IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Wto Lis 15, 2016 8:01 pm




Zatapiając się w materac, zwolnił przeżuwanie, by nie rzucać się w oczy. Nie był pewien czy potwierdzenie jego wymodlonej teorii co do orientacji kuzyna było mu na rękę, czy nie. Oczywiście, o ile reakcja Mikhaeli i Silasa była potwierdzeniem.
Napięta atmosfera zdawała się nie dotyczyć chłopaka. Kątem oka zanotował, że jego kuzyn wychodzi z pokoju. Dopiero teraz dotarło do niego, że ten pokój ma balkon. Wraz z tym stwierdzeniem, w nozdrza uderzył go delikatny dym papierosowy, lecz chwilowo opuściła go ochota na podtruwanie się tytoniem. Jego pierwszą myślą było podniesienie się i dołączenie do mężczyzny na zewnątrz. Głupio by się jednak czuł zwyczajnie stojąc obok kuzyna, którego chwilę wcześniej publicznie opisał jako swój ideał. Xavier sięgnął po kolejną garść chrupek, którą wpierw z zainteresowaniem obejrzał, a dopiero potem śladami poprzedniej porcji – wpakował do ust.
 
Fakty zaczęły się układać w logiczną całość. Zdanie, które uznał za majaki senne, musiało zostać wypowiedziane przez Weira. Nie był jedynym pedałem. Wcześniej pocałunek na wieczorze kawalerskim i ten teraz, w łazience. Xavier w tej chwili był już pewien. Pewien odmiennej orientacji Silasa Weira. Wciąż mimo to nie wiedział, jaki ma do niego stosunek. Najlepsi przyjaciele się nie całują. Kuzyni się nie całują.
 
Usłyszawszy słowa pożegnania, gwałtownie podniósł głowę i zza miski obserwował wychodzące partnerki. Równie raptownie podniósł na pożegnanie rękę i pomachał im, po czym założywszy nogę na nogę, wrócił do swojego poprzedniego zajęcia – obserwowania zagaszonych lamp na suficie. Z zadumy nie wyrwał go odgłos zamykanych drzwi balkonowych, ani mężczyzna siadający obok, a dopiero ten łagodnie rozbawiony głos.
 
Lee stanowczo podniósł się do pozycji siedzącej, omal nie rozsypując zawartości miski na podłogę. Pozbierał z kolan pojedyncze okruchy i z braku lepszego miejsca, odstawił miskę na podłogę. Znowu nie wiedział co robi. Spróbował wstać, lecz przez przebywanie długo w niewygodnej pozycji leżącej kolana się pod nim ugięły. Rozwiązał nagle uciskające go buty i wsunął pod łóżko.
Czy to znaczyło, że młody Lee mu się podoba?
Chłopak usiadł na podłodze i podparłszy głowę na łokciu, z błogim uśmiechem spojrzał na mężczyznę.
 
-Mogę papieros? – z pozoru niezobowiązujące wyznanie Weira, spowodowało natłok myśli. Temperatura w pomieszczeniu połączona ze słodką mieszanką resztek perfum kuzyna, alkoholu i papierosów, wywołały natarczywy ból głowy.
 
Odebrał z dłoni mężczyzny podarek i włożył go między zwilżone wargi. Wciąż zaglądając w niebieskie oczy, wstał wspierając się na kolanie siedzącego kuzyna. Zawadzając, czy raczej specjalnie zahaczając o jego ramię podszedł do drzwi niedawno odkrytego balkonu i zaczął się z nimi mocować. W żaden sposób nie mógł sobie z nimi poradzić, w związku z czym szarmancko odwrócił się i żałośnie spojrzał na towarzysza. Z niewielką pomocą wydostał się z budynku i opadł na barierki. Chłód balkonowej podłogi bolał go w stopy, lecz właśnie tego potrzebował. Czegoś, co przegoni jego senność, nawet boleśnie.

Spojrzał w ciemną przestrzeń. Na usta wrócił smak Silasa. Ten smak, który zapamięta do końca swojego życia. Oczywiście, wolałby jednak odświeżyć go czasem.
Uczucia do mężczyzny stawały się dla chłopca coraz bardziej jasne. Chciał im zaprzeczyć, ale na tą chwilę wydawało się to zbyt trudne. Może to tylko resztki alkoholu we krwi i chłodne powietrze tak na niego działały. Z pewnością jednak Silas go pociągał. Mógł mieć tylko nadzieję, że i on go pociągał w jakikolwiek sposób.
 

Zimno mi…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Czw Lis 17, 2016 12:34 am

Ruszył w kierunku balkonu, uśmiechając się pod nosem ze szczerym rozbawieniem bezsilnością Xaviera. Pomógł chłopakowi otworzyć drzwi balkonie i wypuścił go na zewnątrz co było z jego strony skrajnie nieodpowiedzialnym posunięciem zważywszy na fakt, że jego młodszy kuzyn nie miał na sobie odpowiedniej odzieży. Być może zbliżała się wiosna, a raczej trwała jej chłodna początkowa odmiana jednak nadal nocami bywało chłodniej niż można by się było spodziewać po plusowych temperaturach za dnia i w zawrotnym tempie topniejącym śniegu.
 
Silas chwycił swoją marynarkę z fotela tuż obok i udał się za Xavierem na balkon. Zatrzymał się przy chłopaku, zarzucił na jego ramiona ów marynarkę i przystanął obok, po chwili także decydując się na odpalenie drugiego papierosa praktycznie pod rząd.
I wówczas zapadła między nimi komfortowa cisza, zakłócana jedynie głuchą muzyką weselną, dobiegającą z piętra niżej.
  –Myślisz, że powinniśmy do nich kiedyś wrócić? – spytał chłopaka o zdanie i zaciągnął się papierosem po czym wypuścił z ust gęsty dym. –Ja nie za bardzo mam ochotę – dodał następnie nieco bełkotliwie.
Nie będzie zatrzymywał Xaviera jeżeli ten zechce wrócić na wesele siostry i potowarzyszyć pijanym gościom w dalszym świętowaniu. Silas był zmęczony, chciało mu się spać i było mu w dodatku zupełnie nie po drodze z ludźmi, którzy jeszcze chwilę temu widzieli go jak doprowadza swojego kuzyna do napadu drgawkowego jedynie zapraszając go do tańca…co też w gruncie rzeczy było dosyć osobliwe.
 
Spojrzał kątem oka na Xaviera, niepewnie lustrując jego twarz wzrokiem i próbując dociec o czym też chłopak może myśleć.
Silas bał się zapytać Lee o cokolwiek co wiązałoby się jakkolwiek z ich obecnymi posunięciami. Bał się, że nie będzie chciał usłyszeć czegoś, co mu się nie spodoba.
Weir jednak lubił ryzykować swoim szczęściem. Dlatego mimo strachu – postanowił zapytać.
  –Co teraz? – spytał niekonkretnie, robiąc krok w kierunku barierki balkonu. Wsparł się na niej łokciami, pochylając się także nieco do przodu.
  –Nie wiem czego mam się spodziewać… – Jego głos nieco przycichł, a swoje spojrzenie wbił w ciemność, którą miął bezpośrednio w całej okazałości przed sobą.
 
Silas zamiast jednak tak tkwić kolejne sekundy dłużej, wciąż w niepewności – niespodziewanie odwrócił się przodem do Xaviera i ulokował swoją sylwetkę tuż na jego linii oczu. Oparł się lędźwiami o metalową poręcz i wbił niepewne spojrzenie w kuzyna.
 
W końcu Weir wyciągnął rękę po chłopaka, chwycił brzeg jego spodni i przyciągnął nastolatka bliżej. Uśmiechnął się do niego lekko, nieco blado i smutno.
  –Nadal chcę, żebyś ze mną mieszkał – odparł, spuszczając wzrok na własne palce, wciąż uczepione materiału wąskich spodni garniturowych Lee.
  –Z różnych powodów tego chce… – dodał.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Lis 18, 2016 1:11 am




-Nie - wyszeptał, próbując opanować drgawki. - Nie chce mi się - dodał nieco głośniej, podnosząc wzrok na kuzyna i uśmiechając się nieśmiało.

Niemożność picia nie wzbudzała w Xavierze nawet najmniejszej chęci do dalszej zabawy wśród pijanej rodziny. Poza tym opuścił tę salę niesiony przez mężczyznę, z którym chwilę wcześniej tańczył wolnego. Raczej nie uśmiechało mu się ponowne pojawienie się na parkiecie.
Nasunął otrzymaną marynarkę bardziej na pierś i wyprostował się. Dopalił ostatki papierosa i wychylił się za barierkę. Niebezpiecznie zwisając w ciemną przestrzeń, spuścił dogaszony o poręcz pet. Czuł jak krew spływa mu do czaszki, a jego blada twarz nabiera odcienia karminu. Obserwując niknący w ciemności tlący się tytoń, myślał w tej chwili tylko o tym. Uciekający czerwony punkt wypełnił jego myśli, a gdy w końcu zgasł, tuż obok rozległo się pytanie.
Co teraz? Teraz, Silas, wrócisz do Nowego Jorku i znowu mnie zostawisz.

Chłopak wyprostował się i odchylił zaczerwienioną głowę w niebo. Wśród pojedynczych punkcików rozpoznał kilka gwiazdozbiorów. Odstąpił parę kroków i odetchnął głęboko. Ponownie uciekał od odpowiedzi. Część jego chciała wykrzyczeć w piegowatą twarz Weira młodzieńcze uczucia. Inna jego część z kolei wolała, żeby mężczyzna raz jeszcze opuścił chaotyczne emocje, by spokojnie obumarły.

Zdecydowanie nie protestował, będąc przyciąganym do niewiele starszego mężczyzny. Wręcz przeciwnie - postąpił krok do przodu i na chwilę zderzył się z nim biodrami. Umieścił dłoń na barierce za wysokim ciałem kuzyna. Jego blady uśmiech wywołał podobny na twarzy Lee, lecz z lekka wybełkotane zdanie zaraz go z młodej twarzy zdjęło. Znowu był bliski ucieczki od wszelkich odpowiedzi. Tym razem jednak było trudniej. Jego przyszłość opierała się na krótkim zdaniu. Silas nawet nie zadał bezpośredniego pytania, lecz nadszedł czas na decyzję. 
Oczywiście, że i ja chcę z tobą mieszkać.

Xavier chwilę wpatrywał się w swe odbicie w błękitnych oczach. Mimo braku silnych emocji na twarzy naprzeciwko, wyczuć można było napięcie. Ponaglanie beznamiętnego wyrazu. Na myśl przyszło mu jedyne rozwiązanie, które jednocześnie kupi Lee trochę więcej czasu, a także zaspokoi chłopięce pragnienia. Nie zastanawiając się długo, młodszy z nich nachylił się do drugiego, a młode chłodne wargi zetknęły się z wyraźnie cieplejszymi. Tym razem nie rozkoszowali się swoją obecnością zbyt długo, gdyż Xavier gwałtownie oderwał się.

-Silas, nie chcę przypadkowo zniszczyć przyjaźni między nami - wypalił, spuszczając wzrok. Obserwował teraz swoje dłonie, zaciśnięte kurczowo na jasnej koszuli.

Bo chyba cię kocham.
Niepewnie podniósł speszony wzrok, puszczając przy tym ubranie mężczyzny. W zrezygnowanych oczach dostrzegł swoje żałosne odbicie. Odrzucał właśnie nie tylko możliwość studiowania  na najlepszym uniwersytecie w USA, ale także szansę na zaznanie odrobiny szczęścia po śmierci ojca.
Przypomniał sobie słowa kuzyna z poprzedniego wieczora. Elily faktycznie była dorosła i potrafiła zadbać o siebie samą.  Jej syn musiał zacząć żyć, a nie jedynie chować się za matką w depresji.
Lee chciał coś powiedzieć, lecz tylko bezsensownie ruszał drżącą z nagłego przypływu stresu szczęką. Nagle rozkojarzony wzrok zaczął uciekać na bok. Ostatecznie chaotyczny grymas na młodej twarzy ustąpił dziwnemu spokojowi. Chwilę wcześniej rozbiegane oczy skupiły się na jasnych tęczówkach. Stanowczo i nieco agresywnie kiwając głową, odstąpił krok od mężczyzny.

-Chcę z tobą zamieszkać, Silas.

Żadne pytanie nie padło. Być może Weir wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Młody Lee jednak czuł się w obowiązku w końcu przekazać mu swoją decyzję, niby podjętą już dawno, a jednak tak trudną do wypowiedzenia na głos.

Zobaczymy, kiedy zacznę tego żałować.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Czw Lis 24, 2016 11:02 pm

Miał wrażenie, że coś rozlało się po jego wnętrzu nieprzyjemnym chłodem, od którego drętwieją wszystkie członki i odmawiają posłuszeństwa. Nie mógł przecież Xavierowi powiedzieć prawdy…
Nie potrafił zdobył się na to, żeby na głos przyznać, że tę przyjaźń Silas sam już dawno zniszczył i obecnie nie tylko nie znał zupełnie swojego kuzyna, ale też nie miał pojęcia jak mogłaby wyglądać ich przyjaźń obecnie. Nie potrafił sobie Xaviera wyobrazić w roli jedynie towarzysza rozmów i zainteresowań. Nie potrafił… znieść istnienia platonicznej relacji z chłopakiem.
Gdy już raz zasmakował jego ust – ich smak pozostał na tych jego już na długo po tym, jak Xavier się odsunął.

Widać było, że Xavier walczy ze sobą, głęboko w środku i pozwala temu co wewnątrz wypływać śmiało na zewnątrz, stopniowo ukazując to wszystko na własnej twarzy.
Cień zaniepokojenia przemknął przez twarz Silasa, gdy Xavier cofnął się o krok do tyłu z tą przedziwną emocją widoczną na jego obliczu.
Gdy jednak chłopak wreszcie się odezwał – wszelkie wątpliwości, troski i smutki Weira zdawały się jakby za dotknięciem magicznej różdżki najzwyczajniej w świecie wyparować.

Natychmiast postąpił ten jeden krok dystansu do przodu i objął wysoką sylwetkę kuzyna, wtulając  twarz w zagłębienie w jego szyi.
 – To fantastycznie – wymruczał i objął go mocniej. – Tak się cieszę… – dodał niemal szeptem.
Dopiero wówczas dotarło do niego, jak bardzo senny jest.
Nie potrafił się oderwać od Xaviera, a jego oczy się zamykały, ciało rozluźniało. Było mu ciepło i błogo przy Xavierze. Mógł tak zostać na dłużej… dłużej…dłużej.

Jakimś cudem udało mu się znaleźć w pozycji siedzącej na brzegu materaca łóżka. Czuł się dobrze, niemalże wspaniale. Wiedział też jednak, że niedługo to już potrwa, bo nagle jego ciało zachwiało się niebezpiecznie po czym ponownie. W końcu Silas opadł na plecy i niezgrabnie wtoczył się całkowicie na łóżko.
 – Xave… – bełkotał pod nosem z twarzą wbitą w pościel. – Chodź do mnie –dodał jeszcze, ciskając butem w drugi kąt pokoju.
Sięgnął do swojej koszuli i począł nieumiejętnie rozpinać jej guziki.
Udało mu się przewrócić na plecy. Wówczas rozpinanie ubrań szło mu o wiele lepiej.
Gdy poradził sobie z koszulą, wspiął się na czworaka i chwiejnie utrzymał się w tej pozycji na tyle długo, by sięgnąć ręką zachęcająco ku Xavierowi.
Jego wzrok zachodził mu stopniowo brakiem świadomości.
Był taki senny. Na dowód tego – ziewnął przeciągle, a w jego oczach stanęły łzy, które pojawiły się w kącikach jego oczu wraz z jego ziewnięciem.

Xavier w końcu zbliżył się na zasięg ręki Silasa, który chwycił chłopaka ostatkiem sił za materiał koszuli i wciągnął na łóżko… oraz na siebie.
 – Mam cię – mruknął z rozbawieniem blondyn, uderzając głową o materac.
Swój senny wzrok wbił w twarz Lee znajdującą się dokładnie ponad jego własną. Nic poza jednak wpatrywaniem się nie zrobił.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Lis 25, 2016 12:53 am


Czując ciepły oddech na swoim obojczyku, nie poruszył się, a jedynie jego dłoń podążyła do koszuli mężczyzny i zacisnęła się na niej, przyciągając go jeszcze bliżej. Cokolwiek stanie się potem, teraz była jego chwila. Teraz będzie się nią napawał, a w najgorszym przypadku dołączy do kolekcji najlepszych wspomnień chłopca.
Xavier oparł swoją głowę o tą spoczywającą na jego ramieniu. Ciało kuzyna zaczęło napierać jeszcze bardziej, a ten nieznacznie osuwać. Lee uświadomił sobie, że wcale nie jest najbardziej zmęczony tutaj. Objął drugą ręką wysoką sylwetkę i chwilę przytrzymał go w czułym uścisku, by następnie wspomóc w dostaniu się z powrotem do pokoju. Z pożałowaniem doprawionym nutką uwielbienia, przyglądał się jak Silas próbuje utrzymać się w pozycji siedzącej, a potem bezwiednie opada.

Delikatny uśmiech wstąpił na młode usta, gdy obserwował zmagania starszego z nich z koszulą. Cofnął się i sięgnął po butelkę z resztką alkoholu, by przekonać się, jak mało go tam zostało, a następnie cicho westchnąć i odstawić na stolik. Chłopak przyjaźnie przechylił głowę z rozbawionym uśmiechem, gdy mężczyzna na czworaka przesunął się na krawędź łóżka i błędnie machał ręką w poszukiwaniu swego kuzyna. Podszedł do niego, napawając się tym wspaniałym i niecodziennym obrazem.
Silas Weir, dziedzic fortuny i jedyny syn państwa Weirów, stał właśnie nadzwyczaj chwiejnie na czworaka na łóżku. Spod na wpół rozpiętej koszuli widać było fragment wyrzeźbionej klatki piersiowej mężczyzny, który ziewał przeciągle i bynajmniej dyskretnie, obnażając rządek równych białych zębów. Uśmiech Xaviera rozszerzył się, gdy w jasnych oczach pojawiły się łzy. Co by powiedziała Primrose Weir na taki widok?

Chwycony za koszulę, nie opierał się. Umieszczając kolana po obu stronach męskiej sylwetki, opadł na ciało Silasa, wybuchając śmiechem. Wpatrywał się chwilę w skupione oczy niebieski oczy, zduszając śmiech, po czym podniósł się do siadu i ponownie wybuchł śmiechem.
 
-Wiesz, nie taki obraz Silasa Tertiusa Weira miałem zawsze w głowie – mruknął, sięgając dłonią do potarganych blond włosów i wplatając palce pomiędzy kosmyki. Jego dłoń zjechała do piegowatego policzka, a kciuk dotknął wilgotnych warg. Rozbawienie majaczyło tylko w postaci delikatnego uśmiechu.

Na dany moment chłopak nie potrafił wymyślić niczego, czego pragnął by mocniej. Właściwie, nigdy nie śmiał nawet o tym marzyć. Nie spodziewał się w nawet najmniejszym stopniu, że zapała takim uczuciem do kuzyna, a tym bardziej, że mężczyzna je odwzajemni. To było coś niespodziewanego, ale bynajmniej przykrego.

Odetchnął głęboko, gdy i do niego dotarło zmęczenie. Zaczął rozpinać koszulę, a ziewanie Silasa udzieliło mu się. Zamrugał szybko, pozbywając się napływających łez i zsunął z siebie ubranie, odsłaniając chudą talię i subtelny zarys jakiegokolwiek umięśnienia. Odłożył zwiniętą na krawędź materaca, natomiast gdy ześlizgnęła się na ziemię, zabrał się do pomocy z nieszczęsnymi guzikami przysypiającego blondyna. Uważnie obejrzał mięśnie, które ostatni raz widział kilka lat temu, podczas zupełnie platonicznego paradowania bez koszulek w ciepłe lato. Z pewnością nie są to już chłopięce zarysy mięśni brzucha, a zupełnie dorosły kaloryfer. Nie był jednak mocno wyraźny, jak u Isaaca, co swego czasu po trosze irytowało chłopaka.

Nachylił się do przodu z nieokreślonym zamiarem. Z jednej strony chciał pocałować Weira, lecz z drugiej poczuł się zbyt zmęczony i chciał zwyczajnie położyć głowę na jego torsie i zasnąć. Zawisł w niepewności, wlepiając wzrok w przymykające się oczy, które z trudem skupiały na nim spojrzenie. Ostatecznie opuścił głowę, natrafiając na szyję pokrytą niewielką ilością ledwo widocznych piegów i złożył na niej krótki pocałunek. Powieki chłopaka stały się jeszcze cięższe. 
Cokolwiek stanie się w ciągu następnych dni czy miesięcy, ten wieczór postanowił zapamiętać na zawsze.

Co, gdybyśmy nie byli tak zmęczeni?

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Askella dnia Sro Gru 28, 2016 2:40 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pon Lis 28, 2016 11:39 pm

 – Silas! – zawołał kobiecy głos spod drzwi pokoju chłopaka po czym rozległo się subtelne pukanie.
Blondyn otworzył powoli oczy, uniósł się nieprzytomnie na łokciach i spojrzał w kierunku elektronicznego zegarka. Widniała na nim godzina dziewiąta rano.
Mężczyzna podniósł się z łóżka. Miał na sobie to samo ubranie, w którym zasnął zeszłej nocy – jasne jeansy i szary sweter.
Podszedł do drzwi, otworzył je. Przed nimi zastał swoją matkę. Kobieta weszła do środka pokoju syna, spojrzała na chłopaka żartobliwie potępiająco i spróbowała trafić kolczykiem trzymanym w ręce w dziurkę w uchu.
 – Pamiętasz jeszcze, że za parę godzin masz samolot? – spytała cichszym głosem bowiem w łóżku zauważyła sylwetkę Xaviera. Chłopiec jeszcze spał.
 – Pamiętam – mruknął zachrypniętym od snu głosem Silas, przecierając palcami zaspane oczy. – Odwie...
 – Ojciec cię zawiezie. – Na jej usta wstąpił szczery uśmiech. Doskonale wiedziała, że Silas nie spodziewał się… tego.

Kobieta po cichu opuściła pokój, zamknęła za sobą drzwi i jej kroki po chwili dane było Silasowi słyszeć coraz mniej wyraźnie.
Chłopak wycofał się spod drzwi. Z powrotem pojawił się przy łóżku, przysiadł na jego brzegu i spojrzał na Xaviera oraz jego śpiącą twarz.
Ten widok wywołał w nim uśmiech, a także skłonił go do tego, by choć na chwilę stać się częścią tego rozkosznego obrazu. Uniósł dłoń do policzka chłopca i pogłaskał go delikatnie. Palcami po chwili zjechał wzdłuż linii szczęki chłopca na jego szyję, ramię, talię i biodro. Tam jego palce subtelnie wślizgnęły się pod odzienie leżącego na boku Xaviera.

Struktura jego skóry wzbudziła w blondynie przedziwne uczucie. Silas nagle zapragnął zbadać tę strukturę na każdej powierzchni ciała Xaviera. Nie mógł jednak zabrnąć przecież dalej niż był, nie mógł posunąć się dalej niż ponad biodro?
A może mógł?
Silas spróbował dotknąć talii chłopaka, najdelikatniej jak tylko potrafił, nadal starając się go nie zbudzić.
Wtedy, gdy zniknęli w jego pokoju podczas wesela Romy…Silas czuł wobec Xaviera ogromnie wiele uczuć, a także i pragnień. Weir chciał to wówczas wszystko uzasadnić działaniem alkoholu.
Xaviera jednak nie potrafił nie pożądać.
W jakimkolwiek stanie świadomości Silas by nie był – ciało chłopca było jego zdaniem ogromnie atrakcyjne.

Wierzch dłoni mężczyzny musnął podbrzusze Xaviera i już miał zjechać niżej, gdy Lee niespodziewanie poruszył się. Silas od razu od chłopaka odskoczył jak oparzony.
Przez chwilę obserwował go spod drzwi balkonu z bijącym szalenie szybko sercem. Na szczęście Xavier nadal spał.
Weir odetchnął zatem z ulgą.

Otworzył drzwi na balkon, porwał wpierw jednak paczkę papierosów z parapetu.
W następnym już momencie stał bosymi stopami na zimnym, rozległym tarasie i podziwiał malowniczość tego późnokwietniowego poranka.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Gru 02, 2016 1:00 am

   Znowu tam był. 
Był w domu. W kuchni. 
Siedział przy stole kuchennym, otoczony książkami. Przed nim spoczywał otwarty zeszyt i nietknięte równania matematyczne. Nie radził sobie z tematem, więc zaraz po obejrzeniu zadania domowego jego głowa ciężko opadła na blat. Musiał zaczekać na ojca. 
Ciemna grzywka odciśnięta na czole została gwałtownie odrzucona do tyłu wraz z hałasem zatrzaskiwanych drzwi wejściowych. Chłopak uniósł się nad stół, wsparty na wyprostowanych ramionach.
"Tato! Znowu nie rozumiem matematyki" usłyszał własny głos, lecz zdecydowanie młodszy. 
Odpowiedziało mu tylko panicznie łapane powietrze i szelest ciała zsuwającego się po drzwiach, po czym opadającego na podłogę. 
"Tato?" krzesło głośno odjechało do tyłu, omal się nie przewracając. 
Bose stopy poprowadziły czternastolatka wprost do przedpokoju, zgrabnie przeskakując po zimnie kafelków. Z ziemi zaczerwienione oczy omiotły go rozżalonym spojrzeniem. 
"Elily..?" wyszeptał. 

Drewniane wnętrze i zaduch odpowiedni tylko domowi rodziny młodszego z dwóch synów Weir zostały zastąpione przez sterylne powietrze i przeróżne odcienie niebieskiego. Ciepła dłoń ściskała jego zmarznięte palce, bezwiednie rozprostowane na dziewczęcym kolanie. Stłumione odgłosy zdawały się ściekać po nieruchomo wyprostowanej sylwetce, nie docierając do środka. Niski głos niewiele wyższy od szeptu wyraźnie zaznaczył się w kakofonii szpitalnego harmideru, docierając do młodych uszu. 
"Przykro mi."
Niezwykle spokojna twarz nie drgnęła, a jedynie pojedyncza łza spłynęła z pustych ciemnych oczu. Uścisk zacisnął się, a dwie splecione dłonie, poprowadzone przez tą dziewczęcą, uniosły do spękanych wilgotnych ust. 
Rażące jasne światło zaczęło migotać i zgasło. Ciepło otaczające jego dłoń zniknęło, a ta opadła z brzdękiem na krzesło obok. Lee rozejrzał się, masując bolące miejsce. 


Coś było nie tak. 
Coś nie było w porządku.


Xavier wstał i uważnie przebadał wzrokiem ciemne korytarze. Tłum szpitalnego personelu zniknął. Dwóch kobiet także nie było w zasięgu wzroku. Niepewnym krokiem kierował się w głąb korytarza, gdy na zakręcie zamajaczyła sylwetka. 
Kulejąca forma ruszyła w kierunku chłopaka, żałośnie wyciągając dłoń. Po dokładnym przypatrzeniu się, zauważył znajome rysy twarzy. Natomiast gdy tajemnicza istota zbliżyła się, wyłoniła z cienia, mimo znacznej deformacji, młody Lee dostrzegł kim jest owa postać.
 
"X... xavierr" rozbrzmiało mu w głowie, niemalże rozsadzając bębenki uszne. 
Chłopięca twarz ostatecznie nabrała emocji - panicznego przerażenia. Z trudem łapiąc powietrze zaczął się cofać, a zawrotnie bijące serce zatrzymało się, gdy palce  zamachnęły się tuż przed jego twarzą. Potykając się o własne nogi, opadł na ziemię, a opadając poczuł ciepło, wpierw na policzku i szyi, potem - już na ziemi - na skórze w talii i podbrzuszu. 
Niewytłumaczalny dotyk zdawał się zasadzić uczucie niczym ziarno w ziemi, które zaczęło wypuszczać korzenie. To natomiast spowodowało spłoszenie nierealnej formy, nieudolnie próbującej przypominać jego własnego ojca. Chłopak znacznie uspokoił się, a rozszalałe serce wróciło do normy. Gdy w końcu złapał oddech, szpitalny krajobraz gwałtownie owiało lodowate powietrze, wyraźnie smagając młode plecy. 

Sen. Zły sen. Koszmar.

Xavier rozejrzał się po pokoju. Był sam. Jego wzrok dotarł do otwartych drzwi balkonu, a w nozdrza połaskotał go delikatny zapach spalanego tytoniu. Jednak nie był sam
Ubrany w koszulkę z wizerunkiem loga zespołu The Who i ciemne jeansy, podniósł się do pozycji siedzącej i spuścił nagie stopy na ziemię. Natarczywie przetarł oczy, próbując zetrzeć z powiek resztki niekorzystnego wizerunku ojca. Na drewnianej etażerce wymacał swoją komórkę i włączył galerię, z zamiarem po raz kolejny spojrzeć na ostatnie zdjęcie taty. Miał najszczersze nadzieje, że to pozwoli wymazać obrzydliwy obraz z pamięci. 

Serce wciąż biło szybciej, niż powinno, gdy ruszył w kierunku tarasu i swojego kuzyna. Zatrzymał się w drzwiach, dużym palcem muskając linię pomiędzy drewnianą podłogą pokoju, a wychłodzonymi kafelkami balkonu. Delikatny dreszcz przeszył ramiona Xaviera, gdy zdecydował się postawić krok na zewnątrz. Powoli, czując ból zimnego podłoża, dotarł do Silasa i subtelnie odebrał z jego dłoni paczkę papierosów. 

-Śnił mi się tata - mruknął zaciągając się po raz pierwszy. Do głowy raptownie napłynęła mu krew, zaćmiewając na chwilę obraz. - Właściwie to był koszmar. 

Ściszając głos, odblokował telefon i ukazało się owe zdjęcie jego taty. Przypatrywał się mu chwilę, po czym podniósł głowę i beznamiętnym spojrzeniem nie zdradzającym żadnych emocji obdarzył Weira. 

-O której wylatujesz?

Powiedz mi, że nigdy.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Gru 04, 2016 1:17 am

W chwilę później, jak Silas odpalił papierosa i zaciągnął się nim kilkakrotnie – na balkonie pojawił się Xavier. Silas miał nadzieję, że to nie on go obudził i chłopak nie był w żadnym stopniu świadom nieco rażąco niepowściągliwego zachowania swojego kuzyna. Silas miał wrażenie, że nie powinien sobie pozwalać na podobne rzeczy dopóki nie dostanie od młodszego pozwolenia – werbalnego czy też nie. Z tego też powodu czuł się jakby został przyłapany na gorącym uczynku.

Niespodziewanie Xavier się odezwał, wspominając o koszmarze ze swoim ojcem w roli głównej. Za każdym razem, gdy Lee wspominał swojego ojca, który odszedł kilka lat wcześniej – Silasa uderzała fala poczucia winy. Tak stało się i tym razem.
Dwukrotnie zaciągnął się pospiesznie papierosem, zerkając na horyzont i odnajdując w tym widoku nikły spokój. Cały czas czuł się źle w związku z tym, że nie mógł pojawić się na pogrzebie wuja, wesprzeć Xaviera i być może nieco podnieść go na duchu. Silas nie potrafił sobie wybaczyć tego, że powstrzymało go przed przyjazdem coś, z czego nawet nie umiał się przed Xavierem wytłumaczyć. Jego wymówka brzmiała bowiem jak żywcem wyjęta z jakiegoś dramatu. W oczach Xaviera wolał pozostać silnym i pewnym siebie starszym kuzynem, kimś na kim mógł polegać. Tajemnica jego niedyspozycji zdradziłaby jednak jak bardzo ten obraz Silasa mija się z prawdą.

Padło pytanie z ust chłopaka. Dotyczyło ono niechybnego opuszczenia przez Silasa Kanady.
Weir zwlekał z odpowiedzią. Ugasił w spokoju swojego wypalonego papierosa i powoli zbliżył się w następnej chwili do Xaviera. Stanął za chłopakiem, umieszczając swoją dłoń na jego biodrze, a usta we włosach chłopaka.
Pocałował Xaviera czule w głowę po czym ułożył podbródek na ramieniu kuzyna.
O drugiej mam samolot – odpowiedział, sunąc dłonią w górę do talii Xaviera. – Niedługo znowu się zobaczymy – spytał, podnosząc podbródek z ramienia Xaviera. – Przyjadę na twoje urodziny i zabiorę cię ze sobą z powrotem do Nowego Jorku – wymruczał wesoło po czym pocałował kark chłopca. – Od tygodnia możesz już składać papiery na Columbię i mam nadzieję, że to zrobisz właśnie wtedy.

Gdy tylko Xavier dopalił papierosa, Silas z powrotem wciągnął go do cieplejszego wnętrza domu.
Możesz wziąć sobie coś mojego z szafy w garderobie na przebranie – odezwał się, pokazując drzwi prowadzące do niewielkiego pokoiku zwanego garderobą Silasa. Ów pokój mógłby spokojnie pełnić rolę średniej wielkości łazienki.
Ja wezmę prysznic w łazience na korytarzu – poinformował Xaviera po czym skierował swoje kroki ku wyjściu z pokoju. – Ręczniki masz tam gdzie zwykle – powiedział po czym wyszedł i ruszył do łazienki na korytarzu.

Silas wrócił do pokoju po kilkunastu minutach. Wszedł doń, pukając uprzednio, a nie otrzymując żadnej odpowiedzi – uznał, że ma pełne prawo do tego, by do środka wejść.
Usłyszał zza drzwi łazienki lejącą się wodę i wówczas doszedł do wniosku, że Xavier nie słyszał go zapewne ze względu na to, że nadal jest pod prysznicem. Ruszył do wnętrza garderoby, by poszukać czegoś na przebranie.
Długo stał przy szafie przepasany jedynie ręcznikiem, nie mogąc się zdecydować na nic konkretnego.
W końcu w drzwiach pokoiku pojawił się Xavier, który ledwo opuścił prysznic. Chłopak ociekał nadal wilgocią. Silas zaś nie mógł oderwać oczu od konkretnej kropli, która spłynęła z mokrych włosów chłopca przez jego klatkę piersiową po brzuchu aż pod ręcznik luźno zawiązany na biodrach. [/i][/i]

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Gru 23, 2016 4:04 am

Xavier przymknął oczy na dotyk mężczyzny, a gdy podbródek Silasa spoczął na jego ramieniu, ten oparł o jego głowę swoją. Jego dłoń odruchowo podążyła do głowy kuzyna i utonęła w blond włosach, czule gładząc skórę. Zaciągnął się i powoli wydmuchał dym. W tej chwili był juz zdecydowany odnośnie studiów za granicą. Zaważyły na tym ostatnie dni spędzone w towarzystwie kuzyna. Lee w głębi duszy całym sobą liczył, że coś się zmieni po przyjeździe starego przyjaciela, choć wciąż na nowo przekonywał się do porzucenia nadziei. Nadzieja okazała się jednak rzeczywista. Już za tydzień będzie mógł rozpocząć spełnianie marzenia o studiowaniu literatury. I to z Silasem u boku. Nie mógł powstrzymać błogiego uśmiechu, gdy mężczyzna złożył na jego karku pocałunek.

Skinął jedynie głową na instrukcje odnośnie prysznica i przejechał dłonią po miękkim materiale swetra Weira rozciągniętym na jego klacie. Gdy tylko drzwi się zamknęły, Xavier ruszył pod prysznic.
Wiele razy nocował u Silasa i spał w jego pokoju. Od tego czasu nic się nie zmieniło. Z drugiej strony nie miało by się jak cokolwiek zmienić. Jego rodzice zawsze stawiali na możliwość samodzielnego udekorowania pokoju, a ich syn był przecież w Nowym Jorku.

Pod ciepłym strumieniem przyłapał się na myśleniu o Weirze. Właściwie to nie miał nic przeciwko, by skorzystał z tego samego prysznica. Karcąc się za to, gwałtownie odkręcił zimną wodę i wręcz syknął i odskoczył, uświadamiając sobie, co zrobił. Z trudem utrzymał równowagę na śliskiej powierzchni. Stojąc poza zasięgiem lejącej się wody spróbował sięgnąć do kranu, by go zakręcić.
Zawisł nad umywalką, wpatrując się w swoje odbicie w wielkim lustrze. Poprawił zsuwający się z bioder ręcznik i przyłożył dłonie do policzków.
Co ty robisz, Xavier?
Wyszeptał, marszcząc żałośnie brwi. Ponownie dotarł do niego fakt, że Silas wciąż jest synem brata jest ojca. Jego kuzynem. Bratem stryjecznym. Oblizał wargi i odetchnąłem głęboko. Odbity w lustrze zegar wskazywał koło godziny dziewiątej. Przez lustrzane odbicie nie był w stanie dokładnie określić czasu, nigdy też nie był dobry w odczytywaniu czasu z zegara wskazówkowego. Wystarczyła mu jednak sama informacja, że do czternastej mieli jeszcze czas.

Zdecydowanie nie spodziewał się obecności mężczyzny tutaj. Być może prysznic zajął mu dłużej, niż się spodziewał. Odruchowo poprawił ręcznik w pasie i otarł kroplę kumulującą się na czubku nosa. Chwilę stał, obserwując uważnie Silasa, śledzącego wzrokiem kroplę przemierzającą jego tors. Po tej chwili jednak stanowczo ruszył przed siebie, by znaleźć dla siebie ubranie. Uśmiechnął się do kuzyna i wyminął, kierując się do półki z koszulkami. Przechodząc obok, musnął ociekającymi palcami te Silasa, zostawiając na nich trochę wody.
Pomiędzy starannie ułożonymi i od wieków nie ruszanymi stosikami szukał jednej konkretnej bluzki. Był to znoszony t-shirt z logiem The Prodigy w rozmiarze XL, który Silas miał od zawsze. Miał przed oczami wspomnienie, gdy któregoś dnia oboje założyli ową koszulkę na raz.

W pewnym momencie Lee zawiesił się i odwrócił do wciąż patrzącego na niego mężczyzny.

-Przyjedziesz dokładnie na moje urodziny, czy może choć trochę wcześniej?

Nie wyjeżdżaj w ogóle.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Gru 25, 2016 4:24 am

Westchnął przeciągle, gdy palce Xaviera prowokacyjnie musnęły jego własną dłoń.
Nie miał zbyt wiele silnej woli względem tego egzemplarzu. Xavier wywlekał na wierzch wszystkie głęboko skrywane sekrety, emocje i złe nawyki Silasa. Weir wiedział także doskonale, że jego kuzyn nie tylko działa pobudzająco na jego mroczną stronę tożsamości, ale także na tę odpowiedzialną za bycie odpowiednio czułym i dobrym człowiekiem, bo kiedy ostatnio Silas w ogóle przejmował się aż tak bardzo czyimś dobrem? Kiedy ostatnio tak bardzo nie chciał wyjeżdżać od rodziców?
Xavier był jednocześnie jego i swoją zgubą jak i ulgą w kilku latach przejmującej samotności Weira.
Gdyby tylko Silas miał chłopaka przy sobie kilka lat wcześniej, gdy zaczynał studia i swoje nowe życie… być może wszystko wyglądałoby teraz zupełnie inaczej. Być może Weir nie byłby… taki.

 – Nie powiem – mruknął w odpowiedzi blondyn z rozbawieniem, po chwili parskając cichym śmiechem. – I nie myśl sobie, że dowiesz się od kogoś innego. Mam zamiar zachować to w sekrecie, żebyś się zupełnie nie spodziewał.
Silas od początku planował przyjechać na kilka dni wcześniej przed urodzinami Xaviera. Sam Weir szczerze nienawidził niespodzianek, lecz dziwną przyjemność sprawiła mu perspektywa zaskoczenia kuzyna w ten sposób. Była to nie lada hipokryzja, ale i tym właśnie czasami Silas bywał – okropnym hipokrytą.

W końcu wybrał spośród wszystkich nieco przymałych lub przydużych ubrań czarny bluzę z kapturem i ciemnoszare spodnie z rodzaju tych modnie przykrótkich.
Gdy zaś ubrany wrócił do pokoju gdzie czekał na niego równie wyszykowany Xavier – jego twarz na widok tego, co ubrał chłopak rozjaśniła się.
 – Szukałem tej koszulki chyba milion razy u siebie, a cały czas była tutaj – powiedział z wyraźnym entuzjazmem Silas i podszedł bliżej do Xaviera, który nadal – dokładnie tak samo jak on sam – miał mokre włosy. Przez chwilę nie mógł oderwać oczu od Xaviera.
Wówczas jednak wcale nie patrzył na dawno zaginioną koszulkę, a na twarz Lee.

 – Chodź – odezwał się po chwili ponownie i zrobił krok w kierunku drzwi, widocznie wycofując się z działania, które jeszcze chwilę temu chodziło mu po głowie. – Zjemy śniadanie – dodał i wyszedł z pokoju, oczekując, że Xavier ruszy w ślad za nim.

Po chwili obydwaj już byli w kuchni – rozległym pomieszczeniu połączonym z salonem i wyjściem na taras.
 – Na co masz ochotę? – spytał Weir, dopadając lodówki i otwierając ją, by otaksować krytycznym spojrzeniem jej zawartość. – Nie jesteś wegetarianinem, prawda? – spytał z delikatnym rozbawieniem Silas, zerkając przez ramię na kuzyna i po chwili wracając do oglądania kolejnych półek w lodówce.
Nie miał pojęcia, że tak trudno mu będzie kiedykolwiek zachować spokój przy Xavierze.
Nie miał pojęcia, że na trzeźwo podczas konfrontacji z nim… będzie się czuł tak bezbronny.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Gru 25, 2016 8:48 pm

Chłopak jedynie westchnął teatralnie na odpowiedź mężczyzny i trzymając w ręku koszulkę, ruszył do szafki nocnej. Dwoma palcami uniósł komórkę i pobieżnie przejrzał wiadomości. Jakieś zdjęcie od siostry, parę linków do głupich filmików od Hudsona, sms od matki oraz jeden od Lory, insynuujący romans z młodym Weirem. Na ten ostatni uśmiechnął się szeroko i zdawkowo zapewnił mamę o sprawnych funkcjach życiowych. W końcu od ślubu pojawił się w domu tylko na parę godzin.  
Odrzucił telefon na łózko, gdy usłyszał z garderoby, iż Silas kończy się ubierać. Naciągnął na subtelnie zarysowane mięśnie brzucha ową koszulkę Prodigy i skierował wzrok na wyjście z pomieszczenia, gdzie chwilę później pojawił się jego kuzyn. Umieścił dłonie w kieszeniach czarnych jeansów, czując delikatne burczenie w brzuchu, na tyle ciche jednak, że Silas go prawdopodobnie nie dosłyszał.

Xavier doskonale pamiętał rozkład pomieszczeń w tym domu. Spędził tu wiele beztroskich chwil dzieciństwa, ganiając się z nieco starszymi chłopcami i unikając piankowych pocisków z plastikowych pistoletów, a także to tutaj upił się po raz pierwszy i pod czułym okiem Silasa wraz z przyszłym szwagrem wymiotował do zlewu w kuchni.
Właśnie tam zmierzali – do kuchni. Gdy Silas buszował w lodówce, on usadowił się, jak robił to za czasów dzieciństwa, na blacie. Na pytanie kuzyna na usta cisnęła mu się tylko jedna odpowiedź, od wypowiedzenia której ledwie się powstrzymał.

-Jestem weganem – odpowiedział z pełną powagą, łapiąc chwilowy kontakt wzrokowy z Silasem. Gdy natomiast odwrócił się do Lee raz jeszcze, tym razem w delikatnym szoku, chłopak posłał mu rozbawione spojrzenie. – Mogą być tosty.

Chwilę nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów z głębi domu, by upewnić się, że państwo Weir opuścili posiadłość. Mając zupełną pewność o ich absencji, zahaczył o kaptur mężczyzny i przyciągnąwszy go do siebie, wcisnął mu ów kaptur na mokre włosy. Obdarzywszy go mocno rozbawionym spojrzeniem, złożył na różowych ustach przeciągły pocałunek. Myślał o tym odkąd się przebudził, lecz do tej pory nie miał okazji, ani odpowiednich okoliczności.

Dziecinny humor dopisywał mu tego ranka. Gdy zasiedli przy przestronnym oknie z miłym widokiem, Xavier zaczął bawić się jedzeniem. Być może to sentymentalne znaczenie tego miejsca oraz wspomnienia poukrywane na każdym rogu wywołały w nim ten godny pożałowania stan.
Właśnie ucieleśniało się skryte marzenie chłopaka. Znowu jadł śniadanie z Silasem, jakby nic nie zmieniło się na przestrzeni ostatnich lat. Jakby jego kuzyn wcale nie wyjechał z Kanady, a Zachary Weir nie umarł. Jakby to było tylko kolejne nocowanie, których kiedyś było tak wiele. Z tą różnicą, że tym razem nie byli tylko przyjaciółmi. A mimo tej chwilowej sielanki, coś wciąż go niepokoiło i wywoływało delikatny stres w żołądku.
Silas za parę godzin ponownie opuści Kanadę. Znów nie zobaczą się przez długi czas. Czuł się jak ten młody nastolatek, którego kuzyn właśnie wylatywał na studia. Znowu obiecywali sobie kontakt, codzienne telefony, smsy. W głębi duszy Xavier obawiał się, że rozłąka potoczy się tak samo, jak wtedy.

Odrywając skórkę z kromki, podniósł w końcu wzrok na niego i zaczekał, aż ten zrobi to samo.

-Nie zapominaj o mnie w tym Nowym Jorku, okej? – mruknął, odkładając chleb na talerz, a sięgając po dżem.

Proszę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Gru 25, 2016 11:50 pm

Przez jego ciało przeszedł niebezpiecznie przyjemny dreszcz, gdy jego ciało nagle znalazło się bliżej Xaviera. Czuł się przy chłopaku lepiej niż przy kimkolwiek innym z kim zdarzało mu się wchodzić w tak bliskie kontakty fizyczne.
Przy Xavierze wszystko inne wokół przestawało mieć jakiekolwiek znaczenie.

Od razu po tym jak niechętnie oderwał się od kuzyna i posłał mu lekko onieśmielone spojrzenie, zabrał się za przygotowywanie obydwu im śniadania. Tosty nie były nader wymagającym daniem, a zatem poszło mu to szybko. By dopełnić nakrycia stołu potrzebował jeszcze kilku słoików dżemu oraz pozostałych losowych dodatków.
Gdy wszystko już stało gotowe na stole pod oknem wychodzącym na taras i jezioro – Silas oraz Xavier zajęli miejsca naprzeciw siebie po czym zabrali się do zjadania pokaźnego stosiku tostów oraz wypijania swoich kubków aromatycznej kawy.

Ciszę przerwał głos Xaviera i jego prośba, której absurdalność i trafność zarazem uderzyły Silasa z ogromną siłą.
Pierwszym co przyszło mu na myśl była odpowiedź Nigdy w życiu. lub Jakże bym śmiał?. Od razu z miejsca obydwie odrzucił, gdyż brzmiały nader nieprawdziwie i fałszywie w obliczu tego, jak Silas potraktował ich kontakt w przeciągu tych kilku lat, gdy… zupełnie się do siebie nie odzywali.
Ze strachu. Ze strachu tak przejmującego, że nie sposób było go przezwyciężyć wtedy samemu. Silas bał się wtedy tak wielu rzeczy. Zarówno tego, kim się stawał jak i tego co czuł wobec ludzi, których podobnymi uczuciami nie powinien darzyć. Wolał odciąć się zupełnie od życia, od miłości i od zdrowego funkcjonowania. Podobne decyzje doprowadziły go na skraj przepaści.
Następnie Silas potrzebował już tylko jednego kroku, by do niej wpaść i wreszcie ze sobą skończyć.

Uśmiechnął się lekko do Xaviera, wstrzymując się z jedzeniem i obdarzając chłopaka przeciągłym spojrzeniem błękitnych oczu.
 – Nie pozwól mi o sobie zapomnieć – odpowiedział po czym podniósł się ze swojego miejsca, by napełnić swój kubek nową dawką kofeiny oczekującej na wypicie w dzbanku. Wracając na miejsce, z którego chwilę wcześniej wstał, jego dłoń zmierzwiła lekko jeszcze wilgotne włosy Xaviera.
Silas po chwili opadł z powrotem na krzesło i znów się odezwał.
 – Dzwoń i pisz do mnie kiedy zechcesz. – Jego spojrzenie spoczęło niemalże w naturalny sposób na młodszym kuzynie.

***

Następne chwile wolnego nadal czasu minęły im na graniu na konsoli i na mimowolnym lgnięciu do siebie na tyle mocno, że w pewnym momencie Silas zauważywszy to jak blisko siebie się znaleźli i w jakiej pozycji – przegrał rozgrywkę w Mortal Kombat. Gdy tylko Xavier wykończył jego postać w pierwszej od wielu wygranej turze – Silas już odruchowo nie odpalał następnej, a zamiast tego zaatakował coś dużo bardziej fizycznego niż przeciwnik, którym grał Xavier mianowicie… usta chłopaka.

 – Wybacz. Nie mogłem się powstrzymać – mruknął z rozbawieniem Silas, leżąc na Xavierze z jego biodrami pomiędzy swoimi nogami i jego dłońmi na swojej talii.
Silas nawet nie potrafił określić tego, jak bardzo lekkomyślne było to, co właśnie robili z Xavierem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pon Gru 26, 2016 4:02 am

Beztroska powróciła wraz z podjęciem się rozgrywki w mortal kombat. Mimo wszelkich starań i uprzednio wygranych rozgrywek z Hudsonem, wciąż przegrywał. Po kolejnej porażce postanowił wprowadzić w życie pewien plan. Wykorzystując bliskość, w jakiej się znajdowali, od niechcenia zarzucił na Silasa nogę, wplątując ją w zgięte ciało mężczyzny. Jak się okazało - plan wypalił i już za chwilę Xavier wygrał swą pierwszą partię dzisiaj. Nim jednak zdołał się jakkolwiek ucieszyć, jego usta zostały przykryte przez wargi Silasa. Poczuł na sobie jego ciężar, a dopiero po chwili - gdy pierwsze oszołomienie minęło - zdał sobie sprawę z ich aktualnej pozycji. Odrzucił pada na bok i pogłębił pocałunek, umieszczając swoje dłonie na jego talii. 
Zsunął swoją dłoń, zahaczając o pasek w spodniach i odpowiedział kuzynowi uśmiechem. Xavier również ledwo powstrzymywał się przed wieloma rzeczami. 

-Rozumiem, że to była moja nagroda za zwycięstwo? - mruknął zalotnie, po czym roześmiał się na głos. Jego śmiech miał ton mocno zbliżony do dziecięcego - szczery i swobodny. 

Lee przestał się już nawet obawiać o ewentualny wcześniejszy powrót rodziców Silasa. Teraz jedynym, co wypełniało jego myśli był ich syn. Bosą stopę oparł o stolik, a druga dłoń podążyła do twarzy, gdzie kciuk przejechał po wciąż wilgotnych wargach Weira. Chłopak nachylił się i pocałował kuzyna. Pocałunek ten był namiętny, dużo bardziej niż którykolwiek wcześniej. Niczym ostatni pocałunek żony żołnierza, żegnającej go na peronie. Jedna z rąk w tym czasie zsunęła się aż na pośladek mężczyzny. Gdy w końcu Xavier oderwał się od niego, zatopił wzrok w głębokich jasnych oczach Silasa, a drugą ręką poprawił kosmyk mokrych blond wlosow, opadający na twarz i łaskoczący Lee. Na różowych ustach pojawił się mimowolny uśmiech.

Wtedy rozległ się dźwięk telefonu Silasa, który niespiesznie zwlókł się z ciemnowłosego chłopaka i ruszył w kierunku kuchni.  Xavier tylko obrócił się i śledził go wzrokiem z kanapy. Niemałe zdziwienie wywołał w nim powód przerwania "gry". Zmarszczył brwi na widok starszego kuzyna połykającego jakieś tabletki, jednak wolał nie pytać i zostawić odpowiedź na inny moment. 
Następnie wybrzmiał SMS od pana Weira, oznajmiający, że za chwile będzie pod domem i chłopak powinien zbierać swoje rzeczy. Przeczytawszy to na głos, Xavier odetchnął cicho i spróbował zapomnieć o wszelkich uprzednich lękach dotyczących przyszłości. Odłożył telefon na stolik i przeskoczył oparcie kanapy, idąc prosto do blondyna. To była prawdopodobnie ostatnia szansa, by to zrobić. Na pewno ostatnia na okres tych kilku tygodni.
Chłopak zacisnął pięści na bluzie kuzyna i pociągnął go do siebie. Była w tej akcji odrobina agresji. Co miało być delikatnym i romantycznym pocałunkiem pożegnalnym, przerodziło się w zaciętą walkę języków. 

Czemu znowu mnie zostawiasz?

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Askella dnia Czw Gru 29, 2016 3:45 am, w całości zmieniany 2 razy (Reason for editing : pisałam to śpiąc ,_,)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Czw Gru 29, 2016 4:14 am

Pożegnania zawsze były dla Silasa najtrudniejszą chwilą spośród wielu niedogodności mieszkania daleko od domu. Zazwyczaj obywało się bez łez i kończyło się na chłodnych i mało przyjaznych uściskach… i to właśnie w pożegnaniach było najtrudniejsze. Nikt tu za sobą nie tęsknił, bo Silas był dorosły i teraz już według oceny ojca, który manipulował matką, Silas nie potrzebował na tyle dużo ciepła, nie potrzebował wsparcia ani odwiedzin.
Silas radził sobie sam, bo takie zasady nakreśliło przed nim wychowanie.
Wszystko było proste, nie było potrzeby komplikować spraw uczuciami. Silas wychowywany był na robota, a nie na człowieka. Na maszynę do zarabiania milionów.
A to wszystko… doprowadzało dwudziestoparolatka do łez, emocji, pustki i samotności. To wszystko z czasem stało się to jego osobistym dramatem i problemem… natury psychologicznej.

 – Silas – odezwał się głos mężczyzny na siedzeniu z przodu. Chłopak podniósł wzrok na lusterko, w którym jego właśne spotkało się ze spojrzeniem ojca. – Zdajesz sobie sprawę z tego, że nie możesz nie odbierać telefonów od Mortensena?
Brwi blondyna zmarszczyły się znacznie na dźwięk nazwiska przełożonego. Nie cierpiał tego nazwiska, a nienawidził go jeszcze bardziej, gdyż jego ojciec od kilku lat bez przerwy mielił w gębie to nazwisko z najwyższym uwielbieniem.
 – Mortensen doskonale wie, że mam wolne. Osobiście zanosiłem mu papiery i rozmawiałem z nim o tym na dwa tygodnie wstecz – cedził, ledwie się powstrzymując przed wypluciem z siebie całego jadu. – I jakąkolwiek sprawę ma do mnie ten Mortensen, to może poczekać aż wrócę z urlopu.
Chłopak zdjął nieprzyjemne spojrzenie z oczu ojca i przeniósł je na siedzącego obok Xaviera. Widok kuzyna przywołał go w trymiga do względnego porządku.
Następnie w samochodzie nastąpiła idealna cisza, której nie przerywało nawet radio, które było wyłączone jak zwykle.
Ów cisza przytłaczała Silasa, który z powrotem począł się rozglądać na wszystkie strony, wyjmować telefon i obracać go w dłoni, by następnie odetchnąć kilkakrotnie w celu uspokojenia nerwów.
Wkrótce mieli dojechać na lotnisko.

Ojciec Silasa zaparkował samochód z łatwością i ku zdziwieniu Silasa – zaoferował się w niesieniu walizki syna. Nie była ona ciężka jednak chłopak uznał to za gest dobrej woli ze strony ojca, który zapewne po prostu nie chciał wyglądać jak nie na swoim miejscu wlokąc się za dwójką dzieciaków.

 – Twoje urodziny są niby za miesiąc, ale powiedz mi… co byś chciał przypuszczalnie dostać ode mnie? – spytał blondyn, powoli krocząc holem lotniska tuż obok Xaviera i z ojcem kilka metrów dalej za sobą.
 – Chciałbym w końcu kupić ci coś normalnego zamiast naiwnie przelewać pieniądze na konto twojej matki… – Bo to właśnie robił rokrocznie Silas przez ostatnie kilka lat – wysyłał matce Xaviera sumy pieniędzy na tyle duże, by były w stanie pokryć koszt firmowej zabawki elektronicznej.
Silas nigdy jednak nie odważył się wysyłać prezentów chłopakowi w postaci już zakupionego przedmiotu. Weir najzwyczajniej w świecie nie był pewien czy to, co kupi Xavierowi, spodoba mu się.

Z każdym krokiem byli coraz bliżej miejsca odprawy lotu w kierunku Nowego Jorku. Silas coraz bardziej się bał i stresował.
To tylko miesiąc…
Kolejne spojrzenie na Xaviera uświadomiło mu jak wielu takich pożegnań udało mu się uniknąć przez te lata. Było w tej myśli coś równie gorzkiego jak przynoszącego ulgę.
Nic nie było proste, gdy w grę wchodziły uczucia.
I Silas miał się już w następnej chwili o tym przekonać, bowiem dotarli do miejsca odprawy.

W pierwszej kolejności pożegnał się krótkim uściskiem z ojcem, który życzył mu przyjemnej podróży
i wtedy właśnie nadeszła kolej na pożegnanie z Xavierem.
Objął ciasno kuzyna, by następnie potrzymać go przez moment jeszcze w ramionach i w końcu w bólem serca puścić. Posłał mu delikatny uśmiech po czym się odezwał.
 – Do zobaczenia za niedługo.
Bo przecież nikomu nie pisana od początku była samotność i każdy zasługiwał na… miłość?

Silas po raz ostatni spojrzał przez ramię na Xaviera zanim ruszył w kierunku wejścia na pokład.
Pożegnania były ciężkie, ale to właśnie dla powrotów warto było znieść ból rozstania z kimś, za kim pozwalało się sobie tęsknić.

Wrócę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Gru 30, 2016 3:31 am

Gdy Xavier wrócił do domu, a właściwie zatrzymał się przed drzwiami, obserwując, jak pan Weir odjeżdża, przywitała go cisza. Pusty dom ogłuszał go swoją… pustką. Bez przedślubnej krzątaniny Romy, czy kręcącej się bez większego celu matki budynek zdawał się nie żyć. Zmianę można było odczuć już na progu. Lee przeszukał kieszenie, a nie znalazłszy żadnej paczki papierosów, usiadł na schodach. Cały ten czas palił od Silasa, więc nie potrzebował kupować swoich. Oparł głowę na dłoni i sięgnął do kieszeni, znajdując drobniaki.
 Jakiekolwiek zdolności matematyczne opuściły go wraz z Silasem i Xavier przyłapał się na problemach z prostym dodaniem do siebie dolarów i centów. W końcu, po niemałej pomocy kalkulatora w telefonie, chłopak doliczył się prawie $11. Następnym przystankiem stał się więc sklep, gdzie zakupił najtańszą paczkę i bynajmniej wrócił do domu. Wypalając jeden za drugim, szedł przed siebie.
Co chciałbym dostać na urodziny?
To pytanie nie dawało mu spokoju. Nigdy nie potrafił odpowiedzieć na to proste pytanie. O ile w dzieciństwie mógł wybrać jakąkolwiek przypadkową zabawkę, tak teraz mu nie wypadało. A obiecał Silasowi dostarczyć odpowiedź jak najszybciej.
 
Xavier zatrzymał się gwałtownie, zmuszając mężczyznę za nim do raptownego hamowania.
Co rok miał tylko jedno życzenie: by mógł zobaczyć się z Silasem. Co rok także jego nadzieje obumierały wraz z przychodzącym przelewem.
Na ten moment, po odrobieniu z Weirem części straconych lat, chciał tylko, by jego kuzyn dotrzymał obietnicy. By o nim nie zapomniał. By wrócił za miesiąc.
 
Po ostatnim rozstaniu chłopak przysiągł sobie, że nigdy więcej nie będzie za nikim tak tęsknił. Ponowił obietnicę, gdy zmarł Zachary. Teraz zaczynał wątpić w siebie i swoją silną wolę.
Potrzeba mu było zajęcia. Czegoś, co zajmie jego myśli i nie pozwoli rozmyślać o kuzynie. Najlepszym wyborem okazał się być bar Johna.
 
Xavier spojrzał na zegar i zorientował się, że od wylotu Silasa minęły już dwie godziny. To znaczyło, że od niecałej godziny powinien być w Nowym Jorku.
Chłopak zamknął ciężkie drzwi awaryjne i oparł się o nie, zjeżdżając w dół. Kucając wybrał odpowiedni numer i przymknął oczy, słuchając dźwięków wychodzącego połączenia.
Ponownie wróciło wspomnienie próby utrzymania kontaktu wtenczas. Wszelkie uczucia omamiły jego umysł, a w uszach dzwoniło od beznadziejnych myśli młodego Xaviera Weira.
 
Ogłuszający hałas przerwał spokojny głos kuzyna. Wszystko ucichło w momencie, gdy usłyszał aksamitny ton, który towarzyszył mu przez kilka ostatnich dni.
 
-Ch… Ja… - wydukał ciemnowłosy chłopak, po czym odetchnął głęboko i podjął się próby zadania pytania raz jeszcze. – Jak ci minął lot? – na jego ustach pojawiło się nawet  coś w rodzaju uśmiechu.
 

Tylko miesiąc.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Gru 30, 2016 5:42 pm

Bycie dorosłym, pracującym człowiekiem obfitowało w masę obowiązków i już od momentu, w którym Silas wsiadł do samolotu – zaczął on myśleć o tym, jakim cudem Mortensen jeszcze jest uznawany powszechnie za człowieka. Gdy Silas otworzył maila z poleceniem wypełnienia miliona dokumentów i analizą ich uprzednią – Silas niemal na miejscu dostał zawału.
Najwyższa pora była , by wrócić do swojego codziennego trybu życia i do pracy.

Jeszcze zanim dotarł do domu – zdołał wykonać jedną trzecią pracy zadanej mu przez szefa. Nie przerwał nawet na moment, gdy wsiadał do taksówki i jechał do domu przez zakorkowany bardziej niż zwykle Nowy Jork.
W domu ostatecznie był o szóstej, głodny jakby nie jadł przynajmniej od dwóch dni.
Zawahał się jednak mimo pośpiechu przed otworzeniem drzwi swojego apartamentu. W środku z pewnością pewnie było zimno, cicho i ciemno, a w lodówce panowały pustki, na ziemi stały kartony z jego rzeczami.
Zanim dojdzie do sypialni – trzy razy pomyśli o tym jak długo spadałby z dachu tego wieżowca, gdyby zdecydował się na śmierć.
Silas odsunął na chwilę myśli o samobójstwie na bok.
Musiał w końcu skończyć pracę poleconą mu do wykonania przez Mortensena.
Westchnął zatem przeciągle i otworzył drzwi mieszkania. Przywitała go ciemność.

Nie trudził się zapalaniem wszędzie światła, na zewnątrz nagle się rozpadało, a w każdym kącie apartamentu Silasa i tak było głucho i cicho. W jakim celu Weir miałby jeszcze marnować prąd? Potrzebował tylko czegoś do jedzenia i mógł wracać do pracy, której termin wykonania był… na jutro.
Oznaczało to, że Silas ma przed sobą jeszcze kilka godzin pracy i nieco mniej godzin snu.
Weir zamknął zatem lodówkę z głośnym warknięciem na ustach i sięgnął do kieszeni po telefon, by wykręcić telefon do pierwszej lepszej restauracji serwującej dostawę do domu.
Już w parę minut później zamówił jedzenie, a następnie po ciemku nalał do szklanki wodę i wyjął z szafki pod blatem tabletki, które połknął, popijając ów wodą.

Niemrawo skierował swoje kroki ku sypialni, gdy wtem telefon rozdzwonił się niespodziewanie w jego kieszeni. Czyżby restauracja miała do niego jakiś interes w związku z zamówieniem?
Silas leniwie wyjął urządzenie z kieszeni i zamrugał, niedowierzając, gdy na wyświetlaczu ujrzał imię oraz zdjęcie swojego kuzyna, z którym to rozstał się parę godzin temu.
Czym prędzej przesunął zieloną słuchawką po ekranie i przyłożył telefon do ucha po czym bąknął ciche halo.

Uśmiechnął się na dźwięk jego głosu oraz na brzmienie pytania, które zadał chłopak.
Dobrze. Pracowałem. Mam zamiar właściwie nie robić nic poza tym aż do nocy – odparł i usiadł na kanapie w salonie, zapalając po drodze światło. – Nie mam nawet czasu zrobić zakupów, a mam zupełną pustkę w lodówce – dodał, parskając po chwili gorzkim śmiechem i zerkając w stronę najbliżej stojącego kartonu. Po chwili namysłu podniósł się i przykucnął przy nim, a otworzywszy go – zobaczył, że w środku znajdują się takie rzeczy jak sprzęty kuchenne typu toster, ekspres do kawy i żaroodporne naczynia. Skąd to wszystko się tu wzięło?
A ty co robisz? – spytał w końcu, domyślając się nawet mniej więcej co też Xavier mógł robić.

Głos chłopaka znacznie go uspokoił, a zaistnienie tej spontanicznej rozmowy poprawiło mu także niespodziewanie humor. Wszystko wskazywało na to, że zamieszkanie Xaviera wraz z Silasem było doskonałym wyjściem dla Silasa i jego… humorków.
Tęsknię za tobą, Xave – wymruczał blondyn do telefonu, opierając głowę na obiciu kanapy, na której usiadł od razu po tym jak porozstawiał sprzęty kuchenne po blacie.
Nie wiem czy uda mi się przeżyć bez ciebie ten miesiąc – zaśmiał się, jednocześnie uświadamiając sobie jak niebezpiecznie prawdziwie brzmiała jego wątpliwość.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Sob Gru 31, 2016 12:09 am

Xavier odepchnął się od drzwi i wstał, z trudem łapiąc równowagę. Wygrzebał paczkę papierosów z kieszeni i zaczął krążyć w kółko, miętosząc ją w prawej dłoni.
-Musiałem się czymś zająć… wiesz, zająć myśli… więc siedzę w barze. To znaczy pracuję – dodał nieco głośniej, gdy dotarło do niego brzmienie jego wypowiedzi.
 
Słowa mężczyzny wywołały na jego ustach uśmiech większy, niż by się spodziewał.
-Ja też tęsknię… - minęły zaledwie dwie godziny, a jednak perspektywa miesięcznej rozłąki, tuż po krótkim spotkaniu po tylu latach, napawały go tym samym lękiem, co gdy był dzieciakiem.
-Musisz przeżyć – oburzył się Lee, odpalając papierosa. – Musisz być tu na moje urodziny  – mruknął, akcentując słowo ‘musisz’, jednak po chwili roześmiał się.
Niedługa i niezobowiązująca rozmowa z pozoru beztroska jak za dawnych czasów, a jednak skrywała niepewność przed przyszłością. Miesiąc. Tak wiele może wydarzyć się przez ten czas.
 
-Jeśli chodzi o prezent… - podjął się w końcu tematu, na który wciąż nie znał odpowiedzi – to… to może być naprawdę cokolwiek. Zależy mi tylko, żebyś tu był.
Dokończył mimowolnie zniżając głos. Niezależnie jak tanie czy dziecinne to będzie, jeśli wręczy to Silas – uszczęśliwi go.
 
Z bólem serca pożegnał się i jeszcze bardziej niechętnie rozłączył, gdy w drzwiach pojawił się inny pracownik baru, informujący o nagłym natłoku klientów. Zawsze zjawiali się w nieodpowiednim momencie. Z drugiej strony jednak ucieszył się, że tak błaha rzecz zajmie go i w końcu przestanie myśleć o Silasie lub, co gorsza, o ewentualnych niepowodzeniach. Z całego serca pragnął, by ostatnie lata się nie powtórzyły. Doskonale pamiętał, jak ciężko mu było, gdy kontakt upadł. Zwłaszcza, że nie miał teraz ojca, który by go pocieszył.
Miesiąc.
Odetchnął głęboko i wcisnął telefon do kieszeni. W środku natomiast panował mniejszy harmider, niż Xavier się spodziewał. Od współpracownika dowiedział się, że jakiś chłopak go szuka i to pilne. Jego pierwszą myślą był Silas. Jeśli wcale nie wyleciał? Jeśli postanowił zrobić mu najgłupszą niespodziankę, o jakiej był w tej chwili wstanie pomyśleć Lee?
Odrzucił jednak tę możliwość, przypominając sobie przytłumione odgłosy deszczu w słuchawce. Tutaj zdecydowanie nie padało. Uśmiechnął się gorzko do siebie, odbierając zamówienie pewnej starszej kobiety. Przy końcu lady zauważył natomiast blond włosy, niezaprzeczalnie należące do Isaaca. Faktycznie, mieli się spotkać, a Xavier zupełnie o nim zapomniał. Zapomniał także, że musi wrócić do szkoły, ponieważ jeśli się nie wyciągnie, to nie dostanie się na Columbię.
A gdyby nie dostał się na tę uczelnię, jego życie z pewnością by się posypało. Odkąd Silas przekonał go do tego pomysłu, myślał tylko o tym.
Zabrakło mu tylko czasu, by powiedzieć o tym matce, która od kilku lat była dla niego najważniejsza. Poza tym Hudson także powinien znać jego plany.
 
Nim w końcu dotarł do byłego chłopaka, zdążył po drodze obsłużyć kilka osób. Zaproponował Isaacowi dolewkę trunku, który właśnie dopił, lecz ten odmówił i poprosił o coca-colę. Krótko wytłumaczył się z braku kontaktu przez te kilka dni i sam nalał sobie napoju.
 
-Co dzisiaj robisz?
Opłakuję kuzyna.
-Nic – odpowiedział z uśmiechem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Wto Sty 03, 2017 1:35 am


KILKA TYGODNI PÓŹNIEJ

 – Weir, szef pyta o to, gdzie położyłeś tamte kontrakty, które miałeś przejrzeć i zanalizować.
 – Na biurku jego sekretarki. Zawsze je tam kładę – odpowiedział Silas ciemnowłosej kobiecie i wrócił do klikania w klawisze laptopa. Kobieta na chwilę zniknęła i Weir już myślał, że na tę chwilę miałby spokój, gdyby nie fakt, że wróciła w kilka minut później.
 – Szef cię prosi do siebie – powiedziała niepewnie i zamrugała gwałtownie w odpowiedzi na intensywnie zdenerwowane spojrzenie blondyna.
 – O co mu chodzi? – warknął mężczyzna, podnosząc się ze swojego krzesła.
 – Nie może ich znaleźć – odparła nieśmiało i podążyła za wyższym od siebie o wiele Silasem.
Dwudziestoparolatek pokręcił głową w dezaprobacie i wkroczył przez rozsuwane drzwi.
Sekretarki nie było tam, gdzie zazwyczaj siedziała. Najczęściej można było ją znaleźć przy własnym stanowisku tuż pod szklanymi drzwiami biura szefa Weira – Mortensena.

Silas zaproszony do środka – wszedł. Ciemnowłosą kobietę, asystentkę Mortensena, zostawił za sobą.
Mężczyzna siedział przy biurku, rozmawiając przez telefon, wiercąc się delikatnie na obrotowym krześle. Gdy zauważył Silasa, posłał chłopakowi uśmiech i gestem nakazał mu, by ten poczekał.

Weir nie cierpiał mężczyzny. Kai Mortensen od zawsze wydawał mu się być jednym z tych najbardziej fałszywych ludzi, na których w życiu można wpaść tylko raz czy dwa bowiem poziom sztuczności w ich krwi przekracza jakąkolwiek średnią.
Nie można było odmówić mężczyźnie sprytu, inteligencji, charyzmy czy zdolności przywódczych. Mortensen piął się górę hierarchii w zastraszającym tempie. Zaczynał jako syn miliardera, także prezesa firmy, a kończył jako prezes spółki zbudowanej owszem na fundamentach poprzedniej, ale ta należała w zupełności do niego. Wraz z ojcem do pewnego czasu tworzył zgodny koncern.
Obecnie Mortensen zarządzał również częścią zmarłego przed wielu laty ojca, a jako jedyny spadkobierca fortuny… był cholernie wpływowym człowiekiem.
Mężczyzna nie miał jednak syna, a zatem z tego samego powodu ojciec Silasa z takim zaangażowaniem starał się o miejsce dla syna w szeregach Mortensena.
Liczył zapewne na to, że Mortensen firmę pozostawi w rękach Silasa, gdy przyjdzie mu się ułożyć do grobu.
A Silas naprawdę nie cierpiał faceta.
W dodatku podejrzewał dlaczego ten nie ma żadnych potomków, potencjalnych dziedziców fortuny.
Mortensen najzwyczajniej w świecie był gejem i mimo, że ukrywał to całkiem nieźle – Silas doskonale wiedział co się święci.

Po kilku kolejnych minutach mężczyzna wreszcie zakończył rozmowę, nieśpiesznie odsunął telefon od ucha, położył go na biurku i odwrócił się w stronę Weira na swoim krześle.
 – Cześć Silas – powiedział wesoło Mortensen i wstał od biurka, by zbliżyć się do kanapy ustawionej w centrum swojego gabinetu. Usiadł na niej i nalał sobie wody z dzbanka do szklanki.
 – Zostawiłem te dokumenty u Stephanie, więc myślę, że już dawno powinna cię była o tym poinformować – odezwał się mało entuzjastycznym tonem Weir, stojąc nadal w tym samym miejscu.
 – Daj spokój z tymi papierami. Pewnie schowała je do szuflady przed wyjściem na obiad. – Jego twarz nadal wyrażała wesołość i promienną szczęśliwość. Silas naprawdę tego nie cierpiał.
 – W takim razie… – zaczął Silas, by wyjaśnić powód dla swojego pojawienia się tu i możliwie jak najszybciej stąd wyjść.
 – Zostań na chwilę. Chciałem z tobą porozmawiać – powiedział, uśmiechając się. – Siadaj.
I Silas usiadł. Niechętnie.
 – Słyszałem, że za tydzień znów bierzesz wolne – zaczął mężczyzna po krótkiej pauzie, którą poświęcił na wpatrywanie się w Silasa.
 – Tak. Znów wracam do domu – wyjaśnił Weir, kierując spojrzenie na szefa.
 – Ostatnio byłeś tam na ślubie kuzynki, prawda?
Silas skinął głową, odpowiadając tym samym twierdząco.
 – To dobrze, że bierzesz wolne, Silas. Ciężko pracujesz.
 – Dziękuję. Cieszę się, że to dostrzegasz.
Mężczyzna nalał wody do drugiej szklanki po czym podał ów Silasowi. Chłopak uśmiechnął się z napięciem i przyjął ów naczynie od Mortensena.
 – Szkoda, że twój ojciec mieszka tak daleko. Rzadko się widujemy. Z chęcią zaprosiłbym go wraz z twoją matką na kolację. – Kolejny uśmiech rozjaśnił twarz mężczyzny. – Tymczasem jestem zmuszony zaprosić jedynie ciebie.
 – Na kolację? – spytał Silas, ukrywając skrzętnie niedowierzanie i gorzkie rozbawienie.
 – Znalazłbyś czas w tym tygodniu? – spytał Mortensen, z nadzieją spoglądając na dwudziestoparolatka.
 – Cóż… – mruknął Silas. – A mam inny wybór? – udał żart Weir.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Sro Sty 04, 2017 12:07 am

Jak się okazało, matematyka była mu niezbędna. Dobre wyniki będą sądzić nad dostaniem się na Columbię. Xavier uświadomił to sobie rozkręcając długopis nad otwartym podręcznikiem. Ten nieszczęsny przedmiot był jego zmorą odkąd pamiętał. Nie tylko zresztą jego - Romy i Silas również nie byli orłami.
Silas...
Podniósł wzrok znad metalowych części i wyjrzał przez okno. Ściemniało niemiłosiernie odkąd zabrał się za lekcje. Spojrzał na zegarek, po czym - uświadamiając sobie godzinę - w panice począł składać długopis.
Od tego zależy moja przyszłość.
Nieszczęśliwie jednak sprężynka odskoczyła, ginąc w ciemności. Chłopak chwile jeszcze obdarzał czeluści tęsknym wzrokiem, mając nadzieje, że niezbędna część długopisu magicznie do niego wróci.
Najlepiej, gdyby wróciły tez jego zdolności matematyczne, tragicznie utracone po trzeciej klasie szkoły podstawowej.
Sięgnął po złamany w pół ołówek, równocześnie czytając po raz kolejny to samo zadanie, a następnie przekartkował zeszyt w poszukiwaniu podobnego w choć najmniejszym stopniu zadania.

Gdy godzinę później ostatecznie uporał się z kolejnym zadaniem - tym razem na własną rękę - oparł się, przeciągając i ziewając szeroko. W komfortowym zalegnięciu na oparciu krzesła przeszkodziła mu jednak jakaś bezwiednie zwisająca część garderoby. Odwrócił się wiec, by odrzucić koszulkę na łóżko, jednak biorąc ją do ręki, zamarł, a po chwili na jego usta napłynął delikatny uśmiech.
Koszulka Silasa.
Faktycznie, obaj o niej zapomnieli, a ta beztrosko zajmowała miejsce przy biurku.

Odłożył t-shirt na biurko i z komórką w dłoni ruszył do okna, gdzie wpierw odpisał na wiadomość sprzed godziny od Isaaca – ustalenie szczegółów jutrzejszego spotkania, a następnie przysiadł na parapecie. Chwilę wpatrywał się w kontakt do kuzyna.
Zadzwonić czy napisać?
Ostatecznie, biorąc pod uwagę godzinę, zdecydował się na drugą opcję. Weir albo jeszcze pracował, albo już spał. Xavier doskonale pamiętał zażalenia Silasa na natłok pracy i ciągłe zmęczenie. Sms był więc zdecydowanie lepszym pomysłem, gdyż zostawiał do dyspozycji więcej czasu na odpowiedź. Lee chwilę myślał nad tym, co potencjalnie mógłby powiedzieć Silasowi, by następnie ująć to w skromne i niezobowiązujące słowa. Rozglądając się w zamyśleniu po pokoju znalazł nie tylko pomysł na wiadomość, ale także zaginioną sprężynkę do długopisu.
 
Zmotywuj mnie do matematyki, proszę.    -Xavier
 
Niezależnie co lub kiedy młody Weir odpowie, chłopak i tak wróci do pracy domowej, motywując się samą myślą o studiach oraz… zamieszkaniu z kuzynem.
 
-Ale najpierw papieros – mruknął do siebie, sięgając do szuflady, a następnie otwierając okno.
Zimno bezgwiezdnej nocy zdawało się nie sięgać wystającego z okna nastolatka, który swój wzrok skierował na księżyc. Ten, jakby w odpowiedzi na młodego gapię, ukrył się za chmurami.
 
Nie wzgardzaj mną. Nie robię nic złego.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Czw Sty 05, 2017 1:15 am

To miał być tylko kolejny dzień z serii tych, które przybliżały Silasa coraz bardziej do spotkania z Xavierem. Przerodził się on jednak w jeden z tych, których Silas osobiście nienawidził najbardziej.
Zaczął się dokładnie tak samo, jak wszystkie inne – poranną rutyną, kubkiem kawy, papierosem na śniadanie i drogą do pracy.

Silas pracował w korporacji, był młody i zarabiał dużo, a zatem, gdy tylko wszyscy wokół zauważyli, że całkiem nieźle mu idzie – ich oczy poczęły odprowadzać chłopaka po korytarzach na każdym piętrze. I w końcu padło hasło – dziwka.
Nie minęły dwa dni, a wieść o kolacji Silasa z prezesem firmy rozeszła się wśród pozostałych pracowników wyższego szczebla – nieco zawistnych, skorumpowanych i sfrustrowanych pryków.

– Nie przejmuj się, Silas – powiedziała Faye, posyłając współpracownikowi promienny uśmiech, na który w odpowiedzi Weir nie mógł się także nie uśmiechnąć delikatnie.
Ale niestety prośba Faye była niemożliwa do spełnienia dla Silasa.
– Jestem pewna, że w końcu im się znudzi. To tylko chwilowe. Są zazdrośni – mówiła dziewczyna, wzruszając co i raz ramionami lub zarzucając niedawno ściętymi włosami. Nadal czekała aż Silas zauważy.
Nie powinienem był się zgadzać na tę kolację… – mruknął, wzdychając ciężko Weir. – Sam się o to prosiłem.
– Nie miałeś wyboru – parsknęła cichym śmiechem. – Szefowi takiemu jak Mortensen się nie odmawia, Silas.
Musiał przyznać jej niechętnie rację, bo choć chciał to zrobić – nie zdołał wykrztusić z siebie odmowy jak gdyby to właśnie była jedyna możliwa droga. Zgoda była jedyną odpowiedzią, na jaką można było sobie pozwolić.

***

Nadeszło popołudnie. Silas wiedział, że to oznaczało cotygodniową wizytę u jego najbardziej znienawidzonego lekarza. Nie nienawidził jednak samej doktor Durante, a dziedziny, którą kobieta nieszczęśliwie się pełniła. Silas był kobiecie wdzięczny za fakt, że gdy rozmawiali starała się nie być sztywna. Pewnie dlatego właśnie tak szybko się dogadali – dobrze im się rozmawiało.

Ciemnowłosa Włoszka powitała go w progach swojego gabinetu, Silas po drodze odwiesił płaszcz na jeden z kilku foteli stojących w obszernym pokoju.
– Jak ci minął dzień, Silas? – spytała beztrosko, zaglądając przelotnie do papierów rozrzuconych po biurku.
Mogło być lepiej – wymruczał Silas, opadając na fotel i zakładając nogę na nogę po czym sięgając po tomik albumu fotograficznego spoczywającego na stoliku nieopodal. Przewertował ów ze znudzeniem, kątem oka zauważając jak Durante zajmuje swoje miejsce na fotelu, odkładając na stolik tacę z filiżankami herbaty i niewielkim imbrykiem.
– Jakieś kłopoty? – spytała, posyłając chłopakowi ciepły uśmiech.
Szef zaprosił mnie na kolację – odpowiedział, a na dźwięk wymownego syknięcia Durante, uśmiechnął się z gorzkim rozbawieniem. – Nie cierpię go. Zrobiłem to tylko dlatego, że nie wiedziałem jak inaczej odpowiedzieć.
– Myślisz, że mógłby mieć do ciebie seksualny stosunek? – Silas dostrzegł w jej głosie niemalże szczerą ciekawość.
Tak sądzę. Chciałbym się mylić. Zupełnie nie miałbym pojęcia jak mógłbym mu odmówić, gdybym dopuścił jakimś cudem do sytuacji, w której znaleźlibyśmy się… – Chłopak zaciął się na chwilę, by wzruszyć ramionami i jeszcze chwilę poszukać odpowiedniego słowa. – …w takiej sytuacji – dokończył, wzdychając bezsilnie.
– Zaznacz wyraźnie granice, a jeżeli to nie pomoże i twój szef spróbuje się na tobie mścić miej na uwadze, że mobbing podlega karze.
Po tych słowach kobieta rozlała do filiżanek herbaty i Silas z lubością przyjął do rąk własnych jedną z nich.
– A teraz opowiedz mi więcej o Xavierze.


***

Pierwszy raz od dawna pił. Pił na umór. Pił, żeby rano obudzić się z potwornym bólem głowy.
Pił, stawiając obok pojemnik ze swoimi tabletkami. Były nowe, mocniejsze.
Silas miał zamiar pić dopóki nie zrobi czegoś głupiego.
Jak mógł kiedykolwiek uważać, że jest wart coś więcej?
Czy kiedykolwiek było mu pisane coś oprócz niż nieszczęśliwej, pełnej cierpienia egzystencji?
Nie chciał prowadzić życia tego, które wyreżyserował mu światopogląd jego rodziców – ludzi ambitnych. Silas nie był obecnie wystarczająco silny, by przeciwstawić się mało gustownemu twierdzeniu, że do ludzi o jakichkolwiek aspiracjach nie należy.
On chce tylko…
Czego?
Zrób to wreszcie!
Na co czekasz?
Później nie ma nic. Możesz się od wszystkiego uwolnić w jednej chwili.
Nie martw się. Zajmę się tym.
Silas słyszał jak chaos jego myśli przytłacza zdrowy rozsądek. Jak mania dochodzi do głosu, ostatecznie odcinając każdą drogę ucieczki z tego wyniszczającego stanu.
Bo chciał w nim trwać. Wydawało mu się, że jedynie w tej chwili jest tak naprawdę sobą.

Zmotywuj mnie do matematyki, proszę.

Wiadomość wpłynęła na jego telefon i mimo początkowego sprzeciwu – Silas sięgnął po telefon, wbrew niechęci własnego umysłu.
Rozbieganym spojrzeniem oglądał wiadomość, zamiast ją w rzeczywistości przeczytać.
W końcu jednak treść dotarła do niego i trzęsącymi się dłońmi zabrał się za stukanie informacji zwrotnej.

Śpię nago.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pią Sty 06, 2017 3:20 am


Xavier Lee nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek wda się w konwersację z księżycem. W dodatku schowanym za chmurą.
Ale nigdy też nie spodziewał się, jaka więź połączy go z kuzynem.
Rok niespodziewanek.
Wywód nad etycznością jutrzejszego spotkania przerwał mu dźwięk mimowolnie wyczekiwanej wiadomości. Chwycił telefon, zajmujący niebezpieczne miejsce na zewnętrznym parapecie, a po zapoznaniu się z odpowiedzią, przedmiot omal nie przyjął nowego miejsca – pięć metrów poniżej, na betonie.
Wyglądało na to, że papieros nie miał tyle szczęścia, bo już po sekundzie obserwował go niknącego w ciemności, by po chwili jako dogasające czerwone światełko odbić się od dna owej ciemności.
Chłopak wrócił do pomieszczenia i oparł się o ścianę obok, by jeszcze raz w spokoju przeczytać wiadomość.
Nago.
To zdecydowanie mu pomoże w skupieniu się. Teraz, gdy przed oczami widniało wyobrażenie nagiego mężczyzny, matematyka pójdzie mu jak z płatka.
Zdecydowanie.
Z drugiej jednak strony, jeżeli Silas rzeczywiście sypia nago, to właśnie takie widoki będzie mu dane admirować co wieczór. O ile dostanie się na Columbię.
 
Rozumiem, idę się uczyć. Status misji: zaliczona.    –Xavier
 
Raz jeszcze przeczytał wysłaną odpowiedź i zjechał po ścianie, po czym ukrył głowę w ramionach, uprzednio odkładając telefon na bok.
 
-Dlaczego o tym myślę. To niestosowne. Nie patrz tak na mnie – prawie załkał do księżyca. Podniósł się jednak i klęcząc, wyjrzał na nieszczęsnego satelitę – Nie mów mi jak mam żyć. Będę myślał o czym zechcę – chłopak urwał, marszcząc brwi. – Co ja właściwie robię?
 
Chłopak podniósł telefon i zdecydowanym krokiem wrócił do biurka. Matematyka była w tej chwili priorytetem, a Silas nagrodą. Odetchnął więc głęboko, nie otrzymawszy do tej pory odpowiedzi - wyciszył telefon i z uśmiechem przegranego chwycił ołówek.
Zadanie numer trzy.
 
***
 
-Brown, Lee. Zamknijcie się w końcu – donośny głos nauczyciela matematyki oderwał chłopców od dotychczasowego zajęcia-bynajmniej zadań matematycznych.
Hudson od paru dni rozplanowywał imprezę urodzinową Xaviera, ekscytując się tym bardziej niż solenizant. Już koło godziny dziesiątej zdążył poprawić plan trzy razy.
Właściwie urodziny Xaviera wypadają w niedzielę, lecz piątkowa noc wydała się najlepszym terminem do zaproszenia młodzieży zamierzającej się upić. Sam bohater nocy nie miał zamiaru stronić od jakichkolwiek procentów – to jego noc, jego dom i jego alkohol.
Na młode usta wpłynął szeroki mimowolny uśmiech, gdy chłopak przypomniał sobie ostatnie zabawy z alkoholem. Zaraz jednak uśmiech znikł, gdy uświadomił sobie, że rzeczywiście ostatnim skończyło się to … nieprzyjemnie. Ten sam uśmiech raz jeszcze wrócił, gdy przed oczami pojawił mu się śpiąco pijany Silas, bujający się na łóżku.
Xavier wyprostował się na krześle, po czym pod warunkiem nie odzywania się słowem do końca lekcji, wyszedł do łazienki. Gdy tylko znalazł się poza klasą, wyciągnął telefon i wrzucając do ust pastylkę gumy do żucia, wystukał SMS do protagonisty jego aktualnych myśli.
 

Nadal nie zdradzisz mi, kiedy będziesz?    -Xavier

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Askella dnia Nie Sty 08, 2017 9:13 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Sob Sty 07, 2017 1:25 am

Uśmiechnął się na treść wiadomości od Xaviera, którą chłopak wysłał mu w odpowiedzi na poprzednią sugestywną Silasa.
Weir nawet dla Xaviera mógłby rzeczywiście zacząć spać nago.
Na myśl o spaniu – Silas ziewnął krótko po czym skontrolował godzinę na telefonie.
Najwyższa pora.
Silas spojrzał jeszcze po raz ostatni na alkohol, swoje tabletki i szklankę z niedopitym whisky trzymaną w swojej dłoni. Odłożył ów na ziemię i wstał z podłogi, by swoje chwiejne kroki podjąć ku łazience.
Nie mógł się przecież zabić teraz.
Obiecał mu przecież, że się spotkają… nieprawdaż?

***

Do kolacji z szefem nadal miał kilka godzin, które miał zamiar przeznaczyć na przygotowania i skromny obiad.
Nadal nie miał pojęcia czy to, co robi jest uzasadnione brakiem wyjścia z sytuacji, w której prezes firmy stawia przed tobą oczywisty wybór – albo masz przesrane, albo idziesz mu na rękę. Silas mógł mieć tylko nadzieję, że nie dojdzie między nim, a Mortensenem do żadnych spięć na tle niemoralnych ze strony szefa propozycji. Silas nie widział innego wyjścia jak odmówić mężczyźnie gdyby ten mu coś zasugerował. Nie miał także zamiaru pić alkoholu tego wieczoru.

W domu Silas był wcześniej niż zazwyczaj. Miał zamiar przebrać zwyczajną białą koszulę i jeansy w coś… stosowniejszego na kolację z szefem.
Nadal jednak zastanawiał się nad tym, czy jego prezent spodoba się Xavierowi. Denerwował się tym niemalże.
No i jak zwykle każda jego myśl… kończyła się na Xavierze.

Paląc poobiedniego papierosa na balkonie, zerknął na wyświetlacz telefonu, by być może napisać do Xaviera przed wyjściem na kolację z szefem, do której powinien w przeciągu dwóch następnych godzin rozpocząć przygotowania. Właśnie w tym samym momencie wpłynęła na jego komórkę wiadomość.
Od Xaviera.

Silas prędko pochwycił urządzenie w swoje ręce i uśmiechając się delikatnie – przeczytał wiadomość.
Mieli się zobaczyć już za kilka dni, podczas gdy urodziny Xaviera miały być w niedzielę, a Silas pojawić się chciał w piątek.
Nie mógł tego zdradzić Xavierowi jednak.
Nie mógł mu powiedzieć przecież, że zobaczą się już pojutrze.

Nie ma takiej opcji, kochanie. Co robisz? Powinieneś być jeszcze w szkole.

Czekając na odpowiedź, dopalał swojego papierosa ze spokojem. Wszystko zmierzało w lepszym kierunku niż kiedykolwiek to się w życiu Silasa zdarzyło. Gdy tylko Xavier dostanie się na Columbię…
Na jego ustach samoistnie wykwitł delikatny uśmiech.
Już niedługo będą mieszkać razem.

***


Włożył na siebie czarny golf, równie ciemną marynarkę i wąskie, ciemnoszare spodnie. Wszystko to składało się na elegancki strój w sam raz… gdziekolwiek Mortensen go weźmie. Oczywiście – Silas nie został poinformowany gdzie konkretnie ma zamiar go wziąć na kolację, a zatem dobranie ubrania stało się pewną zagwozdką. Weir postawił na optymalność i umiarkowaną, nieoczywistą elegancję.
W następnej kolejności ułożył włosy, niewiele w rzeczywistości przy nich robiąc.

Zegar elektryczny na kuchence wskazywał godzinę szóstą popołudniu. Mortensen miał się tu zjawić za pół godziny.
Silas cały czas się denerwował, biegając po mieszkaniu i zastanawiając się czy czegoś nie zapomniał.
W pół godziny później – siedział już w samochodzie Mortensena z jego szoferem, ruszając w nieznanym sobie kierunku.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Sty 08, 2017 9:13 am


Czytając słowo kochanie ścisnęło go nieznacznie w żołądku. Jedyną osobą mówiącą do niego w ten sposób był Zachary, gdy chciał Xaviera rozśmieszyć lub ośmieszyć, ewentualnie parodiując kogoś. Jedno z oczy zaszkliło mu się, na co zareagował szybkim przetarciem go i ruszeniem w stronę toalet. Nie mógł pozwolić sobie na ckliwe sceny na korytarzu szkolnym.
Zatrzymał się przed lustrem i uniósł telefon, robiąc zdjęcie w dowodzie obecności w szkole, po czym wysłał je Silasowi z krótkim i jasnym komentarzem odnośnie swego obecnego zajęcia.

Do samej imprezy zostało mu jeszcze parę dni, natomiast do urodzin niewiele więcej. Mógł więc przypuszczać, że Weir odwiedzi go mniej więcej pomiędzy piątkiem a niedzielą. Oczywiście nie mógł mieć jednak żadnej pewności. Ostatnie obietnice odnośnie spotkań skończyły się… no właśnie.
Póki co postanowił nie przejmować się niczym, ani nie myśleć zbyt dużo o kuzynie, a jedynie zaangażować się jakkolwiek bardziej w planowanie swojej urodzinowej niespodzianki.
Niewiele jednak wiedział, że czeka go prawdziwa niespodzianka. Ellie była bowiem niezwyciężona w dotrzymywaniu jakichkolwiek tajemnic, niezależnie na jak długo. Już za kilka dni dostanie prezent,  jakiego nie spodziewał się nawet w najśmielszych snach.


Ten dzień, piątek, nadszedł zdecydowanie szybciej, niż Xavier się spodziewał.
Szybciej, niż się obawiał.
Lee stał wpatrzony w swą otwartą szafkę właściwie bez większego celu. Jedna z dłoni przesiąkała chłodem metalu, podczas gdy druga spoczywała bezpiecznie w cieplutkiej kieszeni ciemnych spodni. Za kilka minut zacznie matematykę i choć był w pełni na nią przygotowany, wciąż przeszywał go niepokój. Raz jeszcze upewnił się, że odrobił prace domowe i powtórzył w pamięci kilka wzorów z ostatnich lekcji. W teorii był przygotowany na wszystko. Martwił się tylko, że gdy dojdzie co do czego - w głowie zostanie mu pustka.
Może powinienem zrobić ściągi….?
Przejechawszy po równie chłodnym zamku szafki, odrzucił tę myśl. Przecież wszystko wiedział.

Jedna z szerokiego wachlarza obaw Xaviera ziściła się już po chwili, bowiem wchodząc do klasy usłyszeli ogłaszający zgubę komunikat, mianowicie - kartkówka. Lee musiał zawalczyć ze sobą, by zwyczajnie nie opuścić klasy i zaginąć na godzinę w korytarzach starego budynku. Wymierzony wprost w niego wzrok nauczyciela powstrzymał go faktem, że i tak mu się nie uda wymknąć.

Cholera, kartkówka.   -Xavier

Zdążył wystukać i wysłać do mężczyzny, który wciąż skrycie zajmował jego myśli, nim usiadł na swoje miejsce. Przez kolejną godzinę lekcyjną przed wbiciem sobie czegoś ostrego w krtań broniły go dwie rzeczy, a właściwie myśli - wieczorna impreza, oraz Silas.
To tylko lekcja. Nie przesadzaj, Xavier.



Wieczór, ku uciesze chłopaka, nadszedł dość szybko. Raz jeszcze wysłuchał prośby matki o nie zniszczenie niczego, oraz nie prowokowanie nikogo do wzywania policji. Kobieta spodziewała się, co tej nocy wydarzy się pod jej dachem, więc zdecydowała, by pozostawić wszystko pod opieką syna, mając nadzieję, że jego wiek ma odzwierciedlenie nie tylko w postaci liczby na torcie.
Pożegnawszy się z nią, przysiadł na schodkach i podparł głowę na wspartej na kolanie dłoni.
Ta noc będzie jedną z najlepszych w jego dotychczasowym życiu, a mogłaby być jeszcze lepsza, gdyby obok towarzyszył mu kuzyn.

Kuzyn.
Fakt tak bliskiego pokrewieństwa wracał do niego co jakiś czas. Nie był to miły temat do obmyślania. Chłopcu wydawało się bowiem, że tylko on nie czuje w tym problemu. Nieustannie prześladowała go myśl, że Silas zda sobie sprawę z ryzyka i zakończy to wszystko. A to byłby dla Xaviera cios niemalże dorównujący śmierci ojca.
Kuzyn.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Nie Sty 08, 2017 8:29 pm

Restauracja, pod której drzwi dowiózł go szofer Mortensena nie wyglądała na specjalnie ogromnie ekskluzywną. Silas nigdy przedtem w niej nie był, ale wiedział jak wyglądają lokale, w których jadają miliarderzy, prezesi i sławni aktorzy. Ten… był o wiele przytulniejszy.

Mortensen już na niego czekał przy stoliku w prywatnej loży, gdy Weir dotarł. Przywitał się z mężczyzną krótkim uściśnięciem dłoni i zajął miejsce naprzeciw niego. W kilka sekund później pojawił się kelner, proponując coś do picia. Nim Silas zdołał odpowiedzieć – Mortensen poprosił o dwa kieliszki i białe wino.
Następnie zwrócił swoje oczy na nieco zdezorientowanego Silasa.
 – Tylko nie mów mi, że nie pijesz, Silas. Nie uwierzę w to – mruknął nieco rozbawionym tonem i spuścił wzrok na kartę dań.
 – Właściwie to nie miałem zamiaru dzisiaj pić – odrzekł blondyn i także swoje spojrzenie zwrócił ku karcie. W odpowiedzi zaś na swoją wypowiedź usłyszał tylko cichy śmiech Mortensena. Mężczyzna wydawał się przejrzeć go na wylot. Oznaczało to jednak, że Silas nie musiał zaznaczać swojego stanowiska. Kai doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że nic z tego nie będzie i albo nie miał od początku zamiaru niczego próbować, albo niespecjalnie go to obchodziło.

 – Wiem o czym myślisz, Silas, i niestety czuję się urażony faktem, że masz mnie za takiego człowieka – odezwał się niespodziewanie Mortensen, nawet nie unosząc wzroku sponad menu.
Silas także był niewzruszony.
 – Nie zmusiłbym cię do niczego wykorzystując fakt, że jesteś moim pracownikiem – mówił dalej, tym razem zerkając na blondyna, który to odwzajemnił spojrzenie starszego mężczyzny. – Nie jest w moim interesie narażanie twojej obecności w firmie. Jesteś utalentowanym prawnikiem, ale doskonale obaj wiemy, że jesteś stworzony do wielkich rzeczy…większych niż siedzenie na zatęchłej ławie sądowej.
 – Skąd pomysł, że nie wolę siedzieć na zatęchłej ławie sądowej? – parsknął delikatnym śmiechem blondyn ze szczerym acz delikatnym rozbawieniem. W odpowiedzi zaś otrzymał jedynie ciepły uśmiech prezesa.
Przy ich stoliku natychmiast po tym znalazł się kelner.

***

Mortensen tak jak powiedział – do niczego Silasa nie zmusił. Silas bezpiecznie i niemal w stanie zupełnej trzeźwości wrócił do domu. O dziwo, miał także o wiele lepszy humor niż przez ostatnie kilka dni. Mortensen mógł być doskonałym aktorem, ale sprawił, że Silas poczuł się trochę mniej nieswojo w jego obecności.
Zaś rozmowa z kimś takim jak Mortensen… była iście intelektualnym zastrzykiem.
Weir dowiedział się wiele o tym, jak Kaiowi udało się w tak błyskawiczny sposób rozbudować swoje imperium, a także o tym, jak trudno było mu to wszystko osiągnąć w czasach, gdy jego orientacja nie była na tyle akceptowana jak dzisiaj by była.
Weir zapałał do mężczyzny szacunkiem oraz pewną sympatią.

Położył się spać, pisząc jeszcze przed tym jak zamknął oczy wiadomość do Xaviera, w której to życzył mu dobrej nocy.
Jego myśli ponownie znalazły się przy młodszym kuzynie i zapadnięcie w sen stało się jeszcze łatwiejsze.

***

Nie mógł przyjechać zupełnie spontanicznie. Wyjazd za granicę nie mógł obejść się bez planowania tego w dorosły sposób, rozmów z matką Xaviera oraz z rodzicami Silasa. Ellie kwestię dyskrecji pojęła od razu zaś Silas własnej matce musiał powtórzyć jeszcze kilka razy, że to niespodzianka nim ta zdołała się powstrzymać od rozpowiadania tego każdemu.

Po pracy Silas czym prędzej wrócił do domu, znajdując się w mieszkaniu wczesnym popołudniem. Z samego rana miał mieć lot, a pozostawało jeszcze spakowanie bagażu. Weir zajął się tym od razu, przy okazji przygotowując dla siebie obiad i odpisując Xavierowi na wiadomość z drobnym opóźnieniem ze swojej strony.

Jestem pewien, że poszło ci świetnie. Nie ma innej opcji.

Wieczorem był już spakowany w zupełności i jedynie przewracał się w łóżku, nie mogąc zasnąć. Był podekscytowany i…szczęśliwy. Pierwszy raz od dawna… był naprawdę w stanie uwierzyć, że jest szczęśliwy.

***

W domu rodzinnym był o godzinie przedpołudniowej. Powitała go matka, ojca jak zwykle nie było w domu. Silas wiedział jednak, że mężczyzna w dzień po jego kolacji z szefem – rozmawiał przez telefon z Mortensenem. Był ciekaw tego, o czym i czy jego ojciec obecnie… był z niego choć trochę dumny.

Silas wykąpał się, ubrał i poprawił włosy. Następnie zszedł do garażu i nie zastając tam swojego ulubionego samochodu, zmarszczył nieco swoje jasne brwi.
Nie mógł jednak po prostu sterczeć tam jak kołek. Musiał jeszcze pojechać do sklepu, a zatem przyjdzie mu się zadowolić tym, co stało jako jedyne w rozległym garażu.

Już kilka minut później był w drodze do domu Xaviera. Po drodze zahaczył o sklep, kupując chłopakowi butelkę wina i finalnie znajdując się pod domem Lee nieco wcześniej, przed rozpoczęciem imprezy.

Zaparkował Porsche przecznicę dalej od domu Xaviera i ruszył w dwuminutowy spacer pod dom chłopaka.
Denerwował się bardziej niż przypuszczał, że będzie. Trema zjadała go od środka, a to przecież był tylko Xavier – jego kuzyn… i człowiek, z którym łączyło go coś ponad jakąkolwiek przyjaźń.
I być może nie spodziewał się tego, że Xaviera zobaczy na schodach przed jego domem.

Mężczyzna się zawahał przed następnym krokiem. Przez chwilę jedynie wpatrywał się w kuzyna bezmyślnie aż w końcu na jego usta wkradł się nieśmiały uśmiech i skrócił odległość między nimi o kolejnych kilka kroków.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Askella

avatar

Liczba postów : 103
Join date : 24/05/2016

PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   Pon Sty 09, 2017 1:29 am

Pomimo ciepła czarnego swetra, Xavier poczuł delikatny chłód. Nie było to jednak nic więcej, niż niewielki przeciąg. Za około godzinę zacznie się przyjęcie, a wszystko było gotowe, prócz samego solenizanta. Pierwsza ekscytacja opadła, gdy uświadomił sobie, że właściwie upije się tego wieczora sam. Na ten moment chętny był nawet wszystko odwołać, choć zawsze lubił dobrze popić, a obecność w swoim domu dodawała mu komfortu.
Chłopak opuścił wyczerpane rozmyślaniem powieki i począł rozkoszować się jednymi z ostatnich chłodnych dni. Wkrótce nadejdą gorące dni, które bynajmniej planował spędzić w Kanadzie. Nie miał nawet ochoty zapalić, a jedynie na chwilę ciszy.
Ciszy, którą za chwilę przerwały odgłosy posuwających się ku niemu podeszew na chodniku. Skrzywił się na ten dźwięk, lecz gdy ten ustał – otworzył oczy.
Oto, ku jego zdumieniu, stał przed nim Silas Weir.
Lee skrzywił się jeszcze bardziej w bliżej nieokreślonej emocji. Jego życzenia się ziściły.

-Moje urodziny są dopiero w niedzielę – krzyknął, gdy kuzyn się zbliżał. Pomimo opanowanej postawy, w środku go niemalże rozsadzało, co znacznie utrudniało utrzymanie wykreowanego spontanicznie wizerunku. Gdyby nie przez lata wyuczone zachowania, trząsłby się na całej powierzchni ciała, łącznie z głosem.

Podniósł się w końcu, dopiero gdy Weir stał kilka kroków od niego. Spojrzał niego z góry schodków i zmarszczył brwi, co chwilę później jednak przerodziło się w najszczerszy uśmiech, na jaki był w stanie się zdobyć, by nie wybuchnąć zbędnymi w tym momencie emocjami. Nie mógł dać się ponieść, stali przecież na widoku, na ulicy. Pustej co prawda, lecz niebezpieczeństwo pozostawało, bowiem sąsiedzi dobrze wiedzieli z kim mają do czynienia. A zatem przywitać w sposób odpowiadający im obu mogli dopiero w środku.

Bez zbędnego słowa, Xavier rzucił się Silasowi na szyję, zachowując jednak wszelkie platoniczne granice. Dopiero po chwili, po wstępnych powitaniach – nie tak zdawkowych, jak to Lee wpierw wymierzył– chłopak otworzył drzwi, zapraszając gościa do środka.

Gdy natomiast drzwi się domknęły, usta kuzynów napadły na siebie. Perspektywa oczekiwania miesiąc na kolejny kęs zasmakowanego na ślubie Romy zakazanego owocu na początku wydawała się niemożliwa, następnie ciągnęła niczym najnudniejsza lekcja matematyki, a koniec końców nadeszła szybciej, niż którykolwiek z nich się spodziewał.

-Więc jak ci minął ten miesiąc? – zapytał w końcu, opierając się o framugę i spoglądając na kuzyna z błogim uśmieszkiem na ustach. Doskonale znał odpowiedź, jednak w tej chwili zdecydowanie bardziej interesował go sam głos mężczyzny, aniżeli sens wypowiedzi.
Do oficjalnego rozpoczęcia urodzin zostało kilka godzin, co Lee sprawdził, obdarzając zegar przelotnym spojrzeniem, gdy Silas kręcił się po holu. Chłopak nie mógł oderwać wzroku od męskiej sylwetki, o której dowiedział się interesującego faktu kilka nocy wcześniej.
Na pewno nie pomagał ten czerwony golf, który skrywał ten zakazany owoc, równocześnie podkreślając bladość cery Weira.

-Herbaty czy kawy? – rzucił przez ramię, kierując się ostatecznie do kuchni. – A może piwa lub wódki? – z tym pytaniem odwrócił się do towarzysza i uniósł jedną brew, wzruszając głową w stronę niewielkiego składziku z alkoholem na czarną godzinę.
Xavier jest gospodarzem, więc sam wybiera rozpoczęcie imprezy. A właśnie korciło go, by przyjąć niespodziewanego gościa dużo przed właściwym czasem.
Nikt przecież nie zabroni mu wstawić się wcześniej i gości przyjąć w zdecydowanie szampańskim humorze.

-Lub wino – pytanie właściwie przerodziło się w stwierdzenie, gdy chłopak już szukał w szufladach zabytkowego otwieracza do butelek.

Ja już się świetnie bawię.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]   

Powrót do góry Go down
 
We are born. We die. [boyxboy; drama; 2os; bn]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: