IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 9 ... 15  Next
AutorWiadomość
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Wrz 29, 2015 8:27 pm


Śmiał się cholera. Ba, mało powiedziane, on ledwie powstrzymywał dziki napad śmiechu i aż dusił się od wstrzymywania tej zbyt gwałtownej reakcji. Że niby co jest takie śmieszne? Uważa, że tylko zgrywam odważnego i mówiąc, że się nie boję kłamię? Nie, przecież wie, że ktoś taki jak ja nie posiada zbyt wielu strachów i z dumą oraz pewnością idzie przez życie. Jazda sprzętem o tak pokaźnej mocy silnika, zdając się na osobę, która równie dobrze mogłaby zajechać nim prosto do nieba, przecież wcale nie jest taka straszna w obliczu innych przypuszczalnie niebezpiecznych sytuacji, mogących towarzyszyć człowiekowi podczas całego życia. Poza tym Zack jak nikt inny powinien wiedzieć do jakiego stopnia kocham czuć adrenalinę. Nie bez powodu jeżdżę właśnie takim motorem, biorę udział w nielegalnych wyścigach, skaczę na bungee i ze spadochronem, oraz wykonuję inne ekstremalne sporty. Kocham stan swego umysłu, w jakim znajduje się on w obliczu takich właśnie zdarzeń. Również moja praca doskonale odzwierciedla moje uwielbienie do ryzyka, choć o tym chłopak nie może wiedzieć. A co więcej, nie może przenigdy w ogóle odkryć czym zajmuję się na co dzień. W każdym razie, wszystkie te przytoczone argumenty wyraźnie mówią, że owszem - niczego się nie boję, a już na pewno nie tego, że Zack zderzy się z jakimś drzewem, budynkiem albo tirem. Właściwie bardziej niż o swoje życie martwię się raczej o swoją ukochaną. Co ja bym począł, gdyby doznała jakiegoś urazu? Nie rozumiem co tak bardzo rozśmieszyło chłopaka, a nie sądziłem, by w ten dosadny sposób wyrażał po prostu wielkie zadowolenie, iż będzie miał okazję poprowadzić. Nawet jeśli nie każdy może zasiadać za sterami takiej panienki i zdecydowanie podobna okazja jest powodem do szczęścia.
Ku mojemu zadowoleniu, Zack się w końcu opanował. Całe szczęście, bo zaczynał być irytujący. Z ponurym wyczekiwaniem patrzyłem na chłopaka spod zapuchniętych powiek, potulnie wręcz siedząc na miejscu pasażera. Oczywiście wiedziałem, że naturalną koleją rzeczy, niebieskowłosy usadowi się przede mną, a jednak gdy to zrobił, poczułem przemożną chęć zepchnięcia go z tego miejsca, niczym dziecko wyganiające upierdliwego kolegę z piaskownicy. Moja Hania prowadzona przez nieznajomego jej człowieka... Już miałem zrezygnować z pomysłu oddania jej w ręce Zacka, gdy przypomniały mi się jego słowa. Nie, jeśli teraz postawię na swoim, on uzna, że faktycznie się boję, nawet jeśli nie ma mocnych podstaw do wysuwania takich wniosków. Zrezygnowałem więc z jakichkolwiek protestów i z westchnieniem zrezygnowania opuściłem przeźroczystą zasłonkę kasku.
Czułem się co najmniej dziwnie siedząc na tyłach swojego własnego motocykla. Pierwszy raz patrzyłem na świat z perspektywy pasażera, nie kierowcy. Zamiast rozpościerającego się przed oczami widoku malowniczej polanki, na którą nas przywiozłem, miałem przed sobą szczupłe plecy Zacka i wyjątkowe błękitne włosy, skryte już po chwili pod nakryciem głowy. Nawet jeśli ten widok wydawał się po części lepszy niż jakiekolwiek krajobrazy, nie mogłem uciec od tego nieokreślonego wrażenia. Czułem się po prostu nieswojo.
Odsuwając na bok silne obiekcje, po raz kolejny cierpiętniczo westchnąłem i uniosłem dłonie, pewnym ruchem obejmując smukły pas chłopaka. Mimowolnie uśmiechnąłem się pod nosem. Gdy jechaliśmy tutaj, to Zack siedział za mną i choć ciepło jego ciała było przyjemne, nie mogłem się nim w pełni napawać, jednocześnie będąc skupionym na drodze, oraz nie widząc tej pięknej sylwetki. Teraz za to siedziałem z tyłu, mogąc przy tym całkowicie skupić swą uwagę na drobnym w porównaniu do mnie chłopaku i na wymacywaniu jego delikatnie zarysowanych mięśni brzucha przez koszulkę. Chłopak ruszył, a ja całkiem świadomie wykorzystując małą jeszcze prędkość, przesunąłem palcami po brzuchu chłopaka, jeden z nich niby przypadkiem wsuwając pod materiał koszulki, podrażniając gładką skórę. Ta zabawa zdecydowanie mocno pomagała mi oswoić się z myślą zdradzenia Hondy i zacząłem dostrzegać zalety wyrażenia zgody na prowadzenie jej przez dawnego przyjaciela. Gdy przyspieszył, zaprzestałem obmacywania jego kuszącego brzuszka, gdyż mimo wszystko nie chciałem by rozpraszał się zbyt mocno przy jeździe, tym bardziej że zaledwie delikatny nacisk na gaz wyraźnie odczuwalny był przez naszą dwójkę. Zack może i nie był złym kierowcą, ale widoczne było jego niedoświadczenie w stosunku do sprzętu jaki mu powierzyłem. Ta myśl mnie nieco zaniepokoiła, ale ostatecznie i tak skończyłem na słusznym wniosku o swej bezradności w stosunku do zaistniałej sytuacji. Poza tym obejmowanie Zacka naprawdę wynagradzało mi lekką niepewność co do słuszności podjętej wcześniej decyzji.
Przysunąłem się bliżej chudego ciała, jeszcze mocniej obejmując silnymi rękami talię młodszego chłopaka. Gdybym mógł, bardzo chętnie złożyłbym teraz lekki pocałunek na długiej szyi , w tym jednak przeszkadzał mi kask, zarówno ten założony przeze mnie jak i przez niebieskowłosego. Ograniczyłem się więc do ścisłego przylegania do jego pleców i głośnego wykrzykiwania drogi prowadzącej ku wyjazdowi z lasu. Gdy wyjechaliśmy na miasto, w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy Zack mnie nie słyszy, czy tylko udaje głuchego. Miałem problemy z oczami, ale nie z gardłem, więc z całą pewnością wyraźnie zakomunikowałem iż chcę skręcić w prawo, abyśmy skierowali się prosto do mojego apartamentowca, a tymczasem chłopak podążył w zupełnie przeciwną stronę. Nie zareagował również, gdy wskazałem kolejny zakręt, którym moglibyśmy nawrócić na odpowiednią drogę.
Zamilkłem marszcząc brwi, gdy byłem już pewny, że Zack z pełną premedytacją ignoruje moje wskazówki, a na dodatek, sądząc po pewności z jaką wchodzi w każdy zakręt, sam dobrze wie, gdzie zmierza. Nie podobało mi się, że chłopak podjął jakąś decyzję bez mojej zgody, poza tym nie lubiłem niespodzianek i to ja wolałem mieć wszystko pod kontrolą, co obecnie brutalnie zostało mi odebrane. Nie miałem pojęcia gdzie się kierujemy i przeklinałem starego przyjaciela za tak odważny, pozbawiony mojej interwencji czyn. Ktoś tu chce się ze mną pogniewać.
Moje oczy mimo tego, że przypominały szparki, z całą pewnością się poszerzyły, gdy w końcu uświadomiłem sobie skąd znam tą spokojną dzielnicę wypełnioną ładnymi domkami jednorodzinnymi i jeszcze piękniejszymi ogródkami, które je otaczają. Cholera. Nie, przecież to nie możliwe. Z jakiej racji Zack miałby chcieć mnie tu zabierać? Musiało mi się coś pomieszać.
Ale nie. Nie pomieszało mi się.
Zastygłem, gdy stanęliśmy przed bardzo dobrze znanym mi domem, a Zack beztrosko zsiadł z motocykla. Na pewno nie przypominał człowieka, który właśnie zrobić coś całkiem bez mojej zgody, a także nie przywodził na myśl osoby, która właśnie naraża drugiego człowieka na palpitacje. Serce podeszło mi do gardła. No proszę, nowe, od bardzo dawna niewystępujące u mnie uczucie. Coś jakby... strach?
Zabrał mnie do swojego domu, a ja mam pełną świadomość tego kto się tam znajduje. Jego matka. Matka, która nie ma pojęcia, że to przeze mnie skazana była na wspieranie syna w tak ciężkich dla niego dniach. Nie mogła wiedzieć, że od poczucia chęci mordu względem mnie, dzieli ją tylko niewielki skrawek wiedzy. Nie widziałem się z nią od trzech lat i wcale nie chciałem zobaczyć. Wystarczy, że spotkałem Zacka. Rozmowa z jego kochaną, wcale nie nienawidzącą mnie matką jest po prostu zbyt ciężka. Nie dzisiaj, nie teraz. Nigdy.
Daniel, nie masz szesnastu lat.
Odetchnąłem głęboko, starając się wyglądać na całkowicie rozluźnionego, gdy zsiadałem z Hondy i odkładałem do bagażnika kask. Nie jestem nastolatkiem, potrafię przecież panować nad swoimi emocjami. Drake mnie tego nauczył. Nie zrobiłem nic złego. Ona o niczym nie wie. W jej oczach jestem tym samym uroczym Dannym, z którym uwielbiał przebywać jej syn.
W końcu podniosłem wzrok na chłopaka, posyłając mu groźne spojrzenie. Oczywiście w rezultacie wyszło mi jedynie delikatne zmarszczenie brwi i wygięcie ust w podkowę, bo oczy nie były już niczym więcej niż małymi szparkami. Moja widoczność była ograniczona do jakiś dziesięciu procent tego, co mogę dostrzec zazwyczaj.
- Mam - odparłem sucho, stając obok chłopaka i lekko nieobecnym spojrzeniem wpatrując się w drzwi, które nieoczekiwanie poczęły się uchylać. Cóż, Honda jest dosyć głośna, a na dodatek matka Zacka spodziewała się jego wizyty, więc nic dziwnego, że tak szybko pojawiła się w progu drzwi. Naprawdę nie moglibyśmy odwlec tego spotkania w czasie? Najlepiej tak, by w ogóle do niego nie doszło. Cholera Zack. Czy to część twojej zemsty? Chcesz mnie przytłoczyć wyrzutami sumienia, albo zdruzgotać mój mózg od nadmiaru wrażeń? Cholera. Zack. Zabiję cię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Wrz 30, 2015 9:25 pm

Mój wybuch musiał go najwyraźniej urazić bowiem nie wydawał się zbytnio zadowolony z tego iż wyśmiewam jego nieustraszoność. Nie mógł mieć mi za złe tego, że przed momentem poprawił mi humor do tego stopnia, że świadomie zignorowałem podłe obmacywanki podczas jazdy. Prawdę mówiąc, miałem ochotę zatrzymać się już po chwili gdy z premedytacją muskał mnie swoimi łapami po brzuchu. Było to skrajnie rozpraszające i sadziłem, że nie ma nic gorszego do momentu, gdy pozwolił sobie na o wiele więcej i zaczął się do mnie niemal dobierać. Oh, jakże miałem ochotę zrzucić go z pojazdu gdy był do tego stopnia rozpędzony. Zacząłem się aż sam siebie się obawiać, gdy jedynym co mnie od tego powstrzymało, był strach o własne życie ponieważ by go od siebie odczepić, musiałbym puścić kierownice. Podejrzewam, że nie skończyło by się to dla mnie samego najlepiej. A przecież chciałem dojechać do domu matki. O własnych siłach, a nie w ambulansie lub trumnie.
Doskonale zapamiętałem dużą większość drogi więc z słuchać Daniela nie musiałem prawie w ogóle co ulżyło mojemu nadwerężonemu ego. O ile zazwyczaj ma się doskonale, dzisiaj zostało porządnie sprowadzone do parteru przez wspomnienia i fakt, że w pewnym momencie aż odczułem jak staję się tym szesnastolatkiem z wtedy. Byłem wtedy bardzo niedowartościowany za sprawą oczywiście mojego drogiego przyjaciela, który pochłaniał cały blask. Rzucał się w oczy, był głośny i, w pewnym sensie, charyzmatyczny. Atrakcyjny prawie wcale. Nie, nie. Nie próbuje oszukiwać sam siebie. Najzwyczajniej w świecie nie widziałem w jego osobie nic pociągającego. O ile doceniłbym urodę niektórych mężczyzn (w kwestii zwykłej obiektywności), tak Danny nie wyróżniał się niczym specjalnym. Prędzej jego starszego brata uznałbym za obiekt , na którym warto zawiesić wzrok niż ciemnowłosego, chuderlawego szesnastolatka. Owszem, wyglądał inaczej, ale w naszym środowisku wypadał raczej średnio. A skoro on wypadał średnio, proszę sobie wyobrazić gdzie ja stałem w swoim własnym rankingu. Oczywiście, nie widziałem sobie nic specjalnie urodziwego. Wiecznie podpuchnięte i zaczerwienione oczy od godzin niespania i spędzania czasu z Danielem, pospolite w kolorze włosy. Poza tym, wziąłbym także pod uwagę fakt, że w tamtym czasie byłem niższy od większości dziewczyn w moim wieku. Cóż, czułem się bezwartościowo gdy ustawiłem się linii z Curtisem, o ile tylko z nim.
Dzisiaj uważam, że wygląd jest najmniej ważny. Zacząłem doceniać wartości intelektualne. Walory fizyczne nie miały dla mnie największego znaczenia bowiem oczywiście nawet nie zwracałem uwagi na to wśród potencjalnych partnerów. O ile takowi się znaleźli, co w gruncie rzeczy zdarzało się o wiele za rzadko jak na przedstawiciela mojej grupy wiekowej. Kwestie prokreacji pozostawiałem kwestii dojrzałości do takiej odpowiedzialności. W obecnej chwili, myśl ,że w przyszłości mógłbym mieć dzieci, napawała mnie odrazą, strachem i chorą niechęcią. Rok zajmowania się młodszym rodzeństwem skutecznie mnie zniechęcił do tego zadania, ale już dawno zdecydowałem, że nie pozwolę się zaszufladkować w obecnych poglądach i, rzecz jasna, nie będę się ich trzymał uparcie do samego końca. Praktykowałem stwierdzenie, że na wszystko znajdzie się odpowiednia chwila, moment i czas. Gdzieś w dalekiej przyszłości. Może około sześćdziesiątki. Nie będę musiał oglądać swoich dzieci na tyle długo by obrzydło mi bycie rodzicem.
Chwile wpatrywałem się w dom nim zupełnie wróciłem do rzeczywistości za sprawą uchylających się drzwi frontowych. Do moich uszu dotarło niezadowolenie Daniela. Nie powiem mu, że na uwadze miałem jedynie jego zdrowie i swój pośpiech. Głównie pośpiech.
Chłopak zaś zapewne pomyślał sobie o mnie same najgorsze rzeczy, że specjalnie sprowadziłem go do rodzinnego miejsca by jego poczucie winny wysadziło go od środka. Szczerze mówiąc, o tym pomyślałem w trzeciej kolejności, gdy pozostałe warunki wydawały się niezbyt wystarczające. Pociągnąłem go lekko za nadgarstek gdy ja ruszyłem do przodu, a daniel chwilowo był zajęty rozmyślaniem nad innymi , ważniejszymi, rzeczami. W drzwiach stanął nie kto inny, a Greg. Ostatnie czego się spodziewałem, to zobaczyć uśmiech na jego twarzy o tak szczerym wyrazie. Mimo, że przekroczył już czterdziestkę, na jego twarzy uchował się nie cień, lecz blask młodzieńczości i charakteru z dawnych lat. Był jednym z tych mężczyzn, o których kobiety mówiły, że z wiekiem stają się tylko przystojniejsi. Mówić w ten sposób o Gregorym, miały pełne prawo. Słowem, był zupełnie inny od mojego biologicznego ojca. Odpowiedziałem niezgrabnym uśmiechem, którym zazwyczaj raczyłem ludzi, gdy już musiałem wykazać jakikolwiek gest dobrej woli. Pożegnaliśmy się w nienajlepszych stosunkach, a on najwyraźniej, gdy już ode mnie odpoczął, na nowo zapragnął zgody między nami. Cóż, zanim jego synowie staną się moimi równolatkami, on zapewne nie będzie już w tej samej formie do pełnoprawnej roli ojca. Przynajmniej ja tak uważałem.
Wyszedł mi naprzeciw i spotkaliśmy się w połowie drogi do drzwi. Uścisnął pewnie moją dłoń i obdarzył mnie zdawkowym, acz ciepłym uściskiem. Uśmiechnął się ukazując rząd białych i równych zębów. Cóż, zdecydowanie nie podupadł w dbaniu o siebie przez ten rok. Nie spodziewałem się wielkich zmian lecz fakt, że mężczyzna jawił się w niemal lepszej formie niż rok temu, przyprawił mnie o pewnego rodzaju dumę. Ten oto facet, wspaniały małżonek, dobrze zarabiający biznesmen był moim przyszywanym tatą. I mimo, że nigdy nie nazywałem go w ten sposób, czułem z nim pewnego rodzaju więź. Możliwe, że to za sprawą matki i dzieciaków, w których płynęła zarówno moja krew jak i jego, tak wpływała na moje odczucia.
Po krótkiej wymianie powitań, Greg spojrzał na Daniela i z pewną dozą rozbawienia, skrzywił się widząc zakrwawioną koszulkę i opuchniętą twarz.
-Chyba będziemy musieli ci na to położyć lód, chłopie -odparł energicznie i obdarzył go przyjaznym uśmiechem. Po chwili z domu wyleciała mama. Na jej widok, moją twarz wykrzywił grymas prawdziwego zadowolenia. W pierwszej kolejności uściskałem ją mocno. Mama była niższa ode mnie o niemal całą głowę. Prawdopodobnie to za sprawą jej genów sam byłem tak niski. Z tego co pamiętam, ojciec zawsze wydawał mi się o wiele wyższy od mamy. Miał może ze sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu. W rzeczywistości były to tylko przepuszczenia bowiem ojca nie widziałem od przeszło ośmiu lat. Nie miałem mu za złe, że rozstał się z mamą. Rozeszli się w zgodzie. Nie potępiałem go też za to iż przez te wszystkie lata nie odezwał się ani słowem.
-Dobrze cię widzieć-wymruczałem zadowolony gdy zostałem wypuszczony z jej uścisku.
-I dzięki Bogu, że mieszkasz daleko, bo w życiu bym ci w to nie uwierzyła- zaśmiała się krótko i spojrzała przez moje ramię na ciemnowłosego. Chwile taksowała go wzrokiem, zaaferowana wewnętrznie jego stanem gdy wtem zdała sobie sprawę kogo ze sobą przytargałem.
-Wielkie nieba! Kto to postanowił odwiedzić mnie po tylu latach! -uśmiechnęła się ukazując podobny uśmiech do tego, który sam posiadałem. Z ta różnicą, że na jej policzkach pokazały się wyraźnie dołeczki, które u mnie były tylko częściowo widoczne. Wypuściła mnie z objęć i doskoczyła do chłopaka, a ja tylko puściłem mu porozumiewawcze oczko. Greg w tym czasie zdążył wrócić jako jedyny na ziemie i wciąż miał na uwadze stan Curtisa.
-Janine, daj mu spokój. Zobacz jak on wygląda -odparł nim mama zdążyła obejrzeć górującego ponad wszystkimi obecnymi, mężczyznę, z każdej strony.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Wrz 30, 2015 10:29 pm


Zack w ogóle nie przypominał człowieka czującego się winnym, co skłania mnie do przypuszczenia, że wcale nie odebrał swojego kroku jako w jakikolwiek sposób zły, lub naprawdę się mści. Nie widzę innej opcji, w końcu po tym jak obnażyłem przed nim prawdziwe uczucia i obiecałem sobie doprowadzić do szczerej rozmowy, podczas której z całą pewnością pokazałem, iż żałuję tego jak go skrzywdziłem, musiał wiedzieć jak wpłynie na mnie spotkanie z jego matką. To oczywiste, że chciał, bym zmierzył się twarzą w twarz ze swoimi winami i odczuł je jeszcze mocniej, niż przy styczności z chłopakiem. W końcu gdyby tak nie było, zamiast targać mnie tutaj, na dodatek wbrew mojej woli i bez pytania o zgodę, mógł, a wręcz był zobowiązany odwieźć mnie pod wskazany adres. Na dobrą sprawę powinienem teraz wsiąść z powrotem na swój motocykl i odjechać. Nie zrobiłem tego chyba tylko ze względu na uchylające się drzwi i przeczucie, że nie zdążę ruszyć nim wzrok Janine skieruje się na moją sylwetkę. Co gorsza, znowu uciekłbym niczym ostatni tchórz, a przecież żeby jakoś zbliżyć się do Zacka i zdobyć jego przebaczenie, muszę stawić czoła błędom przeszłości, zmierzyć się z nimi i pokazać, że mi zależy. A zależy? Sam nie wiem. Jeszcze niedawno wywnioskowałem, że chcę tylko pokazać Zackowi prawdę, wyciągnąć go spod maski, a także udowodnić, że nie może być obojętny na względy facetów. Że jego orientacja z całą pewnością jest na nich ukierunkowana i związek z Eveline to tylko tania przykrywka, w której prawdziwość sam próbuje wierzyć. Ni stąd ni zowąd jednak, zacząłem gadać o przebaczeniu, zbliżeniu się, nawet przeprosiłem. Po co? Nie były to cele zaplanowane, nawet nie zastanawiałem się nad tym co dalej pocznę z Zackiem na poziomie naszej relacji. A jednak podobne myśli pojawiły się znikąd, uświadamiając mi, że główną przyczyną dla której nie odjechałem, była obawa przed obrażeniem Zacka. Nawet jeśli sam byłem na niego zły za nieuzgodnienie ze mną takiej "wycieczki", to jednak nie chciałem odwdzięczać się pięknym za nadobne i o dziwo, nie chciałem go rozzłościć. Coś nowego. Po trzech latach znalazła się osoba, z której uczuciami jestem skłonny się liczyć. Co lepsze, tą osobą jest przyjaciel, którego potraktowałem dawniej w wyjątkowo bestialski sposób jak na najbliższą mu osobę. O ironio.
Ku mojemu zdziwieniu w drzwiach nie pojawiła się mama Zack'a, a mężczyzna, którego kojarzyłem z widzenia, oraz opowiadań chłopaka. Wiedziałem, że związał się z jego matką jakoś rok przed moją wyprowadzką i właściwie poznałem go osobiście tuż przed nią. Z tego co pamiętam jego imię to Greg, aczkolwiek pewności nie mam. Niebieskowłosy ruszył w stronę ojczyma, zaś ja potulnie podążyłem za nim, choć trzymałem się nieco z tyłu. Czułem chwilową ulgę w związku z tym, że to nie Janine wyszła nam, a raczej Zackowi na powitanie, mimo, że miałem świadomość tego, iż spotkanie z kobietą nieuchronnie się zbliża. Bez większego skrępowania, ale jednak czując się dziwnie nieswojo, stałem na uboczu i obserwowałem niezbyt entuzjastyczne powitanie wspomnianej dwójki. Mój wzrok na dłużej zawiesił się na osobie Grega. Nie byłem pewien ile facet ma lat, ale nie można odmówić mu urody. Mimo widocznych zmarszczek charakterystycznych dla dojrzałych mężczyzn, miał swój osobliwy urok, całkiem ładne oczy i coś pociągającego w postawie. Na dodatek był wysoki, bo niewiele niższy ode mnie, a to już coś. Zakładam, że za młodu nie opędzał się od kobiet, a może nawet i facetów. Zresztą, nie jedna poleciałaby na niego i teraz, a już szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nie narzekał na brak pieniędzy. Janine z pewnością dobrze wyszła na tym małżeństwie, aczkolwiek znając tą poczciwą kobietę, nie wątpię, że to nie majątek męża był dla niej powodem do rozpoczęcia wspólnego życia.
Przez chwilę byłem niezauważalny i czułem się z tym faktem wyjątkowo dobrze. Nie tylko dlatego, że w ogóle nie powinienem znaleźć się w tym miejscu, a zaproszenie na obiad, czy cokolwiek to ma być, nie obejmowało mojej osoby, ale także dlatego, że mój wygląd absolutnie nie nadawał się na jakiekolwiek wizyty. Nie dość, że dotychczas raczej przystojna twarz obecnie przywodziła na myśl Ufo, to jeszcze mój ubiór pozostawiał wiele do życzenia. Koszulka obryzgana krwią, która znajdowała się również na mojej szyi i zabandażowanych rękach na pewno nie wywierała przyjemnego wrażenia. Przynajmniej spodnie udało mi się oszczędzić. W każdym razie chyba nie muszę mówić, jak bardzo nie podoba mi się odwiedzanie czyjegoś domu w podobnym stanie, a już tym bardziej nie kobiety, która zapamiętała mnie jako zupełnie inną osobę. Ponieważ Janine nie znała prawdy o wydarzeniach sprzed trzech lat, wolałbym, by niczego się nie domyśliła, a także, by nie odebrała mnie w zły sposób. Dość dziwne, jako że naprawdę nigdy nie patrzyłem na to jak jestem postrzegany przez innych. A jednak sympatia rodzicielki Zacka przypadła mi do gustu i nie chciałem jej stracić, nawet jeśli zupełnie na nią nie zasłużyłem. Wręcz przeciwnie. Zdaję sobie sprawę z tego jak wielka byłaby nienawiść Janine, gdyby dowiedziała się, że to ja jestem przekleństwem jej dziewiętnastoletniego syna.
Uwaga mężczyzny w końcu skierowała się na mnie. Patrzyłem na Grega wzrokiem, który właściwie obejmował już tylko jego sylwetkę i nic poza nią. Posłałem mu zdawkowy, lekko zakłopotany uśmiech, gdy skomentował mój wygląd. To była gra, którą rozpocząłem nieświadomie. Od dawna mam nawyk skrywania się za nieprawdziwym Danielem, gdy przychodzi mi mieć styczność z obcymi osobami. Po prostu reaguję tak, jak jest to ode mnie oczekiwane, co oczywiście nie tyczy się ludzi, na których określonych reakcjach w ogóle mi nie zależy. W oczach Grega podświadomie chciałem być zwyczajnym dwudziestolatkiem, który odwiedza rodziców swojego przyjaciela i czuje sie wielce zakłopotany swoim stanem oraz tym, iż w pewien sposób się do nich wprasza. A jeśli chodzi o słowa rzucone mimochodem, to owszem, muszę mu przyznać rację, lód zdecydowanie jest dobrą opcją dla mojego nosa, nawet jeśli w obecnym momencie raczej już niewiele pomoże.
Stojąc tak, wciąż miałem świadomość egzystencji Janine gdzieś tam w głębiach domu. Czułem, że nieprzyjemne spotkanie zbliża się wielkimi krokami i wcale się nie pomyliłem. Niska, urocza i energiczna kobietka wyleciała z mieszkania jak z procy, od razu skupiając całą swoją uwagę na Zacku. W przeciwieństwie do ojczyma chłopaka, matka nie kryła swego zadowolenia z jego odwiedzin. Mimo, że wszystko w moim wnętrzu ściskało się widząc niewinną, zupełnie nieświadomą kobietę, na moje usta mimowolnie wypłynął lekki uśmiech. Miło było znów ją widzieć i odwiedzić ten dom. Poczuć się przez chwilę jak siedemnastolatek, mieć wrażenie powrotu do tamtych beztroskich czasów. Chociaż ostatecznie i tak nie byłem w stanie rozluźnić się ze świadomością tego jaką rolę odegrałem w życiu Zacka, a także tego jak zmieniło się moje. Dziwnie czułem się w otoczeniu normalnej, kochającej się rodziny, wzajemnej sympatii i radości. Chociaż faktem jest, że czułem się inny również dawniej, gdy ich odwiedzałem. W końcu ja nie zaznałem nigdy przyjemności płynącej z siedzenia przy jednym stole i luźnej wymiany zdań z członkami rodziny. Mam tylko Elizabeth i Alexandra, a my nigdy nie spożywaliśmy wspólnie posiłków. Już wtedy miałem lekkie poczucie dyskomfortu w domu Zacka, chociaż Janine nieświadomie pomogła mi się go wyzbyć. Teraz jednak nie będzie to takie łatwe, nawet jeśli entuzjazm bywa zaraźliwy.
Przez pewien czas miałem surrealistyczną nadzieję, że może stałem się niewidzialny i mama Zacka zupełnie zignoruje moją obecność w tym towarzystwie. Niestety taki scenariusz był niezaprzeczalnie niemożliwy i tak jak mogłem się spodziewać, już po (za)krótkiej chwili byłem zmuszony zmierzyć się z tymi szczerymi, szaro-zielonymi oczami.
Kobieta z początku mnie nie poznała i wcale jej się nie dziwię. Nie dość, że przez trzy lata dużo urosłem, przybyło mi sporo masy no i oczywiście zmieniłem się na twarzy, to na dodatek ta była praktycznie nierozpoznawalna przez spuchnięty nos i podbite oczy. Miałem wręcz wrażenie, że Janine nie dojdzie do tego, kogo jej przypominam, lecz oczywiście się przeliczyłem. Nawet po tylu latach i w tym stanie nie miała większego problemu z rozpoznaniem we mnie dawnego Danny'ego.
W przeciwieństwie do reakcji, którą obdarzyłem Grega, w stosunku do Janine byłem całkiem szczery. Mimo istnienia w podświadomości tego wielkiego poczucia winy i świadomości, że nie tak powinien wyglądać stosunek kobiety do mej osoby, nie mogłem nie rozweselić się, gdy ta do mnie doskoczyła. Bez skrępowania objąłem kobietę silnym ramieniem i nachyliłem się całkiem mocno, by złożyć krótkiego buziaka na policzku ozdobionym uroczym dołeczkiem.
- Pani Petterson - przywitałem się obdarzając kobietę szczerym uśmiechem i wyprostowałem się już całkowicie. Zaśmiałem się krótko słysząc komentarz Gregorego. Entuzjastyczna, zabawna i ciepła rodzina. Zjawisko, którego nie mogłem zaobserwować przez minione trzy lata. Doprawdy dziwne uczucie.
Jak zawsze sympatyczna Janine odpuściła sobie gorące powitania, gdy zdała sobie sprawę z tego jak wyglądam. Z pełnią swego przerażenia, ignorując moje rozbawione "nic mi nie jest" zaciągnęła mnie do wnętrza dużego domu, którego architektury właściwie już nie pamiętałem. Kojarzyłem gdzie mieści się pokój Zack'a, jadalnia i salon, ale słusznie wywnioskowałem, że przez trzy lata trochę się tu zmieniło. Nie miałem jednak czasu na zwiedzanie budowli, gdyż Janine natychmiast zaciągnęła mnie do łazienki, gdzie twardo nakazała zdjąć koszulkę, przynosząc czystą z szafy Grega. Z wyrazami podziękowań przyjąłem ubranie i zająłem się obmywaniem klatki piersiowej z krwi, pilnując tego, by nie zamoczyć kolejnego opatrunku, który się na niej znajdował. Tymczasem urocza blondynka powiadomiła mnie, iż idzie przygotować jakiś zimny okład, przy czym szybko opuściła łazienkę.
Westchnąłem, poświęcając chwilę na przejrzenie się w lusterku. Wyglądałem gorzej niż strasznie i właściwie dziwiłem się, że matka Zacka mogła mnie poznać. Tak naprawdę sam siebie bym nie poznał, gdybym nie wiedział, że ja to ja. Z wyrazem bólu na twarzy, obmyłem ją, przeżywając istne piekło, gdy musiałem pochylić się nad kranem. Ciśnienie skupione w nosie wydawało się rozsadzać moją głowę. Czułem się równie okropnie co wyglądałem. Mruknąłem pod nosem jakieś przekleństwo, odwracając wzrok od lustra i przecierając ciało otrzymanym wcześniej ręcznikiem. Zarzuciłem na siebie koszulkę ojczyma dawnego przyjaciela. Miała krótkie rękawy, w związku z czym wszystkie tatuaże pozostawały na widoku. Nie znałem podejścia rodziców Zack'a do tego typu spraw, ale ostatecznie i tak stwierdziłem, że jest ono mało ważne. Kocham swoje tatuaże i przecież nie robiłem ich po to, by ukrywać, tym bardziej, że byłoby to uciążliwe ze względu na występowanie owych ozdób również na dłoniach, w tym momencie co prawda przykrytych bandażem.
W końcu opuściłem łazienkę i tą samą drogą, którą przyszedłem, skierowałem się do jadalni, gdzie czekała na mnie Janine trzymając w rękach, w moim mniemaniu zbyt dużą ilość lodu. Posłałem jej przepraszający uśmiech i siadając na wskazane miejsce, odchyliłem głowę, by przyłożyć do nosa okład chociaż na chwilę. Liczyłem na to, że podarunek od kobiety nawet minimalnie zmniejszy irytujący ból i przy odrobinie szczęścia również opuchliznę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 01, 2015 4:02 pm

Wiedziałem od początku, że Daniel nie jest zadowolony. Starał się tego nie okazywać, ale każdy jego gest był przepełniony wymuszeniem. Nie miałem mu za złe, że tak się zachowywał. Ja naprawdę nie miałem ochoty oglądać jak się nadyma dumnie przy mamie i chwali swoimi spostrzeżeniami na lewo i prawo.
Mama wyglądała przy Dannym na naprawdę maleńką. Był to przezabawny widok. Trzy lata temu był wyższy, ale nie na tyle by mama nie mogła sięgnąć jego ramienia. Tymczasem wyglądała przy nim jak karzełek. Nawet Greg chyba poczuł się przytłoczony rozmiarami Daniela. Mama jakby nie zauważyła tego wszystkiego, poczęła obskakiwać chłopaka wokół ze świecącymi się oczami. Prychnąłem pod nosem, a gdy się odwróciłem plecami do rodziny, uśmiechnąłem się pod nosem. Wiem, że nie wytrzymałbym w takim otoczeniu dłużej niż kilku dni. O ile odwiedziny w domu były miłą odskocznią od codzienności, tak zapewne rytm toczącego się tu życia po jakimś czasie by mi obrzydł gdyby miał się stać nową codziennością. Pamiętam jak walczyłem żeby się stąd wydostać. Pamiętam jak dzisiaj.
Po chwili od wejścia do domu, zostałem zagoniony do pracy. Daniel został zaciągnięty do łazienki, a ja już musiałem latać na górę i w dół nawoływany przez moją uroczą rodzicielkę.
-Zackie, przynieś Danowi koszulkę Grega! -poleciła mi, a ja westchnąłem męczeńsko i powlokłem się do pokoju rodziców, by odszukać jakąś szafę gdzie znalazłbym ubrania. Nakierowany przez Gregorego, odszukałem odzienie. Wydało mi się odpowiednie więc dostarczyłem je do łazienki na parterze i przekazałem ja mamie, która nakazała ją założyć Danielowi.
-Przypilnuj gulaszu -usłyszałem następnie i z jęknięciem podążyłem w kierunku przestronnej kuchni. Kiwnąłem głową z uznaniem. Zrobili tu co najmniej dwa remonty i wyglądało to bardzo przyzwoicie. Greg zawsze miał dryg do urządzania przestrzeni jednak nie mógł się w tym równać z mamą, która przecież pracowała w tym zawodzie od lat, zarabiając niemałe pieniądze nie tylko dzięki wykształceniu lecz wrodzonemu talentowi. W domu było po prostu pięknie i miło jednocześnie. Każda płaszczyzna została w pełni wykorzystana i wszystko zgrywało się w przyjemną dla oka całość. Człowiek czuł się w tym otoczeniu dobrze i swobodnie.
Zajrzałem niepewnie do dużego rondla. Na czym polegało pilnowanie gulaszu?
Z oporem sięgnąłem po łychę leżącą przy kuchence. Spojrzałem na nią z niejakim powątpiewaniem i powoli włożyłem ją do aromatycznej mazi by ją przemieszać.
Ja nie wiem jak udało mi się przeżyć samemu w mieszkaniu. Gotowanie ograniczało się u mnie do włożenia gotowego dania do mikrofalówki i wyjęcia go.
W kuchni pojawiła się mama, a ja aż podskoczyłem kiedy klepnęła mnie koleżeńsko w udo.
-Ależ ten Daniel urósł-powiedziała uśmiechając się ładnie i wyjmując z chłodziarki worek z lodem. Przepuszczam, że Daniel się bez niego nie obejdzie, a miło by było pooglądać go bez tej opuchlizny. Pewnie łatwiej by nam się rozmawiało. O ile zamienimy ze sobą jeszcze jakieś słowa dzisiaj. Do naszej dwójki, po kilku chwilach dołączył także główny zainteresowany. Puściłem łyżkę i odsunąłem się jak najdalej od kotła. Skoro mama już tu jest, to nie ma potrzeby bym dłużej zajmował się czymś co kłóci się z moimi kompetencjami. Obserwowałem jak chłopak siada i z ulgą przykłada sobie lód do twarzy. I mnie ulżyło. Uśmiechnąłem się do mamy gdy jej spojrzenie powędrowało z Daniela na mnie. Chyba domyślała się kto tak urządził jej niedoszłego drugiego syna.
Nagle gdzieś w przedpokoju rozległy się wesołe pokrzykiwania. Zostawiłem ta dwójkę razem w pokoju bez obaw, że coś mogłoby się wydać. Daniel zbyt cenił sobie przychylność mamy by narazić się na dźgnięcie nożem między żebra kiedy ta dowie się o tym kto potraktował mnie w taki sposób. Już w korytarzu zostałem powitany kolejnymi radosnymi wrzaskami dwóch trzyletnich chłopców. Kucnąłem tuż przed nimi i pozwoliłem się powalić na ziemie kiedy zostałem obciążony dwoma kilkunastokilogramowymi ciałkami bliźniaków. Z moich ust wydobył się szczery śmiech kiedy wstałem i poderwałem do góry jednego z blondynów. Drugi uwiesił się mojej reki. Mogłem z czystym sumieniem, bez przekłamań powiedzieć, że stęskniłem się za nimi najbardziej ze wszystkiego co pozostawiłem w San Diego. Przez całe życie byłem sam, a kiedy pojawili się oni, nie potrafiłem docenić tego, że wreszcie nie muszę być tak całkowicie sam. Dopiero po kilku latach zacząłem dostrzegać co tak naprawdę stało się dla mnie ważne, a co zupełnie nie było nic warte.
Dean i Tom byli moimi młodszymi braćmi, a ja byłem jak zwykle zmieniałem się nie do poznania kiedy było mi dane z nimi obcować. Chciałem patrzeć jak dorastają, bardzo pragnąłem zostać starszym bratem na jakiego zasługują ci wspaniali chłopcy. Obaj byli, oczywiście, w ogóle do mnie niepodobni. Obaj mieli te same jasno-niebieskie oczy Grega i blond włosy, zapewne po matce. Mogliśmy uchodzić za obcych sobie ludzi gdyby nie te same dołeczki, które z czasem pojawią się w ich policzkach. Miałem taką nadzieję, że i ta cecha zostanie im przekazana. Tom pognał do kuchni i wpadł na własną mame doglądającą tego nieszczęsnego rondla. Ja pojawiłem się w pomieszczeniu kilka sekund po chłopcu z jego starszym, o kilkanaście minut, bratem na rękach. Dean potrafił zachowywać się równie nieobliczalnie co Tom jednak zazwyczaj był uznawany za tego spokojniejszego. Taki faktycznie był. Kiedy Tom nie potrafił usiedzieć nawet sekundy w miejscu, Dean umiał opanować się do tego stopnia, że mama zaczynała się martwić jego rozwojem. Lekarz nie stwierdził nic podobnego, więc uspokoiło to rodzicielkę. Dean jednak wciąż nie powiedział ani słowa. Umiał krzyczeć, płakać, ale nigdy nie odezwał się ani razu. Był naprawdę intrygującym dzieciakiem, a mama często twierdziła, że jesteśmy przy tym niezwykle podobni. Spojrzałem na Daniela, który wciąż trzymał lód w ręku. Opuściłem brata na ziemię by mógł dołączyć do Toma. Powoli stanąłem za ciemnowłosym i nachyliłem się nad jego uchem.
-Chodź do pokoju-mruknąłem konspiratorsko i rzuciłem spojrzenie kątem oka na mamę. Pewnie liczyła, że znów będzie mogła męczyć mojego dawnego przyjaciela rozmowami. Ja jednak nie byłem aż tak okrutny by jej pozwolić doprowadzać do rozpaczy mojego gościa, którego przecież przytargałem tu siłą. Może za jakiś czas pozwolę chłopakowi by pochłonęły go wyrzuty sumienia, ale to dopiero po obiedzie.
-Tylko nie próbuj mi odmawiać-tchnąłem uwodzicielsko po chwili na jego ucho gdy jeszcze nie podniósł się z miejsca.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 01, 2015 9:18 pm


Siedząc na w miarę wygodnym krześle przy stole, z dużym zaangażowaniem przyciskałem do nosa woreczek z lodem. Ulżyło mi, że mogę skupić się na nieprzyjemnym zimnie zamiast na przeszkadzającym dotąd bólu. Z reguły jestem na niego dość mocno odporny, ale każdy popada w nerwicę, gdy ten zbyt długo nie odpuszcza. Dlatego tak bardzo nie lubię złamań i nawet jeśli te dotyczące kończyn nie są tak silnie odczuwalne, to te na twarzy już owszem. W tym momencie mogłem już tylko przeklinać Zacka, że zamiast połamać mi ręce, wybrał nos. Doprawdy, chyba wolałbym wysługiwać się kimś przez miesiąc, zamiast przeżywać katorgi z tym cholernym bólem głowy. Na dodatek prawie nic nie widziałem i wyglądałem jak istny obiekt pożałowania, co chyba wkurzało mnie bardziej niż nieznośne pulsowanie w okolicach nosa.
Odetchnąłem wyrażając tym samym swoje niebywałe cierpienie i wyprostowałem głowę, którą do tej pory przewieszoną miałem przez oparcie krzesła. Mój wzrok powędrował na Zacka opuszczającego pokój. Wydawało mi się, że z sąsiedniego pomieszczenia dochodzą jakieś chichoty, lecz chwilowo zignorowałem to spostrzeżenie i skupiłem swą uwagę na Janine. Kobieta odwrócona była do mnie tyłem, więc przyglądałem się jej bez skrępowania. Dostojna, uśmiechnięta i pogodna osoba. Ciekawe jak bardzo różnił się jej wygląda tamtego dnia. Nawet nie potrafiłem sobie wyobrazić zrozpaczonej kobiety, nie wiedzącej co stało się z jej synem i kompletnie nie potrafiącej mu pomóc. Musiała być naprawdę zdruzgotana, skoro szukała pomocy we mnie. To znaczy, właściwie nie jest to takie dziwne, biorąc pod uwagę fakt, że jako jedyny spędzałem z Zackiem tak dużo czasu i jego matka darzyła mnie tak samo wielkim zaufaniem jak on sam. Zdradziłem ich obydwoje. Janine zawsze traktowała mnie niczym drugiego syna, a ja odwdzięczyłem się jej w ten sposób. Z kolei Zachary był przy mnie mimo wszelkich wad, którymi zostałem obdarzony. Nie uciekał, nie zostawił mnie, po prostu był i doskonale sprawdzał się w roli bliskiego przyjaciela. Byliśmy nierozłączni, a jednak byłem w stanie zrobić coś takiego. Minęły trzy lata, a ja wciąż nie potrafię zrozumieć co mną kierowało. Może inaczej... Zdążyłem już pogodzić się z tym jak bardzo podnieca mnie cierpienie innych, choć tylko wtedy, gdy to ja jestem jego źródłem. Wiem, że moja psychika, a już szczególnie preferencje seksualne są mocno skrzywione. Nie rozumiem tylko dlaczego nie potrafiłem się wtedy powstrzymać i uszanować uczuć chłopaka. Przecież nie jestem zwierzęciem, a jednak mimo świadomości tego, jakie będą konsekwencje moich czynów, brnąłem w to, nie zważając na nic. Dlaczego?
Zapach gulaszu unoszący się w kuchni przypomniał mi o tym jak bardzo jestem głodny. W kawiarni zaledwie dziubnąłem słodkich naleśników, którymi i tak bym nie zapchał żołądka i od tamtej pory nie miałem w ustach zupełnie nic. Przy mojej sylwetce to raczej oczywiste, że jem za dwóch, nie jestem więc przyzwyczajony do takich przerw między posiłkami. Może to i dobrze, że Zack mnie tu przyprowadził, przynajmniej będę mógł zjeść dobry, Janinowy obiad. Zazwyczaj gotuje dla mnie Luis, ale dzisiaj miał do załatwienia swoje sprawy, w związku z czym i tak wróci do mieszkania dopiero na wieczór, a ja niestety zbyt uzdolniony kulinarnie nie jestem, w związku z czym skończyłoby się na jakiejś chińszczyźnie, albo pizzy. Nie muszę chyba wspominać, że aby utrzymać tą sylwetkę, a także nadawać się na treningi, nie powinienem odżywiać się takim gównem?
Uniosłem delikatnie brew, gdy do pomieszczenia wpadł jakiś mały blondwłosy brzdąc, przyklejając się do nogi gospodyni. Zack nie wspominał, że ma brata. Zaraz... Dwóch braci? Nie ukrywałem swojego zdziwienia, gdy dostrzegłem w wejściu chłopaka, trzymającego w ramionach drugiego dzieciaka, wyglądającego niemalże identycznie co ten pierwszy. Bliźniaki? Musieli urodzić się jakoś niedługo po moim wyjeździe. Dziwne, nie wiedziałem nawet, że Janine jest w ciąży. Czy to znaczy, że... Była z brzuchem kiedy to wszystko się stało? Cholera.
Oderwałem lód od twarzy, zawieszając swój wzrok na dwójce dzieci. Nie były ani trochę podobne do Zack'a i skłonny jestem stwierdzić, że większość cech przejęli po ojcu. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem. Mali szczęściarze. Patrząc tak na nich przypomniał mi się Alex. Różni nas tylko rok czasu, a jednak bardzo się od siebie różnimy. Właściwie byliśmy inni już od najmłodszych lat. Alexander szybko się rozwijał, skupiał na nauce i był tym rodzajem dziecka, z którego można być dumnym. Ja nie lubiłem ślęczeć nad książkami, nie potrafiłem nauczyć się opanowania, wiecznie wdawałem się w bójki i późno wracałem do "domu". Miałem kłopoty w sierocińcu, trzy rodziny zastępcze, u których byłem, po niedługim czasie oddawały mnie z powrotem. Alex mógłby mieć naprawdę dobre życie, ale uciekał od każdych ludzi, którzy go przygarnęli. Wmawiał wychowawcom, że się nad nim znęcali, był sprytnym dzieckiem. Chciał być ze mną i z Lizą, móc się nami opiekować, a gdy tylko skończył szesnaście lat znalazł dla nas skromne mieszkanie i stał się naszym prawnym opiekunem. Na pewno bardzo zawiódł się, gdy odkrył na kogo wyrosłem. Porównał mnie do ojca. Nienawidzę tego wspomnienia. Chociaż porównanie było... Trafne. Zack do tej pory nie wie dlaczego nigdy nie zaprosiłem go do siebie za czasów gimnazjum, czy podstawówki. Zaś gdy już mieszkaliśmy sami, wmawiałem mu, że rodzice zarabiają za granicą. Był moim najbliższym przyjacielem, ale nawet z nim nie chciałem dzielić się tą wstydliwą prawdą. Matka dziwka, ojciec za kratkami. Geny, ach te geny. Na dobrą sprawę nawet nie mogę być pewien, czy wszyscy mamy tego samego ojca.
Z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie głos Zacka. Spojrzałem kątem oka na drobną sylwetkę, aż zatrzymałem się na twarzy, znajdującej się obecnie przy moim uchu. Uśmiechnąłem się lekko, zastanawiając się czy zaproszenie to zabrzmiało tak dwuznacznie całkiem celowo, czy przez przypadek. Może Zack czuł się bezpiecznie, bo byliśmy u niego? A może dlatego, że uświadomił sobie, iż nieważne jak bardzo bym mu nie groził, nie chcę znowu robić mu krzywdy? Mój uśmiech pogłębił się, gdy poczułem drażniący oddech Zack'a na swoim uchu i byłem już pewien, że robi to specjalnie. Podoba mu się zabawa w uwodzenie? A to coś nowego. Znowu ta cholerna maska, jak mniemam.
Podniosłem się z miejsca i chwilowo pożegnawszy Janine uśmiechem, skierowałem się za chłopakiem, podążając w stronę jego pokoju. Byłem w zasadzie trochę zdziwiony, że chce zostać ze mną sam na sam, nawet jeśli w domu są inne osoby. Stawiałbym raczej, że wolałby posiedzieć z nimi, niż wdawać się ze mną w dalsze rozmowy, choć muszę przyznać, że to miłe zaskoczenie. Nie mam nic przeciwko odwiedzeniu sypialni Zack'a raz jeszcze i pobyciu z nim tylko we dwójkę. Przez te trzy lata na pewno nie zmieniło się jedno - nadal lubiłem jego towarzystwo.
- No więc, po co mnie tutaj przywiozłeś? - zapytałem, ku swemu własnemu zdziwieniu, z nadzwyczajnym spokojem, gdy już znaleźliśmy się w dobrze mi znanym pokoju. Ze swobodą opadłem na łóżko i oparłem plecy o ścianę. Nie mogłem się powstrzymać, by nie przyciągnąć chłopaka do siebie i chcąc, nie chcąc, znów wylądował na moich kolanach.
- Chciałbym cię pocałować - mruknąłem, przejeżdżając dłonią po szyi chłopaka. Tym razem go nie przytrzymywałem, więc w każdej chwili mógł zejść. Jedyne co, to lekko obejmowałem go w pasie. Kolejne zaskoczenie. Do tej pory nigdy nie pytałem się nikogo o zgodę na cokolwiek, zaś teraz uświadomiłem sobie kolejną rzecz - nie zrobię nic dopóki Zack się na to nie zgodzi. Przynajmniej nie teraz, gdy mam świadomość tego, że jeden zły krok i mogę go spłoszyć. Co się ze mną dzieje...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 01, 2015 9:34 pm

Od początku targają mną sprzeczne emocje. Nie mogę się pogodzić z pojawieniem się chłopaka jednak wciąż tkwię w tym martwym punkcie, przy nim. Wciąż łażę za nim krok w krok niemal jak za dawnych lat. Pod tym względem częściowo usprawiedliwiałem się żądzą zemsty. Jednak… Czy teraz wciąż chce tego samego? Zemsty?
Nie.
Chce, żebyś zniknął z mojego życia. Raz na zawsze. Bezpowrotnie i tak szybko jak się znów w nim zjawiłeś. Z takim przeświadczeniem, pragnąłem zaprowadzić go na górę. Powiedzieć mu, że to nasza ostatnia rozmowa, że dłużej nie ma sensu udawać iż jest dobrze. Nie było mi dobrze. Było mi cholernie niedobrze za każdym razem jak zjawiałem się blisko niego. W przeciągu sekund stawałem się niemożliwie zły. Nie panowałem nad sobą nawet w tym momencie kiedy niemal muskałem wargami jego ucho.
Z drugiej strony. Dorastaliśmy razem, on w końcu moim cholernym najlepszym przyjacielem. Zastanawiałem się czy moja podświadomość w jakimś stopniu próbuje wpływać na to bym zmienił decyzje. Że właściwie szkoda by było zmarnować taki szmat czasu. To przecież tylko głupia pijacka zabawa. Ja nie powinienem się był tym tak przejmować. A jednak wziąłem to wszystko do siebie, pozwoliłem emocjom stłamsić zdrowy rozsądek. Przecież ja mu bym wtedy wszystko naiwnie wybaczył. Ale nie wybaczyłem. Popadłem w depresje. Odblokowałem tym samym inne zaburzenia. Może nawet odkryłem je w sobie zanim wpadłem w to bagno. Po prostu nie przejmowałem się tym, że nie wszystko można zwalić na narkotyki.
Najgorsze było jednak to, że z każdą chwilą spędzoną w jego towarzystwie, działo się ze mną gorzej. Miałem wrażenie jakbym stał u progu szaleństwa. Jakby za chwilę miało się zacząć. Powrócić ze zdwojoną siłą.
To by mi zniszczyło bezpowrotnie życie. Samo leczenie zajęło mi wiele czasu i czynnej pracy nad sobą ,a wtedy jeszcze nie miałem tyle nauki co teraz ani tak dobrze płatnej roboty. To pół roku przywróciło mnie całkowicie do normalności. Przynajmniej tak chciałem sądzić. Może tylko dlatego jeszcze się trzymam. Pytanie tylko, jak długo będzie trwał ten stan.
Wylądowałem niezgrabnie na chłopaku zupełnie zaskoczony jego śmiałym posunięciem. I zupełnie nim onieśmielony. Chwilę walczyłem z myślami nim odwróciłem się niezdarnie przodem do twarzy chłopaka i spróbowałem mu spojrzeć w oczy. Jego twarz wyglądała zadziwiająco lepiej. I jego oczy, które zmusiły mnie, by w akcie samoobrony, znów zacząć uciekać. Uciekać ze swoim prawdziwym ja na samo dno świadomości. Spuściłem głowę i powoli zszedłem z jego kolan bez problemu wyplątując się z jego ramion. Uniosłem wzrok by spojrzeć na niego ponownie, a moje oblicze nie wyrażało nic poza całkowitą obojętnością.
-Chciałem porozmawiać-zacząłem i usiadłem obok niego. Zmieniłem jednak po chwili zdanie i wstałem z posłania. Ruszyłem w kierunku dużego biurka stojącego tuz pod oknem. Otworzyłem kolejno kilka szuflad jednak nie znalazłem nic poza starymi papierami. Wyprostowałem się i spojrzałem przez ramię na mężczyznę.
-Masz jeszcze jakieś fajki?-spytałem oschle-Jak zaraz nie zapale to chyba zdechnę-warknąłem zdenerwowany. Byłem żałosny, tchórzliwy i całkowicie burzyłem swój system wartości. Nigdy nie dawałem się, choćby nie wiem co, ponosić emocjom. Przez bite dwa lata byłem tak ograniczony, że teraz czułem jak się wszystko we mnie kotłuje za ten czas. Wiedziałem, że pękam. Nie miałem już jednak nic przeciwko temu. Wewnątrz byłem równie zepsuty co z zewnątrz. Jeżeli on chciał zobaczyć, czym jestem naprawdę i oczekiwał płaczu czy wrzasków, to niestety się zawiedzie. Spojrzałem na niego wyczekująco i sztywnym krokiem wróciłem by usiąść z chłopakiem na łóżku.
-Nie będę się mścił-niemal wyplułem te słowa. Byłem sobą na wszelki możliwy sposób zawiedziony. Byłem pewien, że nie dam rady w najbliższym czasie, w tym stanie, dokonać tego co zaplanowałem. Po chwili moja twarz zelżała i uniosłem niepewne spojrzenie na chłopaka.
-Obawiam się też, że to może być nasza ostatnia rozmowa.
Przez chwilę moje słowa zawisły w powietrzu. To nie było coś nad czym się zastanawiałem. To nie było coś co podlegało dyskusji.
-Jeżeli nadal chcesz mnie pocałować, zrób to-zmarszczyłem brwi jakbym był zupełnie zdziwiony własnymi słowami-Bo już nie będziesz miał drugiej szansy.
Przybliżyłem się do niego delikatnie zajrzałem ciemne oczy.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 01, 2015 9:44 pm


Nie byłem pewien dlaczego Zack zaczął unikać mojego spojrzenia. Chciałem wierzyć, że to zwykłe skrępowanie i naturalna reakcja, ale obawiałem się, że po prostu znów stara się wszystkie swoje emocje ukryć tak głęboko, bym w żadnym wypadku nie mógł ich wygrzebać. Jestem pewien, że mój intensywny wzrok mu w tym nie pomagał, a już szczególnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, że z konieczności pozbyłem się soczewek. Miałem ochotę chwycić go za tą fałszywą mordkę i zmusić do patrzenia prosto w czarne tęczówki, jednak ostatecznie zrezygnowałem z tego pomysłu. Chciałem poznać odpowiedź na swoje pytanie dotyczące powodu, dla którego dziewiętnastolatek mnie tu przyciągnął, a całkiem prawdopodobne jest, że gdybym zaczął sobie poczynać, Zack nie byłby taki chętny do jakiejkolwiek wymiany zdań. Odnoszę troszkę wrażenie, że mam do czynienia z bezbronnym zwierzęciem, którego może spłoszyć każdy gwałtowniejszy, nieodpowiedni ruch. Podejrzewam, że słusznie, bo przecież nieważne jakby starał się to ukryć, w pewnym stopniu musi się obawiać tego co mogę zrobić. Już trzy lata temu byłem od niego silniejszy, a teraz widocznie wzrosłem w tą siłę jeszcze bardziej, w związku z czym chuderlawe ciało chłopaka nie mogło na mnie zrobić większego wrażenia. Mój nos jest w opłakanym stanie tylko dlatego, że na to pozwoliłem, jednak gdybym miał oddać, czy nawet się obronić, los Zacka mógłby być dużo gorszy niż ten mojej twarzy. Mógłbym nawet wysunąć tezę, że chłopak potrafi wytrwać zemną w sytuacji sam na sam, tylko dlatego, że dałem mu obietnicę, chociaż na dobrą sprawę i jej nie może się zbyt mocno trzymać. W końcu dawniej nie dałem świadectwa temu, jakobym był człowiekiem godnym zaufania. Bo jakby nie było, nie jestem nim. Aczkolwiek na tą chwilę nie chcę Zack'a w żaden sposób krzywdzić. Problemem jest jedynie to, że i ja sam czasem nie jestem w stanie przewidzieć własnych reakcji, co czyni ze mnie człowieka raczej nieobliczalnego. Nie jest tajemnicą przecież fakt, że z trudem panuję nad swoimi nerwami.
Nie protestowałem, gdy Zack zaczął wyplątywać się z moich objęć, aby nie obarczać swym ciężarem moich kolan. I tak nie zakładałem, że będzie potulnie siedzieć w takiej pozycji, nie działając w ten sposób sprzecznie ze swoją własną wolą. Z wyuczoną cierpliwością czekałem na odpowiedź, jednocześnie starając się zignorować maskę, którą chłopak z całą pewnością ponownie założył. Trzeba byłoby być ślepym, by nie dostrzec tej nagłej obojętności, jaką obdarzył zarówno mnie, jak i cały świat. Powstrzymałem się nawet od niezadowolonego grymasu i ze spokojem buddy wpatrywałem się w jego przystojne, lecz nie do końca zadowalające oblicze.
Odpowiedź Zack'a zupełnie mnie nie usatysfakcjonowała i wydała mi się oczywistym kłamstwem. Swym wyjaśnieniem tylko bardziej utwierdził mnie w przekonaniu o swego rodzaju zemście, polegającej na wzbudzeniu we mnie niebotycznych pokładów poczucia winy. W końcu jeśli chciał porozmawiać, mógł to zrobić wtedy, gdy dałem mu do tego okazję. Nawet jeśli coś nagle przyszło mu do głowy podczas jazdy, nie powinno stanowić dla niego problemu zboczenie z drogi i zatrzymanie się chociażby w jakimś parku. Nie musiał przywozić mnie aż tutaj dla samej rozmowy.
Nie odniosłem się w żaden sposób do wypowiedzi Zack'a, gdyż miałem nieodparte wrażenie, że chce powiedzieć mi coś jeszcze. Potwierdzało to jego chaotyczne zachowanie związane z unikaniem mojego spojrzenia, oraz gorączkowym przeszukiwaniem szuflad. Był widocznie podenerwowany, być może nawet zestresowany, a już szczególnie dało się dostrzec to, że nie chciał siedzieć blisko mnie. Zmarszczyłem brwi, podświadomie zauważając, że gest ten nie jest już aż tak bolesny jak wcześniej.
- Nie mam. - Miałem. Nie poczęstowałem go z bliżej nieokreślonego powodu. Czułem rosnące zirytowanie, zachowanie chłopaka coraz bardziej mnie intrygowało i czułem, że zmierza do czegoś, co mi się nie spodoba. Chciałem, by zamiast skupiać się na papierosie, w końcu wykrztusił z siebie to, co być może ma do powiedzenia.
W końcu usiadł, zaś ja milczałem by nie odbierać mu szansy na wypowiedzenie się, zaś sobie na zaspokojenie denerwującej ciekawości. Patrzyłem na Zack'a mimo tego, że jego oczy skierowane były gdzieindziej. Wsłuchałem się w jego pierwsze słowa, ledwie powstrzymując gest wywrócenia oczami. Chyba nie uważa, że dam wiarę tej wątpliwej "obietnicy"? Być może doszedł do wniosku, że nie ma siły na zemstę, być może uznał, że to jednak głupi pomysł, który się nie uda, ale wiem na pewno, że z czasem zapragnie powrócić do planowania odwetu za całe cierpienie, które na niego sprowadziłem. To naturalna ludzka reakcja. Nie wydaje mi się, by Zack był na tyle dobrodusznym człowiekiem, by odmówić sobie przyjemności płynącej z zemsty. Choć być może jest na tyle rozsądny, by wiedzieć, że nie jest to zbyt dobry pomysł. Jest również duża szansa na to, że zwyczajnie skłamał. Nie przerywałem mu, wiedziałem, że jeszcze nie skończył i mimo chwilowej ciszy czułem, że w powietrzu zawisły niewypowiedziane jeszcze słowa.
Zack skończył mówić, a we mnie wezbrała silna złość. Przymrużyłem oczy, jako że opuchlizna zeszła na tyle, iż mogłem pozwolić sobie na podobny gest. A więc zmierzał po prostu do tego, że nie chce mnie więcej widzieć. Nienawidzi mnie do tego stopnia, że nie ma zamiaru nawet myśleć o przebaczeniu, ani o tym, by otwierać w moim kierunku usta. I tylko po to mnie tu przywiózł? Czy to k**** ma mieć jakieś symboliczne znaczenie? Zacisnąłem pięść, gdy chłopak się zbliżył, jakby oczekiwał pocałunku, o którym wcześniej mówiłem, a na który zgodził się z łaski. Powoli rozluźniłem dłoń i położyłem palce na chudym torsie, całkiem delikatnie odpychając od siebie wątłe ciało. Wstałem, obrzucając Zack'a wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniem. Bez słowa podążyłem do wyjścia, potrzebowałem chwili, aby przetrawić jego słowa, a także móc poukładać sobie w głowie pewne fakty. Powinienem zdecydować przynajmniej co chcę zrobić dalej. Napastować go wbrew jego woli, tak jak to zresztą zrobiłem dzisiaj, czy zostawić w spokoju, przynajmniej na jakiś czas?
Byłem już przy drzwiach, gdy zatrzymałem się w pół kroku. Pragnąłem go emocjonalnie i cieleśnie, te dwie rzeczy wiedziałem na pewno. Moja dłoń zawisła nad klamką i chwilę tak stałem. W końcu jednak cofnąłem ją i gwałtownie odwróciłem się z powrotem w stronę Zack'a. Zamaszystym krokiem zbliżyłem się do posłania, które jeszcze niedawno zajmowałem. Bez uprzedzenia, bez wyjaśnienia, bez pytań nachyliłem się i wplotłem dużą dłoń w niebieskie kosmyki. Jednym kolanem oparłem się o łóżko, a moje usta w przeciągu sekundy były przy ustach przyjaciela.
- Cholerny gówniarz - warknąłem i z zachłannością wpiłem się w różowe wargi. Ten pocałunek różnił się od tych sprzed trzech lat. Owszem, był przepełniony namiętnością i pragnieniem, ale nie brutalnością. Tym razem potrafiłem nad sobą zapanować. Mój język przesunął się po linii ust, torując sobie drogę do ich wnętrza. Moje ciało nienachalnie napierało na chłopaka, ostatecznie powodując, że jego głowa miękko spoczęła na poduszce. Zatraciłem się w tym pocałunku, czując, że jest w jakiś sposób wyjątkowy. Inny od tych, którymi obdarowywałem przypadkowych chłopaczków umilających mi noce. Inny od tych, którymi nierzadko obdarzałem Luisa. Coś się różniło, lecz co dziwne, nie potrafiłem określić czym to jest. Z dziwną dozą delikatności wolną ręką przesunąłem po ramieniu chłopaka, ostatecznie umieszczając ją na odstającym biodrze, lekko podważając koszulkę i drażniąc chłodnymi palcami gładką skórę. Moje kolano znalazło się pomiędzy nogami Zack'a, jednak nie napierało na miejsce pomiędzy nimi. Nie wiem, kiedy ostatnio byłem dla kogoś tak delikatny, choć może w opinii innych osób definicja tego słowa jest z goła inna, od tego co pokazuję ja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 02, 2015 1:06 am

Cholerny kłamca. Oczywiście, że je miał. Miał je na pewno. Ale dlaczego mi nie dał? Możliwe, że po prostu nawet w tej chwili żałował mi czegoś co należy do niego. Tak jak motoru. Co za okropny przyjaciel. Kiedy mówiłem, nie odezwał się ani słowem ja zaś nie wiedziałem czy rzeczywiście powinienem był wszystko to mówić, poddawać się dramatyzmowi. Możliwe, że to wina sentymentów. Nie planowałem w ogóle tego robić. Wyszło samo z siebie i najprawdopodobniej pragnąłem tego najbardziej szczerze. Ba to mogło być jedyna prawdziwa rzecz jakiej dopuściłem się przez te wszystkie lata. W jednej sekundzie postanowiłem odciąć się od Daniela, bo tak, niezaprzeczalnie, byłoby o wiele lepiej. Dla nas obu. A może tylko dla mnie? Na Boga! Zack, myśl o sobie tak jak to robiłeś przez ten cały czas. Nie porzucaj swoich własnych zachcianek tylko dlatego, że pojawił się ktoś z kim kiedyś się liczyłeś. Ktoś kto wyrobił w tobie przyzwyczajenie to odrzucania tego czego ty chciałeś na rzecz kogoś takiego. Nigdy nie miałeś prawa nikogo nazwać prawdziwym przyjacielem, Zack. Zawsze byłeś tylko jego przydupasem. Niemal potrząsnąłem głową by odrzucić te myśli od siebie.
Nie umknęło mojej uwadze zdenerwowanie Daniela. Napiąłem się jak struna widząc, że w każdej chwili mógłbym dostać. I naprawdę wolałbym to od tego całego wahania, które pojawiło się na miejscu pełnego zdecydowania sprzed kilku sekund. Miałbym przynajmniej pretekst do impulsywnego wywalenia go z domu. Tymczasem nie potrafiłem zrezygnować z niepotrzebnych słów, zbyt przebrzmiałego dramatyzmu. Oh, jakże na mnie patrzył. Aż miałem ochotę posłać mu przepraszający uśmiech.
Tak, po dłuższym namyślę dochodzę do wniosku, że to wygląda jak bardzo niewesołe zerwanie. Cos w stylu ‘dajmy sobie czas’. Nie łudziłem się ani przez moment, że kiedykolwiek Daniel pozwoli mi zniknąć, a ja tak samo nie umiałbym mu dać wynieść się z mojej głowy. Cały czas tam był nawet wtedy gdy mój mózg zajęty był wszystkim innym co nie było związane z rzeczywistością. A Danny niewątpliwie był rzeczywistością. Ona zawsze wydawała mi się ponura i jakby z każdym dniem wysysała ze mnie życie. Kiedy uciekałem gdziekolwiek indziej czułem się jakbym na nowo się rodził lub zyskiwał jakiś swój własny świat do którego nie miał dostępu Danny, a także rzeczywistość. Bo to ona była chora, nigdy ja. Ale wiedziałem, że będę za nią tęsknił dlatego nie pozwoliłem porwać się temu wszystkiemu. Teraz też nie pozwalałem. Jednak nie miałem już pojęcia czy to co robię to prawda czy złudzenie, które kiełkuje w mojej głowie wraz z nowym szaleństwem rozumianym jako takim. Bo ja inaczej mógłbym to nazwać?
Śledziłem każdy ruch jego twarzy, która z każdą sekunda przypominała ta sprzed momentu gdy przywaliłem mu w nos. Podążył wzrokiem za wysuwająca się w moim kierunku ręką. Zostałem odepchnięty. I było to takie przyjemne kiedy to zrobił, że ledwo powstrzymałem się od uśmiechu. Czyżby poczuł się oszukany? A może był tak szlachetny?
A potem to spojrzenie, w którym była ukryta cała złość i cos na kształt żalu. On naprawdę czuł się z tym źle. Mina mi zrzedła i odprowadziłem go niemal tęsknym wzrokiem. Czyli zamierzał tak po prostu się zgodzić na ten układ? To przecież niemożliwe. Poczułem się w jednej chwili całkowicie zawiedziony tym, że …mnie nie pocałował kiedy dałem mu do tego sposobność. Co za jawna niesprawiedliwość. Jednak gdy się zatrzymał, pojawiła się pewnego rodzaju nadzieja. Te wszystkie emocje widniały teraz na mojej twarzy i nie było na niej śladu obojętności. Jakbym się czuł gdyby Danny wyszedł? Wyzwolony, ale w dalszym ciągu pusty. Kiedy wreszcie zaczął żałować, dopiąłem swego? Czy dlatego nagle w moim wnętrzu miałoby zabraknąć celu, dla którego mógłbym znosić te wszystkie podchody? Nie tego oczekiwałem.
A potem niemal jęknąłem zaskoczony nagłym obrotem spraw. Bez jakiejkolwiek szansy na reakcję poddałem się ruchom chłopaka. Jego długie palce poczułem bezpośrednio przy skórze na głowie. Zmarszczyłem brwi zupełnie nie rozumiejąc dlaczego w ogóle jednak zawrócił. Wtedy dotarła do mnie głupota moich słów. No tak, przecież mu pozwoliłem na pocałunek. Zastanawiałem się czy tym samym zadeklaruje nasze dożywotnie rozstanie czy coś zupełnie przeciwnego. Mogłem się tego spodziewać. Nawet jeżeli mnie pocałujesz, przypieczętujesz tym samym coś czego nie miałem zupełnie na myśli. Musiałbym być idiota by uwierzyć w tak naiwną rzecz. Ale nie odepchnąłem go z jakiegoś powodu. Wspomnienia rozbłysły przed moimi oczami jakby ta scena wcale nie była częścią tych czasów, lecz innych. Odleglejszych.
Nasze wargi niemal się zetknęły kiedy mówił, ja zmrużyłem oczy w jakimś stopniu niedowierzając temu co się dzieje. Co było tak prawdziwe. Jakby o wiele bardziej przekonujące niż to, że leżałem na łóżku z Danielem wiszącym nade mną.
Wtedy dotarło do mnie to, że wszystko jest zupełnie inaczej. Jakby karykaturalnie, nierzeczywiście jednocześnie pozostając jedyną rzeczywistością jaką miałem do dyspozycji i musiałem się z tym pogodzić, a także zaakceptować.
Odrzuciłem na bok niedorzeczne rozmyślania. Było o wiele za późno na tego typu rzeczy. Możliwe, że wchodząc do tego domu odrzuciłem zdrowy rozsadek. Nie było w tym nic złego. Po prostu było lżej. Chociaż zdawałem sobie sprawę, że będzie gorzej, że to wszystko tylko skomplikuje moją przyszłość.
Ale począłem odwzajemniać pocałunek co wyszło z początku dość niezgrabnie. Jednak cała niemożność i oszołomienie irracjonalnością własnych decyzji, odpłynęły wraz z powrotem do ponownego umiejętnego poruszania ustami w sprawniejszy sposób. Rozchyliłem je delikatnie czując, że język Dana jest obecny na moich wargach jakby domagał się dostania tego co należało do niego. Zyskiwałem kontrole nie tylko na ruchami ciała lecz i nad sytuacją.
Dłoń chłopaka pojawiła się tam gdzie dawno nikt nie pozwalał sobie mnie dotykać. Momentalnie zadrżałem.
Gdy tak stopniowo traciłem zdolność rozumowania i uruchomiłem tylko odbierania bodźców, w drzwiach niespodziewanie stanęła moja własna matka. Nie odważyłem się nawet otworzyć oczu z oczywistego powodu do zażenowania.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 02, 2015 4:37 pm


Nie wiem czy to z powodu zaskoczenia, czy może przez faktyczne pragnienie, ale Zack bez dłuższej chwili wahania zaczął odpowiadać na moje pieszczoty. Z początku niepewnie, potem intensywniej przystąpił do odwzajemniania pocałunku. Nie tylko nie protestował, ale całkowicie się oddał i nie wyglądało to tak, jakby robił coś wbrew sobie. Pod dłonią wyczuwałem drżenie drobnego ciała i nie wydaje mi się, by spowodowane było ono przez strach. Nie tym razem. W odróżnieniu od naszego ostatniego zbliżenia, teraz powstrzymywałem się od sprawiania bólu chłopakowi. Nie zaprzeczę, iż miałem ochotę przygryźć miękkie wargi i wpić paznokcie w mocno zarysowane biodro, jednak w odróżnieniu od siedemnastoletniego Daniela, ten potrafił się opanować. Mimo swoistej delikatności, pocałunek nie zelżał na namiętności, której pokładów sam się nie spodziewałem. Przyzwolenie Zack'a, oraz świadomość tego, że zatraca się w niewinnej pieszczocie sprawiały, że sam zapomniałem o całej otaczającej mnie rzeczywistości. Palce wplątane w niebieskie kosmyki leniwie przesuwały się po skórze głowy, a te umieszczone na biodrze, ostrożnie poczęły sunąć wyżej, aż zatrzymały się na wrażliwym, różowym punkciku. Całowałem go tak, jakbym nie robił niczego podobnego od lat. To było co najmniej dziwne, bo jestem pewien, że miałem czyjś język w ustach jeszcze ostatniej nocy. Czy jest jakiś konkretny powód, dla którego dawny przyjaciel tak mocno mnie pociąga? Nie rozumiem tego. Przecież nie wydaje się być jakoś wyjątkowo atrakcyjny - jest stanowczo zbyt chudy, blady, ma podkrążone oczy i nieświadomy człowiek z pewnością mógłby go uznać za pospolitego ćpuna. A jednak z jakiegoś powodu podszedłem do niego na tym nieszczęsnym koncercie. Jego postura i niesforne chabrowe włosy przyciągnęły mnie do siebie. Również teraz, wyczuwając zarysowanie kości biodrowe, oraz kości żeber, przesuwając po nich opuszkami palców, czułem wyjątkowo szybko rosnące podniecenie. Pociągał mnie cholernie, mimo pozornej nieatrakcyjności. A jednak dla mnie był po prostu piękny. A może to sprawa emocji odżywających w wyniku nieoczekiwanego, ponownego spotkania. Lub po prostu jakieś złudzenie. Zbyt przyjemne złudzenie.
Do rzeczywistości przywrócił mnie dźwięk otwieranych drzwi. Nie zareagowałem gwałtownie, nie byłem w końcu nastolatkiem przyłapanym na niemoralnych czynach. Dla mnie podobne zbliżenia z facetami są codziennością i nie uważam ich za powód do wstydu. Po chwili jednak przypomniałem sobie gdzie się znajduję, oraz kto może właśnie stać w drzwiach sypialni. Z żalem przerwałem pocałunek i niespiesznie odsunąłem się od lekko napuchniętych ust Zack'a. Moje oczy pozostały lekko przymrużone i przez chwilę jeszcze z ukrytym zachwytem wpatrzone były w malujący się przed nimi obraz. Zarumienione policzki i włosy niezgrabnie rozrzucone po poduszce, w połączeniu z uchylającymi się powoli błyszczącymi, błękitnymi oczami, stanowiły połączenie idealne. Chciałbym zachwycać się tym widokiem dłużej, ale niestety musiałem sobie przypomnieć jak w rzeczywistości mają się sprawy. Zack chciał, żebym zniknął z jego życia, co przecież powiedział mi dosłownie kilka chwil temu, a ten raz miał być rzekomo jedynym dopuszczalnym. Wiem jednakże, że mojemu drogiemu przyjacielowi bardzo się to spodobało i wzbierała we mnie złość spowodowana niechcianą ingerencją trzeciej osoby. Gdyby nikt nam nie przeszkodził, być może zaszlibyśmy z tymi pieszczotami znacznie dalej.
Wysunąłem dłoń z włosów Zack'a, zabrałem również tą, która przed chwilą bawiła się sutkiem. Wyprostowałem ramiona, powoli podnosząc się z łóżka i w końcu odwróciłem się w stronę Janine. Nie jestem pewien czy powinienem się cieszyć, że to nie Greg, lub dzieciaki. To dobra kobieta i kocha swojego syna, więc z pewnością pogodzi się z jego orientacją. Zack może czuć się zażenowany, ale nie sądzę, by został potępiony przez matkę. Co mnie martwi bardziej to to, że ta mogła powiązać fakty. Co, jeśli zacznie podejrzewać, że to ja jestem facetem, który wykorzystał wtedy jej syna? Ale teraz widocznie mi się poddał, więc nie powinna raczej odebrać mnie jako gwałciciela. Cóż, nie sądzę bym miał się tego dowiedzieć w najbliższym czasie. Zack chciał, żebym zniknął, więc zniknę. Nie dlatego, że do tego stopnia szanuję jego wolę, gdyż z natury nie jestem osobą podporządkowującą się innym. Po prostu doszedłem do wniosku, że człowiek jest bardziej skłonny do obdarzenia drugiej osoby zaufaniem, gdy czuje, że ma coś do powiedzenia, że jego zdanie jest brane pod uwagę. Tylko dlatego postanowiłem usunąć się w cień, choć oczywiście nie zamierzam zaprzepaścić naszej urwanej przyjaźni. Gdy już raz go spotkałem, znaczyć to musi, że tak miało być. To z kolei skłania mnie ku przekonaniu, że powinienem przynajmniej podjąć próby odnowienia naszego kontaktu. Zrobię to, gdy tylko Zack złapie trochę powietrza.
- Pani Petterson. - Posłałem kobiecie lekki, niemalże przepraszający uśmiech. Przypominałem jednak mężczyznę przekonanego o tym, że Janine wie o upodobaniach swego dziecka. - Na mnie już pora - skłoniłem się lekko i minąłem kobietę. Po drodze do drzwi pożegnałem Grega i łapiąc w locie swoją skórę, ruszyłem do motocykla. Żadnego do widzenia, żadnego żegnam. Jeśli Zack faktycznie chciał się mnie pozbyć, nie powinien mieć za złe brak jakiegokolwiek pożegnania.
Starając się nie dopuścić do głowy przygnębiających myśli, założyłem kask i dosiadłem Hondy. Ruszyłem bez wahania, nie oglądając się za siebie. Nie wiem czego bardziej było mi żal, chwilowej utraty Zacka, czy pysznego gulaszu Janine.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 02, 2015 7:00 pm

Pieprzona ironia była nieodłącznym elementem mojego życia. I jak na złość przyjmowała zawsze postać najgorszą z możliwych. Mogłem nawet uważać, że mój żywot składa się z pecha jakby cały czas trwał pierwszy kwietnia albo moje istnienie było piątkiem trzynastego. Jakżebym mógł inaczej sądzić po tym wszystkim co mi się przydarzyło z dnia wczorajszego na dzień dzisiejszy.
Najpierw spotykam gościa, który nawiedzał moje koszmary od kilku lat, potem ten sam facet wpada do mojego domu, oczywiście zaproszony przeze mnie, bo jakżeby inaczej?
A jeszcze później jestem gotów na coś o wiele więcej niż ckliwa rozmowa. Rzekłbym nawet, że sobie trochę poużywaliśmy gościnności.
W mojej głowie tłukło się poczucie zagrożenia. Zdrowy rozsądek dawał o sobie znać lecz skrzętnie blokowałem jakiekolwiek objawy, ekhem, myślenia. W pewnym momencie nawet nie tyle co zatraciłem się w naszym kontakcie fizycznym, chociaż nie przeczę, że to nie miało miejsca, a chciałem sprawdzić się na pewnym polu.
I uderzyła we mnie świadomość, że to wcale nie seksu się bałem. Ja już po prostu nie potrzebowałem takich dodatków egzystencjalnych. Ale nigdy nie pomyślałbym, że nie mam traumy.
Czyżbym przez te wszystkie lata usprawiedliwiał swoje dziwactwo? Na samą tę myśl nabrałem ochoty by zaśmiać się w głos. Uniemożliwił mi to pewien aspekt, mianowicie język Daniela w moich ustach.
Całował mnie bardzo umiejętnie, ja nie zostawałem mu dłużny w odpowiadaniu na pieszczoty. Jednak tylko chłopak robił to z takim utęsknieniem jakby co najmniej spoczywała pod nim ukochana osoba. A ja nią nie byłem, więc nie rozumiałem skąd tak wiele emocji pojawiło się w naszym zetknięciu.
Mogłem jedynie zgadywać jak teraz wpływałem na ciemnowłosego. Kiedy połączyłem wszystkie fakty, rozumiałem, że mężczyzna oczekiwał czegoś więcej tu i teraz i prawdopodobnie gdyby nie czysta przyzwoitość, sprawdziłbym jak bardzo mu stoi. Ot tak, rzuciłbym okiem.
Nawet jeżeli teraz nie stał, to stanie za chwilę. A ja? A ja byłem po prostu podekscytowany i czerpałem pewnego rodzaju satysfakcję z naszego pocałunku i leniwych obmacywanek. Nie miało to większego wpływu na dolne partie mojego ciała czy tą dziwną opcję w mózgu, która odpowiadała za pożądanie. Zależność się pojawiła taka, że Daniel mnie potrzebował do tego, a ja jego nie.
Spróbowałem przypomnieć sobie swoje życie seksualne sprzed trzech lat. Nie było jakichś zawirowań. Jedna dziewczyna, kilka razy się przespaliśmy no i druga, z która zerwałem zaraz po powrocie ze szpitala po feralnym koncercie. Właściwie uznałem, że tak by wyglądało zerwanie i nie bawiłem się w oficjalności. Wtedy nie przywiązywałem tak wielkiej uwagi do wszelkiego rodzaju niedomówień. Po prostu kiedy z dnia na dzień zniknąłem ze szkoły, powinna domyślić się, że zerwanie było jedynym co mogła uznać za pewne.
Tak więc, życie seksualne mojego szesnastoletniego ja, przedstawiało się ubogo. W ogóle do tej pory nie nabyłem jakiegoś doświadczenia. Chociaż względnie wydaje mi się, że Ev była aż nazbyt zadowolona kiedy już wreszcie dochodziło do czegokolwiek. Czyżby wrodzony talent?
Jego ręce nacierały zewsząd i delikatnie pieściły moją skórę. Mogłoby być naprawdę miło. Z mężczyzną. Stop. Słucham?
Owszem, dopuszczam do siebie myśl, że faceci być może mogą to ze sobą robić i pewnie rozumieją się o wiele lepiej w łóżku. Poza tym ich związki są zazwyczaj całkiem szczęśliwe choć krótkie.
Ja byłem jednak generalnie nieskory do wskakiwania komuś do łóżka. Może wcześniej, nawet wczoraj, zwaliłbym to na traumę z wczesnych lat młodości jednak teraz, tym prostym doświadczeniem, udowodniłem sobie, że wcale się nie boję dotykania. Nawet było to względnie przyjemne. Znaczy, nie stwierdziłem tego dopiero w tej chwili. Często całowałem Ev i ją dotykałem, a ona mnie. Należało to do miłych doznań cielesnych, ale gdy dochodziło do kulminacyjnej części programu, byłem o wiele bardziej powściągliwy.
Wziąłem głęboki oddech gdy chłopak dotarł swoją dłonią nieco trochę za wysoko by można było to nazwać spontanicznym pocałunkiem. Ale i to niespecjalnie mi sprawiało dyskomfort. Obojętnie podszedłem do wszystkie co wiązało się z jego rękami przesuwającymi się po mojej skórze.
No i wtedy nadszedł moment by kategorycznie przerwać ten nieciekawy incydent. Powoli uchyliłem powieki delikatnie spoglądając na Daniela bowiem oglądanie jego twarzy wydało mi się lepszym wyjściem niż choć jedno spojrzenie na mamę. Jakże czułem się zażenowany. Spaliłem podręcznikowego buraka. I nawet dalej się starałem udawać, że to nie wina Daniela. Tylko nas obu. Właściwie moja, bo to ja zainicjowałem sytuację wiedząc podświadomie, że chłopak się temu nie oprze. Nie wyglądał na takiego co by odmawiał sobie ofiarowanego prezentu od losu.
Obecność chłopaka zniknęła z pokoju, odczekałem chwilę nim opuściła także dom.
Mama nie odezwała się ani słowem nawet gdy Daniel rzucił niewypowiedzianym pożegnaniem.
Dopiero po kilku minutach zdecydowałem się spojrzeć na nią kątem oka i usiąść na łóżku by po chwili wbić wzrok powrotem w pościel.
-To nie tak jak myślę? -spytała siląc się na pewny ton. Zdecydowanie nie pytała z nadzieją, że przyznam jej racje. Po prostu chciała rozładować napięta atmosferę i dać mi szansę na wybranie opcji. Mówić lub zostawić to bez słowa wyjaśnień podczas gdy każda ze stron miałaby na to własny punkt widzenia.
-Nie jestem gejem-spojrzałem jej w oczy siląc się na taki ton, który przekonałby oboje z nas. Co jeżeli byłem i nawet o tym nie wiedziałem?
-A Daniel? -spytała i powoli zbliżyła się do materaca by z pewną rezerwą usiąść na łóżku. Właściwie na skraju.
Pokiwałem głową powoli i popatrzyłem na nią.
- Wydaje mi się, że nie zawsze nim był-odparłem cicho. Powiedział mi przecież jaka jest jego sytuacja o co tak diametralnie zmieniło jego upodobania. Tego jednak nie mogłem powiedzieć.
-Bylibyście naprawdę uroczą parą. Obaj macie zawsze coś do powiedzenia -uśmiechnęła się i położyła mi rękę na ramieniu, a ja niechętniej niż zwykle objąłem delikatnie drobną kobietę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 02, 2015 7:13 pm


Jechałem szybciej niż zwykle, a już z pewnością niż powinienem biorąc pod uwagę stan w jakim znajdowała się moja twarz. Od długiego nachylania się nad Zackiem, czułem przeszywający ból całej głowy, okolice nosa silnie pulsowały, nie dawały mi spokoju. Wciąż ograniczone pole widzenia stało się teraz najmniejszym problemem. Byłem wyjątkowo rozkojarzony nie tylko przez ból, ale także wydarzenia ostatniej doby. Wracając do San Diego nie byłem przygotowany na nawrót wspomnień i konieczność zmierzenia się z dawnymi przewinieniami. Wydawałoby się, że dla człowieka, który na co dzień podciera tyłek moralnością, jedna zbrodnia będąca gwałtem jest tylko nieważnym wierzchołkiem góry lodowej. Czymś zupełnie niewartym wspomnienia, niknącym w masie pozostałych przewinień. A jednak, w ostatecznym rozliczeniu okazuje się, że ten jeden z wielu niepożądanych czynów wcale nie staje się normalnością nawet, gdy popadłem w rutynę zabijania i wzbogacania się na ogólnym cierpieniu innych. Ujrzenie Zacka wzbudziło we mnie tak samo wielkie poczucie winy, jakie pojawiło trzy lata temu, nim jeszcze poznałem Drake'a. W tej samej chwili poczułem przerażenie i szczęście. To pierwsze spowodowane nagłością zdarzeń, koniecznością stanięcia twarzą w twarz z najgorszą zmorą przeszłości, to drugie za sprawą ujrzenia człowieka, który był mi najbliższą osobą obok Alexandra prze tak wiele lat. Straciłem ich obydwu, a gdy dostałem szansę na rozmowę z nimi, zarówno brat jak i dawny przyjaciel odesłali mnie z kwitkiem. Nie mogłem ich winić, co nie przeszkadzało mi w odczuwaniu niepohamowanej wściekłości. Byłem rozgoryczony, zirytowany i rozdrażniony całym splotem wydarzeń, ciągnącym się od trzech lat. Byłem również zmęczony zastanawianiem się nad tym jak wyglądałoby moje życie, gdybym tamtej nocy zwyczajnie poszedł spać. Może chodziłbym teraz na jakieś studia zaoczne, miał najniższą krajową, ale przy spokojnej, normalnej pracy, dalej żyłbym w zgodzie z Zackiem, a może nawet wplątałbym się w poważniejszy związek? Elizabeth mogłaby ze mną przebywać bez ograniczeń, a Alexander wybrałby mnie na chrzestnego dla swojej rocznej córeczki. A przynajmniej pozwoliłby mi ujrzeć ją na oczy. Wiódłbym sobie skromne, ale najnormalniejsze życie szarego studenciaka, borykając się z problemami niższej wagi i nie obarczając się wszelakimi ciężkimi grzechami. Ciekawe, czy w ogóle potrafiłbym odnaleźć się w takiej rzeczywistości? Kiedyś może i tak, ale teraz podobna sytuacja nie miałaby prawa bytu. Wybrałem najgorszą z możliwych dróg, gdzie nie ma skrętów umożliwiających zawrócenie, lub zboczenie z niej. To również mnie przytłaczało. Dzisiejsza rozmowa z Zackiem, jego zachowanie i słowa w niczym nie pomogły. Wzbudziły we mnie pokłady uśpionych dotąd emocji. Być może dlatego jechałem dużo bardziej chaotycznie niż zawsze. Nie zważałem na to co jest przede mną, obok mnie, nie zauważyłem nawet jak wjechałem do ruchliwego miasta. Ocknąłem się dopiero, gdy przed moimi oczami stanęła matka z małym dzieckiem. Nie myślałem. Skręciłem.

***

Na ulicy wypełnionej do tej pory cichym gwarem i dźwiękiem przejeżdżających samochodów, rozległ się krzyk. Młoda kobieta, trzymająca na rękach roztrzepaną dziewczynkę, ujrzała właśnie śmierć przed oczami. Przechodziła na pasach, nie zrobiła nic co mogłoby narazić życie jej małej córeczki, a jednak ułamek sekundy dzielił je obydwie od niechybnej śmierci. Oczy wszystkich obecnych obserwowały szalonego motocyklistę, który w ostatnim momencie zdołał skręcić, tym samym kierując się na stojące nieopodal drzewo, wyznaczające swoistą granicę między ulicą a parkiem miejskim. Rozległ się huk. Co nieliczni zdążyli dostrzec jak młody mężczyzna zeskakuje z motoru, unikając zderzenia z przeszkodą. Gdyby tego nie zrobił, roztrzaskałby się tak samo jak Honda, której części rozprysły się na wiele metrów dokoła. Odleciał wyjątkowo daleko, ludzie byli w szoku, nie na co dzień widzi się podobne sytuacje. Tylko jeden z nich, trzymający dotąd w ramionach kobietę z dzieckiem, szybko począł kierować się w stronę zakrwawionego, nieprzytomnego człowieka. Szedł z szeroko otwartymi oczami, rozwartymi ustami, ledwie łapiąc oddech, a za nim ciągnęły się lekko przydługie kosmyki ciemno rudych włosów.
- DANIEL! - Krzyk Alexandra rozległ się, wydawać by się mogło, w promieniu kilku kilometrów. Tym jednym rozpaczliwym okrzykiem doszczętnie zdarł sobie gardło, lecz z jego ust wciąż wydobywały się kolejne słowa, z których głównie dało się usłyszeć rozpaczliwe "nie". Przyklęknął obok pokiereszowanego ciała i przeraził się, gdy zobaczył, że klatka piersiowa leżącego nie unosi się. Jakiś człowiek zadzwonił na pogotowie, zaś rudzielec podświadomie zaczął reanimować brata. Przez głowę przemknęły mu dwie myśli: "to cholerna karma" i "będzie jak dawniej, tylko się podnieś".

TRZY TYGODNIE PÓŹNIEJ

Czemu wszędzie jest tak biało? Obudziłem się, jednak pomieszczenie, w którym się znalazłem zupełnie nie przypominało mojego pokoju. Właściwie nie pamiętam jak wróciłem do domu. Wychodziłem w ogóle na jakąś imprezę? Zmarszczyłem brwi, dopiero teraz orientując się że mam w nosie jakieś ustrojstwo, wszędzie jest pełno kabelków, coś mi irytująco pika nad uchem, a na dodatek jestem cholernie głodny. Podniosłem się do siadu, unosząc brew gdy udało mi się przelecieć wzrokiem pomieszczenie. Szpital? Spojrzałem w bok - kroplówka. Zjechałem wzrokiem na swoje dłonie, a na moją twarz wstąpił jeszcze większy grymas. Tatuaże były przykryte bandażami i wydawały się dziwnie... kościste. Co się, $%^&* dzieje?
- Daniel! O boże, braciszku! - Dopiero teraz zauważyłem siedzącą w kącie pomieszczenia Elizabeth. Jej oczy były przepełnione łzami, kontrastującymi z szerokim uśmiechem. Wyglądało to tak, jakby ktoś właśnie zdjął ogromny ciężar z jej serca. Podbiegła, ściskając mnie mocno, tak jakbyśmy nie widzieli się co najmniej kilka lat. Byłem jeszcze bardziej zdezorientowany, gdyż Liz nie ma raczej takich skłonności do wylewania swoich uczuć względem braci.
- Liz? Jesteś ciężka - mruknąłem, wymownie unosząc jedną brew. Faktycznie była ciężka, ale jednocześnie nic mnie nie bolało, więc dlaczego tu jestem? Cholera, tak mi słabo.
Siedziałem jak wmurowany, patrząc się z niezrozumieniem na dziewczynę, która zaczęła piszczeć jak bardzo się cieszy, że wróciłem do żywych. Od razu wykonała telefon do Alexa. Wszystko działo się tak szybko. Pomieszczenie wypełniło się pielęgniarkami, lekarzami, bratem i siostrą. Nie wiedziałem co się dzieje, dopóki równie ucieszony rudzielec ze łzami w oczach nie powiedział pokrótce jak tu trafiłem. Szybko przypomniałem sobie wszystko z tamtego dnia. Pierwsze o czym pomyślałem, to moja najukochańsza honda, drugie to to, jak wiele czasu przebywałem w śpiączce, trzecią rzeczą zaś były gęste włosy, które ku mojemu wielkiemu, zdecydowanie niepozytywnemu zaskoczeniu, sięgały jedynie łopatek. Później dowiedziałem się, że miałem jakąś cholerną operację czaszki i musieli ogolić głowę. Nie wsłuchiwałem się za bardzo w słowa doktora, wystarczyło mi, że żyję i nie jestem kaleką, choć ubolewałem nad straconym motocyklem. Zyskałem za to na powrót brata, który nawet jeśli tylko na czas mojej rzekomej rekonwalescencji traktuje mnie tak jak dawniej, to jednak zaczął to robić.
W szpitalu leżałem jeszcze dwa tygodnie, w trakcie których odwiedził mnie Luiz, Drake oraz kilka innych osób niechętnie wpuszczanych przez personel szpitala. Szefuncio wyjaśnił mi, że chcieli mnie zabrać do naszego medyka, jednak Alexander kategorycznie odmówił, przez co zostałem w szpitalu. Opowiedział pokrótce co działo się przez miniony miesiąc i nie omieszkał się zawiadomić jak bardzo im mnie brakowało. Zastanawiałem się jedynie czy sformułowanie to dotyczyło pracy, czy może jednak zwyczajnych ludzkich uczuć. W ich oczach nie było łez tak jak w oczach mego rodzeństwa, a jedynie rzeczowy ton i zdawkowa serdeczność. Ale to właśnie tych ludzi od trzech lat zwałem swoją rodziną. Po wyjściu ze szpitala mogłem powrócić do codziennych zajęć. Nie zamierzałem oszczędzać się zgodnie z zaleceniami lekarza. Mojemu ciału już niewiele brakowało do postury Zack'a co przeraziło mnie jeszcze bardziej niż ścięte włosy. Już pierwszego dnia zabrałem się za przywracanie formy. Dobrze jest być wśród żywych, a także mieć brata i poznać w końcu jego narzeczoną oraz córeczkę o zarumienionych policzkach, oraz roztrzepanych jasnych włosach.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Paź 03, 2015 5:20 pm

Dziewięć miesięcy później…


Od dawna nie miała wieści od syna. Wyjechał od niej zaraz po tym jak Daniel pojawił się w jej domu cały zakrwawiony. Uważała go z odpowiedzialnego mężczyznę. Nawet sądziła, że jego i Zacka łączy coś więcej niż przyjaźń jednak zaraz po tym jak jej syn opuścił miasto i doczekała się jednej rozmowy telefonicznej, dowiedziała się, że obaj jej dorośli chłopcy nie spotkali się już więcej.
Niemal nie zauważyła upływu czasu sześciu znaczących miesięcy. Przyzwyczajona była do tego, że Zack często nie dzwonił. Miała jednak nadzieje, że tak jak wcześniej, wszystko u niego zmieni się na lepsze wraz z mijającymi dłuższymi okresami czasu.
Po siedmiu miesiącach, Zack został namówiony do tego by zjawić się w domu rodzinnym gdzie po niekrótkim czasie oczekiwania, pokazał się. Janine wiedziała, że coś się działo. To nie był dłużej ten sam Zack. Już nawet nie był podobny do tego co przyszło jej oglądać kilka lat temu kiedy był w podobnym stanie. Ten widok jej syna, naturalnie, zmartwił ja. Nieraz miała styczność z niemal identycznym wizerunkiem własnego syna, ale to było tak dawno, że zdążyła zapomnieć jak bolał ją wtedy ten obraz.
Zachary powoli i stopniowo zmienił się w narkomana i choć naprawdę dobrze udawał, że wszystko jest z nim dobrze, tak Janine wiedziała o wszystkim już od samego pojawienia się syna we frontowych drzwiach.
Próbowała z nim rozmawiać jednak ten zbywał ją, a po tym jak zaczęła naciskać, stał się rozdrażniony i niemal agresywny.
Spytała nawet kiedy był ostatnio u fryzjera bowiem dłuższe, falowane włosy wpadały mu często do oczu. Powiedział, że wybierze się niedługo, a nie miał na to czasu ponieważ musiał się uczyć.
Po niecałym miesiącu, do je poczty został doręczony list oświadczający, że Zachary Petterson został wydalony z listy studentów.

*

Nie miałem pojęcia ile przeleżałem na kanapie. Może minęły dwa dni, a może tylko pare godzin. Właściwie, równie dobrze mogły to być minuty. Jak co dzień, pogratulowałem sobie zniszczenia własnego życia i z ciężkim sercem podniosłem się do siadu. Ostatnio zorientowałem się, że byłem długo nieobecny na uczelni. Zapewne już nie należałem do grona studentów. Zresztą! Czy mnie to w ogóle obchodzi?
Stwierdziłem, że niezbyt i wstałem z miękkiego tapczanu po czym ruszyłem w kierunku łazienki. Zapaliwszy światło, odczułem jak zbyt wyraźna różnica jasności w pokoju i w łazience, razi mnie w oczy. Miałem już dwadzieścia lat, zostałem wyrzucony ze studiów, a za chwilę pozbawią mnie pracy. W dodatku jak jakiś gówniarz dałem się wciągnąć w używki. Można powiedzieć, że się stoczyłem w każdy możliwy sposób. Nie byłem szczęśliwy, ale też nie chciałem nic zmieniać. Było mi dobrze z tym, że kolejne szare komórki w moim mózgu prawdopodobnie obumierają, a najboleśniejsze wspomnienia każdego kalibru to coś czego od kilku miesięcy nie miałem czasu przytoczyć i się z nimi zmierzyć.
Oparłem się ciężko na umywalce i uniosłem wzrok na lustro. Boże, co się stało? Od kiedy wyglądam tak paskudnie? Uśmiechnąłem się z przekąsem do swojego odbicia w lusterku i spuściłem wzrok na wodę cieknąca ciurkiem z srebrnego kranu. Trwałem tak przez dłuższą chwilę nim pochwyciłem wilgotność w dłonie i obmyłem nią twarz. Niedługo skończą mi się oszczędności, stracę dach na głową, a ze strachu przed reakcją rodziny, wyląduję pod mostem. Bez pieniędzy i perspektyw. Zmarnowany i wypalony, pozbawiony chęci do życia.
Na tłustych kołtunach pozostały resztki spranego niebieskiego koloru, który przerzedzały jasnobrązowe kosmyki. Pozbawione blasku i życia włosy odgarnąłem do tyłu by nie zasłaniały mi widoku. Może powinienem je obciąć? Gdybym sam się za to zabrał, zapewne skończyło by się to dość niepewnie co do późniejszego efektu.
Nachyliłem się nad wanną i odkręciłem kurek z woda by napełnić wannę. Wolałem nie zastanawiać się nad tym jak długo się nie kąpałem skoro widok napełnianej wanny wydał mi się tak obcy jak nigdy przedtem. Usiadłem na brzegu ceramicznej misy w samych spodniach i oczekiwałem momentu gdy ta się napełni. Trwałem tak w jednej pozycji, a gdy już nadeszła odpowiednia chwila, zakręciłem wodę i pozbyłem się reszty ubrań.
W ciepłej wodzie odprężyłem się nieco i oparłem potylicę o brzeg wanny.
Przez chwilę moje myśli zaczęły krążyć wokół Eveline. Zastanawiałem się czy znalazła sobie kogoś po naszym zerwaniu. Doszedłem do wniosku, że najprawdopodobniej zdążyła o mnie zapomnieć i odnaleźć kogoś podobnego do siebie. Jakąś bratnią duszę. Kogoś tak samo inteligentnego, odpowiedzialnego i rozmownego jak ona. Uśmiechnąłem się błogo kiedy moje myśli nie z tego, ni z owego zajął Daniel. Zastanawiałem się jak mu się wiedzie i nie miałem oporów przed wspominaniem go. Dopadła mnie znieczulica związana z tym tematem. Nie odczuwałem już emocjonalnego bólu więc coraz częściej wracałem do wspomnień związanych właśnie z ciemnowłosym.
W pewnej chwili, nie tak dawno temu, uświadomiłem sobie ,że to jak czciłem chłopaka za młodu podobne było do zjawiska zauroczenia. W końcu zawsze myślałem tylko o nim, a także zastanawiałem się czy znaczę dla niego choć w pewnym stopniu tyle ile on dla mnie. Biegałem za nim i szukałem aprobaty w jego oczach. W pewnym momencie dopadł mnie wstyd i odsunąłem tego typu myśli na bok.
Dłuższą chwilę zajęło mi wylegiwanie się w wodzie i ostatecznie opuściłem wannę, gdy zrobiło mi się o wiele za zimno bym mógł to zignorować.

*
Nie miała pojęcia gdzie szukać ratunku dla Zacka. Już dawno odpuściła sobie naleganie na to by chociażby pojawił się na jakimś spotkaniu z terapeutą. Miała nadzieje, że skusi go aspektem zamieszkania razem. Przekonywała go do tego by przeprowadził się do niej jednak ten kategorycznie odmówił rzucając w końcu słuchawką, a potem dzwoniąc z płaczem, że tak bardzo przeprasza za swoje zachowanie. Udało jej się uspokoić chłopaka na tyle by przestał płakać i ostatecznie od pomysłu odwiedzin syna w Los Angeles odwiódł ją Greg. Nie mogła jednak dłużej patrzeć na to bezczynnie, a martwić Alexandra Curtisa nie miała serca. Przecież nie mógł jej tym razem pomóc.
Ostatecznie oświeciło ją jednak i zdobyła się na odwagę wybrania numeru dawnego przyjaciela Zacharego, Daniela. Bardzo się denerwowała rozmową jednak wiedziała, że to był prawdopodobnie jedyny ratunek dla jej syna.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 1:43 pm


Dziewięć miesięcy minęło jak biczem strzelił. Po wyjściu ze szpitala wpadłem w wir pracy, świadomie i bez przymusu spędzałem w niej minimum dwanaście godzin dziennie. Przyjmowałem wszystkie zlecenia, nie zważałem na rady Drake'a, rzekomo troszczącego się o moje zdrowie. Gdy nie było pracy, zajmowałem się papierkami, chodziłem na siłownię, a czasem pomagałem Luisowi przy jego nerdowych zajęciach. Chociaż wcześniej nie wykazywałem za specjalnie takich chęci, nauczyłem się nieco HTML'u i jakbym się postarał, mógłbym nawet załatwić jakąś hackerską robotę. Jednak ostatecznie i tak uznałem, że to nie dla mnie. Przy nadmiarze informacji zaczynała boleć mnie głowa, a fakt, że dla Luisa cały ten zlepek literek i cyferek nie stanowił żadnego problemu, trochę mnie irytował. Czułem się gorszy, mimo, że wiedziałem, iż każdy ma swoją rolę. W wielu rzeczach to ja przewyższam blondyna, ta jedna zaś zarezerwowana jest dla niego i jak mam być szczery, nie spotkałem do tej pory lepszego programisty, hakera, stalkera, czy może po prostu informatyka, niż on. Nie znosiłem czasu wolnego, zawsze musiałem go czymś zapełnić, żeby za dużo nie myśleć. Nie tylko o Zacku, którego nie widziałem od dziewięciu miesięcy i jak na razie nie kwapiłem się do tego by odnowić naszą znajomość. Nie chciałem myśleć również o sobie i o tym jak zmienił mnie ten cholerny wypadek. Gdy wypisywałem się ze szpitala, doktor wspominał coś o możliwych efektach ubocznych, stwierdził nawet, że wyratowanie mnie stanowi swoisty cud. Doprawdy? Opatrzność boska wydaje się nade mną czuwać. Ha! W każdym razie, wspominał, że przy urazach głowy występuje wysokie ryzyko dalszych komplikacji. Zalecił mi obserwowanie własnego zachowania i niebagatelizowanie niepokojących bodźców. Jego gadka wydała mi się wtedy śmieszna. W końcu czułem się dobrze, oczywiście jeśli pominąć osłabione ciało i zesztywniałe stawy. Jedyne co mogło zwrócić moją uwagę to częste bóle głowy, ale to ponoć normalne przy tego typu operacjach. Szybko jednak zauważyłem pierwszą niepokojącą rzecz. Czy to Luis podawał mi swoje wyśmienite, aromatyczne obiady, czy używałem swoich ulubionych perfum, czy też przechadzałem się polnymi ścieżkami, nic nie czułem. Mój zmysł węchu zupełnie zanikł. Koń mógłby mi nasrać pod nosem, a ja wciągałbym ten wątpliwy zapach niczym bryzę o poranku. Z czasem się przyzwyczaiłem. Pamiętałem zapachy, których nauczyłem się przez dotychczasowe życie, więc udawanie, że wszystko ze mną w porządku nie było takie ciężkie. Nadal chwaliłem zapach potraw Luisa, wciąż używałem tych samych ulubionych perfum i otwierałem szeroko okno, gdy ktoś popuścił zwieracze. Myślałem, że na tym skończą się wspomniane skutki uboczne. Niestety, minęły jakieś dwa miesiące i przekonałem się, że to nie stracony zmysł jest największym problemem. Pewnego razu cholernie mocno pokłóciłem się z Luisem. To nie był pierwszy raz, gdy się tak pożarliśmy, ale pierwszy, gdy tak ostro zareagowałem. Zawsze byłem narwany, ale dopóki nie piłem wódki, nie traciłem zdrowego rozsądku i potrafiłem jako tako się opanować. Wtedy na moim języku nie zagościła nawet kropelka jakiegokolwiek alkoholu, a ja popadłem w furię, o ile to określenie nie jest zbyt delikatne. Pierwszy raz podniosłem na niego rękę i nie mówię tutaj o lekkim liściu wymierzonym w policzek. Udusiłbym go, gdyby nie niezapowiedziana wizyta jednego z naszych znajomych. Jemu też się dostało. Gdy w końcu się uspokoiłem, nie byłem w stanie zrozumieć dlaczego tak się zachowałem. Wszystko pamiętałem, a jednak miałem wrażenie, że to ktoś inny, nie ja, zachowywał się jak skończony dzikus, przez przypadek wypuszczony z klatki. Sytuacja się powtórzyła i wtedy zdecydowałem się na konsultacje z naszym lekarzem. Ostatecznie stwierdzono, że to efekt jakże pamiętnego wypadku. Krótko mówiąc, siadło mi na mózg. Musiałem chodzić na jakąś cholerną terapię, przepisali mi tabletki, które biorę od niechcenia, cały czas wątpiąc w ich efektywność. Zacząłem palić trawkę częściej niż dotychczas i cały czas uważam, że jest lepszym lekarstwem niż jakieś cholerne pigułki. Mimo wszystko biorę je zapobiegawczo, bo zwyczajnie boję się, że znów mi odbije. Zabijanie i przemoc nie są mi obce, ale nie chcę wiązać tych spraw bezpośrednio z bliskimi mi osobami. Luis nauczył się pewnej granicy i odpuszczał pierwszy, wiedząc, że może mi odbić. Zdałem sobie sprawę z tego, że jestem stuknięty, ot co. Myśl ta nie dawała mi spokoju i chcąc się od niej oderwać, pilnowałem, by nie mieć ani sekundy dla siebie. Egzystowałem tak przez dziewięć miesięcy i byłem coraz bardziej wykończony. Powoli zaczynałem szukać nowego rozwiązania, jednak nic nie chciało mi przyjść do głowy. Ale coś muszę z tym zrobić. Jeśli niczego nie wymyślę, stanę się wrakiem człowieka i nie potrzebuję psychologa, żeby to zauważyć. Mógłbym stoczyć się jeszcze niżej, niż już to zrobiłem? Jeśli tak, mogę pocieszać się myślą, że nie sięgnąłem jeszcze ostatecznego dna. Jakże pocieszające spostrzeżenie.
Od jakiś piętnastu minut szukałem kluczyków do auta i za cholerę nie mogłem ich znaleźć. Przegrzebałem kuchnię, salon, jadalnię, gabinet, siłownię, swoją sypialnię a nawet łazienkę. W końcu zabrałem się za pokój Luisa, z niechęcią przeskakując pomiędzy masą zaplątanych kabelków i porozwalanych śmieci. Co za fleja. Nie wydawało mi się, bym mógł zostawić w tym syfie swoje kluczyki, jednak dla pewności zacząłem przegrzebywać szuflady. Kluczyków nie znalazłem, ale zainteresowało mnie co innego. Zmarszczyłem brwi biorąc do ręki dilerkę wypełnioną w połowie białym proszkiem. Nabrałem trochę na palec, krzywiąc się, gdy po dotknięciu go językiem, upewniłem się w przekonaniu o nazwie owego proszku. Cholerny gówniarz.
Zapominając o swoich kluczykach, skierowałem się w stronę salonu. Telewizor rozwalony był na cały regulator, a Luis leżał rozwalony na kanapie z piwem w ręku. Jego mokre włosy wskazywały na to, że przed chwilą brał kąpiel. No tak, jakąś godzinę temu widziałem go w siłowni. Pozornie opanowany, podszedłem do telewizora wyłączając go. Nic sobie nie zrobiłem z oskarżycielskiego wzroku, jakim obdarzył mnie chłopak.
- Miałeś z tym skończyć. - Niedbale rzuciłem woreczek przed siebie, w wyniku czego zgrabnie wylądował na wyrzeźbionym brzuchu dziewiętnastolatka. Trzeba przyznać, że wygląda cholernie seksowanie z odsłoniętym torsem i złotymi, przydługimi kosmykami niedbale rozrzuconymi po jego głowie. Patrząc na ten widok ciężko było mi pamiętać o złości, jaką przecież teraz odczuwam.
- Miałeś nie grzebać w moich rzeczach tato - warknął, podnosząc się do siadu i chwytając dilerkę w szczupłe palce. Brak jakiejkolwiek skruchy w jego postawie przyprawiał mnie o coraz większą irytację. Zielone oczy zrozumiały to po urywanym zerknięciu w moją stronę. Westchnął i podniósł się, zamierzał wyjść. Chwyciłem drobny nadgarstek w jednym momencie wyrywając z jego dłoni proszek, o który się rozchodziło.
- Oddaj. - Był bardziej rozdrażniony niż zazwyczaj. Zacisnąłem zęby. Wciągał się w to i nie musiałem być ekspertem, by zauważyć tak oczywistą rzecz.
- Nie będziesz trzymał tego świństwa pod moim dachem.
- Mogę się wyprowadzić.
Moja ręka świadomie wymierzyła cios w jasny policzek. Pięść zderzyła się z nim z wystarczającą siłą, by drobne ciało chłopaka poleciało na ziemię. Woreczek z kokainą schowałem do kieszeni własnych dżinsów. Uśmiechnąłem się pod nosem widząc jak nastolatek siedzi na ziemi, trzymając się za zaczerwieniony policzek i powstrzymując słowa, cisnące się na jego usta. Mimika jego twarzy powoli łagodniała, a wzrok się zmieniał. Atmosfera również się zmieniła, a ta sytuacja nabrała nowego znaczenia. Nie potrzebowaliśmy słów, by to rozumieć.
- Oddam ci - obiecałem z lekkim uśmiechem i niespiesznym krokiem skierowałem się do złożonej kanapy, na której swobodnie usiadłem opierając szerokie plecy. - Jeśli ładnie poprosisz - wymruczałem, patrząc z góry na chłopaka i rozsunąłem przy tym wymownie nogi. Widziałem jak bierze głęboki wdech, mój uśmiech się poszerzył.
Luis zaczął się podnosić, najpewniej chcąc się do mnie zbliżyć.
- Nie. - Zatrzymał się częściowo zgięty i posłusznie znów spoczął na ziemi, wyczekując jakiegoś wyjaśnienia. - Psy chodzą na czworaka, Luis. - Mój ton był niski, a wyraz twarzy ostry, nie wyrażający żadnych ciepłych emocji. Chłopak bez słowa sprzeciwu, czy jakiegokolwiek oburzenia oparł dłonie o ziemię, nogi zaś zgiął w kolanach i w ten sposób znalazł się przy moich stopach. Nie przez przypadek tak wysoko unosił swój tyłeczek. Dobrze wiedział czego oczekuję i znał również swoją rolę. To tak bardzo w nim lubiłem. Nasza relacja była specyficzna i opierała się głównie na tym. Dopełniliśmy się idealnie pod względem seksu. On lubił być upokarzany, ja lubiłem upokarzać.
Drobna ręka niby nieśmiało, jednak bez wahania uniosła się, by sprawnym ruchem odpiąć markowy pasek, który dzisiaj przywdziałem. No tak, szukałem kluczyków, bo miałem załatwić pewną sprawę. Może ona jednak poczekać. Nie minęło pół minuty, jak przy użyciu zębów, dziewiętnastolatek nieco zsunął materiał bokserek, uwalniając lekko tylko pobudzonego członka. Z przymrużonymi oczami obserwowałem jak różowe, niewielkie usta biorą się do pracy. Luis miał w tym wprawę, zupełnie jakby urodził się do bycia taką właśnie wyuzdaną kurwą. Jego język śmiało przesuwał się po żołędziu i wzdłuż całej długości, jedną dłonią objął jądra, druga już po chwili zacisnęła się tuż nad nimi, resztę zaś objął wargami. Nie powstrzymywałem westchnięć, rozkoszując się tym jak ssie, liże i co rusz przygryza delikatne miejsca. Był wyśmienity, jak zawsze.
- Daj głos, Luis - rozkazałem, rozciągając usta w lubieżnym uśmieszku. Twarz chłopaka odsunęła się nieco, rzucając mi zaskoczone spojrzenie. Rumienił się lekko, nieświadomie przyprawiając mnie o jeszcze większe podniecenie. Dzieciak jest cholernym perwersem, ale istnieją rzeczy, które go zawstydzają. To jest w nim najlepsze. Potrafi czuć skrępowanie przy wykonywaniu moich poleceń. Niewymuszone i nieudawane zawstydzenie, dające mi nieopisaną satysfakcję. Pochyliłem, się i gwałtownie chwyciłem mokre włosy, ciągnąc je do góry, gdy przez pierwsze chwile nie wykonywał polecenia. Jęknął z bólu i z rozkoszy. Drżał uroczo, a jednocześnie próbował zachować resztki dumy, patrząc prosto w czerwone oczy.
- Mam powtórzyć? - Gwałtownie pokręcił głową, zaś w szmaragdowych oczach pojawił się strach. Autentycznie obawiał się tego co mogę zrobić, jeśli się sprzeciwi i to właśnie ta obawa tak bardzo go kręciła. Bezlitośnie ciągnąłem jasne włosy, co widocznie stawało się coraz bardziej nieznośne dla Luisa, gdyż jedna z jego dłoni powędrowała ku górze. Zatrzymała się gwałtownie, gdy jej właściciel ujrzał ostrzegawcze spojrzenie i poczuł jeszcze mocniejszy ból. Po chwili zwątpienia, dłoń wróciła na swoje poprzednie miejsce, a pomieszczenie wypełniło się głosem chłopaka, nieudolnie imitującym szczekanie. Naprawdę tego nie lubił, tak cholernie ciężko mu to przychodziło. Puściłem złote kosmyki, pozwalając by kolana Luisa z powrotem zetknęły się z ziemią.
- Grzeczny kundel. - W nagrodzie posłałem mu uśmiech. Naciągnąłem bokserki i spodnie, po czym podniosłem się z kanapy. Luis klęczał nieruchomo, gdyż już dawno nauczył się, by nie robić nic bez mojego wyraźnego rozkazu, lub zgody. Bez uprzedzenia chwyciłem smukły kark, gwałtownie unosząc zgrabne ciało, przy akompaniamencie cierpiętniczego syku. W ten sposób skierowałem chłopaka pod ścianę, do której ustawiony był przodem.
- Rozepnij spodnie. Oprzyj się dłońmi o ścianę. Wypnij się ładnie dla swojego pana. - Luis posłusznie wykonywał każde polecenie natychmiast po zapoznaniu się z jego treścią. Wiercił się z podniecenia, przechodził z nogi na nogę, nie mógł wytrzymać. Z satysfakcją i uwielbieniem wpatrywałem się w ten obraz. - Niepoprawna, mała dziwka - zaśmiałem się niezbyt przyjemnie, wymierzając solidnego klapsa w kształtny pośladek i rozkoszując się następującym po tym piskliwym jękiem.
- Czekaj. - Czekał. Ja zaś niespiesznie podążyłem do własnej sypialni skąd wyciągnąłem paczkę gumek i lubrykant. Wróciłem do salonu, zastając Luisa takim jakim go zostawiłem. Zsunąłem własne spodnie wraz z bielizną i założyłem prezerwatywę. Wylałem na dłoń trochę chłodnego płynu, po czym skierowałem ją między szczupłe pośladki. Luis jęczał i wił się prosząc o więcej. Niespiesznie wsunąłem w niego dwa palce, potem dołączyłem trzeci, rozciągając go, mimo, że na dobrą sprawę tego nie potrzebował. Kochał ból, nie protestowałby, gdybym wszedł w niego natychmiast. Robiłem to tylko po to, by przedłużyć jego słodkie męki.
- Czego pragniesz, Luis? - W charakterystyczny sposób przeciągnąłem jego imię.
- Proszę... Przerżnij mnie, panie.
Wszedłem w niego gwałtownie, niemalże brutalnie. Paznokcie wbiłem w delikatnie zarysowane biodra. Jedną z dłoni po chwili zabrałem, przenosząc ją do ust Luisa. Włożyłem w nie dwa palce, które ten zachłannie począł ssać, co chwila wypełniając przestrzeń krzykiem, jękiem lub westchnieniem. Jego nogi drżały, z trudem utrzymywał się w tej pozycji, kolana się pod nim uginały.
- Stój - warknąłem, bezlitośnie wbijając się jeszcze głębiej. Luis starał się wykonać polecenie, lecz marnie mu to wychodziło. Objąłem go w pasie silnym ramieniem i tylko dzięki temu nie osunął się na ziemię. Wystarczyło kilka minut, by chłopak trysnął, zginając się w spazmach spełnienia. Doszedłem niedługo po nim, puszczając drobne ciało i pozwalając mu opaść na ziemię. Zdjąłem gumkę, rzucając ją gdzieś niedbale. Wciąż patrzyłem na chłopaka z góry.
- Wybrudziłeś ścianę. Zliż to. - Luis spojrzał na mnie z lekkim przerażeniem, zapewne myślał, że nie mówię poważnie. Mój wzrok jednak mówił jasno, że nie żartuję. Po dłuższej chwili wahania, podczołgał się do ściany i z zażenowaniem począł zlizywać z niej własne na sienie.
- Tak, do czysta. Grzeczny chłopiec... - wymruczałem i przyklęknąłem przy nim, wplatając dłoń w rozczochrane włosy i wpijając się w jego usta. Wyczuwałem w nich słonawy, znajomy smak.
Drobne ręce zarzuciły się na moją szyję i trwaliśmy tak przez dłuższy czas w namiętnym pocałunku. Chwilę rozkoszy przerwał głośny dźwięk mojego telefonu. Odsunąłem się od chłopaka, składając jeszcze lekki pocałunek w kąciku jego ust i sięgnąłem po swoje spodnie, by z powrotem nasunąć je na tyłek. Wyjąłem z kieszeni telefon i z uniesioną brwią spojrzałem na wyciągniętą w moją stronę dłoń Luisa.
- Chyba nie sądziłeś, że mówię poważnie? - prychnąłem, wyjmując również dilerkę, którą bez zastanowienia spuściłem w kiblu. Dopiero po tym zabiegu odebrałem telefon, krzątając się przy tym po salonie. Wróciłem do poszukiwania kluczyków.
- Tak?
- Dzień dobry. Czy mam przyjemność rozmawiać z panem Danielem Curtisem? - W słuchawce usłyszałem niepewny, jakoś dziwnie znajomo brzmiący głos. Zmarszczyłem brwi z zastanowieniem.
- Tak, kto mówi? - Mój ton był rzeczowy i oschły. Rzadko kiedy brzmiał inaczej.
- Świetnie! - Uniosłem brwi słysząc ten nagły entuzjazm. - Danielu, z tej strony Janine. Nie byłam pewna czy to dobry numer, ale wygląda na to ze mi się udało.
- Pani Petterson? - odpowiedziałem odruchowo, nie kryjąc swego zdziwienia. Z Zackiem nie mam żadnego kontaktu. Z Janine tym bardziej. Zastanawiałem się czemu zawdzięczam ten nagły telefon. - Dobrze panią słyszeć - mimo wszystko na moją twarz wpłynął lekki uśmiech, a ton przybrał dużo delikatniejszy wydźwięk.
- Ciebie też dobrze. - W jej głosie wyczułem słyszalną ulgę. -  Możesz rozmawiać? Mam pewna...sprawę. - Przyjemny głos nieco przycichł, jakby posmutniał. Nie podobało mi się to.
Mój wzrok powędrował na wściekłego blondyna, który z zawziętością kończył swoje piwo, rzucając mi mordercze spojrzenie. Pokręciłem głową z rezygnacją i wyszedłem z salonu.
- Mogę. Coś się stało?
- Chyba domyśliłeś się, ze dzwonię w sprawie mojego Zacka - Głos Janine był wyjątkowo smutny. Gdzieś w tle usłyszałem dźwięk odsuwanego krzesła. - Uznałam, że mógłbyś mi pomoc.
- Coś się stało z Zackiem? Chce się pani spotkać? Mam luźną godzinkę. - Dziwne, ale nawet nie zastanawiałem się nad odpowiedzią. Miałem wrażenie, że chodzi o coś poważnego i podświadomie zaczynałem się martwić.
- Tak, myślę że... - Westchnęła z dziwnym zmęczeniem. - …myślę, że to nie jest rozmowa na telefon.
Zastanawiając się o co może chodzić i coraz bardziej dziwiąc się wystąpieniu tej rozmowy, zaproponowałem spotkanie w kawiarni niedaleko Placu Głównego. Kluczyki w końcu znalazłem pod łóżkiem. Bez informowania Luisa opuściłem dom, wsiadając do czarnego BMW, którym dotarłem na miejsce. Kobieta czekała już w środku. Podszedłem do niej z lekkim uśmiechem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 4:22 pm

Wiedziałem, że dawno temu powinienem był znaleźć kogoś innego, kto sprzedawałby mi towar. Jednak nie potrafiłem nigdy uwolnić się od obecności Micka. Nie miałem pojęcia czy postawny i dobrze zbudowany mężczyzna naprawdę miał tak na imię. Nie wnikałem w to jednak. Każdy miał swoje sprawy, swoje życie, a nasza relacja była czysto zawodowa typu subiekt-nabywca. Mógłbym się rozwodzić nad tym długo, gdyby nie to, że mimo całej sympatii jaką mnie darzył, wciąż brał pieniądze.
Był w biznesie już dość długo, by wiedzieć kiedy, że kiedy klient się długo nie odzywa oznacza to tyle, że albo przedawkował i gnije gdzieś ze strzykawką wbitą w rękę lub aktualnie wybrał jakąś alternatywę typu odwyk. Wtedy Mick musiał za wszelką cenę działać nie zważając na ewentualną sympatię, którą otaczał niektórych klientów. Może i był ważny, ale ponad nim byli ważniejsi, a nad nimi jeszcze bardziej ważni. Strata jednego z wielu źródeł zarobku nie wchodziła w grę kiedy chciałeś utrzymać się na fali. I Mick wiele razy mi to tłumaczył choć nie pytałem i też zbyt wiele nie chciałem słyszeć, ale on był po prostu zły kiedy patrzył jak jego ulubiony nabywca schodzi. Pewnego dnia stwierdził, że nie chce aby kolejny człowiek umarł przez niego. Jego długi staż obfitował w wiele trupów i mimo niespełna trzydziestu pięciu lat, miał na sumieniu wielu narkomanów. Do tego stopnia był skrzywiony przez śmierć, że przestał w ogóle o tym pamiętać. Oczywiście podziwiałem go, że przy tym całym bliskim kontakcie z bagnem jakim był świat używek, nigdy nie popadł w uzależnienie większego kalibru niż to od papierosów. On tylko patrzył i nie uciekał -stwierdził pewnego razu.
Mijało wiele miesięcy, a on często przesiadywał w moim mieszkaniu niemal rezydując tu stale popołudniami i wieczorami. Potem musiał iść.
Czasami dawał mi kredyt na parę razów i prosił, żebym kupił sobie coś do jedzenia, picia i opłacił rachunki. Kiedy wracał i widział, że nic o co prosił nie załatwiłem, sam szedł robić zakupy. Czasami byłem mu winien przeprosiny za grożenie mu nożem, podziękowania, że to on wtedy sprowadzał mnie do parteru choć nie musiał tego robić i nie był zobowiązany, żeby dbać o moje bezpieczeństwo, pilnował mnie. Dużo palił i pił mnóstwo kawy więc od pewnego czasu przynosił ją sobie do mojego mieszkania. Nieraz także zapobiegawczo brał klucze do mojego lokum. Dałem mu ten komplet, który niegdyś należał do Eveline.
Czasami obserwowałem go wnikliwie kiedy czytał książki i osiągał stan zupełnego skupienia. Patrzyłem jak spokojna i ładna twarz czasem wykrzywia się w konsternacji nad losem bohaterów powieści fantastycznych. Przekrzywiałem wówczas głowę i uśmiechałem się ciepło na ten widok. Nigdy nie dałbym mu trzydziestu pięciu czy chociaż trzydziestu dwóch lat. Był świetnie zbudowany i posiadał ten błysk w oku, który sprawiał, że uwierzyłbyś mu we wszystko co by ci wcisnął jako pochodne znaczenia prawdy. Wiedziałem, że ma córkę i byłą żonę, która kiedy dowiedziała się iż Mick para się dilerką, rozwiodła się z nim jednak po kilku latach starań o przynajmniej zwrócenie mu jakiejkolwiek części praw rodzicielskich, został upoważniony do spotykania się z dziesięcioletnią córeczką. Jednak za późno się to stało i jego niegdysiejsza partnerka zabrała się wraz z całym swoim dobytkiem do Londynu. Był to cios dla biednego Micka i właśnie wtedy powrócił na dobre do biznesu, który zapewnia mu dobrobyt do dnia dzisiejszego.
-Umówisz mnie do fryzjera?-spytałem cicho wybudzając go ze stanu skupienia nad fantastykiem. Ten uniósł na mnie oczy i uśmiechnął się po czym znów zwrócił swe spojrzenie ku książce.
-Dobrze ci tak –powiedział wymawiając każdą głoskę w przesadnie poprawny sposób.- Dlaczego chcesz coś zmienić?
Wzruszyłem ramionami. Nie sądziłem, że jest mi ładnie, a już na pewno nie było mi ani trochę wygodnie.
-Nie wiem-stwierdziłem obojętnie-Potrzebuję zmiany.
Mężczyzna zgrabnie włożył między strony grubego tomiku zakładkę i odłożył powieść na stolik zawalony całkowicie moimi narkomańskimi rzeczami.
-Lepiej byś skończył z tym gównem, a nie zmieniał fryzurę-powiedział ciszej i spojrzał mi głęboko w oczy, a ja nie zawahałem się i nie spojrzałem wtedy gdzieś w bok. Wytrwale wpatrywałem mu się w oczy jakby szukając odpowiedzi właśnie w nich. Nie rozumiałem.
-Dlaczego to mówisz?-spytałem po dłuższej chwili.
-Chce, żebyś znowu zaczął żyć.
Przecież nie zależało mu nigdy na tym, żeby kogokolwiek z tego wyciągać. Ba! Przecież istniała niepisana zasada, żeby tego nie robić. Co innego luźno rzucona myśl typu ‘gdybyś to rzucił, wyszłoby ci to na dobre’, a inna sprawa kiedy nakłaniasz do tego i twoim celem jest odwiedzenie kogoś bliskiego od nałogu. Mick od dłuższego czasu sugerował mi bym to skończył lecz dopiero dzisiaj powiedział o co właściwie mu chodzi. Zmarszczyłem brwi.
-Bzdury gadasz, stary –warknąłem i wstałem z fotela by zająć miejscu tuż obok Micka.
-Posłuchaj mnie –wymruczał cicho i objął mnie ramieniem –Nie chcę… -zamilkł.
Nie dokończył bowiem zapewne rozproszył go fakt, że nagle uniosłem się żeby usiąść mu okrakiem na kolanach.
-Po prostu zapisz mnie do fryzjera –uśmiechnąłem się pojednawczo i ująłem w palce kosmyk jego jasnobrązowych włosów i włożyłem mu je za ucho. To go ostatecznie pozbawiło możliwości do dyskusji ze mną. Westchnął męczeńsko i zepchnął mnie z siebie w skrajnie delikatny sposób.
Wychodząc obiecał mi, że zadzwoni do mnie i poinformuję odnośnie fryzjera. Ja zaś mu dałem mieć nadzieję, że to początek jakiejś innej przemiany.

*

Już kiedy wchodziła do kawiarni, wiele osób podążyło wzrokiem za jej zgrabną sylwetką. W genach miała zapisany długotrwale młody wygląd i zupełnie nie przypominała swoją osobą kogoś kto jest o parę kroków od lat czterdziestu.
Lśniące i zdrowe blond włosy spuściła kaskadą na ramiona, usta podkreśliła szminką w naturalnym kolorze swoich własnych, więc gdyby nie wprawne oko, ktoś mógłby stwierdzić, że nie upiększała ich czymś tak pospolitym jak pomada. Podziękowała pięknym uśmiechem za kawę, którą popijać zaczęła oczekując Daniela Curtisa. Jej uśmiech w żadnym stopniu nie był wymuszony, ona po prostu była niepoprawnie wdzięczna wszystkim za każdy gest dobrej woli. Była typem optymisty i zawdzięczała to dobrobytowi, w którym dane było jej żyć. Po trwale naznaczającym dzieciństwie, udało jej się zaczerpnąć garść szczęścia i okazało się, że tyle wystarczyło by jej późniejszy żywot obfitował w prezenty od losy. Do takich prezentów nie należał jednak Zack. Urodził się gdy była jeszcze zbyt młoda i niezbyt przystosowana do wychowywania syna. Parę lat jej zajęło uświadomienie sobie, że powinna skończyć z imprezami i wypadami do klubów. Kiedy Zack miał trzy lata, wróciła na dobre do niego jako matka i przez następne lata żyła we trojkę z mężem i z pierworodnym. Potem okoliczności postawiły ją przed faktem iż Peter odchodzi od niej. Nie winiła go, rozeszli się w zgodzie, a mężczyzna łożył na utrzymanie Zacka. Janine wiedziała, że Peter miał prawo zakochać się w kimś innym i była mu wdzięczna iż był z nią całkowicie szczery. Fakt, że była atrakcyjną, młodą kobietą pozwolił jej na poznanie Gregorego. Dlatego nie miała pojęcia dlaczego Zachary od zawsze miał pod górkę. Już od początku, kiedy to zakończył naukę w szkole podstawowej, rozpoczęły się problemy. Gdy Zack nie był atakowany przez starszych chłopców lub zaczepiany z niewiadomych powodów, wdawał się w niewłaściwe towarzystwo. Nauczyciele mówili, że prowokował wszystkie akty agresji wobec niego, ale Janine nie mogła uwierzyć w coś tak niedorzecznego. Że jej chłopiec mógłby kiedykolwiek narazić własne bezpieczeństwo w sposób świadomy. Był taki chudziutki i cichy.
Dopiero w późniejszym etapie edukacji poznał Daniela i wszystko jakby zaczęło się układać bowiem Zack poznawał dziewczyny, chodził na imprezy i utrzymywał odpowiedni poziom swojej średniej w szkole. Można by nawet pokusić się o stwierdzenie, że wychodził przed szereg chociaż nawyk ukrywania się w tłumie pozostał mu z lat kiedy był zaczepiany przez innych chłopców. Niewiadomych dla Janine.
Jej wzrok pochwycił sylwetkę rosłego mężczyzny, który pojawił się w drzwiach. Wstała by móc się z nim odpowiednio przywitać. Poczęli rozmawiać na tematy zupełnie niezwiązane z jej synem, który był powodem ich ponownego spotkania. Podobnie jak Zack, obserwowała każdy ruch rozmówcy z całkowitą uwagą. Sprawiała wrażenie słuchacza idealnego, ale nie zostawała przez to w tyle z własnym zaangażowaniem w płynność tematu.
-Myślę, że powinniśmy przejść do rzeczy –stwierdziła kobieta w końcu i w jej szarozielonych oczach pojawiło się wahanie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 4:28 pm


Żyję w sposób, w jaki żyję. W otoczeniu, którego nie byłoby w stanie znieść wielu ludzi. Obcuję ze śmiercią, rozbojami, gwałtami, okrucieństwem i z nałogami również. Może dlatego tak bardzo nie toleruję ćpania. Na co dzień widzę zniszczone przez prochy mordy o zapadniętych policzkach, wychudzone ciała z bliznami po strzykawkach. Brud, smród którego na szczęście nie mogę poczuć i kompletny brak godności, to rzeczy ściśle powiązane z ćpunami. Nie raz i nie dwa zastępowałem kolegę po fachu w sprzedaniu jakiegoś świństwa, również wśród moich znajomych nie brakło narkomanów. Brzydzę się i tym i tymi ludźmi, którzy dali się tak upodlić dla podobnego gówna. Pozwalają na wszystko, jeśli nagrodą będzie działka. Mogliby zeżreć cudze odchody i powiedzieć, że są smaczne, o ile dostaną swoją dzienną dawkę. Obrzydliwe. Czy coś takiego można nazwać jeszcze człowiekiem? Nie wydaje mi się. Sam miałem szesnaście lat i chodziłem na imprezy, gdzie zażywałem takie i inne świństwa. Miałem tyle szczęścia, że przestałem, zanim się uzależniłem. Szczególny uraz do narkotyków poczułem wtedy, gdy skrzywdziłem Zacka. Oczywiście - byłem naćpany. Od kilku lat jedynym co zażywam jest nieszkodliwe, kojące zioło, a uzależniony jestem jedynie od czarnych Stones'ów. Dawniej miałem problem z hazardem ale sam potrafiłem się z tego wygrzebać. Przede wszystkim szybko zrozumiałem, że mam problem, a to jak trwonię wszystkie pieniądze w kasynie, nie mając za co żyć, nie jest normalne. Luis jeszcze nie dostrzegł swojego problemu. Uważał, że branie od czasu do czasu nie jest niczym złym, a za to skutecznie umila życie. Szkoda, że nie zauważył, że "od czasu do czasu" zmienia się w "co drugi dzień" a czasem nawet "codziennie". Jakiś czas temu poruszyłem ten temat. Wkurzał się i zachowywał jak dziecko, które dostaje naganę od rodzica. Nie rozumiał, że nie mówimy tu o złych ocenach w szkole, którą zresztą dawno rzucił. Narkotyki to czyste zło i robią z człowieka coś gorszego niż zwierzę. Wejście w nałóg jest bardzo łatwe, wyjście zaś może okazać się niemożliwe, czego dobrym przykładem jest nawet moje uzależnienie od fajek. Nie zliczę ile razy próbowałem się z nimi rozstać. Oczywiście na próbach się skończyło.
Nie byłem nadopiekuńczy. Po prostu nie chciałem patrzeć jak Luis się stacza. Mieszkam z nim od dwóch i pół roku. Połączyła nas jakaś więź, której na pewno nie można nazwać miłością, ani nawet specjalnie mocną sympatią. Jesteśmy partnerami w pracy, w życiu i w łóżku, a to wystarczy, bym w jakiś tam sposób się o niego troszczył. Czułbym się dziwnie, gdybym nie mógł z nim porozmawiać, bo jego mózg przeistoczyłby się w zwały kokainy, heroiny, amfetaminy i innego temu podobnego ścierwa. Prościej mówiąc, przywiązałem się do tego rozpieszczonego blondyna i przykro byłoby mi, gdyby go zabrakło. Patrzenie na upodlenie bliskiej osoby byłoby zdecydowanie gorsze niż jej śmierć. A niestety, nie zależy mi na nim do tego stopnia, bym poświęcił życie wyciąganiu go z nałogu. Zostałby sam, a mi nie byłoby żal, bo przecież ostrzegałem. Dlatego też nie zamierzam popuszczać teraz, dopóki mogę zrobić coś, na co jeszcze jestem w stanie przeznaczyć swoje cenne siły.
BMW zaparkowałem tuż obok znajomej kawiarni. Samochód jest nowym nabytkiem, prosto z salonu. Chwilowo nie zdecydowałem się na nowy motocykl, wciąż przeżywałem żałobę po hondzie, z której nie dało się wiele pozbierać. Części, które się ostały sprzedałem i tyle ją widziałem. Tego ukochanego motocyklu żal mi było chyba bardziej niż utraconego węchu. Poza tym Alexander oszalałby, gdyby dowiedział się, że znów chcę wpakować się na motor. Chyba nabawił się przeze mnie naprawdę wielkiego urazu do tegoż środka transportu. Jego urocza małżonka również za nim nie przepadała. A to, że rąbnąłem w drzewo to przecież tylko i wyłącznie moja wina. Dzięki temu wypadkowi przynajmniej nabrałem trochę rozsądku i zacząłem jeździć ostrożniej. Głównie dlatego, że w głowie cały czas miałem obraz matki przechodzącej przez ulicę i trzymającej swoją małą córeczkę w rozpaczliwym uścisku. Gdybym zareagował chwilę później, miałbym na sumieniu własną szwagierkę i bratanicę.
Zamknąłem samochód i wyważonym krokiem skierowałem się w stronę drzwi. Musiałem zgiąć się w progu, gdyż przez te dziewięć miesięcy urosłem jakieś trzy centymetry. Podejrzewam, że to przez intensywne treningi na siłowni. Moja sylwetka przypominała tą sprzed wypadku, w końcu włożyłem wiele wysiłku, by tak się stało. Czarne, jak zawsze zadbane włosy sięgały tyłka tak jak poprzednio, jednakże teraz zawinięte były w grube dredy, co skracało ich długość do pasa. Rozrzucone niedbale po plecach przysłaniały prawie całą moją sylwetkę. Na głowie, nieco nad uchem widoczna była sporej wielkości blizna - pamiątka po operacji. W połączeniu z tą widniejącą na karku, wyglądała nieco makabrycznie i z pewnością nie dodawała uroku. Czarne oczy tak jak dawniej przysłonięte były czerwonymi soczewkami, a tuż nad nimi, po prawej stronie widniał kolczyk. Był grudzień i pogoda raczej nie dopisywała, cały czas lało. Nosiłem więc jedną z grubszych skórzanych kurtek. Na nogach jak to zazwyczaj bywało, nosiłem przetarte dżinsy, przykrywające solidne, czarne glany. Moja postać nieszczególnie pasowała do delikatnego wystroju kawiarenki, a także do uroczej, niskiej kobiety czekającej dotąd na moje przybycie.
Już z daleka posłałem Janine uprzejmy, niewymuszony uśmiech. Nie wiem co ta kobieta ma takiego w sobie, że samym wyglądem potrafi rozpogodzić drugiego człowieka. Z jakąś dziwną tęsknotą objąłem matkę Zack'a, zwyczajowo składając na jej policzku krótkiego buziaka. Było to dla mnie pewnego rodzaju oderwanie od rzeczywistości. Do tej pory robiłem wszystko, by o niczym nie myśleć i nie pamiętać o dawnym przyjacielu. Gdy się rozstawaliśmy, myślałem, że robię to tylko dlatego, by dać mu oddech i przekonać do siebie. Z czasem jednak przestawałem podchodzić do tego w ten sposób. Zacząłem wierzyć, że lepiej będzie, jeśli chłopak nie będzie miał ze mną nic do czynienia i po prostu zostawię go w pokoju, tak jak to nakazał mi dawniej Alex. Dlatego też nie planowałem ponownego spotkania, a telefon od Pani Petterson był nie lada zaskoczeniem. Stanowił jedocześnie bolesny cios, oraz wprowadzał w przyjemnie nostalgiczny nastrój.
Usiedliśmy po przeciwnych brzegach stolika. Zamówiłem sobie czarną kawę bez żadnych dodatków, co nie zmieniło się odkąd zacząłem spożywać kofeinę w tej postaci. Wdaliśmy się w luźną rozmowę o niczym. Ja z chęcią słuchałem tego jak żyje Janine i bez skrępowania opowiadałem niewinne kłamstwa na temat własnego życia. Nie analizowałem zachowania kobiety, tak jak miałem to w zwyczaju robić z klientami, oraz z Zackiem. Pozwoliłem sobie na rozluźnienie. Przez chwilę nawet zapomniałem, że te spotkanie ma swój cel i zaproponowałem je przede wszystkim z ciekawości, oraz niespodziewanej troski względem dawnego przyjaciela. W pewnym momencie jednak przeciąganie niezobowiązującej rozmowy zaczęło tracić sens. Janine pierwsza wysunęła się z propozycją przejścia do rzeczy, czego ja sam nie zrobiłbym przede wszystkim z czystej kultury. Kobieta wyglądała młodo, jednak należycie ją szanowałem jako osobę z większym bagażem doświadczeń ode mnie, a także jako matkę Zacka, którą darzyłem wyjątkową sympatią.
- Zgadzam się. - Mój uprzejmy uśmiech został przysłonięty przez powagę. Wiedziałem, że Janine nie doprowadzałaby do naszego spotkania, gdyby nie miała dobrego powodu. Coś musiało się stać i obawiałem się, że wyjątkowo mi się to nie spodoba. - Więc, co się stało Zackowi, że szuka Pani pomocy akurat we mnie? - Posłałem kobiecie delikatny uśmiech i rozumiejące spojrzenie. Nie ma się co oszukiwać, obydwoje darzymy się sympatią, jednakże matka Zacka nie jest głupia i na pewno dostrzegła, że między nami istnieje dziwna, napięta relacja. Myślę, że jej kobiecy instynkt podpowiada również, że nie powinna szukać u mnie pomocy, nawet jeśli do tej pory przedstawiałem się raczej w samych superlatywach. A jednak zwróciła się akurat do mnie, co jasno wskazywało powagę sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 4:48 pm

Mama dzwoniła dzisiaj parę razy. Pewnie znowu zechce przyjechać. Prędzej zastrzeliłbym się na miejscu niż bym ja tu wpuścił. Nie tutaj. Tutaj było brudno i nie miałem ochoty by ktokolwiek oglądał to co tu leży. To co pozbawiło mnie wszystkiego co było dla mnie ważne. Wszelkie  wartości przepadły.
Jakiś czas temu dostałem telefon od Micka, że umówił mi fryzjera na godzinę piętnastą. Podał mi dokładną lokalizację , a ja oczywiście znów spartaczyłem bowiem kierowany sentymentem pozwoliłem sobie na chwile słabości i ostatecznie Znowu obudziłem się po Kiku godzinach. Przez ostatnie kilka miesięcy coraz częściej  zdarzało mi się przedawkować i zasnąć na dłużą chwilę. Zadzwoniłem do Micka i powiedziałem mu, że nie udało mi się wyrobić na czas, a on wydawał mi się nagle smutniejszy przez telefon niż kiedykolwiek wcześniej. Niby kiedy zaczęło mu tak zależeć?
Tym razem postawiłem na przerwanie ciągu, zmniejszenie dawek i chwilową przerwę na oczyszczenie się. Związałem włosy w rozpadającą się kitkę i powoli i stopniowa począłem sprzątać mieszkanie. Może miejsce zamieszkania był zwierciadłem człowieka? Jeżeli tak, ciekawe co musieli myśleć ludzi kiedy oglądali ten burdel. Gdzieniegdzie poznajdywałem niewiadomego pochodzenia kawałki jedzenia, pod kanapą zaschnięte wymiociny kota. Załamywałem się coraz bardziej z każdym osobliwym znaleziskiem.  Kiedy salon wydał mi się względnie czysty, zdecydowałem ,że pójdę umyć przydługie włosy.  Udało mi się nie zwymiotować  na widok toalety i nachylania głowy nad wanną. Uznałem to za swego rodzaju sukces dnia dzisiejszego. To niesamowity postęp biorąc pod uwagę, że wczorajszym głównym celem było uniesienie strzykawki drżącą ręką.  Moje życie nijak nie przypominało tego sprzed kilkunastu miesięcy. Wtedy byłem szczęśliwy, tak sądzę. Kiedy patrzyłem w lustro, również zauważałem różnice. Niektóre bardziej widoczne, inne mniej. Z wilgotnymi włosami przysiadłem na brzegu kanapy i rozejrzałem się po wysprzątanym salonie. Uznałem, że jak tylko wyschną mi kosmyki, wyjdę na spacer i skocze do sklepu. Potem może zadzwonię na uczelnię i dowiem się czy dałoby rade odzyskać miejsce na wydziale. Wątpiłem w to jednak nie wydalono mnie aż tak dawno temu więc może była jeszcze jakaś szansa. Kolejnym przedsięwzięciem  według mojego postanowienie stało się wykonanie jakiegoś zlecenia w zakresie pracodawczym. Jeżeli uda mi się dzisiaj dopiąć tego wszystkiego, uznam, że faktycznie jest jeszcze jakaś droga powrotna. To śmieszne biorąc pod uwagę fakt, że jeszcze dzisiaj rano nie chciałem nic zmieniać. Cóż wygląda na to, że zmienię zdanie jeszcze parę razy zanim dojdę ze sobą do ładu. W swoim czasie wszystko powinno się ułożyć. Włosy powoli stawały się mnie wilgotne i ponownie skręcały się w mniej lub bardziej delikatne fale. Nieubłaganie nadchodził czas kiedy będę musiał podnieść się z kanapy i porzucić bezczynne wpatrywanie się w sufit. Dziwne, bo ja nie widziałem tam tylko sufitu, białej ściany. Ja wiedziałem, że kryje się tam coś więcej. Niechętnie wstałem z miejsca zajmowanego przez ostatnie kilkanaście minut. Przeczesałem włosy kilkakrotnie grzebieniem i zabrałem się za zakładanie butów. Wciąż uważam, że idzie mi całkiem nieźle. Odziałem na nogi nieco wyblakłe czarne trampki bowiem na dworze poza niższą temperaturą, było dość sucho.
Na grzbiet zarzuciłem nieodłączny element zimowej garderoby mianowicie czarny, dłuższy płaszcz sięgający ud. Porwałem z komody jeszcze paczkę papierosów. Takich samych jakie palił Mick. W gruncie rzeczy byliśmy do siebie niezwykle podobni. Los podobnie ukierunkował nasze życie. Obaj dzieliliśmy podobne upodobania kulinarne, zbliżone gusta muzyczne i od niedawna fakt, że obaj zostaliśmy wydaleni ze studiów. On, za rozprzestrzenianie narkotyków po placówce, ja zaś za zbyt długie nieobecności.  Swoisty algorytm zaburzał fakt, że ja wciąż miałem bliskich gotowych mi pomóc, a Mick miał tylko szefa i pieniądze. Podczas jednej z rozmów udało mi się zarejestrować, że starszy mężczyzna  również miał młodsze rodzeństwo. Informacji o tym czy Mick posiadał barat, czy może siostrę umknęła mi  zapewne przez mój stan w tamtym momencie. Udało mi się jednak przypomnieć pod dłuższym rozwodzeniu się nad tym iż to właśnie ten bart lub siostra było w jego domu faworyzowane w aż nadto jawny sposób. Można powiedzieć , że mężczyzna nie istniał dla swoich rodziców. Nigdy nie podzielił się tym dlaczego tak się stało, ale wiedziałem, że coś jest na rzeczy.
Jeżeli dobrze szacuję, jego bart lub siostra musiał mieć teraz jakieś dwadzieścia pieć lat i według opowieści Micka wyglądało na to, że prosperował całkiem dobrze. Zapewne nie tak świetnie jak powodziło się dilerowi narkotyków lecz względnie nieźle.  Z łatwością przychodziły mi rozmyślania na temat czyjegoś rodzeństwa, jednak gdy dopadł mnie obraz moich własnych młodszych braci, mimowolnie serce ścisnęło mi się ze smutku i rozgoryczenia. Ja po prostu za nimi tęskniłem. Podobnie jak za mamą.

*

Ich rozmowa zdecydowanie należała do przyjemnych. Mogłaby być nawet przyjemniejsza gdyby nie fakt, że kobieta nie zapomniała nawet na chwilę po o przyszła prosić mężczyznę. Niektórzy zerkali w ich kierunku ciekawie jakby kłuł ich w oczy ten kontrast między jasnowłosą, piękną kobietą o jasnych włosach oraz oczach, która była wyraźnie niższa od większości ludzi przechadzających się ulicą a rosłym, czarnowłosym mężczyzną wyglądającym na kryminalistę w każdym tego słowa znaczeniu.  Siedzieli przy jednym stoliku i gawędzili jak starzy znajomi. I najprawdopodobniej nimi byli ponieważ wizerunek młodzieńca jakby stawał się przyjaźniejszy kiedy ten znajdował się w pobliżu drobnej kobietki.
Janine westchnęła cicho nim podjęła znów wątek  by odpowiedzieć na pytanie Daniela. Przeczesała końcówki blond włosów opadających na klatkę piersiową.
-Przepraszam, że obarczam cię problemami tak osobistymi –zaczęła w gruncie rzeczy niemal za cicho jak na nią –Ale chyba nie potrafię sobie poradzić z wychowaniem własnego syna.
Na moment porzuciła obserwacje chłopaka by po chwili wrócić do tego i znów utkwić swoje szczere spojrzenie w oczach chłopaka.
-Zdecydowałam się prosić ciebie o pomoc ponieważ zawsze traktowałam cię jak jednego z członków rodziny –spróbowała się uśmiechnąć jednak niedługo trwała kolejna pauza milczenia. Po krótkiej chwili zaczęła opowieść, streściła Danielowi wszystkie swoje podejrzenia i kilka razy przeprosiła za to, że zrzuca na jego barki taki ciężar. Było jej wstyd, że znów ominęło ją tyle ważnych momentów z życia niemal dwudziestoletniego syna. Teraz znów przyszło jej szukać pomocy u bliskich, ale szybkość reakcji wobec stanu Zacka była ważniejsza niż jej poczucie zaniedbania, które godziło ja w serce.
Wpatrywała się w Daniela, oczekując na reakcję.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 5:02 pm


Umiejętnie ignorowałem zaciekawione spojrzenia innych klientów narożnej kawiarni. Nasza dwójka razem na pewno wyglądała dość osobliwie. Ja raczej nie przyciągałem swoim wyglądem, Janine wręcz przeciwnie. Kobieta mogłaby być wziętą za moją rówieśniczkę. Pomimo niepełnych czterdziestu lat, wyglądała nader dobrze i zachowała swój młodzieńczy urok. Ja z kolei, doświadczony przez życie, naznaczony bliznami i mniejszymi oraz większymi zmartwieniami, wyglądałem zbyt poważnie. Na upartego można było wziąć mnie za trzydziestolatka. Ostatnie dziewięć miesięcy odbiło się zmęczeniem na poszarzałej twarzy i nawet ja potrafiłem to dostrzec. Luis również. Ja próbowałem odciągnąć go od dragów, a on mnie od nadmiaru pracy. Również widział, jak się stopniowo wyniszczam. A może ćpa, żeby zrobić mi na złość? Nie, to raczej niemożliwe.
Na mojej twarzy gościł pokrzepiający uśmiech, a cała postawa była wyjątkowo delikatna. Janine została widocznie przez coś przytłoczona i to bardzo mocno. Dziwiłem się, gdyż pomimo swojej drobnej postury, kobieta ta jest bardzo silną osobą. Tym bardziej martwiłem się o co może chodzić, że nie potrafi sobie z tym poradzić. Dała radę wesprzeć Zacka po tym, co mu zrobiłem, była przy nim i znosiła razem z synem jego cierpienie. Teraz jednak stało się coś, przy czym została zmuszona szukać pomocy u mnie. Nie robiłaby tego, gdyby wiedziała dlaczego moja przyjaźń z szatynem tak gwałtownie się urwała. Ale nie wie i niech tak pozostanie. Ciosem byłoby dla niej, gdyby odkryła do kogo zwraca się z pomocą w sprawie Zacka.
Czułem, że to będzie ciężka rozmowa, jednak nie mogłem nie uśmiechnąć się ponownie, kiedy Janine głośno powiedziała to, co właściwie obydwoje wiedzieliśmy przez cały ten czas. Traktowała mnie jak członka rodziny i nie mogłem zaprzeczyć jakoby tak nie było. Za każdym razem, gdy odwiedzałem dom Zacharego, czułem się jakbym pełnoprawnie do niego należał. Pani Petterson otaczała mnie opieką, jakiej nigdy nie zyskałem od matki i być może dlatego Janine stała się jej swoistym zastępstwem, a ja tak chętnie wracałem do mieszkania przyjaciela. Nie przesadzę, jeśli powiem, ze za tą kobietą tęskniłem tak samo jak za szatynem.
Uprzejmie zwróciłem uwagę, by nie przepraszała, gdyż jestem prędzej mile zaskoczony, że mogę się z nią zobaczyć i w jakiś sposób pomóc, niż oburzony tym, że zwala się na mnie ze swoimi problemami. Mógłbym być zły za to na kogoś innego, ale nie na tą uroczą blondynkę, która niezasłużenie cierpi przez swojego wyrodnego synalka. A może przeze mnie? Gdybym wtedy nie zgwałcił Zack'a, nasze życie mogłoby potoczyć się inaczej, a on spełniałby rolę przykładnego syna. Ale tego nikt nie wie i nikt się nie dowie, tak samo jak nie można zmienić przeszłości, tak samo nie można znaleźć rozwiązania podobnych domysłów.
Popijając kawę, w skupieniu słuchałem każdego słowa kobiety, które w połączeniu z innymi, tworzyło coraz bardziej przyprawione smutkiem zdania. Nic dziwnego. Każda matka czułaby się co najmniej przybita, wiedząc, że jej syn zszedł na drogę niechybnie prowadzącą ku upadkowi. Ciężko było mi w to uwierzyć. Zack miał swoje wady, ale zawsze uważałem go za raczej rozsądnego człowieka. To ja byłem tym zbyt narwanym, czasem wręcz idiotą, a on równoważył naszą relację jako ten mądrzejszy. Jak mógł stać się na tyle głupim, by wplątać się w narkotyki?
Zacisnąłem dłoń na pustej filiżance, czując jak zaczyna mnie boleć głowa. Wiedziałem, że nie usłyszę żadnych dobrych wieści, ale nie spodziewałem się czegoś takiego. Miałem już problem z Luisem, dlaczego kolejny bezmyślny gówniarz musiał upaść tak nisko? A może jednak nie jest tak źle? W końcu Janine nie widuje Zacka zbyt często i większość jej oskarżeń to czyste domysły. Ale bądźmy szczerzy, tak jak mówiłem, kobieta ta nie jest głupia i na pewno wysunęła właściwe wnioski. Nie mogę sobie wmawiać, że jest inaczej, bo tak byłoby wygodniej.
Pani Petterson czekała na moją reakcję, lecz ja usilnie milczałem. Musiałem to sobie przetrawić. Ciężko było mi wyobrazić sobie dawnego przyjaciela w sytuacji podobnej do tych, które widywałem w podziemiu. Nie, ja po prostu nie chciałem widzieć Zacka w roli skończonego ćpuna, niepewnie idącego po granicy śmierci, bo niezaprzeczalnie tylko do niej prowadzą dragi. Janine prosiła mnie, bym go z tego wyciągnął, ale czy byłem w stanie? Dla Luisa nie mógłbym się tak poświęcić, więc czy dla Zacka będę?
- Proszę się nie martwić, Pani Petterson. - Będę. Oczywiście, że będę. Zack nie jest byle kim. Zack jest wystarczająco ważny, bym mógł rzucić wszystko i wyciągnąć go z tego bagna. Jest? Od kiedy? - Nie pozwolę mu się stoczyć - posłałem kobiecie uspokajający uśmiech, będąc w pełni przekonanym o prawdziwości swoich słów. Nie skończy na dnie. Wstałem od stołu, zarzucając z powrotem skórę, którą zrzuciłem w trakcie rozmowy. - Proszę dać mi jego adres.
Janine poinformowała mnie gdzie mieszka Zack. Pożegnałem się uprzejmie i skierowałem do samochodu. Nie zamierzałem zwlekać i postanowiłem jutro z samego rana udać się do Los Angeles. Odległość nie jest aż tak daleka, więc spokojnie mogę dotrzeć tam swoją BMką.
Wróciłem do domu. Luis był w środku i krzątał się po kuchni. Przekroczyłem próg pomieszczenia, zdejmując wcześniej buty i kurtkę. Oparłem się o framugę, patrząc na odwrócone tyłem smukłe ciało, przewracające mięso na patelni.
- Jutro jadę do Los Angeles, przekaż to Drake'owi. - Inteligentne spojrzenie szmaragdowych tęczówek skierowało się w moją stronę. Widziałem, że nadal jest trochę obrażony, ale nie na tyle, by zignorować moją obecność.
- Kiedy wracasz? - Wyjął dwa talerze, kładąc na niech smakowicie wyglądające jedzenie. Żałowałem jedynie, że nie mogę poczuć jego aromatu. Na szczęście nie odebrano mi zmysłu smaku, bo obiady Luisa są stanowczo zbyt dobre, żeby się nimi nie rozkoszować.
- Nie wiem. - Na tym skończyła się nasza rozmowa o wyjeździe. Blondyn nie wnikał i zapewne nie był nawet specjalnie zainteresowany tym, co mnie sprowadza do Los Angeles. Bez problemu byłby w stanie wytrzymać beze mnie długi czas. No, może tęskniłby za seksem, bo nie sądzę, by ktoś poza mną tak dobrze spełniał jego oczekiwania. Reszta dnia minęła spokojnie, mi na siłowni, Luisowi przy laptopie. Teraz już nawet przy ćwiczeniach nie mogłem powstrzymać upierdliwych myśli. Zack znów wdarł się do mojej głowy, a mnie znów czekało nieprzyjemne spotkanie. Życie po raz kolejny miało przewrócić się do góry nogami.
Wstałem około czwartej, nawet całkiem wyspany. Wziąłem szybki prysznic, wilgotne dredy związałem niedbale u góry, tworząc całkiem wyględny nieład na głowie. Ubrałem czarną, luźną i nieco przydużą bluzę, a na tyłek wciągnąłem ciemne dżinsy z naszywkami. Spakowałem torbę nie mając pojęcia jak długo zostanę u Zack'a. Wiedziałem, że spotkanie z nim nie będzie należeć do łatwych. Nie byłem pewien nawet, czy zechce wpuścić mnie do domu, to jednak było mało ważne, bo nie zamierzałem dać się zbyć. Jeśli mnie nie wpuści, zwyczajnie się wproszę. Czyż nie tak działałem do tej pory na każdym gruncie swojej egzystencji?
Zjadłem jakieś szybkie śniadanie i zajrzałem jeszcze do pokoju Luisa. Spał sobie smacznie wśród tego wyjątkowo odpychającego syfu i nieładu stworzonego z kolorowych kabelków. Nie budziłem go i bez pożegnania opuściłem apartament, windą zjeżdżając do podziemnego parkingu. Zapakowałem torbę i ruszyłem, wyłączając przy tym służbowy telefon. Przez dziewięć miesięcy harowałem jak wół, Drake nie obrazi się raczej, jeśli będę niedostępny przez jakiś czas. Przy okazji spojrzałem na datę. Czwarty grudnia. Uniosłem brwi. Czy to przypadkiem nie są moje urodziny? Ostatnio zupełnie straciłem poczucie czasu. Cóż, ten dzień i tak nie jest specjalnie ważny, nie ma czego tu świętować.
Na miejscu byłem po jakiś trzech godzinach. Nieprzychylnym wzrokiem omiotłem okolicę i zaparkowałem samochód gdzieś z brzegu, na czymś, co chyba można nazwać parkingiem. Skierowałem się pod wskazany adres i bez chwili wahania wcisnąłem dzwonek. Nie interesowało mnie za szczególnie to, że o godzinie ósmej rano, Zack może jeszcze spać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 6:44 pm

Niektórym dojście do mojego stanu zajmowało dużo dłużej. Czasami lata jechali na kolejnych dawkach koki nim zaczęli wkraczać w świat wbijania sobie igieł w żyłę. Ja miałem za sobą dłuższy staż i więcej chorych doświadczeń, więc byłem na tyle utalentowany by w dziewięć miesięcy stanąć na granicy życia i śmierci. Bo nie oszukujmy się. To kwestia czasu zanim przedawkuje na tyle, żeby już nie móc się ewentualnie wybudzić nawet po kilku dniach. Tak jak mówię, kwestia czasu.
Gdy opuściłem miejsce zamieszkania, udałem się na przystanek autobusowy. Była środa, dnia trzeciego, miesiąca grudnia. To mi przypomniało o pewnym znaczącym aspekcie z przeszłości. Jednak moja pamięć ostatnio zwodziła mnie podobnie jak reszta mózgu, więc i tym razem nie chciałem wierzyć mu w zupełności co do tego iż ta data poprzedzała jakąś jeszcze datę, którą niewątpliwie kiedyś pamiętałem.
Złapałem autobus tuż przed tym jak miał mi uciec. Przejechałem nim tylko dwa przystanki by wysiąść parę kroków od supermarketu. Wiem, że pamiętałem by zabrać ze sobą kartę więc pieniądze nie były czymś co zajmowało mój umysł w zakresie pamięciowym. Najprawdopodobniej wciąż chodziło o tą datę. Pewnie wkroczyłem do sklepu i od razu, gdy chwyciłem koszyk na zakupy, wyświetliłem na telefonie listę zakupów, którą spisałem sobie na krótko przed wyjściem. Odwiedziłem kolejno wszystkie  alejki sklepowe pozwalając sobie na powolne oglądanie każdego produktu. Lubiłem poświęcać uwagę cenom i stanowi wszystkich artykułów, które zamierzałem nabyć. To moje osobiste zboczenie. Jednakże, na ile zda się teraz zdrowe żywienie?
Z pełnym koszykiem ruszyłem do kasy. Zapłaciłem bez słowa czy jakiegokolwiek gestu sympatii lub dobrego słowa. Z dwiema siatkami zakupów ruszyłem w kierunku domu. O to właśnie chodziło mi, gdy planowałem spacer. Nie sądziłem jednak, że na tyle obrzydnie mi  chodzenie. Po drodze przystanąłem przy ławce by zapalić i zostałem zmierzony wzrokiem przez grupę rosłych nastolatków.  Rzuciłem im z leksza nieprzyjemne spojrzenie i dopaliłem papierosa.  Bez ponownego zatrzymywania się i trudności dotarłem do mieszkania. Odstawiłem zakupy na ziemie, zatrzaskując drzwi nogą. Spojrzałem na zegarek. Powinienem się pośpieszyć bowiem te kobiety nie siedzą cały dzień na wydziale. Dotarłem na miejsce stosunkowo szybko tylko po to, żeby zdenerwować się tym co próbowały mi uzmysłowić te miłe starsze panie. Zostałem delikatnie uświadomiony o tym, że znów będę musiał składać papiery by powtórzyć cały rok. Wiedziałem, że tak właśnie powinno być jednak nie umiałem odpuścić i w rezultacie zdenerwowałem się aż nadto i mimowolnie zacząłem zachowywać się na tyle agresywnie, że zagroziły mi wezwaniem ochrony. Cóż, chyba będę startował  na inny uniwerek.
Nie zaszkodzi mi także roczna przerwa.
Wyszedłem z budynku i gwałtownie zatrzasnąłem za sobą drzwi. Tuż przed wejściem uczelni włożyłem do ust kolejnego papierosa i wypaliłem go chyba w rekordowym czasie. Rozejrzałem się na boki, już o wiele spokojniejszy. Teraz chyba powinienem oddać się pracy. Ulżyło mi, że w tym celu będę musiał wrócić do domu.
Po niedługim czasie znajdowałem się w mieszkaniu. Od samego wejścia miałem ochotę na coś czego postanowiłem nie robić ani o tym nie myśleć. Błyskawicznie rozebrałem się, i  uruchomiłem komputery. Nim się zorientowałem, leczyłem chęć wzięcia czegokolwiek, piciem litrów kawy, którą w pewnym momencie zacząłem podbierać ze zbiorów Micka. On też swoją drogą się zjawił. Niemal nie zauważyłem jak zawitał w mieszkaniu, a przecież tuż przy drzwiach wydał z siebie długie, zmęczone westchnienie. Zawisł nade mną i pogłaskał mnie w klatkę piersiową. Na chwilę oderwałem się od pisania i uniosłem głowę do góry.
-Cześć-mruknąłem i uśmiechnąłem się niemal drapieżnie. Miałem, powiedzmy, bojowy humor. Powrót do pracy dobrze mi zrobił.
Mężczyzna odpowiedział swoim uśmiechem na mój i bez słowa oparł podbródek  na mojej głowie kiedy zwróciłem swój wzrok z powrotem ku monitorom. Mick trwał tak nade mną wpatrując się w obraz wyświetlany przez moje programiki po czym wyprostował się i ruszył do kuchni.
-Chcesz jeszcze jedną kawę? –zawołał kiedy znalazł się w salonie. Odkrzyknąłem mu, że chcę i po krótkim czasie na miejscu poprzedniej znalazła się jeszcze jedna kawa.  Mój gość zajął miejsce na łóżku i wygodnie umościł się tam wraz z kolejną książką.
-Przeczytałeś już tamtą? -zainteresowałem się i odwróciłem się na krześle w jego kierunku.
-Nie, Zack. –powiedział z zadowolenie najpewniej spowodowanym moją szybką reakcją i otworzył na pierwszej stronie –Znudziła mi się tamta.
Uniosłem brew do góry w akcie zdziwienia. Ostatnio książka znużyła go dawno temu. Zazwyczaj docierał do zakończenia mimo, że powieść była mniej lub bardziej interesująca.
-Kiedy masz urodziny? –spytałem i pociągnąłem łyk czarnej kawy. Uśmiechnąłem się. Mimo, że nieczęsto piłem kawę, Mick pamiętał by nie dodawać do niej mleka mimo iż do swojej lał go całe mnóstwo.
Spojrzał na mnie i chwilę tak trwał nim ponownie się odezwał.
-W kwietniu –odparł zdawkowo i powrócił do swojej lektury. Przewróciłem machinalnie oczami. Co z tego, że w kwietniu?
Wstałem z krzesła, odstawiwszy uprzednio kawę na stół. Zbliżyłem się do łóżka i przycupnąłem na jego brzegu po czym przesunąłem się bliżej do Micka. Akurat miałem ochotę się z nim podroczyć.
-Którego kwietnia? –drążyłem –Nie zgrywaj niedostępnego -uśmiechnąłem się wyzywająco.
Ten znów spojrzał na mnie kątem oka i nie udało mu się powstrzymać lekkiego rozbawienia moją osobą.
-A co? Planujesz zrobić mi prezent?
-Ta-mruknąłem i uchwyciłem jego spojrzenie –Powiesz mi?
Odparł, że pierwszego kwietnia. Był to zabawne na tyle bym znów się uśmiechnął z rozbawieniem kiedy on ironicznie zmarkotniał. Przez dłuższą chwilę dałem mu poświęcić swoją uwagę książce, której niektóre zdania czytałem przez ramię Micka. Ostatecznie znudzony tym, że nie przeznaczył mi uwagi, wróciłem na miejsce i kontynuowałem odrabianie zaległych zleceń.
Koło drugiej w nocy, nieodparta potrzeba zapalenia, i nie tylko tego, zmusiła mnie do ruszenia się z krzesła. Przeciągnąłem się i zarejestrowałem fakt, że Mick zasnął z książką rozłożoną na klatce piersiowej. Podszedłem do niego i delikatnie odłożyłem książkę, uprzednio wkładając między stronice zakładkę. Oczywiście nie omieszkałem przykryć Micka kocem. Dopiero po zadbaniu o mężczyznę, wyszedłem na niewielki balkon z paczką fajek. Panowała głęboka ciemność i było chłodno na tyle bym zaczął się niekontrolowanie trząść.
Z ulgą wróciłem do pomieszczenia po tym jak wypaliłem papierosa. Mick już nie spał. Obserwował  jak znowu wracam na krzesło.
-Nie skończyłeś jeszcze? –spytał zachrypniętym od drzemki głosem. Ja jednak nie mogłem, a raczej nie chciałem się na powrót skupić.
-Skończyłem –powiedziałem szeptem i wprowadziłem komputery w stan hibernacji bowiem wiedziałem, że jutrzejszego dnia będę musiał powrócić do przerwanej pracy. Na tą chwilę miałem ochotę już tylko położyć się na miękkim materacu i zasnąć. Tak też zrobiłem. Zająłem miejsce tuż obok szatyna, a ten odwrócił się do mnie przodem i począł studiować wzrokiem moją twarz. Przesunął kciukiem po moim policzku i odgarnął mi niektóre kosmyki za ucho. Przymknąłem oczy pragnąc jedynie tego by nadszedł sen. Nie było mi to dane bowiem poczułem jak moje usta nakrywają drugie, te należące do mężczyzny spoczywającego przy moim boku. Oddałem nieprzytomnie pocałunek, bo mimo, że powieki przykryły obraz zaledwie kilkanaście sekund temu, już byłem na granicy snu i jawy.

*

Obudził mnie nieprzyjemny jazgot dzwonka do drzwi. Z wściekłym warknięciem podniosłem się z łóżka, na którym wciąż znajdował się pogrążony we  śnie trzydziestopięciolatek. Ruszyłem zaspany do drzwi. I wyobraźcie sobie, jak rozbudziło mnie to kogo zastałem przed nimi. Niemal natychmiast zapomniałem o tym, że jeszcze chwilę temu spałem w najlepsze w miękkim łóżeczku opatulony kocem i ramionami Micka.
-Danny. –udało mi się jedynie wydusić pod wpływem szoku.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 6:58 pm


Musiałem chwilę poczekać nim drzwi się uchyliły i nie omieszkałem się przycisnąć guzika jeszcze kilka razy. Jakoś niespecjalnie obchodziło mnie, że Zacka może to zirytować. Moje palce właśnie miały po raz kolejny nacisnąć na dzwonek, kiedy to wyraźnie usłyszałem ciężkie kroki, po których poczęły uchylać się drzwi. Zabrałem rękę swobodnie wkładając ją do kieszeni i z wyczekiwaniem wpatrywałem się w wejście oraz pojawiającą się w nim sylwetkę.
W pierwszej chwili pomyślałem, że pomyliłem mieszkania i już chciałem przepraszać oraz szukać tego właściwego, gdy moje spojrzenie napotkało błękitne tęczówki. Tak, te oczy zdecydowanie należą do Zack'a, ale reszta? Chłopak z początku wydawał się wzburzony (nie dziwne, też bym się w***wił, gdyby ktoś napastował mnie o ósmej rano), jednak po ujrzeniu kto go odwiedził, cała złość jakby odeszła w niepamięć, zastąpiona zdziwieniem. Zdążył już o mnie zapomnieć, nieprawdaż? A może wierzył, że naprawdę sobie odpuszczam. No, na dobrą sprawę to odpuściłem. Nie od razu, ale zrobiłem to i gdyby nie Janine, raczej już byśmy się nie spotkali.
Zlustrowałem sylwetkę Zack'a zdecydowanie nieprzychylnym wzrokiem, czego nawet nie byłem świadom. Na moją twarz wstąpił grymas, gdy tak patrzyłem na to zdecydowanie zbyt wychudzone ciało, zbyt zaznaczone policzki, zbyt podkrążone oczy, zaniedbane, wypłowiałe włosy, niezachęcającą wyglądem cerę i ogólny obraz biedy oraz smutku. Skrzywiłem się wyraźnie. W Zacku nie pozostało już nic pięknego poza nieskazitelnym błękitem jego tęczówek. To mi wystarczy, by mieć absolutną pewność, że bierze i to wcale nie od czasu do czasu. Patrząc na jego ręce nie ma również wątpliwości co do tego, że wstrzykuje.
- Zack - odpowiedziałem szorstkim głosem, wzdychając przeciągle. Po chwili moja twarz złagodniała i wypłynął na nią pobłażliwy uśmiech. - Zostawić cię na kilka miesięcy... - pokręciłem głową z dezaprobatą i przybliżyłem się do chłopaka na tyle, by objąć jego wątłe ciało i mocno do siebie przytulić. Cholera, same kości. Idiota. Zastanawiałem się czy jego zapach również by mnie odpychał. Jak dobrze, że nie mogę się o tym przekonać.
Odsunąłem się po krótkiej chwili, znów się prostując i patrząc na chłopaka naturalnie z góry. W końcu, jakby nie było, byłem jeszcze wyższy niż te dziesięć miesięcy temu. Nie zamierzałem stać tak w progu, w końcu nie po to tu przyszedłem.
- Mogę wejść? - Nie czekając na odpowiedź minąłem Zacka, wchodząc do domu jak do siebie. Rozglądałem się miarowo, krzywiąc za każdym razem, gdy mój wzrok napotkał cokolwiek związanego z ćpaniem. Trzeba będzie to wyrzucić. Rolety były zasłonięte, w pomieszczeniu było ciemno i na pewno nie można powiedzieć, by zachęcało do wchodzenia głębiej. Odsłoniłem okna wpuszczając tu trochę światła, bo jeśli chodzi o widoki, to i tak nie było co podziwiać. Pokój przypominał trochę ten należący do Luisa. Pełno kabelków, komputery i syf. Pokręciłem głową, wchodząc dalej, tam gdzie mieściła się sypialnia. Zatrzymałem się gwałtownie w progu, gdy na łóżku ujrzałem jakiegoś faceta. Współlokator? Nie, to ostatnie pomieszczenie, w tym domu nie ma drugiego łóżka. Śpią razem. Mimo nieprzeniknionej czerni moich tęczówek, miałem wrażenie, że oczy ciemnieją jeszcze bardziej na skutek wzbierającej się złości. Jakiś cholerny szmaciarz spał w jednym łóżku z MOIM Zackiem i drogą dedukcji, nie ciężko wywnioskować co jeszcze mogli robić. Czułem jak wzbiera we mnie furia. No tak, od dwóch dni nie brałem tabletek.
- Kto to jest? - warknąłem, przenosząc wściekły wzrok na Zack'a. Moje pięści samoistnie się zacisnęły, aż pobielały knykcie i właściwie nie wiem jakim cudem powstrzymałem się, by nie wyciągnąć spluwy i strzelić temu pasożytowi między oczy. Cały czas patrzyłem na dawnego przyjaciela, nie mogąc powstrzymać zdenerwowania, które wzbierało z każdą chwilą. Nie chce mnie widzieć, przedstawia mi swoją dziewczynę, twierdzi jakoby nie interesował się żadną płcią, a teraz spotykam go z jakimś dupkiem w jednym łóżku? Kiedy ja go przerżnąłem nazwał to gwałtem, a temu oddaje się z wielką chęcią, tak? - Już się puszczasz za to gówno, dziwko? - Nie kontrolowałem słów, nie kontrolowałem również czynów, dlatego też dopadłem do wątłego chłopaka z łapami, chwytając go za koszulkę i przyszpilając do ściany. Nie wiem co bym zrobił, gdyby przed oczami nie stanął mi nagle obraz zasmuconej Janine. Miałem mu pomóc. Ale %$^*# może nie potrzebuje pomocy, skoro tak dobrze bawi się z jakimś starym zbokiem!
Przekląłem głośno i zamaszystym ruchem puściłem chłopaka, gorączkowo przeszukując kieszenie. Opuściłem ich cholerną sypialnię, usuwając się gdzieś w kąt i biorąc tabletkę. Nie tą, którą powinienem brać regularnie. Uspokajającą. Zbyt dobrze działającą. Ale wolałem chodzić jakbym przez tydzień nie spał, niż zrobić teraz coś, co całkowicie skreśli mnie w oczach Zacka. Żebym mu pomógł, musi mi na to pozwolić.
- Powiedz mu, żeby się stąd wyniósł - nakazałem zachrypniętym głosem, przysiadając na krześle i nie patrząc w stronę szatyna. Potrzebowałem chwili, by to ustrojstwo zaczęło działać. Niech to szlag.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 7:00 pm

Nie miałem przez chwilę pojęcia co ten facet tu robi, jak mnie znalazł i po co przyszedł. Mogłem jedynie podejrzewać, że to wcale nie był gest dobrej woli i sam z siebie z pewnością nie pojawił pod drzwiami. Musiała w tym maczać palce moja rodzina, która pewnie będzie oczekiwała ode mnie później aktów wdzięczności. Mama chyba się przeliczyła skoro sądziła, że wizyta Daniela wybije mi błyskawicznie z głowy narkomaństwo.  To stało się częścią mojego życia i nie wyobrażam sobie na tą chwilę, że mógłbym przestać. Nawet nie chciałem  zastanawiać się nad tym z jaką mocą powrócą wtedy te wszystkie uczucia.
Nie spodobało mi się w pierwszej chwili dlaczego Daniel patrzy na mnie w tak jawnie zdegustowany sposób. Obrzucaliśmy się tak nieprzyjaznymi spojrzeniami do czasu gdy Danny zważył moje imię w ustach  tak szorstko, że przebiegły mnie dreszcze. Po chwili jednak na jego twarz wstąpił uśmiech, a moment później zostałem otoczony jego ramionami.  Wciąż wydawał mi się tak samo nieprzewidywalny co jakiś czas temu. Przyłapałem się na rozmyślaniu o tym co jeszcze zmieniło się w życiu każdego z nas.
Kres moim rozmyślaniom położył nie kto inny, a sam Daniel, który tym razem zdecydował się wparować do mieszkania i wprowadzić własne porządki. Oczywiście, wejdź. Przecież nie mam nic przeciwko. To nie tak, że to moje mieszkanie i trzymam tam rzeczy, których nie chciałbym żebyś oglądał. Nie.  Zbyt zszokowany jego przybyciem, tylko grzecznie za nim dreptałem nie mając zupełnie nic do powiedzenia. Przynajmniej na głos.
W całym tym zamieszaniu zupełnie zapomniałem o tym, że Mick został dzisiaj na noc. Nie zdążyłem jednak nijak zareagować kiedy mężczyzna pojawił się w drzwiach sypialni. Musiało to obudzić Micka. Z pewnością nie spał od momentu kiedy Danny dusił dzwonek przed drzwiami.
Przez chwilę naprawdę obawiałem się, że ciemnowłosy może zrobić coś przez co będę miał na sumieniu własnego dilera. O ironio. Ten jednak zdecydował się skierować swoją nieuzasadniona złość ku mojej osobie. Początkowo zupełnie nie wiedziałem jak to skomentować czy chociażby jakiej poprawnej odpowiedzi udzielić. Walcząc z myślami ostatecznie postawiłem na zobojętniały wyraz twarzy i milczenie. Nie byłem winien mu żadnych wyjaśnień. Poza tym Mick był ubrany i zupełnie nie w moim typie. Może dlatego, że był mężczyzną?
Rozgoryczenie mężczyzny dało o sobie znać w najmniej przyjemny sposób. Czyli teraz się wyzywamy? Widać bolała go myśl, że ktoś inny mógłby mnie, nie daj Boże, obracać w łóżku poza nim. Zastanawiałem się jak bardzo godziło go to błędne przepuszczenie w ego. Kiedy zostałem brutalnie poderwany do góry i moje łopatki uderzyły w coś twardego, zapewne ścianę, zabrakło mi na moment powietrza, ale to nie strach odbił się w moich oczach tylko złość. Złość, że zostałem posądzony o cos tak obrzydliwego oraz byłem zirytowany całą ingerencją w moją przestrzeń osobistą. Bo niby z jakiej racji miał prawo zachowywać się jak nieokrzesany wyrośnięty gówniarz?
Zostałem wypuszczony z miażdżącego uścisku Daniela równie szybko jak się w nim znalazłem.  Błyskawicznie zarejestrowałem jak w jego dłoni pojawia się tabletka, która znika w jego ustach. Mimo, że niespecjalnie miał wtedy ochotę bym go lustrował od stóp po czubek głowy z takim zainteresowaniem bowiem nie bez powodu usunął się w kąt korytarza. Z niezdrowym zainteresowaniem chłonąłem jego każdy ruch. Odprowadziłem go wzrokiem aż zniknął w kuchni, która jednocześnie była jadalnią. Dobiegł mnie stamtąd rozkaz chłopaka, a ja tylko przewróciłem oczyma i skierowałem swoje kroki do sypialni by stanąć w przejściu i obrzucić przepraszającym spojrzeniem mojego wieczornego gościa.
-Lepiej stąd idź –mruknąłem bez przekonania i utkwiłem wzrok w stopach –Później jak będziesz chciał to ci wyjaśnię.
Mick nie zadawał więcej pytań i pozbierał się do reszty z łóżka, przystając przy mnie na chwilę.
-Wpadnę wieczorem z towarem –powiedział nachylając usta nad moim uchem. Uśmiechnąłem się jedynie.  Byłem mu wdzięczny za ten zbolały ton. To utwierdzało mnie w poczuciu, że to co mówił wczoraj wciąż było jak najbardziej aktualne i mimo, że nie miałem zamiaru szukać pomocy, doceniałem jego troskę. Patrzyłem jak wysoki mężczyzna znika za drzwiami mieszkania. Właściwie wydawało mi się, że był podobnego wzrostu co Daniel. Chwilę zwlekałem nim dołączyłem do ciemnowłosego w kuchni i nie było to spowodowane strachem lecz tym, że chciałem dać mu chwilę by się uspokoił. Czy to za sprawą leków, czy po prostu chwili dla siebie. Powoli podążyłem w kierunku pomieszczenia, które było w tym czasie zajmowane przez tego niepoprawnego kryminalistę. Usiadłem naprzeciw niego, nie na krześle lecz na blacie. Wetknąłem między wargi papierosa i podpaliłem końcówkę.
-Nie daję dupy –odparłem by wyjaśnić chociażby tą nieścisłość. Mimo, że Danny podejrzewał zapewne iż trochę zapędził się w słowach i wcale tak nie myślał, chciałem postawić sprawę jasno.
Ponownie lustrowałem sylwetkę dawnego przyjaciela jakby z jeszcze większym zaintrygowaniem, którego nawet nie starałem się kryć. Uśmiechnąłem się pod nosem. Przypadły mi do gustu drobne zmiany, które zaszły w jego sylwetce i wyglądzie. Z pewnością coś się wydarzyło, ale nie chciałem o to teraz pytać. W końcu napastliwość nie jest w dobrym tonie biorąc pod uwagę, że gość dopiero zawitał w moich skromnych progach.  Nawet jeżeli był gościem nieproszonym  tak bardzo jak było to tylko możliwe. Kolejno poświęcałem uwagę każdemu zakrzywieniu na jego spracowanej twarzy i fakturze dredów, kończąc na czubkach butów.
-Nawet ci do twarzy z tym mopem na łbie –wymruczałem rozbawiony własną interpretacją jego zmyślnej fryzury. Zapewne wzbudzał teraz jeszcze mnie zaufania niż przedtem. O ile jakiekolwiek.
Postanowiłem jednak rozjaśnić swoje podejrzenia odnośnie jego przybycia pod mój dach.
-Mama cię poprosiła, żebyś to ty się mną zajął. –stwierdziłem. Nie wątpiłem w prawdziwość tej tezy lecz chciałem mu też dać tym do zrozumienia, że wiem na czym prawdopodobnie ma polegać jego zajmowanie się mną.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 7:01 pm


Kątem oka obserwowałem jak Zack w sąsiednim pomieszczeniu, zgodnie z moim zaleceniem, wyprasza zdecydowanie niemile widzianą przeze mnie osobę. Co z tego, że nie jestem u siebie? Nie ważne w jakiej sytuacji, to ja dyktuję jak ma być i do tego właśnie przywykłem przez ostatnie lata. Poza tym, mój kochany przyjaciel musiałby być prawdziwym idiotą, gdyby zaczął się sprzeciwiać i wierzyć, że to dobra opcja. W stanie, w którym się znalazłem, nikt nie powinien wchodzić mi w drogę, czego jednak Zack przecież nie mógł wiedzieć. Nie miał pojęcia o wypadku, który miał miejsce, gdy delikatnie dał mi do zrozumienia, bym zniknął z jego życia. Zabawne, bo mało brakowało a spełniłbym te życzenie w każdym jego znaczeniu. Zniknąłbym z żyć wszystkich ludzi, którzy mieli mnie dosyć. Ale nie ma tak dobrze, najwidoczniej ten na górze jest na tyle złośliwy, by pozwolić mi dalej uprzykrzać dni innym. W każdym razie, Petterson nie miał pojęcia o moim skrzywieniu, o tym, że powinienem się leczyć i brać cholerne pigułki, ażeby tylko przez przypadek nie zabić osoby, której śmierć normalnie powinna mnie bardzo zaboleć. Wiedział z kolei o tym Alex, Lusis i reszta mojej przyszywanej rodziny. Drake stwierdził nawet, że to całkiem niezła choroba psychiczna, skoro już jakąś muszę mieć, po czym zaśmiał się, jakby usłyszał dobry żart. On nie ma bliskich, nie może przecież rozumieć co to znaczy skrzywdzić kogoś mimo, że nie ma się takiego zamiaru, a potem tego żałować. Mi też się wydawało, że nikogo takiego nie mam, jednak gdy lekko zmasakrowałem przystojną twarz Luisa, nie czułem się z tym zbyt dobrze. A najgorsze jest poczucie odosobnienia we własnym ciele, zupełnie jakbym miał jakiś dziwny rodzaj rozdwojenia jaźni. Tak, zdecydowanie jestem stuknięty, ale przecież nie mogłem powiedzieć tej biednej kobiecie, że nie powinienem zbliżać się do Zacka, bo mam problemy z agresją. Ona mnie idealizuje, nie ma pojęcia, że byłbym w stanie kogokolwiek zabić mimo, że prawda jest zupełnie inna. Obcych mi ludzi morduję bez mrugnięcia okiem i nie mogę tego nawet usprawiedliwić atakiem. To po prostu moja praca.
Dobrze, że pigułka zaczęła działać, bo bez wątpienia wyciągnąłbym gnata i wycelował w ten rozczochrany łeb, kiedy ten pochylił się nad MOIM, #^&*(% tylko moim Zackiem. Co? Co ja w ogóle gadam? Przecież on nigdy nie należał do mnie, był tylko moim przyjacielem i nigdy nawet nie przeszło mi przez myśl, by wciekać się, gdy obmacywał się z jakimiś laskami. Obydwoje robiliśmy takie rzeczy na swoich oczach i żaden nie był zazdrosny. Zazdrosny? Jestem zazdrosny? O Zacka? Nie, to przecież śmieszne, mogę mieć każdego, dlaczego miałbym być zazdrosny akurat o niego? A jednak, kiedy nieznajomy dupek szeptał mu coś do ucha, krew we mnie buzowała, zaś dłoń sama zaczęła wędrować w stronę skrytego pod kurtką pistoletu. Nie wyciągnąłem go tylko dlatego, że nie miałem siły. Nie ma szans, bym dobrze wycelował, przez co mógłbym nawet trafić Zacka. Opuściłem dłoń bezwiednie i wyciągnąłem paczkę fajek, bezsilnie wkładając jednego z nich do ust, oraz odpalając w ten sam mozolny sposób. Powinienem się położyć po zażyciu tego gówna, ale to nie jest zbyt dobra chwila na drzemkę. Przynajmniej zeszła ze mnie cala złość. Już nawet patrzenie na wychodzącego insekta nie wywoływało u mnie rozdrażnienia. Byłem wyjątkowo spokojny, nieszkodliwy i lekko zobojętniały na wszystko. Nienawidziłem tych pigułek, ale jeszcze bardziej nienawidziłbym siebie, gdybym niechcący udusił Zacka. Co powiedziałbym Janine? "No wiem, że miałem go wyciągnąć z nałogu, ale tak wyszło, że puściły mi nerwy i przypadkiem zmiażdżyłem mu krtań. Może zdarzyć się każdemu, nie?"
Lekko przymrużonymi oczami obserwowałem poczynania Zacka, który zajął miejsce naprzeciwko mnie, zachowując jednak bezpieczną odległość. Spokojnie Zackie, teraz nie miałbym nawet siły, żeby cię porządnie trzepnąć. Powietrze wypełniło się dymem naszych papierosów. Lubiłem ten zapach, więc tym razem żałowałem, że nie mogę go poczuć. Niby się przyzwyczaiłem, ale to nadal bywało uciążliwe. Chłopak się odezwał, a ja powoli przetrawiłem jego słowa. Mój wzrok był podejrzliwy i dawał do zrozumienia, że nie daję wiary temu co mówi. Do tej pory nie potrafiłem wyobrazić sobie Zacka dającego dupy na prawo i lewo, ale fakt, że jest uzależniony, a ja spotykam w jego łóżku jakiegoś starszego kolesia nie działa na jego korzyść. No ale załóżmy, że faktycznie, nie daje dupy. Więc co? Kim jest ten koleś i co robił w jego sypialni? No nie mówcie mi proszę, że robi za darmową przytulankę, bo się Zackie boi ciemności.
Westchnąłem, nie komentując tego oświadczenia. Prawdy i tak się nie dowiem. Czy daje czy nie, to nawet nie powinna być moja sprawa. Przecież w obecnej chwili jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi, których łączy tylko jakiś skrawek przeszłości. Lecz mimo wszystko, nie mogę patrzeć na niego, gdy jest w takim stanie. Nie mogę znieść obecności prochów i strzykawek w jego mieszkaniu, ani typka, który spędził tu noc. Ale dlaczego? Tylko dlatego, żeby sprawić przyjemność Janine? Nie, chodzi o coś więcej. Sentyment? Może.
Oparłem policzek o dłoń, cierpliwie czekając, aż Zack zlustruje całą moją postać, tak jak ja zrobiłem to z nim, gdy otworzył mi drzwi. W przeciwieństwie do chłopaka, ja nie zmieniłem się aż tak bardzo. Przybrałem na wadze przez codzienne treningi i dietę jaką narzucił mi Drake, żebym pozbył się efektu kroplówki, urosłem te nieszczęsne trzy centymetry, przybyło mi więcej blizn, trochę się opaliłem, przez co były bardziej widoczne, zrobiłem kolczyk w brwi, jeszcze bardziej podkreślający ślad po jakiejś bójce, no i zaplątałem dredy, dzięki czemu długie włosy stały się mniej uciążliwe, a ja jeszcze bardziej przywodziłem na myśl kryminalistę, którym zresztą jestem.
Uśmiechnąłem się lekko, kiedy dotarł do mnie komplement na temat włosów. Musiałem uwierzyć, bo Zack nie był raczej skłonny do rzucania takich miłych uwag na co dzień. Westchnąłem raz jeszcze, równocześnie wypuszczając gryzący dym papierosowy.
- Twoja czupryna też jest niczego sobie. Gdyby nie kolor - mruknąłem, jeszcze raz skupiając się na przydługich włosach chłopaka. Ich ułożenie niezaprzeczalnie mu pasowało. Szkoda tylko, że były takie wypłowiałe, matowe i na dodatek ponaznaczane gdzieniegdzie błękitnymi plamami, stanowiącymi ślady po dawnym kolorze. Gdyby je pofarbował i dał im odżyć poprzez zaprzestanie ćpania, nie byłoby źle.
Uniosłem wymownie brew, jakbym faktycznie uważał za niedorzeczne przypuszczenie Zacka, co do powodu, dla którego się tutaj znalazłem. Niby Janine nie zabroniła mi wspominać, że prosiła o przysługę, ale uznałem, że lepiej będzie, jeśli Zack pozostanie co do tego nieświadomy.
- To już ktoś musi mnie prosić, żebym odwiedził dawnego przyjaciela? - zaśmiałem się dość zgryźliwie, dopalając papierosa i gasząc go w popielniczce. - Nie od niej dowiedziałem się, że ćpasz. - Posłałem mu dużo mniej przyjemne spojrzenie niż sprzed kilku chwil. - Nigdy nie byłeś idiotą. Wiesz do czego to prowadzi. No powiedz, ile razy już odleciałeś? - Skrzywiłem się, powoli podnosząc z krzesła. Zbliżyłem się do chłopaka i jedną rękę oparłem na blacie, obok jego tyłka. Drugą swobodnie trzymałem w kieszeni. Starałem się ignorować zmęczenie wywołane zażyciem tabletki, przy czym zaglądałem głęboko w błękitne, nieco przygaśnięte tęczówki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 7:02 pm

Mógłby sobie darować te przepełnione niedowierzaniem westchnienia. Naprawdę tak nisko upadłem, że wyglądam jakbym dawał dupy za darmowe dragi? Nie sądziłem, że kiedyś ktoś tak na mnie spojrzy. W pewnym sensie zabolało. Przewróciłem oczami. Nie zamierzałem go przekonywać. Skoro mi nie wierzy to jest w błędzie. Godzi mnie to bardzo w dumę. Szczerze mówiąc, póki ostały mi się resztki rozumu, twierdzę, że wolałbym palnąć sobie ostatni strzał niż dać komuś się zerżnąć byle zyskać parę godzin przyjemności. Może to instynkt samozachowawczy, a może fakt, że mam jeszcze dużo pieniędzy. Daniel podejrzewam, że nie miał pojęcia iż przez długi jeszcze czas nie będę zmuszony godzić się na takie wyjście jakim było darmowe ćpańsko za wszelką inną cenę. Jednakże, tak jak mówiłem. Zabolało mnie to, że sądzi iż jestem do tego zdolny. Zdenerwowało mnie to do tego stopnia, że posłałem mu mordercze spojrzenie wypełnione szczerą złością.
Od jakiegoś czasu Daniel stał się bardziej osowiały i podejrzewałem, że to za sprawą tej tabletki tak spotulniał. Oby nie padł mi tu na ziemie, bo ciągnąć do łóżka to ja go nie będę. Korzystając z tego, że siedzę na blacie i na wyciągnięcie ręki mam kuchenkę, nastawiłem wodę w czajniku.
Farmaceutą nie byłem i nie miałem pojęcia co brał na te swoje ataki agresji. Skoro miał przygotowane na to specjalne leki pod ręką, zapewne zdarzało mu się to więcej niż raz. To jakiś uraz mózgu?
Ani razu nie oderwałem wzroku od mężczyzny. Jego obecność nagle jakby znowu zburzyła moje dotychczasowe przyzwyczajenia. Jak co dzień powinienem był się dzisiaj obudzić koło pierwszej popołudniu. Potem oddałbym się pracy skoro na chwilę odsunąłem od siebie ćpanie. Swoją drogą, wraz z przebudzeniem zacząłem odczuwać palący brak codziennej dawki. I to nie tak, że nie wytrzymam bez tego, ale to było o wiele trudniejsze niż poprzednio. Wiedziałem przecież doskonale gdzie wszystko leży, mógłbym przecież znaleźć się w salonie, a ciało samo pamiętało co robić. W jakich ilościach, gdzie i jak. Zawadza mi tylko obecność mężczyzny i powzięte postanowienie.
Właśnie przeczesywałem dłonią niesforne falowane kosmyki kiedy dotarły mnie słowa chłopaka. Uśmiechnąłem się z pewnego rodzaju przekąsem. A pomyśleć, że jeszcze wczoraj wybierałem się do fryzjera, żeby ściąć to w cholerę. I dalej sądziłem, że byłoby to o wiele wygodniejsze. Powinienem je przynajmniej podciąć w najmniejszym stopniu, bo uparcie opadały mi na oczy zasłaniając widok.
Wyjąłem rękę spomiędzy włosów i spojrzałem na nią badawczo bowiem pozostało na niej parę niechcianych kłaków. Znowu wypadają. Strzepnąłem je dyskretnie z dłoni próbując się przy tym nie skrzywić. Ponownie wbiłem wzrok w chłopaka, strzęp nowszy popiół z papierosa do popielniczki.
-To przefarbuje –stwierdziłem. Wiedziałem, że jedną zmianą koloru nie przywrócę ich do zadowalającego stanu jednak miałem nadzieje, że pozbędę się tych dwukolorowych pasm. To już będzie postęp.
Podrapałem się po łokciu i machinalnie opuściłem rękaw czarnego, luźnego sweterka odsłaniającego całkowicie obojczyki, które niezdrowo odcinały się swoją wypukłością na skórze.
Przez chwilę oczekiwałem odpowiedzi na swoje pytanie, ale nie takiej reakcji się spodziewałem. Właściwie to wielu rzeczy dzisiaj się nie spodziewałem. Nie spodziewałem się, że zjawi się Daniel ani tez nie przepuszczałem, że będzie mu dane kiedykolwiek mnie znów zobaczyć. Bo nawet zastanawiałem się dlaczego o nim tak dużo myślę, ale nie sądziłem żeby to było coś złego. Wyrażałem jedynie czynne zainteresowanie jego osobą. Bo był tajemniczy? Bo różnił się od innych? Kogoś mogłoby to pociągać. Podejrzewam, że wiele osób pociągał właśnie Daniel. Nie mnie. Mnie nikt nie doprowadził to odczuwania tego prymitywnego poczucia odurzenia. Nie widziałem go w swoich wizjach idealnego związku partnerskiego polegającego na zaufaniu. Mężczyzna z pewnością nie był kimś komu można było ufać bezgranicznie lub choć w jakimś stopniu albowiem przepuszczam iż dbanie o swoje interesy weszło mu na tyle w krew, że mimowolnie sprawia wrażenie kogoś niezbyt uczciwego, ale za to bardzo pracowitego. Nie było to zapisane w jego naturze, ale mimo to stawał się przez to intrygujący i biada tym, którzy stracili by przy nim czujność. A przynajmniej tak właśnie sadzę. W powietrzu  za sprawą naszych papierosów zawisł gęsty dym, który leniwie niczym chmurki sunął po pokoju, który po chwili wypełnił przenikliwy gwizd czajnika. Oznaczało to tyle, że woda się zagotowała. Zgrabnie zeskoczyłem z blatu, by położyć kres męczarniom moich uszu uprzednio strzepując popiół do popielniczki. Innym dźwięk ogłaszający zagotowane się wody wydawał się mniej szkodliwy lecz ja zauważyłem u siebie wyjątkową nadwrażliwość.
Wyłączyłem ogień, który powodował ciągłe podgrzewanie wody w czajniku, a co za tym idzie –rażący uszy pisk.
-Powiedzmy –skwitowałem jego zapewnienia odnośnie źródeł informacji. Skoro nie od mamy to of kogo? Przecież tylko ona, Eveline i parę bliższych znajomych z uczelni znało prawdę, przynajmniej ją podejrzewało.  Jego kłamstwo stało się oczywiste i ani na chwilę nie dąłem się zwieść. Jestem nawet bardziej niż pewien, że Danny o tym wie.
Wyciągnąłem z szafki ponad głową jeden kubek i zlałem  wrzątkiem wrzuconą na dno torebkę z herbatą.
-Herbaty? Kawy? –zaproponowałem kierując się dobrymi manierami.
Mój całkiem niezły humor wyparował wraz z pojawieniem się kolejnych oskarżeń na mój temat. Znów wskoczyłem zręcznie na blat i kiedy Daniel się zbliżył, byłem na poziomie jego twarzy tylko i wyłącznie dzięki temu ,że znajdowałem się na podwyższeniu. Spojrzałem mu głęboko w oczy i włożyłem w to spojrzenie całą gorycz związaną z tym jak zdenerwowały mnie jego kolejne przepuszczenia.Po raz kolejny sprawił, że było mi zwyczajnie przykro. O takich rzeczach się nie mówi.
Czy byłem idiota? Oczywiście i to od momentu kiedy sądziłem, że mam nad tym kontrolę. Ba! Ja sądziłem, że popadając w nałóg i kolejne ciągi wciąż jestem świadomy.
-Raz –skłamałem zręcznie. Wstyd było przyznać się do dwóch innych razów. Przecież minęło tylko dziewięć miesięcy. To zbyt krótko by doprowadzić się do takiego stanu. Ale mi się udało i trwam przy stwierdzeniu iż jest to mój osobisty talent.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 7:03 pm


Nie skomentowałem już w żaden sposób głośnego postanowienia Zacka na temat włosów. Myślę, że i on dobrze wiedział, że nie chodzi tu o przykrycie wypłowiałego koloru farbą. To tylko jeszcze bardziej wyniszczy jego i tak już pokrzywdzone włosy. Kwestią czasu jest kiedy przerzedną na tyle, że będzie zmuszony ogolić się na łyso. No chyba, że wolałby mieć trzy włosy na krzyż. Tu nie chodzi o sam kolor, tu chodzi o jego intensywność, oraz o strukturę tych włosów. Cztery lata temu Zack mógł się pochwalić naturalnymi, ciemnymi i gęstymi włosami. Na skutek ćpania ich kolor był wyblakły, a same kosmyki wyjątkowo słabe. Jeśli dalej będzie brał, nie tylko jego włosy się zniszczą. Cera również silnie reaguje na to gówno, co zresztą już teraz widać po chłopaku. Nie wspomnę już o jego rażącej niedowadze. Ten widok naprawdę mnie obrzydzał. Nie znoszę widoku tak zniszczonych na własne życzenie ludzi, mogę śmiało rzec, że nimi gardzę. A jednak mimo to, zgodziłem się pomóc Zackowi, tym samym deklarując zmianę swoich poglądów. Nie mogę trzymać się od niego z dala, dając do zrozumienia jak bardzo mnie odraża, jeśli chcę coś zdziałać. Prawda jednak jest taka, że gdyby to nie był akurat Zack, splunąłbym mu pod nogi, zmieszał z błotem i wrócił do domu. Ale nie zrobiłem tego, bo nie jest obcą osobą. Jest kimś, na kim mi najwidoczniej zależy.
Chłopak opuścił rękawy sweterka, tak jakby to miało mu pomóc w ukryciu prawdy. Nawet bez ujrzenia wyróżniających się punkcików na jego rękach, bez problemu mogę stwierdzić, że jego problem jest poważny. Nie jest człowiekiem, który nieświadomie popada w nałóg. Nie dość, że jest go świadomy, to jego stopień uzależnienia osiągnął wystarczająco wysoki poziom, by za jakiś czas zasnął wiecznym snem. Obawiam się, że może to być kwestia nawet kilku tygodni, jeśli dalej utrzyma tempo, na jakie wskazuje jego wygląd po dziesięciu miesiącach. Właściwie dlaczego zaczął to robić? Kiedy zaczął? Przecież ma dobrą rodzinę, uczęszcza, a przynajmniej uczęszczał na studia, jego praca też nie wydaje się być czymś, co robiłby z przymusu. Co go przytłoczyło do tego stopnia, że popadł w narkomanię? Mógłbym przypuszczać, że to przeze mnie i przez to co mu dawniej zrobiłem. Ale przecież gdy go spotkałem te dziesięć miesięcy temu nie był ćpunem, a nasza konfrontacja była trzy lata wcześniej. Więc musi być inny powód, prawda? Bo nie chce mi się wierzyć, że zaczął brać od tak, dla zabawy. Nie jest przecież gówniarzem, który nie wie czym grozi podobna rozrywka.
Naszą niezbyt przyjemną rozmowę na chwilę przerwał głośny dźwięk gwizdka. Odzwyczaiłem się od tego hałasu. Ja używam czajnika elektrycznego, więc nie muszę go znosić. Ale co tu dużo mówić, moje życie toczy się na zupełnie innym poziomie niż Zacka, a już szczególnie teraz, gdy jego priorytetem stało się złapanie jak najlepszej fazy. Pomyśleć, że tak niewiele brakowało bym skończył w podobny, lub gorszy sposób. Gdyby Drake nie zaproponował mi dołączenia do rodziny, pewnie nie dałbym rady zostawić hazardu, nie miałbym żadnych funduszy i skończył gdzieś w rowie. Teraz jednak, gdy żyłem sobie beztrosko, w jednym z nowych apartamentowców, w centrum San Diego, mając wszystko czego zapragnę, łatwo było zapomnieć o mniej kolorowej przeszłości. Ale i ona miała swoje plusy. Byłem swego rodzaju ścierwem, ale nie mordercą. Robiłem krzywdę tylko sobie, nie innym. Teraz bogacę się i żyję jak książę kosztem cudzych żyć. Z początku miałem wyrzuty i zastanawiałem się nad tym, czy wybrałem dobrą drogę, ale po trzech latach nie miewam podobnych myśli. Jest mi dobrze tak jak jest, inni ludzie mało mnie obchodzą. Ich życie nie jest moją sprawą, ich cierpienie mnie nie rusza, płacz ich rodzin również nie jest aspektem, o którym myślę, gdy pakuję im kulkę między oczy. Myślę jedynie o zarobku. Zabijanie stało się rutyną. Jedyne co ją przerywa to tortury. Nie jestem w tym najlepszy, ale wystarczająco dobry, by Drake używał mnie do rozplątywania języków konkretnych ludzi. Właściwie, gdy dołączałem do rodziny miałem wybór. Zamiast zabijania, mogłem zająć się zwodzeniem dziewczyn, które następnie należy naćpać i sprzedać. Przyczyniałbym się do ich cierpienia tylko pośrednio, jednak wydawało mi się to gorszą opcją niż zabijanie. Ale i do tego pewnie z czasem bym przywykł.
Zack raczej nie uwierzył w to, jakobym rzekomo nie rozmawiał z jego matką. Nie szkodzi, nadal zamierzałem utrzymywać, że moim źródłem informacji jest kto inny. Tak naprawdę, jeśli chciałbym dowiedzieć się czegoś o Zacku, mógłbym to zrobić bez problemu. Mam odpowiednie kontakty do tego, by śledzić życie chłopaka na każdym gruncie. Wiedziałbym nawet, o której godzinie idzie srać, o ile oczywiście chciałbym posiąść podobną wiedzę. Ale nie interesowałem się nim przez ostatnie dziewięć miesięcy, gdyż miałem na głowie inne zajęcia. Musiałem przecież robić coś, by nie zwariować. Gdy sam byłem tak rozchwiany psychicznie i emocjonalnie, jak mógłbym jeszcze interesować się życiem Zacka? Na dobrą sprawę nie poukładałem jeszcze swoich spraw, ale one mogą poczekać, szatyn zaś nie może. Jeśli nie skończy z ćpaniem, może się to dla niego naprawdę źle skończyć. Nie chciałbym być gościem na jego pogrzebie.
Zignorowałem chwilowo zapytanie Zacka na temat czegoś do picia. W tym momencie skupiłem się na wwiercaniu swego spojrzenia w błękitne oczy przede mną. Czekałem na odpowiedź, a kiedy już ją uzyskałem, znów zacisnąłem pięści. Rozluźniłem je szybko, bo było to męczące. Cholerne prochy.
- Nie łżyj, patrząc mi prosto w oczy, Zack - warknąłem szorstkim głosem, nadal intensywnie wpatrując się w lazurowe tęczówki. Dostrzeżenie kłamstwa nie było dla mnie problemem, w końcu obcowałem z nim na co dzień. Nauczyłem się już dawno jak odróżnić osobę szczerą od łgarza. Zack bez wątpienia kłamał, co cholernie mi się nie spodobało. Nie sam fakt, że próbował mnie zwieść, ale świadomość tego, że tych razów było więcej, podczas gdy już sam jeden był wystarczająco niebezpieczny. On naprawdę stoczył się wyjątkowo nisko przez ten krótki czas. Jeśli teraz nie przestanie, bez wątpienia wtoczy się do grobu.
Odsunąłem się powoli od chłopaka, nie czując potrzeby dopytywania ile razy dokładnie odleciał. Być może nawet nie chciałem tego wiedzieć, bo podobna świadomość sprawiała, że robiło mi się niedobrze. Nie chciałem mieć w głowie obrazu przyjaciela leżącego w otoczeniu strzykawek, całkowicie pozbawionego świadomości i nie mogącego wiedzieć, co się z nim wtedy dzieje. Na dobrą sprawę może dawać dupy nawet nieświadomie. Liczę jednak na to, że jak już ćpa, to przynajmniej w domu, gdzie nikt nie może dorwać się do jego tyłka.
- Kawy - odpowiedziałem na poprzednie pytanie, siadając z powrotem na miejscu. Bez chwili zastanowienia wyciągnąłem kolejnego papierosa. Mało obchodził mnie fakt, że przed chwilą skończyłem pierwszego. Zaciągnąłem się solidnie, po czym wyciągnąłem paczkę, zastanawiając się, czy nie mam może skręta. Nie miałem. Jutro załatwię. Schowałem paczuszkę i znów przeniosłem wzrok na Zacka, jakby w lekkim zamyśleniu.
- Musisz z tym skończyć. Wyrzucę dzisiaj wszystko co wiąże się z ćpaniem. Jeśli coś chowasz, wyjmij. - Wzrokiem świdrowałem chudą sylwetkę. - Zostanę tu przez jakiś czas. Jeśli weźmiesz działkę, będę o tym wiedział. - Znów się podniosłem, podchodząc do niego. Wyjąłem z ust papierosa, wolną ręką zaś odgarnąłem cienkie kosmyki za ucho Zacka. - Wyciągnę cię z tego - obiecałem, nachylając się powoli i nakrywając suche usta swoimi własnymi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 478
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 7:26 pm

Nie byłem typem samobójcy, ale właściwie jakoś nie trzymałem się życia ze wszystkich sił. Nie wiem kiedy dopadło mnie to zobojętnienie, ale zauważyłem,  że coraz rzadziej robię sobie przerwy i jakby coraz większymi krokami zbliżam się ku swoistej przepaści. W pewnym sensie chciałem wciąż żyć, bo czemu by nie? Przecież wszystko jeszcze miałoby się szansę ułożyć, a ja znowu bym się dostał na studia i może znalazłbym jakąś uroczą towarzyszkę życia. Wątpiłem jednak czy jest gdzieś na świecie druga taka Eveline, która rozumiała każdą moją wariacje.  A może już do końca życia zostanę sam ze swoimi dziwactwami i nikt nie zrozumie moich wyborów gdyż nigdy się przed nikim się nie otworze jak to jest do dziś. I to wcale w tym momencie nie znaczy, że potrzebuje kogoś kto pozwoliłby mi się przy sobie uzewnętrznić. Odtrąciłem pomoc wielu ludzi, świadomie lub odruchowo. I ani razu nie czułem palącej potrzeby by mówić więcej niż było to potrzebne do tego bym został uznany za mniej lub bardziej szalonego. Potrafiłem zmanipulować faktami na tyle by odsłonić przed psychoterapeutą bardziej podkoloryzowaną lub okrojona wersję tak by nie trafić do jakiejś placówki zamkniętym, ale by dostać odpowiednie leki na moją przypadłość. Czasami wydawało mi się, że po pigułkach byłem bardziej rozwiązły, ale okazywało się, że pilnowałem się wtedy jeszcze bardziej. Ev oczywiście wiedziała, że coś jest na rzeczy, miała świadomość tego, ze muszę łykać leki. Mówiłem, że to antydepresanty. Ona zaś nie pytała czy to prawda i z jakiego powodu to robię. Bo wiadomo, że nie dla zabawy ani tez nie dlatego, że umarła mi droga babka. 
Wiedziałem, ze Danielowi nie podoba się to co widzi i to w dodatku na tyle by patrzył na mnie w tak pozbawiony przychylności sposób. Nie oczekiwałem, że stanie mu na sam mój widok, ale ten nie spodziewałem się, że wywołam w nim tyle negatywnych emocji. Mogłem pokusić się o to by stwierdzić iż ciemnowłosy w jakiś sposób jest uprzedzony do narkomanów. Czy tez może patrzył tylko na mnie w ten sposób?
Byłem pewien, że wewnątrz Daniela toczy się swego rodzaju walka pomiędzy tym by wciąż tolerować mnie jako swojego przyjaciela, który po prostu ma ze sobą problem a zrównaniem mnie z poziomem tych śmieci leżących na ulicy i ćpających wszystko byle tylko. Wydaje mi się , że dopóki mam więcej trosk niż potrzeba brania, jest dobrze do tego stopnia iż istnieje nadzieja. Podczas gdy oni myśleli tylko o tym skąd wziąć narkotyki, ja zastanawiałem się czy kiedykolwiek uda mi się wrócić na studia, czy już jestem na straconej pozycji w pracy i dlaczego Mickowi znudziła się książka.
Spojrzałem na elektroniczny zegarek wyświetlający się na mikrofalówce. Dochodziła dziewiąta rano, a ja nie mogłem uwierzyć, że udało mi się pozostawać w pionie. Wciąż jeszcze nie zneutralizowałem skutków długotrwałej bezsenności i gdy tylko sobie o tym przypomniałem, w jednej chwili poczułem, że naprawdę jestem zmęczony. W dodatku bolały mnie wszystkie kończyny od przeszło dwunastu godzin. Ale byłem silny, mimo wszystko.  Mick nieraz opowiadał mi o tym jak wyglądają schadzki u innych. Oni nie mówią wtedy o przyszłości czy przeszłości. Zatracają się w tym bez pamięci i nie czują żadnego bólu i zależy im jedynie na radości płynącej z przyćpania.
„A kiedy im się znudzi”, mówił, „po prostu kończą to większą dawką”.
Chociaż podobno rzadko im się nudziło i zupełnie przypadkiem odbierali sobie życie. Nie chciałem się taki stać, ale czułem jak ten stan nieubłaganie się zbliżał. W tej sytuacji pocieszałem się tym, że jakiekolwiek byłyby następstwa poczynione na mojej psychice i jej zniszczenia, przecież mogłem zapanować nad tym bólem. W każdej chwili mogłem uciec w najprostsze wyjście jakim był telefon do Micka. Czasami kojące działanie narkotyku przemijało zastępowane  z miejsca wymiotami i dokuczliwymi bólami  w różnych miejscach. Nie wszyscy trzymali się wtedy tego, by powstrzymać się na chwilę i odpocząć parę dni na trzeźwo, bowiem było to rozsądnym lekarstwem. Niektórzy nie zwracali uwagi na to, że wypływa z nich już tylko żółć na wskutek kilkudniowego karmienia się jedynie złudną przyjemnością, bo do reszty poświęcali się nałogowi i priorytetem nie było już zdrowie.  W pewnym sensie spodziewałem się takiego obrotu spraw, ale jeszcze nie teraz.
Mężczyzna nie odpowiedział na pytanie odnośnie czegoś do picia. Cóż, później będzie musiał sobie sam robić.  Po chwili jednak już wiedziałem dlaczego świadomie zignorował propozycje. Wciąż uparcie wpatrywał mi się w oczy i zdecydowanie pozwolił sobie stanąć zbyt blisko.
Nie obiecałem mu szczerości ani nie prosiłem go ani razu o pomoc. Może dlatego, że jej nie chciałem?
Próbowałem utrzymać wciąż ten sam wyzywający wzrok nawet wtedy gdy wywarczał mi ostrzeżenie niemal prosto w usta. Nie miałem zamiaru się chwalić, bo to nie powinno było go interesować. Co by to zmieniło? Dwa czy trzy były tak samo krytyczne co raz. Tutaj liczył się czas, a nie częstotliwość.
Odetchnąłem głębiej kiedy się odsunął i zażyczył sobie kawy. Powoli sięgnąłem po kubek jednak  ręka odmówiła posłuszeństwa i niemal upuściłem naczynie na ziemie łapiąc je w ostatniej chwili. Dzięki Bogu za wrodzoną szybkość reakcji, która chociaż teraz opóźniona, wciąż ułatwiała mi egzystencję nawet w tym stanie. Rzuciłem zapobiegawcze spojrzenie na Daniela, chcąc poznać po nim jak zareagował na to, że jestem tak bezbronny jak nigdy dotąd.
Bez dalszych przeszkód, nasypałem do kubka dwie łyżki kawy i zalałem kubek do trzech czwartych pojemności. Nim zdążyłem postawić naczynie przed mężczyzną na stole, dotarł do mnie jego głos, który jasno objaśnił zasady gry. Gry, która nie spodobała mi się od początku, a teraz wydała mi się dodatkowo niesprawiedliwa.
-Przestań mówić to tak, jakby było to proste –wypaliłem z nutka goryczy w głosie. Może obecna w nim była także desperacja związana z tym, że nie wiadomo jak długo chłopak tu zostanie. O ile parę dni było normalnym okresem czyszczenia się, tak nie mam pojęcia jak wyglądałbym po tygodniu czy dwóch. Nie chciałbym by ktoś zastał mnie w takim stanie.
Oczywiście, że zawarta była w jego słowach pewnego rodzaju groźba typu ‘jeżeli weźmiesz zrobię ci coś co skutecznie cię do tego zniechęci i pomyślisz dwa razy zanim spróbujesz sprzeciwić mi się ponownie’.
Dlaczego nagle wszyscy się uwzięli na ratowanie mnie z bagna? Zanim znalazłem jakieś kolejne słowa by wyrazić swoje rozgoryczenie, mężczyzna bezwstydnie podszedł by mnie pocałować. Oparłem dłonie na jego klatce piersiowej i delikatnie oddałem subtelny, niemal nieśmiały pocałunek. Wstrzymywał się co oznaczało, że robił tego tak chętnie jak kilka miesięcy temu.
-Tylko nie próbuj się nade mną litować –wycedziłem kiedy odsunął się na tyle bym mógł go obrzucić spojrzeniem kryjącym w sobie moje rozdrażnienie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 559
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 8:28 pm


Skąd się wzięła moja niechęć do narkomanów? Mógłbym podać wiele bardzo prawdopodobnych powodów, choć tak naprawdę nie wiem, który z nich najbardziej wpłynął na moje postrzeganie tej sprawy. Po pierwsze, wiem jak ludzie zmieniają się przez narkotyki i nie mówię teraz jedynie o wyglądzie. Wstępując do rodziny Drake'a poznałem wielu świetnych ludzi z przeróżnymi zainteresowaniami, z odmiennymi charakterami, każdy ciekawy na swój sposób. W końcu poza byciem przestępcami, jesteśmy również ludźmi, mamy swoje delikatniejsze strony, nawet jeśli czasem bywają głęboko ukryte. Wśród otoczenia, gdzie nikt nikogo nie oceniał, a czyny pozornie nieludzkie, nikomu nie były obce, mogliśmy być po prostu sobą. Dogadywaliśmy się jak prawdziwa rodzina, każdy stawał za każdym, byliśmy i jesteśmy jednością. Na tym polega istota naszej małej, no dobrze, nie takiej małej, mafii. W każdym razie, miałem tam braci i siostry, jak to się nazywaliśmy w tym podziemnym światku, spędzaliśmy ze sobą dużo czasu i nadal to robimy. Kilku członków naszej posranej rodzinki zostało zdominowanych przez dragi. Z początku objawiało się to delikatnie, kilka kłótni, trochę bójek, ale to przecież nic takiego. Z czasem osoby, z którymi spędzaliśmy dnie na piciu, graniu w karty, wyścigach, czy nawet oglądaniu meczy, czy czymkolwiek innym, stawali się obcy. Nie sposób było rozpoznać w wypranym z emocji przyjacielu tej samej, uśmiechniętej duszy towarzystwa. Zazwyczaj ofiarą dragów popadali gówniarze z mojego przedziału wiekowego. Ktoś taki jak Drake wiedział jak ćpać, żeby się nie uzależnić, ale on akurat jest człowiekiem silnym i wyjątkowo stałym emocjonalnie. Nie poddałby się działaniu uzależnienia. Niestety takich ludzi jak on jest niewielu, większość po prostu zatraca się w ćpaniu, ostatecznie, jak nietrudno się domyślić, kończąc w grobie. Ale przedtem sprawiają, że każda przychylna dusza się od nich odwraca, bo nie są już tymi samymi ludźmi. Widzę to już po Luisie, który mimo, że nie bierze tak długo i tak dużo, zaczyna się zmieniać.
Po drugie, w swoim środowisku nie raz i nie dwa miałem do czynienia ze środowiskiem narkomanów. Odwiedzałem całe dzielnice wypełnione bezwładnymi ciałami leżącymi gdzieś na brzegu ulic, pod blokami lub na klatkach. Wtedy mogłem jeszcze poczuć ten okropny odór. Obserwowałem ludzi, którzy znajdowali się o wiele poziomów niżej niż zwierzęta. Upodleni, bezwartościowi, nie mający za grosz poczucia godności, nie szanujący swoich ciał i czczący wszelkie prochy, za których odrobinkę byli w stanie zrobić wszystko. Chciało mi się rzygać na widok młodych, ładnych dziewczyn zniszczonych przez narkotyki, bzykanych przez kilku kolesi na środku ulicy. Jedne robiły to świadomie, by dostać działkę, drugie po prostu przedawkowały i nie były w stanie zrobić nic poza miarowym przewracaniem gałkami ocznymi. Ten widok skutecznie zraził mnie do cięższych dragów.
Po trzecie, jak już wcześniej wspomniałem, byłem naćpany, gdy skrzywdziłem Zacka. Obydwoje byliśmy. Nie mogę wszystkiego zwalić na prochy, ale nie skłamię, jeśli powiem, że miały w tym duży udział. One po prostu sprawiają, że mózg przestaje odpowiednio pracować, czego wynikiem były czyny, których normalnie bym się nie dopuścił. Przecież gdybym był zwykłym gwałcicielem, przeleciałbym Zacka jeszcze kilka razy po naszym ponownym spotkaniu, nie patrząc na to, czy mu się to podoba, czy nie. Gdybym wtedy nic nie brał, zapewne powstrzymałbym się od działań niezgodnych z wolą przyjaciela.
Po czwarte, rozmawiałem z Drake'm. Jego słowa swego czasu miały duży wpływ na mój sposób myślenia. Dopiero jakiś czas temu zorientowałem się, że cały czas dawałem sobą manipulować. Drake jest w tym naprawdę wyśmienity. Ale nie mógłbym być na niego zły, bo przecież tylko dzięki temu człowiekowi odżyłem i wyszedłem na prostą. Poza tym jego rady nigdy nie były złe. Mówił, że nie należy ćpać, jeśli nie jest się pewnym, czy uniknie się uzależnienia. Dodał również, że tego nigdy nie można być pewnym. Jak starszy brat i zarazem ojciec wyuczył mnie jak kroczyć po ścieżce, którą obrałem, tak, aby nie upaść. Nie wiem dlaczego akurat we mnie przelał tą wiedzę tak doszczętnie, ale zrobił to i mogę być mu tylko wdzięczny. To człowiek bez skrupułów i okrutny, ale wyjątkowo inteligentny, co czyni z niego naprawdę niebezpiecznego osobnika. Doprawdy nie chciałbym mieć go za wroga.
No i w końcu piąte. Byłem uzależniony od hazardu. Wiem na czym polega bycie w nałogu, nawet jeśli nie wiąże się to z narkotykami. Doszczętnie niszczyłem swoje życie. Całe dnie przesiadywałem w kasynie i grałem dopóki nie skończyłem bez grosza. Gdy jeszcze nie znałem Drake'a musiałem w takich sytuacjach spać na dworze, a potem kraść jak jakiś gówniarz, żeby mieć na jedzenie. Ale zamiast na żarcie, przeznaczałem pieniądze na automaty. Wpadłem w błędne koło, przez to zacząłem też dużo pić. Nie było dnia, bym choć przez godzinę pozostał trzeźwy. Ja również się upodliłem i cholernie jest mi teraz wstyd myśleć o tym, że ktoś na to patrzył. Ale ja trafiłem na kogoś, kto w pewnym stopniu pomógł mi z tego wyjść. Zack również potrzebuje pomocy, więc kto, jeśli nie ja, miałby mu ją ofiarować?
Widziałem, że moje słowa ranią przyjaciela, ale przecież nie mógł mieć mi tego za złe. Sam doprowadził się do tego stanu i wygląda na to, że wie co to oznacza. Miałem prawo podejrzewać, że się puszcza, skoro w takim stopniu się uzależnił. Mogłem również patrzeć na niego z tą nieprzychylnością, bo przecież nie zasługiwał na to, bym pogłaskał go po główce. Zresztą nadal nie mogłem pojąć jak ZACK mógł się tak stoczyć. Chłopak, którego zapamiętałem z liceum był kimś zupełnie innym. Ale to działa w dwie strony, ja również bardzo się zmieniłem i wielu ludzi mogłoby powiedzieć, że się stoczyłem, skoro posunąłem się do zabijania ludzi. Różnica jest taka, że gdybym chciał, mógłbym przestać. Zack niestety nie da rady rzucić tego wszystkiego w jeden dzień, bo akurat mu się odwidziało.
Siedziałem spokojnie, wciąż bacznie obserwując każdy ruch chłopaka. Gdy ujrzałem jak niepewnie trzyma kubek, który nagle wypadł z jego rąk, moje ciało samoistnie poderwało się ku górze, jakby chciało lecieć na pomoc. Opadłem jednak z powrotem na tyłek, gdy Zackowi udało się złapać kubek. Posłałem mu wtedy spojrzenie pełne dezaprobaty. Był osłabiony do tego stopnia, że ciężko mu zrobić herbatę...
Gdy stałem już obok chłopaka, nie zastanawiałem się długo nad tym pocałunkiem. Nie był wymuszony. Po prostu miałem ochotę go pocałować i tyle. Być może dlatego, że nie widzieliśmy się dziesięć miesięcy i przez tak długi czas żyłem w przekonaniu, że już się nie zobaczymy. Chyba można nazwać to tęsknotą, choć w moim wydaniu nie wydawała się być tak gorąca jak powinna. Całowałem Zacka całkiem delikatnie, w czym na pewno miała swój udział pigułka uspokajająca. Niestety, ale nie miałem teraz siły na ostre zabawy. Zresztą, bałbym się, że złamię te drobne ciało wpół przy jakimś gwałtowniejszym ruchu. Chłopak odwzajemnił pocałunek, tak samo jak zrobił to dziesięć miesięcy temu. Odsunąłem się od niego z lekkim uśmiechem.
- Tak, to nie jest proste. Ale obydwoje wiemy, że dla mnie nie ma rzeczy niemożliwych i skoro powiedziałem, że cię z tego wyciągnę, to właśnie tak będzie - odparłem spokojnie, pewnym siebie tonem i ze stanowczym spojrzeniem. W tym momencie nie obchodziło mnie jak ciężką drogą będzie wyciągnięcie Zacka z tego bagna. Ja po prostu to zrobię i koniec tematu.
- Dobrze wiesz, że jest nad czym się litować. Już szczególnie nad straconym rozumem. A to niby ja byłem zawsze tym mniej rozsądnym - prychnąłem, cofając się. Chwyciłem w dłoń kawę i oparłem się o blat obok Zacka popijając gorący napój. - A teraz wytłumacz mi, kim jest koleś, który dzisiaj u ciebie spał. - Mój ton nie był warkliwy również tylko dzięki tabletce. Wewnątrz wciąż odczuwałem silną chęć mordu w stosunku do tego cholernego, zbyt przystojnego typka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content




PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   

Powrót do góry Go down
 
I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 4 z 15Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5 ... 9 ... 15  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: