IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sro Sty 25, 2017 8:49 pm


No witness
I go around
Help me lord

@Flakopożeracz & @Amarantha
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sro Sty 25, 2017 8:52 pm


Wren Alexander Low I Mężczyzna
Homoseksualny I Dwadzieścia trzy lata
3.04 I Czarodziej półkrwi
Ukończony Hogwart I Gryffindor
Charakterystyczna, prosta różdżka
Cis, włos z ogona jednorożca, 15 cali
Brunet I Zielone oczy I Lekko umięśniony
Średniego wzrostu I Delikatna opalenizna
Brak znaków szczególnych



Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sro Sty 25, 2017 8:55 pm


imię · Claude Jesse ·· nazwisko · Dawis
wiek · dwadzieścia cztery lata ·· data urodzenia · 15.08
płeć · mężczyzna ·· orientacja · homoseksualny

kolor oczu · niebieskie ·· kolor włosów · czarne
sylwetka · szczupła ·· wzrost · sto siedemdziesiąt cm
znaki szczególne · tatuaż na lewym przedramieniu


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Czw Sty 26, 2017 5:05 pm

CLAUDE JESSE DAWIS

Zawsze miałem zapędy anarchistyczne i tendencję do soliradyzowania z buntownikami, rewolucjonistami i innymi wywrotowcami. Nie przypuszczałem jednak, i nadal ciężko mi w to uwierzyć, że ta niepoprawność polityczna doprowadzi mnie do takiego stanu. Nie raz solidnie mi się oberwało, niejeden auror na mnie polował, ale ciężko powiedzieć, żebym kiedykolwiek był tak pokiereszowany, że sam nie potrafiłbym doprowadzić się do stanu, powiedzmy, używalności. Choć może użyteczność byłaby tu trafniejszym określeniem. Szkoda tylko, że mojej nogi nie mogłem uznać za użyteczną. Nie znałem się na lecznictwie ani trochę, ale skoro praktycznie całkowicie straciłem w niej czucie i od dłuższej chwili podpierając się rękoma o ścianę próbowałem pokonać naprawdę krótki odcinek, nie mogło to oznaczać niczego dobrego.
Zatrzymałem się wyczuwając pod palcami chłodną taflę szyby wystawowej. Przesunąłem się jeszcze kawałek aby móc spojrzeć prosto na kobiecy manekin w niezwykle gustownej peruce modnej dziesięć, jeśli nie więcej, lat temu. Wytarłem zakrwawiony nos w szalik uśmiechając się z ulgą.
- Potrzebuję pomocy. Mogę wejść? - wyszeptałem przenosząc ciężar ciała na drugą nogę, żeby chociaż trochę umorzyć ból.
- Nie, kurwa, nie możesz.
Zaskoczony odwróciłem głowę w kierunku z którego dobiegł głos.
- Słyszałeś? Zmywaj się stąd! - Parę metrów ode mnie, na ziemi siedział mężczyzna z wyraźnym brakiem uzębienia i wielką chęcią na pożegananie się z kolejnymi zębami.
- Odwal się - warknąłem na tyle głośno, na ile pozwalało mi uporczywe kłucie w piersi. Odkaszlnąłem, a kiedy odsunąłem dłoń od ust zobaczyłem na niej krople świeżej krwi. Nie czekając aż mój nowy znajomy zdąży się podnieść wyjąłem różdżkę.
- Immobulus! - krzyknąłem na powrót opierając się dłonią o szybę. - Błagam! Wpuść mnie! - Spojrzałem na manekina, który przez parę zdających się trwać nieskończoność sekund trwał w zupełnym bezruchu, aby zaraz ledwie widzialnie skinąć głową.
Nie czekając aż zamarznę, wykrwawię się lub zanim agresywny bezdomny pokona zaklęcie i do mnie dotrze przeszedłem przez szybę tym samym znajdując się w szpitalu św. Munga.
Nie mając o co się oprzeć machnąłem nieporęcznie rękoma w powietrzu próbując ochronić się przed upadkiem. Syknąłem przy tym z bólu - rana na ręce otworzyła się ponownie doprawiając moje ubranie kolejnymi szkarłatnymi plamami. Musiałem prezentować się tak wyśmienicie, jak się czułem.
Przełknąłem ślinę rozglądając się dookoła. Mimo że panował tu zwyczajowy zgiełk charakterystyczny nawet dla mugolskich izb przyjęć nie mogłem mieć pewności, że jestem tu bezpieczny. Aurorzy mogli przygotować tu na mnie pułapkę - to, że tu przyjdę było naprawdę oczywiste po tym do jakiego stanu mnie doprowadzili. Zapewne czekali gdzieś niedaleko, żeby mnie zabić. Zupełnie tak, jakby nie mogli zrobić tego od razu. Ja, w przeciwnieństwie do nich, nie skrzywdziłem jeszcze nikogo żadnym zaklęciem dla zabawy.
We wmieszaniu się w tłum pozostałych pacjentów szczególnie nie pomagał mi mój ubiór - na zewnątrz padał śnieg a ja z zimowych ubrań miałem na sobie jedynie szaro - zielony szal zarzucony zawadiacko na ramię, co w połączeniu z koszulą z poszarpanymi rękawami i przypalonymi spodniami nadawało mi zapewne elegancki choć dość ekstrawagancki wygląd. Szczególnie kłopotliwy był jednak lewy rękaw. I w zasadzie wyłącznie on.
Ruszyłem przed siebie tak szybko, jak pozwalała mi na to moja okaleczona noga. W tym tempie pewnie zdąże się wykrwawić zanim znajdę jakiegoś wolnego uzdrowiciela, ale to zawsze szlachetniejsza śmierć niż ta z rąk aurorów.
Splunąłem na podłogę czując, że usta znowu wypełniają mi się gęstą cieczą o charakterystycznym metalicznym posmaku. Przycisnąłem dłonie do żołądka próbując wziąć głęboki oddech.
Naraz czyjaś dłoń wylądowała na moim ramieniu sprawiając, że gwałtownie poderwałem głowę do góry. Nieomal nie uderzyłem przy tym pielęgniarki, która przyglądała mi się z wyraźnym zatroskaniem.
- Oto co się dzieje jak młodzi kupują jakieś dziwne eliksiry i zapijają je kremowym piwem! - rzuciła oskarżycielsko. - No już, nie patrz tak na mnie chłopcze, bo ledwo stoisz na nogach. No już! Idź do pana Low.
Otworzyłem usta chcąc jej odpowiedzieć, jednak zdążyła mnie ubiec chwytając moje ramię i ciągnąc mnie w tylko sobie znanym kierunku.
- No już, już. Zaraz cię pozszywamy - powiedziała mierzwiąc mi włosy. Naprawdę dawno już nie byłem pacjentem w żadnym szpitalu.
- Tutaj, tutaj - zawołała wskazując palcem stojącego do mnie tyłem mężczyznę w żółto - zielonej szacie.
Skierowałem się w jego stronę i ignorując to, że rozmawiał z jakąś starszą kobietą, chwyciłem go za rękaw szaty.
- Przepraszam, że przeszkadzam - powiedziałem wycierajac krew z kącików ust. - Ale właśnie umieram.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Czw Sty 26, 2017 5:19 pm

WREN ALEXANDER LOW


Szpital św. Munga stanowił swoistą oazę dla poszkodowanych w różnych wypadkach czarodziei ale i dla pracujących tam uzdrowicieli. Oprócz zamieszania związanego z ciągłą koniecznością opiekowania się chorymi zdarzały się chwile, a nawet dnie, kiedy było tam całkiem spokojnie i bez większych rewelacji.
Takie właśnie dni lubiłem najbardziej, wykazanie się to jedno, ale chwila spokoju i możliwość wypełniania swoich obowiązków bez koniecznego pośpiechu, poganiania i krzyku było bajką.
- Wren, kochaniutki, co słychać?- Głos starszej ode mnie, i to o dużo kobiety, którą zwykle można było spotkać na recepcji zatrzymał mnie na chwilę. Stanąłem przy jej pokoiku, gdzie zwykle odbywała swoją przerwę by porozmawiać z nią i poświęcić pani Bugster kilka chwil. W końcu czasu miałem dużo, a starszą panią lubiłem. Przypominała mi zmarłą babcię, ale nigdy nie miałem śmiałości jej tego powiedzieć.
- Dziękuję, wszystko w porządku.- Uśmiechnąłem się krzywo pocierając o siebie dwoma palcami stając i rozmawiając z nią. Słyszałem o niej, że była zrzędliwą babą, ale jeśli kogoś polubiła, to był istny cud. Serce starszej pani zdobyłem przynosząc dla personelu ciastka które sam piekłem, gdy zaczynałem tu pracować; najwyraźniej mój talent kulinarny nie był aż na takim niskim poziomie.
Nie stałem jednak tam długo, kobiecie przerwał mężczyzna, który wydawał się niższy ode mnie, ale to tylko przez to że stał lekko skulony. Od razu skupiłem na nim całą uwagę dobrze podejrzewając, że jest pacjentem. I to nowym. Pobrzeżne zlustrowanie go wzrokiem pozwoliło mi ustalić wiele szczegółów, więc od razu zaoszczędziłem czas na obserwacje.
Na słowa pokiereszowanego mężczyzny uśmiechnąłem się jedynie nieznacznie zwracając uwagę na specyficzne poczucie humoru.
- Nie może być tak źle, skoro nadal stoisz.- Powiedziałem ale od razu chwyciłem go pod ramię. Bałem się, że jak na zawołanie mężczyzna nie wytrzyma i będę musiał zbierać go z podłogi.
Od razu postanowiłem, bez zbędnego przedłużania by zabrać go na izbę przyjęć. Jak okaz zdrowia to on nie wyglądał toteż chyba najważniejsze było na początku wyleczenie mu ran. Przyjemne to to nie było, dużo krwi, stłuczenia, zupełnie jakby chłopak został ofiarą jakiejś burdy lub pojedynku. Dość brutalnego, jednak co mnie uspokoiło, ani razu nie odpłynął. Stanem świadomości mógł się poszczycić, co było dobre. Chciało mi się trochę śmiać widząc go niemalże całego w bandażach, różnych maściach i na działaniu co najmniej kilku eliksirów. Wyglądał na dość twardego, toteż spotęgowało to efekt komiczności. Zaraz jednak pohamowałem się, wiedząc że nie wypada. Kazałem pierwszej lepszej pielęgniarce umieścić go na oddziele, obiecując że zaraz do niej dołączę . Jego poszukiwania jednak trochę mi zajęły.
Jak wyjaśniła mi kobiecina, która go do mnie skierowała, umieszczony był na pierwszym lepszym oddziele, w bocznej sali, ponieważ nie potrafili stwierdzić, co mu się stało. Znajdując swojego pacjenta skrzywiłem się. No tak, moja wina, niepotrzebnie odszedłem od procedury. Musiałem to nadrobić; wchodząc do sali, w której samotnie rehabilitował się mężczyzna obrzuciłem go tylko pobieżnym spojrzeniem.
- Jak się czujesz? Lepiej już?- Zapytałem dla dodatkowej pewności, czy może coś przeoczyłem. Choć wątpiłem w to, ale nieomylny nie byłem, może po prostu sam nie zdradził wszystkiego. Chyba pierwszy raz miałem do czynienia z takim przypadkiem, choć zbyt długim stażem pochwalić się nie mogłem, ale mężczyzna nie wyglądał na takiego, co wpadł pod miotłę, dosłownie.
- Trochę tu pobędziesz.- Poinformowałem go, posyłając mu krótki uśmiech. Jak to lekarze, starają się pocieszyć, ale nie zawsze im to wychodzi. No cóż, pozostawało mi tylko wierzyć, że mężczyzna faktycznie jest taki twardy na jakiego wygląda.
W ręku trzymałem plik typowy, jeśli chodzi o nowego pacjenta i nowy przypadek. Przez chwilę przenosiłem wzrok to na pergamin to na pacjenta, który prawdę mówiąc wyglądał lepiej, niż jeszcze chwilę temu. Nie mogłem tego ale dłużej odwlekać.
- Jak się nazywasz i co się stało?- Zapytałem lekko znudzonym tonem oczekując typowej i nudnej spowiedzi pacjenta. W końcu zadawałem to pytanie już wiele razy i nigdy nie było kłopotów z uzyskaniem odpowiedzi, przynajmniej nie jeśli chodziło o podanie mi godności.
Przeniosłem swój wzrok na bruneta a w dłoni trzymałem podkładkę.
- Muszę znać twoje dane.- Wytłumaczyłem dokładnie myśląc że pacjent nie do końca mnie zrozumiał. Niestety było to dość koniecznie, ale błagałem w myślach aby nagle nie okazało się że ten miał urazy nie tylko fizyczne, ale i psychiczne. W końcu musiałem też wiedzieć w jaki sposób tak dotkliwie się załatwił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Czw Sty 26, 2017 5:23 pm

CLAUDE JESSE DAWIS

Wzruszyłem ramionami powstrzymując się przed wygłoszeniem przejmującej mowy na temat tego, jak bardzo cierpiałem. Szczególnie mając na drugie imię Jesse. Bójki w dzieciństwie jako obrona na próby zszargania mojej reputacji i męskiej dumy, musiały odbić się na mojej psychice. Ciekawe czy mieli tu oddział dla osób chorych psychicznie.
Pozwoliłem zaprowadzić się do sali, najpewniej zabiegowej, gdzie w naprawdę zadziwiającym tempie nastawiono mi kość, zatamowano krwawienie, zmieniono koszulkę, a nawet przyklejono plastry na udzie. Plastry! Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś się o mnie tak troszczył. Nie mogłem uronić jednak mentalnej łzy wzruszenia, bo zarówno uzdrowiciel, jak i asystująca mu pielęgniarka wykonywali po prostu swoją pracę. Za co byłem im, oczywiście wdzięczny.
Również to, że umieścili mnie w sali, w której nikogo oprócz mnie nie było mogłem poczytać im wyłącznie na plus. Ale gdyby oprócz cienkiej kołdry pozwolili mi przykryć się jakimś ciepłym kocem... cóż, mógłbym im zdradzić przepis na magicznego drinka - niezwykle mocnego, ale nie sposób było się nim upić. Poza tym neutralizował kaca, jeśli oprócz niego wychyliło się jeszcze coś. Nawet abstynent by się skusił.
- Czy pan słyszy, co ja do pana mówię?
Drgnąłem zaskoczony dopiero teraz zauważając, że nie byłem jednak sam. Nie orientowałem się w hierarchi szczebli władzy szpitalnej, ale pani przede mną na pewno nie była pełnoprawną uzdrowicielką. Chyba, że noszenie szat ze szpitalnym emblematem nie było jednak obowiązkowe.
- Leczy się pan na głowę? - powtórzyła głośniej wyciągając ku mnie rękę.
- To, że się zamyśliłem nie znaczy, że jestem cofnięty w rozwoju - odparłem podciągając kołdrę pod szyję. Nie chciałem, żeby mnie dotykała.
- Niech pan poda mi drugą rękę. Muszę ją opatrzyć - powtórzyła z naciskiem najwyraźniej tracąc cierpliwość, co nieco mnie rozbawiło. Jej wyraz twarzy, kiedy poruszyłem różdżką pod kołdrą, żeby rzucić chwilowe zaklęcie maskujące na swój mroczy znak, był bezcenny.
- Już mogę? - zapytała wzdychając ciężko.
- Oczywiście. - Wyciągnąłem ku niej rękę przyglądając się uważnie, co z nią robi. Mimo najszczerszych chęci nie potrafiłbym tak ładnie obwinąć kawałka materiału na przedramieniu kogoś, kogo nie lubię. Bo co do uczucia, jakim najwyraźniej mnie darzyła nie miałem żadnych wątpliwości.
- Zostań tutaj. Zaraz ktoś do cie, ychm, pana przyjdzie.
Uroczo. Ale przynajmniej znowu byłem sam.
Mogłem więc uciec. Miałem ku temu świetną okazję, w końcu byłem pięknie obandażowany i upity jakimś obrzydliwym eliksirem, a bólu praktycznie już nie czułem. Dlaczego nie miałbym teraz uciec?
Odpowiedź zjawiła się szybciej, niż zdążyłem wygrzebać się z kołdry. Zapytała się też mnie, jak się czuję.
Przełknąłem ślinę niepewny co jest informacją bezpieczną, a co niekoniecznie takie było.
- Jestem Claude Sel... -Odkaszlnąłem. - Przepraszam. Claude Dawis. A co mi się stało? Cóż... A uwierzy pan w to, że za dużo wygrałem w kasynie i komuś się to nie spodobało? Nie? No to... mam taką brzydką rysę na różdżce, dlatego sectumsempra rzuciła się w drugą stronę. A celowałem w tarczę do rzutek.
Przerwałem odwracając wzrok od jego twarzy. Byłem świetnym kłamcą, ale nie wtedy, kiedy źle się czułem. W tym przypadku nie próbowałem nawet zachowywać pozorów.

Podniosłem się do pozycji siedzącej.
- Dziękuję, że mnie poskładaliście, ale dobrze by było, gdybym najpóźniej za godzinę znalazł się w innym mieście, a najlepiej w innym kraju - oznajmiłem odrzucając kołdrę na bok. - Umówmy się tak - zaproponowałem. - Rzucę teraz na siebie zaklęcie niewidzialności i wyjdę ze szpitala, a panu dam swój pierścień rodowy. W raporcie napisze pan, że już nie było mnie w sali, a za ten drobny prezent kupi pan sobie nowy dom albo zapas ziółek do końca życia. W porządku?

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Czw Sty 26, 2017 6:37 pm

WREN ALEXANDER LOW

Zapisałem na trzymanej przeze mnie podkładce to, co powiedział mi pacjent choć w prawdziwość jego historii trudno mi było uwierzyć. Mimo to wypełniłem formularz, jednak rzucałem panu Dawisowi raz po raz badawcze spojrzenia.  
Brwi niemalże same poszły mi do góry pokazując zdumienie na mojej twarzy.
To właściwie było nawet zabawne, rzadko kiedy trafiają się tak interesujący pacjenci.
- Nie obrazi się pan, jak panu nie uwierzę?- Uśmiechnąłem się bystro stając za jego szpitalnym łóżkiem i tracąc całe zainteresowanie wypełnionym już zresztą formularzem.
Od początku trudno mi było uwierzyć w tą historię z kasynem, lub z rysą na różdżce. Jego zranienia były niepodobne do tego, zbyt przypadkowe i losowe. Jako medyk potrafiłem rozpoznać takie rzeczy, mimo że wciąż byłem w pewnym sensie początkującym.
Mimo tego zapisałem każde słowo, które mi podyktował, wbrew wrażeniu, jakie musiał odnieść ranny mężczyzna nie chciałem mu narobić kłopotów. Widać było, że sam sobie doskonale dał z tym radę.
- Panie Dawis, nie mogę pana świadomie wypuścić ze szpitala. - Wyjaśniłem współczująco.
Z drugiej strony byłem strasznie ciekaw, co go tak nagli i co było przyczyną jego desperacji. Nie mogłem go od tak po prostu wypytać, dopiero by zwiewał.
- Z takimi ranami daleko byś nie zaszedł. - Zniżyłem głos mówiąc to ciszej i obdarzyłem rannego, z którym niemalże się spoufaliłem, współczującym spojrzeniem.
Mówiłem prawdę, i liczyłem, że to w jakiś sposób będzie oddziaływać na jego poczucie bezpieczeństwa i mimo wszystko zgodzi się zostać nie przeceniając własnych sił i zdolności.
Nie chciałem mu pokazać jak na początku przestraszyła mnie jego gwałtowna i niespodziewana chęć ucieczki. Nie wiedziałem, co nim może kierować, skoro tak śpieszno mu było uciec.
wziąłem jednak to, co odczuwała większość na jego miejscu- paniczny niemalże strach przed szpitalami. Chciałem go uspokoić, może to akurat podziała, nie zamierzałem bowiem w żaden sposób dać się przekupić.
- Mogę panu zagwarantować, że nic złego tu pana nie spotka.- Powiedziałem to powoli, poważnym tonem jednak nie potrafiłem zmazać z ust lekkiego uśmieszku. Miałem tylko nadzieję, że pacjent nie poczuje się przez to urażony w żaden sposób. Właściwie miałem podstawy sądzić, że mając go na sali nie będę się w żaden sposób nudził.
O ile faktycznie na niej pozostanie, zabawny był, szkoda by było, gdyby przez własną głupotę coś mu się mogło stać. A niewątpliwie właśnie to mu groziło przez samowolną ucieczkę ze szpitala.
- Mogę dotrzymać towarzystwa, jeśli się pan boi. Jeśli pan chce.- Za moich wargach znów zatańczył irytujący, lekki uśmieszek, jednak moja propozycja wynikała jedynie z dobroci, i po trochu z konieczności zatrzymania żywego pacjenta w  sali.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sob Sty 28, 2017 10:41 pm

CLAUDE JESSE DAWIS

Zatrzymałem się w połowie ruchu decydując, że jednak zostanę. Nie było to w żadnym razie najrozsądniejsze rozwiązanie, ale co miałem zrobić? Siłować się z nim? A może sprowadzić na siebie więcej kłopotów i go zabić? Zresztą szkoda by było pozbawiać życia tak utalentowanego uzdrowiciela. Już lepiej byłoby go uprowadzić i trzymać w pownicy, na wszelki wypadek.
Opadłem na łóżko na powrót przykrywając się kołdrą. Ciężko było mi uwierzyć w to, że jestem tak okaleczony, że faktycznie daleko nie zajdę. W końcu czułem się znacznie lepiej, a moja noga nie robiła się tak dziwnie bezwładna, jak wcześniej. Dlaczego nie mogłem trafić na skorumpowanego medyka z bokobrodami i po czterdziestce? Nie lubiłem oszukiwać przystojnych mężczyzn, a mój lekarz zdecydowanie taki był. Najwyżej wyskoczę przez okno jak wyjdzie na obchód czy do jakiegoś pilnego przypadku.
Uśmiechnąłem się lekceważąco słysząc jego słowa. To, że oferował, że przy mnie zostanie było z pewnością schlachetne z jego strony, chyba, że wpisywało się to w czarodziejski odpowiednik mugolskiej przysięgi lekarzy. Niemniej sama tylko jego obecność tutaj w żaden sposób nie gwarantowała mi bezpieczeństwa.
- Z całym szacunkiem, ale nie wydaje mi się, żeby był pan w stanie w pojedynkę mnie obronić - powiedziałem wbijając wzrok w sufit. Jak to możliwe, żeby była na nim brązowa plama? Pacjent przede mną nie respektował praw fizyki i wypróżniał się w drugą stronę? Intrygujące.
- Poza tym gdybym powiedział panu prawdę co do tego, w jaki sposób dorobiłem się tych ran bitewnych, najpewniej dostałby pan konfliktu moralnego i wydał mnie w pierwszej kolejności.
Co do tego nie miałem żadnych wątpliwości. Sam pewnie właśnie tak postąpiłbym na jego miejscu.
- No chyba, że chroni mnie tu jakiś immunitet. To zmieniałoby postać rzeczy - zauważyłem nie wierząc jednak w to, co sam powiedziałem. Immunitet dla śmierciożercy? Boki zrywać.
Odwróciłem głowę, żeby móc na niego patrzeć.
- Naprawdę nie wie pan, na co się pan pisze pozwalając, nie, karząc mi tu zostać.
Autorzy byli nieprzewidywalni. Szukając mnie mogliby zranić niewinnych pacjentów. Oprócz tego doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że wybitny z eliksirów na sumach nie zawdzięczałem znajomościom tylko umiejętnościom, więc czysto teoretycznie mogłem zażyć jakiś wcześniej przygotowany eliksir wielosokowy czy jakiś inny płynny zmieniacz wyglądu. Co więc powstrzymywałoby ich przed tym, żeby przesłuchać w jakiś niezbyt delikatny sposób pracowników szpitala, czy nie mieli ostatnio przyjęcia jakiegoś mocno okaleczonego pacjenta. Dostałbym wtedy pełen pakiet aurorów na wynos z dostawą do szpitalnej sali.
- Powiedzmy, że ścigają mnie osoby, które chcą mnie zabić - podjąłem na nowo. - Chce pan też paść ich ofiarą.
Podniosłem się do pozycji siedzącej zerkając na szafkę stojącą obok mojego łóżka.
- A tak na marginesie, mógłby mi pan dać szklankę wody?

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sob Lut 11, 2017 8:01 pm

WREN ALEXANDER LOW

Na pozór beznamiętnie, w myślach jednak odetchnąłem z ulgą, obserwowałem jak pacjent poddaje się moim słowom i decyduje się zostać tym samym w łóżku. Nie byłem wprawdzie pewien jak długo tam zostanie, liczyłem, że jeśli nie pielęgniarki i zaklęcia ochronne, to na oddziele przytrzyma go po prostu zdrowy rozsądek.
Przez chwilę byłem poważny, zdarzały się takie chwile, jednak nie chciałem pokazać jakie wrażenie wywarły na mnie słowa i tłumaczenia pana Dawisa. Mimo że wyglądał na kogoś w moim wieku, wydawało mi się, że nie był nienormalny. A przynajmniej jego urazy nie były w żaden sposób związane z umysłem. Więc czemu mówi takie rzeczy? I czemu miałoby mi coś grozić? Może faktycznie się w coś wplątał? miałem już do czynienia z podobnymi, więc to mnie nieszczególnie zraziło.
- Ale pan ma słabą wiarę w ludzi.- Westchnąłem niemalże zrezygnowany.
Jego słowa strasznie mnie intrygowały. Do tego stopnia że byłem gotowy wprost zapytać go o co chodzi. I co się stało. Zanim to jednak nastąpiło rzuciłem się do spełnienia jego prośby.
- Jasne.- Odparłem podając mu naczynie o które prosił, chyba z zbytnim optymizmem.
Facet nie wyglądał na króla komików, toteż byłem ciekaw czy mój optymizm prędzej czy później nie będzie mu działał na nerwy. O ile oczywiście zostanie tu na dłużej. Chętnie zatrzymałbym go tu siłą, szkoda by było go oglądać w kostnicy- pomyślałem spoglądając tym samym z nieukrywanym współczuciem na pacjenta.
Tak, to właśnie ja byłem tym niespełna rozumu facetem, czarodziejem, medykiem, który za wszelką cenę starał się wejść w interakcję z pacjentami, nawet tymi najbardziej wymagającymi i niechętnymi. Udawałem, że nie odstraszają mnie ci, którzy mnie przerażali, że nie zasmucają mnie ci, którzy mnie obrażali tylko po to abym dał im już spokój. To było wszystko nieważne tak długo, jak tylko miałem tę świadomość że komuś pomagam i to wszystko wychodzi na dobre komuś innemu. Tylko w stosunku do pacjentów i potrzebujących taki byłem. Co nie umniejszało mi poza pracą, byłem z natury tym dobrym, szlachetnym do bólu i zarazem ufnym facetem, który zdobywa serca urzeczonych staruszek w szlafrokach siedzących na szpitalnych korytarzach. Trochę to było przygnębiające, ale co poradzić.
To tego momentu byłem zadowolony ze swojego życia, nie potrzebowałem nikogo więcej, nawet jeśli zdarzało się, że wszechobecną nudę, rutynę czułem na kilometr, nie zamierzałem tego zmieniać. To wszystko kojarzyło mi się z bezpieczeństwem, stałością i namiastką domu.
Cieszyłem się z tego co mam pamiętając, że mogło być gorzej. Czasem za bardzo żyłem tylko pracą, kłopoty w szpitalu przenosiłem do domu które przekładały się na mój zły humor. Podświadomie cieszyłem się że nie ma ze mną nikogo, kto musiałby to znosić.
Już wystarczy, że pacjenci nie mają lekko, na przykład Dawis niestety nie wyglądał na zbyt zadowolonego z mojej obecności. Szkoda, taki fajny...
Ale to był mimo wszystkiego pacjent, i tak musiałem na niego patrzeć. Wlepiłem w niego długie i uciążliwe spojrzenie, które na pewno wyczuł.
- Więc? Powiesz mi o co chodzi?- Spytałem z głupim i usadzającym optymizmem uśmiechem oparty i ramę szpitalnego łóżka. Facet był taki tajemniczy jednak sam zaczął, to niech skończy.
- Możesz mi zaufać, zachowam twój sekret tylko dla siebie.- Powiedziałem ton ciszej chcąc dodatkowo tym samym podkreślić dyskrecję. Nawet się nie spostrzegłem że przeszedłem do niego na ''ty'' . Miałem nadzieję, że nie będzie mu to zawadzać, w mig sytuacja wyglądała inaczej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Sob Mar 18, 2017 9:56 pm

CLAUDE JESSE DAWIS

Przyjąłem z wdzięcznością kubek wypełniony wodą. Usiadłem na brzegu łóżka stawiając stopy na podłodze. Zupełnie niespodziewanie zorientowałem się, że czuję się zawstydzony obecnością tego uzdrowiciela. Przywlekłem się tu wyglądając jak strzęp mięsa w łachmanach, a teraz, kiedy nie groziło mi już rozsypanie się w kawałki, mogłem w pełni skoncentrować się na tym, że moje ubranie nie uległo zmianie i nadal wyglądałem, jakby ktoś mnie przeżuł i wypluł. Miałem jednak nadzieję, że jestem mu na tyle obojętny, że traktuje mnie tylko jako niezrównoważonego paranoika. A wiadomo, źe tacy nie przejmują się tym, co mają na sobie.
Uniosłem szklankę biorąc łyk napoju. Próbowałem przy tym zobaczyć, co robi brunet obserwując go przez dno naczynia. Nie zaspokoiwszy swojej ciekawości odstawiłem je na stolik podnosząc wzrok napotykając przy tym utkwione we mnie spojrzenie uzdrowiciela.
Zmarszczyłem brwi czując jeszcze większy dyskomfort, niż poprzednio.
Jego słowa sprawiły, że mimowolnie na moich ustach zagościł kpiący uśmiech. Prychnąłem kręcąc głową, nie miałem zamiaru opowiadać mu o prawdziwych powodach mojego - bądź, co bądź - dobrowolnego zgłoszenia się do szpitala, ale z drugiej strony gdybym przedstawił mu pozbawioną ozdobników i niedomówień wersję zdarzeń, mógłbym po prostu mnie wyśmiać, poklepać po głowie i wysłać do izolatki, w której - przynajmniej teoretycznie - powinienem być bezpieczny bardziej, niż w otwartej sali.
- Pan jest wybitnie niepoprawny politycznie - powiedziałem wybuchając krótkim, wymuszonym śmiechem. Przełknąłem ślinę opuszczając spojrzenie na dziurę na rozprutych na udzie spodniach, z której zacząłem odpruwać nitki pociągając za nie nerwowymi gestami.
- W porządku, powiem panu - zgodziłem się przestając szarpać za nogawkę, a raczej to, co z niej zostało. - Ścigają mnie aurorzy - wyznałem zgodnie z prawdą. - Dokonałem kiedyś paru złych, nieprzemyślanych i z pewnością niezgodnych z prawem wyborów. I - przerwałem przeczesując dłonią włosy jeszcze delikatnie wilgotne od śniegu. - Zostałem śmierciożercą.
Podniosłem wzrok patrząc na niego z niepewnością. Naprawdę nie chciałem, żeby oceniał mnie przez pryzmat moich decyzji, ale w końcu byłem sam sobie winien. Bez znaczenia z której strony by na to nie spojrzeć.
- A moje prawdziwe nazwisko to Selwyn... Ale na chwilę obecną się do niego nie przyznaje - dodałem, odruchowo spoglądając na swój pierścień. - Więc może nadal by go pan chciał? Jestem ostatnim potomkiem, więc gdy umrę, co nastąpi pewnie już za parę godzin, stanie się wręcz bezcenny.
Zsunąłem go z palca podnosząc się z miejsca.
- Może jednak by go pan przyjął? - zapytałem. Niech pan pomyśli o jakimś przytulnym mieszkanku w centrum, psie, ogródku, żonie, kochance... i o tych wszystkich rzeczach, o których marzą ludzie.
Zacisnąłem usta niepewny co powinienem teraz zrobić. I nie chodziło mi bynajmniej o roztrząsywanie etycznych aspektów tego, że drugi raz w przeciągu paru minut próbowałem skorumpować lekarza, co jak widać, wychodziło mi z marnym skutkiem. Szkoda, bo wcześniej wszyscy, których napotykałam pozwalali zamykać sobie usta i oczy pieniędzmi.
- Gdyby pozwolił mi pan jednak wyjść, to nigdy więcej nie pokazałbym się ani w pana towarzystwie, ani tym bardziej w świętym Mungu. Obiecuję.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Nie Maj 21, 2017 2:44 pm

WREN ALEXANDER LOW




Przebywanie z pacjentem, z tym jednym wybranym pacjentem stwarzało dla mnie niecodzienną wręcz rozrywkę. Musiałem przyznać że nawet podczas pracy w magicznym szpitalu tu nie działo się nic ciekawego, rzadko kiedy. Dlatego spotkanie i obcowanie z tym czarodziejem to było wyzwanie, i mimo że był on dość  tajemniczy i dziwny, bałem się że bez niego będę musiał wrócić do pracy z podstarzałymi staruszkami, którym łyżki utknęły w uchu. Smutne i nudne.
Dlatego w pewnym momencie przypatrywania się Dawisowi ukuło mnie nieprzyjemne uczucie, że gdy jutro tu wrócę, jego może już nie być. Nie tylko ze względu na troskę o jego stan zdrowia taka opcja mnie przerażała. Widocznie sam musiałem być jednym z tych nielicznych egzemplarzy, którzy tutaj ani nie dadzą się podkupić ani złamać. Skumulowane we mnie pokłady dobroci były gotowe wybuchnąć i uaktywnić się  w trosce o dobro Claude'a. Szkoda tylko, że on to miał najwyraźniej w nosie.
Stałem napięty cały czas doczekując się w końcu historii, na którą liczyłem. Z zainteresowaniem spojrzałem na mężczyznę gotowy z należytą powagą przyjąć to, co mi powie i jeszcze serdecznie za to podziękować.
Na koniec jednak, chyba w momencie w którym powinienem się przestraszyć i wiać ile sił w nogach zdobyłem się jednak na nieśmiały uśmiech i lekkie uniesienie brwi. Jeśli facet myślał że byłem wcześniej niepoprawny politycznie, to co musiał myśleć teraz!
W końcu chyba nikt, z kim teraz miałby do czynienia, nie uśmiechnąłby się do niego słysząc że ten jest śmierciożercą. Można powiedzieć że w tym momencie byłem jedynym i wyjątkowym egzemplarzem zwiastującym głupotę.
Jednak rozbawiony uśmiech, który chyba był przykrywką szoku, został do momentu gdy nie zdecydowałem się odezwać.
- Ale serio?- Moje pytanie, w którym jasno dało się wyczuć lekkie zwątpienie przerwało napiętą ciszę po oświadczeniu rannego mężczyzny.
Może całość była lekko komiczna, w końcu wyglądało na to, że po postu jaja sobie robię z całej tej aż zanadto poważnej sytuacji.
Jednak trudno mi było zaakceptować tożsamość mężczyzny, którego znałem dopiero parę chwil. To oczywiście wszystko by tłumaczyło, ale cóż, Dawisowi zbyt dobrze z oczu patrzyło, a nawet gdyby chciał uciec, mógłby mnie po prostu zabić czy coś? Fakt, że jeszcze tego nie zrobił, za co oczywiście byłem mu ogromnie wdzięczny, też w jakiś sposób o nim świadczył.
To była właśnie moja nieustająca wiara w ludzi, która kiedyś, a może nawet teraz doprowadzi mnie do grobu.
Bez żadnej rezerwy którą przecież powinienem mieć w tamtym momencie przysiadłem na brzegu łóżka w pewnej odległości od pacjenta spoglądając na niego uważnie jak gdyby starając się go zrozumieć, tak naprawdę jednak dobrze go zrozumiałem. Ale chciałem też by on zrozumiał mnie, że chcę mu pomóc.
- Przecież sam pan powiedział, że to były złe wybory. Nie chce pan zacząć od nowa? Chyba każdy zasługuje na drugą szansę. - Powiedziałem uważnie zagryzając lekko wargę i czekając na jego reakcję.
- A co jeśli ja obiecam pana chronić?- Nachyliłem się lekko w jego stronę mówiąc moją propozycję śmiertelnie poważnie. Chrzanić powody, ja nie rozumiałem, on nie musiał tym bardziej. - Proszę wybaczyć śmiałość, ale w takim stanie to raczej nie wróżę panu wielkiej kariery, nie mówiąc o szansach na ucieczkę. -Zauważyłem powątpiewająco patrząc na jego na razie obandażowane rany. znowu uśmiechnąłem się szaleńczo a moją wcześniejszą powagę diabli wzięli.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Flakopożeracz

avatar

Liczba postów : 43
Join date : 26/05/2016
Skąd : Klub 33-66

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Nie Maj 28, 2017 5:10 pm

CLAUDE JESSE DAWIS

Z rezygnacją usiadłem na łóżku uświadamiając sobie, że oto stoi przede mną wzór wszelkich cnót, który nie przyjmie żadnej łapówki obojętnie czym by ona nie była. Ciekawe, czy w dzieciństwie był skautem. Jeśli tak, to napewno zgarniał masę pieniędzy za ciasteczka własnej roboty.
Uśmiech, którym skwitował moje słowa obudził we mnie nadzieję, że może naprawdę zostanę umieszczony w jakiejś przytulnej izolatce obłożonej zaklęciami ochronnymi. Nie odpowiedziałem na jego pytanie pozwalając, aby w spokoju przyjął do wiadomości, że muszę być niezrównoważony psychicznie. I może faktycznie taki byłem? Kto mając dobrą pracę, pieniądze i jakieś tam szczęście i satysfakcję z życia zdecydowałby się na przystąpienie do śmierciożerców? Samozwańczy zbawiciel świata i infantylny anarchista. Czyli ja. Co z tego, że początkowo głoszone przez nich frazesy okazały się być kompletnie zniekształconą wizją szaleńca. Teraz musiałem odpokutować swoje decyzje będąc ciężko rannym pacjentem mężczyzny, którego próbowałbym zaprosić na kawę i mugolskie ciasteczka z czekoladą przy pierwszej nadarzającej się okazji. Szkoda, że teraz nie miałem u niego żasnych szans. Może mojemu kotu włączy się instynkt samozachowawczy i ucieknie z domu? Cholera, ten zwierzak ma w życiu łatwiej, niż ja.
- Serio - mruknąłem w końcu, opuszczając wzrok. Kątem oka zauważyłem, jak uzdrowiciel przysiada na brzegu mojego łóżka. Zapnie mnie w pasy? Szkoda. To jak podanie mnie aurorom na tacy.
Przełknąłem ślinę obracając pierścień na palcu. Nie uśmiechała mi się perspektywa ciąglęgo patrzenia w intensywnie zielone tęczówki mężczyzny, czułem się wówczas jak motyl przybity szpilką do ściany szklanej gablotki.
Westchnąłem słysząc słowa, ktorych poniekąd się spodziewałem. "Druga szansa"? "Zaczynanie od nowa"? Napewno nie u nas. Ani pozostali przy żywywch śmierciożercy ani tym bardziej aurorzy nie pozwolą mi na żadną drugą szansę.
Otworzyłem usta z zamiarem wypowiedzenia na głos swoich myśli, ale propozycja uzdrowiciela skutecznie zamknęła mi usta.
Zmrużyłem usta czując, jak moje mięśnie spinają się. Zupełnie tak, jakbym przygotowywał się do walki. Albo ucieczki.
- Dlaczego miałbym pan mnie chronić? - zapytałem. Ciężko było mi uwierzyć, że w jednym człowieku mogą drzemać tak wielkie pokłady altruizmu i chęci niesienia bezinteresownej pomocy.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Amarantha

avatar

Liczba postów : 7
Join date : 25/01/2017

PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   Pon Maj 29, 2017 6:31 pm

WREN ALEXANDER LOW


Nie wiedziałem co wtedy kłębiło się w głowie Dawisa ale na pewno facet miał mnie za idiotę. Dobrego i głupiego do szpiku kości. Taki byłem. Cały ja.
- Dlaczego nie miałbym tego zrobić?- Odparowałem odpowiadając na jego pytanie, choć wątpiłem by ta odpowiedź go zadowoli.
Zmęczyło mnie to, te obietnice, tajemnice. Miałbym uwierzyć że facet naprzeciw mnie jest śmierciożercą?
- Zjesz coś? Pójdę po coś do kuchni.- Oświadczyłem zbierając się do wyjścia Przerwałem to w nieprzyjemnym momencie ale miałem nadzieję, że będzie okazja do dokończenia tej rozmowy.- Zostań, za chwilę wracam.- Uśmiechnąłem się łobuzersko, choć głos wskazywał na bardziej błagalny charakter słów.
Niezbyt chętnie zostawiłem samego tego upartego pacjenta, jednak musiałem trochę sobie poukładać w głowie. O boże, takiego bałaganu dawno nie miałem.
Schodząc na parter szpitala zauważyłem pustki na korytarzu i grobową cisze, przerywaną tylko pojedynczymi głosami które stawały się coraz to wyraźniejsze gdy tylko zbliżałem się do grupki zajmującej korytarz.
- Nie wiem, naprawdę nie wiem.- Zamyślony głos starszej nieco kobiety w kitlu dobiegł do mnie, gdy wymijałem ją na wąskim korytarzu. Była pielęgniarką, jedną z wielu w świętym Mungu, jednak ja kojarzyłem ją tylko z widzenia. Zaaferowane spojrzenie gdy rozmawiała z dwoma dużo starszymi od niej mężczyznami. Rzuciłem tylko pobieżne spojrzenie tej dziwnej grupce nie zastanawiając się nad tym dłużej, dopóki nie spojrzałem na oznakowanie ich szat czarodziejów. Stanąłem jak wryty za plecami dwóch, posępnych aurorów którzy trzymając coś w ręce i pokazując to pielęgniarce chcieli wyciągnąć od niej informacje na jakiś temat. Skupiłem na nich przerażone spojrzenie przywołując natychmiast w myślach rozmowę z Claude'm który na sto procent wspominał o tym, że ktoś chce do złapać. Czyżby aurorzy? I czy byli tu w jego sprawie? Może miało to związek z tym, że był on...
- Pan będzie wiedział!- Co?
Oskarżająco wbity palec pielęgniarki w moją osobę sprawiła że dwaj mężczyźni jak na zawołanie odwrócili się skupiając na mnie swoją uwagę. Super. I czego oni chcą?
Kobieta, pracownica szpitala podeszła do mnie kładąc mi rękę na plecach i wywołując u mnie tym samym nieprzyjemne ciarki.
- No, zobacz, jestem prawie pewna, że to ten nowy. Czy to on?- Kobieta oddała skrawek kartki aurorowi, który natychmiast bez słowa podsunął ją mnie.
Zaciekawiony i poniekąd zaintrygowany nie spodziewałem się że będę miał w tej sprawie do powiedzenia więcej niż bym chciał.
Wystarczyło jedno, szybkie i pobieżne spojrzenie rzucone na fotografię trzymaną przez mężczyznę, nie musiałem się zastanawiać, ani doszukiwać podobieństw. Bo ich nie było. Fotografia w stu procentach odzwierciedlała istotę mojego nowego pacjenta. Na fotografii był Claude Dawis.
Zaciśnięte pięści, wstrzymany oddech i poczucie odurzenia ale i zbierający się na skroni pot w miejscu, gdzie czujne oczy aurora wierciły dziurę. Jak gdyby chciał mnie przejrzeć, sprawdzić czy powiem prawdę. Powinien powiedzieć prawdę?
O cholera. Myśl myśl myśl.
- N-nie.- Wyjąkałem dość niepewnie nie odkrywając wzroku od fotografii którą brutalnie wciśnięto mi przed oczy. Otaksowałem chyba na niej już każdy fragmencik, każde zagniecenie papieru a i tak nie mogłem oderwać wzroku. Oczywiście, że stojący dwaj postawni aurorzy mi nie uwierzyli, sam bym sobie nie uwierzył. Przełknąłem szybko gulę, którą miałem w gardle, po to by następnie chrząknąć i nieco pewniej potwierdzić swoje stanowisko.
- To na pewno nie on.- Dwaj mężczyźni niewiele się odzywali.
- Jesteś pewny, kochaniutki? - Troskliwy i zaaferowany głos pielęgniarki stał się przesłodzony do bólu, a mnie zrobiło się niedobrze. Skrzywiłem się jednak nieco dając upust swej pewności.
- Przecież z nim rozmawiałem. - Potakując wrabiałem się coraz gorzej, jednak nie mogłem teraz zrezygnować i wyznać im prawdę. Co? O czym ja  w ogóle myślałem? Przecież oni ewidentnie szukali Dawisa, nie mogłem go wydać w żaden sposób.
- Ma wiele zbrodni na sumieniu.- Odezwał się jeden z mężczyzn chcąc zapewne podkreślić wagę sytuacji, choć nie patrzył wtedy na nikogo, mówiąc to miałem jednak uczucie, że te słowa skierowane były do mnie. Przełknąłem ciężko ślinę czując niemalże wyimaginowane ostrze na karku. Nie no, luzik, tak? Ciężki orzech do zgryzienia- czy dotrzymać obietnicy złożonej mordercy, czy przyczynić się do zmniejszenia przestępczości na świecie? Podjęcie takiej decyzji naprawdę nie było w takiej chwili trudne.
- To nie on.- Powtórzyłem już pewniejszym głosem, przekonany o słuszności tego zdania.
Moc i determinacja z jaką wpatrywałem się w oczy aurora, a próba przejrzenia mnie na wylot, która kryła się w jego tęczówkach tworzyły cichą bitwę na spojrzenia, brutalnie przerwaną przez pewien, niestety dobrze mi znany głos.
- Tacy ludzie są niebezpieczni! Trzeba ich jak najszybciej złapać!- Wykrzyknęła gdzieś tam z drugiego końca korytarza pani Bugster, która przechodząc obok nas niedawno zdążyła wszystko usłyszeć, jednak chcąc zapewne pozostać biednym obserwatorem przysiadła na ławce w poczekalni niedaleko. Szczerze mówiąc, miałem ją ochotę w tamtym momencie udusić. Powinna się cieszyć, że byli tam ci przeklęci aurorzy. Znowu skupiłem na nich spojrzenie mrużąc podejrzliwie oczy. Skąd oni się tu w ogóle wzięli?
- Możemy go zobaczyć? Tego pacjenta, o którym pani wspominała?- proszący głos aurora skierowany do pielęgniarki, niby uprzejmy, ale jego postawa wskazywała na nieugiętość. Mogliby nawet siłą tam wparować gdyby chcieli.
- Właśnie się wypisał.- Odezwałem się szybciej niż mógłbym pomyśleć. Byłem zdziwiony że słowa te wyszły ode mnie, ale nie było czasu na panikę. Szukali Claude'a i znaleźli go. Choć może jeszcze zdążę uratować i jego i moje biedne sumienie?
Moje wyjaśnienie nie zadowoliło aurorów a już na pewno nie pielęgniarkę, która tylko uniosła wątpiąco brwi patrząc na mnie. Mógłbym wzruszyć ramionami ale nie miałem czasu by grać wiarygodnego.
- A pokój?- Widać było desperację mężczyzn, którzy łapali się wszystkiego. Pielęgniarka widać musiała dać im nadzieję a oni niechybnie ją złapali.
- Nieposprzątany.- Wypaliłem kolejne słowo odpowiadając szybciej niż z armaty jakby bojąc się że od poprawności, a i od szybkości udzielonych odpowiedzi zależało me życie. W sumie to i była prawda. Zarobiłem tym samym kolejne pełne zdziwienia spojrzenie aurorów jednak miałem to gdzieś. I tak widać było że nie byłem im do niczego potrzebny.
- Zaprowadzę panów.- Uprzejma prośba pielęgniarki i zgoda aurorów. Cholera. Niech tą babę szlak trafi.
A może jednak... nie wszystko stracone?
- Panu dziękujemy.- Dwaj aurorzy skinęli głową żegnając się, co jednak zostało bez odpowiedzi. Sens ich wcześniejszej prośby dotarł do mnie natychmiast, choć wydawało mi się że i tak zbyt późno. Byłem zbyt przerażony aby bawić się w zbędne w tamtym momencie uprzejmości. Od razu biegiem ruszyłem z powrotem do sali w której zostawiłem Dawisa, wiedząc że pokonując krótszą drogę szybciej, znajdę się tam przed brygadą inkwizycyjną. Na tamte piętro akurat można było dostać się kilkoma drogami, a ja miałem nieziemskie szczęście, że pielęgniarka prowadząc mężczyzn w aurorskich pelerynach wybrała tą dłuższą.
Wparowałem do pokoju, w którym zaledwie chwilę temu zostawiłem swojego pacjenta i z ulgą zauważyłem, że był tam, gdzie ostatnio go widziałem.
- Chodź. I błagam, o nic nie pytaj.- Wydyszałem tylko łapiąc go za rękę i wyciągając z sali. Nie byłem zbytnio serdeczny, a przecież był pacjentem, nie ma co. Liczyłem jednak że nie wkopie ani siebie ani mnie, na dobra nas obu. Nie miałem zbyt dużo czasu, zbliżające się kroki i coraz głośniejsze rozmowy sprawiły że poniekąd panika mną zawładnęła a ja jedyne co to popchnąłem Dawisa za róg, na schody. Kucając przed nim, zza rogu nawet nie próbowałem spojrzeć na wchodzącą do sali trójkę osób, które jednak, jak podejrzewałem, widząc pustą salę, zdecydowały się z niej wyjść.
Czyli co? Koniec? Brawo dla bohatera?
Znałem upartość Dawisa, choć nie znałem jego samego,  i nie liczyłem na wdzięczność. Mimo to jeśli wszystko pójdzie dobrze, mogłem czuć się zadowolony.
- Mam nadzieję, że nie masz alergii na koty? - Mruknąłem pod nosem na tyle cicho że równie dobrze Dawis mógłby uznać że mówię sam do siebie. Słowa te skierowane były jednak do niego, co potwierdziłem rzucając mu szybkie spojrzenie znad ramienia, unosząc lekko głowę.
- Bo mam w domu dwa.- Brzmiało to niemal jak wytłumaczenie, w rzeczywistości było wyrokiem. Niniejszym mężczyzna ten został skazany na mnie. Chyba nie sądził, że go wypuszczę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]   

Powrót do góry Go down
 
Never again [ 2 os. | bl | b.nab.]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: