IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:47 pm


I wszystko diabli wzięli. Bohaterski zryw i resztki odwagi; zmarnowałem je sądząc, że zdołam oszukać bestie potrafiące czaić się godzinami na swoje ofiary. Bestie, które budził szelest robaka przebiegającego po liściach, a co dopiero odgłos najcichszych choćby kroków zwykłego człowieka. Nawet gdyby zdołał unosić się w powietrzu, to zapach krwi, bijące ode mnie ciepło… Jakimże głupcem byłem sądząc, że mam jakiekolwiek szanse? A jednak, gdy zostałem złapany, patrzyłem na swego oprawcę z mieszaniną zdziwienia i przerażenia. Jakbym sądził, że pozwoli mi uciec.
Wolałbym po tysiąckroć, by ten drugi wilk rzucił mi się do gardła: jego cele były jasne i proste, nie to co tej istoty tutaj. Mogłem jedynie dziękować niebiosom, że moje żałosne zachowanie, niemożność zapanowania nad przejmującym bólem nie zostały zaprezentowane Alexandrowi. Nie zniósłbym powolnego umierania na jego oczach.
A może nie zniósłbym po prostu obojętności w jego gestach i spojrzeniu? Prośby, by został wypuszczony w zamian za mnie…?
Nie zamierzałem go błagać o litość. Nie w chwili, gdy ta litość przyniosłaby mi… No właśnie… Co? Ci miałbym, gdyby darował mi życie? Nic. Poza Alexandrem nie miałem niczego i nadal głupio w to wierzyłem. W fakt, że byłem dla niego choć w połowie tak ważny jak i on dla mnie.
Loki… Tak nazwał go tamten… Loki wywoływał we mnie najgorsze odczucia. Stałem sparaliżowany, zupełnie jakby swoim szkarłatnym spojrzeniem rzucił na mnie urok. Różnica była aż nadto wyczuwalna – nie miałem z nim jakichkolwiek szans, w żadnej ze sfer. Przytłaczał mnie całym sobą. Kolejny jęk, kolejne syknięcie. Kolejne krwawe pręgi na moim policzku i jasne włosy zabarwione szkarłatem. To było prawie jak pieszczota, w porównaniu z bólem ramienia wręcz pragnąłem by ciął moją skórę z takim wyczuciem. Nie bez satysfakcji zauważyłem, iż udało mi się go zirytować.
Doskonale wiedziałem, że ledwie nad sobą panuje. Nie miałem pojęcia, skąd brała się jego nienawiść wobec mnie, ale jedno było pewne – była tak silna, dodatkowo podszyta negatywnymi uczuciami względem Alexandra, że nic tylko czekać aż mężczyzna wybuchnie i zrobi ze mną dokładnie to samo co z tym biednym wilkiem leżącym u naszych stóp.
Zerknąłem na zwierze jakbym się łudził, że nagle się podniesie i odejdzie z podkulonym ogonem, ale nic takiego się nie stało.
Zakrztusiłem się. W oczach mi pociemniało, a dłoń na krtani zacisnęła się mocniej. Próbowałem rozluźnić jego palce, ale na próżno.
To ty zabiłeś swojego ukochanego.
- C-Co…? – wycharczałem z trudem, gdy udało mi się złapać oddech, nie na długo. Nie miałem siły na żaden ruch. Rzut na ziemię, gwałtowne szarpnięcie, byłem w jego rękach niczym bezwolna marionetka. Kukła ciągnięta za sznurki na rozkazy swego pana. - N…Nie… Nie… Zabi… łem go – doskonale wiedział, że podobne oskarżenie sprawiało mi większy ból niż jakakolwiek rana fizyczna. Ale jeśli mówił prawdę? Gdybym tak ochoczo nie zdradził mu drogi, przecież tyle razy Alexander mówił mi, bym nikomu nie zdradzał gdzie mieszka…!
Gwałtownie w głowie mi się zakręciło i poczułem, że zbiera mi się na wymioty.
W pociemniałych oczach widziałem milion złośliwych oskarżeń i wziąłem winę na siebie. Rozchyliłem usta, do których spłynęło kilka kropel krwi z policzka i splunąłem na mężczyznę z najwyższą pogardą na jaką było stać kogoś, kto przed chwilą był duszony i ledwie łapał oddech.
Zignorowałem wyciągniętą w swoją stronę dłoń.
Fałszywa, odrażająca bestia. Potwór. Już i tak wystarczająco mnie zwiódł, nie miałem zamiaru wierzyć w chwilowe zawieszenie broni. Podparłem się próbując wstać, ale zapomniałem o poważnej ranie na ramieniu. Krzyknąłem czując jak gruba warstwa bandaży nasiąka ciepłą krwią tuż po tym, jak kilka szwów puściło. Mimo to, z oczyma pociemniałymi od bólu, nie skorzystałem z pomocy. Wstałem z największym trudem trzęsąc się przed wilkiem bardziej ze zmęczenia i osłabienia niż jakiegokolwiek strachu. Dalsza ucieczka nie miała już sensu.
Nic już nie miało sensu.
- Nie zamierzam… – odkaszlnąłem, bo mój głos pozostawiał wiele do życzenia. Splunąłem krwią gdzieś na trawę obok i hardo spojrzałem w szkarłatne oczyska - Nie pójdę… z tobą z własnej woli – stwierdziłem cicho robiąc krok w tył, ale mój organizm zbuntował się, to było zdecydowanie zbyt wiele i dawno przekroczyłem wszelkie limity. Zachwiałem się opadając prosto na swojego prześladowcę. Brakło mi sił.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:53 pm



Gdy Kapturek zaprzeczył, jakoby w jakiś sposób przyczynił się do śmierci Alexandra, w odpowiedzi posłałem mu jedynie wymowny, złośliwy uśmiech i spojrzenie jawnie niezgadzające się z tym zaprzeczeniem. Nie musiałem mówić nic więcej, by dać chłopcu do zrozumienia, że to naprawdę jest głównie jego wina. I w gruncie rzeczy tak właśnie było. Gdyby nie ten dzieciak, bardzo możliwe, że nie znalazłbym chatki myśliwego, który najwidoczniej bardzo dobrze wiedział w jaki sposób ukryć się przed wrogiem. Jeśli zaś by mi się to udało, to raczej nie w przeciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin. Tak więc to prawda, że decyzja naiwnego kapturka na temat wskazania mi drogi stawiała go w roli prowodyra całej tej "tragedii". Ale przecież nie można winić tego poczciwego biedactwa za jego głupotę i nieświadomość. W końcu nawet jeśli las ten omijany jest przed wszystkich mieszkańców szerokim łukiem, to dzieje się tak bardziej z przezorności i dawania wiary zabobonom, czy też może legendom. Tak naprawdę nikt nie jest przekonany o istnieniu istot takich jak ja i Gabriel. Rzekłbym nawet, że wiara w podobne stwory jest przez ludzi wyśmiewana. Niestety dla nich, gdyż nawet jeśli w dużo mniejszej ilości niż jeszcze niedawno, istniejemy i mamy się dobrze. Gdyby nie drogi Alexander, byłoby nas znacznie więcej. Oczywiście dopóki istnieje choć jeden samiec z naszego gatunku, bez problemu możemy dojść do poprzedniej liczby. Współżycie z ludzką kobietą i stworzenie z nią potomstwa nie jest niemożliwe dla wilkołaka, więc i samice mogłyby wyginąć. Żaden myśliwy nie dopnie swego dopóki nie pozbawi życia mnie, a na tą chwilę żaden człowiek nie jest w stanie tego zrobić. Alexander jest w tym przypadku bardzo dobrym przykładem, a zarazem przestrogą dla innych odważnych myśliwych, którzy przeceniają swoje możliwości.
Fałszywa uprzejmość jest czymś, co uważam za dobrą zabawę. Uczę się tej sztuki powoli, jednak pojętnie i muszę powiedzieć, że przynosi zadziwiająco wspaniałe efekty. Pięknie jest patrzeć na ludzi, którzy w ciągu pięciu minut obdarzają mnie bezgranicznym zaufaniem, a w następnej chwili są dwukrotnie bardziej przerażeni tym co odkrywają, niż zapewne byliby gdybym bez żadnych gierek od razu ich pożarł. Więc idąc tą drogą, jak zabawne mogłoby być znęcanie się nad Czerwonym Kapturkiem, z jednoczesnym graniem na jego uczuciach! Kolejne ciężkie wyzwanie, stojące zaraz obok tego, polegającego na wytrwaniu w tej dziwnej relacji i niezabijaniu chłopaka.
Jasnowłosy najwidoczniej nie miał zamiaru chwycić mojej pomocnej dłoni wyciągniętej w akcie dobrotliwości. Zamiast tego, użył swoich ust, by potraktować mnie w sposób, który w innym wypadku kosztowałby go życie. W reakcji jedynie lekko się skrzywiłem, zabierając dłoń i wycierając jej wierzchem policzek. Nie musiałem nawet nic robić by ujrzeć cierpienie na delikatnej twarzy, której wyraz już przepełniony był bólem. Stałem więc wyprostowany, zimnym spojrzeniem pociemniałych tęczówek patrząc z góry na dzieciaka. Mój wzrok wyrażał bezgraniczną pogardę. Patrząc jak to bezbronne stworzenie bezskutecznie próbuje podnieść się na nogi o własnych siłach, całe ubrudzone w błocie i krwi, jeszcze bardziej zapragnąłem go zabić. Przez chwilę nawet zacząłem realnie myśleć o spełnieniu tej opcji. Tym razem nie dlatego, że obezwładniał mnie przyjemny zapach przyprawiający o nieopisany głód, lecz dlatego, że zwyczajnie nie miałem ochoty patrzeć na tak żałosny obraz rozpaczy. To, że ostatkami sił próbował zachować swoją znikomą godność sprawiało, że stał się w moich oczach jeszcze bardziej śmieszny i upodlony. Uśmiechnąłem się pod nosem, prychając wymownie, gdy do moich uszu dotarł rozpaczliwy krzyk, a śnieżnobiały bandaż powoli zaczął przesiąkać krwią. W końcu się podniósł, jednak wciąż wyglądał tak jakby zaraz znów miał wylądować na chłodnej ziemi. Zachciało mi się śmiać, kiedy znów zabrał głos, wypowiadając coraz to zabawniejsze kwestie. Miał świadomość tego, że znajduje się na przegranej pozycji i byłoby tak nawet, gdyby był w pełni sił. Tymczasem każdy mógłby zrobić z nim co zechce, bo słodki malec nie jest w stanie nawet prosto ustać na swoich drobnych nóżkach. Zaśmiałem się cicho, dając upust swoim emocjom. Śmiech ten przypominał bardziej złowrogi chichot, przepełniony po brzegi jadem i złośliwością. Szybko jednak na moją twarz wstąpił lekki, pobłażliwy uśmiech, a oczy wydały się wyrażać bezgraniczne współczucie dla cierpienia tego biednego, poszkodowanego chłopca. Ktoś patrzący z boku faktycznie mógłby uwierzyć, że pragnę mu pomóc. Pragnę, oj jak bardzo pragnę.
Mój uśmiech pogłębił się, kiedy drobne ciało bezwładnie oparło się o mój szeroki, oraz pomimo wieczornego chłodu, ciepły tors. Westchnąłem z przejęciem i ułożyłem silną dłoń na pozlepianych od krwi włosach, głaszcząc je delikatnie, w niemalże pieszczotliwy sposób. Spokojnie wdychałem przyjemną mieszankę zapachów należących do chłopaka. Czy kiedykolwiek, ktokolwiek oddziaływał aż tak mocno na moje zmysły?
- Mój słodki chłopcze - mruknąłem, nachylając się wyjątkowo nisko, by moje usta znalazły się przy uchu Kapturka. - W ten sposób będzie tylko bardziej boleć. - Moja dłoń leniwie przesuwała się po miękkich włosach. - Tak bardzo lubisz ból, Kapturku? - Głos brzmiał delikatnie i pobłażliwie, jakbym wcale nie był tą bestią, którą przed jakimś czasem widział chłopak. Jednocześnie brzmiał złowieszczo i w gruncie rzeczy bardziej przyprawiał o ciarki, niż o wewnętrzny spokój. Odsunąłem drobne ciało na centymetr od siebie, trzymając go swymi dłońmi. Jedna spoczywała na zdrowym ramieniu, druga na pasie. Zupełnie, jakbym nie miał zamiaru dłużej go ranić. Ależ skąd. Chcę po prostu wrócić do domu i jak najszybciej zająć się nową zabaweczką. Lepiej, żeby do jutra czuł się lepiej i nie mdlał, podczas gdy będę się z nim zabawiał.
- Postaraj się już nic nie mówić. Moja cierpliwość powoli się kończy - ostrzegłem przy użyciu tego samego niepozornego tonu i zmieniłem się w wilka, od razu przytrzymując chłopaka zębami w pasie. Tym razem nie przeniosłem go do domu przy użyciu paszczy a jedynie uniosłem go i położyłem na swoich plecach, sprawiając, że drobne ciało niemalże całe skryło się w gęstej sierści. - Trzymaj się - warknąłem, nie będąc pewnym czy dla ludzkich uszu jest to wystarczająco zrozumiałe, gdyż raczej nie przywykłem do używania paszczy w celu porozumiewania się ze śmiertelnikami. Nie zwlekając dłużej, ruszyłem w stronę domu, nie robiąc tego tak szybko jak uprzednio. Nie zdziwiłbym się, gdyby dzieciak zechciał popełnić samobójstwo i puścić się mojego karku. Przy tempie, które obrałem, spadając co najwyżej by się lekko poturbował.
Nie zbyt szybkim krokiem, ale zarazem dużo szybszym niż ludzki, w ciągu kilku minut znalazłem się pod domem. Kapturek nadal znajdował się na swoim miejscu i mógłbym przypuścić, że śpi, gdyby nie zmysły, które wyczuwały jego przyspieszony oddech i wciąż mocno bijące serce. Drzwi do domu przystosowane były do moich rozmiarów, więc w tej samej formie przekroczyłem próg, od razu kierując się na górę, gdzie mieściła się sypialnia zarówno moja, jak i Gabriela. Mój braciszek najwidoczniej spał, zmuszony do pozostania tej nocy w skórze wilka. Nie wątpię, że jego łóżko pokrywała krew, w której raczej nie miał ochoty się taplać. Wciąż trzymając na plecach drobne ciało, którego ciężar ledwie wyczuwałem, wszedłem do swojej sypialni. W kominku nadal palił się ogień, sprawiając, że w pomieszczeniu było wyjątkowo ciepło, a już szczególnie mi, gdyż czarna sierść jest tak gęsta, że ogrzewa nawet w najzimniejsze dni. Podszedłem do tego zdobionego, kamiennego kominka i położyłem się na miękkim dywanie, który znajdował się przed nim. Przechyliłem się lekko, sprawiając, że małe ciało swobodnie zsunęło się na miękką wykładzinę. Różnica rozmiarów  między nami była ogromna. Nawet leżąc patrzyłem na chłopaka z góry. Gdyby wstał, sięgałby mi akurat do pyska.
W jednej chwili przybrałem ludzką postać i usiadłem, obdarzając jasnowłosego przeszywającym spojrzeniem krwawych tęczówek, oraz drapieżnym uśmiechem, ukazującym lekko wysunięte kły. Wyciągnąłem jedną dłoń w stronę chłopaka, chwytając go mocno za zdrową rękę i przyciągając do siebie. Przymknąłem oczy, jeszcze raz zaciągając się świeżym zapachem krwi przenikającej przez bandaż. Jeśli ten zapach będzie drażnił moje nozdrza przez dłuższy czas, nie ma mowy bym był w stanie się powstrzymać. Trzeba go umyć, bo inaczej oszaleję i zupełnie stracę ochotę na powstrzymywanie się przed zjedzeniem tego smacznego kąska. Uniosłem szkarłatne oczy znad ramienia, w które do tej pory intensywnie się wpatrywały i zajrzałem w wyjątkowe, przepiękne błękitne, czy może srebrne, lśniące tęczówki. Bez słowa podniosłem się na nogi, by po chwili nachylić nad człowiekiem i wziąć go dość niedelikatnie na swoje ręce. Lekki jak piórko. Wystarczyłby jeden niekontrolowany ruch, by go zabić.
Bez żadnych wyjaśnień przeszedłem przez kolejne drzwi, które łączyły moją sypialnię z niewielką łazienką. Postawiłem chłopaka przed wanną, do której zacząłem napuszczać gorącą wodę. Tak, Gabriel zadbał o to, byśmy mieli takie udogodnienia, choć na prąd nie dałem się przekonać. Po co komu jakieś dziwne źródła światła, skoro mamy ogień i księżyc? Oparłem się plecami o dębową szafę stojącą nieopodal staromodnej wanny, która jako jedyna przypadła mi do gustu z tych, które proponował brat. Mój wzrok wyczekująco wpatrywał się w słodki obraz nieszczęścia.
- Rozbieraj się - rozkazałem, wciąż przeszywając Kapturka pociemniałym spojrzeniem. Mój uśmiech przybrał dwuznaczny wyraz. Sam byłem nagi, jednak dla mnie jest to zupełnie normalne, gdyż większość życia spędzam w skórze wilka. Dla ludzi, no cóż, jest to wystarczająco intymna rzecz, by podobna sytuacja jeszcze bardziej upokorzyła chłopaka. Fakt, że nie chce tego robić i świadomość, że ujrzę to drobne, wspaniałe ciało zupełnie nagim, sprawiała, że czułem rosnące podniecenie. Jeszcze bardziej zapragnąłem go rozszarpać.  - Nie. Nie rób tego. - Zmieniłem zdanie i oderwałem się od szafy, wolnym, niesłyszalnym dla ludzkich uszu krokiem, podchodząc do drżącego chłopaka. - Sam to zrobię - mruknąłem, będąc tuż przy nim. Moje dłonie śmiało podążyły do spodni nastolatka, gdyż jego tors przykryty był obecnie jedynie bandażem, którego chwilowo wolałem nie zdejmować. Patrząc w jasne oczy, powoli, lecz pewnymi ruchami począłem zsuwać spodnie z drobnego ciała. Niech protestuje, jeśli tego pragnie. W ten sposób dostarczy mi tylko więcej zabawy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:07 pm


Ostatnim, czego chciałem, było okazywanie słabości przed tym stworzeniem, które drwiło w tak otwarty sposób. Byłem żałosnym człowiekiem, to fakt, pełnym sprzeczności i wahań nastroju, które bynajmniej nie były, jak w jego przypadku, wyrafinowaną grą wstępną przed aktem okrutnego mordu. Nie byłbym w stanie opisać, jak bardzo go nienawidziłem i z każdą chwilą wszelkie negatywne emocje jedynie narastały. Mogłem upaść na ziemię i walić pięściami w podłoże krztusząc się własnymi łzami, dławiąc krwią i tracąc oddech, a on stałby nade mną z tym swoim uśmiechem, z miną bezwzględnej istoty, kogoś, kto ma świadomość, że jednym ruchem mógłby położyć pół wojska, i nie uczyniłby nic, by w jakikolwiek sposób mi pomóc. Wolałbym, by gapił się na mnie i śmiał. Byle nie wyciągał ręki w tak obłudnie ludzkim i pełnym współczucia geście, który jedynie wprawiał moją zdruzgotaną duszę w coraz większe wątpliwości i przerażenie. Kim bowiem trzeba było być, by podawać rękę ofierze, tę samą rękę, która przed chwilą kurczowo zaciskała się na jej gardle miażdżąc krtań…?
Każdym takim ruchem pokazywał jak bardzo nade mną góruje. Każdym słowem, każdym gestem dawał do zrozumienia, że bez niego sobie nie poradzę i na dobrą sprawę jestem w tak ch…cholernie kiepskiej sytuacji, że zostaje mi się już tylko poddać.
Och, Bóg mi świadkiem, miałem na to okropną ochotę. Miałem ochotę upaść i nie wstać, śmierć była w tej chwili największą przyjemnością, ale uparcie mi jej odmawiano. Loki doprowadzał mnie do granicy życia i za moment pozorując troskę zawracał mnie z bezczelnym uśmiechem.
Był ciepły. W porównaniu do chłodu nocy wręcz przyjemny. Przymknąłem oczy nie mając zupełnie siły na to, żeby się od niego odsunąć, choć na mojej twarzy z pewnością malował się wyraz wstrętu i obrzydzenia. Drgnąłem czując jego usta tuż przy swoim uchu, tak rozpalony oddech, który musnął skórę i przyprawił moje serce o szybsze bicie. Uświadomiłem sobie jak łatwo mógł mnie złamać. Podnieść, rzucić, złamać, opatrzyć i bawić się póki mój organizm nie odmówiłby posłuszeństwa. A byłem pewien, że robiłby to z największą przyjemnością. Na samo wspomnienie tego, co zostało po Alexandrze poczułem jak mój żołądek zwija się w kłębek i z trudem powstrzymałem odruch wymiotny.
Zacisnąłem mocno powieki.
N…Nie. Nie lubię… — szepnąłem, a raczej… zaskrzeczałem przez obolałe gardło, w obawie, że brak odpowiedzi wilk potraktuje jako przyzwolenie i potwierdzenie. Jeszcze bardziej… Na moment spojrzałem wprost w jego oczy. To mogło boleć jeszcze bardziej?
Krótki jęk, kiedy usadowił mnie na sobie, był jedyną odpowiedzią, jaką go obdarowałem. Ale wcale nie dlatego, że mi zagroził, bynajmniej. Wrodzona przekorność kazała otworzyć mi usta, ale prędko tego pożałowałem, bo chrapliwy głos brzmiał mało godnie. — Czyli do teraz to była… cierpliwość…? — wydukałem słabo zaciskając pięści na miękkiej długiej sierści całkowicie ignorując groźbę. Taka forma podróżowania podobała mi się znacznie bardziej niż poprzednia fundująca mi mnóstwo stresów i dodatkowych sińców. Wtuliłem się w miękkie futro i z całych sił walczyłem z obezwładniającą sennością. Wiedziałem, że po powrocie nie będzie łatwo, z tego względu wolałem być przytomny.
Tym razem Loki poruszał się powoli. Kilka razy rozglądałem się po okolicy zastanawiając się jak bardzo bym się poturbował spadając. Najwyraźniej wilk przewidział ewentualną chęć rozbicia się o drzewa.
Och, i bynajmniej nie było tutaj żadnego przejawu troski.
Mocniej zacisnąłem palce na sierści. Byłem ciekaw czy Loki coś czuje. Ciepło mojego ciała. Czy obawia się, że mógłbym w tej chwili w jakikolwiek sposób próbować go zaatakować. Gdybym na przykład miał jakiekolwiek ostrze, mógłbym wbić je w ten twardy kark…
Ale nie miałem. Nie miałem siły nawet na to, żeby porządnie utrzymać się na grzbiecie zwierzęcia. Gdyby przyspieszył spadłbym. I szczerze powiedziawszy byłoby mi wszystko jedno.
Zdaje się, że w którymś momencie wyrwało mi się pytanie jak daleko jeszcze. Gorączka i wyczerpanie dawały o sobie znać, nieudana acz desperacka próba ucieczki nie skończyła się najlepiej i miałem wrażenie, jakbyśmy wędrowali co najmniej kilka nocy. I tylko byłem coraz bardziej zdziwiony, że rany nie bolą mniej, za to wilczy grzbiet zaczynał robić się coraz wygodniejszy.
Zacisnąłem zęby, gdy na powrót znaleźliśmy się… w domu. W domu tych potworów. Z niezadowoleniem osunąłem się na ziemię z dziką nadzieją, że wreszcie dadzą mi spokój. Na moment. Chciałem tylko spać.
Nic bardziej mylnego. Krótkie szarpnięcie i znalazłem się vis-à-vis Lokiego. W świetle ognia z kominka jego twarz wyglądała dziko. Przerażająco. Fascynująco. Z całą pewnością nie miał problemu z szukaniem ofiar i odnajdywaniem się wśród ludzi. Niebezpieczeństwo czające się w szkarłatnych tęczówkach było przyćmiewane przez niespotykane piękno.
A mimo to miałem ochotę ponownie splunąć.
Powstrzymałem się tylko dlatego, że ciepło buchające od kominka podrażniało świeże zadrapanie na policzku i piekło niemiłosiernie.
Puść… — wstrzymałem oddech. Co to za dziwne uczucie…? Miałem wrażenie, że mężczyzna ma ochotę mnie zjeść. Patrzył jak… Jak głodny drapieżnik na ofiarę. Zapragnąłem skurczyć się do minimalnych rozmiarów i czmychnąć przez dziurkę od klucza. Zamiast tego zostałem wzięty na ręce… Czy ja wyglądałem na lalkę, z którą można robić absolutnie co się chce? Przerażało mnie to nie bardziej niż potencjalny wybuch złości mojego oprawcy – najwyraźniej nie byłem dla niego żadnym wyzwaniem. Szarpnąłem się rozgorączkowany i wylądowałem w łazience, gdzie dostałem kolejnego ataku paniki przy chwilowej obawie, że zostanę utopiony. Ha, głupia obawa w porównaniu do tego wszystkiego, co dziś mnie spotkało…
Przez chwilę patrzyłem na Lokiego zupełnie nie rozumiejąc jego rozkazu. Chyba nie sądził, że byłbym w stanie spełnić jego polecenie, gdy ledwie trzymałem się na nogach? Zresztą… po co? Kolejną kwestią był wstyd. Jak miałem to zrobić, gdy wpatrywał się we mnie tym oceniającym, przeszywającym wzrokiem, od którego miałem ciarki na karku?
Nie chcę — oświadczyłem dramatycznie cofając się pod ścianę. I dopiero teraz do mnie dotarło, że on jest zupełnie nagi. Obrzuciłem jego, a jakżeby inaczej!, doskonale idealną sylwetkę spojrzeniem i poczułem, że zaczerwienione pod wpływem gorączki policzki stają się szkarłatne jeszcze bardziej. Zacisnąłem powieki. — M…Możesz… wyjść? — Poważnie działałem już na rezerwach energii i dziwiłem się, że jeszcze nie zaryłem potylicą w najbliższą powierzchnię.
Dla nas, ludzi, chodzenie nago nie było naturalną rzeczą. Wstyd nas ograniczał, mnie szczególnie, przecież… przecież… Przecież nawet Alexander nie widział mnie nago. Zagryzłem wargi planując jednak wykonać polecenie, ale drżąca, zdrowa ręka i kompletnie niesprawna druga utrudniały mi jakikolwiek ruch.
Nie… — Sam zdziwiłem się warknięciem, jakie wyrwało się z mojego gardła, gdy mężczyzna podszedł do mnie i zajął się spodniami. Nie chciałem żeby mnie oglądał, żeby oceniał i krytykował. Nie chciałem, żeby mnie dotykał. Nie morderca mojego ukochanego. Nie on. Spojrzałem na niego z nieukrywaną wściekłością.
Zostaję w bieliźnie.
Czułem, że z moich oczu w każdej chwili mogą polecieć kolejne łzy, ale w tej chwili byłem tak skrępowany, że zupełnie mnie to nie obchodziło. Niełatwo było patrzeć na twarz Lokiego, kiedy w zasięgu wzroku był, uch, cały.
Zostaw mnie, proszę… Poradzę sobie sam — spojrzałem na Lokiego błagalnie i poświęcając kolejne szwy przytrzymałem zsuwane z siebie spodnie. — Zrobię wszystko, tylko mnie zostaw teraz, nie patrz, wyjdź… Nie mam jak stąd uciec — wymamrotałem rozpaczliwie zastanawiając się czy w ogóle mam czym handlować i przekonywać wilka. Czy jego w ogóle obchodziła moja godność i wstyd? Czy obietnica zrobienia wszystkiego miała rację bytu, kiedy mógł mnie zmusić do absolutnie wszystkiego?
Odepchnąłem jego ręce i pozbyłem się spodni tak szybko, że szybko okazało się to błędem. Zachwiałem się i oparłem o wannę dysząc ciężko. — Po co to wszystko…? Powiedz mi. Czemu nie dasz mi umrzeć? Albo chociaż spać… Co ja ci zrobiłem…?! Nie zasłużyłem! — Ostatnie słowa zamieniły się w krzyk, co w połączeniu z obolałym gardłem nie brzmiało zbyt przerażająco. Ale miałem to w dupie. I jeśli ten sk…dupek sądził, że pozwolę mu…
Moje ciało przechyliło się niebezpiecznie w stronę napełniającej się wanny.
Ciekaw byłem, jak długo pozbawiony tlenu mózg będzie zmuszał mnie do nabrania powietrza.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:07 pm



Odpowiedź Małego Czerwonego Kapturka na moje pytanie dotyczące bólu, stanowiła wyraźne zaprzeczenie. Co za strata. Miałby dużo łatwiej, gdyby cierpienie fizyczne dostarczało mu jednocześnie przyjemności. Niestety dla niego, fakt, że wcale nie przejawia upodobań masochistycznych, nie sprawi, że przestanę traktować go jak ofiarę swojego niepoprawnego sadyzmu. To, że z bólem i łzami przyjmować będzie moje niewinne tortury dostarczy mi jedynie większej satysfakcji. W końcu tym, czego pragnę teraz najbardziej, zaraz obok skosztowania większej ilości tej przepysznej, szkarłatnej cieczy, jest ujrzenie nieopisanego cierpienia w ekspresji mojego niewinnego chłopca. Z czasem zostanie mu tylko jeden wybór: będzie musiał polubić to, co z nim robię. Drugim zbawiennym wyjściem byłaby śmierć, lecz na nią mu nie pozwolę. Przynajmniej dopóty, dopóki będzie mnie zabawiał swoimi żałosnymi protestami, pięknymi łzami i uroczą bezsilnością. Jeśli zaś chodzi o sprawę cierpliwości i zabawnego pytania zasłyszanego niedawno, wychodzącego zaś z małych różowych ust - to była cierpliwość. Co więcej, w ciągu całego swojego czterdziestodwuletniego życia, nie wykazałem się takimi pokładami tej anielskiej cechy, jak zrobiłem to dnia dzisiejszego. Czerwony Kapturek mocno testował jej obecność, a gdy okazało się, że faktycznie, posiadam jakąś znikomą cierpliwość, ten zaczął mocno ją nadszarpywać. Wielkim sukcesem jest to, że minęło kilka godzin, a chłopak wciąż żyje i ma się, powiedzmy, dobrze. Co więcej, przyprawiłem go zaledwie o trzy rany. Jedną, być może dość poważną na ramieniu, i dwie kolejne, delikatne na policzku oraz szyi. Wolałbym nie wspominać o ranie emocjonalnej związanej z Alexandrem, gdyż to dziwne ludzkie przywiązanie jest dla mnie niebywale niezrozumiałe. W kilku chwilach miałem wrażenie, że dzieciak cierpi bardziej przez śmierć Alexandra, niż przez ból, jaki mu zadaję. Ta możliwość jednak wydaje mi się do tego stopnia absurdalna, że pozwolę sobie odłożyć ją na bok. Wracając, odkąd spotkałem tego bezbronnego śmiertelnika, na każdym kroku szlifowałem swoją znikomą umiejętność panowania nad złością, zmysłami i pożądaniem. Jak więc może on w ogóle pytać, czy dotychczas ukazywałem właśnie tą swoją cierpliwość? Przecież od początku nie robię niczego innego. Powinien być mi za to wdzięczny i przy okazji wbić do swojej małej, głupiutkiej główki, że ta cierpliwość powoli się kończy, a jego ciało jest w stanie znieść dużo więcej bólu bez poddania się całkowicie.
Coraz bardziej irytowały mnie rozpaczliwe rozkazy wypływające z kuszących, aczkolwiek zbyt często i nieprawidłowo używanych ust. Rozkazy i orzeczenia. Zupełnie, jakby to naiwne dziecko naprawdę wierzyło, że interesuje mnie to, czego on chce, a czego nie. Gdybym faktycznie zwracał uwagę na tak nieważne szczegóły, nie zabiłbym myśliwego, nie zaciągnąłbym Kapturka do domu i nie pozbawiłbym go nawet jednego włosa, co dopiero mówić o przebijaniu ciała swoimi szponami. Niech już się zamknie, irytujący bachor. Jeszcze chwila i skorzystam z apteczki Gabriela, żeby zaszyć te słodkie usta i otwierać jedynie, gdy sam będę tego potrzebował. A potem znów je zaszyję. I tak cały czas, dopóki się nie nauczy, by nie odzywać się nieproszonym.
Zignorowałem zarówno ciche "nie chcę", jak i prośbę o wyjście z pomieszczenia. Ta prośba przyprawiła mnie o niebywałe rozbawienie. Cóż za naiwna owieczka. Przecież nie przytachałem go tu osobiście po to, żeby księżniczce było wygodnie. Nie miałem zamiaru opuszczać pomieszczenia, dopóki sam tego nie zapragnę, a nie sądzę by w ogóle miało się tak stać.
Moje oczy niebezpiecznie pociemniały, kiedy usłyszałem nieprzyjemne warknięcie i ujrzałem wzrok wyjątkowo hardy, jak na sytuację w której znalazł się chłopak. Jednocześnie emocje tlące się w jasnych, rozgorączkowanych tęczówkach, wywołały na mojej twarzy lekki, złośliwy uśmiech. Podobało mi się to co widziałem. Poza strachem, okazywał wściekłość i nienawiść, które satysfakcjonowały mnie niewiele mniej niż łzy, jakie pragnąłem ponownie ujrzeć na bladych policzkach. Słuchałem drżącego głosu z tą złowróżbną ekspresją na twarzy, a okrutne spojrzenie nie zmieniło się nawet na moment, gdy Kapturek wygłaszał swoje bezsilne błagania o odrobinę litości. Nie naciskałem, kiedy chłopak przytrzymał swoje spodnie, poświęcając przy tym kolejne szwy, którymi przyozdobił go mój słodki braciszek. Nie będzie on zbyt zadowolony, gdy będzie musiał powtarzać swoją robotę. Oj Kapturku, Kapturku, nie wiesz kiedy przestać.
Przemilczałem wszystkie słowa chłopaka, nie robiąc nic poza czujnym wpatrywaniem się w niego lodowatym spojrzeniem, nie wyrażającym żadnych pozytywnych emocji. Zarazem bawił mnie i irytował. Przede wszystkim nie mogłem nadziwić się jego głupocie i naiwności. Chcę się napawać jego zażenowaniem, zawstydzeniem i pragnę sprowadzić go do roli kundla, którym właśnie się stał. Możliwość ucieczki nawet nie przeszła mi przez myśl. Przecież to oczywiste, że nie zostaję tu, by pilnować tego żałosnego śmiertelnika, który i tak  nie byłby w stanie uciec. Co najwyżej mógłby się zabić, ale te zamiary zapewne wyczułbym nawet ze swojej sypialni i natychmiast mu przeszkodził.
Szczególnie denerwował mnie ten krzyk, który przez wzgląd na stan chłopaka był co prawda wciąż cichy, to jednak wyjątkowo drażnił moje uszy. Białowłosy niebezpiecznie zachwiał się nad wanną, a ja w pierwszym odruchu miałem ochotę pomóc mu w tym upadku i przytrzymać głowę pod wodą. Wtedy przynajmniej moje uszy chwilę by odpoczęły, a mózg nie musiałby trawić tych wszystkich niepotrzebnych pytań.
- Owszem, zrobisz wszystko - odezwałem się w końcu, zaś mój głos był nieco przyciszony i wyjątkowo szorstki. Spojrzenie emanowało żądzą mordu, rozdrażnieniem ale również osobliwą formą zaciekawienia i rozbawienia. Na pewno nie było to spojrzenie, które można utożsamić z człowiekiem. Powolnym, zrównoważonym krokiem charakterystycznym dla drapieżników mojego pokroju, zbliżyłem się do drobnego, półnagiego ciała. Jedną z dłoni ułożyłem na oparciu wanny, drugą zaś chwyciłem za bieliznę dzieciaka. Wpatrując się intensywnie w jasne tęczówki, obdarzyłem go niebezpiecznym uśmiechem. - Ale tylko i wyłącznie dlatego, że tak chcę - warknąłem, wysuwając pazur i jednym gwałtownym ruchem przeciąłem jedyny materiał chroniący ciało chłopaka przed moim pożądliwym wzrokiem. Moja dłoń swobodnie wylądowała na nagim biodrze, ciesząc się dotykiem delikatnej, gładkiej skóry. Powoli przesunąłem palcami wzdłuż kości, aż mój kciuk lekko zahaczył o dużo wrażliwsze miejsce. Miałem ochotę przyjrzeć się drobnemu ciału, jednak zamiast tego, wciąż wpatrywałem się w hipnotyzujące tęczówki.
- Nic nie zrobiłeś. - Mój kciuk delikatnie przesuwał się w górę i z powrotem, drażniąc przy okazji cienką skórę lekko wysuniętym szponem. Nachyliłem się nad chłopakiem jeszcze mocniej, sprawiając, że ciepły oddech drażnił jego ucho. Zapach krwi mający swoje źródło zarówno w policzku, jak i w ramieniu uderzył we mnie ze zdwojoną siłą. Wziąłem głęboki wdech, zatrzymując przez chwilę wszelkie ruchy. Tak bardzo pragnę tej krwi... - Zupełnie nic... - wymruczałem, znów przywdziewając na twarz charakterystyczny uśmiech. - Wręcz jestem ci wdzięczny, mój słodki. Bez ciebie nie odnalazłbym Alexandra. - Odsunąłem się nieco, by znów zajrzeć w niemalże białe tęczówki i przeniosłem dłoń z wanny na drobny podbródek. Mój kciuk przejechał po linii miękkich ust, sprawiając, że te nieco się uchyliły. Moje wargi na krótki moment zetknęły się z tymi, należącymi do Kapturka. Ochoczo zlizałem krew, której przyczyną był lekko wysunięty kieł, nie przez przypadek zahaczający o delikatną skórę słodkich warg. Wyprostowałem się nieznacznie i oblizałem usta z drapieżnym uśmiechem. W końcu odsunąłem się na kilka centymetrów i tym razem mój pożądliwy wzrok przejechał po całym odsłoniętym ciele. Tęczówki pociemniały jeszcze bardziej. Jest piękny. Niewyobrażalnie piękny.
- Nie ma żadnego powodu, mój słodki aniołku. A teraz zamknij się już. Jeśli tego nie zrobisz, zaszyję ci te usta. - Moje słowa brzmiały zupełnie poważnie i takie też były. Nie dodając nic ponadto, znów chwyciłem chłopaka na ręce i wraz z nim wszedłem do obszernej wanny. Usiadłem tak, by jego ciało znalazło się między moimi nogami. Woda była gorąca i sięgała nam do pasa. To znaczy, do pasa chłopaka, mi zaś nieco niżej. Nie chciałem, by zamoczył ranę, która przecież się otworzyła i wskutek tak gorącej wody, zdaje się krew zaczęłaby mocniej lecieć. Moje dłonie oplotły drobny pas chłopca, a jedna z nich po chwili uniosła się, by popchnąć jego tors w moją stronę i zmusić do swobodnego oparcia się.
- Bądź grzeczny, Cain... - wyszeptałem prosto do jego ucha, przygryzając je lekko, tym razem oszczędzając sobie dodatkowej męki w postaci pysznego zapachu krwi, której nie mogłem w tej chwili skosztować więcej niż te marne ilości, niezaspokajające mojego głodu, a jedynie go wzmagające.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:10 pm


Nie miałem pojęcia, że moje reakcje jedynie bawią mężczyznę. Cały czas tliła się we mnie głupia nadzieja, że są w nim jakiekolwiek pokłady człowieczeństwa. Ale z każdą chwilą upewniałem się, że bynajmniej, próżno ich szukać zwłaszcza w odniesieniu do mnie. Naprawdę chciałem poznać odpowiedź na pytanie, dlaczego ja? Czym sobie na to zasłużyłem? Alexander, związek z nim… był moim jedynym grzechem. Jedynym widocznym.
Przygryzłem wargi spychając gdzieś na bok myśl, że nawet najpiękniejsze pudełko kiedyś przegryzą robaki i wydostaną się na zewnątrz.
Pragnąłem zbliżyć się do swojego myśliwego i ignorować, że pachnie innymi. Że ugryzienia na szyi, ślady paznokci, nabrzmiałe usta to… to nic takiego. Chciałem, żeby on jeden mnie dotykał, tylko on i nikt więcej. Nie mogłem więc wybaczyć swemu oprawcy, że w tak bezwstydny sposób kala to, co należało do mojego ukochanego.
Nawet jeśli mnie nie chciał, bo byłem dla niego niezbyt doskonały.
Czułem się dziwnie pochylony nad wanną wpatrując się w parującą wodę. Gdyby mnie utopił, zrobiłby mi przysługę. Przerażenie zelżało i odrobinę się uspokoiłem, o ile serce próbujące przebić pierś w szaleńczym popłochu można byłoby nazwać spokojniejszym. Miałem nieodparte wrażenie, że w tej łazience zatrzymał się czas. Każdy nasz ruch trwał godziny, dnie i tygodnie. Mrugnięcie okiem męczyło mnie tak, że starałem się tego unikać, w efekcie czego wpatrywałem się w Lokiego szeroko otwartymi oczyma. Prezentując mu największe tęczówki świata, gdy zbliżył się i zrobił to, przed czym próbowałem uciec.
Stałem przed nim kompletnie nagi i bezbronny. Blady chłopak, którego ciało jeszcze nie zdążyło nabrać męskich kształtów. Nie miałem pojęcia, czy gorąco wypływające na moje policzki przyczyniło się do ich większego zaczerwienienia; i tak skóra wokół rany była przypuchnięta, ale… Zapragnąłem się schować. Nie chciałem, z jakichś głupich przyczyn, zupełnie jakby nie było mi wszystko jedno, zapragnąłem okryć się ręcznikiem. Wyglądałem żałośnie. Odruchowo przysunąłem się do niego, zadowolony, że mężczyzna bardziej skupia się na mojej twarzy, aniżeli na ciele… ale zaraz tego pożałowałem.
Po żałowałem po stokroć.
Byłem na jego lasce. Cały czas doskonale o tym wiedział, a do mnie coraz dosadniej ów fakt docierał. Rozchylałem usta i zamykałem na przemian; przynajmniej do momentu, gdy nie musnął ich kciukiem.
Nie, błagam… — poczułem, że oczy znów mnie pieką, więc zamrugałem szybko. Przecież nie spodziewałem się, nawet przez ułamek sekundy, że przystanie na mój warunek, zwłaszcza że owo „wszystko” było mocno przekoloryzowane. Musiałem przed nim zginać kolana, nienawykłe do klękania. Pokręciłem głową, a kąciki moich ust wyraźnie drgnęły, gdy okazało się, że moje błagania zdają się na nic.
Kolejny spazmatyczny oddech, zbyt gwałtowny, by nie pomyślał, że był reakcją na dotyk. Napięte ciało, rozpalone i w całkowitej gotowości do kolejnej próby ucieczki zareagowało wbrew mojej woli zbyt…
Nie tak jakbym chciał.
Coś przeskoczyło w mojej szczęce, gdy zacisnąłem ją tak mocno, że poszarpałem zębami wnętrza policzków. Bałem się poruszyć, by nie nabić się na ostry pazur sunący… W jakiś nieokreślony sposób to było całkiem… Powstrzymałem cichy jęk.
Więc… dla…czego…? — posłusznie rozchyliłem rozpalone wargi pod wpływem palców i zamarłem czując zaskakująco przyjemne usta na własnych. Z trudem powstrzymałem język przed reakcją i gdyby Loki mnie nie trzymał, runąłbym w tył przerażony nagłym impulsem, pod wpływem którego miałem ochotę oddać ten dziwny, bolesny pocałunek. Na szczęście nie zauważył tego, zbyt zajęty oglądaniem mego ciała.
Wyobrażałem sobie niesmak i obrzydzenie. Czekałem na wyraz wstrętu i pogardy na jego twarzy, zupełnie nie potrafiąc odczytać emocji na niej się malujących. Byłem zbyt przerażony i czułem się jak niewolnik na targu, którego szczegółowo oglada nowy właściciel. Zacisnąłem powieki jakby w oczekiwaniu na ręce… wszędzie. Ale nie. Nie dotknął mnie. Nie w żaden zły sposób, który sprawiłby że mój wstyd urósłby do niewyobrażalnych rozmiarów.
Syknąłem w cichym proteście, kiedy zabrał mnie na ręce.
Bolało. Zbyt bolało. Nagłe szarpnięcia, gorączka, osłabienie… Chciałem tylko żeby zostawił mnie w spokoju. Na chwilę… Na jedną, cholerną chwilę…
Gorąca woda nie przyniosła ukojenia. Mimo dreszczy, którym poddawane było moje ciało z powodu wysokiej temperatury, to była najnieprzyjemniejsza kąpiel w moim życiu. Gdyby Loki mną nie kierował, opadłbym na dno wanny, zbyt zesztywniały, by poruszyć choćby palcami u rąk, których kłykcie aż pobielały, gdy zaciskałem je kurczowo na wannie. Przyciągnięcie mnie do siebie również nie było najłatwiejsze, ale kiedy oparłem się o szeroki, ciepły i zaskakująco przyjemny tors poczułem jak moim ciałem zaczyna wstrząsać kolejny szloch. Miałem ochotę się rozkleić, a jednocześnie wiedziałem, że nie mam ku temu prawa.
Boli — poskarżyłem się. Poziom wody podnosił się i w którejś chwili gwałtownie podniosłem zranioną rękę, w dziwny sposób okręcając się bokiem i układając ją na ramieniu Lokiego, by nie zamoczyć rany. A potem przypomniałem sobie, że on jest nagi i ja jestem nagi i na dodatek siedziałem w mało eleganckiej pozycji między jego nogami. Szarpnąłem się i przywaliłem mężczyźnie łokciem w skroń, tym razem zupełnie nieumyślnie, w beznadziejnej próbie przeniesienia się na drugi koniec wanny.
Poniekąd mi się udało – w rezultacie jednak Loki zarobił sążnistego kopniaka niemalże w pachwinę, a sam wylądowałem w całości pod wodą, która zaczęła się szybko zabarwiać na czerwono, gdy z włosów i ciała zaczęła puszczać zaschnięta krew.
W tej chwili nic nie obchodziło mnie tak bardzo jak to, że zrobiłem coś wbrew woli wilka; nie spodziewałem się nagrody; wręcz przeciwnie, ale miałem przynajmniej tę satysfakcję, że nie byłem idealnie po jego myśli. A każde odstępstwo od normy w tym przypadku było ogromnym atutem. Skuliłem się na drugim końcu wanny szczękając zębami i obejmując ramionami kolana podciągnięte pod biodra. Starałem się nie patrzeć na Lokiego, z ogromnym trudem pozbywając się szkarłatu ze swojego ciała. Na amię nawet nie patrzyłem. Bandaż przemókł, ale i tak już wcześniej był kiepskim zabezpieczeniem.
Wreszcie zaczynałem czuć się lepiej przynajmniej w kwestii dreszczy i gorączki. Wreszcie zrobiło mi się naprawdę ciepło, a senność wzrosła maksymalnie.
Nie waż się mnie nawet… dotknąć… — wydusiłem z wielkim trudem starając sobie przetłumaczyć, że gdy jego usta znajdowały się tak blisko mojego ucha przygryzając je, to nie poczułem żadnej przyjemności. Ani gdy przebijał kłem moje wargi całując je tak delikatnie, że w otoczce tego całego bólu…
Och.
Mocno zacisnąłem uda i skupiłem się na tym, że Alexander nie żyje.
I wcale nie spoglądałem z ukrywanym podziwem na ciało mężczyzny znajdującego się ze mną w wannie. Sam nie miałem odwagi, by całego taksować go spojrzeniem w tak bezwstydny sposób.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:20 pm


Wciąż wyczuwałem silny strach chłopaka, ale w pewnym momencie zaczął on się mieszać z innymi uczuciami. Na moje usta wstąpił szyderczy uśmiech, gdy w reakcji na mój dotyk, Czerwony Kapturek nie tylko nie odczuwał obrzydzenia, ale co więcej, drżał i powstrzymywał westchnienia. Było mu przyjemnie, kiedy dotykał go ten sam potwór, który kilka godzin wcześniej zatapiał dłonie w krwi zmarłego już kochanka. Co za niepoprawny chłopiec... Mógłbym rzec, że to nawet perwersyjne. I zupełnie zaskakujące. Nie sądziłem, że będzie reagował na mój dotyk w ten sposób. Spodziewałem się więcej strachu, więcej protestów i łez. Ale fakt, że pojawiła się ta słodka reakcja, wcale nie sprawiał, że byłem mniej zadowolony. Wręcz przeciwnie. Jego odpowiedzi na mój dotyk były tylko kolejnym aspektem, dzięki któremu mogę krok po kroku niszczyć naruszoną już psychikę chłopaka. Tym samym, będę się dużo lepiej bawić. Kochana owieczka... Nie wypuszczę jej ze swoich szponów zbyt szybko. O ile oczywiście wcześniej nie stracę kontroli i nie rozszarpię go podobnie jak Alexandra.
Nie odpowiedziałem na pytanie "dlaczego?", gdyż bezpieczniejszym wyjściem było zignorowanie go. Gdybym zaczął cokolwiek wyjaśniać, zapewne pojawiłyby się następne pytania, a wtedy już na pewno zatkałbym mu te słodkie usteczka.  Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że przy tym mógłbym zrobić mu jeszcze większą krzywdę, a to jeszcze popchnęłoby go do śmierci. Już teraz ledwo trzyma się na nogach i właściwie wygląda jakby miał za chwilę zejść na ten drugi świat, w który ponoć wierzą ludzie. Może nawet odesłałbym go z powrotem do Gabriela, gdyby nie fakt, że stan w jakim znajdował się Kapturek, coraz bardziej mnie podniecał. Rany, krew i rozpalone przez gorączkę ciało wyglądały wspaniale. A świadomość tego, że to dzięki mnie chłopak przedstawia tak piękny obraz, tylko dodawała satysfakcji.
Gdy siedzieliśmy już w wannie, a drobne ciało opierało się o mój tors, pozwoliłem sobie na chwilę rozluźnienia. Do tej pory pozostawałem raczej czujny, gdyż mimo wszystko nie wiedziałem czego spodziewać się po tym dzieciaku. Nie mógłby mi nic zrobić oczywiście. Chodziło raczej o to, by w razie jakichś gwałtowniejszych ruchów, nie zareagować zbyt gwałtownie. Pod wpływem ciepła, które dawała gorąca woda, odsunąłem na bok wszelkie obawy i doszedłem do wniosku, że także chłopak daruje sobie jakiekolwiek podejrzane ruchy. W końcu miał już wiele okazji, by przekonać się, że nie wychodzą mu one na dobre. W związku z tym sądziłem, że będzie spokojnie leżał i da się oczyścić, potem zaprowadzić do Gabriela, by ten zszył mu raz jeszcze ranę na ramieniu. Po tym wszystkim pozwoliłbym mu nawet zasnąć, bo w końcu jaki pożytek z tego wycieńczonego chuchra, któro z trudem samo unosi rękę? Nawet ja nie jestem zwolennikiem nekrofilii, a czułbym się jak jej przedstawiciel, gdybym miał wykorzystać go w  stanie tak bliskim nieważkości. Przede wszystkim, to byłoby zbyt nudne. Wolałbym, by chociaż próbował się bronić.
Ponieważ, tak jak już wspomniałem, zupełnie się rozluźniłem, nie mogłem spodziewać się, że lada chwila zarobię w skroń. Tym bardziej, że jeszcze sekundę wcześniej usłyszałem delikatny, cierpiętniczy wyraz niezadowolenia z ust Caina i wydawałoby się, że to jedyne na co go stać w tym momencie. No i ułożył się w taki sposób, jakby moja bliskość naprawdę zupełnie mu nie przeszkadzała, a nawet odpowiadała. W każdym razie, nie wyglądał na człowieka, który ma zaraz użyć swej naturalnej broni białej, by zaatakować moją głowę. Warknąłem więc odruchowo, gdy poczułem lekki ból w okolicach skroni, a w wannie nastąpiło gwałtowne poruszenie. Zmrużyłem oczy na krótką chwilę, gdyż uderzenie akurat w to miejsce było odczuwalne nawet dla mnie, choć nie jestem pewien, czy można nazwać to bólem. Moja dłoń powędrowała do głowy, ja zaś przeszywałem miotającego się chłopaka nieprzyjemnym wzrokiem, który nabrał jeszcze bardziej złowrogiego wyrazu, gdy poczułem zdecydowanie nieprzyjemne kopnięcie zbyt blisko TEGO miejsca. Dopiero po chwili zorientowałem się, że moje zęby są częściowo odsłonięte i wydłużone, a z mojego gardła wydobywa się rozjuszony wilczy warkot. Na dodatek do moich nozdrzy gwałtownie dotarł silny zapach krwi, która wypełniła wannę, w której, o zgrozo, siedziałem. Zamykając usta i doprowadzając zęby do porządku, przeniosłem spojrzenie krwistych tęczówek z chłopaka i utkwiłem je w zabarwionej na czerwono, gorącej wodzie, która otaczała mnie z każdej strony. Zanurzyłem w niej dłoń, która do tej pory spoczywała obok skroni i po chwili znów ją uniosłem, przykładając do ust. Moje oczy pociemniały, gdy poczułem smak krwi, której zapach gęsto wypełniał powietrze.
- Jesteś wyjątkowo bezmyślnym przedstawicielem swojego gatunku, gówniarzu - warknąłem, unosząc się na nogi. Czułem na swoim ciele krew chłopaka. Och jaka szkoda, że w tej formie. W tej chwili pragnąłem wbić swoje pazury w kilka miejsc i ubrudzić się dużo bardziej. A przy okazji zaspokoić rosnący głód. Skoro jego krew jest tak smaczna, mięso zapewne również przypadłoby mi do gustu...
Podszedłem do skulonego na końcu wanny chłopaka i dopiero wtedy, nachyliłem się, wciąż jednak nie siadając. Przyklęknąłem.
- Jesteś śpiący Cain? - zaśmiałem się w wyjątkowo  nieprzyjemny sposób. - Boli cię? A może mam zakończyć twoje męki? Chcesz tego, prawda? - Mrużąc z wściekłości oczy, chwyciłem jasne włosy i gwałtownie zanurzyłem lekką głowę w wodzie wymieszanej z metalicznym smakiem krwi. Moja dłoń mocno zaciskała się na przydługich kosmykach i brutalnie naciskała na głowę, nie dając jej szans na wynurzenie się, a chłopakowi na zaczerpnięcie powietrza. Śmierć poprzez uduszenie zdaje się nie jest zbyt przyjemna. Głowę dzieciaka wyciągnąłem dopiero wtedy, gdy opór zaczynał niknąć. Bezlitośnie wpatrywałem się w delikatną twarz chłopaka. Uśmiechnąłem się, puszczając włosy i złapałem go szybko w pasie, by przypadkiem nie rąbnął głową o próg wanny.
- Nie waż się mi rozkazywać - wyszeptałem już całkiem spokojnym tonem i wstałem, trzymając w rękach osłabione ciało. W ten sposób przeniosłem się pod prysznic, gdzie postawiłem chłopaka. Trzymając go jedną ręką, drugą odwinąłem bandaż. Oblizałem się całkiem niekontrolowanie, gdy mój wzrok napotkał otwartą ranę wypełnioną krwią. Z trudem powstrzymałem chęć zasmakowania jej i odkręciłem letnią wodę, która powoli zaczęła spływać po naszych ciałach. Nabrałem na dłoń odrobinę mydła, obmywając niespiesznie drobne ciało i pozbywając się z niego całej tej krwi. Na koniec zająłem się poplątanymi włosami, używając ładnie pachnącego szamponu Gabriela.
- Lepiej zacznij korzystać z rozsądku, o ile go posiadasz, mój słodki chłopcze - odparłem z lekkim, nieco szyderczym uśmiechem, gdy już zakręciłem wodę i znów pochwyciłem dzieciaka w swoje ramiona. Będąc jeszcze w łazience, krzyknąłem Gabriela i przeniosłem się do sypialni, układając chłopaka na miękkim dywanie obok kominka. Blondyn przyszedł chwilę po tym i wyraźnie się skrzywił widząc w jakim stanie jest ramię dzieciaka. Nie powiedział jednak nic, domyślając się zapewne, że nie byłoby to zbyt dobrym pomysłem. Bez słowa poszedł po apteczkę i już po chwili klęczał przy Cainie, po raz kolejny zabierając się za zszywanie. Ja tymczasem zamieniłem się w wilka i cierpliwie obserwowałem pracę brata. Skończył dość szybko. Ranę przysłonił świeżym bandażem i zwinnie pozbierał swoje rzeczy.
- Lepiej żeby to był ostatni raz, kiedy muszę to robić. - Sam nie wiem, czy swoje słowa kierował do Kapturka, czy do mnie, lecz to akurat nie było zbyt ważne. Gabriel zaraz po tych słowach opuścił sypialnię, a ja zwinąłem się w kłębek, oplatając w ten sposób wycieńczone ciało. Niech śpi i dobrzeje. Nie będę przecież czekać w nieskończoność.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:25 pm


Cóż… W tym wszystkim jedno było pewne – nie zamierzałem tanio sprzedać skóry, nawet jeśli mój wielki finał wyglądałby tak jak Alexandra. Nie istniała opcja, bym nie próbował się bronić, chyba że byłbym nieprzytomny. Naruszyłem już i tak dość mocno granice własnej dumy i wytrzymałości, okazałem wystarczająco dużo słabości błaganiami i łzami. Cóż więcej miałem do stracenia? Życie? Ha. A ileż ono było warte w tej chwili? Kilka dodatkowych uderzeń serca w zamian za uległość? Kolejne, wypełnione brakiem mojego myśliwego dni…? Na samą tę myśl czułem ogromną gulę w gardle i następną, zbliżającą się nieuchronnie falę płaczu.
Zagryzłem wargi spoglądając na wilka z mieszaniną strachu i nieokreślonego buntu, który brał się nie wiadomo skąd. Błagamzostawmniewspokojuodejdź. Niezależnie ode mnie, moje oczy zsunęły się z torsu mężczyzny niżej. Przełknąłem ślinę przez moment poddając się absurdalnej myśli, co byłoby, gdybym spróbował go uwieść. Szybko jednak uświadomiłem sobie, że pomysł jest kiepski o tyle, o ile. Nigdy nie byłem z nikim aż tak blisko, by… Skuliłem się. Nawet Alexandra nie widziałem nago. Zawstydzenie musiało się pojawić, choćbym nie wiem jak mocno usiłował z nim walczyć.
P-Przepraszam… — powiedziałem niemal bezgłośnie wpatrując się w mężczyznę z najprawdziwszym przerażeniem. Skuliłem się bardziej modląc się, żeby przeniknąć przez ścianki wanny, wypaść, zniknąć, wyparować, cokolwiek. Gardłowe warknięcie i wyraz twarzy wilka nie wróżyły długiego i spokojnego żywota, wręcz przeciwnie. Wiedziałem, że w znaczący sposób mu podpadłem, po raz kolejny dzisiaj.
…Kiepska była ze mnie ofiara…
Nie… Nie zrobiłem tego specjalnie… — próbowałem się tłumaczyć. Oczy piekły mnie niemiłosiernie, ale bałem się przymknąć je choćby na ułamek sekundy zbyt przerażony byciem zdanym na łaskę rozwścieczonej bestii. Och, gdyby choć wkurzył się na mnie jakoś porządnie, wpadł w szał, we wściekłość, stracił panowanie nad sobą i jednym ruchem ręki zmiótł mnie z powierzchni ziemi… ale nie… Jego… pozorny spokój przerażał po tysiąckroć bardziej. I jak się okazało nie bezpodstawnie.
Zabiłeś jedyną osobę, na której mi zależało, czego się spodziewałeś…? — szepnąłem pobielałymi wargami siląc się na tę rozpaczliwie odważną wypowiedź, kolejne oskarżenie. Na pytania nie odpowiedziałem. Bałem się konsekwencji własnych słów.
A Loki wiedział doskonale jak zmęczony byłem. Jak bardzo chciałem zasnąć. Jak bardzo pragnąłem zniknąć, dołączyć do Alexandra. Ale… oczywiście nie miał zamiaru wyświadczyć mi tej przysługi.
Pzdaq…Ew…! — Jego gest zauważyłem, ale nie zdążyłem zareagować. Jakieś nieskładne słowa uleciały z mojego gardła, do którego za moment wleciało mnóstwo zabarwionej na czerwono wody. Zakrztusiłem się mocno i w przymusie zaczerpnięcia świeżego powietrza zachłysnąłem się po raz kolejny tak mocno, że rozbolały mnie płuca.
Jeśli sądziłem, że wcześniej odczuwałem panikę, w tej chwili uznałem, że się myliłem. To była jedna z najgorszych rzeczy jaka mogła mnie spotkać – uduszenie. Szarpałem się, uderzałem łokciami o ściany wanny, próbowałem kopać Lokiego, ale woda skutecznie hamowała całą siłę jaką wkładałem w te, pożal się Boże, ciosy. Z całych sił próbowałem nie zachłysnąć się po raz kolejny, ale nie było to łatwe. Kolejne hausty wody złapałem wraz z beznadziejną próbą zaczerpnięcia tchu.
Sądziłem, że będzie bolało bardziej. Że będę umierał dłużej.
Po pierwszym szoku, gdy osłabłem na tyle, by moje kończyny opadły bezwładnie na dno wanny, nawet się ucieszyłem. Zrobiło mi się ciemno przed oczami. Chciałem już tylko zasnąć, chciałem tyl—
Zakrztusiłem się, gdy organizm, wbrew mojej woli, rozpaczliwie złapał powietrze. Nienienie. Było tak blisko.
Uchyliłem powieki nie mając siły na nic. Zawisłem w ramionach mężczyzny nawet nie widząc go zbyt wyraźnie. Najwyraźniej znalazł sposób, by uspokoić swoją ofiarę i podciąć jej skrzydła. W tej chwili było mi wszystko jedno.
Jak przez mgłę widziałem jego twarz. Jego dotyk, silne ręce, sposób w jaki przeprowadzał mnie pod prysznic, pod którym dopiero odrobinę doszedłem do siebie. Nie zwracałem uwagi, że dotyka mojego ciała, czułem się jakbym wyszedł z własnego ciała i stał obok obserwując biernie jego poczynania. W tej chwili pozwalałem mu na absolutnie wszystko skupiając się jedynie na jak najrówniejszym oddechu. Miałem ochotę rzygać, paść na ziemię, ryczeć, zdechnąć. Świadomość własnej bezsilności przyprawiała mnie o mdłości. Nigdy nie sądziłem, że aż w takim stopniu będę zdany na łaskę kogoś. Że ten ktoś będzie moim katem i oprawcą. A moja rozpacz będzie dla niego najdoskonalsza rozrywką. Jak bardzo chora musiał być ten facet, by czerpać przyjemność z czegoś takiego?
Nie sądził chyba, że w którymś momencie mi się to spodoba, że mu ulegnę i stanę się posłuszny? Chyba nie sądził…
Oparłem się o ciało Lokiego, co chwilę nieco się osuwając. Mój umysł ledwie odnotowywał fakt, że nasze ciała ocierają się o siebie. W tej chwili nie miało to absolutnie żadnego znaczenia, chociaż podświadomość dokładnie wszystko zapisywała. I nie mogłem powiedzieć, że w tej chwili działo mi się coś złego.
Obawiałem się, że zostałem złapany. Cała buńczuczność gdzieś zniknęła zabierając ze sobą resztki pewności siebie. Byłem nagi, całkowicie nagi – zarówno fizycznie, jak i psychicznie i nie wierzyłem w to, że mógłbym się jeszcze kiedykolwiek pozbierać.
Zresztą… Po co?
Niemiłe uczucie bycia obklejonym zaschniętą krwią zniknęło. Jej zapach również.
Uspokoiłem się i wreszcie zacząłem spokojnie oddychać. Niewiele do mnie docierało: wiedziałem, że znów pojawił się Gabriel, kimkolwiek on był. Wiedziałem, że znów pochylił się nad moją raną, jednak tym razem zamiast bólu czułem jedynie lekkie szczypanie. Najwyraźniej mój organizm działał jeszcze pod wpływem adrenaliny i szoku. Nie zamierzałem narzekać. Nagość przestała mi przeszkadzać.
Alexander… nie… — To była naprawdę długa noc. I dzień. Byłem już na granicy snu, mamrotałem niewyraźnie i zupełnie bez ładu i składu — Jutro pójdziemy do mnie. Możesz dziś spać po lewej… stronie… możesz… nie chcę… — szeptałem pod wpływem gorączki i wspomnień zupełnie odnotowując tego faktu. W mojej głowie nie było Lokiego w tej chwili — Nie zostawiaj śladów na mojej szyi, bo znowu… będą pytać… skąd… — wtuliłem twarz w zaskakująco miękkie i ciepłe futro wilka i zwinąłem się w kłębek. Rzeczywistość przestawała w tej chwili mieć jakiekolwiek znaczenie.
Nie myślałem, że zasnę tym razem tak łatwo. Kilka razy budziłem się w nocy nieprzytomnie szarpiąc za sierść, szlochając cicho i wołając Alexandra, ale poza tym niewiele do mnie docierało. Nawet to, że w którymś momencie wśliznąłem się pod ciężką łapę i wtuliłem w Lokiego maksymalnie, na tyle, na ile pozwalały mi warunki fizyczne i wciąż odczuwany ból.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:37 pm

Bezlitośnie wpatrywałem się w te śmiesznie małe, w porównaniu do mojego, ciało, gdy z równie drobnych, słodkich ust zaczęły wypływać nieskładne zdania, zupełnie nieadekwatne do obecnej sytuacji. Majaczył przez gorączkę i przez zmęczenie, wywołując we mnie kolejną falę irytacji. Tęczówki żarzące się krwistą czerwienią za sprawą tańczących nieopodal płomieni przesunęły się po całym nagim ciele chłopaka. Wystarczyłby krótki ruch łapą, by zabrać z niego całe życie. By nigdy więcej nie wypowiedział imienia Alexandra ani w mojej obecności, ani w ogóle. Fakt, że nie wiedział co mówi i wszystko musiało płynąć z głębi jego serca, co znaczyło tyle, że tęsknił za tym draniem, sprawiał, że mrużyłem oczy próbując powstrzymać rosnącą złość. Wystarczyłby jeden ruch...
Uniosłem powoli łapę, gdy do moich wrażliwych uszu doszły kolejne nieświadome słowa Cain'a. Ślady na szyi... Warknąłem niekontrolowanie, opuszczając łapę na jej poprzednie miejsce, a mój wzrok samoistnie zsunął się na smukłą szyję, o której była mowa. A niechby faktycznie znajdował się na niej jakikolwiek ślad po tej brudnej istocie ludzkiej, dopilnowałbym, by na miejscu tego skrawka znalazła się piękna, wyraźna blizna. Ma na tyle szczęścia, że doszedłem do chatki jego cholernego kochanka nim udało się to zrobić jemu. Swoją drogą musi być z niego niezłe ziółko. Wygląda tak niewinnie, zachowuje się podobnie, ale przecież taki nie jest. Mówi w ten sposób o pieprzonym draniu, który nie zasługuje na to, by ktokolwiek go wspominał. Skoro kocha i pragnie takiego okropnego człowieka, sam też w głębi musi być zepsuty. W końcu zależy mu na kimś takim. Na kimś, kto pod względem okrucieństwa niewiele różni się ode mnie. On też zabijał bez chwili wahania. Pozbawił życia dużo istnień, a mało tego został okrzyknięty bohaterem. Lecz czym się różni jego bohaterskie zachowanie, od mojego bestialskiego? Jedynie ofiarami. Rzecz w tym, że my, zwierzęta zabijamy głównie po to, by zdobyć pożywienie, a nie dlatego, że chcemy, lub sprawia nam to radość. Tak było przynajmniej w przypadku każdego pojedynczego istnienia, na którym Alexander położył swoje łapy. Ja nieco różnię się od innych przedstawicieli swojego gatunku. Zabijam, bo lubię. Pastwię się nad innymi, bo sprawia mi to radość. Bawię się ich uczuciami, bo nie ma lepszego widoku niźli ludzkie reakcje bezradnych i obdartych ze szczęścia ludzi. Ale w przeciwieństwie do tego dupka, nie oczekuję od nikogo tego, że będzie traktował mnie z miłością, tak jak jego traktował dzieciak. Więc w jakim stopniu pozbawiony sumienia musi być mój słodki Cain, skoro jego całym światem jest tak bezduszny "bohater"?
Przymknąłem oczy, układając głowę na dużych, czarnych łapach, lecz sen nie miał zamiaru odwiedzić mnie w najbliższym czasie. Leżałem więc tak tylko po to, by odpocząć i móc obserwować chłopaka, którego stan wolałem mieć pod kontrolą. Gdyby mu się pogorszyło, przynajmniej miałbym czas, by zawołać Gabriela.  A gdyby mu się polepszyło, lepiej, by był ktoś, kto go przypilnuje. Co prawda kolejna próba ucieczki byłaby z jego strony niesamowitą głupotą, ale zdążyłem się już przekonać, że nie grzeszy mądrością. A jeśli obudzi się i zobaczy, że wciąż tu jestem, a on nadal leży wtulony w moją sierść, wszystkie nieprzemyślane plany raczej powinny opuścić jego pustą główkę. Jeśli nie, łatwiej będzie mi się opanować, gdy zaradzę jego panicznemu biegowi, gdyż uciekająca ofiara zbyt mocno pobudza zmysły.
Godziny mijały, mały się wiercił, ale nie wyglądał jakby działo się z nim coś złego, więc wciąż spokojnie leżałem, ciesząc się ciepłem mającym swoje źródło w rozpalonym kominku. Właściwie ogień ten nie był mi specjalnie potrzebny, gdyż grube futro jest aż nazbyt dobrym zabezpieczeniem przed zimnem, jednak płomienie wyglądają na tyle ładnie, że samo to nakłania mnie do ich wytworzenia. Uspokajają. Może to dzięki nim jeszcze nie potraktowałem rzucającego się co jakiś czas jasnowłosego swoimi pazurami. A naprawdę miałem na to przemożną ochotę, gdy tak budził się co jakiś czas, z imieniem Alexandra na swoich ustach. O dziwo jednak udało mi się opanować. Cainowi nie przybyło ran, mimo, że za oknem już świtało a ogień w kominku zdążył się wypalić.
Słysząc poruszenie za drzwiami, sam również uniosłem głowę i postanowiłem wstać nim jeszcze Gabriel wybierze się do tej swojej śmiesznej szkoły. Muszę załatwić kilka rzeczy, a tak jak już wspominałem, nie chciałbym zostawiać chłopaka samego. W związku z tym ostrożnie zabrałem łapę, do której przykleił się dzieciak i bezszelestnie stanąłem na nogi, starając się, by ten nie odczuł za bardzo mojej nieobecności. Znów zmierzyłem wzrokiem całkiem nagie ciało i niekontrolowanie oblizałem wargi. Wyglądał o niebo lepiej niż kilka godzin temu. Może nawet zeszła mu gorączka? Tym już zajmie się mój słodki braciszek, gdyż ze mnie lekarz marny.
Moja postać w przeciągu sekundy z wilczej, zmieniła się w ludzką. Podszedłem do szafy i niedbale wsunąłem na siebie czarne, dość luźne spodnie oraz białą koszulkę bez rękawów. Skrzywiłem się czując jak ubranie krępuje moje ruchy. Nie rozumiem dlaczego w ogóle wśród ludzi przyjęło się zakrywanie ciała w ten sposób, a na dodatek obnażanie go wiąże się z kłopotami. To tylko potwierdza w jak idiotyczny sposób rozumuje ludzkość.
Rzucając ostatnie spojrzenie śpiącemu wciąż dzieciakowi, uśmiechnąłem się pod nosem i po założeniu butów opuściłem pokój. Po drodze na dół złapałem Gabriela "prosząc" go o przypilnowanie mej uroczej, niewinnej ofiary. Zgodził się, a jakże. Niechby spróbował odmówić. Cóż, nie mógłby. Niezależnie od tego, czy jest moim bratem czy innym przydupasem, samiec alfa ma bezgraniczną władzę. Nie mógłby nawet się obrazić, gdybym za sprzeciw pozbawił go łapy, czy dwóch. Ewentualnie zabił, w końcu różnie to bywa.
Zostawiając braciszka w domu razem ze słodkim Kapturkiem, szybkim biegiem podążyłem w stronę miasta. Nie lubiłem tracić czasu. Do domu wróciłem po niespełna godzinie, trzymając w ręku kilka wilczych skór i świece. A także kilka metrów liny. W końcu musiałem urządzić pokoik swojej księżniczce. Od razu po wejściu do domu zszedłem do pustej piwnicy. W przeciwieństwie do reszty chatki, ta zrobiona była z zimnego, szarego kamienia. Pomieszczenie było ciemne, chłodne i opanowane przez wilgoć. Rzuciłem na ziemię przyniesione skóry, rozkładając je pod ścianą. Linę zawiesiłem na ścianie tuż obok. Świece zaś porozstawiałem tak, by mogły choć trochę oświetlić całe pomieszczenie. Tyle wystarczy. W końcu mój słodki chłopiec raczej nie sądził, że codziennie będzie zasypiać w moich objęciach? Aż nie mogłem powstrzymać śmiechu na tą niedorzeczną myśl.
Wróciłem do swojej sypialni, odsyłając Gabriela, który pognał do szkoły. Wziąłem na ręce nagie ciało i nie zwlekając, z głodem w oczach wpatrując się w nieskazitelnie jasną cerę, zniosłem chłopaka do urządzonej piwnicy. Położyłem go względnie delikatnie na wyłożonej skórami części podłogi i już wyzbywając się jakiejkolwiek subtelności chwyciłem mocno nadgarstki, które po chwili zostały uwięzione mocnym węzłem z liny przymocowanej do ściany. Wyprostowałem się znad chłopaka, a na moje usta wstąpił uśmiech satysfakcji. Wyglądał idealnie i tak samo pasował do tego pomieszczenia. Mój słodki, niewinny chłopiec... Przysiadłem obok, i zaostrzonymi paznokciami przejechałem po kuszącej szyjce, by następnie skierować swoją dłoń w dół. Taka delikatna skóra... Przymknąłem oczy wciągając głośno powietrze. Tak piękne ciało, całe moje. Słodki, biedny, mały Czerwony Kapturek...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:39 pm


Nie patrzyłem na wszystko z innej perspektywy, jak tylko tej, w której Alexander był obrońcą ludzkości, bohaterem… wyklętym, bo wyklętym, ale jednak bohaterem. Wszystko, co wychodziło poza ramy ludzkości było brudne, złe i podrzędne. Nigdy nie twierdziłem, że nie jestem małostkowy i ograniczony w postrzeganiu przez siebie świata. Loki, sama jego obecność sprawiała, że paraliżowało mnie od wewnątrz i nie byłem w stanie orzec nawet, która z jego postaci przeraża mnie bardziej.. Ale tak, w wilczą właśnie kurczowo się wtulałem, nawet nie zdając sobie z tego sprawy…
Całe Zycie potrzebowałem kogoś. Goniłem za wszystkim co umykało mi z rąk, a Alexander dodatkowo budził podziw. Było dla mnie niepojętym, a zarazem znaczącym wyróżnieniem, że wybrał właśnie mnie. Właśnie mnie obdarzył swoją uwagą, nie całował i dotykał. Nawet jeśli moich uszu docierały plotki, że nie jestem jedyny, że mój ukochany ma w mieście dziesiątki kochanków i kochanek, to i tak w nie nie wierzyłem. Nie mógł przecież, nie, kiedy mówił, ze jestem piękny u jedyny. Trochę się złościł, gdy nie pozwalałem mu na zbyt wiele, ale nigdy nic na ten temat nie mówił. Widziałem w jego oczach głód… Głód tak różny od głodu w oczach Lokiego…
Drgnąłem wyczuwając ruch. Zacisnąłem mocniej powieki, by nie pozwolić im się otworzyć i nie zdradzić się, że już nie śpię.
Nie miałem pojęcia, że gadałem przez sen. Imię Alexandra musiało nieźle rozsierdzić mego oprawcę, a jednak przeżyłem tę noc.
Chyba jednak zdrzemnąłem się przez chwilę, poprzez lekko uchylone powieki zauważyłem jasnowłosego chłopaka, który tylko z pozoru wyglądał na mniej niebezpiecznego. Myśl o ucieczce nawet nie zaświtała mi w głowie, a nawet jeśli, to i tak nie miałem siły choćby ruszyć ręką. Gorączka prawdopodobnie zeszła, została zastąpiona falą mdłości i osłabienia. Oraz bólu. Rwące ramię sprawiało, że przed oczyma widziałem szkarłatną mgiełkę.
Zastanawiałem się ile wytrzymam. Walczyłem z sennością, ale na dobre obudziłem się dopiero w chłodnym lochu w momencie, gdy obolałe ramię zostało lekko szarpnięte i skrępowane wraz z drugą ręką.
Co… — syknąłem głośno, kiedy lina wżęła się mocno w nadgarstki, które okazały się skrępowane na dobre. Chwilowy spokój zniknął, a sam poczułem, że balansuję na granicy, Zastanawiałem się tylko co będzie pierwsze – histeria czy szaleństwo? — Puść… Czemu…? — skuliłem się pod ścianą łącząc nogi i układając się w pozycji, która maksymalnie skrywała moja nagość. Czułem się cholernie skrzywdzony i nieszczęśliwy, żal znów narastał i objawiał się coraz bardziej dławiąca kulą w gardle. Czym sobie na to wszystko zasłużyłem? Za co? Moją jedyną winą był jedynie spacer po lesie. Z trudem powstrzymałem lecące do oczu łzy i szarpnąłem się obijając o ścianę, ale dzięki temu wywinąłem się z zasięgu tych brudnych, obrzydliwych łap, które tylko udawały ludzkie. Potwór. Wstrętny potwór. Gdyby w moich ustach nie panowała Sahar, splunąłbym mu w twarz. — Puść mnie, błagam. Przecież nie ucieknę jeśli zamkniesz drzwi. — popatrzyłem na mężczyznę z lekiem, starając się, by nie domyślił się, że panicznie boję się zamkniętych pomieszczeń, zaś skrępowane ręce i niemożność ruchu to jedynie gwóźdź do trumny.
Nienawidzę cię, nienawidzę cię, nienawidzę. — wysyczałem starając się zakryć jak najbardziej. Szyja mnie piekła, choć nie stała mi się w nią krzywda. Czułem się jednak naznaczony dotykiem wilka, w miejscach, gdzie sunęły jego palce, czułem piekące mrowienie. Czułem, że jeśli mnie tu samego zostawi, zwariuję i oszaleję. Doprowadzał mnie do obłędu i dręczył na wszystkie możliwe sposoby. Już nawet nie obchodziło mnie, że jestem głodny i spragniony. Priorytetem było uwolnienie rąk. Zdawałem sobie sprawę jak kiepsko będzie, gdy zostanę tutaj sam. Nawet jeśli miałbym stracić rękę… Szarpnąłem ręką. Lina się naprężyła, ale nie pękła. Sam natomiast dorobiłem się kolejnej silnej fali bólu.
Rozwiąż mnie tylko… błagam… — szepnąłem ze wstrętem czując, że po moim policzku spłynęła gorąca kropla, którą wolałbym ukryć przez wzrokiem mężczyzny. Nie chciałem okazywać przed nim słabości, więc czym prędzej opuściłem głowę sprawiając, że twarz została zakryta kaskadą włosów. Gdybym w tak łatwy sposób mógł się ukryć przed nim cały… Tymczasem nie. Cały czas czułem na sobie jego wygłodniały wzrok. — Zrobię cokolwiek zechcesz, ale mnie rozwiąż, bo bo… — ugryzłem się w język tak mocno, że natychmiast poczułem słodko-mdły smak własnej krwi. Prawie przyznałem się do jednej z większych fobii, a nie miałem wątpliwości, że zostałaby wykorzystana przeciwko mnie. Starałem się uspokoić tak, jak tylko to było możliwe, ze drżenie ciała zdradzało mnie. Szczęka chodziła mi w góre i w dół sprawiając, że wypowiadane przez mnie słowa były mniej zrozumiałe niż zazwyczaj. — Nie masz prawa mnie tu trzymać… Jeśli ktoś się dowie… na pewno będą mnie szukać. Na pewno po mnie przyjdą. Na pewno — Próbowałem Lokiemu grozić, choć to było wątpliwe, by przejął się groźbami osłabionego dzieciaka. Sam, niestety, nie wierzyłem, by pies z kulawą nogą zainteresował się moim zniknięciem: odkąd poszła plota, że spotykam się z Alexandrem, zostałem stracony dla społeczności miasteczka, wszyscy żywili przekonanie, że któregoś dnia po prostu zniknę odchodząc wraz z nim daleko na południe, gdzieś, gdzie zawsze jest ciepło i dużo lepiej. — Przyjdą po ciebie i cię zniszczą. Wtedy to ja będę patrzył… — w ułamku sekundy zaczerpnąłem tchu, a mój głos przestał drżeć. Wilk mógł przez moment zauważyć cos dziwnego. Nieuchwytnego. Nutkę okrucieństwa i bezczelności, które zaraz zniknęły za kolejnym, kurczowym wdechem. —Rozwiąż… — nadal trzymałem się z dala od jego dłoni – lawirując szyją tak, jak tylko się dało, by cały czas znajdowała się w wystarczającej odległości.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 9:46 pm




    Uchyliłem powieki, gdy tylko poczułem jak Cain się budzi. Zgadza się - poczułem, gdyż nie musiałem nawet widzieć jego otwartych oczu, by stwierdzić, że już nie śpi. Nagły lęk i wyjątkowo mocno wyczuwalny strach chłopaka jako pierwsze dotarły do mojej podświadomości, wywołując na ustach niekontrolowany, błogi uśmiech. Moje ciało samoistnie się spięło, gdyż jak wiadomo, przerażenie tej słodkiej owieczki wpływa na mnie bardzo pobudzająco i nie jest łatwym powstrzymywanie się od urządzenia sobie bardzo dobrego posiłku już w tym momencie. Niełatwo jest zahamować wilcze instynkty, szczególnie dla kogoś, kto całe życie spędził w wilczej skórze, sporadycznie zamieniając ją na człowieczą. Gdyby chłopak tylko wiedział jak niewiele trzeba, bym stracił nad sobą kontrolę, z pewnością oszalałby z przerażenia. A może wręcz przeciwnie? Wykazałby się odrobiną instynktu samozachowawczego i trochę uspokoił nerwy, by tak mocno nie kusić moich kłów i spragnionego podniebienia.
    Moja ręka zawisła w powietrzu, kiedy drobne ciało w szybkim tempie się od niej odsunęło. Mój uśmiech delikatnie się pogłębił, zaś swą dłoń zabrałem i oparłem na niej brodę. Szkarłatnymi tęczówkami intensywnie przyglądałem się małemu i choć nie miałem złych zamiarów (powiedzmy), wyglądałem zapewne jak przyczajony zwierz chcący zapolować. Swoją drogą, faktycznie niedługo będę musiał wybrać się na polowanie, jeżeli nie chcę przedwcześnie pożreć mego Czerwonego Kapturka. W końcu chciałbym się przed tym trochę pobawić. Kto wie, jeżeli będzie zabawiał mnie tak dobrze jak teraz, może nawet pożyje kilka tygodni. Nie jest to wielce prawdopodobne ale i niewykluczone. Wszystko zależy od tego uroczego biedactwa i jego zachowania. Nie ukrywam, że wiążę z nim spore nadzieje, w końcu sam fakt, że moja cierpliwość przy nim wydaje się niebywale silna, wskazuje na to, że dzieciak może dostarczyć mi sporo rozrywki.
    Bawiło mnie to jak zawzięcie cofał swoje piękne ciałko, kierując je jak najbardziej ku ścianie. Pofatygował się nawet, by trochę poszarpać liną i chyba naprawdę łudził się, że da radę tym coś wskórać. Naiwna owieczka. Wygląda lepiej niż wczoraj i zapewne tak też się czuje, jednak po pierwsze, wciąż jest osłabiony, po drugie - nawet, gdyby nie był, nie mógłby się wydostać z wprawnie zaplątanej liny i w końcu po trzecie, nawet jeśli jakimś cudem by mu się to udało, wciąż jestem tu ja. Ostatni fakt sprawia, że choćby flaki sobie wypruwał, nie tylko stąd nie ucieknie, ale również nie postawi jednego samodzielnego kroku, dopóki na to nie zezwolę. Gdyby rasa ludzka była ciut mądrzejsza, może by to zrozumiał i cały czas miał na uwadze. Ale niestety, nie można oczekiwać zbyt wiele po człowieku. Szczególnie po takim, który naiwnie kocha i daje się bzykać facetowi, który oprócz niego ma jeszcze wielu innych. No dobrze - miał. Z wiadomej przyczyny zastosowanie tutaj czasu przeszłego brzmi wiarygodniej. W każdym razie Cain żył w małym miasteczku, więc musiały dotrzeć do niego te pogłoski, szczególnie, że co najmniej kilku mieszkańców wspomina o tej platonicznej miłości, gdy sam odwiedzam miasto, a robię to raz lub dwa razy na tydzień, czyli nie tak znowu rzadko. Ludzie lubią plotkować i ich słowa docierają także do osób, które niekoniecznie chcą znać nowości z życia obcych im osób. Takim kimś jestem na przykład ja, a jednak po wizycie w mieście wiem o nieznanych mi ludziach dużo więcej niżbym tego pragnął. Ponieważ białowłosy jest obecnie kimś, kto w jakimś stopniu mnie interesuje, wiem o nim wszystko, co wiedzą miejscowi i wciąż jest to więcej niż potrzebuję.
 Westchnąłem cicho, przypatrując się chłopakowi niewzruszonym spojrzeniem, gdy ten najwidoczniej zrozumiał, że nic sam tu nie zdziała i zaczął prosić o trochę łaski. Znów się zaczyna. "Błagam, proszę, zrobię wszystko", czy myśmy już przypadkiem tego nie przerabiali? Kącik moich ust uniósł się bezczelnie, gdy na jasnym policzku dostrzegłem pojedynczą łzę. Niestety niedane było mi patrzeć dłużej na tą śliczną twarzyczkę, gdyż schowała się za kaskadą czystych już, białych włosów.  Nie robiłem jednak nic, cierpliwie czekając, aż dzieciak powie co ma do powiedzenia. Słuchanie tego wszystkiego i obserwowanie jego reakcji nie było tyle zabawne, co nawet ciekawe, zwłaszcza, że moje zmysły rejestrowały każdą pojedynczą emocję z całej tej mieszanki gwałtownych uczuć, jaka siedziała wewnątrz chłopaka. Ich ilość i samo występowanie przeciwstawnych sobie emocji w jednym momencie, jest doprawdy intrygujące. Boi się, ale i złości, jest zrozpaczony, ale gdzieś pomiędzy tą rozpaczą przebija się nienawiść i chęć mordu. Słabo wyczuwalna, ale jednak na tyle, by nasycić moje zmysły i sprawić, że miałem ochotę zabawić się jeszcze mocniej. Uczynić tą chęć tak mocną, by można ją było wyczuć bez najmniejszego problemu. By dominowała nad wszystkimi innymi, sprawiając, że niewinny Czerwony Kapturek nie będzie już dłużej taki niewinny. Co więcej, nie mógłby oskarżać mnie o bestialstwo, gdy sam przepełniony będzie chęcią zabicia. Kusząca perspektywa, na dodatek scenariusz całkiem możliwy.
    Popadł w histerię. Było to dosyć dziwne z tego względu, że nie był do tego stopnia przerażony nawet, gdy trzymałem swoje szpony zatopione w jego ramieniu. Teraz nie tylko się bał, ale i odczuwał silny lęk niespowodowany bezpośrednim zagrożeniem. Uniosłem brew z niewinnym uśmiechem, przypatrując się jego reakcjom. Co sprawiło, że jest taki zlękniony? Więzy? Zamknięty pokój? Jestem pewien, że na tą myśl moje oczy przez chwilę rozbłysły. Czyżby moja owieczka do tego stopnia bała się całkowitego pozbawienia wolności? Och, jakież to urocze. Zastanawiające jak bardzo będzie się bał, gdy zostawię go tu samego, pogrążonego w całkowitej ciemności. Jeżeli będzie niegrzeczny, z całą pewnością to sprawdzę.
Uniosłem wymownie brwi, kiedy tylko błagania zmieniły się na swego rodzaju bunt. Prychnąłem niepowstrzymanie, zupełnie rozbawiony stwierdzeniem, że czegoś nie mogę. Pomijając już fakt, że mogę robić wszystko, co tylko zechcę, to już z całą pewnością mam prawo do zrobienia z Małym Czerwonym Kapturkiem absolutnie wszystkiego. Ten przywilej daje mi prawo silniejszego. On jest słaby, ja silny, on jest moją ofiarą, ja drapieżnikiem. Jest moją zdobyczą i właśnie dlatego zdany jest całkowicie na moją łaskę. Poza tym, dzieciak nie mógł faktycznie wierzyć w to, że ktoś tu po niego przyjdzie. W ten las nie zapuszcza się nikt, kto ma choć trochę oleju w głowie. Jeżeli jednak znajdzie się taki głupiec, jest tylko jedno wyjście - zginie. 
    Moje oczy przymrużyły się lekko, a wyraz twarzy nabrał drapieżności, uwydatnionej poprzez nieprzyjemny uśmiech, gdy postawa białowłosego diametralnie się zmieniła. Oooo tak, właśnie o tej chęci mordu mówiłem. Przyjdą i mnie zniszczą, a on będzie patrzył. Wiara w ten scenariusz to głupota, ale sama wizja brzmi nieźle. Kilka dni i zacznie mówić o tym, że sam mnie zniszczy. Mój słodki Czerwony Kapturek. Czas pożegnać się z niewinnością.
    - Głupiutki - skwitowałem z lekkim, pobłażliwym uśmiechem, w geście zrezygnowania kręcąc głową. Moja mina jednak szybko się zmieniła na tą bardziej niebezpieczną, a bezczynne do tej pory ręce wyciągnęły się w stronę mego uroczego więźnia. Jedną ręką chwyciłem białe kudły, stanowczo przybliżając i unosząc jego głowę. Druga dłoń zbliżyła się do szyi na tyle, by jeden z odsłoniętych szponów lekko dotykał delikatnej skóry. - Zrobisz wszystko co zechcę i nie dostaniesz nic w zamian. Zrobisz to, bo jesteś mój. Caaaaaały mój - ostatnie dwa słowa wyszeptałem szorstkim głosem wprost do ucha chłopaka. - Sprawię, że zawsze będziesz o tym pamiętał. A teraz nie ruszaj się, bo przez przypadek mogę wbić pazur zbyt głęboko. - Odsunąłem usta od ucha chłopaka i posłałem mu złowrogi uśmiech. Szpon delikatnie wbił się w jego szyję. Jedna kreseczka, druga kreseczka i mamy piękne "L". Pozostałe litery mego imienia również nie były szczególnie ciężkie do wyrycia na jego skórze. Gdy na szyjce chłopaka widniało pięknie napisane "Loki" w tym momencie zasłonięte przez krew, zamaszystym ruchem puściłem białe kosmyki i odsunąłem rękę. Patrząc się jeszcze chwilę na swe wspaniałe dzieło, oblizałem pazur z pysznej krwi Kapturka. Od tej pory ilekroć spojrzy w lustro, będzie pamiętał do kogo należy. W dodatku nie bez powodu wybrałem szyję. Mało tego, że jest to bardzo widoczne miejsce, napis w tym miejscu jest symbolem obroży, jaką na niego narzuciłem. Nie masz gdzie uciec mój słodki Mały Czerwony Kapturku. Po zlizaniu całej krwi, szybkim, nieoczekiwanym ruchem chwyciłem nogi dzieciaka i pociągnąłem je tak, by ten znów swobodnie leżał na podłodze wyłożonej skórami. Jedna z moich dłoni trzymała jego nogi w kostkach, by nie próbował niczego, druga zaś ponownie dotknęła jego ciała, tuż pod szyją. Powoli jechała niżej, aż jeden z krótkich już paznokci zahaczył o różowy punkcik na jego klatce.
    - Jak często rżnął cię Alexander, Cain? - Z podłym uśmiechem zajrzałem w wyjątkowo jasne oczy, chcąc poznać odpowiedź na swoje pytanie. Nieważne ile to było razy. Sprawię, że dzięki mnie zapomni o każdym z nich i zapamięta każdy jeden, który zafunduję mu ja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Sro Wrz 16, 2015 5:52 am


Chciałem, żeby cierpiał. Za to, co zrobił Alexandrowi i za to, co robił mnie. Chciałem, by zawisł. Nigdy dotąd nikomu nie życzyłem śmierci, Loki byl pierwszy. Zawsze szukałem usprawiedliwień dla ludzkich poczynań, starałem się je tłumaczyć i próbować zrozumieć, ale nigdy nie spotkałem się z tak czystym złem. Mężczyzna czerpał przyjemność z zadawania bólu. Bawiło go to i nie było w nim krzty współczucia. Nie było szansy na wzbudzenie w nim wyrzutów sumienia.
     Przez moment łudziłem się, że zostawi mnie tutaj choć na kilka dni. W tym ciemnym... lochu? Piwnicy? Cokolwiek to było. Ucieczka była poza moim zasięgiem, więc czemu po prostu...
  ...bo było mu mało.
Zwyczajnie jeszcze było mu mało i jeszcze nie doprowadził mnie do granicy wytrzymałości. Patrzyłem na niego w nikłym blasku światła i nienawidziłem z każdą chwilą jeszcze bardziej.
A on się pławił w tej nienawiści. Sprawiała mu przyjemność i każdym gestem, każdym słowem dbał o to, by była coraz większa.
  Krzyknąłem czując jego pazur na swojej szyi. Tym razem bardziej z zaskoczenia niż bólu, ale zwykle trzymanie ostrych rzeczy przy krtani nie wiąże się z pozytywnymi odczuciami.
  - Nie jestem twój... nigdy... nie będę - zacisnąłem szczęki, by nie zawyć czując jak pazur powoli rozcina delikatną skórę szyi. Bałem się ruszyć, bo rzeczywiście nieostrożność mogłem przypłacić czymś więcej niż kilkoma zadrapaniami.
Nie wiedziałem jak te są głębokie i jaki wzór tworzą i w tej chwili nie obchodziło mnie co wymyślił jego chory umysł. Lekkie pieczenie było niczym w porównaniu do bólu ramienia.
  - C-co mi zrobiłeś? - warknąłem słabo uderzając potylicą o podłogę, gdy Loki w ten mało subtelny sposób postanowił przyciągnąć mnie do siebie. Liczyłem na to, że skończy, bynajmniej. Najwyraźniej uznał, że po tej niemrawej i żałosnej próbie ucieczki należy mi się kara. Albo zwyczajnie miał ochotę się po prostu pobawić ze świeżą ofiarą.
Spojrzałem na niego ze wzgardą przynajmniej do momentu zadania pytania. Przez moment leżałem z szeroko otwartymi ustami zaskoczony bezpośredniością i wulgarnością pytania. Poczułem gorąco na twarzy i palące uczucie wstydu.
 - My nie... - ugryzłem się w język. Po co miałem przyznawać się, że kochałem Alexandra czystą, niewinną miłością? Że skrycie marzyłem o nocach z nim, o jego ustach i dłoniach, że cierpiałem słysząc, że sypia z innymi. Tylko nie ze mną. - Mnóstwo razy. Nie twój pieprzony interes, pchlarzu - syknąłem po raz pierwszy samemu nie przebierając w słowach.
Grzeczni chłopcy nie używają takich słów, Cain.
  - Pieprz się. Nie dotykaj - szarpnąłem ciałem i mimowolnie zadrżałem, gdy pod wpływem gwałtownego ruchu poczułem, że palec Lokiego lekko się przesunął. Nie tylko on - opatrunek na ramieniu także.
Nie wiedziałem na ile walki wystarczy mi jeszcze sił. Kończyły mi się opcje, ale zamiast leżeć potulnie i liczyć na łaskę, splunąłem na twarz pochylającego się nade mną mężczyzny.
  - Nie waż się... więcej... tak mów...ić o moim Alexandrze - powiedziałem cicho kuląc się. Bardziej ostrożny być już nie mogłem. Dopiero kiedy zamilkłem zdałem sobie sprawę z tego, że lepiej byłoby gdybym milczał.
Spojrzałem na bruneta nie bez strachu. Dominował nade mną w sposób oczywisty i to nie tylko z racji moich skrępowanych rąk.
Niebezpiecznie piękny.
Zacisnąłem nagie uda.
Zacisnąłem powieki.
Nienawidzę go.
     Szukałem w sobie siły, by bez ostrzeżenia nagle ugiąć nogi i uderzyć go kolanem tam, gdzie kopać się faceta nie powinno. Zwłaszcza gdy ten jest nagi i pełen wściekłości.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Czw Paź 08, 2015 12:52 am






Tak bardzo się mylił. Stał się moją własnością już w chwili, w której poczułem jak przechadza się po moim terenie. Sam jego zapach kusił na tyle, by móc podejrzewać, że kryje się za nim całkiem smaczny kąsek, a kiedy również moje oczy spoczęły na drobnym ciele i ujrzały delikatną twarz oraz zostały tym widokiem usatysfakcjonowane, jego los został w pełni przesądzony. Będzie mój już na zawsze, a przynajmniej dopóki go nie ukatrupię, co może nastąpić całkiem szybko, jeżeli dalej będzie mnie tak prowokował. Nie mogę powiedzieć, by jego zachowanie w pewien sposób nie przypadło mi do gustu, lecz jak wiadomo jestem tylko wilkiem, który czasem może stracić panowanie nad swoimi instynktami, czy też po prostu złością. Mój Słodki Kapturek balansuje na granicy życia i śmierci, zaś ta granica jest wyjątkowo cienka i łatwa do przekroczenia. Być może doskonale zdaje sobie z tego sprawę i właśnie dlatego świadomie igra z ogniem. Chce zdechnąć. Oczywiście, że chce, przecież nie może być na tyle durny, by nie domyślać się co go czeka. Malutką namiastką już go uraczyłem. Ale to dopiero początek, zaś my jeszcze długo się pobawimy. Taaaaaaaak, dla tej wspaniałej zabawy jestem w stanie opanować złość. Z pewnością. Nie dam ci umrzeć Czerwony Kapturku. Nie teraz.
- Jeszcze nic ci nie zrobiłem Kapturku - wyszeptałem z charakterystycznym, lekkim uśmiechem, przeszywającym spojrzeniem krwistoczerwonych oczu wpatrując się w te wielkie, jasne, przysłonięte przez łzy tęczówki. Wiedziałem, że jego pytanie odnosi się do wzoru, a raczej napisu wyrytego trwale na smukłej szyi, lecz w gruncie rzeczy moja odpowiedź była jedyną słuszną jaka mogła paść. Jeszcze do niczego nie doszło. Sam jestem wielce zaskoczony tym jak opanowaną osobą potrafię być, gdy oczekuję całkiem ciekawej zabawy. Do tej pory byłem wyjątkowo delikatny, bo czymże jest ten niewinny ból, który zadałem swemu chłopcu w ciągu ostatnich godzin w obliczu tego co zamierzam robić dalej? A co właściwie zamierzam, sam tak naprawdę nie wiem, gdyż jak się łatwo domyślić, wiele zależy od tej małej, słodkiej owieczki. To jak się będzie zachowywał, to jak dużo rozrywki mi dostarczy i to jak mocno będzie mi grał na nerwach wpłynie w znacznym stopniu na jego przyszłe doświadczenia z bólem i tym, co się z nim wiąże. Z pewnością nie będziemy się nudzić, szczególnie jeśli ta wyczuwalna nienawiść wzrośnie jeszcze bardziej. Będziesz cierpiał, krzyczał, nienawidził, płakał, błagał o litość, a ja będę zabijał w tobie wszystkie ludzkie uczucia i powoli wyciągał z ciebie to co kryjesz za tą słodką buźką. Twoja niewinność jest w moich rękach. Twoje życie jest w moich rękach. Jesteś mój. Będziemy się tak dobrze bawić mój słodki, Mały Czerwony Kapturku.
Patrz Alexandrze. Patrz i podziwiaj jak twoja mała dziwka poddaje się mojej woli.

Uśmiechnąłem się bezczelnie widząc wyraźne rumieńce na jasnej twarzy chłopaka, do którego doszedł sens ostatniego pytania. Moje oczy wciąż usilnie wpatrywały się w jeden punkt, jakby chciały wyczytać coś w błękitnych, niemalże białych tęczówek chłopaka. Jeden z kącików moich ust uniósł się wyżej, gdy dzieciak zaczął odpowiadać w sposób, który z pewnością nie miał nic wspólnego z prawdą. Bo przecież to niemożliwe by pieprzony myśliwy go nie rżnął. Ten gówniarz jest nim tak przejęty, że z pewnością zrobiłby dla niego wszystko, co choć dla mnie jest niepojęte, to jednak proste do wywnioskowania. Alexander z kolei z całą pewnością korzystał, gdy tylko miał okazję. Niby czemu miałby tego nie robić?
O tak, na to czekałem. Złość i agresja wypływające przy użyciu nieprzemyślanych słów spomiędzy tych słodkich usteczek. Nie mogłem nie pokazać jak bardzo cieszy mnie ta zmiana, co odzwierciedliło się poprzez wyraźniejszy, lecz dużo mniej przyjemny uśmiech idący w parze z ostrzegawczo przymrużonymi, ciemniejącymi oczami. Jak miałem w zwyczaju, w zupełnej ciszy wysłuchałem uważnie każdego pojedynczego słowa wyplutego ze złością przez mą małą ofiarę, przy czym nieustannie, z nieodgadnionym wyrazem zaglądałem w te błyszczące oczy.
Przetarłem twarz wierzchem dłoni, puszczając przy tym drobne ciało. Ukazałem rząd białych zębów ozdobionych pokaźnymi kłami, uśmiechając się przy tym szeroko i patrząc w sposób, który w tym połączeniu mógł nasuwać na myśl jedynie szaleńca pragnącego uczynić wiele rzeczy powszechnie uważanych za co najmniej niemoralne. Trawiąc w głowie każde słowo dzieciaka, analizując każdy jego czyn, wyobrażałem sobie to wszystko, co mógłbym uznać za karę dla tego niepoprawnego, bezmyślnego gówniarza. Tyle opcji, tak ciężko wybrać.
- Cain, Cain... - to krótkie słowo zabrzmiało niezwykle melodyjnie wychodząc spomiędzy mych wykrzywionych w uśmiechu warg. Szkarłatne oczy świdrowały swym spojrzeniem skulone ciało. Za późno mój drogi. Za późno na rozsądek. - Tak ładnie prosiłem żebyś był grzeczny. I żebyś nie rozkazywał - pokręciłem z politowaniem głową, w międzyczasie z głębokim westchnieniem przymykając oczy. Szaleńczy uśmiech powoli, płynnie zaczął zanikać, a gdy uchyliłem powieki, przesuwając wzrokiem po nagim ciele, nie pozostał po nim nawet ślad. Wszędzie były jego ręce. Ręce Alexandra. Pierdolonego Alexandra.
Gwałtownie, zdecydowanie brutalnie, raz jeszcze chwyciłem szczupłe nogi w kostkach, dużą dłonią przyszpilając je do ziemi. Moje palce zaciskały się tak mocno, że w pewnym momencie usłyszałem charakterystyczny dźwięk pękającej kości. Lewa kostka dzieciaka raczej skutecznie pomoże mu w zachowaniu jednej pozycji będąc w tym stanie. Druga, choć zaczerwieniona, pozostała cała. To tylko małe ostrzeżenie. Puszczając obydwie nogi, posłałem chłopakowi wymowny uśmiech, po czym bez słowa wstałem i opuściłem pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi.
Wróciłem po krótkiej chwili trzymając w dłoniach buteleczkę spirytusu i zwykły, niespecjalnie delikatny papier. Odkładając rzeczy na bok, zawisłem nad nagim chłopakiem, rozsuwając kolanem jego nogi. Z lekkim, niewinnym uśmiechem nachyliłem się tak, by moje usta znalazły się przy jego uchu.
- Bądź cichutko Cain. Będę liczył każdy najmniejszy pisk. - Moja dłoń pieszczotliwym gestem przesunęła się po bladym policzku. - Cichutko - powtórzyłem bardzo powoli, odsuwając się niespiesznie od zapłakanej twarzy. Mój wzrok przeniósł się na zdrową nogę chłopaka, która obecnie spoczywała między moimi kolanami. - Ciebie zawsze zaboli mocniej niż mnie. Pamiętaj o tym. - Posłałem chłopakowi pobłażliwy uśmiech, w tym samym momencie chwytając i odkręcając buteleczkę. Drugą ręką szarpnąłem białe włosy mocno odchylając chłopięcą głowę do tyłu. Krew widniejąca na jego szyi nie pozwalała mi na pełne podziwianie stworzonego przed kilkoma chwilami dzieła. Użycie spirytusu zamiast wody mój chłopiec zawdzięcza samemu sobie. Bez uprzedzenia wylałem zawartość buteleczki na powstały niedawno napis. Robiłem to powoli, pilnując by Mały Czerwony Kapturek doskonale odczuł każdą pojedynczą kroplę. Nadmiar płynu niedelikatnie wytarłem papierem. Czynności te powtarzałem do chwili, w której przed moimi oczami w pełnej krasie ukazał się napis.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Wto Lis 03, 2015 8:58 pm



Czym dla niego byłem? Każdy jego ruch, gest, obliczony był na manifestację jego siły i dominacji, które to, do diabła, sprawiały, że nie miałem z nim jakichkolwiek szans. Czułem się niczym żałosny robal, który lada chwila zostanie rozdeptany z pełną premedytacją, a mimo to nie ma siły i szansy na jakąkolwiek ucieczkę. Gryzłem wargi do krwi i połykałem łzy, mimo że dałbym sobie głowę uciąć, wcale nie płakałem.
Bezsilność sprawiała, że ostatnie resztki nadziei rozmywały się w nicości i ginęły wśród żałosnych, acz jakże podniecających dla uszu tego potwora.

Jeszcze nic ci nie zrobiłem, Kapturku.
Kapturku.
On też tak do mnie mówił. Z pewną dozą złośliwości, która dla mnie była najczulszą na świecie. Prawie zawyłem, gdy po raz setny uderzyła we mnie myśl, że nigdy Go już nie zobaczę. Nie usłyszę Jego drwiącego głosu, złośliwości. Nie poczuję na sobie Jego ust i Jego rąk. Chciałem być jego i tylko jego. Pragnąłem, by to on był tym, który dostanie mnie całego i teraz, te okrutne pytania, sprawiały, że niemal się nimi dławiłem. Nigdy nie będzie mnie miał. Nie byłem Alexandra, nie będę nikogo.
Prędzej zginę.
Rozwarłem szerzej powieki i spojrzałem w szkarłatne, niezgłębione tęczówki z całą wściekłością i nienawiścią, na jaką było mnie stać. Nie żałowałem swojego wybuchu, swoich beznadziejnych prób buntu i ucieczki. Choćby miało mnie to kosztować życie, nigdy, przenigdy nie mogłem pozwolić na to, by to on wygrał. By widział mnie przed sobą ze świadomością, że wreszcie mnie złamał. Doskonale wiedziałem, że w wiosce mieli mnie za słabeusza, rozpieszczonego maminsynka, którego trzeba było chronić i trzymać pod kloszem, bowiem silniejszy podmuch wiatru mógłby go porwać i połamać. Mój romans z Alexandrem był właśnie wyrazem mego buntu. Przynajmniej z początku, póki nie pokochałem go z całego serca sądząc, że mogę mieć na własność kogoś takiego.
Nie poddam się mu.
Nigdy nie widziałem kogoś takiego. Nie wiedziałem, kim Loki jest, ani skąd się wziął. Czy poza nim i tym drugim są inni? Jest ich więcej? Czy Loki był ich przywódcą? Nie zdziwiłbym się, gdyby tak było. W innych okolicznościach, gdybym był jednym z nich, pewnie z rozkoszą widziałbym siebie na kolanach przed kimś takim. Byłbym na każde skinienie, a mój kark uginałby się pod jego jednym spojrzeniem.
Był inny niż mężczyźni z wioski. Był lepiej…
Mój wzrok mimowolnie zlustrował nagie ciało; umięśniony tors, brzuch… Mocne, sprężyste uda… tak… każdy centymetr jego ciała. Poczułem jak moja blada, spocona twarz płonie od zawstydzenia i wewnętrznego gorąca.
Był idealny w każdym calu.
Ale z pewnością Alexander był idealniejszy. Dowiedziałbym się, gdyby on go nie zabił.

Płonąłem pod wpływem tego szkarłatnego spojrzenia już teraz. A jego uśmiech sprawiał, że moje obolałe wnętrzności tańczyły na gruzach mojej pewności siebie. Nigdy, przenigdy nie sądziłem, że czyjś uśmiech może budzić skrajne przerażenie. W tym wypadku tak było. Zaciskałem szczęki nie tylko dlatego, by nie wyć, ale też dlatego, by oszczędzić sobie żałosnego szczękania zębami.
Jednak moje wargi zostały zmuszone do otwarcia. Nieludzki krzyk, do którego, nie sądziłbym, że jestem zdolny, wydarł się z mojego gardła zdzierając je tak gwałtownie, że wręcz poczułem metaliczny posmak krwi. Zapewne w ruch poszły także zęby. Niemalże zwymiotowałem na dźwięk pękających kości.
Nie miałem siły nawet podciągnąć nóg, ale ból był otępiający. Poczułem się jakby ktoś przypalał mnie żywcem. Ramię, szyja, kostka. Rozpadałem się coraz bardziej, a moja zdolność ruchu zaczynała być coraz bardziej ograniczona. Nie sądziłem nigdy, że mogę być tak bardzo wytrzymały. Powinienem był zdechnąć dobre kilka godzin temu.
Przecież serce powinno pęknąć mi z żalu.

A roztkliwiałem się jedynie nad swoim coraz bardziej połamanym ciałem. Cóż za… prozaiczność. Rozczarowanie.
Zawisłem między snem a jawą. Zbyt zmęczony, by czuwać, zbyt przerażony, by spać. Zastanawiałem się, jak takie żałosne coś wciąż może stanowić dla Lokiego jakikolwiek obiekt zainteresowania.
Miałem być cicho. Znowu wkładał mi w usta knebel ze swoich gróźb, lecz ten okazywał się być niewystarczającym. Z początku powstrzymywałem jęki i zdławione okrzyki, ale dłonie mężczyzny nie były delikatne. Spirytus wżerający się w świeże razy odkażał, ale i powodował paskudnie bolesne doznania.
Jęknąłem i szarpnąłem zdrową nogą.
Czy jemu naprawdę sprawiało to przyjemność?
Mimo odchylonej w tył głowy, udało mi się spojrzeć na jego skupioną twarz. Zdawał się być zupełnie pochłonięty swoim zajęciem, zafascynowany znikającymi i na nowo pojawiającymi się kroplami krwi. Jakby nie obchodziło go nic poza tym. Psychol.

— Boli… — poskarżyłem się nie mogąc już wytrzymać; jakbym łudził się, że kostka się zrośnie, że ramię przestanie palić, a szyja piec; taksując pochylonego nade mną w skupieniu mężczyznę, zamglonym wzrokiem. Rozchyliłem usta w próbie kolejnego protestu, ale zrezygnowałem. Czułem się jak śmieć; nie byłem w stanie ruszyć się bez jego pomocy, a on, skurwiel, doskonale o tym wiedział. Znał moje słabości, konkretnie jedną, jedyną, największą, która sprawiała, że mogłem w jego oczach być jedynie zwykłym robakiem. Musiał naprawdę mocno nienawidzić mego ukochanego, skoro posuwał się do takich rzeczy; skoro pragnął karać go nawet po śmierci.
Wciąż nie byłem świadom pięknego podpisu, jaki zostawił mi na szyi.
Przymknąłem powieki i zawisłem w jego rękach. Jeśli moje próby buntu okazywały się niewystarczające, jeśli tylko go bawiły i prowokowały do kolejnych działań, które bynajmniej mojej śmierci nie miały na celu przyspieszyć… — Alexander… — Skuliłem się na tyle, na ile byłem w stanie w tej pozycji. Postanowiłem całkowicie zignorować wilka; całkowicie oślepnąć i ogłuchnąć na jego gesty i słowa. Rozsierdzić obojętnością i brakiem reakcji. Pozornie się poddać, by w którymś momencie… Przypłacić życiem ostatnią próbę buntu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pią Lis 27, 2015 5:43 pm



Moja mina, przez cały czas poświęcany na oczyszczanie rany, była silnie skupiona, a zmieniała się jedynie nieznacznie, gdy do wrażliwych uszu docierał jakikolwiek dźwięk wydany przez Kapturka. Wtedy kąciki mych ust unosiły się ledwie widocznie i było to jedyną oznaką tego, że cokolwiek usłyszałem. Nieprzyjemny uśmiech pogłębił się znacznie, gdy dotarło do mnie ciche skomlenie będące jednocześnie bezsilną skargą mojej małej ofiary. Och boli? Naprawdę?
- Tak mi przykro Kapturku - wymruczałem nienaturalnie wysokim, zbyt melodyjnym głosem przywodzącym na myśl tylko i wyłącznie skończonego szaleńca. Dzikość i żądza widoczne w krwiście czerwonych oczach idealnie podkreślały ten wizerunek. Zaś ja sam nawet niekoniecznie zdawałem sobie z tego sprawę. Z każdą chwilą miałem coraz większą ochotę zrobienia mu krzywdy. Wielkiej krzywdy. Takiej, by nie mógł już nawet wydusić z siebie, że "boli". Móc usłyszeć jeszcze nie raz i nie dwa ten niesamowicie brzmiący jazgot, jakim uraczył mnie przy lekkim zniekształceniu kostki. Taki dźwięk sprawiał, że czułem napływające podniecenie. Robiło mi się ciepło na samo wspomnienie. Prawdziwa melodia. Idealna. Pragnę, by pieścił me uszy tak jeszcze i jeszcze i jeszcze. Bez końca...
Puściłem miękkie włosy, gdy moje własne dzieło ukazało się już w pełnej krasie. Pozwoliłem drobnemu, bezsilnemu ciału opaść w moje objęcia i z niezwykłą czułością otoczyłem drobne ramiona, z góry patrząc na jasną czuprynę. Z mych ust nie schodził lekki, złowróżbny uśmiech. Ale po chwili zniknął. Nagle. W momencie, w którym po raz kolejny usłyszałem to pieprzone imię. To było naderwanie jednej z granic mojej cierpliwości.
- KURWA! - Drobne ciało odsunąłem szybko i gwałtownie, by w następnej chwili wymierzyć cios w delikatny policzek. Mimo, że dłoń była otwarta, zdołała sprawić, że z różowych warg popłynęła krew, a głowę odrzuciło w stronę zimnej ściany i gdyby nie moja druga dłoń, która w ostatniej chwili chwyciła białe kosmyki, uderzyłaby o nią z impetem. A ja przecież nie mogłem pozwolić na to, by znów stracił przytomność i przestał dostarczać mi zabawy. Nawet jeśli tak mocno grał na moich nerwach i szeptał to okropne słowo, przyprawiając mnie o nieprzyjemne dreszcze.
Szarpnąłem pokrzywdzoną głową tak, by znów znalazła się przed moją twarzą. Druga z dłoni brutalnie zacisnęła się na drobnej żuchwie chłopaka, a palce boleśnie wbiły się w skórę.
- Nie wypowiadaj tego imienia w mojej obecności - wysyczałem, ważąc w ustach każde słowo. Mówiłem powoli, nie powstrzymując złości w pełni uwidaczniającej się na wykrzywionej w grymasie twarzy. - Pierdolony Alexander jest martwy. Nie pomoże ci. Rozerwałem jego ciało na strzępki, wyjąłem wnętrzności i udekorowałem tą obrzydliwą krwią całe mieszkanie. Choćby kurwa zmartwychwstał, nie byłby w stanie tutaj przyjść. Rozumiesz? Jego już nie ma. I to dzięki tobie. - Równie niedelikatnie puściłem rozczochrane włosy i czerwieniejącą żuchwę chłopaka. Przymknąłem pociemniałe oczy, by wziąć kilka spokojnych oddechów. Gdy je uchyliłem, na moją twarz znów wypłynął lekki, nieszkodliwy oddech, a tęczówki jarzyły się znajomą czerwienią.
- Nie wyprowadzaj mnie z równowagi, Cain. - Mój głos znów był delikatny, a twarz pozornie uprzejma. Wyciągnąłem dużą, bladą dłoń w stronę lekko siniejącej twarzy i przejechałem opuszkami palców po stróżce krwi wypływającej ze zranionej wargi. - Wiesz, że cię nie zabiję. A przecież nie lubisz, gdy tak mocno cię boli, prawda? Nie zmuszaj mnie do przemocy. - Wyszeptałem z tym samym lekkim uśmiechem i czułym spojrzeniem, po czym uniosłem palce do swych własnych ust, by z rozkoszą zlizać z nich szkarłatny płyn.
- Pamiętasz? Mówiłem ci, żebyś był cichutko. - Z tym samym wyrazem twarzy ująłem w dłoń tę należącą do białowłosego, wcześniej uwalniając ją z więzów. - Nie posłuchałeś, więc musisz zrozumieć to co teraz zrobię. - Zacząłem od małego palca, wyginając go pod nienaturalnym kątem. Kolejny chrupot kości. To za piski. Chwyciłem za serdeczny - za to, że boli i skończyłem na całym nadgarstku za pieprzonego Alexandra. Wciąż byłem cierpliwy. Opanowany. Bawiłem się coraz lepiej. Puściłem bezwiedną dłoń, unosząc się z powrotem na nogi. Z satysfakcją przyglądałem się swojemu dziełu. Taki piękny.
- Jeśli będziesz grzeczny, pozwolę Gabrielowi się tobą zająć. Jeśli nie, popatrzymy jak zabawnie mogą wyglądać źle zrośnięte kości. - Przysiadłem z pełną swobodą tuż obok chłopaka. - Więc, mój słodki Czerwony Kapturku. Zapomnisz o Alexandrze, czy mam ci w tym pomóc? - Posłałem mu niewinny uśmiech i zupełnie delikatne spojrzenie, które wciąż, mimo wszystko wyglądało skrajnie nieprzyjemnie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Nie Lis 29, 2015 2:37 pm


Nie wierzyłem. Wpatrywałem się w Lokiego szeroko otwartymi oczyma i nie mogłem uwierzyć, że on wciąż tu jest. Nie znudziło mu się jeszcze, nie miał dosyć ciągłego płaczu i jęków? Nie byłem dumny ze swoich słabości, ale nie byłem w stanie nic z tym zrobić. Zawsze byłem chroniony przed złem całego świata i przez myśl mi nie przechodziło, że ktoś może być okrutny do tego stopnia. I nie ból fizyczny był najgorszy.
To przerażające, jak szybko można się na niego uodpornić… albo raczej przyzwyczaić. To był moment, w którym balansowałem na granicy omdlenia, ale, o zgrozo, nie nadchodziło, zapewne z przerażenia i zimna, przez które moje zęby wygrywały istne requiem.

Znalazłem jego słaby punkt. Nie wiedziałem tylko czy zaliczyć to jako triumf czy porażkę. Krzyknąłem pod wpływem uderzenia i splunąłem krwią, która naszła do moich ust.
Jesteś… potworem… — Jęknąłem kuląc się jak to było możliwe. Ileż bym oddał, by przestał mnie dręczyć choć na chwilę. Bym chociaż zdołał wziąć jeden oddech bez strachu i bólu w klatce piersiowej. — Ale… — w porę zakrztusiłem się i nie wymówiłem imienia ukochanego. Spojrzałem na Lokiego i zagryzłem zęby. — Nie mów tak! — krzyknąłem wbijając głowę w ramiona, bo nie mogłem zatkać uszu. I to był koniec. Coś we mnie pękło. Już nie mogłem więcej. Każde słowo mężczyzny odczuwałem jak cios nożem wprost w samo serce.
Miał rację, sam osobiście wskazałem drogę temu szaleńcowi. Sam go pokierowałem. Naiwnie wierząc słowom przypadkowego faceta, który w tamtej chwili wyglądał jak dobrotliwy ojciec.
Zabiłem Alexandra.
To nie moje dłonie splamione były krwią, ale ponosiłem za tę tragedię taką samą odpowiedzialność. Nie pośrednio, ale zabiłem go. Wydałem wyrok. Gdybym nie wdawał się w rozmowy z nieznajomymi, gdybym nie zbaczał ze szlaku, jak mi radzono, gdybym słuchał innych… Leżałbym pewnie w ramionach ukochanego ciesząc się każdym objawem jego zainteresowania.

ZAMKNIJ SIĘ! — wrzasnąłem zupełnie nieoczekiwanie. Nie zamierzałem krzyczeć, ale pękające kości dłoni sprawiły, że obolałe gardło przestało mi przeszkadzać.
TO TY GO ZABIŁEŚ. MOJEGO ALEXANDRA. TO TY POWINIENEŚ ZDECHNĄĆ. ZDECHNIJ! — wrzeszczałem. Wyłem. Ból łamanych po kolei kości sprawiał, że szarpałem się w więzach jak opętany. Nie byłem więc cicho, chociaż bardzo chciałem nie dawać mu kolejnych powodów do ranienia mnie.
Połamana dłoń opadła na zimną podłogę, a ja nie byłem w stanie nawet nią ruszyć. Cały się trząsłem patrząc na niego z dołu.
Żałosne.
Bezgłośny szloch targał moim ciałem.
Czy to była groźba? Krzywo zrośniętych kości? Niemal zaśmiałem się. Trupowi to zazwyczaj nie przeszkadza.
Loki wyglądał zupełnie nieszkodliwie. Może poza tym szkarłatnym spojrzeniem, które wywoływało ciarki i skrajne przerażenie. Obserwowałem go bez słowa z trudem zmuszając się do myślenia i rozważania lepszej opcji. Nie chciałem być mu posłuszny. Pragnąłem zaleźć mu za skórę jak najmocniej, bo… w końcu wściekły co mógł mi zrobić najgorszego? Zabić?
Ale, och… przecież właśnie tego chciałem. Życie bez Alexandra nie miało sensu.
Absurdalnie cieszyłem się, że ten psychopata siedzi ze mną, nie dawał mi czasu na pogodzenie się z sytuacją, z którą się godzić nie chciałem. Uświadomienie sobie, że Alexander nigdy mnie już nie dotknie…

Sądzisz… że te groźby robią na mnie wrażenie?... Że… zapomnę… o kimś… kogo… k-kochałem? — przełknąłem gulę w gardle i spojrzałem na mężczyznę tak buntowniczo, jak tylko się dało… mając opuchniętą twarz. Mógłby mnie chociaż rozwiązać… Z połamaną kostką i tak nie uciekłbym daleko…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Sob Gru 19, 2015 12:16 am



Jestem potworem? Niewiele brakowało, bym wybuchnął głośnym parsknięciem słysząc ten zarzut. Od jakiegoś czasu zastanawia mnie dlaczego ludzie napotykając zjawiska inne, niż te, które są powszechnie znane, odczuwają strach, niechęć, obrzydzenie i traktują je jako coś zasługującego na bezwzględną pogardę. Jestem potworem... Skądże. Jestem wilkołakiem, a wilkołak to ssak jakby nie spojrzeć, czyli po prostu rodzaj zwierzęcia, tak jak człowiek i inne gatunki. Bez wątpienia moja rasa wyróżnia się wyjątkową siłą, długością życia i kilkoma innymi cechami, lecz w gruncie rzeczy należymy do tego świata tak samo jak wszyscy inni. Ludzie nazywają nas potworami dlatego, że nie jesteśmy czymś codziennym, naturalnym. Czymś, z czym zdążyli się zaznajomić i oswoić. A przecież my nie robimy nic złego. Polujemy jak każdy drapieżnik i żyjemy swoim życiem. Bronimy też swojego terenu, co przecież również jest zupełnie naturalne. Cóż, Słodki Kapturek odnosił się tylko do mnie. Więc muszę być potworem, bo sprawiam mu ból. I to wszystko? Jeżeli takie czyny definiują potwora, jest ich na tym świecie więcej niż dzieciak mógłby przypuszczać. Najwięcej zaś wśród ludzi. Alexander był potworem, przecież sprawiał ból i zabijał. Dlaczego ja nim jestem, a on jest bohaterem? Och ludzie... Tak wielce niezrozumiałe stworzenia. Zabawne.
W ciszy, z lekkim uśmiechem i wewnętrznym spokojem wymieszanym z rozbawieniem, słuchałem rozhisteryzowanego gówniarza. Wszystko co robił, to zaklinał rzeczywistość. Ludzie byli w tym naprawdę dobrzy. Nie lubią słuchać o tym co jest dla nich niewygodne, nie lubią też przyznawać się do swoich win. Są żałośni na każdym etapie i w każdym najmniejszym skrawku swojej marnej egzystencji. Mały Czerwony Kapturek nie był pod tym względem inny. Faktem jest to, że wskazał mi drogę i choćby miał nawet najlepsze usprawiedliwienie, nie zmieniłoby ono tego, że gdyby nie jego wskazówki być może nie znalazłbym Alexandra. No dobrze, prawdę mówiąc w końcu i tak bym go wywęszył, choć mogłoby nastąpić to później, ale dzieciak nie musi o tym wiedzieć. Wskazał drogę, którą podążyłem. Nie zabił go, ale przyczynił się do tego, a teraz zatykał uszy jakby to miało pomóc mu w wyzbyciu się winy. Ludzie... Takie niewinne stworzenia.
W którymś momencie nie byłem w stanie powstrzymać nieprzyjemnego cichego śmiechu. Z rozczulonym wręcz, lecz wciąż ostrym spojrzeniem szkarłatnych oczu, z pełnią przyjemności wsłuchiwałem się w jego nieprzyzwoite życzenia. "Zdechnij". Czy to przystoi porządnemu obywatelowi i przedstawicielowi gatunku ludzkiego? Czy przypadkiem ich zabawne, tzw. zasady moralne nie mówią o tym, iż nie należy nikomu życzyć źle, a zemsta nigdy nie prowadzi do niczego dobrego? Tak, jestem przekonany, że powszechnie tak się mówi, lecz ilu z nich trzyma się tych, stworzonych przez siebie zasad? Niemalże nikt. Po co więc tworzą reguły, którymi nie chcą i nie potrafią się kierować? Kolejna wadliwa cecha - są pełni sprzeczności i absurdu.
Siedząc spokojnie, bez cienia złości na twarzy, uśmiechałem się i wpatrywałem przenikliwym wzrokiem w delikatną twarz. Mój uśmiech jedynie się pogłębił, gdy usłyszałem rząd jakże odważnych pytań. Ludzie to naprawdę intrygujące stworzenia. Żałosne, lecz na swój żałosny sposób, po prostu ciekawe. Więc moje groźby nie robią na nim wrażenia, a łamane kości nie sprawią, że przestanie wzywać imię Alexandra? Zniesie to wszystko tylko dlatego, że nie chce zapomnieć kogoś kogo kochał? Mimo, że ten jest już trupem.
Miłość...
Ktoś kogo kochał. Więc tak bardzo troszczy się o ludzi, których kocha, że jest w stanie poświęcić siebie? Żeby nie działa im się krzywda. Zaskakujące, bowiem wszyscy ludzie, którzy głoszą te wspaniałomyślne idee, w gruncie rzeczy tak jak powinni, ostatecznie dbają o swój interes. To jest w nich tak bardzo irytujące. Mówią wiele rzeczy, robią jeszcze więcej zupełnie przeciwstawnych. Hipokryci. Lecz Kapturek tak uroczo dbał o nieżywego już Alexandra i pamięć po nim. Po co?
- Zastanawiam się... - wymruczałem, przejeżdżając swym wygłodzonym wzrokiem wzdłuż nagiego ciała. Kąciki mych ust delikatnie uniosły się jeszcze wyżej. Moje palce swobodnie sięgnęły delikatnej skóry chłopca, by odgarnąć ze spoconego czoła kilka zbłąkanych kosmyków. Zatrzymałem nieprzyjemne spojrzenie na chłopięcej twarzy. - ... Czy Twoja matka wytrzymałaby dłużej. - Moja dłoń zanadto delikatnie przejechała po jasnym policzku. - Podobnież kobiety są bardziej odporne na ból. - Palce zjechały niżej, zahaczając o świeżą ranę, by powędrować wzdłuż torsu. Na poziomie żeber, paznokcie wbiły się głębiej, przecinając skórę, po czym poczęły sunąć dalej w dół. - Jak myślisz, Cain? - Imię chłopaka wysyczałem z podłym uśmiechem wpatrując się głęboko w nad wyraz jasne oczy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Sro Sty 13, 2016 2:15 pm

Nie uważałem się nigdy za bohatera. Nie byłem nikim ważnym, nie na tyle, by ludzie chcieli wiedzieć o mnie coś więcej. Nawet mojego imienia nie znali, w miasteczku nazywali mnie Kapturkiem. Byłem dla nich maskotką, kimś, kogo trzeba było chronić i zamykać pod kloszem. Stąd moje nieco naiwne podejście do świata. Do miłości. Klasyfikowałem wszystko na białe i czarne - jeśli Alexander obdarzył mnie zainteresowaniem, spotykał się ze mną, całował, przytulał, dotykał... Musiał mnie kochać. Był tylko mój i ja byłem tylko jego. Nigdy nie wierzyłem w plotki krążące wokół jego osoby, jego rozmaite podboje były dla mnie bzdurami wyssanymi z palca, którym nie dawałem wiary.
Dlatego wciąż nie mogłem przestawić swojego myślenia na inne tory. Na to, że on już nie żyje. Że zasłużył sobie na taki los.
Chciałem, by pamięć o nim pozostała święta, nie zamierzałem pozwalać, przynajmniej dopóki w moich żyłach krążyła ostatnia kropla krwi, by ten dupek kalał jego dobre imię.
Ból został zastąpiony przez obrzydliwe uczucie zimna. Przynajmniej tak tłumaczyłem sobie głośne szczękanie zębami. Naprawdę...
Loki ciągnął mnie ku granicom wytrzymałości, udowadniając, że są dalej niż mógłbym sądzić. Nie wiedziałem ile wytrzymam. On chyba też zaczął być tego ciekaw skoro po wszystkich rzeczach, które mi zrobił, wciąż oddychałem. Pyskowałem, krzyczałem i szarpałem się. Stawiałem mu się.
Żałosne.
Rzeczywistość wreszcie zaczęła się chować za delikatną mgiełką, a ja poczułem, że absurdalnie do sytuacji zaczynam robić się wyjątkowo senny. Chciałem nie zamykać przy nim oczu, ale powieki uparcie opadały. Twarz Lokiego, dzika i niebezpieczna, nabrała dziwnego wyrazu... Nie od razu zrozumiałem sens jego słów. Wyrazy z trudem sklejałem w całość i nadawałem im sens, bodźce docierały z opóźnieniem. Dopiero po chwili zrozumiałem, co on mówi. Gwałtownie otworzyłem oczy.
- Jak... Jak śmiesz... ty... ty... - zwiesiłem się w więzach bezradnie szukając jakiegoś wyzwiska, które jeszcze dzisiaj wobec mężczyzny nie padło. Niestety mój słownik był ubogi. - Nie masz prawa... Tknij moją matkę, a... - znów zabrakło mi słów. Czy to w ogóle brzmiało jak groźba? Zabrakło pewności siebie włożonej w słowa, a Loki mógł się tylko śmiać. Na dobrą sprawę co mogłem mu zrobić? Moje groźby nic dla niego nie znaczyły.
Wiedziałem, że gdyby zechciał, bez problemu odnalazłby w miasteczku moją rodzicielkę. Wystarczyłoby przynieść jakiekolwiek informacje o mnie, a kobieta przyjęłaby go z otwartymi ramionami. Poza tym on potrafił być upiornie czarujący. Sam tego doświadczyłem bez wahania zdradzając mu rzeczy, które nigdy nie powinny wyjść z moich ust.
- Masz mnie... - wydukałem cicho przymykając oczy, gdy kolejna fala bólu owładnęła moim ciałem. Pieprzony... Odruchowo spróbowałem podkurczyć nogi, ale okazało się to kiepskim pomysłem, bo połamana kostka znów się odezwała. Skóra na żebrach piekła niemiłosiernie, choć nieporównywalnie mniej niż ta na szyi. - Jestem twoją zemstą na Alexandrze, ale... nic ci nie zrobiłem, więc... - próbowałem się targować podejmując tym samym szaloną decyzję, której miałem zamiar się trzymać... przez chwilę... - Zostaw moją matkę, a... Zrobię wszystko... Ty będziesz mógł zrobić ze mną absolutnie wszystko... Nie będę próbował uciec... - Do krwi przygryzłem wargę, by moich słów nie zagłuszył szloch. Znów nie umiałem powstrzymać łez. - Loki... - na dowód swoich słów rozluźniłem się, ale tylko na chwilę. Ignorując otarte od więzów nadgarstki podciągnąłem się nieco do góry, na tyle, by nasze twarze znalazły się najbliżej jak mogły w tej sytuacji. - Zrobię... wszystko - szepnąłem rozpaczliwie podpisując na siebie wyrok i skacząc z krzesła z pętlą zaciśniętą wokół szyi.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Czw Sty 28, 2016 7:09 pm


Faktycznie. Faktycznie potrafią dbać o innych bardziej niż o siebie. Niewiarygodne. Moje brwi uniosły się nieznacznie, a uśmiech nabrał osobliwego wyrazu, gdy ujrzałem jak słabnący Kapturek ożywia się słysząc o losie, który szykuję dla jego matki. Nie rozumiem. Mógłbym mu grozić na wszelakie sposoby, mógłbym mu zrobić nieskończenie wiele skrajnie nieprzyjemnych rzeczy, niszcząc mu przy tym doszczętnie psychikę i słabe ludzkie ciało. Ale on pomimo tych gróźb trwał przy swoim, był uparty, pyskaty i wcale nie tak przerażony jak mógłbym oczekiwać. Dopiero gdy wspomniałem o matce, ożywił się, a jego postawa uległa zmianie. Dlaczego? Dlaczego ktokolwiek miałby martwić się mocniej o drugie istnienie niż o swoje własne dobro? To nielogiczne i sprzeczne z naturą. Jesteśmy zwierzętami, wszystko co się liczy to instynkty, a one reagują najmocniej w sytuacji zagrożenia. Własnego zagrożenia. Inaczej jest w przypadku kobiet, gdyż ich natura działa inaczej i jest to uwarunkowane genetycznie. Potrafią poświęcić własne bezpieczeństwo, by chronić młode. Ale z jakiej racji gówniarz miałby poświęcać swoje dobro dla matki albo kochanka, który, żeby było mało, i tak już zdechł? Cóż, będziemy mieli duuuuużo czasu, żeby o tym porozmawiać. Udowodnię mu, że jest tylko zwierzęciem. Ostatecznie wybierze siebie. Miłość? To tylko zabawny wymysł durnego, ludzkiego społeczeństwa.
Zmrużyłem lekko powieki, słysząc podniesiony głos dzieciaka. Wciąż niczego się nie nauczył? Cóż za niepojętny uczeń. Uśmiechnąłem się jednym z kącików, gdy kontynuował, znów unosząc się groźbami. Uśmiech ten pogłębił się, gdy dzieciak ucichł, najwidoczniej rozumiejąc, że to nie prowadzi absolutnie do niczego innego, jak tylko mej większej uciechy. A jednak ma coś w tej uroczej, małej główce i być może nawet zaczyna pojmować w jakiej sytuacji się znalazł.
Zaśmiałem się swobodnie, gdy do moich uszu dotarły ciche słowa poddającego się Kapturka. Słuszne spostrzeżenie - mam go. W zasadzie "mam go" od chwili, w której wszedł na moje terytorium, lecz podświadomie musi to wiedzieć i nie ma potrzeby bym wyrażał swe przekonanie na głos. Wbrew temu co pokazuje, musi mieć przecież pojęcie o tak prostych sprawach. Wpadł w moje sidła, gdy tylko przekroczył granicę lasu, a w momencie, w którym zabłądził nie tak daleko od mej posiadłości, jego los został przesądzony. Choć jego relacja z Aleksandrem nie pozostaje tu bez znaczenia, nie ma aż tak wielkiego udziału w tym, że się tutaj znalazł. Chciałem się zabawić, to wszystko, a uroczy Mały Czerwony Kapturek jest idealnym obiektem zabaw. Ciekawszym niż mógłbym się spodziewać. Mile mnie zaskakuje, z chwili na chwilę coraz bardziej.
Moje palce zatrzymały się, choć paznokcie nie ustąpiły i wciąż wbijały się bezlitośnie w delikatną skórę. Z uwagą słuchałem kapturka, śląc mu lekki, zupełnie niewinny uśmiech i zaciekawione spojrzenie szkarłatnych oczu. Uniosłem wysoko brwi, gdy tylko znów wspomniał o Alexandrze, przy czym zaśmiałem się niekontrolowanie, pozwalając mu jednak mówić dalej, tak jak robiłem to do tej pory.
Loki
Musiał usłyszeć od Gabriela. Westchnąłem krótko, kręcąc z politowaniem głową, mój delikatny uśmiech zaś sprawiał wrażenie współczującego. Oderwałem palce od poranionej skóry, by przenieść je na delikatny policzek chłopca. Ten dotyk był delikatny. Kciuk zaczął nienachalnie gładzić skrawek bladego lica, ścierając przy tym krystaliczne łzy chłopaka.
- Oczywiście, że zrobisz wszystko - odparłem z wyraźną nutą rozczulenia w głosie i nieschodzącym uśmiechem z twarzy. - Będziesz robił co ci każę, a twojej mamie włos z głowy nie spadnie, hm? - wymruczałem tym samym, pozbawionym agresji tonem, by za chwilę przysunąć swą twarz jeszcze bliżej zapłakanego chłopca i złączyć nasze usta na krótką chwilę. Słony smak chłopięcych łez wywołał na mej twarzy jeszcze głębszy wyraz zadowolenia. Odsunąłem się na tyle, by zajrzeć głęboko w zaszklone, duże oczy.
- Ale musisz zrozumieć jedno, słodki chłopcze. Nie jesteś żadną zemstą - zaśmiałem się znów, patrząc na jasnowłosego wzrokiem pełnym rozczulenia i współczucia dla jego głupiutkiego rozumowania. Me usta przybliżyły się powoli do chłopięcego ucha. - To zabawa - wymruczałem pełnym rozkoszy i rozbawienia głosem, zsuwając powoli palce z jego policzka na szyję, by równie niespiesznie obrysować opuszkiem wyryte na niej litery. Po tym, odsunąłem się całkowicie, zabierając od owieczki także swoje dłonie. Przyjrzałem mu się z nieschodzącym z twarzy, tym razem całkiem nieprzyjemnym uśmiechem.
- Mówiłeś, że pieprzył cię wiele razy. - Mój uśmiech zszedł płynnie, zastąpiony nieprzeniknionym wyrazem i ostrym spojrzeniem, mogącym znaczyć wszystko. Nachyliłem się na tyle, by sięgnąć lin wiążących nadgarstki. Rozwiązałem je mało delikatnie, zawieszając wzrok dłużej na tym zdrowym, by zaraz znów przenieść go na błyszczące, jasne oczy. - Skoro masz tyle doświadczenia, Cain... Pokaż mi je. - Podły uśmiech wylał się na mą twarz ukazując połyskujące niebezpiecznie kły. Chwyciłem drobny podbródek, zbliżając swą twarz do chłopięcej. Nasze usta dzieliło zaledwie kilka milimetrów. - Jeżeli zrobisz to dobrze, być może będę delikatny, gdy już dobiorę się do Twojego przeoranego tyłka - wyszeptałem szorstkim, niskim głosem, przybliżając się jeszcze mocniej, aż nasze usta ledwie wyczuwalnie się o siebie otarły. W następnej chwili już rozsiadłem się na wyłożonej skórami podłodze, patrząc z wyczekiwaniem na chłopca. Dla mamy, słodki Kapturtku.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pią Sty 29, 2016 2:09 pm

Dla mnie to było zupełnie naturalne. Dbanie o bliźnich. Dbanie o rodzinę. Nieważne jakie żywiłbym do nich uczucia, nie wyobrażałem sobie, bym był w stanie powiedzieć "Rób im co tylko chcesz, ale mnie daj spokój." Loki chyba próbował dążyć do usłyszenia tych słów, a ja byłem pewien, że przynajmniej w tej jednej kwestii mnie nie złamie. Nie mogłem pozwolić, by bezcześcił pamięć mojego ukochanego Aleksandra, który już przecież nie żył, a miałem pozwolić, by ten potwór dobrał się do mojej matki...
By zostało z niej to, co z mojego ukochanego?
Gwałtowne mdłości niemal zgięły mnie wpół. Na szczęście resztki zawartości mojego żołądka zostały na miejscu, ale niesmak pozostał. Byłem pewien, że nigdy nie zapomnę tego widoku. Strzępy Aleksandra... wszędzie. Krew...
Zakrztusiłem się własną, starając się nie szarpać tym razem i nie odsuwać. Zdradliwie kojący dotyk zbyt łatwo oszukał wycieńczony organizm i przymknąłem oczy pozwalając mu... sobie na ułamek sekundy na ciepło. Chciałem, żeby ta dłoń nie znikała, żeby zbierała wciąż naplywające łzy, których było mi tak bardzo wstyd, żeby czule gładziła mój policzek i nie zadawała więcej bólu. Proszę... Pocałunek nie był pocałunkiem. Bardziej... jakby Loki przypieczętował swoje słowa: groźby i obietnice, na zawsze robiąc ze mnie... jego własność. Pociągnąłem żałośnie nosem. Nawet gdybym jakimś cudem się uwolnił, nie mógłbym wrócić do domu w obawie przed zemstą tego potwora. Zostałbym sam, całkowicie sam i najpewniej po paru dniach sam odebrałbym sobie życie nie mogąc znieść braku Aleksandra i tego... Wyszarpane na skórze jego imię. jak bardzo znienawidziłbym się patrząc w lustro? Za każdym razem zamiast własnych oczu widząc jego szkarłatne tęczówki?
Obleśny, wstrętny, odrażający...
Cholerna ulga. Jęknąłem cicho, gdy umęczone ręce opadły w dół i zostały pozbawione szorstkich więzów. Poczułem się na jedną krótką chwilę jakbym mógł latać. Ale za moment wszystko wróciło przytłaczając mnie z podwójną siłą. Jeśli myślałem, że to koniec, chociaż na dzisiaj... Nie.
On chciał mnie złamać. Sprawdzić granice wytrzymałości. Granice człowieczeństwa. A ja już dawno je przekroczyłem, byłem cholernym tchórzem, zwykłym dzieckiem, które nie dorosło, bo zapomniało. Mój świat był zupełnie inny od tego tutaj. Nie znałem pożądania ani namiętności. Lepkie, gorące szpony jego oddechu chwyciły mnie za twarz. Rozchyliłem lekko usta, by być przygotowanym na kolejne złączenie naszych warg. Aleksander uczył mnie całować. Często to robił. Sprawiał, że moje serce przyspieszało, a policzki pokrywał szkarłat w miarę jak jego język wślizgiwał się głębiej w moje usta. Ale najwyraźniej Lokiemu nie o to chodziło. Popatrzyłem na niego z narastającą paniką, która została wzmożona obietnicą dobrania się do mojego przeoranego tyłka. Byłem pieprzoną dziewicą, on... Mój ukochany nigdy mnie nie tknął. Moje kłamstwo miało na celu jedynie to, bym w oczach Lokiego nie wyszedł na jeszcze bardziej żałosnego. Bo... Bo on wiedział, że inni...
Nie byłem dla Aleksandra wystarczająco dobry i pociągający. Inni byli, tylko nie ja. Kolejny punkt dla wilka liczącego wady memu ukochanemu. Obserwowałem go cały czas. Jak się odsuwa, jak rozkłada się wygodnie. Jak bezczelny uśmiech wypełza na drapieżnie piękną twarz.
Dla mamy.
Musiałem go słuchać. Grać w jego grę. Grać we własną. Dać mu przyjemność.
Z coraz wyraźniejszym i wręcz dławiącym zawstydzeniem popatrzyłem na jego krocze. Jeśli on... Przełknąłem szybko ślinę oblizując wargi. Zmusiłem sztywne ciało do wysiłku i próby podniesienia się. Mężczyzna nie był daleko, trzy kroki i byłbym przy nim. Przed nim. Między jego nogami. Z tłumionym krzykiem dźwignąłem się na rękach sprawiając, że względnie czysty bandaż na ramieniu znów zalał się szkarłatem. Połamana kostka nawet nie dawała złudzeń, że byłbym w stanie się przemieścić inaczej niż... na kolanach.
Po długiej chwili znalazłem się przed nim. Złamany i całkiem upokorzony.
Położyłem zimne dłonie na jego udach i podciągnąłem się.
Jak dotykać, by sprawić mu rozkosz? Na moment odwrócić jego uwagę od siebie, zmęczyć... Brzydząc się samego siebie delikatnie objąłem jego kark, czarnym, przydługim włosom pozwalając się wplątać między moje palce. Podciągnąłem się jeszcze trochę, odrobinę korzystając z silnego oparcia jakim on był. Doprowadzając nasze twarze do jednego poziomu doprowadziłem do tego, że moje ciało z największą wyrazistością otarło się o tors mężczyzny.
- Powiedz, czego chcesz... a zrobię to - musnąłem dłońmi jego kark. Tak... Tak blisko... czy miałem wystarczająco siły i odwagi, by zsunąć je nieco, naciskając palcami na krtań i trzymać, dopóki loki nie zacznie rzęzić z braku tchu i nie padnie martwy na ziemię...? Ta wizja wywołała niespodziewaną falę gorąca. A może gorączka wracała?
Oczywiście, że stchórzyłem. Jak zawsze.
Mimo obietnicy, którą mu złożyłem w zamian za życie swoich bliskich, nie byłem w stanie sam z siebie spełnić jego jakże oczywistego polecenia. Ba, samo spojrzenie w dół wręcz mnie paraliżowało.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Wto Lut 16, 2016 1:44 am


Siedziałem, w ciszy obserwując jak dzieciak walczy sam ze sobą. Wsłuchiwałem się w szaleńcze bicie jego serca i zastanawiałem, jakie myśli przebiegają przez chłopięcą głowę. Jak wiele był w stanie zrobić? Byłem ciekaw, czy jego słowa mają pokrycie. Do którego momentu da radę się poświęcać dla dobra matki? Jak szybko się złamie? Pytań było jeszcze więcej, a możliwości, by uzyskać odpowiedzi, nieskończona ilość. Z uwagą obserwowałem jego reakcje, jego niepewne ruchy, jego wyraźne zawstydzenie. Wiedziałem, że ludzie krępują się bardziej swej nagości i seksualności niż zwierzęta, które wstydu nie posiadają. Lecz czy tak powinien wyglądać ktoś, kto nie raz i nie dwa doświadczył bliskości drugiego samca? Zbyt wstydliwy.
Czekałem w spokoju, nie odzwierciedlając poprzez swe ciało niezadowolenia, jakie wywołał ponowny widok krwi mającej źródło w ramieniu. Widok był piękny, a krzyk nielekko podniecający i przyjemny dla uszu, jednakże zależało mi na tym, by w końcu zaczął dbać o szwy. W końcu, jeżeli nie zacznie tego robić, odetnę mu to cholerne łapsko, albo lepiej – odgryzę na żywca, robiąc z niego kolację. Dopilnuję, by Gabriel od razu zaszył ranę, co by biedakowi nie zachciało się przedwcześnie umierać. Zapach jego pysznej krwi sprzyja temu scenariuszowi. Chyba będę musiał udzielić gówniarzowi małej lekcji.
Nie wiedział co robić. Ewidentnie nie miał o tym pojęcia i nie chodziło tu już tylko o niechęć do wykonywania pewnych czynności. W jego oczach widać było niepewność, w postawie wahanie, a serce wypełniało wyczuwalne zwątpienie. Nie robił takich rzeczy z Alexandrem. Nie zaspokajał go. Czego jeszcze nie robili? Przecież nieładnie jest kłamać, czy mama go tego nie uczyła?
Tymczasowo zachowując swoje odkrycie dla siebie, uśmiechnąłem się lekko, zaledwie kącikami ust, ze spokojem w szkarłatnych oczach wpatrując się w oblicze zarumienionego Kapturka, którego ciepłe dłonie spoczęły na mym karku. Jego słowa potwierdziły moje przypuszczenia. Nie ma bladego pojęcia. Powinien wiedzieć czego chcę. Tego od niego oczekiwałem. Przecież miał się ładnie spisać, by dać mi powód do łagodniejszego potraktowania. Ale jakże mogłem być delikatniejszy, kiedy on się w ogóle nie stara, tak dotkliwie mnie tym raniąc? No i kłamie. Nikt nie lubi kłamstw. Ja ich nie znoszę.
Widziałem wyraźnie gdzie błądzi spojrzenie dużych oczu. Wciąż milcząc, pozwoliłem swemu uśmiechowi pogłębiać się z chwili na chwilę, powodując iż nabrał szyderczego wyrazu. W połączeniu z wyczekującym wzrokiem z domieszką rozbawienia, musiał zdawać się niepokojący. Co zrobisz Słodki Kapturku? Wystarczy jeden ruch. Czułem to napięcie. Napięcie w jego sercu, w jego postawie, chwila ciężkiego wahania, podjęcia trudnej decyzji.
Zrezygnował.
Mój uśmiech poszerzył się znacznie w tym samym momencie, gdy z kpiącym, głośnym śmiechem, zamaszystym ruchem chwyciłem wątłą szyję chłopaka. Moja duża dłoń objęła ją niemalże w całości, bezlitośnie wpijając palce w jasną skórę. Dłoń zacisnęła się boleśnie i mocno, powodując, że niewinna buźka chłopaka szybko nabrała purpurowego odcienia.  Śmiałem się nienaturalnie, patrząc na jego słodką bezradność.
Tak się to robi, Cain – wywarczałem z tym samym niepokojącym uśmiechem, w jednej chwili powodując, że drobne ciało za sprawą gwałtownego ruchu wyciągniętej ręki, z impetem wylądowało z powrotem na skórach. Uścisk dłoni nie odpuszczał, a gwałtowność moich ruchów nie ustąpiła gdy w przeciągu sekundy zawisłem nad chłopakiem, nachylając się i odnajdując jego wargi swymi własnymi. Tym razem całowałem go zawzięcie, brutalnie, język wdzierając głęboko do chłopięcej buzi. Uścisk na szyi zelżał, choć wciąż nie znikał, a dostęp do powietrza wciąż tamowały me wargi. Jedna z mych nóg znalazła się pomiędzy tymi chłopięcymi i w tym samym momencie druga z dłoni stanowczym ruchem rozwarła delikatne, szczupłe uda.
Słodki, bezbronny, zrozpaczony, delikatny, zdany na mnie. Czułem jak podniecenie, któremu pozwoliłem w końcu wedrzeć się w mój umysł, ogarnia także ciało.
Oderwałem się od umęczonych ust, puszczając także naznaczoną śladami, drobną szyję. Dłoń przełożyłem obok chłopięcej głowy, by się na niej oprzeć. Posłałem jasnowłosemu drapieżny, źle wróżący uśmiech. Spojrzenie wypełniało znajome szaleństwo i nieograniczone niczym pożądanie. Nie miałem zahamowań. Nie było ratunku.
Wolna dłoń uniosła się, by spocząć ostatecznie na torsie chłopca i zaledwie opuszkami rozwartych palców przejechała po jego torsie, zahaczając nieprzypadkowo o odstające, wrażliwe sutki.
Caaaaain – wymruczałem, mrużąc oczy wypełniane iskierkami niewytłumaczalnej, szaleńczej uciechy. Oblizałem powolnie wargi, wpatrując się z tym nieludzkim wyrazem głęboko w wielkie oczy chłopca. – Czy chcesz mi coś wyznać? – Choć moja twarz nie znajdowała się nader blisko chłopięcej, byłem pewien, że jest ona teraz jedynym co ten może zobaczyć. Nieludzkie spojrzenie mówiło wyraźnie, że zła odpowiedź niesie za sobą bardzo dotkliwe konsekwencje. Co przyniesie twoja, Kapturku?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Sob Lut 20, 2016 12:36 pm

Panika, panika, panika. Znowu, choć sądziłem, że najgorsze jest już za mną. Że już się przyzwyczaiłem do jego śmiechu, gróźb wypowiadanych najbardziej grzesznym z głosów, do bólu i spojrzenia, które odzierało mnie z resztek człowieczeństwa. Znów zacząłem niekontrolowanie drżeć, a łzy mimowolnie popłynęły w dół policzków.
Tym razem nie zdążyłem wydać z siebie nawet najcichszego jęku, bo bezduszne palce momentalnie pozbawiły mnie tchu i wbijane w krtań pozbawiły głosu.
Za co...?
Czy nie przysięgłem spełnić każdego jego życzenia? Byłem gotów na wszystko, samemu jeszcze nie wiedząc czym to "wszystko jest". Co takiego zrobiłem...?[/i]
Nie raczył mi wyjaśnić, rzucając mną niczym bezwolną kukiełką. Zderzenie z podłogą już nawet nie zabolało, byłem zbyt odrętwiały.
Mój wzrok tracił ostrość. W momencie, gdy podjąłem próbę zamknięcia oczu, od razu jej pożałowałem. Nie przewidziałem tego gwałtownego ataku na moje usta, a bez możliwości zaczerpnięcia tchu... dusiłem się. Loki swoimi pocałunkami wyciskał ze mnie resztki powietrza. Próbowałem zacisnąć wargi i zęby, ale to było niewykonalne z wciskającym się między nie bez przerwy językiem, jego zębami miażdżącymi moje i tak pokrwawione i zmaltretowane wargi. Czułem jakby to trwało wieki. W którymś momencie już nawet przestałem walczyć; próby odwzajemnienia nawet nie wchodziły w rachubę... A z początku próbowałem sądząc, że tego po mnie oczekuje.
Najwyraźniej wcale niczego ode mnie nie potrzebował mogąc sobie samemu wziąć cokolwiek zechciał. Nie musiałem mu nic dawać.
Nienienie.
Łzy mocniejszym strumieniem popłynęły po twarzy w odpowiedzi na rozsunięcie moich nóg. Zaczerpnąłem mocno powietrza niemal się nim zachłystując. Znów się tylko bawił, coraz brutalniej, pozwalając mi powoli odnajdywać w sobie coś pierwotnego, nieznanego pod wpływem tego bólu. Gdzieś tam na dole, zaczynałem czuć delikatne mrowienie. Oczywiście nawet nie sądziłem, bym mógł czerpać z tego wszystkiego jakąkolwiek przyjemność, ale moje ciało było tylko ciałem. Nie wspólgrało z umysłem i zdradliwie otwierało się na nowe doznania. Na rzeczy, których nigdy nie przeżyłem, a które powinienem był zrobić z Aleksandrem.
Moje rozpalone, wilgotne usta rozchyliły się bez udziału woli. Sam mocniej rozsunąłem uda prezentując swoją nagość i pod jej wpływem wciąż się rumieniąc. Zabawne było to, że pomimo całej tej sytuacji, wciąż odczuwałem wstyd. Wciąż zastanawiałem się czy jestem wystarczająco dobry... atrakcyjny, by ciałem spłacić wszelkie długi i kupić sobie dalsze życie. I życie bliskich, którzy pewnie szybko zapomną o moim istnieniu, jeśli nie wrócę przez dłuższy czas. Uznają, że zostałem z Aleksandrem. Z moim pięknym, cudownym Aleksandrem, na którego punkcie miałem istną obsesję.
Nie dotykaj mnie, nie jestem twój. Byłem i jestem Aleksandra. Niczyj więcej.
Jęknąłem zbyt głośno, ale podrażnione ciało nie działało w sposób w jaki chciałem. Drżenie i odruchowa próba otarcia udami własnego krocza zakończona niepowodzeniem, bowiem udo, o które się otarłem, zdecydowanie nie było moje.
— N...Nie... Co mam powiedzieć? — nie miałem najmniejszego pojęcia, że przejrzał moje kłamstwa. — Powiedz, co chcesz, bym zrobił, a... — z trudem przełknąłem ślinę wpatrując się w bezlitosne tęczówki.
Ciepło w podbrzuszu. Lekki skurcz.
— Nienawidzę cię... chciałbym... cię zabić... — gdy tak usilnie próbował coś ze mnie wyciągnąć, w kolejnej próbie straceńczej odwagi wydukałem tylko to. Same słowa, które sprawiały mu przyjemność i ani odrobinę prawdy. — Wiedz tylko, że cokolwiek nie zrobisz... Aleksander już to zrobił — nadepnąłem celowo na terytorialność mężczyzny, znowu, znowu go bezmyślnie prowokując i brnąc w swoje kłamstwa i wersje.
To nie był ktoś, komu odważyłbym się powiedzieć, że byłem absolutną dziewicą... we wszystkim.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Nie Lut 28, 2016 2:50 pm


Nie mogłem oderwać wzroku. Jego drobne ciało, jego piękna niewinna twarz i zaskakująco szczere reakcje sprawiały, że nie sposób było wstrzymać zachwyt nad tą słabą, ludzką istotą. Śmiertelnicy z reguły nie wywoływali we mnie podobnych odczuć. Wręcz przeciwnie; napawali obrzydzeniem, odrazą i budzili politowanie. Kapturek nie wyłamywał się pod względem tej żałosności jaką sobą prezentował, lecz całość jego zachowania i wyglądu nie odpychała. Wręcz przyciągała. Delikatność i wymalowana na ciele niewinność sprawiały, że miałem ochotę brutalnie wyciągnąć z niego pierwotne instynkty, a jego burzliwe wnętrze przepełnione wstydem i jednocześnie skrajnie negatywnymi emocjami, wzbudzały niekryte podniecenie. Chciałem ujrzeć jego mroczną stronę, chciałem zobaczyć która zwycięży, co przeważy? Zażenowanie, nienawiść, ból czy... Przyjemność?
Uśmiechnąłem się bezczelnie, gdy poczułem na własnym udzie lekkie wybrzuszenie, bezwstydnie ocierające się w poszukiwaniu należytej uwagi. Moje oczy wciąż utkwione były w tych wyjątkowo jasnych tęczówkach, a ja sam z tym samym, złowróżbnym uśmiechem czekałem na odpowiedź, od której zależało jak dalej potoczą się następne minuty. Zmrużyłem lekko oczy słysząc wyraźny jęk, przy czym moje palce raz jeszcze przejechały po sterczącym sutku chłopca.
Wytężyłem słuch, widząc jak drobne usteczka uchylają cię na rzecz słabego głosu wychodzącego spomiędzy rozchylonych warg. Mięśnie mojej twarzy nie drgnęły nawet o milimetr, gdy słowa formułujące się w ciche zdania z chwili na chwilę mocniej drażniły me nadszarpnięte nerwy. Jedynie wzrok z każdą pojedynczą głoską ciemniał, przysłaniany niezadowoleniem. Mimo, że ciemniejące tęczówki stanowiły wyraźne ostrzeżenie, komunikat świadczący o dużym błędzie, jaki popełnia gówniarz, on nie przyjął sobie tego do serca. Brnął dalej, a ja z tym samym, podłym uśmiechem, uważnie słuchałem, ważąc w myślach prowokujące słowa.
Och, jak ja nie lubię małych, kłamliwych ścierw. Szczególnie, gdy kłamać nie potrafią.
Szkoda... – wyszeptałem po dłuższej chwili milczenia, z lekko nieobecnym wzrokiem brzmiąc tak, jakbym właśnie się nad czymś głęboko zastanawiał. Przeciągałem chwilę tego silnego napięcia, w ciszy spoglądając ku zaszklonym, błyszczącym tęczówkom chłopaka. W końcu powoli przesunąłem wzrok na różowe usta, by zaraz całkowicie zabrać swą twarz z pola widzenia chłopca i przybliżyć własne wargi do jego ucha. – Mogłem być delikatny – wymruczałem głosem tak łagodnym i gładkim, że mogło się wydawać, iż nie należał do mnie. Ledwie jednak ostatnia głoska zawisła w powietrzu, moje ciało podniosło się do pionu, a ręce brutalnie chwyciły biodra drobnego chłopaka, by niedelikatnie rzucić go na brzuch. Palce jednej z dłoni w ciągu sekundy znalazły się na odsłoniętym karku, wbijając się w niego i przyszpilając do ziemi. Przy pomocy drugiej ręki, gwałtownym ruchem uniosłem biodra chłopaka, zmuszając go do oparcia ciężaru ciała na kolanach. W ciągu chwili przeniosłem dłoń na jedne z przedramion chłopca, dołączając go do drugiego i obydwa wykręciłem za jego wygiętymi plecami. Z bezlitosnym uśmiechem odsunąłem się na tyle, by móc swobodnie podziwiać tyły gówniarza, całkowicie wystawione na moją pastwę. Powoli zabrałem dłoń ze zmaltretowanej szyi.
Ani drgnij – wymruczałem wibrującym, niskim głosem, jadąc pazurami od karku, wzdłuż kręgosłupa, ominąwszy splecione ręce, coraz niżej, aż me palce stanowczo rozchyliły zgrabne pośladki, wsuwając się między nie. Bez uprzedzenia, bez zwlekania i zbędnej delikatności, dwa z nich wbiły się brutalnie w ciasne wejście Kapturka, tylko po to by umożliwić mi ich późniejsze zastąpienie czymś znacznie większym. Nie chowałem pazurów, które teraz bezlitośnie raniły delikatne wnętrze. Nie wątpię, że zatopienie się miedzy te pośladki, w tak ciasną przestrzeń, byłoby nazbyt ciężkie bez wcześniejszego przygotowania mej delikatnej owieczki.
Nie lubię, gdy ktoś mnie okłamuje, Cain – wyszeptałem z nieschodzącym uśmiechem bezlitośnie mocno rozciągając zaciśnięte wnętrze chłopaka. – Zapamiętaj tę lekcję – warknąłem już skrajnie nieprzyjemnym tonem, gwałtownie wyjmując palce. Puściłem chude przedramiona, by obie swe ręce umieścić na szczupłych biodrach. Podczas, gdy moje paznokcie przebijały miękką skórę, nie pozwalając gówniarzowi ruszyć tyłkiem choćby o milimetr, mój nabrzmiały kutas, spragniony tej nietkniętej dziurki, przesunął się po rowku chłopaka. Nie zważając na żadne protesty, zacisnąłem swe dłonie jeszcze mocniej, by już w następnej chwili nachylić się i mocnym, gwałtownym ruchem wbić w spięte wnętrze. Westchnąłem z rozkoszą, czując jak mięśnie chłopaka zaciskając się na dużym członku, próbując wyprzeć go na zewnątrz. Z podłym, gardłowym śmiechem gwałtownie poruszyłem biodrami, wchodząc na całą długość. Achhh, jaki ciasny.
Puszczając biodra chłopaka, nachyliłem się mocno, jedną dłonią łapiąc skołtunione włosy, by odchylić chłopięcą głowę do tyłu. Moje usta lekkim dotykiem drażniły płatek jego ucha.
Rozluźnij się, Cain – wymruczałem pełnym rozkoszy głosem, cofając biodra i wykonując następny silny ruch. – Pokaż Alexandrowi jak Ci dobrze – szeptałem, wykonując kolejne niemniej gwałtowne ruchy, bezlitośnie rżnąc ciasny tyłek dzieciaka. – No już mała dziwko. Bądź grzeczny. – Przejechałem swym językiem wzdłuż małżowiny, na koniec wbijając swe zęby mocno w delikatny płatek. Zamruczałem niemalże, czując na swym języku posmak tej słodkiej, pysznej krwi. Moje biodra poczęły poruszać się szybciej, nic nie robiąc sobie z oporu, jaki napotykały. Rżnąłem go tak jak pies posuwa sukę. Bezlitośnie, szybko, gwałtownie, bez pytania o zdanie. Niech krzyczy, niech płacze, niech jęczy. Patrz Alexandrze ile straciłeś.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Mar 21, 2016 1:16 pm

Byłem zbyt przerażony, by zwrócić uwagę na reakcje mężczyzny, jego oczy całkowicie mnie pochłaniały i nie potrafiłbym, nawet patrząc w nie, powiedzieć jakiego są koloru. To subtelne ciemnienie tęczówek, które mógłbym potraktować jako ostrzeżenie, całkowicie mi umknęło. Najprawdopodobniej miałem gorączkę, straciłem sporo krwi, a rana paskudnie bolała. I złamana kostka, to dlatego ból promieniował aż do łydki... I jeszcze ten napis na szyi...
"Mogłem być delikatny", zabrzmiało przy moim uchu, a ja poczułem się jakbym dostał zaproszenie na samo dno piekieł.
Głośny krzyk był dla niego nagrodą, a mnie zdumiało, że byłem w stanie wydać z siebie jeszcze tyle głosu. Ale brutalne zderzenie z podłogą i sekundy, w których znalazłem się w najbardziej upokarzającej pozycji, wydarły ze mnie resztki protestów.
Kolejny syk przy wykręceniu rąk i zero możliwości ruchu.
— N-Nie... — załkałem cicho z policzkiem na chłodnej podłodze, która była w tym miejscu zupełnie mokra. Od śliny, potu, łez i krwi. Musiałem to przetrwać, po prostu. Nic strasznego, sobą płaciłem za bezpieczeństwo, spłacałem długi Alexandra. Tylko za jaką cenę? Drżałem tak mocno, gdy ostry pazur sunął wzdłuż kręgosłupa i zatrzymał się między moimi pośladkami. Naturalną reakcją było natychmiastowe spięcie mięśni i próba jak najmocniejszego złączenia ud. Szarpnąłem biodrami w rozpaczliwej próbie i...
Zakrztusiłem się śliną i krwią, wrzask zamienił się w charkot, a ja poczułem jakby ktoś wlożył we mnie rozżarzony pręt. Nigdy nikt mnie tam nie dotykał. A Loki wbił się we mnie, z pazurami, przyprawiając mnie o poczucie wewnętrznego rozdarcia. Nie kontrolowałem łez, zbyt skupiony na próbie odwrócenia uwagi od narastającego bólu. Czułem, że po wnętrzu ud zaczyna ściekać coś ciepłego. Krew, w odpowiedzi na to niedelikatne traktowanie.
— Ja nie kłamię... Panie Loki... P-Przepraszam, ju-uż... już nie będę, przysięgam! — Płakałem zbyt bezsilny, by cokolwiek zrobić. A on rżnął, rżnął mnie swoimi palcami zakończonymi pazurami, rozciągał i dał ułamek sekundy na wzięcie oddechu. Nie spodziewałem się, że to nastąpi tak szybko, ostatnie, co można było powiedzieć, to to, że byłem gotowy na to, by go w siebie przyjąć.
— Błagam... Ja nie...ee... — udławiłem się czując jak jego kutas wbija się we mnie, chyba do samego gardła. Uczucie było okropne, co gorsza nie dał mi chwili, bym zdołał się przyzwyczaić. W oczach mi pociemniało i poczułem, że zaraz stracę przytomność. — Nie dam rady, nigdy wcześniej... przepraszam, nie...
Więcej czegoś ciepłego i lepkiego na udach.
Nie ruszaj się...
Traciłem przytomność za każdym razem, gdy się ze mnie wysuwał, budziłem, gdy wbijał we mnie kolejny raz. Za każdym razem sądziłem, że już się przyzwyczaję, że będzie lepiej, tymczasem uczucie tarcia zwiększało się z każdą chwilą, mój tyłek mocniej się zaciskał, aż do momentu, gdy poczułem, że zwalnia. Ciasne, nieprzygotowane wnętrze zaczęło stawiać opór, musiał to poczuć. Tymczasem rżnął mnie dalej wyrywając ze mnie duszę z korzeniami, zrzucając z przepaści i niszcząc w proch całą moją osobę. Szloch milkł powoli, w pomieszczeniu słychac było posapywanie wilka i moje urywane oddechy. Skupiony na krzywdzie nie zauważyłem, gdy otuliły mnie nieśmiałe ramiona pożądania, a mój organizm zaczął brać, zamiast tylko dawać. Rozluźniłem się naturalną koleją rzeczy, zupełnie instynktownie. Mocniej wypiąłem tyłek czując jak jego podbrzusze co i raz spotyka się z moimi pośladkami, a kiedy szarpnął mnie i rozgryzł ucho jęknąłem głośno i przeciągle.
Więcej bólu niz przyjemności, ale i ta zaczęła się powoli pojawiać. I nadała mi na tyle pewności, że mój język się odblokował.
— On... robił... to... lepiej... wszystko robił lepiej... mój Alexander... — wycharczałem poruszając już biodrami samemu, nabijając się na niego z dużą siłą. Czułem się kurewsko winny tego, że gdzieś w tym całym gnoju odnajdywałem rosnącą przyjemność. Że to nie mój ukochany pozbawił mnie dziewictwa, tylko... tylko ten potwór. To odrażające, jak słaby musiałem być. Pot płynął mi po plecach, a penis nieśmiało piął się w górę bezwstydnie zdradzając, jak mocno mnie podnieca ta brutalność i ten gwałt. Słowa mężczyzny. Zjedz mnie. — Nigdy... mu nie dorównasz... nigdy... Rozumiesz? — Dlaczego wciąż prowokowałem go bardziej, zamiast próbować uspokoić? Chciałem, żeby zaciskał na mnie ręce i sprawiał ból. Żeby mnie ranił, żeby spowił mnie szkarłatem. Czerwony Kapturek, ha... — T-Tylko tyle, wilku? — na ile prowokujące było to pytanie z ust gwałconego brutalnie szczeniaka, który ledwie żył?

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Kwi 04, 2016 10:35 am


Ludzie to kochają. Drzeć się, stawiać, mówić nierozsądne rzeczy i oczekiwać, że gdy nagle zaczną błagać, wszystko zostanie im przebaczone. Głupie, nierozumne istoty. Czy nikt ich nie nauczył, że ponosi się konsekwencje za swoje czyny i słowa? Ja nie odkładałem w niepamięć, a gówniarz powinien się nauczyć, że jego pyskata buźka mocno ucierpi za każde niepożądane słowo, które opuściło te różowe, słodkie usta. Więc gdy karmił mnie tymi błaganiami, tymi przeprosinami, jękami, przysięgami, piskami... Ach, mogłem się tylko podle roześmiać, by w odpowiedzi uraczyć go tym bólem, by wziąć sobie to co teraz należało tylko do mnie, by rozszarpać na kawałki jego wolę, jakąkolwiek dumę i zgnieść wszelkie przejawy buntu. Jego słowa nie miały mocy. On jej nie miał. Jak mógł wciąż tego nie rozumieć? Człowiek... Jak wiele można wymagać od ludzkiego gatunku? Czyżbym zapędził się ze swymi oczekiwaniami?
Wbijałem się w ciasnego gówniarza bezlitośnie, rozrywając jego wnętrze za każdym razem mocniej i brutalniej. Wzdychałem słuchając słodkich krzyków pieszczących moje uszy, warczałem niekontrolowanie, gdy czułem jak jego tyłek zaciska się na moim kutasie. Z uniesieniem wdychałem zapach świeżej krwi ściekającej po bladych udach wąskimi strużkami. Na moje usta wpływał coraz to szerszy, opętany uśmiech. Co za niegrzeczna kurwa. Mu się to podoba. Gówniarz lubi ból, lubi być gwałcony, on się tym kurwa cieszy. To nagłe, niespodziewane odkrycie przyprawiło mnie o niepowstrzymany wybuch szaleńczego, z pewnością nieprzyjemnego dla ludzkiego ucha śmiechu. Nie przerywałem, posuwałem go mocniej, wbijając się tak głęboko, jakbym chciał, by ten twardy, spragniony kutas wyszedł mu pieprzonym gardłem. Mój śmiech jedynie wezbrał na sile, gdy usłyszałem co próbuje wyjęczeć mała dziwka, jednocześnie tak ostentacyjnie samemu się nabijając, falując nieskrycie biodrami, niewerbalnie prosząc o więcej. I im więcej mówił, tym podlejszym śmiechem raczyłem jego uszy. W końcu gwałtownie z niego wyszedłem, by brutalnie, w jednej chwili przewrócić gówniarza na plecy. Nachyliłem się nad nim, sprawiając, że jedynym co widział była moja wykrzywiona w szaleńczym uśmiechu twarz. Kły złowieszczo błyszczały nad jego chłopięcą buźką a oczy z nieludzkim wyrazem przeszywały delikatne oblicze. Szybki oddech łaskotał różowe, poranione usta.
Alexander... – wymruczałem niskim głosem, z nieschodzącym uśmiechem, niemalże dotykając różowych warg. Odsunąłem się na tyle, by móc ze swobodą zaglądać nachalnie w szare tęczówki. – ... nigdy cię nie dotknął. – Z rozkoszą, bez uprzedzenia raz jeszcze wbiłem się w dzieciaka, wchodząc tak głęboko jak mogłem, nic nie robiąc sobie z oporu wnętrza, które i tak było na tyle rozepchane, że ten był coraz mniejszy. Krew która wypływała ze środka była wystarczającym nawilżeniem. Wyprostowałem się znad twarzy gówniarza, jedną z rąk przyszpilając do ziemi jego szyję. Z mej twarzy nie schodził uśmiech, na który ma urocza ofiara musiała teraz patrzeć. Patrz, Kapturku kto cię rżnie, czyj kutas tak cię zadowala, kto odbiera ci dziewictwo, a ty masz ochotę prosić o więcej. Pomieszczenie znów wypełniło się mym gromkim śmiechem. Ten zaraz jednak ucichł.
Mało ci, Kapturku? – wyszeptałem, przybierając ten obłąkany wyraz twarzy, w tym samym momencie wbijając się głęboko, by w tej pozycji zatrzymać biodra. Czarnym niemalże spojrzeniem przejechałem powoli po całym, drobnym ciele chłopaka, oblizując nie do końca świadomie wargi. Przez chwilę trwałem w tej jednej pozycji, zupełnie jakbym bardzo głęboko się nad czymś zastanawiał. W następnej zaś chwili mój pazur niczym sztylet, szybkim, gwałtownym ruchem przesunął się po klatce piersiowej owieczki, rozrywając skórę, tworząc piękną lecz zamierzenie dość płytką szramę. Mój uśmiech się poszerzył, biodra znów zaczęły gwałtownie ruszać, a dłoń wykonała kolejne cięcie, przecinające poprzednie. I następne niżej i jeszcze jedno, kolejne, głębsze. Rżnąc go bez wytchnienia, robiłem sieczkę z tego małego, słodkiego ciałka, sprawiając, że to niemal w całości pokryło się pięknym szkarłatem. Prawdziwa uczta dla oczu. W końcu zatrzymałem dłoń i obie oparłem z boku głowy chłopaka. Nachyliłem się, wchodząc w niego głębiej. Moje oczy zajrzały głęboko w te drugie, usta musnęły różowe wargi.
Dobrze ci w czerwieni – wyszeptałem gardłowo, wplatając jedną z dłoni w białe włosy, by zacisnąć na nich boleśnie swe długie palce. Moje biodra nieustępliwie wbijały się w chłopaka przy akompaniamencie westchnień wychodzących z mego gardła. Prawą dłonią przesunąłem po boku swego słodkiego chłopca, zatrzymując ją na biodrze, w które gwałtownie wbiłem palce.
Chcesz więcej? – wysyczałem wprost do krwawiącego lekko ucha wykonując kolejne silne pchnięcie, po którym niemal całkiem się wysunąłem. – Chcesz – kolejne silne pchnięcie – kurwa... więcej... pieprzony... ludzki... szczeniaku? – Z każdym kolejnym słowem prawie że opuszczałem ciasne wnętrze, by zaraz szybko i brutalnie się w nie wbić z powrotem, naruszając boleśnie świeże rany. Ach, wygląda na to, że ta zabawka nie znudzi mi się tak prędko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Suicide

avatar

Liczba postów : 133
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pią Maj 27, 2016 5:21 pm

Nigdy nie przypuszczałem, że mogę skończyć w ten sposób. Co takiego zrobiłem, czym sobie na to zasłużyłem, by cierpieć w taki sposób. Myśl o śmierci Alexandra była coraz dalsza przez ten wszechogarniający ból, który przypominał mi, że w porównaniu do niego, wciąż jestem żywy. Czy on też cierpiał w taki sposób...? Cóż, był silniejszy, nie pozwoliłby sobie na coś takiego, ale że cierpiał... tego byłem pewien. Kolejna fala łez wywołana wspomnieniem widoku, jaki zastałem, napłynęła do moich oczu i zdradliwie spłynęła po podrapanych policzkach wywołując, jakby mi jeszcze było mało, uczucie pieczenia.
Loki się śmiał, podczas gdy ja skamlałem o litość nie mając pojęcia co go tak bawi.
— Nie nie nie — zaszlochałem, gdy jego ręce bez trudu zmieniły moją pozycję, do której już zaczynałem się przyzwyczajać. Rozluźniałem się, a on mi odebrał, znowu, to, co chciałbym nazwać choć minimalną kontrolą. Teraz już nie mogłem unikać jego dzikiej twarzy, przerażającego spojrzenia i ust, ach, ust o ostrych zębach, zwinnym języku, warg, spomiędzy których wychodziło tyle wulgarnych słów, a które smakowały zwodniczo słodko - moją własną krwią.
No i co najbardziej upokarzające i uwłaczające - widział, że to wszystko mnie w jakiś chory sposób podnieca. Krzyczałem i próbowałem się wyrwać, ból był nie do zniesienia, a jednak przyjemność znalazła szczeliny, którymi próbowała się przedrzeć.
I kolejna tama; moje ciało wygięło się w łuk. Już chyba nawet nie kontrolowałem krzyków - one wychodziły z mego gardła ciesząc uszy Lokiego, nakręcając go, dając mu siłę do poruszania biodrami. Wchodził coraz łatwiej. Coraz głębiej i mocniej, jakby jego kutas miał co najmniej pół metra i naprawdę mógł mnie rozerwać na pół. Gdy sądziłem, że dalej już nie da rady, bo czułem uderzenia jego jąder na swoich pośladkach, on z kolejnym ruchem wchodził jeszcze dalej. Krwi było coraz więcej i kiedy wychodził, ta mieszała się z jego wydzielinami.
Przymknąłem oczy modląc się o koniec. Modląc się o to, by ciepło z okolic mego podbrzusza zniknęło i nie zdradzało moich fałszywych doznań. Bo to chore, naprawdę tego nie chciałem, dlaczego więc... robiłem się twardy. Gorący, coraz bardziej uległy. Wyginający pierś, gdy sunęły po niej ostre pazury, potrafiący tylko jęczeć z bolesnej rozkoszy, gdy kolejne kawałki skóry pokrywał szkarłat.
"Dobrze ci w czerwieni."
Czerwony Kapturek.
Kilka razy straciłem przytomność, na ułamki sekund. Gdy otwierałem oczy on wciąż mnie rżnął, koszmar nie mijał, dusiłem się tym wszystkim.
— Boli... — szepnąłem rozpaczliwie chyba w ramach skargi. — Nie chcę... Nienawidzę cię... nie... — zakrztusiłem się krwią, śliną i łzami, że na moment pociemniało mi w oczach. Nie mogłem złapać oddechu i naprawdę myślałem, że to już koniec. Ale nie, los nie był na tyle łaskaw, by podarować mi prezent w postaci szybkiej śmierci. Ta nadchodziła... z rąk Lokiego. Wilk nie był najwyraźniej świadom tego, jak kruchy jest człowiek i jak łatwo zepsuć zabawkę. Wyciągnąłem zdrową rękę przed siebie i zamachnąłem się uderzając mężczyznę nad sobą w twarz. I jeszcze raz. Miał zajęte ręce, a ja nic do stracenia. Biłem go póki byłem w stanie, w którymś momencie zaciskając dłoń w pięść.
— Cokolwiek zrobisz... Nie złamiesz mnie... — szepnąłem przymykając oczy, podczas gdy ręce opadły. Moja miłość do Alexandra, do rodziny, do ludzi, z którymi się wychowywałem. Mógł ze mną zrobić wszystko, ale nie wyrzekłbym się ich.
Spodziewał się tego?
Tego, że dłoń, która go biła przed chwilą, zaciśnie się na moim własnym penisie, na wpół sztywnym fiucie gwałconej ofiary, która zacznie się sama dotykać?
— Zaraz mnie zabijesz... — uśmiechnąłem się słabo. To była bardzo realna groźba zważywszy na to, co robił mi Loki. I co jeszcze zrobić mógł.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   

Powrót do góry Go down
 
Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 2 z 3Idź do strony : Previous  1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: