IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 10 ... 15  Next
AutorWiadomość
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 8:57 pm

Jedni zastanawiali się dogłębnie nad istota swojej egzystencji. Zastanawiali się czy jest im przypisane miejsce tutaj na świecie. Niektórzy pozwalali sobie wierzyć, że ich miejsce jest gdzieś w tym pszczelim plastrze miodu i dają się zaszufladkować pod kimś, kto ma na tyle charakteru by nimi dowodzić. Swoimi robotnicami. Nie brakowało tych, którzy wybijali się przed szereg, ale w naturze nierzadko bywa, że osobniki, które pozwalają sobie na zbyt dużo, prędko sprowadzane są do parteru nim uda im się cokolwiek osiągnąć. Kolej rzeczy nie zaskakuje, a monotonia pozostaje ta sama od setek lat. Przywilejem słabszych nie jest wybór.
Więc dla własnego bezpieczeństwa, ukrywamy się gdzieś, gdzie nas nie może dosięgnąć bezlitosna ręka drapieżników. Mamy swoje centra dowodzenia skąd pozwalamy sobie na anonimowe wybijanie się przed szereg jeżeli już musimy szukać gdzieś dreszczyku emocji. Każda ceniąca się nacja historyczna, miała kogoś takiego jak my. Ludzi, którzy nie istnieją. Interpretacja dowolna, ale przecież właśnie nam o to chodzi. Łatwiej jest wam przyswoić prawdę, która nie przekracza waszego rozumowania. Ograniczeni, słabi jak niemowlęta. Zamknięci w bezpiecznych, cieplutkich kapsułach nierozumności i przeciętnej średniej IQ. A ja już nie miałem siły nawet zastanawiać się nad tym, co by było gdybym poprzebijał wam te skorupy. Nie paliłem się do zmieniania świata i nie chciałem nikomu ułatwiać jego życia. Niesie to za sobą konsekwencje odkrycia tożsamości i stopniowego pogwałcenia dóbr osobistych. I nigdy więcej nie miałbym możliwości na powrót stać się kimś niewidzialnym.  Nieodwracalny byłby ten krok.
A mama chciała, żebym został lekarzem.  Była zdania, że to dobrze płatny zawód w dodatku studia nie były tak śmiertelnie nudne jak prawo. Byłem wtedy jak zwykle innego zdania. Nawet pomijając fakt, że cierpiałem na jakąś wrodzoną awersję do krwi i surowego mięsa.
Ostatecznie zdawałem na informatykę czy pochodną tego. Jak zwał, tak zwał. Ważne, że dostałem się z wysokimi notami po tym jak zakończyłem liceum rok wcześniej, bo i poszedłem do szkoły przed moimi rówieśnikami. Wobec tego znalazłem się w klasie równoległej do tej, w której był Daniel i może tylko dzięki temu się zaprzyjaźniliśmy.
Mama twierdziła, że zmarnowałem ta szansę i powinienem był zdawać na medycynę, ale to właśnie komputery stały się moim powołaniem. Ucieczka w anonimowość. Zacząłem trochę programować, dostawałem za to pieniądze. Czasami wleciała duża sumka, czasami żyłem na oparach z poprzedniej wypłaty. Potem pod mój nos została podsunięta dużo bardziej kusząca oferta. Bez wahania się zgodziłem i rozwinąłem dzięki temu na tyle by dostawać regularne zlecenia. Mieli gdzieś, że ćpam dopóki robiłem co do mnie należy. I w ten sposób wyplątałem się wtedy ze smutków młodości, by rozpocząć dorosłe życie. W pewnym momencie zjawił się Danny i w jakiś sposób zadziałał na mnie jak zapalająca się kontrolka w mózgu. Uruchomił coś czego pozbyłem się pół roku wcześniej, a powróciło za sprawą spotkania po latach, ze zdwojoną siła. Nie jako objawy znikające i pojawiające się raz na kilka miesięcy w poważniejszych stadiach, by po chwili znów nie pozostawić po sobie śladu. Nie chciałem tego, zacząłem ćpać i udało mi się uwolnić od tego inaczej niż strzelając sobie w łeb. A jeżeli mam być szczery, zastanawiam się teraz czy było to najlepsze wyjście.
Oddawałem pocałunek, równie leniwie poruszając ustami co Daniel.  Nie znalazłem jednak usprawiedliwienia dlaczego tym razem mu na to pozwalam. Nie było to pożegnanie ani w żaden sposób nie chciałem go zwieść. Całowałem się z nim ponieważ tego właśnie chciałem w tym momencie. Dopóki Daniel zna granice, nie ma w tym nic złego, prawda? Zwłaszcza kiedy ogromnych rozmiarów osobnik przytłacza cię swoją obecnością tak jak on w tej chwili. Żaden z nas nie zrobił kroku w kierunku tego by pogłębić pieszczotę, która zakończyła się szybko i bezboleśnie.
Spojrzałem mu w oczy chłonąc każde słowo, które opuściło jego usta. Uśmiechnąłem się smutno i w wymuszony sposób.
-Doceniam to, ale… –spuściłem na chwilę wzrok by wbić go na kilka sekund w swoje stopy –Nawet jeżeli teraz naprawdę tego chce, jutro zrobię wszystko, żeby się ciebie pozbyć.
Tak właśnie wyglądał nałóg. Chcesz sobie pomóc w jednej chwili, obierasz w tym kierunku swoje kroki, następnego dnia jakby pierwotne pragnienie częściowo zaślepiało ta część mózgu, która odpowiadała za silną wole i już sam nie byłeś taki zdecydowany.
Wiedziałem, ze Daniel nie opuści mieszkania choćbym starał się najbardziej na świecie, by  dał mi spokój, bo nie rozumiem dlaczego robi coś wbrew mojej woli, nawet jeżeli dzień wcześniej zgodziłem się na taki układ. W pewnym sensie nie chciałem, żeby mężczyzna jeszcze bardziej był zniesmaczony moja osobą. W jakimś stopniu był jedną z moich najbliższych osób i nie dałbym rady temu zaprzeczyć. Skłamałbym gdybym śmiał twierdzić  iż chłopak mnie nie zna i nic nigdy dla mnie nie znaczył.
Posłałem mu nieprzychylne spojrzenie. Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem.
-Wciąż jesteś –stwierdziłem i skwitowałem to prychnięciem.
Odprowadziłem go wzrokiem kiedy odsunął się ode mnie i porwał w dłoń kubek przeznaczony dla jego osoby, by zająć miejsce tuż obok mnie i wesprzeć się o blat. Jego pytanie spowodowało mój uśmiech i w rezultacie uniosłem głowę do góry by spojrzeć z zakłopotaniem w sufit. Po chwili jednak powróciłem wzrokiem do czarnych tęczówek i na powrót z mojej twarzy zniknął jakikolwiek cień pozytywnych emocji.
-Dobry znajomy –odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Nie było w tej kwestii co ukrywać i nie potrzebowaliśmy więcej niedopowiedzeń jeśli chodzi o to nic nie znaczące zagadnienie.
-Nie masz powodów do zazdrości –posłałem mu złośliwy uśmiech i uniosłem kubek do ust by upić trochę gorącej herbaty –Wciąż nie jestem pedałem. –powiedziałem kiedy przełknąłem łyk naparu.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 8:59 pm


Ulżyło mi przynajmniej, gdy zrozumiałem, że Zack chce coś zmienić. Nie jest niechętny do współpracy, nie zamierza również wmawiać sobie i mi, że jego problem nie istnieje. Skoro jest już w fazie świadomości, a nawet wykazuje chęć do podjęcia próby wyjścia z nałogu, moje zadanie będzie prostsze. Nie łatwe, ale łatwiejsze, niż jakbym miał mu uświadamiać, że jest uzależniony lub przekonywać do tego, by dał sobie pomóc. Jeśli więc można mówić tu o jakiś pozytywach, cieszę się, że jest wystarczająco uświadomiony. Nie oczekuję, że rzuci to gówno z dnia na dzień. Na razie liczę tylko na to, że będzie się starał. Oczywiście nawet jeśli będzie na wyjątkowym głodzie, nie pozwolę mu nic wziąć. Metoda rzucania "po trochu" na nic by się tu nie zdała. Jeśli ma to rzucić, musi przestać z miejsca. Nie jestem na tyle głupi, by myśleć, że sam da radę to zrobić i właśnie dlatego tutaj jestem. Muszę go pilnować, wspierać i przede wszystkim dawać świadomość, że nie jest sam. Tak naprawdę nie mogę zdziałać nic poza tym, bo ta sprawa dotyczy głównie Zack'a i to od niego samego zależy dziewięćdziesiąt dziewięć procent sukcesu. Nie przyjechałem tu przecież z myślą, że będzie łatwo. Wyjście z nałogu nigdy nie jest łatwe. Ja również nie rzuciłem hazardu z dnia na dzień. Podejmowałem wiele prób, ostatecznie pomógł mi Drake i w dużej mierze to dzięki niemu do tej pory trzymam się z dala od kasyn. Niestety, ale kiedy już raz wyszedłem z podobnego gówna, chociażby jednorazowe odwiedziny w takim miejscu groziłyby powrotem do starych nawyków.
- Wystarczy, że chcesz - skwitowałem, popijając mocną, dobrą kawę. Zack pamiętał, że piję czarną, bez żadnych dodatków, zresztą tak samo jak on. Może właśnie dlatego ta nieznacząca informacja zapadła mu w pamięć. - Użerałem się z tobą przez tyle lat, to i teraz dam radę - dodałem, wywracając oczami z lekkim rozbawieniem. Ale prawdę mówiąc, to chyba prędzej Zack użerał się ze mną. Będąc pijanym potrafiłem być naprawdę upierdliwy, a jako nastolatek piłem dość często. Na dodatek zdeprawowałem swojego drogiego przyjaciela. W końcu to przy mnie zaczął palić i to ze mną przechylił pierwszy kieliszek wódki. Och, Janine, gdybyś tylko wiedziała... Ale przynajmniej trochę się uspołecznił. A teraz najwidoczniej znów zamknął się w swojej małej skorupce. Może to przez samotność zaczął ćpać? Ale czy naprawdę był taki samotny? Gdyby to była prawda, to chyba nie zażyczyłby sobie, abym zostawił go w spokoju?
Zaśmiałem się, jakby chłopak wcale mnie przed chwilą nie obraził. Naprawdę wciąż jestem mniej rozsądny niż on? I słyszę to od ćpuna? Ale właściwie, w pewnym sensie ma rację. Gdybym był mądrzejszy, zamiast wstępować do mafii i parać się płatnymi zleceniami opierającymi się głównie na zabijaniu, objąłbym zupełnie inną drogę. Przecież nie jestem głupi. Bez problemu zdawałem z klasy do klasy, mogę nawet powiedzieć, że moje oceny nie były tragiczne. Miałem jakieś tam swoje ukryte ambicje. Gdybym chciał, poprowadziłbym bym życie podobne do Alexa. Tak jak mój brat uczęszczałbym na dobrą uczelnię, znalazł sobie odpowiedniego chłopaka, z którym relacja zupełnie nie przypominałaby tej, jaka łączy mnie z Luisem. Mógłbym iść na jakiś AWF, robić jako trener personalny, albo dietetyk, w końcu jestem w tym niezły, a i zarobki na podobnym stanowisku nie są słabe. Mógłbym nawet zawodowo trenować MMA, a nie tak jak teraz, uczęszczać sporadycznie na treningi, byleby nie zapomnieć tego czego się nauczyłem i może jeszcze trochę doszkolić. Jest naprawdę wiele opcji. Mógłbym żyć normalnie, gdybym był rozsądniejszy. Mógłbym mieć przyjaciela, faceta, pracę, wykształcenie i nieskrzywione poczucie moralności. Ale niestety, wybrałem zupełnie inną drogę i nie mam wyjścia, jak kroczyć po niej dalej. To znaczy, mógłbym znaleźć jakąś boczną ścieżkę, ale teraz nawet tego nie chcę. Zmienianie stylu życia byłoby zbyt uciążliwe. Poza tym dobrze mi tak, jak jest teraz.
Oparty łokciem o blat, bez większych emocji obserwowałem przyjaciela. Zdecydowanie nie spodobał mi się sposób, w jaki zareagował na wspomnienie szatyna. Skrzywiłem się lekko widząc ten błogi uśmiech i upiłem kolejny łyk kawy dla zatuszowania swojej reakcji. Ze zmarszczonymi brwiami wysłuchałem odpowiedzi, która jakoś niespecjalnie mnie przekonywała.
- Nie jestem zazdrosny. - Prawda? - Po prostu martwię się, że jakiś zbok wykorzystuje seksualnie mojego niewinnego przyjaciela - prychnąłem, upijając kolejny łyk. - Poza tym, dobry znajomy nie sprzedawałby ci tego gówna. - Nikt nie powiedział, że wspomniany szatyn jest dilerem, ale nieciężko było mi to wywnioskować na podstawie zwykłej obserwacji. Facet zdecydowanie nie wyglądał na kogoś, kto ćpa, a jednocześnie dawał to robić Zackowi, chociaż rzekomo są "dobrymi znajomymi". Skur***l bogaci się na naiwności i zepsuciu Zacka, ot co. A ten się jeszcze cieszy, gdy o nim myśli. Szablonowy przykład idioty.
- A co do twojej orientacji... - Uśmiechnąłem się pod nosem, wspominając leniwy pocałunek sprzed chwili. Miałem zamiar dokończyć, jednak przerwał mi dźwięk iPhone'a. Wyjąłem z kieszeni dżinsów telefon i spojrzałem na ekran, na którym widniało imię mojego współlokatora. Odebrałem bez dłuższego zastanowienia. Zaśmiałem się gorzko, słysząc głos po drugiej stronie, składający zgryźliwe, ale całkiem urocze życzenia urodzinowe.
- Jakim cudem pamiętałeś? - Pokręciłem głową z niedowierzaniem. Przecież sam zapomniałem, że dzisiejszy dzień powinien być dla mnie w jakiś sposób szczególny. Nigdy w końcu nie celebrowałem go w jakiś wyjątkowo specjalny sposób, a od pewnego czasu nie było potrzeby w ogóle go świętować. - A, Alex dzwonił. Już myślałem, że to z miłości. - Prychnięcie Luisa rozbawiło mnie jeszcze bardziej. Pojęczał jeszcze coś chwilę, że mogłem go obudzić, bo przeze mnie nie wyprowadził psa i nasrał w domu, na dodatek do jego kapcia. Pochwaliłem swojego psiaczka, na co Luis wnerwił się jeszcze bardziej. Jak z dzieckiem.
- Luis, następnym razem nie przypominaj mi jaki jestem stary. Nie zdemoluj mieszkania. Na razie - pożegnałem się zdawkowo, po czym rozłączyłem i przeczytałem esa od brata, który również pisał w celu złożenia życzeń. Dziwne, że tak wiele osób o tym pamięta. Schowałem telefon, zaś swoje spojrzenie znów skierowałem na Zacka.
- Idę po torbę. Zamów coś do żarcia - rzuciłem luźno w jego stronę i opuściłem mieszkanie, by skierować się do auta. Patrząc na okolicę zastanawiam się, czy nie lepiej byłoby je gdzieś schować. Problem w tym, że raczej nie znajdę odpowiedniego miejsca. Cóż, o tym pomyślę kiedy indziej.
Zabrałem torbę i wróciłem do mieszkania chłopaka, kładąc ją w sypialni. Nie potrzebowałem czasu by się zaaklimatyzować. Co prawda jego mieszkanie znacznie różniło się od mojego apartamentu, ale niespecjalnie mi to przeszkadzało. Właściwie przypomniały mi się czasy, gdy mieszkaliśmy razem z Alexem i Elizabeth w podobnie przeciętnym miejscu. Przytknąłem dłoń do ust, gdy wydobyło się z nich przeciągłe ziewnięcie. Wyspałem się, ale tabletka zrobiła swoje. No tak, skoro mowa o tabletkach...
Sięgnąłem do bocznej kieszeni torby po drugie opakowanie wypełnione dużymi, fioletowymi pigułkami. Wziąłem jedną z nich, zapijając ciepłą jeszcze kawą. To właśnie to kolorowe ścierwo powinienem brać dwa razy dziennie, żeby nie zbzikować, ale kto by tam pamiętał? Teraz jednak, kiedy mam być blisko Zacka, lepiej będzie, żebym pilnował przestrzegania dziennych dawek.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:03 pm

Atmosfera od początku była napięta jednak przestałem to zauważać wraz z kolejnymi przemijającymi minutami. Zwłaszcza gdy stało się jasne, że będę zmuszony gościć Daniela w swoim mieszkaniu, które wcale nie wydawało mi się w tym momencie tak duże jak wtedy kiedy jestem sam i zajmuje swój kącik przy komputerze. W sumie to były zaledwie dziewięćdziesiąt dwa metry kwadratowe przestrzeni użytkowej.
Przez jakiś czas rachunki były opłacane przez Grega lecz po pewnym okresie ustatkowałem się na tyle by zrezygnować z jego miłosierności wobec mnie. Nie pozwoliłem mu dłużej sądzić, że w jakikolwiek sposób jestem zależny od niego czy mamy. Kiedy dotarła do nich moja korespondencja z uczelni, nie łudziłem się, że pojawię się w domu prędzej niż za rok kiedy odzyskam miejsce wśród studentów. W pewnym sensie, moja duma była w tamtym momencie starta na proch i porozcierana po podłodze. I moim celem stało się odzyskanie honoru.
Rozejrzałem się wokół jakby chcąc utwierdzić się w przekonaniu, że moje życie nie jest tak do końca przegrane. Wciąż dane mi było mieszkać w pięknym mieszkaniu, które umieszczone było na tak zwanym poddaszu. Cała długość ściany została wyłożona pomarańczową, surową cegłą ,która w połączeniu z kolorowymi ścianami nośnymi dawała ciekawy efekt. Niektóre elementy wystroju, takie jak drewniane belki podporowe i połacie białych detali, mianowicie całej ściany nachylonej pod kątem i sufitu, dodawały wnętrzu swoistego klimatu. Poprzedni właściciele uratowali w jakiś sposób to wysłużone mieszkanie i pozostawili za sobą kawał arcydzieła, które pod każdym względem zachwycało swoją świeżością. Zlustrowałem czarno-lazurową kostkę pod stopami, która wyodrębniła przestrzeń kuchenna od połączonej z nią strefą salonu. Po mojej prawej stronie roztaczała się powierzchnia pokoju dziennego, a od kanapy dzieliło nas parę kroków. Naprzeciw tegoż mebla ulokowany był niewielki, trzydziestodwucalowy telewizor, a jeszcze dalej znajdował się korytarz który zakończony był drzwiami wejściowymi oraz toaletą w połowie drogi do tychże drzwi.
Moja sypialnia znajdowała się z kolei po przeciwnej stronie, a było to obecnie z lewej strony. Wewnątrz niego mieściło się wydzielone miejsce dla poustawianych komputerów i tym podobnych sprzętów elektronicznych. Tam także sięgało ceglane wykończenie, ale pozostałe ściany, poza tą pod skosem, były zachowane  w kolorze zielonym.
Okna zostały umieszczone jedynie na częściowo załamanej pod kątem ścianie co nadawało wnętrzu pewnego rodzaju uroku jeżeli wciąż brakowało komuś jego ogromu.
Pokiwałem głową kiedy zrozumiałem, że są to pewnego rodzaju słowa aprobujące naszą sytuację. Ostatecznie zgodziłem się na współpracę.
Mężczyzna, wydaję mi się, że próbował rozluźnić napiętą atmosferę co jedynie przywołało mi obraz tego co może się stać w najbliższych dniach. Coś takiego wcale mi się nie spodobało chociaż Danny miał dobre intencje.  Poza tym obaj wiedzieliśmy, że to właściwie ja miałem wtedy trudniej i to ja odwalałem brudną robotę niańki ciemnowłosego. Teraz pewnie role się odwrócą o ile chłopak nie da za wygraną i doprowadzi ta sprawę, mimo wszystko, do końca, bo słowa mojej mamy, wydawały mi się jednak święte dla Daniela.
Nie rozumiem co go tak bawiło. Przecież chyba miał świadomość, że to iż nosi spluwę pod warstwą ubrania nie czyni ja niewidzialną. Uznałem, że wysuwając podejrzenie iż wciąż jestem tym rozsądniejszym, wiele się nie pomylę,  nawet biorąc pod uwagę to, że obaj jesteśmy w pewnym stopniu mocno zdegenerowani i obaj prawdopodobnie powinniśmy odsiedzieć swoje  w pierdlu. Daniel może dłużej, bo pistoletu raczej nie nosi się dla zabawy, a do czegoś ów służy. Ja preferowałem swoja niewidzialność, rozprzestrzenianie zarazy po sieci, włamywanie się tu i ówdzie, zdobywanie informacji bez bezpośredniego kontaktu z ludźmi. Nie wszystko jednak trzymali tam gdzie ja mogłem dotrzeć. Cóż, zazwyczaj jednak konkurencja była zbyt  duża by wybrzydzać nawet jeżeli od początku wiedziałeś, że zlecenie, które masz wykonać od początku jest skazane na zerowe powodzenie bowiem w rezultacie i tak nie zdobywasz żadnych informacji gdyż okazuje się, ze twoim celem staje się serwer komputera jakiegoś rozsentymentowanego dziada, którego jedyną chroniona tajemnicą są poukrywane pornole pod folderami chronionymi hasłami, którego treścią zazwyczaj okazywały się imiona najmłodszych córek. Swoją droga, to było obrzydliwe. Wtedy nie tylko wątpiłeś w to, że praca, którą wykonujesz ma jakikolwiek sens, coraz więcej takich zleceń stawiało cie w sytuacji poczucia beznadziejności kiedy sekundy spędzone na rozszyfrowywaniu tego, były po prostu stratą czasu.
Z moich ust wyrwała się oznaka szczerego rozbawienia.
-Brzmi znajomo –stwierdziłem, jedynie wspominając naszą niegdysiejszą relację, której pewien epizod, a ów miałem w tej chwili na myśli, przekreślił naszą przyjaźń na dobre.
-To jego praca –mruknąłem zachowawczo. Sam jeszcze wczoraj próbował mnie nakłonić do rzucenia tego syfu nawet jeżeli było to wbrew regulaminowi sprzedaży. Chyba zaczął się  facet przywiązywać. A to wcale nie wróżyło najlepiej jego stosunkom z szefem. Przecież oni mieli oczy dookoła głowy.
Chłopak już miał wypowiedzieć się na temat mojej deklaracji wiary, kiedy przerwał mu telefon. Oh, jaka strata. A byłem śmiertelnie ciekawy jaki przytyk na ten temat przyszedł mu do głowy.
Słuchałem rozmowy jednym uchem, próbując sprawiać wrażenie kogoś, kto nie para się podsłuchiwaniem. Na moment przed tym, jak Danny poprosił swojego rozmówce by mu nie przypominał o tym ‘jak jest stary’, zaświtała mi myśl, która prawdopodobnie gryzła mnie od dnia wczorajszego. Miałem ochotę zapaść się pod ziemię kiedy sobie przypomniałem. Czwartego grudnia Daniel miał urodziny.  Zacząłem siorbać głośno herbatę w konsternacji nad swoja głupota. Zrobiło mi się z deczka idiotycznie i nie miałem pojęcia jak się wytłumaczyć przed Danielem z tego, że właściwie pamiętałem iż coś ma miejsce dnia dzisiejszego jednak za cholerę nie potrafiłem przywołać odpowiedniego wspomnienia by wypełnić tę lukę.
Z takiego letargu, w którym zastawiałem się nad tym jak wybrnąć z patowej sytuacji, wyrwał mnie głos Daniela, który poinformował mnie o tym, że idzie po jakiś bagaż. Więc i pod tym względem się przygotował. Skinąłem głową z uznaniem i wbiłem wzrok przed siebie wciąż terroryzowany przez poczucie winy. Nieświadomie prawie zlekceważyłem tą część wypowiedzi, w której chłopak polecił mi zamówić coś do jedzenia. Miałem ochotę na pizze. Znaczy zjadłbym ją, ale głodny nie byłem.
Kilka chwil po tym jak opuścił mieszkanie, wciąż z ta samą umęczoną mina, sięgnąłem po telefon, na którym wybrałem telefon ulubionej pizzerii Micka. Tyle by było z mojego wegetarianizmu.
Kiedy już skończyłem składać zamówienie, w mieszkaniu pojawił się mój nieroszony gość, który wyglądał jakby się zadomowił. Zmarszczyłem brwi zastanawiając się gdzie powinienem spać. W sumie wolałbym zająć sypialnie, ale niezbyt poprawnym byłoby wyrzucić Daniela na kanapę, która był o wiele za krotka by go pomieścić.
Z zamiarem podzielenia się obawami odnośnie noclegu, ruszyłem ku własnemu pokojowi gdzie chwilę temu zaniósł swoje rzeczy Daniel. Wkroczyłem do pomieszczenia w momencie kiedy pigułka zniknęła w ustach chłopaka. Odchrząknąłem chcąc zwrócić na siebie uwagę gościa. Oparłem się o framugę i przyglądałem się bez skrępowania plecom mężczyzny.
-Wygląda na to, że zajmiesz moje łóżko –powiedziałem nieco zdziwiony tym ile kryło się w moim głosie ponurej rezygnacji.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:11 pm


Skrzywiłem się nieznacznie, słysząc uwagę Zacka na temat napastowania seksualnego. Dobrze wiem co mu zrobiłem trzy lata temu, mógłby sobie darować ten komentarz. Karma do mnie wróciła, więc można uznać, że jesteśmy kwita. W końcu ten wypadek musiał być jakimś rodzajem kary, prawda? Z takiego właśnie założenia wychodzę, tym bardziej, że moja nienormalna prędkość silnie wiązała się z rozdrażnieniem, które to z kolei wywołał Zack. Musi to więc oznaczać, że miałem do czynienia ze zjawiskiem powracania wyrządzonych krzywd do oprawcy. Jeśli się nie mylę, to aż boję się pomyśleć co mnie spotka za pozbawienie życia innych istnień. Nie wspomnę już o innych formach cierpienia, jakimi niektórych obdarzałem, a przy których śmierć wydaje się być całkiem przyzwoitą opcją.
Gdy usłyszałem sformułowanie, jakim Zack chciał usprawiedliwić brązowowłosego śmiecia, skrzywiłem się jeszcze bardziej. Niech to będzie i jego praca, mam to gdzieś. Ale do cholery, ja przy zabijaniu innych przynajmniej nie próbuję im wcześniej wmówić, że są moimi "dobrymi znajomymi". Albo sprzedaje dragi, albo jest kumplem i nie ma niczego pomiędzy. Jeśli temu dupkowi faktycznie w jakiś sposób zależałoby na Pettersonie, nie faszerowałby go osobiście tym świństwem, a zamiast tego przynajmniej starałby się go od ćpania odciągnąć. Jako diler najlepiej wie do czego prowadzi branie narkotyków i jestem pewien, że sam tego nie robi. Z bardzo prostego powodu. Jeżeli traktuje Zacka jak dobrego znajomego, to czemu jednocześnie jest jego dostawcą? To się zupełnie wyklucza. Niestety, mój drogi przyjaciel najwidoczniej w swej naiwności w ogóle nie widzi jak jest wykorzystywany i oszukiwany. W oczach tego ścierwa musi być niczym więcej jak stałym klientem i pewnie tylko czeka, aż odleci, żeby mógł się dobrać do jego tyłka, o ile oczywiście jeszcze tego nie zrobił.
Tłumaczenie tego wszystkiego postanowiłem zostawić na czas, który bardziej będzie mi sprzyjał, to znaczy, kiedy nie będę pod działaniem proszków. Po zażyciu tego gówna nie miałem siły na cokolwiek i sam się dziwię, że to tej pory sobie nie przysnąłem. Udało mi się to chyba tylko dzięki silnej woli. Akurat kiedy pakowałem do ust tabletkę nieco innego rodzaju, w progu pojawił się Zack, co zarówno usłyszałem jak i dostrzegłem kątem oka. Nie zamierzałem robić jakiejś wielkiej tajemnicy z tego, że biorę te pigułki, więc z zupełnym spokojem przełknąłem tabletkę, by po chwili już całkiem odwrócić się przodem do chłopaka. Oczywiście nie miałem również zamiaru tłumaczyć dlaczego w ogóle cokolwiek biorę. Temat wypadku nie jest dla mnie niczym przyjemnym, a głośne przyznanie się do choroby psychicznej nie przeszłoby mi przez gardło. Chociaż wielu ludzi uznałoby mnie za psychola, gdyby dowiedziało się, jaką pracą się zajmuję. Jednakże praca jest w rzeczywistości tylko spontanicznym wyborem, oraz przejawia się głównie znieczulicą. Moja psychika jest lekko skrzywiona, bo owszem, lubię sprawiać ból. Ale napady agresji, które towarzyszą mi od dziewięciu miesięcy, przeważyły szalę. Nie mógłbym już z czystym sumieniem powiedzieć, że jestem normalny.
Uniosłem brew w lekkim rozbawieniu, kiedy oparty o framugę drzwi Zack, wygłosił swoje przepełnione niezadowoleniem oświadczenie. Od początku nie miałem najmniejszego zamiaru zabierać mu pokoju, czy nawet łóżka. Nie rozumiem, dlaczego w ogóle założył, że będziemy trzymać między sobą taki dystans. Tak, jakby zupełnie mnie nie znał.
- Powiedziałbym raczej, że będę dzielił z tobą łóżko - odparłem swobodnie, podnosząc się z materaca. Wciąż miałem na nogach buty, a na grzbiecie skórzaną kurtkę, zbyt grubą na ciepłe wnętrze domu. Odstawiłem kubek z kawą, by zająć się sprawnym zdejmowaniem glanów, które zaraz niedbale kopnąłem gdzieś w kąt. Kurtkę również zrzuciłem, wcześniej wyjmując z niej spluwę, z którą raczej rzadko kiedy się rozstawałem. Nie martwiłem się tym, że Zack zobaczy, bo skoro mamy mieszkać razem i tak w końcu znalazłby broń. Poza tym obywatel Ameryki może mieć przecież pistolet do celów samoobronnych. No dobra, nie ukrywając, moja spluwa nie jest tego samego kalibru co te zalegalizowane, ale ten mały szczegół już pomińmy.
Bez dłuższego zastanowienia opróżniłem magazynek, naboje chowając do specjalnego pudełeczka, które wyjąłem z torby. Nie wydaje mi się, by nabita broń była dobrym pomysłem w tej chwili, szczególnie, że mogę jeszcze natrafić na tego pieprzniętego dilera. Zasłużył na kulkę w łeb, ale skoro Zack się do niego w jakiś idiotyczny sposób przywiązał, mógłby mieć mi za złe, gdybym go bezceremonialnie zastrzelił. Nienabity pistolet więc również schowałem do torby, dobrowolnie robiąc z siebie człowieka bezbronnego. Na dobrą sprawę mi wystarczyły same pięści, w końcu nie bez powodu chodzę na treningi. Bagaż zrzuciłem z łóżka, kopiąc go w ten sam sposób co buty i uniosłem wzrok na Zacka, znów przeciągle ziewając.
- Chodź tu - mruknąłem, lustrując go spojrzeniem czarnych tuneli. Nie czekając aż spełni moje polecenie, podszedłem i chwyciłem go za rękę. Nie minęły dwie sekundy, jak leżał na łóżku, taki bezbronny i tylko mój. Zawisłem nad chłopakiem jedną nogę wsuwając między jego kolana, zaś ręce położyłem po obu stronach niewielkiej głowy. - Co do twojej orientacji... - Uśmiechnąłem się, po czym nachyliłem się na tyle, by móc ponownie wpić się w usta Zacka. Tym razem pocałunek był mniej delikatny, bardziej namiętny i gorączkowy. Moje dłonie swobodnie spoczywały w miejscu, tym razem nie pchając się pod koszulkę chłopaka. - …Myślę, że sprawa jest jasna - szepnąłem, odsuwając się tylko na tyle, by móc otworzyć usta. Ucałowałem jeszcze lekko kącik jego warg, po czym przeniosłem się na szyję, składając na niej drobne, zupełnie niewinne pocałunki. Mój język zgrabnie przejechał po delikatnej skórze, zatrzymując się na uchu, które świadomie drażnił przy pomocy ciepłego oddechu. Ręce jednak wciąż trzymałem przy sobie.
- Podoba mi się twój kolczyk - mruknąłem niskim tonem wprost do jego ucha, wyobrażając sobie jednocześnie jak to cacko w jego języku sprawdziłoby się w nieco innej sytuacji.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:19 pm

Przytyków na ten temat nie dałbym rady sobie darować nawet za tysiąc lat. Chociaż mam nadzieję, że nie będę musiał znosić Daniela przez tysiąc lat mojej duchowej egzystencji. Chyba by mi już zupełnie obrzydło jego towarzystwo. Na dłuższą metę byłby męczący. Na krótszą… no cóż. W końcu jeszcze go tu trzymam, co musi chyba coś oznaczać. Mogłem nie wierzyć w przeznaczenie i tego typu rzeczy, ale wciąż miałem wrażenie, że wyrzucenie Daniela w tej chwili byłoby błędem. Poza tym, mógłbym nie dać rady.
Moja reakcja od początku nie przypadła mężczyźnie do gustu, a zdenerwowało go jeszcze bardziej kiedy zacząłem usprawiedliwiać znajomego. Przecież to naprawdę była jego praca, a wszakże nie mógł się nagle robić sentymentalny. Był profesjonalistą i jednego dnia mógł rozmawiać z trzeźwym tobą, a na drugi wcisnąć ci całą masę towaru, który sprowadzi cię do postaci takiej, że nie będziesz mógł powiedzieć ani słowa. To podła robota, ale jak każda inna. Sprzedawanie narkotyków nie było w niczym gorsze przy tym co robili ludzie na co dzień. Gdybym miał wybierać pomiędzy zaciągnięciem się do wojska, a sprzedawaniem dragów w jakimś liceum, wybrałbym to drugie. Niektórzy nie nadawali się do bardziej ambitnych zadań i sprawdzali się dużo lepiej w takim zawodzie. Poza tym Mick jak każdy obywatel płaci podatki i dorabia w kawiarni jednego ze swoich dalekich kuzynów.
Gdybym utrzymywał swoje kontakty międzyludzkie i zdolność do nich na przyzwoitym poziomie, może nie siedziałbym całe dnie przed monitorami komputerów. Nie wybrałem tego jednak tylko dlatego, że się boję. Chodziło o swobodę działania, którą odnalazłem w miejscu gdzie teraz czuję swoją przynależność.
Danny, tak jak podejrzewałem, stale brał jakieś prochy. A przynajmniej teraz postanowił się pilnować. Nie miałem pojęcia czy jego zaburzenia obejmują jedynie ataki agresji czy są tego jakieś następstwa i jak bardzo powinienem się pilnować, żeby nie udusił mnie w nocy. Mogłem mieć jedynie nadzieje, że te leki coś pomagają. Oby. Wyglądają na silne. Może jest jeszcze dla mnie nadzieja i jutro rano obudzę się żywy. O! Tak jak już wspominałem. Pieprzona ironia losu, bo gdyby nie Danny, mógłbym nie obudzić się innego poranka. Tymczasem to on będzie mnie skrzętnie pilnował bym przypadkiem  nie wziął niczego co mogłoby zostać sklasyfikowane jako narkotyki. Spojrzałem na zegarek, wiszący na ścianie jako jeden z dodatków dodający wnętrzu przytulności. Było niewiele po dziewiątej. O godzinie czwartej Mick kończył kilkugodzinną zmianę we wspomnianej kawiarni, załatwiał w międzyczasie jakieś drobne dostawy i właściwie powinien się u mnie zjawić po godzinie piątej popołudniu. Czy do tego czasu uda mi się przekonać  Daniela, by go nie zatłukł albo nie zastrzelił? Otaksowałem spojrzeniem chłopaka szukając w jego postawie odpowiedzi na moje niezadane pytanie. Jak go ładnie poproszę, to zostawi Micka w spokoju? Po Danielu można się zbyt wiele spodziewać i wolałbym nie używać sformułowania ‘prośba’ przy ewentualnej próbie pertraktacji. Mógłby zbytnio dać się porwać fantazji, a ja nie jestem tak skory do wykonywania jego poleceń tylko po to by ratować dupę Micka. Wolałbym do kolegi wtedy zadzwonić i jasno dać do zrozumienia, że pojawiać się u mnie w domu nie powinien, bo mój gość jest zbyt nerwowy w jego towarzystwie  i sądzę, że duma wyżej wspomnianego najeźdźcy,  nie zniosłaby obecności drugiego rosłego samca w promieniu stu metrów. Czy nie pomyliłem się szacując zasięg pistoletu?
Co go tak bawi? Moje poczucie przegranej na polu terytorializmu? Niech nie doszukuje się w tym ustępliwości. Ja jestem po prostu lepiej wychowany niż on, chociaż mama w sumie starała się nam obu wpajać  dobre maniery na bieżąco. Czasami większy nacisk kładła na edukację Daniela w tym kierunku, bowiem był wyjątkowo opornym kadetem i nie wszystkie rzeczy przyswajał tak machinalnie jak ja.
Kiedy okazało się, że bawiło go coś zupełnie innego, aż parsknąłem niekontrolowanym śmiechem. On chyba sobie żartował, prawda?  Jedno spojrzenie na jego oczy utwierdziło mnie jednak w odwrotnym przekonaniu. On naprawdę założył, że będę sypiał z nim w jednym łóżku. I mam uwierzyć, że zachowa przy tym dystans? Nie jestem idiotą. Przecież widać , że nie potrafi utrzymać rączek przy sobie.  Chyba zacznę spać z nożem pod poduszką.
Skrzywiłem się nieznacznie kiedy śledziłem jego trajektorię ruchu w górę, a u jej kresu mężczyzna wyjął przedmiot wiadomych celów. Więc jednak się nie myliłem podejrzewając iż chowa pod tym nieżywym zwierzęciem (skórzaną kurtką) swoje narzędzie pracy. Czy pracy? A może nosił takiego gnata jednak rekreacyjnie?  Tak, z pewnością Zack.  Swoją drogą, to cacko w sumie mogłoby pokusić się o zasięg tych stu metrów. Niech Bóg ma cię w opiece, Mick.
Z zaabsorbowanie patrzyłem na te wszystkie rytuały Daniela i zaklinanie broni. Nie kryłem zaciekawienia, bo i po co udawać, że masz gdzieś to, że jakiś zbir właśnie rozpieczętowuje przy tobie swoją osobistą spluwę. Wydaje mi się, że przy sobie nosił tylko jedną chyba, że drugą skrył między pośladkami. Daniel jest takim popaprańcem, że i to by mnie nie zdziwiło. Nie zarejestrowałem bowiem żadnej innej broni pod jego kurtka ponieważ ów odzienie zdążył już z siebie zrzucić. Buty też. W dosłownym słowa ‘zrzucić’ znaczeniu. Odsunąłem od siebie jednak nawyk poprawiania innych kiedy rozejrzawszy się wokół, nie zarejestrowałem jakiegoś szczególnego porządku. Właściwie obraz kabli porozrzucanych wokół komputerów był głównym źródłem nieporządku w mojej sypialni. Ale to i tak wystarczyło jako pogląd na całość.
Po chwili facet przykopał bezceremonialnie w torbę na co uśmiechnąłem się z jakąś wesołością i jednym ruchem głowy odrzuciłem z oczu naprzykrzająca się grzywkę. Moje rozbawienie zniknęło wraz z poleceniem mężczyzny, na którego wykonanie niezbyt miałem wpływ bowiem Daniel pociągnął mnie za rękę i tym samym zostałem pchnięty na miękki materac. Wzniosłem się na łokciach i w ten sposób znalazłem się milimetry od twarzy chłopaka, który z kolanem między moimi nogami zawisł nade mną jak kat. Ta bliskość niemalże błyskawicznie sprowadziła mnie do parteru w znaczeniu takim, że by zachować dystans, położyłem głowę grzecznie na materacu.  Ale w jakiś sposób Daniel podążył za mną.
Uśmiechnąłem się  złośliwie słysząc początek dość ciekawego spostrzeżenia, którego nie dane mi było poznać do końca, bowiem usta Daniela przylgnęły do moich i ponownie pocałował mnie jednakże tym razem darując sobie przesadną delikatność. Bez skrepowania oddałem pieszczotę, zabawiając się z jego językiem swoim własnym, w którym tkwił kolczyk.  Drażnił on delikatnie wnętrze ust ciemnowłosego.  Gdy wreszcie się odsunął, pozwoliłem się jeszcze raz ucałować w kącik ust po czym nie zważając na jego dalsze poczynania, wykrzywiłem swoje usta w kolejnym drwiącym uśmieszku.
- Mick się ucieszy kiedy mu powiem, co postanowiłeś odnośnie mojej orientacji –wymruczałem wyzywająco,  bowiem tylko taki wydźwięk mogły mieć moje słowa kiedy czułem jak język Daniela sunie po mojej skórze. Nic nie zaszkodzi się z nim trochę podrażnić.
Westchnąłem cicho i niekontrolowanie kiedy usta znalazły się w tak wrażliwym miejscu. Nijak nie skomentowałem jego zdania na temat kawałka stali, który pojawił się moich ustach już kilka miesięcy temu.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:22 pm


Nie rozumiałem rozbawienia jakie towarzyszyło Zackowi, gdy poinformowałem go o moim planie spania w jednym łóżku. Wydawało mi się to dość oczywiste, bo nie zamierzam wrócić do domu po kilku dniach, a każdego wymęczyłoby spanie na kanapie przez dłuższy czas. Dla mnie była ona zwyczajnie za mała, więc padłoby na Zacka. Poza tym, dawniej też spaliśmy razem i to na dużo mniejszym łóżku niż te, które posiada obecnie chłopak. Dla zasady nie wspomnę jak się to wspólne spanie skończyło. Zresztą to nie ma teraz nic do rzeczy. Już mówiłem, że byłem naćpany i zwyczajnie nie swój. Obecnie bez problemu potrafię zapanować nad własnym pożądaniem, a już szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że wyniszczone ciało Zacka niespecjalnie mnie podnieca. Podobało mi się jeszcze dziesięć miesięcy temu, choć nawet wtedy uważałem, że mógłby trochę przybrać na wadze. Teraz zaś w ogóle nie wpasowywał się w mój gust, gdyż nie jestem fanem anoreksji. W związku z powyższym, mój pociąg do chłopaka był wystarczająco niski, bym bez żadnego problemu utrzymał łapy przy sobie. No dobra, może trochę sprostuję. Moje ciało dziwnie do niego ciągnie, chcę go dotykać i czuć blisko siebie, nawet chętnie doprowadziłbym go do stanu gorączkowego rozpalenia, ale jeśli chodzi o sam seks, nie pragnę go tak bardzo jak kiedyś. Wolałbym, żeby najpierw trochę przytył i przede wszystkim przestał ćpać, bo teraz to naprawdę bałbym się, że zrobię mu krzywdę przy jednym gwałtowniejszym ruchu. A skoro Zackowi nie przeszkadzają pocałunki, które o dziwo chętnie odwzajemnia, nie musi się martwić, że w jakiś inny sposób wykorzystam to jak blisko mnie znajduje się nocą. Obejmę go, trochę pomacam, bo jakżeby inaczej, ale przecież go nie zgwałcę. Ba, nawet byłbym skłonny zabrać łapki, gdyby chłopakowi szczególnie mocno zaczęły one przeszkadzać. Ale nie pozwolę spać mu na kanapie. Jeśli mógł spędzić noc pod jedną kołdrą z tym swoim "dobrym znajomym", to dlaczego nie miałby zrobić tego ze mną? W końcu pod każdym względem przewyższam tego zasranego dilera, a na dodatek znam Zacka dużo lepiej niż on. Wspomnę jeszcze, że ja, krzywdząc chłopaka te cztery lata temu, nie postąpiłem gorzej, niż szatyn pozwalający mu na prowadzenie takiej marnej egzystencji i jeszcze się do tego w dużym stopniu przyczyniający. Jeśli mnie znienawidził za wspomniany gwałt, swojego kolegę powinien darzyć jeszcze większą nienawiścią za wprowadzenie go w to gówno. Ale to dojdzie do niego zapewne dopiero wtedy, gdy całkiem wyjdzie z nałogu i faktycznie z boku spojrzy na to jak wyglądało jego życie przez tak długi czas.
Moje oczy przymrużyły się nieco w ostrzegawczym geście, gdy chłopak z tym drwiącym uśmieszkiem wspomniał o osobie, której temat jest dla mnie wyjątkowo drażliwy, o czym oczywiście Zack dobrze wiedział. Zawsze lubił się droczyć w ten nieprzyjemny sposób, za każdym razem testując moją cierpliwość, więc kierując się doświadczeniem poprzednich razów, zatrzymałem całą wzbierającą złość wewnątrz, w czym naturalnie pomogły mi prochy.
- Mick? - zaśmiałem się złośliwie, z istnym, niewymuszonym rozbawieniem. Natychmiast domyśliłem się o kogo chodzi, gdyż jestem nawet skłonny przypuszczać, że diler jest jedynym "przyjacielem" Zacka w tym miejscu. W końcu kto inny chciałby zadawać się z ćpunem. - Nazwę tak swojego następnego psa - prychnąłem, mówiąc całkiem szczerze. Mick przedstawia się jako imię idealne dla pupila.
Szybko zapominając o moim dzisiejszym utrapieniu, posłałem Zackowi lekki uśmiech, gdy obdarzył mnie pożądaną reakcją, jaką było zdecydowanie niekontrolowane westchnienie. Jedna z moich dłoni w końcu oderwała się od łóżka i podpierając się na łokciu, podążyła do twarzy chłopaka. Rozbawił mnie fakt, że sama moja dłoń była większa niż jego głowa, udało mi się jednak zachować jako taką powagę. Patrząc chłopakowi w oczy i obdarzając tym leniwym uśmieszkiem, przesunąłem kciukiem po miękkich wargach, które przed chwilą całowałem. Patrząc tak na nie, niewątpliwie poczułem przypływ pożądania. K***a, jeszcze niedawno stwierdziłem, że ten mały gnojek przestał mnie pociągać. A jednak, jego kuszące wargi zdecydowanie namawiały do dalszych pieszczot. Już zacząłem się nachylać, by ponownie skosztować słodkich ust, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk dzwonka. W jednej chwili pomyślałem o tym, jak współczuję Zackowi, że musiał słuchać tego irytującego dzwonienia w takim natężeniu z samego rana. Nie to, żebym był głównym tego powodem...
- Otworzę - mruknąłem po ówczesnym zastygnięciu kilka milimetrów od rozchylonych warg. Zamiast skorzystać z chwili i złożyć na nich choć krótki pocałunek, powoli się odsunąłem, aż w końcu całkiem zszedłem z łóżka. Machinalnie poprawiłem lekko uniesioną bluzę i strzepałem ze spodni niewidzialny pyłek, po czym podążyłem do drzwi wejściowych, zastanawiając się kto za nimi stoi. Jeśli to mój ulubieniec, Mick, to jak słowo daję, skręcę mu kark.
Na szczęście obyło się bez łamania kości, gdy w wejściu ujrzałem całkiem pokojowo nastawionego dostawcę pizzy, po którą Zack najwidoczniej zadzwonił, gdy poszedłem po bagaż, tak jak zresztą go prosiłem. Z wypisanym w oczach głodem przyjąłem od faceta karton, kładąc go chwilowo na stole i wyciągnąłem z tylnej kieszeni dżinsów pliczek banknotów, z czego odpowiednią sumę plus napiwek, wręczyłem dostawcy.
- Zackie, śniadanko! - Krzyknąłem z salonu, celowo gwiżdżąc jakbym wołał psa. Nie tylko Zack zawsze lubił się ze mną przekomarzać. To działało w dwie strony i nawet nie zauważyłem jak naturalnie przyszedł mi powrót do starych nawyków.
Czekając aż przyjaciel zawita w pomieszczeniu, odpaliłem telewizor, powoli rozkładając się z pizzą i kapsając na kanapie. Bez konkretnego celu zacząłem latać po kanałach, szukając czegoś co na dłuższą chwilę mogłoby przykuć moją uwagę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:23 pm

Nie wspominałem Danielowi o tym jak nazywa się mój diler, jednak zorientowałem się w sytuacji dopiero po chwili. Aczkolwiek ten dobrze połączył fakty i na szczęście wiedział o kogo mi chodzi. Sam nie powstrzymałem rozbawienia kiedy mój towarzysz oświadczył, że mógłby nazwać imieniem mojego kolegi psa.  Może by i pasowało. Myślę, że piesek byłby sympatyczny. Z kolei jeżeli nazwałbym jakieś zwierze imieniem Danny, to myślę, że byłoby przynajmniej po części tak samo denerwujące jak Curtis.
Chłopak zapewne pokusiłby się o podjęcie dalszych kroków w kierunku tego, żeby zatrzymać mnie w łóżku, gdyby nie pewien denerwujący dźwięk, który przerwał nam to urocze wylegiwanie się. Podziękowałem losowi za taką kolej rzeczy bowiem mimo, że szczególnie nie przeszkadzało mi to, że czasem pozwalam sobie pobawić się niewinnie z Danielem, tak później bym tego żałował, gdybym teraz nie robiąc żadnego kroku w kierunku wyswobodzenia się spod jego sylwetki, pozwolił mu na poczynienie dalszych planów. A jednak patrzyłem na niego spod przymrużonych powiek kiedy wodził kciukiem po moich wargach. Takim wzrokiem, którego w życiu bym się u siebie nie spodziewał. W pewien sposób uznałem, że szkoda w tej chwili było mi tego iż mężczyzna oddalił się ode mnie. To była chwilowa słabość, której nawet nie nazwałbym pożądaniem. Zwyczajnie nie znałem tego uczucia i nie potrafiłbym go nawet dokładnie skonkretyzować.  Usiadłem na łóżku kiedy przestrzeń nade mną pozwoliła mi na to.
-Jasne, nie krępuj się… –westchnąłem męczeńsko i odprowadziłem wzrokiem Daniela aż zniknął za drzwiami. Nie spodziewałem się o tej porze nikogo poza jedną osobą czy też, usługą. Pizza przyjechała dość szybko. Spojrzawszy na zegarek oszacowałem ten czas na jakieś dwadzieścia pięć  minut od momentu kiedy złożyłem zamówienie. Zmarszczyłem brwi. Wciąż zapominałem o drażliwym aspekcie urodzin Daniela. Powinienem coś w tym kierunku zrobić. Czy doceni moje starania? Może po prostu się wygłupię, a może sprawie mu tym przyjemność. Zacisnąłem zęby będąc wciąż gnębionym tą samą ideą. Z drugiej strony, właściwie nijak nie jestem mu winien żadnych życzeń. Ale przecież nie można tak spychać na drugi plan oczywistego aktu ukoronowania tej daty, która od początków istnienia cywilizacji ludzkiej została trwale wpisana w kulturę. Na litość boską! Ileż można zastanawiać się nad jednym i tym samym? Szarpnąłem się za włosy dając upust swojej desperacji.
Wstałem i ruszyłem w kierunku drzwi kiedy moich uszu dobiegł dźwięk przywoływania. Zmierził mnie sposób w jaki zrobił to Danny i nawet uznałem to za znak swoistego rozpoczęcia wojny na docinki.  Że też przed chwilą zastanawiałem się na tym jak sprawić mu przyjemność składając życzenia. Może zapomnieć o tym i każdym następnym geście dobrej woli.  Nieco skołowany pojawiłem się przy kanapie celowo przedłużając sobie drogę do niej dzięki przeprawie przez kuchnie, która nie była konieczna na mojej trasie bowiem mogłem się udać po linii prostej ku przestrzeni pokoju dziennego. Z głośnym  westchnięciem zająłem miejsce nieopodal mojego gościa, który zdecydowanie zbyt bardzo zadomowił się w moim mieszkaniu i właściwe żadnych oporów nie miał przed niczym, a zwłaszcza dotykaniem moich rzeczy. To nie tak, że mnie to drażni w jakikolwiek sposób. Ja po prostu cenię sobie swoją przestrzeń do życia i poszanowanie jej. Daniel zdawał się być zaabsorbowany przerzucaniem kanałów jak szalony. Nie paliłem się do rzucania się na pizze bez opamiętania i  w sumie straciłem na nią ochotę, bo czułem, że ekspresowo zwymiotowałbym ją do toalety.  Nie wezmę nic do ust dopóki nie będę musiał. Dosłownie nic.  Sam widok tego pudełka przypomniał mi o tym, że z niewyspania moje nudności się nasiliły i chyba tylko cudem na moją twarz nie wstąpił wyraz tego jak żałośnie się czuje. Wbiłem wzrok w telewizor właściwie nie poświęcając uwagi obrazowi, chcąc tylko utkwić w czymś swoja uwagę. Telewizor okazał się marnym  i dość nudnym obiektem, więc skierowałem swoje spojrzenie na twarz mężczyzny obok. Przyglądałem się mu bez jakiegoś specjalnego wyrazu twarzy.
-Od wczoraj zastanawiałem się co takiego znaczy dzisiejsza data –mruknąłem bez przekonania i usiadłem bokiem do oparcia kanapy, a przodem do profilu mężczyzny. Oparłem głowę o obicie mebla.  A przecież postanowiłem, że zrezygnuje ze sprawiania mu przyjemności i satysfakcji. Jak zwykle, jestem niesłowny i znowu zapominam o powziętych postanowieniach.
-Tylko nie spodziewaj się ode mnie tortu i świeczek –skrzywiłem się jakby chcąc dodać bezsporności własnym słowom. Oczywiście, ze w tej sytuacji niech nie liczy tez na jakieś prezenty. Wystarczy mu świadomość tego, że pamiętałem od wczoraj. Znaczy nie tak do końca byłem pewien, że mózg mnie nie zwodzi, ale mam swego rodzaju usprawiedliwienie. Oczywiście, nie będę się tłumaczył przed Dannym, ale uznałem, że coś takiego uspokoi mnie wewnętrznie.
-Wszystkiego najlepszego –wydusiłem z siebie nieco drwiącym tonem, bo sytuacja była na tyle zabawna, że inny nie wchodził w grę.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:26 pm


Nie czułem jakiejś wielkiej potrzeby czekania na Zack'a, jeśli chodzi o jedzenie pizzy. Z lekką niecierpliwością oderwałem górę kartonu, kładąc ją obok stołu i otwierając sosy, polałem pierwszy kawałek. Oczywiście zupełnie przypadkiem był jednym z tych większych. Łażenie po kanałach szybko mnie znudziło, więc w końcu zostawiłem jakiś banalny film o podróżniku w czasie i całkiem obojętnym spojrzeniem obserwowałem to co dzieje się na ekranie. Z wielką chęcią wgryzłem się w obficie wypełniony dodatkami kawałek pizzy, podświadomie wyobrażając sobie jej piękny zapach. Kochałem podobnie niezdrowe żarcie i zacząłem nawet zastanawiać się jakim cudem tak długo go nie jadłem. To znaczy, na co dzień moim wyżywieniem zajmował się Luis, a po wypadku Drake osobiście ułożył mi dietę, martwiąc się stanem mojego ciała, które wtedy składało się właściwie z samej skóry i kości. Kto by pomyślał, że tak łatwo pozbyć się w miesiąc efektów ciężkiej, trzyletniej pracy nad sylwetką. No ale dzięki szefunciowi i czujnemu oku Luisa, oraz dzięki temu, że zapychałem czas treningami, udało mi się znacznie zbliżyć do stanu przed wypadkiem. Może byłem trochę szczuplejszy, ale nie można powiedzieć, bym wyglądał słabo, czy też po prostu źle. Luis świetnie gotuje, więc bez słówka sprzeciwu zajadałem się jego obiadkami, przez co zaniedbałem gorącą miłość do fastfood'ów. Dlatego też pizza, którą zamówił Zackie stanowiła istny raj dla mojego podniebienia.
Przeżuwając leniwie solidny kęs niezdrowego żarcia, kątem oka dostrzegłem opóźnione w czasie pojawienie się przyjaciela, który z jakąś dziwną niepewnością zajął miejsce obok mnie. Zainteresowałem się nim bardziej, gdy przez dłuższy czas wlepiał we mnie spojrzenie błękitnych tęczówek. Unosząc pytająco brew i przeżuwając swoje pyszności, okręciłem się całkowicie w stronę chłopaka. Głupi wyraz mojej twarzy nie zmienił się, gdy Zack zaczął bełkotać coś na temat dzisiejszego dnia, który rzekomo wiąże się z jakąś szczególną datą. Oczywiście z początku zupełnie nie miałem pojęcia o co może chodzić, a gdy już zrozumiałem istotę wypowiedzi chłopaka, zapragnąłem trzepnąć się w łeb. Jeszcze niedawno dzwonił Luis, a ja już zdążyłem zapomnieć o swoich urodzinach. Ale nawet nie przypuszczałem, że Zack mógłby pamiętać o czymś tak błahym, szczególnie, że nie świętujemy tego dnia wspólnie już od bardzo długiego czasu. Dawniej oczywiście w jakiś tam sposób obchodziliśmy nasze urodziny, a bywało też, że wyprawialiśmy wspólnie jakąś większą imprezę ze względu na fakt, że różni nas tylko miesiąc czasu, jednak przez cztery lata rozłąki raczej żaden nie myślał o tym, by się z drugim skontaktować ze względu na tą rzekomo szczególną datę. Z czasem sam zapomniałem, że czwarty grudnia znaczy cokolwiek. W końcu do tej pory nikt mi o tym nie przypomniał. Wygląda na to, że obecny rok jest wyjątkowy. Trzy osoby to aż nadto.
- Kosztowało cię to wiele wysiłku - stwierdziłem, rozbawiony tonem w jakim zachowane były życzenia oraz samą postawą składającego je Zacka. Zupełnie jakby ktoś zmusił go do wydukania tych kilku słów pod groźbą śmierci. Muszę przyznać, że tak oryginalnie złożonych życzeń jeszcze nie słyszałem. Ktoś inny mógłby się poczuć wręcz urażonym, że inna osoba z takim wymuszeniem wydukała zdawkowe "wszystkiego najlepszego", ja jednak czułem się jedynie rozbawiony i może nawet ucieszony. Za nic nie spodziewałbym się, że chłopak w ogóle powiąże dzisiejszą datą z moimi urodzinami, a nawet jeśli już to zrobił, nie zakładałbym nawet przez chwilę, że zechce dać mi o tym znać.
- Dziękuję - mruknąłem z wymownym uśmiechem i znów poświęciłem większość swej uwagi pizzy. - Jedz Zack - nakazałem, kątem oka patrząc na szatyna. Wyglądał, jakby w ogóle nie miał zamiaru ruszyć tego pysznego śniadania. - Nawet nie próbuj protestować. Jeśli nie zaczniesz jeść dobrowolnie, to osobiście wepchnę ci to do gardła - ostrzegłem z góry, żeby potem nie było zdziwienia.
Na szczęście mój drogi przyjaciel nie podjął się próby protestu, być może wystraszony motywem zakończenia swego żywota poprzez udławienie pizzą i pomimo morderczych spojrzeń, oraz zbytecznej dawki niepewności, pochwycił w swoje ręce kawałek ciasta po brzegi wypełnionego składnikami. Nie podobało mi się to, jak bardzo blady był Zack, jednak zważając na to jaki tryb życia prowadzi, nie było sensu rozwodzić się nad podobnym spostrzeżeniem. Jego organizm jest zdruzgotany, więc nie mogę oczekiwać, że nagle dostanie rumieńców. W związku z tym, zamiast obserwować, czy aby starczy mu siły na przeżucie chociaż jednego kęsa, wlepiłem zobojętniały wzrok w ekran telewizora.
Nie mogę powiedzieć, że się nie zaniepokoiłem, kiedy Zack zupełnie niespodziewanie odrzucił wspomniany kawałek pizzy przed siebie, przyłożył dłoń do ust i z dozą paniki wypruł w stronę łazienki, po drodze strącając doniczkę, która z głośnym hukiem rozbiła się o podłogę. Sam całkiem odruchowo poderwałem się na nogi, ignorując lekkie zawroty głowy, które pojawiły się w towarzystwie tegoż nieprzemyślanego czynu. Skrzywiłem się słysząc z toalety zdecydowanie nieprzyjemne odgłosy i z lekkim zniesmaczeniem odłożyłem pizzę, po czym powędrowałem śladami przyjaciela. Westchnąłem bezsilnie, widząc go klęczącego nad muszlą klozetową, zupełnie bez sił i z łzami w oczach, które samoistnie pojawiają się przy podobnym, niechcianym "wysiłku". Bez niepotrzebnych słów zbliżyłem się do szatyna i przyklęknąłem przy nim, zbierając przydługie włosy, aby przypadkiem nie dostały się pod linię strzału. Wolną dłonią zsunąłem gumkę z własnych włosów, powodując, że długie dredy swobodnie rozłożyły się po plecach. Związałem cienkie kosmyki chłopaka i z dziwną, niewymuszoną troską przyklękałem tak przy nim, lekko głaszcząc po plecach. Nie byłem nawet zły. Zrobiło mi się cholernie przykro, że mam okazję obserwować go w takim stanie. Rzygał mimo, że na dobrą sprawę nie miał czym. Był w opłakanym stanie, a ja naprawdę nie chciałem na to patrzeć. Może dlatego nawet przez myśl mi nie przemknęło, by go zostawić i pozwolić, aby spokojnie dogorywał w tym ładnym, lecz lekko zaniedbanym mieszkaniu. Potrzebował pomocy. Powstrzymałem się nawet od jakiegokolwiek złośliwego komentarza. Wierzę, że Zack dobrze wie dlaczego tak teraz cierpi.
- Przyniosę ci wody - szepnąłem, prostując się i cofając do kuchni, by nalać do szklanki wspomnianego napoju, z którym to wróciłem do łazienki. Poczekałem aż Zack choć na chwilę przestanie wymiotować i podałem mu do rąk naczynie, w międzyczasie przypominając sobie drogę do sklepu, który mijałem po drodze. Widocznie pizza to za dużo, ale przecież coś musi jeść. Chociaż coś lekkiego. Przy okazji kupiłbym miętę do zaparzenia, bo nawet nie łudziłem się, że znajdę ją tutaj.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:34 pm

Fakt, że było po mnie aż tak widać iż wymusiłem to krótkie wyznanie był dla mnie trochę dezorientujący. Chyba zrobiłem się zbyt przejrzysty. A może po prostu Daniel wiedział czegoś się po mnie spodziewać, a raczej czego nie, wiec był równie zaskoczony tym, że się na to zdobyłem, co ja sam. No, ale cóż, właściwie miał rację w stu procentach. Jeszcze przed chwilą stoczyłem w swoim wnętrzu walkę o kwestię, która normalnemu człowiekowi przyszłaby z łatwością. Przecież w zasadzie przez wzgląd nasz status ‘byłych kumpli’, a także okoliczności, które miały miejsce po drodze do miejsca, w którym się obecnie znaleźliśmy, nie powinienem mieć trudności z wykluczeniem opcji składania mu takich życzeń. Z drugiej strony, przecież po prostu nie miałem interesu w tym by odsuwać od siebie wykonania drobnej uprzejmości skoro wiem, że dzisiaj ma urodziny. Tak na dobrą sprawę to nie jesteśmy wrogami. Już nie. Odkąd doszedłem do wniosku, że zawsze byłem nie do końca z pełna rozumu i obecnie fakt, że kiedyś tam Daniel zapędził się w swoich pijackich gierkach i zabawił się ze mną, nie jawił się w moich oczach jako wpływ na to jakiej jakości wiodłem zycie. Byliśmy młodzi i pod wpływem. Powinienem, tak samo jak on, zapomnieć o tym i więcej do tego nie wracać oraz zgodnie z wolą matki, skorzystać z oferowanej pomocy, która już w tej chwili zaczęła mi się wydawać zbędna. Daniel mógł mnie po prostu siłą zaciągnąć na odwyk, na którym najpewniej zbzikowałbym do reszty, a nie zawracać sobie głowę zajmowaniem się mną jak dzieckiem. Chociaż teraz, gdy pojawiło się takie wyjście, nie wiem czego się spodziewać po chłopaku. W każdej chwili może okazać się, że jednak zrezygnuje z okrężnej drogi sprawowania nade mną pieczy do momentu aż wydobrzeje i wyśle mnie na odwyk. Miał nawet możliwość zaciągnięcia mnie tam siłą, bowiem stanowił swoja osobą pokaźne gabaryty, wobec których byłem niczym innym jak rzucającym się dzieciakiem. Może jeszcze dziewięć miesięcy temu stanowiłby jakieś wyzwanie, jednak w tej chwili byłem cieniem samego siebie i miałem tego pełną świadomość. Świadomość, że jestem znowu całkowicie zależny od agresywnego kryminalisty, który jest tymczasowo spacyfikowany prochami. Kto jak kto, ale ja powinienem być przerażony. Czy jestem? Absolutnie nie. Nie ma na to wpływu jednak to jak postrzegam wartość swojego życia nawet jeżeli nie dostrzegam żadnej wartości. Po prostu nie potrafiłem się bać. Nie znałem strachu. Znałem upokorzenie, wściekłość, bezsilność, ale nie uczucie irracjonalnego przerażenia. Czy boję się śmierci? Ponownie. Nie nazwę tego strachem. Owszem, nieco oczekiwałem tego nieuchronnego momentu, który nastąpić mógł w każdym momencie. Byłem ciekaw spojrzenia śmierci w oczy aniżeli strwożony samą świadomością, że jestem bliżej niej niż kiedykolwiek  wcześniej. Nawet mimo młodego wieku. Nie bądźcie durniami i przestańcie postrzegać to jako predyspozycje samobójcze. Ja po prostu cierpliwie czekałem powoli wyciskając z siebie ostatnie soki. Nieświadomie. No, bo przecież nijak nie mam wpływu na natężenie tego co biorę i w jaki sposób. Z czasem dawka była większa niż poprzednio, mniejsza nie zadowalała, a aktualnego przydziału nie powinienem zwiększać bowiem nie mam na tyle wyczucia, by przypadkiem nie zabić się bardziej skutecznie niż przedawkować tylko na pare godzin. Ostatecznie, nie mam żadnego wpływu na to jak to będzie wyglądało teraz. Daniel ma, bo jest silniejszy. Ja mógłbym mieć jakąś przewagę gdyby nie to, że jestem kompletnie ogłupiony tym wszystkim. W gruncie rzeczy, teraz nie przeszkadza mi to w ogóle. Na pewne rzeczy zobojętniałem albowiem taki był mechanizm obronny inteligentnej jednostki. W swojej głupocie, odrzucała fakt, że stała się gorsza przez pewne czynniki.

Podziękował, a ja tylko skinąłem głową w geście zrozumienia i odebrania uprzejmości. Czyli robimy kolejne postępy.
Mimo iż wiedziałem, że to był najgorszy pomysł na jaki wpadłem dzisiejszego dnia, wziąłem do reki kawałek pizzy. Spojrzałem na niego niepewnie i bez większego przekonania, wziąłem kęs. Podczas tej czynności, odwróciłem wzrok od Daniela i spróbowałem skupić się na wciśnięciu w siebie jak największej ilości jedzenia w możliwie jak najkrótszym czasie, by po chwili każdą cząstką silnej woli, powstrzymywać mdłości, które wzrosły w pewnym momencie do tego stopnia, że nie udało mi się na tyle skoncentrować i podniosłem się gwałtownie do góry i jeszcze bardziej raptownie ruszyłem do oddalonej o długość kilkunastu metrów, łazienki. Dopadłem toalety, nawet nie zważając na to, że po drodze przypadkiem cos roztrzaskałem. Ostatkiem sił kucnąłem przy porcelanowej armaturze i uniosłem deskę by móc bez przeszkód oddać się ceremonii mimowolnego zwracania dużej części pizzy, porannej herbaty i czegoś jeszcze, do muszli klozetowej. Z wyrzuceniem wszystkiego poradziłem sobie bez konieczności wsadzania palców w gardło. Po chwili, gdy już mój zamglony wzrok zarejestrował każdy element dzisiejszego posiłku, począłem oddychać głęboko i sięgać po papier toaletowy by wytrzeć twarz. Jednak to najzupełniej w świecie nie był koniec zmagań mojego żołądka z resztą organizmu. Moje wnętrzności postawiły na bunt i skręcały się w każdej możliwej kombinacji bym nadal tkwił nad porcelanową misą wyrzucając z siebie już tylko żółć. Wtedy pojawił się Danny, którego oczywiście nie miałem ochoty oglądać, a raczej żeby to on oglądał mnie. Wstrząsany kolejnymi skurczami, zacisnąłem zęby, kiedy mężczyzna związał mi włosy po czym jego dotyk pojawił się na moich plecach w postaci uspakajającego gładzenia. Obecność ciemnowłosego jednak po chwili znikła, by pojawić się po krótszej chwili. Ostatecznie zwróciłem ostatnią porcję ‘niczego’ i oparłem się plecami o zimna ścianę niedużej łazienki. Przyjąłem szklankę wody trzęsącymi się dłońmi i nawet nie zerknąłem na postać mojego wybawcy. Upiłem pare łyków po czym zdobyłem się by wstać i wyminąć chłopaka w drzwiach kibla. Swoje kroki skierowałem do drugiej łazienki gdzie mieścił się prysznic połączony z wanną, umywalka i tym podobne sprzęty. Zbliżyłem się do lustra i rzuciłem okiem na swoja twarz. W jednej chwili spuściłem wzrok na kran, z którego sączył się strumyczek wody. Przyłożyłem dłoń do tafli szkła, której widniało moje odbicie i wciąż nie zdejmując jej, nachyliłem się do kranu by pochwycić do ust strużkę wilgotności i przepłukać kilkakrotnie usta. Potem ująłem w dłoń szczoteczkę do zębów. Zdjąłem rękę na chwilę z lustra, by wycisnąć na przedmiot tkwiący w mojej  drugiej dłoni, pastę. Błyskawicznie włożyłem ją do ust i przerażony perspektywą spojrzenia powyżej i ujrzenia samego siebie, znów postanowiłem dla bezpieczeństwa zasłonić szkło ramieniem. Nie chcę się oglądać.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:36 pm


Zack upił trochę wody, którą mu przyniosłem i widocznie dochodząc do wniosku, że więcej z siebie nie wydusi, podniósł to wątłe, delikatne ciało do pionu, po czym skierował się w stronę drzwi. Nie powiedział jednego słowa, a właściwie to nawet na mnie nie spojrzał, zupełnie jakby pomieszczenie do tej pory gościło tylko jedną osobę. Nie oczekiwałem jednak od niego ani żadnego tłumaczenia, ani podziękowań, ani już tym bardziej przeprosin. Milczenie i cała jego postawa doskonale pokazywały jak żałośnie się czuje. Co więcej wie dlaczego doszło do tego, że po ugryzieniu bardzo małego kawałka pizzy nie może powstrzymać się od zwrócenia całej zawartości żołądka i czegoś ponadto. Musi być mu wstyd, bo jakże inaczej? Nawet ja czułbym się upokorzony, gdyby ktoś mógł zaobserwować do jakiego stanu się doprowadziłem. Żeby nie było, znam to uczucie. Również nie byłem zachwycony, gdy Drake wyciągał mnie z rowów, w których nieraz lądowałem bez grosza, zupełnie pijany po nocce w kasynie.
Również bez zbędnych słów, po chwili zastanowienia ruszyłem śladem Zacka i zatrzymałem się w progu drzwi, które oddzielały drugą łazienkę od reszty mieszkania. Oparłem się niedbale o framugę, z westchnieniem obserwując jak chłopak się odświeża, przy okazji niezdarnie zasłaniając swoje własne odbicie. To również skądś znam. Nie wyglądałem dużo lepiej, gdy mój rozsądek toczył walkę z nieopisaną chęcią odwiedzenia kasyna i kiedy przyszło mi obserwować jak sromotną klęskę poniósł.
- E, obrzygańcu - niezbyt kulturalnie postanowiłem zwrócić na siebie uwagę gospodarza przejętego szorowaniem zębów. - Idę do sklepu - poinformowałem i nawet nie myśląc o tym, by zapytać, czy nie ma jakichś konkretnych życzeń, oderwałem się od framugi, by po chwili powędrować do sypialni, gdzie zostawiłem kurtkę wraz z butami. Ubrałem się dość szybko i biorąc jeszcze po drodze kawałek pizzy w rękę, opuściłem mieszkanie Zacka. Mam odporny żołądek, więc obserwowanie jak druga osoba zwraca to co zjadła, absolutnie nie odebrało mi apetytu.
Na pamięć również zazwyczaj nie narzekam, dlatego bez większego problemu obrałem drogę do niewielkiego marketu, który mijałem jadąc samochodem. W międzyczasie wyjąłem telefon, wchodząc w Internet i wpisując w wyszukiwarkę "lekkie śniadanie", bo za nic nie wiedziałem co może zjeść osoba pokroju Zacka, żeby zaraz nie wylądować w kiblu. O lekkim żarciu wiedziałem tylko tyle, że istnieje, a w jakiej postaci się objawia to już nie miałem bladego pojęcia. Ulżyło mi, gdy na ekranie poczęły się wyświetlać zwykłe kanapki, sałatki, owoce, kasze i inne duperele, gdyż oznaczało to, że nie mam do czynienia z daniami, których sam nie byłbym w stanie przygotować. To, że na co dzień gotuje mi Luis, mówi samo przez się, że osobiście nie jestem zbyt dobrym kucharzem.
Byłem właśnie zajęty przygotowywaniem w myślach listy zakupów, gdy przed oczami stanął mi wspomniany sklep. Wszedłem do niego, czując się trochę niekomfortowo w nowym miejscu, gdyż przyzwyczajony byłem do San Diego oraz Las Vegas. Los Angeles jest mi miastem w większości obcym i na pewno nie czuję się, jakbym był na dobrym miejscu.
Umiejętnie ignorując zaciekawione spojrzenia tutejszych mieszkańców, wziąłem do ręki koszyk i zacząłem wędrować między regałami, biorąc do rąk produkty spożywcze, które uznałem za przydatne. Oprócz jedzenia wrzuciłem również miętę, która skutecznie powinna pomóc Zackowi po nieprzyjemnym starciu z nietolerancyjnym żołądkiem. Po chwili zastanowienia zapakowałem również zgrzewkę niegazowanej wody mineralnej, gdyż na ogół jest to jedyny napój, który spożywam poza kawą i okazyjnie herbatą. Tak obładowany skierowałem się do kasy, gdzie z zaskoczeniem spostrzegłem znajomą twarz.
- Jack - podszedłem do nieco niższego ode mnie chłopaka o ciemnych oczach i tak samo czarnych włosach. Opalona twarz z wypisanym na niej znakiem zapytania obróciła się w moją stronę. Jackie chwilę się zastanawiał, nim rzucił własny koszyk pod nogi i zawisł na mojej szyi, nie kryjąc swojego szczęścia. Nie pozostawałem dłużny i bez wahania objąłem swego rówieśnika, na chwilę podnosząc go do góry. Żaden z nas nie przejmował się zniesmaczonymi, zaciekawionymi, lub rozbawionymi spojrzeniami pozostałych klientów. Przez chwilę zachwycaliśmy się tym nieoczekiwanym spotkaniem, aż w końcu trzeba było przesunąć się o kilka kroków i może trochę uspokoić.
- Od kiedy mieszkasz w Los Angeles? - zapytałem ze swobodnym uśmiechem na ustach, wykładając własne zakupy na taśmę. Podświadomie lustrowałem niebrzydką sylwetkę chłopaka, dopatrując się zmian, które nastąpiły w nim od naszego ostatniego spotkania, a nie ma wątpliwości, że jest ich wiele.
- Od jakiś dwóch lat. Boże Daniel, tyle lat! - Zaśmiałem się, słysząc entuzjastyczną odpowiedź. Muszę przyznać, że to bardzo miłe spotkanie.
- Dziewięć? - Zastanawiałem się głośno, myśląc o tym kiedy to naszego drogiego Jack'a adoptowała tamta bogata rodzinka.
- Będzie - zgodził się z uśmiechem i na chwilę przeniósł swoją uwagę na kasjerkę, która zażądała zapłaty za niewielkie zakupy.
Po odejściu od kasy wdaliśmy się w rozmowę, streszczając pokrótce co działo się przez te wszystkie lata. Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, gdyż nadal pamiętałem o zdychającym Zack'u, w związku z czym odmawiając wyjścia na piwo dzisiejszego wieczoru, wymieniliśmy się numerami i uznaliśmy, że trzeba się koniecznie ugadać na inny dzień. W lepszym humorze niż pół godziny temu, wróciłem do mieszkania Pettersona.
- Chcesz kanapki, kaszą manną, sałatkę owocową, czy koktajl warzywny? - rzuciłem od progu i nie kłopocząc się zdejmowaniem kurtki, oraz butów, podszedłem do kuchenki, by po ówczesnym postawieniu reklamówek, wstawić wodę na herbatę. Bez pośpiechu przegrzebałem szafki w poszukiwaniu kubków, a gdy już znalazłem, wyjąłem jeden z nich i wrzuciłem weń kilka liści zakupionej niedawno mięty. Chwilowo czekałem na odpowiedź chłopaka, więc wędrując po kolejny, chłodny już kawałek pizzy, począłem szukać go wzrokiem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:41 pm

Miałem ochotę zarzygać się jeszcze raz kiedy Danny tak za mną chodził jak jakaś niańka. Sam mogłem sobie przynieść wodę, a patrzeć na mnie zupełnie nie musiał. Chyba jest w nim na tyle wystarczająco empatii by wiedział, że ja w tej chwili nie mam ochoty oglądać ani jego, ani siebie. Chociaż możliwe, że to mój kaprys, ale jakoś nie potrafię w tej chwili okazać żadnej wdzięczności nawet jeżeli powinienem i właściwie wypadałoby.
Zdążyłem umyć już prawie w zupełności zęby kiedy usłyszałem jego głos. Spojrzałem na niego kątem oka wciąż opierając dłoń na lustrze i w tym samym monotonnym tempie szorując zęby. Zmarszczyłem jednak nieznacznie brwi kiedy oznajmił, że wybiera się do sklepu. Po co? Chciałem się nawet odezwać i zapytać na głos jednak powstrzymałem się od gorączkowego wypluwania pasty i usilnego wydobycia z niego szczegółów.
Zwróciłem  zawartość ust do umywalki i opłukałem usta kilka razy nim zdecydowałem, że nieprzyjemny posmak zelżał do tego stopnia bym nie czuł się już tak najgorzej. Nie spodziewam się kolejnego nawrotu mdłości, bowiem niczym nie mam zamiaru podrażnić żołądka. Mam nadzieje, że owe przedsięwzięcie wystarczy by powstrzymać wymioty. Westchnąłem głośno. Danny zdołał już opuścić mieszkanie więc nawet nie dowiem się po jakie licho ciągnie go do sklepu. Niby planował tu dłuższy pobyt jednak nie sądziłem, że tak szybko będzie czegoś potrzebował. Mam podstawowe rzeczy. Jedzenie też się znajdzie.
Rozejrzałem się po pustym mieszkaniu. Panował w nim spokój i cisza, którą przerwało w pewnej chwili donośne miauknięcie. Uśmiechnąłem się kiedy mój wzrok zarejestrował obecność kota, który zdecydował się wyjść z ukrycia dopiero po tym jak zniknął mój gość. Łysy kocur przechadzał się z gracją po blacie stołu, chyląc głowę i nie spuszczając ze mnie spojrzenia niebiesko-zielonych oczu. Śmiało podążyłem w kierunku zwierzęcia i porwałem je na ręce po czym skierowałem się na kanapę. Zamknąłem błyskawicznie pudełko z pizzą, które drażniło mnie swoja zawartością i przeniosłem je na niski stolik znajdujący się nieopodal kanapy.
Ulokowałem sobie kota na brzuchu, a ten nie oponował. Lubił moje pieszczoty i potrzebował dodatkowego ogrzewania toteż zimą często zakładałem mu różnego typu wełniane sweterki. Nie stylizowałem go, bo takie miałem zboczenie, lecz z powodu tego iż kot zwyczajnie  musiał zatrzymywać w sobie więcej ciepła, a futra nie miał. Łysol odczuwał każdą najmniejszą zmianę temperatury także nieraz w domu panowała wyższa niż dwadzieścia sześć stopni. Ale żaden z nas nie narzekał. Tak samo jak on, nienawidziłem zimna i właściwie mógłbym przesiedzieć całą zimę w domu. Zapowiada się na to, że tym razem uda mi się zrealizować tą zachciankę. Na samą myśl o możliwości spędzenia kilku miesięcy w domu, osunąłem się jeszcze bardziej po oparciu i leżałem tak  z kotem do momentu, gdy w domu na powrót pojawił się Daniel. Szybko ten czas minął. Musiałem się zamyślić. Kot drgnął zaniepokojony, a ja jedynie zwiększyłem częstotliwość głaskania by udobruchać zwierze. Nie było mi na rękę to, że mógłby mnie teraz zostawić. Był niewiarygodnie ciepły.
Danny od razu podążył do kuchni, a ja spróbowałem wykręcić szyję na tyle by zobaczyć co knuje i tym samym nie zrzucić z siebie kota. Zauważyłem jedynie, ze chłopak nastawia czajnik i wyjmuje kubek. Ciekawe co ten bydlak nakupował za swoje nielegalnie zarobione pieniądze. Zack, twoje nie są wcale mniej nielegalne.
Dotarło do mnie jego pytanie i nie byłoby w nim nic dziwnego, gdyby nie fakt, że Daniel zaproponował mi…Właściwie co? Miał mi zamiar gotować? Czy to właśnie dane mi było obserwować? Swoja drogą, ostatnio kanapki ktoś mi robił dwa lata temu. Jak bardzo surrealistyczna jeszcze się stanie ta sytuacja? Zdjąłem z siebie ostrożnie zwierze, które czym prędzej się ulotniło i zniknęło w mojej sypialni. Powoli wstałem z mebla i równie niespiesznie zbliżyłem się do mężczyzny. Stanąłem nieopodal niego i zmierzyłem go wzrokiem od góry do dołu, przyglądając mu się przy tym skrajnie podejrzliwie.
-Chyba mi nie powiesz, że masz zamiar samodzielnie przygotować mi coś do jedzenia? –spytałem lekko ochrypłym głosem, akcentując wyraźnie moje niedowierzanie. Odchrząknąłem nieco zdziwiony  niemelodyjnym brzmieniem swoich słów spowodowanym niezgrabnym posłużeniem się strunami głosowymi.
-Aż dałbym ci całusa, ale myślę, że w tej chwili nie powinienem ci tego proponować –dodałem po chwili nieco złośliwie przy czym brzmiąc lepiej niż chwile temu.
Podejrzewam, że istnieją w Danielu przynajmniej takie hamulce. Ja bym chyba nie zdecydował się całować kogoś kto chwile temu wisiał nad kiblem i zwracał śniadanie.
-Kanapki –mruknąłem już zupełnie od niechcenia, sprawiając wrażenie jakbym dopiero teraz przypomniał sobie o zadanym pytaniu. W tej chwili powinienem wrócić do pokoju i odpracować swoje. Głównie dokończyć to co zacząłem wczoraj. W sumie całkiem nieźle mi idzie zważywszy na fakt, że to już drugi dzień pozbywania się nałogu. A przynajmniej według Daniela.

*

Reszta popołudnia minęła nam a wskroś sielankowo o ile można było sielanką nazwać wyrzucanie wszystkich moich dóbr materialnych do kosza na śmieci. Niby Daniel to zaplanował i mentalnie się na to przygotowałem, jednak zdruzgotał mnie ten widok bardziej niż mogłem przepuszczać. Postanowiłem oddać się zapomnieniu w pracy w rezultacie czego, ja wylądowałem w sypialni przed komputerem, a Daniel zasiadł przed telewizorem z kolejnymi porcjami skrajnie niezdrowego żarcia. Gdy dochodziła godzina piąta popołudniu, uświadomiłem sobie fakt, że przez ostatnie pare godzin nie ruszałem się z jednego miejsca. Gdyby nie to, że moje oczy zaczęły piec niewyobrażalnym ogniem, zapewne nawet nie spojrzałbym na zegarek i nie postanowił zarządzić przerwy. Oparłem się ciężko o fotel i westchnąłem zdejmując z nosa okulary by móc pomasować palcami miejsce gdzie chwilę temu tkwiły grube oprawki. Na moment wbiłem wzrok w sufit po czym wsunąłem szkła  z powrotem na nos. Oczywiście gdy już zamierzałem wrócić do pracy na kolejne pare godzin, do moich uszu dotarł dogłębnie denerwujący dźwięk dzwonka. Na śmierć zapomniałem o Mick’u –uświadomiłem sobie po chwili. Zbyt szybko uniosłem się do góry i zakręciło mi się w głowie. Nie zniechęciło mnie to jednak do tego by wyjść z pokoju z zamiarem otworzenia drzwi. Chodziło głównie o to bym dotarł do nich przed Danielem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 9:57 pm


Do domu, nie swojego domu oczywiście, wróciłem w towarzystwie znacznie lepszego humoru. Znam wielu ludzi, więc właściwie w każdym stanie USA mógłbym spotkać znajomą gębę i nie stanowiłoby to dla mnie niczego wyjątkowego, czy nieoczekiwanego. W przypadku Jacka jest jednak zupełnie inaczej. Tak jak wspominałem podczas naszej rozmowy, po szybkim oszacowaniu doszedłem do wniosku, że nie widzieliśmy się dziewięć długich lat. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że naszą dwójkę łączyła jakaś forma przyjaźni. Ta dobra, dziecięca forma wolna od kłótni, zatarć i jakichkolwiek problemów. Gdy trafiłem do sierocińca miałem siedem lat, los chciał, że umieszczono mnie w pokoju, który już od bardzo dawna zajmował brunet. Jackie został oddany do tej placówki przez własną matkę, gdy był jeszcze niemowlęciem. Obydwoje wiemy o sobie praktycznie wszystko. Wiem, że ma kontakt ze wspomnianą rodzicielką, choć nie można powiedzieć, by był jakiś wyśmienity. Ojca nie zna i nie kwapi się do poznawania. Ja również dzieliłem się z Jackiem swoimi tajemnicami, otwarcie mówiłem mu o zabójstwie matki i zamkniętym za kratkami ojcu. Byliśmy dziećmi ale podobne tematy nie były dla nas odrażające, ja po prostu je znałem, a Jackie był dobrym słuchaczem i wysuwał się naprzód ze swoją dojrzałością, umiejętnie skrytą pod zbyt słodką, dziecięcą buzią i chaotycznym zachowaniem. Był nie do poskromienia, każdy go kochał i nawet jeśli dopuścił się jakiegoś przewinienia, zazwyczaj w parze ze mną, jemu wszystko puszczano płazem. Nie miałem mu tego za złe, bo kto nie dałby się udobruchać patrząc w te wielkie, czarne oczy? Moje tęczówki miały dokładnie ten sam kolor, jednak ich wyraz różnił się od tego psiego spojrzenia Jacka. Mi zawsze się obrywało. Byłem buntownikiem, krnąbrnym, nieposłusznym dzieckiem. Co z tego, że Jack w rzeczywistości nie różnił się wiele ode mnie, jeśli chodzi o te dziecięce wykroczenia? On wiedział kiedy przestać, kiedy przeprosić i zrobić skruszoną minę, ja za to nieustannie pogarszałem sytuację, rzucając się na wychowawców nie tylko słownie ale czasem i z pięściami. Jackie wracał wtedy do pokoju, a ja resztę dnia spędzałem w kącie, na dodatkowych lekcjach, lub na sprzątaniu, nawet wtedy nie tłamsząc w żaden sposób swojego buntu wobec świata i dorosłych. Mimo, że nasze oczy wyrażały sprzeczne emocje, twarze miały inny kształt, doświadczenia życiowe również bardzo się różniły, załapaliśmy na tyle dobry kontakt, że w końcu wszystko robiliśmy wspólnie. Ja byłem tym złym, on tym dobrym, dopełnialiśmy się. Niestety, sierociniec nie jest przytułkiem dla porzuconych dzieciaków, których należy odchować dopóki się nie usamodzielnią. Placówka ta miała prostą zasadę: przyjąć, bo tak trzeba i oddać, bo tak wygodnie. Mnie podrzucali za każdym razem, gdy jakaś naiwna rodzina zapragnęła przysposobić dzieciaka w wieku szkolnym, jednak każdy taki naiwniak równie chętnie mnie odsyłał, a ja nie miałem temu nic naprzeciw. Nie pałałem jakimś szczególnym entuzjazmem do sierocińca i ludzi w nim pracujących, ale tu był Alex, Eliza i Jack. Jako słynni dwaj rozbójnicy naturalnie cieszyliśmy się z każdego takiego powrotu. Niestety, gdy pewna bezdzietna para około trzydziestoletnich ludzi postanowiła przygarnąć pod swoje skrzydła mego współlokatora, stało się jasne, że jego stopa więcej tu nie postanie, a przynajmniej nie jako mieszkańca tejże placówki. Jackie trafił dobrze, bo jego nowi rodzice mieli wykształcenie, pieniądze, przyjemne usposobienie i żadnych ewentualnych irytujących braci dla adoptowanego syna. Mój przyjaciel nie był więc skory do knucia, jakby tu znaleźć się z powrotem w sierocińcu i z pewnym żalem w końcu nas opuścił. Obydwoje mieliśmy po jedenaście lat. Jego przybrani rodzice poczekali, aż chłopak skończy podstawówkę, do której obydwoje uczęszczaliśmy, po czym zabrali manatki i wszyscy razem przenieśli się do Miami. Wtedy nasz kontakt ograniczył się do telefonów, z czasem mailów, a potem całkiem się urwał. Każdy z nas zaczął toczyć odmienne życie, poznał nowych ludzi i nie tyle co zapomniał, ile nie miał czasu, by pielęgnować stare przyjaźnie. Ja zająłem się powolnym staczaniem, nowymi doświadczeniami i nową przyjaźnią. Zack nie zastąpił mi Jacka, to oczywiste. W końcu obydwoje diametralnie różnili się pod każdym względem. Ale ostatecznie stał się dla mnie niemniej ważny, niż swego czasu dawny współlokator. Choć do tej pory istnieją sprawy, o których z moich ust usłyszał jedynie Jackie i nikt więcej. Nie muszę więc chyba tłumaczyć, dlaczego nasze zupełnie nieplanowane spotkanie, wywarło na mnie tak pozytywne wrażenie. Ktoś mógłby pomyśleć, że to dziwne, iż po tylu latach rozpoznaliśmy w sobie dawnych przyjaciół, ale muszę powiedzieć, że poza sylwetką, chłopak niewiele się zmienił. Był nawet niższy od Zacka, jego cera trochę przyciemniała, ale jeśli chodzi o twarz - jedynie delikatnie spoważniała, nabrała bardziej męskich rysów. Poza tym nadal sprawiał wrażenie przyjaźnie nastawionego do wszystkich i wszystkiego aniołka, wciąż patrzył na świat szczenięcymi, zbyt dużymi oczami, a jego włosy niezmiennie pozostały niesforne i roztrzepane, tworząc na głowie wcale nie artystyczny bałagan. Ale i to w jakiś sposób dodawało mu uroku. Najlepsze jest to, że się nie zmienił, a kiedy go zobaczyłem, miałem wrażenie, że te dziewięć lat wcale nie minęło. Aż przykro było mi się z nim rozstawać wtedy pod sklepem. Tym razem jednak nie oznaczało to, że więcej się nie zobaczymy. Ja chwilo zatrzymywałem się u Zacka, a z tego co wywnioskowałem, Jack mieszkał całkiem niedaleko, w związku z czym ugadanie się na symboliczne piwko nie stanowi problemu, czy to dzisiaj, czy za miesiąc.
Przez ten zbyt dobry humor odzwierciedlający się na rozpogodzonej twarzy, nie zirytował mnie nawet brak natychmiastowej odpowiedzi Zacka na zadane pytanie i tylko leniwie przeżuwałem kawałek zimnej pizzy, dostrzegając swego dawnego przyjaciela w końcu na kanapie, z jakimś łysym kocurem na kolanach. O, nie wiedziałem, że ma kota. O ile to coś można nazwać kotem. A może to jakiś wyrośnięty rodzaj szczura? Tak, w to byłbym skłonny uwierzyć. Wzruszyłem ramionami jakby w odpowiedzi na swoje własne wątpliwości i ostatecznie, wciąż czekając na odpowiedź Zacka, wróciłem do kuchni, skąd dobiegał przejmujący świst gwizdka. Przerwałem czym prędzej tą katorgę dla naszych uszu i zalałem, zapewne ładnie pachnącą miętę, powstrzymując się od spożytkowania wody pozostałej w czajniku. Skoro kupiłem wodę, nie będę niszczył szkliwa herbatą, czy kawą. Jedna dawka kofeiny na dzień w zupełności wystarczy.
Zack nie wiedzieć kiedy znalazł się obok mnie, zaś ja sam zmarszczyłem brwi, napotykając jego wymowne, zdziwione i być może również rozbawione spojrzenie. Przede wszystkim niedowierzające. Tak, też bym nie uwierzył, gdyby ktoś mi wczoraj powiedział, że kiedykolwiek będę przygotowywać żarcie drugiej osobie, nawet w najprostszej postaci. Posłałem więc Zackowi twarde spojrzenie, jasno dające do zrozumienia, że lepiej by tego dobrotliwego zachowania nie komentował i najlepiej po prostu przyjął ten akt dobroci bez zbędnych uwag.
Pokręciłem głową ze zrezygnowaniem słysząc dalsze słowa Zacka, zaś w międzyczasie podsunąłem mu pod nos herbatę, nakazując wypicie do dna i najlepiej dopóki jeszcze jest ciepłe. Jeśli chodzi o kwestię z buziakiem, to nie skomentowałem jej, ale tak szczerze powiedziawszy nie miałbym żadnych oporów przed pocałowaniem tej mordki, nawet jeśli przed niedługim czasem wypełniona była treścią żołądkową. Umył zęby, minęło trochę czasu, więc nie widzę problemu. W swoim życiu widziałem dużo bardziej obrzydliwe rzeczy i zjawiska niż pospolite wymiociny.
Reszta dnia nie przebiegła jakoś entuzjastycznie. Po śniadaniu, które Zack tym razem zjadł nie karmiąc po tym rur, zabrałem się za wywalanie wszystkich tych jego narkomańskich rzeczy. Nie omieszkałem się przeszukać kilku miejsc dodatkowo, słusznie przypuszczając, że może w nich kryć coś więcej. Gdy uznałem, że mieszkanie jest już całkowicie czyste, obydwoje zajęliśmy się swoimi zajęciami. Zack usiadł do tych niszczących wzrok komputerków, a ja odgrzałem resztę pizzy i skończyłem ją, oglądając jakieś bzdety w niemniej niezdrowym dla oczu TV. Potem zażerałem się zupkami chińskimi i hamburgerami z paczki, zabijając rozsądek, który mówił, że gdyby Luis to zobaczył, zostałbym zaszlachtowany. Właśnie myślałem o zrobieniu jakiejś obiadokolacji dla naszej dwójki, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk dzwonka.
Miałem zamiar otworzyć i już podnosiłem tyłek, gdy z sąsiedniego pokoju wypruł Zack. Uniosłem brwi, zastanawiając się co mu tak śpieszno do tych drzwi, ostatecznie jednak kapsnąłem z powrotem, tylko kątem oka zerkając w stronę przedpokoju. Cały mój dobry humor zniknął, gdy bystre oczy poczęły dostrzegać sylwetkę Mikiego, czy jak tam było temu kundlowi. Wstałem z miejsca zupełnie instynktownie, a moja napięta sylwetka, ostre spojrzenie i zaciśnięte w wąską linię usta jasno wskazywały na to, że nie rzuciłem się jeszcze na intruza tylko dzięki niezaniedbaniu dzisiejszej dawki leków.
- Co tu robi to ścierwo? - zwróciłem się do Zacka, patrząc jednak wciąż na dilera, który zdecydowanie nie jest mile widziany w tym domu, odkąd ja się w nim zatrzymałem. Jak słowo daję, jeszcze chwila i cofnę się do sypialni, gdzie zostawiłem broń.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Nie Paź 04, 2015 11:40 pm

Z perspektywy czasu, postrzegam naszą relację z Danielem dość sceptycznie. Ale trzeźwo. Cztery lata temu, gdy byliśmy jeszcze przyjaciółmi, wydawało mi się, że to właśnie jest przyjaźń na całe życie i nic nie jest nas w stanie rozdzielić. Nawet jeżeli w sumie nie poświęcałem refleksji za wiele czasu, w głębi wiedziałem, że tak właśnie jest. Może tez nie było to obustronne. Potem jednak nastąpił przełom, który zakończył naszą ‘niezniszczalną relację’. Obaj uciekliśmy zapominając  o naszej wspólnej przeszłości i przyjaźni. Przyjaźni, która opierała się głównie na bardziej niż okazjonalnym ćpaniu, piciu, paleniu zielska i imprezowaniu. Aczkolwiek potrafiłem w tym całym bagnie odnaleźć miejsce na prawdziwą gamę uczuć, bogatą w pozytywne aspekty i wpływająca na to, co między nami bywało.
Potrafilibyśmy to odbudować? Nie sądzę, żebym umiał w jakimkolwiek stopniu zaufać mężczyźnie, który nie dość, że był kryminalistą to właściwie nic poza tym o nim nie wiedziałem.  Jak byliśmy młodsi, tez za wiele o sobie nie opowiadał. Nigdy nie poznałem jego rodziców, którzy ponoć pracowali za granicą. Nie zamierzałem także o to pytać, jednak w tej chwili, którą poświęcam na refleksję, poczułem przemożną  potrzebę dowiedzieć się jak to się stało, że nie miałem nawet okazji  być świadkiem tego, jak do nich dzwonił. Ale cóż. Obaj mieliśmy prawo do swoich drobnych tajemnic.

W czasie pracy, potrafiłem swoją podzielność uwagi rozbić na kilka części. Właściwie sam czasami byłem pełen podziwu dla tego jak maksymalnie można wykorzystać możliwości ludzkiego mózgu. Z jednej strony wykonywałem zlecone zadanie, w międzyczasie utrzymywałem kontakt z kimś w rodzaju współpracowników, a kolejna część mózgu absorbowało coś co mogłem nazwać tym legalnym zarobkiem. W przerwach pomiędzy wykonywaniem kolejno różnych czynności naraz, rozmyślałem o Danielu, jego wyraźnie poprawionym humorze, trosce jaką mi okazywał i nie byłbym sobą, gdybym w tym całym burdelu nie znalazł znaczącego miejsca na zwalczanie potrzeby związanej z dewastacyjnym nałogiem. Czasami pochłaniało to faktycznie większa uwagę. Chyba można powiedzieć, że zaczęło mnie to denerwować więc nie wstając od komputera, a nawet nie odrywając wzroku od monitorów, zapaliłem papierosa. Pożałowałem, i to nie pierwszy raz, że Danny wyrzucił absolutnie wszystko, a ja mu na to pozwoliłem. Zastanawiam się czy faktycznie musiał się także pozbyć zielska. W mojej sytuacji, byłbym żałosny sądząc, ze przyniosło by mi to jakiekolwiek ukojenie nawet jeżeli na chwilę odwróciłoby to moja uwagę. Potrząsnąłem głowa w akcie sprzeciwu własnym zachciankom, który i tym razem przejęły niepotrzebnie kontrole nad tym ile uwagi poświęcam innym czynnościom. Począłem mocniej uderzać w klawiaturę. Na tyle gwałtownie, że momentami podskakiwała chociaż nie powinna, bo zadbałem nawet o to by stukanie w klawisze nie stwarzało żadnego hałasu.
Niechętnie zignorowałem kota, który wskoczył na obszerne biurko, pojawiając się tuz przy mojej ręce, którą ująłem w tamtej chwili myszkę.  Po niespełna godzinie pracy, przypomniało mi się iż nie powinienem  nadwerężać oczu i zalecono mi nosić okulary. Nawet je znalazłem gdzieś za komputerem.  Nie musiałem więc też zbytnio odrywać się od pracy.  Jedyne przerwy na jakie sobie pozwalałem, były to sekundy kiedy zapalałem papierosa. 
Mogłem nie być idealnym pracownikiem, mogłem zostawiać wszystko na ostatnią chwilę, ale w momencie mobilizacji, pełną uwagę i determinację skupiłem w sobie na tyle silnie iż potrafiłem nadgonić w dwa wieczory coś co niektórym zajmuje tydzień lub więcej. Inaczej sprawy się miały kiedy musiałem na bieżąco śledzić przebieg akcji. Wtedy nie było mowy o nadrabianiu.
Czasami bywały dni kiedy mogłem zabawić się w informatykowanie dla sportu. Dla własnej satysfakcji i spełnienia stawiały sobie poprzeczki coraz wyżej. Właściwie  gdybym się postarał, potrafiłbym znaleźć trochę informacji o Danielu. Postanowiłem zostawić to na następne dni bowiem nie miałem pojęcia ile uda mi się dowiedzieć, a ile z tego będzie oszukane na potrzeby jakichś mafijnych zatargów.  Snucie planów o tożsamości mężczyzny przerwał mi komunikat, który pojawił się w momencie kiedy zaciągnąłem się po raz pierwszy nowym papierosem.  Skutecznie odciągnęło to moje myśli od  tematu, który zdecydowanie zbyt bardzo mnie ostatnio interesował.

Błyskawicznie znalazłem się przy drzwiach i otworzyłem je. Doskonale wiedziałem kto stoi u wejścia. Obdarzyłem przybysza smutnym uśmiechem. Dwa dni. To już cholerne dwa dni, a on właśnie pojawił się z nowym towarem. Przysiągłbym, ze wyczuwam gdzie może się znajdować.  Przez ułamek sekundy byłem pełen zawahania jednak, gdy Mike odpowiedział na mój uśmiech swoim, o wiele pogodniejszym i przyjemniejszym dla oka, pozwoliło mi to odrzucić wszelkie wątpliwości i odsunąłem się na bok by przepuścić mężczyznę w drzwiach. Zamykałem właśnie za nim drzwi, gdy Daniel musiał się odezwać.
-Skończ. Obiecałem, że nie będę nic brał… –odparłem męczeńsko, jednak zabrzmiało to tak nieprzyjemnie i wrogo, że aż sam się wzdrygnąłem. Nim zdążyłem jakkolwiek zapanować nad swoimi odruchami, zdążyłem obrzucić Daniela morderczym spojrzeniem, które ostrzegało go by nie wchodził mi w drogę. Mike musnął moje ramię próbując sprowadzić mnie na ziemie, ale i on się teraz nie liczył. Nie wiem właściwie co teraz się liczyło. Z jednej strony przecież od początku nie planowałem go wpuszczać do domu i już na pewno nie miałem zamiaru nic kupować. A jednak. Pozwoliłem mu wejść chociaż doskonale znałem stosunek mojego długoterminowego gościa do wysokiego jegomościa, który niezbyt przypadł mu do gustu od momentu kiedy zobaczył go po raz pierwszy. W moim łóżku. Ale to nie moja wina, że Danny pojawił się u mnie właśnie tego dnia.
- I pamiętaj, że kur**a, nie jesteś u siebie –warknąłem. Mike wydawał się nie być zaskoczony obecnością Daniela, a już a pewno nie wzruszony.  W ogóle jakoś bojowo do tego podszedł. Znaczy, nie okazywał po sobie ani krzty tego co ja wiedziałem. Wcale nie słał Danielowi wyzywających spojrzeń, tak jak ja w tej chwili, ani nie zadzierał nosa. Stał niemal potulnie u mego boku i oczekiwał rozwoju sytuacji. Rzeczywiście dorównywał wzrostem Curtisowi. Poza tym był starszy. Może to powstrzyma ciemnowłosego przed zbytnią agresją w stosunku do mojego kolegi. Gdyby jednak doszło do jakichś aktów napastliwości, niechętnie przyznaję, że Daniel był o wiele lepiej zbudowany podczas, gdy choć  postawna sylwetka  Mike’a wzbudzała we mnie pewien respekt, tak przy Dannym wypadał dość żałośnie. A o sobie to już w ogóle nie wspomnę. Szkoda gadać.  Wystarczy, że wiem iż moim kolejnym celem będzie zbudowanie masy od początku.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Paź 05, 2015 1:57 pm


Delikatnie mówiąc, nie podobało mi się nastawienie Zack'a. Owszem, od początku nie byłem zbyt przyjemny dla jego gościa, ale mam do tego powody. Głównym, choć nie jedynym, jest to, że Miki jest cholernym dilerem i o ile fakt ten sam w sobie nie jest dla mnie czymś przejmującym, to dodatkowe bycie dostawcą Zacka zmienia postać rzeczy. Z kolei fakt, że sprzedaje mu prochy z równoczesnym udawaniem przyjaciela, całkowicie skreśla w moich oczach tego śmiecia. A jednak człowieka, który pośrednio niszczy jego życie wita uśmiechem, podczas kiedy chcącego mu pomóc, obrzuca morderczym spojrzeniem. Zack źle postrzega to, kto jest jego wrogiem, a kto przyjacielem, nawet jeśli na tą chwilę ja również nie zasługuję na to miano. W każdym razie, próbuję mu pomóc i nie mam chęci zabić Mikiego tylko dlatego, że ujrzałem go leżącego w łóżku Zacka, choć to również w dziwny sposób wpływa na moje rozdrażnienie. Nie chcę go widzieć w towarzystwie chłopaka, nie chcę, żeby cokolwiek przypominało mu o narkotykach, a już na pewno nie chcę, by dalej był wykorzystywany i naiwnie wierzył, że to czysta sympatia skłania tego kolesia do odwiedzin. Rękę dam sobie odrąbać, jeśli się mylę twierdząc, że kochany Mick ma przy sobie działkę przeznaczoną dla szatyna. W związku z powyższym, nie muszę chyba mówić, jak bardzo wkurzył mnie ton Zacka, oraz słowa, które do mnie skierował. Na dodatek był taki milusi dla tego idioty.
Byłem zirytowany już samym pojawieniem się tego pasożyta, zachowanie Zacka zaś dodatkowo przyprawiło mnie o silną falę wściekłości. Zwykła, czysta złość, nie furia w jaką wpadałem, gdy dostawałem ataku. Zack nie widział w jakim stanie się wtedy znajduję i ponieważ nie chcę, by to zobaczył, biorę te cholerne pigułki. Wziąłem uspokajającą, wziąłem jedną zapobiegającą, więc nie muszę się obawiać, że nagle mi odbije. Dlatego to co teraz czułem, było normalne, a na dodatek uzasadnione. W pierwszej chwili co prawda miałem ochotę zamknąć usteczka Zacka i przytępić jego cięty języczek, a Mikiego po prostu wypchnąć przez okno, jednak tak jak zawsze w takich momentach, w jednej chwili zupełnie się uspokoiłem. Jest to nawyk nabyty w pracy. Wdarł się czysty profesjonalizm, niepoprawne wręcz opanowanie. Moja postawa samoistnie stała się jeszcze bardziej wyniosła, a wzrok zamiast rzucać sztyletami, zrobił się wyjątkowo mroźny, nieczuły, być może nawet nieludzki. W pracy odrywałem się od uczuć, od myśli, po prostu robiłem swoje. Teraz co prawda nie wykonywałem zlecenia, jednakże ten akurat znajomy Zacka był dla mnie wart tyle samo co ludzie, których nakazano mi zabić. Nic dla mnie nie znaczy, a co więcej, jego śmierć przyniosłaby korzyść. Tym razem nie finansową, ale taką ogólną, przyczyniłbym się społeczeństwu, gdybym wpakował mu kulkę między oczy.
- Zaprosiłeś go? - tym razem, wyrażający zimną obojętność wzrok przeniósł się na gospodarza. Czarne tęczówki przeszywały go na wskroś, tak jakbym przed chwilą zadał pytanie, od którego zależy czy przeżyje, czy zaraz pożegna się z tą swoją marną egzystencją. Właściwie odpowiedź na moje pytanie szybko stała się jasna. Gdyby nie zapraszał, nie wiedziałby kto stoi za drzwiami, tym samym nie spieszyłby się tak, aby je otworzyć. W związku z tym, nie czekałem na odpowiedź.
- Pożegnaj się Zack, nie będziesz miał z nim więcej do czynienia - oznajmiłem szorstkim głosem, z wyraźnym dystansem patrząc na tą dwójkę. Moje słowa nie podlegały żadnej dyskusji. Nie jestem terapeutą i nie zamierzam go udawać. Nie będę do Zacka podchodził ostrożnie i delikatnie, pozwalając na popełnianie błędów oraz utrudnianie sobie odwyku. Mick jest zagrożeniem, czymś co przeszkadza mu w rzuceniu tego gówna, a moim zadaniem jest między innymi pozbywanie się takich rzeczy. Lepiej żeby zniknął stąd dopóki ładnie o to proszę. - Jeśli będziesz dyskutował, sam dopilnuję, by jego noga więcej tutaj nie postała - dodałem tonem nieadekwatnie spokojnym do sytuacji w jakiej stawiam Zacka. Mój wzrok niby od niechcenia powędrował wzdłuż długich nóg dilera, a wyobraźnia samoistnie podsunęła mi obraz tego jak wyglądałyby połamane w kilku miejscach. Mógłbym również naciąć mu ścięgna, tak, by już na zawsze pozostały bezwładne. Gnata schowałem, ale nóż wciąż mam przy sobie, ot tak z przyzwyczajenia. A jeśli kalectwo nie przeszkodziłoby mu w kontaktach z Zackiem, to cóż... Od nóg do karku droga daleka nie jest. Mój wzrok, zatrzymawszy się już na twarzy "gościa" odzwierciedlał wszystkie te okrutne myśli, jednocześnie komponując się z rozluźnioną, spokojną postawą. Lepiej dla Zacka, by zrozumiał swoją sytuację i odpuścił dyskusje. Nie jestem gołosłowny, jeśli zacznie protestować, po prostu pozbędę się tego śmiecia, tak jak to już dawno ktoś powinien zrobić. Wolałbym, aby mój drogi przyjaciel nie wiedział do czego tak naprawdę jestem zdolny i to bez żadnych napadów. Gdy nad sobą panuję, tak naprawdę mogę być dużo bardziej niebezpieczny niż przy atakach. Zack mógłby się jeszcze przestraszyć, gdyby to odkrył, a tego przecież nie chcemy.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pon Paź 05, 2015 4:00 pm

Danny doskonale potrafił zepsuć mi humor. Na przemian czułem wobec niego różne emocje. Sprzeczne, niezgrane. Zdawało się nawet iż zamiennie stosowałem różne taktyki w stosunku do niego. Nawet w tej chwili próbowałem się dostosować. Metodą prób i błędów doprowadzić go do czegoś, co wskazywałoby na to co czuje w tym momencie. A w tym akurat, był przepełniony chłodem. Słowem, metoda obserwacji mnie zawiodła i nie widziałem nic. A może o to chodziło? Może właśnie nic nie czuł? Nawet jeżeli przed chwilą był wkurzony, teraz zmienił się nie do poznania. Teraz był obcy i nie miałem ochoty go oglądać jednocześnie nie mogąc oderwać od niego wzroku.
-Oczywiście, że go zaprosiłem –powiedziałem spokojnym tonem, który nie współgrał z moim miażdżącym spojrzeniem. Wewnątrz mnie kotłowało się z nie uzewnętrznionych emocji. Negatywnych i burzliwych. Właściwie nawykłem do ukrywania się za maską obojętności, ale zdenerwowanie ta sytuacją przyszło mi zbyt łatwo. Kiedyś, moja postawę odzwierciedlało także to co czułem. Mianowicie, nie czułem absolutnie niczego i tak też wyglądałem. Ale moje ‘nic’ różniło się od ‘niczego’ Daniela. To należące do niego było otoczone przytłaczającą aurą dominacji i dojrzałości. Jego oczy kryły w sobie ten oczywisty cień gniewu, którego w tym momencie nie ukryłby nawet soczewki jeżeliby je nosił. I nie wiedziałem czy dziękować Bogu za to, że widzę wszystko, czy przeklinać wszelkie niebiosa za to, że doprowadza mnie to do tego by te oczy wzbudzały we mnie niezdrowe zafascynowanie. Byłbym gotów wywalić Mick’a z domu, jednak chęć zabawienia się się z Dannym i sprawdzenia czy jest w stanie patrzyć na mnie w jeszcze bardziej intrygujący sposób, nie pozwoliła mi ulec.
Zamrugałem kilkakrotnie z niejakim zdziwieniem, które było nadmiernie upstrzone błazenadą. Oczywiście, że spodziewałem się tego iż każe mi się go pozbyć. Po chwili uśmiechnąłem się z niejakim przekąsem. Tym razem powstrzymałem się od zbytniej przesady w okazywaniu swojej nonszalancji. Postanowiłem jedynie tak skwitować jego słowa i nie używać słów o ile nie było to konieczne. Nie panowałem nad sobą wtedy kiedy otwierały się moje usta. Chwilę później, niestety nie mogłem sobie odmówić opryskliwego komentarza.
-Cóż, niechaj ci będzie. –wymruczałem szyderczo. Mick w lot pojął mój zamiar kiedy zrobiłem krok wgłąb korytarza i sięgnąłem po buty. Szatyn podążył za mną, wciąż niewzruszony i tak samo profesjonalny. W tej chwili miałem wrażenie iż rzeczywiście znalazł się tu jedynie w celu dobicia targu i zdobycia pieniędzy. Przykucnąłem by zawiązać trampki podczas gdy on górował nade mną wyprostowany i spoglądał wprost na mnie. Pochwyciwszy moje niezmiernie zmierzłe spojrzenie, posłał mi ciepły uśmiech. Czyżby od początku planował, że wyjdziemy i nie zdejmował swojego obuwia? Co dzień zaskakuje mnie tylko bardziej.
Szybko wzułem buty i wróciłem do przedpokoju by ocenić sytuację. Nie mogłem się powstrzymać przed tym by nie przybliżyć się do Daniela na mniejszą odległość. Tak też zrobiłem. Patrząc mu prosto w oczy, posłałem mu krzywy uśmiech, który wydawał mi się właściwie nawet sympatyczny. Starałem się.
-Nie zachowuj się tak –powiedziałem przybierając poważniejszy wyraz twarzy –Wychodzę. Ty masz się uspokoić. –dodałem i obrzuciłem jego twarz badawczym spojrzeniem. Chwilowo to ja musiałem się uspokoić, ale i jemu nie zaszkodzi. Sięgnąłem dłonią do włosów i uwolniłem je z pętów gumki Daniela, którą związał mi te żałosne kosmyki kilka godzin temu, a ja do tej pory pozostawiłem je w tym samym stanie. Włożyłem mu ją do kieszeni spodni, które miał na sobie. Nie odrywałem przy tym od niego wzroku. Przeczesałem włosy by wróciły do swojej sprężystości i ponownie spróbowałem się uśmiechnąć.
Będzie zły, ale mu przejdzie. Jak wrócę, pozwolę mu się nawet przeszukać. Nie wezmę tego gów*a choćby nie wiem jak mnie korciło. Tu nie chodziło o to by za wszelką cenę zrobić wbrew ciemnowłosemu. Tak, w jakimś stopniu podobało mi się w jakie wzburzenie wprowadzał go sam fakt, że nie będzie mógł mnie pilnować cały czas, że Mick tu jest, że nie wszystko da się załatwić tu i teraz. Prawdą było też to, że nie potrafiłem mu ulec i nie chciałem utwierdzać Daniela w błędnym przekonaniu, że na wszystko co robię, jedynie on ma wpływ. Musi wiedzieć, że w tej chwili, jestem w pełni świadomy. Czasami byłem. W tej chwili wydawało mi się, że jestem i panuję nad tym co zaraz zrobię. Nie istniała tu smycz, z której miałem się zerwać. Jestem dorosły, sam chcę wybrać. Teraz wybrałem Micka.
Odwróciłem się na pięcie i po chwili opuściłem mieszkanie, tak szybko, by Danny nie zdążył zainterweniować. Klepnąłem się po kieszeni, sprawdzając czy paczka fajek jest na miejscu. O dziwo, była. Musiałem ją tu w jakiś sposób przemycić z pokoju. Nie pamiętam jedynie jak to się stało i kiedy zdążyłem to zrobić. Cóż.
Świat pełen jest niespodzianek. Na dworze ściemniło się już jakiś czas temu, a ja uznałem iż idealnie podsumuje tymi słowami dzisiejszy dzień. Właściwie to nienawidzę niespodzianek. Tym zaś mogłem znakomicie oddać swój stan ducha.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Wto Paź 06, 2015 8:50 pm


Na co ja liczyłem? Może na to, że Zack, który kiedyś był inteligentnym człowiekiem, zaś obecnie zmienił się w skończonego kretyna, będzie miał na uwadze własny rozsądek i konsekwencje podjętej decyzji? Tak, faktycznie gdzieś tam w środku tlił się cień nadziei w związku z takim scenariuszem. Niestety, przeliczyłem się, uważając, że chłopak będzie w stanie schować do kieszeni swój krnąbrny charakterek i zrozumieć co wiąże się z jego wyborem. Stałem w ten sam niewzruszony sposób, kiedy podążył do drzwi, a za nim upierdliwy diler, tak właściwie stojący z boku i obserwujący przebieg sytuacji. Wiedziałem, że robi to specjalnie i faktycznie, z tym pozornie luźnym nastawieniem denerwował podwójnie. Ale w stanie, w jakim się znalazłem, niewiele rzeczy byłoby w stanie rozchwiać mój spokój. Cztery lata w rodzinie Drake'a robiły swoje, tyle zleceń ile wykonałem nauczyły mnie naprawdę wiele, między innymi właśnie tego jak radzić sobie ze złością. Te zasady nie mają oczywiście zastosowania w przypadku napadów agresji, furii, czy jakkolwiek by to nazwać. Kiedy jednak te mi nie grożą, potrafię się opanować. Jednakże, gdy już to robię, zamiast po ludzku dać upust swojej złości, nie wróży to dobrze nikomu, kto do tegoż stanu mnie doprowadził.
Niewzruszenie śledziłem poczynania Mick'a i Zack'a, samemu wciąż stojąc w jednym miejscu. Biłem się z myślami, choć mój wzrok nie wyrażał nic poza zimną wrogością i choć oczy same w sobie przypominały nieprzejrzysty, czarny tunel, to jednak doskonale odzwierciedlały chęć mordu, jaka się we mnie tliła. Gdy Zack wrócił, kierując w moją stronę ten wyzywający, wymuszony uśmieszek, miałem wrażenie, że zaraz wybuchnę, a przecież dzięki tabletkom nie może być to początek ataku. Więc co? Przestaję panować nad złością? Mój profesjonalizm powoli zaczął uciekać. Jak się okazuje, łatwo jest się nim zasłaniać, gdy ma się do czynienia z ludźmi obcymi, z ludźmi całkowicie wrogimi, obojętnymi, lub będącymi po prostu w sferze biznesu. Zack w pełni nie był żadnym z nich. Na pewien sposób obcy, ale jednak bliższy niż ktokolwiek, wrogo nastawiony, ale niebędący wrogiem, nie jest mi również obojętny, gdyż wtedy w ogóle by mnie tu nie było, o biznesie zaś nie warto mówić w tym przypadku, gdyż pracę zostawiłem na bliżej nieokreślony czas i Zack nie ma z nią nic wspólnego. Nasze drogi może i się rozeszły, ale tak czy inaczej, okazuje się, że dawny przyjaciel wciąż jest dla mnie ważny, a ja nieświadomie poświęcam część swojego życia, by wyciągnąć go z problemu. Czy właśnie przez to nie potrafię w pełni zachować spokoju nawet po tylu latach ciężkich doświadczeń?
Gdy podszedł, wsunął w moją kieszeń podarowaną wcześniej gumkę i miał zamiar odejść, moja ręka drgnęła ku górze, by złapać szczupły nadgarstek. Zatrzymała się jednak w powietrzu, po chwili wracając bezwiednie na swoje miejsce. Miałem ochotę go zatrzymać i poczuć, że woli zostać tutaj, ze mną, niż iść z człowiekiem, który musi mieć go gdzieś. Niż iść z nim. Z kimkolwiek. Był to wyjątkowo dziwny przejaw egoizmu, ale czegoś nie rozumiałem. Może inaczej, chciałem wierzyć, że to przez uzależnienie, przez w pewien sposób spaczoną psychikę Zack wolał iść ze swoim dostawcą niż zostać ze mną, podczas gdy robię dla niego rzeczy, których nie robiłem do tej pory dla nikogo, tylko po to, by bezinteresownie oferować swoją pomoc. Dlaczego odszedł z nim? Chciał to zrobić, nie chciał zostać ze mną, czy może sprowokowałem go do tego, by zrobił mi na przekór? A może naprawdę jest tak bardzo zauroczony tym gościem, że po prostu chce spędzać z nim czas, nawet nie przez wzgląd na dostęp do narkotyków.
Drzwi za Zackiem się zamknęły, a ja, choć jeszcze przed chwilą ogarnięty byłem nieposkromioną wściekłością, z dziwnym rozluźnieniem opadłem na kanapę. Nie byłem już zły, a raczej przybity. Schowałem głowę w dłoniach, usilnie wpatrując się w podłogę i próbowałem pozbierać myśli chaotycznie porozrzucane po mojej głowie. Nie mogłem ich niestety zebrać do kupy, na skutek czego nie myślałem ostatecznie o niczym. Nie potrafię żyć w ten sposób. Moje życie to mafia, to Drake, to znajomi, zbrodnie, brak skrupułów, prosta egzystencja. Jak mam po tych czterech latach spędzonych w ten właśnie sposób, żyć w jakiejkolwiek relacji? Jak do cholery mam komuś pomóc, gdy sam potrzebuję pomocy, bo moja psychika już dawno rozbiła się na kawałki? Nie wiem jak się zachować, gdy oczekuję od kogoś określonych reakcji, on nie chce mi ich dać, a ja nie mogę go do nich zmusić, co zresztą właśnie pokazałem. Do całej tej sytuacji podszedłem jakbym miał przed sobą ofiarę jednego z klientów, a przecież dotyczyła ona Zacka i jego, bądź co bądź, znajomego. Powiedziałem, że skrzywdzę Mick'a i zamierzam to zrobić, skoro chłopak podjął taką decyzję. Pozbędę się go dla dobra chłopaka. Ale co potem? Jak zareaguje? Nie jestem przyzwyczajony do tego, że muszę się liczyć z opinią innych na temat moich poczynań. Jedyne z czym musiałem liczyć się do tej pory to Drake, lecz jego rola polegała jedynie na tym, by ocenić, czy nie spartaczyłem roboty, w razie, gdyby pojawiły się jakieś zastrzeżenia. W grę nie wchodziły emocje. Jest jeszcze Luis, ale z nim również było to co innego. Nasza relacja opierała się na seksie i biznesie, na niczym poza tym. Nie łączyła nas wspólna przeszłość, nie zależy mi na nim, jak najwidoczniej zależy mi na Zacku i nie oczekiwałem od niego niczego, czego on sam nie chciałby mi dać. Dawniej mnie i Pettersona łączyła silna przyjaźń, a teraz jestem na tyle nieludzki, że nie potrafię odnaleźć się w jego towarzystwie. Nie wiem jak do niego dotrzeć i właściwie czuję, że jest mi zupełnie obcy. Nawet wyglądem przypomina zaledwie cień dawnego siebie.
Ze stanu nieprzyjemnego otępienia wyrwał mnie miauczący, czarny kot kręcący się przy nóżkach stolika. Westchnąłem cierpiętniczo, podnosząc się w końcu do pionu i skierowałem się do kuchni. Przez przeprowadzoną rewizję, wiedziałem już co gdzie jest, więc bez problemu odnalazłem kocie żarcie, którym napełniłem jego miseczkę. Nie poświęcając już więcej uwagi szczurowi, wszedłem do sypialni, by wyciągnąć z torby swój niestrudzony pistolet. Przysiadłem na łóżku trzymając w dłoniach zgrabny, choć dosyć ciężki sprzęt i przyglądałem się mu przez chwilę w głębokim zastanowieniu. Chciałem pozbyć się Mick'a, ale nagle przyszło mi do głowy, że może nie jest to najlepsze wyjście. Nie jestem przecież w pracy. Przypomniały mi się również słowa Drake'a, po moim pierwszym wykonanym zleceniu, którego nie zniosłem najlepiej. "Mój drogi Danielu" - mówił, "Nie przez ciebie umarł ten człowiek. Ty jesteś tylko narzędziem. Czy to wina narzędzia, że jest wykorzystywane do zabijania? Dopóki z własnej woli nie zabijesz człowieka, możesz mieć czyste sumienie", poklepał mnie wtedy dobrotliwie po ramieniu i wyzbył się mego poczucia winy. Do tej pory nie zabiłem nikogo, bo miałem taki kaprys. A teraz nikt przecież nie zlecał mi zabójstwa Mick'a. Jednocześnie jestem prawie pewien, że byłbym w stanie to zrobić i wciąż wmawiać sobie, że ktoś inny kierował mymi rękoma.
Posępnie odłożyłem spluwę z powrotem do torby. Czułem się zmęczony, nawet jeśli nie zrobiłem dzisiaj zbyt wiele. Wziąłem jednak tą nieszczęsną tabletkę uspokajającą i do tej pory jej nie odespałem, w związku z czym przydałaby mi się krótka drzemka. Nie myśląc o niczym, ułożyłem głowę na poduszkę, zastanawiając się kiedy też Zack zamierza wrócić. Nie martwiłem się o to, czy będzie ćpać czy nie, gdyż zauważę, jeśli do tego dojdzie. Swoją drogą to całkiem niezły test dla niego. Zobaczymy jak bardzo zależy mu na wyjściu z nałogu i jakim też "przyjacielem" jest dla niego ten stary pedofil.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Sro Paź 07, 2015 3:32 pm

Po niewielkim upływie czasu, siedziałem w samochodzie Micka. Czekałem cierpliwie aż ruszymy, ale ten wciąż wpatrywał się we mnie oczekując odpowiedzi. Ja uparcie patrzyłem przez okno z niezmiennie poirytowanym wyrazem twarzy. Kiedy powtórzył powoli swoje pytanie, gwałtownie otworzyłem drzwi i wysiadłem z samochodu, zatrzaskując go za sobą. Mężczyzna poszedł w moje ślady i również wysiadł z auta. Odwróciłem się do niego i wzruszyłem lekceważąco ramionami.
-A może ja do ku**y nędzy nie mam ochoty niczego rzucać, co? –podniosłem głos i posłałem mu obrzydliwie błagalne spojrzenie –Z jakiej racji się na mnie uwzięliście? –wycedziłem przez zaciśnięte zęby. Czułem jak puszczają mi nerwy. Dosłownie byłem gotów rozpłakać się na środku chodnika pod oknami własnego mieszkania. Nie mam pojęcia co się dzieje. Nagle zacząłem czuć, że coś jest rzeczywiście nie tak jak powinno. Że częściowo straciłem kontrolę nad własnym ciałem.  Ba! Straciłem ja całkowicie i wyglądało na to, że nawet zaczęło mi się kręcić w głowie od nadmiaru emocji. Moje ręce same zacisnęły się na włosach, a gardło stłumiło okrzyk złości i żalu. Mick nawet spróbował do mnie podejść, ale odskoczyłem od niego jak oparzony.
-Nie dotykaj mnie –pisnąłem cicho- I przestańcie zgrywać bohaterów. –zajęczałem i wziąłem parę oddechów. Chciałem przepędzić to zaćmienie umysłu. To uczucie takie, jakbym postrzegał wszystko zza jakiejś  spowalniającej zasłony dymu. Przestąpiłem z nogi na nogę i puściłem swoje włosy. Spojrzałem w górę na szatyna, który zdołał się niepostrzeżenie zjawić kilka centymetrów ode mnie. Pogłaskał mnie uspokajająco po policzku.  Przyjąłem ten gest z dystansem.  Zabrał rękę, a ja spuściłem wzrok na swoje stopy. Zupełnie inaczej niż zazwyczaj kiedy obrzucam wszystkich wokół wyzywającymi spojrzeniami.
-Może jednak wrócisz do domu? –zaproponował, ale pokręciłem gorączkowo głową. Wiedziałem, że nie chciał się mnie pozbyć, ale chyba zauważył, że kiedy wychodzę na zewnątrz, zaczynam się czuć o wiele mniej pewnie niż we własnym domu. Ale teraz tam był Danny. Na niego nie chciałem patrzeć.
Mick objął mnie przyjacielsko ramieniem i zaprowadził do samochodu. Powoli ruszył, a ja nawet nie zauważyłem kiedy opuściliśmy osiedle przemierzając kolejne przecznice.
Wbiłem wzrok w krajobraz za oknem. Mnóstwo bloków, lamp, ludzi, pierwszych ozdób świątecznych. Słowem, świateł. Zlewały się one przed moimi oczami w jedną wielką plamę lub kolorowe zygzaki. Wpatrywałem się nieobecnymi oczyma  w odcinające się kształty wysokich drapaczy chmur. Gdzie my właściwie jesteśmy?
- Gdzie ty mnie wywozisz? –spytałem znudzonym tonem. Odpowiedziała mi cisza. Po chwili wzmożyłem  swoja czujność albowiem pojąłem, że nie poznaję tej okolicy. Powtórzyłem pytanie dużo bardziej stanowczo i groźnie. Mick rzucił mi jedynie  pojedyncze spojrzenie kątem oka i skręcił w następna ulicę.
-Chcesz ten towar, czy nie? –spytał spokojnym tonem, a  ja zupełnie nie rozumiałem  tego o co pyta i jaki ma to związek z tym gdzie się znajdujemy. Obdarowałem go niepojmującym wzrokiem, a ten pochwycił ów zgodnie z moim zamiarem.
- Sam sobie załatw –warknął- Ja nie mam już zamiaru do tego przykładać ręki.
Słowa ugrzęzły mi w gardle i momentalnie zlustrowałem okolice wciąż nie mając pojęcia do czego to zmierza. Nie wyglądała zbyt przyjemnie. Właściwie wyglądała na miejsce gdzie kręciły się same najgorsze szuje, a ja szczerze mówiąc, byłem przerażony. Jedynym wyrazem mojego strachu było nerwowe przeczesanie włosów  palcami.
-Przestań sobie żartować – mruknąłem niepewnie i nie odważyłem się obejrzeć na szatyna. Nie zobaczyłbym w jego oczach ani cienia czegoś co wskazywałoby na to, że żartuje.
-Zawieź mnie do domu –poleciłem kiedy zatrzymał się pod jakimś niezbyt przyjemnym i ładnym klubem. Wokół niego stało trochę podejrzanych typów i gości, którzy wyszli z dyskoteki by zapalić i się przewietrzyć. Paru z nich spostrzegło nasz samochód, a w naszym kierunku ruszyły dwie sylwetki kobiet. Zmarszczyłem brwi.
-Jesteś chorym skur**nem. –wycedziłem po chwili patrząc mężczyźnie prosto w oczy, a ten jedynie wzruszył ramionami.
-A ty się boisz wychodzić z mieszkania i przeraża cię perspektywa odwiedzenia jakiegoś klubu dla małolatów –zadrwił ze mnie. Taksowałem go gniewnym spojrzeniem. Nienawidzę go. Chce do domu.
- Masz z tym jakiś problem? -spytałem ważąc każde słowo z największa dokładnością.
Ten jedynie posłał mi rozweselony, fałszywy uśmiech.
-Za dobrze ci było, Zack –powiedział i uniósł rękę by nacisnąć przycisk, który opuściłby szyby samochodu po stronie pasażera. Zawisłem nad nim łapiąc go za rękaw.
-Zrozumiałem przesłanie. Teraz odwieź mnie do domu –wymruczałem mu niemal na usta, a ten jakby zbity z tropu, pozwolił sobie lustrować moje wargi nachalnymi spojrzeniem.
-Mam ci dać dupy za następną dostawę? –spytałem, a na moją twarz wpełzł złośliwy uśmiech.  Brwi Micka zbiegły się momentalnie,  a jego ręce odepchnęły mnie od siebie  w rezultacie czego, opadłem ciężko na fotel.
-Jak ty niczego nie rozumiesz! –warknął, a jego spokój i opanowanie w jednej chwili wyparowały. Z piskiem opon ruszył spod przybytku który mieścił w sobie zbiorowisko ekskrementów ludzkiej populacji.
Odetchnąłem z ulgą i nawet nie odważyłem się spojrzeć przez okno. Poświeciłem w tej chwili całą swoją uwagę kolanom. Mick jechał gwałtownie i szybko. Dzięki temu, dojechaliśmy pod mój dom w przeciągu następnych dwudziestu minut. Zatrzymaliśmy się, a ja niespiesznie odpiąłem pas bezpieczeństwa. Nim zdążyłem bez słowa opuścić samochód, mężczyzna chwycił mój nadgarstek, zbyt mocno zaciskając na nim palce.
Nie zdążyłem zarejestrować kiedy jego twarz znalazła się przed moją, a jego usta nacisnęły na te należące do mnie i poczęły się nachalnie ruszać. Nieudolnie oddałem niespodziewany pocałunek, bo skoro Daniel mógł to czemu miałbym tego zabronić Mickowi?
Przyciągnął mnie do siebie z pomocą drugiej reki i mojej dezorientacji. W jakiś sposób znalazłem się na jego kolanach, a jego dłonie poczęły śmielej zabawiać się pod moją koszulką. Język mężczyzny nachalnie wdzierał się do moich ust. Nie było w tym pocałunku żadnej delikatności. Jedynie nieporadność, drapieżność i pożądanie oraz moje nikłe zaangażowanie. Nie miałem czasu się nawet zastanowić nad tym, dlaczego zdecydował się zrobić taki krok. Czy naprawdę od dzisiaj walutą przetargową będzie seks? Cóż, chyba wyobraża sobie zbyt wiele.
O ile pocałunki potrafiłbym przyjmować bez mrugnięcia okiem, tak to do czego zmierzał wciąż mężczyzna, zaczęło mnie napawać jakby strachem i czymś w rodzaju rozdrażnienia.
Chwilę później zostałem przygnieciony ciężarem Micka, a jego dłonie sięgnęły do mojego rozporka. Pociemniało mi przed oczami kiedy mojej uwadze umknęła kolejna zuchwałość mężczyzny. Momentalnie spróbowałem go od siebie odepchnąć , a kiedy protesty nie pomogły, przeszedłem do rękoczynów. Mój łokieć spotkał się z twardą powierzchnią twarzy szatyna, a ten złapał się za znokautowane oko. Otworzyłem drzwi samochodu i wytoczyłem się z niego niezgrabnie. Biegiem podążyłem do drzwi i zniknąłem w klatce  kilkupiętrowego bloku. Z roztrzęsieniem i drżącymi rekami zapiąłem rozporek i przyklepałem włosy nim znalazłem się przed drzwiami mieszkania. Uspokoiłem oddech.  Otworzyłem zamek kluczem i cicho wtoczyłem się do mieszkania. Zamknąwszy za sobą drzwi, oparłem się o nie bezsilnie. Wziąłem głęboki oddech.  Nie chce go oglądać nigdy więcej w życiu. Osunąłem się plecami po ciemno-drewnianej przyporze.  Parsknąłem żałosnym śmiechem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 08, 2015 12:57 am


Moje oczy pozostawały uparcie zamknięte, jednak wyobraźnia w swej złośliwości podsuwała coraz to więcej obrazów, których już nie mogłem odgonić poprzez samo zaciśnięcie powiek. Z początku myślałem o Zacku. Zastanawiałem się nieustannie co nim kierowało tak naprawdę - czy były to narkotyki i zniszczony przez nie umysł, czy po prostu on sam, niepoddany wpływom niczego więcej. Gdy nie znalazłem odpowiedzi na to nurtujące pytanie, przeszedłem do rozmyślania o tym co obecnie robi chłopak. Wyszedł z Mickiem bez chwili zastanowienia, nawet jeśli zagroziłem śmiercią tego drugiego. I znów nie wiedziałem, czy Zack postąpił tak, bo aż do tego stopnia nie chciał przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu, aż tak bardzo potrzebował się naćpać, aż tak bardzo chciał zrobić mi na złość, czy może życie dilera tak naprawdę nie znaczy dla niego nic więcej niż dostęp do towaru. Ostatecznie najprawdopodobniejszy wydał mi się zwyczajny brak rozsądku dawnego przyjaciela, działanie pod wpływem impulsu, być może złości. Przede wszystkim nie mógłby przeżyć, gdyby stanęło na moim, nawet jeśli dobrze wie, że nie jestem tutaj po to, by mu zaszkodzić. Ale czy ta wygórowana duma jest aż tak ważna, że bez skrupułów poświęcił życie rzekomego kumpla? A może po prostu nie wierzył, że mógłbym spełnić swoje groźby. Wszystkie te kwestie pozostawały pod wielkim znakiem zapytania i najprawdopodobniej nie miało się to już zmienić. Gdy tak sobie rozmyślałem i układałem scenariusze na temat tego co może właśnie robić Zack z tym s***wie**m, po raz kolejny ogarnęła mnie silna złość. Zamaszyście przewróciłem się na drugą stronę, zaciskając powieki jeszcze mocniej i niemalże warcząc pod nosem. Zack, Zack, Zack #$%^&*, moja głowa była pełna Zacka. To ja jestem jego przyjacielem, to ze mną spędził najlepsze chwile i to ja znam go najlepiej! Jakim prawem wyszedł z nim? Jak to się stało, że znaleźliśmy się tak daleko od siebie? Pod względem mentalnym i uczuciowym przede wszystkim. Jak to możliwe, że obydwaj tak cholernie mocno się zmieniliśmy, a nasze beztroskie lata gimnazjalne wydają się jedynie senną marą?
Poddałem się w końcu i otworzyłem zmęczone oczy. Byłem wykończony wczesną pobudką, pigułkami, problemami, złością, bezradnością. Życiem. Podniosłem się do siadu, przez chwilę wlepiając spojrzenie czarnych tęczówek w przeciwległą ścianę. Bezcelowo doszukiwałem się w niej jakiegoś surrealistycznego zbawienia, tak jakby ten skrawek tynku mógł być odpowiedzią na wszystkie niewygodne pytania i rozwiązaniem każdego życiowego problemu. Nim podjąłem decyzję o wygramoleniu się z łóżka, zdążyłem jeszcze obmyślić istotę całego życia, świata i egzystencji każdej istoty z osobna. Doprawdy, postawa godna greckiego filozofa, z tymże moje przemyślenia ostatecznie nie wnoszą nic. Ani do mojego życia, ani tym bardziej do życia ludzi z któregokolwiek skrawka świata.
Pokręciłem gwałtownie głową i klepnąłem się po policzkach wierząc, że to pomoże mi się w końcu otrząsnąć z tego depresyjnego stanu. Moje życie nie było tak skomplikowane dopóki nie spotkałem Zacka. Byłem ustawiony, nie miałem wątpliwości co do właściwości swoich poczynań, nie myślałem za wiele i prowadziłem po prostu proste życie prostego człowieka, wolne od myśli, filozofowania i zmartwień. Tamten stan rzeczy mi się podobał. A teraz? Teraz myślę o wszystkim naraz, a jakby tego było mało doszedł jeszcze Zack i jego problemy. Nazywam go idiotą, ale kim w takim razie jestem ja, przyjmując na siebie zmartwienia innych, podczas gdy dość mam swoich własnych? Drake wyśmiałby mnie po stokroć, widząc w co wkopałem się bez żadnego tak naprawdę namysłu. Niemalże namacalnie słyszałem jego głos - "Oj głupi, głupiutki Danny" i ten charakterystyczny rozbawiony śmiech przepełniony jednocześnie szyderstwem i pożałowaniem.
- Zamknij się - mruknąłem pretensjonalnie w przestrzeń i westchnąłem napotykając jedynie zdziwione spojrzenie czarnego kota leżącego nieopodal miejsca, w którym przed chwilą znajdowały się moje nogi. Proszę, nakarm raz, a z miejsca zyskujesz sprzymierzeńca. Prychnąłem z niemrawym rozbawieniem i podniosłem się w końcu. Być może wierząc, że ta zasada mogłaby przenieść się z kota na Zacka, skierowałem swe kroki do kuchni i zacząłem wyciągać zakupione dzisiaj składniki mające w niedalekiej przyszłości stworzyć złożone danie. Nie miałem co robić, spać nie mogłem, a jeść mógłbym bez przerwy, więc niech będzie, że  zabiorę się za ten nieszczęsny obiad, czy raczej obiadokolację. Nie wiem co prawda kiedy i czy w ogóle dzisiaj wróci gospodarz, ale mikrofalę ma, więc o ile nie zjem wszystkiego sam, będzie mógł sobie odgrzać.
Ambicje miałem wysokie, gorzej jednak z wykonaniem. Porwałem się z motyką na słońce, sądząc, że ktoś tak niedoświadczony jak ja mógłby ładnie upiec łososia i nie spartaczyć roboty. Jedna biedna rybka bardzo szybko wylądowała w śmietniku. Po tej przykrej, nieudanej próbie zacząłem dzwonić do Luisa z byle pytaniem, a to ile soli, ile pieprzu, ile stopni, ile czasu, a jak gotować ryż, a najpierw woda, czy od razu z ryżem, a długo musi się odsączać, a czy warzywa na patelnię potrzebują oleju, a jak dużo. Po piętnastym telefonie nawet Luis zaczął się irytować, na szczęście moja praca miała się ku końcowi i nawet nie wyglądała tragicznie. Z dumą  zacząłem nakładać ładnie wyglądające danie na swój talerz, mając nadzieję, że w smaku jest równie dobre. Zapatrzyłem w dzbanku zielonej herbaty, nalewając sobie i już zaniosłem wszystko to na stół, kiedy do moich uszu dobiegł odgłos zamykanych drzwi. Uniosłem głowę znad talerza i zmarszczyłem brwi spostrzegając jak dużo dymu tłoczy się w pokoju. To jeszcze po tym okrutnie ukatrupionym łososiu. Nie mogłem poczuć smrodu spalenizny więc i nie pomyślałem, by otworzyć okno. Tym razem również machnąłem ręką na dowód swego niepowodzenia i skierowałem kroki ku przedpokojowi, gdzie pod drzwiami dostrzegłem Zacka. Moje brwi natychmiast złowieszczo się ściągnęły, gdy ujrzałem w jakim jest stanie. Był przestraszony, zdruzgotany, jakiś... nieuporządkowany. Co ten szmaciarz mu zrobił?
- Wszystko w porządku? - zapytałem, podchodząc jeszcze bliżej i chwytając chłopaka pod pachami, stawiając zaraz do pionu. Nie chciałem patrzeć jak rozpaczliwie osuwa się po tych nieszczęsnych drzwiach. Badawczym wzrokiem zmierzyłem chłopaka od stóp do głów. Moje palce zacisnęły się mocniej a na twarz wstąpił grymas, gdy zrozumiałem, że lekko nabrzmiałe usta, nieudolnie poprawione włosy i pogięte ubranie nie są wynikiem szarpaniny. Zapewne puściłbym go i miał gdzieś ten nieoczekiwany powrót, gdyby nie fakt, że stan w jakim się znajdował wskazywał na to, iż coś się stało. To z kolei skłaniało mnie ku przekonaniu, że wygięte ubranie nie jest takim z woli jego właściciela. Moja twarz poczęła wyrażać jeszcze większą złość. Nie na Zacka. Na starego pedofila. Wziąłem głęboki wdech. Moje długie palce lekko przejechały po czuprynie chłopaka, jednak po tym jednym czułym geście całkowicie go puściłem.
- Zjedz obiad - poleciłem, wymownie kiwając głową w stronę kuchni, gdzie też zaraz podążyłem. Nie potrzebowałem odpowiedzi na ostatnie pytanie, gdyż wszystko stało się dla mnie jasne w jednej chwili. Zabiję śmiecia.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 08, 2015 3:47 pm

Nie tego spodziewałem się po jedynym…przyjacielu? Czy tak właśnie zwykło nazywać się ludzi, którzy za wszelką cenę chcą ci się doprać do gaci? W moim przypadku, oczywiście. Innych kumpli nie miałem. Aż strach poznawać innych ludzi. W tym punkcie, póki co się zgadzamy. A może to ja nie jestem dostosowany? W jakiś sposób to zawsze tylko mnie się przytrafiało. Moje towarzystwo było zdrowe, normalne do czasu. Potem, wpływała na nich jakaś nieokreślona siła, która kazała im sądzić iż bezkarnie mogą sobie por*chać w dupe akurat mnie.
Moment, w którym lekarz stwierdza u ciebie kilka różnych schorzeń na tle psychicznym, nie jest przełomem. Jest nazwaniem tego, co już wcześniej wiedziałeś. Nie jesteś nijak zaskoczony tym, że ktoś zorientował się po psychoanalizie i grzebaniu ci w mózgu, że coś z tobą nie tak. Chwila, gdy dowiadujesz się, że jesteś niebezpieczny dla siebie i otoczenia jest prawdziwym krokiem naprzód. Kurs, zniszczona świadomość tego co się wokół ciebie dzieje i zaburzenia motoryczne. Tylko tak można nazwać pranie mózgu, które serwują ci na śniadanie, obiad i kolację. Przepuszczalnie, w przypadku kilku usterek, dawka się zwiększa. Ty, starasz się ograniczyć branie do minimum, bo po jakimś czasie, cóż nazwijmy to po imieniu, wyglądasz jak gruba świnia. Niektóre leki zmuszają cię do tego byś zasłonił lustra bowiem czujesz jak cholerny prosiak z krostami. Ale przecież kolejna porcja uświadamia cię o tym, że właściwie nic cię to nie obchodzi. Bo przecież to jest lekarstwo. A  studentów psychologii i postronnej trzeba było tępić chociaż wzrokiem. Nie możemy dopuścić do tego, żeby czuli się zbyt pewnie. Freud czuł się zbyt pewnie. Nic dziwnego, że w późniejszym rezultacie swej chełpliwości snuł teorie istnie filozoficzne. Kiedy nie masz już wytłumaczenia na to jak choroba psychiczna zaistniała w twoim mózgu, najprawdopodobniej, Freud z pewnością się ze mną zgodzi, możesz wyglądać podstaw owego defektu w niespełnieniu na tle seksualnym. Zwłaszcza w momencie, gdy napalisz się na własną matkę. Spłonę w piekle za snucie takich teorii.
Co tak naprawdę wiedziałem o swoich defektach? Nic konkretnego poza tym, że według społeczeństwa byłem klasyfikowany jako substrat przeznaczony do kasacji. Ale nie powiedzą mi tego wprost. Każą mi się leczyć, czytaj –zamknąć w ośrodku zamkniętym, żebym, nie daj Boże, rzucił się na kogoś idąc do sklepu po bułki. A jeżeli cię wypuścimy, bądź tak dobry i bierz te leki. Może pomyślisz dwa razy zanim zrezygnujesz z próby samobójczej. Śmieciu.
A tak naprawdę, nie jestem wcale pesymistą. Po prostu nie dorosłem do toku myślenia szarej, szczęśliwej w swej niewiedzy, masy. Może kiedyś, Zack. Może kiedyś będzie na tyle dojrzały by przyjąć tą filozofię.
Ja miałem atest na to, że kiedyś się uda, o ile nie wrócimy już nigdy do tego co było. Miałem jeszcze szansę być przykładnym obywatelem, z trochę nieciekawą przeszłością, ale właściwie co to kogo obchodzi póki płacisz podatki.
Spojrzałem niechętnie na Daniela. Jedynie kątem oka. Jego wzrok wskazywał na to, że jego zdolność deduk…Na litość boską! Wyglądam jakbym już został zgwałcony, a nie jakby udało mi się uciec oprawcy. Chociaż…Ciekawe dlaczego?
Wchodząc do mieszkania miałem szczerą nadzieję, że Daniel poszedł spać chociażby z nudów. A tu proszę. Wzniecił jakiś pożar. Cuchnie do tego stopnia, że aż dwa piętra niżej byłem w stanie wyczuć odór spalenizny. Chyba powinienem odwieść go od pomysłu gotowania. Wydaje mi się, że mogłoby to się dla nas skończyć zaczadzeniem.
Nieśmiało przytrzymałem się materiału ubrania Daniela. Uświadomiło mi to, że faktycznie chyba niezbyt jestem w stanie ustać o własnych siłach i w jakiś sposób niewielką mi to robiło różnice w tej chwili. O proszę, nie mam pojęcia czy to postęp lub wprost przeciwnie?
Skinąłem powoli głową, gdy dostałem polecenie od Daniela. Jak najbardziej, nie miałem zamiaru się sprzeciwiać, bo i rzeczywiście od kilkunastu godzin nic nie jadłem i właściwie byłem głodny. Chciałem jednak uprzednio…doprowadzić się do porządku. Pragnąłem wziąć prysznic, przebrać się, umyć twarz. Teraz w tej chwili inaczej nie będę mógł przestać o tym myśleć. Muszę zebrać siły.
-Wezmę tylko prysznic –odparłem ochryple jednak po chwili zrezygnowałem z odchrząknięcia i machnąłem na to konceptualną ręką i ruszyłem do pokoju. Wyjąłem z szafki czyste ubrania i błyskawicznie zniknąłem w pomieszczeniu łazienki. Czym prędzej się rozebrałem, wszystkie ubrania, które miałem na sobie wrzuciłem do kosza z praniem i niemal przewracając się, wskoczyłem niezgrabnie pod prysznic.
Woda cieknąca ze słuchawki była praktycznie wrzątkiem. Nie przeszkadzało mi to. Umyłem się cały po dwa razy. Po krótkim namyśle, postanowiłem również włosy poddać działaniu szamponu. W rezultacie, wyszedłem z tej sauny dopiero po dwudziestu pięciu minutach.
W normalnych warunkach, nie zawracałbym sobie głowy zakładaniem koszulki. Jednakże, sytuacja się zmieniła. Nie mogę zapominać o tym, że przez następny okres czasu nie będę mógł sobie pozwolić na bieganie półnago po własnym mieszkaniu. Kiedyś nie miałbym nic przeciwko temu, żeby postronne osoby miały możliwość oglądania mnie w takiej postaci. Teraz moja sylwetka mi się nie podobała. Coś takiego jak to, nie mogło się podobać absolutnie nikomu.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 08, 2015 4:30 pm


Jak miło było ujrzeć Zacka, który nie sprzeciwia się, nie pyskuje i nie zadziera nosa. Tak jak bywało dawniej, ja mówiłem a on słuchał i zamiast dla zasady stawiać się moim zarządzeniom, potulnie zgodził się na zjedzenie obiadu, przy którym przecież tak bardzo się napracowałem. Nie podobało mi się tylko to, że do stanu takiej uległości doprowadził go ten dupek i stan ten spowodowany jest wydarzeniami, których mogę się jedynie domyślać. Na pewno coś między nimi zaszło i na pewno nie jest to rzecz, której chciał Zack. Nie wiem tylko jak daleko to zabrnęło i lepiej dla tego śmiecia, bym się nie dowiedział. Posiadam szeroką wiedzę na temat tego jak prostą śmierć przeistoczyć w wybitne męczarnie. Nie pozwolę by ktokolwiek krzywdził Zacka. Tylko ja mogę to robić.
- Pośpiesz się - rzekłem jedynie na wzmiankę o prysznicu i odprowadzając plecy chłopaka wzrokiem, sięgnąłem po iPhone'a spoczywającego od kilku minut swobodnie w kieszeni spodni. Stojąc wciąż w zaciemnionym przedpokoju i upewniając się, że brązowe włosy znikają za drzwiami, po raz szesnasty wykręciłem numer do Luisa. Odebrał niezawodnie po jednym sygnale, jak to miał w zwyczaju. Nie rozstawał się z telefonem i nigdy nie ignorował połączeń. Miał dziwną manię na tym punkcie.
- DANIEL, masz ponad dwadzieścia lat i żyjesz w dwudziestym pierwszym wieku! Jak chcesz wiedzieć w jakiej kolejności i jakich proporcjach nakładać to cholerne żarcie na talerz to wejdź w Internet! Zdziecinniały zjeb. - W ten oto przyjemny sposób zostałem powitany oraz podsumowany przez swego do niedawna nieletniego współpracownika, który powinien dostać porządnie w twarz. Kilka godzin nieobecności i już zapomniał jakie kary mogą go czekać za taki ton. No dobra, na dobrą sprawę nigdy nie przejmował się tymi karami. Krzykliwy, irytujący Luis, niedoszły ćpun.
- Zamknij pysk szczeniaku - warknąłem opryskliwie tonem, który skłonił chłopaka do wykonania polecenia i cierpliwego czekania na dalszą część wypowiedzi. - Mick, około trzydziestki, diler, Los Angeles, Van Nuys. Powiedz mi gdzie przebywa, gdzie mieszka, czy i gdzie pracuje oraz czy ma jakichś bliskich. - Mój ton był rzeczowy i stanowczy. Jeszcze przed powrotem Zacka miałem wątpliwości co do tego jak postąpić z mym małym utrapieniem, lecz widząc w jakim stanie chłopak wraca do domu po spędzeniu godziny w jego towarzystwie, nie mam zamiaru zastanawiać się dłużej nad dalszymi ewentualnymi krokami.
- Drake wie?
- Nie musi, to moje porachunki, nie zlecenie.
- Dlatego pytam czy wie.
- Nie musi.
- Co chcesz zrobić?
- Nie twój interes Luis.
- Racja. Zadzwonię jak wszystko ogarnę.
Pożegnało mnie krótkie westchnięcie i rozłączywszy się z partnerem, umieściłem telefon na poprzednim miejscu, po czym opuściłem przedpokój, by znaleźć się w salonie. Usiadłem na kanapie, patrząc się z dozą niepewności na upieczonego łososia, którego drugi kawałek czekał w piekarniku na Zacka. Czy to aby na pewno jest jadalne? Wygląda dobrze, ale bądź co bądź to mój drugi łosoś w życiu, z czego pierwszy swój marny żywot skończył zwęglony w śmietniku, gdzie jeszcze dogorywa. Niech spoczywa w spokoju, przynajmniej nie skończy w naszych żołądkach, a w następstwie tego w jelicie grubym. To chyba dobrze dla niego, nie? O, Daniel! Wyższy poziom filozofowania. Weź ty się lepiej dobrze wyśpij dzisiaj.
Po raz kolejny dzisiejszego dnia pokręciłem głową, łapiąc się na tym, że gadam sam ze sobą. Dobrze, że przynajmniej nie na głos lub przed odbiciem lustrzanym. To byłby wyraźny znak, że czas udać się do psychiatry i dać zamknąć w pokoju bez klamek. Żeby tego uniknąć, zamiast rozmyślać o spalonej rybie, zabrałem się za tą, którą miałem na talerzu. Jak się okazało, nie tylko się nie otrułem, ale nawet musiałem sam siebie pochwalić za smak tegoż dania. Uśmiechnąłem się pod nosem, po krótkiej chwili orientując się w smaku ryżu oraz warzyw, które również przedstawiały się całkiem nieźle. Czyżbym właśnie odkrył w sobie wrodzony talent kulinarny?
Ledwie skubnąłem swojej porcji, kiedy z łazienki wyłonił się gospodarz, przywdziany jedynie w przydługą koszulkę, z mokrymi włosami opadającymi na czoło i ramiona, świeży, zapewne pachnący i całkiem... pociągający. To śmieszne, że podoba mi się ten kościotrup, którego mógłbym pomylić z trupem, gdyby położył się na podłodze. A jednak w tym jego wyglądzie prosto spod prysznica było coś powabnego, sprawiającego, że miałem nie tylko ochotę zjadać go wzrokiem tak jak to właśnie robiłem, ale również przyciągnąć do siebie i zatopić wargi w jego różowe usteczka. A na tym wcale bym nie poprzestał.
- Nałóż sobie ile zjesz - rzuciłem w stronę chłopaka, uciekając od nieczystych myśli. Zack bez słowa zabrał się za nakładanie obiadu, po czym zajął miejsce nieopodal mnie. Wcinałem swoją porcję, jednocześnie patrząc na chłopaka i czekając aż spróbuje. Byłem ciekaw jego opinii, jako że jest to pierwszy w moim życiu przygotowany osobiście obiad i muszę rzec, że ja sam jestem z niego dumny.
- Co ci zrobił Mick? - Akurat w momencie, gdy powinienem faceta zwyzywać od najgorszych, po raz pierwszy użyłem jego faktycznego imienia i być może był to nawet celowy zabieg. Wiedziałem, że Zack się na nim przejechał i ten kochany przyjaciel nie jest już taki kochany jak wcześniej. Jestem więc ciekaw co ma do powiedzenia w tej sprawie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 08, 2015 9:27 pm

Z kim on rozmawiał przez telefon?  Jestem ciekaw. Czy to czyni ze mnie podsłuchiwacza? Często mi się zdarza podsłuchiwać. Ale weszło mi to w nawyk wraz z nałogiem ‘obserwatorstwa’. Brzydkie przyzwyczajenie, ale czasami jest silniejsze od zachowania stosowności.
Tak więc oto utknąłem pomiędzy dwoma pokojami, nasłuchując końcówki rozmowy Daniela. Zlecenie? Szkoda, że nie wyszedłem wcześniej. Zapewne dowiedziałbym się o wielu pikantniejszych szczegółach. Po chwili podszedłem z powrotem do umywalki i by zachować pozory, pozwoliłem na to by kran pozostał włączony, a strumień wody uderzał wystarczająco głośno o porcelanowe ścianki. Nie miałem ochoty o tym rozmyślać, ale wydawało mi się to ciekawą kwestią. Ciekawe co to za rodzaje zleceń ma w zwyczaju wykonywać Danny? Zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno nie powinienem wywalić tego pistoletu gdzieś do jeziora? Czułbym się od tej chwili bardziej komfortowo. Oparłem jeszcze na chwilę dłonie na brzegach umywalki i po raz ostatni rzuciłem okiem na swoje odbicie w lustrze. Wyglądam gorzej niż źle. Stwierdzam fakt. Nie żeby mi to przeszkadzało. Nie przeszkadzało mi bardziej jak nie było u mnie nieopowiedzianych gości. Następnie wyszedłem już z łazienki, tym razem ostatecznie i na serio. Koszulka, którą odziałem była o wiele za duża na mnie. Kiedyś lepiej leżała. Zbyt długi i luźny materiał przysłonił częściowo bokserki, które także założyłem na siebie. Chwilami zapewne wyglądało to tak jakbym miał na sobie tylko górę od ekhm piżamy.
Zupełnie zdawałem się nie zwracać uwagi na to spojrzenie Daniela jednak to z jaką intensywnością się wpatrywał, przyprawiało mnie o dyskomfort. Może kiedyś mi to w ogóle nie sprawiało problemu, ale obecnie moja samoakceptacja nieco spadła. Słowem lub dwoma, przewraca się gdzieś sześć stóp pod ziemią. Ale jak już wspomniałem, mam to w najgłębszym poważaniu. Jakkolwiek czarnych i samobójczych myśli bym nie miał, nie byłbym sobą gdybym nie posłała w końcu swojego firmowego uśmiechu Danielowi. To było całkowicie nieodłączną częścią relacji. W każdym razie, należało do listy rzeczy, które zwykle robiliśmy od dzisiaj rana i dziewięć miesięcy temu przez całe dwa dni. Kilka lat temu nie odważyłbym się posłać nikomu na tyle wyzywającego uśmiechu, który aż błyszczał pewnością siebie. A przynajmniej próbował bowiem ta sama pewność siebie przewalała się w grobie wraz z samoakceptacją. Ale jakie miałem ambicje! Chyba nadrabiałem za wszystko inne. A jeżeli nie starczało mi siły, dało się skutecznie uzupełnić to moim wygórowanym ego. O ile nie szło ono w parze ani z akceptacją i innymi bzdurami, miało się najlepiej na świecie.
Niemal ponownie się uśmiechnąłem kiedy nakazał mi sobie nałożyć jedzenia. Zupełnie jakbym miał jakaś opiekunkę albo dziwną mamę. Taką, która może nie jest idealna, ale w gruncie rzeczy ma ciepłe serce. Danny pewnie by mnie zgromił wzrokiem gdyby usłyszał moje myśli. Oby nigdy do tego nie doszło. Mógłbym zostać przyłapany na czymś dwuznacznym. Na przykład w tej chwili, przypomniało mi się o czym rozmyślałem dzisiaj popołudniu. O tym, że byłem zakochany w Danielu nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Zapewne dane by mi było oglądać zabawną reakcję, gdyby główny zainteresowany się o tym dowiedział, ale wolałem zachować to na jakąś specjalną okazje. Albo na nigdy.
Zająłem miejsce nieopodal mężczyzny i nim wziąłem cokolwiek do ust, skierowałem swój wzrok na Daniela. Nie udało nam się uniknąć kontaktu wzrokowego, który przerwałem ja. Musiałem się skupić na tym, żeby po raz kolejny powstrzymać jakieś dziwne, sugestywne znaki i uśmiechy. Podniosłem widelec i zdjąłem z niego zębami kawałek łososia. Zważyłem na języku i doszedłem do wniosku, że Danny najwyraźniej postarał się na tyle, by zachować jadalną postać ryby. Lubię łososie. Nim leniwie powtórzyłem ceremonie kosztowania kolejnego kęsa, usłyszałem dość proste pytanie. Zmarszczyłem brwi, a kawałek ryby znalazł się szybko w moich ustach. Przeżuwszy, spojrzałem na chłopaka. Przekrzywiłem głowę i zmrużyłem niebezpiecznie oczy.
-A jak sądzisz, Danny? –spytałem chłodno –Co mi zrobił Mick? –powtórzyłem po nim. Głowę przekrzywiłem w drugą stronę. Przejechałem językiem po zębach i z trwogą nie wyczułem tego czego się spodziewałem, a mianowicie tego iż się zdenerwuję. Jednak to się nie stało. Mogłem spokojnie wytrzymać każde niewygodne pytanie. Moja mimika nieco zelżała i wsunąłem do ust kolejny kęs. Ponownie skierowałem wzrok na ciemnowłosego.
-Wsadził mi swoją brudną łapę w gacie i mnie dotykał, chociaż kazałem mu przestać –powiedziałem beznamiętnie jednak ostatnie słowo zdawało się mieć jadowitszy wydźwięk. 
-Ale najpierw zaserwował mi przygodę życia pod klubem. Powiedział, że od dzisiaj.. –westchnąłem z niejaką melancholią- ..mam sobie sam dostarczać  tego gó*na, bo w nim obudziła się moralność.
Czekałem z niecierpliwością na reakcję Daniela. Aktualnie byłem gotów obrzucić Micka wszystkimi najgorszymi epitetami. Był wart tyle co nic. W jednej chwili stał się dla mnie nikim. Dosłownie, zerem.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Czw Paź 08, 2015 10:49 pm


Ignorowałem półuśmieszki i wyzywające spojrzenia Zacka pochwytującego mój z lekka pożądliwy wzrok. Nie wyglądał tak dobrze jak kiedyś, nie był również takim człowiekiem jak kiedyś. Nie miałem ochoty się na niego rzucić, a prowokujące reakcje nie sprawiały, że jej nabierałem. Widziałem w swym życiu wystarczająco dużo nagich dup, by móc powściągnąć swoje żądze, szczególnie kiedy przyjrzałem się chłopakowi bliżej. Nie lubię spaślaków, ale nie przepadam również za chudymi szkapami, do których należy obecnie dawny przyjaciel. Gdy dane mi było zaobserwować z bliska jego wystające kości, zapadnięte policzki i ogólny niezdrowy wygląd, moje pożądanie mocno przycichło, a może nawet uciekło i skryło się w jakimś kącie, czekając na dogodniejszy moment do wyjścia. Niech żre i tyje, bo szkoda zmarnować taką urodę, a ja chcę przestać się obawiać, że gdy tknę go palcem, usłyszę chrupot cienkich kości, a wątłe ciało zegnie się wpół, by następnie upaść na ziemię i nigdy więcej nie powstać. Wrażenie może trochę przesadzone, ale nieprzyjemnie prawdziwe. Poza tym dbam również o własne zdrowie. Kto wie, jakie choróbska nabył przez to swoje narkomańskie życie?
Bacznie obserwowałem jak chłopak bierze na wprawny języczek (cii!) kawałek łososia i w skupieniu go przeżuwa. Uśmiechnąłem się ledwie widocznie, gdy nie dostrzegłem na bladej twarzy żadnego zniesmaczenia, a ryba z ust powędrowała do żołądka, jeśli dobrze pamiętam lekcje biologii. Co więcej, nie poprzestał na tym jednym kawałku, a wziął się za drugi! No Daniel, twój pierwszy obiad, choć nie umywa się do dań Luisa, można uznać za sukces. I przestań w końcu gadać do siebie kretynie.
Przestałem skupiać się na jedzeniu, kiedy Zack zabrał głos odnośnie mojego pytania. Zmarszczyłem wymownie brwi, słysząc jego pierwsze słowa, które nijak miały się do oczekiwanej odpowiedzi. Co ja myślę? Myślę to, co widzę. Wiem, że do czegoś między nimi doszło, wiem, że Mick musiał zrobić coś chłopakowi, więc nie o to pytam. Chcę jedynie wiedzieć jak daleko to zaszło i jak ogromna powinna być moja złość, a także jak powolna winna być śmierć dilera.
Moje oczy samoistnie się przymrużyły i wydały pociemnieć, gdy Zack kontynuował, już bardziej rozjaśniając mi sytuację. Właściwie to nie mógł zrobić tego dobitniej. Wręcz wypluwał słowa pełnie obrzydzenia, mówiąc o tym jak dobierał się do niego facet, którego uważał za przyjaciela. Czy tak? Ale on nigdy nie był jego przyjacielem, przecież mówiłem. Ja nie mam przyjaciół, z jakiej więc racji Zack miałby ich mieć? Wbrew pozorom nie różnimy się aż tak bardzo, ale ja przynajmniej nie mylę przelotnych, mało wartych znajomości z przyjaźnią. Osobiście tym wyjątkowym słowem określić mógłbym tylko Zacka i Jacka. Nie teraz. Kiedyś, kiedy jeszcze życie było zupełnie inne, łatwiejsze i wolne od rażącej niemoralności.
Być może lekko zdziwiła mnie kwestia o tym, jak rzekomo Mick postanowił zerwać z byciem dostawcą dla Zacka. To jednak w żaden sposób go nie usprawiedliwiało, ani też w żaden sposób nie zapulsował. Skoro chłopak w tym momencie nazywał go przyjacielem, musi to oznaczać, że znają się wystarczająco długo, by diler mógł już wcześniej podjąć podobną decyzję. Skoro tego nie zrobił, pozostaje zwykłym śmieciem, a na dodatek śmieciem zakłamanym, czego nie lubię najbardziej. Nie w kwestii rzekomo trwałych więzi. Nie, jeśli jakiś dupek zwodzi mojego przyjaciela i wykorzystuje jego naiwność przez tyle czasu. A teraz co? Postanowił, że przestanie mu dostarczać to gówno, bo poczuł się zagrożony? Nie podobało mi się jak ślinił się do Zacka, co widać było po samym spojrzeniu. Najwidoczniej uznał, że skoro na horyzoncie pojawił się przeciwnik, musi obrać inną strategię. Głupiec.
- Przynajmniej przejrzałeś na oczy - odparłem po chwili cichego zastanowienia, pakując zaraz solidną porcję ryżu do buzi. Patrzyłem na chłopaka, myśląc o kilku rzeczach na raz. Wciąż byłem na niego zły za to, że w ogóle wyszedł z tym typem i źle mogłoby się to dla niego skończyć, co zresztą widać. Z drugiej strony ulżyło mi, że szybko wrócił, nie naćpał się i skończył z tą znajomością, w związku z czym śmierć Micka nie powinna tak bardzo go zaboleć, o ile w ogóle się o niej dowie.
Porzucając uciążliwe myśli, odłożyłem widelec na talerz i przysunąłem się do Zacka, także z jego chudej dłoni wyciągając sztuciec. Splotłem razem nasze palce i przyciągnąłem wątłe ciało jeszcze bliżej. Bardzo blisko. Zajrzałem w błękitne oczy, wolną ręką zaś odgarnąłem z nich zbłąkane, wilgotne kosmyki. Posłałem chłopakowi charakterystyczny, wyzywający i pewny siebie uśmieszek. Zbliżyłem się na milimetr od jego ust.
- Trzeba czymś zastąpić nieprzyjemny dotyk tych brudnych łap - mruknąłem niskim szeptem, bez zawahania łącząc nasze usta w pocałunku. Puściłem zgrabnie dłoń chłopaka, pieszczotliwie wysuwając z niej palce i przejechałem nimi wzdłuż przedramienia, poprzez ramię, aż te nie sięgnęły smukłej szyi. Oplotły się wokół niej lekko, ledwie wyczuwalnie, zupełnie się nie zaciskając, a jednak stwarzając pozory. Lekko szorstkie palce znów zetknęły się ze skórą, powoli zaznaczając obrys obojczyków, zaś język coraz śmielej poczynał sobie w ustach chłopaka. Moje ciało niezauważenie skłoniło go do położenia się na wolnej części kanapy, a jednocześnie nie byłem nader nachalny. Moja dłoń opuściła obojczyki chłopaka, ta druga, do tej pory niczym niezajęta przejechała po nagim, szczupłym udzie. Pierwsza w tym czasie pomału wsuwała się pod cienki materiał przydużej koszulki, dostrzegając obecność bokserek, które na razie zostawiła w spokoju. Druga niespiesznie przeniosła się na wnętrze wrażliwego uda, gładząc je miarowo i wprawnie. Mój pocałunek nie zelżał na namiętności, wręcz przeciwnie. Jednocześnie nie był brutalny, ani szczególnie gwałtowny. W końcu zacierałem nieprzyjemne wrażenie...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 09, 2015 11:14 pm

Definicja przyjaciół była z grubsza inna niż ta, z którą ja miałem styczność. Jeżeli podsumować moje wszystkie przyjaźnie, zapewne byłyby ich jedynie dwie. Albo nawet jedna, bo Mick do grona moich pseudo-przyjaciół już nie należy. Właściwie Daniel też nie, chociaż najwidoczniej próbuje się zrehabilitować. Ja wiem, że on żałuje, że tamta noc także nie była dla niego najprzyjemniejsza na świecie pod względem moralnym, ale już dawno postanowiłem się tym przestać zadręczać. Zapomnieć. Udało mi się to bardzo szybko. Teraz już naprawdę byliśmy w niemal koleżeńskich stosunkach. Zwłaszcza iż nasza relacja posunęła się do przodu do tego stopnia, że Danny postanowił mi gotować. Można powiedzieć, że gdzieś w dalszej przyszłości mógłbym go nawet polubić. Jednakże, nie wyobrażam sobie byśmy całkowicie sobie zaufali. On nie ufa nikomu z reguły, a ja nie ufam ludziom, bo napawają mnie bezgraniczną nienawiścią do całego gatunku ludzkiego. Daniel jednak nie był takim samym śmieciem jak reszta. On był ciekawy i inny. Nie może być więc tak okropnie nudny jak reszta.
Chłopakowi najwidoczniej ulżyło kiedy kawałek ryby wylądował w moich ustach, bowiem obdarzył mnie uśmiechem. Podejrzewam, że się starał. Mogę zgadywać również, że na co dzień, wciąż nie radził sobie najlepiej w kuchni. To był dokładnie ten typ człowieka, który w życiu nie zrobi ci nic bardziej skomplikowanego niż kanapki bądź herbata. Toteż doceniam ten popis. Może jeszcze będą z niego ludzie i pełnoetatowa opiekunka. Chciałbym to zobaczyć. Swoją drogą, trzeba będzie w ogóle pogadać kiedyś o tym co zmieniło się przez te cztery lata. Zdaje sobie sprawę, że mężczyzna zatai na tym etapie ponad połowę, jak nie więcej, faktów ze swojego  życia lub zastąpi je jakimiś kłamstwami. A skąd wiem, że zatai? Bo, he he, bądźmy szczerzy. Nie każdy ma potrzebę nosić przy sobie broń wszędzie gdzie się wybiera, o ile to nie Teksas. Poza tym jakieś zlecenia. W ogóle łatwo było się domyślić, że te cztery lata obfitowały w mało bezpieczne wspomnienia. No chyba, że chodzi o mnie. Wtedy mamy do czynienia z bardzo nudnymi faktami, które zainteresowałyby tylko jakiegoś szurniętego psychologa. W dodatku za  opłatą. W ogóle jedyne czym mogłem się pochwalić, to parę włamań do systemu uczelni i kilku innych większych lub mniejszych instytucji. Właściwie w dużej mierze tych większych.  Tak swoją drogą, przywróciłem się na listę studentów.  Dałem sobie też urlop od nauki na czas rekonwalescencji. Nie musze się już martwić  o powtarzanie roku. Chciałem to faktycznie załatwić po dobroci, ewentualnie grzecznie poprosić. Ta metoda zawiodła więc  oto jesteśmy pokłóceni, a ja mimo wszystko wróciłem szybciutko na listę.
Przez ułamek sekundy po twarzy ciemnowłosego przemknęło zdziwienie. Tak tez sądziłem, że  wyłapie to kwestię, ale nie poświęci jej dłuższej uwagi. Mick faktycznie, nie miał ochoty mi już nic sprzedawać, bo najwyraźniej uznał, że jestem mu na tyle drogi, że nie pozwoli mi się zabijać. A może po prostu się przestraszył Daniela? Niemożliwe. Mick miewał większe trudności.  Czymś takim nie pozwoliłby się zrazić. Więc w takim razie, zależało mu. A potem okazał się być tylko napaleńcem, który uznał, że jeżeli uda troskę o moje zdrowie, da mu to pełne prawo, by starać się o pozwolenie na ingerencję we wnętrze czyichś spodni. Ciekawe czy nie zapomniał, że chwilowo nie jestem zdatny do czegoś takiego jak czerpanie z tego przyjemności. Oczywiście, że nie. Weszło mu to w krew. Liczył tylko na to, że pozwolę mu zaspokoić swoją frustrację seksualną. Co za pieprzony skur**syn. Teraz ta świadomość uderzyła mnie z całą mocą. Danny pewnie zaśmiewa się ze mnie w duchu. W jakimś stopniu. Bo przepuszczał, że Mick jest tylko fałszywym draniem, który ma mnie kompletnie gdzieś. W sumie nawet się przyzwyczaiłem, że ludzie omijają mnie wzrokiem, bo jakoś podświadomie wyczuwają, że jestem inny. Czasami nawet pokusili się o stwierdzenie, że mogę być gejem. Pytali o to, a ja udzielałem krótkiej odpowiedzi. Ta kwestia skrajnie mnie denerwowała. Jak może ich obchodzić coś takiego. A gdybym był, to co? Nic to przecież nie zmieniało. Mimo wszystko, zdziwili się kiedy zacząłem prowadzać się z Eveline. Chcę zobaczyć jej minę kiedy jednak dowie się, że nie leżę w ziemi i nie wącham kwiatków od spodu. To nie tak, że oszukiwałem ją przez kilka miesięcy, że mam dużo pracy i nauki. Wcale. Ja się tylko zaszywałem po ciemku gdzieś w głębi sypialni. Tracąc powoli kontrolę. Zerwała ze mną około sześć miesięcy temu, kiedy wymówki zaczęły mi się kończyć i zdecydowałem się na szczerość. Powiedziałem jej wprost, że zostałem ćpunem i żeby nawet nie próbowała mnie przekonywać do odwyku, bo jest mi z tym dobrze. Rzeczywiście, dała sobie spokój. Stopniowo przestałem przychodzić na wykłady. I tak właśnie znalazłem się w tym punkcie, kiedy wyglądam jak cień samego siebie.
Słysząc słowa mężczyzny, przeniosłem na niego wzrok. Pokiwałem powoli głową, zgadzając się z jego stwierdzeniem. Do tej pory byłem ślepy na wszelkie sygnały. Teraz dopiero zacząłem zauważać, że coś było nie tak w postawie znajomego.  Nie mam pojęcia, jak mogło mi to umknąć.
Już miałem wbić widelec ponownie w jedzenie i wziąć do ust kolejny kęs, kiedy zostałem pozbawiony sztućca i byłem zmuszony do porzucenia dotychczasowej czynności. Zamiast tego Danny znalazł się blisko na tyle, że w jego ciemnych oczach dało się wyodrębnić jeszcze czarniejsze źrenice.  Spuściłem oczy w dół kiedy jego dłoń otarła się o moją skórę zabierając mi włosy opadające na czoło. Moja pewność siebie gdzieś zniknęła.
Mógł sobie darować ten głupi uśmieszek, który jedynie sprawił, że miałem chęć przewrócić oczyma mimo dziwnej atmosfery.  Z jakiegoś powodu to ona sprawiła, że począłem odczuwać bliskość Daniela, a moje serce  jakby przyśpieszyło. Chociaż nie powinno. Wydawało mi się, że jestem  stosunkowo spokojny do momentu gdy usłyszałem słowa mężczyzny. Powinienem go odepchnąć? Powinienem i to natychmiast zanim… Nie zdążyłem nic więcej pomyśleć bowiem jego usta nakryły moje i złączyły się one w pocałunku, który od początku nie zapowiadał się niewinnie. W jakiś sposób, jego dotyk na przedramieniu wywołał we mnie dreszcz. Ani przyjemny, ani także, o zgrozo, nieprzyjemny. Całowanie Daniela było jakby czymś innym i niezwykle ekscytującym. Czymś znajomym, jednocześnie odległym. Mimo, że jeszcze kilkadziesiąt minut temu ktoś również dzielił ze mną tą pieszczotę, ta którą obdarowywał mnie Danny była o wiele bardziej bliższa mej definicji przyjemności. Tak, mam na myśli dokładnie to, że Danny o wiele lepiej całował. Chyba bym skłamał, gdybym pokusił się o stwierdzenie, że mam nad tym kontrolę i wcale nie czuje się nienormalnie. Wszystkie moje bodźce szalały i próbowałem jakoś racjonalnie się zachować i nie dawać ponieść na tyle, żeby nie potrafić przerwać tego kiedy zacznie być bardziej niebezpiecznie.
Nie minęło wiele czasu, gdy znalazłem się w pozycji leżącej. Sięgnąłem dłonią do materiału koszulki mężczyzny i zacisnąłem na niej palce. Chciałbym w razie czego go odepchnąć i dać do zrozumienia, że to nie to co teraz robi, nie jest tym czego w tej chcę.  Ale nie wskazywało na to, że miałoby to nastąpić teraz. Póki co było dobrze, więc dlaczego miałbym z tego rezygnować? Wrażenie było porównywalne tego, od czego Daniel próbuje mnie odwieść. Oczywiście nic nie równało się z tym stanem kiedy pakujesz sobie to wszystko dożylnie i nic nie musisz robić. Wtedy też nie czujesz wstydu, dyskomfortu ani niepewności.
Jego ręce pojawiły się nie tylko w okolicach szyi lecz także po chwili na moim udzie, a zniknąwszy z okolic  obojczyków, odnalazła się gdzieś w okolicach gdzie kończyły się bokserki, a zaczynała naga skóra pod koszulką.  Dzięki Bogu za objawy odstawienia, bo w innym przypadku pewnie byłbym o krok od przebierania nogami z niecierpliwości. Tymczasem naprawdę nic by nie zmusiło moich partii dolnych do okazania pobudzenia seksualnego.  Przesunąłem dłonią w kierunku jego klatki piersiowej i delikatnie popchnąłem go w przeciwnym kierunku od siebie. Potrzebowałem oddechu i odzyskania kontroli, a także możliwości do zadania pytania.
-Co ty próbujesz osiągnąć? –spytałem niepewnie i cicho, wciąż oddychając zbyt szybko na wskutek kołatającego serca.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ivan
Admin
avatar

Liczba postów : 532
Join date : 02/07/2015
Age : 21

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 09, 2015 11:29 pm


Po raz kolejny Zack nie tylko zgadzał się na pocałunek, ale również go odwzajemniał. Co więcej, robił to z tak samo dużym zaangażowaniem jak ja. Nasze języki szybko znalazły wspólny rytm, plącząc się w chaotycznym, namiętnym tańcu. To nieme przyzwolenie sprawiało, że czułem się pewniej, więc i moje ruchy wydały się śmielsze. Tym razem faktycznie czułem, że Zack reaguje na mój dotyk w sposób oczekiwany. Lekko drżał, a jego ciało zdradzało sygnały, których być może nie był świadom i których prawdopodobnie nie chciał pokazywać. Nie mogę powiedzieć, bym nie był zaskoczony. W końcu leżał tutaj pode mną taki bezbronny, zupełnie mi oddany i jedynym gestem, który można było odebrać jako jakiś tam sprzeciw było zaciśnięcie się drobnej dłoni na materiale mojej koszulki. Równie dobrze jednak mogłem uznać to za sygnał tego, iż pragnie więcej. Ponieważ drogi interpretacji były dwie i skrajnie sobie przeciwne, zwyczajnie zignorowałem ten gest, dalej robiąc swoje. Przez głowę jednak przelatywały mi wspomnienia ostatniej nocy, którą spędziliśmy razem. Nie byłem w stanie pojąć jak Zack może zgadzać się na to co mu robię, po tym jak zachowałem się cztery lata temu. Myślałem, że ma po tym jakąś traumę, bo w końcu sam nawet przyznał, że miewał myśli samobójcze. A jednak jego obecne zachowanie nie wskazywało na to, jakoby żył przeszłością. To co robiłem, podobało mu się i widocznie mi na to przyzwalał. Oczywiście narzekać nie zamierzam. Cieszę się, że nie reaguje na moją bliskość odrazą, lub co gorsza strachem. Po prostu mnie to dziwi. A może zwyczajnie jest to jedno z zastosowań powiedzenia "czas leczy rany"? Jakby nie było, minęły już cztery lata. Może Zacka zmęczyło trwożenie się bolesną przeszłością i odsunął ją na bok, co w efekcie odbija się na jego dzisiejszym zachowaniu. Być może. Ale skoro taki stan rzeczy mi odpowiada, nie ma większego sensu dłuższe zastanawianie się nad powodami. Pozostaje korzystać.
Mi również powoli kończył się oddech, więc zupełnie nie protestowałem, gdy drobna dłoń lekko naparła na moją klatkę piersiową. Posłusznie się odsunąłem, z wyrazem uwielbienia i satysfakcji na twarzy przyglądając się słodkiej buzi Zacka, oraz przysłuchując się wyraźnie przyspieszonemu oddechowi. Zdecydowanie podobał mi się w takim wydaniu. Moja dłoń lekko gładziła jego zbyt płaski brzuch, kiedy wypowiadał swoje ciche pytanie. W odpowiedzi posłałem mu lekki, zupełnie niewinny uśmiech.
- Przecież mówiłem, że zacieram złe wrażenie - odparłem bez wahania, choć wiedziałem, że nie takiej odpowiedzi spodziewał się chłopak. Nie dałem mu jednak sposobności na wyrażenie jakiegokolwiek oburzenia, gdyż moje usta znów znalazły drogę do różowych warg, a dłonie zaczęły poczynać sobie jeszcze śmielej. Jedna z nich powoli wędrowała wyżej, zahaczając o wystające żebra, aż odnalazła wrażliwy sutek, na którym bardzo chętnie zatrzymała się dłużej. Druga zaś wciąż gładziła wnętrze uda, stopniowo kierując się ku górze, aż długie palce niby przypadkiem zaczęły zahaczać o krocze chłopaka.
Wracając do pytania Zacka i odpowiedzi, której się spodziewał. Co tak właściwie mógłbym powiedzieć? Co próbuję osiągnąć? W tej chwili właściwie nic poza tym, że pragnę dostarczyć trochę przyjemności zarówno sobie jak i jemu, oraz trochę umilić dzisiejszy wieczór, tym bardziej, że ten dzień kosztował mnie wiele nerwów. Zackowi zresztą również ich nie oszczędził. A jeśli chodzi o szersze pojęcie tegoż pytania, to cóż. Nie jestem pewien co chcę osiągnąć. Na razie wiem tyle, że moim celem jest wyciągnięcie chłopaka z bagna i pozbycie się Micka raz na zawsze z jego życia. Dlaczego tak bardzo mi na tym zależy, nie jestem w stanie stwierdzić. W końcu nie mogę zasłaniać sie nieustannie Janine. Jest ona powodem, dla którego w ogóle tu przyjechałem, ale jednocześnie nie jest to główna przyczyna, przez którą tak się poświęcam. Czym owa przyczyna jest - nie wiem. Może nawet nie chcę wiedzieć.
Mój pocałunek stawał się coraz gorętszy, usta po chwili zaczęły zbaczać ze swego toru i przeniosły się na ucho, zaś stamtąd na szyję. Dłonie również nie leniuchowały. Robiło się naprawdę ciekawie, ale jak to bywa zazwyczaj w takich momentach, coś musiało się spier....
Oderwałem się od ciała Zacka, marszcząc brwi w geście niezadowolenia i podparłem się na dłoniach, by z kieszeni spodni wyciągnąć telefon. Na ekranie widniało imię mego partnera. Chwilę się zawahałem nim całkowicie odsunąłem się od dawnego przyjaciela i wstałem na nogi. Luis mógł dzwonić tylko w jednym celu i chyba nie powinienem się dziwić, że robi to tak szybko. W końcu jego umiejętności są więcej niż wybitne. Nie bez powodu nasza dwójka pracuje razem. Stojąc jeszcze przy kanapie, sięgnąłem po paczkę papierosów, które wcześniej odłożyłem na stół, skąd wyciągnąłem jednego wraz z zapalniczką. Tak wyposażony skierowałem się do drzwi wyjściowych, w międzyczasie odbierając połączenie. Odezwałem się dopiero, gdy moje nogi stanęły na zimnym betonie. W tym samym czasie odpaliłem papierosa, z przyjemnością zaciągając się dymem.
- Mów - nakazałem, jednocześnie wypuszczając gryzący gaz z płuc.
- Twój Mick, to Nikolaj Baskow, z pochodzenia Rosjanin. W wieku trzynastu lat przeniósł się do Valley Glen, w Dolinie San Fernando. W danych nie ma podanego adresu i nie mogłem się go dokopać.
- Ty? Nie mogłeś? - Uniosłem brwi, zaintrygowany tym wyznaniem. Luis nie brzmiał jednak, jakby czuł się źle z tym, że nie przeszedł pewnej przeszkody pomimo całych swoich umiejętności.
- Nie, nie mogłem. - Ku mojemu zdziwieniu, w słuchawce usłyszałem szczery, swobodny śmiech. Zmarszczyłem brwi, zupełnie nie rozumiejąc co w tym takiego śmiesznego. - Kiedy zacząłem szperać, natrafiłem na nasze serwery. Tak myślałem, że coś mi mówi to nazwisko. To nasz człowiek, Daniel.
Musiałem wyglądać naprawdę idiotycznie w tym momencie. Szczena dosłownie mi opadła, kiedy usłyszałem co ma mi do powiedzenia dziewiętnastolatek. Czułem się bardziej zdezorientowany niż zły. Luis nie musiał mi tłumaczyć, dlaczego nie wszedł na serwer, do którego miał wolny dostęp, by ten adres znaleźć. Skoro Mick, o zgrozo, należał do naszej rodziny, znaczyło to, że stał się dla mnie nietykalny. Tym samym Luis uznał, że nie musi podawać mi tego cholernego adresu.
- @#$%^ - tylko tyle byłem w stanie powiedzieć, gorączkowo zaciągając się papierosem, tak jakby to miało mi w czymkolwiek pomóc. I co ja teraz niby miałem zrobić? W takiej sytuacji nie mogę go ani zabić, ani okaleczyć. Co najwyżej porządnie przyj****ć w mordę. Tylko co mi da taka mała krzywda tego dupka? Niech cię szlag Drake za tą twoją posraną rodzinką.
- No Daniel, cokolwiek chciałeś zrobić, teraz nie ma to już sensu. Odpuść sobie i zapal jakieś ziółka, bo widzę, że żyłka ci dzisiaj pęka. - Był zdecydowanie zbyt rozbawiony. Głupi gówniarz.
- Uważaj, żeby tobie coś nie pękło skarbie. Droga z LA do San Diego nie jest taka daleka. - Rozłączyłem się, jednocześnie rzucając pod nogi szybko spalonego fajka. Poirytowany wróciłem do domu i bez słowa usiadłem przy stole, mając zamiar wziąć się za kończenie obiadu. Cholerny Mick. Cholerny Drake. Cholerna mafia. I że co? Mam go teraz tak po prostu zostawić w spokoju? Nie mam wyjścia. Drake natychmiast dowiedziałby się o śmierci jednego ze swoich podopiecznych. Co więcej powinienem uważać tego dupka za brata. Niedoczekanie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora Online
Voldemort

avatar

Liczba postów : 448
Join date : 06/07/2015
Age : 91
Skąd : Alaska

PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   Pią Paź 09, 2015 11:31 pm

Uniosłem brew do góry w akcie niedowierzania. Chyba go nie zdziwi to iż śmiem wątpić w wiarogodność jego  motywów. Niby jak ma to pomóc w tym ‘zacieraniu’? Przecież właściwie przez jego napastowanie tylko sobie o tym przypominam i coraz częściej myślę o tym, dlaczego aż tak bardzo mi to nie przeszkadza? Niby uznałem już dawno temu, że to nie jest trauma, wcale się nie boję wchodzić w kontakty seksualne, a moja wstrzemięźliwość jest dyktowania brakiem potrzeby wchodzenia w owe kontakty. Spodziewałem się jakichś przebłysków wspomnień z tamtej nocy, a tymczasem… zupełnie nic nie pamiętam. Właściwie, jedyną niechęcią od tamtej pory pałam jedynie do lekarzy psychologów i szpitali. Podejrzewam, że Danielowi miałem za złe jedynie to, że tak potraktował naszą przyjaźń i mnie upokorzył. I może byłbym jeszcze bardziej zdystansowany do niego gdybym tylko cokolwiek pamiętał. Tymczasem mam pustkę w głowie i nie potrafię sobie nawet wyodrębnić jakichś szczegółów. Narkotyki zadziałały jak pigułka gwałtu. Pewnie trochę straciłem, ale przynajmniej nie nabawiłem się jakiejś fobii. W sumie najlepiej będzie jeżeli przestane do tego wracać bowiem mogę sobie coś przypadkiem przywołać. Jakkolwiek nienawidzę ucieczki przed czymkolwiek, tak w tym wypadku, sądzę, że to jedynie zadziała na korzyść mojej, i tak już nadszarpniętego, zdrowia psychicznego.
Daniel ponownie obdarzył mnie pocałunkiem, nie dając mi nawet czasu na zaczerpnięcie porządnego oddechu. Zapomniałem jak bardzo wymagające są takie rzeczy. Namiastkę tego otrzymałem w samochodzie Micka. Miałem chęć potrząsnąć głową w celu wyrzucenia tego robala z głowy i natychmiastowego zaprzestania ciągłego wracania do tego, jaka sytuacja zaistniała niespełna godzinę temu. Powtórnie zadrżałem pod dotykiem dużych i ciepłych rąk ciemnowłosego. Aż zaczęło mnie denerwować to, w jaki sposób moje odruchy są niezależne od mojej woli. Przez chwilę wydawało mi się iż faktycznie, coś rozbudziło we mnie podniecenie, ale to wciąż nie było coś, czego być może oczekiwał Danny. Nawet wtedy kiedy jego dłonie ocierały się niebezpiecznie o cienki materiał bokserek w miejscu niedostępnym dla każdego od miesięcy.
Gdy usta mężczyzny uwolniły moje, mogłem wreszcie odetchnąć. Ciche westchnięcie wydobyło się z moich ust na wskutek  tego iż jakoś wyjątkowo zbyt przyjemnie poczułem się kiedy pieszczoty ciemnowłosego znalazły swój cel na szyi. Nie byłem jeszcze na tyle beznadziejnie skretyniały, by pozwolić sobie na tak jednoznaczne gesty jak okazywanie swojego cielesnego zadowolenia mruknięciami za każdym razem, kiedy usta Daniela  znajdywały czułe punkty. A było ich o  kilka za dużo.
Mimo całego nikłego niezadowolenia swoim położeniem, poczułem coś na kształt frustracji kiedy Daniel postanowił odebrać telefon. Spojrzałem na niego niemal  z pretensją. Westchnąłem cicho kiedy przestrzeń nade mną pozostała pusta i postanowiłem usiąść na kanapie zamiast się na niej wylegiwać.  Patrzyłem z jakąś pochodną rozżalenia jak mężczyzna zabiera swoje papierosy i opuszcza mieszkanie. Gdy drzwi się zamknęły, wstałem z mebla i ruszyłem do stołu. Usiadłem i szybko nadrobiłem parę kęsów ryby.  Była całkowicie zimna. Jakąś część tego posiłku wrzuciłem kotu do miski, jednak ten nie był największym zwolennikiem tejże ryby więc jedynie zwąchał ją i wycofał się w przeciwnym kierunku. Ja wzruszyłem ramionami i wyrzuciłem resztki jedzenia do kosza. W czasie nieobecności Daniela, postanowiłem, że zrobię jeszcze jedną rzecz. Zniknąłem na chwile w sypialni skąd wygrzebałem materiałowe szorty, który wsunąłem na swoje biodra. Zbroja cnoty. 
Właściwie Daniel długo zabawił na tym dworze bowiem nim wrócił, zdążyłem nastawić wodę w czajniku i przynieść sobie laptopa z pokoju oraz zasiąść z nim na kanapie. Ponownie śledziłem wzrokiem trasę ciemnowłosego spod drzwi do stołu w kuchni. Kiedy zauważyłem iż postanowił dokończyć kolację, poświęciłem swoją uwagę pulpitowi.
- Zdenerwowałeś się? –bardziej stwierdziłem niż zapytałem- Dlaczego się zdenerwowałeś? –dodałem po chwili i tym razem charakter zapytania był wyraźny. Nie spodziewam tego, że mi powie, ale nie zaszkodzi spróbować.
Podłączyłem do laptopa pewien pendrive. Niemal się uśmiechnąłem gdy z jego zawartości przelałem na komputer  dwie zaległe prace zaliczeniowe na studia. To też rzeczywiście dzisiaj zrobiłem. W ogóle dzisiejszy dzień, mimo wszystko, był pełen owocnej pracy.  Powinienem to wydrukować i zanieść dziekanowi.  Mogę o tym zapomnieć, więc zrobię to jutro. Zazwyczaj zdarzało mi się wyrzucać z pamięci tak nieistotne rzeczy jak prace na studia. Pozom trudności był zerowy Nie wiem w jakim celu znalazłem się na tych studiach. Chyba jedynie po to, by uzyskać dyplom i w razie czego mieć drogę ucieczki w normalny tryb pracy.
Odstawiłem urządzenie, gdy czajnik dał o sobie znać. Dość szybko dopadłem go i wyłączyłem. Wyjmując kubek, postarałem się go nie upuścić.
-Chcesz herbatki? –spytałem będąc wciąż odwróconym plecami do siedzącego przy stole Daniela

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.   

Powrót do góry Go down
 
I'll show you the truth ✗ 2os. / shounen-ai / bn.
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 5 z 15Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6 ... 10 ... 15  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: