IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2, 3  Next
AutorWiadomość
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Nie Wrz 13, 2015 4:37 pm




...był sobie młody, prześliczny chłopiec. Jego buzia była tak piękna i radosna, że każdy, kto tylko raz na niego spojrzał, od razu musiał go pokochać. Chłopiec wraz z rodzicami mieszkał nieopodal lasu. Często odwiedzał myśliwego, który gotów był mu przychylić nieba. Myśliwy żył w niewielkim domku otoczonym przez zielony las. Pewnego dnia chłopiec otrzymał prezent- czerwony aksamitny kapturek, który polubił tak bardzo, że za nic nie chciał się z nim rozstawać i wszędzie nosił go na swojej cudnej główce! Przez to zaczęto nazywać go ,,Czerwonym Kapturkiem”.

Jednego razu, jak to często bywało, Czerwony Kapturek obwieścił mamie, że idzie odwiedzić myśliwego. Mama słysząc to, wręczyła chłopcu wiklinowy koszyk przykryty serwetką, do którego schowała ciasto i butelkę wina, mówiąc: Na pewno ucieszy się, kiedy go odwiedzisz. Pamiętaj tylko, byś pod żadnym pozorem nie zbaczał ze ścieżki, którą znasz i wiesz, że prowadzi prosto do domku myśliwego. Jeśli kogoś spotkasz, nie rozmawiaj z nim.

Czerwony Kapturek pokiwał głową, ale gdy tylko wszedł do lasu, zapomniał o przykazaniach mamy. Ujrzawszy przepiękne kwiaty nieopodal ścieżki, postanowił nazbierać trochę dla ukochanego. Gdy związywał kolorowy bukiecik, nagle obok niego pojawił się wysoki, czewonooki mężczyzna i przemówił szorstkim głosem (...)






Chyba każdy zna baśń o Małym Czerwonym Kapturku i podstępnym, złym Wilku, nieprawdaż? Dziewczynka przemierza las, by odwiedzić chorowitą babcię i wręczyć jej upominek od mamy. Niestety, po drodze spotyka niebezpiecznego Wilka i nieostrożnie wdaje się z nim w rozmowę. Za sprawą sprytnego zwierzęcia podąża dalej dłuższą ścieżką, podczas gdy ten pierwszy dociera do babci, by następnie ją zjeść, podszyć się pod starą babunię i poczekać na niewinnego Czerwonego Kapturka. Biedna dziewczynka daje się nabrać i również zostaje pożarta.


Nasza historia jest nieco inna. Czerwony Kapturek jest już dojrzałym chłopcem, by nie powiedzieć mężczyzną i zamiast chadzać do babci, odwiedza swego partnera, którym jest Myśliwy. Wilk zaś w rzeczywistości jest zmiennokształtnym, który zamiast najeść się do syta, woli poznęcać się psychicznie oraz fizycznie nad bezbronnymi stworzonkami i tym razem za swój cel obiera niewinnego chłopca. Lecz może to nastąpić dopiero wtedy, kiedy dokona srogiej zemsty na Myśliwym, który zamordował jego pobratymców i sprawił, iż ostał jako jedyny ze swego gatunku.
Kraina, w której wszyscy żyją pozostaje bajkowa i piękna, jednak jej prawdziwe oblicze okazuje się mniej przyjemne, pełne okrucieństwa i bólu...




I. Czerwony Kapturek - @Suicide jako Cain Immanuel Craven
II. Wilk - @Ivan jako Loki

| Jeśli chodzi o regulamin, wystarczy przestrzegać tego odgórnego. |


Cytat :
Źródła grafiki: 1 / 2 / 3 / 4 / 5 / 6
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Nie Wrz 13, 2015 4:41 pm





Mało kto wie, że miejscowy postrach, żyjący w lesie, do którego lepiej się nie zbliżać, ma swoje imię. Choć mężczyzna rzadko to słyszy, można zwrócić się do niego per Loki
Wieku wilkołaka nie da się jasno określić po jego wyglądzie, gdyż przysuwa na myśl około dwudziestoletniego mężczyznę. Prawda jest jednak trochę inna, gdyż żyje równo czterdzieści dwa lata, w związku z czym jak na swoją rasę jest bardzo młody
Urodził się w tym samym lesie, w którym mieszka obecnie, a jego progi opuszcza jedynie w ludzkiej postaci i nie dzieje się to zbyt często
Co prawda nie obchodzi czegoś takiego jak urodziny, jednak jeśli już miałby to robić, przypadałyby one na 04 lipca





Ludzka postać Loki'ego przedstawia się jako dwumetrowy mężczyzna o wyjątkowo bladej cerze, silnie kontrastującej z kruczoczarnymi, długimi włosami i krwistoczerwonymi oczami. Jego twarz ma zazwyczaj groźny wyraz, jednak kiedy tego chce, potrafi stworzyć pozory niewinności i delikatności. Na tyle ile to możliwe, potrafi złagodzić kolor swych tęczówek do barwy ciemnego brązu, choć raczej nigdy się tym nie kłopocze. Oprócz pokaźnego wzrostu, może się również pochwalić dobrze widocznymi mięśniami i szerokimi barkami, a także bardzo długimi nogami. W tej postaci nie sposób skojarzyć go z wilkiem

Loki wedle życzenia może być wilkiem, człowiekiem, lub czymś, co jest pomiędzy tymi dwiema formami. Ta postać przypomina człowieka, z pewnymi charakterystycznymi dodatkami, jakimi są czarne wilcze uszy, ogon, kły oraz szpony. W tej postaci czerwień oczu mężczyzny wydaje się być jeszcze głębsza i żywsza

Ostatnia postać, w której Loki spędza większość czasu, to postać nieco wyrośniętego wilka. W kłębie jest wielkości przeciętnego, dorosłego człowieka i głównie dlatego wygląda tak groźnie. Ma długą, czarną sierść, również szkarłatne tęczówki, oraz silne, długie łapy. Rozsądek każdemu powinien podpowiadać, by nie zbliżać się do tego stwora, gdyż robi wrażenie nawet jak na wilkołaka






Oprócz krwi, mięsa, flaków i mózgów uwielbia czekoladę. Tak, zdecydowanie wszelkie formy tej słodkości jako jedyne są w stanie na chwilę zmiękczyć jego serduszko, o ile oczywiście jakieś posiada

Być może przez swoje wyjątkowe okrucieństwo, brak litości, a także ogólną siłę zarówno fizyczną jak i psychiczną, to on zawsze był samcem alfa w swojej watasze. Przede wszystkim dlatego, że nie uchronił ważnych dla niego pobratymców, nad którymi sprawował pieczę, poczuwa się do odpowiedzialności i obiecał zemścić się na myśliwym

Wbrew ogólnemu przekonaniu nie jest jedynym pozostałym przedstawicielem swojej rasy. Oprócz niego żyje jeszcze czterech wilkołaków

Po czterdziestu latach życia Lokiemu znudziło się zwykłe pożeranie ludzi, dlatego po ujrzeniu słodkiego Czerwonego Kapturka od razu zapragnął zabawić się jego kosztem

Loki jest całkiem sprytnym Wilkiem, w dodatku lubi bawić się z jedzeniem, więc nim kogoś pożre, zazwyczaj pastwi się nad nim dłuższy czas i znęca się psychicznie

Wyraz cierpienia innych, a przede wszystkim łzy sprawiają, że wręcz wpada w amok i ciężko mu nad sobą zapanować. Istny sadysta

Czasem ciężko mu zapanować nad wilczymi żądzami, przez co nieraz jego ludzka postać mimowolnie zmienia się w połowiczną, aczkolwiek zdarza się to sporadycznie, gdyż na ogół stara się trzymać w ryzach

W zemście na myśliwym przeszkadza mu tylko niewiedza na temat jego zamieszkania. Przeszperał cały las, który zna jak własną kieszeń, lecz nie znalazł jego domku. Czerwony Kapturek po prostu spadł mu z nieba

Nie istnieją raczej rzeczy, które go rozczulają. Nie wie czym jest miłość. Nawet do swoich braci jej nie czuje. Sympatię i jakąś więź - owszem, ale jeśli któryś śmiałby mu się przeciwstawić nie miałby litości

Najbardziej kocha zrozpaczone ofiary uciekające i wierzące, że uda im się przeżyć. Nie potrafi ująć w słowa przyjemności, którą mu sprawia pozbawianie ich tej durnej nadziei

Cytat :
Wszystkie arty pochodzą z http://syrkell.deviantart.com
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 7:49 am



INFORMACJE PODSTAWOWE


▷ G O D N O Ś Ć ◁ Cain Immanuel Craven.
▶ W I E K  +  D A T A   U R O D Z E N I A ◀  Urodzony 27 listopada skończył niedawno 18 lat.
▷ P Ł E Ć  +  O R I E N T A C J A ◁  Mężczyzna. Hetero...Homoseksualny.
▶ R O L A ◀  Czerwony Kapturek.


WYGLĄD


▷ W Ł O S Y ◁  Białe jak śnieg, nieco przydługie. Najdłuższe kosmyki sięgają karku i otulają szyję.
▶ O C Z Y ◀ Niesamowicie jasnoniebieskie. Momentami wręcz szare. Intensywność barwy tęczówek zależy od jego nastroju. Im bardziej niebieskie - tym jest spokojniejszy. Szare natomiast są oznaką negatywnych emocji, takich jak wściekłość i przerażenie.
▷ W Z R O S T  +  W A G A ◁  Przy wzroście mniej więcej 172 cm waży  około 63 kg. Mimo nieco androgynicznej i smukłej budowy ciała dostrzec można lekko zarysowane mięśnie. Jest szczupły, nie chudy.
▶ C E C H Y   S Z C Z E G Ó L N E ◀  Ma w sobie jakiś dziwny magnetyzm - już sama barwa tęczówek nie pozwala przejść obok niego obojętnie. Długie palce u dłoni godne co najmniej zawodowego pianisty. Zero tatuaży i kolczyków - skóra Caina to czyste i idealne płótno. Od lewego biodra przez niemal całe podbrzusze ciągnie się paskudna blizna. No i oczywiście Czerwony Kapturek - dostał go w prezencie od matki chrzestnej i często zakłada go w chłodniejsze dni. Do swojego przezwiska przywykł, choć niezbyt za nim przepada.


DODATKOWE INFORMACJE/CIEKAWOSTKI


▷ - Opowiedz mi bajkę.
- Jesteś za stary na bajki. … Którą chciałbyś usłyszeć?
- Tę, w której masz dla mnie więcej czasu.


„Za górami, za lasami, żył sobie pewien młodzieniec. Wszyscy go lubili, bo uśmiech nigdy nie znikał z jego twarzy. Mieszkał w wielkim zamku na obrzeżach miasta razem ze swoim… NIE. To nigdy nie było jak bajka i Cain jak nikt zdawał sobie z tego sprawę. Jak tylko poznał Alexandra – wszyscy doradzali mu zerwanie tej znajomości. Nigdy nie posłuchał, z początku brnął w nią z czystej złośliwości i przekory. A potem… Potem zadurzył się po uszy i było za późno na wszystko. Alexander – sławny myśliwy słynący z tego, że żadna kreatura mu nie straszna, a głowy wrogów pożera na śniadanie (metaforycznie, podobno) zafascynowany młodym chłopcem wziął go pod swoje skrzydła mając ubaw po pachy z jego oddania i samemu robiąc co mu się podoba za jego plecami. Cain zaś, ślepy na wszelkie znaki na niebie i ziemi był dosłownie gotów dla niego na wszystko. Nawet kiedy okazało się, że nie jest jedyny. Że Alexander zdradza go na lewo i na prawo. I nie jest tak honorowy i dobrotliwy jakby mogło się wydawać. Ale… Miłość jest ślepa.
I nawet kiedy łaził, wcale się nie kryjąc, z innym pod rękę, próbowałem zamykać oczy i odwracać głowę. Tylko po to, żeby spokojnie przespać kolejną noc. I mieć siłę rano znów się uśmiechać. Bo przecież tak powinno być. ◁  

▶ - Dzień dobry, moja droga. Dokąd się wybierasz?
- Ach, idę do sklepu, mój stary maści potrzebuje.
- Pójdę z tobą, też zmierzam w tamtym kierunku. Och, Patrz. Młody Craven, dawno żem go nie widziała.
- A, bo pani kochana. Szkoda gadać. Chłopak się zepsuł ostatnio, żal mi jego matki, starowinka taka z nadzieją na wnuki, a tu jedyny syn… Co ja będę mówić. Ciągnie go do bogatego pana aż oczy bolą. Panicz jawnie go zdradza, prowadza się z innymi a ten… żeby honoru choć trochę miał! Pani kochana, co to to się z tym światem dzieje, żeby mężczyzna z mężczyzną! A taki to dobry chłopak był…


To nie tak. Cain nigdy nie zasługiwał na miano chłopca „z bajki”. Nigdynigdynigdy. Nigdy się o nie nie prosił. Jego rodzina jednak, posiadająca spory biznes w niewielkim miasteczku, siłą rzeczy dość często bywała na językach innych. Chłopak z początku starał się ukrywać swoją orientację, ale Alexander nie miał większych skrupułów i Craven musiał… Zwyczajnie MUSIAŁ być na każde jego wezwanie. Do tego czasu zawsze był miłym, pogodnym chłopcem, którego uwielbiał dosłownie każdy. Zawsze skory do pomocy, zawsze uśmiechnięty. Tylko potem się jakoś zakochał… Chociaż trudno to tak nazwać… To była raczej fascynacja wykraczająca wręcz poza granice dobrego smaku. Grzeczny chłopiec nie był aż tak grzeczny, jak mogłoby się wydawać. Alexander jest dla niego wszystkim. Absolutnie wszystkim. Nawet jeśli nie widzi, że jest tylko wtedy, kiedy nie ma na jego horyzoncie nikogo bardziej interesującego. Gwoli ścisłości – nie spali ze sobą. Myśliwy nie był zbyt zainteresowany niewinnym chłopcem…  To znaczy, nie… Był. Ale nie aż do tego stopnia, by starać się jakoś specjalnie i pod ręką zawsze był ktoś inny. Łatwiejszy.
Och, mój książę. Twój uśmiech gnije. Teraz to widzę. Rozpadasz się w kącikach ust. Skóra Ci odpada. Kocham ją całować mimo wszystko. Kocham, bo wiem, że odkrywa prawdziwego Ciebie. Zepsutego, zgniłego, brudnego. Klęczącego przede mną wśród niewypowiedzianych modlitw. Kocham Twój uśmiech i każdą łzę. Kocham, bo wiem, że to maska, i wiem, że w końcu odpadnie. I będziesz wreszcie prawdziwy. ◀

▷ - Jesteś obrzydliwy…
- …
- Nienawidzę tej blizny. Okropnie cię szpeci, mój drogi.
- Ale…
- Nikt cię z nią nie zechce. Sam nie mogę na nią patrzeć. Czuję mdłości, gdy na nią patrzę, nie chcę jej przypadkiem dotknąć.


Cain do czasu, gdy osiągnął wiek dojrzewania, był obiektem westchnień większości dziewcząt w miasteczku. Sam jednak nie zwracał uwagi na żadną z nich, zrozumiawszy dosyć wcześnie, że o wiele bardziej pociągają go mężczyźni. W społeczeństwie, w którym wygląd odgrywa tak wielką rolę, a człowiek jest oceniany powierzchownie, miał święte prawo do swoich wybryków i dopóki nie poznał Alexandra nikt tej jego fascynacji nie traktował poważnie. A potem było już za późno, by jakkolwiek próbować reagować. Poza panem myśliwym nigdy nikogo nie miał. I to właśnie dzięki niemu zawdzięcza ową szpecącą ciało bliznę, którą, o ironio! Alexander okropnie nie lubi i często wyśmiewa. Bo Cain był tak głupi, by zasłonić ukochanego własnym ciałem, od czego niemal zginął, kiedy pocisk ześliznął się po jego skórze i utknął dosłownie milimetry od najważniejszych organów. Za przykładem myśliwego również owej blizny nienawidzi, dlatego robi wszystko, by nikt jej nie zobaczył.
Rozsypywał się każdego wieczora, a każdego ranka próbował poskładać się w całość. Jednak nieważne jak bardzo by próbował, codziennie gubił część siebie, stając się coraz bardziej niekompletny. Próbował... Próbował zastępować utracone części siebie innymi, zatracając się tym samym w szaleństwie stania się nową osobą. Kimś, bardziej przystosowanym do życia. Rano zakładał czystą bieliznę, spodnie i kolejny uśmiech przeznaczony dla ludzi, dla których sam był nikim. ◁  


BONUS



Zrzucił ze stołu wszystko co się na nim znajdowało. Tani zegarek. Książkę z pomiętymi kartkami, w które wsiąkły krople deszczu. Długopis z obgryzioną końcówką. Rachunek ze sklepu i kwit z pralni. Dwa kolczyki. Szklankę z zaschniętym na dnie osadem z herbaty. Pustą puszkę po wypitym w pośpiechu piwie. Zeszyt, do którego nie pozwalał zaglądać nikomu. Całe jego życie. Skurczone do rozmiarów syfu pod jego nogami. Seria "*****" opuściła jego usta, ale gula w gardle nie zmieniła swego położenia. Wciąż tam tkwiła. Jakby to całe gówno, te wszystkie słowa, które powinien był wykrzyczeć w twarz temu … właśnie tam się skumulowały. I utknęły na dobre. I nawet wrzask nie pomógł. Nie pomogło dziesięć rozdzierających wrzasków. Tylko zdarł sobie gardło. Niepotrzebnie. Coś w nim wzbierało. Od lat. Ostatnio stało się dokuczliwe i wkurwiające. I dopiero niedawno zdał sobie sprawę, że to przez NIEGO. ... . Wszystko zawsze było przez niego. Przez cholerny pępek świata, który traktował go jak wrzód na dupie.
Bezsilnie zwieszając ręce usiadł na krześle gapiąc się w pusty stół, na którym nie znajdowało się nic. Gdyby tym samym jednym ruchem mógł wyrzucić z głowy wszystkie swoje problemy. Drobnostki, które dla niego były niczym skały. Trudne do poruszenia, zbyt wielkie do obejścia. Zaklął jeszcze parę razy. MUSIAŁ. Ale nie pomogło. Poczuł się jeszcze gorzej. Kilka godzin temu był pewien swojej decyzji. Kiedy wściekłość rządziła jego ciałem, to był dobry pomysł. Ale teraz wszystko opadło i nagle siedząc w pustym mieszkaniu zdał sobie sprawę jak bardzo jest ciche, wiedział, że zrobił źle. W tył zwrot i wiać po horyzontu kres. W tym był najlepszy. I znowu nie zrobił tego co powinien. Nie powiedział niczego. Nie wyrzygał duszących go słów.
Kopnął szklankę patrząc jak szkło rozpryskuje się w zderzeniu ze ścianą. Nigdy się nie uwolni. Nie, kiedy ściany noszą wybrany przez NIEGO kolor, nie kiedy na kanapie wciąż leży JEGO poduszka, a na siedzeniu wciąż wygnieciony jest kształt JEGO szanownej dupy.
Chciał czymś rzucić. Czymś należącym do NIEGO. Zniszczyć, a potem patrzeć jak tego szuka przewalając wszystkie rzeczy w mieszkaniu. A on siedziałby wygodnie patrząc na to co robi, napawając się myślą, że nie znajdzie. I miałby swoją małą tajemnicę. I uśmiechałby się złośliwie wiedząc, że tego nie znajdzie. Ale nie. Sam pomagał mu się pakować. Jakby wtedy jego życie zależało od tego, czy pozbędzie się z mieszkania każdej należącej do NIEGO rzeczy. Czuł jak do JEGO torby wraz z każdą rzeczą wrzuca również kawałek po kawałku swoje serce. Bo tak, …, miał serce. Wbrew obiegowej opinii CZUŁ. Nawet jeśli niczego nie okazywał. Nie był jedynie ładnie uśmiechającą się laleczką z porcelany, której nie sposób skrzywdzić. Ale ON powinien się domyślić, przecież dawał mu wyraźne sygnały... A ta łajza przyłazi i nie dając mu chwili na jakąkolwiek reakcję, żąda pomocy przy pakowaniu. Wtedy powinien był wszystko powiedzieć. Albo potem, kiedy jak wierna suka leciał za nim na drugi koniec świata tylko po to, by usłyszeć „Nie musiałeś tu przyjeżdżać". Chyba wolałby dostać w ryj niż usłyszeć takie słowa od kogoś, dla kogo bez zastanowienia rzucił wszystko. Pieprzony głupek. Dureń. Dupek. Jakkolwiek by go nie nazywał, nie przynosiło mu to żadnej ulgi. Wręcz przeciwnie. Tłumiony żal rósł coraz bardziej, szukając jakiekolwiek ujścia. Był teraz zupełnie bezsilny. I choć przywoływał wszystkie najgorsze wspomnienia, te nie były wystarczające, by zapomniał o tym, że został tutaj całkiem sam. Tym razem naprawdę sam, a ramiona, których potrzebował, były gdzieś tam w głębi głupiego lasu, zimne i nieprzystępne. Żałował swoich pochopnych decyzji. Żałował tego, że bez słowa opuścił tamten pokój. Z taką łatwością. Był wściekły na siebie sprzed paru godzin. Zawsze wybierał ucieczkę, więc po części była to również jego wina. Przymknął powieki i odchylił głowę w tył zapominając na chwilę o bałaganie u swoich stóp. Pozwolił wspomnieniom płynąć. Owładnąć sobą. Tylko na chwilę, jedną chwilę słabości, po której znów wstanie, uniesie głowę coraz cięższą od złych myśli i pójdzie przed siebie udając, że znów wszystko gra. Będzie znów na każde skinienie i przyjdzie, kiedy ON będzie go potrzebował. Westchnął cicho jakby w ten sposób wyrzucał z siebie bagaż negatywnych emocji wlokących się za nim niczym cień. Nieistotne jak często by je deptał, one wciąż były i w pewnym stopniu - zaakceptował je. Nauczył się z tym wszystkim żyć. Spał z nimi i jadł śniadanie. Chodził na uczelnię i kąpał się z nimi. Gdyby te negatywne emocje były facetem, miałby niezłego kochanka nieodstępującego go nawet na krok. Uśmiechnął się krzywo do samego siebie. Jego długie palce z dziwną czułością zaciskały się na krawędzi stołu. Chciało mu się spać. Dwie ostatnie doby czuwał wsłuchując się w spokojny oddech osoby leżącej obok. Często przychodził do NIEGO w nocy. Z początku go to wkurzało, że pomimo całej tej nienawiści jest tak bardzo uzależniony od zapachu JEGO ciała. Że bez JEGO bliskości koszmary mają do niego łatwiejszy dostęp. A teraz... Czuł, że nie da rady dłużej. Dusił się. Tą gulą w gardle i miliardem wspomnień. Żałował, że pozwolił MU odejść mimo wszystko. Że nie zdążył powiedzieć... Choć gdyby miał ku temu okazję pewnie stałby przed nim jak ostatnia sierota, nie potrafiąc wydać z siebie głosu. Bo to okropne potrzebować kogoś tak bardzo, wręcz do bólu. A jednocześnie modlić się każdego dnia, by ten ktoś się o tym nie dowiedział. Podniósł się z miejsca i wolnym krokiem przeniósł na łóżko. Nie miał od NIEGO żadnego znaku życia, ale czyż sam nie wywrzeszczał MU w twarz, że nie chce GO więcej znać? W tamtej chwili nie chciał. Naiwnie sądził, że kiedy zacznie wychodzić, ciepłe ramiona uniemożliwią mu to. Jakże się mylił! Zawsze się mylił, kiedy w grę wchodził ON. Nie umiał go rozgryźć, ale to nie było ważne. Bo gdy rozdzierał go wewnętrzny ból, kiedy walił głową w ścianę, kiedy ścierał nadgarstki do krwi uderzając w twarde powierzchnie... ON przychodził i BYŁ. Po prostu. Tak jak powinien. Bez słów. Po prostu... Był. A teraz odszedł. Z dnia na dzień. Bez żalu. Nawet się nie oglądnął. To chyba bolało najbardziej. Ułożył się na łóżku, obejmując zimną poduszkę. Po raz pierwszy... A potem przytulał ją tak każdego dnia. Aż przestało to mieć znaczenie. Jadł, pił, brał prysznic, chodził do pracy, spał. A świat się nie walił. Chyba nawet nie wiedział, że powinien. Zgubił siebie w drodze między domem a barem i nie potrafił odnaleźć. Zmienił numer telefonu. A potem zgubił telefon. I nawet go nie szukał, bo nie było po co. Bo ON był jedynym, który dzwonił i pisał. To nieprawda, że czas goi rany. Z czasem po prostu człowiek zapomina je rozdrapywać...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 7:54 am


     Szedłem szybkim krokiem przed siebie próbując nie zwracać uwagi na kąśliwe uwagi mijanych osób. Nie przywykłem jeszcze do nich, raczej wciąż trwałem w tamtym świecie, w którym byłem lubianym chłopcem, którego staruszki zapraszały na ciasto, herbatkę i popołudniową pogawędkę zamiast wytykać powykrzywianymi artretyzmem palcami i skrzeczeć niepochlebne słowa. Wzruszałem ramionami i uśmiechałem się jak zwykle nie dając po sobie poznać, że robi mi to jakąkolwiek krzywdę. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, jak jestem odbierany przez innych. Plotki narastały z dnia na dzień. Wciąż jednak nikt nie miał śmiałości powiedzieć mi czegokolwiek w twarz. Oni grali i ja grałem.
     Nauczyłem się już mieć uśmiech na każdą okazję.
Dzień był chłodny i wietrzny, dlatego co chwilę musiałem zaciskać palce na czerwonej pelerynce, która jako jedyna chroniła mnie przed chłodem. Kaptur co i rusz zsuwał mi się z głowy, ale uparcie wciąż sięgałem po niego rękoma. Kogoś powitałem, półsłówkiem odpowiedziałem na wypowiedziane półgębkiem pozdrowienie nawet na moment się nie zatrzymując.
Dostawszy wiadomość od Alexandra gnałem do domu wiedząc, że nikt i nic mi już dzisiejszego dnia nie zepsuje. Nie widzieliśmy się już dobry kawałek czasu. Odkąd przeniósł się do lasu, zasadzie widzieliśmy się tylko raz – i to wtedy, gdy sam przyjechał do miasteczka po to, by uzupełnić zapasy. Nie to, żebym nie chciał. Ale las był ogromny, pełen niebezpieczeństw i zdradliwych ścieżek. Niewielu z niego wracało, a już na pewno nikt, kto szedł tam bez jakiegokolwiek przygotowania i celu. A, szczerze powiedziawszy, nie miałem najmniejszego pojęcia, gdzie mieszkał mój ukochany. To on był tym, który wyznaczał datę spotkania. I mogłem siedzieć i czekać, tak naprawdę nie znając dnia ani godziny. Mógł chcieć spotkać się dzień po dniu. Mógł porwać mnie do siebie na tydzień. Mógł także zażądać spotkania pół roku po naszym ostatnim. Nie pasowało mi to, oczywiście że nie! Ale jakiż miałem wybór? Już dawno przywykłem do tego, wolałem mieć kawałek ukochanego, aniżeli…  nic.
     Brakowało mi go, jak cholera. Ostatnio coraz bardziej. I im mocniej tęskniłem tym więcej myśli napływało mi do głowy nie pozwalając zmrużyć oczu. Miałem koszmary. Śniły mi się wilki. Coraz więcej wilków. Z początku jedynie na mnie patrzyły, potem zauważyłem, że w każdym śnie znajdują się coraz bliżej. Patrzyły na mnie, jakby czegoś chciały, a ja nie byłem w stanie im tego dać. Odległość między nami coraz bardziej się zmniejszała, zaczynałem uciekać. Tyle że to było bezcelowe. Dopadały mnie i rozszarpywały na drobne kawałeczki. A ja krzyczałem i nikt mnie nie słyszał.
Od wielu nocy budziłem się zlany zimnym potem.
Nienawidziłem wilków. I chyba one jedynie powstrzymywały mnie przed wizytą u Myśliwego. Gdybym chociaż znał kierunek, gdybym wiedział cokolwiek, by nie być zdanym na bezsensowne krążenie po lesie.
     Długo więc czekałem na tę okazję. List dostałem z samego ranka i do teraz, do południa, znałem go już na pamięć. „Skręć w prawo za rozłożystym dębem. Potem prosto aż do rozłożystego głazu, który wygląda jakby walczył z obrastającym go mchem. Skręć w lewo i zaraz potem w praw, w stronę strumyka. Parę metrów dalej znajdziesz ścieżkę z kamieni, dzięki którym sucho przejdziesz na drugą stronę. Potem prosto. Godzinę czy dwie, aż do trzech sosen, między którymi ginie ścieżka. By ją odnaleźć musisz przejść przez nie, tylko uważaj, bo droga rozchodzi się tam w dwie strony. Wybierz lewą i już bez żadnych zakrętów podążaj nią dopóki nie trafisz na mój dom.”
     Wszedłem do siebie i schowałem list w kieszeni spodni. Ojca nie było, matka za to siedziała przy stole i szyła coś zawzięcie. Uśmiechnąłem się pod nosem. Było mi trochę żal, że znowu, po dłuższym czasie bez napomknięć o Alexandrze, znów zburzę jej spokój, ale jednak… Lekkim tonem poinformowałem ją, że znikam na kilka dni. O dziwo, przyjęła to nadzwyczaj spokojnie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że tak naprawdę przestało jej na mnie zależeć. Na ojcu i naszej rodzinie. Nadal miałem swoją idealną bajkę, w której nikt się nie zdradza i zawsze jest dokąd wrócić.
Krzątając się po kuchni spakowała do koszyka ciepłego jeszcze placka, trochę kanapek i półwytrawne wino. Dorzuciła jeszcze kilka drobiazgów, ot, jak na matkę przystało i żegnając się ze mną zarzuciła mi czerwony kapturek na głowę. Próbowałem go ściągnąć, ale powstrzymała mnie mówiąc z powagą, bym nie ściągał go w lesie. Bym się nie rozglądał, szedł prosto przed siebie i nigdy, przenigdy nie zbaczał z drogi. Uniosłem brwi i spojrzałem na nią pytająco. Ale nie zdecydowała się udzielić mi odpowiedzi.
Mruknąłem w odpowiedzi coś o tym, że nie jestem już dzieciakiem i odwróciłem się na pięcie.
— Cain, nie rozmawiaj z obcymi. I pamiętaj, by trzymać się drogi. — Usłyszałem jeszcze kilka kroków za drzwiami i westchnąłem.
Czasami naprawdę czułem się jak niepełnosprawny. Albo jak dziecko. Albo jak porcelanowa lalka, która może zginąć od zwyczajnego potknięcia się na drodze.
     Byłem tak zaaferowany rychłym spotkaniem z ukochanym, że nie patrzyłem na innych, zaś droga do lasu minęła mi jak z bicza strzelił. Zanim się zorientowałem stałem przy granicy drzew. Było już późne popołudnie i czułem pewną obawę przed zanurzeniem się w las. Było ciemno i nieprzyjemnie i wiedziałem, że czeka mnie co najmniej kilka godzin wędrówki, o ile oczywiście nie zabłądzę pięćdziesiąt razy po drodze. Naciągnąłem kaptur na poszarzałą już nieco od braku snu twarz i spuściwszy głowę wszedłem na ścieżkę powtarzając sobie w myślach wykutą na pamięć informację o tym, jak mam iść.
Po kilkunastu metrach rozluźniłem się. Nikt mnie nie napadł i właściwie udało mi się przekonać samego siebie, że nie ma powodu, by ktokolwiek to robił. Przyspieszyłem kroku. Byłem podekscytowany. I zdenerwowany. Zastanawiając się, czy tym razem znów zostanę odepchnięty.
A dróżka była tak wyraźna, że zacząłem się zastanawiać, po cóż mi w ogóle jakiekolwiek wskazówki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 12:13 pm




 - Złaź. – Swój własny głos usłyszałem jak przez sen, przez chwilę skupiając się na tym jak odbija się od każdej z czterech ścian pogrążonego w ciemności pokoju. Jeszcze kilka minut temu było to piękne pomieszczenie. Takie, do którego można zaprosić pana burmistrza, wypić herbatkę ze śliczną panienką i odpocząć, ciesząc się pięknym otoczeniem. Zmieniło się to w ciągu sekundy. Gdybym miał ochotę rozwodzić się nad stanem niewielkiego salonu, zapewne ujrzałbym jeden wielki nieład. Obrazy, które pospadały ze ścian, telewizor, który tragicznie ukończywszy swój żywot płakał razem z poplamioną krwią podłogą. Wiele innych rzeczy nie mających większej wartości, ale jednak niewinnych. I jeszcze jedna, na moich kolanach, również zakrwawiona. Skrzywiłem się patrząc w zielone oczy, by po chwili przenieść swój wzrok w stronę paskudnej rany goszczącej na jasnym policzku. Podszedł mi pod rękę. Nikt nie jest na tyle durny, by wchodzić mi w drogę, gdy nie mam humoru. Ale on był. I widocznie niczego się nie nauczył, skoro nadal czuję ciężar na swoich nogach. Tylko siłą woli powstrzymywałem się, by nie rozszarpać tego drobnego ciała, by nie wydłubać lśniących w ciemności oczu, by nie dać mu lekcji, której nie miałby okazji rozpamiętywać. Powstrzymywałem się z trudem, choć bez problemu byłbym w stanie odepchnąć te desperacko trzymające mnie ramiona i zrzucić z siebie ciężar jego cholernego, zatroskanego tyłka. Nie powtórzę się, jeszcze chwila i go zabiję. Dobrze wiedział, że nie będę się długo powstrzymywać. Wstał, z jakimś ukrytym żalem spoglądając na moje ludzkie ciało przyozdobione w kilka elementów zdradzających prawdziwą tożsamość. Ja też podniosłem się z podłogi, która chyba jako jedyna poza ścianami i sufitem znajdowała się na swoim miejscu. Nawet okna były powybijane.
- Loki, uspokój się. – Znów usłyszałem tą bezsilną prośbę. Blondyn najwidoczniej zrezygnował z prób zatrzymywania mnie siłą  i przecierając wierzchem dłoni zakrwawiony policzek, ze zrezygnowaniem i widocznym zmartwieniem cały czas się lampił. Denerwuje mnie to. Co z tym smutkiem? Dlaczego oczekuje, że odwzajemnię jego cholerną miłość? Skąd ten żal? Nigdy mu niczego nie obiecywałem. Ba, nawet nie robiłem mu żadnych nadziei. Jest dla mnie najważniejszy, ale nie na tyle ważny bym miał opory przed wtrąceniem go do grobu. Szczególnie gdy mi się przeciwstawia wiedząc, jak bardzo tego nie lubię.
- Co z tym spojrzeniem? – warknąłem, czując narastającą złość, a szmaragdowe tęczówki natychmiast powędrowały gdzieś na moje stopy. – Zrobił z nas idiotów, Gabriel. Najpierw wdarł się ze swoimi brudnymi stopami na MÓJ teren, a potem śmiał podnieść te zgniłe łapska na MOICH pobratymców. Może chcesz go jeszcze bronić, co? – Zamaszystym krokiem podszedłem do chłopaka, chwytając go za delikatną szyję i unosząc pod sufit, by następnie przycisnąć z impetem do ściany. Dusił się, ale nie miał nic przeciwko. Był przyzwyczajony. Ale to jego wina, skoro niczym wierny pies wolał przy mnie być w każdym momencie, zamiast uciekać kiedy powinien.
- Nie chcę – wycharczał, zaś ja poluźniłem ucisk, po chwili całkiem zaprzestając swych małych tortur. Złapał się za szyję, po której wciąż spływała krew z policzka i z widocznym trudem łapiąc oddech, próbował powiedzieć coś więcej. Dopiero po chwili udało mu się to tak jak zechciał. – Boję się o ciebie. Nie zabił jednego, nie dwóch. Tylko kilkudziesięciu i to w tak krótkim czasie! Nie moż…
- Nie kończ. – Gdyby dokończył, przestałbym nad sobą panować. A mimo wszystko nie chcę go zabijać. – Myśliwy? – splunąłem pod nogi z niemałym obrzydzeniem. – Nie zdąży mrugnąć oczami, gdy wszystkie jego wnętrzności będą latać w koło. Pozwolę mu je zobaczyć, a dopiero po tym wyzionie ducha. Ale jeszcze zanim go zabiję, wyrwę mu wszystkie paznokcie, jeden po drugim. Obetnę palce. Wydłubię oczy, zedrę skórę. Będzie żałował, że się urodził. A jeśli powiesz jeszcze słowo, zademonstruję ci jak dokładnie będzie to wyglądać.
Zamknął usta zdając sobie sprawę, że nie żartuję. Wiedział, że i tak już zrobił za dużo. Gabriel znał mnie zbyt dobrze i mimo wszystko potrafił przewidzieć, do którego momentu będę się powstrzymywać, co zawsze wykorzystywał. Wiedział też, że gdy jestem wściekły przestaję racjonalnie myśleć, dlatego bez żadnego sprzeciwu pozwalał mi się wyżyć na sobie. Faktycznie teraz było lepiej, mogłem pomyśleć nad dalszym działaniem. Gdyby nie on, pewnie niczym furiat błąkałbym się po lesie podejmując kolejne próby znalezienia domu tego skur… I ostatecznie nic bym nie osiągnął.
Podszedłem do blondyna, kładąc dużą dłoń na jego głowie i posłałem mu delikatny, wręcz słodki uśmiech, który natychmiast został odwzajemniony. Bez zbędnych słów opuściłem swój własny dom, czując się wręcz dziwnie na świeżym powietrzu, gdzie brakło odoru krwi. Poczułem za to zupełnie inny, bardzo przyjemny zapach. Ludzki. Zaciekawiło mnie to przede wszystkim dlatego, że ludzie nigdy nie zapuszczają się w te tereny.
Uśmiechnąłem się pod nosem, nie wierząc w ten zbieg okoliczności. Ale musiałem uwierzyć, skoro jakby nie spojrzeć, cały czas miałem przed oczami ten sam czerwony płaszczyk, jasne niczym śnieg włosy i delikatną twarzyczkę, które mogłem dostrzec z tej odległości. Wyglądał jak laleczka, czyli dokładnie tak jak powiadali ludzie z miasteczka. Zabaweczka Alexandra, zupełnie bezbronna, a jednak bez wahania podążająca coraz głębiej w las. Raczej nieciężko zgadnąć gdzie się wybiera.
Uspokajając się na tyle, by przybrać w pełni ludzki wygląd, otarłem krew Gabriela, która jeszcze gościła gdzieniegdzie na mojej skórze. Przybierając na twarz niewinny uśmiech, opanowany przez lata do perfekcji, wyszedłem zza drzewa, opierając się o nie swobodnie i czekając, aż znajdę się w zasięgu wzroku Kapturka. Posłałem mu ten sam delikatny uśmiech, gdy już znalazł się na tyle blisko, by móc usłyszeć mój głos.
- Czerwony Kapturku – szorstki, jednak dość przyjemnie brzmiący dźwięk rozbrzmiał, by zwrócić na mnie uwagę młodego przybysza. Z trudem powstrzymałem się przed rzuceniem się na to małe stworzenie, gdy niesamowicie jasne oczy skierowały się w moją stronę. Piękniejsze niż te Gabriela. Cały jest śliczny. Delikatny, drobny, niewinny, przynajmniej z pozoru. Słodziutki do tego stopnia, że natychmiast zapragnąłem pokazać mu najprawdziwsze piekło. Ujrzeć jego łzy, usłyszeć krzyk, jęki rozpaczy. Nie, przestań Loki, nie teraz… Jeszcze się zapomnisz. – Jak dobrze ujrzeć drugiego człowieka. – Wręcz wyśmienicie! – Zupełnie się zgubiłem – westchnąłem, wolnym i płynnym krokiem schodząc z niewielkiego pagórka, by być bliżej chłopaka. Jakiż piękny zapach… Chciałbym go posmakować. Choć troszkę. – Idziesz do Alexandra, prawda?  Pomożesz mi? Nie pamiętam co było po tych cholernych sosnach. – Przy nich zapach tej łajzy zupełnie zanikał. Nachyliłem się delikatnie, by być choć trochę bliżej tego cukiereczka i posłałem mu całkiem uprzejmy uśmiech. Gabriel zwykł powiadać, że nawet moje szkarłatne oczy nie wydają się takie straszne przy tym uśmiechu. On by mnie nie okłamał, zresztą ludzie z miasteczka również dają zwieść się tej niewinnej mimice. Dlaczego słodki Kapturek miałby być inny? Gdy tylko wskaże mi drogę, dorwę jego kochasia, a potem zajmę się nim. Lepiej, niż ktokolwiek, kiedykolwiek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:14 pm



      W momencie, w którym całkowicie zniknęło światełko przy wejściu do lasu, poczułem się nieswojo. Zatrzymałem się na moment dbając o to, by moje stopy ani na moment nie oderwały się od podłoża i nie zgubiły kierunku. Ścieżka? Och, była. Ledwie widoczna, w większości zarośnięta i gdzieniegdzie przecinająca się że zdradliwie wydeptaną przez zwierzęta trawą. Zacisnąłem palce na uchwycie koszyka i sięgnąłem po kartkę ze wskazówkami od ukochanego, by upewnić się, że dobrze wszystko pamiętam. Teraz nie czułem się już zbyt pewnie. Ciemny las całkowicie mnie przytłaczał. Teraz już rozumiałem, dlaczego ludzie w mieście go unikali szeptem powtarzając sobie historie o dziwnych stworzeniach w nim żyjących. Nigdy nie dawałem im wiary, puszczałem mimo uszu te wszystkie brednie. Dopiero kiedy miasto obiegła powtarzana szeptem wieść, że Alexander, mój Alexander, sam jeden zabił wszystkie wilki... Był bohaterem. Z miejsca wymazano większość jego win. Nie bardzo rozumiałem, co ma bohaterstwo do wybicia bezbronnych stworzeń. W swoim świecie idealnej miłości nie miałem miejsca na zmiennokształtne bestie pożerające żywcem ludzi. Mieszkańcy miasta skutecznie mnie od tego trzymali z daleka.
     Nie byłem bezwolną laleczką, która trzeba było chronić na każdym kroku. Powoli narastał we mnie bunt, więc z ulgą wyrwałem się do lasu. Przy Alexandrze mogłem być sobą... Nie, jasne, że nie. I on wolał moje wyobrażenie, skutecznie zwalając mnie z powrotem na kolana, kiedy choć odrobinę próbowałem się podnieść. Ale i tak był ucieczką. I bohaterem. Uśmiechnąłem się lekko na wyobrażenie jego przystojnej twarzy, zblazowanej miny i niedbałych acz zaborczych ruchów. Poczułem ciepło rozlewające się w okolicach podbrzusza i niemal jęknąłem. Pragnąłem go! Chciałem być całkowicie jego, tak jak ci inni, którzy przychodzili po moim wyjściu. Chciałem, żeby on potrzebował tylko mnie.
     Miałem dobre przeczucia. Byłem pewien, że dzisiaj będzie inaczej. Uśmiechnąłem się lekko i ruszyłem w dalszą drogę już bez żadnych obaw. Las był bezpieczny. Mój myśliwy o to zadbał.
W prawo za dębem, w lewo za głazem...
Pierwsza cześć drogi przebiegła bez problemów. Była męcząca i monotonna, ale żadnego niebezpieczeństwa w zasięgu wzroku. Im głębiej w las wchodziłem tym bardziej dziwiłem się, że strach przed nieznanym powstrzymywał ludzi od zrywania tych wszystkich kwiatów, poziomek, jagód i grzybów. Po obu stronach ścieżki kolorowe dywany aż krzyczały, by zejść z utartego szlaku i odrobinę zgrzeszyć. Zboczyłem trochę trzymając się jednak kierunku. Jeśli doszedłbym do strumienia i tak znalazłbym dalszą drogę. Schyliłem się, i zerwałem trochę poziomek i jagód. Całkowicie mnie to pochłonęło. Do tego stopnia, że zupełnie nie zauważyłem, iż mam towarzystwo. Właściwie to dopiero zauważywszy czyjeś nogi w zasięgu wzroku zdałem sobie sprawę, że już nie jestem sam. Wyprostowałem się i spojrzałem na stojącego na niewielkim wzniesieniu mężczyznę. Był... duży. Odruchowo zrobiłem krok w tył i poprawiłem zsuwający się z głowy kapturek.
  - Dzień dobry - przywitałem się pamiętając o dobrych manierach. Byłem oszołomiony. Nieznajomy był... wypełniał sobą najbliższą okolicę. Jego aura, zapach, spojrzenie sprawiały, że stałem jak kołek gapiąc się na niego z ledwie ukrywanym zachwytem. I narastającym niepokojem. Gdzież Alexandrowi do niego było! Natychmiast zganiłem się za tę myśl. - Skąd... skąd wiesz... pan wie, kim jestem? - zawahałem się. Mężczyzna sprawiał, że czułem się bardzo niepewnie. Właściwie zaczynała we mnie narastać jakąś niezrozumiała panika, której nie byłem w stanie się oprzeć. Rozejrzałem się w poszukiwaniu ścieżki, która teraz jakoś zniknęła. Próbowałem sobie też przypomnieć czy kojarzę skądś tego mężczyznę. Nie, nie mógł być mieszkańcem miasta. Z pewnością bym go pamiętał. Być może pochodził z daleka, a więc nic dziwnego, że się zgubił. Zagryzłem wargi i popatrzyłem na niego szeroko otwierając oczy.
  - Zna pan Alexandra? - cóż, celność moich pytań pozostawiała wiele do życzenia, jednakże naprawdę nie byłem nastawiony na jakiekolwiek towarzystwo. Zwłaszcza takie. Prawie głośno przełknąłem ślinę i zamaskowałem zmieszanie uroczym uśmiechem. Przecież to potrafiłem najlepiej.
     Nie byłem w stanie oderwać wzroku od szkarłatnego spojrzenia. Widziałem w nim wszystko, czego widzieć nie chciałem i co uparcie wyrzucałem z myśli ganiąc się za głupie wyobrażenia. Czułem się jak zahipnotyzowany tonąc we wszechogarniającej czerwieni. Nawet nie zauważyłem, kiedy odległość między nami niebezpiecznie się zmniejszyła.
  - Za sosnami w lewo i przez cały czas prosto - powiedziałem uprzejmie jeszcze zanim zdążyłem ugryźć się w język. Wyciągnąłem wolną rękę przed siebie i ułożyłem dłoń na klatce piersiowej nieznajomego. Wciąż się uśmiechając, mimo iż oczy pozostawały czujne i zdradzały, iż uniesione kąciki ust nie mają w sobie szczerości, delikatnie i stanowczo odepchnąłem... miałem zamiar odepchnąć mężczyznę. W rzeczywistości udało mi się jedynie zatrzymać go na odległość ramienia.
Teraz zdawało mi się, że wpadłem w pułapkę, z której nie ma już ucieczki. Było mi nieswojo, bo pod wpływem tego pozornie uroczego spojrzenia czułem się, jakbym miał być jego dzisiejszym obiadem. Wzdłuż kręgosłupa przebiegł mi dreszcz, ale nie miałem na tyle odwagi, by cofnąć rękę. Trzymanie go na odległość było dla mnie pozornym zabezpieczeniem. Wystarczyła odrobina bliskości, a wyśpiewałem mu bez oporów drogę do ukochanego. Choć mógł równie dobrze być jego kolejnym kochankiem.
Ta myśl nie spodobała mi się tak bardzo, że przytłumiła wszelkie inne obawy. Pozbyłem się uśmiechu i odepchnąłem bruneta samemu zwiększając dystans o jakieś dwa czy trzy kroki.
  - Przepraszam bardzo, ale czy myśliwy spodziewa się pańskiej wizyty? Z tego co wiem, miał na dzisiaj i kilka najbliższych dni całkiem inne plany - wciąż byłem uprzejmy, nie miałem powodu, aby być opryskliwym. Znacząco uniosłem brwi, co jak sądziłem da do myślenia i pozwoli nieznajomemu połapać się w rodzaju tych planów.
Nie chciałem, by ktokolwiek nam przeszkadzał. Nie ktoś z takim ogniem w oczach, bo choć rozpaczliwie próbowałem się okłamywać, to jednak wiedziałem, że w porównaniu z kimś tak pięknym i pełnym pasji nie miałbym szans. Mężczyzna z pewnością był doświadczony. Przystojny i intrygujący z cała pewnością nie miał żadnego problemu, by owinąć sobie innych wokół palca.
     Niestety zazdrość była tak wielka, że przyćmiła zdrowy rozsądek. Nie miałem żadnych złych przeczuć, kompletnie nic. Ot, udzieliłem informacji i tyle.
  - Ja... ja muszę już iść - Tylko gdzie ta cholerna ścieżka?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:31 pm




Płochliwe zwierzę. Idealna ofiara. To pierwsze myśli, które napłynęły mi do głowy, gdy ujrzałem jak się cofa i w nieco nerwowy sposób poprawia kapturek na swojej głowie. Zupełnie, jakby był to pewien rodzaj tarczy mogącej ochronić go przed wszelkim zagrożeniem. Gówno prawda. Wystarczyłby ułamek sekundy, by ten niepotrzebny płaszczyk leżał w strzępach na ziemi. Drugi ułamek, żeby jego właściciel spoczął obok. Domyślałem się, że moja osoba podziała na niego jak na każdego innego. Nawet na wilki działała tak samo. Moja aura, moja siła i moja osobowość są zbyt silne by całkiem je stłumić, a słabi ludzie są przez nie przytłaczani. Jednak w oczach tego dzieciaka nie było tylko strachu. Widziałem zachwyt, którego nie potrafił ukryć. Mój uśmiech się pogłębił, jednak starałem się, by nie przywodził na myśl drapieżnika, którym przecież jestem w każdym calu. 
- Każdy wie - odpowiedziałem nieco ściszonym głosem, mrużąc oczy i rozkoszując się przyspieszonym tętnem chłopaka, które słyszałem i niemalże namacalnie czułem, choć dzieliła nas jeszcze spora odległość. Tak bardzo pragnąłem go rozszarpać. Do tego stopnia, że sam byłem zaskoczony. Tu nawet nie chodziło o głód, o chęć ujrzenia jego wnętrzności, o pragnienie odebrania mu życia. Być może to dzięki tej delikatnej urodzie, być może dzięki nieśmiałemu spojrzeniu wyjątkowych oczu, a może przez ten zapach i przyspieszone bicie serca, przez obawę, którą ukrywał, a którą doskonale czułem. A może przez ten widoczny zachwyt, który rzadko ukazywał się przede mną w takim stopniu. Nie wiem przez co, ale wyjątkowo mocno zapragnąłem pochwycić go w ramiona i uraczyć wszelkimi torturami, których nie zaznał nawet Gabriel. Ma idealną twarz do wyrażania ekspresji takich jak ból, cierpienie. Cholernie mocno chciałem je ujrzeć. Ale to musiało poczekać. Nie jestem zwierzęciem. Nie do tego stopnia, bym nie potrafił panować nad swoimi żądzami, przynajmniej przez kilka minut. Bo jeśli nasze spotkanie się przedłuży, obawiam się, że nie dam rady się powstrzymywać. 
Wracając do mojej odpowiedzi, nie była nawet kłamstwem. Gdyby nie moje wycieczki do miasteczka i rozmowy z ludźmi, zapewne nie miałbym pojęcia ani o istnieniu tego chłopaczka, ani o imieniu myśliwego, którego dni są już policzone. Do tej pory nie bardzo dawałem wiarę plotkom o przepięknym, dobrotliwym chłopcu, który zszedł na złą drogę przez spotkania z niejakim Alexandrem. Ale mając przed oczami taki obraz od razu wiedziałem z kim mam do czynienia. Jego uroda zgadzała się z opisami. A zepsucie, o którym mówili? W tym momencie nie byłem w stanie go dostrzec, ale przy mnie każdy wydaje się niewinny. 
Z uśmiechem obserwowałem jak jasne tęczówki z lekką paniką przesuwają się po otoczeniu. Czyżbyś szukała ścieżki, owieczko? Daremne jego starania. Ludzie nie bez powodu nie zapuszczają się ze swoimi stopami tak głęboko w ten las. Pomijając kwestię wilków, w których siłę i okrucieństwo i tak niewielu z nich wierzy, bardzo łatwo jest się tutaj zgubić. Gdy raz zejdzie się ze ścieżki, nie sposób ją później odnaleźć. To nie jest normalne miejsce, a już na pewno niebezpieczne. Tylko my możemy poruszać się tu swobodnie, nie bacząc na wyznaczone dróżki. I tylko my znamy ten las jak własną kieszeń. Nawet drogi Alexander byłby w niebezpieczeństwie, gdyby zboczył z tej konkretnej drogi, która jest tak blisko naszego domu. Słodki Kapturek wybrał najgorsze miejsce do zbaczania ze ścieżki. 
- Znam - zaśmiałem się udzielając odpowiedzi. Swobodnie, jakbym przeprowadzał pogawędkę z kolegą. Przecież skoro pytam o drogę do domu swego słodkiego Alexa, to znaczy, że muszę go znać, nieprawdaż? Jak mógłbym nie znać? W ciągu jednego dnia wybił prawie wszystkich przedstawicieli mojej rasy. Podstępem. Jakże by inaczej? Musiał użyć jakiś sztuczek. Moi bracia nie są słabi, nawet jeśli nie dorównują siłą mi. 
Pochylałem się nad drobnym ciałem, pozwalając by me czarne kosmyki swobodnie opadały, całkowicie zasłaniając otoczenie wokół nas. Uśmiechałem się w ten sam delikatny sposób, powstrzymując własne nozdrza, by nie zaczęły zbyt gwałtownie wciągać przyjemnego zapachu chłopaczka. Czekałem na swoją odpowiedź, mając nadzieję na brak kolejnych, głupich i irytujących pytań. Mógłbym wysilić się nieco, by zatuszować krwisty kolor swych tęczówek, jednak chyba byłoby to zbyt ciężkie. Byłem więcej niż wyprowadzony z równowagi przez poczynania myśliwego, a na dodatek pożądałem tego dzieciaka tak bardzo, że ledwie powstrzymywałem swe ciało przed zdradliwymi odruchami. 
Usłyszałem to co chciałem, w reakcji posyłając swemu rozmówcy uroczy uśmiech. Nie miałem po co tu dłużej zostawać, teraz pragnąłem tylko dorwać kochanego Alexandra, a potem zająć się jego zabawką, dlatego zamierzałem grzecznie podziękować i się odsunąć. Powstrzymałem się przed czymkolwiek, gdy poczułem nagły dotyk na swojej klatce. Przesunąłem spojrzenie krwistoczerwonych oczu na delikatną dłoń, mając ochotę zwyczajnie oderwać ją od reszty ciała tego bachora. Nie lubię gdy ktoś robi cokolwiek bez mojego pozwolenia. Nawet niespodziewany dotyk Gabriela wprowadza mnie w niebezpieczny stan. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że mały chce mnie odepchnąć, jednak ja nie ruszyłem się z miejsca. W końcu dla mnie było to zaledwie muśnięcie. 
Wciągnąłem nieco gwałtowniej powietrze, czując jeszcze większy strach owieczki. Jego ciało zadrżało, choć nawet on sam mógł tego nie wyczuć. Palce u moich dłoni się poruszyły, jednak szybko stłumiłem swe pragnienia sprawiając, że wychodzące szpony zawróciły. Uniosłem brwi, gdy nagle przestałem czuć jego obawy. Nerwowy uśmiech zniknął, nagle pokazując złość, która, szczerze powiedziawszy, nie wiem skąd się wzięła. Tym razem widziałem, że chce zwiększyć dystans, więc gdy poczułem ledwie wyczuwalny nacisk na swojej piersi, cofnąłem się o krok, tak jakby zrobił to zwykły człowiek. Uniosłem brwi, spostrzegając, że dzieciak cofnął się o kilka. To byłoby podniecające, gdybym czuł jego strach, ale on gdzieś zniknął. Zapragnąłem znów go nim nasycić, jednak wciąż się powstrzymywałem. Gabriel byłby ze mnie dumny. 
- Skąd ta nagła złość? - swe myśli wyraziłem głośno, znów przywdziewając na twarz lekki uśmiech i ze zrezygnowaniem odzwierciedlającym się poprzez westchnięcie, pokręciłem głową. - Idę mu tylko przekazać ważną wiadomość. Nie zamierzałem wam w niczym przeszkadzać - wyjaśniłem, znów zbliżając się o kilka kroków na tyle szybko, by chłopak nie mógł nawet zareagować. Bez pytanie wyciągnąłem dłoń w stronę delikatnej twarzy, tylko opuszkami palców dotykając policzka. - Nie ma powodu do nerwów - wyszeptałem z nieco zmienionym uśmiechem, być może zdradzającym, że nie spodobała mi się jego gwałtowna reakcja. Jednak nim ten miał okazję nad tym dłużej pomyśleć, odsunąłem się, niewinnie patrząc na chłopięce oblicze. 
- Odprowadzę cię do ścieżki, nie zbaczaj z niej więcej. Las jest niebezpieczny - odparłem, zgodnie ze swoimi słowami idąc w kierunku, który jednak prowadził na złą drogę. On się nie zorientuje. Nawet dojdzie do tego swojego kochasia, tyle, że zajmie mu to nieco dłużej. Tak, że gdy się zjawi, przywitają go jedynie strzępy Aleksandra, pokazujące jak łatwo może skończyć "bohater".
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:36 pm


    Nie miałem pojęcia z kim mam do czynienia. Nawet do głowy mi nie przyszło, że ze strony mężczyzny może mi grozić cokolwiek ponad drobne złośliwości i dogryzania. Zdawałem sobie sprawę z tego, że żyję trochę pod kloszem. Nigdy nie znajdowałem się w większych tarapatach, no może oprócz tego razu, kiedy naprawdę wpadliśmy z Alexandrem w kłopoty, a on ze stoickim spokojem pozwolił, bym przyjął na siebie kulę przeznaczoną dla niego. Starałem się nie pamiętać o tym wydarzeniu i dość skutecznie zakopałem go w swojej głowie. Dlatego nie wiedziałem, dlaczego w tym momencie poczułem się jak wtedy: jakbym stał nad przepaścią i nie mógł się cofnąć.
Nieznajomy sprawiał, że wszystko we mnie rwało się do ucieczki; a jednak nadal tam stałem. Zbyt zafascynowany jego aurą i tajemniczością. Nie skłamałbym mówiąc, iż nikt dotychczas tak na mnie nie działał. Ale to było zbyt chore, zbyt szalone. Zbyt niezrozumiałe.
     Prawie prychnąłem słysząc jego „każdy wie”. Cóż, najwyraźniej to prawda. Przywykłem do miliona opowieści o sobie, z których w żadnej nie było ani odrobiny prawdy. Zwykle miałem je gdzieś, tym razem jednak ciekaw byłem, co ów nieznajomy o mnie słyszał. Nie, nie miałem odwagi, by spytać go o to.
Czerwony kapturek był moją tarczą. Znów naciągnąłem go bardziej na głowę kryjąc twarz w cieniu. Wciąż jednak obserwowałem mężczyznę uważnie, żeby nie powiedzieć nachalnie. Każdy jego gest, poruszenie ust, drgnięcie mięśni. Uwielbiałem szczegóły, uwielbiałem drobnostki. Alexander mnie tego nauczył. Wyłapywać okruchy pieszczot spośród całej lawiny nieuwagi.
Byłem świadom tego, że serce bije mi tak szybko i głośno, iż nie zdziwiłbym się, gdyby zagłuszało szum drzew i odgłosy lasu.
  - Złość? – popatrzyłem na ciemnowłosego posyłając mu przeciągłe spojrzenie jasnych oczu. I delikatny, ujmujący uśmiech. Ubierałem twarz w grymasy. Pozorny nastrój potrafił zmienić się z sekundy na sekundę. I nigdy nie był prawdziwy. Miałem naprawdę dobrego nauczyciela. Nauczyłem się ukrywać strach i ból i ni wyobrażałem sobie, by ktokolwiek był w stanie się do nich dokopać. - W takim razie ja mógłbym przekazać mu tę wiadomość, skoro do niego idę – powiedziałem na krótki moment, gdy jego ręka dotknęła mojej twarzy, przymknąłem oczy i lekko odchyliłem głowę uwydatniając szyję. Patrz jak pociągasz za sznurki, bo kiedy któryś się zerwie, lalka się zbuntuje. Czujne spojrzenie nie współgrało z dobrotliwym wyrazem twarzy, który starałem się zaprezentować. Pomimo drżenia ciała, mimo dreszczy i strachu. I niepokoju tak obezwładniającego, że w jednej chwili poczułem przemożną chęć padnięcia na kolana i zwinięcia się w kłębek. Coś we mnie krzyknęło, bym zawrócił. Jednak daleki byłem od słuchania własnego rozsądku.
  - Łapy przy sobie – stwierdziłem gorzko dając nieznajomemu znać, że nie życzę sobie podobnych, poufałych gestów. Nie życzę sobie bliskości, mieszania mi w głowie, ani innego towarzystwa dla Alexandra. Miałem przy tym święte przeświadczenie, że całkowicie panuję i nad sobą i nad mężczyzną. Że jestem tak zdecydowany, że to moje słowa sprawiły, że się cofnął i poczuł chęć bezpiecznego doprowadzenia mnie do zgubionej ścieżki. O święta naiwności!
Musiałem przyznać, że gdyby nie pomoc odnalezienie drogi zajęłoby mi znacznie więcej czasu. Wyglądało na to, iż z głównego szlaku zboczyłem znacznie bardziej niżbym się spodziewał i przez moment miałem dziwne wrażenie, że mój chwilowy towarzysz wcale nie dba o to, bym dotarł w całości do swego ukochanego. Dlatego tez odetchnąłem, kiedy u moich stóp rzeczywiście pojawiła się droga.
  - Już myślałem, że próbujesz zwabić mnie w jakieś nieuczęszczane miejsce i żywcem zakopać – zaśmiałem się nieco nerwowo. To miał być żart, ale coś z moim głosem poszło nie tak i z gardła wydarł się chrapliwy skrzek, ledwie zrozumiały. Odkaszlnąłem i utkwiłem wzrok w czubkach swoich butów. Z jednej strony bardzo nie chciałem zostawać sam. Z drugiej zaś – bardzo nie chciałem zostawać z tym facetem. Im bliżej mnie był, tym gorzej się czułem. Znów coś kazało mi wiać nie oglądając się przed siebie. Co mogło mi grozić w lesie? Zawahałem się i spojrzałem na nieznajomego. Powstrzymałem się od złapania go za ramię. Nie musiałem być geniuszem, by zauważyć, że niespecjalnie mu się to podoba. Przynajmniej jeśli w grę nie wchodzi dotykanie przez niego samego. - Przecież… przecież idziesz do Alexandra… – popatrzyłem na niego odrobinę niepewnie i zagryzłem wargi. Nie możemy iść razem? Pytanie było tak oczywiste, że niemal zawisło między nami w powietrzu, jednak nie zdołałem wydusić go z siebie na głos. Niezbyt pewny, czy chcę tego towarzystwa. Niezbyt pewny czy chcę, aby towarzyszył mi całą drogę i spotkał się z myśliwym i choć na moment ukradł mi jego uwagę. - Dziękuję. Poradzę sobie. – Odezwałem się po nieskończenie długiej chwili pełnej oddechów – jego spokojnego  i mojego nerwowego, urywanego i przyspieszonego, zupełnie jakbym przebiegł maraton. Kiepsko szło mi maskowanie się, więc pragnąłem jak najszybciej znaleźć się poza zasięgiem tych szkarłatnych, swoją drogą całkowicie niespotykanych, tęczówek.
Postąpiłem kilka kroków do przodu i nieświadom, iż właśnie wybieram dłuższą, znacznie dłuższą drogę, ruszyłem przed siebie nawet się za siebie nie oglądając. Nie potrzebowałem przecież żadnego towarzystwa. A już na pewno nie takiego, przy którym czułem się jak głupi, naiwny młokos nie znający życia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:38 pm




Uśmiechnąłem się z przekąsem słysząc jednosłowne pytanie mające rzekomo zasugerować, iż Słodkiemu Kapturkowi nawet przez chwilę wcale nie podniosło się ciśnienie. Może i dałbym zwieść się tym wyćwiczonym grymasom, gdyby nie własne zmysły, pozwalające mi na dojrzenie każdej pojedynczej emocji u każdego z osobna. Wystarczyło, że słyszałem dokładnie jak bije mu serce. Przy każdej zmianie nastroju słychać inny rytm, a choć jak na wilkołaka żyję względnie krótko, to jednak zdążyłem nabyć choćby na tyle doświadczenia, by wiedzieć,  gdy ktoś jest zły, gdy się boi, nawet gdy jest zwyczajnie ciekawy, lub szczęśliwy. W ciągu tych czterdziestu lat miałem do czynienia z przeróżnymi typami ludzi i taką też ilością zachowań, więc rozszyfrowanie jednego, bezbronnego dzieciaka, który myśli, że mógłby mnie oszukać w tak misterny sposób, nie jest najmniejszym wyzwaniem. 
Zignorowałem słowa chłopaka traktujące o wiadomości, którą podobnież mam przekazać jego kochasiowi, w czym mógłby mnie wyręczyć. W tamtym momencie byłem zbyt zaabsorbowany przyglądaniem się reakcji tej kruszynki na mój całkiem delikatny dotyk. Widząc ją, nie mógłbym uwierzyć, że nie pragnie podobnego dotyku. Nawet jeśli znów był przepełniony strachem tak uderzającym, że na swoim języku po woli zaczynałem czuć kły. Ale jednak w jakimś stopniu mój gest był dla niego przyjemny, pomimo że przecież jestem zupełnie obcym mężczyzną, a on podąża do tego, którego musi kochać. Musi, skoro bije od niego taka zazdrość. Niegrzeczny chłopiec... Już teraz wiedziałem, że będzie idealną zabaweczką, że nie znudzi mi się nader szybko. Ale żeby zabawa była ciekawa, muszę trzymać się w ryzach przez najbliższy czas. Stwarzać pozory, których obydwoje się trzymamy. Rzecz w tym, że mały, nieważne jakby się starał, nie da rady całkiem upewnić się w moich zamiarach. I tutaj więc mam nad nim przewagę. 
Odsunąłem się głównie dlatego, że bliskość chłopaka i moje wyobrażenia mocno popychały mnie do dalszych czynów, które całkiem zdradziłyby by moją prawdziwą naturę, a co za tym idzie - zamiary. Oczywiście nie miałoby to żadnego wpływu na moją zemstę, czy na przyszłość Czerwonego Kapturka, o której też już zdecydowałem, ale popsułoby mi całą zabawę. A zwodzenie i manipulowanie innymi jest najlepszą grą wstępną. Choć nie sądzę bym miał przy tym dziecku tyle samozaparcia, by czekać, aż zacznie mi w pełni ufać. Jestem za młody na takie pokłady cierpliwości. W każdym razie, wrogie słowa, jakie usłyszałem przed zrobieniem kroku w tył nie miały nic wspólnego z moją decyzją. Mogłyby mnie co najwyżej sprowokować to większej bliskości, zamiast do jej zaprzestania. W tamtym momencie właściwie wywołały u mnie jedynie pokłady wściekłości, nad którymi starałem się panować, w czym pomógł mi jeszcze jeden krok do tyłu i późniejsza zmiana tematu. Nadszedł najwyższy czas, żeby skończyć tą gierkę i zająć się mym prawdziwym celem. Moje szpony, moje kły i wszystkie moje zmysły pragną krwi tej szui. 
Gdy droga pojawiła się pod naszymi stopami, a chłopak znów zabrał głos, nie potrafiłem się powstrzymać od wybuchnięcia śmiechem. 
- Niedorzeczne - wydusiłem z siebie pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. Żywcem zakopać? Drogi boże, który nie istniejesz, ludzka wyobraźnia jest taka ograniczona! Jakiż pożytek byłby z żywego, dobrego ciała zdychającego powoli dwa metry pod ziemią? Przecież nie miałbym nawet jak popatrzeć na jego męki. Żadnej zabawy, żadnej satysfakcji, czy nawet wysiłku. Co z tego, że sprawiłbym mu istne męki, gdybym nie mógł się nimi napawać? Idiotyzm. 
W końcu się uspokoiłem, przypominając sobie, że mam pewną rzecz do zrobienia, jednak przed ruszeniem w swoją stronę znów powstrzymał mnie głos Kapturka i jego widoczna niepewność. Wahanie co do dalszych poczynań. Z lekkim uśmiechem wyczekiwałem jaką podejmie decyzję, choć niezależnie od niej powiedziałbym, że pójdę później. Ostatecznie jednak nie musiałem nic takiego robić, gdyż jasnowłosy sam zdecydował, że dalej ruszy sam. Widzę, że instynkt całkiem dobrze mu podpowiedział. Nie ma nic niebezpieczniejszego w tym lesie niż ja, więc na cokolwiek by nie trafił, byłoby to lepsze niż wpaść w moje łapy. Ale tak się akurat składa, że ścieżka, którą mu pokazałem, choć jest dłuższa, to jednak dużo bezpieczniejsza i z pewnością się jeszcze spotkamy, a słodki chłopiec i tak skończy w mojej norze. 
- Uważaj na siebie - szepnąłem na pożegnanie z tajemniczym uśmiechem i sam, nie zwlekając dłużej, ruszyłem w stronę właściwej ścieżki. Nie spieszyłem się, bo i po co? Szedłem wolnym tempem, z każdym krokiem wyobrażając sobie inną torturę, którą uraczę kochanego Alexandra. Wyliczałem również w myślach wilki, za które te męki będzie odbywał. Jeśli myślał, że może tak po prostu wedrzeć się buciorami do mojego lasu i bezkarnie powybijać prawie całą moją watahę, to dziś przekona się jak grubo się pomylił. 
Minęło trochę czasu, nim przed moimi oczami pojawiła się chatka, a ja znów zacząłem bardzo intensywnie czuć zapach przebywającego w niej mężczyzny. Stając przed drzwiami z lubością zaciągnąłem się tym nieskażonym jeszcze krwią zapachem i ściągając z siebie wszystkie ciuchy, by odłożyć je gdzieś na tyłach domku, znów zawitałem do drzwi, już w formie wilka. Bez problemu wdarłem się do środka, nie bawiąc się w pukanie. 
- Cóż to za mina, Alexandrze? Spodziewałeś się kogoś innego? - wysyczałem przez pokaźne kły, mając w tej formie głos niewątpliwie straszliwy. Uśmiechałem się szeroko, wypełniając pomieszczenie szaleńczym chichotem. Nie dałem mu okazji na reakcję. Zabawę czas zacząć! 

>>>>>>>>>OKOŁO PÓŁ GODZINY PÓŹNIEJ<<<<<<<<<

Brudząc nogi w kałuży krwi, nachyliłem się, by sięgnąć po głowę leżącą u moich stóp. Chwyciłem jakże miękkie, zadbane włosy, które teraz pozlepiane były wszelkimi posokami, które wypłynęły z tego, owszem, wspaniałego ciała. Uniosłem ją do góry, tak by znalazła się na równi z moją twarzą. Posłałem mu pełen satysfakcji, a zarazem pobłażliwy uśmiech. 
- Podobało ci się, Alexandrze? - wyszeptałem z lekkim uśmiechem, pieszczotliwym wręcz gestem przejeżdżając po policzku, który nagle się skończył, ukazując odsłoniętą do kości szczękę. Mój uśmiech poszerzył się na ten widok. Alexander nie przypominał już Alexandra. Teraz był piękniejszy. Jego połowicznie rozerwana twarz wyrażała cały ten ból i krzyki, którymi pieścił moje uszy przez ostatni czas. Ale tak szybko się poddał. Nie wytrzymał zbyt długo. Westchnąłem, podchodząc do drzwi i kładąc oderwaną głowę w ich progu. 
- Musisz ładnie przywitać swojego Kapturka, Alexandrze. Uśmiechnij się - Zaśmiałem się, będąc w dużo, dużo lepszym humorze niż jeszcze godzinę temu. A jak ja mam go przywitać? Spojrzałem na swoje zakrwawione po łokcie ręce i nagie ciało w całości poplamione tą samą cieczą. Przejechałem językiem po palcu, krzywiąc się szybko i spluwając pod nogi. 
- Nawet w smaku jesteś obleśny - zwróciłem się do głowy, patrząc w jej puste oczodoły i kręcąc głową ze zrezygnowaniem. Żeby pocieszyć Słodkiego Kapturka, gdy ujrzy swego ukochanego w tym stanie, muszę wyglądać jak człowiek. Dosłownie i w przenośni. Skierowałem się do łazienki, gdzie szybko zmyłem z siebie cały brud, by później wyjść na zewnątrz i ubrać ciuchy, które wcześniej zapobiegawczo tam zostawiłem. Z uśmiechem, który nie schodził z mojej twarzy nawet przez moment, schowałem się za rogiem, czując już słodki zapach zbliżającego się chłopaka. Co za wspaniały dzień!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:47 pm



     Czułem się nieco zmieszany, kiedy mężczyzna się śmiał. Próba rozładowania atmosfery żartem nie końca poszła po mojej myśli, bowiem jego śmiech nie był zbyt przyjemny. Przypominał złowieszczy skowyt, od którego przeszły mnie ciarki. A może zwyczajnie byłem przeczulony i wyobraźnia płatała mi figle?
Tak czy siak rozsądek wziął górę. Rychło w czas, ale w końcu znalazłem się na drodze i uwolniłem od tajemniczego nieznajomego przekonany, że nie zobaczymy się więcej. Nie znałem nawet jego imienia. I chyba wolałem nie poznawać. Skinąłem głową w jego stronę tym samym oznajmiając, że tak, będę uważał, chociaż cóż mogło mi grozić w lesie, który wcale nie był tak bezludny jak mi się dotąd wydawało?
     Coś się jednak zmieniło. Ptaki ucichły i zrobiło się jakoś tak ciemniej i bardziej ponuro. Zwolniłem rozglądając się, bowiem zdawało mi się, że droga, którą podążałem nie była tą wyznaczoną przez Alexandra. Za cholerę nie mogłem odnaleźć charakterystycznych znaków, szedłem jednak przed siebie mgliście pamiętając, że byłem już na tyle daleko, iż podążając na lewo w końcu być może trafię na miejsce. W innym wypadku… Nie chciałem rozpatrywać innego wypadku, zbyt przestraszony tą ciszą i niepokojem, który wdarłszy się po rozstaniu z dziwnym nieznajomym, rozgościł się we mnie na stałe i ani myślał się wynieść. Im bliżej byłem, tym bardziej zwalniałem. W pewnym momencie zwyczajnie walczyłem z chęcią ucieczki, która jednak przegrała z tęsknotą i nieposkromionym pragnieniem ujrzenia mego ukochanego. Chciałem znaleźć się w jego ramionach i przez kilka najbliższych dni udawać, że jestem dla niego całym światem. Potem, być może nawet skłoniłbym go do odprowadzenia mnie do domu…
 Kilka razy oglądałem się za siebie niemal pewien, że zobaczę wysokiego mężczyznę o czarnych włosach i krwiście czerwonych oczach podążającego za mną. Jednak, poza ciszą, nie było niczego podejrzanego.
Niczego.
Jeszcze kilkanaście minut i znajdę się w jego ramionach. I wszystko inne przestanie się liczyć. Zapomnę o dziwnym facecie z lasu, o całej tej drodze i wszystkich innych nieprzyjemnościach, jakie mnie spotykały. Na kilka dni będziemy tylko my i…
     Widząc jasne ściany prześwitujące między koronami drzew przyspieszyłem kroku. Pod koniec już prawie biegłem czując, jak gubię ogromny ciężar. Trafiłem! I już wszystko będzie dobrze.
Dobrze? Naprawdę dobrze?
Uchylone drzwi zaniepokoiły mnie. Nie musiałem być super spostrzegawczy, by zauważyć coś w progu.
  - A-Alexander…? – spytałem drżącym głosem nie godząc się z widokiem, jaki podsuwały mi moje oczy. Paradoksalnie nadal pamiętałem, by nie skracać jego imienia… Och, czyż miało to jakiekolwiek znaczenie?
Z trudem powstrzymując drżące wargi przeszedłem przez próg ignorując to, co się na nim znajdowało. Cały się trząsłem i ledwie panowałem nad sobą. Nie miałem pojęcia co się stało, ale chatka wyglądała jak… jak wnętrze rzeźni, co najmniej. To zabawne jak reagowało moje ciało na taki widok. To zabawne, że nie wybiegłem z płaczem i nie uciekłem do miasta, by wezwać władze. Rozsądek przestał mieć dostęp. Stanąłem na środku największego pomieszczenia ozdobionego szkarłatem. Powoli czułem, jak cała odwaga, pewność, siła mnie opuszczają. I nadzieja. Nadzieja odeszła pierwsza. Te szczątki… Nie.
   Alexander.
Upuściłem koszyk na ziemię nie mogąc utrzymać go w ręce. Wszystko się rozsypało, butelka wina rozbiła o podłogę zabarwiając ją do reszty na czerwony kolor. Wszędzie czułem krew. Zbierało mi się na wymioty. Chciałem wrzasnąć, powiedzieć coś, rozpłakać się, ale przez dobre kilka minut stałem jak słup starając się wytłumaczyć umysłowi, że to nie mój Alexander tutaj leży. Tutaj… Wszędzie. Ale nazbyt dobrze go znałem.
Co się, do diabła, stało?
Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, kiedy drżącymi rękami zbierałem swojego ukochanego. Jakże paradoksalnie to brzmiało! Wymarzone spotkanie przerodziło się w koszmar, który jeszcze nie do końca do mnie docierał. Działałem z rozpędu, umysł jeszcze nie pojmował ogromu tragedii, ale w miarę jak traciłem energię, powracały myśli zepchnięte na boczny tor. Z trudem się hamowałem, żeby nie wybuchnąć. Musiałem się trzymać. Musiałem posprzątać. Musiałem się upewnić. Bo to był tylko sen, nic więcej, to nie było możliwe.
     Nie zwróciłem uwagi na to, że moje ubranie teraz barwą zgrywało się z czerwonym kapturkiem. I moje ręce są całe brudne.
Jakoś nie pomyślałem o tym, że ktokolwiek dokonał tej zbrodni, mógłby czaić się w pobliżu. Nie myślałem zupełnie o własnym bezpieczeństwie wciąż wałkując pytanie kto był za to odpowiedzialny. Kto chciałby aż do tego stopnia skrzywdzić mojego ukochanego. Był przecież bohaterem, wszyscy go kochali. To dzięki niemu dzikie zwierzęta nie opuszczały lasu…
  Nie wiem kiedy pękłem. Na drżących nogach wyszedłem z chatki i upadłem na kolana tuż przed progiem łapiąc w objęcia głowę Alexandra.
     Czułem jakby pękło mi serce, nie wiedziałem, czy go kocham, ale uświadomienie sobie, że już nigdy z nim nie porozmawiam, nigdy więcej mnie nie przytuli, nie dotknie sprawiało, że nie chciało mi się oddychać.
Przycisnąłem do siebie groteskową, na wpół obdartą ze skóry czaszkę i rozpłakałem się z bezsilności walcząc z mdłościami i napływającą histerią.
     Kląłem pod nosem i wzywałem wszystkich znanych mi bogów. Przekonywałem siebie, że tylko śnię. Wzywałem Alexandra i wykrzykiwałem jego imię wbijając palce we własną skórę, by ból mnie otrzeźwił. Rozpacz była zbyt mocna, bym zarejestrował fakt, iż nie jestem zupełnie sam.
Wiedziałem, że muszę się ogarnąć, wstać, posprzątać i pochować ukochanego. A potem… Na pewno go pomszczę. Na pewno!
Chwilowo tylko zupełnie nie miałem na to siły…
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 3:55 pm




Cierpliwie wyczekując przyjścia swojego nowego obiektu westchnień (jakże pięknie to brzmi!), z wyraźnym uśmiechem malującym się na bladej twarzy, podążyłem ku lewej stronie domku, by zatrzymać się przy niewielkim oknie, z którego jednak widoczne było prawie całe wnętrze pogrążonego w chaosie salonu. Swobodnie, jakbym wcale nie zamordował przed chwilą z wyjątkowym okrucieństwem absolutnie nikogo, wzdychając z lekkim z męczeniem i nie mogąc doczekać się reakcji Kapturka, oparłem się jednym bokiem o drewno, z którego zbudowana była chatka, by móc zaglądać do okienka, zupełnie jakbym miał zaraz obejrzeć ciekawy film na jednym z programów rozrywkowych. Kroki malca były coraz bliżej, a w pewnym momencie znacznie przyspieszyły, rozprzestrzeniając wokół słodki zapach. Wciągnąłem głęboko powietrze, z uśmiechem rozkoszując się kuszącą wonią i dopiero po chwili spostrzegłem jak drży moje ciało. Ciężko ustać w miejscu, gdy na wyciągnięcie ręki znajduje się tak wspaniały kąsek. Moje zmysły krzyczały wyjątkowo głośno, pobudzone jeszcze wydarzeniami sprzed kilku chwil. W pewnym momencie boleśnie zacisnąłem pięści, po chwili czując woń krwi wydobywającej się z wnętrza dłoni. Poluźniłem ucisk, nieco szybciej oddychając. Wstrzymaj się. Jeszcze trochę.
Ujrzałem swego słodkiego Kapturka po kilku minutach. Po zapachu, po dźwiękach które odbijały się od ziemi, mogłem wyczuć jak szybko podążał do chatki. Tak bardzo spragniony dotyku swego ukochanego? Powstrzymałem śmiech, by nie zdradzić swojej obecności, czekałem na odpowiedni moment, tymczasem skupiając się na nadchodzącym przedstawieniu. Mój uśmiech zapewne przywodził na myśl ostatniego szaleńca, gdy wysunięte jeszcze kły lśniły odbijając blask słońca, a oczy nie wyrażały nic ponad chęć mordu i żądzę krwi. Skupione były wyłącznie na jednej osobie, która właśnie przekroczyła próg domu. Jego drżący głos wyrażający powoli napływające, gwałtowne emocje brzmiał tak pięknie! Tak bardzo, że zapragnąłem usłyszeć go raz jeszcze. Nie spodziewałem się tego jednak, wiedząc, że po wejściu do środka nie będzie w stanie wydusić z siebie nic prócz krzyków rozpaczy. Swoją drogą, to bardzo odważny krok. Znając ludzi, skłonny byłbym pomyśleć, że po ujrzeniu twarzy łudząco podobnej do ukochanego, a raczej niepozostawiającej mimo wszystko wątpliwości, że to jego własność, będącej w takim stanie, każdy zrobiłby kroczek w tył, by następnie z krzykiem uciekać. Dobrze, że tego nie zrobił. Nie dość, że popsułby mi zabawę, to jeszcze gwałtownie poruszyłby moje wilcze zmysły, przez co zacząłbym go gonić i jeszcze nie dałbym rady powstrzymać się przed natychmiastowym rozszarpaniem drobnego ciała. A tego żałowałbym długi czas, przez co mógłbym zrobić nieodwracalną krzywdę Gabrielowi. Nienajlepszy scenariusz.
Z szerokim uśmiechem obserwowałem drżenie jego ciała, żałując, że nie mogę znaleźć się bliżej. Chciałbym zajrzeć głębiej w te oczy, zobaczyć malujący się w nich ból. Szok. Jeszcze nie pieścił moich uszu krzykami, jeszcze nie cieszył moich oczu łzami. Jeszcze. Jednak jego mimika, cała postawa wyjątkowo mocno mi się spodobała. Był jak w transie. Chciałbyś wierzyć, że to sen, malutki? Znów musiałem powstrzymywać się całą siłą woli, by nie wybuchnąć szaleńczym śmiechem.
Skrzywiłem się nieznacznie, gdy drobne ręce poczęły ingerować w stworzony przeze mnie obraz. Brudzić się krwią. Krwią tego żałosnego stworzenia, której miałem już dosyć. Dlaczego moja nowa zabaweczka ma być nią obryzgana?  Warknąłem cicho, widząc jak kolejne części ciała mężczyzny, porozrzucane po całym pomieszczeniu, zbierają się do kupy, a ręce chłopaczka brudzą się coraz mocniej i mocniej.
W końcu. Zostawił go. Zostawił wszystko na rzecz oderwanej, wręcz groteskowo wyglądającej głowy. Wyszedł, znów uderzając swą wonią w moje nozdrza, jednak była ona teraz zakłócona przez tą drugą, niechcianą. Ale to teraz nieważne. Z ogromną przyjemnością słuchając dźwięków, na które tak czekałem, z błogim uśmiechem, niemal rozpływając się pod wpływem tej melodii, oparłem zarówno ciało, jak i głowę o ścianę domku. Oddychałem spokojnie, nieustannie się uśmiechając, napawałem się tą chwilą. Uspokoiłem się. Przypominałem człowieka, a upewniwszy się wcześniej, że nie mam na sobie krwi Alexandra, cichym krokiem wyszedłem zza rogu. Chciałem ujrzeć całą tą zachwycającą ekspresję z bliska. Coś wspaniałego!
Przyklęknąłem bez słowa obok drobnego ciała spoczywającego na ziemi, w zachłanny sposób obejmującego tą okropną twarz, na której teraz skupiło się moje spojrzenie. Powstrzymałem uśmiech, usilnie cisnący się na moje usta. Patrz Alexandrze, jak zaopiekuję się twoim słodkim chłopcem. Delikatnie, niemal z czułością chwyciłem czaszkę, wyjmując ją z objęć chłopaka bez większych problemów, nawet jeśli tak mocno się jej trzymał. Jakby miała coś zmienić. Jakby wierzył, że nagle ożyje. Nic z tego. Odłożyłem ją na bok, nie chcąc by jego puste oczodoły przeszkadzały mi swoim nachalnym spojrzeniem.
- Ciiii – wyszeptałem ostrożnie, jednocześnie wyciągając ręce w stronę bezbronnego kapturka. Obejmując go i podnosząc na nogi, by po chwili mocno do siebie przytulić. Pozwolić, by skrył się w cieple mojego ciała. Ciała, należącego do osoby, którą lada chwila znienawidzi najbardziej na świecie. Ogarnęła go dzika rozpacz, więc oczekiwałem, że bezsilnie całkiem mi się podda, będzie szukał ratunku w tym delikatnym dotyku i łagodnym spojrzeniu, które spotęgowały brązowe tęczówki po przygaszeniu ich wcześniejszego koloru. Naturalną reakcją jest szukanie pomocy w tych kto ją oferuje, gdy dochodzi do takich sytuacji. Przynajmniej tak wynika z moich obserwacji ludzkich zachowań.
- Jemu już nic nie pomoże mój drogi. Chodź, musisz się uspokoić – rzekłem tym samym, delikatnym tonem, dziwiąc się samemu, że mogę brzmieć tak uroczo. Choć nadal szorstki głos budził pewną grozę, jakby chciał dać do zrozumienia, że nadal należy do najniebezpieczniejszego drapieżnika i nie ma zamiaru poddawać się pozorom.
Czekałem. Głaskałem jasne włosy tymi dłońmi, które niedawno zatopione były w krwi Alexandra. Uśmiechałem się, korzystając z tego, że mój słodki nie może teraz tego dostrzec. Byłem zadowolony. Szmaciarz wybił niemalże całą moją rodzinę, jednak pozbawiając go życia i trzymając w rękach jego kochanka (o czym byłem święcie przekonany), czułem się spełniony. Jakbym odnalazł szczęście w nieszczęściu. Teraz tylko muszę się powstrzymywać, by go nie zabić. Chcę się pobawić. Powoli, boleśnie, uzależniać go od siebie, wysysać jego wolę życia, jednocześnie dając nadzieję na jego poprawę. Nie mogę się doczekać!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:12 pm


     To było okropne uczucie – zwalające z nóg i nie pozwalające zaczerpnąć tchu. Czułem się jakby ktoś z całej siły zaciskał mi palce na krtani, a ja, dławiąc się i wierzgając, coraz bardziej słabłem, nie mogąc zrobić nic poza rozpaczliwym szlochem. Było mi w tej chwili wszystko jedno czy morderca znajduje się wciąż w pobliżu. Miałem to głęboko w dupie, naprawdę. Chciałem jedynie, żeby zza rogu chatki wyszedł uśmiechnięty Alexander powiedział, że dałem się nabrać i że znowu mażę się niczym głupi szczeniak. Ale nikt się nie pojawiał, a okrutna rzeczywistość wyciągała po mnie lodowate macki i coraz mocniej dusiła.
 Nigdy dotąd nie widziałem martwego człowieka. Żyłem sobie bezpiecznie pod kloszem, rozpieszczany i uwielbiamy przez wszystkich, w świecie, gdzie ludzie znikają zamiast umierać. Nigdy nie bolało i chociaż zdawałem sobie sprawę z tego, że to były jedynie iluzje, wygodnie było z nimi żyć. Dlatego teraz, kiedy tak brutalnie zderzyłem się z prawdą nie potrafiłem sobie dać rady. Nikt mnie nie nauczył, co robi się w takich sytuacjach.
 Jasne…
Cainie, jeśli kiedyś twój chłopak zostanie rozszarpany, otarty ze skóry, rozczłonkowany i, delikatnie mówiąc, trochę nieruchawy, oznacza to, że został zamordowany. Czyli już nigdy nie wróci.. Zachowaj jednak sposób, idź napij się mleka i idź sobie na długi spacer, rozerwij się trochę.
 Nie, nie dostałem instrukcji obsługi.
Nie miałem pojęcia ile tak leżałem użalając się nad własnym żywotem, podczas gdy Alexander z pewnością tego problemu nie miał. Robiło się chłodniej i ciemniej, czułem, jak na mojej skórze zastyga nie moja krew, a wieczorna rosa przesiąkając przez ubranie pogłębiała jedynie uczucie zimna. Pewnie leżałbym tak do rana, żałośnie tuląc resztki swojego ukochanego. Może bym nawet został tutaj na zawsze, nie miałem pojęcia! Nie byłem przecież zdolny do jakiegokolwiek myślenia, zwłaszcza racjonalnego.
     Nie usłyszałem żadnego szelestu, niczego. Zupełnie się nie spodziewałem towarzystwa, dlatego kiedy ktoś ukląkł obok zupełnie zamarłem. W jednej chwili umysł się ogarnął podsuwając obrazy dotyczące mordercy wracającego na miejsce zbrodni. Poczułem jak gwałtowny dreszcz przebiega wzdłuż mego kręgosłupa i zadrżałem mimowolnie. Dlaczego, głupi, widząc, co się stało nie pobiegłem natychmiast do miasta wzywając pomocy? Straciłem za to mnóstwo czasu na pomoc zabójcy roztkliwiając się nad szczątkami myśliwego i jak głupiec czekając na jego powrót.
Nie śmiałem unieść głowy spodziewając się ciosu prosto w twarz, lub poderżnięcia gardła. W tamtej chwili byłem całkowicie przekonany, że za moment zginę.
Druga para dłoni sięgająca po tuloną przeze mnie czaszkę sprawiła, że z mojego ochrypłego gardła wyrwał się cichy jęk.
  - Zostaw – warknąłem nie mając zamiaru oddawać, ale intruz bez żadnego problemu poradził sobie z moimi zaciśniętymi palcami. Zbyt łatwo…
Zbyt łatwo także wstałem ze zdziwieniem rozpoznając w nowoprzybyłej osobie mężczyznę, którego nie tak znów dawno spotkałem w lesie. Jak dobrze, że również tutaj teraz przyszedł! pomyślałem w swojej naiwności i rozkleiłem się do reszty. Potrzebowałem uwagi i pocieszenia i miałem pełne prawo do okazania słabości. Wystarczyła odrobina ciepła i zrozumienia, a pękłem niczym balon.
Wtulając się w ciepłe, silne ramiona i brudząc koszulę nieznajomego łzami i krwią zaczynałem się uspokajać. Przymknąłem oczy od czasu do czasu pociągając nosem i mocniej przykleiłem się do jego torsu zaciskając dłonie na jego ramionach. Jak dobrze, że tu przy…
  - Gdzie… mam iść… nie chcę… – wymamrotałem starając się nadać odrobiny godności zachrypniętemu i strasznie drżącemu głosowi. Na próżno.
Korzystałem z jego uprzejmości powolutku składając się w kupę.
  - Dlaczego tu przyszedłeś…? – spytałem pociągając nosem. Uspokoiłem się… Przynajmniej trochę. Prawdziwa fala bólu jeszcze nie nadeszła, ale nie chciałem, by ktoś mnie wtedy widział. Odsunąłem się odrobinę  z wściekłością szarpiąc czerwony kapturek który wplątał mi się we włosy i i zasupłał, przez co nie mogłem się go pozbyć. Przydał się jednak do otarcia twarzy, dlatego w momencie kiedy uniosłem głowę do góry, wyglądałem już  względnie normalnie. O ile drżące, spierzchnięte i pogryzione wargi, błyszczące oczy i ciemne smugi na policzkach po łzach można było przyrównać do jakiejkolwiek normalności.
  - Był bohaterem – powiedziałem do niego z przekonaniem - Nie wiem jaki potwór mógł zrobić coś takiego… Był najlepszy i wszyscy go uwielbiali – wytłumaczyłem mając nadzieję, że w jakikolwiek sposób wytłumaczę swoje załamanie zupełnie nieznajomej osobie.
 Przez moment walczyłem z pokusą ponownego położenia głowy na jego torsie. Właściwie miałem nieodpartą ochotę zamknąć oczy i zasnąć w jego ramionach. Ale w tej samej chwili pojawiły się myśli zepchnięte na boczny tor i poczułem się jakbym dostał w twarz, a lodowate palce zacisnęły się na moim ciele. Odsunąłem się powoli, odrobinę, w dalszym ciągu trąc twarz.
  - Kim ty w ogóle jesteś i co tutaj robisz? – Kochałem Alexandra czy to była tylko fascynacja? Rozpacz podejrzanie szybko zaczęła przemieniać się we wściekłość podjudzana myślami, że oto jego morderca może stać przede mną. Logika podpowiadała, że jest to niemożliwe, przecież nie znał drogi, miał mu tylko coś przekazać i z całą pewnością nie dotarłby tutaj tak szybko. A więc obaj się spóźniliśmy.
Poczułem się dziwnie uświadomiwszy sobie, że gdybym się nie zatrzymał na pogawędkę z nim, być może leżałbym teraz obok ukochanego jako druga ofiara.
Zwiesiłem bezradnie głowę.
  - Musze wrócić i zawiadomić mieszkańców miasta, że morderca jest na wolności… – szepnąłem cicho i zakryłem sobie dłonią usta, by gwałtowny szloch nie miał ujścia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:13 pm




Gdy wyszedłem zza rogu niedużej chatki naszego słodkiego myśliwego, natychmiast uderzyła we mnie nagła obawa zrozpaczonego chłopaka. Zupełnie jakby dopiero słysząc, że nie jest sam zrozumiał, na jakie niebezpieczeństwo się naraził. Ludzie są tacy durni. Czyżby nie posiadali żadnego instynktu przetrwania? Osobiście, gdybym znalazł się na miejscu Kapturka, widząc istną rzeźnię i wiedząc, że jestem zupełnie bezsilny wobec tego, kto zamordował dużo potężniejszą osobę ode mnie, po prostu bym uciekł. Jaki sens ma w sobie rozczulanie się nad trupem, któremu już nic nie może pomóc? Odszedł i tyle, po co rozpaczać? Ja też straciłem niedawno wielu swoich pobratymców, a jednak nie uroniłem ani jednej łzy. Właściwie nie wiem, czy jestem zdolny do tak ludzkich zachowań. Nie, z pewnością nie. Nigdy nie zrozumiem i nawet nie chcę rozumieć sensu wylewania tych wszystkich łez. Szczególnie w obliczu namacalnego zagrożenia, bo choć chłopak jeszcze o tym nie wie, faktycznie ma przed sobą zabójcę ukochanego. Jego nieszczęście, że nie jestem zwykłym zbójem, który szybko i niemalże bezboleśnie poderżnie mu gardło. Takich działań też nie rozumiem.
Mimo sprzeciwu i mocno zaciśniętych palców jasnowłosego na oderwanej głowie, której widoku miałem już serdecznie dość, bez trudu chwyciłem ją w swoje ręce. Nie chciałem, by przeszkadzał mi nawet po śmierci.
Młody Kapturek wstał przy pomocy moich ramion i jak za dotknięciem różdżki, jego strach oraz wszelkie obawy wydawały się odejść w cień, na rzecz przejmującej rozpaczy i bezradności. Wtulił się we mnie jakby szukając ratunku, nie będąc świadomym, że powinien uciekać ile sił w nogach. Wtedy na pewno by zginął, ale to byłoby dla niego znacznie lepszym wyjściem. Obudziłby we mnie ten instynkt, nakazujący złapanie swej ofiary i natychmiastowe jej rozszarpanie. Pocierpiałby tylko chwilę, by po niej dołączyć do swojego kochasia. Ale on tego nie zrobił. Poddał się swoim żałosnym, ludzkim emocjom i choćby na chwilę, całkiem mi zaufał. A ja wciąż z trudem kontynuowałem zabawę w kochanego, dobrotliwego pana.
Przez chwilę po prostu tak stał, wciąż szlochając, a ja cierpliwie go przytulałem, jedną dłonią uspokajająco głaszcząc po plecach. Czułem się dziwnie. Moje gesty, a nawet moja mimika były tak przeciwne do prawdziwych pragnień i odczuć. Ale nie dlatego czułem się nieswojo. Przyszło mi wcielić się w rolę człowieka na zbyt długi czas i w zbyt intensywny sposób. Pragnąłem już zrzucić z siebie tą maskę, a powstrzymywała mnie tylko myśl, że uzbrajając się w cierpliwość będę miał więcej satysfakcji. Więcej zabawy.
W końcu z chłopięcych ust wydobyły się jakieś ciche słowa, których zapewne nie usłyszałbym gdyby nie wyczulone, wilcze zmysły. Nadal jednak odbierałem to jako zwykły bełkot, nie czując potrzeby odpowiadania, czego zresztą Kapturek raczej nie oczekiwał. Moje przypuszczenia chłopak potwierdził, znów się odzywając, tym razem wyraźnie zadając pytanie, zaraz po tym lekko się odsuwając, co skłoniło mnie do trzymania rąk przy sobie. W pierwszym odruchu chciałem odpowiedzieć i zrobiłbym to, gdyby gęba bachora znowu się nie otworzyła, wypowiadając słowa, które zdecydowanie mógłby sobie darować.
Był bohaterem. Cholernym bohaterem. Oczywiście, święty, kochany Alexander! Nikt go nie szanował, nikt nie darzył go sympatią. Oczywiście wszystko się zmieniło, gdy odważny Alexander pozabijał te okropne, krwiożercze potwory! To nic, że te potwory w rzeczywistości są stworzeniami od zarania dziejów mieszkającymi w tym lesie. To nic, że wielu z nich było niewinnych. Nie wszyscy są tacy jak ja. Ba, było wielu, którzy bratali się z ludźmi za moimi plecami. Nie zabijali nic prócz zwierząt. Posiadali te głupie, ludzkie uczucia, zakładali rodziny i (pfu!) kochali się. Często nie wychodzili poza granice lasu, który należy do NAS. Do którego nasz drogi myśliwy nie miał prawa wstępu. Mnie mieliby za co nienawidzić, ale ich nie. Były tam też dzieci. Kochani, wrażliwi ludzie. Przecież krzywda maluchów tak bardzo ich boli! Gówno prawda. Alexander zabił tych, którzy albo się tego nie spodziewali, albo byli od niego słabsi. A przede wszystkim, mieszkali daleko ode mnie. Pięknie to sobie obmyślił. Ale dzisiaj skończyło się jego bohaterstwo.
Milczałem, chłodne spojrzenie kierując na chłopaka zaaferowanego ocieraniem swojej twarzy. Wiedziałem, że gdybym otworzył usta, wydobyłoby się z nich tylko warczenie. Mały by się przestraszył, a ja do reszty przestałbym nad sobą panować. Skoro zaszedłem tak daleko, szkoda byłoby to wszystko teraz zepsuć. Nie odpowiedziałem również na jego kolejne pytanie, poświęcając czas na uspokojenie się. Wiedziałem, że moje oczy znów przybrały krwistoczerwoną barwę, lecz tym już się nie przejmowałem. Udało mi się nieco wyciszyć, akurat przed usłyszeniem kolejnych słów białowłosego. Westchnąłem, kładąc dużą dłoń na drobnym ramieniu i skierowałem swoje spojrzenie na odsłonięte wnętrze domu.
- Rozejrzyj się - odezwałem się tym wymuszenie delikatnym tonem, patrząc na pozbierane do kupy części ciała. Porozrywane, poobdzierane, pomiażdżone. - A może lepiej nie - poprawiłem się, uświadamiając sobie, że przecież nie jest to dla niego najprzyjemniejszy widok. Nawet jeśli jest ucztą dla moich oczu. - To nie jest robota człowieka, tylko mieszkańca lasu. Miastowym nic nie grozi, więc nie kłopocz się. Poza tym, wycieczka po lesie w obecnym momencie byłaby dla ciebie wyrokiem śmierci - wyjaśniłem, patrząc przez chwilę na ciemniejące niebo i ostatnie promienie słoneczne, skrywające się za horyzontem. Nie tylko wilkołaki są tutaj groźnymi stworzeniami, więc słodki Kapturek zostałby zabity już po kilku krokach swojego spaceru o tej porze dnia.
- Mieszkam w tym lesie - oznajmiłem, zabierając swoją dłoń z chłopięcego ramienia i chwytając tą, którą zasłaniał swoje usta. Objąłem ją wręcz opiekuńczo, delikatnie splatając nasze palce. Posłałem mu delikatny uśmiech - Chodźmy zanim całkiem się ściemni. Jutro odprowadzę cię do domu - obiecałem, wiedząc, że jutro mój słodki Kapturek będzie już na samym dnie piekła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:16 pm


     Nie miałem tak naprawdę większego pojęcia o profesji ukochanego. Był myśliwym. Dla mnie bohaterem, kimś, kto wieczorem odgarnia koszmary i pozwala spokojnie zasnąć. Nie widziałem rys na jego idealnej postaci, co z tego, że składał się jedynie z nich? Skrupulatnie wszystkie przede mną ukrywał grając ideał i wzór do naśladowania. Potrzebował chyba głupca, który podążałby ślepo za nim nie zadając pytań i podziwiając.
Dla wielu ludzi z miasta również zapewne był bohaterem, nawet wbrew krążącej powszechnej opinii, że jest bawidamkiem, rozpustnikiem i oszustem.
 Zawsze powtarzałem sobie, że dobry człowiek zawsze znajdzie wroga, kogoś zawistnego, słabego, kogoś, kto z zazdrości będzie rozpuszczał przykre plotki. I po raz pierwszy teraz zrozumiałem, że coś w tym musiało być. Zupełnie niewinny człowiek nie padłby ofiarą takiego szaleństwa. Bo w grę wchodziło istne szaleństwo, już nawet nie nienawiść. Niewinnego co najwyżej by zadźgano lub otruto, a nie naznaczono jego wnętrznościami całego domu i jego okolic.
     Rozsądek rozsądkiem, ale…
Rozsądek…?
Miałem ochotę wrócić, wyjść już z tego cholernego lasu. Zamknąć się w pokoju, z duża ilością wina, zakopać się w łóżku i nie wstawać więcej. Może przesadzałem, ale na tę chwilę świat stracił wszystkie barwy i chciało mi się płakać na myśl, że więcej Alexandra nie zobaczę. Co chwilę dobijałem się tą myślą i nie byłem w stanie przestać.
Mężczyzna, który znalazł się akurat pod ręką musiał mnie mieć za pomylonego, a ja za wszelką cenę starałem się powstrzymać łzy i nie wyjść przed na kompletną sierotę.
 Posłusznie się rozejrzałem, co nieomal przypłaciłem kolejną falą mdłości i dreszczy. Zagryzłem gorączkowo  wargę, a ból i smak krwi jako tako przywróciły mnie do rzeczywistości.
- Kim… Kim są mieszkańcy lasu…? - spytałem cicho próbując, by mój głos nie brzmiał chrapliwe. W rezultacie wyszedł żałosny bełkot, bo czułem się jakby ktoś włożył mi w gardło pięść i nie pozwalał jej wyjąć. - Ale przecież… – popatrzyłem na ciemnowłosego mężczyznę, którego obecność znów zaczynała mnie onieśmielać. Był chwilowym oparciem, ale teraz, kiedy już się uspokoiłem, poczułem ogromny niepokój. Znacznie większy niż dotychczas. - Dotychczas nic mi się nie stało, nikogo nie spotkałem oprócz ciebie… chcę wrócić do domu… – powiedziałem cicho wpatrując się w niego i nagle coś zrozumiałem. Mimo dobrotliwego wyrazu twarzy, kojących, uspokajających słów i gestów, w tym mężczyźnie było coś takiego… Zabawne, że wcześniej nie dostrzegłem iskrzącego szkarłatu jego oczu, który w półmroku błyskał złowróżbnie. Odsunąłem się odrobinę i ponownie przygryzłem wargi sprawiając, że wcześniejsza ranka trochę się powiększyła. Zlizałem kropelkę krwi i zarzuciłem kapturek na głowę ukrywając własną twarz w cieniu.
 Kiedy chwycił moją rękę, natychmiast zapragnąłem mu ją wyrwać. Coś jednak kazało mi być bardziej uważnym… Uśpić czujność…
- Dlaczego… Dlaczego nie miałbyś mnie odprowadzić do domu teraz? – spytałem drżącym głosem. Zmrok nie zapadł jeszcze zupełnie, jako mieszkaniec lasu z pewnością znał najkrótsza i najbezpieczniejszą drogę do miasta. - Dziękuję za gościnę, ale wolałbym… chciałbym… wrócić do siebie… Proszę. – popatrzyłem na niego błagalnie, jakbym rzeczywiście oczekiwał zgody.
Cóż za bzdura! Mogłem wrócić kiedy chciałem, prawda?
Mogłem się wyrwać, odwrócić na pięcie i wrócić. Mogłem zostać tutaj na noc, płacząc nad resztkami myśliwego, mogłem dosłownie zrobić co zechcę. Więc dlaczego prosiłem obcego mężczyznę o to, by pozwolił mi wrócić do domu?
Szybko się zreflektowałem nie dając się oczarować czułością gestów bruneta.
Mógł sądzić, że miał mnie w swoich rękach, słabego i bezwolnego, dlatego bez namysłu szarpnąłem ręką i wyrwałem ją z jego ciepłej, dużej dłoni.
 Zrobiłem krok w tył i uniosłem twarz wpatrując się w jego oczy.
    Babciu, a dlaczego masz takie wielkie oczy?
- Dlaczego masz takie czerwone oczy? – szepnąłem cicho jakbym prosił go o wyznanie mi wielkiej tajemnicy. Spojrzenie nieznajomego było dziwne. Dzikie. Pełne szaleństwa. Takie jakieś… niebezpieczne. Nie mogłem się wyzbyć wrażenia, że on patrzy na mnie niczym na kawałek mięsa, a to, że jeszcze żyję, zawdzięczam jedynie dylematowi, od której części mnie powinien był zacząć.
Potrząsnąłem głowa pozbywając się tych myśli z głowy. Wpadałem w paranoję.  
     Abym mogła cię lepiej widzieć!
     A dlaczego, babciu, masz taki brzydki, wielki pysk?
     Aby cię łatwiej zjeść!

Poczułem irracjonalny strach. Panikę wręcz. Rozglądnąłem się wokół szukając jakiegokolwiek ratunku. Wciąż nie miałem ku temu żadnych podstaw, mężczyzna nie okazał wrogich zamiarów, wręcz przeciwnie! Pomógł mi przedtem i teraz pojawił się w odpowiednim momencie, by wyrwać mnie ze szponów histerii. I zapewne gdyby mnie nie zatrzymał, leżałbym tutaj obok Alexandra w takim stanie, że nie sposób byłoby stwierdzić, która część należy do mnie, a która do niego.
- Dziękuję za pomoc, ale… naprawdę chcę wrócić do domu. – zmusiłem drżące, pogryzione wargi do wysiłku ułożenia się w blady, sztuczny uśmiech, który w moich zamiarach miał być pełen wdzięczności i uroczy. Wyszło co najmniej żałośnie, ale czułem, że zbliża się kolejna fala rozpaczy.
I nic sobie nie robiłem z ostrzeżeń nieznajomego.
Jasne, że myśl o napastniku wywoływała dyskomfort, ale tak naprawdę, w tej chwili, było mi absolutnie wszystko jedno. Chyba nawet chciałem umrzeć. Przez krótką chwilę, przez tamten moment brakowało mi siły do życia, jakiejkolwiek chęci.
To było zabawne.
Zabawne w kontekście tego, że pomimo tych pragnień, odwróciłem się na pięcie i zerkając przez ramię rzuciłem do czerwonookiego mężczyzny:
- Czy mógłby pan poczekać tutaj, aż sprowadzę kogoś z miasta? – spytałem bardzo oficjalnie tym „panem” dając do zrozumienia, iż jednak wolałbym utrzymać stosowny dystans. Ponadto, w swojej naiwności, wierzyłem, iż mężczyzna przynajmniej przez chwilę tutaj zabawi, przynajmniej do momentu aż oddaliłbym się na stosowną odległość, taką, żeby mnie nie dogonił.
 A potem ruszyłem w stronę drzew tak szybko, że niemal biegiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:19 pm




Mały, bezbronny Kapturek, znów, testując mą cierpliwość coraz bardziej, podjął się próby uzyskania odpowiedzi na kolejne pytania. Jego usta, gdy już raz się otwierają, przez dłuższy czas nie mają zamiaru dać odpoczynku moim uszom. Pytania, tyle pytań. Coraz bardziej mnie irytowały. "Kim są mieszkańcy lasu?" Ledwie powstrzymałem się od prychnięcia, na szczęście jednak udało mi się to zrobić. Czy w szkołach nie uczą ludzkich dzieciaków o drapieżnikach, które kryją się w ciemnościach lasu? Szczególnie tego konkretnego. Nie sądzę, by znalazł się jakiś głupiec, czy może raczej ślepiec, który nie dostrzegł jeszcze, że ten las nie jest miejscem dla ludzi, a zwierzęta, które go zamieszkują nie odpuszczą nikomu. Żadne ludzkie ścierwo, które postawiło tu nogę, nie wróciło do swojej kochającej rodzinki. Dlaczego mały Kapturek miałby być wyjątkiem? Nawet jego jakże silny, niesamowity bohater Alexander nie podołał wyzwaniu. Przetrwanie w tym miejscu, nie będąc jego rodowitym mieszkańcem jest niemożliwe. No chyba, że znalazłby się jakiś dobrotliwy zwierzaczek, mogący wziąć człowieka pod swoją opiekę. Ale na to bym nie liczył. W każdym razie, co za różnica kim, czy może czym, są mieszkańcy lasu? Niezależnie od tego, nawet taki dzieciak jak Kapturek, powinien wiedzieć, że dla niego nie są dobrymi istotami, o czym zresztą zdążył przekonać się kilka chwil temu. Oczywiście z mojej strony wygląda to trochę inaczej. To Alexander sprowokował mnie do tego jakże strasznego okrucieństwa. Gdyby nie pchał się tam, gdzie go nie chcą, nic by mu się nie stało. Gdyby tylko tu zamieszkał, po prostu bym się go pozbył. Prawie bezboleśnie. Ale ponieważ wymordował trzy czwarte mojej watahy, dostał to na co zasłużył, choć w mojej opinii to nadal niewiele. Gdyby nie umarł tak szybko, chętnie pobawiłbym się dłużej. 
Czułem, że chłopak powoli zaczyna panować nad swoim rozgoryczeniem i znów zaczyna kierować się czymś, co mógłbym nazwać zdrowym rozsądkiem. Szczerze powiedziawszy, myślałem, że pójdzie dużo łatwiej. Kilka słodkich uśmiechów, delikatnych słówek, czułych spojrzeń, a gówniarz zaufa mi na tyle, by nie patrzeć na możliwe niebezpieczeństwo i udać się do mojego domu. A tu proszę, dzieciak okazał się mniej naiwny, niż przypuszczałem, na co wskazywał przede wszystkim znów rodzący się w jego wnętrzu strach. Wcześniejsza obawa, na chwilę przygaszona, powróciła ze zdwojoną mocą, ponownie uderzając w moje zmysły i powodując, że musiałem coraz mocniej się wysilać, by wciąż utrzymywać dotychczasową maskę. Kropelki krwi wydobywające się z wargi chłopaka nie pomagały mi dotrzymać swych postanowień. Moja dłoń w efekcie nieco mocniej zacisnęła się na palcach towarzysza, jednak była to jedyna oznaka mego zniecierpliwienia. Ale jak słowo daję, jeszcze chwila i zaciągnę go do siebie za te jasne, poplątane kudły. 
Nie ciężko było dostrzec, że Kapturek zaczął widzieć we mnie realne zagrożenie. Sam nie wiedziałem jakim prawem. Przecież starałem się jak mogłem. Jeszcze nigdy przez tak długi czas nie udało mi się udawać przykładnego obywatela i trzymać na wodzy swoich żądzy. I mimo, że teraz starałem się tak bardzo, na nic się to nie zdało. Chłopak pytał się mnie o zgodę, by odejść, ba, prosił bym mu na to pozwolił, co jawnie przypominało skomlenie złapanej ofiary o litość. Zupełnie, jakby był pewien, że jeśli teraz nie ucieknie, będzie zgubiony. Moja maska powoli zaczęła opadać. Niesamowicie zirytował mnie fakt, że mimo mego przyjaznego nastawienia, on wciąż nie chce być posłuszny. Więc po cholerę to wszystko? 
- Ściemnia się. Droga jest daleka, a las niebezpieczny. Dlatego nigdzie nie pójdziesz - odpowiedziałem, wiedząc, że nie brzmię już tak niewinnie jak wcześniej. Szkarłat moich oczu intensywnie przeszywał bladą twarzyczkę chłopaka, a moja dłoń mocno zaciskała się na jego. Głos również stał się bardziej warkliwy. Nie miałem już cierpliwości, a nieustanny strach dzieciaka wpływał na mnie zbyt intensywnie, bym dłużej mógł udawać kogoś innego. W dodatku nie widziałem w tym już żadnego sensu. 
Pozwoliłem mu wyrwać dłoń. Co prawda przez chwilę targał mną dylemat. Wyrwać mu tą łapę, czy uwolnić z uścisku? Po krótkiej chwili zastanowienia doszedłem do wniosku, że bez ręki nie byłby już tak piękny, a tryskająca krew i odsłonięte mięso sprowokowałyby mnie do rozszarpania dzieciaka. Ten scenariusz zdecydowanie nie przypadł mi do gustu. 
Nie odpowiedziałem na pytanie dotyczące koloru mych tęczówek, jedynie taksując chłopaka ostrzegawczym wzrokiem, który zdawałby się mówić, że jeden zły ruch i stanie mu się krzywda. Niewyobrażalna, straszliwa krzywda. Poczułem jego panikę. Serce, które chciało wyrwać się z chłopięcej piersi. Puls, który sprawiał, że zacisnąłem pięści, by dłonie ustały w miejscu, a jedna z brwi poczęła drgać, zaś ciało drżeć. Używałem całej swojej woli, by nie rzucić się na chłopaka. To był mój limit. 
Wysłuchałem kolejnego pytania w całkowitym milczeniu. A potem dzieciak popełnił karygodny błąd. Ruszył w przeciwną stronę, tempem tak szybkim, z sercem tak łopoczącym, że mógł przywodzić na myśl tylko jeden obraz. Bezbronną owieczkę uciekającą przed drapieżnikiem. Moje ciało zareagowało instynktownie. W przeciągu sekundy stałem przed dzieciakiem, zaś moja ręka, uzbrojona w wilcze szpony wpijała się w jego ramię. Druga podążyła ku krtani, jednak udało mi się ją zatrzymać, nim całkiem przecięła skórę. Tylko pojedyncza kropelka spłynęła z zadraśniętej szyi. Nie zabrałem jednak pazurów utkwionych w delikatnym ramieniu. Z uśmiechem lubości zaciągnąłem się intensywną wonią krwi. Jej zapach był dużo przyjemniejszy niż myśliwego. Chcąc przekonać się jak smakuje, zbliżyłem usta do szyi, zlizując z niej kilka pojedynczych kropelek. Pyszny... 
Odsunąłem się nieco, chwytając podbródek chłopaka na tyle mocno, by nie mógł nawet drgnąć. Kapturek w końcu zsunął się z jego głowy, ukazując w pełni to przepiękne, przerażone oblicze. Przesłodką buźkę. 
- Ani słówka - wyszeptałem, posyłając mu uśmiech znacznie mniej przyjemny niż te, które mógł podziwiać do tej pory. - Boli? - Przeniosłem wzrok na ramię, w którym zatopione były wszystkie me pazury. Wyrwałem je. Zakrwawiona dłoń przesunęła po jasnym policzku. - To twoja wina. I po co ci to było? Mogłeś grzecznie ze mną pójść. - Wyprostowałem się, całkiem puszczając delikatne ciało. 
- A teraz bądź już grzecznym chłopcem. Jeden nieodpowiedni ruch i skończysz jak twój kochaś - ostrzegłem, z niecierpliwością zmieniają postać i chowając się w wilczej skórze. Łypnąłem złowieszczo szkarłatnymi tęczówkami na chłopaka. W tej postaci byłem nawet większy od dość okazałego ogiera. Wystarczyłoby porządne uderzenie łapy, by pogruchotać delikatne kości chłopaka. Jednak to nie była odpowiednia pora na takie zabawy. Chciałem znaleźć się w domu, trochę uspokoić. W tym momencie ciężko było mi się powstrzymać od wyrządzenia mu porządnej krzywdy. 
Pochyliłem pysk, by chwycić drobny tułów w zęby, uważając by go nie uszkodzić. W ten sposób zamierzałem przenieść chłopaka do siebie. Przecież nie będę wlókł się ludzkim tempem. Bez uprzedzenie i zbędnych słów, ruszyłem biegiem w stronę swego domu, gdzie zamierzałem zająć się dość poważną raną chłopaka, z której krew wypełniała teraz moje usta. W końcu nie chcę, by zbyt szybko wyzionął ducha.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:27 pm


Nie wiem czy w innych okolicznościach zachowałbym się inaczej. Z reguły byłem ufny i naiwny i, bynajmniej, nie był to żaden powód do dumy. Nieznajomy fascynował mnie już od pierwszego spotkania, nie potrafiłem oderwać od niego wzroku. A powinienem uciekać jak najdalej stąd. Gdybym tylko zdołał…
Niewiele wiedziałem o mieszkańcach lasu. Tyle co z okolicznych plotek; jakoś nie brałem serio opowieści starszych o młodzieńcach zapuszczających się w tamte okolice i nigdy nie wracających. To wszystko brzmiało jak bajki, w które, aż do teraz nie wierzyłem. Dopiero znalazłszy się w lesie po zmroku przypomniałem sobie wszystko i spojrzałem na to z zupełnie innej strony.
Mężczyzna robił wszystko, by być czarującym. Gdybym nie był tak rozhisteryzowany, przerażony i zrozpaczony, zapewne poszłoby mu łatwiej. W obecnej chwili sam nie wiedziałem, jak zareaguję za moment… Gorączkowo zlizałem krew z wargi, nie przykładając do tego większej uwagi. Coś zapiekło, ale to nic. Zamrugałem piekącymi oczyma czując, że za moment znów się rozpłaczę.
„Dlatego nigdzie nie pójdziesz” wciąż dźwięczało mi w uszach. Troska? Ha, zabrzmiało bardziej jak groźba, a lodowaty dreszcz przeszedł po moim ciele. Mój wybawca, wybawca z ciepłymi ramionami, który pojawił się w odpowiednim momencie i próbował pocieszyć, nie wyglądał już tak niewinnie. Miałem wrażenie, że dotąd go nie doceniałem; promieniowała od niego jakaś nieludzka siła. Niebezpieczeństwo. Przemożne pragnienie ucieczki było niczym w porównaniu z narastającym przerażeniem.
Mimo to nadal nie sądziłem, by cokolwiek mi groziło. Szaleniec to jedno, ale w obliczu zbrodni jaka się tutaj odbyła… Och, naiwności. Nie powinienem był uciekać tak otwarcie. Mogłem udać, że się zgadzam na sympatyczną propozycję, po czym czmychnąć w najbliższe krzaki przy pierwszej lepszej okazji. Mogłem biec potem na oślep i krzyczeć rozpaczliwie wołając pomocy i przy odrobinie szczęścia może wyszedłbym cało. Ale nie. Nawet o tym nie pomyślałem, bo cholerna naiwność, ufność sprawiły, że nieznajomy był dla mnie tylko nieznajomym, nikim ponadto. Sądziłem, że panikuję bez powodu. Prawie uspokoiłem się postąpiwszy parę kroków i nawet odrobinę się rozluźniłem. Błąd.
Nie miałem pojęcia co było najpierw. Rozdzierający ból czy postać przede mną. Wrzasnąłem próbując wyszarpnąć ramię nagle zakleszczone w żelaznym uścisku, a potem zamarłem ze szponami na szyi.
Jak… jak on to zrobił…?
Niemal przestałem oddychać w obawie, że niedbały ruch sprawi, że nabiję się na ostre szpony. Zacisnąłem palce na nadgarstku uzbrojonej w pazury ręce i próbowałem je cofnąć. Na próżno, ani drgnęły.
- Ghh… – Mocniej zacisnąłem zęby, by nie krzyknąć po raz kolejny, bo byłem niemal pewien, że twarz mężczyzny zbliżająca się do mojej szyi ma tylko jeden cel – rozszarpać gardło. Kiedy poczułem jego język na skórze szarpnąłem się, czego za moment pożałowałem. Otępiający ból promieniujący od ramienia zwaliłby mnie z nóg, gdyby nie to, że byłem mocno trzymany.
- Ki… – słowa uwięzły mi w gardle. Posłusznie zamilkłem czując, że moje policzki na powrót robią się wilgotne. Okrutna prawda powoli do mnie docierała. To… To musiał być jakiś chory sen. Nie zasłużyłem sobie na to. Alexander też nie zasłużył. A jednak wisiałem przebity ostry szponami i zastanawiałem się ile minut życia mi zostało. Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Zrobiło się okropnie cicho i ciemno. Zimno. Źle.
Zaciskałem żeby tak mocno, że aż dziwne, iż wszystkie się nie połamały. Starałem się nie rozkleić i nie okazywać słabości. Nienawidziłem tego. Przywykłem do nadmiernej troski, ale w gruncie rzeczy całe życie starałem się robić wszystko, by jej uniknąć. Nie… Nie potrzebowałem nikogo. Nikogo poza Alexandrem. Zabawne…
Nie byłem w stanie wytrwać w ciszy, zduszony jęk wydarł się ze zdartego gardła, kiedy ciemnowłosy zamaszyście wyciągnął z mojego ciała swoje szpony. Jeśli dotychczas czułem ból, tak teraz miałem wrażenie, że lada moment umrę. Nie potrzebowałem już swojego kapturka.
Cały byłem pokryty szkarłatem.
Złapałem ramię nieprzytomny prawie z bólu.
- To… To… to ty – wykrztusiłem powstrzymując się od rzucenia się na niego. Jakie miałem szanse w starciu z nim? Nie miałem żadnych. Absolutnie żadnych. Cofnąłem się tylko z przerażeniem patrząc, jak nieznajomy przemienia się w ogromną bestię.
Koszmar.
Koszmar.
Koszmar.

Byłem pewien, że zaraz mnie pożre, nie miałem pojęcia, nie znałem jego planów. Jeśli pojawiły się jakiekolwiek próby ucieczki, to i tak… i tak skończyłem między jego zębiszczami modląc się tylko o szybką śmierć.
Nie zważałem na gałęzie smagające mnie po twarzy. Czułem tylko obejmujące mnie ostre kły, coraz gorszy ból i coraz silniejsze osłabienie spowodowane gwałtowną utratą krwi.
Gdzie mój myśliwy, który zabije wilka i uwolni mnie z jego paszczy?
Gdzie mój happy end?
Nie miałem zamiaru poddać się bez walki, to nie tak. Jeśli miałem zginąć za chwilę, to to i tak nie miało mieć znaczenia, ale nie chciałem dawać temu …. Satysfakcji. I nie wiedziałem co bardziej rozdziera mi serce – to, że to właśnie ta bestia zabiła mojego ukochanego, czy raczej to, że za moment do niego dołączę.
- Natych… mia… puszczaj… – warknąłem rozpaczliwie i szarpnąłem się palce zdrowej ręki wbijając w pysk wielkiego wilka. Starałem się rozewrzeć jego szczęki, by z nich wypaść, jednocześnie nie wyrządzając sobie większej krzywdy. Efekt był, cóż, żałosny.
Nie miałem pojęcia gdzie pędzimy ani jak długo to trwało. W którymś momencie chyba zwyczajnie straciłem przytomność.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:32 pm




Mały był przerażony, zakrwawiony i coraz bardziej słabł. Czułem to wszystko trzymając go w swojej paszczy, równocześnie smakując wypływającą dość intensywnie krew. Nie byłem pewien ile tej słodkiej cieczy musi stracić człowiek, by odejść na tamten świat, ale byłem przekonany, że więcej niż traci Kapturek. Znam budowę ich ciała, w końcu rozszarpałem tyle tych stworzeń, że nie mógłbym przeoczyć położenia każdego narządu z kolei. Przebijając ramię jasnowłosego swymi długimi, grubymi i niewątpliwie ostrymi szponami, starałem się zrobić to w sposób niezagrażający jego życiu. Nawet jeśli wydawałoby się, iż mój ruch był całkiem niekontrolowany, prawda była nieco inna. Gdybym zupełnie nad sobą nie panował, dzieciak już byłby martwy, a to nie ramię, lecz jego serce, czy też żołądek posmakowałyby moich szponów. Czy raczej kłów. Ostatecznie zrobiłem to tak, by zobaczył, że nie powinien ponownie robić tak gwałtownych ruchów, jednocześnie nie pozbawiając go życia. Będę musiał poprawić tą umiejętność, skoro chcę go przy sobie utrzymać dłużej niż wszystkie inne ofiary. Dłużej niż kilka godzin. 
Droga była daleka, jednak poruszając się tym tempem, pokonanie jej mogło mi zająć maksymalnie dziesięć minut. Słońce zdążyło już zajść, a może znikło za koronami drzew. Las pogrążył się w mroku, wypełniając przestrzeń przejmującą ciszą i tylko pojedyncze ruchy wiatru przerywały ją co jakiś czas. Mimo braku głośniejszych dźwięków, czy ruchów, dobrze czułem na sobie ślepia innych zwierząt. Nie miałem się jednak czym przejmować. Żadne z nich nie jest na tyle durne by zaatakować wilkołaka, a już szczególnie takiego mojej postury. 
Wszechobecną ciszę przez chwilę zakłócił słaby głos, znajomy już dla moich uszu. Nie spodziewałem się, że chłopak będzie w stanie jeszcze cokolwiek powiedzieć, a już na pewno nie mógłbym przypuszczać, że będzie to jakikolwiek sprzeciw. Ba, rozkaz. Roześmiałbym się, gdyby nie fakt, że trzymałem w paszczy swoją zdobycz i mógłbym go przypadkiem upuścić, przez co bardziej by się poturbował i jeszcze nie dałbym rady go odratować. A w tedy wszystkie moje dotychczasowe starania poszłyby się..., więc lepiej być ostrożnym. 
Z wiadomych powodów nie odpowiedziałem, a właściwie nie zareagowałem w żaden sposób na bełkot Kapturka, skupiając się na przemierzaniu nierównej drogi i omijaniu drzew. Nie musiałem trzymać się ścieżki, bo doskonale znałem ten las i rozpoznawałem każde pojedyncze drzewo, nawet jeśli przeciętny człowiek stwierdziłby, iż wszystkie wyglądają tak samo. Otóż nie, nie wyglądają. Gnałem więc przez las, aż po niedługim czasie przed mymi oczami ukazała się nieduża, drewniana chatka. W jednym z okienek widać było światło, więc domyśliłem się, że Gabriel jest w domu, co właściwie nie było żadnym zaskoczeniem. Wyczuł moją obecność już z daleka i nie ma wątpliwości, że zorientował się, iż nie jestem sam. Tak jak myślałem, drzwi były już otwarte, a on stał oparty o próg. Patrzył czujnym wzrokiem szmaragdowych oczu, eksponując mimowolnie te swoje delikatne ciało, przywodząc na myśl raczej aniołka niźli równie groźnego co ja potwora. Szczególnie gdy patrzyło się na te blond loczki, opadające na delikatne ramiona. Rzuciłem mu krótkie spojrzenie, mijając w drzwiach i zatrzymując się w salonie, w którym to paliło się kilka świec. Schyliłem łeb, otwierając szerzej pysk i dosłownie wypluwając dzieciaka. Dostrzegając, że ten jest nieprzytomny, wróciłem do ludzkiej postaci. 
- Co to jest? - usłyszałem dźwięczny głos wypełniony obrzydzeniem. Wcale nie zakładałem, że memu kochanemu braciszkowi przypadnie do gustu nowy gość. Ale równocześnie wiedziałem, że nie wyrazi werbalnego sprzeciwu. 
- To mój drogi, jest nieprzytomny, Czerwony Kapturek. Mój nowy pupilek. - Podszedłem do blondyna, nie przejmując się zupełnie swą nagością i pochyliłem nieco nad niezadowoloną twarzą. - Opatrz go i połóż u siebie. - Skierowałem się do szafy, by wyciągnąć z niej luźne, czarne spodnie, nie kłopocząc się już górną częścią garderoby. - Tylko na jakiś czas. Później zorganizuję mu mieszkanko w piwnicy - dodałem, widząc zdziwiony wzrok Gabriela. Mimo moich wyjaśnień, wyraz jego twarzy się nie zmienił. 
- Ty chcesz powiedzieć, że on będzie tu mieszkał? Zwariowałeś? Dzieci ci się zachciało wychowywać?
Westchnąłem. Znowu pytania. Te cholerne pytania! Zaraz eksploduje mi głowa. 
- Zamknij się już i zajmij się bachorem zanim się wykrwawi. Jeśli nie ocknie się do rana, będziesz robił za jego zastępstwo. A chyba nie myślisz, że zamierzam trzymać go za rączkę i przynosić śniadanka do łóżka - warknąłem, kierując się w stronę własnego pokoju. Potrzebowałem odpoczynku. - I pilnuj go dopóki nie wstanę - dodałem, nie kłopocząc się dłużej Gabrielem i skierowałem się do łóżka. Odpocznę, ochłonę, zrelaksuję się, a wtedy będzie mi łatwiej powstrzymać się przed rozszarpaniem mej bezbronnej owieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:35 pm


     Droga była zbyt długa. Nawet gdybym chciał ją zapamiętać, nie byłbym w stanie rozeznać się w okolicy. Byłem niemal pewien, że całkowicie zboczyliśmy z i tak niezbyt widocznych ścieżek. Nie, to nie była wygodna podróż. Straciwszy przytomność uwolniłem się choć na chwilę od męczących myśli i bólu. Kilka razy przecknąłem się, jedynie po to, by przekonać się, że wciąż się przemieszczamy, a obolałe ramię dokucza mi coraz bardziej. Nie miałem możliwości żadnego ruchu, jakiekolwiek próby szarpania się do niczego nie prowadziły, pogarszały jedynie sytuację.
 Zanim dotarliśmy na miejsce odzyskałem świadomość, za co przeklinałem się w myślach. To było jak spełnienie moich najgorszych koszmarów, zaś widząc, co stało się z moim ukochanym, nie miałem żadnych złudzeń co do własnego losu. Nie pojmowałem jedynie po cóż... mężczyzna... czy kimko... czymkolwiek był... zabiera mnie do siebie. Nie poruszyłem się resztki siły woli koncentrując na tym, by nie wydać z siebie żadnego odgłosu. Nie chciałem, by ta istota wiedziała, iż jestem przytomny. To jakoś sprawiało, że czułem się bezpieczny. I dawało marną możliwość reakcji i próby ucieczki. Wiedziałem, że przewaga mogłaby pojawić się tylko w momencie zaskoczenia, miałbym ledwie parę sekund, ale... chyba już nawet nie liczyłem na ucieczkę, jedynie na to, że rozwścieczony wilk straci do reszty panowanie nad sobą i w napadzie szału zwyczajnie... pozbędzie się mnie jednym ruchem. Szybko i niemal bezboleśnie.
Udawałem więc nieprzytomnego mimo że z zewnątrz wszystko do mnie docierało; to że wyraźnie zwolniliśmy, czyjś przyjemny głos, który wcale nie napawał mnie jakimkolwiek optymizmem. Mocniej zacisnąłem powieki przygotowany na gwałtowną falę bólu, gdy zostanę wypuszczony spomiędzy zębów, ale nie przygotowałem się na to, że zaboli aż tak bardzo. Upadłem na ziemię drąc się w myślach z powodu rozszarpanego ramienia, ale udało mi się nie wydać z siebie żadnego głosu.
     Leżąc na ziemi i udając nieprzytomnego z przerażeniem przysłuchiwałem się wymianie zdań. Nie rozwiała moich wątpliwości, wręcz przeciwnie. Czego ten psychol ode mnie chciał? Co ja mu takiego zrobiłem? Czy nie dość mu było, że zamordował tak cudownego człowieka jak Alexander? W porównaniu z nim, moje życie nie miało najmniejszego znaczenia. Jeśli spodziewał się okupu, czy czegoś… To grubo się mylił. Nie byłem mu do niczego potrzebny.
 Odrobinę uchyliłem powieki, w idealnym momencie, by w blasku świec dojrzeć zupełnie nagą sylwetkę mężczyzny, który ponownie przypominał nieznajomego z lasu, a nie wilka. Przeszedł mnie dreszcz i czym prędzej ponownie zacisnąłem powieki. Chwilowo nie leżałem w kręgu jego zainteresowań, więc miałem chwilę na myślenie. Ten drugi, jasnowłosy nie wyglądał na jakoś specjalnie groźnego.
I pilnuj go dopóki nie wstanę.
Uhm… Odczytałem to jako swoją szansę. Niespokojnie odczekałem aż kroki mego prześladowcy znikną w drugim pomieszczeniu i odetchnąłem cicho. Czy byłem naiwny spodziewając się wyciągających się po mnie ramion i przenoszących mnie na wygodne legowisko? Niezbyt brutalne, ale i niedelikatne szarpnięcie zmusiło mnie do gwałtownego otworzenia oczu. Zostałem pociągnięty do pionu. Podtrzymałem się zdrowym ramieniem ściany czując, że za moment zwymiotuję. Koszmarnie kręciło mi się w głowie, koszmarnie bolało i chwilowo na później odłożyłem myśli o ucieczce… Kiedyś… na pewno… W tej chwili byłem zbyt osłabiony na cokolwiek i poddałem się. Było mi wszystko jedno. Nie miałem pojęcia czego ten mężczyzna ode mnie chciał. Po co mnie tu zabrał i kazał opatrzyć, nie byłem mu potrzebny! A jeśli miałem zginąć, to jaki sens miało opatrywanie mnie? Ułożony na łóżku oczekiwałem chwili spokoju. Chciałem tylko spać, i najlepiej w ogóle się już nie obudzić. Ale jasnowłosy, kimkolwiek był, nie pozwolił mi na to.
   Chciałem mu powiedzieć, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju, że nie potrzebuję jego pomocy, ale głos uwiązł mi w gardle zastąpiony cichym jękiem. Oderwane od ramienia strzępy koszuli sprawiły, że szarpnąłem się dość mocno i zupełnie nieświadomie. Zerwałem się z łóżka już i tak sowicie poplamionego krwią, która znajdował się teraz już na podłodze i na jasnowłosym chłopaku, który musiał się mną zająć. Zataczając się, stojąc jedynie pod wpływem adrenaliny, zrzuciłem wszystkie narzędzia i apteczkę, które miały posłużyć do opatrzenia mnie. Miałem w dupie, że wyglądam mega żałośnie w podartym i zakrwawionym ubraniu. Zrywając się złapałem nożyczki, bo tylko one były w zasięgu mojego wzroku i wyciągnąłem je teraz przed siebie grożąc jasnowłosemu.
- Pozwól mi wyjść… proszę… – szepnąłem cicho cały się mocno trzęsąc. Nie miałem zbyt wielu sił, ale jeśli mój porywacz zasnął, miałem trochę czasu na ucieczkę. Skierowałem błagalny wzrok na chłopaka, który był dla mnie jedyną deską ratunku. Nie miałem pojęcia o relacjach, jakie łączyły tę dwójkę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:36 pm


Blondwłosy chłopak zastanawiał się czy jego najdroższy brat jedynie udawał, czy może faktycznie nie zauważył, że jego zdobycz zdążyła już odzyskać przytomność. Nie myślał jednak nad tym zbyt długo, ponieważ Loki zniknął już za dębowymi drzwiami, a jego zamiary nie powinny właściwie obchodzić Gabriela. Skoro Alfa stwierdził, że Czerwony Kapturek jest nieprzytomny, to tak miało pozostać. Blondyn tak czy inaczej wiedział jak ma się rzeczywistość, zapewne dzięki temu, że od samego początku intensywnie przyglądał się intruzowi, przez co nie sprawiło mu trudności zarówno dostrzeżenie stanu w jakim znalazł się chłopięcy umysł, jak i wyłapanie pojedynczego zerknięcia spod powiek ukrywających wyjątkowo jasne, piękne tęczówki. Gabriel nie lubił być oszukiwany, a już szczególnie nie cierpiał, gdy ktoś go lekceważył, nawet jeśli działo się to na tyle często, że winien się przyzwyczaić. Być może z tego powodu pochwycił leżącego dotąd chłopaka, w sposób, który niewiele miał wspólnego z delikatnością. Jego szczupła ręka wbrew pozorom dysponowała dużym pokładem siły, co udowodnił chwytając rannego za kark i w ten sposób unosząc do pionu. Dopiero gdy niższy i drobniejszy od niego chłopak gwałtownie otworzył oczy, słyszalne wciągając przy tym powietrze, wilkołak się zreflektował, przypominając sobie, że przecież nie miał go bardziej krywdzić, a opatrzyć, by rankiem jego niechciany pacjent czuł się względnie dobrze. Co prawda nie bardzo podobał mu się ten stan rzeczy, ale nie zamierzał sprzeciwiać się woli brata. Zdawał sobie sprawę, że ten jest nadal wzburzony po zabawie z myśliwym, a rana na jego policzku dopiero się zasklepiła, więc nie chciałby, aby w jej następstwie przybyło kilka kolejnych. Pod wpływem wizji tego, co mogłoby się stać, gdyby Kapturek został uszkodzony wbrew woli właściciela, Gabriel przeniósł dłoń z karku chłopaka znacznie niżej, obejmując go w pasie i w ten sposób chroniąc słabe ciało od upadku, zaprowadził do swojej sypialni. Gdy już obydwoje znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu, z wyjątkowym niezadowoleniem ułożył poranione ciało na swojej białej pościeli, która szybko zaczęła zabarwiać się na czerwono.
Wilkołak wbił sobie do głowy, by nie skrzywdzić chłopaka, wiedząc jak żałośnie kruche są ludzkie ciała, ale jednocześnie nie zamierzał przeistaczać sie w Matkę Teresę i okazywać jakąkolwiek delikatność. Dlatego też, przygotowując ówcześnie apteczkę, szybko i gwałtownie oderwał materiał koszuli przylepiony do zaschniętej krwi chłopaka, aby otrzymać przy tym dostęp do rany. Nie spodziewał się tak gwałtownej reakcji, przez co zadrżał ledwie zauważalnie, gdy chłopak nagle podniósł się na nogi. W pierwszym odruchu chciał chwycić dzieciaka w swoje szpony, w końcu tak jak brat był tylko drapieżnikiem, w dodatku młodszym i słabiej panującym nad zwierzęcymi instynktami. Udało mu się jednak powstrzymać od jakichkolwiek gwałtownych reakcji, których mógłby potem żałować. Nie wiedział co odbiło Lokiemu, że zrobił z własnego domu spiżarnię, ale przecież musiał mieć jakiś cel w tym, że nie pożarł dzieciaka od razu. W związku z tym na pewno wpadłby w furię, gdyby Gabriel zrobił to za niego i wątpił, by zdało się na coś tłumaczenie tego jak bardzo wpływała na niego słodka woń krwi. Albowiem ta pobudzała wszystkie jego zmysły. Przez działania ludzkiego chłopaka, czerwona ciecz znajdowała się już nie tylko na łóżku, ale także na podłodze i na samym Gabrielu. W tym momencie blondyn przeklinał brata za to co nakazał mu robić, nie ciesząc się jakoś z tego, że ma okazję do hartowania swojego samozaparcia. Gdyby wiedział wcześniej, przynajmniej miałby okazję do przygotowania się i udania na polowanie. Niestety teraz już nie miał innego wyjścia jak tylko powstrzymywać swoje pragnienia, a pomagała mu przy tym obawa przed bratem, która była silniejsza niż jakikolwiek głód.
Nerwy Gabriela i tak były już w dużym stopniu nadszarpnięte, a zachowanie gówniarza tylko wszystko utrudniało. Blondyn z wyraźnym grymasem na twarzy poderwał się na nogi, robiąc krok w stronę swego utrapienia. Zatrzymał się całkiem odruchowo, gdy ten stanął w pozycji, możnaby rzec, ofensywnej i wyciągnął przed siebie nożyczki. W pierwszej sekundzie u Gabriela przeważało zaskoczenie. Jakim cudem dzieciak trzymał się jeszcze na nogach i w dodatku miał siłę stawiać jakikolwiek opór? Nim jednak zdążył się nad tym zastanowić, ogarnęło go dość silne rozbawienie. Ludzki chłopak wyglądał po prostu śmiesznie. Żałośnie. Tak żałośnie, że aż ciężko było patrzeć. Jego słowa tylko pogorszyły ten obraz. W końcu stał, z tą swoją prowizoryczną bronią, jakby chciał wyrazić pewną groźbę, a wypowiadając się, wygłosił bezsilną prośbę, eksponując przy tym swoją słabość. 
Młody wilkołak zwyczajnie się roześmiał. Pokój wypełnił się dźwiękiem jego perlistego śmiechu, nad którym właściciel przez krótką chwilę nie mógł zapanować. Szczęście Czerwonego Kapturka. Rozbawienie Gabriela było dużo lepszą opcją niż jego rozzłoszczenie. Jednak po salwie śmiechu, w końcu nastała cisza, a gdy dzieciak nadal stał w tej samej pozycji, blondyn zaczął się niecierpliwić. No już, było zabawnie, ale teraz czas nabrać trochę pokory i dać się opatrzyć. Mina chłopaka ponownie ubrała się w złość.
- Nie testuj mojej cierpliwości, ludzki bachorze. Daj się pozszywać i miejmy to z głowy. W przeciwnym razie będę musiał użyć siły. Albo zawołać Lokiego, a on nie jest zbyt dobrym lekarzem. – Nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź, a już tym bardziej na zgodę, chłopak podszedł spokojnym krokiem, szybko, niemal niezauważalnie chwytając nadgarstek Kapturka i zaciskając palce tak mocno, że ten nie miał wyjścia, jak tylko wypuścić nożyczki z dłoni. Drugiej ręki użył do pochwycenia jasnych włosów, za które zaciągnął chłopaka z powrotem do łóżka. Gdy ten już się na nim znalazł, dla pewności jedną dłonią przycisnął tors rannego do materaca, by nie próbował ponownie podnieść się na nogi, zaś wolną ręką szybko pozbierał narzędzia. 
- A teraz leż grzecznie i ani drgnij – zwrócił się do leżącego przed nim człowieka i już bez zwlekania zabrał się za odkażanie oraz zszywania całkiem poważnej rany.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 4:44 pm


     Nie miałem pojęcia, co mną kierowało, gdy podjąłem się tej marnej próby ucieczki. Z góry skazany byłem na porażkę, doskonale o tym wiedziałem. A jednak, gdzieś tam, pod toną rozsądku czaiła się nieśmiała nadzieja i pytanie „a gdyby tak…?” Czarno widziałem swoją przyszłość, nie miałem pojęcia, czego ów wilczy mężczyzna ode mnie chce. Było to tak otępiające i przerażające, że nawet nie zastanawiałem się nad prawem do istnienia takich istot jak on. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że na moich oczach ten facet, zabójca mojego ukochanego, zamienił się w ogromnego wilka. Niemal byłem skłonny zwalić to na karb rozgorączkowanego majaczenia umysłu pod wpływem dużej utraty krwi.
     Jasnowłosy chłopak, który miał się mną zająć wyglądał zupełnie niewinnie. W przeciwieństwie do bruneta od razu budził zaufanie, ale w tym wypadku już się nawet nie łudziłem… Był silny. Zdecydowanie za bardzo, bym nawet zdrowy i w pełni sił miał jakiekolwiek szanse. Dlatego tak, te nożyczki w mojej ręce były żałośnie śmieszne, ale w tej sytuacji nie miałem absolutnie niczego do stracenia. Mogłem zginąć zaraz, albo jutro zdany na ich łaskę. Mogłem zginąć w trakcie ucieczki pozbawiając ich możliwości dręczenia mnie. Druga opcja wydawała się lepsza, nawet jeśli oznaczała natychmiastową śmierć. W tej chwili, w świetle ostatnich wydarzeń… właściwie… właściwie byłem przekonany, że nie zostało mi nic. Nie wyobrażałem sobie powrotu do domu. Nie ze świadomością, że nie ma już Aleksandra. Trwałem w jakimś dziwnym otępieniu, ratując się jedynie myślą, że wolałbym zakończyć to jak najszybciej niż być zdanym na łaskę tej dwójki.
Ludzki bachorze… Czyżby to stwierdzenie dawało mi prawo do uwierzenia, iż jasnowłosy również jest… jest… Tym CZYMŚ? Nie potrafiłem ich nawet nazwać, wiedziałem tylko, że nie mogą istnieć. Chciałem zapytać, dlaczego w ogóle zawracają sobie głowę opatrywaniem mnie.
Nie będzie zabawy, jak zbyt szybko się wykrwawisz.
Nie, to nie było dobra opcja…
Loki.
LOKI.

A więc tak miał na imię morderca mojego ukochanego? Mężczyzna o szkarłatnych oczach, szerokich ramionach i wspaniałych włosach? O wyrazie twarzy jakby samym gestem potrafił rzucić na kolana wszystko co żywe? Zagryzłem wargi wcale nie zadowolony z faktu, że poznałem jego imię. Zwykle nie wróżyło to niczego dobrego, nikt nie wypuszczał ofiar znających imię swych oprawców…
Jakbym jeszcze w ogóle się łudzić…
     Poczułem jak coś chrupnęło, gdy wąskie, długie palce zacisnęły się na moim nadgarstku zmuszając mięśnie dłoni do rozluźnienia chwytu. Z rozpaczą odnotowałem brzęk nożyczek uderzających o podłogę; moja jedyna, jakże śmieszna broń została mi odebrana. Jakbym w ogóle mógł cokolwiek nią zrobić poza niewinnym dziabnięciem.
Wrzasnąłem z bólu i przerażenia, kiedy piękne palce wplątały się w moje włosy szarpiąc mocno i wbijając moje ciało w materac.
Gryzłem wargi do krwi i zaciskałem powieki próbując powstrzymać wilgoć napływającą do moich oczu. Nie potrzebowałem swojego charakterystycznego kapturka, już i tak wszystko zabarwione było szkarłatem, a sam działałem jedynie siłą rozpędu. Wciśnięty w pościel, unieruchomiony zaskakująco silną ręką wpatrywałem się niemo w jasnowłosego próbując i w jego twarzy odnaleźć jakieś strzępki człowieczeństwa.
- Po co…? – spytałem cicho czując jak opuszczają mnie siły. Nie mając możliwości się ruszyć zacisnąłem zęby z całych sił poddając się… Chwilowo przynajmniej.
Dopiero teraz poczułem ostry, przeszywający ból. Dotychczas to było jakieś tkwiące w podświadomości szarpanie i nieprzyjemne uczucie, w tej chwili jednak miałem wrażenie, jakby ktoś na żywca wyrywał mi rękę. Mój „lekarz” nie był delikatny, miałem nieodparte wrażenie, że i on nie jest zachwycony sprowadzeniem go do roli niańki i teraz mści się wyżywając na mojej ręce. Z początku próbowałem się szarpać i krzyczeć, ale widząc jak na niewiele się to zdaje zamilkłem gryząc poduszkę i zaciskając na niej zęby. Czułem jak rośnie mi temperatura ciała i nie mogłem opanować dreszczy, odetchnąłem, dopiero, kiedy jasnowłosy skończył się pastwić nad moją ręką. Wiedziałem, że ją zszył i opatrzył, że w normalnych okolicznościach powinienem mu dziękować, ale w tej chwili byłem na niego wściekły.
     Łóżko nie było wygodne. Materac zbyt twardy, albo ja byłem zbyt obolały. Wilgotna od krwi pościel nie sprawiała przyjemnego wrażenia, ale nie miałem sił, żeby protestować. Sam wyglądałem jak kupka nieszczęścia zapewne.
Przeniosłem zamglone, jeszcze jaśniejsze niż zazwyczaj tęczówki na chłopaka, który musiał się mną zajmować i przez chwilę patrzyłem na niego w ciszy przerywanej jedynie odgłosami pakowanej apteczki.
- Po co mnie tutaj przyniósł…? – spytałem słabym, łamiącym się głosem, kompletnie wyzutym z emocji. Trząsłem się, nie wiem już sam z czego bardziej: z zimna, ze strachu czy podniesionej temperatury. Nie przeszkodziło mi to jednak obrzucić jasnowłosego wulgarnymi kalumniami, które nie brzmiały jednak zbyt złowrogo wypowiedziane drżącym tonem. Cholera.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 7:19 pm


Gabriel nie zwracał już uwagi na bełkotanie swojego przymusowego pacjenta. Chciał zrobić to o co "poprosił" go brat i mieć z głowy, nie jest tu przecież po to, by rozmawiać z chłopakiem, a już tym bardziej, by mu współczuć. Owszem, jest bardziej przyjazny ludziom niż brat i całkiem się od niego różni. Loki prowadzi w większości wilcze życie, zaś Gabriel przeciwnie. Woli ludzkie ciało i ludzkie zajęcia, nadal ma jednak świadomość, że jest kimś lepszym, silniejszym i dlatego odnosi się z pogardą do istot podobnych Kapturkowi.
Blondyn odkaził rozległą ranę leżącego już w miarę spokojnie chłopaka, a po chwili bez uprzedzenia zabrał się za zszywanie. Nikogo nie zdziwi to, że nie był zbyt delikatny, co jednak nie oznacza, że jego praca była mało profesjonalna. Prowadząc niemalże ludzkie życie, Gabriel zapisał się do szkoły medycznej w większym mieście, oddalonym o jakieś pięćdziesiąt kilometrów. W końcu jako wilk na pewno nie posiadałby w domu apteczki, gdyż nawet największe rany jego i brata goją się same i to w dość szybkim tempie. Apteczka potrzebna była mu na zajęcia, z których jak widać, wyniósł wystarczająco dużo, by móc uratować komuś życie.
Domyślał się, że człowiek, jako istota mało odporna na ból, będzie się wierzgał, więc bez problemu przyszpilił jego ramię do pościeli wolną ręką, drugą zaś operował igłą. Zastanawiał się, czy jego brat miał świadomość, że coś takiego może zabić chłopaka, przecież gdyby wbił się tylko kilka centymetrów niżej, mógłby mu przebić ważne organy. Tak, Loki na pewno nie zdaje sobie z tego sprawy. A przecież nie chciał go zabić. Gabriel nie do końca rozumiał motywy bruneta, ale domyślił się, że skoro przyprowadził tu tak rannego chłopaka, to ma co do niego jakieś plany. W związku z tym powinien pouczyć brata na temat tego jak obchodzić się z tak delikatnym ciałem. A te należące do Czerwonego Kapturka na pewno jest podatne na wszelkie urazy.
Poszło całkiem szybko i sprawnie, więc już po kilkunastu minutach wilkołak mógł obandażować ramię nieoczekiwanego gościa i zabrać się za sprzątnięcie odpowiednich narzędzi z powrotem do apteczki. Nie miał zamiaru wdawać się w żadne rozmowy z chłopakiem, a po tym jak go potraktował, sądził, że ta niechęć będzie odwzajemniona. Skrzywił się więc całkiem widocznie, gdy do jego czułych uszu dotarł słaby głos dzieciaka, wyglądającego jak kupka nieszczęścia. Spojrzał na niego swymi szmaragdowymi oczami, analizując w głowie pytanie. Dobre sobie, sam chciałby wiedzieć dlaczego jego dom stał się przytułkiem dla rannej owieczki. Nie rozumiał swojego brata. Może i wiódł ludzkie życie, ale nadal był wilkiem i gdy był głodny, po prostu polował. Nie zabijał ludzi dla innych celów, a już na pewno nie bawił się jedzeniem.
- Zapytaj Lokiego, nie wiem jak działa jego skrzywiona psychika - odpowiedział szorstko, ale przynajmniej prawdziwie. Jego brat był inny niż reszta wilkołaków, nie tylko pod względem siły, wielkości czy też umiejętności. On po prostu inaczej myślał. Dziwne zachcianki brata zaczęły martwić Gabriela już dawno, bo choć zawsze przejawiał skłonności do wyjątkowego okrucieństwa i nie pobłażał nawet własnej rodzinie, dopiero jakiś czas temu zaczął zachowywać się w ten sposób. Bawić się ludźmi jakby byli lalkami. Blondyn zupełnie nie rozumiał jakim cholernym sposobem dostarcza mu to satysfakcji. Wiedział na pewno, że powinien współczuć Czerwonemu Kapturkowi, bo znał swego brata wystarczająco dobrze, by wiedzieć, że nikt bez wyjątkowo odpornej psychiki nie powinien pozostawać w kontakcie z nim dłużej, niż kilka minut.
Wilkołak wstał i nie kłopocząc się zmianą zakrwawionej pościeli, przykrył drżące ciało chłopaka. Zamknął okno, które do tej pory pozostawało uchylone i skierował się w stronę drzwi.
- Nie próbuj niczego, zaraz wracam - oznajmił, wychodząc razem z apteczką. Wiedział, że dzieciak nawet jeśli będzie chciał uciec, nie da rady. Zdziwiłby się, gdyby mógł chociaż zejść z łóżka i stanąć na nogi. Dlatego też bez obaw skierował się do łazienki, gdzie zimną wodą napełnił miskę i wrzucił do niej czystą ściereczkę. Wrócił z tym do swego pacjenta i bez żadnych wyjaśnień, wyciskając wcześniej materiał, położył go na drobnym czole. Wszystko będzie dobrze, jeśli do jutra spadnie mu gorączka. Jeśli nie, Loki może zacząć się martwić.
Stwierdzając, że zrobił już wszystko co mógł, Gabriel zrzucając z siebie ciuchy, których nie chciał zniszczyć, przybrał swą zwierzęcą formę. I w tej postaci wyglądał zupełnie inaczej niż brat. Naturalnie był znacznie mniejszy, bo niewiele większy niż przeciętny wilk. Jego sierść miała wyjątkowy, beżowy kolor, a pysk był dłuższy niż u innych. Nawet teraz nie wyglądał zbyt groźnie. Jakże pozory mogą mylić.
Nieczęsto przebywał w tym wcieleniu, ale skoro jego łóżko było zajęte, a on miał pozostać w pokoju i pilnować Kapturka, musiał się zmienić, gdyż podłoga nie jest zbyt wygodnym miejscem dla ludzkiego ciała. Dla wilka zaś wręcz przeciwnie, łóżko nie byłoby zbyt dobre. Dlatego też ułożył się w kłębek na dywanie, łypając jeszcze ostrzegawczo zielonymi gałami w stronę chłopaka. Zamierzał zasnąć, jednak miał nadzieję, że człowiek nie będzie na tyle głupi, by próbować to wykorzystać. Wilcze zmysły reagują natychmiast.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:10 pm


Super. Zero odpowiedzi. Czego się spodziewałem? Musiałem jednak spróbować. Z jednej strony chciałem zgrywać obrażoną księżniczkę, doskonale to potrafiłem. Z drugiej zaś... Nigdy wcześniej nie byłem ofiarą porwania. Zakładałem też, że... cóż. Porwanych przez wilki nie było wielu. A jeśli byli, to już raczej nie byli zdolni wypowiedzieć choćby słowa.
Znów ogarnęła mnie panika i czarna rozpacz. I tęsknota za Aleksandrem. Nie było go, nie uratuje mnie. Nigdy więcej miałem go nie zobaczyć. Próbowałem, ot, choćby dla samej ulgi, wycisnąć kilka łez, ale te nie chciały lecieć. Piekły mnie oczy i pękała głowa. Czułem się niczym żałosna kupka gruzu.
Gorączka utrudniała racjonalne myślenie. Zakrwawiona pościel była wilgotna i szorstka, a jednak nawet nie wiedziałem, kiedy zasnąłem. To zabawne, że w ogóle udało mi się zamknąć oczy. Raczej byłem pewien, że z przerażenia i nadmiaru emocji sen nie nadejdzie. Nie doceniłem jednak organizmu.
Jak przez mgłę obserwowałem jasnowłosego chłopaka, zmieniającego się w wilka. Był piękny. I mimo że nie tak imponujący jak ten, który mnie tutaj przyniósł, to i on wzbudzał respekt. Wolałem nie mieć z nim do czynienia w tej postaci, zwłaszcza ze zdołałem się przekonać, że w tej niepozornej postaci drzemie ogromna siła. Kim były te istoty...?
Zasnąłem.
Ale to nie był dobry sen. Śnił mi się Aleksander. Za każdym razem skąpany w szkarłacie i przerażający. Oddający mnie w łapska tych istot z własnej woli. Budziłem się kilkakrotnie, z początku z powodu gorączki, a później coraz silniejszego bólu. Chciałem krzyczeć, a potem mój wzrok padał na zwiniętego w kłębek wilka po drugiej stronie pokoju. Gryzłem więc wargi do krwi i odliczałem minuty tej nocy mając nadzieję, że nie dożyję ranka.
Nie wiem, która była godzina. Wyrwany z kolejnego koszmarnego snu oddychałem nerwowo i wierciłem się na łóżku. Zwierzę na podłodze nawet nie drgnęło. Zamarłem na dłuższą chwilę, a w mojej głowie krystalizował się rozpaczliwy plan. Oba wilki spały.
Uniosłem się do siadu niemal niwecząc wszystko przez podparcie się mocno zranioną ręką. Potworna fala nieludzkiego bólu niemal z powrotem wbiła mnie w materac. Z trudem powstrzymałem wrzask i zsunąłem nogi na ziemię. Jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak ostrożny. Zrobiłem kilka kroków, które trwały wieki; po każdym nasłuchiwałem czy któryś z wilków przypadkiem się nie obudził. W nocy, w tej nienaturalnej ciszy każdy dźwięk był milion razy głośniejszy, samo bicie mojego serca słychać było chyba na drugim końcu lasu.
Przy drzwiach zawahałem się; nie znałem tego domu, po ciemku każdy mebel był przeszkodą. Ale byłem już w połowie drogi. Bez większych problemów minąłem jasnego wilka, choć gdy warknął przez sen niemal zawróciłem. W progu stałem dobre kilkanaście minut próbując się uspokoić. To było czyste szaleństwo. Nawet gdyby udało mi się uciec, nie znałem lasu. Nie wiedziałem, w którą stronę iść, bałem się też, że nie wystarczy mi sił. Już teraz drżały pode mną nogi.
To nie odwaga. To głupota. Nigdy wcześniej nie robiłem nic ryzykownego. Wychowywany pod kloszem nie musiałem. Gwałtowne zderzenie z rzeczywistością przerosło mnie, jednak próbowałem. Miałem wrażenie, że lawirowanie między sprzętami w stronę drzwi trwa kilka wieków, choć naprawdę to były długie minuty. Gdy udało mi się dotrzeć do wyjścia i w ciemności odnaleźć klamkę, poczułem, że jej naciśnięcie mnie przerasta. Gdyby któryś z nich się teraz obudził... to prawda, że nie miałem już absolutnie nic do stracenia. Ale ciągle, z niewiadomych przyczyn, nie potrafiłem się poddać. Zawsze sądziłem, że gdy mojego ukochanego myśliwego zabraknie, nie zdołam przetrwać. Że przestanę mieć powód, by oddychać. Ale wciąż kurczowo trzymałem się życia.
Moi prześladowcy zapewne nie spodziewali się, że mógłbym porwać się na coś tak szalonego jak ucieczka. Drzwi uchyliły się po naciśnięciu klamki w momencie, gdy zdjęło mnie przerażenie na myśl, co zrobię, jeśli te okażą się zamknięte na klucz. Nie były.
Chłodny powiew wiatru nieco mnie orzeźwił jednocześnie wzmagając dreszcze. Popatrzyłem w mrok przed sobą. Jak miałem odnaleźć ścieżkę? Jak uciec...?
Nie zapamiętałem drogi tutaj. Przez sporą jej część byłem nieprzytomny. Ale... ale...
Odwróciłem się nasłuchując odgłosów wewnątrz domu. Wydawało mi się wręcz niemożliwe, iż udało mi się dotrzeć aż tutaj. Otworzyłem drzwi szerzej, by się przecisnąć, a wtedy te skrzypnęły. Odgłos, choć cichy, wydał mi się niczym wystrzałów armatni. Jakaś siła wypchnęła mnie na zewnątrz, a wtedy nie pozostało mi nic innego jak tylko puścić się biegiem na oślep przed siebie.
Tak też zrobiłem. Gałęzie drzew smagały mnie po twarzy i ramionach, co chwilę się spotykałem, a zimne powietrze przepalało mi płuca. Jeśli kiedykolwiek się modliłem, to właśnie wtedy. I jakoś tak głupio zaczynałem wierzyć, że mi się uda.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:13 pm


Gabriel zwykł mieć dość głęboki sen, jednak pomimo większości życia spędzonego w ciele człowieka, nadal był wilkiem. Jego zmysły potrafiły szaleć, były bardzo wyczulone, a on nie pozwalał sobie na brak czujności, gdy wiedział, że jest ona konieczna. Owa konieczność pojawiła się teraz, gdy spełniał prośbę starszego brata i głęboko w podświadomości zakodował sobie, że ranny chłopak ma zarówno przeżyć jak i nie uciec. Zasnął pogrążony w myślach o swym obowiązku, dlatego też, gdy tylko wyczuł w pokoju lekkie poruszenie, przebudził się. Chłopak nie dał nic po sobie poznać. Nadal leżał zwinięty w kłębek, nieruchomo, jakby faktycznie nic nie słyszał i nic nie czuł. Wyglądał na tyle nieszkodliwie, że nie dziwił się zbyt pobieżnemu osądowi jasnowłosego chłopca. Poczuł, że może się wydostać, przecież zarówno Loki jak i Gabriel spali. Nawet nie wiedział jak bardzo się myli.
Z zamkniętymi oczami nasłuchiwał, wyłapując każdy pojedynczy, nieśmiały krok stawiany przez człowieka. Kapturkowi wydawało się, że nie wytwarza żadnego dźwięku, jednak dla śpiącego wilka wśród panującej dotąd ciszy, nawet odchylenie kołdry zdawało się być hałasem. Jakkolwiek, postanowił bezczynnie leżeć, był ciekawy dokąd posunie się dzieciak i czy w ogóle da radę dojść do drzwi. W końcu jego rana jest poważna, targa nim gorączka i na dobrą sprawę, przyszły lekarz nie był do końca pewien czy chłopak przeżyje tą noc. Najwidoczniej jednak nie było tak źle jak zakładał.
Warknął, chcąc coś powiedzieć, gdy nieproszony gość minął jasny kłębek i niebezpiecznie zbliżył się do drzwi. Zamilkł jednak szybko, nie wydając żadnego więcej odgłosu, gdyż w porę zrozumiał, że tu kończy się jego rola. Mógł spać spokojnie nie przejmując się dłużej niedoszłym uciekinierem.


Nawet jak na wilkołaka, nie potrzebowałem dużej ilości snu. Wystarczała godzina, by moje ciało poddało się pełnej regeneracji, a zmęczenie odeszło w niepamięć. Obudziłem się samoistnie, moje czerwone tęczówki bez zaciekawienia omiotły wnętrze sypialni. Pokój wyglądał nadzwyczaj normalnie, a jedynym co mogło wydać się dziwne, była obecność tylko jednego okna, oraz całkowity brak łóżka. Mój słodki młodszy braciszek prowadził inny tryb życia. Lubił ludzkie ciało, ludzkie zajęcia, ludzkie przedmioty, ze mną z kolei było całkiem inaczej. Wolałem przejść przez życie w postaci wyrośniętego wilka, z której rzadko rezygnowałem na rzecz ludzkiej skóry. Ten dom i mieszczące się w nim przedmioty nie mają dla mnie żadnego znaczenia. Służą tylko po to, by sprawiać pozory i w jakiś sposób urozmaicać życie, które okazuje się zbyt nudne, gdyby ograniczyć je jedynie do polowania. Gabriel cieszył się towarzystwem książek, bez których ciężko było go spotkać, zaś ja wybrałem akompaniament muzyki, zacząłem interesować się tak zwanymi instrumentami i skończyłem na kupnie skrzypiec oraz pianina, stojącego obecnie w salonie. Więcej ludzkich czynności nie należy się u mnie doszukiwać, nigdy nie uważałem się za człowieka i nigdy nim nie będę. Przewodnim celem mojego życia nadal jest polowanie. Cóż, nieco urozmaicone polowanie. Takie, przy którym zamiast najeść się do syta, mogę się zabawić, poprawić humor, napawać widokiem krwi, bólu i cierpienia.
Niespiesznie podniosłem duże ciało z miękkiego dywanu, którym wyłożona była podłoga przy rozpalonym kominku. To miejsce odgrywało dla mnie rolę, jaką dla ludzi stanowi łóżko. Jest znacznie wygodniejsze, nie ogranicza mi miejsca i właściwie nie rozumiem, dlaczego Gabriel woli tą drugą opcję. Ba, w ogóle nie mam pojęcia co kieruje mym bratem, że wybrał tak idiotyczną drogę, na dodatek codziennie odwiedzając miasto, gdzie uczęszcza na zajęcia. Drapieżnik studiujący medycynę! Istna farsa.
Moje uszy zadrżały, jednocześnie gwałtownie się prostując, kiedy za ścianą, gdzie mieściła się sypialnia mniejszego wilka, usłyszałem jakieś poruszenie.  Przemieszczający się zapach wskazywał na to, że moja słodka, mała ofiara kieruje się w stronę korytarza. Blondyn z pewnością leżał nieruchomo, jednak szybko zorientowałem się, że wyczuł iż wstałem. Ja stawiałem głównie na siłę i sprawność, mój młodszy braciszek za to miał dużo bardziej wyczulone zmysły. Równoważyliśmy się.
Powstrzymałem się od natychmiastowego opuszczenia własnej sypialni, by zatrzymać rannego chłopaka. Uznałem, że zabawniej będzie, gdy pozwolę mu uwierzyć w powodzenie tej nieudolnej ucieczki. Niech się uspokoi, niech myśli, że jego koszmar się skończył, podczas gdy nawet na dobre się nie zaczął.
Z okrutnym uśmiechem, wyszczerzając pokaźne, niebezpieczne kły, podszedłem do jedynego okna w pokoju, przez które śmiało wlewało się światło księżyca. Westchnąłem z politowaniem widząc drobne ciało puszczające się biegiem w stronę lasu i instynktownie oblizałem pysk, czując jak moje łapy same się rwą, by za nim podążyć. Szczególnie gdy tak uciekał i panikował, miałem ochotę pochwycić go w swoje szpony i ranić coraz bardziej, aż będzie miał dość, aż nie będzie w stanie się podnieść, starczy mu sił tylko na oddech. Zapragnie umrzeć, ale ja nie dam mu tego przywileju. Nie mogłem się doczekać.
Wciąż będąc w postaci wilka, podążyłem spokojnym, drapieżnym krokiem w stronę drzwi wyjściowych. Po opuszczeniu mieszkania, oprócz delikatnego chłodu i rześkiego powietrza poczułem uderzający zapach chłopaka, wymieszany z przyjemnym odorem krwi i łez. Zaciągnąłem się, obdarzając przestrzeń swym lubieżnym uśmiechem. Biegnij owieczko, biegnij.
Podążając za bardzo dobrze wyczuwalnym zapachem, w końcu ruszyłem, już po chwili puszczając się biegiem. Dogonienie małego Czerwonego Kapturka zajęło mi bardzo niewiele czasu, jednak wciąż się nie ujawniałem. Podążałem za jego cieniem, kryjąc swą postać w gęstych krzewach i przemieszczając się między grubymi pniami drzew. Obserwowałem go szkarłatnym spojrzeniem, niczym polujący drapieżnik. Szedłem wolno, po cichu i pilnowałem by mnie nie dostrzegł. Od polowania ta sytuacja różniła się tylko zakończeniem, bowiem nie zamierzałem i wcale nie chciałem zrobić z chłopca dzisiejszej kolacji. No, przynajmniej dopóki będzie mnie zabawiał tak dobrze jak teraz.
Widziałem w jak opłakanym jest stanie i wiedziałem, że nawet jako zwykły człowiek, bez problemu mógłbym zrobić z chłopakiem co chcę. Był tak słaby i bezbronny, a jednak nadal wierzył, że może mu się udać ucieczka, że może wyrwać się z moich szponów i utrzymać się swego żałosnego życia. W końcu zwolnił, nie mógł przecież cały czas biec. W dodatku nie miał bladego pojęcia dokąd zmierza. Nie mógł wiedzieć, że zamiast wracać do miasta, coraz bardziej się od niego oddala. Miałem zamiar pobawić się tak jeszcze chwilę jego kosztem, jednak jakieś ścierwo mi w tym przeszkodziło.
Białowłosy nie miał nawet czasu, by się zorientować jak w jego stronę biegnie szary, zwykły wilk, zaś we mnie w jednej chwili nabuzowała wściekłość. Jak taki pachołek śmie polować na tą samą zdobycz co ja?
Zmieniłem się w człowieka, nie zważając na chłód, który dotknął nagiej skóry, nie chronionej już  sierścią. W ciągu sekundy stanąłem obok MOJEJ zabaweczki, chwytając za kark, skaczącego w tej chwili drapieżnika, kiedy ten miał już zatopić swoje kły w krtani chłopaka. Z niepohamowaną furią, wgniotłem jego pysk w ziemię. Jedynym co usłyszeliśmy był krótki pisk, po którym zwierzę nie było w stanie wydobyć z siebie już nic. Dzikim spojrzeniem jeszcze przez chwilę wpatrywałem się w bezwiedne ciało, aż w końcu wróciłem do pionu, z charakterystycznym uśmieszkiem wpatrując się w Kapturka.
- Ludzie i ich wyjątkowo silny instynkt przetrwania. - Pochyliłem się nad drobnym ciałem, zaciskając mocno długie palce na uszkodzonym ramieniu dzieciaka, pilnując by nic mu nie zrobić, a jednocześnie sprawiając niewyobrażalny ból. - A więc, słodki, malutki Czerwony Kapturku... - Pochyliłem się jeszcze bardziej, drugą dłonią chwytając drobny podbródek i zaglądając głęboko w wyjątkowo piękne, zaszklone przez gorączkę oczy. Mój głos znacznie się ściszył i bardziej niż ludzką mowę, przypominał warkliwy syk. - Myślałeś, że możesz mi uciec? - Dłoń z podbródka natychmiast się uniosła i wymierzyła solidny cios w blady policzek, zaś druga ręka trzymająca ramię, nie pozwoliła chłopakowi upaść.
-- Moje biedactwo - wymruczałem, tym razem wręcz pieszczotliwym gestem jeżdżąc palcami po zaczerwienionym policzku. Mój wzrok cały czas wwiercał się w ten obraz rozpaczy. Piękny, idealny, przyprawiający mnie o dreszcze. Pochłaniałem go swym szkarłatnym spojrzeniem i z trudem powstrzymywałem się od posunięcia o krok dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Suicide

avatar

Liczba postów : 134
Join date : 12/09/2015
Age : 101
Skąd : Fak ju.

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:25 pm


Przez tę krótką chwilę pozwolili mi wierzyć, że ucieczka się powiodła. Nie mogłem wiedzieć, bo i skąd, że te bestie są aż do tego stopnia czujne. Wydawało mi się, że byłem cicho. Straciłem na tym mnóstwo czasu, energii i nerwów podskakując na każdy najmniejszy nawet dźwięk. Starałem się nawet nie oddychać. Tak wiele trudu kosztowało mnie dotarcie do drzwi. Cały czas z tą głupią, naiwną wiarą, że jestem sprytny i za moment będę wolny. Gdybym tylko wiedział, że jestem w tej chwili jedynie dobrą rozrywką dla dwóch, wcale nie śpiących drapieżników...
Uciekałem w zastraszającym tempie gubiąc siły. Adrenalina pchała mnie naprzód, przerażenie, mimo bólu i zmęczenia, poruszało moim nogami. Chciałem się zatrzymać i złapać oddech. Chciałem zasnąć. A jednak wciąż leciałem przed siebie walcząc z gałęziami, zupełnie nieświadom, że krok w krok podąża za mną morderca bez skrupułów.
Nie doceniłem go. Nie znałem zamiarów i planów. Nie przeszło mi przez myśl, że skoro ten mężczyzna... wilk... kimkolwiek, czymkolwiek był, natrudził się, by mnie do siebie przenieść, to z pewnością nie po to, by teraz tak po prostu dać mi uciec.
Zaczynało brakować mi energii. Słabłem z chwili na chwilę, nogi coraz bardziej się plątały i coraz częściej się potykałem. Nadal nie potrafiłem odnaleźć nic, co zasługiwałoby na nędzne miano jakiejkolwiek ścieżki. Nie sądziłem, że odnajdę ją w tym nieprzeniknionym mroku, liczyłem po prostu na… mniej drzew, ostrych krzaków… Moje ubranie znajdowało się w opłakanym stanie. Strzępy czerwonej pelerynki zwisały smętnie nie dając żadnej ochrony przed chłodem, który, mimo wysiłku, był coraz bardziej przenikliwy. Zamiast się rozgrzać coraz bardziej trząsłem się z chłodu.
W pewnym momencie poczułem gwałtowny dreszcz na plecach. Zupełnie jakby ktoś śledził każdy mój ruch. Było mi nieswojo; zerknąłem przez ramię w naiwnej próbie wypatrzenia intruza, ale, nie oszukujmy się; w tym gąszczu byłoby to dla mnie niewykonalne nawet w ciągu dnia. Brakowało mi wrażliwości typowej dla mieszkańców lasu. Nie posiadałem instynktu i mocno rozwiniętych zmysłów.
Za mną znajdowała się nieprzenikniona ściana drzew. Przede mną również. Czułem, że jestem u kresu wytrzymałości. Straciłem do reszty czujność częściej oglądając się za siebie niż uważając na drogę przede mną.
Loki, Loki, Loki. Jasnowłosy chłopak tak go nazywał. Gdyby Loki się dowiedział, że uciekłem, co by zrobił? Machnąłby ręką czy raczej wpadł w szał? Pobiegłby mnie szukać czy po prostu poczekał do ranka i przyniósł mnie z powrotem zziębniętego i nieprzytomnego? Dostawałem dreszczy na samo wspomnienie jego szkarłatnego spojrzenia. Jak mogłem być tak głupi i naiwny, by wdawać się z nim w jakiekolwiek dyskusje? W tej chwili, z perspektywy czasu, wyraźnie widziałem, że mordercą Aleksandra po prostu nie mógł być kimś inny. A ja stałem tam i pozwalałem, by ten obłudnik pocieszał mnie i…
Zdrową rękę uniosłem do ust i zasłoniłem je dusząc się od powstrzymywanego płaczu. Otarłem krew, pot i łzy z twarzy i odgarnąłem pozlepiane włosy z czoła. Zupełnie nie wiedziałem, że w moją stronę zmierza zupełnie inna istota, w porównaniu do poprzednich zupełnie nieszkodliwa, jednak w starciu ze mną… Mająca znaczącą przewagę.
Niewiele widziałem, bardziej instynktownie niż z jakąkolwiek pewnością zasłoniłem szyję i zachwiałem się robiąc krok. Dopiero wściekłe kłapnięcie ledwie parę centymetrów od mojej twarzy uświadomiło mi sytuację w jakiej się znalazłem.
Jasny wilk został szarpnięty i powstrzymany. Usłyszałem huknięcie i rozpaczliwy skowyt, a potem oczekiwałem, że zwierzę podniesie się i z podkulonym ogonem odbiegnie w głąb lasu.
Nie podniosło się.
I wątpliwe było, by kiedykolwiek miało to zrobić.
Cofnąłem się gwałtownie przeklinając w myślach drzewa, na które za chwilę wpadłem plecami. Podbródek mi drgał, kiedy nagi mężczyzna, którego więcej pamiętałem, niż w tej chwili dostrzegałem, zbliżał się do mnie. Wyraźnie wyczuwałem jego intensywny zapach i gorący oddech.
- T…Ty… – nie sądził chyba, że zamierzałem mu podziękować za ten ratunek? Wciąż miałem przed oczami z jaką łatwością mężczyzna wbił silne zwierzę w glebę. Czym w porównaniu ze zdrowym wilkiem byłem ja…? - Dla… Aaarrgh…! – koszmarny, obezwładniający ból sprawił, że niemal zgiąłem się w pół. Miałem wrażenie jakby ktoś żywcem rozerwał mi rękę i przypalał ją metalowym prętem, ot tak, dla zabawy. Wyłem z bólu krótką chwilę, potem po prostu zająłem się gryzieniem warg, bowiem zdarte gardło zaczynało odmawiać mi posłuszeństwa.
- C-Co ja ci zrobiłem? – spytałem unikając spojrzenia, w którym odbijało się nikłe światło księżyca i moje ciemne odbicie. - Puść mnie… a…albo zabij od razu… J-ja… Ni-Nie chciałem uciec, ja… – gorączkowo zastanawiałem się jak beznadziejne będą wszystkie odpowiedzi, na które w tej chwili było mnie stać. Ból uniemożliwiał trzeźwą ocenę sytuacji…
Solidny cios w policzek zaskoczył nawet mnie. Upokorzenie i wstyd zdołały się przedrzeć i nie zdołałem podnieść głowy chowając twarz za włosami. Nie chciałem, żeby mnie dotykał. Jego dłonie wywoływały we mnie jakieś dziwne uczucia, bynajmniej nie pozytywne. Sam dotychczas nie wiedziałem, że strach może mieć tyle twarzy. Gdy mężczyzna dotknął obolałego policzka szarpnąłem się pomimo ręki i odchyliłem głowę do tyłu tak bardzo jak tylko byłem w stanie.
- Nie dotykaj… mnie – warknąłem rozpaczliwie - N-Nie masz prawa… Nie takie brudne, wstrętne… stworzenie… – Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby się zamknąć. Wolną ręką wymierzyłem solidny w moim mniemaniu cios prosto w żołądek mężczyzny z nadzieją, że uścisk na ramieniu się zwolni choć trochę. Nie zwolnił, oczywiście, że nie.
Ale skoro ucieczka się nie powiodła, a ja sam nie miałem już żadnych szans na uwolnienie się, pragnąłem doprowadzić do tego, żeby po prostu mnie tutaj rozszarpał. Dotychczas tak bardzo walczyłem o życie, zaś w tym momencie tak beztrosko chciałem się go pozbyć.
Uderzyłem dłoń Lokiego, tę, która sunęła po zaczerwienionym policzku. Nie dotykaj.
Brzydziłem się nim. Jak nigdy nikim. Mimo doskonałego piękna, jakie sobą prezentował nienawidziłem go tak okropnie, że chyba jeszcze tylko to trzymało mnie w pionie. Powoli przestawałem mieć czego się trzymać.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   Pon Wrz 14, 2015 8:35 pm



Okrzyk bólu wydobywający się z ust mego maleństwa brzmiał tak zachęcająco... Tak podniecająco. Skowyt zabitego wilka leżącego obok naszych stóp nawet się do tego nie umywał. Cierpienie widoczne na bladej twarzy, odgłosy rozpaczy i szczere oczy wypełnione łzami stanowiły obraz tak piękny i unikalny, że ciężko ubrać w słowa emocje towarzyszące przy obserwowaniu tych wspaniałych reakcji. Mój uśmiech i wzrok wydający się pochłaniać całe drobne ciało doskonale odzwierciedlał buzujące wewnątrz emocje. Drżałem. Tak cholernie chciałem ujrzeć jeszcze więcej krystalicznych łez, usłyszeć głośniejszy, wołający o pomoc i litość krzyk. Przymknąłem oczy, powoli wciągając powietrze, starałem się opanować własne żądze. Wiedziałem, że gdybym się im poddał, zabiłbym dzieciaka, a tak bardzo pragnąłem pobawić się dłużej. Dłużej niż z mym drogim Alexandrem, przy którym nie potrafiłem się powstrzymywać. Jednak to już nieco inna sprawa. On nie był tak piękny jak Mały Czerwony Kapturek, jego rozpacz nie była tak zachwycająca. Chciałem po prostu żeby cierpiał za wszystkich mych pobratymców, na których odważył się podnieść rękę. Tak naprawdę nie udało mi się przekazać mu choć połowy swej nienawiści, a wszystko przez to, że się w porę nie opanowałem. Na szczęście mam w swoich rękach ukochanego tego drania i drugą połowę z wielką chęcią przeleję na to bezbronne stworzenie. Odbiorę mu tą słodką niewinność, będzie krzyczał, płakał, cierpiał i coraz bardziej nienawidził. Będzie zdany na moją łaskę. Patrz na to Alexandrze.
Nie mogłem powstrzymać mrożącego krew w żyłach, nieprzyjemnego śmiechu, gdy dotarło do mych uszu przepełnione goryczą pytanie. Słyszałem je już tak wiele razy. "Dlaczego?", "co ja ci zrobiłem?", "proszę, miej litość", "proszę, nie", dlaczego... To takie zabawne! Czy warto zastanawiać się nad odpowiedzią? Czy naprawdę te żałosne istoty myślą, że powinien istnieć jakiś powód? Czy byłyby usatysfakcjonowane, gdym rzekł "dla zabawy"? Głównie na tym opierały się moje czyny. Pragnąłem rozrywki, urozmaicałem sobie życie tak samo jak myśliwi poprzez polowanie. Czymże się to różni? Powód jest taki prosty, a jednak muszą o niego pytać. Szukają większego sensu, dla którego stracili życie. Prawda zwyczajnie ich boli, boli ich, że są niczym więcej jak zwierzyną, tak bardzo nie podoba im się odwrócenie ról. Ludzie, żałośni ludzie.
Chociaż muszę przyznać, że w przypadku Czerwonego Kapturka jest inaczej. Wiąże się to nie tylko z zabawą, nie tylko z pożądaniem i podnieceniem jakie czuję patrząc na tak piękne oblicze nieszczęścia. Tu dużą rolę odgrywa kochany Alexander. Słodki białowłosy był z nim silnie związany, kochał go, pragnął stać przy boku tego ścierwa i poniesie za to karę, przy okazji urozmaicając każdy mój dzień i każdą noc. Niech żałuje, że związał się z Alexandrem, niech żałuje, że znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Teraz jego istnienie polega jedynie na sprawianiu mi przyjemności. Na zadowalaniu tego, kto pozbawił go ukochanego. Biedny, Czerwony Kapturek.
Zadziwiające jak zmienną istotą może być człowiek. Uciekał, choć twierdzi, że tego nie chciał. Słucham? Trzymał się życia, próbował wrócić do miasta, a teraz tak po prostu prosi o śmierć. Uśmiechałem się złowieszczo, patrząc spragnionym wzrokiem na dzieciaka, napawając się jego intensywnymi uczuciami, strachem i smutkiem przeplatanym ze złością. Silnie czułem jego nienawiść. Podobał mi się ten widok. Zachwycający, poruszający, pobudzający wszystkie moje zmysły. Ach Kapturku, co ty ze mną robisz, mam ochotę wykorzystać cię na milion różnych sposobów, mam ochotę cię posiąść, pożreć a jednocześnie sprawić, że przeżyjesz. Stawiasz mi wyzwanie dzieciaku.
Przestałem się uśmiechać, gdy owieczka wydobyła ze słodkich ust kolejne słowa. Moje tęczówki pociemniały w wyniku silnego rozdrażnienia, a palce do tej pory delikatnie sunące po gładkim policzku, przyozdobiły się w pazury zostawiając na cienkiej skórze widoczne nacięcia. Zabrałem rękę z bladej twarzy, przez chwilę trwając w milczeniu i patrzyłem głęboko w zaszklone oczy. Nie zrobiłem absolutnie nic, gdy na ciele poczułem uderzenie, przypominające raczej lekkie łaskotanie, nie wywierające na mnie żadnego wrażenia.
Wziąłem głęboki wdech, wiedząc, że niewiele brakuje mi do rozszarpania drobnego ciała. Pozornie spokojnie, zabrałem rękę z drobnego ramienia, pozwalając by bezsilne ciało powoli zaczęło opadać ku ziemi. Gwałtowny ruch, tak różny od tego sprzed chwili, utrzymał chłopaka w pionie. Dłoń, która złowieszczo oplotła się wokół smukłej szyi poderwała lekkie ciało do góry zabierając chłopakowi grunt spod nóg. Z czystą wściekłością taksowałem dzieciaka wzrokiem, walcząc z chęcią zaciśnięcia dłoni mocniej, aż rozgniecie jego krtań. Bez cienia współczucia obserwowałem jak się dusi. Obniżyłem jego ciało tylko trochę, tak by przerażona twarz znajdowała się na poziomie mojej.
- Słuchaj gówniarzu - warknąłem, niemalże czując jak czerwone oczy mienią się odcieniami szkarłatu i czerni. - To ty zabiłeś swojego ukochanego. - Zaśmiałem się, zaś mój chichot wypełnił echem głuszę lasu. - Jak myślisz, dzięki komu go znalazłem? - Wyprostowałem rękę gwałtownie, jednocześnie brutalnie upuszczając ciało na ziemię. Przyklęknąłem, chwytając białe włosy i ciągnąc je ku górze. Nie dając mu chwili na odsapnięcie, zmuszałem do patrzenia w pociemniałe oczy.
- Nie zabiję cię. Sprawię, że oszalejesz z bólu, rozpaczy i cierpienia. Módl się do swojego żałosnego boga, byś wytrzymał jak najkrócej. - Puściłem jasne włosy zamaszystym ruchem odrzucając chłopięcą głowę. Podniosłem się na nogi i skłoniłem delikatnie, już z fałszywym, uprzejmym uśmiechem nachylając się ku dzieciakowi. - Wstań słodziutki i grzecznie wróć ze mną do domu. - Wyciągnąłem w stronę leżącego Kapturka pomocną dłoń, zupełnie nie przypominając krwiożerczej bestii, którą ujrzał przed kilkoma chwilami.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru   

Powrót do góry Go down
 
Once Upon a Time >> Shounen-ai / 2os. / Brak naboru
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 3Idź do strony : 1, 2, 3  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: