IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6
AutorWiadomość
Rencia

avatar

Liczba postów : 368
Join date : 26/03/2017

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Pon Paź 02, 2017 10:42 pm




         Słowa nie opiszą tego jak bardzo się bałem, że już nigdy więcej jej nie zobaczę. Nie zniósł bym kolejnej straty. Freya była dla mnie kimś bardzo ważnym, kimś komu zdołałem zaufać. Kimś komu w przyszłości może uda się mnie pokochać, ale czy to uczucie pozostanie jeśli wyznam całą prawdę? Mroczną przeszłość?
         - Tęskniłaś za mną? – minęło zaledwie kilka dni, jednak chciałem wiedzieć na czym stoję. Czy również jestem dla niej aż tak ważny jak ona dla mnie.
         - A ty za mną? - uśmiechnęła się. Sam fakt, że zaczęła się przekomarzać bardzo mnie rozweselił. W końcu mogłem powiedzieć, że jestem szczęśliwy, nawet jeśli miało to trwać tylko chwile chciałem czerpać z tego ile mogłem.
         - Zapytałem pierwszy. – zaśmiałem się starając nie dać po sobie poznać, że jest ze mną coraz gorzej. Rana na boku pulsowała przeraźliwym bólem przy każdym kroku i czułem jak powoli tracę siły. Cały czas uciskałem dłonią rozcięcie, ale nie potrafiłem zatamować krwi, której ubywało coraz więcej.
         - Ale to nie znaczy, że masz pierwszy otrzymać odpowiedź - nie przestawała się uśmiechać. Moja piękna, niewinna Freya wyglądała na szczęśliwą, ale przyglądając się jej dłużej zauważyłem, że nie miała na sobie mojego prezentu.
         - Nigdzie nie widzę swojego medalionu, więc chyba nie czekałaś na mnie z utęsknieniem. – powiedziałem z udawanym smutkiem w głosie.
         - Zostawiłam go rodzicom. Ostatnim razem kiedy... - przerwała, bo ciężko jej było to powiedzieć na głos. Musiała przełknąć gulę, która utkwiła jej w gardle. - ... kiedy trafiłam na targ niewolników odebrali mi wszystko, co do mnie należało. Nie mogłam stracić twojego medalionu. – zrobiłem wielkie oczy słysząc jej wyznanie. Nie mogłem opisać tego jak się czułem w tym momencie, dlatego jedynie zatrzymałem się i spojrzałem prosto w jej szafirowe oczy.
         - Tęskniłem. Cały czas myślałem tylko o tobie.
         - Ja też. Co chwila wyglądałam za okno, myśląc że może jednak wrócisz szybciej i nawet siłą zaciągniesz mnie z powrotem do siebie. Nie opierałabym się - spojrzała na niego i się uśmiechnęła. – nachyliłem się, aby ją pocałować, ale zatrzymałem się w połowie drogi sycząc z bólu. Cholerna rana… - Musimy szybko się tym zająć - powiedziała stanowczo, złapała mnie za niezranioną rękę i pociągnęła za sobą do domu.
         Starałem się udawać, że wszystko jest  w porządku, ale nie było. Rozcięcie nie dawało mi spokoju i miałem ochotę krzyczeć przy każdym, choćby najmniejszym ruchu. Na szczęście po chwili gęste drzewa zaczęły się rozrzedzać i moim oczom ukazała się wioska. Wokół domu Freyi działo się niezłe zamieszanie, wielu wieśniaków naskakiwało na szlachciców z oddziału Arthura, którzy zapewne przyszli zabezpieczyć i zbadać teren. Blondyn widząc mnie całego we krwi, natychmiast do nas podbiegł.
         - Kai! Freya, dzięki bogu nic ci nie jest. – wyglądał na zatroskanego. – Co się tam wydarzyło?  – próbował przerzucić moje ramie przez swój kark, ale od razu się wyrwałem. Nie wybaczyłem mu tego co zrobił i chyba nigdy nie wybaczę.
         - Dam sobie radę. – prychnąłem rzucając mu gniewne spojrzenie.
         - Kai, to nie są żarty. Lekarz musi to obejrzeć. – wyciągnął rękę próbując załagodzić sytuacje.
         - Freya się tym zajmie. – odparłem niemal natychmiast.
         - Kai… - Arthur nie odpuszczał.
         - Freya się tym zajmie. – powtórzyłem stanowczo, na co rycerz westchnął zrezygnowany i nic więcej nie odpowiedział.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 450
Join date : 08/07/2015

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Wto Paź 03, 2017 1:18 pm


     Zdziwiła mnie radość Arthura na mój widok. Pamiętałam, że chyba nie zrobiłam na nim zbyt dobrego wrażenia na balu, kiedy rozmawialiśmy. Naprawdę się o mnie martwił? To było… miłe.
     - Gdyby nie Kai, nie byłoby tak kolorowo – odpowiedziałam, obserwując ich wymianę zdań. Pokłócili się o coś? Wcześniej wyglądali, jakby byli braćmi, mieli dobre stosunki. Teraz było pomiędzy nimi jakieś dziwne napięcie. Nie miałam odwagi się w to wtrącać, więc po prostu pokiwałam głową, słysząc komunikat Kaisera. Przełknęłam ślinę, bo nie byłam odpowiednią osobą to zajmowania się takimi ranami, ale najwidoczniej Kai nie życzył sobie nikogo innego, a kłócić się z nim nie mieliśmy czasu.
     - Dziękuję za uratowanie Freyi, ale może Panicz już wracać do siebie – mój ojciec nie był zachwycony widokiem Kaisera. Dziwiła mnie jego reakcja. W końcu dzięki niemu wróciłam do domu, niemal cała i zdrowa, nie licząc kilku zadrapań od gałęzi i podartej sukni.
     - Tato… - zwróciłam mu uwagę.
     - Nie wpuszczę go do naszego domu – potrafił być stanowczy, ale nie rozumiałam, dlaczego teraz się na to zdecydował.
     - Uratował mnie.
     - Zostawił cię – zmrużyłam oczy. Pierwszy raz tak wściekłam się na swojego tatę. Zwalał na Kaia winę za moją decyzję. – Gdyby tego nie zrobił, nie musiałby cię ratować.
     - Tato! – krzyknęłam, zaciskając dłonie w pięści. Zachowywał się okropnie. – Zostawił mnie, bo sama tego chciałam.
     - Prawdziwy mężczyzna nie zostawił by kobiety, na której mu zależy nawet gdyby o to prosiła – zamilkłam i spojrzałam na Kaia. Nie wiedziałam, co o tym myśleć, bo obawiałam się, że to była prawda.
     - Gdyby mu nie zależało nie wróciłby po mnie… - nie wiem, co starałam się tym osiągnąć. Czułam jak Kai mocniej wbija paznokcie w moją skórę i nawet, jakbym chciała, to nie mogłabym go teraz puścić. - … prawda? – spojrzałam na niego, bo to od niego oczekiwałam odpowiedzi na to. Głos miałam cichy, niepewny.
     - Rany na moim ciele mówią same za siebie. - burknął niezadowolony, że brzmiałam, jakbym wątpiła w jego intencje. Zawstydzona spuściłam wzrok i westchnęłam.
     - Tato, proszę – zwróciłam się do ojca. – Nie chcę go stracić…
     - Nieważne co powiesz nie zaakceptuje go. Nie wejdzie do mojego domu – zebrało mi się na płacz, ale łzy nie spływały po moich policzkach, mimo że pojawiły się w oczach.
     - W takim razie ja też nie wejdę do twojego domu.
     - Freya... - Kai spojrzał na mnie zdziwiony, ale było widać że się ucieszył. Niestety nie trwało to długo, bo zaczął robić się siny na twarzy.
     - Kai? – zapytałam zaniepokojona, widząc co się dzieje. – Tato, proszę… - spróbowałam jeszcze raz. – On potrzebuje pomocy.
     - Freya nic mi nie.... - w tym momencie nogi mu się ugięły i upadł kolanami na ziemię.
     - Arthur, do środka z nim – warknęłam wściekła, bo doskonale wiedziałam, że sama nie zaniosę tam Kaisera. Nie miałam zamiaru więcej się o nic prosić. Nie po dobroci, to inaczej trzeba było to załatwić. – I niech ktoś z twoich ludzi zrobi nam przejście – dodałam, mając na myśli zrobienie coś z moim ojcem, który zagradzał drzwi i nie chciał wpuścić Kaia do środka. Nie musieliśmy długo czekać a Arthur zainterweniował, a ja mogłam w końcu wziąć Kaisera do swojego pokoju. Posadziłam go na łóżku i pobiegłam po potrzebne rzeczy. Rodzice usiedli w kuchni w obecności przyjaciela Kaia, a ja wróciłam do pokoju z alkoholem, igłą, nitką i kawałkami czystego materiału oraz opatrunkami. – Wypij to – wsunęłam butelkę alkoholu do rąk mężczyzny, a sama zajęłam się zdezynfekowaniem narzędzi. – Wypij ile dasz radę – zajrzałam do szafy i wyciągnęłam z niej jakiś sznur. Kiedy Kai odstawił butelkę na bok, podeszłam do niego i wsunęłam sznur do jego ust.
     - Zagryź to – coraz bardziej ręce mi drżały. Mężczyzna robił co kazałam, a ja ostrożnie oczyściłam rany na jego ciele, z których sączyła się krew. To była ta prostsza część. Kiedy przewinęłam nitkę przez igłę i uklęknęłam wygodnie, przysuwając igłę trochę do jego ciała, zdałam sobie sprawę z tego jak bardzo drżałam. Ręce mi się trzęsły i nawet, chociaż wypuściłam sporo powietrza z ust, nie przestawały.
     - Ufam ci – Kai wyciągnął sznur z ust. – Dasz sobie radę – wyszeptał, łapiąc mnie za rękę i dodając otuchy. Poczułam się trochę lepiej i kolejne odetchnięcie pozwoliło mi opanować drżenie.
     - To nie będzie przyjemne – stwierdziłam i zanim zdołał się nad tym zastanowić wbiłam mu igłę w skórę. Skrzywiłam się na dźwięk, jaki usłyszałam, kiedy przeciągałam igłę prze kolejne kawałki jego skóry, ale nie odwracałam wzroku, chociaż miałam na to cholerną ochotę. Źle się czułam z tym, że krzyczał za każdym razem, kiedy wykonywałam kolejny ruch. Dlatego kiedy skończyłam pierwsze co zrobiłam to podbiegłam do okna i zwymiotowałam. Drżenie wróciło i ledwo stałam na nogach. Musiałam się podeprzeć o parapet, żeby się nie przewrócić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rencia

avatar

Liczba postów : 368
Join date : 26/03/2017

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Wto Paź 03, 2017 11:50 pm



        Ojciec Freyi mocno zagrał mi na nerwach, ale to nie było najgorsze. Kiedy usłyszałem wahanie w głosie dziewczyny myślałem, że zaraz szlag mnie trafi. Czy ona nie rozumiała, że przed chwilą zaryzykowałem dla niej życiem i być może pozycją? Nie wiedzieliśmy, czy słowa Francisa są prawdziwe, a jeżeli były to wpakowałem się w niezłe bagno. Zabicie szlachcica i to z sąsiedniego regionu na pewno nie odbije się bez echa na mojej reputacji. Istnieje szansa, że skreślą mnie z listy potencjalnych kandydatów na króla, a to i tak nie byłaby litościwa kara.
        Czułem i wyglądałem coraz gorzej. Kręciło mi się w głowie i miałem mdłości, aż w końcu całkowicie opadłem z sił. Freya zabrała mnie do siebie i zaczęła tamować krwawienie. Chyba nigdy wcześniej nie czułem tak potwornego bólu i gdyby nie sznur hamujący moje krzyki, pewnie byłoby mnie słychać w sąsiedniej wiosce. Ufałem blondynce, ale to nie umniejszało agonii jaką czułem, kiedy igła za każdy razem przebijała moje ciało. Alkohol nie pomógł ani trochę, poza tym, że głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej.
        - Przepraszam... - wydyszałem ledwo podnosząc się do siadu. - Nie myślałem, że to będzie dla ciebie aż tak trudne. - spróbowałem wstać ale tylko głośno syknąłem. Ból nie pozwalał mi na gwałtowne ruchy. Freya odwróciła się w moją stronę i uśmiechnęła się kpiąco na mój komentarz.
        - Bo zszywanie człowieka to taka prosta sprawa... - odpowiedziała wzdychając ze zrezygnowaniem.          - Powinieneś teraz odpocząć. – nie dostosowałem się do jej prośby, tylko usiadłem na łóżku przykładając palce do szwów, które zrobiła. Nie obejdzie się bez blizn.
        - Myślisz że zabijanie jest prostsze? - spojrzałem na nią wyczekująco. Chciałem, żeby zrozumiała jak bardzo mi na niej zależy. Zabiłem go dla niej, żeby już nigdy więcej nie musiała obawiać się ataków z jego strony. Zależało mi na tym, aby usłyszeć za to podziękowanie.
        - Nie - odpowiedziała bez wahania. - Jest o wiele trudniejsze. - Uśmiechnąłem się nie spuszczając z niej wzroku. Czekałem na coś więcej, ale się nie doczekałem więc westchnąłem i poprosiłem aby poszła po Arthura. Musiałem z nim porozmawiać.
        - Dziękuję - odezwała się cicho, wychodząc z pomieszczenia i po chwili blondyn stał już w drzwiach. Zmarszczył brwi na widok zaszytej rany i bandażu na ramieniu, nie był zadowolony.
        - Daruj sobie komentarze. – machnąłem ręką.
        - Gdzie leży ciało. – przeszedł od razu do rzeczy opierając się o ścianę i krzyżując ramiona. – Wiesz, że jeśli to wysoko postawiony szlachcic, to nawet moja słowa wiele nie dadzą? – rzucił mi to karcące spojrzenie, które stosował od dziecka. Nienawidziłem, kiedy to robił.
        - Jakieś trzydzieści minut drogi na północ od wejścia do lasu. – nie skomentowałem drugiego zdania, bo nie widziałem w tym sensu. Obrona własna i tego się będę trzymał na przesłuchaniu.
        - Kai, zaryzykowałeś wiele, a je nie będę w stanie cię obronić.  
        - Nie przypominam sobie, żebym prosił o twoją pomoc. – prychnąłem mierząc się z nim spojrzeniami, w końcu to on pierwszy odpuścił i westchnął zrezygnowany.
        - Pójdę z moimi ludźmi po ciało, a potem wracamy do miasta. – odsunął się od ściany i kiedy już łapał za klamkę odezwałem się.
        - Nigdzie z tobą nie wracam. – Arthur przez chwilę stał w bezruchu, po czym spojrzał się na mnie wściekły.
        - Słucham? – zapytał zimno.
        - Nigdzie z tobą nie wracam. – powtórzyłem wiedząc, że nie o to jestem pytany. Mężczyzna doskonale słyszał moje słowa i chyba zrozumiał ich przesłanie. - Wiedziałeś, że jestem obserwowany… Wiedziałeś kurwa i nic mi nie powiedziałeś! – krzyknąłem uderzając pięścią w łóżko, co spowodowało fale bólu. – Zdradziłeś mnie i myślisz, że ci wybaczę!?
        - To nie ty jesteś obserwowany Kai, tylko ja. – nie potrafiłem ukryć zdziwienia. – Jesteś ze mną blisko, więc to naturalne, że również stałeś się celem.
        - Co masz na myśli? – zapytałem. Nadal byłem zły, ale gniew zaczął przeradzać się w ciekawość.
        - Można powiedzieć, że zrobiłem jeden szemrany interes za dużo. – świdrowałem go wzrokiem oczekując lepszych wyjaśnień. – Nie patrz tak na mnie. Nie chcę cię w to mieszać.
        - Już wmieszałeś. Przez ciebie Freya była w niebezpieczeństwie. – Arthur odwrócił wzrok i spojrzał przez okno.
        - Przełóżmy tę rozmowę na później. Mam robotę do wykonania. – złapał za klamkę. – Do zobaczenia. – wyszedł z pomieszczenia, a raczej uciekł. W co ty się znowu wpakowałeś idioto…
        Z trudem wstałem z łóżka i wyszedłem na korytarz. Musiałem cały czas opierać się o ścianę, bo ledwo stałem na nogach. Straciłem dużo krwi i bardzo mnie to osłabiło, że nie byłem nawet pewny czy zdołam utrzymać równowagę. Wszedłem do kuchni, gdzie siedziała cała rodzina w wyraźnie lepszych nastrojach. Nigdy nie wątpiłem z umiejętność Arthura do zrzeszania sobie ludzi, ale czasami przechodził moje wszelkie oczekiwania.
        - Co Ty tu robisz?! Powinieneś leżeć i odpoczywać - stanowczo zwróciła mi uwagę i podeszła, żeby mnie zawrócić.
        - Nie jestem tu mile widziany, więc wychodzę. – odpowiedziałem spokojnie wpatrując się w jej ojca.
        - Wykluczone! Wracasz do łóżka. – próbowała mnie popchnąć, ale osłabiony nadal byłem silniejszy od niej.
        -  Nie wracam i wychodzę.
        - Nie bądź idiotą - nie przestawała się spierać i mocno zacisnęła palce na ramieniu mojej zdrowej ręki. - Ja byłam i zobacz jak to się skończyło. Uparcie mówiłam, ze chce wracać do domu, mimo ze mnie od tego odwodziłeś i cholernie tego żałuję. Wiec bądź tak miły i zaprowadź ten swój szlachecki zad z powrotem do łóżka.
        - Zmuś mnie. – uśmiechnąłem się do niej prowokująco. Freya najwyraźniej nie zrozumiała, o co mi chodzi, bo spojrzała na mnie, unosząc brew do góry. Odsunęła się i skrzyżowała ręce na klatce piersiowej.
        - Dobra. Jak chcesz to idź, ale wtedy ja tu zostanę wbrew temu, co mówiłam. – wezbrała się we mnie wściekłość. Nienawidziłem, kiedy ktoś mi rozkazuje, a jeszcze bardziej, kiedy ktoś coś na mnie wymusza. Wyszedłem więc bez słowa, słysząc za sobą kroki dziewczyny.
        - Nie - warknęła doganiając mnie, co nie było zbyt trudne skoro byłem osłabiony. - Nie odwrócisz się tak po prostu i nie odejdziesz. Wracaj do środka - wskazała swój dom.
        - Nie szantażuj mnie nigdy więcej. - warknąłem. - Jeśli tak bardzo mnie nie chcesz to sobie pójdę. - ruszył przed siebie urażony ultimatum jakie mi wcześniej dała.
        - Co? Ja nie chcia... Kai! - zawołała za mną i złapała za rękę, licząc ze nie wyrwę się z jej uścisku. - Kai, proszę... - spuściła wzrok, mówiąc drżącym głosem. - Jesteś ranny, bardzo poważnie, przeze mnie. Ja nie chce... - przerwała, czując łzy na policzkach. - Nie chce cię stracić. Proszę, wróć do środka i odpocznij.
        - To nieuczciwe... - stanąłem do niej przodem i objąłem ręką jej kark, zatapiając twarz w blond włosach. - Dlaczego jesteś taka słodka? - wyszeptałem i odgarnąłem włosy z jej szyi, na której złożyłem pocałunek.
        - Ymmm... - speszyła się, uciekając wzrokiem. Wstydziła się robić takie rzeczy publicznie, czy może obawiała się nieprzyjemnych komentarzy wieśniaków. - Kaiser... – trwałem tak chwilę, ale słysząc jej jęki postanowiłem iść o krok dalej. Objąłem ją ramieniem i pocałowałem bardzo powoli i zmysłowo, tak aby poczuła jak miękną jej nogi.
        - A właśnie - uśmiechnęła się, kiedy przerwałem. - Powinnam ci to oddać skoro wróciłeś po mnie - dala mi medalion, który trzymała cały czas w ręku.
        - Zatrzymaj go. – musnąłem jej czoło. – W końcu to dowód, że należysz do mnie.
        - Dowód, że należę do ciebie? – spytała zaskoczona, na co ja również uniosłem brwi w zdziwieniu, że nie rozumie co mi chodziło.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 450
Join date : 08/07/2015

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Sro Paź 04, 2017 10:20 pm


     Moi rodzice byli widocznie w lepszym humorze, kiedy wchodziłam do kuchni. Arthura wysłałam do Kaisera, a sama z nimi usiadłam. Ojciec spoglądał na mnie oceniająco, jakbym zrobiła coś niewłaściwego i chociaż starałam się na to nie reagować, źle się z tym czułam. Miałam wrażenie, że go zawiodłam i to mnie bolało, bo jak dotąd nigdy mi się to nie zdarzyło.
     - Nie pozwoliłem mu tutaj wejść – zwrócił się do mnie karcąco. Odruchowo spuściłam wzrok z poczuciem winy.
     - Wiem, przepraszam – odpowiedziałam, nie spoglądając mu w oczy. – Ale był poważnie ranny, przez moją lekkomyślność. Wykrwawiał się, a ja nie chciałam go stracić.
     - Zależy ci na nim – wtrąciła mama, która do tej pory się nie odzywała. Zawsze milczała, kiedy była zła.
     - Tak i jemu na mnie także. Zabierze mnie stąd jak poczuje się lepiej.
     - Zabierze i znowu odda jak się mu znudzisz – spojrzałam na niego i westchnęłam zrezygnowana.
     - Może być i tak, albo wręcz przeciwnie. Nie wiemy tego. Wiemy natomiast, że niecałą godzinę temu zaryzykował swoim życiem, żeby mnie uratować. Tato, to dla ciebie nic nie znaczy?
     - Uratował cie, bo taki miał kaprys – byłam na niego zła za to, że był tak okropny. Rozumiałam, że się o mnie martwił, ale chyba widział jak się zachowywałam w ostatnim czasie.
     - W takim razie mam go zignorować, bo ty masz taki kaprys? Bo sobie coś ubzdurałeś? Daruj, ale nie mam takiego zamiaru – warknęłam wstając od stołu. – Chciałabym odzyskać swój medalion. Teraz – ojciec nic nie odpowiedział i po prostu oddał mi medalion. Zaraz po tym pojawił się Kaiser, zupełnie ignorując swój stan. Zachowywał się lekkomyślnie i nie omieszkałam mu tego nie wspomnieć, co skończyło się kłótnią na zewnątrz. Na szczęście nie trwała długo. Kai w końcu mnie objął, a ja się poczułam naprawdę dobrze. Uspokajał mnie i czułam się przy nim bezpiecznie, a teraz to było dla mnie najważniejsze.
     - Dowód, że należę do ciebie? – spytałam zaskoczona, na co on również uniósł brwi w zdziwieniu, że nie rozumie co mi chodziło. - Co masz na... - dziwiło mnie jego zachowanie i musiałam chwilę się zastanowić, dlaczego był zaskoczony. Musiałam sobie dokładnie przypomnieć naszą rozmowę z karocy i ją przeanalizować. Dopiero wtedy zrozumiałam, co sugerował. „Kiedy wrócę jako król, będziesz moją żoną”. - Dowód... dow ... o mój Boże, Ty... znaczy my... znaczy ją myślałam, że... nie sądziłam, że... – plątał mi się język i zamilkłam na chwilę, spoglądając na medalion. Jak miałam to zrozumieć, kiedy nawet nie myślałam o takiej możliwości? Znaliśmy się zaledwie kilka dni. To za krótko, żeby decydować się na coś tak poważnego. - To były oświadczyny... - powiedziałam, jakby właśnie coś odkryła. - O mój Boże, ty mi sie oświadczyłeś... Ty... - podniosłam na niego wzrok, czując sie zmieszaną. Czy byłam na to gotowa? Czy tego chciałam? Czy to nie było za wcześnie? Nie znałam go, ale znałam odpowiedź, chociaż ciężko mi się było do tego przyznać przed sama sobą. To by mi dało gwarancję, że szybko mnie nie porzuci, jeśli uzna, że ma mnie dosyć. Może nawet zdoła się we mnie zakochać, bo ja wiedziałam, że ja się w nim już zakochiwałam od jakiegoś czasu. Inaczej bym tak bardzo nie czekała na jego powrót i nie wyglądała za okno, żeby sprawdzić, czy jednak wcześniej się na to nie zdecyduje. - W takim razie ty musisz mi to z powrotem założyć na szyję – uśmiechnęłam się, oddając mu medalion.
     - Wzięłaś mój medalion nie wiedząc co się za nim kryje... - Kaiser odsunął się ode mnie. Wyglądał na złego jeśli nie bardziej na rozczarowanego. Jego zachowanie w tym momencie było zrozumiałe, ale zabolało.
     - Przepraszam – odpowiedziałam spokojnie, ale zażenowana tym, że tego nie wyłapałam. – Myślałam, że dałeś mi go, żeby mnie uspokoić i zapewnić, że wrócisz, żeby go odzyskać. Nie sądziłam, że to coś tak… poważnego. W końcu znamy się naprawdę krótko i nic o sobie nie wiemy. Nie myślałam nawet o możliwości, że mi się kiedykolwiek oświadczysz.
     - Ten medalion należał do mojej matki. To najcenniejszą rzecz jaką mam i jedyna jaka mi po niej została – westchnął zrezygnowany. - Byłem szczęśliwy kiedy go przyjęłaś, ale teraz... - wystawił rękę. - Oddaj mi go – spuściłam głowę i przygryzłam wargę, spoglądając na przedmiot. Oddałam mu go, bo co mogłam innego zrobić? Nie zabiorę mu tego i nie mogę go winić za takie zachowanie. Chociaż powinien się domyślić, że takie „oświadczyny” to żadne oświadczyny, bo kto by to zrozumiał?
     - Freya... - złapał mnie za dłonie i z wielkim trudem klęknął. - Czy zechcesz przyjąć mój medalion wiedząc co on oznacza?
     - Kai, oszalałeś? Nie jesteś w najlepszej kond… - przerwałam, zdając sobie sprawę z tego, o co prosił. Serce mi załomotało w piersi, a policzki zapłonęły. - Ja… znaczy… - zająknęłam się, łapiąc oddech. – Tak, chcę – odpowiedziałam po złapaniu oddechu i opanowaniu samej siebie. – A teraz proszę wstań i się połóż. Musisz odpoczywać – uśmiechnęłam się. Wstał i zawiesił medalion na mojej szyi.
     - Gdybyś się nie zgodziła i tak bym Cię porwał - uśmiechnął się szeroko. - Zimno mi... - pochylił się nade mną i szepnął do ucha. - Rozgrzejesz mnie? – poczułam jak moja twarz płonie, bo wiedziałam o co mu chodziło.
     - Kai! – pisnęłam zaskoczona. – Musisz odpoczywać! - Zaczął jeździć językiem po moim uchu, wywołując dreszcze. - Zamarznę jeśli tego nie zrobisz.
     - W środku są koce. Okryjesz się jednym, jak tylko wejdziesz… - odpowiedziałam pół-szeptem.
     - Jesteś cieplejsza niż koc - objął mnie w pasie. - Od razu mi lepiej, chociaż - ściszył głos do szeptu. - Gdybyś pozbyła się ubrań byłoby mi jeszcze cieplej – poczułam jak moja twarz dosłownie płonie i gorączkowo rozejrzałam się dookoła.
     - Kai, będziesz miał mnie na wyłączność jak będziemy u Ciebie. Teraz powinieneś ograniczyć wysiłek i dać ranom sie zagoić... - poprosiłam, licząc na to, że tym razem sobie odpuści. Wątpiłam w to, ale zawsze można mieć nadzieję.
     - Nie będę w stanie odpocząć wiedząc, że jesteś tuż obok, ale poza moim zasięgiem. - bawił się kosmykami moich włosów.
     - Odpoczniesz wtedy o wiele bardziej niż wtedy, kiedy będziesz się zabawiał… - zwróciłam mu uwagę. Jego zachowanie… Spodziewałam się, jaki jest, ale jednak nie czułam się dobrze z tym, jak przedmiotowo mnie traktował. No, ale czego ja się tak naprawdę spodziewałam?
     - Wcześniej byłaś bardziej posłuszna - zaśmiał się i objął mnie mocno. - W takim razie zostaję tutaj. Nie mam ochoty wysłuchiwać uwag twojego ojca bez należytej rekompensaty.
     - Nie wygłupiaj się, Kai.
     - Kiedy ja nie żartuje, Freya. Mogę zatrzymać się w jakiejś stajni. - Zmrużyłam gniewnie oczy.
     - Teraz ty mnie szantażujesz...
     - Ja przynajmniej jestem w tym uroczy - pocałował mnie w czubek głowy.  - Nie dam rady spać wiedząc, że jesteś tuż obok, a ja nie jestem w stanie cię dotknąć. To mnie wykończy.
     - Nie będę tuż obok. Będę w pokoju rodziców – Kaiser westchnął
     - Freya... wiesz o co mi chodzi, ale niech będzie... – w końcu mi uległ. - Tylko jeśli usłyszę kolejną uwagę twojego ojca, to nie będę już taki grzeczny – uśmiechnęłam się szeroko, przytuliłam go i pocałowałam w policzek. Ulżyło mi, że się zgodził.
     - Dziękuję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rencia

avatar

Liczba postów : 368
Join date : 26/03/2017

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Czw Paź 05, 2017 9:53 pm




        Wchodząc do domu Freyi od razu dostrzegłem gniewny wzrok jej ojca. Wiedziałem, że to nie był dobry pomysł, ale dziewczyna się uparła, więc nie miałem wyjścia i musiałem za nią pójść.
         - Jak ci u nas tak źle to wracaj do swojego pałacu. - syknął jadowicie. Naprawdę starałem się go ignorować, ale już nie mogłem. Jeżeli teraz się nie odezwę to będzie sobie pozwalał przez cały czas, a nie miałem zamiaru więcej tego znosić.
        - Dosyć już tego wszystkiego! - krzyknąłem podobnym tonem co on. – Wystarczy tych bezpodstawnych uwag! – spiorunowałem go spojrzeniem.
        - Kai... – blondynka odezwała się przestraszona, ale nie mówiła nic więcej. Doskonale zdawała sobie sprawę, że mam prawo do takiej reakcji.
        - Nic nie poradzę że jestem pieprzonym arystokrata i szczerze to najchętniej zabrał bym Freye i uciekł od tego wszystko, ale nie zrobię tego, bo nie jestem tchórzem! - złapała mnie za rękę, jakby liczyła na to, ze mnie to uspokoi. - Masz kiepski gust skoro spodobał Ci się porywacz, a mężczyzna który uratował twoja córkę jest tym złym. - nie miałem zamiaru okazywać mu szacunku skoro ja również go nie otrzymałem. - Zabiorę stąd Freye i sprawie że zakocha się we mnie, a potem urodzi nasze dzieci i nic ci do tego! - Freya się zarumieniła, jednocześnie wstydliwie zerkając w stronę ojca, niepewna jego reakcji.
        Oczekiwałem kolejnych wrzasków i krzyków, ale mężczyzna tylko wstał i trzasnął za sobą drzwiami. Matka dziewczyny wyglądała za to na zadowoloną, bo posłała mi ciepły uśmiech.
        - Chodźmy. - pociągnąłem Freye za sobą do jej pokoju i kiedy drzwi się zamknęły przycisnąłem ją do nich i pocałowałem. - Chyba nie zrobiłem dobrego wrażenia... – zażartowałem..
        - No wiesz... - odezwała się łamiąc oddech po pocałunku. Nadal była czerwona na twarzy, teraz nawet jeszcze bardziej. - Nawrzeszczałeś na ojca swojej narzeczonej, który od początku pokazywał, ze nie jest zadowolony z tego, z kim widzi swoja córkę. Raczej ciężko tutaj o dobre wrażenie.
        - To twoja wina... – musnąłem jej wargi jeszcze raz ale tym razem bardziej namiętnie i dłużej. - Mówiłem żebyśmy poszli spać do stajni... - rozpiąłem pasek spodni i guzik, bo czułem jak moja męskość napiera na nie. - Doprowadzasz mnie do szaleństwa... weź za nie odpowiedzialność... - złapałem za jej dłoń i wsunąłem ją do spodni. Dotyk jej palców od razu sprawił że przeszły mnie przyjemne dreszcze. Pocałowałem ponownie dziewczynę nie dając jej szans na odmowę. Jęczała mi prosto w usta zawstydzona tym, co chciałem, żeby zrobiła i dobrze, bo jej bezsilność podniecała mnie jeszcze bardziej.
        Czułem, że Freyi podoba się to co robię, ale czułem też, że coś jest nie tak i nie myliłem się. Łzy zaczęły spływać po jej policzkach, było ich tak dużo, że nie dawała rady ścierać ich z twarzy.
        - Kai, ty myślisz tylko o jednym... - szepnęła drżącym głosem, przełykając łzy, kiedy się od niej odsunąłem. - Jesteś poważnie ranny i naprawdę się martwię, że przeze mnie ta rana się pogorszy. - Zrobiłem wielkie oczy słysząc to wyznanie. Zachowywałem się jak egoista, którym byłem przed poznaniem Freyi. Chciałem, żeby mnie zadowoliła jak każda inna dziewczyna, ale przecież w związku to tak nie działa. Byłem wściekły sam na siebie za to, że płakała przez moja upartość i chciwość, dlatego szybko przytuliłem ją do siebie mając nadzieje, że mi wybaczy.
        - Przepraszam... – szeptałem jej do ucha. Kobiece łzy były moją słabością i nie potrafiłem ich zignorować zwłaszcza u dziewczyny, która bardzo mi się podoba. - Nie płacz... – musnąłem czubek jej głowy.
        - To proszę, Kai, dbaj też o swoje zdrowie, swój stan, a nie tylko o potrzeby. Co ci przyjdzie z potrzeb, kiedy nie będziesz w stanie ich zaspokoić? – objęła mnie mocno chcąc tym samym pokazać jak bardzo jej zależy.
        - Wiesz... – położyłem swoje czoło na jej i spojrzałem prosto w oczy - Nigdy wcześniej nie miałem dla kogo żyć i dbać o siebie... - uśmiechnąłem się. - Teraz już mam... położysz mnie? – blondynka uspokoiła się i uśmiechnęła, przecierając łzy.
        - Kołysankę też ci zaśpiewać? - zapytała żartobliwie, ciągnąc mnie za rękę w stronę łóżka.
        - Kołysanka będzie, kiedy już wyzdrowieje. Twoje ciało ja dla mnie zaśpiewa. - Zaczerwieniła się i zawstydzona spuściła wzrok.
        - Moje łóżko nie jest tak wygodne jak twoje, ale mam nadzieję, że ci wystarczy - odpowiedziała ledwo słyszalnie.
        - Wcześniej proponowałem stajnie. - puściłem jej oko. - Nie zależy mi na wygodzie, więc nie martw się o to.
        - W razie, jakby ci było zbyt zimno to koce są w szafie, o tutaj - wskazała odpowiednie miejsce. - Powinnam cię ostrzec, że większość mieszkańców wioski to ranne ptaszki, a ściany tutaj nie są grube. Jeśli chcesz się wyspać to dobrze by było, jakbyś już teraz poszedł spać. Wiesz... - zatrzymała się i zawstydzona spojrzała na mnie, bawiąc się włosami. Zawijała je na palec i wypuszczała, a potem od nowa. - Gdybyś nie był tak... niezaspokojony, zostałabym tutaj z tobą, ale może innym razem. Dzisiaj będę spała w pokoju rodziców.
        - Twój ojciec by mnie zabił gdyśmy spali w jednym pokoju. - zaśmiałem się. - Poproś Arthur, jeśli się pojawi, aby wysłał po nas Vincenta, ale dopiero z samego rana. Dobranoc kochanie. - Pokiwała twierdząco głową i uśmiechnęła się, podchodząc do mnie.
        - Dobranoc - pocałowała mnie w policzek i wyszła ze swojego pokoju, kierując się do pokoju rodziców. Wiedziałem, że nie będę w stanie zasnąć czując napięcie w kroczu, ale wyciągnąłem jakieś koce z szafy i rzuciłem na łóżko. Pościel nie była świeża, ale dzięki temu mogłem wyczuć w niej zapach Freyi.  Cholera… teraz już na pewno nie zasnę.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Raika

avatar

Liczba postów : 450
Join date : 08/07/2015

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Sob Paź 07, 2017 10:17 pm


     Kiedy zamknęłam za sobą drzwi, poczułam jak uderza we mnie to, co powiedział Kaiser. „Kochanie…” To słowo odbijało się w mojej głowie jak echo. Sprawiało, że serce waliło mi jak oszalałe, a uśmiech nie schodził z twarzy. Wcześniejszy niepokój i niepewność co do sposoby, w jaki Kai potraktował mojego ojca po prostu zniknęły. To dobrze, że tak zareagował. To znaczyło, że mu na mnie zależało, a to było dla mnie najważniejsze, nawet jeśli mogło mnie poróżnić z rodzicami. To Kaiser był moją przyszłością i miałam zamiar o tym pamiętać.
     Zanim weszłam do pokoju rodziców zapukałam i tak jak podejrzewałam, mama już wykładała mi pościel. Spodziewali się, że tutaj zawitam i się na to przygotowali, chociaż tata nadal miał paskudną minę. Nieistotne. Co istotne to, to że nie byłam obojętna mężczyźnie, do którego zaczynałam coś czuć.
     - Rozmawiałam z Kaiserem zaraz po tym jak mnie uratował – zaczęłam, spoglądając na małżeństwo. – Poprosiłam go o wsparcie dla was, kiedy z nim odjadę.
     - Freya… - mama była zaskoczona, ale przerwałam jej, bo wiedziałam, że spróbuje mi to wybić z głowy.
     - Nie będzie mnie obok, żeby wam pomóc. Chcę, żebyście mieli chociaż ludzkie warunki życia.
     - Nie potrzebujemy i nie chcemy jego pieniędzy – wtrącił się mój ojciec i chociaż się tego spodziewałam, miałam ochotę westchnąć ze zrezygnowanie.
     - Tato… Doskonale wiemy, że potrzebujecie – spojrzałam na niego.
     - Dlaczego chcesz z nim iść Freya? – nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć, więc uznałam, że pół-prawda będzie najlepszą reakcją.
     - Tato, on mnie uszanował. Kupił mnie na targu niewolników, ale nie traktował jak jednego z nich. Dał mi suknie, lepsze od wielu kobiet, nawet szlachetnie urodzonych. Dał mi biżuterię, buty, nieograniczony dostęp do łazienki, ale mnie nie wykorzystał. Po dotarciu do jego domu, nie zmusił mnie do spółkowania z nim. Nie wymusił na mnie posłuszeństwa. Sam był posłuszny temu, o co go poprosiłam, a poprosiłam go o to, żeby mnie nie wykorzystał. Okazuje to w niewłaściwy sposób, ale jest naprawdę dobrym człowiekiem. Uratował mnie co najmniej trzy razy, nie tylko teraz, ale i wcześniej. Uchronił mnie przed gwałtami. Powiedz mi, jak wielu wysoko urodzonych mężczyzn w tych czasach szanuje kobiety?
     - Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Freya zrozum, że u nas w wiosce jest dużo o wiele bardziej odpowiednich kandydatów dla ciebie, niż jakiś rozpieszczony dzieciak z wyższych sfer. Wcale nie musisz z nim jechać.
     - Nie muszę. Robię to z własnej woli. Zależy mi na nim i nawet twoje słowa tego nie zmienią, choćbyś nie wiem jak próbował.
     - Chcesz zostawić rodzinną wioskę dla chłopaczka, którego znasz kilka dni? – poczułam się tak, jakby mi zadał cios prosto w serce. Mówił tak, jakby mój wyjazd z Kaiserem miał go zawieść.
     - Będę spać na podłodze – powiedziałam stanowczo, biorąc pościel i kładąc ją na podłodze.
     - Freya, tak ci nie przystoi. Jesteś młodą kobietą, a nie psem… - zwróciła mi uwagę mama. Nie odpowiedziałam jej w żaden sposób i po prostu się położyłam, zwijając w kulkę. Było chłodno, ale przeżywałam gorsze temperatury, więc zamknęłam oczy.
     - Nie wygłupiaj się. Wstawaj.
     - Dobranoc – rzuciłam pewnie. Nie miałam zamiaru się podnosić z miejsca. Nie rozumiałam dlaczego mój ojciec jest tak negatywnie nastawiony do Kaisera. Wrócił po mnie, uratował mnie przed kolejną sprzedażą. Co miał jeszcze zrobić?
     - Nie pozwolę aby moje dziecko spało na podłodze podczas gdy jakiś arystokracina śpi wygodnie w łóżku - podszedł i pociągnął mnie za ramie.
     - Twoje dziecko samo chce spać na podłodze. Uszanuj proszę moją decyzję – warknęłam, wyrywając się z jego uścisku.
     - A rób sobie co chcesz - ojciec wściekły wyszedł z pokoju i trzasnął drzwiami, a ja zaczęłam mieć poważne wątpliwości i niepewnie spojrzałam na mamę.
     - Myślisz, że robię błąd? – zapytałam z trudem powstrzymując drżenie głosu.
     - Sama musisz sobie na to odpowiedzieć – odpowiedziała i podeszła do drzwi. – Pójdę z nim porozmawiać. Prześpij się, potrzebujesz tego – uśmiechnęła się i opuściła pomieszczenie, podążając za tatą. Opadłam na posłanie i westchnęłam zrezygnowana. Nie wiedziałam, co powinnam była zrobić. Nie zasnęłabym, więc wyszłam z pomieszczenia akurat w momencie, w którym pod dom ktoś podjechał. Niepewnie wyjrzałam i zauważyłam Arthura, który kierował się do domu. Wpuściłam go, starając się zignorować ciało, które pozostawił na zewnątrz.
     - Kai prosił, żebyś wysłał po nas Vincenta nad ranem – odezwałam się do mężczyzny.
     - Czemu mnie to nie dziwi - wyglądał na niezdziwionego całą te sytuacją. - Kai to dobry chłopak. Może wydawać się arogancki i upierdliwy, ale ma wielkie serce. Nigdy nie pozwoli, żeby stała ci się krzywda, więc opiekuj się nim - skrzyżował ramiona i uśmiechnął się.
     - Do tej pory to on opiekował się mną – odpowiedziałam, unosząc kąciki swoich warg. – Wszystko w porządku? – zapytałam, spoglądając w oczy chłopaka.
     - Dobranoc Freya - odpowiedział wymijająco i wrócił do swoich ludzi. Dziwiło mnie to i chociaż nie powinnam, wyszłam za nim.
     - Arthur! – zawołałam, doganiając go. – Co się dzieje? – Mężczyzna położył mi dłoń na ramieniu.
     - Wracaj do domu, albo się przeziębisz - uśmiechnął się uspokajająco, ale nie chciał nic powiedzieć. Coraz bardziej denerwowały mnie te tajemnice. Wykluczali mnie z czegoś, czego częścią się stałam, kiedy Kaiser mnie kupił.
     - No tak… - odpowiedziałam, opuszając bezwładnie ręce wzdłuż ciała. – Najlepiej to unikać odpowiedzi. W końcu niewolnica nie musi wszystkiego wiedzieć.
     - Dobrze, że znasz swoje miejsce - uniósł brwi do góry widocznie rozbawiony tym, że próbowałam coś na nim wymusić. Przez chwilę milczałam, wpatrując się w niego, ale potem westchnęłam widocznie zrezygnowana i niezadowolona.
     - Niech będzie… - powiedziałam jednocześnie zawiedziona i zasmucona, wyrzucając ręce w powietrze w geście bezradności. Nie miałam siły ciągać go za język i walczyć o odpowiedź. Jaki to miało sens, skoro i tak już zdecydował czy mi powiedzieć czy nie? – Słyszałam waszą kłótnię z Kaiserem – zmieniłam temat, chociaż nie robiłam tego z przekonaniem. – Sama miałam sprzeczkę z tatą, więc wiem jak się możecie czuć. Jakbyś chciał porozmawiać, to wiesz gdzie mnie znaleźć. Daleko nie będę – nie czekałam na jego odpowiedź. Odwróciłam się i odeszłam. Pierwotnie chciałam go poprosić o towarzystwo na spacerze, ale był widocznie zajęty. Dlatego sama udałam się na przechadzkę, co zapewne Arthur zauważył, kiedy się oddalałam. Nie podążył, jednak za mną, co uznałam a swego rodzaju przegranie. No nic, prawda?

     Ciężko mi było spać w nocy, dlatego nie byłam szczególnie wyspana z samego rana, ale to nie pierwszy raz. Podniosłam się jako pierwsza i jak najciszej wyszłam z pokoju rodziców, żeby zająć się śniadaniem. Niedługo potem dołączyła do mnie mama i szybko wszystko przygotowałyśmy. Mama wzięła porcję dla siebie i taty, a ja zapukałam do swojego pokoju, w którym spał Kai. Nie słyszałam odpowiedzi, więc niepewnie zajrzałam, zauważając że mężczyzna nadal spał. Wyglądał zdecydowanie zbyt przystojnie, kiedy pierwsze promienie słońca padały na jego okrytą sylwetkę. Uśmiechnęłam się pod nosem i postawiłam na stoliku śniadanie dla niego. Było skromne, ale tutaj nie można było liczyć na wiele. Składało się z kaszy, chleba i warzyw zmieszanych ze sobą, a zebranych z naszego ogródka. To było tak naprawdę nic w porównaniu z tym, co jadał w domu, ale lepsze to niż nic.
     - Kaiser… - szturchnęłam go lekko w zdrowie ramię. Nie otrzymałam żadnej odpowiedzi. Aż szkoda mi było go budzić, ale musiał coś zjeść. Od wczoraj nie miał nic w buzi. – Kai – szturchnęłam go mocniej, ale on zamiast wstać odwrócił się na drugi bok. Mimowolnie parsknęłam śmiechem i spróbowałam jeszcze raz. – Kaiser – powiedziałam głośniej, a on tylko mruknął coś niezrozumiale. Aż miło się na niego tak patrzyło. Wyglądał tak nieziemsko, kiedy przy takiej posturze i charakterze, chociaż raz zachowywał się jak dziecko. To było urocze, naprawdę. Aż nie chciałam go budzić, ale i tak nachyliłam się nad jego uchem. – Im szybciej wstaniesz, tym szybciej wrócisz ze mną do domu – szepnęłam. – Do domu, w którym w pokoju obok już nie będzie moich rodziców… - dodałam i się odsunęłam.
     - Freya... - mruknął nadal zaspany i nie otworzył oczu. Już nie miałam serca na siłę go budzić, więc się podniosłam i nachyliłam nad nim, całując przelotnie w usta. Chciałam się odsunąć i pójść do ogrodu warzywnego, ale nie pozwolił mi. Przytrzymał mnie i zmienił to w bardziej namiętny pocałunek, wyciągając ze mnie niekontrolowane mruknięcie.
     - Jesteś cudownym budzikiem – parsknęłam śmiechem, słysząc jego komentarz.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Rencia

avatar

Liczba postów : 368
Join date : 26/03/2017

PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   Wto Paź 17, 2017 10:05 pm




         Nie mogłem zasnąć przez bardzo długi czas. Rana tak mocno pulsowała, że cała moja uwaga skupiała się na niej. Nocne zwierzęta i dźwięki przyrody przypominały mi dawne czasy, kiedy jeszcze nie miałem tylu zobowiązań względem szlachty i mogłem pozwolić sobie na bardziej wolne i dzikie życie. Wiele razy namówiłem mojego przyjaciela na nocowanie w lesie, co zawsze kończyło się jego dwu dniowym narzekaniem, że wszystko go boli i piecze. Bawiło mnie to, bo Arthur nie jest typem, który lubi użalać się nad sobą, dlatego lubiłem rzucać mu złośliwe komentarze, co jeszcze bardziej potęgowało jego niechęć i złość. Nie uczył się na błędach, albo chciał coś sobie udowodnić.
         Freya obudziła mnie nad ranem w tak słodki sposób, że nie mogłem się powstrzymać przed szerokim uśmiechem. Uwielbiałem w niej tę delikatność i subtelność, ale po wczorajszym dniu zacząłem również dostrzegać jej charakterek. Upartość, zasadniczość, stanowczość to były zupełnie nowe cechy, które pierwszy raz w niej widziałem. Czy podobały mi się? Trudno powiedzieć. Nigdy nie interesowały mnie silne i niezależne kobiety, bo nie widziałem w nich niczego podniecającego.
         - Twój ojciec przez pół nocy zaglądał przez okno do pokoju. Bal się że mnie ukradną? - zaśmiałem się siadając ma łóżku. Poczułem lekkie ukłucie bólu i coś czułem że długo nie pozwoli mi o sobie zapomnieć, tak jak to miało miejsce w nocy.
         - Żartujesz chyba... - stwierdziła zdziwiona.
         - Urocze z jego strony, że tak mnie pilnuje. Potrafi dbać o swoich gości. – rzuciłem rozbawiony, bo wiedziałem, że to nie było jego celem. Bardziej interesowało go, co robię, niż to czy jestem bezpieczny. Zresztą wątpiłem, aby Arthur zostawił mnie bez opieki. Na pewno gdzieś kręcili się jego ludzie.
         - Może chce zostawić chociaż w miarę dobre wrażenie po sobie? - zapytała i parsknęła śmiechem.
         - Możliwe. – posłałem jej kolejny uśmiech. - Zrobiłaś mi śniadanie? - zapytałem zerkając na tacę z jedzeniem. Słowa nie opiszą tego jak bardzo głodny byłem, jednak po wczorajszej sytuacji z ojcem Freyi nie miałem ochoty o nic prosić.
         - Tak – odpowiedziała od razu. - Nie pamiętam, żebyś wczoraj cos zjadł. – mogło mi się wydawać, ale słyszałem przeprosiny w jej głosie. Pewnie miała wyrzuty sumienia, że zostawiła swojego narzeczonego bez posiłku.
         - Moja wczorajsza kolacja uciekła do innego pokoju, więc siedziałem głodny cała noc. - puściłem jej oko mając nadzieje, że zrozumie mój dwuznaczny komentarz. - Nakarmisz mnie? – Twarz dziewczyny zrobiła się czerwona i szybko spuściła wzrok.
         - Bedę zajęta w ogrodzie warzywnym - odezwała się cicho. - Poradzisz sobie sam...
         - Jestem ranny... – udałem smutek. - Nie zaopiekujesz się mną ? - zapytałem podchwytliwe z nutką żalu w głosie.
         - Nie kombinuj... - uśmiechnęła się i wstała.
         - Nie zmienisz mi bandaży? – nie poddawałem się. - Nie zobaczysz czy wdała się infekcja - robiłem wszystko by tylko ze mną została.  
         - Niech będzie - poddała się, na co uśmiechnąłem się szeroko. - Zajmę się twoja rana i zmienię bandaż, ale nie będę cię karmić. – usiadła obok mnie na łóżku i zaczęła rozwijać opatrunek.
         - Oj, tak chyba księżniczka nie powinna traktować rycerza, który uratował ją z rak zbira? – uniosłem brwi do góry w geście sarkazmu.
          - Zawsze mogę wysłać mamę, żeby ci zmieniła opatrunek. – odpowiedziała defensywnie.
         - Nie przypominam sobie żebym oświadczył się twojej mamie.
         - Kaiser... nie nakarmię cię - powtórzyła.
         - W takim razie sam sobie wezmę... – objąłem Freye bardzo delikatnie i zacząłem całować.
         - Co... - przerwał jej kolejnym pocałunkiem. Mruknęła zadowolona, ale po chwili lekko mnie odsunęła od siebie, kładąc dłonie na torsie. - Nadal jesteś ranny... - powiedziała stanowczo.
         - I głodny... - przysunąłem ją jeszcze bliżej. - A ty tak pięknie pachniesz... chce Cię spróbować. – przeniosłem usta na jej szyje.
         - Kai... prosiłam cię o coś... - ciężko jej było mówić spokojnie i normalnie, bo moje pocałunki sprawiały, że nie kontrolowała mruknięć. - Miałeś o siebie dbać...
         - Dbam o siebie i o nas. – wiedziałem, że powinienem przestać, ale nie mogłem, bo czułem, że chciała tego tak samo jak ja. Każde jej mruknięcie mówiło „więcej”, ale zaprzeczały temu słowa. Nie mniej jednak obiecałem, że nie będę nadwyrężał swojego ciała i miałem zamiar dotrzymać słowa. - Zaufaj mi trochę...
         - Ufam ci - odpowiedziała. - Ale to nie znaczy, ze mam przestać cię opanowywać, kiedy zbyt ryzykujesz. A teraz ryzykujesz i nie mam zamiaru się przyczynić do pogorszenia twojego stanu - powiedziała zirytowana i odepchnęła mnie mocniej od siebie. Nie potrafiłem ukryć zirytowania, bo jej zachowanie wcale nie mówiło „ufam”. - Mam zamiar zmienić ci opatrunek, a potem pójść pomoc mamie w ogrodzie warzywnym - podniosła się i podeszła po nowe opatrunki.
         - Jak chcesz... - burknąłem i nie odezwałem się już słowem podczas gdy Freya zajmowała się moją raną. Ona również milczała, bo najwyraźniej nie miała ochoty wdawać się w kolejną dyskusje. Każdy jej dotyk sprawiał mi ból. Próbowałem go w sobie dusić, ale niekontrolowane syknięcia wydobywały się w moich ust. Kurwa… za niecały miesiąc ma się rozpocząć turniej, nie ma szans, żebym zdążył wyzdrowieć.
         Dziewczyna po skończonej pracy odsunęła się, pakując do apteczki pozostałości bandaży. W tym samym czasie wstałem i usiadłem przy stole. Śniadanie nie wyglądało zachwycająco, ale smakowało całkiem nieźle.
         Freya wyszła, a ja w tym czasie zjadłem przygotowany przez nią posiłek. Byłem wściekły na nią i na siebie. Skoro tak bardzo nie chcę, żebym ją dotykał bez pozwolenia, to już więcej tego nie zrobię. Następnym razem to ona będzie musiała o to poprosić.
         Po chwili drzwi się otworzyły i na łóżku pojawiły się moje nowe ubrania. Przypominały mi dawne czasy, więc bez wahania zacząłem zdejmować spodnie, nie czekając aż Freya opuści pokój i pójdzie pomóc matce w ogrodzie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]   

Powrót do góry Go down
 
In the chains of lust [2 os. romans. wojny .18+]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 6 z 6Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4, 5, 6

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: