IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 13, 14, 15  Next
AutorWiadomość
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Maj 21, 2016 9:14 pm


Ponieważ sam się wypowiedziałem i postawiłem sprawę najjaśniej jak potrafiłem, co okazało się złotym środkiem, który uspokoił burzliwe emocje, teraz pozwoliłem przejąć pałeczkę Zackowi. Nie odrywałem od niego spojrzenia, z którego niewiele można było odczytać. Chaos. Byłem spokojniejszy niż kilka chwil temu, jednak jak zawsze, moje myśli wciąż plątały się w całym tym wielkim bałaganie, a ja nie potrafiłem zaprowadzić w nich porządku nawet, gdy beztrosko leżałem w łóżku. A co dopiero teraz, gdy serce wciąż dawało znać, że sytuacji tej w żaden sposób nie można porównać do jakiejkolwiek chwili pozornego nawet relaksu.
Przysiadłem obok Zacka, wciąż wlepiając w niego swe czarne tęczówki. Słuchałem co miał mi do powiedzenia, próbując ignorować tę stronę siebie, która widząc go w pozycji, w której nie siadają dobrze prowadzający się chłopcy, miała ochotę zwyczajnie się na chłopaka rzucić. Mojemu słodkiemu, niewinnemu Zackowi ewidentnie zasmakowało życie seksualne i chętnie zaspokoiłbym już teraz jego apetyt, gdyby nie to, że jeżeli w tej chwili nie wyjaśnimy sobie pewnych spraw, prawdopodobnie już w ogóle do nich nie wrócimy.
Słuchałem w ciszy, choć miałem wiele do powiedzenia na temat rzekomej bezbronności Zacka. Nie wiedziałem, czy tylko się zgrywa, czy naprawdę nie jest świadom tego jaką bronią dysponuje. Był świadom. Musiał być. Może po prostu o tym zapomniał. A może uznał, że nie jest ona w stanie wystrzelić  wystarczająco silnych nabojów przeciwko temu, z kim walczył.
Nie jesteś bezbronny – odparłem już całkiem spokojnym tonem, patrząc na chłopaka swym nieprzeniknionym, ciemnym spojrzeniem. – Nie ja bronię cię przed Drakem. Twoja inteligencja to robi – kontynuowałem, nie odrywając wzroku od błękitnych tęczówek. – Drake docenia wybitne umysły i nie pozbywa się bez potrzeby przydatnych ludzi. Trafiłeś na człowieka, który jest w stanie cię docenić. To dlatego gra z tobą zamiast zaciągnąć między swoich i zmusić do mówienia. – Nie wątpiłem, że za jakiś czas Zack zamiast interesującym obiektem, może stać się po prostu przeszkodą. Ale w tej kwestii dużo zależało od jego własnych wyborów, nie od konkretnych celów Drake'a. Bo tych w pełni nie mógł znać nikt. Równie dobrze może się tylko bawić i czekać na lepszy moment, by pobyć się Zacka. Może też uważać, że zostawienie go w spokoju przyniesie większe korzyści niż torturowanie i ciągnięcie za język. Pewnym było tylko to, że to nie ja byłem czynnikiem powstrzymującym mężczyznę przed działaniem. Drake był moim szefem i choć wiedziałem jak bardzo mnie ceni, a także wiedziałem, że dba o swoich ludzi i nie podejmuje zbędnych działań mogących ich skrzywdzić, w razie konieczności nie miałby skrupułów, by odebrać mi Zacka. Był niebezpieczny właśnie dlatego, że nie kierował się emocjami, a rozumem. Tylko nim i korzyściami.
Jedna z moich dłoni swobodnie spoczęła na przedramieniu Zacka, gdy ten swe ręce zarzucił na moją szyję. Palce powoli sunęły po odsłoniętej skórze, drażniąc ją lekko opuszkami. Przez chwilę po prostu patrzyliśmy się na siebie, mogąc jedynie domyślać się o czym myśli każdy z nas. Wierzyłem, że w umyśle Zacka mimo wszystko panował większy porządek.
Uniosłem lekko brew słysząc prośbę chłopaka. Mam nauczyć psychopatycznego gówniarza, który z nożem staje się wprawionym nożownikiem, używać broni postrzałowej? Żeby został wprawionym strzelcem i mógł przestrzeliwać ludzkie mózgi, krocza i usta?
Nauczę. – A potem obudzę się z kulką w dupie.
Westchnąłem przeciągle sięgając wolną dłonią do brązowych kosmyków, w które to wplotłem swe palce, by przyciągnąć głowę Zacka bliżej siebie. Gdy tak nasze twarze pokonywały krótką drogę ku sobie, w mojej głowie zaistniała pewna myśl. Tak oczywista. Tak prosta.
Możesz to wszystko zakończyć – szepnąłem wprost w zackowe usta, wodząc po nich wzrokiem, który zaraz przeniosłem na błękitne tęczówki, wpatrując się w nie głęboko. – Wystarczy, że powiesz mi dla kogo pracujesz. – Nie było prostszego wyjścia. Zack rzekłby jedynie nazwisko, a ja sprawiłbym, że nie będziemy musieli przejmować się graniem po przeciwnych stronach planszy. Wystarczyło jedno słowo, a mafia załatwiłaby resztę, naturalnie oszczędzając Zacka. Pozbylibyśmy się każdego kto pracował dla szefa Zacka. To rozwiązanie było tak banalnie oczywiste, tak proste, że chłopak nie mógł nie brać go pod uwagę. Miał swój powód w niekorzystaniu z tej opcji. Sympatia do szefa? Do współpracowników? Honor? A może własny interes w niedopuszczeniu do śmierci przełożonego? Czekałem. Czekałem na jego odpowiedź, wiedząc doskonale, że nie usłyszę nazwiska. Właściwie nie wyczekiwałem nawet konkretnego wyjaśnienia. Zack miał powód i nie musiał się nim dzielić. Więc co z tymi priorytetami? Jedno słowo, a nasze problemy znikną. Będziemy mogli razem zamieszkać i udawać, że jesteśmy szczęśliwą dwójką normalnych facetów z normalnym życiem. Jak ważne jest to co próbujesz osiągnąć? Czułem, że ważniejsze niż wspólne mieszkanie. Zack ewidentnie wplątał się w duże gówno, próbując przekształcić je w cholerny diament. I był uparty. Nigdy nie skorzysta z najprostszego rozwiązania. Bo najprostsze rozwiązanie nie przynosi największych korzyści. Bo geniusze nie sięgają po prymitywne sposoby prostych ludzi. Duma. Ambicje. Nie potrzebowałem odpowiedzi. Znałem ją.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Maj 22, 2016 2:08 pm

W słowach Daniela dało się wyczuć znaczące ale. Brzmiało mniej więcej w ten sposób, że mogę sobie pozwolić na co chcę i czuć się bezpiecznie dopóki… nie posunę się za daleko. Wszystko tak naprawdę już od dawna nie zależało ode mnie, a ja nienawidziłem bardziej niż czegokolwiek pozostawania na czyjejś łasce. Zwłaszcza wtedy, gdy tym kimś miał być Drake. Byłem pewien tego, że Daniel nie rozpracował go nawet w pewnej mierze. Facet po prostu całkiem nieźle zgrywał tajemniczego, a miał po swojej stronie kilku całkiem niezłych w swoim fachu przyjaciół.

Mimowolnie na moją twarz wpłynął delikatny uśmiech, gdy Daniel przesunął po mojej skórze palcami. Daniel wcale nie był do końca przesiąknięty przemocą i sadyzmem. Bywał częściej niż czasami czuły i wrażliwy. Wierzyłem, że również czerpał z podobnych rzeczy swego rodzaju przyjemność. Oczywiście, że tak. Przecież o tym wiem.

Mój wesoły grymas odznaczył się na twarzy tym bardziej, gdy brew Curtisa sugestywnie wystrzeliła do góry. Nigdy nie powinienem mieć dostępu do broni, a nauczenie mnie jak jej właściwie używać graniczy z prośbą o śmierć. Danielowi życie było niemiłe.
Więc się zgodził.

Pozwoliłem Danielowi wplątać palce w swoje włosy, tym samym zgadzając się na to co nadejdzie w następnej kolejności. Curtis jednak nie pozwolił temu nadejść. Nie temu, na co przyzwoliłem.
Oparłem czoło bezsilnie o to Daniela i westchnąłem cicho. Curtis snuł swoją myśl, a ja tylko wpatrywałem się to w jego oczy, to w usta. Obaj wiedzieliśmy jaka była odpowiedź na podobne propozycje. Nie istniały dobre i łatwe rozwiązania problemów. To wydawało się być najlepsze, najłatwiejsze, a jednak nawet przez chwilę nie rozważałem wsypania nikogo. To zlecenie stało się moją obsesją, życie moich współpracowników moim własnym, a cele Kane’a… moim pragnieniem zemsty. Nie miałem nic wspólnego z tymi ludźmi, ale przywiązanie do sprawy i niezdolność do zdystansowania się skutecznie wykluczyła wyjście proponowane przez Daniela.
 -Jesteś mądrzejszy niż sądziłem –wymruczałem. Facet osiągnął w tej walce jedno – uświadomił mi własny brak zdecydowania. Oczywiście kochałem Daniela, chciałem żebyśmy byli razem i inne tego typu rzeczy, ale nawet mimo to nadal przedkładałem ponad to własną pracę. Wstydziłem się tego, jednocześnie doskonale wiedząc, że tym razem nie da się tego ubrać w czerń i biel.

Chciałem mu powiedzieć, że jest dla mnie ważniejszy niż cokolwiek, co w ogóle się w moim życiu się liczyło. Wiedziałem jednocześnie, że wcale te słowa niczego nie zmienią dopóki nie znajdą pokrycia w tym, jakie wybory podejmę. Dopóki to wszystko nie dotyczyło bezpośrednio Daniela – mogłem mówić, że w każdej chwili mogę sobie odpuścić na rzecz tego, żeby wygodnie się ustatkować. Teraz nie potrafiłem wszystkiego postawić na jedną kartę. Nie byłem w stanie. To oznaczałoby przegraną w decydującej rozgrywce.

Przymknąłem powieki. Nie potrafiłem znieść prawdy o sobie. Nigdy nie stanąłem przed tak ważną decyzją. Cóż, w moim wieku trudno jest znaleźć się w sytuacji gdzie takich wyborów trzeba dokonywać. Od zaledwie wczoraj miałem dwadzieścia jeden lat, za chwilę kończę studia informatyczne i wszystko poszłoby gładko, gdyby nie to, że Daniel i Kane pojawili się w moim życiu. W wieku dwudziestu jeden lat rzadko kto bywa przyzwyczajony do wybierania pomiędzy śmiercią kilku współpracowników i świętym spokojem a być może swoim własnym końcem.

Wobec tego, że wydało mi się to być jedną z ostatnich takich beztroskich możliwości – złączyłem swoje usta z tymi Daniela. Przylgnąwszy do niego bliżej, szybko pogłębiłem pocałunek. Byłem spragniony jego dotyku i z dnia na dzień będzie mi go coraz bardziej brakować. Zwłaszcza, gdy zacznie nas dzielić kilka godzin jazdy samochodem.
Poruszyłem się prowokacyjnie na Danielu. Cel tego posunięcia był tylko jeden.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Maj 22, 2016 11:02 pm


Westchnąłem ze zrezygnowaniem słysząc komentarz Zacka. Ni to się nie obruszyłem, ni to nie zaśmiałem, bo i nie byłem w nastroju do ripostowania jego przytyków, ani zastanawiania się czy w opinii Zacka nie miał być to komplement. Nie musiałem być ani mądry, ani inteligentny, by zrozumieć co dzieje się w głowie Zacka, przynajmniej w takim stopniu jak już to zrobiłem. Zbyt dobrze go znałem i to mi wystarczyło, choć owszem – nigdy nie uważałem się za głupca. Nie byłem nim, pomimo tego, że mogłem sprawiać podobne wrażenie z daleka, a już szczególnie wtedy, gdy ktoś postanowiłby zajrzeć do moich papierów. A gdyby poznał sposób zarobku, mógłby pomyśleć, że trafił na książkowy przykład neandertalczyka znającego jedynie język przemocy. Lecz nie, zabijanie nie było tak łatwe jak postronnym ludziom mogło się wydawać. Nie profesjonalne zabijanie, wymagające długiego planowania, powiązywania faktów, zbierania informacji, łączenia ich ze sobą. Oczywiście nie wszystko robiłem sam, lecz nie byłem też maszynką, która dostawszy wszystko na tacy, szła i wlepiała kulkę między oczy. Poza tym zawsze miałem chłonny umysł, a Zack jako jeden z nielicznych dobrze o tym wiedział. Bez żadnych problemów mógłbym skończyć średnią, iść na studia i zapewnić sobie dobry byt w całkiem legalny sposób. Ale moje życie potoczyło się innym torem, a ja nie miałem najmniejszych chęci z niego zbaczać. Nie teraz, gdy zatrzymałem się gdzieś po środku niego, przywierając do ziemi i zapuszczając grube korzenie. Nie sądziłem, by ktokolwiek był w stanie wyrwać mnie wraz z nimi. Wiedziałem, że nikt nie będzie próbował. Jedynie Zack mógł zechcieć kiedyś to zrobić, choć i w to wątpiłem. Chłopak musiał rozumieć, że to niemożliwe. Nawet dla niego.
Nie poczułem żadnego ukłucia smutku, nie czułem się w żaden sposób zawiedziony, a moja twarz pozostała niewzruszona.
Nie zadręczaj się. Moje priorytety również są inne – odparłem sucho bez żadnego słyszalnego wyrzutu w głosie, bowiem ten nie pojawił się nawet przez chwilę w mej głowie. Bo przecież mieliśmy podobne podejście. Różnica między nami polegała jedynie na tym, że Zack do tej pory próbował okazać, iż to ja liczę się dla niego najbardziej. Że powinienem odwdzięczać się tym samym. Ja zaś nie ukrywałem, że wiele spraw liczy się dla mnie bardziej niż chłopak i uczucie do niego. Uczucie, którego mimo wszystko wciąż nie byłem pewien. Była między nami pewna głęboka przepaść, której nie byliśmy wstanie pokonać w ciągu kilku chwil, dni, miesięcy, a nawet lat. Dlatego właśnie nie mogłem nosić żadnej obrączki, nie mogłem składać deklaracji i obietnic, a także nie mogłem pełnić roli protektora. Zack zdawał się zaczynać rozumieć te kwestie.
Rozmowy się skończyły, a mi było to bardzo na rękę. Pozwoliłem Zackowi jeszcze mocniej zmniejszyć odległość między naszymi wargami, aż te złączyły się w dość niecierpliwym pocałunku. Moje palce wsunęły się głębiej między miękkie kosmyki, a dłoń sunąca do tej pory po odsłoniętej, gładkiej skórze, spoczęła na talii, by powoli zsunąć się niżej na biodro i tam zajrzeć pod materiał swetra. Usta zachłannie wpijały się w te drugie, coraz mocniej pogłębiając pocałunek. Nie zmieniałem pozycji, bowiem Zack siedzący w ten sposób wyglądał idealnie. Nie miałbym nic przeciwko, by już w tym właśnie rozkroku pozostał, pokazując jak bardzo stęsknił się za moim dotykiem.
Moje usta przesunęły się na szyję, a dłoń lekko szarpnęła włosy, odchylając głowę chłopaka do tyłu. Zaatakowałem odsłoniętą skórę wilgotnymi pocałunkami, przygryzając zaczepnie kilka miejsc, zostawiając na powierzchni różowe i czerwone ślady. Wciągnąłem powoli powietrze, przymykając oczy i pierwszy raz zatęskniłem za utraconym zmysłem. Chciałem poczuć zapach Zacka. Lecz choćbym nie wiedzieć ile czasu się tak zaciągał, to było niemożliwe.
Zjechałem językiem na dołeczek między zaznaczonymi obojczykami i tam również lekko boleśnie zacisnąłem zęby. Moja dłoń przesuwając paznokciami po jasnej skórze chłopaka, sunęła wzdłuż biodra, aż odnalazła ładnie zarysowane mięśnie brzucha, by po nich zjechać niżej. Niecierpliwie rozpiąłem spodnie chłopaka, być może zbyt zamaszystymi ruchami. Moje palce mocniej zacisnęły się na włosach, a usta gwałtownie raz jeszcze przywarły do rozchylonych warg. Wyciągnąłem naprężonego członka Zacka, chowając go w silnym uścisku. Poruszyłem biodrami, pozwalając mu poczuć własną erekcję na tym cholernie ciasnym tyłku, za którym sam w ciągu tych długich godzin zdążyłem się niebotycznie stęsknić. Dłoń z włosów płynnie zsunęła się na wąski kark, jeszcze mocniej, nieco boleśnie przysuwając głowę Zacka do mojej. Język zachłannie penetrował wnętrze ust, a dłoń silnymi, szybkimi ruchami zabawiała się z naprężonym kutasem chłopaka. Nie byłem tak delikatny jak wczoraj. Nie byłem tak cierpliwy jak wczoraj. Nie zamierzałem kochać się z nim tak jak wczoraj. Miałem wręcz wielką ochotę ukarać go za sprawianie kłopotów, za te pieprzone priorytety, za kombinowanie przeciwko mi. A nie mogłem tego zrobić przez wyznanie, do którego posunąłem się jeszcze chwilę temu. Miłość wiązała ciasno moją brutalność. Wiedziałem, że więzy będą puszczać. Byle powoli, byle nie za szybko. Byle go nie ranić. Nie mocno. Nie gwałtownie. Nie nagle. Powoli.
Uścisk na karku zelżał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Maj 23, 2016 11:32 pm

Ev podniosła się z ławki do ćwiczeń i odgarnęła po chwili kosmyki włosów z lekko spoconego czoła. Była godzina siódma rano, siłownia wówczas stała się jedyną sposobnością ku temu, by spędzić z Zackiem dłużej niż kilkanaście minut podczas przerwy między wykładami na uczelni.
Poczęła szukać wzrokiem szczupłej sylwetki przyjaciela. Czy przyjaciela właśnie? Musiała się pogodzić z tym stanem rzeczy. Przyszło jej to jednak łatwiej niż się spodziewała. Petterson do zawsze różnił się od reszty chłopaków w jego wieku. Poza tym, że był dużo bardziej rozgarnięty, a nawet… genialny – był także niezwykle spokojny, dojrzały i uprzejmy. Jako jeden z niewielu znalazł z Ev wspólny język i to właśnie jemu jako jedynemu Ev zwierzyła się z nieprzyjemnego dzieciństwa. Miała wrażenie, że Zackowi mogłaby powierzyć każdą tajemnicę, a on wcale by się nią nie przejął. Jedynie zdystansowałby się do tego i wysłuchał do końca bez niepotrzebnego wdrażania spostrzeżeń. Gdy już jednak jakieś spostrzeżenia przytaczał – były zwięzłe i bezwzględnie trafne. W gruncie rzeczy Zack nie był nadto rozgadanym typem. Był jednak wspaniałym przyjacielem.
Rozejrzała się po raz kolejny. I tym razem także nie dostrzegła chłopaka.

Zack nigdy nie był z nią do końca szczery. Nie winiła go za to jednak. Uważała, że ktoś taki jak powinien mieć prawo do kilku większych tajemnic. Nawet jeżeli nieraz niemal ją to wyprowadzało doszczętnie z równowagi – była w stanie znieść wiele dla Pettersona. W swoim postępowaniu nie potrafiła dostrzec żadnej logiki. Pewnego dnia uznała, że nie powinna pobłażać już nigdy więcej Zackowi, a ta przysługa jest ostatnią, którą wyświadczy chłopakowi. Przy okazji odwiedzania jego mieszkania pod nieobecność właściciela postanowiła zajrzeć do jego kilku szafek i pozaglądać  każdy kąt w celu wybadania sytuacji.
Niczego nie znalazła, a komputera tknąć się nie odważyła.
Opuściła jego mieszkanie jak gdyby nigdy nic, postanawiając, że gdy tylko uda jej się dodzwonić do Pettersona w ciągu następnych dni – zwróci mu klucze. Jeżeli zaś Zack dalej uparcie nie będzie odbierał – i tak mu je odniesie. Nic jej nie powstrzyma.

***

Zachłysnąłem się powietrzem, gdy Daniel odchylił moją głowę nieco gwałtownie do tyłu. Machinalnie zacisnąłem usta, a czując jednak na szyi po chwili usta mężczyzny – moje wargi machinalnie rozchyliły się, by wypuścić spomiędzy siebie oddźwięk aprobaty dla poczynań Daniela. Dłoń zaciskającą się na włosach nie była niczym szczególnym, niczym czego wcześniej nie próbowałem. Gest ten w  wykonaniu Daniela nabrał jednak więcej charakteru, dość niebezpiecznie niejednoznacznego. To nawet nie był przedsmak, a mimo to czułem jego wyraźną słodkość.

Dotyk dłoni, wyraźna pieszczota paznokci na skórze spowodowała we mnie dreszcz przyjemności. Moje usta ponownie spotkały te Daniela i łapczywie wpiły się w nie, posyłając wprost między wargi Curtisa westchnięcie przyjemności, a po chwili także jeszcze jęk, gdy Daniel zacisnął dłoń na moim członku.

Pocałunki stawały się coraz mnie zgrabne, gdy mężczyzna przestał traktować moją erekcję ulgowo. Nie potrafiłem nadążyć za tempem, które narzucił mi Daniel i w takiej sytuacji mogłem jedynie pomrukiwać chłopakowi prosto w twarz. Miałem wrażenie, że nie taki był pierwotny koncept.
Daniel doprowadzał mnie do niezdarnego szaleństwa.

Bolesny uścisk na karku zniknął, Danny jednak nie zwolnił.
Uchyliłem powieki, by zamglone spojrzenie podnieść na oczy chłopaka. Moje usta wciąż znajdowały się blisko tych Daniela, muskając je raz po raz tęsknie. Nie przeszkodziło mi to jednak w posłaniu chłopakowi czegoś w rodzaju nieco potępiającego wzroku.

Wyraźnie czułem erekcje mężczyzny. Przyszło mi z trudem przyznanie się przed samym sobą do tego, że nie miałem cierpliwości do tego, by pozwolić Curtisowi zostać jeszcze sekundę dłużej w spodniach.  
 -Wkurzasz mnie –wysyczałem w przerwie od łapania oddechu. Naparłem na jego ciało i jakimś cudem udało mi się zmusić chłopaka do tego, by z własnej woli się położył na materacu. Sięgnąłem do rozporka mężczyzny i mało delikatnie rozpiąłem jego spodnie, niemal zdzierając je z niego. Moje usta wykrzywiły się w złośliwym grymasie. Byłem pełen pożałowania dla swojego zachowania.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Cze 04, 2016 8:25 pm


Znów mogłem choć na chwilę o wszystkim zapomnieć. Myśl, że te chwile zapomnienia mogą się teraz nie tylko pojawiać, ale nawet robić to całkiem często, przynosiła jakąś wątpliwej jakości ulgę. Wśród wszystkich zmartwień, problemów i niepewności, ta świadomość, ta możliwość, była czymś zasługującym co najmniej na uśmiech. I uśmiech ten gościł na moich ustach, choć nie był to szczery, niedwuznaczny wyraz czystej wesołości. Uśmiechałem się pod nosem, w ten typowo łóżkowy sposób jaki mógł widzieć tylko Zack, bo tylko jemu ostatnimi czasy go ukazywałem. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie dobrałem się do jego tyłka. Ciężko było w to uwierzyć. Przez ten czas, gdy nie mieliśmy kontaktu zaliczyłem łóżka (i nie tylko) wielu osób. Nie wyobrażałem sobie bym mógł trzymać się jednego kutasa, nawet jeśli ten kutas bardzo mnie zadowalał, bo nie mogę przecież powiedzieć, by Luis tego nie robił. Robił i technicznie rzecz biorąc, robił to lepiej niż Zack. Lecz tylko technicznie.
Petterson podniecał mnie nieporównywalnie mocniej niż dotychczasowy, stały kochanek. Nie byłem pewien czy jest to zasługa jego fizyczności charakteryzującej się niecodziennym pięknem, czy tego, że nikt poza mną nigdy go nie ruszył, był niedoświadczony i niewinny, a ja mogłem mu to odebrać, mogłem pomóc mu odkryć w sobie te oblicza, których jeszcze nie miał okazji poznać. Czy może powinienem zrzucić zasługę uczuciom? Bo Luis również jest przystojny, również posiada wyjątkową urodę i gdy go poznałem, również nie był tym rozwiązłym, zmysłowym gówniarzem świadomym swych wszystkich wdzięków, jakim jest teraz. A na dodatek spełniał wszelkie moje oczekiwania, dopełnialiśmy się. Nic do niego nie czułem. Do nikogo nigdy nic nie czułem. Czy to dla tego sama myśl o Zacku wzbudza we mnie gorąco i chęć natychmiastowego dobrania się do jego rozporka? A może rzecz leży w długim oczekiwaniu na tę noc, gdy mnie do siebie dopuścił. Co najbardziej prawdopodobne – na moje intensywne odczucia względem Zacka wpływ miały wszystkie te rzeczy, a ja byłem wobec nich bezradny. Ostatnimi czasy bywałem bezradny zbyt często.
I teraz taki byłem, pozwalając chłopakowi przejąć inicjatywę. Nie potrafiłem zaprotestować, bo i o dziwo, podobało mi się to. To, że wbrew wszystkiemu wie czego chce, to że potrafi to pokazać, a co więcej – sięgnąć. Bezczelnie i bez wahania. Zack był Zackiem. Dlatego podniecał mnie do granic. Bo obok Zacka nie można przejść obojętnie. Jest mój. Cały mój. Tylko mój. Uśmiech się pogłębił.
Wkurzam go.
Ach tak? – Bezczelnie wygiąłem jeden z kącików ust ku górze, spokojnie układając głowę na poduszce. Przymrużyłem delikatnie powieki czując dłoń chłopaka na własnym rozporku, z którym to nie obchodził się zbyt delikatnie. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. Uniosłem się lekko, by w silnym uścisku chwycić miękki sweter i przy jego pomocy przyciągnąć Zacka do siebie. Nie mogłem przestać go całować. Kochałem te usta. Ten język. To ciało.
Przerwałem pocałunek jedynie na chwilę, by szybkim ruchem niemalże zedrzeć z Zacka górne odzienie, które odrzuciłem niedbale w kąt, a może i na środek pokoju, kto by dbał o takie szczegóły?
Podczas gdy jedną dłonią niebezpiecznie krążyłem w okolicach smukłej szyi, druga powędrowała na gładkie plecy, sunąc po niej powoli, delikatnie paznokciami ku dołowi. Palce szybko zacisnęły się na zgrabnym pośladku, by z niego obrać drogę do naprężonego krocza, które to zaraz objęły, drażniąc dotykiem przez gruby materiał spodni. Tych jednak także szybko się pozbyłem, nie mniej niecierpliwie co przed chwilą Zack moich. Minęła krótka chwila, po której to mogłem z pełną swobodą dobrać się do członka chłopaka, którego to objąłem ochoczo, szybkimi ruchami wywołując w swym partnerze jeszcze większe podniecenie. Palce krążące w okolicach szyi objęły ją powoli, a ja westchnąłem cierpiętniczo w usta Zacka. Bowiem palce nie chciały obejmować. Chciały się zaciskać i wymusić błaganie o litość.
Ale wciąż tylko nieszkodliwie obejmowały, podczas gdy te na dole dały odpocząć twardemu członkowi, przesuwając się znów na plecy. Zjechały niżej. Bez zwlekania wsunęły się między kształtne pośladki, z czego jeden szybko odnalazł najbardziej interesujące go miejsce. Wsunął się powoli, a czując tak małą przestrzeń, raczył mi przypomnieć, że o czymś zapomniałem.
Oderwałem się od ust Zacka, czując, że i mi już nie starcza oddechu. Wyjąłem palec, który ledwie zdołał się wsunąć w nienawilżone miejsce. Bezprecedensowo w jednej chwili sprawiłem, że to Zack leżał na łóżku, brzuchem do dołu. Ja zaś wstałem, by odnaleźć magiczną tubkę, mającą pomóc mi w dobraniu się do tego cholernego, ciasnego i kurewsko zajebistego tyłka.
Czekaj księżniczko – rzuciłem ironicznie, szukając wzrokiem nierozpakowanej jeszcze torby. Wyjąłem z niej poszukiwany przedmiot, po czym wróciłem do chłopaka, przyklękając nad nim. Nachyliłem się, by przejechać językiem po płatku jego ucha. Nawilżony już palec bez uprzedzenia, na całą długość wsunął się w jego wnętrze.
Unieś biodra – wymruczałem do zackowego ucha, poruszając gładko palcem. Wiedziałem, że pozycja, którą każę mu przybrać może budzić zastrzeżenia. Nie pytałem jednak.
Na odsłoniętym karku złożyłem kilka gorączkowych pocałunków. Wsunąłem drugiego palca i zamruczałem gardłowo czując, jak miękkie wnętrze zaciska się na nim. Mój język powoli przesunął się po linii kręgosłupa. Palce szybko i mocno rozciągały ciasne wnętrze. Być może nie tak delikatnie jak z założenia powinny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Cze 16, 2016 2:34 pm

 -Tak –syknąłem w odpowiedzi. Bezczelny uśmiech Daniela powinien zniknąć z jego twarzy raz na zawsze. Szkoda tylko, że bawi go wszystko, co robię czy za co się wezmę. Próbując zachować powagę pewnie też bym go bez takiego zamiaru rozbawił. Nic nie mogłem na to poradzić. Sam nie byłem najlepszym przykładem adekwatnie zachowującego się indywiduum.
Zamruczałem wprost w usta Daniela w jakiejś odmianie śmiechu, który spowodowało u mnie zniecierpliwienie Curtisa i jego obchodzenie się ze mną. Nie mogłem się nigdy nazwać fanem braku delikatności czy obchodzenia się z drugim człowiekiem w łóżku jak ze śmieciem. Dla mnie przede wszystkim w tamtym momencie liczyła się przyjemność. Daniel praktykował przyjemność – oczywiście. Jemu jednak przyjemność sprawiało coś innego. Nie wiedziałem czy będę w stanie mu to dać i zgodzić się na cokolwiek chłopak będzie chciał wprowadzić do naszego życia, powiedzmy, seksualnego. Musiałem także przyznać, ze bałem się takich zmian. Teraz była to miła odmiana, ale przecież  nie mogłem się łudzić, że Curtis tylko do tego, co jest teraz się ograniczy.

Pozwoliłem sobie zdjąć sweter i nawet nie było mi go szkoda, gdy upadł sponiewierany na podłogę.
Moje biodra machinalnie podążyły na spotkanie tym Daniela, ocierając się o nie prowokacyjnie, gdy dłoń chłopaka zacisnęła się na moim pośladku. Powstrzymałem się od stękania w usta Daniela, bo niepotrzebnie tylko marnowałbym powietrze na tego typu komentarze.
Bez odzewu nie mogłem jednak pozostawić następnych poczynań Curtisa.
W chwilę po tym jak Daniel zacisnął dłoń na moim kroczu i pozbył się spodni, by mieć do niego swobodny dostęp – powietrze uszło ze mnie znacznie szybciej niż przypuszczałem, że ujdzie.

Jęknąłem cicho, gdy Daniel przesunął dłonią po moim członku z wyraźnym zdecydowaniem. Później nasz pocałunek przepełnił się moim przyspieszonym z podniecenia oddechem.
Daniel cierpiętniczo westchnął, a ja podświadomie domyślając się powodu tejże reakcji – pozwoliłem sobie na dreszcz. Palce Curtisa muskające moją szyję paliły.

Mruknąłem w proteście, gdy kolejne kroki Daniela poczęły jawić mi się jako zbyt śmiałe. Nie miałem zamiaru mu niczego zabraniać, mógł brać sobie wszystko, ale musiał przecież pamiętać o pewnej ważnej kwestii.
I wtedy też Daniel zrzucił mnie z siebie. Lądując na łóżku posłałem Curtisowi nieco potępiające spojrzenie. Słysząc dodatkowo, że ten nazywa mnie księżniczką nabrałem ochoty, by wyrzucić tego osła przez okno. Za chwilę pragnienie to znikło, zastąpione pełnią zrozumienia.
Pewna ważna kwestia nie miała szansy umknąć komuś takiemu jak cholerny Daniel Curtis.

Zacisnąłem w początku zęby, gdy nawilżony palec chłopaka wsunął się we mnie na całą długość. Ale to jego prośba dopiero wywołała we mnie skrajny dyskomfort.
Uniosłem do góry machinalnie jedną brew. Przez chwilę wstrzymywałem się od uniesienia czegokolwiek poza nią, bo przecież zdawałem sobie sprawę z tego, jak kompromitujące to może być jeżeli obierze się właściwy tor rozumowania.
Nawet gorączkowe pocałunki składane na moim karku nie byłyby mnie w stanie przekonać do tego, żebym z własnej woli przyjął te pozycję.

Zamrugałem gwałtownie, gdy Daniel wsunął drugi palec. Obydwa z nich gwałtownie docierały daleko i jeszcze dalej z każdym ruchem. Przed oczyma robiło mi się ciemno, a głośny oddech zagłuszał protesty zdrowego rozsądku.
Uniosłem biodra tak, jak kazał mi Daniel.  

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Pią Lip 15, 2016 2:40 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Lip 05, 2016 3:07 pm


Ruszając powoli palcami, czekałem. Nie jestem przyzwyczajony do niesubordynacji, czy to w łóżku, czy też poza nim. Dlatego też byłem nieomal od tego, by złapać za wąskie biodra i samemu, mało delikatnie je unieść. Czekałem jednak dłużej niż mógłbym się spodziewać, a czekanie to okazało się być opłacalnym, bowiem biodra Zacka już po kilku chwilach wyszły naprzeciw moim. W tym momencie ciepłe wargi były już przy jego uchu. Uśmiechnąłem się lekko, z niewątpliwą satysfakcją, choć wiedziałem, że Zack nie może tego ujrzeć. Złożyłem krótki pocałunek na jego uchu, a następnie wyprostowałem się, podziwiając obraz, który stał przede mną.
Zack leżał zupełnie ulegle z głową na poduszce i biodrami zachęcająco wypiętymi tak ostentacyjnie przed mymi oczami, a ja przypatrywałem się temu z góry, nieprzyzwoicie zachwycony takim widokiem. Moje palce przestały się poruszać, by wysunąć się płynnie z mokrego wnętrza. Zbyt zniecierpliwiony, by dłużej czekać, chwyciłem kuszące biodra w silne dłonie i jednym, szybkim, zbyt silnym ruchem wdarłem się do jego wnętrza. Z mych ust wydostało się westchnięcie przyjemności, a palce zawtórowały mu, zaciskając się mocniej na jasnej skórze. Zachowałem na tyle przytomności umysłu, aby odczekać chwilę, dając Zackowi sposobność do przyzwyczajenia się, do oswojenia z bólem, który niezamierzenie mogłem mu sprawić.
Nachyliłem się nieco, przesuwając jedną z dłoni na lędźwie chłopaka, moje biodra zaś powoli zaczęły falować. Dłoń zwodząco delikatnym ruchem poczęła przesuwać się wzdłuż kręgosłupa, ku smukłej, odsłoniętej szyi. Wbijając się miarowymi ruchami w ciasne wnętrze, paznokciami sunąłem po delikatnej skórze, opierając się pokusie wbicia ich głębiej, choćby do krwi. Im bliżej dłoń była szyi, tym śmielsze stawały się moje ruchy, tym mocniej wbijałem się w Zacka, tym więcej siły on musiał włożyć w to, by wyjść naprzeciw mym pchnięciom.
Dłoń znalazła się na karku, palce z zaskakującą delikatnością, gładząc opuszkami skórę, objęły wyeksponowaną szyję. Z początku lekko. Z każdym pchnięciem mocniej. Gdy nachylałem się nad ciałem Zacka, by usta umiejscowić przy jego uchu, moja dłoń dociskała już wyczuwalnie smukłą szyję do poduszki, odbierając chłopakowi swobodę ruchu. Językiem powoli zwilżyłem płatek jego ucha, chuchając nań ciepłym oddechem.
Głośniej – wychrypiałem głosem zmienionym od niepokojącego wręcz podniecenia, od żądzy i dominującej przyjemności. Mówiąc to krótkie słowo, wbiłem się w chłopaka znacznie głębiej, docierając umiejętnie do prostaty. Wolna dłoń sunąc wzdłuż biodra, umiejscowiła się na wyprężonym członku, by objąć go mocno i zacząć pieścić z dużym zaangażowaniem.  Kciuk drugiej dłoni zaczepnie pogładził uwięzioną w uścisku szyję.
Wyprostowałem się na tyle na ile pozwalała mi dłoń trzymająca Zacka. Przyspieszyłem swoje ruchy, wchodziłem głębiej i mocniej. Pieściłem jego członka w rytm miarowych uderzeń i być może gdzieś w tym zapomnieniu, przestałem kontrolować siłę jaką wkładałem w obejmowanie wątłego karku. Dopiero pod koniec raczyłem go puścić na rzecz silnego złapania bioder w obydwie dłonie. Trzymając je w żelaznym uścisku, wbijałem się jeszcze mocniej i szybciej, tracąc większą kontrolę nad rytmem. Przymknąwszy oczy, zapomniawszy o całym świecie i skupiony jedynie na wszechobecnym uczuciu błogiej, niesamowitej przyjemności, z głową wypełnioną jedynie Zackiem, doszedłem gwałtownie w jego wnętrzu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Lip 20, 2016 12:06 am

KILKA DNI PÓŹNIEJ

Obróciłem w dłoni służbowy telefon, blokując ów w następnej chwili.
Nadal trwał początek lutego. Od niedawna zdawałem się być starszy, co w gruncie rzeczy znaczyło tyle, że nie byłem już dłużej dzieckiem. Byłem pełnoletni. Aktualnie także w związku.

Kilka poprzednich dni było mimo wszystko dla mnie najprzyjemniejszym etapem w całej naszej relacji z Danielem – zarówno tej obecnej jak i tej, którą dzieliliśmy kilka lat temu. Wszystko układało się pomyślnie, między mną a Danielem nie było żadnych niepotrzebnych murów na podłożu emocjonalnym. Konflikty między nami uspokoiły się, a mimo, że nadal istniały pewne tajemnice, którymi nie mogliśmy się ze sobą podzielić – przestały być one przeszkodą w czymkolwiek. Stały się nawet tym pożądanym obszarem prywatności, którego obaj potrzebowaliśmy dla siebie.

Od samego rana nie widziałem Daniela. Obaj wyszliśmy do pracy dosyć wcześnie, Daniel nawet wcześniej niż ja zdążyłem się obudzić. Wychodziliśmy i wracaliśmy do domu, licząc się ze świadomością tego, że być może pewnego dnia staniemy sobie na drodze do dalszego funkcjonowania. Pewnego dnia być może któryś z nas nie będzie się powstrzymywał od tego, by drugiego z nas usunąć sobie z drogi.
Pewnego dnia możliwe, że ja lub on nie wrócimy do domu, a być może nawet jeżeli – tego drugiego już tu nie będzie.
Ten spokojny czas zatruwały podobne myśli. Nie mogliśmy przecież przewidzieć tego, kiedy to się stanie i czy w ogóle. Ale strach pozostawał prawdziwy, a od przyszłości nie dało się uciec.

Nadszedł czas, w którym potrzebowałem ochrony, kogoś kto wyglądałby na tyle groźnie bym ja wzbudził niechętny szacunek rozmówcy. Kolejne spotkania wymagały ode mnie coraz więcej wysiłku wkładanego w aparycje poważnego człowieka, a gdy w końcu zmęczyłem się udawaniem kogoś, kim nie jestem – uznałem, że moje pieniądze mogą pokryć wynagrodzenia dla zaufanej dwójki najbardziej groźnie wyglądających osobników, jakich znałem. Nie łamiąc przy okazji zasady anonimowości – wynająłem Prince’a i Noemie. Jayden nie mógł o tym wiedzieć skoro przecież nie miał do nas żadnego dostępu poza tym w biurze i przez telefon.

Ufałem tej dwójce. W przeciwieństwie do Zhao – Chińczyka, z którym trudno było w ogóle się jakkolwiek dogadać chociażby i po chińsku – doskonale się rozumieliśmy. Ja rozumiałem ich potrzebę ciągłej rywalizacji i rozładowania agresji na drogocennym sprzęcie Jaydena, oni rozumieli, że Jayden nie jest moim mężem, któremu winien jestem wierność. Jayden na nią nie zasługiwał – ani z mojej strony, ani ze strony żadnego z nas. Zajęło mi chwilę zdanie sprawy sobie sprawy z tego, jak wiele mógłbym osiągnąć dzięki niemu, gdyby odpowiednio dobrze wykorzystać bezduszne poniewieranie ludźmi.
W gruncie rzeczy – od dawna planowaliśmy rewolucje przeciwko niemu.
Był to także powód, dla którego tak silną sympatią zapałałem do Noemie i Prince’a – nie mieliśmy cierpliwości do długoterminowych zadań, które nie maja przyszłości. To od początku nie była robota dla informatyków. Jayden został oszukany, a żadne z nas nie miało serca wyjawić mu tej przykrej prawdy.

Prince wcisnął mi w dłoń pistolet, ja zaś spojrzałem na niego z pewnym skonsternowaniem.
 -Nie potrafię tego używać –mruknąłem ledwo słyszalnie.
 -Weź –syknął cicho, odzywając się po raz pierwszy od kilku godzin.
 -Nie będzie mi potrzebny –odparłem bez przekonania.
 -Weź.

***

Do domu wróciłem nieco przed ósmą wieczorem. Moja biała koszula upstrzona była czerwonymi kropelkami krwi, które znalazły się tam jedynie przez moje niefortunne położenie względem właściciela krwi. Zdjąłem zatem ów i rzuciłem ją niedbale na kanapę, a po chwili podniosłem spojrzenie na puste mieszkanie, które z dnia na dzień coraz bardziej przypominało bardziej opuszczony magazyn wypełniony kartonowymi pudłami niż przytulne lokum studenta. Kanapa nadal stała na miejscu ze względu na to, że zwyczajnie nie potrzebowałem jej zabierać ze sobą, a nie miała ona także żadnej wartości, więc sprzedawanie jej było bezcelowe.

Westchnąłem głęboko i opadłem na ten pojedynczy mebel ciężko.
Sięgnąłem dłonią do kieszeni spodni i wyjąłem z niej telefon. W następnej chwili już stukałem wiadomość do Daniela, w której pytałem o to, kiedy będzie już w domu.
Zamarłem w jednej chwili, gdy rozległ się w mieszkaniu dźwięk dzwonka do drzwi.

Przez dłuższy moment zwlekałem z podniesieniem się z miejsca, a gdy tym bardziej usłyszałem chrzęst klucza, który pokonywał właśnie przeszkodę zamka – moje brwi w jednej chwili się zmarszczyły z lekkim zastanowieniem.
Ulżyło mi jednak, kiedy zza rogu korytarza wyłoniła się Ev.
 -Myślałam, że cię nie ma… -wyjaśniła, widząc mnie na kanapie.  
 -Właśnie wróciłem. Wybacz, nikogo się nie spodziewałem… –powiedziałem, nie podnosząc się z mebla. Dziewczyna zdjęła z siebie kurtkę i zostawiła buty w korytarzu  po czym pojawiła się przy mnie by się przywitać szybkim buziakiem w policzek.
 -Ciężki dzień? –spytała i podążyła dalej do kuchni. Tam otworzyła lodówkę i oceniła jej zawartość.
 -Skąd ten pomysł? –Zaśmiałem się niewesoło. Ev nie omieszkała mi zawtórować.
 -Daniel nadal w pracy?
 -On zawsze jest w pracy.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sie 08, 2016 12:07 am


Ostatnie dni były nad wyraz spokojne, w pewnym momencie nawet dałem się ponieść normalności, której pozory rozsiewaliśmy wokół siebie wraz z Zackiem. Przyłapywałem się na całkiem przyziemnych myślach i na absurdalnych wyobrażeniach, że mogłoby już tak pozostać. Pomimo zmian jakie zaszły w naszej relacji, którą w końcu zgodnie określiliśmy, a także pomimo ostatnich sporów, przestaliśmy skakać sobie do gardeł. Wydawało się nawet, że ostatnie dni, wyznania i zmiany wyszły nam na lepsze. Tak jak jednak wspomniałem, była to tylko gra pozorów, o czym należało pamiętać. Chwile zapomnienia kończyły się brutalnym zderzeniem z rzeczywistością, która wciąż pozostawała gówniana. Mieszkanie wypełniające się coraz większą ilością pudeł, moich oraz Zacka, przypominało, że nadchodzą kolejne zmiany, których nie można uniknąć. Za którymi stoją pewne przyczyny i które prowadzą do niewiadomych skutków. Życie nauczyło mnie, że nie należy spodziewać się pozytywów, byłem więc nastawiony neutralnie, próbując zapełnić głowę chłodnym dystansem do wszelkich wydarzeń. Wróciłem do pracy. Właściwie to zacząłem brać jej prawie dwukrotnie więcej niż dotychczas. Być może, by udowodnić Drake'owi, że nic się nie zmieniło, a być może tylko po to, by zająć czymś myśli. Lub nie zapomnieć dlaczego wszystko musi być takie skomplikowane.
Przez te kilka spokojnych dni nie wracaliśmy do tematów pracy ani priorytetów. Pozwoliliśmy sobie właściwie na trochę sielanki i udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Zresztą, nie widzieliśmy się często. Zack pracował i ja również, a wspólne chwile zamiast na rozmawianiu, spędzaliśmy na cieszeniu się wzajemną bliskością, póki mogliśmy jeszcze robić to bez żadnych przeszkód. Pomimo obietnicy, którą dałem chłopakowi w związku z lekcjami strzelania, ani razu nie wybraliśmy się na strzelnicę. Nie było czasu, nie było okazji i właściwie nie byłem pewien, czy jeszcze ją znajdziemy. Może to i lepiej.
Miałem zamiar wyprowadzić się dokładnie wtedy, kiedy Zack przeniesie się na dobre do nowego mieszkania. Do tego czasu chciałem załatwić sprawy z Jackiem, który nieustannie dobijał się do mnie, nieustępliwie sądząc, że ma coś ważnego do przekazania i muszę zobaczyć, lecz co, tego powiedzieć nie chciał. Napomknął jedynie, że sprawa dotyczy Zacka, choć tym razem zrobił to delikatniej, nie wywołując u mnie chęci natychmiastowego "odłożenia słuchawki". Umówiliśmy się na dzisiaj, chciałem mieć to już za sobą i wrócić do mieszkania. Do Pettersona, którego już niedługo miałem widywać tylko sporadycznie.
Gdy wpadłem do domu, by się odświeżyć i przebrać, Zacka nie było. Nie zdziwiło mnie to, bo tak jak wspomniałem, często mijaliśmy się w progu, albo nawet nie. Na zegarku widniała osiemnasta, miałem więc dość czasu na zebranie się do wyjścia. Półtorej godziny później dojeżdżałem już pod knajpę, w której oczekiwał mnie Jack. Widząc za szybą znajomą twarz, wszedłem do środka, a przywitany entuzjastycznym uśmiechem, jedynie wzdrygnąłem się wewnętrznie.
– Danny! Siadaj, wziąłem nam piwo. – Szczery uśmiech bruneta nie działał już tak jak dawniej. Mógł nim wskórać coś, gdy jeszcze byliśmy dziećmi, a on stanowił jedyną osobę, której umiałem się zwierzyć. Teraz był jedynie irytujący, a fakt, że zajmuje mój cenny czas uczepiwszy się z niewiadomego powodu Zacka, w niczym nie pomagał. Usiadłem jednak.
Przejdź do rzeczy Jack, nie mam czasu. I prowadzę. – Cóż, promile we krwi nigdy nie powstrzymywały mnie przed siadaniem za kółko, lecz mój dawny przyjaciel tego nie wiedział i niewskazanym było go uświadamiać. Chłopak nie wyglądał na zrażonego, uśmiechnął się jedynie z lekkim żalem i poprawił w miejscu, bez pośpiechu upijając łyk piwa. Wbiłem w niego wyczekujące spojrzenie, w którym odbijało się zniecierpliwienie i lekkie rozdrażnienie.
– Cóż, ja nie prowadzę.
Jack. – Zaczynałem wątpić w słuszność tego spotkania. W zasadzie nie wiem dlaczego stałem się tak rozdrażniony. Być może przeczuwałem, że nie spodoba mi się to, do czego zmierza dwudziestolatek. Jak się zaraz okazało, miałem rację.
– Zachary przyprawia cię o rogi, drogi przyjacielu.
Warknąwszy niepowstrzymanie, przewróciłem oczyma. I po to, kurwa, tutaj przyszedłem, żeby słuchać żałosnych konspiracji gówniarza, który naoglądał się za dużo melodramatów? Nie wiem, co powstrzymało mnie przed wysunięciem pięści naprzeciw tej ładnej buźki, którą, o panie, pokrywała pełna powaga. Nie zamierzałem strzępić języka, podniosłem się więc z miejsca, które nie zdążyło nawet zaznajomić się dobrze z moim tyłkiem.
– Czekaj! Proszę, zobacz sam. Zrobiłem zdjęcia. – Zatrzymawszy się w pół kroku, rzuciłem krytyczne spojrzenie brązowej, dużej kopercie, którą Jack wyciągał w moją stronę. Ta zabawa naprawdę nie jest na moje nerwy.
Cokolwiek to jest, nie chcę tego widzieć. Marnujesz mój czas i lepiej żebyś... – dalsze oschłe słowa ugrzęzły mi w gardle, gdy ujrzałem przed sobą zdjęcie wyciągnięte przez chłopaka z koperty. Nie jestem pewien co poczułem najpierw. Wściekłość, zdziwienie, niedowierzanie, rozbawienie. Może wszystko na raz. Lecz to furia była tym uczuciem, które nie chciało ustąpić. Zamaszystym gestem porwałem w swoje ręce resztę zdjęć, wertując je niedbale. Na każdym byli razem. On i ta flądra. Eveline.
– Bardzo dobrze się ba... – Moja pięść bez chwili wahania z rozkoszą wlepiła się w twarz Jacka.
Ani słowa. – Nie poznawałem swojego głosu. Nie wiedziałem i nie chciałem wiedzieć co dzieje się w moim wnętrzu. Poruszenie w knajpie mnie nie interesowało, wciąż wpatrywałem się w zdjęcia, w uszach słysząc jedynie szum. Wściekłość narastała. Zabierając ze sobą kopertę, wyszedłem, nie bacząc dłużej na nic i na nikogo. Wiadomość od Zacka, którą właśnie dostałem, przeczytałem jak w amoku, zaciskając do bólu zęby. Nie zapamiętałem części drogi, którą pokonałem samochodem. Na szczęście droga ta była dość długa i miałem czas, by ochłonąć. Zatrzymałem się na poboczu, jeszcze raz wyjmując zdjęcie, na którym słodka Ev wpychała język do ust mojego i   t y l k o  mojego Zacka. Powstrzymałem kolejną falę złości, próbując myśleć rozsądnie. O dziwo, udało mi się to w jakimś stopniu.
Zdjęcia były względnie stare. Względnie, to znaczy stare na tyle, by istniała możliwość, że w tamtym czasie jeszcze żaden z nas nie złożył żadnej deklaracji. Ja nie przyrzekłem, że będę wierny jemu, on nie przyrzekł, że będzie wierny mi. Wciąż jednak nie mogłem zignorować faktu, że ewidentnie był to czas, gdy Zack wyglądał już lepiej, co znaczy, że mieszkaliśmy ze sobą dłuższą chwilę, a między nami dochodziło do jednoznacznych sytuacji. Nie byłem w stanie sprecyzować dokładnego momentu, jednakże, mówiąc najprościej, nie było między nami jeszcze tego typu relacji. Rozsądnie myśląc, choć wciąż bulwersowała mnie niebotycznie myśl, że kurwił się z tą laleczką za moimi plecami, nie mogłem mieć do niego pretensji. T o nie zdrada. Jednak myśl, że wciąż się z nią widywał, podjudzała moje nerwy i za nic nie pozwalała im w pełni się uspokoić. Schowałem więc dowody zbrodni z powrotem, odłożyłem na siedzenie i spaliłem kilka fajek, przemawiając do swojego rozsądku, którego strzępki wciąż walały się gdzieś po mojej głowie. W końcu uspokoiłem się na tyle, by móc wrócić do domu i nie urwać Zackowi łba. Zarzekłem się, że zaraz po powrocie wezmę tabletki. Byłem nieomal od ataku, więc skoro słuchałem już rozsądku, postanowiłem posłuchać go także w tej kwestii. Najwyższa pora zażyć pigułki. Z tą myślą ruszyłem w stronę mieszkania.
I wszystko byłoby dobrze. Jestem pewien, że byłoby dobrze. Ale jeden moment zburzył wszystko.
Jej długie włosy falujące przed moją twarzą, gdy opuszczała mieszkanie rozsiewając wokół siebie woń słodkich perfum. Jasne, duże oczy, w które wpatrywałem się przez krótką chwilę, gdy się mijaliśmy. Czas jakby zwolnił. Być może coś powiedziała, nie słyszałem. Nic nie słyszałem. Nie słyszałem własnych myśli. Bo ich nie było. Zniknęły. Napędzała mnie jedynie dzika furia, nagłe uderzenie zwalające z kolan. Eveline opuszczająca mieszkanie Zacka. Zack stojący w środku. Sms z pytaniem. "Kiedy wrócisz?". Kiedy wrócę.
Eveline.
Zack.
Kiedy wrócisz?
Wszystko zniknęło.
A potem wróciło. Ze zdwojoną siłą. Sprawiło, że miałem ochotę wrzeszczeć. Miałem ochotę... Nie, ja to robiłem.

Wpadł do mieszkania niczym tornado, przewalając po drodze wszystko co jeszcze śmiało stać między kartonami i na kartonach. Przekopał też same kartony. Na jego twarzy malowała się czysta furia, coś, co ciężko było opisać. Zack nigdy nie widział takiej twarzy. Nie u Dannego. Choć często widywał go unoszącego się złością.
Ty mała, pieprzona, zdradliwa kurwo – warczał głosem tak zmienionym, że niemożliwym wydawało się, by należał do niego. Sekwencja ruchów, które wykonał była kwestią kilku niewinnych sekund. Zaciskająca się pięść, uderzenie w twarz. Silne, niekontrolowane. Mniejsze ciało bezwładnie poleciało na ścianę, lecz ledwie plecy zdążyły dotknąć chłodnej powierzchni, wielka dłoń już zaciskała się na smukłej szyi. Nie tak jak dotychczas. Nie baczyła na nic. Gniotła krtań bezlitośnie i pewnie by ją złamała, gdyby nie to, że rozjuszony Daniel wolał rzucić nim jak szmacianą lalką. Upadek zamortyzowały kartony. Curtis jednak nie zamierzał na tym poprzestać. Z obcym, złowróżbnym błyskiem w oczach, zbliżał się do oblanego krwią Zacka.
Tak lubisz się z nią puszczać? – Śmiał się. Śmiał się śmiechem szaleńca, łapiąc gwałtownie za rękę chłopaka. Nie baczył na zakrwawioną twarz. Nie baczył na uczucia. Na wszystkie sielankowe dni. Na obietnice, deklaracje, na nic. Pragnął go skrzywdzić. Pragnął wyładować się, chciał, by poczuł jak wielki błąd popełnił. Wywlókł go spomiędzy kartonów i nie wiedzieć kiedy, przyszpilił bezbronnego Zacka do podłogi, rękę wykręcając pod niepokojącym kątem. Kolanem okrutnie naciskał na kręgosłup, udaremniając wszelkie próby oswobodzenia. W uszach wciąż mu szumiało. Świat wirował. Ale j e g o widział dobrze, wyraźnie. Uśmiechał się, wykręcając ramię coraz mocniej.
Było warto, Zack? – Głośny chrupot kości. Nie puszczając ręki, nachylił się nad jego uchem. – Odpowiedz kurwo. ODPOWIADAJ! – Lecz gdy tylko spomiędzy kształtnych warg wydobył się pojedynczy dźwięk, zackowe ciało zostało brutalnie odwrócone na plecy, a długie palce Daniela bez wahania wbiły się w niedawno zadaną ranę postrzałową, grzebiąc w niej, podczas gdy brunet z szerokim uśmiechem wpatrywał się w wykrzywioną bólem twarz.
Mój mały, słodki chłopiec –szeptał, choć ton miał niepokojąco wysoki, niemalże groteskowy. Zakrwawioną dłoń przeniósł z nogi na policzek. Kolejne uderzenie. Przypatrywał się obcym spojrzeniem, rozkoszował się jękami bólu. Nie wiedzieć kiedy, podniósł się na nogi. Kopnięcie. W żebra, pod żebrami. W szczękę. Śmiech, powaga i krzyki pojawiały się na przemian. Kopał na oślep. W którymś momencie stanął na ramię, powyżej pierwszego złamania. Znów dało się usłyszeć nieśmiały chrupot. W którymś momencie przyklęknął. Chwycił przydługie kosmyki. Przybliżając swą twarz do pokrytej szkarłatem twarzy Zacka, posłał mu uśmiech, odsłaniając nieco nienagannie białe zęby.
Zabiję cię – szepnął śpiewnie, przeciągając głoski, zaglądając w błękitne tęczówki. Głęboko, hipnotyzująco. I poczuwszy kolejną falę dzikiej wściekłości, nie panując zupełnie nad gestami, szarpnął za włosy. Gwałtowny ruch ręki. W tył. I w przód.
Pomieszczenie wypełnił huk.
Głowa zderzyła się ze ścianą. Mocno. Osuwające się ciało pozostawiło na niej piękną smugę krwi. Oprawca w chwilę znów chwycił za włosy, by w następnej odrzucić pogardliwie bezwiedne ciało.
Już? – prychnął z rozdrażnieniem, obdarzając zmasakrowanego Zacka jeszcze jednym kopnięciem. Splunął z niesmakiem.
Stał. Stał i patrzył się przez długi czas. Obserwował w milczeniu, w dziwnym zamyśleniu, jak spod brązowych, pozlepianych włosów wypływa krew. Zabrał powoli nogę, nie odrywając wzroku od rozprzestrzeniającej się kałuży. Patrzył, odsuwając się coraz dalej, by nie zabrudzić butów. Odpalił papierosa. I patrzył.
A potem usiadł na jednym z rozrzuconych, upstrzonych krwią kartonów, łapiąc za telefon.

Potrzebuję karetki. – Rozłączyłem się, wiedząc, że wie, gdzie przyjechać. Nieustannie byłem namierzany. Bracia z mafii z pewnością bez problemu dotrą tu w przeciągu kilku minut. Minut, które ja mogłem poświęcić na... Na patrzenie. Dopalając papierosa, bez jakichkolwiek emocji wpatrywałem się w rozprzestrzeniający się szkarłat. W nieprzytomne ciało. W Zacka, który...
Zakręciło mi się w głowie.
Wstałem na chwiejnych nogach, gasząc papierosa. Wszedłem w kałużę krwi. Przyklęknąłem. Chwyciłem zdrową rękę. Sprawdziłem puls.
Nie jestem w stanie powiedzieć, co działo się dalej.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Sie 10, 2016 2:21 am

Mogłem być najbardziej naiwnym frajerem jakiego w życiu ktokolwiek spotkał, ale… ufałem Danielowi. Nie mogłem przecież cały czas obawiać się z jego strony najgorszego. Chciałem wierzyć w to, że jesteśmy dla siebie na tyle ważni, że nigdy nie pozwolimy, by temu drugiemu coś się stało.
Ale byłem niespełna rozumu i właśnie dlatego nie spodziewałem się tego, co się stało w tamtym momencie.

Pamiętam siebie w najgorszym stanie, jaki kiedykolwiek zdołałem w sobie wywołać jedną niewygodną myślą – dzisiaj umrę.
Daniel wpadł do mieszkania nie będąc już nawet sobą. Jego oczy były pełne wściekłości, furii. Ja zaś próbowałem krzyczeć coś w swojej obronie, chciałem, żeby się uspokoił. Zacząłem uciekać po mieszkaniu, walcząc o własne życie, ale nie udało mi się uciec wystarczająco daleko. Kiedy pierwszy bolesny cios zwalił mnie z nóg, a dłoń Daniela w następnej chwili zacisnęła się na moim gardle – nie byłem już w stanie wydusić z siebie ani słowa. Krztusiłem się własną krwią, walcząc bezskutecznie o powietrze i szarpiąc się jeszcze w tamtej chwili.
Kartony boleśnie wbiły się w moje ciało. Nie zdążyłem się podnieść, a Daniel z powrotem dopadł mojego ciała.

Okropny ból wstrząsnął moim ciałem. Cały przestał istnieć, świadomość i zniekształcona rzeczywistość docierała do mnie jeszcze przez kilka sekund do momentu, gdy omdlałem z bólu
Jak na złość kolejna dawka cierpienia przywróciła mi głos.
W uszach dzwonił mi własny krzyk, ale to wszystko, co byłem w stanie sobie uświadomić – że krzyczę. W następnej chwili bowiem straciłem przytomność.

***

Jayden Kane dowiedział się o wszystkim co przytrafiło się Pettersonowi w niedługo po tym jak ptaszki wyćwierkały mu o pojawiającej się pod jego domem w środku nocy nieoznakowanej ciężarówce. Następnego dnia chłopak nie pojawił się w pracy i Jayden przystąpił do działania. Bez niego czy z nim – miał zamiar wypełnić ostatni etap planu, który ułożył w tajemnicy przed nim Zack. A przynajmniej chłopak sądził, że w tajemnicy przed nim ten plan układa. Jayden mógł uchodzić za aroganckiego dupka, który nie dostrzega nic poza czubkiem własnego nosa, ale gdy jego ludzie przestawali być wierni – wyczuwał to w pierwszej kolejności.
Gdy jednak dotarł do wszystkich zgromadzonych przez Zacka materiałów – zrozumiał motywy chłopaka, dla których praktycznie zostawił Jaydena na lodzie i ukrył wszystkie swoje wyniki. Niedbałość Zacka i pośpiech sprawiły, że wystarczyło kilka godzin, by Zhao zdołał dosięgnąć zakodowanych informacji.
Pettersonowi udało się zamknąć śledztwo – jak się okazało później.

Oczy Kane’a pociemniały ze złości. Wszystkie przedmioty w jego zasięgu dłoni pospadały z biurka, a z gardła mężczyzny wyrwał się ryk wściekłości.
Wszystkie te nagrania z kamer, kolejne zbliżenia, materiały policyjne sprzed wielu lat, potwierdzające istnienie mafii. To wszystko mówiło samo za siebie. To wszystko było takie proste i Jayden nie musiał szukać nazwisk. Nie potrzebował ich. To było cały czas w zasięgu ręki.
Zack mógł umrzeć. Teraz już niewiele go to obchodziło. Czuł się jak głupiec, gdy przypomniał sobie o tym, jak przez krótką chwilę sądził, że być może Zack jest wystarczająco dobry, by zapełnić tę cholerną pustkę.
Pragnął zemsty bardziej niż kiedykolwiek.

***

TRZY DNI PÓŹNIEJ

Usta Jaydena drgnęły w powstrzymywanym uśmiechu, gdy tylko przeszedł przez próg mieszkania. Ów przygotowane było już do opuszczenia go, a Kane przecież doskonale wiedział dlaczego. Zack od pewnego czasu chciał się wyprowadzić i choć Jayden nie wiedział gdzie – wiedział, że bez swojego chłopaka.
Kopnął karton. Ten się przewrócił i kilka książek wysypało się zeń na podłogę.
Uklęknął przy nich i wziął jedną z nich w dłoń. Obrócił ów okładką do góry, a jego usta ponownie przybrały kształt uśmiechu.
-I to jest tylko we mnie, czego nie ma.
Z jego gardła wyrwał się chichot.
-Tandeta –mruknął i rzucił egzemplarz Makbeta z powrotem na stosik.

Drzwi do mieszkania w jednej chwili otworzyły się i stanął w nich Daniel. Mężczyzna rzeczywiście trzymał w dłoni pistolet, ale wydawał się być pogodzony z tym, co dla niego szykowało życie.
Opuścił broń, a Kane wstał z klęczek. Wygładził swoje ubrania po czym zrobił krok w kierunku Curtisa.
-Daniel –powiedział blondyn i wyciągnął w kierunku chłopaka dłoń. –Oddaj mi broń –polecił, a gdy ta już znalazł się w jego rękach, uśmiechnął się lekko.
-Przykro mi z powodu tego, że musiałem dowiedzieć się o wszystkim w takich okolicznościach –powiedział, udając smutek z niewielkim zaangażowaniem. –W głębi serca obaj także wiemy, że to, co spotkało Zacka nie było fair wobec niego, ale także odpowiednią karą dla ciebie. –Jego głos był spokojny, a sam Kane coraz bliżej.
-Myślę jednak, że wasz rachunek nie jest wystarczająco wyrównany. Nasz także nie.
Po tych słowach w szyję Daniela wbiła się strzykawka. Gdy tłok ów dotarł do końca i cała zawartość środka uspokajającego znalazła się w krwioobiegu Curtisa – ten zachwiał się, a po chwili także nieprzytomny został zawleczony do samochodu.

SZEŚĆ DNI PÓŹNIEJ

Rozchyliłem powoli powieki, które od długiego czasu kryły oczy pod zasłoną ciemności, a zatem nieprzyzwyczajone do ostrego światła, natychmiast zaprotestowały przeciwko dotkliwym bodźcom. Pewną chwilę zajęło mi przyzwyczajenie się do światła i zarejestrowanie obecności dwóch pozostałych sylwetek stojących nad moim łóżkiem. Spróbowałem się poruszyć, przypomnieć jak się tu znalazłem. I owszem – przypomniałem sobie, czując dotkliwy ból, gdy tylko poruszyłem jakąkolwiek częścią ciała.
Spomiędzy zaciśniętych zębów uciekł syk, a w następnej już sekundzie znalazła się przy mnie kolejna sylwetka, by odpowiednio mocno mnie znieczulić.
Kolejna chwila upłynęła nim swoje oczy zwróciłem na postać spokojnie spoczywającą u boku mojego łóżka, na fotelu.
Nie miałem siły być zaskoczonym. Moje brwi jedynie lekko się zbiegły w braku zrozumienia dla tego, co właściwie wydarzyło się zaraz po tym, jak Daniel…
Spróbowałem wykrztusić z siebie jakieś słowa, ale te ugrzęzły w moim zaschniętym gardle.

Szybko dostałem w swoje rozedrgane, niepewne swej siły ręce szklankę wody, którą powoli wypiłem.
Dopiero, gdy zwilżyłem swoje gardło i rozejrzałem się po pokoju – podjąłem próbę spytania o cokolwiek.
-Jak długo spałem? –wymruczałem nadal lekko zachrypniętym głosem, zwracając się do Drake’a, który zajmował miejsce na fotelu. –Gdzie jestem?
Spróbowałem odnaleźć wzrokiem swój telefon. Nie było go jednak nigdzie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Sie 11, 2016 1:56 am


Wycie karetki, krzyki, rozpacz, gorączkowe przekrzykiwanie, formułki lekarzy, panika.
Nie.
Cisza. Wszystkiemu towarzyszyła cisza. Obserwowałem jak zza kurtyny, zza mgły. Jakbym patrzył na coś, czego nie rozumiem, na coś co dzieje się gdzieś tam, w odległym wszechświecie i w ogóle mnie nie dotyczy. Patrzyłem jak do mieszkania wchodzą dwie znane twarze. Jak bezwiedne ciało zostaje uniesione. Jak poruszają ustami mówiąc słowa, których nie potrafiłem dosłyszeć. Wpatrywałem się w to nieprzytomne, zakrwawione ciało, na ręce zwisające smutno z noszy. Gdzieś po głowie odbijało się echo mojego imienia, ktoś coś mówił, ktoś o coś prosił, ktoś wołał. Nie słyszałem.
Niczym zjawa podążyłem za dwójką mężczyzn w czarnych uniformach wynoszących to piękne, pokiereszowane ciało. Chciałem zerknąć na twarz, coś z niej odczytać. Cokolwiek. Ale nie mogłem. Szkarłat pokrywał wszystko. Pokrywał moje nogi, ręce. Ręce...
Uniosłem dłonie. Drżące niczym w spazmach dłonie naznaczone gęstą, ciemną cieczą dumnie okalającą zewsząd jasną skórę.
Krzyk.

Ocknąłem się dopiero w szpitalu. Szpitalu należącym do mafii. Dopiero po kilku chwilach zorientowałem się, że siedzę na korytarzu, z oczami wciąż wpatrzonymi w karmazynowe plamy ozdabiające kolorowe tatuaże. Moje dłonie nieustannie drżały. Powoli schowałem w nich głowę. Krzyczałem, ryczałem, darłem się w niebogłosy.
To nie twoja wina.
Poderwałem głowę słysząc głos Drake'a. Ale na korytarzu nie było nikogo prócz mnie, a najgłośniejszy dźwięk stanowił mój szybki, urywany i niemiarowy oddech. Kilka głębokich wdechów pozwoliło na krótką analizę. Chwiejne nogi uniosły resztę ciała z cierpieniem sprawując swoją funkcję. Czarne tęczówki podążyły na podświetlany napis koloru czerwonego. Operacja. Operowali go. Nie pamiętałem jak tu dojechaliśmy, nie pamiętałem jak go tam zabrali, nie pamiętałem czy wyczułem jakikolwiek puls. Pamiętałem tylko...
Zacisnąłem dłonie w pięści, boleśnie wpijając paznokcie.

JAKIŚ CZAS PÓŹNIEJ

Siedziałem, bowiem nic więcej zrobić nie mogłem. Siedziałem i czekałem, myśląc o tym co uczyniłem. Patrząc na dłonie splamione krwią jedynego człowieka, który miał prawo liczyć się dla mnie tak bardzo. Jedynego człowieka, którego śmierci bym nie zniósł. Jedynego człowieka, dzięki któremu mogłem tworzyć pozory jakiegoś życia. Patrzyłem w ciszy na ręce, które obijały się o jego drobne ciało, na ręce, które łamały kości, na ręce, które doprowadziły do tego wszystkiego. Te ręce od dawna pokryte były krwią. Lecz nigdy krwią tak cenną.
Wiedziałem,  że wyciągnąłem pochopne wnioski. Wiedziałem to. Zack nie mógłby. Zack nigdy mnie nie zdradził. To ja zdradziłem jego. Jego zaufanie, raz jeszcze. Po raz kolejny stałem się największą zmorą, jaka go spotkała. Nie radziłem sobie. Siedząc drżałem, milczałem i krzyczałem na zmianę. Oddychałem gwałtownie, by następnie przestać zupełnie. Krople potu spływające po spuszczonym czole ocierałem zakrwawionymi dłońmi. Lecz nie uroniłem łzy. Ani jednej łzy. Nie potrafiłem.

Neonowe światło zgasło.
Poderwałem się do pionu, wzrok lokując na zamkniętych jeszcze drzwiach. Drzwi te już po chwili rozwarły się, a w nich stanął lekarz, którego nie znałem. Lub nie kojarzyłem. Lub byłem w stanie, który mi na to nie pozwalał. Oczekujący wzrok pełen wszystkiego, albo niczego, wlepiłem w niego. Przez te kilka sekund stał się wszystkim. Albo niczym.
– Operacja zakończyła się pomyślnie. Obrażenia są jednak... Poważne. – Ostrożnie dobierał słowa. Zbyt ostrożnie. Ale Zack żył. Żył. – Dzisiejsza noc będzie decydująca, Daniel.
Ostatnie słowa chłopaka obijały mi się o uszy przez najbliższą minutę. Zaciskałem i rozluźniałem pięści. Wpatrywałem się w czarną maskę, którą powoli zdjął odsłaniając przystojną twarz. Młodą twarz. Nie znaliśmy się.
Wciąż może umrzeć – wycharczałem głosem tak obcym, że nie byłem pewien, czy faktycznie wypowiedziałem te słowa na głos. Gardło zaciskało mi się wręcz boleśnie. Ale młody lekarz usłyszał, widziałem, że usłyszał. Przymknął oczy tylko na chwilę.
– Dajemy mu czterdzieści procent szans na przeżycie.
Świat się zawalił. Począł wirować. Rozpadać się na kawałki. I znów nic nie słyszałem. I znów nic nie wiedziałem. Został mi tylko zasrany fakt, że... Czterdzieści procent. Byłem pierdolonym hazardzistą. Wiem jakie szanse daje czterdzieści procent. Nie miałem już siły, by krzyczeć.
W milczeniu, zupełnie podświadomie poruszając nogami, minąłem mężczyznę. Stanąłem nad Zackiem. I stałem. Długi czas stałem, nie robiąc nic więcej. I nie myślałem. Właściwie nie wiem po co to robiłem. Chciałem być blisko. Jakby dzięki temu czterdzieści procent mogło przeobrazić się w okrągłą setkę. Ale nie mogło. Wiedziałem to. A może to dlatego nie potrafiłem odejść? Może się żeg... Nie. Nie. Nie nie nie nie. Kurwa nie.
Żyj. – Znów miałem wrażenie, że mówi ktoś inny. A może to tylko moja wyobraźnia, może tylko myśli? Nie odróżniałem ich już od jawy. Czułem się jakby ktoś mnie naćpał całym gównem tego świata. Chwiałem się na nogach. A może to ziemia się chwiała. Ściany się zaciskały, pomieszczenie wirowało i znów tylko on. Tylko on był wyraźny, w jednym miejscu, spokojny. Piękny. Leżał, oddychając płytko, niemal niezauważalnie. Nie był już pokryty krwią. Ale dłonie wciąż były.

W końcu usiadłem przy łóżku. W głowie roznosił się dźwięk pikania. Pikania, które było jego życiem. Pragnąłem by rozbrzmiewał wciąż i wciąż. Pragnąłem by linia jego życia poczęła wznosić się wyżej. Wyżej i wyżej. By nie balansowała już przy ponurym dnie. Ale choć wpatrywałem się w nią od kilku godzin, wciąż wyglądała tak samo. Wciąż tak samo.
Do czasu.
Czasu, który stał się moim końcem.
Nie odbił się od dna. Pikanie ustało. Jeden, przeciągły, ponury dźwięk obijał się o moje uszy. Wirujący wszechświat zapełniły nowe sylwetki. Szeroko otwartymi, zagubionymi oczyma obserwowałem. Jak przekazują sobie informacje. Jak przysuwają defibrylator. Jak znajomy głos mówi. Głośno i wyraźnie. Bez wymyślnego dobierania słów.
Godzina zgonu.
Zgonu?
Stałem i patrzyłem. Jeden wstrząs, drugi wstrząs. Próbowałem pojąć co się dzieje.
Traciłem go.
Nie – słaby szept opuścił moje usta niczym pojedyncze, słabe tchnienie. Patrzyłem. Patrzyłem jak go reanimują. Bez skutku. Patrzyłem jak odchodzi. Traciłem grunt pod nogami, traciłem poczucie własnej tożsamości. Traciłem Zacka.
Nie. – Głośniej. Głośniej. – Nie! – Dopadłem do łóżka, odciągnięty wyrwałem się. Nie wiedziałem czy to ja, czy to jakiś inny głos. Nie wiedziałem nic. Wiedziałem tylko, że go tracę. Że odchodzi, że... Nie mógł. Nie mógł odejść.
Przestań. – Gardło zaciskało się zawzięcie, ręce opadały, ciało traciło siły, oczy zasłoniły się wilgotną mgłą. – PRZESTAŃ MI TO ROBIĆ! – Nikt już nie próbował odciągać mnie od łóżka. Nikt już nie próbował... nic. Przestali. Dlaczego przestali? Zack.
Łzy spływały po policzkach sprawiając dziwny ból. Dłonie zaciskały się na wątłych ramionach. Ale on już bólu nie czuł.
Przez chwilę zamarłem i nie potrafiłem wydać z ust choćby najmniejszego dźwięku. A pisk nie ustawał. A klatka się nie unosiła. A lazurowe oczy nie raczyły spojrzeć z pogardą. Nie raczyły spojrzeć w ogóle.
Powiedz, że jestem żałosny. – Zaśmiałem się gorzko, nie odrywając wzroku od zamarłej twarzy. Krople spadały na nią leniwie. – Powiedz cokolwiek. – Bezsilność. Beznadzieja. Smutek. Żal. Nadzieja. Miłość. W ś c i e k ł o ś ć.
Nie waż się mnie teraz zostawiać! – szarpnąłem bezwiednym ciałem, nie wiedząc co właściwie robię. Nie wiedziałem, gdzie jestem, nie wiedziałem kto patrzy, nie wiedziałem co mną kieruje. Liczył się tylko on. I ja. My.  – TY SIĘ NIE MŚCISZ! – Wpiłem palce w delikatną skórę, czując jak mój głos się załamuje. – Nigdy się nie mścisz... – szepnąłem bezsilnie, by po chwili znów jazgotać. Jazgotać jak małe dziecko. Jak zwierzę. Osuwając się bezsilnie na kolana. Zaciskając powieki, zaciskając dłonie, tracąc wszystko. Wszystko.
Założę tę pieprzoną obrączkę. – Jak dziecko. Szukające ratunku dziecko. Naiwne, głupie dziecko. – Zamieszkamy razem. – Uniosłem swą żałośnie wyglądającą twarz na spokojną buzię Zacka. Wpatrywałem się w niego z nadzieją. Prawdziwą nadzieją. Trzymałem za dłoń, przez którą nie przepływała krew. Słuchałem pisku, przeciągłego, okrutnego pisku.
Zabraniam ci Zack. – Mój głos słabł. Sam już go nie słyszałem. – Jesteś jedyną osobą, której nie mogę stracić. Nie masz prawa mnie zostawić. Nie zniosę tego. Nie potrafię żyć bez ciebie. Kurwa, śmiej się, NIE POTRAFIĘ!
Z żałosnym jazgotem przebijającym się przez łzy, rozluźniłem uścisk na dłoni. Włosy spłynęły po policzkach lepiąc się od krwi i łez. Świat chylił się ku upadkowi. Uczucie, które mnie ogarnęło było nie do opisania. Chciałem by odeszło. Nie pragnąłem bardziej niczego, niż tego by wstał. Otworzył oczy i mnie wyśmiał. Zrobił cokolwiek. Wrócił.

Pik.
Poderwałem głowę.
Pik.
Poruszenie. Na moje usta zaczął wpływać cień uśmiechu. Szeroko rozwarte oczy wpatrywały się w ekran.
Pik.
Zaśmiałem się, wstając powoli na nogi. Śmiałem się, kręcąc głową z niedowierzaniem. I nie tylko ja niedowierzałem.
Ty mały pokurwieńcu. – Śmiałem się jak głupi. I nie mogłem przestać.


DWA DNI PÓŹNIEJ

Siedziałem przy jego łóżku, zapatrzony w mały przedmiot spoczywający w mej ręce. Podkrążonymi oczyma analizowałem kolejne klawisze, zastanawiając się jaka sekwencja będzie dobra. Kilka pierwszych prób okazało się błędem. Westchnąłem, przeczesując włosy. Przeniosłem zmęczone spojrzenie na Zacka, który wciąż spokojnie spał. I nikt nie potrafił powiedzieć, kiedy się obudzi. Ale miał się obudzić. Nazywali to cudem. Gówno a nie cud. Żaden z nas nie zasłużył na jebany cud. A jednak żył i miał dojść do siebie. Mimo, że umarł. Uśmiechnąłem się pod nosem. A potem znów przeniosłem spojrzenie na telefon Zacka.
Próbowałem banalnych haseł. Uznałem, że Zack mając świadomość swej wyjątkowości, dla zwykłej przewrotności ustawić mógł hasło zupełnie proste i przewidywalne. Bo nikt by się przecież tego po nim nie spodziewał. Ja zaś nie spodziewałem się, by hasło to było czymś wymyślnym. A jednak z banalnych rzeczy przeszedłem do tych mniej oczywistych. Od wczoraj próbowałem odblokować telefon. Mogłem go dać któremukolwiek z informatyków, lecz to była moja sprawa. Musiałem to zrobić sam nim stanie się sprawą Drake'a. Zadanie proste nie było.
A potem zacząłem próbować haseł, za które było mi wstyd. Śmiałem się sam z siebie, że też coś takiego przyszło mi przez myśl. Zacząłem bowiem wpisywać rzeczy związane ze mną. Próbowałem różnych dat. Począwszy od moich urodzin, poprzez dzień, w którym znów się poznaliśmy, zakończywszy na dniu, w którym ośmieliłem się wyznać mu miłość. Żadne oczywiście nie było dobre.
Zaciskałem zęby, wpatrując się w zablokowany ekran. Zamyśliłem się głęboko. Robiłem to ostatnio zbyt często.
Została mi ostatnia data. Moja twarz przystroiła się w bolesny grymas. Palec począł wystukiwać cyfry.
03042012. Trzeci kwietnia dwa tysiące dwunastego roku. Dzień, w którym zawiodłem go po raz pierwszy.
Och pieprz się Zack, nie mogłeś ustawić mojego imienia? – Przekląłem po raz setny widząc odmowę. Powoli dostawałem kurwicy.
Skróciłem do czterech cyfr. Odmowa. Próbowałem na różne sposoby. Odmowa.
Kurwa.
Zack nie myśli szablonowo. Ale im dłużej wpisywałem tę datę, tym bardziej miałem przeczucie, że jestem blisko. Taki tragizm był podobny do chłopaka. Data wiążąca się z najgorszym wydarzeniem jego życia. Cóż, do przedwczorajszego dnia. Teraz może wybierać między dwiema datami.
Westchnąłem.
Próbowałem nawet pogody. Godziny, w której to się wydarzyło.
To było tak dawno – szepnąłem niemrawo, uświadomiwszy sobie, że minęły już niemal cztery lata. I po czterech latach skończyliśmy tu.
Cztery lata.
W mojej głowie ruszyły trybiki.
Potrzebowałem punktu zaczepienia w teraźniejszości. I znów domysły. Data, w której stracił dziewictwo.  Tysiąc trzysta dziewięćdziesiąt osiem dni. 1398. Odmowa. Data, w której wyznałem mu miłość, odmowa. Gdy nazwałem to związkiem, odmowa. Gdy znów się spotkaliśmy, gdy pojawiłem się w jego domu. Data moich urodzin.
1340.
O kurwa... – mruknąłem obserwując jak ekran się odblokowuje. Ustawił na hasło jebaną ilość dni, które minęły od jebanego gwałtu do moich jebanych urodzin, a jednocześnie dnia, gdy stanąłem w progu jego mieszkania, by na dobre w nim zagościć. Odetchnąłem.
Podniosłem się na nogi, analizując w skupieniu zawartość telefonu. Interesowała mnie w zasadzie tylko jedna rzecz, jeden numer. Wykręciłem go, przywdziewając na twarz zawziętą powagę. Przysłuchiwałem się w pewnym napięciu urywanemu dźwiękowi sygnału. Dopóki nie usłyszałem po drugiej stronie głosu. Znajomego głosu.
Przymknąłem oczy. Odetchnąłem powoli, bezsilnie odciągając od ucha telefon. Rozłączyłem się, opuszczając ręce wzdłuż ciała. Pozbawiony emocji wzrok wbiłem w leżącego Zacka.
Czasem najprostsze rozwiązania mogą okazać się najlepsze. Obydwaj się pomyliliśmy. Powinieneś już dawno dać mi nazwisko. – Opadłem bezsilnie na fotel, chowając czoło w dużej dłoni. Kane musiał już wiedzieć o tym co stało się z Zackiem. Wiedział więc do czego jestem zdolny. Wiedział też zapewne, gdzie jest leczony. Nawet jeśli do tej pory nie miał pełnej świadomości, teraz bez trudu powiązał mnie z mafią. Dalej nie potrzebował już nawet informatyków, by połączyć fakty.
Przeciągnąłem dłonią po twarzy, odchylając głowę na oparcie. Uchyliłem powieki i wzdrygnąłem się lekko widząc, że nie jestem sam. Drake stał w ten swój pełen dostojności sposób, patrząc w ciszy na leżącego Zacka.
Podniosłem się powoli z fotela. W następnej chwili fala wściekłości popchnęła mnie do złapania za nienagannie wyprasowany kołnierz jego marynarki.
Czekałeś aż do tego dojdzie! Czekałeś, prawda?! – Nienawistnie wpatrywałem się w przystojny profil ozdobiony głęboką szramą. Ani drgnął, z niewzruszonym wyrazem twarzy wpatrywał się w Zacka. Powoli przeniósł wzrok na mnie, a ja już po kilku chwilach spotulniałem pod tym spojrzeniem. Moje dłonie słabo, bezsilnie puściły materiał. Wciąż patrzyłem w czekoladowe oczy. Nie ze złością. Nieświadomie szukałem pomocy.
Drake spokojnym gestem poprawił kołnierz.
– Zażyj tabletki. – Przymknąłem na chwilę oczy wyciągając z kieszeni nowe opakowanie. Połknąłem posłusznie jedną z pigułek, by po chwili znów usiąść przy łóżku Zacka. Westchnąłem, patrząc na chłopaka z ukosa.
Przyszedłeś mówić, że to nie moja wina? – Przeniosłem zmęczone spojrzenie na mężczyznę, który wciąż stał odpalając fajkę.
– Nie .– Bez słowa przyjąłem oferowanego papierosa. – Przyszedłem przypomnieć ci o tabletkach.
Między nami zapanowała dłuższa chwila ciszy. Podniosłem się z miejsca, po dopaleniu papierosa. Podszedłem do Drake'a przekazując w jego dłonie niewielki przedmiot.
Zrób z tym co zechcesz. – Nie patrząc na mężczyznę, podążyłem w kierunku wyjścia.
– Daniel. – Zatrzymawszy się, spojrzałem przez ramię. – Nie rób głupstw. – Wyszedłem.

Drake został sam. Zważył w dłoni komórkę, którą dostał z rąk Daniela, wykonał krótki telefon do jednego z informatyków, a potem schował przedmiot do wewnętrznej kieszeni marynarki. Stamtąd też wyciągnął pistolet. Zaciągnąwszy się dymem papierosowym, powoli podszedł do łóżka, na którym spoczywał Zachary. Z pełną zamyślenia miną wyciągnął uzbrojoną dłoń, lufę pistoletu przystawiając do obandażowanej głowy. Zapatrzony w bladą twarz, uwolnił płuca od dymu. Uśmiechnął się delikatnie, ledwie widocznie, odbezpieczając broń. Lufę przesunął powoli po gładkim policzku, po uchu, wzdłuż szyi. Pieszczotliwie, delikatnie i z wyczuciem. Rozmyślając głęboko.
– Nie śpij za długo, drogie dziecko – wyszeptał szorstko, przesuwając zimnym metalem po kształtnych ustach. Powolutku. – Nie znoszę się nudzić. – W jednej chwili zabezpieczył broń i odsunął ją od nieświadomego dwudziestolatka. Schował pistolet, dopalił papierosa i rzuciwszy ostatnie spojrzenie chłopcu, opuścił pomieszczenie.

NAZAJUTRZ

Nie radziłem sobie z poczuciem winy. Nie radziłem sobie z niczym, bo nie potrafiłem funkcjonować wiedząc, że Zack wciąż pozostaje w śpiączce. Wiedząc też, że Kane czyha na moje życie, a ja nie mam nawet siły, by się bronić. By przygotować na atak, by się jemu oprzeć. Wracałem do pustego mieszkania, w którym wciąż widniały ślady krwi, która nie dawała się wytrzeć z porozwalanych kartonów. Siedziałem w nim sam. Właściwie to nie siedziałem. Nie mogłem tego znieść, przytłaczało mnie. Dłonie wciąż wydawały się zalane świeżą krwią. Wchodziłem do mieszkania tylko po to, by się umyć i przebrać. Potem wracałem do szpitala i siedziałem przy Zacku. Nie chciałem być przy nim, gdy się obudzi. Wstydziłem się i bałem spojrzeć w oczy, których widoku tak bardzo pragnąłem, gdy umierał. Zamierzałem wyjść, gdy tylko ujrzę pierwsze oznaki przebudzenia.
Tego dnia przyszedłem tylko na chwilę. Musiałem odetchnąć. Z dala od mieszkania, od Zacka, od mafii, od odoru krwi, który unosił się po całym szpitalu. Który siedział naturalnie tylko w mojej głowie, bowiem czuć go przecież nie mogłem. Gdyby nie ta świadomość, byłbym pewien, że okropny zapach towarzyszy mi na każdym kroku.
Poszedłem do baru. Wyglądałem i czułem się jak ścierwo. Nie potrafiłem jeść, a gdy już to zrobiłem, leciałem do kibla, by wszystko zwrócić. Nie umiałem spać, a gdy w mej głowie już zaczynały igrać obrazy senne, podrywałem się z krzykiem. Dlatego tego dnia piłem. Piłem i piłem, przez cały dzień. Dopóki nie obudziłem się gdzieś na poboczu. Trzeźwy, lecz brudny i wysnuty z wszelkich uczuć. Bez entuzjazmu wymacałem broń pod kurtką. Była na miejscu.
Podniosłem się i podążyłem w stronę pustego domu, po to tylko by się odświeżyć i znów pójść gdzieś w pizdu. Taki miałem plan. Ale wiedziałem, że go nie zrealizuję już wtedy, gdy w okolicy mieszkań dostrzegłem podejrzanych ludzi i niemniej podejrzany wóz. Wiedziałem co się święci. Wiedziałem też, że zostałem zauważony. Nie było sensu iść dalej próbując ich ominąć. Niczym na rzeź, podążyłem w stronę mieszkania.
Przed otwarciem drzwi, wyciągnąłem broń. Uchyliwszy je zaś, wycelowałem w Kane'a. Chyba nawet siebie nie potrafiłem nabrać, że miało to jakikolwiek cel. Patrzyłem beznamiętnie jak się zbliża, a potem tak samo beznamiętnie przekazałem pistolet w duże dłonie. Nie odrywałem nic niemówiącego wzroku od twarzy mężczyzny. Słuchałem go z niewzruszoną miną. Czarne tęczówki były zimne i odległe. Na swój sposób nieludzkie.
Posłałem mu pełen politowania uśmiech, czując jak kończyny wiotczeją pod wpływem zastrzyku.

Obudziłem się z bólem głowy i zupełnym poczuciem bezsilności. Szybko zorientowałem się, że jestem związany. Moje oczy przeleciały powoli po pomieszczeniu. Obskurna piwnica z przedmiotami, które były mi dobrze znane. Stół z narzędziami znanymi niemniej. Sala tortur. Kilku osiłków, pieprzony chiński informatyk i Jayden. Prychnąłem z rozbawieniem. O losie, o ironio.
Tak się teraz zabawiasz, Jay?

***
Drake siedział spokojnie w fotelu. W pokoju panował półmrok. Dłonie splótł na kolanie i bezustannie wlepiał wzrok w Zacharego. Co jakiś czas odbierał telefony, krótkim komentarzem kwitował informacje o zlokalizowanych wspólnikach. Bez komentarza zostawiał te, dotyczące kryjówki Kane'a i braku postępów względem jej odnalezienia. Daniel od trzech dni był w jego potrzasku, a Drake miał świadomość tego, że z każdą sekundą malują szanse na jego przeżycie. Czekał jednak cierpliwie i bez oznak entuzjazmu odnotował, że Zack się budzi. Pozwolił działać lekarzom, zaś samemu wciąż nie drgnąwszy siedział w fotelu.
– Spałeś sześć dni. Mamy sobotni wieczór, a ty, panie Petterson, znajdujesz się pod moją opieką, w moim szpitalu – odparł powoli, odpalając papierosa.
– Ponieważ nie mamy za wiele czasu, będę niegrzeczny i poproszę pana o chwilę skupienia. Później będzie pan odpoczywał. – Zaciągnął się, jakby dając sobie chwilę na dobranie słów. W rzeczywistości nad tym nie rozmyślał. Wzrok zawiesił na papierosie, potem zaś w skupieniu przeniósł go na niebieskie tęczówki wybudzonego.
– Wraz z czterema innymi informatykami od jakiegoś czasu skromnie naruszaliście naszą prywatność, pracując dla Jaydana Kane'a. W tej chwili bardzo nam zależy na tym, by pana Kane'a znaleźć, a pan, mam nadzieję, może w tym pomóc. – Zaciągnął się raz jeszcze, gasząc zaraz papierosa. – Jeżeli moja nadzieja jest złudna, Daniel, który jest w jego rękach od trzech dni, panie Petterson, umrze. Zakładając optymistycznie, że wciąż żyje. – Podniósł się z fotela, poprawiając marynarkę.
– Domyślam się, że jest pan chętny pomóc i wierzę, że jest pan w stanie to zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Sie 11, 2016 5:19 pm


Słuchałem mężczyzny w pewnym dość intensywnym skupieniu. Morfina skutecznie przyćmiewała moją zdolność do rozróżnienia tego, co jest godne uwagi, a co można sobie samemu dopowiedzieć.
Gdy jednak  Drake oświadczył, że Daniel dał się złapać Jaydenowi, który zapewne beze mnie dotarł do moich materiałów i rozwiązał całe to równanie i od kilku dni mojej nieobecności uknuł swoją zemstę. Oczywiście…wiedziałem na czym ów będzie polegać. Ani przez chwilę nie miałem jednak zamiaru oddać Daniela w ręce Kane’a. Na pewno nie mając pewności, ze go stamtąd wydostanę.
Jayden mógł wydawać się na co dzień grzecznym i poukładanym, nieco aroganckim rozpieszczonym dzieciakiem, ale w rzeczywistości zdarzenie sprzed lat skutecznie wykrzywiło jego postrzeganie świata. Nie był wcale lepszy od Daniela, który właściwie był zawodowym katem. Kane jednak pozbawiony był niemal całkowicie ludzkich uczuć. Był słaby i jedyne co go trzymało przy życiu to ogromna fortuna oraz chęć zemsty.  Jayden już dawno poświęcił swoje ideały na rzecz żądzy krwi.
  -Oczywiście, że jestem w stanie… –mruknąłem z gorzkim rozbawieniem.
 
***
 
SANTA MARIA, KALIFORNIA
 
Blondyn poprawił swoją umorusaną krwią białą koszulę. Nie wyglądał już dłużej na poukładanego paniczyka. Teraz był splamiony krwią Daniela. Musiał także przyznać, że widząc ją na swoich rękach i wszędzie indziej – czuł się doskonale, jak nowonarodzony.
  -Danny, czy wiedziałeś, że Santa Maria nigdy nie dopłynęła do Ameryki w jednym kawałku? –zagaił mężczyzna, wycierając w poplamioną szmatkę ostrze trzymane w dłoni. –Gdy osiadła na mieliźnie i już nie nadawała się do dalszego użytku – desek z jej pokładu użyto do odbudowy wioski. Oczywiście później i tak została ona spalona, a Santa Maria przepadła na zawsze. –Kane uśmiechnął się do pochylonej sylwetki Daniela.
Mięśnie chłopaka trzęsły się z wysiłku, a włosy ociekały z wilgoci po kolejnej sesji waterboardingu.
  -Ty też się nie łudź, że dotrzesz do domu cały – powiedział już znacznie chłodniejszym tonem. –Zack pewnie od dawna gnije w jakiejś brudnej mogile. Czy ty sądziłeś, że twój szef tak po prostu pozwoli mu żyć? –kpił sobie z niego Kane. –Jestem ciekaw co ty byś zrobił, gdybym to ja jednak dostał w swoje ręce miłość twojego życia, Daniel –wymruczał pod nosem i zbliżył się do Curtisa.
Złapał chłopaka za włosy i poderwał jego twarz do góry.
  -Już mam. Posłuchaj tego –wycedził z rozbawieniem i zrobił teatralną pauzę po czym podjął. –Nic nie mógłbyś zrobić. Mógłbyś tylko patrzeć jak niszczę go w najbardziej obrzydliwy sposób, jaki istnieje. Wyobraź sobie jego ból, gdy wciskam mu w ten zgrabny tyłek kolejny rozgrzany pręt… 
Daniel nieznacznie poruszył się w tamtym momencie, a na jego twarz poleciał silny cios metalowego pręta.
  -Uwielbiasz niszczyć ludziom życia –mruknął Kane, obrzucając Daniela obrzydzonym spojrzeniem. –Ale Petterson na to na pewno nie zasługiwał.
 
***
 
Nie potrzebowałem specjalnie długiej chwili, by odnaleźć dokładną lokalizację kolejnego przystanku Kane’a. Nieco obolały, ale zdeterminowany nie siliłem się na dyskrecję. Jeżeli Daniel nadal żył – a z pewnością Jayden chciał pozostawić go żywego do samego końca – będzie nadal względnie żywy, gdy Drake z ekipą ratunkową tam dotrze. Zwłaszcza, że nie chcąc tracić czasu, kolejne współrzędne odkrywałem siedząc w helikopterze na dachu szpitala.
 
Santa Maria była położony w zachodniej części Kalifornii niewielkim miastem. Stosunkowo dużą powierzchnię zajmowały pagórki i nieużytki, a także woda i plaże. Była to zdaniem Kane’a zapewne doskonała kryjówka, a Jayden także jako wielbiciel ukrytych znaczeń – długo nie rozważał swojego wyboru.  Z początku nie zakładałem to miejsce jako najbardziej prawdopodobnego do odnalezienia w nim tego, czego szukał Drake – Daniela. Skupiłem się zatem na niewielu współrzędnych na przestrzeni około sześćdziesięciu kilometrów kwadratowych.
Śpieszyło nam się. Nic dziwnego w moim własnym pośpiechu by nie było, gdyby pominąć to, co zrobił mi przed kilkoma dniami Daniel. Nie chciałem w tej chwili jednak o tym myśleć, zastanawiać się czy w ogóle o tym pamiętać. Wiedziałem, że ja i Daniel już nie zdołamy być tym samym, czym byliśmy jeszcze kilka dni temu. Potrzebowaliśmy dużo czasu, a ja także panicznie pragnąłem jakichś wyjaśnień, które do mnie dotrą i zdołam je pojąć.
Zrozumiałem to, że nigdy nie przestanę kochać Curtisa. Nieważne co by się miało stać – już od dawna nie było od tego odwrotu.
I być może powinienem był wtedy umrzeć, wyświadczyć sobie przysługę, oszczędzić kolejnych lat cierpienia. Brzmiało to jak najbardziej racjonalnie, ale o ile łatwiej było pogodzić się z czymś, a jak trudno wprowadzić w życie postanowienia. Znałem siebie na tyle dobrze, by móc powiedzieć, że w tamtej chwili wybrałem śmierć.
 
***
 
Kane szybko zorientował się, że przypalanie Daniela nie daje żadnych rezultatów. Mężczyzna zdawał się nawet polubić to uczucie. Kane uznał, że w takim razie dużo efektywniejszym sposobem będzie oblewanie Daniela wrzątkiem. Okazało się, że ten sposób sprawdził się o wiele lepiej.
Curtis bał się wody – jak domyślił się po jakimś czasie Kane
 
  -Zwiększ moc – polecił stojącemu przy akumulatorze osiłkowi.
  -Sz..szefie, ale to go… -jąkał się mężczyzna, obawiając się, ze jeżeli dokończy, to szybko zajmie miejsce ich więźnia i to jemu przypadnie elektryczna obręcz zamknięta na szyi.
  -Co go? – warknął do niego zniecierpliwiony Jayden.
  -To go zabije – mruknął po angielsku chińczyk.
Kane przez chwilę mierzył chłopca wrogim spojrzeniem aż w końcu jego mimika zelżała, a twarz niemal całkowicie się wygładziła.
Jayden sam podszedł do akumulatora i zwiększył moc.
 
Daniel przetrwał kolejne sesje z prądem i nadszedł czas na piłowanie zębów i sztuczki z wyrywaniem paznokci. Kane jako entuzjasta staromodnych metod oczywiście nie mógł sobie tego odmówić. Tak samo łamania kości, nastawiania ich ze znikomym znieczuleniem i ponownego przemieszczania.
 
To był już trzeci dzień, który Daniel spędzał razem z Kanem w piwnicy jego niewielkiego domku w Santa Maria. Jayden ani razu nie usłyszał błagania o śmierć. Uznał, że nie miał ochoty tego słuchać, bowiem mógłby się nie oprzeć pokusie spełnienia prośby Curtisa. Czas mu się kończył. Cierpliwość także. Teraz już wiedział, że Zack żyje i jakimś cudem szef Daniela nie zabił go, gdy ten był nieprzytomny. Kane potrafił to jednak zrozumieć. Być może i jemu przyszłoby z pewnym trudem zabicie kogoś tak niesamowitego jak Zack. Umysł dwudziestojednolatka był genialny na tyle, że najzwyczajniej w świecie zabicie go byłoby ogromną stratą dla ludzkości. Jeżeli ktokolwiek miał szansę zmienić ten świat – musiał być kimś takim jak Petterson.
Jednakże – z trudem, bo z trudem – ale w końcu Kane zabiłby i Zacka. Być może tylko po to, by móc patrzeć jak chłopiec błaga go o litość. Być może podniecała go wizja tego typu cierpienia. Być może i serce aż biło mu mocniej na myśl, że mógłby spełnić swoje groźby względem Daniela odnośnie tego, co zrobiłby Zackowi, gdyby go dopadł.
 
***
 
Udało mi się wygrzebać z helikoptera z drobną pomocą Prince’a. Naszprycowany morfiną czułem się niemal normalnie. Ręka w temblaku była jedynie drobnym nieudogodnieniem, ale to ból głowy oraz połamane żebra  najbardziej nie dawał mi żyć. Siniaki i rany na całym ciele niemal mi nie przeszkadzały, ale każdy oddech i każda myśl przyprawiały mnie o osłabienie.
 
Na miejsce dojechaliśmy samochodem. Oczywiście nic nie było tak łatwe, jak chciałoby się żeby było.
Zostaliśmy przywitani kilkoma salwami strzałów oddanych na kuloodporne szyby samochodów. Na nieszczęścia ludzi Kane’a – to Drake miał przewagę liczebną.
 
***
 
Usłyszał strzały. Nie dość wyraźne, ale doskonale wiedział, że wszystko to dzieję się przed domem.
Jego wzrok błyskawicznie podążył do Zhao. Chłopak wyglądał na spokojnego co utwierdziło Kane’a w przeświadczeniu, że ten wiedział doskonale o tym, że został namierzony jakiś czas temu.
Na twarzy Jaydena malowała się wściekłość. Chwycił w jednej chwili na pistolet spoczywający na stole z narzędziami i wycelował ów w Zhao, a po czym jednak zdecydował się skierować ów na Daniela.
Nie zdołał jednak wystrzelić.
 
Stalowe drzwi piwnicy zostały wysadzone, a siła wybuchu powaliła Kane’a na ziemię.
Szybko się z niej podniósł i już sięgnął po broń, ale nie udało mu się jej z powrotem podnieść na Daniela. Pocisk pistoletu jednego z ludzi Drake’a pomknął ku niemu, przeszywając jego dłoń.
Kane wrzasnął. Wtedy rozległy się kolejne strzały, ale i tym razem przewaga liczebna miała swój udział w spacyfikowaniu oddziału podziemnego klubu tortur Jaydena. Obydwaj towarzyszący mężczyźnie goryle padli martwi na ziemię.
Kane podniósł wzrok, a gdy rozpoznał sylwetkę stojącą ponad nim – warknął z wściekłości.
 
***
 
  -Jesteś żałosny, Kane… –wycedziłem, następując na zranioną dłoń  Jaydena i mierząc do niego z innego pistoletu. –Od początku byłeś na przegranej pozycji. Powinieneś był się tego domyślić, gdy cudem udało ci się odkodować moje materiały.
Widząc nagłe zrozumienie na twarzy Kane’a, uśmiechnąłem się dość okrutnie.
  -Miałeś mnie za głupca –mruknąłem z pewnym rozbawieniem i sprzedałem chłopakowi kolejną kulkę w ramię.
Odstąpiłem od mężczyzny i skierowałem swój wzrok na Daniela, który właśnie był odpinany od krzesła. Nie wyglądał najlepiej.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Sie 11, 2016 7:17 pm


Nie sądziłem, że mój niewinny żart go rozbawi, lecz nie przypuszczałem również, że aż tak zdenerwuje. Zaśmiałem się donośnie, gdy tylko pięść Kane'a oderwała się od mojej twarzy. Smakowałem własnej krwi, śmiejąc się niepokojąco. Przez te trzy dni śmiałem się wiele razy. Wiele razy też darłem się wniebogłosy. Jeszcze więcej traciłem orientację, nie wiedząc co się dzieje.
Kane nie był człowiekiem, którego znałem z dawnych czasów. Śmierć partnera zmieniła go diametralnie a pragnienie zemsty rozwinęło najbardziej mroczną część duszy i umysłu. Szybko to pojąłem. Nie widziałem w nim człowieka, którego dawniej traktowałem jak brata. On też tego we mnie nie widział. Widział mordercę, który ośmielił się odebrać mu najważniejszą osobę. Ja widziałem żałosnego człowieka, który wiele lat poświęcił układając plan zemsty. A zemsta ostatecznie była tak oczywista, przewidywalna, pozbawiona oryginalności i żałosna równie mocno co on sam. Dlatego byłem tak rozbawiony.
Szybko straciłem poczucie czasu. Człowiek, który co kilka sekund otrzymuje nowe ciosy na twarz, traci zęby i czuje jak kolejne kości rozpadają się na kawałki, traci poczucie wszystkiego. Do tej pory zawsze stałem po drugiej stronie. Dziś przekonałem się dlaczego torturowani tak szybko mówią. Ale ja nie miałem nic powiedzieć. Chciał się bawić, przeciągać to i sprawić mi jak najwięcej bólu. Udawało mu się.
Czułem wszechogarniający ból i jednocześnie nie czułem nic. Przypalanie bolało, lecz był to przyjemny ból. Rozkoszowałem się nim nawet, gdy rozżarzony pręt wepchnięty został do mego gardła. Czarne ślepia zawieszały się na Kanie z żarem w oczach. Kącik ust unosił się prowokująco. Nawet wtedy nie umiałem zrezygnować z przytyków. Nie mogłem porzucić dumy. Może dlatego, że wszystko stało mi się obojętne. Byłem przyszykowany na najgorsze, ale nie zamierzałem o to prosić. Przyzwyczajałem się do piekielnych tortur, których kontynuacji oczekiwałem po śmierci.
Ale Kane zrozumiał szybko, a ogień zastąpił wodą. Dusząc się i krztusząc, miałem nadzieję na koniec. Lecz woda nie dostawała się do płuc, a jedynie dawała to okrutne wrażenie. Wypluwałem litry życiodajnej cieczy, w międzyczasie przyjmując następne. Wtedy się szarpałem. Jakby to miało cokolwiek dać. A gdy przestawał i miałem nadzieję na koniec, zaczynał znowu. Moje serce nigdy nie biło tak szybko, oddech nigdy nie był tak niepokojący, ciała nigdy nie ogarniały takie spazmy. Dusiłem się i nie mogłem udusić. Byłem przerażony. Teraźniejszość mieszała się ze wspomnieniami. Przez chwilę byłem małym dzieckiem karanym przez ojca, w następnej Kane brutalnie przywracał mnie do rzeczywistości. A potem ścierał uśmiech z twarzy.
Ścierał też zęby. Piłował je. A ja się darłem. Jazgotałem. Szarpałem i niemalże błagałem. Lecz tylko w myślach. Ból był niewyobrażalny. Mdlałem co kilka sekund, przywracany do życia przez Kane'a. Wyrywane paznokcie, łamane i nastawione kości były niczym w porównaniu do tego bólu. Ale znosiłem go.
Nie miałem siły utrzymać głowy w pionie, gdy zdecydował się przemówić. Ledwie rozumiałem jego słowa, z ust, nosa i z innych miejsc, których nie potrafiłem określić, ciekła gęsta krew. Dławiłem się nią. Charknąłem niepokojąco, gdy poczułem silne pociągnięcie. Rozedrgany wzrok próbował ulokować się na blondynie. Skupiłem się, próbując dosłyszeć co mówi. Zack.
Pomimo wszechogarniającej wściekłości, gdy słyszałem te obrzydliwe rzeczy, które śmiał zestawiać z osobą Zacka, nie potrafiłem choćby się ruszyć. Żałosna próba skończyła się na trochę żywszym drgnięciu. Wyplułem kolejną dawkę krwi wraz z dwoma zębami, gdy pręt zderzył się z twarzą. Oddychałem ciężko, głośno, charcząc i rzężąc. Było coraz ciężej.
Prąd. Potem był prąd. Nie wiedziałem co się dzieje. Gałki oczne wywracały się ku górze, nic nie widziałem, nie słyszałem, drgałem i krztusiłem się pianą, która opuszała usta. Myślałem o Zacku. Dygotałem rażony przez prąd i myślałem o nim, ciesząc się, że to ja. Kane mógł dopaść jego. Mógł robić to jemu. Bo czyż to nie była bardziej adekwatna zemsta? Zabiłem jego kochanka, mógł więc zrobić gorsze rzeczy mojemu. Ale poszedł inną drogą, a ja przeklinałem go, jednocześnie radując się takim obrotem spraw. Zack by tego nie zniósł. I ja nie znosiłem. Ale nie mogłem przerwać. Kane nie zamierzał dać mi spokoju. A ja nie zamierzałem błagać o śmierć. Moje usta wydawały jedynie pojedyncze okrzyki i kolejne niepokojące dźwięki. Potem przyszła gorączka, napady zimna i ciepła. I kolejne tortury, których już nie rozróżniałem. Te dni zrobiły ze mnie wraka człowieka. Ile ich było – nie wiedziałem.

***

Drake wszystko miał doskonale zorganizowane. Gdy Zachary zgodził się współpracować, przywleczono do niego Prince'a, by mógł się w jakiś sposób przydać. Jego siostra i ten drugi zostali w zamknięciu. Ledwie otrzymał miejsce pobytu Kane'a, już kierował się w stronę helikoptera. Zackowi podsunięto wózek, który pchać musiał jego kolega. W helikopterze Drake milczał, zajęty był wykonywaniem pojedynczych połączeń, wysyłaniem wiadomości. Wyglądał na zamyślonego, gdy leniwie popijał wino.
Gdy wylądowali czekało na nich kilka samochodów. Drake zaprosił do jednego Zacharego, Prince'a i dwójkę swoich ludzi. Na jego twarzy nie było oznak niepokoju.
Akcja przeprowadzona została szybko i sprawnie, wysiedli z auta dopiero, gdy drzwi zostały wysadzone. Wszedł do środka, pozwalając Zacharemu na małą samowolkę. Kątem oka dostrzegł co czyni z Kanem, wyraźnie słysząc o czym mówią. Nie poświęcił temu jednak dłuższej chwili. Skinieniem głowy nakazał dwójce ludzi zajęcie się Danielem. Wyglądał okropnie. A Drake dziwił się, że jest w stanie wymamrotać jeszcze cokolwiek pod nosem. Domyślił się co też tam mamrota.
Podszedł powoli do podtrzymywanego Daniela, który nie był w stanie ustać na dwóch nogach. Uniósł jego podbródek, przypatrując się twarzy zalanej przez krew. Twarzy, która wcale twarzy nie przypominała.
– Żyje, Danny. Jest tutaj. – Jedna z napuchniętych powiek z widocznym wysiłkiem uchyliła się wyglądając gdzieś za Drake'a. Mężczyzna westchnął przeciągle widząc jak niewyraźne spojrzenie namierza chudą sylwetkę majaczącą za nim. Puścił powoli podbródek, gdy ujrzał na poranionych ustach coś, co można było odebrać jako uśmiech. Daniela odeskortowano do czarnego vana, by tam podłączyć pod sprzęt medyczny i oddać pod opiekę lekarzy.

Czekoladowe tęczówki przesunęły się po pomieszczeniu. Gdy zorientował się, że jedynymi żyjącymi ludźmi są jego ludzie oraz ci, których zabronił zabijać, odpalił papierosa. Przez chwilę patrzył z zastanowieniem na Zhao, ostatnią część układanki, którą gromadził w swojej bazie. Powłóczył spojrzeniem na Zacka i leżącego u jego stóp Kane'a. Zaciągnął się, by powoli wypuścić gryzący dym.
– Zabierzcie ich – nakazał krótko, wskazując wzrokiem Zhao, Kane'a oraz Prince'a. – Pan, panie Petterson uda się ze mną.
We dwójkę wsiedli do samochodu, którym tutaj przyjechali. Z małego barka wyjął wino oraz dwa kieliszki. Jeden podarował Zackowi. Zawiesił wzrok na chłopcu, strzepując popiół do popielniczki.
– Nie udało się panu przewidzieć pewnych zdarzeń. – Upił łyk wina, nie odrywając wzroku od szatyna. Wiedział, że działanie morfiny przestawało istnieć, dlatego liczył na skupienie chłopca. – Jest pan jeszcze młody panie Petterson. Może popełniać błędy. Choć wolałbym naturalnie, by nie odbijały się one na zdrowiu moich ludzi. – Dopalając papierosa, ulokował palce na swym podbródku.
– Przejdę jednak do sedna. Pozwolę panu zdecydować co stanie się z Jaydenem Kanem i jego wspólnikami. Nie chcę burzyć machiny, którą pan buduje. Jednakże oczekuję w zamian pełnej współpracy. Pozwolę panu swobodnie działać, lecz będę te działania kontrolował. – Kolejny, mały łyk wytrawnego wina. – I czekał, aż będzie pan gotów by się spod kontroli wyrwać. – Uśmiechnął się delikatnie, niemalże przyjaźnie.
– Do tego czasu proszę nie próbować walki. Siły są nierówne, a pana potencjał może ulec zmarnowaniu. – Westchnął teatralnie. – Wolałbym nie.
– Proszę nie odpowiadać, bowiem nie zadaję pytań – uprzedził, dopijając wino. – Jeżeli to jest jasne, pozwolę sobie poruszyć jeszcze jedną kwestię. W sferze prywatnej, Panie Petterson.
– Daniel musi brać tabletki – podjął, luźno splótłszy palce na kolanie. – Mogę zagwarantować, że krzywda, którą panu wyrządził nie była krzywdą umyślną. Jest to efekt choroby, która odzywa się, gdy Daniel poddany zostaje silnym bodźcom, mówiąc prościej, gdy się denerwuje. Tabletki hamują ataki, on jednakże nie bierze ich od bardzo dawna. W zeszłym roku uległ wypadkowi na motocyklu i nieszczęśliwie odbiło się to na jego psychice. To nie był pierwszy raz, gdy dostał ataku. Pomyślałem, że chciałby pan wiedzieć, panie Petterson. – Samochód się zatrzymał, a Drake rzucił Zacharemu pożegnalny uśmiech. Skierował kroki do helikoptera. Zack wrócić miał innym.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 1:13 am



DWA MIESIĄCE PÓŹNIEJ
 
Trwał kwiecień. Wszystko zmierzało ku lepszemu. Moje interesy miały się dobrze – w głównej mierze wdzięczny powinienem być za to Drake’owi, który choć swoją propozycją sprzed dwóch miesięcy nieco sprowadził mnie do niższego szczebla – wspaniałomyślnie dał mi także szansę na rozwijanie się. Nie unosiłem się dumą i przyjąłem szczodry podarunek jakim było pole do manewru. Ów wykorzystywałem w całości.
 
Od dwóch miesięcy także nie widziałem się z Danielem. W rzeczywistości czułem się winny wszystkiemu co stało się Danielowi, obwiniałem się za utratę kontroli chłopaka – być może niepotrzebnie, bo było to nieuniknione.
Gdybym nie padł ofiarą pecha – Curtisowi nic by się nie stało, a tymczasem zniszczyłem wszystko, co budowaliśmy. Obaj po trosze byliśmy winni, ale… ja bardziej.
Ze szpitala zostałem wypisany w trybie natychmiastowym. Daniela nie mogłem praktycznie w ogóle odwiedzać, ale na wszelkie sposoby starałem się być na bieżąco ze stanem zdrowia chłopaka.
 
Już na dobre zakwaterowałem się w nowym mieszkaniu. Nie mogąc jednak znieść samotności, którą dzieliłem jedynie z Ramonem – szybko obaj podjęliśmy decyzję o sprowadzeniu do siebie dwóch kolejnych kotów. Zrobiło się trochę mniej pusto, ale wciąż brakowało mi czegoś ważnego w sercu mojego nowego domu. Kogoś.
Nawet Enigma i Debussy nie potrafili zapełnić tego rodzaju pustki.
 
Niemal w pełni udało mi się dojść do siebie po miesiącu. Kolejny miesiąc poświęciłem na intensywną rehabilitację, którą w całości oparłem na treningach boksu tajskiego. Nie potrafiłem się przed sobą przyznać do tego, że usilnie próbuję odreagować tym samym tęsknotę za Danielem i poczucie winy oraz chęć zadzwonienia do niego i porozmawiania przez chwilę.
Pewnego dnia nie potrafiłem się już dłużej powstrzymywać i sięgnąłem po telefon, ale zastygłem w bezruchu w połowie wpisywania numeru.
Co jeżeli Daniel nie będzie chciał mnie słuchać? Z pewnością już wie o tym, dzięki komu to wszystko potoczyło się w ten sposób, że niemal wykorzystałem go jako przynętę. Właściwie to nawet nie „niemal”, a „od początku do końca”.
Cisnąłem komórkę pomiędzy poduszki.
Zamiast jednak się poddać jak miałem z początku ochotę – ruszyłem po kluczyki do samochodu. Ubrałem się w coś, co wyglądało jakkolwiek wyjściowo i wróciłem po telefon. Nie musiałem dzwonić. Gdybym to zrobił – istniała możliwość, że się rozmyślę. A tymczasem kierowany bodźcami już wsiadałem do auta i wyjeżdżałem z garażu.
 
Byłem już w połowie drogi, gdy uznałem, że być może nie jest to najlepszy pomysł. Jak na złość rozbolała mnie także głowa od ciągłego zastanawiania się, co też mnie czeka, gdy tam dotrę i stanę pod drzwiami mieszkania Daniela, które ten dzieli ze swoim…
Wzdrygnąłem się. Przeczesałem powoli dłonią jeszcze krótsze niż dwa miesiące temu włosy, obecnie w pełni brązowe.  Byłem pełen wątpliwości, gotów zawrócić tu i teraz. Przypomniałem sobie jednak, że nie tym typem żałosnego człowieka jestem. Musiałem odnaleźć w sobie resztki klasy i przestać myśleć ciągle o uciekaniu. Daniel zasługiwał na kogoś lepszego, a nie na tchórza i egoistę, którym byłem zdecydowanie za długo.
Miał mieszkać ze mną, założyć obrączkę, być przy mnie. Zamiast tego marnowaliśmy czas na coś, czego być może żaden z nas nie chciał – na rozłąkę.
 
Zaparkowałem przecznicę od wieżowca, w którym mieścił się apartament Daniela. Po drodze natknąłem się także na kwiaciarnie. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy zrozumiałem, że nie będę w stanie się oprzeć.
I rzeczywiście zwyciężyło we mnie zamiłowanie do tandety.
 
Skorzystałem z powoli domykających się drzwi prowadzących do wewnątrz części mieszkalnej budynku. Uprzejmie skinąłem portierowi, który nie zwrócił na mnie większej uwagi i ruszyłem w kierunku windy. Tam wcisnąłem odpowiednie piętro i spróbowałem w czasie drogi na górę uspokoić swoje nerwy, wmówić sobie, że jestem pewny siebie tak jak zwykle.
Nie podziałało.
 
Ledwie poruszając nogami po gładkiej posadzce, dotarłem pod drzwi Daniela. Niewiele myśląc od razu wcisnąłem dzwonek i w następnej sekundzie pożałowałem tego, że nie dąłem sobie kolejnej chwili na przemyślenie tego, co mógłbym powiedzieć.
Bukiet różowych tulipanów schowałem za plecami i czekałem na swój koniec.
[/center]

____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Voldemort dnia Sob Sie 05, 2017 4:44 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 2:30 am


Nie pamiętam pierwszych dni w szpitalu. Wiem jedynie, że budziłem się na krótkie minuty, by rzygać śliną, dostawać palpitacji i zasypiać z powrotem. Jawa mieszała się ze snami, które przepełnione były najgorszymi wspomnieniami i wyobrażeniami. Przeżywałem katusze, budziłem się z krzykiem, darłem się po obudzeniu, mając wrażenie, że to wciąż się dzieje. A potem znów zasypiałem, by dalej tonąć we własnym pocie i zdzierać gardło ciężkim oddechem. Zazwyczaj po przebudzeniu szukałem Zacka, wiele razy myślałem, że jest martwy. Potem przypominałem sobie ciche słowa Drake'a i zasypiałem znów. Dusiłem się. Często nie mogłem złapać oddechu. Przez pierwsze tygodnie lekarze byli przy mnie non-stop, takie przynajmniej odniosłem wrażenie. Za każdym razem, gdy się budziłem ktoś nade mną stał. Byłem bezwolny, pozbawiony jakiejkolwiek samodzielności, obolały i upokorzony. Dawałem się sobą zajmować, próbując uporządkować myśli, powrócić do rzeczywistości. Nie udawało mi się to przez długi czas.
Po dwóch tygodniach mogłem cokolwiek przełknąć, lecz znów wszystko kończyło poza moim żołądkiem. Spiłowane zęby zniszczyłem doszczętnie nawracającym, pełnym kwasu pokarmem. Gdy przestało to czymkolwiek grozić, przewożono mnie na fotel dentystyczny, stopniowo uzupełniano braki. Pozwalałem robić wszystko, bo i nie panowałem nad niczym. Czułem się strasznie. Przepełniała mnie gorycz, żal, poczucie winy i wściekłość. Bowiem moja wina stała się niczym w obliczu winy Zacka. Nikt nie musiał mówić, sam zdążyłem się zorientować, a rozmowa z Drakem jedynie potwierdziła moje przypuszczenia.
Wybaczyłbym mu. Ale w wybaczeniu tym przeszkadzały mi nawracające koszmary, ataki duszności i panika przy jakimkolwiek kontakcie z wodą. Ilekroć patrzyłem w lustro, miałem ochotę krzyczeć. Po miesiącu udało mi się wypowiedzieć pierwsze słowa. Przestało to grozić podrażnieniem gardła, które prócz poparzeń wciąż musiało znosić ból sprawiany przez wymiociny.
Poparzenia były wszędzie. Jedynie twarz ocalała. Blizny były okropne. Wokół szyi odznaczył się wyraźny ślad po obręczy, przez którą przepływał prąd. Szczęściem twarz uchowała się całkiem dobrze. Po miesiącu zaczęła już wyglądać przyzwoicie, a po dwóch prócz podkrążonych oczu i zapadniętych policzków nie pozostało śladu po torturach.
Półtorej miesiąca leżałem w szpitalu. Po tym czasie pozwolono mi wyjść, musiałem jedynie stawiać się na kontrolę i uważać na to co jem. W efekcie z dziewięćdziesięciu kilo zrobiło się lekko ponad siedemdziesiąt, co przy moim wzroście wyglądało wręcz karykaturalnie. Znów musiałem przez to przechodzić, starać się, by odbudować sylwetkę i nie wyglądać jak żywcem wyjęty z horroru. Tym razem jednak było to cięższe. Nie mogłem jeść wszystkiego, gardło  i żołądek wciąż dochodziły do siebie. Po dwóch miesiącach udało mi się przytyć marne pięć kilo. Wyglądałem koszmarnie.
Z moim wzrokiem było gorzej niż źle. Po około trzech tygodniach mogłem dojrzeć rozmazane obrazy, zarysy konturów jeżeli postaci znajdowały się wystarczająco blisko. Po dłuższym czasie jedno oko w pełni wróciło do siebie, drugie do tej pory odmawiało posłuszeństwa. Widziałem, lecz wciąż dużo gorzej niż na drugie. Często pojawiały się mroczki, czasem przestawałem widzieć całkiem na kilka chwil. Wciąż niewiadomym było czy wzrok w przypadku prawego oka wróci na dobre, czy może postanowi odejść całkowicie.
Ataki duszności, jak się okazało, leżały u podstaw psychiki. Dawne niezażywanie tabletek przypłaciłem tym, że obecnie musiałem brać zwiększone dawki i więcej rodzajów. Zacząłem się w tym gubić, więc zmuszony byłem skorzystać z pomocy alarmu i Luisa. Przestrzegałem dawek, powoli zaczynałem wracać do siebie. Tabletki nasenne pozwalały na spokojny sen, lecz gdy tylko je odstawiałem – albo nie spałem, albo imitowałem sen, co chwilę budząc się z koszmarów. Nie zaprzestałem więc zażywania.
Odbiło się to na moim samopoczuciu, na sprawności umysłowej i ruchowej. Byłem w stanie przeleżeć cały dzień. O pracy nie było mowy, Drake nie chciał słyszeć o przyjmowaniu zleceń dopóki nie będzie pewien, że jest dobrze. Na tyle, bym mógł normalnie funkcjonować. Ale dobrze nie było.
Wiedziałem, że Zack został poniekąd związany z mafią. Nie chciałem w to wnikać. Słuchanie o chłopaku sprawiało niefizyczny ból, którego i tak miałem już po uszy. Ogarniała mnie furia, gdy tylko słyszałem o jego interesach i biznesie. Stałem się ofiarą jego chorych ambicji i choć czułem się z tym żałośnie – przyjąłem do wiadomości. Silne uczucie, którym obdarzyłem chłopaka zdawało się schować głęboko. Luis zaś nie pozwalał mu wyjść. Znów wszystko było na jego głowie. Zajmował się mną, znosił humorki, pilnował wszystkiego. Nie poznawałem go. Nie ćpał, przestał być takim gówniarzem za jakiego uważałem go dawniej. Wydoroślał i szedł w dobrym kierunku. Było mi go niemal szkoda za to oddanie. Wiedziałem jednak, że wszystko robi głównie ze względu na Drake'a. Był wierny jak pies. A Drake chciał, bym jak najszybciej wydobrzał.
Wiele razy, między wciąganiem obrzydliwych papek, a próbami zaśnięcia myślałem o tym, by skontaktować się z Zackiem. Wciąż myślałem o tym co czułem, gdy krążenie w jego żyłach się zatrzymało. Byłem wtedy bardziej niż pewien, że nie dam rady przeżyć, gdy odejdzie. Ale teraz świadomość, że jest bezpieczny skutecznie mnie uspokajała. Nie dzwoniłem. Nie wiedziałbym zresztą co powiedzieć. Wciąż nie potrafiłem pojąć co też przyszło mu do głowy. Jak mógł pozwolić sobie na takie ryzyko i... Cóż. Do tej pory myślałem, że to ja jestem w tym, pożal się boże związku, najgorszym skurwielem. Że to ja zawodzę zaufanie chłopaka. W zasadzie on mojego nie zawiódł, bowiem nigdy go nie miałem. Wiedziałem czym to grozi, a Zack utwierdził mnie w tej racji.
Egzystowałem więc sobie bez większego celu, walcząc z własną psychiką i szprycując się pigułkami. Wyglądałem jak ścierwo, z dnia na dzień coraz gorzej, a jednocześnie lepiej. Rany się goiły, zamieniając w blizny, opuchlizna znikała, kości przestały sprawiać problem. Jednak wystarczyło spojrzeć na twarz, by wiedzieć, że jest gorzej niż źle. Co gorsza, nie wiedziałem co mogę zrobić. Najprawdopodobniej nie mogłem nic. Żywiłem się nienawiścią do poczynań Zacka i złością, którą wciąż go obdarowywałem w najczarniejszych myślach. Było to bardziej komfortowe niż jakakolwiek tęsknota, czy próby usprawiedliwiania. Niezaprzeczalnie miałem mu za złe.

Luisa nie było w domu, co nie jest takie znowu oczywiste, bowiem blondyn jak to informatyk, zazwyczaj siedzi zamknięty w swym pokoju pracując, albo robiąc inne fascynujące rzeczy przy komputerach. Nie pytałem, gdzie wychodzi, wiedziałem, że wróci kiedy będzie taka potrzeba. Spodziewałem się spędzić dzień w przyjemnym towarzystwie zwierząt, nie robiąc absolutnie nic poza żałosnymi próbami przytycia i doskonalenia rzeźby.
Gdy dotarł do mnie dźwięk dzwonka, leżałem na kanapie przykryty ciężarem Arniego, którego leniwie głaskałem między uszami. Pies podejrzanie się podniecił i zeskoczył, od razu podlatując do drzwi. Nie robił tego, gdy przychodził ktoś obcy i tylko dlatego zdecydowałem się na podniesienie z wygodnej kanapy. Człapiąc bez entuzjazmu w kierunku drzwi, poprawiłem machinalnie wyciągniętą, czarną koszulkę i z westchnieniem zapiąłem niewspółpracujący rozporek jeansów, które dni swej świetności przeżyły jakieś dwie epoki temu. Nie miałem nawet siły zastanawiać się, kto stoi po drugiej stronie, byłem jedynie głęboko nieusatysfakcjonowany, że w ogóle ktokolwiek zdecydował się przywlec tu swoje dupsko.
Z ponurą miną grabarza uchyliłem drzwi, a widząc kto za nimi stoi oparłem się chęci naprawienia tego błędu. Moja twarz samoistnie przystroiła się w wymuszony uśmiech. Unosząc wymownie brwi i lekko mrużąc zmęczone oczy, przechyliłem głowę w geście sarkastycznego powitania.
Petterson. – Głos był kolejnym skutkiem ubocznym zabaw Kena'a. Był szorstki i nieco chrapliwy, jakbym nie leczył kilkumiesięcznej grypy. W połączeniu z wszelkimi emocjami, które właśnie mnie napełniły, brzmiał zdecydowanie odrzucająco.
Nie mówiąc nic więcej, zrobiłem miejsce dla gościa, teatralnym ruchem dłoni zapraszając go do środka. Widząc zaś co trzyma w rękach, zbyt zaskoczony, by powstrzymać swoją reakcję, prychnąłem niekontrolowanie.
Chyba żartujesz. – Przez chwilę faktycznie mogłem ulżyć wyrzutom Zacka swą rozbawioną mimiką. Szybko jednak przywołałem się do porządku, przy którym cała twarz pięknie współgrała z brzydko podkrążonymi oczyma. Zamknąłem drzwi, by zaraz powłóczyć nogami do kanapy i opaść na nią tyłkiem. Obejmując ramieniem niedbale oparcie, uniosłem całkiem nieprzyjemny wzrok na chłopaka. Poruszyłem znacząco brwiami, jakbym zastanawiał się dlaczego jeszcze tu stoi. W istocie, była to swoista zagwozdka.


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 3:22 am

Drzwi uchyliły się, a w nich stanął… Daniel. Ten Daniel jednak wcale nie wyglądał jak on. Chłopak był wychudzony, jego cera poszarzała, a jego oczy podkrążone.
Nie powinienem był się tu więcej pokazywać. Szkoda, że zrozumiałem to dopiero po fakcie. Byłem pewien, że żałowałem pojawienia się tu już w tamtej sekundzie, gdy Daniel się pojawił przed moimi oczyma, a serce stanęło mi w gardle, które zacisnęło się w powstrzymywanym skowycie. Mięśnie mojej szczeki spięły się silnie i gwałtownie wciągnąłem powietrze nosem. Nie mogłem powstrzymać drżenia, a więc postanowiłem się nie odzywać. Mógłbym nie dać rady wykrztusić z siebie słów.
Patrz na to wszystko. To twoja wina. Jak zwykle tylko i wyłącznie twoja.
Od początku to ja byłem jedynym winnym. Przez lata wypierałem to, odrzucałem błędne diagnozy psychologów, a oni mieli rację – byłem skończony.

Jego głos był obcy, a ja niemal na ten nieoczekiwany dźwięk podskoczyłem. W porę zdołałem jednak jedynie przystroić swoją twarz w podobny do tego Daniela wymuszony uśmiech.
Nie odezwałem się, by uraczyć Curtisa jakimkolwiek przywitaniem. Nadal nie sądziłem bym był w stanie się wysłowić w normalny sposób. Milczałem zatem co z pewnością jest moją jedną z niewielu mądrych decyzji w życiu.

Nie zwlekając, przeszedłem przez drzwi, by zrobić kilka kroków w głąb mieszkania. Zapomniałem zupełnie o tym co przyniosłem i dopiero dźwięk rozbawionego prychnięcia Daniela przywrócił mi zdolność ogarniania kilku rzeczywistości na raz.
Wesołość Daniela nie trwała długo. Szybko zreflektował się i ponownie stał się ponurą wersją siebie. Niekoniecznie zatem tą, którą chciałem teraz oglądać. Nic nie mogłem na to poradzić. Nie w tej chwili. O ile kiedykolwiek w ogóle.

Zamiast wręczać Danielowi kwiaty do rąk, ruszyłem w kierunku kuchni w mieszkaniu Daniela. Tam poszukałem czegoś, co może posłużyć za wazon i wierzcie lub nie, ale odnalazłem wazon we własnej osobie. Napełniłem ów wodą i wstawiłem do niego tulipany. Ich widok nieco ulżył moim nerwom, a proste czynności pozwalały mi się zrelaksować. Takie drobnostki jak zdjęcie z siebie płaszcza czy przeczesanie włosów palcami były istnie zbawienne w tej konkretnej sytuacji.
W końcu jednak i tak musiałem stawić czoło mrocznej rzeczywistości.

Odchrząknąłem pod presją wzroku Daniela, który spoczął akurat na mnie. Po raz kolejny zastanowiłem się nad tym, co chcę powiedzieć i w końcu odezwałem się.
 -Przepraszam –mruknąłem, podnosząc spojrzenie na oczy Curtisa i zaglądając w jego oczy. –Tak bardzo cię przepraszam za wszystko –mówiłem dalej, nieco pewniej. Przerwałem jednak na sekundę, by wziąć głębszy oddech.
 -Zrobiłem coś głupiego. Wiem o tym –zacząłem znów. –Niepotrzebnie ryzykowałem twoim życiem… –dodałem już ciszej. Być może to był pierwszy raz, gdy przyznawałem się do błędu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak ogromny popełniłem błąd.
 -Nic nie jest w stanie… –zająknąłem się i przymknąłem na chwilę oczy po czym podniosłem dłoń, by rozmasować nasadę nosa. Po chwili jednak powróciłem do porzuconego wątku i na powrót dzielnie znosiłem wzrok Daniela.
 -Nic nie jest w stanie mnie usprawiedliwić. Wątpię czy cokolwiek skłoni cię do tego, żebyś mi wybaczył. –Nerwowo oblizałem usta i zrobiłem kilka kroków w kierunku kanapy. Zatrzymałem się bezpośrednio przed oparciem, a zatem naprawdę w niewielkiej odległości od Daniela.
 -To ja zasługiwałem na to, co Kane ci zrobił –mruknąłem i musnąłem ledwo zauważalnie dłoń Daniela spoczywającą na oparciu kanapy. –I na wstrząs mózgu, który mi zafundowałeś –dodałem i uśmiechnąłem się lekko, nieco smutno.
 -Kocham cię –odparłem po krótkiej pauzie. –I zrobię wszystko, by ci to wynagrodzić.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 2:09 pm


Nie sądziłem, że to możliwe, ale teraz, gdy tu przyszedł i stał przed mymi oczyma, pragnąłem, by jak najszybciej sprzed nich zniknął. Ogarnęło mnie dziwne, koszmarne uczucie, sprawiające, że miałem przemożną ochotę wstać i wywalić gnojka za drzwi. Powstrzymywały mnie przed tym tabletki, lenistwo albo ciekawość. Nie wiem nawet skąd wzięła się ta duża niechęć, nie czułem jednak nic poza nią. A przecież nie należałem do zwolenników dramaturgii. Zazwyczaj nie unoszę się uczuciami. W zasadzie... Nie robiłem tego. Nie czułem tego żalu, żadnego smutku, nic co ogarniało mnie czasem przy przemyśleniach. Nie czułem nic poza niezdrowym dystansem.
Ze spokojem, nie myśląc właściwie o niczym, czekałem aż chłopak zrobi swoje i będzie gotów, by cokolwiek powiedzieć. Moje spojrzenie okrutnie spoczywało na nim, nie mając zamiaru odbiec w którąkolwiek ze stron. Wyczekująco, z bolesnym chłodem kontemplowałem przystojną twarz. Wyglądał dobrze.
Nie odrywałem czarnych tęczówek od napełnionego skruchą Zacka, gdy ten zdecydował się otworzyć usta. Bez drgnięcia pojedynczego mięśnia słuchałem jak przeprasza, na swój sposób rozkoszując się tymi słowami. Zack nie był z rodzaju przepraszających, a ja jak nikt inny wiedziałem jakim poświęceniem dla nas jest przyznanie się do błędu i głośne wyrażenie skruchy. Moje zrozumienie nie wpłynęło jednak nijak na niechęć, która paradoksalnie wzrastała.
Mój wzrok wydawał się odległy, zamyślony, choć wciąż skupiony na mówiącym Zacku. Miarowo kiwałem głową, jakbym czuł się zobowiązany do poinformowania, iż wciąż go słyszę. Czarne oczy nie wyrażały żadnych emocji. Również wtedy, gdy mocno się zbliżył, kontynuując swój wywód. Gdy zamilkł, zapanowała między nami długa chwila ciszy.
Miłość. Jedno wielkie gówno, nie żadna miłość.
Gdy tak sobie czasem myślałem, porównywałem nasze podejście do tej zasranej miłości. Zastanawiałem się nad tym, czy byłbym wstanie choć minimalnie zaryzykować życiem Zacka, gdyby przyniosło mi to jakieś korzyści. Za każdym razem, rozważając różne opcje i różne profity, dochodziłem do wniosku, że nie zdobyłbym się na użycie Zacka, gdyby istniał choć ułamek procenta na niepowodzenie. A ten ułamek obecny był zawsze. Petterson zaś posłużył się mną w sposób skrajnie nieprzemyślany. Nie rozważył wielu scenariuszy, a jego gra była na tyle dużego kalibru, że ryzyko nie mieściło się w bezpiecznym polu. Robił interesy, układał swoje plany i realizował je, wiedząc jak wiele zdrowia może mnie to kosztować. Nie zakładał zapewne, że mogę stracić życie, ale to właśnie było ryzykiem. Dużym. Stracił kontrolę. Naraził mnie zupełnie świadomie, jednocześnie ćwierkając głośno i z przekonaniem, że kocha.
Więc która miłość była tą właściwą? Prawdopodobnie po żadnej ze stron po prostu jej nie było. Zwykła imitacja, wyobrażenie, któremu się poddaliśmy, by stworzyć najmniejsze pozory. Ulegliśmy ludzkim emocjom, chcąc choć w małej części poczuć się jak ludzie. Oto czym była nasza miłość.
Dobrze – wychrypiałem w końcu, wciąż mierząc Zacka odpychającym wzrokiem, który zdawał się obnażać go ze wszystkich sekretów w sposób brutalny i niewłaściwy. Moje palce poczęły miarowo stukać o oparcie, na którym spoczywały. – Rozbieraj się. – Poruszyłem powoli brwiami, przeszywając szatyna zimnym spojrzeniem.
Chcę cię przerżnąć. Rozbieraj się i idź do sypialni – nakazałem sucho, nie odnosząc się w żaden sposób do jego słów. Nie wyrażając żadnych emocji. Powiedział, że zrobi wszystko. Sprawdźmy jak wiele to wszystko oznacza. Nie miałem najmniejszej ochoty orientować się na uczuciowym gruncie. Chciałem się zrelaksować, ot co.
Albo się ugnie, albo wyjdzie. Każda opcja była dobra. Decyzja Zacka w nienaturalny wręcz sposób była mi obojętna. Odpalając leniwie papierosa czekałem aż spełni polecenie, albo uniesie się i pójdzie do diabła.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 5:41 pm

Mógłbym dać sobie rękę uciąć, że wiedziałem o czym konkretnie w tamtej chwili myślał Daniel. Wiedziałem o tym oczywiście dlatego, że gdybym ja to usłyszał po tym wszystkim, co przeszedłem – nie uwierzyłbym w to ani na sekundę. W miłość.
No i nie wierzyłem w to nigdy, że kiedykolwiek będę w stanie się zakochać. Jeszcze do niedawna byłem pewien, że głębsze pozytywne uczucia są dla słabych. Przy Danielu prawie rozważałem możliwość, że się myliłem. Wtedy kiedy powiedział, że też mnie kocha – zaufałem mu. Nigdy nie sądziłem, że to kiedyś od niego usłyszę. Dlatego tak bardzo mnie to cieszyło. Wręcz boleśnie.

Kane nie był tylko kolejną przeszkodą. Nie można było go od tak usunąć. Nie chciałem go usuwać. Długo wiec planowałem  to, co wprowadziłem w końcu w życie. Ryzyko było na tyle jednak ogromne, że niestety nie zdołałem zapobiec temu z łóżka szpitalnego. Nie miałem wówczas także ludzi, którym mógłbym powierzyć coś takiego. Zaufanie nigdy nie było moją mocną stroną. Jedyną osobą, którą zatem obdarzyłem czymś takim był Daniel.  
Zawiodłem go w najbardziej okropny sposób, na jaki było mnie stać – użyłem go do swoich celów. Porwałem się na zbyt wysokie góry i poświęciłem o wiele więcej niż miałem w zamiarze.

Nie spodziewałem się usłyszeć tych słów, które opuściły następnie usta Daniela. Dłuższą chwilę stałem tam osłupiały, wlepiając swoje nierozumiejące spojrzenie w Curtisa. Zajęło mi pewien moment powrócenie do zdolności reagowania. Odsunąłem się zatem od kanapy, zrobiłem kilka kroków w tył, rozważając te najbardziej obrzydliwą formę zapłaty, na którą musiałem się zgodzić jeżeli chciałem, żeby moje słowa nie były tylko kolejnym kłamstwem. To niczego wcale nie miało rozwiązać. Miało być tylko gorzej, mieliśmy się od siebie oddalić, a ja miałem zostać upokorzony. Oczywiście – zgodziłbym się w każdej chwili na to ostatnie, choć z trudem, ale musiałbym.
Powiedziałem, że zrobię wszystko, a skoro na wszystko składało się uprzedmiotowienie się – zrobię i to.
 -Sam mnie rozbierz –powiedziałem beznamiętnie i z okrążyłem kanapę powoli. Stanąłem przed Danielem i czekałem na jego ruch. –Nie chciałbym robić tego za ciebie –dodałem, posyłając Danielowi złośliwy uśmiech. Sięgnąłem dna, a teraz nawet i czegoś niżej.

Nasza relacja nigdy nie upadła tak nisko. Nawet te kilka lat temu byliśmy bliskimi przyjaciółmi. Daniel wówczas mnie zdradził i zakończył naszą przyjaźń i moje życie, a może wręcz przeciwnie – zaczął nowe? Otworzyłem wtedy oczy na kilka spraw. Przestałem przejmować się złem tego świata i skupiłem na tym, które dotyka mnie bezpośrednio – kłamstwa, fałszywość, płycizna emocjonalna, wyzysk. Chciałem położyć kres wszystkiemu temu z czym się ów wiązało i wykreślić całe to zło ze swojego życia. Starałem się zapomnieć o przyjaciołach, skupić na realnych wartościach takich jak pieniądze i sukces. Miłość była tylko kolejnym złem, bólem i słabością, których w swoim życiu miałem nadto. Chciałem stać się silniejszy i po długim czasie, staraniach okupionych cierpieniem –byłem tym, kim sobie wymarzyłem. Niemalże wykluczyłem wszystko, co złe ze swojego życia.
Poza jednym, ostatnim – miłością.
Ostatecznie i ją teraz w tej chwili mogłem usunąć, nie raniąc zbytnio siebie i Daniela. Mogłem uciec i zostawić za sobą uczucia, bo w ramach pokuty to właśnie wypadało zrobić.  Mi to jednak przecież było na rękę …prawda?
Niespodziewanie do moich oczu napłynęła wilgoć. Znów zacisnąłem zęby, nie pozwalając temu wyleźć na zewnątrz. Odrażająca, brzydka i niezgrabna emocja zwana żalem w swej groteskowej odmianie rozpaczy.
Nie byłem dzieckiem. Mogłem to powstrzymać.
Wbiłem spojrzenie w ziemię i powoli uniosłem materiał granatowego swetra do góry, by po chwili zdjąć go z siebie. Na moim ciele wciąż odznaczały się świeże blizny po kilku ostatnich urazach, które w większości spowodowały rzeczy tkwiące w kartonach roztrzaskanych moim ciałem, gdy zostałem w nie rzucony jakiś czas temu.

Opuściłem sweter na ziemię i zerknąłem przelotnie na Daniela, szukając wskazówek odnośnie tego, co mam robić w następnej kolejności.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Sie 12, 2016 7:25 pm


Zack nie mógł dostrzec w mym nieurywanym spojrzeniu żadnego zwątpienia czy wahania. Nie mógł również dostrzec uczuć, z którymi obcował do tej pory. Które niewymuszenie potrafiłem przed nim obnażyć. Rzekłbym nawet, że obdarowywałem nimi chłopaka. Tym razem na próżno było doszukiwać się w tym wzroku znajomego błysku. Cienie pod oczami podkreślały zimną, obcą formę przeszywającego spojrzenia. Z zagęszczającą atmosferę cierpliwością, czekałem na decyzję. I otrzymałem ją po kilku chwilach.
Nawet nie mrugnąłem słysząc słowa Zacka. W milczeniu wciąż mu się przypatrywałem, zaglądając głęboko w oczy. Leniwie spalałem papierosa, czekając aż wykona polecenie, miast przemycać własne zasady. Chwile oczekiwania uwieńczone zostały przez szatyna działaniem, mającym mnie usatysfakcjonować. Żadna oznaka satysfakcji jednak nie pojawiła się na mojej twarzy; właściwie wciąż nie gościło na niej nic. Myślę, że mogłem sprawiać wrażenie człowieka, który zajmował się podobnie emocjonującą rzeczą co robienie porannej kawy.
Przejechałem pozbawionym emocji wzrokiem po ciele chłopaka, gdy ten poddańczo ściągał z siebie sweter, który następnie smutno osunął się na panele. Widząc jego spojrzenie, wsadziłem papierosa między wargi, by powoli podnieść ciało z kanapy. Z pewnym niedbalstwem zbliżyłem się do Zacka, chwytając za pasek jego spodni. Jednym silnym ruchem, szarpiąc nim niedelikatnie, rozpiąłem zarówno klamrę, jak i po chwili rozporek. Zabrałem rękę, poświęcając chwilę na uchwycenie papierosa w palce i leniwe zaciągnięcie się. W międzyczasie, krytycznym wzrokiem zmierzyłem półnagiego chłopaka.
Kazałem ci iść do sypialni – przypomniałem sucho, wypuszczając z ust dym. Nie dałem chłopakowi okazji do zreflektowania się i wykonania polecenia. – Ale dobrze. Zrobimy to tutaj – dodałem beznamiętnie, okrutnie machinalnym gestem łapiąc go za ramię, które to w jednej chwili pchnąłem bez poszanowania, powodując, że Zack wylądował swym przodem na ścianie. Tak, jak klient popycha dziwkę, by prędzej przejść do rzeczy. Ja jednak wcale się nie spieszyłem.
Raz jeszcze przytrzymując papierosa w zębach, powoli ulokowałem się za Zackiem, by wcale niebrutalnie chwycić jego nadgarstki. Ułożyłem zgrabne dłonie na ścianie, powyżej jego głowy, dając tym samym znak, że mają tu pozostać. Nieadekwatnie pieszczotliwym gestem przejechałem po ich grzbiecie opuszkami, by w końcu zabrać ręce, jak i odsunąć się od chłopaka. Odszedłszy kawałek, zgasiłem papierosa w popielniczce. Z szuflady, nad którą ta stała, wyciągnąłem wazelinę. Nic bardziej odpowiedniego nie posiadałem w mieszkaniu.
Znów, milcząc zawzięcie, stanąłem za Zackiem. Szybkim, niedelikatnym ruchem zsunąłem jego spodnie wraz z bielizną. Jedna z moich dłoni przykryła dłonie chłopaka, druga zaś już po chwili bez wahania przesuwała się między pośladkami. Dwa palce wysmarowane wazeliną bez ostrzeżenia wdarły się do ciasnego wnętrza, rozciągając je natarczywie.
Żadnych pocałunków, żadnych słów, żadnych obietnic, żadnych uczuć.
Gdy był gotowy, z konieczności zsunąłem spodnie i własną bieliznę. Mocniej zaciskając palce na dłoniach chłopaka, drugą ulokowałem na pośladku, bezwstydnie odsuwając go, by ułatwić sobie wejście. W następnej chwili wsuwałem się już do środka.
I rżnąłem go. Po prostu rżnąłem. Przymknąwszy oczy wsuwałem się gwałtownie, licząc się jedynie ze swoją przyjemnością. Równie dobrze mógłbym pieprzyć dmuchaną lalkę. Nie myślałem o tym co czuje. Nie zdjąwszy nawet koszulki, umilałem sobie czas, popychając go w sposób, w jaki popycha się tanie, ruskie kurwy. Nie byłem ani delikatny, ani wyszukanie brutalny. Był to zwykły, wyzuty z emocji akt zwierzęcego barbarzyństwa.
Przyspieszyłem, dysząc z przyjemnością. Nawet na moment nie uchyliłem oczu. Nie wypowiedziałem choćby jednego słowa. Spuściłem się w jego wnętrze po jakimś czasie, wypełniając przestrzeń głośniejszym westchnieniem.
Po kilku sekundach trwania w jednej pozycji, niespiesznie wysunąłem się spomiędzy chłopięcych pośladków. Zabrałem dłonie, naciągnąłem niedbale spodnie i bez słowa, swobodnym gestem zgarnąłem z szafki paczkę fajek, z którą to udałem się na balkon, nie poświęciwszy Zackowi żadnej więcej uwagi.
W ten sam beznamiętny sposób wsunąłem w usta papierosa, zaciągając się nim głęboko. Oparłem plecy o chłodny mur, przymknąwszy oczy. W następnej chwili osuwałem się po nim, siadając ze stłumionym przekleństwem na podłodze. Z trwogą przesunąłem dłonią po twarzy, ostatecznie opierając czoło o zaciśniętą pięść. Ręka z papierosem przez długi czas zwisała bezwiednie, oparta o kolano. Popiół miarowo opadał na posadzkę, a ja oswajałem się z myślą, że tak – zależy mi na nim.
Czułem się źle. Nie jest to rzecz, którą robiłem pierwszy raz. Seks. Seks bez emocji, uprzedmiotowianie. Ale pierwszy raz miałem po nim wyrzuty. Wiedziałem jak wielkim poświęceniem dla Zacka były te chwile. Jak wiele kosztowało go to wysiłku, godności i wytrwałości. Dla niego była to najgorsza forma upokorzenia, a przyjął ją dzielnie, nie próbując się wycofać. Robiąc to udowodnił, że zrobiłby wszystko. Na tym i na innym gruncie.
Zrobił najgorszą rzecz, jaką mógł względem mnie uczynić. Odwdzięczyłem się tym samym, wykorzystując tę sytuację do znalezienia odpowiedzi.
Odchyliłem głowę, wzdychając ciężko. Resztki papierosa spoczęły w popielniczce, ja zaś podążyłem z powrotem w głąb pokoju, w którym wciąż był Zack. Zack, którego widok ścisnął mi serce.
Podszedłem do niego i bez słowa wplotłem dłoń w miękkie włosy, przysuwając głowę do własnej piersi. Ciasno objąłem chłopaka w pasie, pochyliwszy się na tyle, że mój nos zatopił się w brązowych kosmykach. Przymknąłem delikatnie powieki, głaszcząc spokojnie opuszczoną głowę.
Nie wracajmy do tego – szepnąłem uspokajającym, niepodobnym sobie, delikatnym tonem. Nie miałem na myśli tylko tego co właśnie zaszło. Pragnąłem, byśmy zostawili za sobą to czego dopuścił się Zack i to jak mu się odwdzięczyłem także.
Odsunąłem się na milimetr, by ostrożnie ująć podbródek chłopaka i unieść go nieznacznie. Zajrzałem w błękitne, wilgotne oczy. Palce, które głaskały wcześniej jego włosy, teraz ścierały leniwie łzy z jasnych policzków.
Przepraszam za wstrząs mózgu i wszystkie blizny. – Mój głos pomimo swej szorstkości i chrapliwości, tym razem brzmiał niezaprzeczalnie przyjemnie. Być może miał na to wpływ półszept, którym mówiłem. – Kocham cię – dodałem cicho, nie odrywając wypełnionego prawdą spojrzenia od burzowej barwy błyszczących tęczówek Zacka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sie 14, 2016 2:49 am

Chciałem bólu, czuć wściekłość Daniela. Nic takiego się nie stało. Daniel nie był specjalnie gwałtowny. Robił to zupełnie tak, jakby go nie było czy też tak, jakbym to ja się nie liczył.
W rzeczywistości – tak właśnie miało być. To była moja kara i nienawidziłem jej. Każda kolejna sekunda upokorzenia budziła we mnie obrzydzenie do samego siebie.
Marzyłem o tym, żeby koniec wreszcie nadszedł.

W końcu nastąpił ów długo przeze mnie wyczekiwany. To wszystko nie trwało wcale długo, ale każda chwila dłużyła się dla mnie w nieskończoność.
Daniel zniknął na balkonie, a ja dopiero wtedy odważyłem się ruszyć. Oparłem się ze zmęczeniem plecami o ścianę. Spojrzałem w dół na swoje spodnie i bieliznę zsunięte do kostek. Ten żałosny widok ścisnął moje gardło i mimo, że do samego końca starałem się powstrzymywać łzy, teraz te wydawały się już nie zważać na jakiekolwiek bariery wstydu i dumy. Kilka gorzkich kropel spłynęło po moich policzkach, a w ślad za nimi parę kolejnych odważyło się podążyć.

Otarłem twarz nerwowym ruchem dłoni i doprowadziłem się do względnego porządku chusteczkami. Niedbale naciągnąłem spodnie wraz z bielizną na biodra i nie zapinając spodni, zrobiłem krok w kierunku swojego swetra rzuconego na ziemię. Dotarłem do ów i podniosłem go z ziemi, by wciągnąć go na tors. Poza tym nie zdążyłem zrobić niczego bowiem Daniel w następnej chwili pojawił się w drzwiach balkonu, by zbliżyć się do mnie nadal tkwiącego we wnętrzu mieszkania. Ja zaś nadal nie pozbyłem się całej wilgoci z policzków.

Niespodziewanie Daniel przygarnął mnie do siebie, wplatając palce pomiędzy kosmyki moich włosów. Nie oponowałem choć nie do końca orientowałem się w tym, co też się dzieje.
Odruchowo w odpowiedzi także go objąłem. Wtedy też po krótkiej chwili Daniel się odezwał, a ja w reakcji na to z ulgą wtuliłem twarz w jego tors i pozwoliłem kilku kolejnym łzom wydostać się. Jego głos zupełnie różnił się od tego szorstkiego tonu jakim raczył mnie do tej pory. Ten delikatny dźwięk skutecznie wywołał we mnie kolejną falę ulgi, którą zaznaczyłem jedynie cichym miauknięciem.  
Nic nie mogłem poradzić na ten nagły emocjonalny wzrost.

Niechętnie dałem swoją twarz ująć na za podbródek i wystawić na działanie spojrzenia Daniela. Zamiast jednak spróbować udawać, że wszystko jest w normie – przestałem się powstrzymywać. Daniel widywał mnie w o wiele bardziej żałosnym stanie. Prawdopodobnie naoglądał się moich łez już wcześniej. Niczego się nie wstydziłem, zwłaszcza w obliczu tego, że przecież jeszcze chwilę temu sądziłem, że już nigdy nie zdobędę się na to, by pokazać mu się na oczy.
Tyle razy mogłem go stracić.
 -Też cię kocham –wybełkotałem i spróbowałem się uśmiechnąć. –Naprawdę.

***

Zamiast od razu uciekać do domu w popłochu – zdecydowałem się na szybki prysznic, na który w rzeczywistości przeznaczyłem więcej czasu niż sądziłem, że potrafię.
Z uwagi na ogromną różnicę między mną a Danielem we wzroście mogłem sobie pozwolić jedynie na pożyczenie od chłopaka jego starych ubrań, które w rzeczywistości nadal były o wiele na mnie za duże.

Daniela zastałem na kanapie, popijającego whisky i drapiącego swojego czteronogiego, pokaźnych rozmiarów przyjaciela za uchem.  
Zająłem miejsce nieopodal niego na tym samym meblu i przez dłuższą chwilę jedynie przyglądałem się chłopakowi w spokoju. Ten zaś pozwalał mi na to, więc dopiero po pewnym czasie zdecydowałem się odezwać.
 -Jak się czujesz? –spytałem cicho i przysunąłem się do Curtisa o kilka centymetrów.
Zlustrowałem siedzącą sylwetkę Curtisa od stóp do głów i nadal ta wydawał się być tak samo słaba oraz niezdrowa.
 -Wiem, że to trochę wcześnie, ale chciałbym, żebyś ze mną wrócił do Los Angeles –odparłem po krótkiej chwili ciszy. –Na stałe.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sie 14, 2016 8:06 pm


Wstydzę się tego jak wyglądam. Blizny pozostałe po feralnych wydarzeniach sprzed dwóch miesięcy, przypominają jak żałośnie się poddałem. Nie musiało do tego dojść. To prawda, że Zack popełnił duży błąd ryzykując moim życiem i rozporządzając nim tak, jakby rzeczywiście miał do tego prawo. Ale wina leżała także po mojej stronie. Z reguły nie jestem idiotą, myślę rozsądnie, przewiduję wydarzenia i nad wszystkim panuje. Tak przynajmniej było kiedyś, przed wypadkiem, zanim jeszcze pojawił się uraz. Tabletki lekko mnie przyćmiewały, ale dawałem radę. Moim największym błędem było to, że przestałem nad sobą pracować, zażywać leki i wierzyć, że jest mi to potrzebne. Zaufałem w jakiś sposób swojemu umysłowi i to był błąd większego kalibru niż ten, którego dopuścił się Zack. Co gorsza, po wysłaniu chłopaka do szpitala, zamiast stanąć na nogi i próbować pozbierać do kupy resztki godności oraz strzępki tego właśnie rozsądku, ja poszedłem inną drogą. Najżałośniejszą, jaką mogłem pójść. Poddałem się, a jedna zła decyzja goniła drugą. Nie posłuchałem Drake'a, który prosił, bym nie robił głupstw. Zrobiłem i skończyłem jak skończyłem.
A blizny i stan mojego ciała oraz psychiki nie pozwalały zapomnieć jak się zachowałem. Z konieczności musiałem odłożyć na bok winę Zacka, nie chciałem przecież, by dłużej przeszkadzała nam w kontakcie między nami. Dążyłem do poprawy. Ale swojej winy nie było tak łatwo pozbyć się z głowy; nie mogłem sobie wybaczyć. Nienawidziłem się bardziej niż kiedykolwiek i cząstka mnie to pokazywała. A ja nie potrafiłem skutecznie zamaskować swego stanu i to pogrążało mnie jeszcze bardziej.
I teraz jedyne co byłem w stanie robić to siedzenie rozwalonym na kanapie, popijanie whisky i głaskanie psa. Nawet, gdy wiedziałem, że Zack tu jest, wyjdzie zaraz z łazienki i zobaczy ten nieciekawy obrazek. Myśl, że wszystko ma być lepiej, a może nawet choć trochę dobrze nie stawiała mnie na nogi. Co więc miało postawić?
Zack wyszedł z łazienki, lecz najwyraźniej nie zamierzał opuścić mojego mieszkania. Nie wiedziałem jak czuć się z tą świadomością. Z jednej strony chciałem by został, z drugiej – nie chciałem, by był świadkiem tego wszystkiego. Nie Zack.
Nie uniosłem wzroku na chłopaka, wciąż siedząc w ten sam sposób i pozwalając mu na przyglądanie się. Czując jego wzrok na sobie miałem ochotę się rozpłynąć, albo go oślepić. Ale nie mówiłem nic, czekając, aż chłopak się odezwie, wiedziałem bowiem, że ma coś do powiedzenia. Sądziłem nawet, że wiem co i jak się okazało, nie pomyliłem się.
Moje spojrzenie powoli podniosło się na Zacka, nie ujawniając żadnych konkretnych emocji. Uchyliłem usta, jakbym miał odpowiedzieć, te jednak powoli z powrotem się zamknęły. Z głośnym westchnięciem, przejeżdżając dłonią po włosach, wyprostowałem się, by zaraz oprzeć łokcie o kolana i wyciągnąć papierosa. Arnie czując poruszenie, leniwie powędrował do kotów. Jeszcze raz utkwiłem czarne tęczówki w Zacku, przejeżdżając krótko palcami po swym podbródku.
To nie jest dobry pomysł – odrzekłem po dłuższej chwili milczenia, zaglądając w niebieskie tęczówki. W rzeczy samej, to nie był dobry pomysł. Nie byłem sobą. Potrzebowałem czasu, by się ogarnąć, by zrobić coś ze swoim umysłem, wrócić do tego co było, choć w minimalnym stopniu. Nie chciałem zwalać się na głowę Zacka, tutaj było mi dobrze. Na tę chwilę zamieszkanie razem nie wchodziło w grę. Nawet jeśli w dziwny sposób teraz staliśmy się poniekąd wspólnikami i nie dzieliła nas różnica w interesach. Tak naprawdę ta sytuacja wcale nie była lepsza. Dni mijały przybliżając nas do tego momentu, w którym Drake postanowi usunąć chłopaka. Nie wyobrażałem sobie bowiem, by dał mu wyjść kiedyś spod swojej kontroli, a jednocześnie wiedziałem, że Zack nie da się kontrolować. Drake będzie musiał podjąć wtedy decyzję o współpracy, nieingerowaniu lub zabiciu. Choć opcji zapewne było więcej niż te trzy, nie próbowałem nawet wierzyć, że wybierze którąkolwiek inną. Ale co ja tam wiedziałem? Teraz, najprościej mówiąc, wielkie nic. Nie byłem w stanie zdrowo myśleć. Ich układy w tym momencie to było zbyt wiele. Nie chciałem być ich częścią, choć w pośredni sposób byłem do tego zmuszony.
Świadomie nie odpowiedziałem na pytanie chłopaka. To jak się czuję jest widoczne, a pytanie było głupie, nawet jeśli wysunięte z dobrej woli. Nie wymagało żadnej odpowiedzi. Było widać bardziej niż kiedykolwiek. Dlatego na razie nie chciałem nic zmieniać. Nie chciałem przebywać z nim w takim stanie.
Wiesz, Zack... – wychrypiałem, patrząc już nie na chłopaka, lecz przed siebie. Spokojnie dopalałem papierosa. – Byłem wściekły na Kane'a – mówiłem powoli, zamyślając się lekko.
Chciałem mu zrobić tyyyyle złych rzeczy. – Prychnąłem z lekkim rozbawieniem, strzepując popiół i upijając łyk whisky. – A potem zacząłem sobie wyobrażać, jak giniesz na moich oczach. A ja nic nie robię. Patrzę i nic nie robię. – Uniosłem spojrzenie na chłopaka, wpatrując się w niego z zastanowieniem.
Nie zabiłem go wtedy kiedy powinienem – odrzekłem po krótkim milczeniu, gasząc papierosa i dokańczając whisky, by zaraz dolać więcej. – Powinienem to teraz naprawić – rozciągnąłem usta w mało przyjemnym, lecz na swój sposób delikatnym uśmiechu – ale bardzo mnie rozzłościł, dlatego tego nie zrobię. – Moja dłoń powędrowała na policzek Zacka. Palec przesunął się powoli po słodkich wargach. Nie odrywałem spojrzenia od jasnych tęczówek.
Jesteśmy złymi ludźmi, Zack – szeptałem, zerkając spod powiek z pewną fascynacją. Świadomie i z rozkoszą zagłębiałem się w to spojrzenie. – To takie przyjemne, prawda? – Uśmiechnąłem się zupełnie naturalnie, zjeżdżając spojrzeniem na usta, po których wciąż leniwie sunął mój kciuk. Po krótkiej chwili zastąpiły go moje własne wargi.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sie 15, 2016 3:57 am

Daliśmy sobie dużo czasu na to, żeby się pozbierać. Teraz potrzebowaliśmy chwili na to, żeby znów oswoić się ze sobą i nową sytuacją, w której obaj tkwimy. Minie wiele czasu zanim będziemy mogli bez jakichkolwiek wyrzutów skierowanych do samych siebie cieszyć się tym, co w końcu osiągniemy. Miałem nadzieję na to, ze prędzej czy później – będziemy mogli pozwolić sobie na chwilę spokoju. Oboje na nią zasługiwaliśmy i równie mocno ów potrzebowaliśmy.
Jestem gotów zrobić wiele, by w końcu znaleźć dla mnie i Daniela taką chwilę.

Daniel nie odpowiedział na moje pytanie, zapewne sądząc, że skoro z pewnością nie czuję się dobrze – na pewno nie musi wcale nadmieniać tego, że czuje się źle. Dokładnie tak samo zresztą źle, na które wskazywał jego obecny obraz.
Westchnąłem cicho, nieco się przy tym uśmiechając, gdy dotarły do mnie słowa Curtisa. Po raz kolejny z niemal stuprocentowym przekonaniem mogłem powiedzieć, w którą stronę podążyły jego myśli. Znałem jego wątpliwości zbyt dobrze. Zawsze wstrzymywały go dwie rzeczy – praca i Drake. Teraz sam potrafiłem także wysnuć kolejny, dodatkowy powód, którym był jego stan wewnętrzny.
 -W porządku –powiedziałem tylko. Jeżeli będę musiał poczekać to właśnie to zrobię.

Daniel zdjął swoje spojrzenie ze mnie i skierował je przed siebie. Jego wzrok stał się nieco bardziej odległy, gdy zaczął mówić. Pewnie w związku z zagadnieniem, które poruszył tak właśnie się działo.
Nie przerywałem mu. Moja wyobraźnia pracowała na najwyższych obrotach, gdy niemal rzeczywiste obrazy pojawiają się przed moimi oczami.
Nigdy nie próbowałem zrozumieć Kane’a. Od samego początku klasyfikowałem go tylko i wyłącznie jako kogoś, kto ma swoje własne, niezrozumiałe dla mnie wartości i swoja przykrą przeszłość, z którą tamte się wiązały. Nie chciałem posuwać się do empatii, bo bycie profesjonalistą z biegiem lat mnie do tego zniechęciło. Podczas zatem, gdy Kane powoli przywiązywał się do mnie i próbował dotrzeć do jakiejś cząstki prawdziwego mnie – ja nadal kpiłem z niego w okrutny sposób. Do samego końca gardziłem nim i jego ckliwością.

Nienaturalnie zimna dłoń Daniela podążyła do mojego policzka, a jego oczy spotkały się z moimi. Nawet w tym stanie Curtis nadal był najbardziej niesamowitym człowiekiem jakiemu kiedykolwiek pozwoliłem się tak sponiewierać, jakiego kiedykolwiek widziałem. Moje chore upodobania tym razem wcale nie były aż tak różniące się od estetyki tłumu – Daniel był cholernym dziełem sztuki.

Delikatnie, w pewnym odruchu sięgnąłem zębami do wargi, której chwilę temu dotykał Daniel. Moje oczy z zainteresowaniem błądziły po twarzy chłopaka, a uszy chłonęły zachwycający dobór słów, które łączyły się w tym bardziej godne podziwu znaczenia.
Jeszcze zanim moje usta spotkały się z tymi Daniela, całe powietrze uciekło z moich płuc.

Zachęcająco rozchyliłem usta, wpuszczając do środka język Curtisa. Z każdą następną sekundą coraz bardziej zatracałem się w tym, a tęsknota, która sprawiała mi dotychczas fizyczny ból, wreszcie ustąpiła, a w jej miejsce pojawiło się coś w rodzaju szczęścia i ulgi.
Oderwałem się od ust Daniela, lecz nadal nie odsunąłem się na tyle daleko, by nie dzielić z nim intymnej sfery bliskości. Może i rozsądnym byłoby przerwać to w tym momencie, rozstać się na tę chwilę z kilkoma miłymi wspomnieniami z dzisiejszego dnia.
Perspektywa tego, że mogą być jeszcze milsze skutecznie skłoniła mnie do dalszego działania.

Sięgnąłem do drugiej dłoni Daniela, w której ten trzymał szklankę z trunkiem. Pozbawiłem ów zeń i odstawiłem na stolik znajdujący się obok kanapy.
 -Skoro nie masz zamiaru zabijać Kane’a… to co w takim razie z nim zrobisz? –spytałem, powoli podnosząc się z kanapy i ciągnąc za sobą do góry ramię Daniela. Miałem nadzieję, że on także zechce udać się ze mną do własnej sypialni. Nowe, lepsze wspomnienia wymagały nieco sympatyczniejszej scenerii.
 -Chodź –mruknąłem. –Pokażesz mi w końcu gdzie trzymasz tę swoją bieliznę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Sie 16, 2016 12:37 am


Zack zaskakująco łatwo się zgodził, a ja mogłem jedynie uśmiechnąć się pod nosem. Tym razem nie miał zamiaru się wykłócać i bardzo dobrze, bo nic by mu to nie dało. Efektem byłaby jedynie kolejna niepotrzebna kłótnia. Chłopak zdawał się to rozumieć, a ja w pewien sposób cieszyłem się tym zrozumieniem. Nie odpowiedziałem, uznając temat za zakończony.
Dopiero, gdy skończyłem mówić, a swój monolog uwieńczyłem gorliwym pocałunkiem, zrozumiałem jak wszystkie te słowa wpłynęły na Zacka. Nie taki był mój cel, bo właściwie celu nie było żadnego. Zamyśliłem się, zacząłem głośno myśleć, a przy okazji podkręciłem Zacka, co było mi jak najbardziej na rękę. Po dwóch miesiącach mógłbym go wziąć teraz choćby z milion razy. W zasadzie należało to zrobić, by zatrzeć wrażenie po ostatnim razie, którego mimo wszystko wolałem, by Zack nie pamiętał. Nie był mi obojętny, nie chciałem więc, by tak się czuł, choć nauczka mu się należała. Miał okazję zobaczyć jak traktuję ludzi, których mam gdzieś, a prawdę mówiąc, w tamtej chwili takim właśnie człowiekiem był dla mnie chłopak. Miałem nadzieję, że nigdy więcej się nim nie stanie, bo gdyby dał mi jakiekolwiek powody, by stracić w moich oczach do tego stopnia – nie zdobyłbym się na wybaczenie. Mam swoją cierpliwość i swoje granice. Wiedziałem oczywiście, że nasz tak zwany związek nie będzie usłanym różami i innymi gównami. To wszystko przesiąkało toksycznością, ale my tę toksyczność lubimy. Dopóki nie wymknie się spod kontroli.
Pocałunek był długi i namiętny, a ja coraz mocniej zatracałem się w kolejnej fali podniecenia, która nie miała nic wspólnego z tą sprzed godziny. Tęskniłem za tą namiętnością, dlatego teraz otwarcie i bez wstrzymania dawałem jej upust. Przez te dwa miesiące nie miałem okazji, by poczuć cokolwiek; jakiekolwiek silniejsze emocje, uczucia, pragnienia. Teraz więc pojawiały się uderzając we mnie ze zdwojoną siłą. Musiałem przyznać, że to bardzo miłe uczucie.
Mruknąłem z dozą niezadowolenia, gdy pełne wargi Zacka osunęły się, a długie palce sprawnie pozbawiły mej dłoni trzymanej do tej pory szklanki. Nie protestowałem jednak, czująco do czego zmierza Zack. Słuchając jego pytania, bez zwlekania również podniosłem się z kanapy, by szybko jeszcze raz sięgnąć po szklankę, opróżnić ją jednym haustem i objąć Zacka ramieniem. Uśmiechnąłem się tajemniczo, przyciągając chłopaka bliżej siebie. Przez chwilę moją odpowiedzią było jedynie krótkie "hmmm", me oczy zaś powędrowały do sufitu, jakbym faktycznie intensywnie nad czymś rozmyślał.
Nie wiem... – mruknąłem, przenosząc spojrzenie na twarz chłopaka. – Wciąż się zastanawiam, czy jestem na tyle okrutny, by zostawić go tobie. – Uśmiechnąłem się znacząco, kontynuując podróż do sypialni, choć bynajmniej nie po to, aby pokazywać ułożenie swej bielizny w szufladach.
Moje słowa choć ubrane były w żart, nie do końca nim były. Czas, który spędziłem z Zackiem pokazał mi jak mocno zmieniła się jego psychika w ciągu tych wszystkich lat. Każdy kolejny występek chłopaka pokazywał do czego ten jest zdolny. Nie był wcale lepszy ode mnie – wiedziałem jak bezduszny potrafi być. Dlatego faktycznie najlepszym rozwiązaniem mogło okazać się pozostawienie Kane'a jemu i jego wolnej ręce. Choć karą dla mężczyzny mogło być samo to, że wciąż żyje. Bowiem życie z tą frustracją, którą przyniosła mu śmierć kochanka i niepowodzenie zemsty, musiało być straszne. Dlatego właśnie nie zamierzałem go zabijać. Niech egzystuje bez żywej duszy zdolnej do przejawu jakichkolwiek cieplejszych uczuć względem niego. Niech żyje ze samym sobą, wiedząc, że i on nie jest już w stanie nikogo obdarzyć prawdziwymi emocjami. Zdany na Zacka i jego wyobraźnię. Niewolnik chłopięcych ambicji i ofiara nietuzinkowego szaleństwa. Chciałem na to patrzeć i to wystarczyło, bym miał satysfakcję. Więc tak, jestem wystarczająco okrutny, aby pozostawić tę żałosną istotę w rękach mego słodkiego, niezrównoważonego partnera.
Dotarliśmy na półpiętro, a za chwilę także do sypialni. Zamknąłem za nami drzwi, by po chwili objąć Zacka od tyłu i złożyć kilka leniwych pocałunków na jego szyi. Ostatecznie swoje usta zatrzymałem na poziomie jego ucha, by przygryźć je lekko i wyszeptać kilka niezobowiązujących słów.
Wiesz, że sam złamałem twoje hasło? – wymruczałem zaczepnie, uśmiechając się półgębkiem z dyskretnym rozbawieniem. – Kto by pomyślał, że taki z ciebie romantyk. – Zaśmiałem się już mniej dyskretnie, zsuwając w międzyczasie jedną dłoń z wąskiej tali, na rzecz interesującego miejsca między zgrabnymi nogami. Moja dłoń niespiesznie przesuwała się po lekkim wybrzuszeniu, a nogi postępowały naprzód w stronę łóżka, popychając delikatnie chłopaka w tamtą stronę. Moje usta wciąż z uwielbieniem pieściły długą szyję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 517
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Sie 16, 2016 3:43 am

Uśmiechnąłem się, będąc w pełni usatysfakcjonowanym odpowiedzią, której udzielił Daniel w temacie Kane’a. Moja wesołość graniczyła jednak wówczas z niezdrowym rozbawieniem. Oczywiście, że mogłem z jego życia zrobić najgorsze piekło, któremu nawet miliard najbardziej okrutnych powtórnych konań by nie dorównywało. Śmierć w tym przypadku byłaby jednak zbawieniem. Ja nie miałem zamiaru pozwolić mu umrzeć. Dopuścił się czegoś, czego nie powinien był nigdy i teraz będzie żałował tego, że najpierw nie zabił mnie zanim zabrał się za męczenie Daniela. Zemsta będzie słodka – przynajmniej dla mnie.
 -Dajesz mi zbyt wiele władzy nad jego życiem –wymruczałem, tonem wskazującym na dość jednoznaczny zamiar. –To może się skończyć tylko w jeden sposób.

Miałem wiele planów związanych z tym, jak potoczy się przyszłość Jaydena. Teraz, pod moją nieobecność, chłopak tkwił nadal w sztucznie utrzymywanej śpiączce. Jeszcze dwa miesiące temu nie wiedziałem co z nim zrobić, gdy już wstępnie ukarałem go za to, jak skończył Curtis. Szybko okazało się, że dzięki mnie nie będzie już nigdy w stanie chodzić, a terapia choć kosztowna – i tak niewiele da. Do pewnego momentu, jeszcze miesiąc temu, byłem ukontentowany takim stanem rzeczy. Potem przestało mi to wystarczać. Kane nadal żył i choć po tym, jak się obudzi – resztę życia spędzi na wózku – to i tak nadal będzie w stanie funkcjonować na podobnej zasadzie, co do tej pory, czyli zupełnie pustego i beznamiętnego egzystowania z dnia na dzień. Im jednak dłużej zastanawiałem się czy jestem w stanie jego życie obrócić w jeszcze większy bezsens, tym bardziej chciałem to sprawdzić.

W końcu znaleźliśmy się w sypialni Daniela, a ja zatrzymałem się na chwilę przed jego łóżkiem. Pamiętałem swoje obawy sprzed pewnego czasu, gdy znalazłem się tu po raz pierwszy. Teraz te zniknęły i zastąpiło je coś zupełnie innego, różnego od tego niewinnego poddenerwowania, którym raczyłem się zanim relacja moja i Daniela rozwinęła się w tak ciekawy sposób.
Westchnąłem cicho, czując jak ramiona chłopaka oplatają moją talię, a ciepłe usta dotykają delikatnej skóry szyi. Machinalnie odchyliłem ów, by ułatwić Curtisowi dostęp do swojego ciała pod każdym względem.
Wtedy też Danny niespodziewanie się odezwał, a gdy tylko dotarło do mnie znaczenie słów chłopaka – roześmiałem się cicho i delikatnie, lecz na głos.
 -Wszystkie moje hasła odgadnąć możesz tylko ty –powiedziałem, uświadamiając to sobie chwilę wcześniej. Nie spodziewałem się po sobie takiej czułostkowości, ale wszystkie moje autorskie nazwy programów, hasła do folderów i zastrzeżonych treści w telefonach czy komputerach były niejako związane z Danielem, datami, które mówiły cokolwiek tylko nam dwóm czy też liczbami, zwrotami, hasłami i nazwami, na które wpaść mogłem tylko ja, a Daniel był w stanie się ich łatwo domyślić.
 -Albo ktoś z dostępem do książeczek zdrowia moich kotów… –dodałem po chwili, uśmiechając się z jeszcze większym rozbawieniem. –Nie mówiłem ci o tym, ale kupiłem sobie kolejne dwa.
Nie mogłem się doczekać aż Curtis pozna w końcu Enigmę i Debussy’ego, bo byłem niemal pewien, że skoro chłopak polubił Ramone’a – tę dwójkę pokocha.
 -Poza tym… –zacząłem ponownie i przerwałem sobie cichym westchnieniem, gdy dłoń Curtisa drażniąco przesunęła się po moim kroczu. –Poza tym sam musisz być nie lada sentymentalistą skoro sam wpadłeś na coś takiego jak tamto hasło –zauważyłem.

Obaj byliśmy skończonymi idealistami, skrytymi marzycielami i zarazem błędnymi rycerzami tego mrocznego padołu, w którym mieliśmy tylko siebie nawzajem do towarzystwa. Nie dlatego, że byliśmy na siebie skazani, a dlatego, że tak właśnie wybraliśmy. Byłem beznadziejnie przywiązany do Daniela i równie panicznie bałem się stracić zbyt duża cząstkę samego siebie na rzecz miłości i jakichkolwiek innych emocji. Bywałem bezduszny, okrutny, arogancki i wypaczony, więc cierpienie było rzeczą, której spodziewałem się na swojej drodze doznać jeszcze wiele razy.  Gdyby to nie Daniel był tym, którego wybrałem dla siebie – nie sądzę bym pozwolił sobie na kochanie kogoś innego niż on.

Moje nogi dotknęły brzegu łóżka i w jednej chwili pozycja moja i Daniela odwróciły się. Teraz to Curtis zmuszony został, by usiąść na łóżku podczas, gdy ja stanąłem nad nim, spoglądając w jego czarne oczy z góry.
 -Tym razem możesz ze mną zrobić co tylko zechcesz –powiedziałem niemal szeptem, gramoląc się przy tym na kolana Daniela okrakiem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 562
Join date : 02/07/2015
Age : 22

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Paź 12, 2016 10:47 pm


Pewnie miał rację. Dawałem mu zbyt wiele władzy, a z władzą Zack potrafił zrobić niewyobrażalnie dużo złych rzeczy. To mogło się skończyć tylko w jeden sposób i tak właśnie się skończy. Czy nienawidziłem Jeydena do tego stopnia? Czy w ogóle go nienawidziłem? Miałem mu pewne rzeczy za złe, szczególnie w tych momentach, w których traciłem wzrok i nie poznawałem swojego głosu. Albo patrzyłem na zbyt wyraźne blizny przeglądając się w lustrze. Albo, gdy wchodziłem pod prysznic z sercem bijącym tak szaleńczo, jakbym zamierzał skakać z klifu. Tak, mogłem z czystym sumieniem rzec, że nie pałam sympatią do Kane’a. Ale nie nazwałbym tego nienawiścią. Rozumiałem przecież jego motywy, sam na jego miejscu pewnie zachowałbym się w podobny sposób, tyle że z lepszym skutkiem. I zacząłbym od kastracji, wyrwania języka, albo wydłubania oczu. Lub przypalania każdego skrawka jego ciała. Nadziania go na rozgrzane, zaostrzone pręty. Było tyle ciekawszych możliwości, które mogły zostawić trwalsze piętno na ciele, nawet gdyby ktoś nam przeszkodził. Na szczęście Kane miał w tych sprawach widocznie mniejsze doświadczenie i prawdopodobnie mało wyobraźni. Albo zbyt wiele pewności siebie, skoro najgorsze zostawił na koniec, o ile to miało nastąpić. Dzięki mu za to. W każdym razie, nie nienawidziłem go, a jednak oddałem całkiem w ręce Zacka. Powód był prosty. Nie miałem żadnego celu w tym, by tego nie robić. Na tej linii byłem całkowicie wyzbyty z empatii i jak zakładam, nie można mnie za to winić.
Niespiesznie pieszcząc wybrzuszenie w spodniach Zacka i równie leniwie, zaczepnie go całując, słuchałem ze średnim zaangażowaniem tego, co mówi. Uśmiechałem się pod nosem, musząc przyznać mu rację. Sam fakt, iż wpadłem na możliwość istnienia takiego, a nie innego hasła, świadczył również nieco o mym własnym podejściu. Nie tak jednak dużo, jak w przypadku Zacka. Informację o kotach, tak jak i każdą inną, chwilowo zignorowałem. Byłem zbyt pochłonięty ciałem Zacka, którego w końcu znów miałem całego dla siebie, by przejmować się tak nieistotnymi informacjami. Zbyt długo czekałem, by móc teraz skupić się na czymkolwiek innym. Co więcej, wciąż musiałem się pilnować, by nie stracić panowania. A w tej sytuacji, było to cięższe niż kiedykolwiek. Mimo znacznego otępienia spowodowanego lekami, całe napięcie boleśnie szukało ujścia. Bardziej niż kiedykolwiek, nie miałem ochoty na delikatne pieszczoty i niewinny seks. Było to zbyt widoczne w moich nieskoordynowanych, choć wcale nie pospiesznych ruchach. Atmosfera wokół nas pełna była napięcia i byłem bardziej niż pewny, że Zack również to czuje.
Nie stawiałem oporu, gdy chłopak odwrócił role, popychając mnie do tego, bym usiadł. Choć miałem przemożną ochotę szarpnąć nim, przyciągnąć gwałtownie i wskazać miejsce, poza które nie powinien się wychylać, zacisnąłem szczękę, patrząc spod powiek z widocznym zniecierpliwieniem. Z żądzą, która była niemalże namacalna. Moja dłoń sama podążyła do twarzy Zacka, muskając drażniąco policzek, by powoli zjechać na smukły kark. Gdy chłopak znów się odezwał, ja niczym zahipnotyzowany, uchylając nieświadomie wargi, przyglądałem się własnej dłoni obejmującej delikatnie wyeksponowaną szyję. Moje ciało było całe napięte, dłoń jednak zaledwie muskała jasną skórę. Słuchając pozornie nieuważnie słów Zacka, przesuwałem kciukiem po szybko bijącej tętnicy.
Nie wiesz co mówisz – wymruczałem głosem jeszcze bardziej zachrypniętym niż dotąd, z fascynacją wciąż wpatrując się we własną dłoń, której tak niewiele brakowało, by sprawić mu tyle bólu. By odciąć dostęp do powietrza, postawić na granicy świadomości i zmusić do błagania o chwilę wytchnienia. Krew w moich żyłach zapulsowała gwałtownie i z całą pewnością Zack poczuł to wyraźnie między swoimi pośladkami. Ze zduszonym westchnięciem przymknąłem oczy. – Nie masz pojęcia – wyszeptałem ledwie dosłyszalnie, będąc ustami zaledwie milimetry od warg chłopaka.
Następna sekunda była tą, w której palce zbyt mocno wpiły się w drobną szyję, w moment przyszpilając ją do poduszki. Ustami bez grama cierpliwości zaatakowałem usta chłopaka, odcinając mu całkowicie dostęp do powietrza. Czułem się jak w przyjemnym amoku. Nie chciałem tego powstrzymywać. Przyzwolenie chłopaka, nawet jeśli wypowiedziane bez zastanowienia, pozbawiło mnie ostatnich hamulców. Zachłannie całowałem ciepłe, wilgotne wargi, a moja dłoń niemalże miażdżyła odsłoniętą krtań. Druga stanowczo rozsunęła szczupłe nogi, między które wdarłem się ze swoim kolanem. Nie wiem ile to trwało. Straciłem panowanie. Wydawało mi się, że tylko na moment. Jednak, gdy odsunąłem się od zmaltretowanych warg, Zack był bliski omdlenia. Chwile się przeciągały, ja zaś bezlitośnie wpatrywałem się w burzowe, gasnące tęczówki. Na moje usta wpłynął pełen satysfakcji uśmiech. Uścisk nie zelżał na sile nawet na moment. Wydawałoby się, że już nie zamierzał. W moich oczach czaiło się szaleństwo, byłem tego pewien.
Nacisk ustąpił. Wiedziałem, gdzie pojawia się granica. Wbrew ogólnym pozorom, panowałem nad wszystkim.
Spokojnie kotku, nie dam ci tak szybko odpłynąć – wyszeptałem szorstko, uśmiechając się wciąż w ten sam sposób. Dłoń, która dotąd spoczywała na szyi, lekceważąco poklepała blednący policzek. Słowa zwieńczyłem niewinnym pocałunkiem w kącik wilgotnych ust.
Tak wiele możliwości. Tak dużo pragnąłem mu uczynić. Tak wiele krzywdy wyrządzić. Tak wiele słów usłyszeć. Zmusić do rzeczy, których nigdy by się nie dopuścił. Choćby chciał, nie pozwoliłbym mu się teraz wycofać.
Na moich ustach nieustannie czaił się coraz mniej przyjemny, nienaturalny uśmiech.
Powoli zabrałem dłonie z dochodzącego do siebie ciała. Wstałem z łóżka, bez słowa odwracając się tyłem do chłopaka. Sięgnąłem do dolnej szuflady jednej z szafek, a Zack mógł się zorientować co z niej wyjąłem w momencie, w którym przestrzeń wypełnił charakterystyczny dźwięk odbezpieczanej broni.
Trzymając w dłoni pistolet, odwróciłem się przodem do chłopaka, patrząc na niego znacząco. Moja dłoń swobodnie zwisała przy udzie. W ten sam cierpliwy sposób znów zbliżyłem się do łóżka. Usiadłem na jego skraju, a zawisnąwszy nad Zackiem, zimną stal przystawiłem do czerwonych, lekko podrażnionych ust.
Wysuń język i liż. Pokaż mi jak ładnie bierzesz do ust – Przechyliłem delikatnie głowę, patrząc wyczekująco na chłopaka. – Jeśli nie będziesz współpracował – głos ściszyłem do szeptu – wepchnę ci go do gardła. – Dłonią przesunąłem pieszczotliwie po rozrzuconych kosmykach jasnych włosów. Mój palec zbyt swobodnie spoczywał na spuście.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content




PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   

Powrót do góry Go down
 
I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 14 z 15Idź do strony : Previous  1 ... 8 ... 13, 14, 15  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: