IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Gru 29, 2016 9:33 pm


Rok 2017. Zima. W nocy z 11 na 12 stycznia świat opanowała epidemia. Epidemia wirusa, który być może zniszczy ludzkość.


Nagranie z telefonu znalezionego koło przewróconego biurka w centrum Nowego Jorku
To jest niepojęte. Ludzie dopiero zaczęli swoje "nowe życie", jak każdego roku... A tu nagle  jednej nocy wszystko stanęło na głowie. W wiadomościach późno zaczęto o tym mówić, pewnie rząd starał się uciszyć media. Ale nikt nie jest w stanie uciszyć pokolenia Internetów. Ilość materiału, jaka trafiła do sieci... Byłem jednym z tych idiotów, co wyszli, by to sprawdzić. Ledwo wyszedłem z klatki, a świsnął mi przed twarzą znak drogowy. Ta siła, która w nich wstępuje, jest niebywała. Siła i zręczność. Gdyby nie to, że ich świadomość zostaje spaczona, to pewnie okrzyknięto by ich superbohaterami. Tyle że nimi nie są. Mordują wszystkich na swojej drodze i nie przestaną, dopóki nie połamią kości i nie zerwą mięśni. Jakby nie czuli bólu.
Świst
Trzask

Cholera.
Szelest
Mało brakowało. Jedyny mój sposób, by śledzić wydarzenia. Odkąd mój kolega z pracy omal mi nie rozkwasił głowy o ekspres do kawy, nie wychodzę z pokoju. Zabarykadowałem się wraz z toną puszkowanego jedzenia. Pewnie niedługo mnie znajdą. Albo Oni albo rząd. Słyszałem, że chcą zrobić ze szkół jakieś militarne placówki. Chcą uczyć dzieciaków walczyć. Tymczasem my, dorośli, jesteśmy werbowani do pracy. Nikt nie wie, ile to potrwa. Nie mogą nawet zrzucić nigdzie atomówki, bo Oni są wszędzie. Musieliby wysadzić całą Ziemię. W każdym razie, mamy zajmować się rolą, biologią, chemią, wszystkim tym, na co młode umysły są jeszcze za młode. Podobno tych bystrzejszych młodych też zaprzęgną do pracy, ale w placówkach. Najmniejsi pomagają tam, gdzie tylko mogą lub zajmują się nimi starsi. Ludzie nie protestują. Cieszą się chyba, że mają co robić. Zresztą nikt nie ma lepszego pomysłu. Młodych i silnych zawsze najchętniej się posyłało na front.
Dłuższa cisza
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że naukowcy nie mają pojęcia, jak do tego doszło, jak to się dzieje ani jak temu zapobiec. Krótko mówiąc, nie wiedzą nic. Próbowali z maskami gazowymi, dezynfekcjami - nic. Mówili coś o insektach, ale jak dotąd nie znaleźli na to dowodów. Biorą pod uwagę możliwość, że pasożyt prędko się ewakuuje. Brzmi to raczej idiotycznie. Większość ludzi sądzi, że to twór człowieka, bo każdy zarażony ma bliznę dokładnie w tym samym miejscu na karku. Tyle że nie pojawia się ona od razu. Najpierw są symptomy - nerwowość, niepokój, agresywność, silna potrzeba posiadania broni; szkoda, że zdrowi ludzie też się tak zachowują. Nie ułatwia to sprawy. Naukowcy płaczą nad każdym nowym faktem, jaki odkryją, bo zazwyczaj oznacza on zaprzeczenie wszelkich dotychczasowych teorii. To jakiś kabaret.

Wywiad z chłopcem trenowanym w militarnej placówce, dawniej liceum. Media światowe

- Jeśli ktoś kiedyś uważał, że ludzi traktuje się jak numerki w spisie, to teraz dopiero by się uśmiał.
- Jesteście źle traktowani?
Chłopiec zmarszczył brwi, pochylił się. Jego skóra na szyi i policzku była zniekształcona. Blizny od poparzeń.
- Co pani rozumie przez "źle"? Wszędzie łażą żołnierze. Na nasze dni, zależnie od "predyspozycji", składają się na przykład ćwiczenia siłowe - dla wszystkich, strzelanie z broni palnej - dla tych, u których nie wykryto chorób psychicznych lub predyspozycji do nich, nasza biologia to jak zatamować krwawienie, kiedy urwie ci rękę, a chemia to zakładanie bomb - dla nielicznych. Jemy, trenujemy, śpimy. "Stabilnych" wysyłają na misje w terenie. Po żywność, po inne artykuły lub by unicestwić jakiegoś Zarażonego. Zazwyczaj z jednym żołnierzem, bo nie ma ich już wielu, poza tym są potrzebni do pilnowania pozostałych.
- Nie przeszkadza ci to, że jesteś w ten sposób... wykorzystywany?
- Zadaje mi pani takie pytanie, pracując w telewizji?
- ... Nie było dotąd żadnych incydentów?
Chłopak prychnął, prostując się.
- Incydenty to u nas prawie codzienność. Ledwie w zeszłym tygodniu wynikła jakaś jatka między Arthurem, a Remy'm. Zaraz wrzucili ich do izolatek i był żmudny proces identyfikacji. Okazali się oboje zdrowi, ale wciąż mają na nich oko. Teraz chłopaki nie mogą się nawet wyszczać bez strachu.
- Strachu przed czym?
- Przed tym, że dadzą upust swojemu buntowniczemu wiekowi przez przypadek i znów ich to spotka. Ale teraz takie życie. Nie da się inaczej. Lepiej tak, niż jak na początku. Nie sprawdzono jednej dziewczyny, choć wiele osób mówiło, że odbija jej palma, a potem udusiła koleżankę we śnie. Myślała, że jest Zarażona. Nie była. Ani jedna, ani druga.
- Przykro mi to słyszeć.
- Świat jest przykry, co zrobisz.


Napis czerwonym sprejem na ścianie urzędu

KILL OR BE KILLED

Podarty baner, zwisający  z ulicznej lampy w pobliżu szpitala
HEAL NOT KILL

Telewizja na żywo w Chicago, tydzień po Dniu Apokalipsy
- Jestem właśnie przed Departamentem Policji, skąd wydostali się zaledwie przed godziną łapani przez cały tydzień Zarażeni. Choć część z nich przetransportowano do placówek badawczych, wielu było w zbyt niestabilnym stanie lub niepodatnych na środki uspokajające, by ich przewieźć. Udało im się dziś przedrzeć przez zabezpieczenia i wymordowali niemal wszystkich, którzy znajdowali się wewnątrz. Ci, którzy przeżyli, są w zbyt ciężkim stanie, by wyjaśnić dokładniej, co się stało. Mówi się jednak o tym, że Zarażeni mogli użyć rozumu, zamiast siły...
ATAK NA PAŁAC PREZYDENCKI: DONALD TRUMP RANNY | WIELKA BRYTANIA: ROZRUCHY POD BUCKINGHAM PALACE, LUDZIE ŻĄDAJĄ WYJAŚNIEŃ | POLSKA: PREZYDENT PODAJE SIĘ DO DYMISJI | TEORIA JAPOŃSKICH NAUKOWCÓW: WIRUS STWORZONY PRZEZ CZŁOWIEKA | LICZBA OFIAR WIRUSA ROŚNIE, SZACUJE SIĘ JUŻ NA 80 MLN. | ANGELA MERKEL GINIE Z RĄK ZARAŻONYCH OCHRONIARZY | FRANCJA: WYCIEK ROPY Z USZKODZONEGO TANKOWCA | SYBERIA: TEREN NIESKAŻONY?

Komentarze na portalu społecznościowym

Kate Waldorf 21:09
Ten Wirus to kara boska...
Terrence Will 21:11
Twoje pierdolenie to kara boska
Lily Blackwater 21:12
Jakie to ma znaczenie?
Justin T 21:17
Właśnie? Jedyne co się teraz liczy, to przeżyć.

Klasyfikacja obywateli - obowiązkowe ID na terenie placówek, baz, urzędów

Stan psychiczny (stabilny/niestabilny)
Dostęp do broni palnej (zezwolono/brak zezwolenia)
Status (aktywny - oznacza działalność w terenie/osiadły - zakres pracy w obrębie szkoły, urzędu, schronień, także prace typu rola/nieaktywny - osoby, które nie mogą podjąć pracy i/lub trzeba się nimi opiekować)
Stopień (VI - dzieci i osoby nieaktywne/V - młodzież, czasami także osoby nieaktywne/IV - młodzież, która się zasłużyła, a także dorośli, zajmujący podstawowe stanowiska, np. kucharz/III - dorośli wyspecjalizowani/II żołnierze, urzędnicy, politycy, uczeni/I naukowcy i szychy wojskowe oraz polityczne)
Specjalizacje (dla stopni III-I i z wyjątkami dla młodzieży IV: ładunki wybuchowe/robotyka/genetyka/choroby/żywność/mechanika/broń ciężka/biała etc.)

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pią Sty 13, 2017 6:17 pm, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Gru 29, 2016 9:39 pm



It's all good news now
Because we left the taps
Running
For a hundred years

Wiek: 37 lat
Stan psychiczny: jak najbardziej stabilny
Dostęp do broni palnej: zezwolono
Status: osiadły
Stopień: I
Specjalizacja: patologia

- A więc twierdzi pan, że to kwestia gospodarki hormonalnej organizmu? - chłodne spojrzenie opanowanego kolegi po fachu z Japonii świdrowało pana Houghton na wylot.
- Nie twierdzę, jedynie stawiam taką tezę. Na równi z moją drugą tezą o wirusie działającym analogicznie do herpes simplex. Nawzajem sobie zresztą nie przeczą.
- Druga teza brzmi znacznie bardziej prawdopodobnie.
- Nie można zaprzeczyć prawdopodobnie większej odporności na zarażenie wśród dzieci. Zresztą, widział pan zarażone niemowlę? Albo logicznie rzecz biorąc, wyobraża sobie pan takie?
- Zakładając, że nie jest to po prostu rodzaj aktu terroru wywołanego przez człowieka, co tłumaczyłoby tę pozorną odporność - zauważył jeden z naukowców, poruszając na głos kwestię dręczącą niemalże każdego - że epidemia wcale nie była dziełem przypadku.
- Logicznie rzecz biorąc, zaraza nie powinna się rozpowszechniać tak szybko - dodał inny głos na sali.
- I tu wracamy do mojej drugiej teorii, zgodnie z którą wirus mógł się rozprzestrzeniać w stanie uśpionym - tak jak herpes simplex...
- A może to kwestia atakowania ośrodku w mózgu odpowiedzialnego za świadomość, skoro już mowa o niemowlętach.
Seth z trudem powstrzymał ostentacyjne ziewnięcie, gdy temat zaczął krążyć w okolicach bzdurnych w jego mniemaniu rejonów porównywalnych psychoanalizie twórczości Freuda.
Dotychczas zajmował się patologią - nie mylić z potocznym określeniem ludzi o niskim ilorazie inteligencji - i jak oczywiście wolałby nie mieć akurat takiej okazji do przeprowadzania obszernych badań (kompletna bzdura z uwagi na otrzymywane ochłapy zwane "próbkami naukowymi"), tak czuł swego rodzaju naukową satysfakcję, widząc wyzwanie przed nim stojące. Ludzie, którzy przeżyli swoje osobiste tragedie, i których interesowało przetrwanie ich rodzin, mogliby go nazwać bezdusznym psychopatą. Sam przeżył swoje własne - nie mogąc się dodzwonić do ani do dwójki z jego rodzeństwa, ani do matki swojego pięcioletniego dziecka, na które płacił alimenty i które widywał w równych odstępach czasu co tydzień; został kompletnie bez znanych sobie twarzy wokół - nie licząc z kolei zbyt dobrze znanych gęb kolegów po fachu. Tragedie należało odkładać na bok i być pożytecznym dla społeczeństwa - panowanie nad sobą było zawsze w modzie, jednakże teraz stawało się, o ironio, atutem decydującym o przetrwaniu.
Zresztą - patrząc zupełnie obiektywnie, świat był zbyt przeludniony i może akurat czegoś takiego było potrzeba dla wyrównania naturalnej gospodarki planety. Seth oczywiście nie należał do skandujących głośno organizacji typu Greenpeace (a raczej tego, co z nich zostało) o tym, jak to człowiek doczekał się kary za swoje straszliwe zbrodnie na przyrodzie, jednak samą tezę uważał za dość interesującą i wartą rozpatrzenia na równi z tą mówiącą o politycznych machlojkach, czy innych równie prawdopodobnych i na tę chwilę niemożliwych do sprawdzenia założeń. Natura o skłonnościach poznawczych zapewniała mu zdecydowaną pozycję w naukowym światku i część przychylnych spojrzeń - mimo niektórych kontrowersyjnych przekonań, ale któż takich nie posiada.
Więcej robić,
mniej pieprzyć.
~Coelho, 2017


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Czw Sty 12, 2017 11:29 pm, w całości zmieniany 8 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Gru 29, 2016 10:15 pm



Nazwisko: Rees
Imiona: Ivy
Nazwisko rodowe: Rees
Imiona rodziców: Robert Annalise
Data urodzenia: 01.01.1994
Płeć: K
Adres zamieszkania: (zarysowane)
Miejsce urodzenia: Iowa City
Wzrost w cm: 172
Kolor oczu: szare
________________________________________
Stan psychiczny: stabilny
Dostęp do broni palnej: zezwolono
Status: aktywny
Stopień: IV
Specjalizacja: ładunki wybuchowe

Wywiad w Nowojorskim radiu
Spiker: Dzisiaj rozmawiamy z Ivy Rees, jedną z pierwszych młodszych osób, którym udało się zdobyć specjalizację. Witaj, Ivy. Ivy: ... Witam. S: Jak udało ci się zdobyć tak szybko specjalizację od ładunków wybuchowych? Bo sądzę, że trzy miesiące to całkiem niezłe tempo. I: Po prostu szybko się uczę tego, co mnie interesuje. Zwłaszcza, że dzięki temu zwiększam swoje szanse przeżycia. S: Było trudno? I: Mój ojciec był mechanikiem, a ja nie miałam nigdy problemów z naukami ścisłymi, więc jakoś dałam radę. Nie żebym miała coś lepszego do roboty teraz... S: Był? I: Słucham? S: Wybacz, jeśli to niekomfortowe pytanie, ale co się stało z twoim ojcem? I: Nic w tym niekomfortowego. Zaraził się wirusem, zaatakował moją matkę, a kiedy próbowałam ją zasłonić, rzucił się na mnie. Wydłubał mi oko. Więc go musiałam zabić. Matka spierdoliła nie wiadomo gdzie. Historia jak setki innych. S: Czy te wydarzenia zmotywowały cię do działania? I: Co? Nie. Mówiłam, chcę po prostu przeżyć. Żeby kiedy to wszystko się skończy, móc na to spojrzeć i wiedzieć, że przetrwałam. Mogę już iść? Nie chciałam nawet tu przychodzić, placówka chciała się pochwalić, jakich to świetnych młodzików wytrenowała. S: *chrząknięcie* Ale... I: Co chcecie usłyszeć? Wychodzę, podkładam bombę, robi ona "bum" i Zarażeni giną. Raz omal nie wysadziłam żołnierza, który był z nami na misji. To wszystko nie jest wcale zupełnie pod kontrolą. Niektóre rzeczy wychodzą metodą prób i błędów.

- You look like hell.
- Yeah, I just got back.

Wideologi.
WIDEOLOGI.
Kpina. Czuję się jak idiotka, mówiąc do ekranu swojej komórki. Ale co zrobić, wymogi. Odkąd tu trafiłam, nie było ani dnia, żebym nie usłyszała tego słowa. Prysznic piętnaście minut? Takie wymogi. Cotygodniowe rutynowe badania? Wymogi. Regularne wywiady? Wymóg. Dajemy ci jeść, dajemy ci łóżko, więc dla nas pracuj. Dobra, przesadzam. Są plusy. Pewnie bym sczezła w ciągu miesiąca albo i szybciej, gdybym tu nie trafiła. Umiałabym się obronić przed normalnym facetem, ale nie jakimś... mutantem. Zwłaszcza z okiem. A raczej bez niego.
Najgorsze nie jest to, że pójdziesz na misję i ci rozkwaszą łeb. Przynajmniej dla mnie. Idę tam ze świadomością ryzyka. Zgodziłam się na to. Tymczasem wirus może mnie dopaść w każdej chwili. Pewnie nawet teraz po placówce chodzi ktoś, u kogo rozwija się ta obrzydliwa zaraza. Nie ma się jak przed nią zabezpieczyć. Wolałabym być świadoma, kiedy zginę. Nie, żebym planowała. Nie spieszy mi się do grobu.
LILY, NA LITOŚĆ BOSKĄ, ZAMKNIJ RYJ! Chryste, ile można pierdolić o zwichniętym palcu? Polecam ci wykrzyczeć to na stołówce dziś na obiedzie! Oszczędzisz sobie trudu dzielenia się o tym z każdą napotkaną osobą.
Stejtment kwietnia dwa tysiące siedemnastego roku: ludzie nie zmądrzeli.
W każdym razie... Drażni mnie to gadanie do siebie, czuję się jak wariatka. Może i faktycznie wariuję. Nie można stąd wychodzić na misję i być normalnym. Na początku to było zbyt duże przerażenie, by to do ciebie docierało. A w miarę, jak mijały dni, kiedy widziało się co się dzieje nawet tu, w placówkach... Kurwa, widziałam jak rodzice odprowadzali tutaj syna, myśleli, że będzie bezpieczny, a zaledwie dzień później okazało się, że jest chory. Zrobił rozróbę, jednego dzieciaka posłał na wózek inwalidzki, a jego samego rozstrzelali w stołówce na oczach dziesięciolatków. Nigdy nie byłam typem wrażliwej dziewczyny, ale... Nie wiem. Odkąd zaczęłam wychodzić i podkładać te bomby... Nie zawsze służą temu, żeby zabić Zarażonych, ale często. Widzę, co z nich pozostaje. Musimy zabrać ciała, bo to "cenny materiał do badań". Ciała są często w częściach. Raz zwymiotowałam. To było na drugiej misji. Kiedy parę tygodni później zastałam równie makabryczny widok, nawet nie odwróciłam wzroku. Po prostu zrobiłam swoje. A gdy wróciłam do placówki i usiadłam w pokoju... Wtedy mnie to dopadło. Nadal dopada. Po nocach.

I'm scared that I'm not myself
And I'm scared that I am

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Sob Gru 31, 2016 1:54 pm, w całości zmieniany 6 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Gru 29, 2016 11:46 pm


heads will roll


Shelley Anna Treadwell | 17 lat | różowa księżniczka

Życie nastolatki w XXI wieku potrafi być ciężkie. Shelley przekonała się o tym już w wieku lat dwunastu, kiedy jogurt naturalny spływał po jej włosach, twarzy oraz oprawkach okularów, kapiąc na koszulkę. Stała na środku szkolnej stołówki, twarzą w twarz z chłopcem, który jej się podobał, a inne dziewczynki chichotały za jej plecami. Wtedy w młodym, niewinnym serduszku Shelley coś pękło i już nigdy nie była taka sama. Pięć lat później najmłodsza z latorośli rodziny Treadwellów zupełnie nie przypominała zahukanej dziewczynki sprzed lat. Zamieniła ciasne sweterki i podkolanówki na dopasowane jeansy i koszulki z dekoltem. Już nie siedziała z nosem w książkach, a zamiast o komiksach rozmawiała o chłopakach. Marzenia o studiowaniu robotyki odeszły w niepamięć, teraz liczyły się dla niej ubrania, imprezy, znalezienie bogatego męża, by nie musiała pracować... Chodziła z dumnie podniesioną głową na swoich piętnastocentymetrowych szpilach i patrzyła na wszystkich dookoła z wyższością. Dwa razy w tygodniu uczęszczała na pilates i yogę, by dbać o sylwetkę. Na jej toaletce w rządku stały pomadki od Kylie Jenner, w ręce dzierżyła ajfona w kolorze różowego złota, niczym królewskie złote jabłko (a nawet lepiej, bo złote i różowe jednocześnie!) i zdawało jej się, że ma cały świat u stóp. Lecz złudne były wyobrażenia młodej trzpiotki. Całe jej życie legło w gruzach jednego popołudnia...

Ludzie słysząc o tragediach czy kataklizmach zawsze myślą, że to jest gdzieś daleko, to ich nie dosięgnie. Shelley też tak myślała, gdy usłyszała o wirusie, jednak szybko przekonała się, że całe to zamieszanie wcale nie jest tak daleko. Wystarczyło, że przyszła do domu, a już w progu rzuciła się na nią matka z żądzą mordu w oczach i kryształowym wazonem od babci w ręce. Jej własna matka, która w dzieciństwie czytała Shelley bajki na dobranoc, a jeszcze kilka dni wcześniej zabierała na zakupy i pomagała wybrać sukienkę na bal maturalny, na który blondynka szła z chłopakiem. Kochana mamusia, ta sama, teraz rzucała w nią ciężkim kawałem szkła i chciała rozbić jej blond główkę o ścianę. A jeszcze nie dalej jak dwa dni temu głaskała ją, gdy pokłóciła się z ukochanym... Dziewczyna cudem umknęła rozwścieczonej rodzicielce i zabarykadowała się w pokoju. Trzy dni siedziała w jednym pomieszczeniu, mając tylko kilka butelek wody Fiji i paczkę Oreo. Takich katuszy głodowych nie przeżyła nawet na ostatniej diecie cud.
Kiedy w końcu wyszła z pokoju, widok jaki ukazał się jej oczom był przerażający. Dom przypominał pobojowisko. W kącie salonu leżały rozszarpane zwłoki jej małych yorków, a służby wynosiły z mieszkania czarny worek. Shelley wzdrygnęła się, gdy nagle wysunęła się z niego kobieca dłoń, na której widniał aż zbyt dobrze znany dziewczynie pierścionek. Łzy popłynęły po jej policzkach, a wraz z nimi cały starannie wykonany makijaż. Ktoś położył rękę na ramieniu Shelley, delikatnie wyprowadził ją z mieszkania i wsadził do auta. Treadwell trafiła do ośrodka szkoleniowego. Początki były dla niej wyjątkowo trudne, z przytulnego mieszkanka trafiła niemalże do koszarów. Treningi tam były znacznie cięższe niż pilates, na którym była gwiazdą w trykotach. Tutaj dostawała naprawdę niezły wycisk i jedyne o czym marzyła, był koniec tego koszmaru. Tęskniła za mamą, za przyjaciółmi, leżeniem godzinami na kanapie w salonie, wychodzeniem na imprezy i wracaniem bladym świtem, starając się nie obudzić rodzicielki... Teraz o jakichkolwiek wyjściach mogła pomarzyć. Było zdecydowanie zbyt niebezpiecznie, by się gdzieś ruszać. Sama Shelley miała już dość wrażeń związanych z zarażonymi po przeżyciach z matką. Dlatego od przyjazdu do placówki militarnej niemal wszystkie wieczory spędzała w łóżku, tuląc do siebie swojego różowego, pluszowego króliczka i cicho łkając.
Dopiero niespełna trzy tygodnie temu coś się zaczęło zmieniać. Shelley całkiem przypadkiem trafiła na grupkę chłopaków, która wraz z jednym z trenerów konstruowała mechaniczne protezy mające na celu wspomaganie w walce. Chwilę stała zaglądając ukradkiem do środka sali, aż jeden z chłopaków ją zauważył i zaprosił do środka. Wahała się przez chwilę - takie rzeczy interesowały ją lata świetlne temu. Zerwała z wizerunkiem kujonki i jeszcze do niedawna za żadne skarby nie chciała być z tym kojarzona... Ale w tamtym momencie było inaczej. Od miesięcy liczyło się tylko przetrwanie, a dziewczyna w końcu znalazła na nie szansę. Przysiadła się i od tamtej pory spędza tak niemal każdy dzień.
stabilna | brak zezwolenia na broń palną | osiadła | V stopień

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Pią Gru 30, 2016 10:43 pm, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lullaby

avatar

Liczba postów : 12
Join date : 13/11/2016

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Gru 30, 2016 1:08 am

You are already dead inside, Jack...

       






| Jack Reyes | 39 lat |

| Stabilny |

| Zezwolenie na używanie broni palnej |

| Aktywny | II stopień - Żołnierz |

| Specjalista od broni białej |

| Przydzielono do trenowania młodych rekrutów |


Ostatnio zmieniony przez Lullaby dnia Sob Gru 31, 2016 1:28 am, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Gru 30, 2016 8:12 pm



Stan psychiczny stabilny
Dostęp do broni palnej zezwolono
Status aktywny
Stopień IV
Specjalizacja strzelec wyborowy

Jestem pacyfistą, powtarza, czyszcząc lufę swojego M110 i uśmiechając się szeroko, tak szeroko, że widać mu całe uzębienie.
Bo jest. Był grzecznym dzieckiem. Religijnym, prawdziwym aniołkiem. W przeciwieństwie do swojej starszej o pięć minut bliźniaczki, on zawsze słuchał rodziców, uczył się dobrze i zjadał obiad do końca, nawet jak coś mu nie smakowało. Dorastał w otoczeniu kochającej rodziny i wspaniałych przyjaciół. Nigdy niczego mu nie brakowało, bo nie prosił o zbyt wiele. Oczywiście, potrafił działać na nerwy, lecz ludzie nie potrafili się na niego długo gniewać.
Jest pacyfistą. Rolą jego siostry było buntowanie się i obijanie mord. To ona zawsze stawiała siebie w miejsce jego obrończyni. Była czarną owcą rodziny, ale kochał ją najmocniej na świecie. Zabierała go na treningi boksu, twierdząc, że jest ciapą i przyda mu się trochę wycisku. Miała rację.
Lubił strzelać. Miał wyczucie i celne oko. Trenował łucznictwo, ale to było dla niego za mało. Namówił rodziców na zajęcia w strzelnicy. Strzelanie z broni palnej go uspokajało.
Jest pacyfistą. Lecz wraz z nadejściem wirusa musiał dodać coś do swojej dewizy.
Jestem pacyfistą, ale mam słabe nerwy.


jak ktoś powie że pizduś to nie zdzierżę. on dla mnie i tak nie ma twarzy XD


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Sob Lip 01, 2017 1:02 am, w całości zmieniany 3 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pon Sty 02, 2017 1:06 am


Obudziła się wraz z zachłyśnięciem. Łapiąc z trudem jakiekolwiek powietrze, zakryła głowę kołdrą i starała się opanować sytuację, nie robiąc przy tym za wiele hałasu. Po chwili już oddychała normalnie. Przytknęła głowę z powrotem do poduszki, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Wstając, skrzywiła się lekko. Musiała przybrać we śnie złą pozycję, bo odczuwała dotkliwy ból w ramieniu. Lawirując pomiędzy łóżkami reszty dziewczyn w dawnej sali od angielskiego, wyszła przez drzwi, nad którymi wciąż wisiał cytat Hemingway'a - "A man can be des­troyed, but not de­feated". Skądkolwiek to było, nie czytała tego. Prawie nigdy nie potrafiła znaleźć w życiu na tyle dużo czasu, by czytać lektury. Musiała go poświęcać na obowiązki domowe, na kłótnie, ucieczki z domu, naukę i książki naukowe, encyklopedie. Czasami dla rozluźnienia czytywała science fiction. Teraz takich realiów doświadczała w życiu codziennym. Mogłaby być jedną z bohaterek powieści.
Za każdym razem zerkała na ten cytat, przekraczając próg sypialni i zastanawiała się, kogo mógłby on dotyczyć, a kto mógłby mu zaprzeczyć. Chciałaby przy tym wierzyć, że sama zaliczałaby się do grupy niepokonanych, ale kto wie, co się dzieje w głowach Zarażonych? Jeśli nie są kompletnie świadomi siebie, a raczej dawnych siebie, to czy to nie jest nic innego, jak pokonanie człowieka?
Stołówkę otwierano tylko na pory śniadania, obiadu i kolacji, ale były w placówce cztery automaty z jedzeniem i piciem, które regularnie uzupełniano. Jeszcze. Oczywiście najpierw schodziły M&M's, batoniki i rogale. Pierwszego dnia po uzupełnieniu. Potem przez resztę tygodnia dało się zdobyć tylko kanapki, coraz marniej wyglądające z każdą minioną dobą. Ona nie miała jednak ochoty na jedzenie tak czy inaczej. Skierowała się po picie i po chwili już siedziała pod ścianą w głównym holu, popijając obrzydliwą kawę. Z początku żałowała, że nie wzięła ze sobą koca, ale napój zaraz ją rozgrzał.
Opróżniła kubek do połowy, kiedy do pomieszczenia ktoś wszedł. Żołnierz. Rozpoznawała jego jasnoniebieskie oczy i wąskie usta, ale nie wiedziała, jak miał na imię. Obejrzał ją od stóp do głów i upewniwszy się, że nie stwarzała zagrożenia, ruszył dalej patrolować teren. Dosłownie dziesięć sekund po nim zjawił się Dumah.
Nie potrafiła się z nim jeszcze obchodzić. Zazwyczaj nie miała problemów, by bez żadnych skrupułów i hamulców denerwować się na ludzi; nie trzeba wiele, by zagrać jej na nerwach, a ona nie lubiła dusić w sobie irytacji lub złości, kosztowało ją to zdecydowanie więcej energii, poza tym czuła się w obowiązku poinformowania człowieka o jego ewentualnym idiotycznym zachowaniu. Jeśli czyjaś osoba aż krzyczała "imbecyl", trzymała się od niego z daleka i po pierwszym kontakcie jak najprędzej się odcinała. To samo dotyczyło ludzi zbyt optymistycznych i nadmiernie wesołych. Tymczasem na niego mogła wywrócić oczami, prychnąć. Nie potrafiła włożyć w wyrzut tyle energii, co normalnie. Drażniło ją to w sposób, którego nie umiała uzewnętrznić.
- Hej. Też nie możesz spać? - zapytał ją, przeglądając wybór napojów w automacie, chociaż doskonale wiedział, że dostępne były tylko kawa i czekolada (dla młodszych).
- Ta - mruknęła, pociągając kolejny łyk.
Obserwowała jak w zaspaniu drapie się po karku i ledwo trafia palcem drugiej ręki w odpowiedni przycisk. Miał na sobie podkoszulek, więc widziała większą część jego tatuażu - skrzydła, które "wyrastały" na umięśnionych plecach i sięgały dalej, aż na przedramiona. Lubiła go obserwować. Mogła to robić niemal bez przeszkód na misjach, bo dość często wysyłano ich razem. Gdy trzeba było utorować dokądś drogę, szła w pierwszej linii, a on pilnował jej pleców, jak ten Anioł Stróż - lubiła mu to wytykać, wyjątkowo to ją bawiło. Nie zmieniało to faktu, że mając go za sobą, czuła się bezpieczniej, niż z kimkolwiek innym, kogo mogliby jej przydzielić na jego miejsce. Po założeniu ładunku wycofywała się. Zawsze się wycofywała, jeśli nie napotkali wcześniej żadnych przeszkód. Wtedy on zajmował pozycję na pierwszej linii i wtedy to ona obserwowała jego plecy. Nie zapytała go nigdy, czy czuł się z nią równie bezpiecznie, co ona z nim. Zresztą, nie musiała. To on był wyborowym strzelcem. Szło mu tak dobrze, że nawet zasłużył na specjalizację. Ona strzelała raczej przeciętnie. Teraz. Na początku nie trafiała nawet w tarczę. Wszystko przez to oko.
Tak czy inaczej, mogła zrozumieć, że lubiła patrzeć na niego, śledzić ruchy, gdy mierzył z broni, a jego twarz tężała w skupieniu, pewnie tak samo jak jej, gdy zakładała bombę lub ją tworzyła. Mundury i facetów z bronią zawsze uważała za seksowne. Nigdy jednak nie łączyła ciała z głową, charakterem.
- Koszmar?
Siadając obok niej, szturchnął ją ręką. Jej kawa chlupnęła ostrzegawczo. Posłała chłopakowi groźne spojrzenie.
- Sorki. To czemu nie śpisz?
Zajrzała do kubka, jakby tam tkwiła odpowiedź na to pytanie. Nieśpiesznie zamieszała napój i upiła kolejny łyk.
- Jak definiujesz koszmar?
Dumah wydął lekko usta, zastanawiając się.
- Jako straszny sen?
- Więc nie, nie śnił mi się koszmar.
- A co?
- Czemu ty nie śpisz? ADHD się odezwało?
- Bardzo śmiesznie - mruknął, uśmiechając się do niej krzywo. - Demony przeszłości.
Odwróciła głowę w jego stronę, a w momencie, gdy na nią spojrzał, przeniosła wzrok na jego ręce, otulające kubek z kawą jak w obronnym geście.
- Z każdym dniem sypiam gorzej - powiedziała, krzyżując nogi w tureckim siadzie. - Ale moje demony wyglądają inaczej.
- Mają rogi?
- Mają Wirusa.
- To kwestia ojca?
Skrzywiła się lekko, odgarniając włosy, które opadły jej na twarz.
- Zwierzamy się teraz z tych przygód? - Wskazała dłonią siebie. - Bo ja nie mam z tym problemu. Mój ojciec zawsze był popierdolony. O wpakowaniu mu noża w szyję marzyłam, odkąd miałam jakieś dziesięć lat. Kiedy miałam szansę tego dokonać, wcale nie poczułam się lepiej. Ale to nie on nawiedza mnie po nocach. Po raz pierwszy w moim zasranym życiu, ten typ dał mi spokój. Ot, kwestia mojego ojca. - W miarę, jak mówiła, coraz bardziej odwracała się w jego stronę. - Chcesz pogadać o demonach przeszłości? Kwestiach rodzinnych? Opowiedz o swoich.
- Miałem siostrę bliźniaczkę.
Czekała na jakiś ciąg dalszy, ale on milczał.
- Wszyscy kogoś mieli.
Przechwyciła jego wzrok i figlarny błysk, który na chwilę zagościł w jego oczach.
- Więc popularność tego zjawiska twoim zdaniem umniejsza jego tragedię?
- Moim zdaniem nie ma co się roztkliwiać nad konkretnym wydarzeniem, kiedy-
- Kiedy co? Może nie darzyłaś ojca miłością i nie doznałaś straty kogoś bliskiego, ale to nie daje ci prawa, by umniejszać czyjeś przeżycia - mówił to z uśmiechem, lekko, co tylko jeszcze bardziej ją drażniło, bo słowa wydawały się poważne.
Złość zawrzała w jej krwi. Odchyliła się do tyłu. Chciała mu powiedzieć o tym, że życie nigdy jej nie rozpieszczało i że nie miała nikogo bliskiego, bo ludzie za każdym razem kopali ją w dupę, dopóki nie nauczyła się łapać ich za nogę i ją łamać. Chciała też wytknąć mu, że takich jak on świat gniecie w pięści najszybciej, bo ich początkowo rozpieścił. Tymczasem dotarło do niej, że oboje siedzieli tutaj, w holu placówki, w nocy, pijąc kawę, bo śnią im się obojgu rzeczy, które nie pozwalają im zaznać spokoju. Czy jej demony był tak różne od jego? Miała prawo nazywać je "lepszymi"? Czy tylko zgrywała hardą, a rzeczywiście wynik otrzymywali ten sam?
Mierzyli się spojrzeniami, dopóki do holu nie wpadła Mała Księżniczka, jak Ivy nazywała Shelley. Blondi zatrzymała się dwa kroki po przejściu przez drzwi, otaksowała ich spojrzeniem, a potem poszła sobie kupić kanapkę.
- Doliczam te kalorie do jutrzejszego śniadania.
- Dzisiejszego - wtrącił Dumah.
- Nie liczę kalorii - odparła Shelley z wyższością, czekając, aż jej kanapka zleci do kieszeni.
- To kiedy zrobisz mi działające sztuczne oko? - zagadnęła ją tonem podszytym kpiną; nie dlatego, że umniejszała jej umiejętności, ale po prostu nie wierzyła, by to miało nastąpić w przeciągu najbliższych lat.
Ku jej zaskoczeniu, blondynka obróciła się gwałtownie, a jej twarz rozświetlało podekscytowanie godne geeka.
- Jesteśmy już na dobrej drodze!
- Poważnie?
Nie przejmowała się względami estetycznymi, dopóki nosiła przepaskę (zabliźniona rana wyglądała okropnie odrażająco, jak z horroru); głównie zależało jej na tym, by móc znów dobrze widzieć. Pogodziła się ze swoją sytuacją, ale wciąż do niej nie przywykła.
Teraz pluła sobie w brodę, że narobiła sobie nadziei.

Z dostępem do prądu bywało różnie, zwłaszcza na przyrządy inne, niż komórka. Udało jej się jednak znaleźć tydzień temu starą mp3, jeszcze z tym starym, ciemnozielonym wyświetlaczem ciekłokrystalicznym, a ona działała na baterie. Te leżały nowiusieńkie w opakowaniu tuż obok. Oszczędzała je na noc taką jak ta. Pożyczyła od jednej z młodych duże, wyciszające słuchawki i włączyła odtwarzacz. Zawierała ona same dinozaury, typu utworów z Pulp Fiction oraz piosenki rodem z The Walking Dead. Stwierdziła, że poprzedni właściciel miał całkiem niezły gust i... Przez to spóźniła się na badania.
Badania odbywały się co tydzień z samego rana, jeszcze przed śniadaniem. Zaczynali od najmłodszych; zawsze bachory wyjadały wtedy najlepsze rzeczy. Kiedy ona zjawiła się w sali gimnastycznej, jak zwykle zastała "perony" (jak nazywali metalowe szkielety z płachtami materiału, takie jak w szpitalu) rozłożone, tylko kolejka już dawno się rozładowała. Dostrzegła wolne miejsce u doktora, do którego zawsze chodziła się przebadać. Nie zadawał zbędnych pytań, robił, co musiał i kończył wizytę. Dziękowała za to niebiosom. Już miała tam wejść, kiedy durna Riley, którą boją się przydzielić nawet do ścierania kurzu, jakby miała sprężyny w nogach - wskoczyła przed nią. Zaklęła. Już burczało jej w brzuchu.
Rozejrzała się wokół. Tylko jedno wolne stanowisko. Doktora Houghtona. Skrzywiła się kwaśno. Każdy unikał go jak ognia. Uważano go za fanatyka, który traktował swoją pracę jak ksiądz misję, jednak rutynowe badania się do niej nie zaliczały, więc jego postać emanowała znudzeniem i pogardą dla takiego marnowania jego czasu. Już chciała czmychnąć i zaczekać, aż się gdzieś zwolni, kiedy naukowiec odsłonił zasłonę i kiwnął na nią palcem, widząc, że czekała niezbadana. W myślach zamordowała Riley. Usiadłszy na kozetce jeszcze raz, tak dla wzmocnienia efektu, gdyby dotarły do niej jakieś fale mózgowe.
Niebotyczną ilość energii kosztowało ją spokojne i rozległe odpowiadanie na zadawane przez dr. Setha pytania. W pewnym momencie musiała się już przeciągnąć i odczuła wtedy dotkliwy ból w ramieniu. Mężczyzna od razu to wyłapał i spojrzał na nią badawczo.
- Wszystko w porządku z twoim ramieniem?
- Naciągnęłam sobie w nocy. Źle spałam.
Nim się zorientowała, chwycił ją chłodnymi palcami, aż przeszły ją dreszcze i naciągnął jej koszulkę, by dojrzeć przez dekolt ramię.
- Ściągnij koszulkę.
Spojrzała na niego pochmurnie.
- Z tego co wiem, znamię pojawia się na karku, a nie ramieniu.
Poczęstował ją uśmiechem, zdecydowanie nie uprzejmym i ciepłym. Wzniosła oczy ku niebu i zdjęła szybkim gestem koszulkę, po czym cisnęła ją na bok.
- Jeśli chcesz mnie obejrzeć w bieliźnie, to powiedz od razu.
Nie otrzymała odpowiedzi. Zauważyła jedynie, że założył rękawiczki. Chyba przestała oddychać.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sro Sty 04, 2017 12:33 am

Debata dłużyła się niemiłosiernie długo, odciągając wszystkich od ich obowiązków – które w zasadzie nie miały sensu bez nadanego im kierunku. W jego środowisku nie brakowało pewnych swoich racji osobowości, co kończyło się właśnie w ten sposób traconym czasem, podczas gdy należało działać. Tymczasem między kwestiami naprawdę ważnymi co i rusz objawiały się drobne starcia umysłów, którym on sam czasem nie był w stanie się oprzeć. Ogromnym sukcesem było ustalenie dalszych działań w pierwszych dwóch tygodniach od wybuchu epidemii. Od tego czasu wszyscy błądzili po omacku, nie mając choćby punktu zaczepienia z uwagi na przeraźliwie kiepskiej jakości próbki przeznaczone do badań. Panika rzeczą ludzką i niesprzyjającą nauce, co zazwyczaj się kończyło poharataniem bronią palną przez żołnierzy wszystkich Zarażonych, którzy się znaleźli w zasięgu ich wzroku.
Tak czy siak, Seth miał wrażenie, że przyjmie z pocałowaniem ręki każdą pożyteczną robotę, byleby skończyła się debata. Zapał szybko mu ostudziły ludzkie twarze, gdy się pojawił „w peronie” (jak nazywali je mieszkańcy szkolnej placówki) na cotygodniowym przeglądzie. A może po prostu to nie była pożyteczna robota. W przeciwieństwie do innych, milej wyglądających starszych naukowców, do niego przychodzili głównie żołnierze w cywilu i starsza młodzież, która – jak i on – uważała tego rodzaju badania za czystą formalność. Odpowiadał mu taki stan rzeczy. Sprawnie robił swoje, zapewniając sobie w ten sposób jeden z najwyższych wyników w ilości przebadanych pacjentów. Może postawą za bardzo zdradzał, co myśli o takim, a nie innym wykorzystaniu jego czasu, jednakże nikt nie mógł mieć co do jego pracy zastrzeżeń.
Nie miałby nic przeciwko takim badaniom, gdyby tylko widział w nich sens, a wszystko wskazywało na to, że póki nie nastąpiły gwałtowne zmiany w zachowaniu delikwenta, nie było żadnych objawów Zarazy. Po samych zmianach w zachowaniu atak następował zbyt szybko, by którykolwiek naukowiec zdążył przybyć na wezwanie do placówki i faktem było też, że takie wezwania zbyt często kończyłyby się fałszywym alarmem. Trzymanie ludzi w wiecznym zamknięciu źle wpływało na ich psychikę.
Kolejka osób do wywiadu sukcesywnie się pomniejszała i z czasem miał nawet chwilę, by porobić sobie notatki o wnioskach i obserwacjach zebranych w trakcie tego poranka. Po kolejnej pacjentce - dziewczynie z fioletowymi włosami, której jak dotąd nie kojarzył, by pojawiła się właśnie u niego, nie spodziewał się żadnych niezwykłych rzeczy. Cóż, mylił się. Rozwlekłe odpowiedzi, które otrzymywał na swoje pytania przyprawiały go o pulsowanie żyłki na czole; ledwo wstrzymywał się przed bezpośrednim spytaniem, czy to ma być jakaś forma włoskiego strajku. Przywykł do sprawnych i precyzyjnych odpowiedzi; tłumaczył sobie jednak w duchu, że może tego rodzaju wywiady przeprowadzał któryś z jego kolegów, którzy oprócz bycia fachowcem w swojej dziedzinie postanowili się zabawić w udawanie psychologa. Większą uwagę przykuła u niego dopiero wzmianka o bólu ramienia. Nie dalej jak w trakcie nocnej debaty padła wzmianka o możliwym występowaniu bólu mięśni pośród bardzo wąskiego spektrum poznanych objawów postępującej Zarazy, nie mógł więc zignorować czegoś takiego.
- Ściągnij koszulkę – poprosił krótko, chcąc się upewnić, czy jest w stanie zauważyć jakiekolwiek fizyczne zmiany.
- Z tego co wiem, znamię pojawia się na karku, a nie ramieniu – odburknęła dziewczyna. Seth uśmiechnął się chłodno do niej, z lekkim rozbawieniem przyjmując fakt, że taki gówniarz kwestionuje celowość jego poczynań. Kolejne jej słowa były dla niego niezłym zaskoczeniem i w mig mu przypomniały, dlaczego woli pracować z mężczyznami, a najlepiej to już w ogóle z trupami.
- Jeśli chcesz mnie obejrzeć w bieliźnie, to powiedz od razu.
Pozwolił sobie na mało profesjonalny, pełny niedowierzania uśmiech, kiedy nakładał rękawiczki.
- A nigdy dotąd nie wierzyłem w historie o pacjentkach oskarżających lekarzy o molestowanie – skomentował, odgarniając jej z karku włosy, by profilaktycznie poszukać wzrokiem znanego wszystkim znamienia.

Nie spodziewał się, że faktycznie je tam zobaczy.

- Może niektóre pacjentki faktycznie mają powód, by je zgłosić – zauważyła dziewczyna – Ivy, jak sobie nagle przypomniał jej imię, gdy okazało się, że warto poświęcić jej chwilę uwagi.
Houghton uśmiechnął się krzywo do siebie, nic jej nie odpowiadając. Wizyty były nagrywane na wypadek właśnie takich przypadków przez pluskwy; nie miał zamiaru dać się wciągnąć w jakąś głupią gierkę, przez którą miałby mieć potem problemy. Nie był zresztą pewny, czy głos nie odmówiłby mu posłuszeństwa na takie znalezisko. Przesunął palcami po znamieniu, które nie oznaczało się żadną wypukłością – jedynie zmianą koloru. Jakby nigdy nic zaczął uciskać bolącą łopatkę – już i tak spięta dziewczyna wyprostowała się gwałtownie, sycząc cicho.
Podjął krótką decyzję, że należy jak najszybciej przeprowadzić badanie morfologiczne krwi oraz najlepiej EMG. Profilaktycznie sprawdził, czy na pewno ma pod lekarskim fartuchem rewolwer. Nigdy dotąd nie było mowy o wystąpieniu znamienia przed właściwym atakiem choroby. A Ivy wydawała się psychicznie zdrowa mimo ogólnego napięcia (a może właśnie to ono o zdrowiu świadczyło).
- Ubierz się – poprosił krótko Houghton. Nie miał potrzebnych rzeczy w „peronie” przeznaczonym do przeprowadzenia podstawowego wywiadu – czego obecnie bardzo żałował. Nie był pewny na ile stabilny jest stan pacjentki.
- To już? – upewniła się Ivy, zeskakując z kozetki z aż za wyraźnie widocznym poczuciem ulgi. W tym momencie do „peronu” zajrzał jeden z chłopaków z placówki, wywołując całkowicie zrozumiały głośny protest u dziewczyny. Seth rozpoznał w nim Davisa, który zawsze przychodził do niego niemal jako ostatni. Tydzień temu poznał przyczynę, gdy chłopak w końcu się przyznał do wstydliwych objawów w intymnych rejonach, co się okazało na szczęście niegroźną weneryczną chorobą. Houghton bez zbędnych pytań zasugerował mu, by zadbał też o namówienie do leczenia partnerki. Tylko kolejnych choróbsk im brakowało.
Teraz Davis wyglądał na bardzo wzburzonego, lecz na krzyk Ivy, wycofał się szybko.
- Nie uciekaj mi jeszcze. Przejdziemy do laboratorium – podjął zakłócony temat.
- Co to znaczy? – głos dziewczyny lekko zadrgał - ale nic poza tym.
- Jeszcze nic – Seth odpowiedział niezwykle łagodnie. To chyba jej nie pomogło.
- Jeszcze?
To co się wydarzyło chwilę potem, wywołało w nim taki skok adrenaliny, że miał wrażenie, iż czas prawie się zatrzymał. Przez kotarę wpadł Davis, wrzeszcząc przeraźliwie. Seth odepchnął za siebie odruchowo Ivy - nie tyle by ją chronić, co by mieć czyste pole do strzału. W jednej chwili podjął decyzję o celowaniu w kończyny. Wyszarpnął niewidoczny dotąd rewolwer spod fartucha, po czym wystrzelił. Pierwszy strzał trafił w ziemię, drugi strzaskał chłopakowi kolano. Wykonał ruch, jakby się potknął opadając siłą rozpędu na podłogę; w tym samym momencie do środka wpadł jeden z żołnierzy.
- Nie zabijać...! - Było już za późno. Dobrze mu znana twarz zmieniła się w strzęp, opryskując ich oboje krwawą mazią. Odruchowo się wzdrygnęli, podczas, gdy ciało upadło z impetem im pod stopami. Żołnierz opuścił broń do dołu, pobladły i z drżącymi rękami.
- W porządku?
Ivy przytaknęła, opierając się o jeden ze stołów i zrzucając z niego niechcący aparaturę. Houghton upuścił rewolwer, rozglądając się nerwowo za - jak się okazało - jakimiś probówkami. Nie było czasu na przeżywanie szoku. Padł na kolana przy jeszcze ciepłych zwłokach człowieka, z którym tydzień temu rozmawiał o jego problemach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lullaby

avatar

Liczba postów : 12
Join date : 13/11/2016

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sro Sty 04, 2017 7:22 pm

Miała to być szybka akcja. Krótkie ustalenie obecnej sytuacji na zewnątrz, co najwyżej zebranie czegoś pożytecznego po drodze lub w sytuacji ekstremalnej, unieszkodliwić wrogą jednostkę. Tak, takim mianem żołnierze często nazywali Zarażonych, jakby chcieli się w ten sposób od tego nieznanego wirusa oderwać. Jakby po prostu była to kolejna bitwa, którą muszą stoczyć. Problem tylko w tym, że wystarczyła chwila, aby któryś z nich niekontrolowanie zmienił stronę.
Było ich czterech. Trójka z nich wyraźnie wysuwała się do przodu. Prowadzili ze sobą jakąś mało istotną dyskusję, chcąc zapewne w ten sposób zabić czas nim dojdą do bezpiecznej strefy. Choć "bezpieczna" to było za dużo powiedziane. Ale cała trójka była młoda, naiwna, a przede wszystkim, miała problem z zachowaniem ciągłej czujności. Dlatego większość roboty w rzeczywistości spadała na ostatniego z nich. Żołnierza, a raczej już weterana.
Jesteś już martwy, Jack…
Jack Reyes na pozór wydawał się kolejnym wojskowym. Aktywnie uczestniczył w tego typu akcjach, patrolował, a nawet szkolił niedoświadczoną młodzież w posługiwaniu się bronią palną, jak i białą. Następny żołnierz, który po prostu sumiennie wykonywał obowiązki. Tak jakby. Gdyż mężczyznę cechował dosyć nienaturalny spokój. Nawet w walce z Zarażonym, Jack nie wykazywał ani odrobiny paniki, której tak często ulegali inni. Wiadomo, w jednej chwili mogła zaatakować cię osoba stojąca obok. Panika nie była tutaj niczym dziwnym. A dla Jacka? Nawet nagłe pojawienie się Zarażonego na terenie placówki nie umiało go wyprowadzić z równowagi. Potrafił sobie nawet z tego zażartować. I nie było w tym żadnej złośliwości. A i tak znaleźli się tacy, co twierdzili, że brakowało mu empatii. Mężczyzna wtedy kręcił tylko głową  i odchodził w swoją stronę. W ten sposób stał się pewnego rodzaju odludkiem.
Kompletnie martwy.
Tak jak teraz, idąc z tyłu, rozglądając się co pewien czas, by w końcu natrafić wzrokiem na trójkę chłopaków. Patrzył na osoby, które w przeciągu krótkiego okresu czasu straciły niemal wszystko. Byli zmuszeni dorastać szybciej, jeśli chcieli przeżyć. Jack słyszał już o paru młodziakach, jacy zdążyli się wybić, otrzymując tym samym specjalizację. Jednak większość nadal potrzebowała swoistych treningów oraz dyscypliny. Cokolwiek by Jack nie uczynił, nie zrobi z nich przecież wyspecjalizowanych żołnierzy w przeciągu kilku dni. Czy tego chce, czy nie, były rzeczy, które wymagały czasu. Rzeczy tak bardzo brakującej w ówczesnym świecie.
A wewnątrz jest on…
Znajdowali się coraz bliżej bazy. Musieli się wpierw udać, by złożyć raport, zdeponować znalezione rzeczy, a potem Jacka czekało szkolenie z młodzieżą. Miał nadzieję zobaczyć poprawę u pewnej osoby, gdyż ta ostatnio niezbyt się popisała w walce wręcz.
Wrzask. Przeraźliwy wrzask niespodziewanie wyrwał się z ust jednego chłopaka. Nim Jack się zorientował, ten rzucił się na innego, który stał najbliżej. Był Zarażony. I teraz próbował rozszarpać kolegę. Żołnierz odruchowo ruszył do przodu. Mężczyzna dosłownie runął na Zainfekowanego,  zrzucając go z młodzieńca. Przez moment tarzali się po ziemi. Wreszcie Reyes przygwoździł przeciwnika na ziemi. Już sięgał po maczetę, przypiętej na jego plecaku. Niestety Zarażony zdołał się w tym momencie wyrwać. I choć udało mu się chwycić za broń, to nie miał jak dobrze wyprowadzić ciosu. Chłopak ranił go paznokciami, boleśnie rozszarpując jego skórę na rękach oraz szyi. Musiał działać szybko. Dlatego gdy tylko zauważył okazję,  pewnym ruchem zamachnął się maczetą. Ta wbiła się wprost w czaszkę Zarażonego, z której wytrysnęła krew, ochlapując żołnierza. Niewładne ciało zachwiało się, upadając tuż obok, podrygując w pośmiertnych konwulsjach. Jack, oddychając ciężko, wstał ociężale z ziemi, by zaraz sięgnąć po swoją maczetę. Pociągnął za nią parę razy, by ta wreszcie ustąpiła. Chwilę później rozejrzał się wokół, natrafiając wreszcie na pozostałą dwójkę. Ten, który nie uległ atakowi, stał trzymając w drżących dłoniach spluwę. Przynajmniej po nią sięgnął, pocieszył się Jack.  Drugi z chłopaków szczęśliwie nie doznał większych obrażeń. Zdążył się już podnieść i teraz patrzył z wyraźnym strachem w oczach to na żołnierza, to na zwłoki swojego niedawnego kolegi.
Zabierzcie jego broń oraz wyposażenie ― polecił nagle w obojętnym tonie Jack, odwracając się do nich plecami. ― Szybko. Czekają na nas.
Czy jesteś ciągle człowiekiem, Jack?

Pierwsze co zrobione z Jackiem, to natychmiastowe wysłanie go na „peron”, gdzie właśnie urzędowali doktorzy. Rzeczywiście jego rany, a szczególnie ta na ramieniu nie wyglądały za ciekawie i teraz dokuczały mężczyźnie. Próbując w miarę ignorować ból oraz fakt niezłożenia raportu, żołnierz poszedł we wskazane miejsce. Trafił tam akurat w momencie, gdy dwójka wojskowych właśnie wynosiła czarny worek. Wewnątrz ciągle widniały ślady krwi na podłodze. Widocznie nie tylko oni mieli wypadek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Sty 05, 2017 11:58 pm


Brak snu piękności szkodzi - tak głosiła dewiza życiowa Shelley, która ładnie wykaligrafowana różowym pisaczkiem na kartce wyrwanej z notesu, wisiała przyczepiona do ramy łóżka. Dziewczyna zdołała odczuć to po swojej nocnej eskapadzie po kanapkę. Tej nocy nie spała zbyt dobrze - przekręcała się z boku na bok, nie mogąc zmrużyć oka. To obserwowała rysujące się w ciemności sylwetki innych dziewczyn, to zaś obracała się na drugi bok i rolowała kołdrę, chcąc się w nią wtulić jak w drugiego człowieka... Wszystko to jednak było na nic. Dziewczyna jak nie mogła zasnąć, tak nie spała dalej. W końcu uznała, że nie wytrzyma. Najciszej jak umiała (a było to nie lada wyzwanie!) wstała ze skrzypiącej pryczy, którą pieszczotliwie nazywała łóżkiem lub łóżeczkiem, opatuliła się szczelnie ciepłą bluzą i równie cicho opuściła salę pełną miarowo oddychających dziewczęcych ciał. Swoje kroki skierowała w stronę automatu z jedzeniem, zaopatrzonego w marni wyglądające kanapki. Jednak lepsze to niż nic! - powiedziała sobie w duchu. Przy automacie okazało się również, że Shelley nie jest jedyną osobą, która tej nocy nie mogła zmrużyć oka. Pod ścianą siedziała dwójka nastolatków - dziewczyna i chłopak. Dziewczynę trochę kojarzyła, chłopcy robili dla niej sztuczne oko, a praca ta niezwykle interesowała blondynkę, która starała się pomagać jak mogła. I właśnie o to została zagadnięta przez fioletowowłosą. W jej oku pojawił się charakterystyczny błysk, mogłaby mówić o tym całą noc, ale po dowiedzeniu się jakie są szanse, tamta chyba nieco straciła zainteresowanie tematem. Dlatego Treadwell wzięła swoją kanapkę i jedząc ruszyła w drogę powrotną. A wracając zauważyła coś, czego zdecydowanie widzieć nie powinna. Usłyszała dziwne odgłosy z sali fizycznej, którą ona i jej znajomi nazywali warsztatem, i w której składali swoje zabawki. Cichy głosik z tył€ głowy podpowiadał jej, by zignorowała dziwne dźwięki i wracała do łózka, ale Shelley była oczywiście mądrzejsza niż jakieś tam głosy. Zakradła się pod uchylone drzwi i zajrzała do środka przez niedużą szparę. Wewnątrz siedział Davis, zwrócony do niej tyłem. Robił coś szepcząc do siebie słowa, które w szach Shelley zlewały się w niezrozumiały szum. Nagle, odwrócił się do niej, a jego oczy dziwnie błysnęły. Po plecach blondynki przeszedł dreszcz, podczas gdy chłopak wrócił do swojego wcześniejszego zajęcia, jakby nadal nie zdawał sobie sprawy z obecności dziewczyny. Po tym wycofała się najciszej jak tylko umiała i pospiesznie wróciła do łózka, ale nie mogła już zasnąć.
Dlatego właśnie rano przywitało Shelley lustrzane odbicie bladej, zmęczonej twarzy z przekrwionymi oczami, pod którymi rysowały się fioletowo-brązowe cienie. Zużyła cały korektor jaki jej pozostał, by zakryć sińce. Tak zawzięcie wyciskała resztki kosmetyku z małej, kolorowej tubki, że prawie spóźniła się na badania. Ledwie znalazła się w "peronie", zdążyła zająć miejsce na jednej z lekarskich kozetek przedzielonych parawanami i zacząć odpowiadać na zadawane jej ytania, a zdarzyła się scena mrożąca krew w żyłach.
Wszystko działo się bardzo szybko. Shelley widziała przemykającą obok niej znajomą sylwetkę. Słyszała krzyki. Strzał z pistoletu. Znów krzyki. Kolejny strzał. Krew. I wrzask. Potworny wrzask wydobywający się z jej własnego gardła. Któryś z lekarzy chwycił ją za ramiona, a blondynka momentalnie umilkła, dała się posłusznie wyprowadzić z sali. Dopiero, gdy zamknięto za nią drzwi wypuściła z ust powietrze, które - jak się okazało - cały czas wstrzymywała. Niczym w transie ruszyła do stołówki. Nie zdawała sobie sprawy, że nogawka spodni i buty są całe w krwi. W tym momencie miała jeden cel - podejść do stolika, przy którym siedzieli jej znajomi. Ledwo do niego doszła, aż musiała się oprzeć obiema rękami o krawędź blatu, by nie stracić równowagi w swoich koturnach.
- Davis nie żyje - powiedziała drżącym głosem. - Rozstrzelali go w peronie...
Kilka osób odwróciło się w ich stronę. Na twarzach znajomych pojawił się smutek i niedowierzanie.
- Kurwa... - zaklął ktoś.
Dziewczyna zmarłego wybuchła płaczem i rzuciła się na szyję Shelley.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Sty 06, 2017 6:26 pm

Dziękował Bogu, że zapasy papierosów jeszcze nie zostały wyczerpanie.
Wargi mu się trzęsły, gdy nerwowym ruchem zapalał peta od zwiniętych z opuszczonego supermarketu na jednej z misji zapałek. Zaciągnął się nim tak, jakby miało to uratować jego życie. Stał przy uchylonym oknie na korytarzu, opierając się o parapet, z którego płatami odpadała farba i próbował się uspokoić. Po raz kolejny tamtego tygodnia budził go koszmar. Krew na dłoniach trzymających nóż i ciało ojca u jego stóp. I żarzący ból na plecach. Jego umysł nie dawał mu spokoju, przypominając mu tę scenę codziennie, bez przerwy.
Nie miał co się nad sobą użalać. Koszmary dopadały każdego w tych trudnych czasach, jakie nastały. Gdyby miał wybór, nie zabiłby nikogo. Ale nie miał, chyba że spieszno mu było, by znaleźć się sześć metrów pod ziemią.
Zgasił papierosa, którego wykończył aż to filtru. Nie wiedział, kiedy uda się na kolejną misję i czy uda zahaczyć się o jakiś sklep, a została mu ostatnia, schowana przed głodnymi nikotyny kolegami z sali paczka. Nie chciał zmarnować niczego.
Westchnął, ruszając korytarzem ku automatowi z kawą, uprzednio zamykając okno. Po drodze minął patrolującego żołnierza, który obrzucił go czujnym spojrzeniem, jakby Dumah miał się na niego rzucić. Nic takiego się nie stało, a przy automacie spotkał Ivy. Uniósł kąciki ust w delikatnym uśmiechu. Dziewczyna miała trudny charakter, ale bardzo ją lubił. Często wysyłano ich razem na misje, więc nawet nie miał za bardzo wyboru. Ufał, że przy niej nic mu się nie stanie, domyślał się, że ona mu też. Wielu rzeczy nie był pewny, lecz nie miał wątpliwości, gdy chwytał w ręce snajperkę. Po prostu wiedział, że nie chybi. Szczególnie, gdy rozchodziło się o bezpieczeństwo współziomków. Nie dopuściłby do tego, by na jego warcie stała się komuś krzywda. Cenił sobie przyjaciół. Nie miał pewności, czy Ivy zdawała sobie sprawę z tego, że zalicza się do tego grona, ale nie miał odwagi jej tego powiedzieć. Pewnie by go wyśmiała, gdyby zaczął jej obiecywać dozgonną przyjaźń. Nie było miejsca na zapewnienia tu, gdzie żyje. W końcu następnego dnia mógłby próbować ją zabić.
Nareszcie zrobiło mu się ciepło i miło, gdy siedział obok Ivy, popijając kawę i rozmawiając o przeszłości. Rozmowa może nie należała do najprzyjemniejszych, ale takie też były potrzebne. Rozumiał frustrację Rees - każdy przeżył swoją osobistą tragedię, jednak uważał, że mierzenie każdego według tych samych kryteriów nie działa. Wszystko zależy od człowieka i jego psychiki.
Widział, że dziewczyna chce coś powiedzieć i odetchnął, gdy pojawiła się Shelley, bo pewnie wdaliby się w kolejną kłótnie, w której każde z nich miało rację, ale jednocześnie nie miało. Nienawidził kłócić się z ludźmi.
- Doliczam te kalorie do jutrzejszego śniadania.
- Dzisiejszego - wtrącił mimochodem, uśmiechając się pod nosem na oburzone prychnięcie Pinkie Pie. Kojarzył Shelley z opowieści kolegi z pryczy obok, którego imienia nie potrafił nigdy zapamiętać, a któremu blondynka widocznie wpadła w oko. Z tego co słyszał ceniono ją jako robotyka, co gryzło się niemiłosiernie z jej wizerunkiem różowej barbie. Ale nie ocenia się książki po okładce, prawda?
Gdy wspomnienie koszmaru odeszło w niepamięć, a kawa się skończyła, postanowił pożegnać się z dziewczynami i wrócić do łóżka. Tym razem nie śniło mu się zupełnie nic.

Przed śniadaniem zgłosił się do badania w peronie. Udało mu się trafić do lekarza, który załatwił sprawę szybko i bez zbędnych komplikacji, mimo to odetchnął z ulgi, gdy wyszedł zza kurtyny materiału. Nigdy nie przepadał za badaniami i lekarzami. Cenił ich pracę, ale wolał się trzymać od nich z daleka. Miał już pójść przywitać się ze stojącymi nieopodal znajomymi, gdy w drugiej części sali rozległy się krzyki i odgłos wystrzału z pistoletu. Nie myśląc wiele pobiegł w tamtą stronę, gotów rzucić się na potencjalnego Zarażonego, ale było już po sprawie. Doktor Houghton, którego kojarzył z nieprzychylnych opowieści, pochylał się nad zwłokami jakiegoś chłopaka, nie potrafił określić, czyimi, gdyż jego twarz przypominała raczej roztrzaskany arbuz. Żołnierze rozpędzali gromadzący się tłumek, zdążył tylko zarejestrować, że w środku stoi pobladła Ivy. Spojrzała na niego w tym samym momencie.
- W porządku? - spytał. Dziewczyna pokiwała głową. Najważniejsze, że nikomu, kto żyje nie stała się krzywda. W miarę uspokojony pozwolił wyprowadzić się z sali. Po całej akcji nie miał zupełnie apetytu, jednak ruszył na stołówkę. Przy jednym ze stolików siedziała grupka jego znajomych, więc ruszył ku nim. Tuż obok siedziała kolejna grupka - wszyscy mieli posępne miny. Zauważył Shelley, jedyną którą kojarzył z tego zgromadzenia, przytulającą płaczącą dziewczynę. Blondynka sama wyglądała, jakby potrzebowała pocieszenia. Miał ochotę coś powiedzieć, podejść, ale zrezygnował. Nie będzie się wtrącał w osobiste tragedie. Przysiadł się do chłopaków, którzy szeptem o czymś rozmawiali.
- Podobno zastrzelili Davisa - powiedział do niego Tom, na co Dumah uniósł brwi. Szybko się rozeszło.
- Czyli to był Davis? Widziałem go już po fakcie - wzdrygnął się na wspomnienie. Dopiero do niego docierało to, co zobaczył.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Sty 06, 2017 10:11 pm


I'd love to change the world

Atak nie wydarzył się w jej odczuciu szybko. Po tylu razach, kiedy nagle stajesz na krawędzi życia i śmierci, czas twojej reakcji się skraca. Działasz mniej odruchowo i impulsywnie, a bardziej przemyślanie. Widząc, jak Davis rzuca się w ich stronę, nie zaprotestowała, kiedy Seth, jako ten z bronią, wyforsował się na przód. Mogła jedynie liczyć, że facet przynajmniej umie strzelać. Pierwszy wystrzał ją zmartwił, przy drugim lekko odetchnęła. A potem już do akcji wkroczyli żołnierze i rozwalili chłopakowi głowę. Krew prysnęła na jej ledwo co prane ciuchy, na jej twarz i włosy.
- W porządku?
Kiwnęła głową. Oczywiście. Zawsze było dobrze. Z głębokim wydechem oparła się o szafkę, aparatura zleciała na ziemię. Nie kłopotała się jej podnoszeniem. Patrzyła, jak naukowiec próbuje zebrać jakieś próbki z ledwo co zabitego chłopaka. Znała go. Nie lubiła typa, zachowywał się jak pół-mózg, jednak nikomu nie życzyła tego. Przez sekundę zobaczyła na jego miejscu siebie. Zrobiło jej się niedobrze. Patrzyła, jak Dumah wychodzi z sali. Chciała pobiec za nim, wydostać się stąd jak najprędzej, ale nie mogła.
- Idziemy? - zapytał ją Seth.
Próbowała otrzeć krew z twarzy, ale pewnie ją tylko jeszcze bardziej rozmazała. Przeszła nad stygnącym ciałem i skierowała się w stronę schodów. Houghton jednak stanął przed nimi i wskazał korytarz.
- To nie tędy?
- Tamtędy przejdziemy przez stołówkę. Wszyscy teraz jedzą - odpowiedziała niegłośno, wznawiając marsz. Mężczyzna podążył za nią bez dalszych protestów.
W sali laboratoryjnej milczała, kiedy pobierał jej krew i kiedy zdzierał jej naskórek. Milczała też, kiedy oglądał próbki, kiedy coś sobie zapisywał i gdy mruczał coś do siebie. Czuła, jak z każdą sekundą jej mdłości narastają i oblewa ją zimny pot. W końcu nie wytrzymała, podeszła do niego, wzięła głęboki oddech i zapytała:
- Jestem Zarażona?
Doktor obrócił się w jej stronę na krześle i spojrzał na nią w zamyśleniu.
- Możliwe.
Nic więcej nie powiedział, więc wycedziła przez zęby:
- Co to, kurwa, znaczy "możliwe"?
- To znaczy, że ciężko mi jeszcze cokolwiek powiedzieć. Nie masz objawów Wirusa, poza znamieniem, nawet podwyższonej liczby leukocytów. Albo udało ci się wyzdrowieć albo jesteś odporna, a może jeszcze co innego. Taka odpowiedź cię satysfakcjonuje?
- Nie wiem... - Przymknęła oczy. - Mogę już iść?
- Myślę, że tak. Tylko bądź ostrożna.
Parsknęła śmiechem.
- Jak?
Na to pytanie wzruszył ramionami. Pokręciła głową, dusząc wszystko w sobie. Skierowała się do stołówki, ale mijając wieszak, zajrzała do powieszonego fartucha mężczyzny. Słyszała wcześniej wysoki dźwięk, szkła obijanego o metal, kiedy go odwieszał. Upewniła się, że był skupiony na swojej pracy i sięgnęła do kieszeni. Morphinum. Bingo. Wsadziła szybko małą buteleczkę do kieszeni.
Z każdym krokiem mdłości przybierały na sile. Gdy weszła do pomieszczenia i poczuła te wszystkie zapachy, skrzywiła się kwaśno. Sporo głów zwróciło się w jej stronę i w pierwszej chwili stanęło jej serce. Wiedzieli już? Przez te parę sekund zdążył przelecieć przez jej umysł huragan myśli, ale wtedy usłyszała, że wszyscy mówili o Davisie. Pewnie chcieli usłyszeć dokładnie, co się wydarzyło. Ona zaś nie chciała z nimi rozmawiać, więc ruszyła szybkim krokiem po tackę. Wpatrywała się długo w niezbyt bogaty wybór jedzenia, aż w końcu położyła sobie jednego banana i usiadła w jakimś odosobnionym miejscu. Zobaczyła, że jakaś zapłakana dziewczyna wstaje i idzie w jej kierunku. Zjadła prędko owoc i poszła odłożyć tackę. Zdążyła opuścić salę, nim tamta ją dopadła. Nim się zorientowała, nogi skierowały ją do męskich pokoi. Weszła do jednej z sal. Szukała Thomasa. Hero Tommy. Bynajmniej nie od bohatera. Zignorowała spojrzenia, które na siebie ściągnęła (rzadko wchodzili sobie wzajemnie do pokojów sypialnianych, zazwyczaj szwendali się wszędzie, tylko nie tam; ciasnota i pełno cudzych rzeczy odstraszały) i podeszła do łóżka w kącie, gdzie Thomas czytał komiksy. Zrzuciła mu na poduszkę słuchawki z uszu. Chłopak spojrzał na nią z wyrzutem.
- Lala, Ironman właśnie...
Wyjęła morfinę z kieszeni i uniosła mu ją pod nos. Brunet natychmiast się ożywił. Usiadł prędko i wyciągnął rękę po buteleczkę, ale Ivy szybko ją cofnęła.
- Skąd to masz?
- Nieistotne. Chcę strzykawkę.
Tommy uniósł ze zdziwieniem swoje krzaczaste brwi.
- Chcesz...?
- Niewyraźnie mówię? - zirytowała się, bo chciała stąd jak najszybciej wyjść. Zauważyła kątem oka, że do sali wszedł Dumah.
- Okej, okej, bez nerwów, Wybuchowa.
Wziął od niej ostrożnie butelkę i przyjrzał się jej z błogością. Potem wziął pudełko spod łóżka i kiwnął na nią głową.
- Co chcesz w zamian? - zapytał, wstając.
- Zobaczymy. Na razie mi wisisz.
Dumah stał w progu. Otaksował wzrokiem Hero, a potem wbił w nią spojrzenie. Tamtego przepuścił, ale jej zatarasował przejście.
- Co robisz?
Nie odpowiedziawszy, przepchnęła się ramieniem. Ruszyli w stronę strychu. Piwnica była magazynem i pilnowano jej zapasów. Na strychu nie znajdowało się nic specjalnego, więc to tam odbywały się popijawy i inne poświęcenia używkom. O tej godzinie świeciło tam pustkami. Usiedli na zakurzonej podłodze. Thomas wyjął z pudełka strzykawkę z czystą igłą i napełnił ją morfiną. Patrzyła na ten rytuał z niepokojem. Nigdy nie złamała się i nie sięgnęła po jakąkolwiek formę narkotyków i ich pochodnych. Wiedziała i widziała, co się działo z ludźmi, którzy się im oddali. Oczywiście początkowo wszyscy mieli wszystko pod kontrolą. Bardzo szybko ją jednak tracili. Uważała, że wpadnie tylko w jeszcze większe gówno, jeśli zacznie ćpać. Wystarczyło, że już prawie w nim pływała.
Niestety z tej sytuacji nie widziała wyjścia, a nie pamiętała, kiedy ostatnim razem czuła taką panikę. Zalewała ją jak powódź, wlewająca się przez piwniczne okno. Z każdym oddechem coraz więcej. Podała Tommy'emu rękę. Kiwnął głową, mówiąc coś o żyłach. Krew huczała jej w uszach, nie dotarło do niej nic, co wyszło z jego ust. Zamknęła oczy i odchyliła głowę. Cieszyła się, że nie zadawał żadnych pytań, o niczym jej nie upominał. Sam ustalił dawkę.
Poczuła nieprzyjemne wkłucie, a potem nacisk, kiedy chłopak przycisnął do jej skóry wacik. Ciepło wędrowało jej żyłą w górę do ramienia, aż uderzyło do głowy, jakby wybuchła w niej mała bomba. Oparła się o karton za plecami, rozkoszując się uciekającym gdzieś zmęczeniem i tym błogostanem, w którym nie było miejsca na panikę, w którym nie istniał Wirus. Nawet nie zauważyła, kiedy Thomas poszedł.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Nie Sty 08, 2017 8:38 pm

Z wielkim trudem wcisnął w siebie jedną kanapkę, która od razu podeszła mu do gardła na wspomnienie roztrzaskanej głowy Davisa. Niby powinien się już przyzwyczaić do takich widoków, ale mimo wszystko oglądanie zwłok nie należało do jego ulubionych czynności z samego rana. Jego kumple próbowali wyciągnąć z niego informacje, jednak na każde pytanie odpowiadał ogólnikowo; nie chciał rozsiewać niepotrzebnych plotek, szczególnie kiedy wspomnienia były takie świeże.
Nie znał tego chłopaka za bardzo, ale go kojarzył z widzenia. Wiele osób które zaatakował Wirus kojarzył, bardziej lub mniej. Grupki przyjaciół przerzedzały się, tworzyły się nowe, i to nawet nie przez kłótnie, tylko dlatego, że ludzie ginęli. Najprościej byłoby się po prostu nie przywiązywać, ale nikt w tych czasach nie chciał być sam. Najważniejsze to wyzbyć się złudzeń, że w tym samym składzie przetrwają apokalipsę.
O ile ona w ogóle się skończy.
Po śniadaniu miał chwilę czasu, zanim zaczną się treningi. Udał się więc do pomieszczenia, w którym ustawione były prycze, na których sypiali chłopcy. W progu zatrzymał się, patrząc w stronę Ivy i Thomasa, nazywanego częściej Hero. Zmarszczył brwi, widząc, jak chłopak wyciąga spod łóżka pudełko i skojarzył fakty. Obrzucił czujnym spojrzeniem Tommy'ego, przepuszczając go, ale zatrzymał dziewczynę.
- Co robisz? - spytał zaniepokojony, lecz został zignorowany. Zazgrzytał zębami, ale powstrzymał się przed pójściem za nimi. Ivy była uparta i nic by nie dało matkowanie jej. Znał jej podejście do używek, szczególnie narkotyków, dlatego zastanawiał się, co miała w głowie, żeby pójść gdzieś z ćpunem, jakim niewątpliwie był Hero. Dumah sam nie był święty, ale potrafił się opanować, w przeciwieństwie do niektórych nastolatków zamieszkujących placówkę. Najbardziej niepokoiło go to, że za niedługo zacznie się trening. Nie stawienie się w określonych godzinach oznaczało poszukiwania, a później całą masę badań i procesów, ponieważ to mogą być objawy zarażenia. Z wyciągniętej spod łóżka torby wyjął spodnie dresowe i podkoszulek, w które zaraz się przebrał, wziął także ręcznik i ruszył na salę, myślami nadal będąc przy wydarzeniach z rana, a także przy tych sprzed chwili.
Dzisiaj mieli trening z bronią białą. Chłopak prychnął pod nosem - nie, żeby nie uważał tego za przydatne, ale nigdy nie był specem w posługiwaniu się ostrzami. Lubił rzucanie nożami, ale bezpośrednie starcie go nie kręciło. Już wolał używać pięści. Obowiązkowo odczytano listę obecności, co zawsze przypominało mu o latach, kiedy istniały szkoły i dzienniki, i kiedy największy problem stanowił brak pracy domowej. Przy nazwisku Rees, tak jak się spodziewał, nie było odpowiedzi. Rozejrzał się po sali, odnajdując wzrokiem Tommy'ego, do którego niezauważalnie podszedł.
- Gdzie jest Ivy? - syknął mu do ucha, na co chłopak podskoczył przestraszony.
- Kurwa mać, stary, ostrzegaj ludzi. - Nie odpowiedział na jego pytanie. Berens zmroził go wzrokiem.
- Hero, wiesz, że będzie miała problemy przez to, że się nie stawiła. Gdzie ona jest?
- Na strychu, myślami w Krainie Jednorożców - odparł z uśmiechem Thomas. Dumah przejechał dłonią po twarzy.
- Dałeś jej w żyłę przed treningiem? - spytał z niedowierzaniem w oczach. - Posrało? Co jej wstrzyknąłeś?
- Morfinę. I sama chciała, ja do niczego nie zmuszałem - odpowiedział nadąsany. Dumah chciał coś jeszcze powiedzieć, ale podszedł do niego żołnierz prowadzący zajęcia. Berens go kojarzył, głównie z opowieści innych - Jack Reyes, facet, któremu rzekomo brakuje empatii. Dumie nie umknęły bandaże zawinięte w okolicach szyi i przedramion, wyglądające na świeże. Ktoś miał nieprzyjemny poranek. Mężczyzna spojrzał na chłopaka czujnie.
- Berens, prawda? Wiesz, gdzie może być Rees? Podobno się znacie.
- Tak jest, sir. Nie jestem pewny, gdzie mogłaby być. - Umyślnie nie powiedział całej prawdy. Nie wiedział, w jakim stanie była dziewczyna, miał nadzieję, że Jack wyśle go samego na poszukiwania. Gdyby powiedział, gdzie jest, żołnierz prawdopodobnie poszedłby po nią sam.
- Idź więc jej poszukać, ja muszę zacząć zajęcia - powiedział żołnierz, co chłopak skwitował kolejnym "tak jest, sir" i, gdy mężczyzna odszedł, odetchnął. Po raz ostatni obrzucając morderczym spojrzeniem Thomasa wyszedł z sali, kierując się schodami na strych. Trwały zajęcia, więc było tam wyjątkowo cicho i pusto. W przerwach między kolejnymi treningami można tu było znaleźć oddające się pieszczotom parki i grupki znajomych, szukających kąta do pogadania przy papierosie lub czymś mocniejszym. Dumah rozejrzał się za znajomą, fioletową czupryną, szybko odnajdując ją przy jednym ze stosów zakurzonych kartonów.
- Na Boga, Ivy - rzucił w przestrzeń, niemal podbiegając do niej. Nie wzywaj imienia pana Boga swego nadaremno, usłyszał w głowie głos matki, ale go zignorował. Uklęknął przy dziewczynie, która definitywnie nie kontaktowała ze światem i zaklął. Spojrzała na niego; miała zwężone źrenice i uśmiechała się nie jak ona. Próbował przypomnieć sobie, jak długo utrzymuje się działanie morfiny, ale jak na złość w głowie miał pustkę.
- Hej, Dumah - przywitała go entuzjastycznie, choć bardzo cicho, tak że musiał się bardzo skupić, by cokolwiek usłyszeć. Wyglądała na senną i była wyjątkowo rozluźniona, jak nigdy, od kiedy ją poznał.
- Coś ty miała w głowie, dziewczyno? - Sprawdził jej tętno, które było spowolnione, kręcąc przy tym głową z dezaprobatą. - Super. Świetnie. Będziesz miała przejebane, mam nadzieję że zdajesz sobie z tego sprawę.
- Chce mi się spać - odparła bardzo na temat. Drżała; temperatura była dość niska, na jej ramionach widać było gęsią skórkę. Dumah dałby jej bluzę, gdyby ją miał. Westchnął.
- Jesteś niemożliwa. Masz u mnie dług, wiesz o tym? Jak otrzeźwiejesz, to będę się domagał wyjaśnień - podniósł się z klęczek, patrząc na nią z góry. - Zostań tu - dodał, jakby w takim stanie miała się gdziekolwiek ruszyć, po czym nie czekając na odpowiedź ruszył biegiem do sypialni. Wziął narzucony na "łóżko" koc i schowaną w torbie bluzę i tak obładowany wrócił na strych. Ivy nie chciała współpracować, bełkocząc coś niezrozumiałego pod nosem, więc siłą musiał włożyć ją w bluzę, mając wrażenie, że ubiera worek ziemniaków z rękoma. Okrył ją jeszcze kocem i, nie widząc sensu zostania z nią tutaj, bez słowa wrócił na salę treningową. Trwały już zajęcia w parach. Reyes podszedł do niego od razu, ale Dumah wymyślił na poczekaniu jakąś bajeczkę, że nigdzie nie mógł jej znaleźć i że może jest na badaniach, po czym dołączył do swojego kumpla Chrisa, który jako jedyny był bez pary.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Nie Sty 08, 2017 10:13 pm

Jak lubił mawiać świętej pamięci  dawny promotor Setha, nieszczęścia zawsze chodzą parami. Trudno było zaprzeczać jego dewizie życiowej, patrząc na smętne zakończenie jego życia, gdy Zaraza objęła najpierw jego małżonkę, a w następnej kolejności jego samego. Houghton nie należał do sentymentalnych osób i samego promotora przesadnie nie lubił z uwagi na wspomnienia ze studiów, nie mógł jednakże zrezygnować z mimowolnego uczestniczenia w jego życiu, gdy ten stale zapraszał absolwentów na wieczorki, w których udział wiązał się z pewnymi profitami. Póki nie wybuchła epidemia oczywiście.
Obecnie przychodzące nieszczęścia wywoływały w naukowcach mieszane uczucia. Ludzkie tragedie równały się postępom w badaniach, paradoksalnie przyczyniając się też do ich hamowania. Nie inaczej było teraz, gdy gorączkowo pobierał próbki ze zwłok Davisa, świadomy znaczenia upływu czasu dla jakości i wiarygodności prac badawczych.
- Odwieźć zwłoki do laboratorium? – z niemalże transu wyrwał go wyraźnie zmartwiony głos żołnierza, który im być może nawet uratował życie (i zniszczył cholerną szansę na dokładne zbadanie problemu, podszepnął mu z tyłu głowy beznamiętny, suchy głos naukowca).
Seth niechętnie zmierzył spojrzeniem wszystko to, co powinno znajdować się na karku, a walało się po całym „peronie”. Nawet nie było widać znamienia.
- Tak, proszę – przytaknął, dźwigając się na nogi. Wymusił słaby uśmiech na ustach w podzięce, gdy żołnierz złapał go pod łokieć, by pomóc mu wstać. Dopiero teraz do niego dotarło zamieszanie, jakie się zrobiło wokół. Zadziwiająco dużo ludzi wyglądało na wstrząśniętych – sam musiał przyznać, że dziwnie mu było z myślą, że Davis nie będzie już stałym elementem jego cotygodniowych wizyt w szkolnej placówce. Z nikim jednak nie wymieniał takich myśli, co skutecznie przyczyniało się do opinii o nim jako bezdusznym łapiduchu. Za stary był na przejmowanie się takimi głupotami.
- Zabezpieczymy teren – poinformował go żołnierz, co pewnie było równoznaczne z sugestią, by się usunąć z miejsca wydarzeń. Seth dał znać Ivy, by ruszyła za nim do laboratorium, uprzednio podnosząc z podłogi rewolwer.
Do wszelkich podniet podchodził z ogromną rezerwą, nie mógł jednakże nie czuć co najmniej zainteresowania samym dziewczęciem, jeśli chodziło o jej znaczenie dla nauki. Chłodno rozważał, co zrobić z odkryciem - decyzję przełożył na moment po podstawowych badaniach krwi. Jeśli doszło do jakiegokolwiek zakażenia, miał nadzieję rozpoznać je właśnie w ten sposób.
Żadne się do siebie nawzajem nie odezwało - każde z powodów oczywistych dla niego i prawdopodobnie trudnych do określenia przez kogoś, kto nie znajdowałby się w skórze każdego z osobna. Seth częścią uwagi zarejestrował, że dziewczyna (Ivy, przypomniał mu nagły impuls) oparła się o ścianę, czekając na werdykt; podczas gdy on badał próbkę krwi, czując wewnętrzne napięcie. Już pierwszy rzut oka wywołał w nim rozczarowanie. Nic. Wszystko w normie. Potarł odruchowo powieki, mobilizując się do pełnego skupienia i ponowienia obserwacji, wybiegając myślami do planowanego rozmazu krwi, by dokładniej przyjrzeć się jak na złość występującym w normie leukocytom, a także do badania naskórka. Umysł rozłożył przed nim wachlarz nowo stworzonych hipotez, od rozważenia problemu pod kątem ewentualnej grzybicy, po być może istnienie w gruczołach limfatycznych nieznanych im jeszcze endospor.
- Jestem Zarażona? - usłyszał po i tak dłuższym czasie, niźli się spodziewał. Całkiem poważnie zastanowił się nad tym pytaniem.
- Możliwe.
- Co to, kurwa, znaczy "możliwe"?
Tylko fakt, że sam był nieco wytrącony z równowagi spowodował, że nie odwarknął jej wyganiając z laboratorium. Zamiast tego, wyjaśnił pokrótce, czego się dowiedział, a raczej nie dowiedział z morfologii krwi. Rzucił parę pomysłów, co to mogło znaczyć. Myśl o tym, że mogła być nosicielką, zostawił dla siebie. Zamiast tego, pozwolił jej po prostu odejść, mając mieszane odczucia co do tej decyzji.
Nagle pożałował, że nie uczestniczy w życiu szkolnej placówki, mogąc obserwować ludzi i ewentualnie postępujące w nich zmiany. Chciał się przekonać na własne oczy, czy symptomy Zarazy są tak subtelne, że nie da się na nie zareagować, zanim ta owładnie na dobre ciałem i wywoła jeden z ataków. To go tknęło na tyle, że zebrał wszystkie swoje próbki i wrócił do "peronów".
Ciało Davisa zdążyli zabrać, a z zamieszania w innym "peronie" domyślił się, że ominął go kolejny incydent.
Wiele się nie pomylił, gdyż zastał rannego, wokół którego kręcił się jego prawie-kolega, czarnoskóry Russel będący z doświadczenia chirurgiem. Zdarzało im się po nocach żartować, że przy dalszych postępach badań, najskuteczniejszą formą ochrony przed rozprzestrzenianiem się Zarazy na kolejnych ludzi będą aborcje.
Bez pytania wszedł do peronu, rzucając okiem na kartę pacjenta.
Jack Reyes. Rozpoznanie:
- Atak Zarażonego? - Seth aż przeczytał na głos.
- Niespotykane w tych czasach, prawda? - Russel pozwolił sobie na kpinę, zaszywając ranę. Sądząc po spokoju pana Reyes, był pod działaniem środka znieczulającego. Houghton odpakował jednorazową strzykawkę z opakowania.
- Można?
- Skoro trzeba - przytaknął mu - ku jego zaskoczeniu - Reyes, a nie Russel. Wyglądało na to, że pacjent był przytomny i w pełni władz umysłowych. Ups.
Russel nie zadawał pytań, podczas gdy Seth pobrał próbkę już od trzeciej osoby tego dnia. Ustalał nowy rekord użyteczności w tym będącym definicją zmarnowanego czasu miejscu.
- Zwłoki oczywiście nie zostały sprowadzone?
Reyes nie odpowiedział od razu.
- Zostały w terenie - mruknął w końcu.
Obaj pozwolili zawisnąć rozmowie w tym punkcie.
- Cóż, dziękuję za próbkę panie Reyes - Houghton dopełnił formalności, by wycofać się z "peronu". Russel chyba chciał coś powiedzieć, jednak Seth zdążył się już zmyć.
Znaczące spojrzenia pozostałych naukowców uświadomiły mu, co prawdopodobnie Russel chciał przekazać. Fartuch nadal miał w zasychającej już krwi. Musiał na korytarzach wyglądać jak obłąkany wynalazca.
W przebieralni zastał jednego z najstarszych współpracowników naukowej placówki. Nieoficjalnie to on miał ostatnie zdanie w wielu kwestiach - nieoficjalnie, gdyż kręgi naukowców szczyciły się w tych czasach ustrojem podobnym do prawdziwie greckiej demokracji. Jednak, gdy chciało się zdobyć poparcie w czymkolwiek, to właśnie do niego należało się zwrócić w pierwszej kolejności.
- Straszliwie frapujący ten dzień - zagadnął mężczyzna ochrypłym głosem, obserwując jak Seth się przebiera i dokładnie czyści z krwi.
- Zgadza się. Zastanawiam się, czy nie przenieść się tutaj. Laboratorium już mamy, wystarczyłoby donieść parę potrzebnych mi rzeczy - Houghton zagrał w otwarte karty.
- Nie tylko ty korzystasz z tych rzeczy.
- Nie chcę zgarnąć całego sprzętu: tylko niektóre. Tutejsze laboratorium jest dobrze wyposażone.
- Wiesz, że jest wykorzystywane w cotygodniowych badaniach.
- Cotygodniowych - podkreślił nonszalancko Seth.
Starzec pokręcił głową, jakby chciał westchnąć nad impulsywnością młodszych od niego ludzi. Pytanie o odkrycie Houghtona wisiało niebezpiecznie w powietrzu. Adresat pytanie zignorował, z dalszą nonszalancją doprowadzając się do porządku.
- Nie jest to niemożliwe, Houghton.
***
Wyglądało na to, że dzień miał minąć bez incydentów. Seth nie miał okazji w okolicy zauważyć Ivy, a sam jego "peron" właśnie był dezynfekowany. Parę razy Russel prawie biegał po szkolnej placówce, prawdopodobnie w celu doglądania szwów u swojego pacjenta; również zdarzało mu się go zauważyć kręcącego się z nieoficjalnym guru ich placówki naukowej.
Osobiście sądził, że uczucia satysfakcji nic mu nie zepsuje, do czasu, gdy nie zaczepiła go młoda dziewczyna, płaczliwie pytając o Davisa. Należycie okazał jej współczucie, po czym mimo wszystko zaprosił ją na badanie. Mogło to być nietaktem, wolał choć w tej sytuacji jednak dmuchać na zimne.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sro Sty 11, 2017 12:07 am


Wish we could turn back time,
to the good, old days,
When our momma sang us to sleep
but now we’re stressed out

Mówią, że jeśli masz miękkie serce, musisz mieć twardą dupę. Jeśli zaś chodziło o Shelley, co po niektórzy mówili, że zarówno jedno i drugie ma z kamienia. Mimo to widok głowy Davisa rozpryskującej się między przedziałami "peronu" wstrząsnął nią dogłębnie. Nie na tyle, by zalewała się łzami wraz z innymi w stołówce, ale wystarczająco by siedzieć z rozpaczą wymalowaną na twarzy, patrząc się w przestrzeń niewidzącym wzrokiem i ściskając w ramionach dziewczynę zmarłego, która zostawiała na jej koszulce ciemne ślady łez wymieszanych z tuszem do rzęs i brązową kredką do oczu. W pewnym momencie Shelley odsunęła od siebie zapłakaną szatynkę, po czym bez słowa opuściła stołówkę. Nie mogła tam dłużej wytrzymać. Widok szlochających znajomych oraz innych osób szepczących i patrzących po sobie z lekkim niedowierzaniem przyprawiał ją o mdłości. W dodatku cały czas miała przed oczami widok prawie bezgłowego ciała. Jeszcze chwila a by tam zwariowała! Dlatego po wyjściu ze stołówki skierowała swoje kroki do pokoju, w którym przyjmowała pani psycholog. Urocza kobieta około czterdziestki, o ciepłym uśmiechu i oczach ozdobionych kurzymi łapkami.
- Shelley? - zdziwiła się, unosząc wzrok znad oprawek okularów. - Co cię tu sprowadza?
Blondynka opadła na fotel, rozmowa z kobietą była dla niej w pewnym sensie męcząca. Wolałaby załatwić to szybko i sprawnie, by jak najprędzej zająć się tym co od pewnego czasu chodziło jej po głowie.
- Nie dam rady iść na zajęcia - oświadczyła, a w jej głosie pobrzmiewała nuta smutku. Widząc pytające spojrzenie pani psycholog, nim ta zdążyła cokolwiek powiedzieć, dodała: - Na moich oczach rozwalili Davisowi głowę. Chyba nadal mam kawałek jego mózgu pod obcasem i naprawdę nie chcę o tym rozmawiać.
Stanowczość oraz złość słyszane w głosie Shelley sprawiły, że kobieta przez moment patrzyła na nią z wytrzeszczonymi oczami. Widać chwilę musiało zająć nim przypomniała sobie, że ma do czynienia z panną Treadwell, która zawsze reagowała na wszystko w zdumiewający sposób. Dlatego nie pozostawało jej nic innego niż powiedzenie:
- Usprawiedliwię cię u nauczycieli.
Shelley kiwnęła głową, po czym bez zbędnych uprzejmości opuściła pomieszczenie. Chciała pobyć sama. Nieczęsto jej się to zdarzało, na ogół lubiła spędzać czas wśród ludzi, zwłaszcza będąc w centrum zainteresowania, w jakim niewątpliwie zaraz by się znalazła, zważywszy na to, że była jednym z nielicznych świadków porannego zdarzenia. Ale tym razem było inaczej. Teraz wolała pobyć na osobności. Dlatego właśnie, korzystając z okazji, że wszyscy są na zajęciach, ruszyła do warsztatu. Początkowo miała zamiar dokończyć swój model miniaturowego robota, jednak nie mogła się na nim skupić. Gdy tylko brała do ręki narzędzia, widziała przed oczami twarz zmarłego kolegi... W efekcie przez prawie godzinę chodziła wzdłuż jednej ze ścian, co jakiś czas urozmaicając wędrówkę okrążeniem sześciu złączonych ze sobą stołów, tworzących swoistą wyspę na środku klasy. Własnie podczas jednego z takich okrążeń w oczy rzuciła jej się niedomknięta tekturowa teczka z wystającymi kartkami, na której ktoś napisał czerwonym markerem TOP SECRET. Rozpoznała dość charakterystyczne pismo Davisa. Chwilę stała wpatrując się w teczkę i trzymając nad nią dłoń. Wahała się, ale to wahanie szybko minęło. Z pewną dozą niepewności wyciągnęła pierwszą kartkę i wbiła w nią spojrzenie.
- Co do...? - jęknęła.
Na kartce narysowany był kontur czegoś, co przypominało ludzką sylwetkę. Shelley myślała, że to jakiś żart, że Davis chciał sobie z nich zakpić. Nieco poddenerwowana sięgnęła po drugą, tym razem pół transparentną kartkę. Na tej natomiast znajdował się jakiś dziwny patyczak. I to niby miało być ściśle tajne? Shelley prychnęła gniewnie, sięgając jednak po kolejną kartkę. Znów jakieś kreski, trochę liczb. Na paru następnych tak samo. Już miała zmiąć te bazgroły i wyrzucić do kosza, gdy zerknęła na blat, gdzie dwie pierwsze kartki leżały na sobie. Wzięła je do ręki i przyłożyła do nich pozostałe, po czym podeszła do okna.
- Brawo, Stark - uśmiechnęła się.
Kartki po złożeniu w całość układały się w zbroję, podobną do tej, którą nosił Iron Man. Chłopak musiał się dość mocno zainspirować filmem w swoim projekcie. W teczce znalazła jeszcze dokumentację projektu, wraz z możliwymi materiałami do budowy oraz zasilaniem. Zaciekawiona usiadła na jednym z krzeseł i zaczęła lekturę.

KILKA DNI PÓŹNIEJ...

Wrzawa na temat śmierci Davisa ucichła tak szybko jak się rozpoczęła i tylko jego najbliżsi przyjaciele w dalszym ciągu momentami pociągali nosem czy patrzyli smutno wgłąb korytarza, jak gdyby zaraz miał się tam zmaterializować. Shelley poświeciła ostatnie wieczory na studiowanie projektu chłopaka. Przesiadywała w łóżku, przy zapalonej lampce, otoczona stosem makulatury, gryząc końcówkę swojego różowiutkiego ołówka, aż któraś z dziewczyn nie krzyczała, żeby w końcu zgasiła to cholerne światło, no co blondynka warczała coś niezrozumiałego, ale w końcu światło gasiła. Zdążyła już znacznie polepszyć projekt i miała w głowie plan prototypu, ale kilka kwestii wciąż nie dawało jej spokoju. Jedną z nich była kompatybilność z ludzkim ciałem. Nie do końca wiedziała jak połączyć swojego (i Davisa) Iron Mana z umysłem ubranego weń człowieka, tak aby tego człowieka za bardzo nie uszkodzić. Myślała nad tym całe dnie, aż usłyszała, że do placówki przeniósł się jakiś lekarz, czy ktoś taki. Nie zastanawiając się nad tym zbyt długo, jeszcze tego samego popołudnia zapukała do doktora Houghtona i, nie czekając na odpowiedź, weszła do pomieszczenia, w którym rezydował.Bezceremonialne rzuciła papiery na stół, oznajmiajac:
- Potrzebuję pomocy.
Mężczyzna przestudiował projekty wzrokiem, po czym przeniósł go na Shelley. Spojrzał na papiery, na Shelley, na papiery i finalnie zawiesił wzrok na blondynce, patrząc na nią jakby była niespełna rozumu.
- Czy ja ci, dziecko, wyglądam na neurobiologa?
Shelley głośno nabrała powietrza do płuc.
- Nie wiem, kurwa, bo w życiu żadnego nie widziałam! - tupnęła nóżką w obcasiku. - Ale pomóż mi.
Seth uniósł ręce w obronnym geście, patrząc z przerażeniem jak stolik koło dziewczyny niebezpiecznie zadrżał.
- Uważaj, jeszcze probówki pozlatują.
Dziewczyna splotła ręce na piersi i wbiła stanowcze spojrzenie w mężczyznę. Była już lekko poddenerwowana, a wszyscy wiedzieli, że kiedy Shelley się zdenerwuje, potrafi pokazać pazurki.
- A chuj mnie twoje probówki! - zmarszczyła idealnie wyregulowane brwi i wyciągnęła w stronę Setha palec z pomalowanym na różowo paznokciem. - Pomożesz mi z tym.
Houghton westchnął cierpiętniczo. Z Shelley nie dało się dyskutować. Przynajmniej nie wtedy, gdy w jej pobliży stały drogocenne probówki z materiałem pobranym od zarażonych.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Sty 13, 2017 1:44 pm


Catharsis

Pierwsza myśl, która ją nawiedziła, gdy tylko się obudziła, to "jeszcze nie", a zaraz po niej "chcę więcej". Fakt ten wystraszył ją, więc prędko uciszyła szepczący w głowie głos, spychając go gdzieś na dno umysłu, w czeluście, z których wypłynie dopiero przy następnym momencie słabości, może nawet w obsadzie wspomnień z przeszłości bliższej i dalszej. Wiedziała, że jej siła woli osłabnie; działo się to tak samo jak wtedy, gdy sięgała po alkohol. Dość szybko uświadomiła sobie, że ojciec sprzedał jej tę rysę, wadę w genach; każda używka była górką, na której szczycie stawała, podejmując decyzję. A potem przechylała kieliszek i staczała się w dół, coraz prędzej i prędzej, potrzebując coraz więcej i więcej, niszcząc w procesie głównie samą siebie, bo od ludzi potrafiła się odciąć, kiedy wkroczyła w ten etap życia. Na jej drodze musiał stanąć kamień, głaz, w który w końcu by huknęła, żeby oprzytomniała. Nie rób tego, mówiła sobie wtedy i zbierała wszelkie resztki determinacji i godności, by zatrzymać ten zjazd. W końcu inni krzywdzili ją dostatecznie, po co miała dokładać do tej długiej listy jeszcze siebie?
Podnosząc się z ziemi uświadomiła sobie, że ktoś przykrył ją kocem - nie wiedziała kto, ale mogła być pewna, że nie Thomas. Ten typ nie należał do opiekuńczych. Jak długo tu siedziała? Musiała opuścić trening, ale to nie problem. Wymyślenie sensownej wymówki zajęło jej dosłownie chwilę.
Najgorsze, że nie czuła się z tym źle, żadnych wyrzutów sumienia. Tym razem nawet gdyby walnęłaby o głaz, nie zatrzymałoby jej to, bo koniec tej trasy widziała tylko jeden - ktoś odstrzeliwuje jej łeb. Czemu miałaby w takim razie sobie żałować? Przynajmniej mogła umilić ostatnie chwile. Powstrzymywała się całe życie, od tylu różnych rzeczy, czasami z wyboru, czasami dlatego, że go jej nie dano. Zawsze musiała być kimś więcej; nie dzieckiem, niewinnym i beztroskim, a cwanym, obserwującym, kiedy należy ulotnić się z pola widzenia rodziców, zamknąć gdzieś w szafie; nie nastolatką, pyskatą buntowniczką, czerpiącą garściami z młodości, a odpowiedzialną, cichą, pracującą zarobkowo i wypełniając prace domowe, tłumiąc uczucia, także w szkole, bo wiedziała, że nauczyciele tylko czekają na moment, by wszcząć z uczniem aferę i uprzykrzyć mu życie; do domu nie wracała, by odpocząć, ale by się uczyć, a w przerwach interweniować, aby ojciec nie rozbił matce butelki na głowie. Kiedy już myślała, że się wyrwie, odetnie od tej trucizny, nawet powoli pakowała ważniejsze rzeczy - wtedy pojawił się Wirus. I nie mogła być po prostu sobą, musiała stać się człowiekiem walczącym o przetrwanie, Bombową Ivy, morderczynią i złodziejem.
Nie musiała. Ale jeśli chciała przeżyć - powinna. a Ivy Rees zawsze wybierała przetrwanie, na przekór wszystkim i wszystkiemu.
Zeszła ze strychu i przyjrzała się swoim rękom. Po wydarzeniu pozostał jedynie stup - w miejscu, które byłoby lustrzanym odbiciem badania Setha, gdyby nie tkwiący na prawym przedramieniu drobny pieprzyk, burzący symetrię. Przesunęła po rance lekko palcem, a potem zebrała się w sobie i ruszyła do pokoju, gdzie prawdopodobnie znajdował się Reyes. Zajrzała przez okienko w drzwiach. Bingo. Zapukała i po usłyszeniu "wejść!" - nacisnęła klamkę.
- Rees. Nie było cię na treningu. Berens cię szukał.
- Wiem. Źle się poczułam. Okres. Korzystając z okazji, doktor Houghton zaproponował, że zrobi mi badania na grupę krwi, skoro i tak nie idę na zajęcia.
- Badania?
Wzruszyła niedbale ramionami. Umiała świetnie kłamać. Wyszkoliła się w tym przez lata.
- Pewnie gdyby trzeba było dokonać transfuzji.
- Powinnaś poinformować.
- To się nie powtórzy.
Przez chwilę przyglądał jej się uważnie, doszukując się oznak Wirusa bądź kłamstwa, ale w końcu machnął na nią ręką, a ona kiwnęła głową i wyszła. Oparła się o ścianę i zacisnęła powieki.
Oto nadchodził nowy rozdział w jej życiu - rozdział niemal ostatecznej samotności.

Kilka dni później...
Tego dnia szła na patrol. Trzeci raz, odkąd dowiedziała się, że mogła być zarażona. Przy pierwszym wyjściu dostała zjebkę, bo tak się rozkojarzyła, że w sklepie przewróciła regał, a stworzonym hałasem niemal pobudziła zmarłych; poza tym wciąż z opóźnieniem odpowiadała na rozkazy i pytania. Przeprosiła kogo trzeba, zapewniła, że to się więcej nie powtórzy i już znów wracała w teren. Musiała być ostrożniejsza. Nie chciała, by ktoś przez nią stracił życie.
Popołudniami chodziła do Setha na badania. By zdławić strach, który natychmiast w nią wstępował, gdy go widziała lub gdy przekraczała próg laboratorium, zrezygnowała z ciszy i zamiast tego zaczęła zagadywać go o pracę, o to, czym się zajmował, o wszelkie teorie naukowców. Chociaż Ivy zdecydowanie bardziej niż na biologii znała się na mechanice i fizyce, to jednak chemia w jakiś sposób ich łączyła; zresztą zawsze prędko pojmowała, co się do niej mówiło, więc dopóki naukowiec nie rzucał wielkimi pojęciami i wychuchanymi metaforami, to za nim nadążała. Z czasem nawet polubiła te ich pogawędki i z każdą mijającą w jego towarzystwie godziną zbliżała się o krok, powoli zamykając dystans, jaki narzuciła sobie podświadomie przy ich pierwszym badaniu. Zauważyła, że ogarniał ją przy nim pewnego rodzaju spokój, nie poczucie bezpieczeństwa, jak przy Dumah, ale pewność; nienawidziła go wewnętrznie, całym swym jestestwem,  bo był ucieleśnieniem jej złych wieści, heroldem śmierci - nie śmiała robić sobie nadziei na oświadczenie inne, niż "tak, to Wirus", bo nie była gotowa na jej ewentualne pryśnięcie. To po prostu kwestia ostatecznego potwierdzenia, usłyszenia dowodu. Jednocześnie jednak to sprawiało, że ją wyciszał. Wiedziała, że w końcu znajdzie odpowiedź na jej pytanie, mogła zostawić je w jego rękach. Lubiła go słuchać - podczas tych spotkań miał do powiedzenia zdecydowanie więcej, niż ona - oboje jednak stanowczo nie poruszali kwestii faktycznie ich dręczących lub tych uwierających, jak wydarzenia z Dnia Apokalipsy.
Zdziwiło ją, jak bardzo ucichła i wycofała się z jakiegokolwiek życia towarzyskiego. Zrobiła to zapobiegawczo, by zmniejszyć ryzyko ewentualnego zarażenia, bo chociaż prawdopodobieństwo było niewielkie, to jednak istniało. Zwłaszcza jak ognia unikała Dumaha, który z drugiej strony wcale nie unikał jej, a wręcz przeciwnie i działał jej tym na nerwy. Na drugim patrolu naskoczyła na niego, gdy złapał ją za ramię, warknęła, by jej nie dotykał, chociaż w istocie wcale jej to nie przeszkadzało. Musiała jednak to zrobić. Musiała się odsunąć.
Drugiego powodu w swoim zachowaniu doszukiwała się w morfinie, która kusiła ją coraz bardziej. Wzięła po obu patrolach i już uprzedziła Thomasa, by przygotował kolejną dawkę, gdy wróci z trzeciego. Zastanawiała się, kiedy Houghton zorientuje się, że jego zapasy topniały i kiedy się zirytuje na tyle, by nie pozwolić sobie dyktować pobierania krwi tylko z lewej ręki. Na razie zapytał tylko raz, po paru badaniach i odpowiedź "nie chcę, żeby moja sprawniejsza ręka była obolała" na razie go usatysfakcjonowała. Na razie. Otaczała się coraz szerszym wachlarzem kłamstw.
Ludzie, jak to ludzie - zwłaszcza w tym wieku - zaczęli gadać. Chciałaby pójść na łatwiznę i przyznać im, że tak, toczyli gorący romans. Tyle że chociaż światem wstrząsnęła katastrofa, była niemal pewna, że Seth poczułby konsekwencje takich plotek, a jej zdecydowanie nie wyszłoby na dobre, gdyby go wydalili z ich placówki. Potrzebowała go. On potrzebował jej, choć oczywiście nie do tego stopnia. Poza tym istniał jeszcze jeden powód, którego do końca nie rozumiała. Dumah. Co by sobie o niej pomyślał? I co ją obchodziło, co on by sobie o niej pomyślał? Bo opinia wszystkich innych ludzi jej powiewała. Kiedy zaczęło jej zależeć na jego zdaniu?
Ostatecznie zaprzeczała, kręciła głową, wywracała oczami, gdy rówieśnicy podpytywali ją o naukowca. "Po prostu mu pomagam w badaniach. Rozmawiamy".
To też robili. Czasami sobie docinali. Kiedy zaczęła siadać na biurku (w odpowiednim oddaleniu, by mu czasem w czymś nie przeszkodzić, bo rzucał wtedy nieboskie wiązanki), miała widok na drzwi i wybudowane w nich okienko - widziała więc zaglądające do środka twarze, rzucane jej zaciekawione spojrzenia. Pokazywała im środkowy palec, a gdy to nie skutkowało, wstawała. Wtedy zazwyczaj czmychali, zwłaszcza młodsi.
Tego dnia czuła wyjątkową nerwowość. Wciąż miała w pamięci incydent z patrolu i wściekłych towarzyszy, a zwłaszcza przełożonego. Chociaż na poprzednim sprawowała się już lepiej, to teraz czuła, zwyczajnie rozumiała, że ulatywała myślami gdzieś daleko, niekontrolowanie. Ledwo zjadła śniadanie. Licząc na cud objawienia, skierowała się do laboratorium. Seth już siedział pochylony nad pracą. Na drugim końcu biurka stało pudełko, a w niej fiolki z krwią, każda podpisana innym imieniem i nazwiskiem. Okazało się, że jej wymówka dla Reyesa była częściowo prawdą. Pogratulowała sobie w duchu, gdy się o tym dowiedziała.
Teraz podeszła cicho do doktora i pod nagłym impulsem oplotła ramionami jego pierś. Jego świadomość chyba tego nie zarejestrowała; jakby machinalnie uniósł dłoń i zacisnął na jej ręce, kontynuując pracę. Rozbawiło ją to i napełniło tym spokojem, który ją ogarniał zawsze w jego towarzystwie. Po raz pierwszy zrobiła ku niemu bliższy krok, krok ku kontaktowi fizycznemu, tyleż z potrzeby poczucia drugiego człowieka, co z ciekawości. Fascynował ją ten sporo od niej starszy mężczyzna. Jego krzywy nos, jego oddanie nauce, jego fascynacja anomaliami, jego dziwne rozmowy prowadzone z tutejszym chirurgiem. Upraszczał jej świat, choć właściwie był też tym, który go skomplikował. Znał odpowiedzi, choć nie wszystkie, to chociaż te, które potrzebowała na tę chwilę. I był jedyną osobą, która wiedziała, co się z nią działo.
Nie wykonała ruchu z czułości. Nikt nigdy nie nauczył jej okazywać czegoś takiego, a ona sama też nie spotkała jeszcze nikogo, kto zasłużyłby na zaufanie, by ją go obdarzyć. Chciała go jedynie zaskoczyć, usłyszeć jakąś zgryźliwą uwagę albo sarkazm, coś, co odwiodłoby choć na chwilę jej myśli od patrolu. Chyba zawiodła.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Lullaby

avatar

Liczba postów : 12
Join date : 13/11/2016

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pią Sty 13, 2017 7:32 pm


Rany zostały zszyte, jednak ciągle mu dokuczały. Jack starał się ignorować ból, który sprawiał mu chociaż zbyt gwałtowny ruch poszkodowanym ramieniem. Nie chciał, żeby obrażenia go blokowały w wypełnianiu obowiązków. Dlatego zamiast posłuchać doktora Russela, by ten się nie przemęczał, żołnierz jeszcze tego samego dnia wstawił się na treningu z młodzieżą. Szkolił ich głównie w posługiwaniu się broni białej. Uważał, że właśnie ten rodzaj broni pokazuje prawdziwą siłę u człowieka. Każdy głupi może pociągnąć za spust. Tutaj liczyło się ciało. Każdy ruch skoordynowany. Broń była przedłużeniem ramienia. Jack często wspominał o tym młodzikom, choć w głębi duszy wiedział, że raczej ich do siebie nie przekona. Mimo wszystko trening zarządziło dowództwo. Chcieli w ten sposób wyłonić tzw. „ rodzynki”, które później można wykorzystać choćby do patroli czy do bardziej zorganizowanej akcji. Jak się okazało, tamtego dnia jeden z rodzynków postanowił się nie wstawić. Ivy Rees. Kojarzył ją, nie tyle z treningów, co rozmów żołnierzy. Jeden z nich ponoć przeżył nieprzyjemną traumę, gdy był z nią na misji. „Wybuchowa Dama”, jak to określił któryś z ich towarzyszy. Dla Reyesa po prostu kolejna osoba, która powinna spełniać swoje nowe obowiązki.
Kolejna osoba bez duszy.
Dziewczyna nie pojawiła się do końca treningu, a wysłanie jednego z jej kolegów przyniosło informację o trwających badaniach. Reyes szczerze w to wątpił, ale nie zamierzał się w to zagłębiać. Bądź co bądź, to nie jego sprawa. Po skończonym treningu, Jack musiał w końcu pójść, złożyć raport. Jego dowódca nie wyglądał na dowódcy. Michael Norton. To on objął dowództwo nad stacjonującym tutaj oddziałem żołnierzy. Podstarzały już na twarzy mężczyzna zerknął na niego, po czym opuścił wzrok znów na dokumenty, leżące przed nim na biurku.  W jego oczach wyraźnie odbijało się zmęczenie.
Czyli zwłoki zostały w terenie? ― zapytał, trochę jakby od niechcenia Norton. Jack przytaknął z wolna głową, na co mężczyzna powstał w końcu z miejsca. ― Dwa zarażenia wśród naszych w ciągu jednego dnia. ― Z wolna obszedł biurko, by wreszcie stanąć tuż obok Reyesa. Żołnierz ani nie drgnął. ― Przesłuchaliśmy obojga chłopaków i wysłaliśmy ich na badania. Mówili głównie o tym, że zabiłeś ich kolegę bez żadnego zawahania. ― Norton zmrużył oczy. ― To prawda?
― Wykonywałem tylko swoje obowiązki, sir.

No tak, obowiązki ― W głosie dowódcy wyraźnie było słychać nutę rozbawienia. Jack uniósł brew, ale nie skomentował tego. ― To znaczy, że się spisałeś. Mam nadzieję, że szybko wydobrzejesz. ― Wskazał na bandaże. ― To wszystko.
Dźwięk rozłupywanej czaszki przez maczetę…

Kilka dni później.

Pachniało wanilią. Zapach był delikatny i subtelny, a mimo to drażnił Jacka. I tu nie chodziło o samą woń. Tylko o miejsce, w którym takowa zazwyczaj się znajdowała. Każdy żołnierz oraz obywatel miał obowiązek wstawiać się na wywiady. Miały one sprawdzać stabilność psychiczną, w tym także wykryć potencjalne objawy zarażenia. Z tym ostatnim to w zasadzie było niemożliwe. Nawet ostatnich chwila od ulegnięciu przez Wirusa, u ludzi raczej nie widywało się zmian. Jack  nie lubił wywiadów. Czuł się tak, jakby każdy z tych psychologów tylko czekało, by uznać go za wariata. A pani Lorenz widocznie oczekiwała jeszcze czegoś. Jej obecność drażniła go. Gdy podchodziła bliżej, chcąc położyć mu rękę na ramieniu i powoli zsunąć ją w dół. To, jak próbowała sprawić, by się przed nią otworzył, opowiedział jej o przeszłości. Jack starał się wtedy mówić ogólnie, jednocześnie starając się, by rozmowa zeszła na inne tory. To się nie zmieniło i tez tego dnia. Spojrzał na siedzącą naprzeciwko panią Lorenz, prawie trzydziestoletnią, drobną kobietę, która właśnie pisała coś w swym notatniku.
Panie Reyes. Moim zadaniem jest sprawdzać stabilność cywili oraz żołnierzy w tym miejscu ― zaczęła, niespodziewanie podnosząc na niego wzrok. ― Tak przynajmniej brzmi oficjalnie wersja. Jednak w rzeczywistości… ― Tutaj pochyliła się nieco do przodu. ― Zależy mi, by każdemu z was pomóc. Cała ta sytuacja była… nieoczekiwana. Działy się okropne rzeczy. Ale czasem najlepszym rozwiązaniem jest o nich porozmawiać-
Pani myśli, że coś usilnie staram się przed schować?
Ja… po prostu myślę, że nie jest pan do końca ze mną szczery…
Jestem. Zawsze jestem ― odparł na spokojnie Jack. ― Odpowiadam na każde pani pytanie.
Tylko-
Tylko co? ― Kobieta zawahała się, ale ostatecznie odpowiedź nie nadeszła. Jack uznał to za znak, że wywiad był skończony i wstał z miejsca. Wyszedł bez słowa pożegnania, doznając jednocześnie ulgi. Kobieta mogła mieć dobre intencje, ale żołnierz nie zamierzał przez to się bardziej otworzyć. Wszystkie te rzeczy, o które wypytywała były tylko i wyłącznie jego sprawą. Chodził tam tylko z przymusu, by mógł pełnić dalej swoją służbę. Ta zaś nakazała mu dziś udać się na patrol.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Nie Sty 15, 2017 7:30 pm



A few escape your magic arrow
I saw you reel them in for miles
Each captivated crooked smile

Dni zaczęły się zlewać w jedno, jak zawsze, gdy Seth znajdował konkretny cel, do którego mógł dążyć. Przeprowadzka z placówki naukowej do szkolnej nie zmieniła zbyt wiele, jeśli chodziło o bycie efektywnym, jednakże udawało mu się skutecznie markować samemu przed sobą, że jednak coś robi. Obecność jego i Russela, któremu jakoś udało się również załatwić przeniesienie ("Dlaczego polazłeś za mną?" spytał Seth, gdy byli transportowani wojskową ciężarówką do szkolnej placówki, na co Russel odparł "Gdy udzielono ci zezwolenia, śmierdziało od ciebie sukcesem na kilometr, więc postanowiłem zostać twoją pierwszą owcą". "Czarną owcą" poprawił go Houghton, co chirurg skwitował śmiechem. Obaj zgodnie zaczęli się przyglądać w milczeniu niszczejącemu krajobrazowi, nad którym człowiek nie miał już takiego panowania jak parę miesięcy temu) w jakiś magiczny sposób wywoływała spokój w placówce, w której od czasu ich przybycia nie wydarzył się jeszcze ani jeden incydent. Oczywiście przedtem wypadki również były rzeczą sporadyczną, Seth jednak nie mógł się opędzić od wrażenia, że w trakcie tych cichych i spokojnych dni Wirus ich osacza, być może krążąc w powietrzu (nadal nie znali sposobu jego rozprzestrzeniania się) i wdzierając się do płuc, pęcherzyków płucnych, z nich do krwi z obiegu płucnego, by zostać przepompowanym do tętnic i ostatecznie naczyniami włosowatymi dostać się do każdej komórki ciała, opanowując w ten sposób swoją ofiarę. Może Wirus nie był nawet wirusem, a bakterią, której z niewyjaśnionych powodów nie mogli wykryć. Seth nazywał to jednak roboczo Wirusem, tak jak robił to Russel, pozostali naukowcy, a także niewykształceni w tym kierunku ludzie. Rozważania, czy i on mógł już paść ofiarą Wirusa i tylko czekać aż się uaktywni, prowadził na chłodno i bez cienia emocji towarzyszących ludziom rozmyślającym o rychłej śmierci. Nigdy nie był optymistą i w myślach skazał gatunek ludzki na wymarcie na wzór istnień żyjących między kredą, a trzeciorzędem, więc nawet nie brał pod uwagę, by w jakiś sposób wynosić siebie na piedestał i wierzyć, że uda mu się umrzeć śmiercią naturalną. Była to czysta kalkulacja, w trakcie której nie wracał myślami do przeszłości i pozwolił w myślach umrzeć wszystkim bliskim - od dziecka przez rodzeństwo z ich rodzinami po nawet kochanka lub kochankę; trudno teraz spamiętać, z kim konkretnie był w tamtym czasie.

- Wierzysz, że uda nam się przetrwać? - spytał kiedyś Russel, pochylając się nad uśpionym pacjentem. Dzielili jedno pomieszczenie między sobą, przedtem dzieląc je na dwoje, by Seth miał swoją część poświęconą laboratorium, a Russel własną prowizoryczną salę operacyjną. Seth miał już okazję podawać mu narzędzia przy szczególnie ciężkiej operacji. Teraz nie odpowiedział od razu, dobrze wiedząc, że Russel ma na myśli ludzkość.
- A ty wierzysz w uśmiechnięte granulocyty? - odparł, samemu pochylając się nad mikroskopem.
- Widziałem taki - czarnoskóry mężczyzna odparł z pełną powagą.
- Naprawdę?
- Mhmm. Na ostatnim slajdzie, w trakcie wykładu o leukocytach.
Houghton uśmiechnął się krzywo w odpowiedzi.
-  Przydałoby się tu radio - zmienił zupełnie temat regulując ostrość soczewki i mrużąc przy tym oczy. Pomyślał, że jeśli tak dalej pójdzie, będzie potrzebował okularów. Russel przytaknął. Nie poruszył więcej tego tematu na poważnie.

Zdarzające im się chwile milczenia oprócz wykonywania właściwej roboty, wspólnego zastanawiania się nad prototypem Shelley (Seth nie mógł wyjść z podziwu, jak taka "lala" potrafiła pokazać pazurki i jednocześnie wykazać się intelektem) i podśpiewywania klasyków typu "Riptide" wypełniała fioletowowłosa dziewczyna, o imieniu - teraz Seth już pamiętał - Ivy. Zadawała pytania - mnóstwo pytań, które o dziwo go nie drażniły i często na nie odpowiadał z pewnym ożywieniem, czasem rozkręcając się nieco za bardzo. Houghton widywał się z nią na badaniach codziennie, każdego dnia próbując czegoś nowego. Czasem po cichu przyznawał przed sobą, że obawia się momentu, gdy będzie musiał rozłożyć bezradnie ręce i stwierdzić, że nie ma pojęcia, co robić dalej. Czuł, że i Russel zadaje sobie czasem to pytanie, patrząc jak się miota po laboratorium, by porównywać kolejne próbki. Pilnował, by przed Rees nie okazać żadnego zwątpienia. Miał wrażenie, że dziewczyna jakoś trzymała się kupy tylko dlatego, ze wierzyła, iż otrzyma od niego ostateczną odpowiedź. Gdyby miał krótszy staż, może obwiniałby siebie o przekazanie jej własnie takich wieści - takie odruchy przeszły mu jednak już w pierwszym roku prawdziwej pracy i choć nie przepadał za przekazywaniem złych wieści, umiał się od tego zupełnie odciąć emocjonalnie. Tutaj odcięcie się działało jedynie z początku, gdyż czuł, że dziewczę coraz bardziej oddala się od rówieśników, a zbliża do niego.
- "Syndrom sztokholmski" podsumował Russel, którego uwadze również to nie uszło.
- Spierdalaj z tą swoją freudowską psychologią - odwarknął mu Houghton, wywołując jedynie chichot.

Nie spodziewał się z jej strony, że przekroczy istniejącą między nimi naturalną fizyczną barierę. Gdy został objęty od tyłu, odruchowo położył dłoń na jej dłoniach; jak w czasach przed epidemią, gdy obejmował go kochanek (teraz już sobie przypomniał) w trakcie wykonywania nadprogramowej pracy w mieszkaniu. Te palce nie były tak kościste i długie jak jego kochanka i to sprawiło, że mężczyzna oprzytomniał, że to nie są czasy sprzed Zarazy. Była to chwila niebezpieczna dla jego kariery - oparł się pokusie zerknięcia, czy nikt nie patrzy przez szklane okienko w drzwiach - a jednocześnie rozdzierająco nostalgiczna i w pewien sposób naturalna. Pozwolił jej trwać, póki dziewczyna sama nie zdecydowała się go puścić. Gdyby nie to jedno, w gruncie rzeczy banalne wspomnienie, na pewno zdobyłby się na sarkastyczny komentarz.
- Wydajesz się wytrącona z równowagi, Ivy - mruknął, zanim ta wyszła z gabinetu. Nie był łatwowierny, by natychmiast doszukiwać się w tym geście ciepłych uczuć. Wiedział też, że ta uwaga mogła równie dobrze doprowadzić do dłuższej rozmowy, jak i do w zasadzie słusznego wybuchu agresji i doskonale to rozumiał. Jak ktoś w jego życiu kiedyś dwuznacznie powiedział - Seth wyzwalał z ludzi kurwy.
- Jestem oazą spokoju - odparła dziewczyna, odwracając się w jego stronę, jakby chciała ten spokój okazać również na twarzy. Mężczyzna okręcił się na krześle, by również zwrócić się przodem do niej.
- Ivy, wszelkie emocje są tu zrozumiałe. Nie musisz się bać, że ktoś od razu stwierdzi, że Wirus przejął nad tobą kontrolę - stwierdził z powagą.
- Nic nie jest zrozumiałe. I w ogóle, co nagle jesteś taki milusi? - odwarknęła, prawie zbijając Setha z tropu. Ten uśmiechnął się w odpowiedzi.
- Od razu lepiej, tak trzymaj - pogratulował jej sarkastycznie, po czym wrócił do badania próbki i dodał znów poważnym głosem, nieco nie na temat - wiem, że łatwo mówić, ale osłabiając organizm psychicznie lub fizycznie, osłabiasz też własną odporność, Ivy.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Czw Sty 19, 2017 3:26 pm, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Wto Sty 17, 2017 2:04 pm


We’re damned after all.

Przez ostatnie tygodnie nie sypiał dobrze.
W zasadzie nie sypiał wcale.
Gdzieś między misjami i nieudolnymi próbami porozmawiania z Ivy czuł, że ziemia osuwa mu się spod nóg. Koszmary wychodziły z jego głowy i stawały przed nim w pełnej swojej krasie. Miały twarze rodziców. Twarz siostry. Patrzyły na niego oskarżycielsko.
Spał, gdzie popadnie, tylko nie w łóżku. Na śniadaniu, z głową na blacie, na strychu w przerwach między treningami, na korytarzu przy błogosławionym automacie z kawą. Nigdzie nie spał dobrze, ale wszędzie lepiej, niż w "łóżku". Przyjaciele się o niego martwili, ale ich zbywał. Mieli dużo problemów na głowach, nie chciał dodawać im swoich.
Nie pomagały też plotki rozsiewane przez młodzież, której hormony mieszały w głowach. Dumah, początkowo całkowicie odcinający się od pogłosek, teraz zaczynał się coraz bardziej niepokoić. Czasami zatrzymywał się pod drzwiami do gabinetu Houghtona i stał przed nimi, jakby zaraz miał wejść do środka. Nigdy tego nie zrobił.
- "T" - usłyszał tuż przy swoim uchu. Spojrzał nieobecnie na Chrisa, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
Obaj zeszli na śniadanie dość wcześnie, więc prócz nich po stołówce kręciło się zaledwie pięć osób. Berens od pewnego czasu siedział ze wzrokiem tępo wbitym w plastikowy kubeczek z kawą - od pewnego czasu jedyną rzeczą, która utrzymywała go jakoś w kupie. Pociągnął łyk czarnego jak smoła naparu.
- O co ci chodzi, Chris? Wiesz, że z rana trzeba do mnie mówić równoważnikami.
- No, chodzi mi o to "T" w twoich danych osobowych - wytłumaczył chłopak. Dumah spojrzał na kartonik w jego palcach i od razu mu go zabrał.
- Skąd wytrzasnąłeś mój dowód?
- Leżał przy łóżku - obruszył się chłopak. - Wziąłem go ze sobą, żeby nie wpadł w niepowołane ręce! - Dumah uniósł brwi. - Słowo, intencje miałem dobre! Odpowiedziałbyś na moje pytanie, a nie. Czemu zamazałeś drugie imię?
Berens siedział przez chwilę cicho.
- Nic nadzwyczajnego, po prostu go nie lubię, i tyle. Kogo interesuje, jak się nazywasz, kiedy na zewnątrz panuje Apokalipsa?
- Mnie - powiedział poważnie Chris. Siedzieli w milczeniu - Dumah patrzył w kubeczek, a Chris na Dumę. W końcu ten drugi się zniecierpliwił. - Powiesz mi czy nie?
Berens westchnął ostentacyjnie.
- Theodor.
- Co?
- Theodor. Moje drugie imię.
- I co jest w nim takiego złego? - zdziwił się chłopak. Dumah na niego nie patrzył.
- To, że jest kłamstwem.
Wcale nie był darem Bożym.

Tego dnia wybierali się na patrol. Prosta sprawa, mieli przeszukać teren, planowali też wypad do najbliższego, opuszczonego marketu po potrzebne rzeczy (środki czystości, ubrania, gdyby jeszcze trafili na konserwy to byłyby święta. Dumie skończył się zapas tytoniu, więc chciał go także uzupełnić). Przewodził im Reyes, w grupie znalazł się także Chris, który nie potrafił z dupą usiedzieć na miejscu, oraz Ivy, która się spóźniała. Berens czyścił broń i iście morderczym spojrzeniem taksował korytarz prowadzący do gabinetów naukowców.
- Mam wrażenie, że zaraz zaczniesz do kogoś strzelać - spróbował zażartować jego kumpel, siadając obok. - Uspokój się trochę, bo zaraz cię uznają za Zarażonego i będziesz miał przesrane.
Dumah nie odpowiedział, ale odwrócił wzrok i skupił się całkowicie na swojej dziecińce. Gdy skończył, złożył snajperkę, wstał i zawiesił ją na prawym ramieniu. Czuł na sobie uważne spojrzenie żołnierza. Westchnął.
- Pójdę jej poszukać - oznajmił, choć było to duże niedomówienie. nie musiał jej szukać, przecież wiedział gdzie ona siedziała. Niezwłocznie udał się w te miejsce. Zapukał głośno i wyraźnie w drzwi, by nikt nie miał do niego żadnych pretensji. Usłyszał przytłumione "wejść", co od razu uczynił.
- Mam nadzieję, że nie przeszkadzam - usłyszał własny głos i nawet on się zdziwił, jak jadowicie to zabrzmiało. - Czekamy na ciebie, Ivy - dodał, nie patrząc na nią, lecz na naukowca, który spokojnie odwzajemniał jego spojrzenie, jakby oceniając chłopaka. Dumah mógłby tak całą wieczność, ale nie chciał stać w tym gabinecie dłużej, niż trzeba, więc spojrzał jeszcze ponaglająco na Rees i wyszedł. Będąc poza zasięgiem ich wzroku i słuchu zgrzytnął tylko zębami i poszedł z powrotem w miejsce zbiórki, nawet nie czekając na dziewczynę.
Po drodze spojrzał na okienną szybę, niewyraźnie odbijającą jego sylwetkę. Wyglądał jak sto nieszczęść. Był niezdrowo blady, a na twarzy wyraźnie rysowały się ciemne wory pod oczami. Miał potargane włosy i trzydniowy zarost (skończyły się maszynki do golenia). Specjalnie na misję ubrał się w ciuchy, które nie nadawały się do niczego prócz zmywania nimi podłóg.
Nie mógł na siebie patrzeć, więc odwrócił wzrok i odszedł. Miał dziwne wrażenie, że jego odbicie zostało w tej brudnej szybie i obserwowało go bez wyrazu.

Ulice miasta, nie licząc wszechobecnego szkła z rozbitych witryn sklepowych rozrzuconego na chodnikach i opuszczonych w pośpiechu na jezdni samochodów, były wyjątkowo puste. Przeczesywali je przez godzinę albo i półtorej, lecz nie doszukali się żadnej żywej duszy. Nikt się nie odzywał, szczególnie czuć było napięcie między Ivy i Dumą, którzy nawet na siebie nie patrzeli. Chris nawet nie miał zamiaru wchodzić między młot a kowadło, a Reyes ograniczył się do wydawania prostych komend. Uznając, że okolica jest czysta, weszli do jednego z marketów, którego wnętrze wyglądało, jakby przeszedł nim huragan.
- Zabieramy środki czystości, konserwy, to, co jest potrzebne - powiedział żołnierz tonem nieznoszącym sprzeciwu. - Postarajcie się ograniczyć swoje zachcianki do minimum. Skończmy tu jak najszybciej i sprawnie - mówiąc to patrzył na Berensa, którego ostatnio przyłapał na korytarzu, gdy wypalał trzeciego z rzędu papierosa. Miał wtedy wyjątkowo parszywy koszmar, co kosztowało go znacznym skurczeniem się jego zapasów.
Ponownie się rozproszyli, przeszukując teren. Musieli mieć pewność, że żaden Zarażony ich nie zaatakuje, gdy spuszczą gardę, zabierając się za uzupełnianie zapasów. Chris został przy drzwiach wejściowych z pistoletem w ręku, nad czym bardzo ubolewał, co było widać po jego minie. Zawsze wolał działać, nie nadawał się do stania w jednym miejscu i pilnowania.
Dumah po upewnieniu się, że jest bezpiecznie, skupił się całkowicie na zbieraniu potrzebnych produktów. Dopiero, gdy był pewien, że nikt nie patrzy, podszedł do stoiska z papierosami i znacząco je opróżnił. Nie, żeby ktoś miał się do niego przyczepić, ale chłopak wolał dmuchać na zimne, szczególnie po uwadze żołnierza. Nie chciał robić sobie problemów.
Sklep nie miał wiele do zaoferowania. Został opustoszony przez panikujących ludzi zapewne już kilka dni po rozpoczęciu Apokalipsy. W pomieszczeniu unosił się zapach stęchlizny i zgnilizny - nie było prądu, więc lodówki nie działały. Po paru miesiącach niewiele zostało z produktów krótkoterminowych, ale to, co zostało, śmierdziało niemiłosiernie.
Słyszał, że ktoś kręci się kilka półek dalej. Domyślał się, że to któreś z jego towarzyszy, ale dla spokoju ducha wyjął z kabury udowej pistolet. Karabin snajperski niespecjalnie nadawał się do bliskich starć.
Serce niemal mu stanęło, gdy usłyszał krótki okrzyk i szamotaninę. Krew szumiała mu w uszach, rzucił się biegiem tam, gdzie słychać było odgłosy walki. Zobaczył leżącą na podłodze Ivy, przygniecioną przez nieznanego mu mężczyznę, którego ręce zaciskały się na jej szyi. Zareagował instynktownie, celując w głowę mężczyzny. Teraz nie liczyło się nic, prócz bezpieczeństwa towarzyszki. W głowie miał tylko determinację.
Nie spudłował. Nigdy nie pudłował.
Krew wraz z kawałkami mózgu rozbryznęła się po ścianie, podłodze i przewróconej półce sklepowej, a Zarażony padł bez życia na Ivy, która łapczywie chwytała powietrze, niemal rzężąc.
- Kurwa - mruknął cicho Dumah, szybko podchodząc do dziewczyny i sprawdzając, czy nic się nie stało. Ubranie przesiąkło jej krwią postrzelonego. - Kurwa, kurwa, kurwa. Powiedz, że nic ci nie jest, że nic ci nie zrobił, na Boga, Ivy!
Wlepił spojrzenie w nieruchome zwłoki leżące obok i zdrętwiał. Dopiero dochodziło do niego, co właśnie zrobił. Widział już wiele martwych ciał, sam nawet zabił kilku Zarażonych. Ale to było z wielkiej odległości. Gdy mijał tamte zwłoki, były już zszarzałe i wyglądały jak martwe. Człowiek przed nim pewnie był jeszcze ciepły, trochę czerwony na twarzy i patrzył nieruchomo prosto na niego.
Zakręciło mu się w głowie.
Jak przez taflę wody słyszał, że pozostała dwójka do nich dołączyła. Ivy patrzała na niego, równie blada, co on, jakby bez słów próbowała mu coś powiedzieć. Nie potrafił nazwać jej spojrzenia. Nie chciał próbować nazywać.


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Pią Sty 20, 2017 11:57 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Czw Sty 19, 2017 10:49 pm


I can hear your pulse racing from here
Sitting next to this gun beats your heart in your mouth

Te słowa zmartwienia wydały jej się dziwne i nie na miejscu, więc zaczęła się zastanawiać, czy nie miał przypadkiem czegoś innego na myśli, kiedy do laboratorium wpadł Dumah, któremu ostatnio chyba trochę popierdoliły się hormony i przeżywał okres. Gdyby była sobą, z pewnością naskoczyłaby na niego za ten zjadliwy ton (a może i nie), ale nie czuła się na siłach, by to robić, dlatego poszła zaraz za nim, zerkając tylko przez ramię na doktora, który machnął jej na pożegnanie i wrócił do pracy.
Wiedziała, że Chris trzymał się z Dumą i trochę go znała; wiedziała więc, jak bardzo lubił wtykać nos w cudze sprawy. O dziwo tego dnia wycofał się z takich poczynań. Musiał wyczuwać, że gdyby tylko odpalił zapalniczkę (jaką niewątpliwe potrafiło być jego wścibstwo), napięcie, które od paru dni budowało się między nią, a Berensem, rozprzestrzeniało się wokół nich jak łatwopalny gaz i mógłby doprowadzić do tragedii.
Ivy wcale nie zależało, by stanąć na tak grząskim gruncie z chłopakiem. Nie umknęło też jej uwadze (jak pewnie i wszystkim pozostałym) jego stan, który się pogarszał równo z jej, jeśli nie bardziej, bo ona trzymała chociaż wagę, a dzięki morfinie zdobywała tę parę godzin snu, umykające przez nocne koszmary. Nie miała w interesie, by dolewać oliwy do ognia i pogarszać jego stan czy humor (lub oba). Nie potrafiła jednak zmusić się do rozmowy z nim, bo to prowadziłoby do wyjaśnień, a tych nie mogła mu podać.
W sklepie rozglądała się za czymkolwiek, co mogłoby się przydać. W pewnym momencie dostrzegła gdzieś ten znany wszystkim czerwony kolor, oklejony wokół czarnej butelki. Ruszyła szybkim krokiem w tamtą stronę i nie mogła uwierzyć w ich szczęście. Cała zgrzewka coca-coli! To graniczyło z cudem. Pozwoliła sobie wyciągnąć jedną z małych butelek i odkręciła. Rozległ się satysfakcjonujący syk, jakiego dawno nie słyszała i przymknęła oczy, by rozkoszować się tą chwilą.
I wtedy wszystko poszło nie tak.
Kiedy patrzyła na to z perspektywy czasu, nie mogła uwierzyć, że przegapiła te drzwi. Nie dało się ich przegapić. A jednak ona, roztargniona i zaaferowana idiotyczną colą, ich nie zauważyła.
Kiedy ona kucała, ktoś nagle szarpnął drzwi i skoczył na nią. Zdążyła wydać z siebie okrzyk zaskoczenia, nim napastnik powalił ją na ziemię, przygniótł brzuch kolanem, a dłonie zacisnął wokół szyi; butelka upadła na podłogę i rozlewała się w coraz większą kałużę. Czuła, jak uciekało z niej życie, ale...
Dlaczego tak powoli?
Dlaczego nie zmiażdżył jeszcze jej tchawicy?
Wbiła spojrzenie w jego oczy i dostrzegła wtedy błysk zaskoczenia, błysk strachu, którego na pewno nie dało się zobaczyć u Zarażonych. Musiał się pomylić, coś krzyczało w jej głowie. Pomyłka, pomyłka, pomyłka! Wycofaj się.
Najpierw poczuła lekkie, nieznaczne zmniejszenie nacisku na szyję. Potem usłyszała huk wystrzału. W jednej chwili wszystko zabarwiło się na czerwono, a na jej skórę opadły plamy ciepła. Martwe ciało padło na nią bezwiednie, gdy próbowała złapać oddech; zrzuciła je czym prędzej z siebie, dostrzegając jednocześnie brak znamienia na karku napastnika. Przechyliła się gwałtownie na bok i zwymiotowała przez uciskany wcześniej brzuch.
A również dlatego, że dotarło do niej, co się stało.
Dumah zbliżył się powoli, ostrożnie, a za nim, żwawszym krokiem, podążył Jack. Ivy zdławił strach przed tym, co z nimi zrobią, jeśli dowiedzą się prawdy. W jej głowie rozpoczęła się gonitwa myśli, każda następna szybsza od poprzedniej, scenariusze rozwiązań i wyjść z sytuacji. Mięśnie spięły się do ewentualnej ucieczki lub walki. Mogła mocnym, celnym uderzeniem powalić na chwilę Jacka, ale to im by wystarczyło. Do pozostałej dwójki dobiegliby, nim tamci by oprzytomnieli i wycelowali w nich lufy broni. Po drodze złapałaby ten łom, oparty o regał. Element zaskoczenia dużo im dawał. Potem mogliby zwiać do innego miasta. Nawet na inny kontynent. To wykonalne - przekonywała samą siebie, nadal snując nowe plany.
Kiedy jednak Dumah ukląkł przed postrzelonym i dostrzegł jego kark, wiedziała, że ucieczka nie wchodziła w grę, chyba że w pojedynkę. Nie poradziłaby sobie sama później, więc uciszyła wszystkie myśli i wzięła głębszy oddech, próbując się uspokoić. To jeszcze da się załatwić, Ivy. Potrafisz to. Zatrzymała Reyesa parę kroków od ciała.
- Chyba nie chcesz go teraz ciągnąć przez pół miasta?
- Musimy. Trują mi dupę.
- Wiem, ale... Ja go znam. Proszę. Chciałabym go pochować.
Jack zmarszczył brwi.
- Oprzytomniej, Rees. Dziwnie się ostatnio zachowujesz. - Po tych słowach przepchnął się obok niej ramieniem, za które go prędko złapała.
- To był wypadek - wyszeptała cicho, poddając się. - Nie wiedzieliśmy...
- Kurwa - mruknął, gdy zorientował się w sytuacji. - Co żeście narobili?
Wytłumaczyła mu prędko okoliczności, zaciskając dłonie w pięści. Żałowała, że nie ma dłuższych paznokci, by poczuć, jak wbijają jej się w skórę; w ten sposób zawsze potrafiła trochę otrzeźwić umysł, przywrócić się do porządku. Tymczasem panika wlewała się w jej żyły, wypełniając powoli całe ciało. Jak pasożyt zagnieździła się w jej brzuchu i niczym agresywne zwierzę, próbowała wyszarpać sobie z niej drogę ostrymi pazurami. Gdyby rozluźniła ręce, nie potrafiłaby opanować ich delirycznego drżenia. Marzyła teraz o dawce morfiny jak nigdy przedtem.
- Pomyślę, co z wami zrobić w drodze powrotnej. - Jack wbił ostre spojrzenie w Ivy. - Weźcie się tymczasem w garść.
Rozkazał pozostałej dwójce wznowić zbiory, a sam wyszedł na zewnątrz. Rees zacisnęła dłoń na ramieniu Berensa i dopiero wtedy chłopak przeniósł na nią wzrok. Przepełniony był bólem i rozpaczą, a przede wszystkim desperackim błaganiem, by to okazało się jedynie koszmarem, że nie zastrzelili właśnie niewinnego faceta. Ivy czuła, że wina leży przede wszystkim po jej stronie, bo to ona po raz kolejny zaniedbała swoje obowiązki, pominęła te drzwi, była rozkojarzona. Dlatego, choć miała ochotę znów zwymiotować (nie spodziewała się, że zabicie zdrowego człowieka będzie doświadczeniem tak skrajnie różnym od zabijania Zarażonych), wydusiła z siebie marne pocieszenie:
- To nie twoja wina, Dumah. Zrobiłeś, co do ciebie należało. Nie jesteśmy żołnierzami, chociaż próbują nas z nich zrobić. My... - urwała, bo nie wiedziała, co jeszcze powiedzieć. Wina ciążyła na niej jak kawał ołowiu, ściskała głowę w imadle, pozbawiała racjonalnych myśli.
*Chłopak przetarł twarz dłonią, próbując zebrać myśli, złożyć je w jakąś logiczną całość. Ręce mu drżały.
- To był żywy człowiek, Ivy - odpowiedział sucho, znowu na nią nie patrząc. - Nie był Zarażony. Możesz mówić, że to nie była moja wina, ale to ja pociągnąłem za spust. - Dolna warga mu zadrżała. - Zabijanie Zarażonych nie czyni nas świętymi, ale ten facet do nich nie należał, potrafił myśleć, może, gdyby... - urwał. - Pewnie by cię puścił.*
Nie mogła znieść tego, że unikał jej wzroku. Czuła się przez to jeszcze gorzej. To twoja wina, twoja, twoja, twoja, huczało jej w głowie. Psujesz wszystko wokół, a teraz złamałaś jeszcze tego chłopaka. Gratulacje, Ivy. Ojciec miał rację, że jesteś spierdoliną.
Nie mogła mu powiedzieć, że facet rozluźniał już uścisk.
- Może, ale nie puścił. Może mimo, że był zdrowy, i tak by mnie zabił? Musiałeś strzelić. Tego się od ciebie oczekuje - mówiła, starając się brzmieć rozsądnie, chociaż w głowie wszystkiemu zaprzeczała. W końcu wybuchła: - Co mam ci powiedzieć? Nie wiem, co powiedzieć. Spierdoliłam. Znowu. Nie powinno mnie tu być. Nie powinieneś był pociągać za spust! Ja i tak niedługo... - urwała natychmiast, zapowietrzając się.
*Spojrzał na nią szybko, zaskoczony.
- Co niedługo? - spytał. - Ivy, co się z tobą dzieje? O co chodzi? - Patrzył na nią z niewysłowionym bólem w oczach. - Proszę, powiedz mi. Chcę wiedzieć, bo od tygodni mnie unikasz jak ognia. Jeśli to coś poważnego... - zawahał się. - Nie wiem, co bym zrobił, gdyby coś ci się stało - powiedział cicho.*
Po tych jego słowach w jej umyśle rozbrzmiał czerwony alarm. Zmarszczyła brwi, zabrała rękę z jego ramienia.
- O czym ty mówisz? Jak długo mnie znasz? Nic o mnie nie wiesz. Przestań pierdolić frazesy - uderzała w sarkastyczny ton, chociaż strach, że będzie drążył temat, zdławił ją. Nie mógł wiedzieć. Nikt nie mógł wiedzieć. Poza tym mówiła prawdę. Co się przejmował jej losem? Nie jest jakimś bezpańskim pieskiem, którym trzeba się opiekować, ani kotkiem z sadystycznego filmiku na internecie, którego trzeba żałować.
*- To, że nie znam cię długo nie oznacza, że nie może mi na tobie zależeć - zirytował się. - To samo się tyczy ciebie. Stoisz tu ze mną i wspierasz, a równie dobrze mogłabyś mieć mnie w dupie. - Zacisnął dłonie w pięści. - Też mnie nie znasz. Chciałbym być tak dobry, za jakiego mnie uważasz, ale nie jestem - zamilkł na chwilę. - Popełniałem... błędy. Niewybaczalne - wziął głęboki oddech i spojrzał jej w oczy. Próbował ukryć swoją narastającą panikę, ale było po nim widać każdą przeżywaną emocję. - Ten człowiek... to nie jest pierwsza niezarażona osoba, którą zabiłem.*
Przez chwilę nie wiedziała co powiedzieć, więc stała tylko, oddychają ciężko, desperacko próbując, by krótkie paznokcie wbiły się w skórę, przecięły ją. Nagle skrzywiła się i przechyliła w bok, zginając w pół. Myślała, że zwymiotuje, ale z jej ust wydobyła się tylko strużka śliny. Uniosła dłoń, by chłopak do niej nie podchodzić. Czuła się żałośnie.
- Możemy porozmawiać o tym później?

"Później" nadeszło dopiero wieczorem. Jack na nich nie nakablował, ale mógł to w każdym momencie zrobić. Byli tego świadomi. Przez resztę dnia zajmowali się tym, co trzeba było, wypełniając sobie pracą każdą lukę czasową, aż do wieczora.
Stała w łazience i piąty raz przemywała twarz zimną wodą. Spojrzała na siebie w lustrze - nadal blada jak ściana. Wciąż targały nią mdłości. Zastanawiała się, czy to po incydencie, czy może brało ją przeziębienie. To byłby dobry dowcip. Uniosła ręce i przeniosła na nie wzrok. Drżały. Wciąż czuła ciężar tamtego ciała, jego zapach i ciepło krwi, która rozbryznęła się wokół...
Uderzyła pięścią w ścianę pokrytą kafelkami i syknęła, gdy dotarł do niej ból. I w tej chwili wiedziała, co musi zrobić.

- Shelley! - zawołała i uwiesiła się ramienia blondynki. Mocno i uparcie, bo inaczej mogłaby się ześlizgnąć na podłogę. - Lala! Widziałaś Dumaha? Albo Setha?
- Setha? - Dziewczyna zmarszczyła brwi, nie bardzo rozumiejąc.
- Noo, tego doktorka co ma ten... Badania krwi. Robi? Nie wiesz? - Przymrużyła oczy, prawie tracąc wizję.
- Houghton? Czemu go szukasz?
Ivy wyszczerzyła zęby. Już miała odpowiedzieć, kiedy wypatrzyła Dumaha. Odepchnęła się od Shelley, omal jej nie wywracając i przykleiła się dla odmiany do chłopaka. Zrobiła to jednak z takim impetem, że poleciał do tyłu, potknął się i wylądowali na twardych deskach strychu. Usłyszała głuchy jęk, a potem zrzucono ją niezbyt delikatnie na podłogę.
- Co ty odwalasz?
- Hej, bądź delikatniejszy! - Roześmiała się, myśląc sobie, że chyba po raz pierwszy rzuciła taki tekst do faceta. - Zapijam smutki. Zapijam rymuje się z zabijam. Dobre, co?
- Chłopaki! - zawołał ze złością Berens do grupki w rogu, podnosząc się. - Co wyście jej lali?
- Sama sobie lała!
- Czystą bez popity trzaska!
Rechoty, do których dołączyła Rees. Próbowała również wstać, ale okazało się to niewykonalne, więc wygięła się w pozę, udając, że od początku zamierzała pozostać na ziemi.
- Do reszty zwariowałaś? - warknął na nią i wychylił się po piersiówkę, którą trzymała kurczowo w dłoni.
- Ale co ty się plujesz? - jęknęła, cofając się. - Napić się nie można... Mogę zabijać, to mogę pić!
- Ivy! Siedź cicho!
- W porządku, wyluzuj! Mój stary był alkoholikiem, mam wprawę. Patrz. - Odchrząknęła, wsadziła piersiówkę do kieszeni w koszuli, przeciągnęła się, a potem wspierając o słup, stanęła na nogi. Odgarnęła włosy z twarzy (gdzie podziała opaskę?) i skupiła na nim całkiem przytomny wzrok. - Chciałeś mi o czymś powiedzieć.
- Nieważne. I tak nie będziesz jutro pamiętać.
- Serio? Tak zamierzasz się teraz bawić? Pierdol się, Dumah. Zdecyduj się.
Odwracała się już, ale chwycił ją za ramię, a potem pchnął ku ścianie, z dala od pozostałych. Próbował ją zakleszczyć, ale szybko mu się wyrwała i odepchnęła.
- Nie dotykaj mnie!
- Uspokoisz się?!
- Ja mam się uspokoić?! Najpierw zabierz te łapy! Nie będę-
Nim skończyła, Dumah cofnął się o krok i skrzyżował ramiona. Potem westchnął i przesunął dłonią po twarzy.
- Okej.

[...]* - Mietkowe słowa

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sob Mar 18, 2017 5:02 pm


Treadwell siedziała po jednej stronie biurka i uparcie wpatrywała się w mężczyznę po drugiej jego stronie. Starała się nawet nie mrugnąć i zdawać by się mogło, że w kilku momentach wstrzymała oddech, bo jej piersi w staniku z podwójnym push-upem (niestety, w tym miejscu natura niezbyt hojnie obdarzyła Shelley), wystające z dekoltu białej koszulki, na chwilę przestały się unosić. W powietrzu unosiła się atmosfera napięcia, wyczekiwania i swoistej ekscytacji. Shelley miarowo uderzała pomalowanym na różowo paznokciem w plik kartek. Seth rozglądał się po pomieszczeniu, co jakiś czas zatrzymując swój badawczy wzrok na blondynce.
- Powiesz mi w końcu co tam masz? - przerwał milczenie, w jego głosie słychać było lekkie zmęczenie gierkami dziewczyny.
Ta natomiast uśmiechnęła się tajemniczo, ale długo nie wytrzymała, chwilę później jej uśmiech znacznie się rozszerzył, ukazując białe ząbki.
- Zrobiłam prototyp! - pisnęła.
Naukowiec gwałtownie zaczerpnął powietrza, a potem wypuścił je powoli, ale nie powiedział ani słowa. Nastała niezręczna cisza. Zapał Shelley powoli ulatywał. Widziała jak mężczyzna zerka na pudełko leżące na jej kolanach. Przejechała dłońmi po jego pokrywie i zwiesiła je po bokach. W końcu jakby uświadomił sobie na jakie słowa czeka i powiedział:
- Pokaż.
Twarzyczka dziewczyny na nowo rozpromieniała. Natychmiast uniosła pokrywę, odrzuciła ją na bok, po czym wyjęła z pudełka zwitek kabli, przekładni, zasuwek oraz plastikowych i metalowych części. Mężczyzna patrzył na nią z powątpiewaniem, ale już nic nie mówił. Shelley i tak nie zwracała na niego uwagi, zabrała się za to za nakładanie ustrojstwa na swoją rękę. Gdy skończyła, pociągnęła kabelek z małą przyssawką i przykleiła ją sobie d czoła.
- Wciąż nad tym pracuję - zastrzegła. - To rękawica z miniaturową wyrzutnią rakiet. Patrz, tu wsadzasz pocisk... - zaczęła pokazywać palcem poszczególne części i opisywać na jakiej zasadzie działają. - ...no, i wtedy możesz wystrzelić!
Jak na zawołanie pocisk został przeładowany i wystrzelony gdzieś w drugi kraniec pokoju. Wtedy rozległ się huk, uniósł się dym, zawyły alarmy. Kiedy kurz opadł, pomieszczenie przypominało pobojowisko. Rozbite probówki, ciecze i szczątki rozlane na podłodze. Pocisk wbił się w ścianę, a tynk wokół niego odpadł, jakby ktoś uderzył pięścią. Shelley pospiesznie schowała rękawicę do pudła, widząc czerwieniejącą twarz Houghtona.
- To... Ten... Ja może pójdę!
I już zniknęła za drzwiami gabinetu naukowca.

Po tym zdarzeniu Shelley nie pozostało nic innego, tylko się napić. Dlatego też wieczorem wylądowała wraz z resztą młodych na strychu, gdzie wszyscy bawili się w najlepsze. Treadwell powoli sączyła bananowe piwo - ostatnie z zapasów ze skrzyni spod jej łóżka. Chłopak, z którym chodziła na treningi cały czas zerkał na nią ukradkiem, ale chyba wstydził się podejść. Zamiast tego poczuła nacisk na ramieniu i zaraz usłyszała głoś Ivy. Dziewczyna mówiła zdecydowanie zbyt głośno jak na odległość od Shel, w jakiej się znajdowała.
- Widziałaś Dumah? Albo Setha?
W pierwszej chwili myślała, że pyta o dwóch wychowanków placówki, nie o naukowca. Zdziwiło ją to, ale kiedy chciała wypytać o powód szukania mężczyzny, Ivy znów zniknęła. Jej miejsce zajął za to chłopak, z którym cały wieczór wymieniała uśmiechy.
- Wolne? - zapytał, wskazując szyjką butelki miejsce koło blondynki.
- Tak - uśmiechnęła się i odsunęła koszulę, która leżała koło niej.
- Jestem Gael.
- Shelley - podała mu rękę.
Później zaczęli rozmawiać o błahych sprawach jak muzyka, komiksy, filmy... Zupełnie jakby byli parą zwykłych nastolatków na imprezie. Gdy towarzystwo powoli zaczęło się rozchodzić, Gael objął ją ramieniem i razem zeszli ze strychu. Przez resztę wieczoru nie widziała już Ivy, ani Dumah.
Szli ciemnym korytarzem, gdy Shelley nagle przystanęła. Chłopak spojrzał na nią zaskoczony.
- Coś się stało, Shel?
Zaprzeczyła ruchem głowy. Kilka dni (a może tygodni?) temu też tak szła. Wtedy właśnie była świadkiem dziwnej sceny z udziałem Davisa. Wspomnienia stanęły jej przed oczami. Na chwilę wstrzymała oddech, jakby nawet najmniejsze drgnięcie miało zniszczyć ten moment. Później spośród scen zaczęły wyłaniać się liczby, wykresy i schematy. Chwyciła chłopaka za ramię, nieświadomie wbijając w nie paznokcie. Spojrzał na nią przerażony.
- Przepraszam na chwilę, muszę coś zrobić.
Nim zdążył zaprotestować, Shelley już odwróciła się na pięcie i pognała w głąb korytarza, by zaraz zniknąć za drzwiami Warsztatu.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Sro Kwi 12, 2017 10:53 pm, w całości zmieniany 4 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sob Kwi 01, 2017 9:54 pm

Dumah pokierował upitą Ivy ku wyjściu ze strychu.
- Gdzie idziemy? - wybełkotała półprzytomnie dziewczyna. Berens przewrócił oczami.
- W ustronniejsze miejsce.
Dziewczyna pokiwała głową i nie odezwała się więcej. Miała widoczny problem z zachowaniem równowagi, więc Dumah objął ją w talii, jej dłoń zaś zarzucił sobie przez szyję. Rees warknęła na niego, próbując go odtrącić, ale widząc że opór nie ma sensu poddała się i dała poprowadzić. Szli w milczeniu przez wyjątkowo pusty korytarz (cała śmietana towarzyska upijała się w trupa na strychu). Spojrzał przez okno na księżyc, jasny okrąg świecący na zachmurzonym niebie. Robiło się późno.
Dotarli do automatu z kawą. Chłopak pociągnął Ivy za sobą na podłogę. Usadowili się tak, że od jednej strony całkowicie zasłaniało ich urządzenie. Dumah jak przez mgłę pamiętał noc, kiedy siedzieli w tym samym miejscu, podejmując podobny temat rozmowy. Miał wrażenie, jakby to było lata temu, nie zaledwie tydzień. Spojrzał na chwiejącą się na boki Rees i westchnął. To nie miało sensu.
- Gdzie masz opaskę? - spytał. Wzruszyła ramionami. - Chcesz kawy? - dodał po krótkim namyśle. Tym razem pokiwała głową. Z cichym stęknięciem wstał i nacisnął odpowiedni przycisk, po czym usiadł z dwoma kubkami parującej cieczy, jeden podając Ivy. Bał się jednocześnie, by ta przez przypadek nie rozlała kawy na siebie i na niego, co było zdecydowanie możliwe, patrząc na jej stan.
Czuł się zupełnie nie na siłach by rozmawiać o swojej przeszłości. Wyjął papierosa i zapalniczkę. Dziewczyna patrzyła na to półświadomie.
- Palisz? - zapytała autentycznie zaskoczona.
- Nałogowo od piętnastego roku życia - odparł z niemrawym uśmiechem. Rees pokręciła głową.
- Kto by pomyślał, mój anioł stróż pali.
Starał się zachować neutralną twarz, lecz mimo to uszy mu się zaczerwieniły. Nazwała go swoim aniołem. Powiedziała to z premedytacją czy był to tylko błąd pijanego człowieka? Nie myślał nad tym długo.
Bawił się dłuższą chwilę trzymanym petem, zanim zaczął mówić.
- To była sobota, ranek. Siedziałem w pokoju, chyba czytałem jakąś książkę, gdy usłyszałem krzyki z dołu. Słyszałem we wiadomościach o wirusie więc momentalnie rzuciłem się do biegu. Wyjąłem schowany pistolet z szafki. Wszedłem do salonu, a tam - wziął głęboki oddech - a tam mój ojciec jak w amoku dźgał moją matkę. Wszędzie była krew, na podłodze, na jego koszuli, na dłoniach. Gdy zwrócił swoją twarz ku mnie, była też na niej. Nim zdążył mnie zaatakować bez myślenia wycelowałem i... - przerwał na dłuższą chwilę. Papieros wypalił się do połowy, więc tylko strącił popiół na podłogę i zaciągnął się mocno. - Huk wystrzału jeszcze długo brzmiał w mojej głowie. Podszedłem powoli do leżących zwłok rodziców i czułem, jak ziemia osuwa mi się spod nóg. Nie wiem, jak długo patrzyłem na tę krwawą masakrę, nie wiedziałem co mam robić. I wtedy usłyszałem szybkie kroki. Nie byłem świadomy tego co robię. Bałem się, że to kolejny Zarażony. Obróciłem się i strzeliłem, zupełnie nie myśląc, a w progu... stała moja siostra. Mówiłem ci, że miałem bliźniaczkę, prawda? Tak, to moja wina, że ona nie żyje, tak jak dzisiaj zareagowałem instynktownie i moja głupota doprowadziła do kolejnej śmierci - wściekły zgniótł peta o podłogę i schował twarz w dłonie. Odezwał się ponownie po kolejnej dłuższej chwili. - Wiesz, co do mnie powiedziała, gdy trzymałem ją w ramionach i przepraszałem bezsensownie, jak umierała? "Nie marnuj sobie życia przez to, co się stało. To nie twoja wina". Ale ja wiedziałem. Wiedziałem, że moje życie było już zmarnowane, w momencie w którym pociągnąłem za spust.
Poczuł jak dłoń Ivy nieporadnie klepie go po ramieniu.
- Twoja siostra miała rację. To nie twoja wina.
Nie odpowiedział na to. Nie chciał znowu się z nią kłócić, a jego zaprzeczanie zapewne znowu by do tego doprowadziło.
- Przypominasz mi ją. Może dlatego od razu zwróciłaś moja uwagę. - Nie patrzył się na nią, gdy to mówił. - Też bywała taka... wybuchowa.
Rees zajęło moment przetworzenie jego słów. Zaśmiała się cicho.
- Jeśli to był świadomy dobór słów, to jesteś beznadziejny w żartach.
Dołączył do jej chichotu. Nagle poczuł niewysłowioną ulgę. Powiedział to komuś. Oczyścił nieco umysł. Gęsta atmosfera, jaka przez ostatnie dni panowała między nim a Ivy zniknęła.
W trochę lepszych humorach dopili swoje kawy. Pomógł dziewczynie wstać z chłodnej podłogi. Wyrzucili plastikowe kubeczki do kosza na śmieci stojącego obok.
- Wracamy? - zapytała Rees, która widocznie otrzeźwiała i wyczuwając nadchodzącego kaca-giganta postanowiła dolać oliwy do ognia. Dumah pokręcił głową z przepraszającym uśmiechem.
- Wolałbym położyć się spać. Jestem naprawdę wykończony - wyznał. Ivy zrobiła obruszoną minę.
- Chciałam się z tobą napić. Chodź chociaż na jednego - poprosiła, ale on był nieugięty.
- Innym razem - odrzekł uspokajająco. Rees wzruszyła ramionami, po czym machnęła mu niewyraźnie, odwróciła się i ruszyła chwiejnie ku strychowi. Przez głowę przeszło Dumie, że może jednak powinien ją odprowadzić dla samego bezpieczeństwa jej samej, ale zrezygnował. Już miał iść, ale zatrzymał się w pół kroku, wołając dziewczynę. Odwróciła się zdziwiona idealnie w momencie, w którym chłopak podbiegł do niej i objął ją w mocnym uścisku, który trwał trochę zbyt długo jak na zwykłego przyjacielskiego przytulasa.
- Dzięki, Rees - wybełkotał niezręcznie, puszczając ją. ivy próbowała skupić wzrok na jego zaczerwienionej twarzy.
- Dumah, ty... - Próbowała coś powiedzieć, ale on udał, że nie słyszy, szybko odchodząc od miejsca wypadku. Poszedł prosto do pustej "sypialni", szybko przebierając się w szary podkoszulek i czarne dresowe spodnie. Wsunął się pod kołdrę, starając się oczyścić umysł po całym ciężkim dniu.

Siostra patrzyła na niego z przerażeniem.
- Dumah, co się z tobą dzieje? - spytała niemrawo, ale on nie panował nad sobą. Rzucił się na nią z wyciągniętymi rękoma. Upadli na ziemię, czuł pod zaciśniętymi w żelaznym ucisku palcami jej przyspieszone tętno, które słabło z każdą chwilą. Do jego uszu docierały jak przez mgłę jej charczące prośby o puszczenie.
- Berens, kurwa mać!
Poczuł szarpnięcie i już się obudził, dysząc ciężko, spocony i rozgorączkowany. Rozbieganym spojrzeniem spróbował ogarnąć przerażone twarze swoich kumpli, zauważając również wijącego się na podłodze Larry'ego, chwytającego rozpaczliwie oddech. Powoli zaczynał domyślać się, co się stało. Nie było mu dane jednak się ogarnąć, gdyż czyjaś mocna dłoń owinęła się wokół jego ramienia i pociągnęła na nogi, a do skroni została przystawiona lufa pistoletu.
- To nie jego wina, on lunatykował! - wołał któryś z jego przyjaciół, ale żołnierz nie posłuchał, gwałtownie wyprowadzając go z sali. Zdążył się jedynie obrócić delikatnie i niemo wypowiedzieć "przepraszam" ku Larry'emu, który miał się już trochę lepiej. Chłopak machnął na niego ręką na znak, że nie ma mu tego za złe.
Jeszcze nie do końca przytomny został przeprowadzony przez korytarz. Zza drzwi sypialni wystawiali głowy ciekawscy nastolatkowie. Już schodząc po schodach usłyszał, jak ktoś woła jego imię. Ledwo rozpoznał ten głos, który, gdyby był w lepszym humorze, porównałby do rzężenia Darth Vadera.
- Dumah?! Dumah, do kurwy, co się dzieje?!
Nie odpowiedział Ivy, głównie ze strachu o to, że zniecierpliwiony żołnierz po prostu zaserwuje mu kulkę w łeb. Milcząc posłusznie szedł więc w stronę gabinetów. Poczuł jak żołądek mu się ściska, gdy stanęli przed gabinetem Houghtona.
Wspomniany wyszedł zza zakrętu, zamiast w biały kitel odziany w brudnoniebieski szlafrok. Nieujarzmiona szopa rudych włosów przysłaniała o dziwo całkowicie przytomne oczy.
- Co się dzieje? - spytał bez zbędnych ceregieli. Berens miał zaciśnięte gardło, na szczęście to żołnierz postanowił odpowiedzieć.
- Chłopakowi odbiło i zaatakował kolegę.
- Lunatykowałem... - próbował się bronić, lecz zamknął usta, czując mocniej napierającą lufę. Seth obejrzał go od stóp do głów, następnie kiwając głową. Otworzył drzwi gabinetu i wpuścił Dumę do środka.
- Nie jest pan tu potrzebny - usłyszał głos doktora za sobą.
- Ale nie wiadomo, co on...
- Umiem się bronić. - W głosie rudego słychać było nutkę zirytowania. - Proszę zostawić nas samych.
Prośba Houghtona została spełniona. Berens stał na środku pokoju, drżąc z zimna, przerażenia i wściekłości. Patrzył się na naukowca, który spokojnie usiadł na krześle przy biurku i wskazał mu miejsce naprzeciwko. Siadając chłopak zastanawiał się, ile razy na jego miejscu siedziała sobie Rees, urządzając miłe pogawędki z Sethem. Zazgrzytał zębami.
- Nie zrobiłem tego świadomie. Lunatykowałem. Nie panowałem nad sobą, miałem ciężki dzień. Gdy poczułem dłoń na barku zareagowałem instynktownie - powiedział szybko, zanim Houghton zdążył cokolwiek rzec. Instynkt ponownie zrobił go w bambuko. Przypomniał sobie, co robił we śnie i drgnął. - Miałem koszmar. Normalne.
- Co ci się śniło? - spytał spokojnie rudy. Dumah zawahał się na moment.
- Zostałem zaatakowany przez Zarażonego. Musiałem się bronić - skłamał gładko. Chciał się jak najszybciej wydostać z tego przeklętego miejsca. - To był naprawdę ciężki dzień, ciało zareagowało samo. Nie odwaliło mi. Gdyby tak było, już bym się na pana rzucił. To się więcej nie powtórzy - dodał błagalnym tonem.
- Skoro zrobiłeś to we śnie nieświadomie, skąd mamy wiedzieć, że to się więcej nie powtórzy? - odparował rzeczowym tonem Seth. Berens nie odpowiedział, nie mając na to żadnych argumentów. Houghton westchnął zerkając na stojący na biurku zegarek wskazujący godzinę trzecią nad ranem. - Musimy przeprowadzić badania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Pon Lip 10, 2017 1:54 pm

- Uważamy, że pana głos może być w tej kwestii decydujący.
Seth gdyby mógł, zapaliłby papierosa w pełnym irytacji geście, pozostało mu jednak nerwowe potarcie skroni. Zlatująca się banda dzieciaków niczym muchy do gówna - tak nazwałby całą tę sytuację. Jego ogólna postawa odstraszała pojedyncze osobniki, nie przeszkadzało im to jednak zbierać się w stada, by zawracać mu głowę. W końcu w kupie raźniej.
- Naprawdę rozbudowanie biblioteki to dla was taki priorytet? Nie macie co robić ze swoim czasem? Nie macie misji? Ćwiczeń? A przede wszystkim, czy aby wasza biblioteka nie jest już wystarczająco duża? - spytał mrożąc spojrzeniem najwyraźniej ich lidera, czyli blond chłopaczka, który w normalnych okolicznościach z pewnością należałby do drużyny rugby i zostałby królem balu na zakończenie szkoły. Cóż, to nie były normalne okoliczności. Zresztą mógł mieć za krzywy nos na zostanie królem.
- To bardzo ważne, wspieranie czytelnictwa wśród pozostałej młodzieży. Jaki jest sens walczyć o przetrwanie, jeśli stracimy naszą kulturę?
Trzeba przyznać, chłopak miał zadatki na lidera.
- Kulturę? To nie czytacie 50 Twarzy Gray'a czy tam innego Zmierzchu? - zadrwił naukowiec. Chłopaka nie wytrąciło to z równowagi.
- Nie wszyscy. Kto jak kto, ale pan powinien wspierać takie akcje z uśmiechem na ustach.
- Czy ja wyglądam na psychologa? Z uśmiechem na ustach, dobre. Marnujecie mi czas i muszę słuchać waszych kulawych argumentów, zamiast robić w tym czasie coś naprawdę pożytecznego - warknął Houghton czując jak zaczyna się unosić na fali irytacji i zniecierpliwienia. Większość dzieciaków chyba to wyczuła, gdyż zaczęła się wycofywać. Ale nie blondasek.
- Gdyby pan to po prostu podpisał, wróciłby do badań dziesięć minut temu.
Seth przez chwilę tylko się wpatrywał w niego z wyrazem niedowierzania i rozbawienia na twarzy. w jego głowie nastąpiła gonitwa myśli i analiz.
- Niech stracę. Daj mi to - stwierdził w końcu, po czym złożył pod petycją zamaszysty podpis - zgłoś się do mnie na rtg jutro, hm? - dodał składając energicznie kartkę i wsuwając mu ją w kieszonkę na klatce piersiowej. Na koniec go poklepał po kieszeni jak mógłby poklepać psa lub konia.
- Dziękuję panie doktorze - chłopaczek do samego końca nie stracił klasy.
Seth gestem dał mu do zrozumienia, by w końcu sobie poszedł. Dałby wiele, by teraz zapalić. Zawracające mu głowę dzieciaki były najmniejszym zmartwieniem. Kwestia wykrycia wirusa - czy czym była ta cholerna zaraza - też jakoś spadła na liście priorytetów w obliczu zniszczonej części próbek przez pannę Shelley. Musiał przyznać, że to była głupota jedynie z jego strony, że wpuścił blondynkę z nieokiełznanym patentem do swojego laboratorium. Więcej nie miał zamiaru tego błędu powtórzyć, ale skrucha nie mogła mu zwrócić utraconych próbek. Był na tyle skrupulatny, że zapisywał sobie od kogo pobierał materiały, więc drogą eliminacji spisał listę utraconych próbek. Pozostawała mu kwestia jak je odzyskać bez rozprzestrzeniania informacji o paskudnej wpadce - na razie wiedziała o tym sama sprawczyni i Russell.

- A gdybym zaczął pobierać od wszystkich krew pod pretekstem zbadania antygenów zgodności tkankowej? W zasadzie przydałoby mi się to do zwiększenia skuteczności ewentualnych przeszczepów - ożywił się Russell zajadając się rybą z ryżem, a raczej połową normalnej porcji, jaką zazwyczaj jadał przed wybuchem epidemii. Niby było mniej jedzenia, ale było też mniej ludzi - więc z rozrachunku wychodzili na czysto.
- Brzmi sensownie - zgodził sę Houghton myjąc naczynia, w których przed chwilą badał osocze z jednej z ocalałych próbek. Jak zwykle nie było tam nic ciekawego. Ta myśl utkwiła mu w głowie szczególnie mocno - wiesz coś o nowych próbkach z wypraw?
- Nie, nic o tym nie wiem - odparł Russell obojętnie wzruszając ramionami. W przeciwieństwie do Setha zdążył już przywyknąć, że próbek nie ma co oczekiwać. Albo po prostu dbał o to, by nie nadwyrężać niepotrzebnie nerwów.
Houghton aż zamarł rozmyślając nad tym. Po chwili bez słowa wyszedł z gabinetu. Russell wypadł za nim.
- Kto zamknie laboratorium? - zawołał za nim. Nic więcej nie krzyknął, więc chyba zauważył klucze wiszące obok drzwi.
***
Poszło znacznie łatwiej niż oczekiwał. Koordynator wypraw na prośbę - a właściwie żądanie - Setha rozłożył bezradnie ręce twierdząc, że nie może go wypuścić w rejony potencjalnie niebezpieczne bez nakazu z góry. Skończyło się na telefonie Houghtona do swojego przełożonego, w którym została zawarta odpowiednia ilość epitetów na utrudnianie badań i ogólne stanie w miejscu, co zaowocowało zezwoleniem wydanym od ręki razem z przykazem stawienia się na szkolenia militarne.
Seth wracał do siebie z miną zadowolonego kota, który nasrał do butów nielubianej personie, gdy zaczepiła go TA (w zasadzie innej w ośrodku nie było) psycholożka, której nie dość, że dotąd unikał jak ognia, to nie pamiętał ani imienia, ani nazwiska. Zwyczajnie udałby, że jej nie usłyszał i odszedł, TA jednak złapała go za ramię najwyraźniej korzystając ze swoich czarcich psychologicznych sztuczek.
Zwrócił się w jej stronę przywołując na twarz pełen wyższości grymas mający być zapewne uśmiechem. Psycholożki to nie zniechęciło, więc uznał, że musi być albo tak kiepska, że nie zauważyła, albo tak dobra, że udawała iż nie zauważyła.
- Panie Houghton. Nie mieliśmy wcześniej okazji się poznać. Jestem dr Lucy Lawson - wyciągnęła do niego dłoń stanowczo, po męsku.
- Dzień dobry pani doktor - odparł Seth ledwo zauważalnie robiąc nacisk na słowie "doktor". Wcale nie uważał, że jej tytuł nie mógłby się równać jego tytułowi. Skądże. Uścisnął jej dłoń krótko. Była miękka, niezbyt pasująca do wymieniania takich uścisków.
- Zapewne nie zdawał sobie pan sprawy z tego, że personel - tak jak młodzież - ma w grafiku wizyty u mnie. Ominął pan już trzy spotkania - w przeciwieństwie do Setha kobieta nie bawiła się w tytułowanie. Zaczynała mu swoim zachowaniem przypominać jego byłą żonę.
- Och, straszliwie mi przykro. Zapewne byłem w tym czasie zajęty. Może następnym razem... - Houghton ani nie poczuł ironicznie wyznanej skruchy, ani nie miał zamiaru doprowadzać do żadnego "następnego razu".
- Proponuję ten następny raz dzisiaj o 9 wieczorem.
Houghton musiał przyznać, że nawet zrobiła na nim wrażenie. Nie był tylko pewny, czy dobrze ją zrozumiał - a odebrał jej słowa tak, jak odebrałaby większość mężczyzn.
- Wiele osób, które do mnie przychodzą, żalą się w trakcie wizyt na samotność. Pana to nie dotyczy? - dodała cichszym i niższym głosem widząc, że przetrawia usłyszane słowa. A jednak dobrze to odebrał.
Poprawiła mu kołnierzyk koszuli i odeszła eksponując kobiece biodra. Dopiero teraz przyjrzał się jej jako obiektowi seksualnemu. Sylwetkę miała pełną i kobiecą, co nie do końca było w jego typie. Najbliższą jego ideałowi była jego była żona - szczuplutka, wysoka kobieta praktycznie bez biustu i z krótkimi włosami, kojarząca mu się z Audrey Hepburn. Wspólnie lubili żartować, że Seth mógł jej kupować sukienki sprawdzając, czy ich obwód mieści mu się w dłoniach. Mimowolnie się zasępił przypominając sobie w duchu, że musi znów zasięgnąć języka wśród wojskowych - czy wiedzą coś o losach majora będącego obecnym jej mężem, a więc pośrednio i o losach jej samej oraz ich wspólnej córki.
Póki co - jeśli się nie ma tego, co się lubi - lubi się to, co się ma.


- Nie wierzę, no. Pewnie źle ją zrozumiałeś. I skąd zdobyłeś to wino? - Russel się nadąsał, jakby ominęła go premia za świetnie wykonaną pracę. Której swoją drogą dawno nie zdobył.
- 9 wieczorem to twoim zdaniem normalna pora na rozmówki o samotności? - odparował Seth wciągając przez głowę czarny golf i ignorując pytanie o wino.
- Jeśli się okaże, że sobie nadinterpretowałeś, to tylko się ośmieszysz. I może to pójść do góry. Takie rzeczy nie powinny się dziać między pracownikami - ostrzegł go czarnoskóry przyjaciel odpalając konsolę Nintendo, którą zdobył płacąc jednemu z żołnierzy wracających z dyżuru poza ośrodkiem. Zdaniem Setha - jak na poważanego chirurga, miał śmieszne zainteresowania.
- Rozegram to odpowiednio. Zajdę do jej pokoju przed czasem, gdyby nie chodziło jej o to, powiem, że nie znalazłem jej w gabinecie.
- Z winem w ręku?
- Przyznaj, że jesteś zazdrosny.
- Ja zazdrosny o nią? Jest biała, kompletnie nie w moim typie.
- Och ty rasisto.
- Wybacz Houghton. Nawet twojej nakrapianej buźki nie kupuję. My, czarnoskórzy nie mamy takich głupot na twarzy jak piegi. A u was co chwilę trafia się ktoś, kto wygląda jak indiański kucyk.
Houghton parsknął śmiechem słysząc to.
- To bolało. Coś jeszcze?
- Tak, macie żółte zęby.

Gdy zapukał do drzwi, nikt mu nie odpowiedział. Zapukał ponownie, zerkając ukradkiem, czy w korytarzu nie ma żadnych kamer. Były, dwie. Nacisnął klamkę zanim zdążył uznać, że to zły pomysł - drzwi ustąpiły zbyt lekko i szybko, by mógł zmienić zdanie. Lucy poprawiała włosy będąc w ozdobnym szlafroku. Na pewno nie wyglądała na osobę, która miała zaraz przeprowadzić z nim rozmowę w gabinecie.
- Co ty tu robisz? - spytała kobieta posyłając mu w lustrze dziewczęcy uśmiech, zupełnie nie pasujący do niej - była po prostu kobieca, nie dziewczęca. Inny mężczyzna chybaby na takie pytanie uciekł. Houghton rozważył wszystkie za i przeciw postawienia następnego kroku. Przeważyła myśl, że kobieta sama wysyła mu sygnały.
- Chyba oboje wiemy - odbił piłeczkę, kładąc butelkę wina na niskim stoliku. Pokój, który dzielił z Russellem był wręcz ascetyczny przy pokoju, jaki należał do doktor Lawson. Na podłodze leżało mnóstwo kobiecych fatałaszków i elementów ozdobnej bielizny. Seth był doskonale świadom tego, że to nie był przypadek i powstały bałagan na pewno nie wynikał z braku czasu, by go posprzątać.
- Sądziłam, że założy pan koszulę - Lawson najwyraźniej postanowiła przejść na "pan". Jeśli to jej odpowiadało, Seth nie zamierzał naciskać na zmiany w regułach gry.
- Niespodzianka - odparł, choć istotnie czuł, że golfu będzie musiał się szybko pozbyć. Gdy tylko zbliżyła się do niego - okazało się, że pod szlafrokiem nic nie miała i raz po raz spod niego wyzierał jeden z jej sutków - lekko powiódł ją w stronę łóżka. Mnóstwo jego przeróżnych partnerów i partnerek z byłą żoną na czele uwielbiało ekscentryczne miejsca, lecz on przede wszystkim preferował łóżko i jego najbliższe okolice. Pod prysznicem niemal zawsze woda była dla niego za gorąca, albo odmarzał mu tyłek, gdy strumień wody nie był skierowany w jego stronę, w samochodzie było za ciasno, na blacie zbyt wiele rzeczy mogło się potłuc (a Seth jednak był perfekcjonistą i prawdopodobnie miał nerwicę natręctw), na basenie drażnił go chlor, a ostatnia próba kochania się w jeziorze skończyła się wyciąganiem pijawek u lekarza.
Lawson uśmiechnęła się z aprobatą kładąc się na plecach, gdy on bezceremonialnie zdjął golf i rzucił gdzieś w kąt. Szlafrok odsłonił więcej, choć jednocześnie jej długie włosy rozsypały się zasłaniając biust niczym u wstydliwej nastolatki. Już zupełnie niewstydliwie podsunęła mu do twarzy czerwoną podwiązkę chwyciwszy ją palcami u stóp. Houghton przyjął zaproszenie łapiąc ją w zęby i naciągając coraz wyżej wzdłuż jej nogi.
- Szybki jesteś - zachichotała znów jak mała dziewczynka.
- Jak burza - zakpił.

Prysznic wzięli razem mimo wewnętrznych oporów Setha. Łazienka należała do panny Lawson - wróć, Lucy - więc na rzuconą propozycję, że do niego dołączy, jedynie przytaknął. Tak jak się spodziewał, Lucy uwielbiała brać prysznic we wrzątku, tak więc część jego ciała przybierała soczysty kolor raka, a inna część, którą uchronił przed zabójczym strumieniem po prostu odmarzała. Wykorzystał moment, gdy wcierała we włosy jakąś odżywkę, by samemu się umyć w normalnej temperaturze, po czym wyszedł z kabiny prysznicowej. Znalazł jakiś męski szlafrok - pachniał świeżością, więc go ubrał.
- Powiedz, że nikt go wcześniej nie nosił.
- Zabrałam z pralni - odparła Lucy, po czym odwróciła się do niego plecami teatralnie. Houghton usłyszał z sypialni dźwięk dzwonka swojego telefonu. Szczęśliwie od czasu wybuchu epidemii większość telemarketerów już nie żyła, więc mógł się spodziewać jedynie ważnych telefonów. Gdy sięgnął po telefon, skrzywił się - 3 nieodebrane od Russella i jeden sms.
"Gołąbku, z pewnością bawisz się znakomicie, ale jakiś dzieciak miał atak i właśnie cię szukają."
Seth zaklął paskudnie.
- Coś się stało? - Lucy wyszła z łazienki okutana w ręcznik.
- Obowiązki - burknął jedynie, naciągając na siebie bieliznę i łapiąc z łazienki klapki. Przed wyjściem pamiętał o pospiesznym cmoknięciu w policzek - kobiety potrzebowały takich gestów jak rośliny wody, a w końcu zamierzał tu wrócić - po czym ruszył w stronę swojego laboratorium przy akompaniamencie irytującego klaskania podeszew o podłogę.

Zgodnie z zapewnieniami Russella, chłopak był i miał wcześniej atak. Stał w obstawie małej armii, jakiej mógł mu pozazdrościć sam Donald Trump (ciekawe jak bardzo pokracznie trzeba by było interpretować "Make America great again", by stwierdzić, że mu się to udało. W zasadzie jeszcze parę lat mu zostało, by dokonać cudu) i którą Seth dość niefrasobliwie odesłał. Dzieciak nie wyglądał na Zarażonego, a on sam miał w gabinecie broń.
Po mało interesującej go gadce szmatce, w ciągu której dowiedział się zgodnie z oczekiwaniami, że chłopak tylko lunatykował, przeszedł do badań, które interesowały go znacznie bardziej.
- Ściągnij koszulkę - nakazał, mimowolnie uśmiechając się pod nosem, gdy doznał uczucia deja vu.
- Słucham? - chłopaka wybiło to z rytmu.
- Mniej gadania - warknął krótko Seth. Byłby bardziej wyrozumiały w innych okolicznościach. Mogli właśnie z panną Lawson poznawać się po raz drugi.
Były to oczywiście rutynowe badania, w trakcie których Seth organoleptycznie próbował znaleźć przebrzydłe już dla niego znamię, którego nigdy u podejrzanych nie było - i tym razem nie było wyjątku - po czym przeszedł do pobierania krwi, by zbadać ilość leukocytów. Było to podwójnie pożyteczne, gdyż, co oczywiste, miał zbadać tę krew teraz, ale też mógł nadrobić straty, które spowodował ostatni incydent z panną Shelley.
- Dumah Berens? - upewnił się jedynie zanim podpisał probówkę.
- Kojarzy mnie pan?
- Posiadam akta osób podejrzanych o ćpanie morfiny - odparł śmiertelnie poważnie. To w zasadzie miał być nieśmieszny żart, który wypowiedział z czystej ciekawości, czy dotrze do Ivy. Lista osób biorących udział w wyprawach była jawna i widział, że chłopak często wybiera się na nie w jej towarzystwie. A zapasy morfiny malały.
- To żart? - Berens poruszył się niespokojnie na krześle. Wyraźnie wystąpiła u niego gęsia skórka. Laboratorium nie należało do najcieplejszych.
- Odczuwasz jakiś dyskomfort? Bóle mięśni? - Berens mógł szukać odpowiedzi tylko w lekkim uśmieszku, który wykwitł Houghtonowi pod nosem.
- Tylko zimno.
Seth skinął głową doceniając tę balansującą na pograniczu bezczelności odpowiedź.
- Możesz już ubrać koszulę z powrotem - odparł pochylając się nad mikroskopem. Zapewne mógł darować chłopakowi lekkie złośliwostki w tych okolicznościach, nigdy jednak nie słynął z przesadnej empatii przy jednoczesnym cechowaniu się przesadną decentracją, co było mieszanką jedynie wzmacniającą wszelkie złośliwostki z jego strony. Można było powiedzieć, że taki miał styl pracy. Nigdy się do niej nie pchał, by rozmawiać z pacjentami. Ich patologie - oto co go interesowało.
Leukocyty były w normie, a nawet zdaniem Setha ich ilość oscylowała przy minimalnej granicy. Powodów mogło być mnóstwo. Od niedoborów snu, przez wyczerpującą pracę po inne czynniki wywołujące długotrwałe osłabienie organizmu. Mężczyzna potarł podbródek w zamyśleniu ignorując spojrzenie chłopaka, które aż czuł na sobie. Nie mógł go tak odesłać, to nie ulegało wątpliwości.
- Piłeś coś przed snem? Jakieś energetyki? Kawa?
- Nie. Wtedy bym raczej nie zasnął? - Houghton wzruszył ramionami usłyszawszy to. Mu zdarzało się pić kawę z mlekiem przed snem i w niczym mu to nie przeszkadzało.
- Wiesz, że nie mogę cię dziś odesłać z powrotem - chłopak zaczął coś mówić błagalnym tonem, na co Houghton podniósł głos, by mu nie przerywał - dlatego przeprowadzimy ci EEG. Dla świętego spokoju. Wrócisz do spania, a co dalej - zobaczymy

Dzieciak szedł do sali EEG jak na ścięcie irytując tym niesamowicie w duchu Setha. W sumie nie był niczemu winny, ale Houghton był wręcz uczulony na wszelkiego rodzaju demonstracje. Na pikiety mające wywalczać czyjeś prawa swoją drogą też.
Podłączył mu całą aparaturę do głowy starając się zdobyć na jakieś słowa otuchy. Z drugiej strony, im większy niepokój badanego, tym większe prawdopodobieństwo wystąpienia zaburzeń snu. A to właśnie je chciał zbadać.
- W nocy będę cię miał na oku z gabinetu. Są tu głośniki i mikrofony - gdyby coś się działo, wystarczy słówko - poinformował go Seth sucho, sprawdzając, czy nic się nie zsunie mu z głowy. Łóżko posiadało pasy bezpieczeństwa, dzięki którym teoretycznie miałby gwarancję, że nic się nie zsunie, gdyby pacjent postanowił przez sen pozwiedzać sobie pokój, ale prawa człowieka mimo epidemii nadal obowiązywały, tak jak i etyka zawodowa.
- Mam po prostu zasnąć? I po tej nocy koniec? - spytał Dumah głucho.
- Tak, masz zasnąć. A czy koniec, zobaczymy - gdy chłopak otworzył usta, mężczyzna dodał - nie pogarszaj, dzieciaku. To nie więzienie. Chcę ci pomóc - te słowa w jego ustach robiły chyba większe wrażenie, niż sądził. Nie słynął z wylewności.
Wyszedł z sali rzucając ostatnie spojrzenie w stronę chłopaka, który ułożył się twarzą do ściany.

Wiercił się już dobre pół godziny. Seth łapał się na tym, że głowa co jakiś czas niebezpiecznie przechylała mu się do przodu grożąc nagłą utratą równowagi. Poza ciągłym przewracaniem się przez chłopaka z boku na bok, na ekranie nic ciekawego się nie działo. Prócz zaburzeń w wykresach przedstawiających pracę jego mózgu, wynikających z jego ciągłego ruchu. Houghton wiele by dał, by zasnąć, jednak obiecał sobie, że nie zapadnie w drzemkę, póki nie zaśnie jego pacjent. Odblokował mikrofon.
- Potrzebujesz świerszczyka na dobranoc? - spytał dość dwuznacznie. Dumah zamarł na plecach. - Wykresy latają niczym akcje w czarny czwartek. Postaraj się zasnąć.
- Świerszczyka? - ciężko było stwierdzić na ekranie, czy Dumah się uśmiechnął.

Zbawieniem od snu i nie tylko okazał się być Russell, gdy zajrzał do laboratorium po godzinie czwartej z kubkami kawy i ubraniami pod pachą.
- Tak myślałem, że będziesz tu siedział goły jak święty turecki, w samym szlafroku - zażartował, gdy Seth wyłączył mikrofon na jego widok.
Houghton tylko wyszczerzył zęby w jednym ze swoich wilczych uśmiechów sięgając przede wszystkim po kawę, a dopiero potem po ubrania. Trzeba znać priorytety.
- Na mój gust, podnieśli fałszywy alarm. Ale ma teraz EEG, właśnie śpi.
- I wszystko w normie? - upewnił się chirurg, nachylając się nad wykresami. Znawcą w neurobiologii nie był, ale popatrzeć z mądrą miną mógł.
- Gdyby nie było, czy mówiłbym, że na mój gust podnieśli fałszywy alarm? - odwarknął rudy mężczyzna.
- Dobrze, dotarło. Może idź spać? Zaczynasz stroić foszki.
- Ktoś musi uważać na dzieciaka i jego wyniki - tym razem Seth się pilnował, by odpowiedzieć normalnie. Jak dotąd tylko Russella było stać na takie zwrócenie mu uwagi. To prawda, że miewał skłonności do gwiazdorzenia, choć niespecjalnie mu zależało, by nad tym panować dla komfortu swoich rozmówców. Swoich podejściem do ludzi podpadał pod definicję mizantropii.
- Zajmę się tym na razie za ciebie. Jak nie możesz zasnąć to nie wiem, idź na siłownię albo strzelnicę. Nie siedź tu ciągle.
- Dzięki, stary - mruknął po chwili milczenia. Pozostało się ubrać i wyjść na - jak postanowił - strzelnicę.
Wziął ze sobą broń, którą trzymał w szufladzie pod blatem biurka.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   Sro Lip 12, 2017 12:02 am


Zupełnie nie wiedziała, która już godzina, kiedy doczłapała do sypialni. Z trudem przebiła się pomiędzy ciałami dziewczyn i padła na swoje łóżko. Ruch ryzykowny - groził mdłościami i nagłym wyrzuceniem z siebie wszystkich wypitych niedawno płynów. Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło. Nie myjąc się, ani przebierając, zasnęła niespokojnym snem.
Obudziły ją krzyki i zamieszanie, jakie zapanowało wokół. Podniosła się do pozycji siedzącej, widząc prawie wszystkie dziewczyny w progu i na korytarzu. Zakręciło jej się mocno w głowie. Przycisnęła rozgrzane dłonie do czuła, rejestrując podświadomie brak opaski. Znajome łupanie rozsadzało jej czaszkę. Wyklinając wszelkie istoty żywe i obiekty martwe, podniosła się i przecisnęła w tłumie. W ostatniej chwili dostrzegła, jak mundurowi ciągną Dumah. Zdjął ją strach - zaraził się? Dowiedzieli się o wypadku na wyprawie?
- Dumah?! - Własny głos rozdzierał jej podrażnione gardło. - Co się dzieje?!
Oczywiście nikt jej nie odpowiedział. Wredna służbistka, którą wszyscy darzyli odpowiednią dozą nienawiści, poczęła zaganiać ich z powrotem do pokojów. Ivy zaklęła, ale nie miała innego wyboru, jak wrócić na swoją pryczę i czekać.
Leżąc na plecach i licząc każde uderzenie, jakie odczuwała w głowie, wpatrywała się w metalową piersiówkę, którą wcześniej trzymała w kieszeni koszuli. Przypominała sobie, ile było takich wieczór, ile takich poranków. Ten do złudzenia przypominał dzień pierwszej liceum, kiedy razem z "przyjaciółmi" ukradła auto. Pojechali zabrać z imprezy dziewczynę jednego z chłopaków, bo dostał cynk, że go zdradzała. Niewinna kłótnia przeszła w szarpaninę z nożem, bo chłopak nawciągał się kokainy. Poharataną siedemnastolatkę zawieziono do szpitala, ich na posterunek...
Zacisnęła mocno powieki, a dłonie na piersiówce jeszcze mocniej. Resztki wódki chlupotały wewnątrz. Gdy tylko mogła, jako pierwsza wstała, zabrała czyste ciuchy i poszła do łazienek. Tam wylała resztkę alkoholu do umywalki, a piersiówkę wyrzuciła do kosza. Po chwili zastanowienia jednak ją wyjęła i wsadziła w kieszeń spodni. Przełożeni nie mogli jej znaleźć.
Zimny prysznic trochę doprowadził ją do porządku, ale niewiele. Dawno nie piła, a tym bardziej tak dużo. Humoru nie polepszały jej siłowania z włosami, które próbowała rozczesać dobre pięć minut. Brak opaski również ją denerwował i pocieszała się jedynie myślą, że nie zgubiła przepaski na oko. Patrzyła teraz na nią smętnie, stojąc pod zakręconym już strumieniem. Tak jak codziennie, korciło ją, by wyrzucić przedmiot przez okno, ale oczywiście nigdy tego nie zrobiła, tak jak i tym razem.
Ponieważ nadal było wcześnie, darowała sobie jeszcze stanik i założyła podkoszulek na gołą skórę. Naciągnęła sprane i podziurawione (zdecydowanie nie fabrycznie) spodnie i po zostawieniu brudnych ciuchów w sypialni, poczęła przepytywać strażników - i inne osoby, które coś mogły wiedzieć - na temat Dumaha, ale jedyne, co zyskała, to informację, że badał go Houghton. Biorąc pod uwagę, ile czasu minęło, odkąd zabrali chłopaka, Ivy nie rozumiała, dlaczego nie powiedziano jej niczego bardziej konkretnego. Poirytowana, ruszyła do laboratorium. Wparowała tam, z impetem otwierając drzwi.
- Seth, gdzie-
Natychmiast urwała, widząc innego doktora na jego miejscu. Obserwowała z narastającą złością, jak czarnoskóremu wykwita głupi uśmieszek na twarz.
- Gdzie znajdę doktora Houghtona? - zapytała zimnym, rzeczowym tonem.
- Wydaje mi się, że powinien być na strzelnicy. A w jakiej sprawie? Może mógłbym pomóc?
- Nie. Nie mógłby pan - warknęła, zatrzaskując za sobą drzwi. Ani Houghtona, ani morfiny.
Wsadzając ręce głęboko w kieszenie, wyczuła w jednej z nich gumkę do włosów. Ten promyk radości ze znaleziska na chwilę pozwolił jej zwolnić krok i skupić się na przewiązaniu grubych, niesfornych włosów. Przed wejściem na strzelnicę (wybudowaną prowizorycznie za salą gimnastyczną), wylegitymowała się swoim ID. Strażnik w mundurze i z bronią skinął jej głową, że może wejść. Aktualnie ćwiczyła tylko jedna osoba. Podeszła do boksu zdecydowanym krokiem i stanęła tak, by mężczyzna ją widział. Oddał jeszcze dwa strzały i miał szczęście, że nie więcej, bo była gotowa zedrzeć mu słuchawki z uszu. Nie była w nastroju do gierek. Nie po ostatnich wydarzeniach i nie na takim morderczym kacu.
- Gdzie jest Dumah? Trzymasz go nadal na tych swoich badaniach?
Facet chyba obrał sobie za cel zdenerwowanie jej, bo powolnymi, niespiesznymi ruchami opuścił ręce i zabezpieczył broń i dopiero wtedy odpowiedział:
- *Jak widać.
Musiała parę razy zacisnąć i rozluźnić pięść, by nie wybuchnąć.
- Po jaką cholerę? Nie jest chory.
- *Może zgłoś swój niezwykły radar komuś z góry? Widzę, że tobie idzie szybciej z rozpoznaniem, niż mi.
- Może tak zrobię - warknęła, szybko wyrywając mu broń z ręki i rzucając ją na bok. Zignorowała jego zerknięcie na wejście, gdzie drugi strażnik dłubał w paznokciach. - Jak długo zamierzasz go tam męczyć? Chłopak i tak ledwo się trzyma, nie potrzebuję, żebyś go dręczył swoimi eksperymentami i zbędnymi badaniami.
Nim skończyła mówić, Seth złapał ją mocno za nadgarstek i przysunął się bliżej, a ona powstrzymała się przed skrzywieniem. Nie pierwsza taka historia.
- *Wolisz, by towarzysz broni rzucił ci się na plecy, bo posłuchałem twoich dziecinnych wyrzutów i wypuściłem go bez zbadania?
Dziewczyna zacisnęła usta, czując, jak krew napływa jej do twarzy ze złości. Nie dość, że starał się ją poniżyć, podkreślając jej młody wiek, to przekręcał jej słowa.
- Wiem, że widzisz w ludziach tylko zlepek syndromów, objawów i potencjalnych próbek, ale na ostatniej misji nie rzucił mi się na plecy, tylko uratował mi tyłek. I teraz płaci tego cenę. - Wyrwała się nagłym szarpnięciem, ale nie cofnęła się. Nim powiedziała za dużo, dodała, dusząc w sobie pokłady agresji: - Wiem, że nie musisz go tyle trzymać, Seth. Ma problemy. Dopilnuję nawet, żeby poszedł do psychologa.
Na to on zmrużył oczy i zaczął przyglądać się jej uważnie.
- *Trzęsą ci się ręce - oświadczył cholernie spokojnym, a przy tym oskarżycielskim głosem.
Ivy uniosła brew, zbita z tropu i coraz bardziej zdenerwowana jego niewzruszoną postawą.
- Co?
Doktor chwycił ją znów za ręce, wnętrzem dłoni w górę, studiując jej zgięcia, jak pielęgniarka żyły przed pobraniem krwi.
- *Wyszłaś szukać morfiny, Ivy? Co ty tu robisz o tej porze?
I wciąż ten pieprzony ton. Na samo słowo "morfina" jej oddech przyspieszył, ogarnęło ją doskonale znane poczucie winy i wstyd, które ukryła za maską złości. Potrzebowała chwili, by zebrać myśli. Głos Setha, to, co mówił i cała ta sytuacja - nie było to dla niej nic nowego. Po prostu dotyczyło dla odmiany innej używki.
- Nie wiem, o czym mówisz - mruknęła w końcu, próbując się bezskutecznie wyswobodzić, bo Houghton trzymał ją w żelaznym uścisku.
- *Kłamiesz - powiedział już ostrzej. Widziała, że zaczynał tracić to swoje całe opanowanie. - Kradniesz zapasy morfiny już od jakiegoś czasu. Sprzedajesz, czy sama ćpasz? Można teraz w ogóle polegać na twoich osądach?
Ostatnie słowa poczuła, jakby wypluł jej w twarz. Zabolały z jednej prostej przyczyny - wiedziała, że były prawdziwe. Gdyby nie jej stan na ostatniej misji, może tamten chłopak by żył. Na ile to kwestia narkotyku, a na ile jej kiepskiego samopoczucia psychicznego - tego już nie wiedziała. Nie chciała się dowiadywać.
W końcu się wyrwała i odepchnęła Setha.
- Nie wszyscy mają ten luksus, że mogą pracować za biurkiem, doktorku - wysyczała wściekle, broniąc się jak ranny drapieżnik. - Niektórzy z nas muszą wychodzić tam, na zewnątrz, i mierzyć się z tym popierdolonym światem! Poprowadziłam już niejedną wyprawę, tak jak poprowadziłam dwójkę dzieciaków na śmierć, bo rozpoznałam symptomy choroby. Więc pytasz mnie, czy można polegać na moich osądach?! Zapytaj tych, których razem z pozostałymi obroniłam, którym przynieśliśmy jedzenie i którzy, kurwa, w ogóle mają tą morfinę dzięki mnie!
Seth uciszył ją, bo strażnik zerknął w ich stronę, a potem pokręcił głową i zaśmiał się drwiąco, drażniąc ją jak byka czerwoną płachtą.
- *Nie targujmy się co do zasług. Bierzesz morfinę, którą tak dzielnie zdobyłaś? I działasz pod jej wpływem?
Ivy gotowała się ze złości na traktowanie jej jak dziecka i ten pobłażliwy ton, a także w tym momencie przesadzone oskarżenia. Nim zdążyła się obronić, że nigdy by nie wyszła na misję pod wpływem czegokolwiek, mężczyzna kontynuował tyradę:
- *Ogarnij się, dziewczyno. Jestem patologiem, nie psychologiem. Jeśli masz problemy, idź z nimi do psychologa, a nie zamiatasz to pod dywan, inaczej po prostu cię zgłoszę.
Po tych słowach ruszył w stronę wyjścia, zostawiając ją w stanie sięgającym zenitu wkurwu. Po chwili wylegitymowała się znów przed strażnikiem i dogoniła Setha.
- Jak na patologa to dużo pierdolisz jak psycholog. I wiesz co, Seth? Pierdol się. - Szła z nim szybkim krokiem ramię w ramię, a te parę osób, które mijali, rzucało im dziwne spojrzenia. - Ta blond lala nie powie mi niczego, czego już nie wiem. Uzależniam się. To choroba. Nauczyłam się z nią żyć i ją kontrolować. - Przegnała z głowy głos ze spotkań AA, który twierdził coś zupełnie przeciwnego.
- *Jakaż ty uzdolniona, Ivy. Mierzysz się z tym popierdolonym światem. Heroicznie walczysz ze swoją naturą. Samodzielnie rozpoznajesz Zarażonych. Potrafisz nawet dokonać autoterapii. Dałbym ci medal, ale niestety jestem tylko pracującym za biurkiem patologiem, który i tak nie widzi w ludziach nic ponad ich schorzenia.
Rees wybiegła i zastąpiła mu drogę, nim wszedł do gabinetu.
- Jaki ty masz problem, Seth? Za mało świeżego powietrza? O to chodzi? Marzy ci się trochę adrenaliny?
- *Ivy, moja droga. To nie ja mam problem.
- Nie tak to brzmi - mruknęła, bardziej do siebie.
- *Za to ty stanowczo go masz, choć działając tak głupio jak dotąd, bardzo ci blisko do pozbycia się wszelkich problemów.
Na te słowa uderzyła go nagle w pierś, nie mogąc dłużej tłumić w sobie złości.
- Myślisz, że mogłabym się zabić?! Od tygodni siedzę w tym twoim śmierdzącym domestosem laboratorium, czekając, aż cię olśni, czy ja w ogóle umieram czy nie, bo chcę kurwa żyć, a ty myślisz, że zdechnę od morfiny?! - Wyrzuciła w górę ręce. - To jedyne, co mnie teraz trzyma przy życiu, do kurwy nędzy! Dumah nie weźmie ani kropli, więc wylądował teraz na tych pierdolonych badaniach, bo mu się we łbie przewraca! Myślisz, że ta pożal się Boże psycholożka mu pomoże?! Albo mi?! Większość życia miałam do czynienia z takimi ludźmi! Na gówno się zdają! "Może pomedytuj, Ivy?" - zajebiście profesjonalna rada dla choleryka: pomedytuj! - Zacisnęła pięści, a potem rozczapierzyła palce, wydając z siebie nieokreślony dźwięk wściekłości. Przez chwilę machała rękami, nie wiedząc, czy je skrzyżować, wsadzić w kieszenie czy walnąć nimi w ścianę. W końcu zdecydowała się na opcję numer jeden. - Myślałam, że ty jeden mi pomożesz - wywarczała, patrząc gdzieś w bok.
Doktorek, swoim pieprzonym zwyczajem, bez słowa wyminął ją i otworzył drzwi gabinetu, ale nie podszedł do biurka. Stał i trzymał dłoń na klamce. Odwróciła się do niego z irytacją, wchodząc do środka.
- Teraz zamierzasz mnie ignorować?
Po raz kolejny nic nie odpowiedział, zamiast tego zaczął przekładać różne duperele na blacie z miejsca na miejsce, układając je w jakimś pieprzonym porządku, aż myślała, że podejdzie i wywróci wszystko do góry nogami. Powstrzymały ją przed tym jego słowa.
- Po prostu się martwię - burknął tak cicho, że ledwo go usłyszała.

Often

Dłuższą chwilę patrzyła na niego, utwierdzając się, że na pewno usłyszała to, co wydawało jej się, że dotarło jej uszu. Potem kopnęła drzwi i przekręciła klucz od środka. Seth poderwał głowę i spojrzał na nią z uniesionymi brwiami. Wyminęła jego biurko i stanęła przed nim, tak blisko, że przy głębszym oddechu zetknęliby się ciałami. Była wysoka jak na dziewczynę, ale Seth i tak przewyższał ją prawie o głowę. Patrzyła mu prosto w oczy, czekając, aż wszystko z nich wyczyta. Dopiero wtedy pchnęła go na ścianę i pocałowała.
- Ivy, chyba nie powinniśmy-
Nie zdążył dokończyć, bo syknął z bólu, gdy ugryzła go w wargę. Rees rozpinała jego koszulę, podczas gdy on cofał ją z powrotem pod biurko. Tam oderwali się od siebie na chwilę, by złapać oddech, a ona wykorzystała to, by zrzucić najbliżej stojące przedmioty z blatu na ziemię. Zdjęła z siebie koszulkę, odsłaniając nagie piersi. Seth nachylił się, złapał ją za uda i podniósł, by usadzić na biurku. Prawie nie przestając się całować, pozbyli się pozostałych części garderoby.
Kiedy w końcu oplotła go nogami - co wydawało się trwać wiecznie, odkąd zamknęła drzwi - i dłońmi błądziła po jego ciele, przemknęło jej przez myśl, że nigdy nie robiła tego na biurku. Ani ze starszym facetem. Ani w czyimś gabinecie. Te przemyślenia sprawiały, że robiło jej się jeszcze goręcej. Czuła, jak pot kropli się na jej karku, czuła przyspieszające tętno, coraz cieplejsze ciało kochanka. Wyraźniej odczuwała na plecach muśnięcia swoich włosów przy każdym jego ruchu. Zaczynała wierzyć, że wiek jednak przekładał się też na doświadczenie. Wplotła palce w jego włosy, starając się być cicho. Nie miewała z tym raczej wcześniej problemów. Nie pomógł jej, gdy pchnął jej tors na biurko, dłonie zaciskając to na biodrach, to piersiach. Przytrzymywała się skraju blatu, mocno zaciskając na nim palce i dysząc ciężko. A kiedy nadszedł moment, gdy wygięła plecy w łuk, nie powstrzymała się i jęknęła. Chwilę potem Seth nachylił się nad nią i poczuła podmuch jego westchnienia na szyi. Przycisnęła jego głowę do swojej klatki i chwilę tak leżeli, wyrównując oddech, aż Ivy ześlizgnęła się z biurka i nałożyła na siebie bieliznę, a potem koszulkę.
Była zła, że nie udało jej się zachować ciszy, bo w ten sposób czuła się, jakby miał nad nią przewagę. Potrafiłaby jednak o tym zapomnieć, gdyby nic nie powiedział, zważywszy na to, jak dobrze jej było.
Nie zakładając jeszcze spodni, usiadła w fotelu i zarzuciła nogi na oparcie.
- Masz fajki?
Bez żadnego sprzeciwu poza krótkim spojrzeniem, wyjął z szuflady paczkę papierosów i jej rzucił.
- I ognia.
Doktor wymacał swoje ciuchy i pokręcił głową. Ivy wywróciła oczami i wyciągnęła zapalniczkę ze swoich spodni.
- Zawsze nosisz ze sobą zapalniczkę w spodniach? - zapytał ją, sam po chwili wahania wyciągając papierosa i wysuwając go w jej stronę.
- Profesja zobowiązuje - powiedziała z chytrym uśmiechem, odpalając im obu. Zaciągnęła się błogo dymem po francusku. - Chyba nie paliłam od Dnia Apokalipsy.
- O, ironio.
- Wiesz - zagadnęła, ignorując jego lekko zgryźliwy tekst. - Jak cię to pocieszy, nigdy wcześniej nie brałam żadnych narkotyków.
- Naprawdę powinnaś pójść do psycholog.
- Nie mogę - odparła, wstając i przysiadając na parapecie. Zaczynała dochodzić pora śniadania.
Seth westchnął.
- Mówiłem poważnie, że cię zgłoszę.
- Powinieneś - odpowiedziała zupełnie spokojnie, chyba go tym zaskakując. - Jeśli będę chciała pójść na misję w stanie nieodpowiednim lub mi odbije, powinieneś to zgłosić. - Zeskoczyła na ziemię. - Tymczasem ja nad tym zapanuję.
Doktor patrzył na nią dłuższą chwilę, aż stwierdził, że ciągnięcie tego tematu nie ma większego sensu, dopóki ona sama nie dojdzie do wniosku innego, niż aktualny.
- Chcesz zobaczyć, co z Dumah?
Pokiwała głową. Zaczęli się ubierać, ale nim wyszli, Ivy zatrzymała się w progu i powiedziała:
- Dla jasności - to nie było nic więcej poza tym, czym było. Nie myśl sobie za wiele, bo i tak ledwo się tam pomieściliśmy z twoim ego. - Poczęstowała go złośliwym uśmiechem i wyszła na korytarz.

[...]

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]   

Powrót do góry Go down
 
Wirus Mordercy [sci-fi, post-apo, bn]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Wieloosobowe-
Skocz do: