego puszkę. Nie był w stanie podnieść wzroku ku jego twarzy.
- O, masz ze sobą lustrzankę. Możesz mi zrobić zdjęcie.
Chłopak pokręcił głową prychając pod nosem. Z lekkim zdziwieniem zauważył, że nie ma oporów, by spojrzeć mu w twarz przez wizjer - bez problemu zauważył, że jedno oko było w całości niebieskie, podczas, gdy drugie cechowało się dodatkową brązową plamą.
- Wow, masz heterochromię.
- Wow, wiesz jak się to nazywa. Zazwyczaj mówią na mnie po prostu: husky.
Ingrid, która stała obok razem z Lucy zaśmiała się usłyszawszy to.
- Poważnie?
- Taaak. Szczytem podrywu było kazanie mi szczekać.
Dziewczyny wybuchły śmiechem, po czym włączyły się do rozmowy o najgłupszych poznanych przez nie metodach podrywu. Richard wykorzystał moment, by zrobić im zdjęcie. Nie uszło to uwagi Russella, który spytał:
- A ty jesteś na jakimkolwiek zdjęciu, Rich?
Oliver pokręcił głową łapiąc niemalże kurczowo lustrzankę, podczas gdy Hooper wyciągnął po nią dłonie.
- Używałem już lustrzanki, wiesz.
Dość niechętnie oddał mu sprzęt. Rzadko zdarzało mu się być po drugiej stronie wizjera; nawet się nie uśmiechnął do zdjęcia.
- Chyba wyszedłeś na zdjęciu jak na prochach. Można je gdzieś zobaczyć?
- Muszę dopiero wywołać.
Imogen zerknęła z ukosa na niego - mimowolnie zadał sobie pytanie, czy dziewczyna miała problem z zobaczeniem zdjęć. Zapisywał je na karcie w formacie RAW - laik mógłby mieć z tym formatem problem. A Ricky miał nadzieję, że Imogen jest laikiem.
- Gołąbki, co powiecie na zdjęcie całej grupy? - odezwała się znienacka Maya, którą cały czas zaczepiał jeden z kumpli Luke'a. Ingrid podchwyciła pomysł, po czym usadziła Luke'a na środku kanapy, podczas, gdy reszta rozsiadła się wokół. Richard ustawił uważnie kadr uruchamiając opcję opóźnionego zwolnienia migawki. Zwrócił uwagę, że Luke wygląda teraz na szczęśliwszego. Nadal czuł potrzebę wytłumaczenia mu się z tych zdjęć, choć z kolei nie był pewien, czy ciągnięcie tego tematu ma sens.
- Za 10 sekund, uwaga... - odezwał się, po czym pobiegł na swoje miejsce za O'Brienem i między Russellem, a Lucy.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Mar 06, 2017 11:09 am

Lucy Chang

Popiół z końcówki papierosa spadł na framugę otwartego okna. Lucy siedziała na parapecie z jedną nogą zwieszoną niebezpiecznie nad kilkumetrową przepaścią. W jednej ręce trzymała telefon, w drugiej natomiast papierosa. Na jej kolanach leżała Dziewczyna z pociągu z włożoną weń zakładką z reprodukcją Pocałunku Klimta. Anna gdzieś wyszła, dlatego Lu mogła spokojni zapalić w pokoju, nie bojąc się o wszczęcie awantury. Długonoga blondynka miała straszny problem z zażywaniem niezdrowych używek jak alkohol czy papierosy, które były niezbędne do tworzenia sztuki, czy chociażby wytrzymywania z taką bandą idiotów jak ci tutaj.
- Ale jesteś tego pewna, Lulu? - zapytał głos w słuchawce.
Zmarszczyła brwi. Ne dość, że nie lubiła tego zdrobnienia (przecież nie była w liceum!) to jeszcze słyszała to pytanie już trzeci raz podczas tej rozmowy.
- Nie - niemal warknęła. - Ale w inny sposób się o tym nie przekonam.
Po drugiej stronie słychać było jakieś pomruki, jakby rozmówca zastanawiał się co odpowiedzieć... W jednej chwili przerwane zostały dźwiękiem przychodzącego połączenia.
- Czekaj, mam drugą rozmowę.
Nim mężczyzna zdążył zaprotestować, Lu już zawiesiła połączenie, by zaraz usłyszeć w słuchawce nazbyt podekscytowany i szczęśliwy głos Ingrid.
Siwo, czemu?
- Lucy! W imieniu solenizanta, mam zaszczyt zaprosić cię na urodziny Luke'a.
Urodziny kogo? - chciała w pierwszym odruchu zapytać, ale zaraz przypomniała sobie jasnowłosego pakera, z którym Ingrid ostatnio przytulała się w budynku hali sportowej.
- Dzięki - odpowiedziała zamiast tego. - Na pewno przyjdę.
Po tym jak Ingrid podała jej dane dotyczące miejsca i godziny rozpoczęcia imprezy, Chang wróciła do poprzedniej rozmowy.
- Muszę kończyć, idę na jakieś urodziny, czy coś... - Już słyszała jak jej rozmówca się krztusi, zapewne swoją drogą whisky. - Do usłyszenia.
Zakończyła połączenie i zeszła z parapetu przeglądając zaległe powiadomienia. Większość nie była zbyt interesująca - trochę lajków na instagramie, nowy filmik na YouTube - ale przy jednym zatrzymała się na dłużej.
Richard F. Oliver ma dziś urodziny. Złóż mu życzenia!
Uniosła jedną brew.
***
Czerwony Chevrolet Camaro z 1987 wjechał na podjazd jednego z domków jednorodzinnych w Seaberg. Lucy zaciągnęła hamulec, po czym odwróciła głowę w stronę siedzenia pasażera zajmowanego przez blondynkę o nieprzeniknionej minie. Oparła się łokciem o schowek między siedzeniami i wbiła w dziewczynę przenikliwe spojrzenie ciemnych oczu.
- Maya... - Przyłożyła na chwilę palec wskazujący do ust. - Dziewczyny z drużyny widziały cię ostatnio na tej imprezie w klubie. Nie zauważyłaś niczego, hmm... dziwnego?
Młodsza Rhodes spojrzała na Lucy dziwnie i pokręciła głową.
- Nie, nie wydaje mi się.
Chang jeszcze przez chwilę patrzyła na blondynkę ale zaraz wzruszyła ramionami i wyprostowała się. Spojrzała raz jeszcze na swój makijaż w lusterku, po czym rzuciła:
- Okej. Chyba powinnyśmy iść.
Sięgnęła po butelkę wódki leżącej z tyłu auta. Na jej dnie leżał niedużej wielkości martwy skorpion - kupiła ją podczas tegorocznych wakacji w RPA i stwierdziła, że świetnie nada się na prezent dla Luke'a. W końcu sportowcy lubili ryzyko, nie?
Na parkingu stało jeszcze jedno auto niewyglądające raczej na samochód państwa O'Brienów. Widocznie ktoś jeszcze wpadł na tak samo głupi pomysł. Po wejściu do domu przekonała się kto był na tyle mało inteligentny. Ledwie zdążyła musnąć na powitanie policzek Ricky'ego, którego ku jej zaskoczeniu wypatrzyła wśród kilku znajomych twarzy, a już przy jej boku pojawił się Alan - chłopak z drużyny, z którym dawno temu poszła chyba do kina. Odjął ją w talii i nieznacznie przysunął do siebie.
- Co tam masz ciekawego? - zagadnął.
Lucy żachnęła się.
- To dla naszego solenizanta.
Zgrabnym ruchem wyślizgnęła się z objęć sportowca. Poklepała go po ramieniu na odchodne i ruszyła szukać gwiazdy tego wieczoru. Nie musiała długo błądzić, bo zaraz u jej boku zmaterializowała się Ingrid i zaczęła ciągnąć Lu w stronę innego pokoju.
- Luke, to jest Lucy. Lucy, to Luke.
- Lucy Chang.
- Luke O'Brien.
Wymienili krótki uścisk dłoni, po czym Lu wyciągnęła w stronę chłopaka butelkę.
- To dla ciebie, wszystkiego najlepszego!
Luke spojrzał na pływającego w wódce skorpiona z cieniem niepewności malującym się na twarzy. Po chwili jednak uśmiechnął się, a Lu miała nadzieję, że będzie tym, który podejmie się spożycia niespodzianki z alkoholu. Po wymienieniu jeszcze kilku uprzejmości Ingrid pociągnęła dziewczynę za ramię w kąt salonu.
- Jest słodki, prawda? - cała się rozpływała. - A ostatnio...
Ale Lucy nie słuchała o miłosnych uniesieniach Ingrid i Luke'a, jej oczom ukazał się znacznie ciekawszy widok. Mianowicie: widok Ricky'ego rozpływającego się na widok Russella Hoopera. A więc to on był sekretnym obiektem westchnień Olivera! Lucy nie mogła przepuścić takiej okazji, dlatego po zrobieniu wspólnego zdjęcia, niemal natychmiast pociągnęła Richarda do pokoju obok.
- Wszystkiego najlepszego! - szepnęła mu do ucha i dała kopertę z bonem na wywoływanie zdjęć do jednego ze znanych jej fotolabów. - Sorki, nie miałam za dużo czasu na wymyślenie czegoś.
- Skąd ty...?
- Facebook prawdę ci powie! - puściła oczko. - Ale powiedz mi lepiej.. Ty i Russell, huh?
Czuła się jakby wróciła do liceum. Od jakiegoś czasu znów zadawała się z cheerleaderkami, jej znajomi przeżywali pierwsze, nieśmiałe zauroczenia, chodziła na domówki...
Żeby się nieco uspokoić, rozejrzała się po pomieszczeniu. Znajdowali się w czymś na kształt domowego gabinetu, zapewne należącego do jednego z rodziców O'Briena. Ciemnowłosa oparła się o biurko i wyczekująco spojrzała na chłopaka. Ale nie dane jej było usłyszeć odpowiedzi, do pomieszczenia wszedł wspomniany wcześniej Russell, z lekkim zdziwieniem patrząc na tę dwójkę.
- Właśnie zaczynamy pić, idziecie?
Lucy klasnęła w dłonie i czym prędzej wyszła z pomieszczenia.
***

so you wanna play with magic
boy, you should know whatcha falling for
baby do you dare to do this
cause I’m coming atcha like a dark horse

Butelka ze skorpionem krążyła wśród wszystkich zebranych. Wszyscy byli już lekko wstawieni, bo jednak nikt nie odważył się pić tego wynalazku na trzeźwo, jednak po pierwszym łyku wódka okazała się nie być taka zła. Gdy po raz kolejny dotarła do Lucy, ta z pewnego rodzaju smutkiem zauważyła, że trunek się kończy. Zakołysała butelką i jego resztki zachlupotały na dnie a pancerz skorupiaka obił się o ściankę z głuchym brzdękiem.
- Zeruj! - krzyknął jeden ze sportowców.
Lu posłała mu wyzywające spojrzenie, po czym przechyliła butelkę i całą jej płynną zawartość wlała sobie do gardła. Otarła usta, po czym uniosła rękę ze szkłem w geście zwycięstwa. Kilka osób zawyło, Imogen gdzieś z tyłu prychnęła, a Chang uśmiechnęła się wyzywająco.
- To kto go zjada? - zaśmiała się. Niektórym miny zrzedły po tym pytaniu, ale sportowcy popatrzyli po sobie z wyzwaniem w oczach. - Panie solenizancie?
Luke namyślał się chwilę, ale w końcu odparł:
- Dawaj!
W pokoju rozległy się krzyki i brawa.
- Okej, wyciągnę go jakoś.
Ktoś podał Lu długą wykałaczkę do szaszłyka i ta zaczęła majstrować nią przy butelce. Właśnie w momencie, gdy Chang niemalże leżała na stoliku do kawy, siłując się ze skorpionem, a spod jej tenisowej spódniczki wyglądał spory kawałek pośladka i bardzo wycięte majtki, na które patrzyli niemal wszyscy faceci w pomieszczeniu, do salonu weszła dwójka nowych gości.
Lu poderwała się z miejsca, słysząc dźwięk tacy szaszłyków opadającej na panele. Okazało się, że wypuściła ją młoda kobieta mogąca mieć co najwyżej dwadzieścia siedem lat, ale ubrana zdecydowanie zbyt poważnie jak na swój wiek. Obok niej stał niewiele starszy mężczyzna, którego mina wyrażała coś pomiędzy rozbawieniem, podnieceniem (pewnie na widok tego kawałka tyłka) a dezaprobatą. Nieco speszona Lucy ukradkiem obciągnęła spódnicę trochę niżej.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Pon Mar 13, 2017 7:28 pm


Z każdym kolejnym gościem Luke czuł, że coraz mu weselej i bynajmniej nie było to jedynie za przyczyną tychże osób. Z każdym na powitanie wypijał rozrusznika kamikaze, o których ciągłe napełnianie dbała Ingrid. Udało mu się prędko zapchać złe myśli aktualnymi wydarzeniami i wprawienie się z powrotem w odpowiedni nastrój wcale nie zajęło mu dużo czasu, co uświadomił sobie dopiero później. Alan i Rhett przyszli już lekko zaczerwienieni, więc zgadywał, że zrobili sobie szybki beforek. Wręczyli mu wielką butlę jego ulubionego rumu z zestawem szklanek, zapewne przez wzgląd na ich ostatnie rozczarowanie, że nie posiadał odpowiednich. Ulżyło mu, ponieważ gdzieś w głębi miał drobne obawy, iż jednak dogadali się z Ricky'm.
Potem pojawiła się Lucy (zastanawiał się, czy powinien jej powiedzieć, że się kiedyś poznali poprzez Lilian, ale już przykleił się do niej Alan, więc dał sobie spokój) z Mayą, która jak zwykle sprawiała, że czuł się nieswojo. Zwłaszcza teraz, przy tej całej sprawie z jej siostrą, nie bardzo wiedział, jak się z nią obchodzić (nie, żeby wiedział wcześniej).
Imogen ku jego zaskoczeniu zjawiła się ze swoim chłopakiem, co przyjął z wielką ulgą. Wychylił z nim o kielona więcej, bo ostatnio się rzadko widywali.
Następnie swoje wielkie wejście zrobił standardowo Russell. I standardowo przekomarzał się z Ingrid, co zawsze go bawiło, ta ich wspólna gra, kiedy ona zgrywała zimną sukę, a on najgorszego drania.
- Co ty, myślisz, że możesz sobie tak po prostu podejść i mnie pocałować na powitanie? Że możesz naruszać moją przestrzeń?
- Dostałabyś raz w ryło i by ci zaraz wyleciał z głowy ten feminizm.
- Uważaj, bo tobie zaraz zęby wylecą.
- Tak? To dawaj.
W momencie, gdy parę osób - w tym Lucy i Richard, którzy chyba jeszcze nie byli tego świadkami - spojrzeli w ich kierunku, ci przystąpili do bitwy na łapki. Kiedy Russell przegrał, przeklął, śmiejąc się zaraz.
- Zerujesz. - Ingrid wyszczerzyła do niego zęby, a zewsząd zaraz rozległ się nawoływania.
- Zeruj! Zeruj! Zeruj!
No i wyzerował swojego drinka, czknął i zasalutował widowni, zbierając głośne brawa. Ukłonił się teatralnie.

Wiesz, że zaczynają się kłopoty, kiedy wszyscy zbierają się w jednym kręgu i z nabożną czcią podają sobie palący w gardło napój, który po spożyciu wprawia ich w otępienie i oddala od rzeczywistości. Na dnie zaś tkwi martwe zwierzę, uosobienie wszelkiego zła, które...
Którego spożycie przypadło jemu w udziale.
O'Brien patrzył z rozbawieniem i powątpiewaniem na wysiłki Lucy, próbującej wydostać ze środka skorpiona. Już wstawał, by ją w tych bezskutecznych próbach wyręczyć, kiedy do domu weszli ostatni goście.
Abigail niewiele się zmieniła. Zawsze miała dość surowe rysy twarzy, przenikliwe niebieskie oczy i ciasno związane ciemne włosy - teraz ścięte na boba. To wszystko zawsze idealnie pasowało do jej charakteru, tak jak jej styl ubierania - i teraz, na luźne urodziny, założyła białą, obwisłą koszulę do czarnych spodni i równie czarne szpilki. Wyglądała raczej jakby wybierała się na spotkanie biznesowe, a nie na imprezę, gdyby nie może trochę większy niż zazwyczaj dekolt.
Tym, co go bardziej zaskoczyło, był za to wygląd kuzyna, ponieważ Mike zawsze narzekał na te parę dodatkowych kilogramów, zaś teraz Luke zobaczył przed sobą wychudłego faceta o zapadniętych policzkach. Nadal miał te wielkie, czarne oczy po wujku, ale choć śmiały się teraz do niego, brakowało w nich tego dawnego blasku, tej iskierki buntu. Ubrał się chyba bardzo w pośpiechu, bo szara koszula w kratę była cała pognieciona, a trampki nawet niezawiązane. Nie pasowało to do jego prawniczej kariery, za to idealnie harmonizowało się z osobą, którą znał dawniej.
Luke oparł się o kanapę i fotel, przeskoczył przez stolik, omal nie przewracając butelki z piwem i uścisnął ich mocno na powitanie, uprzednio podnosząc prawie nienaruszone szaszłyki z podłogi. Abigail przeprosiła, zakłopotana, na co on machnął ręką.
- Ludzie, to mój kuzyn Mike i jego żona Abigail. A to...
Rozpoczął się żmudny proces przedstawiania się, po którym był pewien, że jego rodzinka i tak zbyt wiele nie wyniesie, dlatego czym prędzej wrócili do aktualnej atrakcji wieczoru. Luke zabrał butelkę od Lucy i poszedł z nią do kuchni.
- Przygotujcie mi proszę cytrynę! Nie będę jadł nieprzyprawionego jedzenia! - uprzedził wcześniej, beznadziejnie naśladując francuski akcent.
Butelkę ostrożnie rozbił w zlewie, od razu wyrzucając odłamki do śmieci. Uniósł skorpiona za ogon i skrzywił się kwaśno. Wrócił do pozostałych.
- Jak to się w ogóle je?! - zapytał, zaczynając żałować swojej decyzji.
- Nie mam pojęcia! - roześmiała się w głos Chang.
- Och, świetnie.
Oglądał skorupiaka ze wszystkich stron, zastanawiając się jak go ugryźć, aż w końcu Mike wyrwał mu go z ręki, wrzucił sobie do gęby i zaczął ostentacyjnie chrupać. W pewnym momencie miał lekki odruch wymiotny, ale potem wyrzucił ręce w powietrze w zwycięskim geście i pokazał wszystkim wnętrze swojej jamy ustnej na dowód, że podołał. Rozległ się wiwaty i pogwizdywania, natychmiast polano nowym gościom. Prawnik jednak wypił oba kieliszki, bo Abigail robiła tego wieczora za kierowcę, ku głośnemu rozczarowaniu i oburzeniu wszystkich pozostałych.
Wszyscy zebrani, wyłączając jedną damę, byli już po wielu głębszych, kiedy rozbrzmiał stary hit z głośników. Wystarczyły pierwsze nuty, by poderwać Luke'a z fotela, a za nim wyskoczył Russell i Mike. Za perkusję robił Ricky, wczuwając się mocno w swoją rolę. Luke popędził do warsztatu matki i nim dziewczyny skończyły wyć na chórku, wrócił z dziurawymi kapeluszami i włochatymi szalami oraz mopem i miotłą. Kuzyni rozpoczęli swój synchroniczny taniec, który doprowadził ich w końcu do zderzenia, a Russell w tym czasie popisywał się indywidualnym interpretacyjnym. Trzony narzędzi sprzątających posłużyły im później za mikrofony, a potem i tancerki. W szczycie piosenki wszyscy trzej zgięli się w pół i wydarli wniebogłosy. W czasie bez wokalu udawali dzikusów grających na bębnach wokół ognia, potem zaś chwycili się pod ramiona i przystąpili do kankana. Całość występu wspomagała publiczność chórkiem, perkusją oraz imitacją instrumentów dętych. Na koniec panowie poopierali się o cokolwiek mieli najbliżej pod ręką, zadyszani. Następny utwór zaś okazał się idealny dla pań. Lucy pierwsza wyrwała się do wokalu, akcentując każdy krok naprzód ku wielkiej scenie. Dołączyła do niej prędko Ingrid z Imogen, ta druga z pilotem, którym posłużyła się jako mikrofonem. Wystąp dziewczyn był pełen dramatyzmu, klękania i padania na podłogę oraz ścierania włosami wszelkich brudów. Zaś na Bee Gees wyszli już wszyscy. Luke uruchomił neonowe światła i wszyscy popisywali się swoimi ruchami, których każdy w normalnym klubie by się wstydził zaprezentować. Po paru gorętszych utworach przyszedł czas na coś bardziej spokojnego, co usadziło na kanapach singli. Luke starał się z niewielkim powodzeniem dostosować do latynoskich ruchów, które mu serwowała Ingrid. W końcu się wkurzył, odciągnął ją na bok i ucałował, szczęśliwy.
Kiedy nareszcie wjechał tort (już kupny) i wszyscy odśpiewali sfałszowany urodzinowy hymn, Luke uniósł swój kieliszek z szampanem i wzniósł toast za Richarda, który również tego dnia miał urodziny.
- Legitka prawdę ci powie! - zawołał, mrugając do niego.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Sob Kwi 01, 2017 11:41 pm


Imogen Ashton
I don't know how but I suddenly lose control
There's a fire within my soul
Just one look and I can hear a bell ring
One more look and I forget everything

Na początku Imo czuła się nie za dobrze w towarzystwie przebywającym na urodzinach. Otuchy dodawała jej obecność Daniela, który postanowił pojawić się razem z nią i nawet odpuścił sobie rozgrywkę meczu w LOL'u dla niej. Jedynymi osobami z którymi mogła porozmawiać prócz chłopaka był solenizant i jego dziewczyna, której nie sposób było nie lubić. Richa sama unikała jak ognia, a Lucy rzucała co jakiś czas mordercze spojrzenia. Przyszła z nią również siostra Rhodes, którą niby kojarzyła, ale nie miała zamiaru nawiązywać z nią lepszych kontaktów.
Na jej twarzy odmalowało się zaskoczenie, gdy przez drzwi wejściowe wkroczył Russel. Wymieniła się z nim porozumiewawczymi spojrzeniami, kręcąc przy tym głową. Chłopak ledwo zauważalnie pokazał jej uniesiony w górę kciuk. Daniel zachichotał pod nosem.
- Zachowujecie się jak jakieś odlotowe agentki - powiedział z rozbawieniem. Szturchnęła go pod żebrami.
Im dalej jednak w las tym... lepiej. Kilka głębszych pozwoliło jej się rozluźnić, a nawet dołączyć do namiętnego tańca wraz z Lucy i Ingrid. Dawno nie czuła się tak zrelaksowana.
Wymieniła uściski dłoni z kuzynem Luke'a i jego żoną, po czym wspomniany solenizant wzniósł toast za siebie i Richarda. Spojrzała na fotografa z zaskoczeniem, ale nic nie powiedziała. Dołączyła się jedynie milcząco do wiwatów, unosząc swój kieliszek. Po wypiciu z głośników poleciały pierwsze nuty "Mamma Mia" Abby. Nieźle już wstawiony Russ zapiszczał jak dziecko, łapiąc ramię Ashton i wyciągając ją na środek.
- Ty Łosiu, puszczaj mnie - śmiała się nerwowo, starając się mu wyrwać. Reszta patrzyła na tę scenkę z niemałym zdziwieniem.
- Gennie, Gennie, już zapomniałaś jak dawaliśmy czadu do tego u wujka Sama? - zasmucił się. Imo wzruszyła ramionami, podchodząc do odtwarzacza.
- Nie, ale pamiętam jak wywijaliśmy do tego - puściła mu oczko, wciskając odpowiednią pozycję. Russel pokręcił głową, słysząc tę piosenkę.
- Baba ze wsi - zawołał, ale zaraz dołączył się do jej podrygiwań. Nie trzeba było długo czekać, by do układu dołączył się również Daniel, a za nim Luke oraz Ingrid. Gdy piosenka się skończyła wszyscy zgodnie opadli zdyszani na kanapę.
- Dobra, a teraz gadajcie, co się tu dzieje - powiedział zaciekawiony Luke. Kątem oka Imogen zauważyła, jak Ricky nadstawia uszu. Russ zaśmiał się, obejmując blondynkę ramieniem.
- Nasze matki są siostrami, niestety odległość nie pozwoliła nam spotykać się częściej, niż raz na rok w wakacje - oznajmił, gdy Ashton próbowała strącić jego rękę.
- Zabieraj łapy, śmierdzielu - odepchnęła go ze śmiechem. Oddał jej lekkiego kuksańca.
- Powiedziała wielka dama z Anglii, która próbowała szczać na stojąco, gdy zobaczyła że ja tak robię.
- Miałam sześć lat - zauważyła, wytykając język. - Ty natomiast mając dziesięć zjadłeś psie gówno.
Wszyscy zgodnie jęknęli z obrzydzenia. Russ wzruszył ramionami.
- To było w ramach zakładu!
- Gdyby ktoś ci kazał wskoczyć w ogień też byś to zrobił? - zrugała go Ingrid, marszcząc nosek. Russel namyślał się przez chwilę.
- No jacha - odpowiedział w końcu, na co wszyscy zgodnie przewrócili oczami.
Zabawa trwała dalej w najlepsze, ale Imo nagle straciła zapał do imprezowania. Wypiła jeszcze jednego z solenizantem (tym, na którego nie napadła), po czym szepnęła coś na ucho Danielowi, który również coraz częściej rzucał ukradkowe spojrzenia ku drzwiom, po czym udali się do wyjścia, uprzednio żegnając się ze zbieraniną. Luke i jego dziewczyna odprowadzili ich aż pod same drzwi, wyrażając żal, że wychodzą tak szybko.
- Nie ostatnie urodziny i nie ostatnia impreza - mrugnęła do nich blondynka, która w dobrym towarzystwie zmieniła się w milszą wersję samej siebie. Nikt nie miał złudzeń; następnego dnia miała zamiar z powrotem wrócić do swojego sukowatego ja. Dan objął ją ramieniem, całując w czubek głowy.
- Musimy częściej się spotykać - powiedział do O'Briena. Ashton prychnęła.
- Obiecanki cacanki. Nie udawaj, że będziesz potrafił oderwać się od Zeldy.
Po raz ostatni pożegnali się z parą i wyszli w ciemną noc. Imo otuliła się szczelniej płaszczykiem, uśmiechając się ku swojemu chłopakowi i chwytając go za dłoń. Szli ramię w ramię w przyjemnym milczeniu, każde pogrążone we własnych myślach. Humor dziewczyny nieco się popsuł. Myślała, czy by mu nie powiedzieć. Spojrzała na jego profij, garbaty nos z nałożonymi nań, opadającymi okularami, cienie pod oczami, szczęka pokryta dwudniowym zarostem. Bała się, że go straci.
Dotarłszy pod akademik rozdzielili się, lecz zanim to się stało, Imo podniosła na niego wzrok, nabrała oddech i zaraz go wypuściła, nie wiedząc co zrobić.
- Dan?
- Tak? - odwrócił się do niej.
- ... Kocham cię, wiesz o tym?
Uśmiechnął się do niej czule, podszedł, pochylił się i złożył na jej ustach słodkiego całusa.
- Ja ciebie też. Jak trzeciego Wiedźmina.
Parsknęła śmiechem.
- To nie muszę się martwić o naszą przyszłość.
Z głową pełną ponurych myśli wtargnęła do pokoju, w którym nie było jej współlokatorki i podłączyła do prądu zdechły telefon. W tym samym momencie rozległo się ciche pukanie i zza drzwi wsunęła się nieśmiała Rebeka.
- Hej, ja w sprawie tej karty...
Imo pacnęła się w czoło i podeszła do zawieszonego na krześle płaszcza, grzebiąc w jego kieszeniach. Zmarszczyła brwi. Nic w nich nie było.
- Na pewno ci go wcześniej nie dawałam? - spytała ostrożnie. Ciemnowłosa przestąpiła z nogi na nogę, kręcąc głową.
- Co jest? - spytała; w jej głosie słychać było strach i rozdrażnienie.
- Nie mam go. Ktoś musiał go zajebać.
- Kurwa - rzekła, gdy już przyswoiła tę informację. - Zajebiście. Gdzie go mogłaś zgubić? Jesteś nienormalna?! Wiesz, że on był dla mnie ważny!
Blondyna uniosła brwi, taksując wytrąconą z równowagi Reb z góry na dół. Pod wpływem tego spojrzenia dziewczyna wypadła z rytmu, zamykając usta.
- Nie zabrałam mu tej karty, bo mnie o to poprosiłaś, tylko z własnej nieprzymuszonej woli - rzekła powoli, sama zdenerwowana. - Nie miej do mnie wyrzutów o coś, o co nawet mnie nie poprosiłaś. A nawet jeśli ktoś ją ma, nie będzie umiał jej odczytać. Jakiś dziwny zapis pliku - pochwaliła się wiedzą, jaką uzyskała na urodzinach Luke'a. - Znajdzie się to dobrze, nie to nie. Zapewne ma ją ten frajer. Wygląda na takiego co włamuje się do pokojów kogoś, kto mu zabrał fotki do fap-folderu.
Rebeka wyglądała, jakby chciała jeszcze coś powiedzieć, ale pokiwała tylko głową i bez słowa wyszła.
Imo prychnęła, po czym wzięła ręcznik i pidżamy i poszła pod prysznic.[/b]
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Faworek

avatar

Liczba postów : 5
Join date : 06/02/2017

PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   Wto Kwi 18, 2017 4:10 pm

M A Y A    R H O D E S

Czy poprawnym było porównywanie libacji do dzieciństwa?
To temat do przedyskutowania indywidualnego, ale nie na tę chwilę. May zwykle mało interesowały sprawy poprawne. Dużo mniej obchodziły ją, gdy kiwała się rozweselona na miękkich kolanach i czuła się tak samo jak wtedy, gdy rodzice zabrali ją i Lilian do wesołego miasteczka. Poprosiły, by pozwolili im wsiąść tam na huśtawkę przyłączoną na łańcuchach do ogromnej karuzeli - w końcu to nie lada atrakcja dla takich kurdupli, jakimi były!
Karuzela ruszyła i zaczęła rysować pasażerami kręgi w powietrzu, co raz szybciej, szybciej i szybciej! W tym pędzie, wśród muzyki, wesołych krzyków oraz zmieszanych kolorów świat wydawał się beztroski i miły. Choć później miała ochotę zwymiotować watę cukrową, nie żałowała żadnego z zatoczonego w powietrzu okrążenia i tylko surowa stanowczość matki powstrzymała ją przed ponownym wdrapaniem się na metalową huśtawkę.
Alkohol miał magiczną moc. Wystarczyło wypić wystarczającą jego ilość, aby rozkołysać świat tak, jak karuzelę w tamtym wesołym miasteczku i w tym pędzie wywrócić go do góry nogami, aby znów wydawał się barwny i pozbawiony przykrości - w zołzach budziła się tolerancja, wymyślanie głupich żartów zasługiwało na szacunek, a bujanie ciałem w rytm muzyki było szczytem wymagań. Każdy wychylony kieliszek sprawiał, że towarzystwo upierdliwego kolegi solenizanta przeszkadzało May co raz mniej, a jego teksty na podryw stawały się śmieszne w większym stopniu niż żałosne. Ona sama zdawała się cieszyć spotkaniem bardziej z każdą godziną.
Świat kręcił się, kręcił, kręcił bez końca.
Imogen zabrała manatki i wyszła, nie pokazując po sobie w żaden sposób, że jest świadoma, aby ta impreza była drugą, którą spędziła w towarzystwie May. Przynosiło to satysfakcję i zdławienie obaw o niedociągnięcia w planach, jakie szykowała. Oczywiście chwilowo - z chwilą wytrzeźwienia May znów miała stać się uważna. Teraz jednak czuła się pewnie, dzięki czemu dalsze świętowanie urodzin Luke'a mogło być jedynie czystą przyjemnością, a wręczenie mu prezentu zapowiadało się niczym wisienka na torcie. Przynajmniej na górze uciech May.
- Słuchajcie! Słuchajcie! Znam fantastyczną zabawę! - Krzyknęła, przerywając rozmowy i zwracając uwagę na siebie. Przeskoczyła podekscytowana pomiędzy przeszkodami i stanęła na środku salonu - Nazywa się "Więcej, mniej".
- Brzmi jak grupowe zabawy erotyczne - Stwierdził Russel.
Chłopcy z drużyny klasnęli wesoło w ręce. Jeden z nich wtrącił:
- Wreszcie! Zgłaszam się do pomocy w zademonstrowaniu reguł.
- Idealnie! Gra polega na robieniu zakładów. Jedna z osób rzuca liczbę, która oznacza wielkość rumaka - z tymi słowami May zaśmiała się z żartu, którego jeszcze nie wypowiedziała - a w przypadku kolegi, kucyka, ukrytego w spodniach. Następnie dziewczyny oceniają na oko, czy kucyka w rzeczywistości jest więcej czy mniej. Te, które wygrają, stawiają wyzwania przed właścicielem kucyka. Te, które przegrają, stawiają kucyka. To co? Po rundce? Gdzie znajdę linijkę?
May otaksowała wzrokiem towarzystwo, które ucichło na sekundę, skonsternowane.
- Ty tak na serio? - Luke zmarszczył brwi podejrzliwie.
- Nie.
- Jak chcesz, żeby Alan ściągnął spodnie, wystarczy poprosić. Zazwyczaj nie odmawia - Skomentował solenizant.
- Sprawdzałeś? - Spytała Ingrid z rysującym się na ustach uśmiechem.
- Alan, ściągniesz spodnie? - Zwrócił się w kierunku kolegi Luke. Ten uśmiechnął się szeroko w odpowiedzi.
- Dla ciebie zawsze, misiaczku.
- Starczy. To, co dzieje się w męskiej szatni, niech zostanie w męskiej szatni - Wtrąciła May, próbując opanować uśmiech wywołany głupawymi żartami chłopaków.
- Jesteś zazdrosna?
- Tak. Mnie Luke nie poprosił nigdy o ściągnięcie spodni - Palnęła.
Natychmiast spojrzała na Ingrid, sprawdzając czy nie poczuła przypadkiem naruszenia sfery, którą sobie zastrzegała w temacie Luke'a, ale dziewczyna puściła jej komentarz mimo uszu.
- Tłumaczę zasady zabawy! Uwaga! - Przykuła uwagę zebranych jeszcze raz - Przed widownię wychodzi para aktorów. Widownia wyznacza im role i sytuację, które muszą odegrać. To ma być krótka, improwizowana scenka. Nie musi mieć sensu. Im głupszy pomysł, tym zabawniej! Po jej skończeniu, widownia ocenia, czego w tej scenie było za mało, a czego było za dużo i każe odegrać aktorom scenkę jeszcze raz, wyznaczając, czego ma być więcej, czego mniej. Zademonstruję. Rich, pomóż mi.
Machnęła dłonią w kierunku chłopaka. Poderwał się, wzruszając ramionami.
- Kogo mamy grać? - Spytała resztę.
- Emerytów - Rzuciła Lucy bez chwili zastanowienia.
- Okey! W jakiej sytuacji?
Na chwilę nastąpiła pełna wyczekiwania cisza, którą przerwał Mike słowami: "Powódź"
May pogratulowała im w myślach ciekawego wyzwania. Spojrzała na Richa i jednocześnie, w niemym porozumieniu, oboje zgięli się w pół, udając połamaną, trzęsącą się parę staruszków.
- Henry! Heeenry! - Zaskrzeczała nienaturalnie podwyższonym głosem - Henry! Pamiętałeś, żeby założyć pieluchę?
Rich zgiął się jeszcze niżej, zaglądając między nogi. Potem podniósł głowę i podrapał się po jej czubku.
- Nie pamiętam, żebym zapomniał - Odparł, również naśladując starczy ton. Między słowami udało mu się mlasnąć językiem kilka razy.
- To czemu podłoga taka mokra?
Rich wzruszył ramionami, podpierając się na niewidocznej lasce.
- A ty pamiętałaś o pielusze?
- Coooo? - Wrzasnęła, udając, że nie dosłyszy.
- Pielusze - Powtórzył.
- Nie wiem, gdzie twoje kalusze.
- Szkoda - mlasnął - bo mi w skarpety mokro.
W tym momencie May przerwała scenkę i spytała widownię o ocenę.
- Więcej powodzi.
- Dobra. Mniej czego?
- Mniej pieluch - Rzucił Russel.
- Gramy!
Rich zaczął od razu:
- Nie mam pieluchy!
- To załóż kalusze!
Zaczęli przekrzykiwać się jak stare małżeństwo, jednocześnie udając, że pokój w szybkim tempie wypełnia się wodą. Wyciągali szyje, jak najwyżej pozwalały na to obolałe kręgosłupy, kiedy fale szargały nimi w różne kierunki. Ostatecznie ostatnie ich słowa tonęły wśród niezrozumiałego bulgotu tak samo, jak oni w pantomimicznej powodzi.
Ukłonili się nisko, a ich występ wynagrodzono gromkimi oklaskami.
Nikogo nie trzeba było namawiać do zabawy. Włączył się każdy obecny, na zmianę rzucając pomysłami i próbując wyrwać się na środek. W taki sposób w salonie pojawił się Harry Potter z Ronem podczas wyprzedaży ryb. Ktoś poprosił o więcej "wingardium leviosa", więc w drugiej wersji w ustach Rona wciąż brzmiała kwestia: "aaah leviosaaaaaah..." wypowiedziane obscenicznym tonem, kiedy Harry powtarzał "Stoph it, Ron!" dostając niewidzialnymi flądrami po twarzy.
Duet odgrywający scenkę pt. "Wypalające się świeczki" przedstawił nazbyt dramatycznie i z niepotrzebnym realizmem los topiącego się wosku, więc w poprawce musieli przedstawić "Mniej świec i więcej świec". Ich dialog zaczął się od słów:
- Mam krótki knot.
- Nie jara mnie to.
Następne wyzwanie podjął solenizant ze swoim kuzynem.
- Striptizerzy! - Zapodała May, czekając na ten moment.
- Podczas ataku ufo! - Dołączył się jeden ze sportowców. Po nim krzyknęła Ingrid:
- Nie, nie! Podczas ataku jeży!
- Niech ktoś włączy odpowiednią muzykę! - Zażądała Lucy.
Z głośników poleciały więc dźwięki AC/DC "The Jack" i chłopcy spełnili zachcianki widowni. Mięli koszulki w dłoniach, odsłaniając skrawki ciał. Bujali pośladkami i wyginali ciała w ponętne pozycje, doprawiając występ bezwstydnymi minami. May klaskała w dłonie, gwiżdżąc i piszcząc jak reszta gości, dopóki aktorzy nie zaczęli unikać kolców atakujących ich jeży. Przeskakiwali jak małpeczki z nogi na nogę, dopóki Mike nie rzucił się w ramiona Luke'a i nie uciekli do korytarza, wyglądając jak wystraszone flamingi.
Gdy wrócili, wszyscy zgodnie zdecydowali, że występowi brakowało jedynie większej ilości ściągniętych ubrań.
- Nie o ubrania tu chodzi, ale o seksapil - wyrwała nagle May.
- Zarzucasz nam brak seksapilu? - Obruszył się na pokaz Luke.
- Zarzuca! - Wtrącił Alan z zapałem - Pokaż im, May! Pokaż im jak to powinno wyglądać!
May wzruszyła ramionami, ignorując chłopaka obok siebie.
- Nie. Wiem, że zebrałeś większe doświadczenie z męskim seksapilem niż ja.
- Seriale kłamią. Męska szatnia po treningu nie pachnie seksapilem tylko potem.
- O tym też wiem, Luke.
Chłopak nabrał powietrza w płuca, w ostatniej chwili powstrzymując się od dalszego ciągnięcia tematu przy świadkach.
May poczuła nagle wibracje telefonu w ręce. Na wyświetlaczu pojawił się numer Joan. Odebrała.
- Jesteś zajęta? - Zapytał głos dziewczyny, ale nie czekał na odpowiedź. Kontynuował:
- Zostaw to. Musisz tu przyjść jeszcze dziś. Mam dla ciebie coś ciekawego.
Więc May pożegnała się z wszystkimi uprzejmie, dziękując za zabawę. Obiecała chłopakom, że pójdą jeszcze kiedyś razem na piwo i ruszyła do drzwi. Ingrid zamówiła jej taksówkę i tysiąc razy pytała, czy May ma wszystkie potrzebne rzeczy i kazała jej obiecać, że da im znać, gdy dotrze do akademika. May rozczulała jej troskliwość, więc przytuliła ją mocno na pożegnanie i machała jej entuzjastycznie, gdy Luke odprowadzał ją przez podjazd do drzwi taksówki.
- Ile wiesz od Lilian? - Spytał cicho, podtrzymując ją ostrożnie za ramię.
- Wystarczająco - Odparła. Zatrzymała się nagle, kołysząc się wokół własnego punktu podparcia i wyciągnęła kopertę z kieszeni. Chwyciła znajomego za dłoń i położyła na niej znalezisko.
- O. To dla ciebie. Najlepszego.
Wsiadła w auto i odjechała.

***

Joan lustrowała krytycznym spojrzeniem na podpierającą próg blondynkę. Sprawiała ona wrażenie kobiety mylonej twardymi zasadami świata, tak trudnymi do pojęcia przez większość ludzi upitych. Nie była w stanie zrozumieć, że dzwonek jest w stanie dzwonić krócej niż trwa połowa minuty ani że ściany potrafią ustać w tym samym punkcie bez przerwy, nie ruszając się nawet o milimetr i jeżeli wpadło się raz na ścianę w danym miejscu to znajdując się tam ponownie, prawdopodobnie znów zaistnieje możliwość spotkania tej samej ściany - niezależnie od okazji czy pogody.
- Daje od ciebie żulem - Skwitowała, zakładając ręce na piersi.
- Ty też kwiatkami wiecznie nie pachniesz - Odszczekała się May, pochylając się w jej stronę.
- Masz tu keczup - Brunetka uchyliła drzwi na całą szerokość i czekała cierpliwie aż May skończy wpatrywać się nadgorliwie w biedną, spłoszoną plamę i zastygłe w jej głowie trybiki zazgrzytają, dostarczając wiadomość pt. "O! Faktycznie!"
- To nie keczup. To medal Mistrza Gastro za Wybitne Zasługi w Obalaniu Cheeseburgera.
- Ściągaj. Zapiorę - Poleciła. Źle oceniła jednak wpływ swojego daru perswazji, lub też gotowała się na silniejszy opór ze strony May. Możliwe, że spodziewała się z jej strony krótkiego planu działań ułożonego według logicznej chronologii. W każdym wypadku, wynika że zabrakło tu małego elementu porozumienia między nimi. Joan stała więc jak wryta, patrząc jak blondynka zaczyna potulnie podciągać zwiewny materiał sukienki na środku akademickiego korytarza. Otworzyła szeroko oczy i wciągnęła ją natychmiast do pokoju, sycząc przez zęby:
- Wejdź najpierw!
Idąc dalej tropem sugestii i rytuałów zajmowania się ludźmi nietrzeźwymi, można przypuszczać, że May po pewnym czasie kiwała się na łóżku Joan w jednej z jej koszulek, trzymając w dłoniach szklankę chłodnej wody z cytryną.
- Coś miałaś mi pokazać - Jęknęła, dysząc ciężko. Jej powieki ciągnęły uporczywie ku dołowi. Kiedy jednak opadały, błędnik szalał, wołając o pomstę za te próby otrucia alkoholem. May prowadziła więc walkę pomiędzy zmęczeniem a czułościami z muszlą.
- Teraz to mogę pokazać ci co najwyżej poduszkę - Odparła Joan.
May wzruszyła ramionami.
- To wracam do siebie.
- Nie. Zostaniesz na noc - Zaprzeczyła stanowczo.
- Niby po co?
- Po nic. Zostajesz.
- Nie chcę.
- Nie masz nic do gadania.
- A mam!
Blondynka poderwała się gwałtownie z miejsca.
Dalsza historia była krótka.
Błędnik trafiła jasna cholera.
Okazało się, że dywany to nie ściany.
Ruszają się skurczybyki.
Nogi złapały chwilę zwątpienia.
Czoło przywitało się z krawędzią biurka.
A grawitacja triumfowała.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]   

Powrót do góry Go down
 
Whisper [obyczajówka/kryminał, do 6 os.]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Wieloosobowe-
Skocz do: