IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Papierowy Świat

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Papierowy Świat   Sro Sty 18, 2017 12:09 am




Patrzysz na swoją ulubioną książkę. Jaki to gatunek? Lepiej - dla ciebie - aby nie emanowała przemocą i złymi postaciami. Dlaczego? Bo w momencie, gdy przeczytasz ją na głos, świat zapisany na jej stronicach ożyje, brama prowadząca do niego otworzy się szeroko. Powinieneś uważać, co z niej wyjdzie, tak samo jak powinieneś ostrożnie do niej podchodzić. A może chciałbyś tam wejść? Co ty na to? Nie marzy ci się przeżycie tej samej niesamowitej przygody, która spotkała twoich ulubionych bohaterów? Droga wolna. Czy potrafisz jednak wrócić? Pamiętaj, twój głos jest niczym bez księgi. Pamiętaj, twój świat jest pełen złoczyńców. Dbaj o swój dar i strzeż go pilnie. Odnajdź tych, z którymi tworzysz całość. Tych, których niszczycielska moc może cię uratować. Nie pozwól się złapać. Nie pozwól się rozproszyć. Nie pozwól, by zniszczono twój świat, bo wszystkie pozostałe runą za nim.

Ona - Mietej
On - Arbs

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pią Mar 10, 2017 10:31 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Alamaris

avatar

Liczba postów : 3
Join date : 27/09/2016
Age : 25

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Sro Sty 18, 2017 4:09 pm




Przyszła na świat czwartego lipca w nowojorskim szpitalu uniwersyteckim pięć minut po północy. Córka Anny i Thomasa, węgierskich emigrantów, którzy przyjechali do USA na studia i już nie wyjechali. Prowadzą dobrze prosperującą kancelarie prawną, oczekując od Chloe, że pójdzie w ich ślady. Dziewczyna ma jednak inne plany na swoją przyszłość. Marzy, by zostać pisarką, dlatego zapisała się na dodatkowe zajęcia z literatury, o czym jeszcze nie powiadomiła rodziców.
Dziewczyna jest osobą spokojną, można by rzec, że bez przerwy ucieka gdzieś myślami. Miła, zawsze służy pomocą, ale gdy ktoś zalezie jej za skórę, to potrafi pokazać pazurki. Ufna, czasem aż za bardzo. Widzi w ludziach tylko dobro i musi stać się coś naprawdę okropnego, by zwątpiła w drugą osobę. Można powierzyć jej największy sekret, a ona zachowa go dla siebie aż po grób.
Ma młodszą siostrę Ellę, która jest jej zupełnym przeciwieństwem. Chloe bardzo ją kocha, mimo że często się sprzeczają. Jest posiadaczką dwóch kotów perskich: pana Binsa i pana Bansa. Ma uczulenie na salicylany, więc nawet zwykły ból głowy jest dla niej katorgą. Chłopcy zwracają na nią uwagę, jednak ona nie jest zainteresowana rówieśnikami, uważając, że żaden nie jest w stanie nic jej zaoferować.  Uwielbia pizze hawajską, czekoladowe babeczki i gorącą czekoladę i gdyby mogła, żywiłaby się tylko tym. Nie podąża za trendami mody, nosząc to, co jej się podoba. Gdy tylko pojawił się w szkole nowy nauczyciel, Chloe jeszcze bardziej polubiła literaturę.


[/center]

____________________________________________________________________
"Moje idee to gwiazdy, których nie potrafię ułożyć w konstelacje."


Ostatnio zmieniony przez Alamaris dnia Czw Sty 19, 2017 6:32 pm, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Sro Sty 18, 2017 11:45 pm



Devil's right there right there in the details
And you don't wanna hurt yourself, hurt yourself
Looking too closely


Nigdy w życiu nie przypuszczałbym, że przydarzy mi się to, co w istocie mnie spotkało. Jednego dnia zajadałem się curry ojca (zawsze je gotował, gdy miał dobry humor), uczyłem się gry w bejsbol w liceum... A następnego odwiedzili mnie mężczyźni w garniturach, proponując mi pracę nad książką i wyjątkowo wysokie wynagrodzenie (jak dla nastolatka o wielu marzeniach i cienkim portfelu, jakim wtedy byłem). Zostawili mi swoją wizytówkę, a ja już nazajutrz poszedłem pod wydrukowany na karteczce adres, nie mówiąc nic rodzicom, bo przeczuwałem, że nie spodobałoby im się to (prawdopodobnie podświadomie czułem się podobnie niepewnie, ale to stłumiłem).
Wtedy opowiedzieli mi o moim talencie i w końcu znalazłem wytłumaczenie tych przeróżnych dziwnych sytuacji, które się działy, gdy czytałem na głos (na szczęście robiłem to wyjątkowo rzadko). Zaproponowali mi stworzenie własnej księgi, którą oni potem zapiszą swoją historią. O nic innego nie dbałem. Sama perspektywa powołania czegoś, co miało zostać bramą do całkowicie nowego świata napawała mnie taką ekscytacją i podnieceniem, że gdyby nie rodzice, wprowadziłbym się do tego niewielkiego budynku, w którym pracowali. Poświęciłem cały wolny czas na ten projekt. Tworzyłem ją od podstaw - okładkę, każdą stronicę; sklejałem, tłoczyłem, malowałem, a oni pisali.
Byłem głupi. Zachłysnąłem się marzeniami, tymi dawnymi, gdy książki czytało się pod kołdrą, z lampką w ręku, gasząc ją prędko, jak tylko usłyszało się zbliżających rodziców. Które dziecko nie marzyło o tym, by stać się częścią tych zapisanych na cienkich kartkach historiach? By wpływać na los bohaterów? Zapobiec ich śmierci? Złączyć innych, niż autor?
Rodzice się martwili, ale zbywałem ich wymówkami - znajomi, zajęcia siatkówki, koszykówki, tenis, literatura, teatr. Widzieli, że się nie staczam, a wręcz promienieję radością jak nigdy, więc nie dręczyli mnie za bardzo.
Powinni byli.
Nie pozwolili mi zobaczyć tego, co spisali, dopóki nie miałem tego przeczytać. Początkowo świat nie wydawał się wcale groźny. Właściwie w żadnym stopniu nie był, nie do końca. To to, co oni zaczęli stamtąd przynosić - magiczne przedmioty, istoty, skały - zaczęło zagrażać naszemu światu. Nie traktowali niczego, co z niego wynieśli, jak coś realnego, rzeczywistego i eksploatowali to do cna. Eksperymenty, próby.
Prędko pojąłem, że przyczyniłem się do tych okropnych rzeczy, a właściwie tylko dzięki mnie one się działy, więc z wielkim bólem serca postanowiłem zniszczyć książkę, ale nie mogłem. Wykradłem ją, uciekłem do naszego dawnego letniskowego domku i wrzucałem ją w ognisko, gotowałem we wrzątku, próbowałem ją drzeć i ciąć, rąbać; nic nie skutkowało. Miałem dziewiętnaście lat, chciałem iść na studia, ale zrozumiałem, że jedyną opcją było ukrycie księgi. Bałem się jednak rzucić ją byle gdzie - przerażenie ogarniało mnie na myśl, iż książka ta miała w sobie tyleż życia, ile Pierścień Władzy i mogła znaleźć sobie drogę ku komuś... A gdyby to była jeszcze gorsza osoba?
Musiałem z nią uciec.
Zamierzałem wrócić do domu, ale zobaczyłem wiadomości w witrynie kawiarni - z ekranu telewizora jaśniał obraz mojej ulicy, mojego domu, płonącego. Strażacy gasili pożar. Wpadłem do środka, zapytałem pierwszej z brzegu osoby, co się stało z ludźmi wewnątrz. "Oboje zginęli", powiedziała smutno kobieta.
Zginęli. Przeze mnie. Przekaz był jasny. Powinienem był pewnie stchórzyć. Pójść do nich z podkulonym ogonem. Błagać o litość. Dotarło do mnie jednak, że nie miałem nikogo poza rodzicami. Nikogo więcej nie mogli skrzywdzić, oprócz mnie.
Uciekłem, jak najdalej. Zmieniłem nazwisko. Zmieniłem życie. Odciąłem się od wszystkiego. Jedynym, co mnie łączyło z przeszłością, pozostała literatura. Zostałem jej nauczycielem.


Put your arms around somebody else
Don't punish yourself, punish yourself
Truth is like blood underneath your fingernails


____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Sob Sty 28, 2017 11:47 pm


I ain't got nothing left to give
Nothing to lose

To był późnozimowy poranek. Choć temperatura dosięgała niemal zera i niewielkie obłoki pary wciąż unosiły się przy każdym wydechu z ust, to na ziemi śnieżne placki pozostały jedynie w bardziej ocienionych miejscach, gdzie słońce, teraz już coraz częściej wychodzące, nadal ich nie sięgało. Jeszcze nie pachniało wiosną, ale pola zaczynały się złocić, a drzewa, chociaż nadal gołe, wyglądały, jakby miały zaraz zrobić pokaz swej żywotności i rozkwitnąć zielenią. Niebo zasnuwała cienka warstwa chmur, miejscami gęstsza, formująca się w bardziej namacalne kształty, a nad ziemią unosiła się delikatna mgła, tak lekka i subtelna, że zdawała się być jedynie perspektywą powietrzną, tyle że krótszą i bielszą, w której promienie słoneczne przedzierały się przez suche gałęzie i tworzyły złociste pasma.
Bayrd miał pół godziny jazdy rowerem do miejsca pracy, ale w dni takie jak ten wybierał pieszą wędrówkę, by nasycić się otaczającym go pięknem, przesiąknąć nim; od jakiegoś czasu zaczął głęboko wierzyć, że to jedyne, co potrafi go odpowiednio wyciszyć i rozwiać troski, a przynajmniej unieważnić je na tę chwilę spektaklu. Zorientował się także, że bardziej zwraca uwagę na pory roku, na te drobne incydenty, które się podczas nich działy. W gimnazjum wykłócał się z przyjaciółmi, bo jako jedyny faworyzował zimę (bo śnieg, śnieg jest super). W liceum mu się odmieniło - skłaniał się raczej ku latu, ale raczej przez kojarzone z nim wakacje i wspomnienia, jakie tworzył. Zawsze w dniach przełomowych następowała taka chwila, gdy wychodził na zewnątrz, brał głębszy oddech i mówił do siebie "pachnie zimą". Lubił, gdy pachniało zimą. A potem nadchodziła wiosna, a on znów przystawał, wdychał powietrze i dzielił się z kimś swoim spostrzeżeniem: "Pachnie już wiosną, prawda?".
Teraz wydawał się sobie wyczulony na więcej takich szczegółów. Mech, który wdzierał się w pokruszony asfalt, obrastał miejscami dużo intensywniej, wcześniej go nie było. Mgła jesienna (które to zjawisko darzył największą miłością) różniła się znacząco od tej zimowej, a dzisiejsza wyglądała jeszcze inaczej. Rejestrował z zainteresowaniem, gdzie śnieg już stopniał, a gdzie słońce kładło się za nisko, by go dorwać. Słuchał cichego szelestu, jaki wydawało pole. Pojawiających się na nowo ptaków. Śledził wzrokiem znikające w lesie białe kupry saren.
Dlatego ucieszył się, gdy zobaczył, że w tym niewielkim miasteczku jest gdzieś domek na uboczu, w którym starsza pani wynajmuje górę. Niektórzy (czyli dyrektor i garstka nauczycieli, która się o tym dowiedziała) dziwili się, dlaczego nie woli mieć bliżej do szkoły, mieszkać w jakimś ładnym, skromnym mieszkaniu. Wzruszał ramionami, dając jakąś wymijającą odpowiedź. Nie czuł się na siłach, by znów mieszkać sam. Brzmiało to idiotycznie i żałośnie, dlatego nigdy oczywiście nie podawał tego powodu. Nie chciał się tłumaczyć dodatkowo z tego, dlaczego nie posiadał partnerki ("Przecież taki przystojny z pana facet!" - usłyszał raz) i jak to możliwe, że facet w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat wolał towarzystwo siwej babci. Prawdę powiedziawszy, towarzysz z niej marny, bo większość dnia przesypiała, ale zawsze, gdy wracał, jakoś się składało, że była przebudzona i za każdym razem wyglądała do korytarza i proponowała mu herbatę, na którą on za każdym razem przystawał. Siadali wtedy w jej ogródku na werandzie i sądzili w milczeniu parzone zioła z jej własnego ogródka. Czasami opowiadała mu historie, gdy pracowała tu ciężko ze swoim mężem, a on słuchał z uwagą i pilnował się, by uśmiechać się, dziwić i kręcić głową w odpowiednich momentach, bo staruszka nie czekała na żaden jego komentarz. Cenił te chwile i rutynę, jakie wprowadziły w jego życie, dobrą rutynę, przyjemną, bo kojarzoną z relaksem, z domem. Z osobą, która czekała, aż wrócisz.
Skręcił teraz w ulicę prowadzącą na szkolny parking. Na jego szczęście nie trzeba już być starym i siwym mężczyzną, aby wykładać literaturę w szkole średniej.
W aktówce (starej, którą miał po ojcu - jedyna rzecz, jaką zachował z domu, bo w niej przemycił księgę) czekały materiały na dziś oraz dwie teczki z pracami uczniów. Jeszcze do nich nie zaglądał. Dopiero gdy wszedł do pokoju nauczycielskiego i zrobił sobie kawę (paskudną), wtedy wyjął teczki i położył przed sobą dwa niedługie opowiadania. Wymyślił im w zeszłym tygodniu zadanie dość kłopotliwe, ale jakże istotne - dopisać nowe zakończenie do aktualnie przerabianej lektury. Nikt nie mógł się powtórzyć z motywem, czyli każdy musiał wymyślić coś oryginalnego.
- Kiedy nie przechodzę korytarzem, to któryś uczeń mówi o twoim zadaniu.
Dosiadła się do niego histo(e)ryczka, kobieta w średnim wieku bez partnera lub dzieci, za to z bandą kotów. Była miła i uprzejma, co uczniowie oczywiście często wykorzystywali. Bayrd darzył ją sporą sympatią. Przypominała trochę jego dawną sąsiadkę.
- Dał pan im nie lada orzech do zgryzienia.
- Zwyzywają mnie i narzekają?
- Ależ skąd. Głowy aż im parują z wysiłku, a w powietrzu latają błyskawice od tych burz mózgów.
- Ładnie to pani ujęła - zaśmiał się lekko, na co ona uśmiechnęła się szeroko.
- Starałam się.
Biorąc kolejny łyk kawy, zerknął na nią i po wyrazie jej twarzy wiedział już, co się szykowało.
- Wiele pan osiągnął w tak młodym wieku. Rodzice muszą być niezmiernie dumni z tak rozsądnego i utalentowanego syna.
Uderzyła go otwartymi dłońmi w skronie, aż gwiazdy zatańczył mu przed oczami, a w uszach dzwoniło od huku. Nie rzeczywiście, ale tak to odczuł. W jednej chwili znalazł się w wodzie, a jej tafla zamknęła się nad nim, pochłaniając go w całości, pozbawiając oddechu. Powinien już przywyknąć, ale wciąż dosięgała go ta specyficzna drętwota, poprzedzona przez krótki, acz przenikliwy ból, jak przy uderzeniu się w nerw, biegnący przez wgłębienie w łokciu. Nauczył się już jednak wymuszać uśmiech, więc zrobił to i teraz, wstając.
- Mam taką nadzieję.
Nie chcąc ciągnąć tej rozmowy, ruszył pospiesznym krokiem ku swojej sali zajęć. Tam położył kawę na stos książek (ten w rogu), by pozostałe poukładać tak, żeby blat biurka ujrzał światło dzienne. Po dłuższej chwili zorientował się, że przekładał egzemplarze wte i wewte, czasem odkładając je na poprzednie miejsce, skutkiem czego nie osiągnął celu w najmniejszym calu. Usiadł na krześle i ukrył twarz w dłoniach.
- Profesorze...?
Podskoczył nagle, wystraszony. Uniósł głowę i spojrzał przed siebie. W ławce, sama, siedziała jedna z jego uczennic. Musiała wejść wcześniej do sali lub nie wyjść po poprzednich zajęciach. Tu i tak oprócz książek niczego nie dało się ukraść.
- Hazel? - zdziwił się i odruchowo poprawił marynarkę. - Co tu robisz?
Było to głupie pytanie, ale chciał koniecznie zagłuszyć jakoś tą scenę, której przed chwilą była świadkiem. Zaczął znów przestawiać książki i drugą z nich potrącił kubek, który zachwiał się i sekundę potem leżał już na ziemi, rozbity. Bayrd patrzył na to jak na obcy byt z kosmosu, coś nieprawdopodobnego, coś, co nie powinno się zdarzyć lub istnieć. Obserwował, jak krople obrzydliwej kawy skapują z kawałków, które jeszcze przed chwilą tworzyły naczynie.
- Przepraszam - mruknął, niby do niej, ale ze wzrokiem wciąż wbitym w podłogę i począł sprzątać bałagan.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pią Mar 10, 2017 11:16 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Pią Mar 10, 2017 10:04 pm


we are so much more than spacedust

Pamiętam, jak mój tato zabierał mnie na wzgórze nieopodal naszego domu, gdy byłam mała. W letnie, ciepłe wieczory rozkładaliśmy teleskop, wyciągaliśmy mapę gwiazd i obserwowaliśmy razem niebo. Pokazywał mi ciała niebieskie łączące się w najróżniejesze konstelnacje, świecące jasno na granatowym tle.. Zawsze powtarzał: "Żadna z nich nie świeci tak pięknie, jak ty, Gwiazdeczko". Kochałam go tak mocno, jak wieczory spędzane na obserwowaniu tych białych punkcików.
Później odeszła mama i przestałam być Gwiazdeczką. Nie pamiętam, kiedy mnie ostatnio przytulił. Roznoszący się w łazience zapach jego wody kolońskiej już nie kojarzy mi się z domowym ciepłem, lecz z bólem i stratą. I bezsilnością. Tata nie liczył już gwiazd. Zamiast tego przeliczał pieniądze, zamykając się na całe dnie w swoim gabinecie albo jeżdżąc na trwające tygodnie spotkania biznesowe.
Nie mogę powiedzieć, że czegoś mi brakowało. Dostawałam najnowsze modele telefonów, markowe ciuchy i mogłam jeździć ze znajomymi na biwaki, jeśli tylko chciałam. Ale wszystko to było... puste, bezduszne. Czułam się jak wrak. Potrzebowałam ciepła.
Nienawidzę zimy. Świąt w szczególności. Tata zawsze znajduje sobie jakieś zajęcie, byleby być najdalej od domu. Wysyła mnie do babci, która stara się jak może i bardzo ją kocham, ale Boże Narodzenie jest niepełne.
Do tego w zimę zawsze coś się psuje. Ostatnio podczas trwania mrozów zepsułam klamkę od drzwi wejściowych, akurat jak chciałam szybko znaleźć się w środku i rozgrzać. Zima zawsze śmieje mi się w twarz.

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Czw Kwi 06, 2017 3:51 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Pon Mar 13, 2017 7:33 pm

Wczorajszego wieczoru, przekopując pudła na strychu w poszukiwaniu potrzebnej jej książki, znalazła w odmętach jednego z nich wyblakłą, acz wciąż aktualną mapę nieba, tę samą, z której korzystała z ojcem, gdy była jeszcze mała. Długo klęczała na szarej od kurzu podłodze, gładząc znane jej, lecz zapomniane konstelacje i, a w brzuchu czuła nieprzyjemną pustkę. Nie myśląc wiele zwinęła papier w rulon i zniosła go do siebie do pokoju, zapominając, po co w ogóle na strych przychodziła. Do późnej nocy siedziała przy oknie, na udach rozłożywszy mapę. Wyglądała przez okno i starała się dojrzeć tak wiele układów gwiazd, jak tylko mogła bez teleskopu i przez ograniczającą ją szybę.
Nic dziwnego, że z rana czuła się nie na siłach. Powlokła się do kuchni, by zaparzyć sobie kawy, przy okazji zrywając z lodówki przylepioną nań wiadomość od taty. "Musiałem pilnie wyjechać na tydzień, będzie tu zaglądać Cindy, oszczędności masz schowane tam, gdzie zawsze. Bądź ostrożna", przeczytała, dolewając do czarnego jak smoła naparu mleka. Zmięła kartkę w dłoni i wyrzuciła ją do kosza, zaciskając zęby. Cindy była nową dziewczyną pana Claytona i Hazel naprawdę nie miała nic przeciwko niej, wręcz przeciwnie, cieszyła się, że ojciec sobie kogoś znalazł, ale wolałaby mieć przy sobie rodzica, niż ją. Kobieta jeszcze nie potrafiła normalnie porozmawiać z córką swojego chłopaka, więc ich wspólnie spędzane wieczory były naprawdę mdłe i nudne, nawet pomimo najszczerszych chęci Cindy.
Przygotowanie się do wyjścia nie zajęło jej dłużej niż dwadzieścia minut. Już ubrana w ciemne dżinsy, gruby sweter i założony pod niego podkoszulek zniosła ze sobą plecak, uprzednio między podręczniki pakując do niego znalezioną mapę, by postudiować ją w lepszym świetle na mniej zajmujących zajęciach, a następnie ubrała ciepłą kurtkę w bordowym kolorze i znoszone, ukochane trapery. Wychodząc zamknęła drzwi na klucz, który schowała do plecaka.
Z radością wyczuwała nadejście wiosny. Nienawidziła zimna i zimy samej w sobie, a widok budzącego się do życia świata przyrody napawał ją radością i nadzieją na lepsze dni. To było jej ostatnie pół roku w tej szkole, z tymi ludźmi. Chciała pozostały czas wykorzystać jak najlepiej. Jej głowę codziennie nawiedzały myśli o wyborze uczelni i czekającym ją studenckim życiu. Nadal nie do końca wiedziała, co chciałaby robić, ale uspokajała się, że przed sobą ma jeszcze te parę miesięcy na dokonanie wyboru.
Idąc w stronę oddalonej dziesięć minut drogi szkoły podziwiała ciche miasteczko, dopiero budzące się ze snu. Ostatecznie tak się zamyśliła, że nie zauważyła jadącego tuż obok, znajomego auta.
- Te, Świrek!
Obróciła głowę i uśmiechnęła się szeroko. Zza opuszczonej szyby głowę wychylał jej wieloletni przyjaciel, Jake. Na siedzeniu pasażera dostrzegła również jego dziewczynę, która pomachała jej dłonią na powitanie.
- Jak zwykle w swoim świecie. Wsiadaj, podwiozę cię.
- To miłe z twojej strony. Bardziej spodziewałabym się tego, że pojedziesz dalej beze mnie - oznajmiła, gramoląc się do środka.
- Dobrze byś się spodziewała, ale przy dziewczynie trzeba sprawiać pozory. - Lily trzepnęła go w ramię.
Jake podkręcił nieco głośność lecącej w tle muzyki. Hazel rozpoznała w nim [tu wstaw utwór], którego ostatnimi czasy obsesyjnie odsłuchiwała na okrągło.
- Uwielbiam ten kawałek! - zawołała, a chłopak jak na zawołanie zaczął zawodzić razem z wokalistą. Ruda ze śmiechem do niego dołączyła, a Lily tylko pokręciła głową, nazywając ich dzieciuchami. W wesołych nastrojach zajechali pod budynek szkoły. Jake zgasił silnik, przyglądając się wchodzącym do środka uczniom.
- Aż ciężko uwierzyć, że jeszcze kilka miesięcy i już nas tu nie będzie - powiedział, gdy wysiadali z samochodu, każde ze swoją torbą. Jego dziewczyna prychnęła.
- Zabijasz nastrój, skarbie.
- Chciałem być tylko romantyczny, kotek!
- Muszę iść, mam coś jeszcze do załatwienia. Dzięki za podwózkę - rzekła do nich, nie chcąc być piątym kołem u wozu, kiedy widziała, że dobrze się czują we własnym towarzystwie. Jake wzruszył ramionami i machnął jej dłonią, życząc miłego dnia. Spotykali się za godzinę na zajęciach literatury, na które ich nauczyciel zadał pracę domową w postaci napisania własnego zakończenia do lektury. Clayton miała ją napisaną, ale postanowiła przez te kilka godzin dopisać kolejne, zainspirowana znalezioną mapą gwiazd.
Tak, jak myślała, przed salą panowała burza mózgów, kiedy jej koledzy z klasy na kolanie pisali własne zakończenia. Dziewczyna usiadła na uboczu, wyjmując papier kancelaryjny. Gdy zapisała już jego połowę, zabrzmiał dzwonek oznaczający rozpoczęcie zajęć. Młodzież niechętnie powlokła się na matematykę, na której nigdy wiele się nie działo; nauczycielka była przygłucha i trochę nawiedzona, mówiąc do uczniów patrzyła się w sufit, jakby przekazując wiedzę nie wychowankom, a samej sobie. Dziewczyna usiadła w swojej ulubionej ławce w rzędzie przy oknie, tak by kobieta nie mogła jej dostrzec, by zaraz ponownie zająć się dorabianym zakończeniu. Wykorzystała w nim motyw z gwiazdami i postanowiła także, że dwójka bohaterów-kochanków w jej wersji na sam koniec się rozstanie w imię większych idei i wspólnego dobra. Zadowolona ze swojej pracy schowała ją do teczki, następnie wyjmując znaleziony wieczorem przedmiot i zatopiła się w obserwacji wydrukowanych punkcików, próbując przywołać sobie ich widok na żywo.
Zamyśliła się tak mocno, że spostrzegła że została sama dopiero wtedy, gdy usłyszała szamotaninę przy biurku nauczyciela. Uniosła zaskoczone spojrzenie na widocznie roztargnionego nauczyciela, pana Walkera. Zazwyczaj energiczny i przyjemny w jej odczuciu belfer teraz wydawał się wyjątkowo nie w sosie. Gdy usiadł i schował twarz w dłoniach Hazel zaczęła się martwić. Był tak roztargniony, że nawet nie zauważył obecności uczennicy w sali, to o czymś świadczyło.
- Profesorze...? - zwróciła na siebie cicho uwagę. Mężczyzna aż podskoczył, co jeszcze bardziej zdziwiło dziewczynę. Obrzucił ją wzrokiem, prostując się i poprawiając marynarkę.
- Hazel? Co ty tu robisz? - Jeszcze bardziej zdenerwowany ponownie wrócił do przerzucania tomów, co doprowadziło do stłuczenia kubka z wodnistą kawą z nauczycielskiego (Hazel nigdy nie zapomni, jak raz podkradła się do pokoju z Jakiem tylko po to, by jej spróbować. Była obrzydliwa). Walker patrzył na rozbite kawałki kubka, jakby nie miał pojęcia, skąd one mogły się wziąć. - Przepraszam - usłyszała, jak mówi pod nosem, schylając się, by uprzątnąć bałagan. Dziewczynie zrobiło się żal nauczyciela, szczególnie że zawsze darzyła go sympatią, choć nie udzielała się często na lekcjach. Wolała milczeć i obserwować. Wyjęła z plecaka opakowanie chusteczek i podeszła do mężczyzny, kucając obok niego, by pomóc. Uprzątnęli wszystko w ciszy, pan Walker widocznie zawstydzony, ale jednocześnie chyba wdzięczny za otrzymaną pomoc.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. Ta lura i tak nie była tego warta - z obrzydzeniem wrzuciła zabarwione na brązowo chusteczki do śmietnika.
Mężczyzna spojrzał na nią i po raz pierwszy słabo się do niej uśmiechnął. Odwzajemniła gest.
- Mam dla pana tę pracę, którą mieliśmy zrobić - przypomniała sobie, zaraz idąc po teczkę i wyciągając papier. Podała papier nauczycielowi, który wziął od niej pracę i zerknął na dziewczynę zdziwiony.
- I to dlatego siedzisz tutaj, zamiast wyjść na przerwę? - zarumieniła się delikatnie.
- Właściwie to trochę odpłynęłam - przyznała. - Widocznie dzisiaj mamy Światowy Dzień Rozkojarzenia.

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Czw Kwi 06, 2017 4:01 pm, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Wto Mar 28, 2017 6:15 pm


We’ll wait for the year
When the tide comes
Rolling over the rails
From here to the end

- Tak, chyba tak - zgodził się, uśmiechając z rozbawieniem. Przeczytał pospiesznie wyrywkowo akapity i uniósł brwi. Wrócił do początku i zaczął czytać uważnie. Przekładał kolejne strony, aż dziewczyna zapytała zniecierpliwiona i zaniepokojona:
- Jest źle? Zastanawiałam się, czy-
- Nie, nie, bardzo ciekawe podejście. Widzę, że odpowiednio rozpisałaś jej motywy. Mogłaś wprawdzie przedstawić je trochę wcześniej, ale generalnie... - urwał, by skończyć akapit. - Podoba mi się. - Uniósł kartki. - Mam nadzieję, że nie pozbawiłaś kogoś pomysłu, proponując dwa. Chociaż wątpię.
Hazel uśmiechnęła się, uszczęśliwiona. Chciała już wyjść, ale zawołał ją jeszcze.
- Tak, psorze?
- Wiesz, jestem waszym wychowawcą. Może nie wyglądam na kogoś rozgarniętego, niemniej jestem tu po to, by wam pomóc. Nie tylko z uczelnią albo szkołą.
Chyba zakłopotał tym dziewczynę, bo zaczęła się kręcić, aż w końcu powiedziała, że musi iść. Bayrd westchnął tylko. Sam pamiętał doskonale swoje dawne rozterki i wręcz za nimi tęsknił. Chciał o nich posłuchać, wspomnieć dobre i nie tak stare czasy. Zresztą uważał, że potrafił rozmawiać z ludźmi, a wiele nastolatków w tym wieku czuło się niezrozumianymi i dusiło w sobie emocje. Myślał, że nikt nie miał większych szans na to, by stać się ich mentorem, niż on.
Rozbrzmiał dzwonek i do sali zaczęli wchodzić uczniowie. Jeden z chłopaków - błyskotliwy, głośny, klasowy dowcipas - położył mu na prześwitującym przez sterty książek skrawku biurka kawę z automatu i skłonił się teatralnie.
- Słyszałem, że miał pan wypadek z kawą - oznajmił uroczystym tonem.
Walker uśmiechnął się krzywo.
- Niech zgadnę. Nie przyniosłeś pracy.
Ale Patrick już ruszył wgłąb sali, udając, że nie usłyszał pytania. Rozpoczął dyskusję o bohaterach, aby dać spóźnialskim chwilę, by doszlifować teksty lub je dokończyć. Zamiast dyskusji jednak zrodziła się kłótnia na temat głównej bohaterki, do której wszyscy żywili głęboką urazę i każdy marzył, by wykreślić ją z książki. Nauczyciel początkowo siedział tylko, oparty tyłkiem o biurko i słuchał, interweniując tylko wtedy, kiedy trzeba było udzielić głosu innej osobie. Kiedy już tracił nadzieję, głos z tyłu klasy oznajmił:
- A ja uważam, że powinniśmy jej współczuć.
Rudy uniósł głowę i jego spojrzenie padło na Hazel. Zachęcił ją gestem, by kontynuowała.
- Bo jej przeszłość była napisana bardzo... niejasno i w niewielkich dawkach przez całą powieść. I myślę, że te małe fragmenty najwięcej o niej mówią.
Bayrd uśmiechnął się szeroko i wstał, klaskając w dłonie.
- Nareszcie! Dziękuję. Już mi uszły więdły od waszych obelg na jej temat.
- Kiedy to prawdziwa-
- Słownictwo! - upomniał chłopaka siedzącego pod oknem.
- ...kobieta uprawiająca najstarszy zawód świata - dokończył tamten, wzbudzając chichoty wśród kolegów.
- Wnikliwa analiza, Bear. Liczę, że przyniesiesz mi jutro wypracowanie poparte cytatami z książki na temat tej bohaterki parającej się zawodem, o którym wspomniałeś.
Sala buchnęła śmiechem, a Bear zaczął protestować rozpaczliwie.
- Moi drodzy - zaczął Bayrd, biorąc z biurka omawianą lekturę i począł szukać w niej odpowiedniego momentu. Jego wydanie było stare, strony niemal wypadały, a tytuł się zupełnie starł. - Człowiek jest zawsze czymś więcej, niż jedynie swoimi czynami. Zwłaszcza teraźniejszymi. Nie zachęcam was do lubienia tej postaci, jednakże nie każda książka polega na tym, by każdego bohatera polubić. Naszym celem jest za to zrozumienie ich. W tym przypadku powinniście skupić się, tak jak Hazel wspomniała, na skrawkach jej wspomnień. Trzeba się uważnie wczytać.
Podszedł do pierwszej ławki i położył książkę przed Marissą. Wskazał jej akapit. Kiedy po pierwszym czytaniu nikt nie potrafił odpowiedzieć na jego pytanie "co w tym tkwiło", dziewczyna przeczytała jeszcze raz. A potem i trzeci.
- No, dalej. Wiem, że macie pomysły, co to może oznaczać. Nie wstydźcie się. Tak, to jest drastyczne.
- Grupowy gwałt? - odezwała się nieśmiało jakaś uczennica pod ścianą.
- Owszem. Te wspomnienia są niemal formą poezji, więc rozumiem, że trudno jest je odczytać. Niemniej, powinno wam to dać do myślenia. Przede wszystkim, dlaczego autor postawił na taki zabieg? Co chciał tym osiągnąć? Jak myślicie?
- Nie chciał pisać dosłownie.
- Również. W tamtych czasach to nie były tematy, o których swobodnie się pisało. Dobrze. Co jeszcze?
Obserwował, jak jego podopieczni wertują stronice, szukając fragmentów ze wspomnieniami bohaterki.
- Nie chciał, żebyśmy zbyt szybko poznali jej motywy?
- Tak. Ale jest coś jeszcze.
- Chciał pokazać, że bohaterka tłumiła w sobie te wspomnienia, przemieniała je w coś innego, w niewyraźne obrazy i mgliste dźwięki, ale choć skryła je głęboko i straciły one rysy, to wciąż potrafiły ją dopaść w najmniej odpowiednim momencie, jak wtedy, kiedy miała się pocałować z hrabią. Że coś tak drobnego wpływało na jej życie.
Wszyscy patrzyli teraz na Clayton, która zakłopotała się od tej całej uwagi. Bayrd zaś zapatrzył się na nią z przygnębioną miną. Skrzyżował ramiona.
- Tak. Książka mówi o tym, że dla niektórych ludzi nie ma ucieczki przed przeszłością. Jak bardzo by się nie starali, nie potrafią jej unieważnić. Wspomnienia, panie i panowie, to potężna broń obosieczna. - Zamilknął, pokiwał w zamyśleniu głową, a potem usiadł za biurkiem. - To będzie wasze następne zadanie. Długopisy w dłonie!
Przystąpili do pisemnej części lekcji i mimo narzekań czas płynął szybko. Nim zaczęli się pakować, przypomniał im o zbiórce na piętnastą. Wtedy jedna z uczennic wystrzeliła z ręką w powietrze.
- Psze pana, bo my to w sumie mamy taką sprawę...
- Nie wróży to dobrze - westchnął.
- Bo chcielibyśmy jednak wyjechać wcześniej i pozwiedzać.
Nauczyciel zamrugał z niedowierzania, a potem zmarszczył brwi, niezadowolony.
- Żartujecie sobie? Przecież specjalnie ustalaliśmy późniejszy wyjazd, żebyście mogli się wyspać.
- Nooo, ale zmieniliśmy zdanie.
Opadły mu ręce.
- Macie chociaż odłożone pieniądze na wyjścia?
- Właściwie to chcieliśmy zwiedzić miasto. Studiował pan tam, prawda?
- Tak, ale co-
- Prosiiiimyy! - zawołała cała klasa chórem.
- Z czego macie sprawdzian? - zapytał, krzywiąc się. Po usłyszeniu odpowiedzi, że z chemii, westchnął znów ciężko. - Zobaczę, co da się zrobić. - Przeczekał wiwaty klasy, a potem dodał poważnym tonem: - Jeśli się uda, to macie się tu stawić o szóstej rano. Kto się spóźni na busa, ten nie jedzie. Widzę, że Loczka znów nie ma, więc przekażcie mu, żeby przyszedł o piątej. Godzina zapasu powinna mu wystarczyć.
Po tragicznie opornych zajęciach z klasami ścisłymi, Bayrd zabrał swoje rzeczy i skierował się do składziku. Pożyczał stamtąd typowo miejski rower z koszykiem z przodu i bagażnikiem, kiedy musiał zrobić zakupy. W korytarzu zatrzymał go na pogawędkę dyrektor, z której ledwo udało mu się wyrwać po paru długich minutach. Zdołał przynajmniej przekonać go do pomysłu jego podopiecznych, więc chociaż tyle zdziałał.
Na dworze wszyscy się już rozeszli. Bayrd przysiadł na ławce, by poprawić łańcuch dwukołowca, kiedy usłyszał znajomy głos:
- Jak to już czekasz? Ja dopiero skończyłam! - Chwila ciszy, po czym: - Cholera! Dobra, już pędzę.
Odwrócił się i zobaczył Hazel, ubierającą się w popłochu.
- Podrzucić cię? - zaproponował swobodnie.
Spojrzała na niego zdziwiona, poprawiła koszulkę.
- Nie chcę pana fatygować.
- A gdzie mieszkasz?
- Na chabrowej.
- To i tak mam po drodze. Wskakuj.
Trzymał jej rower, by się wgramoliła na bagażnik. Plecak położyła przed sobą. On ostrożnie stanął na pedał i ruszyli. Przez chwilę chwali się niebezpiecznie, ale w końcu złapał równowagę i usiadł na siodełku. Nawet nie zauważył, kiedy dziewczyna objęła go jedną ręką. Cóż, jakoś utrzymać się musiała. Starał się jechać szybko i prosto, aczkolwiek nie był przyzwyczajony do wożenia pasażerów z tyłu. Zagadnął ją, czy mieszkała tu od zawsze, czy reszta jej rodziny też tu mieszkała. Podpytał też o staruszkę, u której on teraz zajmował pokój, ale powiedziała jedynie, że odkąd ona pamięta, kobieta żyła sama, a wśród dzieciaków uchodziła kiedyś za ducha. Gdy dojechali, żałował, iż podróż nie trwała trochę dłużej. Przyjemnie im się rozmawiało, a i pogoda tego dnia dopisywała. Poczekał, aż włoży klucz do furtki i zaczął nawracać, wcześniej kiwając głową kobiecie, która stała przed drzwiami frontowymi.
Nie do końca wiedział, dlaczego od razu nie odjechał. Nie miał również pojęcia, dlaczego przyjął zaproszenie. Ale to zrobił. Nie wrócił do siebie, tak jak to miał w zwyczaju.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Czw Kwi 06, 2017 3:32 pm

Nie do końca wiedziała, dlaczego zaprosiła nauczyciela do siebie. Tym bardziej zdziwiła się, gdy mężczyzna na zaproponowaną herbatę i ciastka przystanął. Nie była pewna, czy takie posiadówki między uczennicą a nauczycielem są w dobrym smaku, ale nie obchodziło jej to zbytnio. Poczekała przy furtce, aż Walker wtarga swój rower na teren posesji. Rudy postawił dwukołowiec przy schodach, na których z powściągliwym uśmiechem przywitała ich Cindy.
- Cześć, Haz - przywitała ją, na co odpowiedziała niemrawym burknięciem, muskając wargami jej rumiany policzek. Kątem oka widziała, że Bayrd przygląda się scence z zainteresowaniem. - Przyprowadziłaś kolegę? - Jak zwykle strzeliła gafę. Hazel już miała naprostować sytuację, lecz nauczyciel sam zabrał głos.
- Jestem wychowawcą Hazel. Bayrd Walker - wyciągnął ku kobiecie dłoń. Zmieszała się.
- Przepraszam pana bardzo, wygląda pan niezwykle młodo! - uścisnęła jego rękę. - Cindy Linde, miło mi pana poznać. Hazel bardzo pana chwali...
- Może wejdziemy do środka? - przerwała jej szybko dziewczyna, łapiąc kobietę za ramiona. - Mówiłaś, że przywiozłaś te maślane ciasteczka. Masz szansę pochwalić się swoimi zdolnościami kulinarnymi przed panem Walkerem, po co zwlekać?
Zaprowadziły Walkera do salonu, gdzie nieco naburmuszona Clayton rzuciła obok fotela plecak i poszła do kuchni zaparzyć herbaty. Cindy tymczasem zagaiła rozmowę z wychowawcą dziewczyny, mówiąc o takich bzdetach jak pogoda, sąsiedztwo i innych tematach, które porusza się podczas pierwszej niepewnej pogawędki.
- Haz, przyniesiesz jeszcze mleko z lodówki?
- Jasne - zalała herbatę w dzbanku i położyła go na tacy tuż obok cukru, cytryny i filiżanek. Zaniosła ją do salonu, gdzie Bayrd wysłuchiwał paplaniny kobiety, jednocześnie z ciekawością rozglądając się po urządzonym w ciepłych barwach pomieszczeniu. Wróciła się po mleko do kuchni. Zamyślona chwyciła szklaną butelkę w dłoń. Szkło pękło jej w ręce, kalecząc ją i oblewając zawartością. Pisnęła.
- Szlag!
- Hazel, nic ci nie jest? - Szatynka wpadła do pomieszczenia, zwabiona hałasem, a za nią Walker. - Kuźwa, która to już w tym tygodniu?
- Trzecia - syknęła, próbując nie ruszać zranioną dłonią. Krew spływała leniwie po jej nadgarstku, kapiąc na kafelki. Bayrd zareagował szybko, chwytając delikatnie jej dłoń i wsadzając ją pod strumień zimnej wody.
- Macie jałowy opatrunek?
- Jak Boga kocham, kiedyś pozwę tych dostawców mleka... - Cindy poleciała po apteczkę, zostawiając ich samych. Dziewczyna odchrząknęła, nagle nie wiedząc co powiedzieć.
- Miała być herbata, jest kurs pierwszej pomocy - spróbowała zażartować, ale mężczyzna tylko rzucił okiem na szkło walające się po podłodze.
- Często ci się coś takiego zdarza?
- Średnio kilka razy w tygodniu - wzruszyła ramionami. - Tata zawsze mówił, że psucie rzeczy to moja super moc. Jeśli tak jest, to jest ona bardzo, bardzo nieprzydatna.
Milczeli przez dłuższą chwilę, wpatrując się w ranę na dłoni dziewczyny.
- Chyba widzę w niej rozkruszone szkło.
- Na litość boską.
Gdy kobieta wróciła z apteczką, belfer zajął się oczyszczaniem rany, wyjmując wspomniany odłamek pęsetą i dezynfekując nacięcie, po czym nałożył delikatnie opatrunek. Hazel przyjrzała się jego dziełu z uznaniem.
- Dziękuję. I przepraszam. Nie mamy niestety mleka - uśmiechnęła się do nauczyciela nieśmiało. Wzruszył ramionami.
- I tak nie pijam bawarki.
Wrócili do salonu, gdzie czekała stygnąca nieubłaganie herbata. Porozmawiali o szykującej się wycieczce i ulubionych książkach i Walker musiał już się zbierać. Dziewczyna odprowadziła go do drzwi, przyglądając się, jak ubiera buty.
- Jeszcze raz dziękuję, za podwózkę. I opatrunek - uniosła rękę do góry.
- Nie masz za co. Następnym razem uważaj na siebie bardziej - zatrzymał się z dłonią na klamce i obrócił twarz ku niej. Uśmiechnął się, a Hazel poczuła, jak coś jej się skręca w brzuchu. - Do widzenia, Hazel.
- Do widzenia... - odpowiedziała. Mężczyzna skinął głową i już go nie było. Nie mogła się powstrzymać przed podejściem do okna i podejrzeniem, jak wskakuje sprawnie na rower i odjeżdża. - ... Bayrd.
Zasłoniła usta dłonią. Zrobiło jej się głupio. I dziwnie. Powiedzenie imienia nauczyciela, do którego zawsze zwraca się per "pan" wydało się niepokojąco satysfakcjonujące. Wróciła do salonu, by zgarnąć plecak i pomóc Cindy w uprzątnięciu bałaganu, jaki powstał przez jej wypadek.
- Przystojny - powiedziała do niej z lisim uśmieszkiem. Hazel przewróciła oczami.
- To mój wychowawca, Cin.
- Ale ja tylko stwierdzam fakt.
Gdy posprzątały rozsiadły się na kanapie, by do wieczora oglądać głupie kreskówki na Cartoon Network.

Może tu się jeszcze pojawić wieczorna rozmowa Haz z jakąś kumpelą, niewnosząca nic do fabuły, jak znajdę na nią wenę i czas >>

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   Sro Maj 03, 2017 1:05 pm


Bayrd ostatnio przebywał głównie w towarzystwie starszej właścicielki domu oraz swoim, więc chyba dlatego bardzo chętnie przystał na zaproszenie ze strony krewnej Hazel - za jej matkę jej nie brał, bo wyglądała za młodo. Doszedł do tego wniosku, znalazłszy się w środku i kobieta zaczęła go zagadywać o najbardziej trywialne rzeczy. Właśnie miał skomplementować dom, gdy dobiegł ich krzyk z kuchni. Widząc zranioną rękę dziewczyny, zareagował szybko. Wiele rzeczy przytrafiało mu się, jak próbował zniszczyć Księgę, a także podczas ucieczek, więc doskonale potrafił już opatrywać podstawowe rany. Zaś jako nauczyciel musiał umieć udzielać pierwszej pomocy, stąd tym bardziej poczuł się w obowiązku, by pomóc swojej podopiecznej.
Kiedy powiedziała mu, jak często coś niszczy i że to jej super moc, pomyślał sobie gorzko, jakże wygodne by to było dla niego, gdyby to tylko mogła być prawda i dziewczyna potrafiłaby zniszczyć tą przeklętą książkę. Może jego życie w końcu wróciłoby do normy. Nie musiałby już więcej oglądać się, żyć w ciągłym strachu, że go odnajdą. Tymczasem wydawało się to jedynie utopijnym marzeniem.
Wyjmując ostrożnie pęsetą odłamek szkła z jej dłoni, zauważył, że ani razu nawet nie syknęła z bólu. Gdy skończył, zażartował:
- Bardzo dobrze to zniosłaś. Niestety musisz mi wybaczyć, bo nie mam nalepki "Dzielny pacjent".
- Następnym razem da mi pan dwie po prostu - odparła z krzywym uśmiechem.
- Oby nie było takiego drugiego razu.
Po niedługiej rozmowie wyszedł, żegnając się uprzejmie. Pedałując w drodze powrotnej myślał dalej o możliwości unicestwienia Księgi. Pogrążył się w tych rozmyślaniach tak bardzo, że przegapił skręt na ich polną drogę i musiał zawracać, przy czym też omal nie wpakował się komuś pod koła. Nieznany mu kierowca nie zatrąbił, ale posłał mu takie spojrzenie, że aż ciarki przeszły mu po plecach. Bayrd odprowadził dość nowe auto wzrokiem, dopóki nie zniknęło w jakiejś bocznej uliczce. Czuł, jak w jego piersi zagnieździł się już niepokój. Ziarenko pękło i rozrastało się znów wokół serca, powoli sięgając płuc i pozbawiając go oddechu. Zacisnął mocno pięść i powieki, starając się zdusić w sobie to irracjonalne uczucie. Nie mogli go tu znaleźć.
Gdy w końcu się opanował, stanął na pedałach i ruszył przez nierówną drogę do domu.
[...]

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Papierowy Świat   

Powrót do góry Go down
 
Papierowy Świat
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Nowy Świat

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: