IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1 ... 7 ... 11, 12, 13, 14, 15  Next
AutorWiadomość
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Sty 06, 2016 1:44 am


Nie chcę go zostawiać. Wiem o tym i Zack zapewne również zdaje sobie z tego sprawę, a przynajmniej może przypuszczać jak ta się przedstawia. Wspólne mieszkanie, trzeba przyznać, całkiem nieźle nam wychodzi. Dopełniamy się pod wieloma względami i taki stan rzeczy mógłby utrzymać się przez jeszcze długi czas. Mógłby, gdy wszystko nie było takie skomplikowane. Zack nie wiedział o mnie wielu rzeczy, zaś ja przypuszczam, że działa to również w drugą stronę. W każdym razie, skupiając się na tej pierwszej - nie chcę odkrywać zbyt wielu kart, a mając takie nastawienie, nie mogę żyć w uczciwym... związku i podchodzić do niego tak jak w założeniu powinienem. Nawet nie robiąc z naszej relacji żadnego związku, to po prostu było niepoprawne. Nie miało większego sensu. Jestem w końcu członkiem mafii, płatnym zabójcą, na dodatek cierpię na choroby, których źródłem jest mój własny mózg. O wielu rzeczach nie mogę Zackowi powiedzieć, a o niektórych po prostu nie chcę. Tymczasem on żyje w nieświadomości, pod wieloma względami dotyczącymi mojej osoby. Nie wie nawet co wydarzyło się po tym, jak opuściłem jego mieszkanie te trzy lata temu. W związku z tym, jak każdy, nie wie o mym niesprawnym zmyśle. Nie wie również o podłożu choroby, na którą cierpię, o tym jak ona się objawia i jakie naprawdę grozi mu niebezpieczeństwo w obecności mojej osoby. Nie ma pojęcia o tym co robię na co dzień, jak to wygląda i jakim człowiekiem jestem w rzeczywistości. Nie może zdawać sobie sprawy również z tego jak wielki wpływ na naszą relację ma jego udział w mieszaniu się do spraw mafii Drake'a. To nie było coś, co mogłem zignorować. Choćbym nie wiem jak zwątpił w słuszność działań tego mężczyzny, nie mogłem wyprzeć się tego, iż jest jedynym człowiekiem, dzięki któremu wciąż żyję. Nie tylko ja, bo przecież zajął się także Lizz i Alexem. Temu człowiekowi zawdzięczam wszystko i nie mogę temu zaprzeczyć w żaden sposób, co wiąże się w tym, że jestem w stanie zrobić bardzo wiele, by ten był bezpieczny, a jego interesy znalazły się pod odpowiednią protekcją. Byłem w niemałej rozterce, bowiem zarówno Zack jak i Drake są dla mnie bardzo ważnymi osobami. Tymi, które jako jedne z niewielu, odgrywają znaczącą rolę w moim życiu. Jako jedni z niewielu również mają jakiś wpływ na moje decyzje, postępowanie i uczucia. Nie wiedziałem co mam robić. Zbyt wiele spraw na raz zaczęło zaprzątać moją głowę, a konflikt mego niedoszłego kochanka z ojcem zastępczym był najgorszą rzeczą, która mogła teraz dojść. Po której stronie powinienem stanąć? Za nic nie chciałem, by niebieskowłosemu stała się krzywda, lecz równie mocno dbałem o bezpieczeństwo Drake'a. Lecz pomijając tego drugiego... Nie mogłem tu zostać. Byłem zagrożeniem dla Zacka nawet jeśli naprawdę nie tak przedstawiał się mój cel. Nie potrafię kontrolować własnych odruchów i emocji w sposób należyty, a to sprawia, że najlepszą opcją wydaje mi się przeprowadzka. Bo co innego pozostało? Z drugiej strony jednak, nie chciałem zostawiać go samego. Zack jest dużym chłopcem, ale obawiam się, że nawet mimo to, niekoniecznie mógłby sobie poradzić bez mojej obecności. W pewien sposób obydwaj się od siebie uzależniliśmy. Nie chciałem tego zaprzepaścić. Nie chciałem, więc... Pomimo planowanej wyprowadzki, miałem zamiar wciąż utrzymywać taki sam kontakt z chłopakiem. Moją intencją nie było zostawianie go samemu sobie, czy też na pastwę losu. Chciałem wciąż być obecny w jego życiu, jednocześnie nie przepełniając go z każdej strony. Ryzyko i niebezpieczeństwo, które stwarzałem były zupełnie zbędnymi czynnikami. To właśnie dlatego powinienem wynieść się jak najszybciej. Ale nawet, gdy głośno wyraziłem swoją deklarację - wciąż nie miałem najmniejszej ochoty go opuszczać. Nawet jeśli chodziło o zwykłe, durne, wspólne mieszkanie. Przywiązałem się i musiałem to przed sobą przyznać. Wpadłem w niezłe bagno i tego również byłem świadom. Sprawy komplikowały się coraz bardziej.
Zalałem kawę, a trzymając kubek w ręku, zawróciłem do sypialni. Zack spał jak zabity, więc po cichu odstawiłem naczynie, by ostrożnie i z należytą troską zsunąć z niego niepotrzebne ciuchy. Gdy zgrabne, chude ciało chłopaka pozostało okryte jedynie bokserkami, przykryłem je kołdrą, samemu siadając na brzegu i łapiąc za kubek. Przyglądając się w zamyśleniu przystojnemu obliczu, popijałem po cichu kawę. Moje myśli same z siebie, jak zawsze podążyły w nieodpowiednim kierunku i znów poczęły analizować wszystkie niedogodności, jakie ostatnio zaistniały. Ostatecznie skupiłem się na Zacku i jego ingerencji w sprawy naszej rodziny. To znaczy... Zacząłem się zagłębiać, lecz przeszkodziły mi w tym bolesne wyrzuty sumienia związane z wystrzałem, który oddałem.  Mój wzrok samoistnie zsunął się na przykrytą kołdrą nogę chłopaka. Wiedziałem, że nie stało się nic poważnego, lecz przecież nie znaczy to, że mogę tak po prostu uznać, iż nie zaszło nic kompletnie. Zaszło i to dużo. Aczkolwiek nie czułem się też nader winny, bowiem tak samo jak Zack zawiódł moje zaufanie, ja zawiodłem jego. Bardziej niepokoiło mnie to, w jakim stanie się wtedy znalazłem. Wciąż nie miałem pojęcia czym było to dziwne uczucie. Zupełny brak emocji, wyobcowanie, zupełnie jakbym wyszedł z własnego ciała i oddał je komuś innemu. Nie chciałem kiedykolwiek jeszcze raz tego doświadczyć, bo choć zbliżone uczucie towarzyszyło mi przy wykonywaniu pracy, to dzisiejsze było kilkukrotnie gorsze.
Przez dłuższy czas, upijając kawę, przyglądałem się Zackowi, delikatnie głaszcząc go po głowie i co rusz odgarniając z jego twarzy niesforne kosmyki. Robiłem to jeszcze długo, pogrążając się we własnych rozmyślaniach, aż w końcu położyłem się obok, obejmując go ramieniem i nie wiem kiedy - prawdopodobnie gdzieś nad ranem - zasnąłem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Sty 07, 2016 4:30 pm

Nie potrafiłem go zrozumieć, a przecież tak bardzo chciałem, tyle razy próbowałem wykazać się choć szczyptą empatii. Wszystko na intencjach się kończyło bowiem problem leżał nie tylko we mnie, ale też w Danielu, który nie chciał ze mną rozmawiać. Może nie mógł, a może zwyczajnie nie umiał. To było błędne koło, a mi coraz częściej zdarzało się irytować z powodu tego zamkniętego obiegu.  Chciałem w końcu przestać się trzymać w bezpiecznej odległości, zmienić coś i przekroczyć granice, sforsować tą pieprzoną tajemnicę Curtisa.  Tak bardzo tego pragnąłem, że aż było to nieprzyzwoite by komuś do tego stopnia na tym zależało.
 
"To wszystko twoja wina, Peter" mówiła kobieta, "To przez ciebie chłopiec tutaj jest ". Mężczyzna nawet nie zwrócił na nią uwagi, jedynie wlepiał tępy wzrok w białą ścianę poczekalni w szpitalu. Rozejrzał się po chwili po korytarzu. Późna pora wygoniła stąd wszystkich pacjentów, a i niektórych lekarzy. On zaś siedział tutaj, obok niego ciemnowłosa kobieta wciąż mamrotała coś niezrozumiałego pod nosem, a on wiedział, że gdyby się wsłuchał w jej tyradę - wyłapałby kilkaset oskarżeń pod swoim adresem.
W jednej chwili świat zawirował, chaos nagle wybuchł w jego głowie. W poczekalni nagle pojawiła sie niewysoka blondynka, lekarz, który przyjmował jego syna oraz pielęgniarka z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, a wiedział on, że jest nieprzenikniony bowiem to w jej wyrazie twarzy szukał odpowiedzi.
"Co z nim?" spytała jasnowłosa kobieta, matka chłopca. Lekarz uśmiechnął się do niej sympatycznie, trochę smutno i odpowiedział równie spokojnym tonem "Nic mu nie będzie". Kobieta odetchnęła nieznacznie z ulgą "To tylko niegroźny uraz głowy". Mężczyzna przycupnął na swoim wcześniejszym miejscu, z którego wstał, gdy pojawił sie lekarz, matka i pielęgniarka. Teraz, gdy już wiedział, że wszystko w porządku z chłopcem - nie musiał się już martwić.

 
Poruszyłem się niespokojnie przez sen, przekręciłem się na bok i napotkałem przy sobie, nieopodal, czyjeś ciało. Obadałem je dłonią, a gdy nie wykazało żadnego sprzeciwu wobec mojej obecności czy zamiaru - wtuliłem się w klatkę piersiową tego człowieka, który tak blisko mnie obecnie się znajdował. Zasnąłem ponownie, a wszelkie niepokojące sny już nie pozwoliły sobie mnie dosięgnąć.
 
Ponownie przebudziłem się ze snu już nieco później. Uchyliłem powieki i zobaczyłem przed sobą śpiące oblicze Daniela. Poprawiłem się na poduszce, najbardziej delikatnie jak się dało by przypadkiem nie obudzić chłopaka. Był to chyba pierwszy raz, gdy budziłem się przed nim. On zazwyczaj był rannym ptaszkiem, zrywał się na równe nogi skoro świt, żeby odprawiać jakieś mroczne rytuały albo zabijać niewinne szczeniaczki w tajemnicy przede mną.
Wpatrywałem się w spokojne oblicze mężczyzny i nie śmiałem go dotykać. Nie miał najgłębszego snu. Wydaje mi się raczej, że facet zbudziłbym się gdybym tylko głośniej odetchnął.
Zaryzykowałem kolejne delikatne przysunięcie się do niego o następny cal. Nic się nie zadziało, a Curtis nadal spał. Nieco odważniej pokonałem pozostałe cale dzielące mnie od niego. Wtuliłem czoło w jego klatkę piersiową i przełożyłem ponad jego bokiem swoje ramię, by właściwie się do niego przytulić. Wiem, że dosyć śmiało poczynałem sobie w nocy, gdy to rościłem sobie prawo do bezwarunkowego odszukania pocieszenia w jego ramionach. Teraz miałem nadzieję, że się nie obudzi, kiedy ja się do niego tak niepostrzeżenie próbuje przytulić.
 
Chciałem mu powiedzieć tyle rzeczy. Tyle rzeczy, których się wstydziłem mówić na głos, a jednak tyle razy zamierzałem się, by to wszystko mu wyznać.  Niekoniecznie przyjemne rzeczy chciałem mu ujawnić. To były kwestie ukrywane przed nim w ciągu tych miesięcy. Niektóre mało istotne inne zaś takie, które nie miały prawa nigdy przejść mi przez myśl, a tym bardziej przez gardło.
Podniosłem głowę i spojrzałem na wciąż pogrążoną w spokoju twarz Curtisa. Spał? Na pewno spał.
Z powrotem oparłem czoło o jego klatkę piersiową i przymknąłem oczy.
Daniel, jesteś idiotą i nigdy w życiu nie pozwolę ci się od siebie wyprowadzić. Nie potrafiłbym cię stracić i po prostu wypuścić z rąk coś tak cennego, a to ponieważ -...ja cię kocham.

Tak po prostu.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sty 11, 2016 12:49 am


Odkąd pamiętam, nie mam zbyt mocnego snu. Jak nieciężko się domyślić jest to między innymi wynik tego jak przeżyłem swoje dzieciństwo. Wtedy nie mogłem pozwolić sobie na utratę czujności i całkowite oddanie się w objęcia Morfeusza. Ojciec nie próżnował czy to za dnia, czy to nocą, a śmiałbym nawet zaryzykować stwierdzeniem, że w tych godzinach, gdy większość społeczeństwa zaznawała odpoczynku w swoich miękkich łóżkach, on dopiero się rozkręcał. Nie mogłem spać, bo przecież musiałem się jakkolwiek bronić, aby on przez omyłkę nie posunął się zbyt daleko, nie uderzył w złe miejsce, nie chciał spotęgować swej siły, by szybciej ujrzeć reakcję. Mimo że był jeszcze Alexander, martwiłem się też o małą siostrę, której trzeba było nieustannie pilnować. Ojciec mógł zrobić jej poważną krzywdę nawet zwykłym uderzeniem swojej ciężkiej dłoni. Żeby tego było mało, nie spaliśmy w łóżku. Zazwyczaj znajdowaliśmy sobie zakamarek domu, w którym mogliśmy zaznać trochę ciszy i ściśnięci razem próbowaliśmy zregenerować komórki mózgowe. Ale on zawsze albo nas znajdywał, albo wykorzystywał matkę, by wywieść nas z ukrycia. Gra w chowanego według zasad naszej rodziny była, trzeba przyznać, dużo bardziej emocjonującą grą niż ta powszechnie znana innym dzieciakom.
Kiedy zabrano nas z domu i umieszczono w sierocińcu, miałem okazję do zaznania trochę normalności. Mogłem nauczyć się żyć tak jak inne dzieci, spać w wygodnym łóżku i nie obawiać się, że do pokoju wedrze się pijany ojciec przynoszący kolejną falę bolesnych ciosów. Nie było to łatwe, ale faktycznie, po jakimś czasie zacząłem szybciej zasypiać, a leki które przepisał nam psychiatra odnosiły pożądane skutki. Po kilku miesiącach koszmary zaczęły pojawiać się rzadziej, a po jakimś roku w ogóle przestały występować, tak jak i jakiekolwiek inne sny. W gimnazjum byłem niemalże normalnym nastolatkiem, problemy ze snem i z nieprzystosowaniem do reszty społeczeństwa zniknęły. Wszystko szło w bardzo dobrym kierunku. Ale potem koszmary wróciły, problemy również i to ze zdwojoną siłą, ja zostałem sam i choć na własne życzenie - nie radziłem sobie. Pojawił się Drake, pojawiła się nowa praca, a wraz z nią zupełnie inne życie wypełnione po brzegi niebezpieczeństwem. Odkąd zacząłem pracować dla Drake'a nie mogłem pozwolić sobie na brak ostrożności nawet w trakcie snu. Przechodziłem w tym kierunku specjalne szkolenie, choć i bez niego zapewne by się obyło. Dbałem o swoje życie, dlatego też wolałem nie tracić czujności. Ostatnio zauważyłem, że przy Zacku coraz częściej zdarza mi się zapadać w głębszy sen i niepokoiło mnie to. Dlatego też dziś, wiedząc jak się mają sprawy, przypominając sobie o tym kim jestem i na czym polega moje życie, zasnąłem tym samym półsnem jak zwykłem przed ponownym spotkaniem Zacka.
Przebudziłem się, gdy poczułem przy sobie delikatny, ostrożny ruch obcego ciała. Pomimo lekkiego zaspania szybko skojarzyłem fakty, więc nie przejmując się poczynaniami Zacka, który zapewne kręcił się przez sen, nie wysiliłem się nawet na tyle, by uchylić oczy. Domyślałem się, że nie minęło wiele czasu nim udało mi się zasnąć, więc nie zamierzałem teraz zbyt wcześnie wstawać, choć podświadomie wiedziałem, że i tak zapewne zerwę się z łóżka nie później niż o ósmej.
Zack przysunął się znacznie, a także uniósł rękę by mocniej się przytulić, więc powoli wysuwałem wniosek, iż chyba jednak musiał się obudzić. Z drugiej strony nie rozumiałem dlaczego w takim wypadku miałby chcieć przymilać się do mnie w ten sposób. Jakby nie było, kilka godzin temu oddałem wystrzał, przestrzelając mu udo na wylot i to tak właściwie bez konkretnego, wystarczająco sensownego powodu. Normalny człowiek z pewnością by się nie tulił, tylko spierdalał gdzie może, albo próbował zadźgać mnie podczas snu. No ale Zack nie jest normalny. Ja chyba też nie, skoro sądzę, że chęć zadźgania kogoś przez sen jest pożądaną reakcją. Kurwa, jakie chyba?
Nie ruszałem się, pozwalając na to, by drobne ciało Zacka przylgnęło do mojego. To było miłe uczucie. Wiedziałem, że gdy wstaniemy, nic nie będzie dłużej tak beztroskie i przyjemne jak ten właśnie moment. Więc po prostu leżałem, pozwalając sobie trwać w ciszy i udawać, że wciąż głęboko śpię. Właściwie to miałem zamiar zasnąć. Miałem, dopóki Zack nie postanowił się odezwać, zapewne będąc przekonanym, że moja świadomość wciąż pozostaje wyłączona.
Sens jego słów bezlitośnie we mnie uderzył. O dziwo, nie doszukiwałem się dwuznaczności, omylności we własnym rozumowaniu albo błędach w słyszeniu. Serce przez chwilę zadrżało, lecz nie podeszło do gardła, jakby ktoś co najmniej przystawiał mi właśnie nóż do gardła. Przyjąłem to wyznanie zaskakująco spokojnie, z lekkim uśmiechem wpływającym na usta. Usłyszałem po prostu coś, co już sam zdążyłem zauważyć. Wiedziałem, że mnie kocha. Tylko on mógłby być na tyle pokurwiony, by obdarzyć tak poważnym uczuciem takiego człowieka jak ja. Dziwne jest to, że jego wyznanie nie odpychało mnie tak bardzo jak kilka dni temu, gdy pierwszy raz za sprawą Zacka, dopuściłem do głowy myśl, iż mogą być między nami jakieś uczucia na tym partnerskim gruncie. Widocznie zdążyłem oswoić się z podobną świadomością i teraz miłość chłopaka nie sprawiała, że miałem ochotę uciec. Nie pozostawała mi jednak obojętną. Nie mogłem odpowiedzieć tak, jak on zapewne by chciał, więc przez chwilę rozważałem to, czy nie udawać dalej, że śpię. Bez zbyt długiego zastanowienia jednak, westchnąłem cicho, by zaraz po tym ułożyć swą dużą dłoń na jego miękkich włosach i leniwie pogłaskałem wtuloną w moją klatkę głowę.
- Jesteś pokurwiony, Zack - szepnąłem mało romantycznie, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć z góry na jego skrytą w ciemności i w moim ciele twarz. Westchnąłem po raz kolejny, przesuwając dłonią po przydługich kosmykach, kończąc podróż na delikatnym karku. - Jak się czujesz? - Mój głos był lekko zachrypnięty, jak zawsze, choć charakterystyczna chrypka była jeszcze bardziej słyszalna teraz, gdy dopiero co się przebudziłem. Na nią więc zrzuciłem winę tego jak troskliwie i zaskakująco delikatnie zabrzmiały moje słowa.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sty 11, 2016 4:36 pm

Oczywiście, że nie spał. Przecież to Daniel. Choć nauczyłem go jakiejkolwiek taktowności - wciąż jeszcze nie był w niej do końca biegły. Nie wiedział na przykład kiedy spać i niczego nie słyszeć. Ale czego innego mogłem się spodziewać? Chyba nie tego też, że moje uczucia zostaną odwzajemnione. Nie, na to ze strony nikogo nie będę nigdy liczył. Nie potrzebowałem wzajemności. Ale w obecnej chwili...nie do końca nawet wierzyłem, że wcale mi jej nie trzeba. Jakaś cząstka mnie jednak miała nadzieję, że Daniel kiedykolwiek powie mi to samo. Nie teraz, ale kiedyś. Inna zaś część mojej świadomości pragnęła tego, żeby Daniel w ogóle nie traktował mnie poważnie, a jeszcze inna - usilnie próbowała mi uzmysłowić, że gębę to powinienem trzymać zamkniętą. Nawet nie wiem co chciałem osiągnąć mówiąc to całkowicie na głos. Chyba nie mogłem być aż tak głupi, by łudzić się, że w ten sposób Danny zmieni zdanie co do swojej wyprowadzki i upartego milczenia na temat swoich problemów. Ja właśnie przyznałem sie do mojego największego problemu. I żałowałem tego jednocześnie pragnąc spojrzeć mu w oczy i znowu to powiedzieć. Bez najmniejszego zająknięcia.

Zacisnąłem silnie powieki pod wpływem dotyku na włosach i leniwej pieszczoty. Chciałem przynajmniej nie być na tyle jednotorowy w swoim rozumowaniu, by pomyśleć, że ten próbuje mnie pocieszyć. Na pewno tak nie jest.

Chłopak przyznał mi, że jestem pokurwiony, a ja nawet po raz kolejny musiałem się z tym posłusznie zgodzić.
Kiedy mężczyzna postanowił się ode mnie odsunąć na odległość taką, która pozwoliłaby mu na mnie spojrzeć, ja dalej nie zamierzałem unieść głowy, by pójść mu na rękę i ułatwić do siebie dostęp. Pierwsze wyznanie miłosne w moim życiu nie było jakimś konkretnie gwałtownym zawirowaniem. Powiedziałem na głos jedynie to, do jakiego ostatecznego wniosku doszedłem po serii gruntownych zastanowień i wnikliwych badań swojego wnętrza.

Przejechałem opuszkami palców po części kręgosłupa Daniela, do którego miałem dostęp, zatrzymując swoją dłoń na jego krzyżu i pieszcząc dół pleców chłopaka subtelnie.  
  -Źle -mruknąłem zupełnie martwo w odpowiedzi na pytanie Curtisa odnośnie mojego samopoczucia. Bolało mnie wszystko. Noga nie była jedynym co mi doskwierało. Miałem wrażenie, że mój mózg pulsował na całej swojej powierzchni, tępo dając znać o sobie migrenie. Nie miałem dzisiaj zamiaru iść na uczelnię. Do pracy wybierałem się na noc, więc byłem przepełniony wiarą w to, że okropne samopoczucie zniknie wcześniej, a nie później.

Oderwałem się od Daniela i podniosłem się do siadu. Przetarłem dłońmi twarz, zatrzymując palce na dłużej przy skroniach.
  -Czuję się gorzej niż źle -odparłem, nieco zanosząc się wysokim tonem. -Ale to wydaje się już być na porządku dziennym -dodałem ponuro i odjąłem palce od  skroni, spoglądając z ukosa na Daniela. -A ty jak się czujesz? -spytałem, oczekując odpowiedzi. W końcu nie ja jedyny mogłem uznawać sie za poszkodowanego. Oczywiście, jestem o wiele bardziej pokrzywdzony, ale nie jedyny. Podzieliliśmy się winą i jej skutkami między sobą.
  -Zapomnij o tym teraz -powiedziałem także, na przekór sobie odbierając mężczyźnie możliwość odpowiedzi czy w ogóle odezwania się. -Nie chcę dzisiaj się nad tym zastanawiać. I tak nigdzie się nie ruszam, więc ty też nigdzie nie pójdziesz -zarządziłem . Spędzenie całego dnia w łóżku było zdecydowanie dobrym pomysłem. Ewentualnie na kanapie. Może być gdziekolwiek. Nie miałem siły nawet zadecydować ostatecznie nad przedmiotem własnej bezczynności.
  -Będziesz pokutował za swój debilizm i machanie mi bronią przed nosem -kontynuowałem, tym razem pozwalając grymasowi zniesmaczenia wpłynąć na swoją twarz. Cóż, przeszedł samego siebie w swoich kretyńskich ekscesach mających miejsce dnia poprzedniego.
Podniosłem się z siadu i zbliżyłem do chłopaka, zatrzymując się ponad nim i spoglądając na jego śliczną buźkę z tej niespodziewanie przyjemnej perspektywy.
  -Na jakiś powalony sposób nawet ci ufam -mówiłem, umieszczając jego biodra pomiędzy swoimi nogami i wygodnie usadawiając się na chłopaku, coraz mocniej także się nad nim nachylając. -A może raczej wierze, że nie zrobisz mi niczego, co zagroziłoby mojemu życiu w większym stopniu, ale... -urwałem, by otaksować przystojną twarz Curtisa specyficznym spojrzeniem. -Ale jeszcze raz zbliżysz się do mnie z bronią, a nie zawaham ci się odstrzelić jaj, gdy już tylko będę miał tę możliwość. -Posłałem chłopakowi napięty uśmieszek, w którym nie było ani śladu wesołości czy pozytywnych emocji. Miałem głęboko gdzieś porachunki mafijne między współpracownikami mojego "partnera" a moim własnym szefem, ale do Daniela miałem tę wygodę zwracać się bezpośrednio i na dość intymnym gruncie. Miałem nadzieję, że weźmie to sobie do serca.
  -I zmień swoje tabletki skoro ci nie pasują i postanowiłeś ich nie brać

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sty 17, 2016 1:07 am


Źle. Oczywiście, że źle. Jak mógłbym przypuszczać, że Zack posili się oczywistym kłamstwem, żeby trochę załagodzić moje poczucie winy, albo raczej nie dobijać mnie większą jego ilością. Cóż, nie musiał. Przecież nie byłem typem człowieka, który przywiązywał szczególną uwagę do słów. Nawet gdyby od niechcenia odparł, że "dobrze", albo chociaż "lepiej", czy cokolwiek innego o pozytywnym wydźwięku, nie zmieniłoby to przecież mojej świadomości, która krzyczała nieustannie, iż ten nie może czuć się inaczej jak tylko źle. Gwoli ścisłości, nie strzelałem do niego po to, by czuł się dobrze, a więc z założenia powinienem być z siebie zadowolony. Ale nie byłem i to chyba też jest oczywiste. Nie mogę jednak powiedzieć, bym jakoś okrutnie tego żałował. Nie była to rzecz przemyślana i taka, na którą do końca miałem wpływ, lecz nie sprawiało to, że miałem ochotę skoczyć przez okno tylko dlatego, że Zack został ranny z mojej ręki. Nie pierwszy i być może nie ostatni raz. Ważne, że nie zrobiłem mu poważniejszej krzywdy, a winny czułem się głównie tego, że pozwoliłem sobie stracić panowanie nad własną psychiką w jego obecności. Wolałem tego nie robić w ogóle, a jeśli już musiałem to wtedy, kiedy byłem sam. Niestety, jak to mój mózg, nie słuchał się właściciela przyzwyczajony do prosperowania wedle własnego widzimisię.
Przewróciłem niepowstrzymanie oczami, gdy okazało się, że Zack postanowił nie poprzestać jedynie na źle i uwydatnić swój faktyczny stan. Po co ja w ogóle pytałem,  skoro znałem odpowiedź? Niekoniecznie przecież chciałem tego słuchać, bo zgodnie ze swoją naturą, ogólnie nie lubiłem stawać twarzą w twarz ze swoimi przewinieniami, a samopoczucie chłopaka było jednym z nich. Westchnąłem cicho, nie komentując w żaden sposób odpowiedzi niebieskowłosego. Nie mogłem przecież mieć mu tego za złe, tym bardziej, że on nie złościł się jakoś wyjątkowo o mój wczorajszy wybryk, a ten przecież nie należał do zbyt powszednich. Jestem dobrym strzelcem, więc wiedziałem gdzie wycelować i wiedziałem, że nie zrobię mu znacznej krzywdy, ale jednak zawsze istnieje jakiś margines ryzyka, które bądź co bądź podjąłem, celując do chłopaka z broni i naciskając spust. Pomijając już nawet to, sam fakt, że byłem zdolny do czegoś takiego względem Zacka, z pewnością powinien wywołać w nim jakieś pokłady złości, zwodu, czy innych takich negatywnych uczuć. Z drugiej strony jednak, tamten wystrzał był jedynie reakcją na to jak ja sam się na nim zawiodłem. Z lekkim naciągnięciem, można byłoby powiedzieć, że rachunki wyrównane. Szkoda tylko, że to durne tłumaczenie jakoś nie zneutralizowało w całości mego poczucia winy. Swoją drogą, nie byłem do owego przyzwyczajony, więc czułem się tym gorzej. To irytujące.
- Ja? - mruknąłem wyrwany z zamyślenia, z początku nie bardzo wiedząc o co chodzi. W kolejnych chwilach również nie bardzo wiedziałem. Nic mi przecież nie dolegało. To znaczy, dolegało, ale nie było to coś o co Zack powinien się troszczyć, bo przecież moja psychika była moją sprawą. Chociaż, zważając na to, że przez nią właśnie ma teraz dziurę w nodze, można uznać, że po części stała się także jego problemem. Ale wciąż nie powinien się pytać, czy przejmować. Zresztą, nie mógł przecież jasno wywnioskować, że oddziaływały wtedy na mnie pewne czynniki, na które nie miałem wpływu. To było tak samo możliwe jak to, że po prostu chciałem go postrzelić i zrobiłem to z pełną świadomością i z własnej, nieprzymuszonej woli. Dlatego też nie do końca wiedziałem co odpowiedzieć, w związku z czym kolejne słowa Zacka odsunęły ode mnie ten kłopot. Zapomniałem, tak jak zaproponował, bo słowa "nakazał" wolałbym nie używać w stosunku do mej osoby. Chyba, że chodziło o Drake'a, bądź Alexa - oni mogli nakazywać, byle nie zbyt często.
Uniosłem jedną z brwi, gdy dalsze słowa Zacka zaczęły wskazywać na to, że jednak wyżej wspomniane słowo coraz bardziej wpasowuje się w charakter jego wypowiedzi. Kierowany rozsądkiem postanowiłem to zignorować, uznając, że to przecież nic takiego. Postrzeliłem mu nogę, a on musi jakoś odreagować, no i nie miałem nic przeciwko zostaniu w łóżku, a przecież tylko o to mu chodziło. Nie wybierałem się nigdzie, toteż nie protestowałem, ostatecznie uznając to za całkiem miłą opcję, która była w stanie wywołać na mej twarzy nieznaczny uśmiech. Moja dłoń wciąż swobodnie manewrowała między miękkimi, niebieskimi kosmykami chłopaka.
Ale Zack kontynuował, pozwalając sobie na wypowiedzenie kolejnych, mało przyjemnych słów. Moja dłoń się zatrzymała, a blady uśmiech znikł całkowicie. Wciąż jednak nie reagowałem, w ciszy przyjmując swego rodzaju opieprz, który przecież mi się należał. Szorstkie, nazbyt odważne słowa były lepszą opcją niż jego milczenie i ostateczne wypełnienie nienawiścią względem mej osoby. Byłem więc w stanie przemilczeć to wszystko, zdając sobie sprawę z tego, że tak wypada. Zrobiłem coś czego nie powinienem, a Zack pomimo swojego zewnętrznego opanowania musiał być wściekły i przytłoczony tymi wydarzeniami. Milczałem i słuchałem go, nieznacznie marszcząc brwi.
Moje oczy podążyły za sylwetką podnoszącego się Zacka, by ostatecznie spocząć na jego delikatnie wykrzywionej w grymasie twarzy. Powstrzymałem się przed westchnieniem słysząc jego oznajmienie. Niedobrze. Nie powinien mi ufać, skoro nawet ja sam tego nie robię. Nie ufam swojej psychice i jest ku temu powód, więc i Zack nie powinien tego robić. Ale nie uświadamiałem go, bo i po co? Nie chciałem przecież, żeby zaczął się mnie obawiać, czy przestać darzyć tym swoim chorym zaufaniem. Tylko Zack po czymś takim zdolny był do mówienia o podobnych uczuciach. Wiedziałem to i między innymi dlatego tak go sobie ceniłem. W swoim popierdoleniu potrafił wybaczyć mi wiele rzeczy i jestem pewien, że zrobiłby to jeszcze nie raz. Był wyjątkowy.
Na moją twarz powoli wypływał uśmiech, a pogłębiał się z każdym kolejnym, złowieszczym słowem wychodzącym z ust chłopaka. Nie brzmiało to bynajmniej jak groźba, a przynajmniej nie w moim mniemaniu. Obydwoje wiedzieliśmy, że Zack nie byłby w stanie zrobić czegoś takiego. To znaczy, ogólnie pewnie by był, ale nie względem mnie. Nawet jeśli odważyłby się spróbować, wciąż byłem silniejszy od niego. Takie groźby wychodzące z ust chłopaka mierzącego metr siedemdziesiąt, były rozbrajająco zabawne. Już miałem wygłosić swoją opinię na temat tego jak groźnie brzmi, nie wstrzymując swobodnego śmiechu, gdy ten dodał kolejne słowa. O jedno zdanie za dużo. Drażliwy temat. Irytacja.
Mój uśmiech w jednej chwili całkiem zniknął, tak samo jak całe rozbawienie. Zmrużyłem instynktownie oczy, ściągając gwałtownie brwi i obdarzyłem Zacka wyjątkowo nieprzyjemnym spojrzeniem. Moja dłoń stanowczo zbyt szybko i zamaszyście, chwyciła jego podbródek. Nachyliłem się nieznacznie, zaglądając głęboko w błękitne oczy.
- Nie rozpędzaj się Zack. Moje poczucie winy nie daje ci nieograniczonych przywilejów. Jeżeli strzeliłem raz, mogę to zrobić i drugi. Przystopuj - ostatnie słowo zabrzmiało już mniej stonowanie, a bardziej warkliwie. Po wypowiedzeniu go, równie niedelikatnie puściłem żuchwę chłopaka, by pospiesznie wstać z łóżka i udać się do kuchni po szklankę wody. I znów. Znów byłem agresywny. Ale panowałem nad tym. Wciąż wierzyłem, że panuję. Nie zamierzałem wracać do tabletek. Nie potrzebowałem ich.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sty 17, 2016 2:29 am

W życiu nie zaufałbym mu w ten konkretny sposób. Oczywiście, nie powierzyłbym chłopakowi swojego życia, ale byłem przekonany o tym, że gdy to stanie się zagrożone - Daniel wykaże się swoim współczuciem wobec mnie i nie będzie próbował mnie dobić. Ale nie, nie zaufałbym jemu. Nie zaufałbym nikomu, a nawet sobie także nie. Nauczyłem się, że zaufanie nie działa. Ludzie widzą w tobie kłamcę, majaczącego kretyna z problemami czy ofiarę gwałtu, której narkotyki tak zrujnowały umysł, że nawet nie pamięta kto właściwie go zgwałcił. I jakkolwiek źle to nie zabrzmi - lubię o tym pamiętać. O tym wszystkim co mi się przytrafiło warto było nie zapominać. To wszystko zbudowało mój charakter, a jego obecna, zadowalająca forma był absolutnie czymś, co napawało mnie dumą. Byłem kimś, kto wszystko przeszedł przez to bez niczyjej pomocy, bez potrzeby otrzymania od kogokolwiek współczucia. Było mi jednak ciężko, gdy przychodziło co do czego, a ja nie mogłem powiedzieć wszystkiego, co miałem na myśli na głos. Poradziłem sobie i z tym. Nie żałowałem niczego, ale wrażenie, że będę żałował swoich obecnych wyborów nie potrafiło uwolnić mojego umysłu ze szponów zwątpienia.

Daniel zasługiwał na to, żeby usłyszeć te wszystkie puste groźby podszyte swego rodzaju głęboko ukrytym gniewem i zaniepokojeniem. Wzbudzanie w Danielu kolejnych pokładów współczucia dobrze rokowało na przyszłość, więc postanowiłem być niemal bezlitosny. Trudno jednak było być groźnym i bezwzględnym, gdy jest się półnagim, rannym i niskim dwudziestolatkiem postury niebezpiecznego szesnastolatka. W dodatku nagle w moim sercu wykwitły swego rodzaju pokłady uczuć i rezerw wobec egzekwowania choćby i tych najmniej groźnych postanowień. Obchodzenie się z Danielem stawało się coraz bardziej skomplikowanym wzorcem do wielokrotnego powielenia. Uczucia był złożonym tworem. Złożonym o wiele bardziej niż empatia, z którą miałem problemy, bardziej niż zmierzenie się z przeszłością.

Mężczyzna poruszył się gwałtowniej na wspomnienie tabletek, które najwyraźniej były swego rodzaju zarazem drażliwym tematem jak i słabym punktem. Nie mogłem sobie odmówić okrutnie rozbawionego uśmieszku, który wpłynął na moje usta, zaraz po tym jak syknąłem z bólu na poruszenie bioder chłopaka oraz tym samym mojej rannej nogi. Zacisnąłem szczękę, gdy znów zostałem zmuszony do zbyt intensywnego manewrowania kończyną, a Daniel wstał i ewakuował się z pola rażenia prawdy. Daniel kazał mi przystopować i czyż to nie jest najbardziej ironiczna rzecz, jaką kiedykolwiek dane mi było usłyszeć?
Chłopak opuścił pokój w swym zirytowaniu, a ja prychnąłem w końcu krótkim i niewesołym chichotem.
 -A strzeliłeś do mnie pewnie właśnie dlatego, że świetnie sobie radzisz bez tabletek? -zawołałem za chłopakiem. -Jesteś śmieszny, kochanie. Dobrze o tym wiesz, ale jesteś zbyt uparty, żeby przyznać się do tego chociażby przed samym sobą -kontynuowałem swój wywód. Wolałem mieć tą rozmowę już za sobą. Wstałem z łóżka, ponownie stęknąłem cicho z bólu i pokuśtykałem w kierunku szafy. Wyjąłem z niej workowatą bluzę z logo jakiegoś zespołu, wciągnąłem na tors i odpuściwszy sobie zakładanie spodni - już byłem w drodze do kuchni.

Zastałem chłopaka panoszącego się po tymże aneksie kuchennym. Oparłem się ramieniem o ścianę i zmierzyłem jego sylwetkę nieprzychylnym spojrzeniem.
 -Nie zrobiłbyś tego drugi raz, prawda? -spytałem niepewnie i słabo, w sposób, w który raczej mi się nie zdarzało pytać. -Nie chciałem cię rozzłościć, Danny -dodałem, mrużąc w niedowierzaniu oczy na ten ton, który był absolutnie mi obcy. Ta uległość również. -Nie musisz mnie słuchać. Nie mam w tym żadnego interesu -kontynuowałem, powoli kierując swoje kroki ku łazience. -I tak się wyprowadzasz, więc co za różnica, prawda? -Prychnąłem cicho i przewróciwszy oczyma na własne położenie w tej "dyskusji", udałem się do łazienki. Oczywiście, to wcale nie tak, że się o ciebie martwię Daniel. Zupełnie nie.
 -Kretyn -fuknąłem jeszcze zanim zamknąłem za sobą drzwi do łazienki.

Wlepiłem swoje zażenowane spojrzenie we własne lustrzane odbicie, obwiniając je za każde potknięcie, którego się dopuściłem. Nie poznawałem tej osoby przed sobą. Z dnia na dzień stawała mi się coraz bardziej obca, a znajome oczy niczego już dłużej nie przywodziły na myśl. Nie podsuwały żadnej wskazówki. Byłem kimś, kim uważałem, że jestem. Mówiłem, że jestem dumny, by za chwilę spojrzeć na siebie i nie wiedzieć kto właściwie jest za to wszystko odpowiedzialny. A kiedy w myślach pojawiał się Daniel - patrzenie na swoje odbicie stawało się o tyle niebezpieczne, że tak żałosny widok wydawał się przyprawiać o dziwnie ekscytujące dreszcze.

Umyłem zęby i wpakowałem do ust kilka tabletek na raz. Przełknąłem je i wyszedłem z łazienki, by opaść już w salonie na kanapę. Ująłem w dłoń pilota i włączyłem telewizor. Naciągnąłem na głowę kaptur i wlepiłem spojrzenie w serial dla dzieci, który emitowany był o tej godzinie. Wczesnej.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sty 24, 2016 8:38 pm


W kuchni znalazłem się będąc już w stanie stanowczo zbyt dużego zirytowania. Każdy mój ruch był niekontrolowanie gwałtowny i wyzbyty jakiegokolwiek opanowania. Musiałem się uspokoić i zamierzałem to zrobić własnymi siłami. Właśnie głównie dlatego opuściłem sypialnię, wiedząc, że Zack ze swoim charakterkiem, wbrew wszelkim możliwym głosom rozsądku, odpyskuje, albo zrobi coś mogącego jedynie podburzyć moje nerwy. To nie skończyłoby się dobrze, pomyślałem więc, że dobrą opcją będzie udanie się do sąsiedniego pomieszczenia, co żywiło szansę na to, że Zack sobie daruje wszelkie możliwe pyskówki i odpuści. Byłoby to jednak zbyt dojrzałe zachowanie jak na tego pieprzonego gówniarza. Jego zupełnie zbędne słowa dotarły do mnie w momencie, w którym opierając się jedną dłonią na blacie, w głębokiej konsternacji wlepiałem wzrok w napełnioną wodą szklankę, która to z kolei spoczywała do tej pory w drugiej z mych dłoni. Trawiąc w myślach jego brednie, pogłębiałem uścisk, próbując się opanować, nie zawrócić i go nie uciszyć. Tak, by nie mógł odezwać się przez co najmniej kilka dni. W tamtym momencie taka perspektywa była nader kusząca.
Stałem tyłem do Zacka, który postanowił przywlec swoje chuderlawe dupsko do kuchni, aby sprawić, bym nabrał jeszcze większej chęci wyrwania mu języka - przynajmniej podejrzewałem, że o to chodziło. Nie miał za grosz instynktu samozachowawczego i jakiegokolwiek czujnika, który mógłby dać mu znać, kiedy na drodze pojawia się STOP. Już teraz robiłem wszystko co w mej mocy, by nie zrobić mu krzywdy. Jedno nieodpowiednie słowo więcej i przestanę się powstrzymywać. Dlatego właśnie stałem nieruchomo, nijak nie reagując na obecność chłopaka, a później także na jego słowa.
Dlaczego pyta o coś takiego tym cholernym słabym głosem? Jakby szukał potwierdzenia i chciał właśnie w te słowa wierzyć. A przecież dobrze wiedział, że to nieprawda. Zrobiłbym to drugi raz, a gdyby było trzeba, zrobiłbym także i trzeci. Ale nie sam z siebie. Nie, gdybym wiedział co robię. Nie, gdybym w pełni nad sobą panował. Więc część racji być może należała do niego. Nie zrobiłbym tego, będąc sobą, tym sobą, którym byłem jako niemalże normalny nastolatek. Ale wciąż, moja spierdolona choroba była częścią całego mnie. Odpowiedź więc nadal pozostawała jasna i była tą jedyną słuszną choćbym nawet chciał inaczej. A z pewnością, gdy miną nerwy, przyznam, że bym chciał. W końcu powiedziałem już, że nie pragnę go krzywdzić. I nie będę pragnął dopóki nie zacznie mnie zmuszać, co robi zachowując się tak jak kilka chwil temu.
Chciał wzbudzić we mnie większe poczucie winy? Po cóż innego posługiwałby się tak uległym tonem i pokazywał się z tej słabszej, mniej irytującej strony? Akurat w tej chwili. Cholerny dupek. Musiał mieć w tym przecież jakiś interes. Gdyby chciał, żebym się uspokoił, po prostu siedziałby cicho w pieprzonym pokoju i czekał aż mi przejdzie. Ale przylazł tu i znów pierdoli, sprawiając, że dzieli mnie krok od wyjścia z siebie.
Z ostatnim słowem, którego według niego zapewne nie usłyszałem, delikatne szkło w mojej dłoni pękło, zakrzywiając obraz mego niebotycznie wkurwionego oblicza. Ból otrzeźwiał. Przynajmniej powinien. Lecz zamiast tego tępo, z łagodniejącym, lecz niemniej ponurym wyrazem twarzy, przypatrywałem się zakrwawionej, pociętej dłoni. Krew kapała obficie na jasny blat, tłukąc się także o porozrzucane szkło. Beznamiętnie wyjąłem jego resztki z własnej skóry i niczym niewzruszony, podążyłem w stronę wyjścia z mieszkania. Zatrzymałem się na schodach, by wyjąć fajka, brudząc przy tym krwią także swoje spodnie i kawałek koszuli. Odpaliłem papierosa, zaciągając się potężnie i przymknąłem oczy, chcąc na dobre się uspokoić. Beznamiętność jaka teraz mi towarzyszyła również nie była dobra. Jej rozwój przerażał mnie bardziej niż ataki furii. Nie znałem tej części siebie i nie chciałem się w nią zagłębiać. Zmuszałem się więc do myślenia. Do myślenia o czymkolwiek, co może wywoływać jakiekolwiek emocje. Nie chciałem znów przestać czuć, przestać myśleć, zapomnieć o własnej tożsamości. Nawet na chwilę. Musiałem się uspokoić.
Wyciągnąłem skręta, a odpaliwszy go, pociągnąłem kilka buchów. Wciąż broniłem się przed tabletkami i nie zamierzałem przestać. Zack nie miał racji, przecież daję sobie radę także bez nich. Oto właśnie dowód. Mógłbym już teraz zrobić mu krzywdę, a jednak byłem w stanie się powstrzymać. Do niczego nie doszło. Uspokoję się, wrócę i zapomnę o złości. Z pewnością...
A jednak zirytowanie nie znikało. Spaliłem skręta, dopalałem drugiego papierosa i wciąż miałem ochotę przygasić go na Zacku. Sprawić mu ból. Dać upust swojej złości. Schowałem twarz w dłoni, biorąc kolejnych kilka wdechów. Potrafiłem nad tym zapanować. Potrafiłem.
Wróciłem do domu, gdy już mnie trochę zmuliło. Na tyle, bym wyzbył się morderczych myśli. Nie mówiąc słowa, udałem się natychmiast w stronę sypialni, nie zważając na krew kapiącą wciąż z poranionej dłoni. Będąc w środku, padłem bezsilnie na łóżko, kładąc się na plecach i wtedy dopiero uniosłem rękę, by przyjrzeć się ranom. Wpatrywałem się tak dłuższy czas, bez większego celu. W zamyśleniu.
Masz krew na dłoniach.
Poderwałem się gwałtownie do siadu, oddychając szybciej niż z pewnością powinienem. Spojrzałem na obie, lekko drżące dłonie. Krew. Wszędzie krew.
Zamknąłem oczy, biorąc kilka wolniejszych wdechów. Uchyliwszy je spostrzegłem, że morze szkarłatu zniknęło. Zaśmiałem się gorzko, niedbale wycierając krwawiącą dłoń we własne spodnie. Bo przecież do pełni szczęścia brakowało mi jedynie halucynacji.
Mój śmiech rozbrzmiewał jeszcze przez kilka chwil. A potem znów opadłem głową na poduszkę i przykryłem twarz przedramieniem, pogrążając się we własnej beznadziejności.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Sty 24, 2016 11:12 pm

Nie miałem interesu? Prychnąłem, rozbawiony własnymi słowami. Brzmiało to zarówno irracjonalnie jak i kłamliwie. Nie mogło być prawda to, że nie miałem w czymkolwiek interesu. Jestem interesowny, nie dostrzegam wartości elementarnych dla ludzi, a już na pewno nie posiadam nawet krzty tej szeroko pojętej moralności. Byłem humanitarny, bardziej ludzki, reprezentowałem swoim istnieniem słabości, z których się składałem całkowicie. I byłem na tyle zakłamany, że aż sam sobie nie uwierzyłem. Pewnie dlatego właśnie zabrzmiało to w moich ustach tak okropnie niepewnie. Nie wierzyłem temu, co wychodziło spomiędzy moich warg. Nie ufałem wątpliwej prawdzie tych słów.

Mimo, że udawałem iż nic mnie już w ogóle tutaj nie rusza, jakoś próbując się pozbierać po tym jak z każdym kolejnym słowem przed chwilą brzmiałem coraz słabiej, to gdy tylko chłopak został przeze mnie odprowadzony wzrokiem do drzwi, a ów zamknęły się za nim z hukiem - ja błyskawicznie poderwałem się do góry, by pościerać krew z ziemi, pozbierać potłuczoną szklankę i ubrać się w coś stosowniejszego. Mogłem być sobie, kurwa, postrzelony, ale kaleką wciąż nie byłem. Czułem się obecnie ogołocony z wszelkiego dobytku niematerialnego, a paradowanie w samych bokserkach w tej sytuacji wcale nie poprawiało jej.

Krew zniknęła z podłogi, z kuchni wraz ze szklanką. Ja zdążyłem założyć na siebie z trudem spodnie, a Daniel w tym czasie wparował w swoim świętym oburzeniu do mieszkania. Wyminąłem go w korytarzy, gdy czym prędzej zmierzałem po apteczkę, by po raz kolejny – dać się tej sytuacji powoli przerastać.
Moją twarz wykrzywił nieznaczny grymas, gdy próbowałem odnaleźć tę przeklętą apteczkę, słysząc w tym samym momencie jak Daniel wybucha śmiechem. Może nie mogłem się w tej kwestii nazwać ekspertem od zaburzeń psychicznych, ale sam niejedno takie psychiczne schorzenie odczułem na swojej skórze, więc pokuszę się o stwierdzenie, że rozumiem Daniela. Albo raczej – doskonale wiem przez co przechodzi. Ja jednak nie byłem dla ludzi aż tak ogromnym zagrożeniem jak Curtis dla mnie.

Odnalazłem apteczkę, wlepiłem w nią puste spojrzenie i oparłem się bezsilnie plecami o kafelki. Nie stwarzałem żadnego zagrożenia nigdy dla nikogo, bo byłem mały i słaby. Byłem też ćpunem. Daniel zaś jest wielkim facetem, dysponującym bronią. Ja znowu jestem tym samym małym Zackiem, który tym razem zabrał się za drażnienie czegoś o wiele bardziej groźnego niż sprowokowana grupka dzieciaków. Czy nawet Curtis sam w sobie. Tym razem mój wybór padł na mafię i prawdopodobnie cały świat przestępczy tego sporego skrawka ziemi. Byłem niereformowalny. No, bo jak inaczej nazwać kogoś, kto nieustannie pakuje się w kłopoty i nie może bez nich żyć?
Westchnąłem lekko i uniosłem dłoń do twarzy, by zacisnąć dwa palce na nasadzie nosa. Pogrążyłem się na chwile w zastanowieniu. Wyprowadzka Daniela byłaby jedynym, co mogłoby mi umożliwić generalnie najlepszą drogę ku wygranej.

I o ileż ciekawiej by było, gdybym jednak przekonał Daniela, że powinien zostać ze mną w jednym mieszkaniu?
Puściłem nasadę nosa, gdy moje usta wykrzywiły się w drobnym uśmiechu. To byłoby znacznie, znacznie bardziej interesujące.

Ruszyłem z apteczką wypełnioną bandażami i medykamentami ku sypialni, którą obecnie zajmował Curtis.
Wkroczyłem do pokoju, nie obawiając się już żadnego wybuchu ze strony chłopaka. Z pewnością był już spokojniejszy i może nawet nie będzie aż tak dokazywał, gdy wezmę się za opatrywanie jego ręki.

Przycupnąłem przy brzegu łóżka i sięgnąłem po krwawiącą dłoń. Bez ociągania czy jakichkolwiek ostrzeżeń – zająłem się odkażaniem rany wyjmowaniem z niej jeszcze mniejszych pozostałości szklanki. Dopóki nie upewniłem się, że rana jest już całkowicie czysta – nie zabandażowałem jej. Dopiero, gdy wiedziałem już, że nie pogorszę stanu mężczyzny – zająłem się delikatnym owijaniem ręki chłopaka w gazy .
Przez ten czas byłem absolutnie najciszej jak mogłem. Momentami nawet wstrzymywałem oddech.

Odstąpiłem dłoni chłopaka, przyjrzałem się swojemu dziełu i z cichym stęknięciem bólu, opadłem tyłkiem na podłogę, wychodząc tym samym z pozycji kucającej. Dopiero wtedy też podniosłem wzrok na Daniela, wciąż krzywiąc się lekko z bólu.
 -Nie bocz się, królewno –mruknąłem w końcu, pozwalając wpełznąć cwanemu uśmieszkowi na swoją twarz. –Mam całe dwa sezony nowego Dragon Balla na twardym dysku –dodałem, nieco konspiracyjnie. –Ale możemy obejrzeć też Sailor Moon . Jak wolisz.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sty 25, 2016 1:09 am


To okropne. Wszystko wokół jest takie chujowe. Kiedy przestałem to kontrolować? Wszystko co się wokół mnie dzieje. Gdy zgwałciłem Zacka, czy może już wcześniej? Tak bardzo nie chciałem myśleć o tym co mnie otacza, że aż nieświadomie zacząłem uciekać myślami do przeszłości. Przeciętny dzień, gdy miałem piętnaście lat wyglądał całkiem... przyjemnie. Beztrosko. Przymknąłem oczy, oddychając coraz spokojniej, wyzbywając się nerwów. Nim się zorientowałem, przez moją głowę poczęły przewijać się wizje dawnych czasów.

***

Wstałem po piątej. Zawsze wstawałem wcześnie i nie potrzebowałem dużo snu. Doceniałem jednak, że mam miękkie łóżko z ciepłą pościelą, w którym mogę spać zamiast kryć się w ciemnych kątach nieprzychylnego mi domu. To mieszkanie było miłe, wystarczająco duże dla naszej trójki i przede wszystkim bezpieczne. Miałem piętnaście lat, robiłem to wszystko co robi przeciętny nastolatek. Poszedłem do łazienki, umyłem się, zrobiłem względny porządek z sięgającymi łopatek włosami i zszedłem na dół. Zrobiłem szybkie śniadanie. Lodówka nie była pełna ale wyposażona w najważniejsze produkty. Nie powodziło nam się źle. W sąsiednim pokoju spał Alex, a jeszcze obok, Elizabeth. Zjadłem, umyłem zęby, spakowałem się i wyszedłem. Wszystko przebiegało tak jak codziennie. Wszystko było klarowne, miało swój porządek. Nie było nader ciekawie, ale moje życie było ustabilizowane. Nie myślałem o tym, że to może się znów zmienić.
Zaszedłem po Zacka i jak zazwyczaj, poczekałem chwilę przed blokiem. Uśmiechnąłem się niedbale na widok brązowej czupryny i również jak zazwyczaj - przywitałem go ciężkim, przyjacielskim objęciem ramienia. Przyzwyczajenie, ot co. Przeszliśmy tak kilka kroków, wymieniając się docinkami. Doszliśmy do szkoły w dobrych nastrojach. Do klasy weszliśmy razem. Siedzieliśmy obok siebie. Przerwy spędzaliśmy razem, większość lekcji też mieliśmy wspólnie. Chociaż tego nie mówiłem, nie lubiłem zostawiać tego kurdupla samego. Nie raz i nie dwa dostał wpierdol, był słaby i niski, na dodatek nie potrafił dobrze oddać. Czułem się za niego odpowiedzialny, bo przecież byliśmy przyjaciółmi. No i nie poradziłby sobie beze mnie.
Tego dnia mieliśmy zajęcia na basenie. Mimo, że trenowałem w klubie karate, miałem zwolnienie lekarskie, dzięki czemu mogłem olewać pływanie. Zazwyczaj więc ten czas spędzaliśmy oddzielnie. Potem zajęcia w klubie. Wspomniałem Zackowi, że przyjdę po niego po lekcjach i posiedzimy u mnie. Często to robiliśmy. Przychodziliśmy do mnie, zamykaliśmy się w pokoju i nakurwialiśmy w xBoxa, albo, gdy już dałem się namówić, oglądaliśmy jego anime. Często chodziłem na imprezy. Jakoś w drugiej klasie zacząłem przekonywać do nich chłopaka i teraz mogliśmy chlać, ćpać i bawić się razem. Więc robiliśmy to. Zack stawał się coraz mniej zależny ode mnie, a mi wcale to nie przeszkadzało. I tak wiedziałem, że zostanie przy mnie.
Szkolne, beztroskie czasy... Nie mogłem mieć pojęcia, że coś pójdzie nie tak. Do tego stopnia źle.


***

Ocknąłem się, gdy moje ramię zostało odsunięte od oczu, a dłoń wylądowała w rękach Zacka. Nieco nieobecnym spojrzeniem otaksowałem jego twarz, ostatecznie zatrzymując wzrok na palcach sprawie opatrujących pokrytą krwią dłoń. Westchnąłem słabo, poddając się jego działaniom. Na ten czas utkwiłem wzrok w suficie.
- Zawsze to ty byłeś królewną - mruknąłem ledwie słyszalnie, dopiero po tych słowach przenosząc dużo łagodniejsze spojrzenie na chłopaka. Westchnąłem raz jeszcze, kręcąc głową w geście dezaprobaty i uniosłem się do siadu. - Chcesz mnie zabić? - posłałem mu słaby uśmiech, po czym prychnąłem krótko w poddańczym geście. - Niech będzie Dragon Ball. Tylko wejdź już na to łóżko i się nie ruszaj. Szwy nie są ze stali. - Czułem się widocznie lepiej. Wstałem i przyszykowałem wszystko, łącznie z miską chipsów. Odpaliłem bajkę i usiadłem obok chłopaka, by objąć go bez żadnych niepotrzebnych słów. Tak było dobrze. I tak powinno zostać.

KILKA GODZIN PÓŹNIEJ - 14:15

Wzdrygnąłem się wyraźnie, gdy w kluczowym momencie, podczas którego z dużym zaangażowaniem wpatrywałem się w tok walki na ekranie, do moich uszu dotarł głośny dźwięk dzwonka. Zatrzymałem playera, patrząc z pytaniem na Zacka.
- Spodziewasz się kogoś? - Widząc, że odpowiedź jest przecząca, wzruszyłem ramionami i już miałem ponownie odpalać film, gdy dźwięk znów rozległ się po mieszkaniu. Przystrajając się w lekki grymas, niezbyt chętnie zwlokłem się z łóżka. - Zobaczę kto to - odparłem od niechcenia i nie kłopocząc się lekko zakrwawionym ubraniem oraz ogólnym nieładem swego wyglądu, podążyłem do drzwi. Uchyliłem je, by zaraz po tym stanąć z głupim wyrazem twarzy, wpatrując się w zdecydowanie nieoczekiwanego gościa. Co jest kurwa?
- Drake - zauważyłem, z nieukrywanym zdziwieniem unosząc brwi. Automatycznie usunąłem się z przejścia, wpuszczając mężczyznę do środka. Jego lekki uśmiech nie wydawał się dobrym omenem. Nie powinno go tu być. Nie teraz, nie dzisiaj. Nie po tym wszystkim. Niedobrze.
- Daniel - odpowiedział z lekkim, jakże naturalnym rozbawieniem, pomimo którego nie wyglądał wcale mniej groźnie. Nie w moich oczach, choć na ogół sprawiał dobre wrażenie. Budził respekt i sympatię. Miał tę charyzmę, której można pozazdrościć jedynie nielicznym. - Nie powinieneś być taki zaskoczony. Wyłączyłeś telefon, więc zacząłem się martwić. - Wyważony cynizm w niczyich ustach nie brzmiał tak dobrze jak w jego. Faktycznie, nie powinienem się dziwić. Mogłem się nawet domyślać o co chodzi. Zack. Powstrzymałem skrzywienie i westchnąłem krótko, patrząc jak wiesza kurtkę i uśmiecha się w ten swój niezobowiązujący, swobodny sposób.
- Zack! Mamy gościa - krzyknąłem, przekraczając odległość między salonem a sypialnią, w której zaraz zapaliłem światło. Drake w tym czasie sam się rozgościł, z zainteresowaniem rozglądając się po ścianach. Niedobrze. Kurwa.
Wszedłem do sypialni, by od razu wygrzebać z szafy czyste ciuchy i się przebrać.
- Wolałbym, żebyś tu został, ale Drake z pewnością chce cię poznać i z pewnością to zrobi tak czy inaczej. Chodź do salonu. - Przebrany w czyste ciuchy, podszedłem, by pomóc mu wstać, a potem pokonać te kilka kroków. Nim wyszliśmy z sypialni, puściłem chłopaka, wiedząc, że nie chciałby zostać zaprowadzonym przed czyjekolwiek oblicze nie o własnych siłach. Drake wstał widząc chłopaka i obdarzył go tym samym nienagannym uśmiechem. Pierwszy wyciągnął rękę.
- Ty musisz być Zachary. Drake. Dobrze w końcu cię poznać Panie Petterson. - Różnił się rażąco mocno od osób, które do tej pory poznał dzięki mnie Zack. - Jestem ojcem Daniela. - Moja brew uniosła się niekontrolowanie. Bez cienia uśmiechu obserwowałem jak mądre spojrzenie mężczyzny zagląda w błękitne tęczówki chłopaka. - Zastępczym oczywiście. Ale jak mniemam, wiesz o czym mówię - z uprzejmym wyrazem twarzy puścił dłoń chłopaka i z powrotem spoczął w fotelu. Nawet nie spojrzał na zranioną nogę Zacka, choć dobrze wiedział co się za tym kryje. Zawsze wiedział więcej niż mogłem przypuszczać.
- Naleję whisky - obwieściłem, robiąc krok w kierunku barku.
- Wystarczy kawa, Danny. Nie przyszedłem na długo i jestem samochodem. - Westchnąłem, kręcąc ze zrezygnowaniem głową. Udałem się do kuchni szykując trzy kawy. Co kombinujesz "ojcze"? Kiedy w ogóle tak bardzo zacząłem martwić się poczynaniami Drake'a? Jesteśmy przecież po jednej stronie. Jest jedynym człowiekiem, dzięki któremu wciąż żyję i mam się dobrze. Po prostu... Martwię się o Zacka. Tak, dla niego ta wizyta nie wróży niczego dobrego jak mniemam.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Sty 25, 2016 5:05 pm

Uśmiechnąłem się z rozbawieniem na słowa Daniela, a także okazując tym samym ogromną ulgę, gdy wzrok chłopaka okazał się być po prostu ciepły, a nie wrogi.
  -To oznacza, że jesteśmy lesbijskim duetem księżniczek -odparłem zaczepnie, a mój uśmiech poszerzył się, gdy dostałem zielone światło na niezobowiązujący seans  ulubionej bajki. Nijak nawet nie skomentowałem następnych słów Daniela, a to ze względu na swój znacznie lepszy niż chwilę temu humor.
Wpakowałem się na materac z najzgrabniej jak tylko mogłem z postrzeloną nogą i już moment później raczony byłem ciepłą bliskością Daniela oraz bajką. Nawet nie wiedziałem, które z nich obecnie bardziej mnie cieszyło.
 
***
 
Minęło kilka godzin i mimo swojego zafascynowania akcją toczącą się obecnie na ekranie komputera - momentami, czując się zbyt komfortowo w ramionach Curtisa - zacząłem przysypiać. Cucił mnie czasem jakiś głośniejszy dźwięk, poruszenie Daniela czy oprawki okularów wbijające się w skroń.
Chwilę wcześniej się przebudziłem i znów niestrudzenie wbijałem swoje spojrzenie w kreskówkę.
 
Wtedy właśnie wydarzyło się coś zdecydowanie nieoczekiwanego bowiem dzwonek do drzwi rozdzwonił się, drażniąc moje uszy. W ogóle zapomniałem jak ten skurwiel brzmi, a na pewno nie przypominałem sobie, by działał aż tak dobrze. Była to zapewne wina mojej  migreny, a dzwonek do drzwi wcale po prawdzie nie był specjalnie głośniejszy od takiego standardowego dzwonka. Niemniej jednak - moja twarz wykrzywiła się w nieprzyjemnym grymasie, gdy ktoś ponownie począł się dobijać.
Na pytanie Daniela jedynie pokręciłem przecząco głową i musiałem po chwili uwolnić go od swojego ciężaru, by bez przeszkód mógł się na własną rękę przekonać kto o tej porze mógłby czegoś od nas potrzebować. Nie wiedzieć też czemu, miałem złe przeczucia.
 
Daniel zniknął za drzwiami sypialni, a ja gwałtownie poderwałem się do góry, by potwierdzić swoje złe przeczucia, krótkim spojrzeniem na mieszczące się na końcu korytarza drzwi wejściowe do mieszkania. Moje brwi lekko się zmarszczyły, gdy spojrzenie spoczęło na mężczyźnie. Mogłem jedynie podejrzewać kim jest ten nieoczekiwany, przytłaczający facet, na którego widok Daniel tak się zdziwił.
 
Opadłem bezsilnie na materac, zaciskając jednocześnie zęby, by powstrzymać syknięcie, gdy najwidoczniej ten ruch przesądził o solidności szwów. Poprawiłem nieporadnie grube oprawki na nosie i przeczesałem powoli włosy, szacując sytuację. Daniel zaś wpadł do sypialni i począł się gorączkowo przebierać w coś stosowniejszego i nieubrudzonego krwią.
Walcząc z chęcią przyciśnięcia dłoni do uda - przekląłem cicho pod nosem bowiem byłoby to zbyt jednoznaczne poddanie się słabości. Zamiast tego zasłoniłem usta dłonią, godząc się na ten kompromis. Patrzyłem jak Daniel wyplątuje się ze swojego  ubrania i wciąga na siebie inne, samemu nie ryzykując nawet poruszenia nogą.
 
Powiedzieć, że byłem przestraszony, to błąd znaczeniowy. Ja po prostu zdawałem sobie sprawę z tego, jak bardzo niefortunny moment trafił mi się ku konfrontacji z szefem Daniela. Mimo jednak niewygody bólu, jakiego obecnie doznawałem - podniosłem się z łóżka i zrobiłem kilka kroków z pomocą Daniela, by w następnej chwili posłać mu miażdżące spojrzenie. Chłopak natychmiast puścił, a ja o własnych już siłach podążyłem do salonu przywitać naszego gościa.
Moment, w którym stanąłem przed nim wydawał mi się być nieskończenie pełen szczegółów niedostrzegalnych dla czegoś tak prymitywnego jak ludzkie oko. To, kim byłem jeszcze jakiś czas temu pozostało odległym wspomnieniem, blaknącym pod wpływem tego, czym stawałem się teraz. Odurzające poczucie przynależności do tego stanu umysłu sprawiało, że lada chwila kolana pode mną uginałyby się pod przytłaczającym ciężarem ogromu emocji jakie wypełniały mój nadwerężony, ograniczony mózg.
Byłem pod wrażeniem, że uświadomienie sobie tego wszystkiego trwało jedynie kilka setnych sekundy.
 
Uścisnąłem wyciągniętą ku sobie dłoń mężczyzny i nie trudziłem się nawet tym, by przyznawać mu rację. Musiał zdawać sobie sprawę z tego kim jestem, a w takiej sytuacji łatwo raczej było połączyć kropki. Przedstawienie swoich umiejętności było tutaj zbędne i on sobie doskonale zdawał z tego sprawę (czego nie można powiedzieć o niektórych jego pracownikach).
 
Moje oczy rozbłysły wyraźnie w dzikim rozbawieniu, gdy Drake obwołał się ojcem zastępczym Curtisa.
Na tym etapie moich postępów w pracy - byłem świadom wielu rzeczy. Jednak to nie Drake był osobą, której szukałem był czymś co dzieliło mnie od finalizacji zadania. On i jego rejestr.
Kane zaś nie musiał wiedzieć o wszystkim co planuje przy okazji ugrać sobie jego kosztem, a raczej kosztem jego środków i informacji, w których posiadanie wszedł. Jego przydatność jednak jeszcze się nie skończyła, ale tę kwestię już szczegółowo przestudiowałem wcześniej.
 
Mężczyzna z powrotem usadził się na fotelu, podczas gdy ja opadłem na kanapę, nie spuszczając z naszego gościa bacznego i zafascynowanego wzroku.
Daniel zaś udał się do kuchni, by przygotować wcześniej nadmienioną kawę.
Adrenalina i szaleństwo wciąż rozbijały się po moim ciele, tłocząc we krwi czyste spełnienie.

  -Daniel niewiele mi o panu opowiadał -odparłem przez uśmiech i usadowiłem się wygodniej, tak by tym samym nie okazywać zbytnio tego, że moje ruchy są ograniczone. -Ale gdybym miał wierzyć tym kilku nielicznym opowieściom, stwierdziłbym, że jest pan imponującą postacią -dodałem i odruchowo przejechałem językiem po zębach. -Jest pan nią naprawdę?

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Lut 08, 2016 11:25 pm


Gdyby to był ktoś inny, gdybym nie znał tak dobrze Drake'a, byłbym pewien, że Zack sobie poradzi. Wiedziałem, że nie jest on chłopcem, który po omacku idzie przez życie oraz karierę. Zack jest inteligentnym człowiekiem ze spaczonym podejściem do absolutnie wszystkiego. Wiedziałem, że nawet jeśli może obawiać się w jakiś sposób mego szefa, zwycięży w nim pewnego rodzaju ekscytacja, zainteresowanie i chęć pokazania swojej wyższości, albo chociaż tego, że może być równym przeciwnikiem dla Drake'a. A nie jest. Nie jest i tym właśnie martwię się najbardziej. Jakkolwiek dobrze nie przedstawiały się perspektywy chłopaka, na tę chwilę nie mógł konkurować z facetem, który właśnie zawitał w jego progi. Dzieliły ich lata doświadczeń, a także sposób w jaki spędzili swe życie. Nawet Zack nie mógł przechytrzyć Drake'a, choć mógł mu z pewnością zaimponować. I to kolejna moja obawa - lepiej, gdyby chłopak nie wzbudził zainteresowania w szatynie. Wtedy wszystko byłoby łatwiejsze. Szkoda tylko, że najwidoczniej już jest na to za późno. Drake wiedział. Wiedział dużo i odbijało się to w jego spojrzeniu, a ponieważ znam go wystarczająco długo, wiem, że nie jest to tylko moja wyobraźnia, ani zwykła gra aktorska. Zack nie doceniał swojego przeciwnika. Gdyby to robił, usunąłby się na bok, zrezygnował z obecnej pracy i znalazł inną. Niech jego durny szef ponosi konsekwencje zadzierania z Drakem. Nie chciałem żeby to był Petterson. Nie chciałem być zmuszony do obierania którejś ze stron. Och. No tak, więc jednak chodzi o mnie. Ta sytuacja była zbyt niewygodna dla mnie. Martwiłem się o Zacka, ale sam nie byłem pewien czy bardziej doskwiera mi wiszące nad nim niebezpieczeństwo, czy raczej to, że stałem pośrodku i musiałem decydować. A może raczej - będę musiał, jeśli sytuacja rozwinie się w złym kierunku. Jeżeli o to zaś chodzi, jestem niemalże pewien, że tak właśnie będzie. Odwiedziny Drake'a są dużym krokiem w tę właśnie pieprzoną, nieodpowiednią stronę.
Robiąc kawę nasłuchiwałem, co nie było ciężkie, z uwagi na architekturę wnętrza oraz wyczulony zmysł. Niewiele mu opowiadałem? Nie mówiłem mu nic o Drake'u, a Drake z całą pewnością o tym wie. Oczywiście jedyną jego reakcją na tego typu słowa był niewzruszony uśmiech i ledwie widoczna w oczach iskierka zaciekawienia wymieszanego z rozbawieniem. Pokazywał emocje, które chciał, by zostały ujrzane. To, co miał zachować dla siebie, ukrywał na tyle umiejętnie, że było absolutnie nie do przejrzenia. Nie był zamkniętą księgą. Był księgą, która sama decydowała, które strony ukaże czytelnikowi. Minęło trochę czasu nim to zrozumiałem. Początkowo spędzałem z tym człowiekiem każdą sekundę swego życia, poznając go i jego możliwości. Wciąż nie odkryłem wszystkich stron. Ba, nie odkryłem nawet ćwiartki, choć jako jedyny miałem możliwość poznania go w tak dużym stopniu. To też nie stało się bez powodu. Drake niczego nie robił bez celu. To samo tyczy się tych odwiedzin. To samo tyczy się tego uśmiechu. To samo tyczy się tego spojrzenia. Kurwa.
Wróciłem do salonu, stawiając na stole wszystkie trzy kawy, właśnie w momencie, w którym mężczyzna nienachalnie wpatrywał się w niebieskie oczy, pogłębiając charakterystyczny uśmiech w wyniku usłyszanych pochlebstw. Nie była to naturalnie reakcja człowieka, który cieszy się z komplementów. Po prostu słuchał, analizował każde słowo i robił to z wprawą nabytą przez wiele, wiele lat. Nie byłem w stanie stwierdzić co myśli, co planuje, jakie wrażenie wywarł na nim chłopak w tych pierwszych minutach. Niczego nie byłem w stanie stwierdzić i Zack również, nawet jeśli mogło mu się wydawać inaczej. Usiadłem obok chłopaka.
- Z czasem sam pan odpowie na to pytanie - odparł bez chwili zastanowienia, uśmiechając się wciąż w ten sam nieprzenikniony sposób. Nie lekceważył Zacka. Nawet taki szczegół jak zwykłe nie przejście na "ty" znaczył więcej niż mogłoby się wydawać. Mimo, że miał przewagę pod wieloma względami, wcale tego nie okazywał. To się czuło. Ale nie dlatego, że Drake tak chciał. Nie robił nic, by okazać swoją wyższość. Traktował Zacka ze zwykłym... szacunkiem. I to również mi się nie spodobało. Drake był ewidentnie poważny i zanadto zainteresowany tym głupim szczylem, którym Zack powinien być w jego oczach. Powinien, ale nie był. Ani w moich, ani w jego. Dostrzegł potencjał. - Nie będę panu przeszkadzał w szukaniu odpowiedzi - dodał, odstawiając od ust kubek, z którego przed chwilą pociągnął łyk kawy. Zwinnie przerzucił rozmowę na inny tor. Każdy z nas mógł wyczuć, że przeszkadzanie, o którym mówił dotyczyło czegoś innego. Choć nie byłem wtajemniczony, mogłem się domyślać. Zakładam, że niedługo i mnie ta sprawa zacznie dotyczyć mocniej niżbym tego pragnął. - Pańskim towarzyszom również. - Zerknąłem badawczo na Zacka. Pracowali w grupie. - Jestem ciekaw rezultatów - dodał z zupełnie sympatycznym uśmiechem. Tego się obawiałem. Drake nie patrzył na moje powiązanie z chłopakiem. Traktował go zupełnie indywidualnie, nie przez pryzmat naszej relacji. Chciał się zabawić, sprawdzić jego możliwości i... Cóż, mogłem tylko przypuszczać. Być może nie mówił prawdy. Być może kryło się za tym coś zupełnie innego. Jakkolwiek by nie było, zapewne niedługo się dowiem. Skoro nie bierze pod uwagę mojego podejścia do Zacka, poszła się jebać ostatnia nadzieja na to, że potraktuje tego nierozsądnego gówniarza ulgowo. Mnie również. Jestem jego prawą ręką. Jestem zabójcą. Jego synem. Nie kimś, komu zależy na pewnym niesfornym informatyku mogącym wejść mu w drogę. Drake nie rozważał dylematu przed jakim stanąłem. W jego oczach nie było żadnego dylematu. On narzucił mi stronę, którą powinienem obrać i moje stanowisko w tej sprawie nie podlegało dyskusji. No tak... Jak mogłem się łudzić. Och Zack, durniu, w co ty nas wjebałeś?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Lut 16, 2016 11:26 pm

 -Puść go! –wrzasnęła kobieta i wydarła chłopca z ramion dwa razy większego od siebie mężczyzny, który mimo swoich możliwości –niemal bez walki odstąpił chłopca.
 -On jest też moim synem –warknął mężczyzna i podniósł się z kucek. Powoli i bez pośpiechu, bowiem w drobnej acz silnej dłoni kobiety mieścił się powód jego wcześniejszej uległości względem swoich praw do dzieciaka. Czarny, chromowany rewolwer. Piękny model i w dodatku z naładowanym magazynkiem. Aż prosił się o odpalenie.
 -Jest przede wszystkim moim synem –syknęła dziewczyna i przytuliła do siebie ciemnowłosego chłopczyka, który ciekawie patrzył się po rodzicach, nie znając właściwie powodu ich waśni. Kilka dni temu przydarzył mu się wypadek. Nie pamiętał dokładnie całego zajścia, ale był pewien, że skoro wszystko z nim w porządku już kilka dni po samym wypadku –nic takiego się nie stało. Z tego co usłyszał od sąsiadki i wyczytał z min rodziców –ojciec musiał mieć swój udział w krzywdzie.
 -Nie możesz mi go tak po prostu zabrać. Nie dasz rady. Wygram sprawę w sądzie i już go nigdy nie zobaczysz! –zdenerwował się mężczyzna i postąpił o krok do przodu, a pistolet w dłoni kobiety zadrżał niekontrolowanie mocno, dokładnie tak samo na ciało za plecami chłopca. Niebieskie oczy przesunęły się z ojca na matkę i wbiły się niewinnie w kobietę, oczekując zapewne jakiejś reakcji na słowa ojca, które –powiedzmy sobie szczerze –brzmiały nawet dla niego nieco niepokojąco.
 -Nie wygrasz. Jesteś cho…
Tutaj kobieta zamilkła, a w miejsce zrozumiałych słów wdarł się okrzyk bólu, gdy mężczyzna złapał ją boleśnie za nadgarstek, w którym dzierżyła rewolwer i spróbował go wykręcić. Rozległ się strzał, chłopiec podskoczył przestraszony i schował twarz w ubranie matki.


Zamrugałem kilkakrotnie, gdy mojej uwadze nie uszło to nęcące zainteresowanie obecne w oczach starszego mężczyzny. To mogłoby być złudne poczucie zwycięstwa, a perfidne tym bardziej, że nie miałem pojęcia, czy przypadkiem nie jest to prawdziwe uznanie widniejące w oczach Drake’a. Tak, facet był dobry. Trzymał fason, był zagadkowy. Miał wszystko, czego potrzebował kultowy antagonista. Szablonowy wróg i klasyczny acz niezwykle lubiany zły charakter. Drake zapewne byłby wspaniałym modelem dla zbudowania wokół całej fikcyjnej historii do czyjejś książki. Ale w tym właśnie tkwił cały szkopuł – to nie była książka, to nie była fikcja literacka, to była prawda. Prawdziwe niebezpieczeństwo, prawdziwe zagrożenie, które następuję, gdy tylko chwila nieuwagi, zlekceważenie wstąpi na miejsce rozsądku. To był piękny kawał sztuki, pasjonujący taniec, ale mimo, że cieszyłem się tym jak prawdziwy koneser sztuki – pozostawałem czujny. Spróbowałem nie brać niczego do siebie.

Co było trudne, gdy zewsząd docierały do mnie oznaki nieposzlakowanego nieprawdą szacunku. Był tak autentyczny i zbyt chętnie przyszło mi wierzyć w to, że mężczyzna nie zlekceważył mnie, tak jak to zwykli robić ludzie, którzy ponosili sromotną porażkę w starciu jakimkolwiek, którego się podejmowali. Byłem dotychczas niekwestionowanym zwycięzcą, a zapewne odbiło się to w mojej wygórowanej pewności siebie, z którą to nosiłem się dumnie jak paw. Albo dumniej, bo pawie nie mają absolutnie żadnej świadomości tego, jak piękne są w oczach ludzi, którzy ich podziwiają.

Świdrujący głos mężczyzny przyjemnie drażnił moje uszy, a taksowanie jego twarzy sprawiało, że w mojej głowie kłębiło się od nadmiaru wiadomości. Nieskrycie sunąłem wzrokiem po całym jego ciele, a powód tego nie był żadną tajemnicą ani dla niego, ani dla nikogo, kto jest choć trochę… myślący?
 -Nie wątpię w ani jedno słowo, które padło z pana ust –niemal wymruczałem z pewnym rozbawieniem, gdy Drake skończył mówić. Podsumować jednak zaś mogłem to tylko jednym sformułowaniem:
 -Liczę na owocną współpracę –powiedziałem, stosując kilka dłuższych pauz między wyrazami. Żadnej współpracy nie będzie, a moje słowa były tylko zabawnym przytykiem w kierunku tego, jak obaj wiedzieliśmy, że potoczą się nasze dalsze losy. Nie chciałem go jednak skazać na porażkę już teraz. Było na to za wcześnie. Może pewnego dnia, zniszczenie go będzie równie łatwe, co zgniecenie muchy gazetą. Teraz jednak przyniosłoby to więcej strat niż zysków. Jedynie nikłą satysfakcję. Zbyt krótko tańczyliśmy, zbyt mało wyrafinowanych kroków nauczyło mnie życie.

Sięgnąłem po kubek i otuliłem naczynie palcami, pieszcząc brzegi opuszkami. Przez chwilę napawałem się samym ciepłem, którym emanował kubek, by w końcu pociągnąć z niego skromny łyk, zważyć smak kawy na języku i w końcu także przełknąć gorzką ciecz. Wtedy to właśnie, po raz pierwszy od początku swojej rozmowy z tajemniczym mężczyzną –zerknąłem w kierunku Daniela.
Byłem niemal pewien, że ma mi coś za złe. W końcu, kurwa, zawsze coś mu nie pasowało.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Lut 16, 2016 11:59 pm


Nie raz zastanawiałem się co siedzi w głowie Drake'a. Ciężko było jednak choćby przypuszczać, która z opcji jest prawdziwa, bowiem mężczyzna ten aż nader dobrze zna ludzką psychikę. Zupełnie jakby potrafił w ciągu sekundy rozważyć wszelkie możliwości tego, jak ukierunkują się myśli jego rozmówcy i znaleźć odpowiednie rozwiązanie, reakcję, dzięki której rzeczy potoczą się po jego myśli. Chciałbym go tylko przeceniać, być zaślepionym gówniarzem, jakim byłem jeszcze trzy lata temu. Ale choć początkowy entuzjazm w związku z poznaniem mężczyzny ostygł, szacunek i podziw nie poszły jego śladem. Drake był wyjątkowym człowiekiem, takim, jakich określa się mianem geniuszy. Widoczne to było nawet gdy się nie odzywał. Cała jego postawa świadczyła o tym, że nie należy go niedoceniać.
Przez krótką chwilę zastanawiałem się nad tym, czy mężczyzna faktycznie tak bardzo docenia Zacka, czy tylko chce, by ten tak myślał. Szybko jednak odstawiłem swe rozmyślania, gdyż wiedziałem, że i tak nie dowiem się prawdy. Na pewno nie w najbliższym czasie. Choć ja sam przychylałem się ku drugiej opcji, wiedziałem, że Drake ma inny pogląd na rzeczywistość, potrafi także więcej dostrzec i mi jest do niego jeszcze bardzo daleko. Łatwiej było mi pojąć choć zalążek tego jak rozumuje, gdy spędzaliśmy ze sobą każdy dzień, gdy poświęcał czas, by przelewać we mnie swoje mądrości. Ale teraz oddaliliśmy się od siebie, a ja zacząłem wątpić w to, czy powinienem ich słuchać. Drake był niebezpieczny i choć chciałem wierzyć, że tylko dla wrogów, zaczynałem mieć wątpliwości. Sprawa z moją matką i ojcem oraz udziałem bruneta w tym wszystkim, za bardzo wszystko skomplikowała. Ale zamiast zagłębiać się w tę kwestię, skupiłem uwagę na rozmowie Zacka z moim szefem. Albo raczej na czymś, co tę rozmowę przypominało.
Wyraz twarzy czterdziestokilkulatka nie zmieniał się nawet na sekundę. Wciąż gościł na niej opanowany do perfekcji, uprzejmy uśmiech, mięśnie w żaden sposób nie spinały się niezależnie od tego co usłyszał, a wzrok pozostawał nader spokojny, kryjąc wewnętrzne emocje, o ile takie istniały. Ale przecież musiały. Nikt nie może wyzbyć się niechcianych emocji, nawet ktoś taki jak Drake.
Jedynie, gdy padło ostatnie zdanie z ust Zacka, uśmiech jego nabrał nieco innego wyrazu, a jedna z brwi uniosła się subtelnie. Zatrzymał w powietrzu dłoń z kubkiem, by odpowiedzieć Zackowi tonem, który sprawiał, że nawet najpewniejszy zawodnik poczyna wątpić w swoją rzeczywistą wartość.
– Współpracę? – Podczas, gdy Drake wpatrywał się w Zacka swym nienagannie spokojnym, a jednocześnie przeszywającym na wskroś spojrzeniem, ja odpaliłem papierosa. – Na nią, panie Petterson, trzeba sobie zasłużyć.
Drake – przerwałem napięcie, które można było wyczuć w powietrzu, zwracając uwagę swobodnie popijającego swą kawę mężczyzny, na siebie. Posłałem mu pełne wyczekiwania spojrzenie i wypuściłem na bok kłębek dymu. – Długo zostajesz w LA? – Wolałbym nie. Na tę chwilę nie potrzebuję rozbudowanych rozmów na temat tego jakie relacje łączą mnie z Zackiem, co się między stało i jak to na mnie wpływa. Na inne tematy również.
Dzisiaj wracam. Chciałem zobaczyć jak się trzymasz Danny . – Mimo, że wiedziałem, iż nie to jest główną przyczyną jego odwiedzin, byłem w stanie uwierzyć w jego zmartwienie. Zawsze się troszczył, choć niewykluczone, że miał w tym ukryte motywy. Nawet bardzo prawdopodobne.
Zaraz po swych słowach odstawił kubek, z którego nie ubyło nader dużo i podniósł się z miejsca, najwyraźniej zbierając do wyjścia. Również wstałem. Drake rzucił ostatnie, pożegnalne i nienagannie miłe spojrzenie siedzącemu Zackowi, zaś ja zrobiłem to samo, lecz w dużo bardziej karcący sposób. Krew z naderwanego najwidoczniej szwu przesiąkła mu przez spodnie. Co za gówniarz, nawet o małą rankę nie potrafi zadbać. Powstrzymałem westchnienie i po szybkim zgaszeniu fajka w popielniczce, odprowadziłem Drake'a do drzwi.
Zarzuciłem skórę, by wyjść z nim na zewnątrz, gdzie to się zatrzymaliśmy, by zamienić kilka zdań bez świadków.
– Daniel – Ręka mężczyzny spoczęła na moim ramieniu, ja zaś posłałem mu wyczekujące spojrzenie, nie zastanawiając się długo nad tym co ma mi do powiedzenia. Nie oczekiwałem, iż będzie to coś pokrzepiającego. – Rozsądny człowiek potrafi rozdzielić pracę od życia prywatnego. – Ledwie wstrzymałem się od uniesienia brwi. Ten stary drań dokładnie wiedział co dzieje się w mojej głowie. A może było to aż tak oczywiste. Tak. Było. Rana postrzałowa Zacka mówiła sama za siebie, a Drake wiedział skąd ona się tam wzięła. Widział też, że pomimo tego, wciąż nie jesteśmy w złych relacjach. Moje rozdarcie było nazbyt widoczne. – Hakerzy nie są twoją działką. A ty jesteś rozsądnym człowiekiem. – Poklepał mnie po ramieniu i uraczywszy uśmiechem, skierował kroki w stronę samochodu, pozostawiając mnie z niezbyt inteligentnym wyrazem twarzy. Nie to spodziewałem się usłyszeć. Byłem... Zaskoczony.
– Włącz telefon – rzucił jeszcze przez ramię, po czym zniknął za drzwiami i odjechał. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do domu, do Zacka. Nie zdejmowałem kurtki i butów.
Ubieraj się, ostatni raz zawożę cię do szpitala. Jeszcze raz zerwiesz szwy, to sam cię zaszyję. Zszywaczem. – Kto by pomyślał, że kiedykolwiek będę tak rozdrażniony po wizycie Drake'a. – Porozmawiamy po drodze – oznajmiłem, by schyliwszy się po buty Pettersona, zanieść je pod jego nos. Z zakładaniem musiał poradzić sobie sam, tyle z pewnością da radę zrobić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Lut 17, 2016 1:17 am

Można powiedzieć, że do tej pory jedynie Daniel wzbudzał we mnie czystą postać podniecenia samego w sobie. Był jedynie on... do tego momentu, gdy poczułem, że nie tylko poprzez stymulację seksualną można doświadczyć napięcia. Dzieje sie to też wtedy, gdy doświadcza sie zbyt wiele emocji naraz. Zazwyczaj były one nieuporządkowane, zmienne i skrajnie chaotyczne. Teraz zaś jednak... nieustannie buzowało we mnie podniecenie, adrenalina i szaleństwo. Wątpiłem, by uzewnętrzniało sie to jakkolwiek na mojej twarzy. Nie było po tym śladu, a ja byłem jedynym uświadomionymi. Cóż, miałem nadzieje, że tak zostanie. Nie uśmiechało mi sie tłumaczenie przed Danielem, dlaczego właściwie cokolwiek mi stanęło akurat po konfrontacji z jego szefem. Mogłoby to wyjsć dość niezręcznie, a przecież wyjaśnienie było irracjonalne i wątpiłem by nawet ten konkretny Danny je zrozumiał. To była złożona reakcja chemiczna, adrenalina uderzała do mózgu i stymulowała tętno a zatem przepływ krwi. W związku z czym - byłem nie tylko w dziwny sposób podniecony, ale przez otwarta ranę ulewała sie ze mnie kałuża krwi. Nie ja byłem czemukolwiek winien. To wszystko jedynie powstało w skutku mojego wątpliwego stanu użytkowego psychiki. Stąd pewnie brały sie też wszelkie fetysze i dziwactwa, które ostatnio wydawały sie jakby nasilać pod wpływem zbyt silnego stresu czy samotności. Tak, bywałem samotny. Zwłaszcza wtedy, gdy Daniel mnie zostawiał.

Drake niewątpliwie był kimś, kogo zwykłem nazywać przeciwnikiem godnym zachodu. Uważałem sie naturalnie za lepszego od każdego z kolejna. Nikt nie był wystarczajaco wyjątkowy, nikt nie był absolutnie pozbawiony słabości, które mogłyby zostać wykorzystane przeciwko niemu. Nikt także nie był nieomylny i stuprocentowo skuteczny. Choć Drake wydawał sie być bliski dosięgnięcia szeroko pojętej perfekcji - nadal nie sądziłem by mógł wspiąć sie na szczyt potęgi. Jest to oczywiście możliwe, a raczej byłoby, gdyby nie fakt, że szczyt potęgi upatrzyłem sobie ja. Nie dam go sobie odebrać komukolwiek i poświęcę w drodze  na niego jeszcze wielu dobrych ludzi, zaś przezwyciężenie słabości stanie się tylko kolejnym etapem dorastania do tego, by ostatecznie stać sie geniuszem w każdym tego słowa znaczeniu. Ograniczenia były wariacją literacką, a limity fantazją ludzi słabych.

Kolejne słowa ojczulka Daniela ani trochę nie zrobiły na mnie wrażenia i choć doceniałem jego dobrą wole - nijak nie miałem zamiaru pójść temu molochowi na rękę. Głownie dlatego, że ja nie zawierałem z nikim kontraktów podporządkowujących im mnie, a wiedziałem, że Drake nie potrzebuje mnie w miejscu współpracownika. On wykorzystuje ludzi do przesuwania nimi po szachownicy, by w celu osiągnięcia najbardziej górnolotnego sukcesu w końcu ich poświęcić. Nie mógłbym żyć z nim w lukratywnym układzie, bo każdy z nas miałby inną wizje takowego.
Perspektywy te były zbyt wybiegające w przyszłość. Nie miałem pojęcia, w którym to momencie pozwoliłem sobie tak sie rozmarzyć.

Nijak nie skomentowałem słów Drake'a gdyż nie chciałem niszczyć jego nadziei na to, że dałem sie pojmać w iluzje jego czarodziejskich zabiegów. Nawet moje podniecenie nieco osłabło. Wątpiłem jednak iż stało sie to na wskutek rozjaśnienia umysłu. Miałem wrażenie, że stoi za tym coraz obfitsza utrata krwi.

Odpłynąłem na krótką chwile, gdy Daniel zajął sie rozmową z szefem. Nie umknęło mi jednak ani jedno słowo i mimo, że informacje wyczytane spomiędzy tej wymiany zdań były już w moim posiadaniu od dawna - całkiem satysfakcjonujące było to, że mogłem znów napawać sie swoim częściowym sukcesem, powtarzać kroki, które podejmę następnie i dopinać na ostatni guzik każdy najmniejszy element ułożonego planu. Zbyt łatwo jednak to wszystko przebiegało, więc miałem nadzieje na niejakie komplikacje.

Rzuciłem mężczyźnie ostatnie wymownie wyzywające spojrzenie i odprowadziłem go wzrokiem do wyjścia. Gdy tylko zaś obaj - Daniel i Drake - opuścili moje mieszkanie - zrazu moja głowa opadła  bezwładnie na wezgłowie kanapy. Westchnąłem cicho i pozwoliłem sobie na krótkie syknięcie bólu. Ostatecznie jednak i tak trzyma sie mnie pierwiastek idiotyzmu. Jak każdego czasami.

Ocknąłem sie, gdy mój drogi współlokator wrócił by czym prędzej przejść do narzucania mi. Na jego słowa przewróciłem z zirytowaniem oczyma jednak po chwili także nieco sie uśmiechając do mojej ulubionej kupy mięśni, zwróciłem ku niemu oczy. Zastanawiałem sie czy i Daniel potrafi czasem sprzedać komuś taką gadkę jaką jego szef na potrzeby chwili.
 -Jesteś słodki, gdy tak o mnie dbasz -wymruczałem prowokująco. W następnym momencie jednak moja górna warga już drgała w niejakim zdenerwowaniu poczynaniami Daniela.
 -Mam zabrać kamizelkę kuloodporną? -wycedziłem i stęknąwszy cicho z bólu, założyłem buty, które znalazły sie tuż obok mnie. Nie spieszyłem sie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Lut 19, 2016 5:47 pm


Westchnąłem krótko, patrząc na ten niewymuszony uśmiech, zupełnie nieadekwatny do sytuacji. Albo Zack postanowił robić wszystko na przekór, albo zbyt duży ubytek krwi zaćmił mu mózg. Choć jeszcze inną i najbardziej prawdopodobną opcją była zwyczajnie jego nierównowaga psychiczna, że tak to ładnie nazwę. Jego zachowanie prawie nigdy nie było takie, jak mogłoby być u innych ludzi. Ale to dobrze. Gdyby Zack był zwykłym, przeciętnym szaraczkiem, nie zwróciłbym na niego uwagi. Tymczasem wyróżnia się wybitnie na tle innych i chyba za to go tak cenię. Być może są też inne powody. Ale nie jest to chyba najlepszy moment na rozmyślanie o tym, czemu czuję do tego gówniarza coś, czego sam nie jestem w stanie nazwać, a każe mi zostać przy nim i dbać o jego zgrabny, (nie)pieprzony tyłek.
Wbiłem w chłopaka swe ostre spojrzenie, gdy do moich uszu dotarł jego durny komentarz. W mych oczach jednak szybko pojawiło się zrezygnowanie. Wiedziałem przecież, że to jedna z jego wielu prowokacji i choć nie miałem najlepszego humoru do kontynuowania tych przekomarzań, nie było sensu zanadto się irytować.  Gdy jednak kontynuował, jak zawsze mówiąc jedno słowo za dużo, poczułem nerwowe drganie brwi. Jego mozolność w zwykłym zakładaniu butów tylko podjudzała to zirytowanie.
– Niewiele ci ona pomoże, jeśli jeszcze trochę pogadasz – odparłem sucho, choć oczywiście niezupełnie poważnie. Chociaż, kto wie? W moich ustach te pół-żarciki bardzo łatwo mogły przełożyć się na rzeczywistość. W każdym razie, nie dodając już nic więcej, stałem nad Zackiem czekając aż w końcu wciągnie te buty i przy okazji wywierałem na nim presję swym nieustępliwym spojrzeniem. Choć nie sądziłem, by ten się przejął.
Gdy już wciągnął buty, nie traciłem czasu i bez uprzedzenia wziąłem go na ręce. Nie zważając na protesty, w ten sposób przeniosłem go przez próg i zapakowałem do samochodu. Sam wsiadłem za kierownicę, by po odpaleniu auta wyciągnąć telefon i ruszywszy, wykręcić numer do znajomego.
Znajdziesz chwilę na założenie szwów niesfornemu gówniarzowi? – zapytałem bez żadnego przywitania, już teraz kierując się w stronę kliniki swego rozmówcy. – Będę za pięć minut – dodałem po wysłuchaniu głosu dochodzącego ze słuchawki i rozłączyłem się. Już miałem odkładać telefon, gdy dźwięk dzwonka znów rozbrzmiał, zwracając na siebie moją uwagę. Marszcząc brwi, wlepiłem spojrzenie w ekran, przez chwilę trzymając palec niepewnie nad telefonem. A on wciąż nie odpuszczał. Ile razy jeszcze muszę odrzucić połączenie, by zrozumiał, że nie mam zamiaru z nim rozmawiać? Chyba wypadało w końcu dać mu to wprost do zrozumienia. Odebrałem.
– Daniel! W końcu odebrałeś! – Skrzywiłem się wyraźnie, patrząc na drogę przed sobą. – Wiem, że źle zrobiłem. Naprawdę tego żałuję, obiecuję, że przeproszę Zacka. Zależy mi na naszej znajomości. Spotkajmy się, proszę. – Westchnąłem krótko, by poświęcić chwilę na przemyślenie. Jedno spotkanie nie było problemem, ale nie chcąc psuć sobie humoru przed urodzinami Zacka i podejrzewając, że ten nie będzie zbyt zadowolony z mojego kontaktu z Jackiem, nie zamierzałem dopuszczać do spotkania do tego czasu. Nie to, żeby Zack mógł ustalać z kim mogę się spotykać, a z kim nie. Po prostu zamierzałem utrzymać z nim w miarę przyzwoite relacje do ostatniego dnia stycznia. Szczególnie, że byłem mu coś winny za tę przestrzeloną nogę.
Mam trochę czasu w lutym. Oddzwonię – odparłem, po czym bez zwlekania rozłączyłem się i odłożyłem telefon do schowka. Zerknąłem na Zacka, mając nadzieję, że jeszcze mi tu nie zemdlał. Wyglądał słabo i choć początkowo wydawało mi się, że poszedł tylko jeden szew, zaczynałem w to wątpić. Miałem tylko nadzieję, że zerwał jedną stronę, a nie tak dla zasady obydwie.
Zaraz będziemy na miejscu –oznajmiłem, zatrzymując się na światłach. Jeszcze raz wlepiłem swe czarne tęczówki w chłopaka. – Mam nadzieję, że to utrata krwi przysłoniła ci zdrowy rozsądek. Drake nie jest przeciwnikiem dla ciebie, Zack. Sparzysz się. – Ruszyłem, znów wpatrując się w drogę przed sobą. Już po chwili parkowałem pod domem znajomego. Jego klinika nie była dostępna dla wszystkich, toteż na drzwiach ani budynku nie widniał żaden szyld. Cóż, nie sądziłem, że będę musiał ciągać Zacka po lekarzach podziemia, dla zbójów takich jak ja i mniejszych bądź gorszych. Nie dla niewtajemniczonych. Ale przecież nie zabiorę go do szpitala. Tamtejsi lekarze są zbyt wścibscy i ostrożni. Gdyby wezwali policję, byłoby to zbyt problematyczne.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Lut 19, 2016 8:37 pm

Spiąłem się natychmiast, gdy tylko zostałem umieszczony w ramionach Daniela. Godność nakazywała przynajmniej udawać, że się sprzeciwiam. Natychmiast jednak straciłem także wolę walki w imię obrony swego honoru i w jednej chwili moje mięśnie zwiotczały, a ja przylgnąłem biernie do Daniela.
Następnie znalazłem się w samochodzie, a jeszcze później nasłuchiwałem rozmów Curtisa przez telefon z nikłym zainteresowaniem, które ożywiło się, gdy na ekranie wyświetliło się nadchodzące połączenie od Jacka. Zmarszczyłem lekko brwi i przełknąłem ślinę, a Danny odebrał. Odwróciłem wzrok i wbiłem go w widok za oknem. Nie myślałem już jasno. Byłem nieswój i czułem jak stopniowo tak znajome i przejmujące uczucie zaczyna opanowywać moje szare komórki. Trudno formułowałem swoje myśli, nie czułem się jakbym był w stanie powiedzieć w tej chwili coś, co byłoby dla kogokolwiek zrozumiałe pod względem werbalnym. Z pewnością nie mógłby teraz porozmawiać z Danielem o tym, o czym on by chciał. Właściwie to cudem udało mi się pojąć o czym w ogóle ten do mnie rozprawia.
  -Nie chcę z nim walczyć –mruknąłem bełkotliwie i zupełnie niemal będąc nieświadomym tego, że to mój głos, a te słowa opuszczają moje usta. –Pewnego dnia po prostu go zniszczę –dodałem ciszej i podwyższonym tonem. Już niemal wyłem z rozpaczy.
 
TRZYDZIESTY PIERWSZY STYCZNIA, NIEDZIELA
 
Westchnąłem przeciągle, gdy Kane okrążył mój fotel już kolejny raz z rzędu, nadal nie odzywając się ani słowem, by ocenić moją pracę. W końcu położył dłonie na obu moich ramionach, a w odbiciu monitora widziałem jak twarz mężczyzny wykrzywia się w szerokim uśmiechu.
  -Dobra robota, słońce –odparł i zmierzwił moje włosy, których kolor obecnie wahał się pomiędzy ciemnobrązowym, a niebieskim, gdy miejscami prześwitywały niebieskawe kosmyki, które w pewnym sensie wyglądały nawet ładnie.
Odepchnąłem jego rękę i cmoknąłem z irytacją. Podniosłem się powoli z krzesła i nieco kulawo podążyłem w kierunku kanapy, by pochwycić swój płaszcz i czym prędzej opuścić to miejsce.
Kane nie wydawał się być tym zadowolony.
  -Jesteś ostatnio jakiś znacznie spokojniejszy –zauważył arogancko Jayden. –Odbierasz ode mnie telefony i nie plujesz jadem, a kiedy przychodzisz – nawet nie kłócisz się z Zhao –wyjaśnił. Jeszcze chwilę temu na twarzy blondyna malowało się sadystyczne rozbawienie jednak teraz mógłbym przysiąc, że dojrzałem w jego oczach coś na kształt miękkiej, zatroskanej iskierki.
  -Mam zacząć obawiać się najgorszego? –dopytywał i już ruszał w moim kierunku. Ja stałem zaś niewzruszenie, jedynie krzyżując ramiona na piersi i przyglądając mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
  -Skonkretyzuj –nakazałem nie siląc się nawet na ironie, a jedynie racząc Kane’a szorstkością.
  -Będziesz sabotował mój plan dla rozrywki? –zaśmiał się niewesoło. –Nie, jesteś na to zbyt mądry. Jesteś też pewien, że wszystko pójdzie po twojej myśli, ale nie potrafisz uspokoić swojego trybu alarmowego. Nie kierujesz się intuicją zaś dokładną kalkulacją, a wedle obliczeń – wszystko powinno się udać.
  -Więc co zrobię, Kane? –wycedziłem cicho i zrobiłem krok w kierunku blondyna, by znaleźć się jeszcze bliżej i zajrzeć mu w oczy, podrzucić parę wskazówek. –Czego mógłbym tu jeszcze szukać? –mówiłem dalej. –Dlaczego chce mieć na oku każdy etap realizacji twojego planu?
  -Upieczesz kilka pieczeni na jednym ogniu… -kombinował Kane.
  -Chyba, że…
  -Chyba, że ten jeden procent niepowodzenia okaże się być decydującym –powiedział powoli Kane, a ja uśmiechnąłem się do niego krótko i odwróciłem wzrok, gdy moje rysy nieco zelżały.
  -Nie zostawię cię, Kane –mruknąłem i zerknąłem na mężczyznę kątem oka. Moje usta ułożyły się w ciepły uśmiech. –Będziesz zadowolony z moich usług.
 
***
 
  -Daniel! –zawołałem, gdy przekroczyłem próg mieszkania. Wczoraj wieczorem wyszedłem do pracy z zamiarem zarwania całej nocki. Tak też się stało. Dzisiaj zaś były moje urodziny i gdy wróciłem do domu – nie zastałem w nim nikogo poza własnym kotem.
Niedawno wybiła dopiero dziesiąta rano, a mój telefon milczał. Żadnego sygnału od Curtisa, że ten wyjdzie z domu akurat tego dnia. Nie mógł zapomnieć. Nie był mną, żeby zapominać o czyichś urodzinach.
 
Westchnąłem przeciągle, ściągnąłem buty i płaszcz po czym pokuśtykałem do kanapy. Opadłem na nią ociężale i przeczesałem dłonią przydługie włosy. Ciemne i dużo bardziej uporządkowane obecnie prezentowały się o wiele lepiej niż wtedy, gdy zupełnie nie dbałem o to, jak mogą się układać.  
Chwyciłem w dłoń telefon i wystukałem Danielowi sms’a. 



Dlaczego nie ma cię w domu? Długo jeszcze mam czekać nago w łóżku?


Odchyliłem głowę i oparłem ją o wezgłowie kanapy. Wtedy też świadomość tego, że niedługo opuszczę chore Van Nuys wydała mi się nieco ciążącą. Zmrużyłem oczy na biały sufit. Moje chore Van Nuys miało być symbolicznie zamkniętym etapem w życiu, w którym dopuściłem się największych błędów, porażek ale też odniosłem kilka znaczących sukcesów. To miejsce kształtowało mnie przez ostatnie kilka lat, chroniło mnie przed niebezpieczeństwem, ale także stało się moim więzieniem. Dzięki Danielowi zrozumiałem, że najwyższa pora ruszyć dalej.
 
Przymknąłem oczy, bo właśnie wszelkie możliwe wątpliwości mnie opuszczały. Byłem teraz wszystkiego bardziej niż kiedykolwiek świadomy i jednocześnie tak absolutnie pogodzony z tym szczęściem. Z tymi odpowiedziami. Z faktem, że kochałem Daniela i nigdy nie przestałem tego robić. 

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Lut 19, 2016 9:25 pm


Już o siódmej nad ranem wyjechałem z LA, by wyrobić się ze wszystkim. Z początku nie planowałem niczego więcej niż podarowanie Zackowi komputera, który był wart więcej niż życiowy dorobek przeciętnego człowieka, ale jak się okazało, poczucie winy zbyt mocno mnie przytłoczyło. Nie wiem co mnie naszło, lecz nadszedł taki moment, w którym pomyślałem, że te kilka milionów nie jest wystarczającym prezentem dla Zacka. To w końcu tylko wydane pieniądze, które dla mnie nie mają wcale tak wielkiej wartości, szczególnie, że uzupełnienie konta o tę samą sumę nie wymaga aż tak wiele czasu. Nie miałem więc oporów przed tym, by wydać jeszcze kolejnych kilkanaście tysięcy, aby zrobić coś, o co sam bym się nie podejrzewał. Nigdy. Ale w końcu jestem człowiekiem, którego... kocha. Od ludzi, do których czuje się tak dziwnie silne uczucia pomimo wszystkiego, pomimo tego, że przestrzelam mu nogę, chyba oczekuje się dość dużo. Cóż, nie chodziło nawet o to. Czułem, że jego zadowolenie przyniesie mi satysfakcję i ulgę, bo przecież musiałem jakoś załagodzić wydarzenia ostatnich dni. Urodziny były dobrym pretekstem.
Nie zamieniając nawet kilku słów z Luisem, zabrałem prezent, który misternie opakowałem w czarnobiałą folię. W końcu mimo wszystko, to ja mu daję ten komputer i musi być tu jakiś pierwiastek mej inwencji twórczej. Kolory zdecydowanie nie są moim żywiołem. Spędziłem w domu trochę czasu na dopełnianiu formalności z pozostałą resztą i starając się nie zwariować od nadmiaru rzeczy, których nie mogłem pominąć, robiłem przelew za przelewem, by potem odstresować się na spacerze z psem. Wróciwszy, dokończyłem załatwianie spraw związanych z prezentem.
– Zwariowałeś. – Spojrzałem przelotnie na Luisa, który z pełnym zrezygnowania spojrzeniem obserwował jak pakuję potrzebne rzeczy, nie zapominając oczywiście o najważniejszej. Posłałem blondynowi ostre spojrzenie, nie chcąc wdawać się w dyskusje na temat tego, jak bardzo mi odbiło. Wiem doskonale, że to co robię jest do mnie nieprawdopodobnie niepodobne i gdybym jeszcze jakiś czas temu usłyszał, że zaangażuję się tak mocno w taką głupotę, wyglądałbym zapewne mniej więcej tak jak teraz Luis. Ale było za późno, żeby rozmyślać o własnym ogłupieniu.
Żałujesz, że nie dla ciebie? – odgryzłem się z podłym uśmiechem i prychnąłem pod nosem widząc to teatralnie rozbawione spojrzenie, niezgrywające się z nagłym opuszczeniem salonu na rzecz luisowej sypialni. Poważnie? Nasza relacja zawsze polegała na jednym, nie jest chyba więc naprawdę zazdrosny. Cóż, nieważne, miałem teraz ważniejsze sprawy na głowie niż podejście Luisa do naszego partnerstwa i wspólnej przeszłości. Nie żegnając się z chłopakiem, wsiadłem do samochodu i ruszyłem w drogę powrotną do domu.
Dopiero po drodze odczytałem wiadomość od Zacka. Uśmiechnąłem się pod nosem, będąc zadowolonym z odkrycia, że jest w domu. Miałbym niemały problem, gdyby jednak postanowił gdzieś wybyć. Odpisałem krótko.
"Będę po 14. Nie ubieraj się."
Tak jak napisałem, około tej godziny zaparkowałem auto pod blokiem. Wszedłem do mieszkania z pustymi rękoma, gdyż torba została w bagażniku. Jak gdyby nigdy nic, zdjąłem buty i wszedłem, a zastawszy chłopaka w salonie, posłałem mu zawiedzione spojrzenie. Podszedłem, by się nachylić i odchyliwszy jego podbródek, wpić się niecierpliwie w miękkie wargi. Odsunąłem się na krótką odległość.
Powinieneś grzecznie czekać w łóżku – mruknąłem z lekkim uśmiechem, by po złożeniu krótkiego pocałunku w okolicach ładnie zarysowanej żuchwy, odsunąć się i zawędrować do kuchni. Wstawiłem wodę na kawę.
Spakuj trochę ciuchów i potrzebniejsze rzeczy. O siedemnastej wylatujemy – rzuciłem w przestrzeń, podczas wsypywania kawy do kubka. – Zabieram cię na krótką wycieczkę, księżniczko – dodałem ze zdawkowym uśmiechem, odwracając się przodem do chłopaka i oparłszy tyłek o blat, odpaliłem papierosa. Nie zamierzałem mówić nic więcej na temat domniemanej wycieczki.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Lut 19, 2016 11:35 pm


Gdy dostałem odpowiedź od Daniela – westchnąłem jedynie smętnie bowiem to oznaczało tyle, że jeszcze przez następne cztery godziny…po prostu go nie będzie? Ta myśl przyprawiła mnie o tym większe naburmuszenie. Włączyłem telewizor, a zgodnie z treścią wiadomości – po chwili znalazłem się także w pokoju, by się rozebrać, być niemal nago po czym ubrać się w coś wygodniejszego niż biała koszula i wąskie, garniturowe spodnie.
Na kanapie wylądowałem z powrotem w podartych jeansach i czarnej koszulce w rozmiarze na tyle większym niż noszę, że aż topiłem się w tym ubraniu. Dlatego czułem się dobrze. Tym bardziej dobrze bowiem koszulkę zabrałem z półki Daniela, perfidnie ją sobie przywłaszczając. Wątpię by Curtis miał mi to za złe. Nie przypominałem sobie, by zakładał ten konkretny t-shirt zbyt często.

Daniela nie spodziewałem się wcześniej niż o drugiej właśnie. Do tego czasu odebrałem telefon od matki, która przez kilkanaście minut składała mu życzenia urodzinowe, a ja jedynie pomrukiwałem krótkie podziękowania, przygotowując sobie w tym samym czasie dietetyczny lunch.
Gdy kobieta pożyczyła mi już wszystkiego, co tylko przyszło jej do głowy – podzieliłem się z nią kilkoma prywatnymi informacjami ze swojego życia. Miałem mianowicie zagwozdkę w kwestii tego, jak zacząć rozmowę z Danielem na temat przeprowadzki. Byłem pewien, że pomysł mu się nie spodoba, ale mimo to – w ciągu kilku ostatnich dni załatwiłem formalności, obejrzałem każdy kąt apartamentu i kupiłem nowe meble. Przy ów okazji – pogodziłem się z Ev, która mimo całej urazy i żalu – w końcu zadzwoniła do mnie i wyjaśniła mi, że to nie za moją bliskością tęskniła wtedy, gdy wydawało jej się, że moglibyśmy zacząć od nowa, a za moim towarzystwem. Z początku walczyłem z licznymi obiekcjami i zbywaniem jej dopóty, dopóki ona sobie nie daruje. Postanowiłem w końcu, że wypad do sklepu meblowego wcale nie byłby dla mnie wielkim wyrzeczeniem, a  jeżeli istniała na tym świecie osoba, której towarzystwo sprawiało mi jakąkolwiek przyjemność – była tą osobą właśnie ona lub okazjonalnie Daniel i moja rodzina. Nie wydawało mi się by przywiązywanie się do kogoś w tak nieszkodliwym stopniu mogłoby być jakkolwiek problematyczne. Potrafiłem stworzyć więzi. Mogłem mieć pewne deficyty na podłożu emocjonalnym, ale z pewnością nie byłem bezduszny i nieczuły. Posiadałem moralność, byłem honorowy i miałem swego rodzaju poczucie rzeczywistego zagrożenia ze strony popadania w alienację. Nie chciałem się jej poddawać. Nienawidziłem ludzi i gardziłem każdym z nich bez wyjątku, ale bez nich mogłem szybko stać się tym samym śmieciem, którym byłem zanim Daniel zjawił się pod moimi drzwiami w Van Nuys.

***

Uśmiechnąłem się szeroko, gdy pojawił się przede mną Daniel. W mniejszym stopniu spowodowane było to widokiem Daniela, a w większym jego słowami, które odniosły się do naszej krótkiej wymiany wiadomości. Wydało mi się całkiem zabawne to, z jaką łatwością przychodzi mi obecnie rozmawianie z Danielem w ten sposób. Swobodnie.
Pozwoliłem się pocałować chłopakowi i z pewna czułością odwzajemniłem pieszczotę.
  -Byłem samotny i zmarznięty, wiec się ubrałem –wymruczałem w  gestii usprawiedliwienia siebie.
Powitania z Danielem należały do jednej z przyjemniejszych rzeczy, których dopuszczałem się jako ktoś zaangażowany w ten związek. Miałem go blisko siebie akurat wtedy, gdy najwięcej jego widok sprawiał mi…rozkoszy.

Zmarszczyłem brwi momentalnie, gdy usłyszałem co też kupa mięcha wymyśliła. Odwróciłem się błyskawicznie w jego stronę, gdy znajdował się w kuchni za moimi plecami. Wbiłem w jego sylwetkę podejrzliwe spojrzenie.
  -Gdzie masz zamiar mnie wywieźć? –niemal się oburzyłem, ale w następnej chwili zrozumiałem także, że mogło to nie zostać odebrane najbardziej pomyślnie przez Curtisa. 
  –Gdzie jedziemy, Danny? –spróbowałem inaczej. Podniosłem się z kanapy. Natychmiast ruszyłem w stronę mężczyzny i zatrzymałem się przy nim, dzieląc z nim nasz aneks kuchenny.
Wskoczyłem nieco niezgrabnie na blat stołu i usadowiłem się na nim wygodnie. Zuchwale wyciągnąłem rękę po papierosa, żądając go tu i teraz dla siebie.
Jakiś czas później byłem już spakowany i gotów do wyjścia, co też się stało w ciągu następnych kilku chwil.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Lut 20, 2016 1:00 am


Uniosłem nieznacznie brew, widząc ten niepożądany wzrok ze strony chłopaka, lecz nic nie powiedziałem, głównie przez wzgląd na swoje postanowienie. Miałem zamiar być dzisiaj na tyle opanowanym, by się z nim nie pokłócić. Nie należało to do łatwych zadań, lecz o dziwo, miałem w sobie zaskakująco duże pokłady determinacji. Jak się okazywało, sprawianie komuś przyjemności mogło należeć do ekscytujących rzeczy. Nie sądzę, by chciało mi się odstawiać te wszystkie szopki, które przyszykowałem zbyt często, lecz raz na kilka lat to nawet ciekawe doświadczenie. Szczególnie, że Zacka niełatwo zadowolić, na co wskazywała między innymi właśnie jego obecna mina. Skoro mówię, że jedziemy, to jedziemy i chyba nie myśli, że może dyskutować? Na szczęście zreflektował się nieco, choć nie ustąpiwszy, ponowił swoje pytanie, przy okazji sięgając po papierosa, którego bez protestów włożyłem w zackową dłoń.
Dowiesz się na miejscu – odparłem krótko, śląc mu pełen satysfakcji uśmiech, bo tak, to było satysfakcjonujące. Świadomość tego, że zabieram go w miejsce wiadome tylko mi i tego, że Zack będzie umierać z ciekawości gdzie i po co lecimy, była po prostu miła. Napawałem się tymi chwilami, ciesząc się, że chociaż tyle korzyści mam ze swojej niecodziennej dobroci. Bo przecież robienie czegoś bezinteresownie nie należało do moich nawyków. W ogóle nie lubiłem bezinteresowności i z tego co robię dziś, również musiałem mieć korzyści, a te były oczywiste. Zack będzie miał powód, by nie wypominać mi, iż przestrzeliłem mu nogę, a ja będę napawał się poczuciem tego, iż jego emocje są w duży sposób zależne ode mnie. Być może jest jeszcze kilka interesów w całym tym procesie urodzinowego zadowalania Zacka.
Chłopak w końcu poszedł się pakować, ja tymczasem zrobiłem sobie kanapkę, by zapełnić czymś pusty żołądek. Co prawda w mieszkaniu, po spacerze z psem miałem chwilę na zjedzenie pysznego dania zrobionego przez Luisa, lecz od tamtego czasu minęło już trochę, a jak wiadomo, mój żołądek potrzebuje dużo i często, co ostatnio zdarza mi się zaniedbywać. Wygląda na to, że zamiast wpływać na Zacka, to on wpływa na mnie, a bynajmniej nie chciałbym wyglądać choć w małym stopniu jak on. Oczywiście nie chodzi o ogół, tylko o wagę. Lubię swoje mięśnie i wolałbym się ich nie pozbywać, co oznacza, że muszę zacząć znów przykładać więcej uwagi do własnej diety. Przerażała mnie możliwość powrotu do tego co było po operacji, choć wiedziałem, że w praktyce jest to mało możliwe. Tak wychudzony mógłbym być tylko, gdybym znów leżał przez dłuższy czas w śpiączce, pod kroplówką.
Dopiłem w spokoju kawę i spaliłem jeszcze jednego papierosa, uśmiechając się lekko, gdy Zack zjawił się z powrotem w salonie z małym bagażem. Oderwałem się od blatu, wyłączając na ten wieczór służbówkę, by praca nie wchodziła mi w drogę i podążyłem w kierunku Zacka. Wziąłem jego torbę jedynie z uwagi na to, że wciąż miał małe problemy z gojącą się nogą i w ten sposób, obejmując go jeszcze w pasie, powędrowałem na przedpokój. Poczekałem aż weźmie płaszcz, by zaraz wyjść i otworzyć przed nim drzwi sportowego auta, którym wróciłem z San Diego.
Po jakimś czasie wyjechaliśmy za granice Los Angeles, dojeżdżając na prywatny teren, gdzie stało kilka mniejszych samolotów, szybowiec i dwa odrzutowce. Gdzieś wyżej był parking dla helikopterów. Nie należało to oczywiście do mnie, lecz jak powszechnie wiadomo, bracia z mafii są skorzy do wyświadczania sobie przysług. Była to jedna z wielu zalet przynależności do jednej z nich, szczególnie, że poczucie jedności u nas było bardzo silne.
Jeden z samolotów stał już na pasie startowym przygotowany do lotu. Podjechałem niedaleko niego i wysiadłem, biorąc nasze bagaże. Gdy Zack również opuścił samochód, dałem kluczyki mężczyźnie odpowiedzialnemu za bezpieczne odstawienie auta. Ze zdawkowym uśmiechem gestem dłoni zaprosiłem Zacka na pokład, by wejść krok za nim. Wnętrze samolotu było bardzo przytulne. Mieściły się w nim cztery duże fotele oraz wielkie łoże wysłane czarną pościelą. Duży stół wypełniony był przysmakami i jedzeniem, co było głównym powodem tego, iż nie robiłem wcześniej żadnego obiadu. Odłożyłem torby na odpowiednie miejsce, rozsiadając się w fotelu. Niemalże natychmiast wskazałem Zackowi stół wypełniony jedzeniem.
Oczekuję, że zanim wylądujemy, przyczynisz się do ubytków na stole – odparłem rzeczowo, patrząc przy tym wymownie i z pewnym nakazem na Zacka. Chudł w oczach, a ja nie miałem ostatnio czasu, by odpowiednio go przypilnować. Teraz więc, kiedy było to możliwe, miałem zamiar dopilnować, by zjadł choć trochę. Przez cztery godziny lotu będzie miał na to wiele okazji.

Podczas naszej podróży niebo zdążyło poszarzeć, a gdy wylądowaliśmy, było już zupełnie ciemno. Wstałem ze swojego miejsca, zachodząc Zacka od tyłu. Nachyliłem się tak, by móc ze swobodą zawiązać na jego oczach czarną wstążkę wyjętą uprzednio z kieszeni. Uśmiechnąłem się pod nosem, kładąc dłonie na jego ramionach i zbliżając wargi do ucha.
Mógłbym to robić częściej – wymruczałem z wyraźnym zadowoleniem, by zaraz się wyprostować i złapać chłopaka za dłoń. Pilnowałem, by nie przyszło mu do głowy zdejmowanie opaski, a także doglądałem, aby się nie wyrżnął na którymś schodku. Bezpiecznie doszliśmy do samochodu czekającego na nas od jakiegoś czasu. Zapakowałem chłopaka do środka, samemu siadając obok. Szofer był wynikiem zwykłego lenistwa. Zresztą, nie znałem tego miasta i tak było po prostu szybciej. Nakazałem Zackowi uzbroić się w cierpliwość.
Po jakimś czasie wysiedliśmy z samochodu. Wciąż prowadziłem Zacka, który w pewnym momencie mógł usłyszeć, że wsiadamy do windy. Nim dojechaliśmy na odpowiednie piętro minęło dobrych kilka minut. Po wyjściu z niej, zrobiliśmy jeszcze kilkadziesiąt kroków. W końcu zatrzymałem chłopaka i stanąłem za nim. Powoli odwiązałem wstążkę, w tym samym momencie znów nachylając się do jego ucha.
Wszystkiego najlepszego – wyszeptałem, opuszczając dłonie.
Znajdowaliśmy się na sto trzecim piętrze, w punkcie widokowym Willis Tower. Zewsząd otaczało nas szkło, obecne także pod stopami, a przed nami rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok miliona świateł, rozświetlających nocną panoramę Chicago. W rogu niewielkiego pomieszczenia znajdował się do połowy zwinięty, miękki koc, na którym stał stolik nakryty świecami, kieliszkiem do wina oraz szklanką do whisky. Obok świec znajdowało się ulubione wino Zacka, a także niezgorsze whisky dla mnie.
Wynająłem cały budynek. Nikt nie będzie nam przeszkadzał – dodałem niegłośno, wyprostowując się i uśmiechając lekko. Podszedłem do stolika, by nalać do kieliszka wina i podać je Zackowi. Ja zaś wziąłem do dłoni szklankę wypełnioną złotym płynem. W drugiej trzymałem wyciągnięty z torby pakunek, który niedbale wyciągnąłem w stronę chłopaka. – To ten właściwy prezent. – Z uśmiechem obserwowałem emocje odbijające się na jego twarzy. Musiałem powiedzieć, że jestem z siebie całkiem dumny. Wyszło lepiej niż mógłbym przypuszczać. No Danny, odkryłeś w sobie duszę romantyka.

widok:
 
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Lut 20, 2016 3:12 am

Nienawidziłem niespodzianek. Szczerze – nie cierpiałem zagadek, tajemnic i niedomówień. Lubiłem jasne sytuacje, jednoznaczne gesty, bezpośrednich ludzi i żadnych ukrytych kontekstów. Nie lubiłem uświadamiać ludzi w tym, że potrafię przejrzeć ich w dwie sekundy. Byli prostymi obywatelami, niczym więcej jak tłem dla geniuszy i największych głupców. Ta reszta była niczym, a ci drudzy mogli w mgnieniu oka okazać się największym zagrożeniem dla tych pierwszych.
 
Gdyby Daniel nie był dla mnie szczególnym przypadkiem – pewnie tak usilnie nie starałbym się teraz trzymać języka za zębami, powstrzymywać się przed palnięciem czegoś nietaktownego.
W istocie – starałem się także w ogóle nie uruchamiać mózgu, procesów myślowych, ale cóż…trudno jest nagle odsunąć od siebie przyzwyczajenia.
Nie zmieniało to jednak faktu, że gdy znalazłem się w samolocie – postarałem się wyciszyć, wprowadzić w coś pochodnego medytacji. Nie mogłem zepsuć niespodzianki. Choć raz chciałem, by wszystko poszło po myśli Daniela, a z okazji moich urodzin – sprawię mu ten prezent. I choć niemyślenie szło mi fatalnie, a mój mózg starał się wstawiać automatycznie w puste miejsca cegiełki – ja nieustannie wizualizowałem sobie zamiast tego coś przyjemniejszego niż konkluzja.
 
***
 
Drgnąłem nieco, gdy Daniel nagle zasłonił mi oczy czarnym materiałem. To prawda, że nie ufałem swoim oczom ani uszom, ale z dwojga złego – wolałbym widzieć cokolwiek. Może to być nawet zakrzywiona rzeczywistość, parę dodatkowych detali, ale schody pod stopami wydawały się być nawet wtedy pewniejsze niż teraz z opaską na oczach. Starałem się jednak nie okazywać zbytnio swojego niezadowolenia.
Mimo wszystko – nie mogłem się też powstrzymać przed cichym parsknięciem, gdy moich uszu dotarła wymowna sugestia Daniela.
  -Nawet na to nie licz, skarbie –odparłem z niejakim rozbawieniem.
 
Zdałem się w pełni na swojego przewodnika i w końcu niepewnie choć w jednym kawałku dotarłem do samochodu.
W końcu jednak nie udało mi się w porę powstrzymać zmysłu łączenia wszystkich wątków. Błyskawicznie przeanalizowałem długość lotu, która wynosiła cztery godziny. Nieco ponad trzy godziny – konkretniej, znaczne obniżenie temperatury, a wilgotność powietrza zbyt niska jak na Kanadę o tej porze roku zaś temperatura zbyt wysoka jak na region…
Uśmiechnąłem się krótko pod nosem, gdy poległem w spektakularny sposób.
 
***
 
Wstążka zniknęła, gdy wjechaliśmy windą. Moim oczom ukazała się zapierająca dech w piersiach panorama nie czego innego, jak Chicago.
  -Bingo –mruknąłem cicho w przerwie od prób ogarnięcia całego tego widoku swoimi oczyma.
Wsunąłem palce dłoni we włosy i zatrzymałem je tam na dłuższą chwilę, gdy szukałem odpowiednich słów. Byłem…wniebowzięty? Nie. Oczarowany.
 
Docierały do mnie słowa Daniela z niejakim opóźnieniem, bo ważniejsze obecnie było napawanie się tymi wszystkimi światełkami. Nawet z mojego nowego mieszkania nie miałem tak… takiego widoku. Mało kto miał, a wystarczyło przecież tylko wjechać windą.
Przygryzłem mocno dolną wargę i powoli ją wypuszczałem spomiędzy zębów jednocześnie zwracając w tym czasie spojrzenie na Curtisa i posyłając mu jedno z tych dziwnych spojrzeń, na których wyraz i emocje widniejące w nich nie miałem wpływu. Na pewno wiedział, że mi się podobało, bo przecież Daniel jak mało kto zna moje „światełkowe upodobania”.
Jednak, gdy mężczyzna wyciągnął ku mnie prezent rzeczowy – nie mogłem powstrzymać nagłego przypływu skonsternowania nad tym przedmiotem. Moje brwi jednomyślnie zbiegły się, a czoło zmarszczyło.
  -Jesteś niemożliwy –westchnąłem i wziąłem pakunek jedynie w jedną wolną rękę bowiem druga zajęta była trzymaniem kieliszka. Odstawiłem go na chwilę na bok, by ująć prezent w obydwie ręce.
Nim jednak zabrałem się za rozpakowywanie – znów podniosłem wzrok z pakunku na Curtisa. Mój wyraz twarzy zelżał, a na usta pozwoliłem się nawet wkraść delikatnemu uśmiechowi.
  -Mam wrażenie, że szwy mi puszczą jak zobaczę zawartość tego ewidentnie przez ciebie zapakowanego prezentu –odezwałem się w końcu nieco słabiej. –Ale niech ci będzie, bo pewnie nie możesz się doczekać aż zobaczysz mój wyraz twarzy –dodałem.
 
Wycofałem się, by przykucnąć przy krawędzi szklanego nawisu, a za plecami miałem obecnie wnętrze budynku. Położyłem przed sobą czarno-białą paczkę i począłem ja zręcznie rozpakowywać.

Gdy jednak wreszcie ujrzałem, co się kryje pod warstwą papieru – na chwilę powstrzymałem się przed dalszym rozdzieraniem papieru i podniosłem wzrok na Daniela. Teraz nie byłem oczarowany. Teraz byłem oszołomiony.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Lut 21, 2016 1:47 am


Uśmiechnąłem się nieskrycie, gdy ujrzałem przed oczami zachwyt malujący się na twarzy Zacka. Słysząc słowo, które miało najtrafniej określić jego zdanie na temat mojej niespodzianki, nie mogłem powstrzymać się przed pogłębieniem własnego wyrazu zadowolenia. Cieszyłem się, że mogłem chłopakowi sprawić przyjemność, którą przyjął ze szczerym zadowoleniem. Wiedziałem w końcu, że Petterson nie znosi niespodzianek i zabranie go tutaj niekoniecznie zgodnie z wolą jubilata, było dość ryzykownym posunięciem. Oczywiście wiedziałem, że mi nie odmówi, a także miałem na względzie jego naburmuszenie trwające całą podróż, lecz to, jak już mówiłem, przynosiło mi pewną satysfakcję. No i było warto zorganizować to wszystko dla tej chwili, dla ujrzenia tak szczerego wyrazu zachwytu na znajomej twarzy. Naprawdę rzadko przybierała taki wyraz. Tak rzadko, że nie jestem w stanie przypomnieć sobie, czy kiedykolwiek widziałem Zacka z tego typu spojrzeniem i ogólnym wyrazem twarzy. Nie mogłem powstrzymać własnego uśmiechu, w międzyczasie dziwiąc się jak wiele radości może przynieść szczęście kogoś innego. Dlaczego? Dlaczego cieszyłem się jak głupi, tylko dlatego, że udało mi się zaskoczyć i wyraźnie zadowolić Zacka? Czy mogłem dalej nazywać to zwykłym poczuciem satysfakcji? A może byłem z siebie po prostu dumny, że byłem w stanie poświęcić tyle tylko po to, by być świadkiem jak posyła światu tak niecodzienną dla niego mimikę. Naturalnie miałem w tym swoją korzyść, lecz w stosunku do tego ile musiałem się natrudzić, aby to wszystko przygotować, nie była ona przesadnie wielka. W końcu wynajęcie tego wielkiego budynku dzień wcześniej było nie lada wyczynem i kosztowało majątek. Prywatny samolot, samochód odwożący nas na miejsce tutaj w Chicago oraz zabukowanie pokoju w pięciogwiazdkowym hotelu, którego Zack jeszcze nie widział, również nie należało do rzeczy zbyt prostych nawet dla mnie. Szczególnie, że wszystko musiałem załatwiać w pośpiechu. Byłem więc sam zszokowany własnym podejściem. Tyle roboty tylko po to, żeby... Nie. Aż po to. Nie potrafiłem określić w słowach uczucia jakie mną targnęło, gdy tak patrzyłem na Zacka, mając poczucie tego, iż to ja jako jedyny potrafiłem doprowadzić go do stanu w jakim właśnie się znalazł. Nie potrafiłem też wyjaśnić dlaczego tak mocno wpływa na mnie jego zadowolenie. Nie myślałem więc wiele i tylko uśmiechałem się niedyskretnie, nawet na chwilę nie zdejmując swego spojrzenia z niebiesko, a właściwie teraz już bardziej brązowowłosego.
Zaśmiałem się krótko słysząc jego komentarz, którym uraczył przestrzeń, kiedy tylko dostał do rąk następny prezent, a właściwie ten, który od początku miał być głównym powodem jego uciechy. Z wyczekiwaniem i zaskakującą niecierpliwością czekałem, aż weźmie się za rozpakowywanie. Niby wiedziałem, że takie cacko powinno go zadowolić, szczególnie, że niejeden człowiek był w stanie oddać za to czyjeś życie (o czym zresztą sam przekonałem się po aukcji), ale jednak ten mały pierwiastek wątpliwości pozostał, a teraz śmiał mocno dawać mi się we znaki. Upiłem łyka złotego płynu, patrząc na chłopaka rozweselonym spojrzeniem czarnych tęczówek, kiedy ten wciąż gadał o podarowanym prezencie, zamiast odpowiednio się nim zainteresować. Miał rację, nie mogłem się doczekać aż zobaczę jego reakcję i miałem nadzieję, że będzie to twarz, która mocno przypadnie mi do gustu. Nawet na chwilę nie odwróciłem od dwudziestojednolatka wzroku, będąc pewnym, że już nieprędko będę mógł zobaczyć taką mimikę na jego ładnej buźce. Chciałem dokładnie utrwalić ten moment w pamięci. Czułem się zadziwiająco podekscytowany i wciąż nie mogłem się nadziwić jak bardzo wpływa na mnie ten moment. Kto by pomyślał, że po tym ile przeżyłem, będę potrafił odczuwać podenerwowanie w tak zupełnie przyziemnej sytuacji, jaką jest wyczekiwanie na reakcję przyjaciela, gdy ten ujrzy swój prezent? Nie ja. Na pewno nie ja. Ale to była rzeczywistość i nie istniała potrzeba myślenia, bowiem to już się działo. A działo się przy akompaniamencie mego wewnętrznego szoku, który ignorowałem i zamierzałem ignorować do końca tego dnia oraz nocy. To był dzień wyrwany z rzeczywistości. Z dala od problemów i od całego świata. Tylko my dwoje, jakkolwiek ckliwie by to nie brzmiało.
Zack w końcu zabrał się za rozpakowywanie, ja zaś wciąż powoli popijałem whisky, wpatrując się w jego twarz. Odjąłem szklankę od ust, śląc mu szeroki, zbyt entuzjastyczny jak na mnie uśmiech. Jego twarz... Tak, zdecydowanie była satysfakcjonująca. Do tego stopnia, że po mym ciele rozlało się dziwnego typu ciepło. Ze zdziwieniem odnotowałem fakt, iż moje serce bije stanowczo zbyt szybko, nie tak jak zwykło na co dzień. Działo się ze mną zdecydowanie coś niepokojącego. Ale tym razem poddałem się temu uczuciu, pozwalając, by odbiło się w ciepłym spojrzeniu i równie przyjemnym uśmiechu słanym do przyjaciela.
Nic nie powiesz? – To oczywiste, że nie musiał nic mówić, bo wszystkie jego ewentualne słowa zamknięte były w tej uroczej reakcji; wyjątkowej mimice przeznaczonej tylko dla moich oczu. Ale nie mogłem nie zapytać, zbyt ciasno ubrany w nawyki, by móc się ich pozbyć. Nie mogliśmy się nie droczyć. – Nie zasłużyłeś, więc oczekuję dużo wdzięczności – odparłem z rozbawionym spojrzeniem i niekrytym uśmiechem, dopijając przy tym whisky, by zaraz zdziwić się iż tak szybko pozbyłem szklankę jej zawartości. Naprawdę się stresowałem. Co za dziwne uczucie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Lut 21, 2016 6:22 pm

To nie miało sensu, gdy począłem to rozważać. Rozkładałem ten wieczór na części pierwsze, studiowałem każdą chwilę tego etapu naszej relacji. Nie czułem się jakbym zasługiwał na ten prezent. Czułem, że przerasta mnie wartość tych uczuć, ciężar odpowiedzialności, którym wcześniej obarczyłem Daniela, a teraz sam musiałem znieść. Gdy minął pierwszy szok – zacząłem czuć się poważnie zagrożony przez przewrotność losu. Byłem obecnie tak szczęśliwy, ale czy tylko po to, aby w następnej chwili poznać dogłębny ból straty? Egzystencji? Nie widziałem prawidłowości w tym, co mnie spotykało, ale niemal zawsze, gdy dochodziło do uniesień na tą wysokość – upadki były znacznie bardziej krwawe i bolesne, a następowały prędzej czy później. Byłem zatem podejrzliwy wobec losu, który mnie czeka.
 
Przejechałem opuszkami palców po eleganckiej skrzynce z wygrawerowanym logo producenta. Nie musiałem zaglądać do środka, by wiedzieć na co dokładnie Daniel postanowił wydać większą część swojego pokaźnego majątku. Na bieżąco śledziłem aukcję podobnych cacek, doskonale wiedząc, że gdybym sobie podobne kupił – byłbym spłukany. Wyobraźcie sobie więc mój obecny konflikt wewnętrzny. Pewna część mnie chciała wcisnąć Danielowi ten prezent z powrotem w jego łapy i ostrzec, by nie robił już więcej tego typu głupot, inna zaś z kolei chciała w tym konkretnym momencie zbadać wszystkie możliwości urządzenia, a jeszcze kolejna – bała się w ogóle dotykać czegoś tak niebotycznie drogiego. Dlatego jedynie wisiałem nad tym, wciąż klęcząc w dość niewygodnej pozycji i wpatrując się w zadowolonego z siebie Daniela na zmianę z zerkaniem na prezent.
 
Na oślep sięgnąłem po kieliszek z winem i upiłem z niego duży łyk, po chwili jednak karcąc się za ignorancję nasycenia moich kubków smakowych tym wyjątkowym bukietem smaków.
Wciąż się nie poruszyłem gwałtowniej ani też nie odezwałem się – o czym też przypomniałem sobie, gdy Daniel to zaznaczył. Byłem także niemal pewien tego, że chłopak się ze mną droczy.
  -Czy muszę coś mówić? –wydukałem w swego rodzaju zakłopotaniu. –Naprawdę spodziewasz się, że jakkolwiek to skomentuję? –powiedziałem, parskając śmiechem i spoglądając na Daniela z mojego obecnego położenia. Powoli zwilżyłem wargi językiem, wciąż wpatrując się w usatysfakcjonowanego Daniela  i podejmując tym samym próbę okazania mu wszystkich tych uczuć, które obecnie się we mnie ścierały w dzikiej walce o uzewnętrznienie. Nie potrzebowaliśmy słów. Już od dawna nie. Ale Curtis musiał ugrać swoje.
 
Powoli podniosłem się do pionu, ostrożnie biorąc każdy oddech i nadal spoglądając na chłopaka z głębią uczuć zawartych w każdym zerknięciu.  To prawda, że niczym sobie nie zasłużyłem, ale właśnie dlatego chciałem przynajmniej mu podziękować. Tak się zatem składało iż znałem sposób, który mógłby być efektywny.
Uniosłem brwi do góry i uśmiechnąłem się do mężczyzny blado.
  -Jakiego typu wdzięczności się spodziewasz? –spytałem i zbliżyłem się do chłopaka na kolejne kilka cali. Pod stopami miałem szkło, przez które spojrzeć można w dół na rozciągający się pod nami widok Chicago.
  -Wszystkiego najlepszego, Zack –mruknąłem cicho i posłałem Curtisowi niebezpieczny uśmiech, gdy chwyciłem go wymownie za brzeg koszuli i pociągnąłem w dół ku sobie, by móc przylgnąć do jego ust.
 

Nic co wcześniej czułem nie mogło się równać z tym, jak bardzo teraz pożądałem zbliżenia z Curtisem.  Czułem się absolutnie przygotowany na wszystko i byłem również w stanie dać Danielowi to, czego on tak bardzo także pragnie. Swoje oddanie. Pełnomocne ofiarowanie mu się w posiadanie. W końcu stałbym się znów czymś, co należało do Daniela. Świadomość ta niegdyś dostarczała mi samego zniesmaczenia i pogardy wobec czegoś tak prymitywnego, ale w obecnej chwili przyprawiało mnie to jedynie o tym większe podekscytowanie.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Lut 27, 2016 6:46 pm


Wiedziałem, że ten stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. Miałem dobijającą świadomość tego, jak ulotne bywają podobne chwile i jak okrutna jest codzienna rzeczywistość. Dlatego właśnie tak bardzo skupiałem się na Zacku, na tych kilku godzinach, które mieliśmy dla siebie, które mogliśmy spędzić w tak niecodziennej, zaskakująco przyjemnej atmosferze. Nad nami wciąż wisiało widmo szarego, pełnego problemów życia, od którego obydwoje nie mogliśmy uciec. Nie tylko ja, ale także Zack – oboje mierzyliśmy się ostatnio z mniejszymi i większymi troskami, nie mogliśmy też wątpić w to, że lada chwila pojawi się konieczność powrotu do niechcianych zmartwień. Ale nie teraz. Teraz mogliśmy się rozluźnić i czerpać ulotne szczęście z tych kilku, tylko pozornie długich chwil, mających pozostać tu, w tym niewielkim pomieszczeniu. Wiedziałem, że gdy już je opuścimy, znów będziemy narażeni na kolejne problemy, na cierpienie i kłótnie. Wrócimy do rzeczywistości, o której teraz nie chciałem pamiętać. I nie zamierzałem. Choć to nieprawdopodobne, cieszyłem się chwilą. I szczęściem Zacka.
Zaśmiałem się krótko, gdy szatyn zdobył się w końcu na jakiekolwiek słowa, formułujące się w tym przypadku w pytanie. Oczywiście wiedział, że wcale nie spodziewałem się, iż uraczy mnie jakimiś konkretniejszymi reakcjami zawartymi w słowach. Jak zawsze, rozumieliśmy się doskonale i te były tylko formalnością. Doskonale wiedziałem jak wielce zszokowany, a przy tym zachwycony jest Zack, on zaś niemniej rozumiał co dzieje się wewnątrz mnie. Uśmiechnąłem się więc przekornie, odstawiając pustą szklankę na stół, a mój wzrok nieustannie śledził każdy ruch chłopaka. Nasze spojrzenia nie odrywały się od siebie, sprawiając, że atmosfera zgęstniała, lecz choć raz – w tym pozytywnym znaczeniu. I znów obydwaj wiedzieliśmy do czego to zmierza. Zmierzało od dawna, a dziś... Osiągnęliśmy moment kulminacyjny. Nie mogę oczywiście zaprzeczyć, że to jedna z oczekiwanych korzyści dla mnie samego. Tego typu wdzięczność była tą, której najbardziej pragnąłem. Szczególnie, że doskonale wiedziałem, iż czyny Zacka wcale nie będą jedynie odpowiedzią na te miłe gesty. Pragnął tego tak samo mocno jak ja, zaś cała otoczka nadawała jedynie swego rodzaju podniosłości temu, do czego miało dojść.
Gdy do mych uszu dotarł cichy szept Zacka, mogłem już jedynie pogłębić swój wymowny uśmiech, podobny do tego, który posłał mi chłopak i poddać się niedelikatnemu szarpnięciu, aby zachłannie przywrzeć do ciepłych warg. Me dłonie automatycznie spoczęły na wąskich biodrach, które w ciągu sekundy znalazły się przy chłodnej szybie. Niecierpliwie pogłębiłem pocałunek, wsuwając jedno z kolan między nogi Zacka, którego plecy ciasno przywarły do szklanej ściany. Podczas gdy moje udo nie przypadkiem ocierało się o interes Zacka, dłonie szybko przeniosły się na czarny płaszcz, by szybkim, stanowczym ruchem zsunąć go z ramion chłopaka i odrzucić niedbale gdzieś na bok. Nie przerywając pocałunku, raz jeszcze umieściłem swe dłonie w poprzednim miejscu, na którym jednak nie pozostały długo. Zwinne palce jednej z nich niecierpliwie wsunęły się pod materiał śnieżnobiałej koszuli i śmiało sunąc ku górze, drażniąco badały strukturę zackowych żeber, zatrzymując się zaraz na jednym z różowych punkcików. Druga z dłoni bez zwlekania zsunęła się niżej, aby objąć jędrny pośladek i lekko zacisnąć na nim swe palce.
Czując jak obu nam zaczyna brakować powietrza, odsunąłem się na tyle tylko, by móc przenieść swe spragnione wargi niżej i powędrować nimi wzdłuż zarysowanej żuchwy, poprzez płatek ucha, aż do długiej szyi. W tym czasie dłoń z klatki chłopaka wysunęła się spod koszuli, po to tylko ażeby całkiem się jej pozbyć. Gwałtownymi, lecz wprawnymi ruchami zmusiłem guziki do ustąpienia, powodując, że cienki materiał swobodnie zsunął się po chudych ramionach, nie opuszczając ich jednak całkowicie. Me palce nie zwlekając przesunęły się po odsłoniętym torsie, sunąć jeszcze wyżej, by w końcu wpleść się pomiędzy miękkie kosmyki, na których lekko się zacisnęły, zmuszając głowę Zacka do odchylenia, dzięki czemu zyskałem lepszy dostęp do smukłej szyi, na której to z chwili na chwilę przybywało różowych i czerwonych punkcików.
Zack – szepnąłem zachrypniętym głosem, chuchając ciepłym oddechem na naznaczoną szyję, na której teraz składałem szybkie, krótkie pocałunki. – Połóż się – nakazałem, szepcząc to już do wrażliwego ucha, którego płatek przygryzłem lekko, drażniąc go przy tym koniuszkiem języka. Moja noga wysunęła się spomiędzy ud chłopaka, by sprawnie sięgnąć stopą po zwinięty koc i wyciągnąć go wzdłuż szklanej podłogi, zapewniając tym samym chłopakowi miękką imitację posłania. Oczywiście nie miałbym nic przeciwko wzięciu go w pozycji stojącej, już teraz, natychmiast. Niczego nie pragnąłem teraz bardziej niż zatopić się między jego pośladki i rżnąć, choćby na tej szybie. Ale tym razem miałem na uwadze dobro Zacka, a przy tym – jego brak doświadczenia. To miało być wyjątkowe dla nas obu. I będzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sob Lut 27, 2016 9:03 pm

Pożądaliśmy bliskości ludzi, których kochaliśmy i nikt nie mógł w tej kwestii czuć się poza prawem. Bo gdy już popadliśmy w miłość – niemożliwym było uniknięcie działania skomplikowanego mechanizmu uczuć i głodu, nienasyconego pragnienia osoby, której poświęciliśmy siebie. Nie było na to sposobu. Każdy radził sobie z tym inaczej. Jedni ulegali, inni umierali z tęsknoty i miłości. Niegdyś wolałbym umrzeć, walcząc z każdym niepożądanym objawem własnej słabości. Niegdyś uznałby to za słabość. Dzisiaj już wiem, że miłość to obusieczne ostrze, którego siła działa w obie strony – wysysa ją z ciebie i staje się twoją słabością lub dostarcza ci woli życia i utrzymuje cię w pionie, gdy chwiejesz się obrywając po ryju cios za ciosem.
Dlatego właśnie miałem zamiar kochać Daniela tak długo, jak tylko będę potrafił zapewnić sobie stały dostęp do niego. Chciałem także nauczyć się chronić Curtisa i zapewnić mu ze swojej strony wsparcie, co jednak ze wszystkich irracjonalnych warunków partnerstwa – było najbardziej nieosiągalne i niemożliwe. Nigdy nie będziemy potrafili dzielić się ze sobą absolutnie wszystkim, co nas dotyczyło. Wciąż pozostawały rzeczy, których tajność nie podlegała dyskusji. Taką rzeczą była każda z tych, która ściśle wiązała się z naszymi zawodami. Pracowaliśmy w tajemnicy, pozostawaliśmy w cieniu i przywykliśmy do trzymania języka za zębami nawet, gdy jest ciężko radzić sobie ze wszystkimi przeciwnościami losu samemu.
 
Danielowi nie trzeba było dwa razy powtarzać, nie potrzebował dodatkowych zachęt. Czekał tylko na sygnał, by wykonać swój ruch i zagarnąć sobie całą należność. Był gotów, a ja miałem wrażenie, że tylko przyśpieszyłem nieuniknione. Nie miałem zamiaru uciekać, nie teraz, gdy mimo lekkiego zdenerwowania, mając przed sobą perspektywę zbliżenia nadal chciałem tego całym sobą. Właściwie to podniecało mnie to, że nie mam już wpływu na to, co nastąpi teraz.
 
Moje plecy spotkały się z płaską i chłodną powierzchnią szklanej ściany pokoju, a gdy kolano mężczyzny dodatkowo naparło na moje krocze – westchnąłem prosto w jego usta z uwielbieniem, by zachęcić go także do odważniejszych posunięć. Byłem niecierpliwy i chciałem jak najszybciej przejść do sedna. Niewiele wystarczyło obecnie, by rozpalić we mnie tego typu podniecenie. To było czysto fizyczne, a mój brak doświadczenia wcale nie pomagał w zachowaniu klasy w tej sytuacji.
Gdy mężczyzna pozbył się mojego płaszcza i odrzucił go w bok, szybko zabrał się za pokonanie kolejnej garderobianej przeszkody.
 
Jego duża dłoń wsunęła się pod moją koszulę, drażniąc swoim dotykiem nagą skórę i powodując we mnie niemal zirytowanie, kiedy pod wpływem właśnie tego dotyku zadrżałem na całym ciele. Nie mogłem łudzić się nawet o to, że Daniel tego nie zauważył. Z pewnością zauważył i prawie na pewno czerpał z tego ogromną satysfakcję.
Podczas, gdy jedna ręka wciąż drażniła się z moją cierpliwością pod koszulą, druga niespodziewanie zacisnęła się niezbyt mocno na moim pośladku, a ja w reakcji jedynie na to – poruszyłem biodrami i ze zdecydowaniem otarłem się kroczem o kolano mężczyzny. To z kolei wywołało we mnie kolejne westchnięcie przyjemności, którym popieściłem mokre wargi Daniela.
 
Usta chłopaka odsunąwszy się od moich warg, poczęły śmiało poszlakować wilgotnymi czułościami moją szyję. Pozwoliłem Danielowi zająć się własną koszulą, bo nawet gdybym chciał zawalczyć o rozbieranie się samemu – chyba nie byłbym w stanie się teraz odezwać, a co dopiero zażądać czegoś w tej chwili.
Koszula spłynęła bez protestu z moich ramion i zatrzymała się dopiero przy przedramionach. Curtis zuchwale odchylił moją głowę do tyłu, by ponownie przyssać się do mojej szyi. W odpowiedzi na to miałem ochotę warknąć, ale zamiast tego niemal jęknąłem.
 
Daniel odezwał między pocałunkami, a po moim kręgosłupie przebiegł przyjemny dreszcz. Nacisk nogi chłopaka ustąpił z krocza, więc się odsunąłem, gotów wykonać polecenie. Gdy jednak nie znalazłem żadnej podpory – niebezpiecznie osłabłem, więc wiele ode mnie wysiłku wymagało pozostanie w pozycji stojącej. Zamglonym spojrzeniem  śledziłem poczynania Daniela. Koc.
Będzie mnie pieprzył na kocu?
Uniosłem brwi w jakimś uznaniu dla przygotowanego na każdą okoliczność Daniela.
 
Zrobiłem kilka kroków w kierunku koca, obejmując potulnie ramieniem brzuch i poprawiwszy prowizoryczne posłanie – spocząłem na nim niepewnie. Spojrzałem na chłopaka z mojego obecnego położenia i prawdopodobnie pierwszy raz pozwoliłem sobie na podobną bezwstydność w kwestii wzroku świdrującego bezlitośnie Daniela.
  -Bądź delikatny –mruknąłem z przekorą. –Nie chcę umierać z bólu –dodałem wyzywająco. 

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Mar 06, 2016 11:02 pm


Jak do tego doszło? Chyba nigdy nie będę w stanie zrozumieć przewrotności ludzkiego losu. Kilka lat temu wszystko przedstawiało się w całkiem czarnych barwach i choć teraz także nie nabrały zbyt wiele koloru, przestały być aż tak ponure. Tylko Zack mógł przebaczyć to co mu zrobiłem. Tylko on miał do tego stopnia poprzestawiane w głowie, by potrafić puścić w niepamięć tak okrutny występek. Mało tego, przebaczał też wszystkie kolejne, nie mszcząc się za żaden z nich. Dlaczego? To wręcz nieludzkie, by bezinteresownie przyjmować na siebie podobne traktowanie i nie planować zemsty. Nawet jeśli sam wyciągnąłem go z poważnego problemu, moje winy wciąż przeważały nad wszystkim co dla niego zrobiłem. Ale może nie w oczach Zacka. Albo zachowywał się tak tylko przez wzgląd na... miłość? W innej sytuacji zaśmiałbym się na tę myśl. Gdyby ta dotyczyła kogoś innego, wybuchnąłbym gromkim śmiechem. Ale Zack faktycznie mógł obdarzyć mnie tak określonym, silnym uczuciem. Tylko on. I nagle przestało być tak śmiesznie. To była rzeczywistość, nie słaby żart. Za to ja wciąż nie potrafiłem w tej rzeczywistości określić własnej roli. Chciałem jego dobra i jego bliskości – to wszystko co wiedziałem na pewno. Na szczęście w tym jednym momencie cała reszta zupełnie się nie liczyła.
Zack wzdychał i pojękiwał, a ja z chwili na chwilę coraz bardziej go pragnąłem. Byłem zniecierpliwiony i podniecony, choć do niczego jeszcze nie doszło. Jednak świadomość tego, że tym razem wszystko miało się skończyć w ten konkretny sposób, skutecznie i silnie na mnie wpływała. W końcu czekałem na to bardzo długo, a od jakiegoś czasu robiłem to kosztem samego siebie, nie idąc do łóżka z absolutnie nikim. Dla kogoś, kto przez tyle lat uprawiał seks kilka razy dziennie i ta strefa jego życia należała do zaiste intensywnych, nawet kilka dni bez pieprzenia było ciężkim okresem. Tymczasem w moim przypadku nie było to kwestia jedynie paru dób. Byłem spragniony bliskości i spełnienia, a fakt, że to Zack miał mi je przynieść przesądzał o dużym napięciu jakie odczuwałem. Wiele sił kosztowało mnie wstrzymywanie własnych żądzy i przyzwyczajeń, których wciąż nie mogłem uwolnić względem chłopaka. Po raz pierwszy miałem nad sobą panować i skupiać się przede wszystkim na czyjejś przyjemności. Być delikatnym. Choć dla kogoś innego mogło się wydawać, iż nie jest to ciężkie zadanie, dla mnie było nie lada wyzwaniem. Gdzieś wewnątrz mnie tliła się obawa, że nie potrafię, że wszystko zepsuję, choć długo się starałem. To wydawało się absurdalne. Z Zackiem, którego dawniej potraktowałem tak przedmiotowo, teraz obchodziłem się jak z jajkiem. Zależało mi. Naprawdę zależało, kto by pomyślał.
Bez wytchnienia wpatrywałem się w rozpalonego chłopaka, który wedle polecenia ułożył się na rozłożonym, miękkim kocu. Mój świdrujący wzrok szedł w parze ze znaczącym uśmieszkiem, jaki pojawił się na mych ustach, gdy Zack zdobył się na tak bezpośrednią wypowiedź względem tego co właśnie zamierzaliśmy zrobić. Odnosiłem wrażenie, że tylko próbuje grać tak swobodnie nastawionego do wszystkiego, co się działo i jeszcze miało stać. Wiedziałem, że nie jest to dla niego tak łatwe, jak próbuje to pokazać. Gdyby było inaczej, posiadłbym go już dawno. Ale dla Zacka było to coś nowego, coś czego dotąd unikał jak ognia, coś z czym zapewne wciąż nie do końca się pogodził. Zbyt dobrze go znałem.
Powoli zbliżyłem się do chłopaka, by w końcu przyklęknąć na kocu i nachylić się nad jego przystojną twarzą. Jedna z moich dłoni wsunęła się w przydługie kosmyki, a wargi w tym czasie podążyły szlakiem wzdłuż jego żuchwy do ucha, ledwie tylko muskając zackową skórę.
Będę delikatny – wyszeptałem niskim głosem, umyślnie przeciągając poniektóre głoski, aby na koniec zjechać wargami niżej i ucałować smukłą szyję chłopaka. Składając następne lekkie pocałunki, niespiesznie chwyciłem poły białej koszuli szatyna, zsuwając ją zupełnie, przy czym moje opuszki ni to celowo, ni to przypadkiem, przesuwały się po miękkiej skórze. Gdy koszula spoczęła całkiem na podłodze, moje usta przeniosły się na wargi Zacka, już mniej cierpliwie, a bardziej zachłannie składając na nich głęboki pocałunek. Językiem śmiało badałem jego podniebienie, zachęcając ten drugi do śmielszych ruchów, podczas gdy moje ciało niezauważenie napierało na to drobniejsze, skłaniając je ostatecznie do całkowitego ułożenia się na kocu. Podczas gdy jedna z moich dłoni wciąż pozostawała wpleciona w brązowe kosmyki, druga powędrowała ku dołowi, sunąc po delikatnie wyrzeźbionym torsie, kończąc tam, gdzie zaczynała się linia spodni. Me prawe kolano spoczęło między udami chłopaka, stanowczym ruchem rozchylając jego zgrabne nogi, zaś długie palce dłoni z wprawą zabrały się za rozpinanie rozporka, by już po chwili wsunąć się pod niepotrzebny materiał i zacisnąć na wyraźnym wybrzuszeniu przysłoniętym zaledwie bokserkami.
Moje wargi oderwały się od wilgotnych ust Zacka dopiero wtedy, gdy nam obu zaczęło braknąć powietrza. Wyplątując dłoń z przydługich włosów chłopaka, składałem swe pocałunki na jego brodzie, a potem na szyi, tworząc wilgotną ścieżkę wzdłuż pulsującej tętnicy. Ma dłoń zajęła się sztywnym sutkiem dwudziestolatka, podczas gdy język już po chwili śmiało zetknął się z drugim, bawiąc się nim sprawnymi ruchami. Ręka na dole śmiało poczynała sobie z erekcją Zacka, już po chwili zsuwając jego spodnie niżej, razem z bokserkami. W silnym uchwycie objąłem jego członka, by zaraz bez zwlekania zacząć go pieścić. Szybko, stanowczo, co jakiś czas zwalniając. Stymulując zarówno wrażliwe, różowe sutki, jak i całkiem sztywnego członka Zacka, sam czułem jak w moich spodniach zaczyna boleśnie braknąć miejsca. Gdybym tylko mógł, już teraz zatapiałbym się między jego piękne, zgrabne pośladki, biorąc to, o co starałem się tyle czasu. Ale nie mogłem. Zamierzałem dotrzymać danego mu słowa i być delikatnym. Od początku, do końca.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Sponsored content




PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   

Powrót do góry Go down
 
I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 12 z 15Idź do strony : Previous  1 ... 7 ... 11, 12, 13, 14, 15  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: