IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Others [sci-fi, akcja]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
Idź do strony : 1, 2  Next
AutorWiadomość
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 10:42 pm



I wanna hide the truth
I wanna shelter you
But with the beast inside
There's nowhere we can hide


Zastanawiałeś się kiedyś jak by wyglądało Twoje życie, gdybyś posiadał paranormalne zdolności? Razem z milionami innych osób na całym świecie oglądasz filmy o superbohaterach. Na ulicach widujesz dzieci w strojach superbohaterów idące na bal przebierańców, czy dorosłe osoby w koszulkach z logo Batmana, czy nieśmiertelnym symbolem Supermana. Co by się stało, gdybyś nabył zdolności ulubieńca z dużego ekranu? Wykorzystywałbyś je do własnych celów, czy pomagał innym? Ukrywałbyś je, czy ogłosił całemu światu? Byłbyś cenionym bohaterem broniącym uciemiężonych? Czy to nie byłoby fantastyczne...?

Żyją na Ziemi osoby, które miały okazję się przekonać jak wygląda posiadanie supermocy. I wcale nie było to takie fantastyczne.



Na Ziemi żyją osoby obdarzone nadprzyrodzonymi zdolnościami, jednak ich życie ani trochę nie przypomina tego znanego z filmów. Są wyłapywani w młodym wieku, lecz wcale nie trafiają do Akademii Profesora Xaviera. Część z nich rekrutowana jest do armii. Ci, którzy nie spełniają wymogów, zostają zamknięci w ośrodku znajdującym się na malutkiej wysepce u wybrzeży Japonii, gdzie przeprowadzane są na nich bestialskie eksperymenty. Bajka o superbohaterach ratujących świat przed złem obraca się w proch przy konfrontacji ze światem realnym. Nikogo nie uratowali, nikt nie mówi o nich w telewizji. Część z nich została wyszkolona by zabijać i to jest ich jedyny cel. Pozostali cierpią katusze.

Na wolności pozostała tylko niewielka grupka, której jeszcze nie zidentyfikowano. Wszyscy ukrywają się przed światem i rządem. Jedni podejmują kariery rzezimieszków, inni umierają na ulicy, żebrząc o kawałek chleba. W Podziemiu powoli zaczyna się formować organizacja mająca na celu ochronę osób obdarzonych wyjątkowymi zdolnościami. Ale czy mają jakiekolwiek szanse w starciu z rządem...?

When you feel my heat
Look into my eyes
It’s where my demons hide



Postacie
Arbi - Joel Rust
Lo - Alena



Don’t get too close
It’s dark inside
It’s where my demons hide

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 10:44 pm


Alena - 22 lata - telekineza, niewidzialność


White walls always weep
When I try to fall asleep
In this city by the sea
Walk the memories




Poszukiwana!
Młoda kobieta. 170 cm wzrostu. Fioletowe włosy. Brązowe oczy. Rosyjskie pochodzenie. Zdezerterowała z wojska. Szczególnie niebezpieczna.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 10:58 pm




My mouth it's got a great big smile
that shows some great big teeth



Imię
Joel

Nazwisko
Rust

Lat
23

Strona
POP*

Moc
ciało z tytanu

Kolor oczu
szary

Kolor włosów
ciemny brąz


to friends it brings happiness
and to enemies it means defeat



*POP - Podziemna Organizacja Przeobrażonych

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pią Kwi 21, 2017 12:47 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 10:59 pm


Ulice Tokio jak zwykle były przeludnione. Już kila dni spędzonych tam utwierdzało w przekonaniu, że to miasto nie może być puste. Nawet po zmroku w dzielnicy Shibuya roiło się od ludzi, a wśród nich przemykała postać w czarnej bluzie. Szybkim ruchem dłoni poprawiła kaptur, nasuwając go bardziej na czoło. Fioletowe włosy nie były zbyt pomocne, jeśli za twoją głowę wyznaczono niemałą sumkę i ścigało cię co najmniej kilka międzynarodowych organizacji. Alena wiedziała to doskonale i chociaż mijała po drodze wielu ludzi o dość oryginalnym wyglądzie - sama wolała nie ryzykować. Jej wzrost i atletyczna sylwetka już wystarczająco musiały rzucać się w oczy, pośród niskich i raczej drobnych Japończyków. Przedzierając się przez tłumy Azjatów, przypomniała sobie ostatnie miesiące na froncie.

Grupa Aleny przed rokiem została nieoficjalnie wysłana do Syrii, by tam wspomóc Front Islamski. Niewielki oddział składający się z co najwyżej kilkunastu wyszkolonych osób posiadających nadprzyrodzone zdolności oraz nieco większej liczby zwykłych żołnierzy.
Pamiętała dokładnie jak wyglądał ich przylot do Syrii. Wszyscy byli zdeterminowani. Mieli zrobić to, co do nich należało, do czego zostali wyszkoleni. Nikt, prócz zwykłych żołnierzy, nie wykazywał zbytnich emocji. Sytuacja polityczna i religijna także miała małe znaczenie. Iść, zabić, wrócić. Wiedzieli, że nie uda się ich zabić. Nie mieli rodzin, o które mogliby się martwić. Nie zostawili nigdzie swoich drugich połówek ani przyjaciół. Od dziecka byli szkoleni, aby walczyć. Wydawać by się mogło, że nie są zdolni do okazywania emocji, zawierania głębszych znajomości. Żywe maszyny do zabijania, wyposażone w umiejętności superbohaterów z komiksów Marvela.
Jednak nikt nie był w stanie przewidzieć jak taka sytuacja podziała na młody umysł Aleny. Prawdziwa wojna różniła się od szkolenia. Miesiące spędzone w ruinach, będących kiedyś częściami miast, codzienny widok rozstrzeliwanych opozycjonistów, przemocy wobec kobiet i dzieci, ludzi desperacko starających się uciec... W Alenie coś pękło.
Przez kilka miesięcy rosło w niej nieznane uczucie. Długo nie wiedziała co to jest, aż pewnego dnia dotarło to do niej.
Siedziała wtedy schowana za cienką ścianą podziurawioną przez kule. W oddali słychać było strzały oraz krzyki ludzi. Nie bała się. Przynajmniej do czasu aż koło niej padło zakrwawione ciało. Niby normalne, co dzień widywała trupy. Jednak w tym było coś innego... To był jeden z nich. Dotychczas zdawało im się, że są nieśmiertelni. Powtarzano im, że nic nie zdoła ich pokonać. A tu nagle jeden z członków jej oddziału leżał nieżywy z wielką dziurą po kuli w głowie.
Alena zadziałała machinalnie. Nie chciała już więcej tam być, a umiejętność stawania się niewidzialnym bardzo jej w tym pomogła. Uciekła z pola bitwy, ostrożnie przemknęła się na statek transportujący emigrantów do Europy. Mimo, że od tamtego zdarzenia minęło już kilka miesięcy, a dziewczyna zdążyła wiele razy zmienić miejsce pobytu, nadal słyszała huki wystrzeliwanych bomb i widziała zakrwawione ciała z oderwanymi kończynami...


Z zamyślenia ocknęła się w idealną porę. Już dochodziła do miejsca kryjówki POPowców. Niezauważanie skręciła w boczną uliczkę, po czym zastukała w metalowe drzwi. Para świecących oczu czujnie przyjrzała jej się zza szpary w drzwiach, po czym zawiasy skrzypnęły, a ona weszła do środka. Tu już nie musiała być tak bardzo ostrożna. Ściągnęła kaptur i lekko potrząsała głową, by jej krótkie włosy ułożyły się nieco inaczej. Przez chwilę szła ciemnym korytarzem, prowadzona przez strażnika. Zostali poinformowani, że jest sprawdzona i do nich dołączy. Tutaj miała dowiedzieć się o swojej nowej roli.
Kolejna dwójka strażników, którym została przekazana. Po sprawdzeniu, następne drzwi stanęły przed nią otworem. Tam już nie było strażników, a jeden chłopak mogący mieć co najwyżej dwadzieścia kilka lat.
- Joel Rust - przedstawił się i wyciągnął dłoń w jej kierunku. - Witamy na pokładzie.
- Alena.
Skinęła głową, po czym uścisnęli sobie dłonie.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 11:03 pm

- Hahahaha! Dawaj, stary!
- Jak zjebiesz, to kupujesz mi alkohol przez pół roku.
- Ochujałeś chyba.
- To moje palce, cenię je sobie trochę.
- Dobra, dobra, a jak mi się uda?
- Zapoznam cię z moją kuzynką.
- Tą blondynką?
- LILY. Tak.
- Układ stoi.
Wokół zebrał się tłum gapiów żądnych krwi. Panował gwar, podnosił się ryk, zachęcający starego przyjaciela Joela do zaczęcia. Ten siedział naprzeciw niego z nożem kuchennym i rozgrzewał się na pokaz. Rust położył dłoń na stole. Alkohol buzujący w jego głowie sprawiał, że nie bał się okaleczenia. Czekał spokojnie na rozpoczęcie gry. Phil zaczynał powoli, budując napięcie wśród publiczności. Z każdym wbiciem ostrza w stół przyspieszał tempo. Doszło do momentu, gdy obserwatorzy nie nadążali za jego dłonią.
I wtedy wydarzyło się coś dziwnego.
Phil nie trafił, rozległ się przenikliwy, metaliczny odgłos, nóż wbił się pod kątem w blat, a palce Joela pozostały nienaruszone.
Nikt tego jeszcze wtedy nie rozumiał. Zwłaszcza banda pijanych ludzi.
To wtedy jego życie zupełnie się odmieniło.

- Szef mówi, żebyś zajął się tą nową, która tu idzie - poinformowała go Cat z cienia pomieszczenia.
Chłopak odwrócił się i dostrzegł, że siedzi wygodnie na blacie z nogą założoną na nogę i ogląda swoje długie paznokcie. Jej wibrysy zadrżały lekko, gdy spojrzała na niego złotymi oczami z pionową źrenicą. Potarł czoło z rozdrażnieniem.
- Dlaczego robi ciągle ze mnie komitet powitalny?
- Bo jesteś przystojny i robisz dobre pierwsze wrażenie - odpowiedziała beznamiętnie. - No i Szef nie znosi się powtarzać, a to trzeba robić, gdy kogoś wprowadza się do organizacji.
Westchnął. Komplement, którym go obdarzyła, nawet nie brzmiał jak komplement w jej ustach. Machnął na nią ręką i spojrzał na plany budynku rozłożone na stole. Wpatrywał się w nie od godziny, starając się zapamiętać każdy detal. Tak na wszelki wypadek.
Zastanawiał się, kto przyjdzie tym razem. Ostatnio, kiedy przybył do nich mężczyzna, zamieniający ciała stałe w ciecze, spodziewałby się wszystkiego; chociaż, o dziwo, nie mieli w szeregach nikogo z supersiłą, latającego lub takiego z ciałem-gumą. Nawet kogoś w stylu Bruce'a Wayne'a. Kocica, superskoczek, człowiek-gaz... No, mieli Zapałkę, tylko kiedy ten był nieostrożny, to parzył samego siebie.
Drzwi się otworzyły.
- Joel Rust, witamy na pokładzie. - Czuł się jak nagranie z metra czy pociągu. Życzymy miłej podróży, dziękujemy za wybranie naszych linii, zadźwięczało mu w głowie. Odwrócił się, chcąc wskazać Cat, - A to... - urwał, bo ta już znikła - ... powietrze.
Standard.
- Powinnam się teraz śmiać?
Rust spojrzał na nią. Wyglądała zwyczajnie - jeśli gdziekolwiek fioletowe włosy można nazwać zwyczajnym wyglądem, to właśnie w tym kraju. Oczywiście w takim względzie nie rzucała się w oczy, że nie miała kocich wąsów, źrenic i zniekształconego nosa jak Cat czy chmury dymu unoszącego się z ciała jak Smoker. Nic w jej ślicznej, delikatnej buzi nie zdradzało nadzwyczajnych mocy. Tak samo luźny ubiór, choć to tam mogło kryć się rozwiązanie zagadki: wężowe łuski, gadzi grzbiet? Opcja Nożycorękiej odpadła, gdy uścisnęła mu dłoń. Może sekret tkwił w oczach? Wpatrywał się w nie usilnie, ale nie dostrzegał laserowych promieni kryjących się za nimi. Przygryzł wargę.
- Byłam już sprawdzana - odezwała się niespodziewanie, wyrywając go z zamyśleń.
- Słucham?
- Mówię, że już mnie sprawdzali. Patrzysz się, jakbyś mógł zobaczyć, czy nie połknęłam bomby.
- Człowiek-Rentgen? Niestety, to nie ja, nie mamy takiego w szeregach. - Wzruszył ramionami i uśmiechnął się lekko.
Bez wzajemności. Odchrząknął.
- Wiesz, na czym polega działanie naszej organizacji? - Postanowił przejść do konkretów.
- Tak.
- W jakim stopniu chcesz się poświęcić sprawie?
- Zrobię wszystko, co będzie trzeba.
- Połkniesz bombę?
Alena zmarszczyła brwi, niepewna chyba, czy mówił poważnie czy też nie.
- Widziałeś ludzi, którzy połknęli bombę?
Wyczuł jej tonie rozdrażnienie i urazę, doszedł więc do wniosku, że od początku uderzał w złe tony. Odparł więc:
- Wiem, że połknięcie bomby to jedna z mniej strasznych rzeczy, które człowiek może połknąć.
Fioletowowłosa wcisnęła dłonie głęboko w kieszenie, milcząc na to stwierdzenie. Napięcie rosło z każdą sekundą, coraz bardziej pogrążając komitet powitalny w postaci jego osoby.
- Dobrze. To jaką masz moc?
- Telekineza. Niewidzialność.
Joel chwycił długopis ze stołu i szybko rzucił w jej stronę. Przedmiot zatrzymał się w połowie drogi, a potem opadł na ziemię. Sekundę później dziewczyna znikła. W powietrzu unosiły się jej ubrania.
- Ale jaja - wyrwało mu się.
- Zawsze traktujesz Przeobrażonych jak fan komiksów Marvela?
- Staram się na to patrzeć tak, żeby nie zamknęli mnie, cierpiącego na depresję - odgryzł się, krzyżując ramiona.
- A ty?
- Co ja?
- Jaką masz moc?
- Nie mam.
Długopis uniósł się i trafił prosto w jego odsłonięte czoło. Syknął, ale nic nie zrobił. Alena znów była widzialna, a na jej twarzy malował się lekki uśmiech.
- Zawsze poświęcony sprawie?
Napiął mięśnie. Jego ciało pokryło się tytanową warstwą, wyrywając z piersi dziewczyny krótkie "och". Takie widoki nigdy nie powszedniały.
- Zawsze.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Czw Kwi 20, 2017 11:18 pm

W swoim życiu Alena widziała wielu ludzi posiadających nadprzyrodzone zdolności. Pełno ich było w akademii, gdzie spędziła niemal dziesięć lat życia na szkoleniach. Stykała się z nimi podczas misji. Ich zdolności były niesamowite: nadludzka siła, możliwość osiągnięcia prędkości światła, niesamowicie szybka regeneracja, czy panowanie nad żywiołami. Jednak nic z tego nie wyglądało tak spektakularnie jak pokrycie całego ciała tytanem. Aż z ust dziewczyny wyrwało się ciche westchnienie.
- Imponujące.
Niestety, chwila zadumy nad mocą Joela nie trwała zbyt długo, gdyż fioletowowłosa dostrzegła w oddali stół pełen papierów. Nawet nie zapytawszy o pozwolenie, podeszła do niego i zaczęła przyglądać się rozłożonym na nim planom.
- Nad czym pracujecie? - spytała, siadając na stole.
Chwilę później poczuła jak chłopak staje za nią.
- Próbujemy odbić naszego stąd - wyjaśnił, pokazując odpowiednie miejsce. - Ciężka sprawa. Czujniki ruchu praktycznie we wszystkich korytarzach na poziomach 4, 5 i 6. Czytniki linii papilarnych, kamery, straże... Twierdza nie do zdobycia.
Alena słuchając pochylała się nad planem i dokładnie go analizowała. W pewnym momencie coś jej zaświtało.
- A gdyby przejść tędy? - nakreśliła palcem na mapie drogę.
- Nie da rady, kamery i strażnicy praktycznie za każdym rogiem.
Dziewczyna spojrzała na niego jakby był niespełna rozumu. Chyba uświadomił sobie swoją pomyłkę, bo chwilę później uderzył ręką w czoło i zaśmiał się.
- Faktycznie! Tylko kamery, a one cię nie wychwycą.
Rosjanka zeskoczyła ze stołu i przeciągnęła się. Kilka kosteczek cicho strzyknęło. Zdecydowanie zbyt długo nie miała czasu, by odpocząć i ciało powoli zaczynało odmawiać posłuszeństwa. Joel chyba musiał to zauważyć.
- Pójdę porozmawiać z szefem o nowym planie. Cat zaprowadzi cię do pokoju.
Jak na zawołanie do pokoju wkroczyła kobieta o wyglądzie kota. Miała nawet kocie wąsy! Już wiadomo skąd wzięło się jej przezwisko.
Alena skinęła głową w stronę bruneta, po czym podążyła za kobietą-kotem. Podczas gdy szły kolejnym długim korytarzem, dowiedziała się, iż od teraz oficjalnie będzie pracowała jako sekretarka w firmie. Choć jej prawdziwe zadanie miało być zgoła inne. Po udzieleniu wszelkich ważnych informacji, Cat wręczyła jej kartę będącą kluczem do pokoju i zniknęła. Alena szybko domyśliła się, kto był ów powietrzem przedstawionym jej wcześniej.
Ospale otworzyła drzwi do pokoju i już w progu zaczęła ściągać z siebie ubrania. Jedyne o czym marzyła, to gorący prysznic. Kiedy już zamknęła się w kabinie prysznicowej, a ciepła woda spływała jej po plecach, Alena zaczęła rozmyślać o minionym wieczorze. Miała nadzieję, że w końcu uda jej się znaleźć spokojne miejsce, w którym nikt nie będzie jej ścigał, ani nie będzie miała do czynienia z wszechobecną śmiercią i przemocą...
Mimowolnie zaczęła też myśleć o Joelu. Początkowo ją rozdrażnił, ale miała wrażenie, że mimo wszystko dobrze im się będzie razem współpracować. Z tą myślą zakręciła wodę. Owinęła się w ręcznik i z wciąż mokrymi włosami przeszła do łóżka.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:09 am

- Będzie dobrze.
- Nie będzie. Rutynowe badania są za tydzień.
- Znajdziemy kogoś, kto ci wypisze kartę.
Uśmiechnęła się pokrzepiająco i dotknęła jego dłoni. Westchnął, ale kąciki jego ust uniosły się delikatnie.
- Mogę też zmienić pracę.
- Daj spokój - oburzyła się dziewczyna. - Nie po to robiłeś te wszystkie kursy i tak dalej, żeby skanować kody kreskowe.
- Nie podoba mi się ten pomysł z podrabianiem karty. To zbyt ryzykowne.
- Ryzykowne? Nikt ci nie podrabia karty. Po prostu jest trochę przekłamana. Jesteś zdrowy, zdolny do pracy...
- Na pewno?
Przyjaciółka wywróciła oczami. Nagle jego dłoń przekuło dziesiątki igieł. Syknął z bólu i wyrwał rękę. Patrzył na drobne kropelki krwi, pokazujące się na skórze.
- Widzisz? Nie wypłynął pozaziemski śluz.
- To nie oznacza, że...
- Spróbuj chociaż, dobra? Nie bądź cipką.
- Skoro tak stawiasz sprawę... - roześmiał się, a potem dał jej prztyczka w nos tytanowym palcem.



- Hej, Bestyjko.
Do pomieszczenia wszedł Zapałka. Zwyczajowo z rękoma wetkniętymi w kieszenie i głupawym uśmieszkiem na ciemnej twarzy. Oparł się biodrem o ścianę.
- Przestań mnie tak nazywać, nawet nie jestem zielony.
- Jesteś tytanem.
Joel spojrzał na niego z pożałowaniem.
- Ta gra słów jest tak beznadziejna, że żal dupę ściska, stary.
- Nieważne. Słyszałem, że witałeś nową. Dobra?
- Niewidzialność i telekineza, jak szef ją wdroży do tej akcji, to trzy czwarte naszych przeszkód znika.
- Nie pytałem o to, idioto. Czy laska jest gorąca?
- Jest inteligentna, więc nie masz raczej szans.
- W skali od jeden do mnie, jak bardzo gorąca?
- Nie twoje rewiry, Zapałka. - Znikąd pojawiła się Cat, jak zwykle z beznamiętnym wyrazem twarzy.
- Pierdolcie się - mruknął w końcu, zdemotywowany.
- Cat, szef jest na miejscu?
- Tak, ale przyjdź rano, bo ma gościa.
Pożegnał się z nimi, zanim wywiązała się dłuższa dyskusja na temat nowego członka załogi lub co gorsza gustów Zapałki. Szedł korytarzami, mijając laboratoria, pokoje treningowe, stołówkę, aż doszedł do, jak to prześmiewczo nazywali tutejsi, dormitoriów. Metalowe, piętrowe łóżka nie były takie złe, bo na nich leżały grube, miękkie materace, tak przyjemnie zapadające się, że nie pozwalały wstawać. Szafki nocne wykonano również z metalu, a jedną ze ścian zajmowała szafa o przesuwnych szklanych drzwiach. Obok niej wchodziło się do małej łazienki z prysznicem. Joel nie miał współlokatora - sypialni wystarczało dla wszystkich, a jeszcze pozostawał nadmiar, zaś on cenił sobie samotność podczas krótkich chwil wypoczynku.
Podczas gdy woda spływała na niego ze słuchawki w ścianie, myślał o Alenie. Miała chyba rosyjską urodę, zupełnie jak jego dawna przyjaciółka. Starał się odciąć od wspomnień, które napływały do niego falami, powstrzymać je wraz z bólem, który im towarzyszył, ale wciąż miał przed oczami twarz nowej i jej uśmiech. Potarł twarz dłońmi. Pamiętał jej uśmiech. Równie dobrze, co krzyki, które rozbrzmiewały, gdy widział ją po raz ostatni. Odbijały się teraz echem po jego głowie. Stawały się coraz głośniejsze, a obrazy coraz wyraźniejsze; wiertła, które przynosili, młoty, różne płyny we fiolkach i innych chemicznych narzędziach.
W pewnym momencie nawet szum wody ucichł i pozostały tylko wrzaski. Wściekły, zacisnął dłoń w pięść i uderzył w ścianę tytanową osłoną. Jak otrzeźwiony tym incydentem, wyjął rękę z dziury. Z drugiej strony widział twarz Niemowy, czerwoną ze złości. Otworzył usta, ale nie po to, by coś powiedzieć. Z głębi jego gardła wydobył się dźwięk, niemal niesłyszalny, ale tak przeraźliwie bolesny dla uszu, że głowa Joela natychmiast zaczęła boleśnie pulsować.
- Przepraszam, przepraszam! - zawołał, zakręcając wodę. - Naprawię to jutro.
Zaciśnięcie ust.
- Dobrze, wymyślę coś zaraz.
Twarz zniknęła z dziury, hałas ucichł, a Rust odetchnął z ulgą. Odgarnął włosy do tyłu, sięgnął po ręcznik i obwiązał się nim w pasie. Wszedł do sypialni i rozejrzał się za czymś, czym można zakryć dziurę. Wszędzie leżały porozrzucane książki, gazety codzienne i gdzieniegdzie koszulki. Wziął jedną z nich i kartkę z jednej z gazet i wyszedł na korytarz.
Tam dosłownie wpadł na ich nowego gościa.
- Och, cześć. Co robisz...? - zapytała, marszcząc brwi na jego paradowanie na półnago.
- Muszę coś naprawić - westchnął, patrząc na jej mokre włosy i tutejszą pidżamę, czyli "unisize'owy" podkoszulek i spodenki. - A ty?
Objęła się ramionami, jakby zmarzła.
- Nie ma u mnie papieru...
- A, okej. - Stał chwilę, zawieszony w procesie myślowym. - Możesz chwilę poczekać? Bo mój sąsiad z pokoju wysadzi mi bębenki, jak zaraz nie naprawię dziury...
- Tak, jasne.
- Możesz wejść do środka, bo tu zawsze pizga, przeciągi są...
Poszedł do Niemowy i zapytał go o coś nieprzemakalnego. Ten dał mu folię do pieczenia. Joel uniósł brew, ale nic nie powiedział. Zwinął koszulkę, owinął ją papierem i folią, a potem wsadził w dziurę.
- Sorry, stary.
Szesnastolatek spojrzał na niego naburmuszony, jasno dając do zrozumienia, że chce, aby już sobie poszedł. Tak też zrobił. Wrócił do swojego pokoju, przyłapując Alenę na przyglądaniu się jego zbiorom na podłodze.
- Ambitne lektury - stwierdziła.
- Tak, cóż, wszystkie z podłogi jeszcze są nieprzeczytane - odpowiedział, biorąc parę rolek papieru z łazienki. - Niektóre po prostu przetrzymuję.
- Przetrzymujesz? - zdziwiła się, biorąc je od niego. - To jakieś specjalne wydania?
- Nie. - Nie podobało mu się, gdzie zmierzała ta rozmowa. - Przynajmniej teoretycznie.
Dziewczyna chyba wyczuła, że nie powinna ciągnąć tematu, więc podziękowała i poszła. Odprowadził ją wzrokiem i machnął ręką na pożegnanie. Myśl: "Skąd wiesz, czy nie oglądała bazy, bo jest szpiegiem?" wyrzucił z głowy. Wiedział, co mu jutro szef powie. I wiedział, że to rozwiąże wszelkie wątpliwości.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:22 am

Dostęp do kuchni dysponującej kolekcją garnków, czajnikiem, wodą zdatną do picia oraz pełną lodówką, był dla Aleny luksusem, na który od dłuższego czasu nie mogła sobie pozwolić. Jednak szybko doszła do wniosku, że wypicie czterech kubków kakao to była przesada. Szczególnie bolesne było to wówczas, gdy zauważyła, że w jej łazience brakuje jednej bardzo ważnej rzeczy - papieru toaletowego. pewnym bólem (spowodowanym głównie pilną potrzebą skorzystania z toalety) wyszła z pokoju. Czuła się trochę nieswojo. Nie poznała jeszcze nikogo poza Joelem i Cat, ale nie miała pojęcia, które pokoje zajmują. Natomiast długa wędrówka przez korytarze za bardzo jej się nie uśmiechała.
Szła rozmyślając nad tym jak ich znaleźć oraz co zrobić jeśli to się nie uda, gdy nagle przed oczami zobaczyła męski tors. Ładnie wyrzeźbiony męski tors - musiała przyznać. A gdy uniosła spojrzenie ciemnych oczu, zobaczyła znajomą twarz.
- Och! - wyrwało się z jej ust. - Cześć. Co robisz...?
Zmarszczyła brwi, raz jeszcze spoglądając poniżej jego szyi. może jednak nie powinna była pytać dlaczego chodzi półnagi po korytarzu w środku nocy...
- Muszę coś naprawić - dowiedziała się, w duchu odetchnąwszy z ulgą.
Widziała jak patrzy na jej strój. Duża koszulka i spodenki były jedyną rzeczą, jaką znalazła w szafie, która nadawała się na piżamę. Dlatego też z góry założyła, że takie ma przeznaczenie i włożyła je wychodząc z pokoju.
- A ty?
Objęła się ramionami, nieco speszona i zmarznięta. Na korytarzu było chłodno, a cienka koszulka nie była najlepszą ochroną przed niskimi temperaturami.
- Nie ma u mnie papieru... - wymamrotała.
Joelowi widać chwilę zajęło nim pojął o co chodziło Rosjance. Na szczęście wykazał chęć pomocy i nawet zaproponował by zaczekała w jego pokoju, gdzie niezwłocznie się udała.
Zdarzało jej się tymczasowo dzielić lokum z przedstawicielami płci przeciwnej, ale nigdy nie spotkała się z czymś takim. Pokój Joela przypominał raczej bibliotekę: książki na półkach, książki na podłodze... Z zaciekawieniem przykucnęła i zaczęła czytać opisy z tyłu okładek. Kila tytułów kojarzyła, inne zaś nic jej nie mówiły. Była w trakcie kartkowania Roku 1984 Orwella, kiedy właściciel wszedł do pokoju.
- Ambitna literatura - stwierdziła z uznaniem.
Pomyślała, że kiedyś przyjdzie do niego pożyczyć kilka książek, które ją zaciekawiły.
- Tak, cóż, wszystkie z podłogi jeszcze są nieprzeczytane - odpowiedział. - Niektóre po prostu przetrzymuję.
Zaciekawiło ją to.
- Przetrzymujesz...? - zapytała, wstając, by wziąć od niego kilka rolek papieru. - Jakieś specjalne wydania?
Zaprzeczył, po czym dodał:
- Przynajmniej teoretycznie.
Zgodnie z zasadą im mniej wiesz, tym lepiej śpisz Alena postanowiła nie drążyć tematu. Zamiast tego grzecznie podziękowała za poratowanie jej w potrzebie i czym prędzej uciekła do swojego pokoju, czując, iż jej pęcherz zbyt długo nie wytrzyma. Po załatwieniu potrzeby wróciła do łóżka, by tym razem móc spokojnie zasnąć.

W pomieszczeniu panowała ciemność. Jedynym źródłem światła była cienka szpara między drzwiami a podłogą. Co jakiś czas drzwi się otwierały i ktoś wchodził, wtedy na moment do pomieszczenia wpadało więcej światła i widać było zarys sylwetki wchodzącej osoby. Czasem był to mężczyzna, kiedy indziej kobieta. Nic nie mówili. Jedynie patrzyli, notowali coś, zostawiali jedzenie i wychodzili. Poza tym przez większość czasu w pomieszczeniu panowała przytłaczająca cisza, zakłócana jedynie cichym oddechem. Nic nie było tak straszne, jak chwile spędzone tam. Z dala od innych ludzi, w pokoju be okien, klamek ani światła. Dni i noce zlewały się ze sobą, nie sposób było policzyć ile czasu się tam spędziło. Sam na sam ze swoimi własnymi demonami. Mierzenie się z nimi było gorsze niż walka z jakimkolwiek innym wrogiem...

Alena obudziła się zalana potem, z krzykiem na ustach. Czym prędzej wyszła z łóżka. Ten sen powracał do niej niczym upiorne widmo, niezależnie od tego, gdzie się znajdowała. Chciała jak najszybciej udać się pod zimny prysznic, licząc na to, że nieco ją otrzeźwi i zająć czymś myśli. Z radością zauważyła, że ktoś wyposażył jej garderobę w najpotrzebniejsze rzeczy, gdyż jej dobytek był nadzwyczaj ubogi. Wygrzebała z szafy dresowe spodnie i sportowe buty. Gdzieś tu ponoć znajdowało się coś na kształt siłowni, a nic nie działa lepiej, niż poranny trening. W końcu na tym upłynęła spora część życia Aleny. Zmotywowana wyszła z pokoju, by zaraz przekonać się, że w zasadzie nie ma pojęcia, gdzie iść. Jednak nic straconego, wokół kręciło się trochę osób, więc postanowiła zapytać kogoś o drogę.
- Hej! - krzyknęła do przechodzącego obok jegomościa. - Sorry, powiesz mi jak dojść do sali treningowej?
Chłopak uśmiechnął się do niej. A właściwie do jej piersi rysujących się pod białą bokserką.
- Nowa? - zapytał na wstępie, co Alena potwierdziła cichym przytaknięciem. - Mogę cię tam zaprowadzić, jeśli chcesz. Łatwo się tu zgubić.
Faktycznie, będąc tutaj pierwszy raz Rosjanka bała się, że zabłądzi, dlatego chętnie przyjęła propozycję.
Przez chwilę szli w milczeniu, a ona czuła na obie wzrok chłopaka. Było jej z tym odrobinę nieswojo, jednak starała się ignorować to odczucie.
- Tak w ogóle, mówią mi Zapałka przerwał milczenie chłopak.
- Alena.
Wyciągnęła rękę, aby mogli je sobie uścisnąć.
- To... co cię tu sprowadza...?
- Długo by mówić.
Uśmiechnęła się nieco tajemniczo, spoglądając Zapałce w oczy.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:28 am

Obudził się zlany potem po zaledwie dwóch godzinach snu. Zdarł z siebie kołdrę i położył się na niepościelonym łóżku wyżej. Chłód metalu go koił. Pstryknął włącznik lampki nocnej i wyciągnął spod poduszki książkę, którą akurat czytał. Pozwolił, by świat liter go pochłonął do rana. Gdy alarm w budziku zaczął denerwująco pikać, zeskoczył na podłogę i ubrał się w treningowe ciuchy. Napisał do Cat wiadomość, by wywlokła szefa na dwór, po czym chwycił jeszcze bluzę i wyszedł na zewnątrz jednym z wielu wyjść. Wyciągnął z kieszeni słuchawki z ipodem i rozpoczął mozolny proces rozplątywania kabli. Zdążył przejść spory kawałek, nim mu się to udało i mógł zacząć bieg. Biegł przez uliczki, aż dotarł do jednego z osiedli. Tam natrafił na innego biegacza. Zagadnął go, jak hobbysta do hobbysty.
- Dzień doberek - przywitał się wesoło, wyjmując słuchawkę z ucha. Oczy miał spuchnięte i czerwone jak królik.
- Chyba nie taki dobry dla ciebie, co?
Mężczyznę spokojnie dało się określić mianem potężnego. Wysoki i dobrze zbudowany, górował nad i tak wysokim Joelem. Bieganie nie sprawiało mu najmniejszego problemu. Czarne włosy sterczały na wszystkie strony.
- Nic nowego.
- Co do nowości...? - Szef spojrzał na niego wyczekująco swoimi niepokojąco czarnymi oczami.
- Niewidzialność, telekineza.
- To ładnie. Zaangażowana?
- Bardzo.
- W takim razie będziecie rekrutować Barry'ego. W ciągu dwóch godzin odkryjemy jego lokację. Bądźcie gotowi.
- Jasne. - Poklepał mężczyznę po ramieniu i szybko przestał, gdy niemal wypalono mu dziury spojrzeniem. - Miło się gadało.
- Do zobaczyska, kolego.
Rust skręcił w lewo, szef zaś w prawo. Pokręcił się jeszcze trochę po osiedlu, pobiegł tu i tam, aż w końcu wrócił. Skierował swoje kroki od razu na salę treningową.
Ćwiczył właśnie równowagę, stając na rękach i próbując utrzymać ciężar tylko na jednej, gdy do środka ktoś wszedł. Rozpoznał od razu głosy - Zapałki i Aleny. Nie stanął jednak na nogi, by ich powitać; celem było utrzymanie się konkretną ilość czasu.
- Joel? Co ty tu robisz o tej porze?
- Nie mogłem spać - odparł, wypuszczając ze świstem powietrze.
- To już ci wchodzi w nawyk - zauważył ciemnoskóry, zupełnie jakby się tym przejmował. - Mówiłem, bierz prochy.
Irytacja, że facet po raz kolejny rozpoczyna tę dyskusję, sprawiła, że się zachwiał. Opuścił powoli nogi i odwrócił się do nich, rozluźniając mięśnie. Minę miał pochmurną.
- Ile razy mam ci to mówić, żeby do ciebie dotarło? Nie wezmę tabletek, bo...
- Bo boisz się, że prześpisz katastrofę. Tak, tak. Zdechniesz na depresję - podsumował go Zapałka.
- Wal się.
- Sama powiedz - zwrócił się do Aleny. - Chłopak śpi po dwie, trzy godziny od tygodni. Twoim zdaniem to zdrowe?
Ale dziewczyna mu nie odpowiedziała na pytanie, zamiast tego podziękowała mu za pomoc i jakimś tajemniczym kobiecym sposobem wywaliła go za drzwi bez użycia siły.
- Rozmawiałem z szefem. Mamy kogoś rekrutować. W ciągu godziny powiedzą nam szczegóły. To będzie wyścig z czasem. - Przestał stukać ciężarami i spotkał się z nią spojrzeniami, by lepiej dotarły do niej informacje. - Rząd wysyła zawsze dwie osoby, które przekonują Przeobrażonego, że chcą mu pomóc. Musimy dotrzeć pierwsi. Od tego zależy praktycznie wszystko.
- Odbicie kogoś z łap dwójki osób nie powinno być trudne?
- Jeżeli to faktycznie jest odbicie. - Wstał i podszedł do niej, opierając rękę o przyrząd do ćwiczenia. - Potrafią być przekonywujący. Barry to ważna osoba. Działa jak... Przekaźnik? Wzmacniacz? Wspomaga moce innych. Nawet do tego stopnia, że wymykają się spod kontroli.
- To może lepiej, jak zwykli ludzie do niego pójdą?
- Szef im nie ufa w rekrutacji. I oni im zresztą też zazwyczaj, jeśli nie mają plakietki czy odznaki.
Alena pokiwała głową.
- Ofensywa i defensywa, co?
- Tak wyszło, że pasujemy do siebie - zażartował, ale po tym zapadła cisza, więc szybko uśmiech zszedł mu z twarzy. Odchrząknął. - Będę się zbierał. Lepiej zjedz porządnie. - Nim wyszedł, zatrzymał się jeszcze w drzwiach. - I pamiętaj: nie ruszaj jajecznicy. Jest z nią coś naprawdę nie tak.

Po szybkim prysznicu i przywróceniu się do stanu jako takiej używalności, poszedł na stołówkę, gdzie większość już jadła. Nałożył sobie kiełbasek, tostów i parę innych ekstrasów i usiadł przy stole z Zapałką, Cat, Giętkim Johnny'm (typ typ potrafił przykładowo obrócić rękę w łokciu o trzysta sześćdziesiąt stopni) oraz Smokerem. Zwyczajowo każdy mówiło tym, co będzie tego dnia robił, snuli teorie i tezy na różne tematy. Nagle Zapałka zerwał się i zaczął energicznie machać. Joel uniósł wzrok - w ich stronę szła Alena.
- Oho, chyba ktoś się zakochał - zakpił Johnny.
- Co ty. Po prostu chcę ją przelecieć do końca tygodnia.
Wszyscy jednocześnie parsknęli śmiechem.
Usiadła naprzeciw niego, obok Cat.
- Z czego się tak śmiejecie?
Smoker otarł łzy z kącików oczu.
- Nie chcesz wiedzieć.
- Oj, dajcie spokój.
- Nie, serio. Robimy to dla twojego dobra.
Joel uspokoił się w końcu i spojrzał na dziewczynę siedzącą przed nim. Przygryzała wargę (co sprawiało, że on miał ochotę ją ugryźć), a potem wypowiedziała bezgłośnie "Powiedz mi". Pokręcił głową z uśmiechem. Wzruszył ramionami, odpowiadając w ten sam sposób "Nie mogę". Kiedy przekomarzał się z Aleną, Cat skorzystała z okazji, by ukraść mu kiełbaskę.
- Hej! - zawołał, ale było już za późno.
- Opuściłeś gardę. Nie flirtuj, bo zawalisz misję.
- Kiedyś ci odpłacę za wszystkie skradzione kiełbaski - pogroził jej widelcem, puszczając słowo "flirt" mimo uszu.
- Tak, tak, łudź się.
- Wesoło tu macie - zauważyła nowa.
- Tak, cóż, poranki są dobrym kopniakiem, ale nie zawsze wystarczają na cały dzień - odezwał się Johnny.
- Nie psuj chwili - zbeształ go Smoker.
- Może kolejka wieczorem, co? - zaproponował radośnie Zapałka. - Ja stawiam!
- Jesteś przecież spłukany - zauważyła Cat i wszyscy znów się roześmiali.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:32 am

Towarzystwo w POPie było nadzwyczaj wesołe. W sumie mało różnili się od żołnierzy, który przy śniadaniu (o ile mieli możliwość takowe zjeść) również rzucali głupawymi żartami, by nieco rozluźnić atmosferę napiętą przez widmo wojny. Alena zaczęła rozmowę z Cat na temat tego, gdzie w okolicy znajduje się jakiś lokal, w którym można się napić. Właściwie nigdy nie miała możliwości wyjść ze znajomymi wieczorem na piwo, dlatego wizja tego niesamowicie ją ekscytowała. Niestety, nie dane jej było długo się tym nacieszyć. Kątem oka zobaczyła jak Joel sprawdza coś w telefonie, po czym wstaje od stołu.
- Chodź - rzucił tylko w jej stronę.
Nieco zdezorientowana Alena przeprosiła swoją rozmówczynię i podążyła za chłopakiem, kończąc swojego bajgla z mozzarellą i pomidorkami.
- Co się stało? - spytała, ocierając okruszki z kącika ust.
- Ustalili lokalizację Barry'ego - wyjaśnił pośpiesznie Rust. - Jest w Shinjuku, jedziemy go odbić.
- Jedziemy...?
Joel stanął, a Alena zatrzymała się tuż obok, omal na niego nie wpadając. Spojrzał jej prosto w oczy.
- Zaraz zobaczysz.
Skinęła głową, a duża brama za nimi uniosła się, ukazując wnętrze przestronnego garażu. W dwóch rzędach po obu stronach szerokiej alejki stało po kilkanaście aut. Ich wybór padł na nieco zmodyfikowane Subaru XV. W tej wersji został opancerzony i wzbogacony o kuloodporne szyby, a także - jak domyślała się Alena - kilka innych fajnych zabawek. Podczas gdy Joel zajął miejsce kierowcy, dziewczyna wślizgnęła się na fotel pasażera. Ruszyli z piskiem opon i wyjechali z garażu prosto na ulice Tokio. Alena była tam zaledwie od paru tygodni i jeszcze nie zdążyła zobaczyć całego miasta - a było na co popatrzeć. Betonowa dżungla pełna nenów, przeplatająca się z budowlami w tradycyjnym, orientalnym stylu. Ludzie na ulicach też byli różnorodni: uczennice w krótkich spódniczkach, poważni biznesmeni pod krawatami oraz mnóstwo młodych osób w fantazyjnych strojach. Alena patrzyła na to wszystko zafascynowana.
- Zaraz będziemy na miejscu - poinformował Joel. - Gotowa?
- Jak zawsze.
Chłopak uśmiechnął się, a ona odwzajemniła uśmiech. To była miła odmiana po kilku miesiącach ukrywania się. W końcu mogła działać, a nie tylko biernie przyglądać się temu, co się działo i uciekać, kiedy naszła taka potrzeba.
Zaparkowali koło niskiego bloku. Ich cel mieszkał na trzecim piętrze, w mieszkaniu z numerem 59. Miało pójść szybko i sprawnie. Przynajmniej z założenia.
Schody zaczęły się już na samym początku. Barry, gdy tylko ich zauważył, zatrzasnął im drzwi przed nosami. Alena i Joel popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Kiedy łagodne przekonywania aby ich wpuścić nie pomogły, dłonie Rusta pokryły się tytanem, a drzwi zostały wyrwane z zawiasów.
Mieszkanie było małe i zagracone. Pośrodku bałaganu, na otartym fotelu, siedział chudy mężczyzna, mogący mieć co najwyżej trzydzieści lat. Jego włosy miały kolor ognistej czerwieni, a spojrzenie mroziło krew w żyłach.
- Posłuchaj Barry... - zaczął chłopak. W tym czasie kilka przedmiotów samoistnie się uniosło. - Nie przyszliśmy tu, żeby walczyć. Chcemy tylko porozmawiać.
Alena starała się zapanować nad mocą. Jednocześnie rozglądała się po pomieszczeniu, pozwalając Joelowi mówić - sądziła, że ma w tym większą wprawę niż ona. W pewnym momencie coś niepokojącego przykuło jej uwagę. Za oknem mignęła ciemna sylwetka. W rogu coś migało na czerwono. Po chwili zauważyła migające czerwone diody jeszcze w kilku miejscach.
- To pułapka... - szepnęła, trochę jakby do siebie.
- Coś mówiłaś? - towarzysz odwrócił się w jej stronę.
Ale było już za późno. Diody zaczęły migać jak szalone. Alena zareagowała odruchowo.
- Padnij! - krzyknęła, pociągając chłopaka za rękaw.
Ledwie ich ciała zdążyły dotknąć podłogi, a obok rozległ się przerażający huk. Później wszystko działo się bardzo szybko. Wszędzie było pełno pyłu, a przez wielką dziurę w ścianie wchodziła grupka zamaskowanych, uzbrojonych mężczyzn. Ciuchy Aleny wylądowały na podłodze, a ona sama stała się niewidzialna. Joel również przywdział swoją tytanową powłokę. Miało pójść szybko - w końcu to byli tylko ludzie.
Niestety, Alena przeżyła kolejne rozczarowanie tego dnia.
Wśród latającego w powietrzu pyłu, starała się możliwie niezauważenie znokautować jak największą ilość przeciwników, co wbrew pozorom nie było takie łatwe. Dodatkowo Barry nasilał jej moce, sprawiając, że większość przedmiotów w pokoju zaczęła lewitować, a Alena nie potrafiła nad nimi zapanować. W pewnym momencie kątem oka zauważyła jak Joel się pali...
Stanęła jak wryta.
Joel się pali?
Faktycznie, chłopak leżał na podłodze, zwijając się z bólu, a nad nim stał mężczyzna z dziwną bronią w ręce.
- No dalej, pokaż się mała kurwo, a może go oszczędzimy! - wołał.
Z dołu natomiast dobiegał zduszony krzyk Joela:
- Ani się waż...
Alena zamarła. Po raz pierwszy od dawna nie wiedziała co ma zrobić. W pomieszczeniu rozbrzmiewały strzały, kilka osób krzyczało żeby się pokazała, przedmioty latały jak oszalałe, a jedyne co widziała, to płonące, tytanowe ciało towarzysza.
Nagle, przed oczami Rosjanki przeleciała gaśnica. Jej oczy otworzyły się szerzej.
Gaśnica proszkowa!
Szybkim ruchem złapała przedmiot i niewiele myśląc rzuciła się do Joela, żeby go ugasić. Niestety, to był błąd. Ostry ból przeszył jej bok, a niewidzialność zawiodła. Chwilę później kolejna kula trafiła w jej udo. Alena złapała się za krwawiącą ranę pod żebrami i osunęła się na ziemię, będąc całkowicie naga. Jak przez mgłę widziała, że do pomieszczenia wchodzą nowe osoby, z których kilka wygląda znajomo.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:33 am

Spodziewał się, że nie będzie łatwo. Nigdy nic nie szło jak po maśle. Zawsze wyskakiwały jakieś przeszkody, jakby Bóg rzucał im kłody pod nogi. Nie dziwił się jednak, ani nie wściekał - rozumiał, dlaczego Przeobrażonym ciężko jest komukolwiek zaufać. Dlatego mimo prawie zmiażdżenia nosa drzwiami, nie poddał się z pertraktacjami. Dopiero kiedy one nie skutkowały, wtargnęli siłą do środka.
Widział zdjęcia Barry'ego, ale i tak widząc go na żywo, przeżył lekki szok. Nie chodziło nawet o paskudnie czerwone włosy, a raczej o skośne oczy o niesamowitych, granatowych tęczówkach, ktore wyglądały, jakby w oku trzaskała elektryczność. Fascynujące. Zdjęcia tego nie oddawały.
Natychmiast po wejściu odczuli jego moc. Skóra Joela zaczęła swędzieć, tytan pokrywał ją jak plamy po wysypce, pojawiając się i znikając na przemian. Potrafiło to doprowadzić do szału. Musiał się mocno skupić, by to chociaż częściowo opanować.
- Barry, wiem, że jesteś teraz prawdopodobnie skołowany, ale chciałbym, żebyś mi zaufał. Jesteśmy w końcu tacy sami. Nie chcemy cię skrzywdzić. Musisz wiedzieć, że to rządowych organizacji powinieneś się bać. Byłem w jednej z ich placówek. Robią na nas testy, Barry. Bestialskie i...
Usłyszał, że Alena coś mówi mu za plecami. Odwrócił się do niej.
- Mówiłaś coś?
Nim zdążył zarejestrować i przetworzyć fakt migających lampek, dziewczyna krzyknęła na niego i pociągnęła go na podłogę. Rozległ się wybuch, nad nimi przeleciały deski i odłamki różnych materiałów. Wokół unosił się pył. Czas zwolnił, ale mimo tego nie mógł go poświęcić na zastanawianie się, co właściwie się działo. Gdzie dwójka okularników w fartuchach, która zawsze interweniowała? Czyżby aż tak zależało im na Barry'm? A może tym razem urządzili polowanie na większą skalę? Te pytania musiał zostawić na później.
Do środka wparowała grupa uzbrojonych mężczyzn. Rust natychmiast otoczył się tytanem, a Alena zniknęła mu z oczu. Wiedział jednak, że nie uciekła. Wokół latały przedmioty, jakby obdarzone własną wolą.
Początkowo nie było żadnych problemów. Nie musiał obawiać się noży, ukrytych w nogawkach żołnierzy ani ich pistoletów. Strzelili raz czy dwa w jego stronę, ale kule odbiły się rykoszetem, załatwiając jednego z nich. Ktoś wykrzykiwał rozkaz wstrzymania ognia. W walce wręcz mieli również marne szanse. Wystarczyło przyłożyć tytanowym kolanem w żebra lub wymierzyć cios w twarz, a padali. Trudność sprawiały ich kamizelki, ale nie było to coś, z czym by sobie nie poradził.
Szok nastąpił po obaleniu większości z nich. Jeden z żołnierzy wyjął dziwną broń, pokaźnych rozmiarów. Joel napiął mięśnie, przeczuwając najgorsze. Nawet jeśli pocisk nie przebije pancerza, stał w najgorszym możliwym miejscu, bo tuż przed oknem. Siła uderzenia wyrzuci go przez nie, a nie sprawdzał, w jakim stopniu jest odporny na upadki z trzeciego piętra. Widząc, jak mężczyzna naciska spust, zaparł się jak mógł.
O dziwo nie zarzuciło go mocno do tyłu, pocisk nie wybuchnął, za to przydzwonił mu z taką energią, że paskudny dźwięk i ból rozszedł się po całym jego ciele. Ledwo zdążył zobaczyć pęknięcie, gdy zajął się ogniem.
Kiedy Joel miał zaledwie pięć lat, szarpał się z kolegą u niego w domu i wpadł w palenisko. Chociaż wyskoczył z niego natychmiast, ubrania zdążyły się zapalić i mimo że chwilę potem go zgaszono, zdążył doznać poparzeń. Niewielkich, ale i tak cholernie bolesnych. Na tyłku nie mógł jeszcze długo siadać.
W porównaniu z tym wydarzeniem, tamto było ukąszeniem komara. Z jego gardła mimo jego woli wydarł się krzyk. Padł na podłogę, ale ogień nie chciał się zdusić. Miał wrażenie, że jego pierś zaczyna topnieć. Ledwo docierało do niego cokolwiek poza bólem. Przypomnienie sobie, gdzie się znajdował, wymagało od niego wielkiego wysiłku.
Dotarły do niego echa słów "pokaż się".
- Ani się waż... - próbował to wykrzyczeć, ale nie wiedział, czy w ogóle wydobył z siebie jakikolwiek dźwięk. Nie mógł pozwolić, by złapano ich oboje. Jeżeli miał tam wrócić, to sam.
Rozległy się strzały. Uciekaj, chciał wołać, ale zamiast tego krzyczał z bólu, gdy ogień konsumował coraz więcej jego ciała.
- Zgaście go, do cholery, nie mogę już słuchać tych jęków.
Pierzyna ulgi przykryła go i mógł rozluźnić mięśnie, ale ból go jeszcze zupełnie nie opuścił. Mógł jednak patrzeć i słuchać. Obrazy i dźwięki nie malowały przyjemnej sytuacji. Nad sobą widział uśmiechnięte szyderczo twarze, zza nich słyszał śmiechy.
- Przyjrzyj się, Barry - wykrztusił tylko, zanim splunął krwią. - To właśnie będą z tobą robić, jak z nimi pójdziesz.
- Jesteście zagrożeniem dla prawych cywili takich jak Barry - odezwała się kobieta w kocich okularach. Rozpoznawał ją. To ona zawsze rekrutowała. - Podjęliśmy odpowiednie środki w obawie o bezpieczeństwo jego, jak i innych w przyszłości. Zarówno zwykłych ludzi, jak i Przeobrażonych.
- Kupujesz te bajki, Barry?!
- To smutne, jak bardzo wyprali wam tam mózgi - westchnęła kobieta z wielkim smutkiem.
- Nie zabierzecie nas tam.
- Naprawdę marzy ci się śmierć, co?
- Wolę zdechnąć, niż z wami współpracować.
Kobieta uśmiechnęła się szeroko i zaczęła klaskać.
- Prawdziwy rebeliant. Chłopcy!
Skinęła dłonią na żołnierzy za nią. Przyciągnęli za włosy Alenę. Była naga. On jednak patrzył na jej rany postrzałowe, z których lała się krew. Za nim rozległ się huk. Odwrócił się natychmiast. Ogłuszyli Barry'ego.
- Nie zabijemy jej, ale mogę pozwolić, by chłopcy się z nią pobawili. Potem możemy, na przykład, zadbać o manicure szpilkami. W końcu kobieta musi o siebie dbać.
Wciąż celowali do niego z tamtej broni. Barry byl za daleko, a on w tym stanie nie zdążyłby nawet złapać Aleny. Myśl, Joel.
- Nie krzywdź jej, proszę.
Mówiąc to, przeniósł wzrok z okularnicy na towarzyszkę. Próbował jej przekazać swój plan samym spojrzeniem. Nie wiedział, czy rozumiała.
- Pójdziesz z nami?
- Przepraszam - szepnął do niej, chociaż w rzeczywistości przepraszał za swoją nieuwagę i postrzały, na które ją naraził, a nie następne swe słowa. - Tak. Poddaję się.
- Cudownie! - Kobieta rozpromieniła się.
Szarpnęli go do pionu i zaczęli pętać wzmacniacza i Alenę. Stali teraz obok siebie. Gdy skończyli z dziewczyną i mieli przejść do niego, wskazał gdzieś przed siebie.
- A co z moim kolegą?
Wszyscy spojrzeli w tamtą stronę.
- Z jakim...
Dusząc w sobie okrzyk bólu, złapał dwójkę po swoich bokach i wyskoczył przez roztrzaskane okno. Krzyknął imię fioletowowłosej, modląc się, by jej moc nie ograniczyła się jedynie do ruszania przedmiotów. Jeśli nie, prawdopodobnie nawet w tytanowych osłonach, jego nogi zostaną połamane, nawet przy takim szczęściu, że na nich wyląduje.
Na szczęście dziewczyna podołała zadaniu i zapewniła im wolniejszy upadek. Wokół już rozlegały się strzały, więc ruszył biegiem do auta, chociaż miał wrażenie, że jego pierś znów paliła się żywym ogniem. Alena sama wsiadła do środka, Barry'ego wrzucił bez ceregieli do bagażnika, myśląc, że jeszcze mu za to podziękuje. Ruszył z piskiem opon, wybierając numer Cat.
- Kod fioletowy i zielony - powiedział jedynie.
Wkrótce zrównało się z nimi drugie auto, a na dach ktoś wskoczył. W bocznej szybie ukazała się twarz Cat. Z niemałym problemem przejęła od niego kierownicę, a on usiadł z boku. Próbował zachować przytomność, na wszelki wypadek, ale siły zupełnie go opuszczały, wyparowywały i wkrótce ciemność go pochłonęła.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:34 am

Wszystkie kolejne wydarzenia zostały zalane przez falę bólu po postrzałach. Trochę jakby stanowił on klakę dla tego, czego uczestniczką była Alena. Czuła jak ktoś chwyta ją za włosy i odciąga od Joela. Chociaż próbowała się wyrwać, nie była w stanie. Kilka razy dostała kopniaka w żebra, z ust poleciała jej strużka krwi. Słyszała stłumioną rozmowę dwóch osób. Chwilę później znów chwycono ją za włosy i przeciągnięto przez spory kawałek pokoju. Chyba zdarła sobie skórę z pleców, ale nie była pewna.
- Nie zabijemy jej, ale mogę pozwolić, by chłopcy się z nią pobawili. Potem możemy, na przykład, zadbać o manicure szpilkami. W końcu kobieta musi o siebie dbać.
Słowa odbiły się po obolałej czaszce, a we wnętrznościach coś się zagotowało. Zacisnęła dłonie w pięści i raz jeszcze spróbowała się podnieść, ale człowiek trzymający ja za włosy uniemożliwił to, przyciskając dziewczynę do ziemi. Rzuciła kobiecie w kocich okularach nienawistne spojrzenie. Znała ją. Wiedziała, że zajmuje się rekrutacją od paru lat i wiedziała też, że spokojnie dałaby radę ją obezwładnić, gdyby była sama. Niestety, w tamtej chwili sama była obezwładniona.
Przeniosła spojrzenie na Joela, licząc na to, że on będzie w stanie coś wymyślić. Chyba dostrzegł jej niemą prośbę, bo również popatrzył na nią znacząco i ułożył usta, jakby wypowiadał bezgłośne przepraszam. W następnej chwili Rust wyraził chęć przyłączenia się do nich, a Alena z trudem powstrzymała uśmiech cisnący się na usta, kiedy dali się nabrać na tę sztuczkę. Nawet nie protestowała za bardzo, kiedy napastnicy zaczęli ją związywać. Krzywiła się tylko na ból w żebrach i starała się przyjąć pozycję, w której najłatwiej jej będzie się wyplątać z więzów. Teraz wystarczyło, by Joel znalazł się w odpowiednim miejscu i... skoczyli. Z trzeciego piętra. Na beton.
Alena ostatkiem sił zdołała spowolnić ich upadek, by ich kości nie roztrzaskały się na twardym podłożu. Pomimo to lądowanie nadal było mocno odczuwalne. Ale samo wylądowanie to nie wszystko. Zaraz rozległy się za nimi strzały. Resztami sił zerwała się do biegu i wpadła na tylne siedzenie samochodu, kładąc się na kanapie. Chwilę później do środka wpadł jej towarzysz - uprzednio wrzuciwszy czerwonowłosego do bagażnika - i ruszyli z piskiem opon. Alena wymacała na podłodze apteczkę i spróbowała prowizorycznie zatamować krwotok. W tym samym czasie kierownicę przejęła Cat, rzucając przy okazji do tyłu kawałek materiału, który okazał się być koszulą.
- Jak tam z tyłu? - rzuciła.
- Bywało lepiej - odparła, po czym zaśmiała się krótko i gardłowo.
Kiedy już uporała się z ranami, ponownie opadła na kanapę, przykrywając się koszulą. Już było po wszystkim. Zamknęła oczy, a świat zewnętrzny przestał mieć jakiekolwiek znaczenie.

Przez dłuższy czas jedynym co widziała, były oczy. Duże i brązowe, otoczone wachlarzem gęstych, jasnych rzęs. Później z mlecznej mgły zaczęły wyłaniać się inne szczegóły opalonej dziecięcej twarzy. Zadarty nosek z kilkoma piegami, pucułowate policzki oraz małe usteczka. Widać było także czarne loczki i ubrudzoną koszulkę. Chłopiec stał na olbrzymim głazie, za nim rysowały się ruiny miasteczka: zniszczone przez bomby budynki, uszkodzone sprzęty gospodarstwa domowego i fragmenty tkanin. Chłopiec wyciągał brudne rączki, jakby prosił o pomoc...
Nagle! słychać było strzał. Głowę chłopca przebiła kula, a na ręce Aleny trysnęła gorąca krew.

Krzyk rozdzierający bębenki uszne rozniósł się echem po pomieszczeniu. Oblana zimnym potem Alena zerwała się do pozycji siedzącej, czego pożałowała, gdy po jej ciele rozniósł się przeszywający ból. Cicho syknęła. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że nie jest sama w pomieszczeniu.
- Krzyczysz prawie tak samo jak Niemowa - zaśmiał się Joel, siedzący koło jej łóżka. Po chwili jednak spojrzał na nią zatroskany. - Wszystko w porządku?
- Tak, tak - machnęła ręką.
Alena nie była przyzwyczajona do tego, że ktoś się o nią troszczył. Miała zakodowane, że nawet jeśli coś jej się stało, jak najszybciej ma się po tym pozbierać. Dlatego też od razu spróbowała wstać z łóżka. Choć z początku nie było to łatwe i postrzelona noga mocno dawała o sobie znać, to jednak Alenie udało się stanąć. Z ulgą zauważyła też, że jest ubrana. I właśnie w tym momencie drzwi się otworzyły, a w progu stanęła Cat.
- Miło widzieć, że jesteście w lepszej formie - powiedziała z uśmiechem, po czym spoważniała. - Szef chce was widzieć, macie przesrane.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:35 am

Po raz pierwszy od dawna nic mu się nie śniło. Gdyby mógł, pozostałby w tym stanie zawieszenia już na zawsze. W miejscu, gdzie nie istniało nic, poza spokojem. W miejscu, gdzie nie czuł bólu, gdzie nie istniały wspomnienia, gdzie oddychał i to była jedyna czynność, jaką potrzebował. Obudziły go cicho prowadzone rozmowy obok niego.
- Mówię wam, to ona, mała zdzira.
- Ja wiem? Przecież nic tym nie osiągnęli. Jeszcze sama oberwała.
- Nie osiągnęli, bo Joel się nie dał. Założę się, że to on uratowal obojgu dupy.
- Nikogo z nowych nie wysyłaliśmy, bo wszyscy się jeszcze uczą kontrolować moce. Dzień po jej przybyciu nagle zamiast dwójki rekrutacyjnej, pojawia się cały oddział?
- W ogóle co oni mu zrobili, że jest w takim stanie?
- Dobrze, że mamy Miriam, bo byłby uziemiony nie wiadomo jak długo.
- Wszędzie w telewizji o tym trąbią.
- Szef się tym zajmie...
- Parę osób ich widziało.
- Szmata. Zwiała z wojska, ta? Wypuścili ją, żeby była u nas wtyką.
- Przestań.
- Taka prawda! Przejrzyj na oczy, Zi. Czerwony skurwiel ma szczęście, że jeszcze się nie obudził.
- Nie możesz go winić...
- Owszem, mogę.
- Hej, spadajcie! Zlecieliście się jak sępy do padliny. Dajcie mu oddychać. No, już! Zabierać tyłki!
Kiedy zapadła w końcu cisza, przestał udawać, że śpi i otworzył oczy. U jego boku siedziała już tylko Miriam. Jej długie, siwe włosy, twarz o sieci zmarszczek i uprzejmy uśmiech koiły. Jedynie ślepe, białe oczy burzyły obraz kochanej, poczciwej staruszki, dbającej o wnuczków. Zmoczyła szmatkę w misie z wodą, stojącej na szafce i położyła mu na czole. Pachniała ziołami.
- Jak się czujesz? - zapytała, suchą dłonią delikatnie dotykając jego twarzy.
- Nic nie czuję - odparł, uświadamiając to sobie w momencie, gdy wypowiadał te słowa. Dotknął piersi; wyczuł pod palcami bandaże. Rany zapiekły lekko w miejscu, gdzie przyłożył rękę. - To mnie nigdy nie przestanie zadziwiać. Dziękuję, Miriam.
- Cieszę się.
Kobieta zaczęła się krzątać wokół. Obserwował chwilę, jak porusza się po pokoju - ostrożnie, ale pewnie, chwytając się różnych mebli, niczego nie strącając. Znała to miejsce pewnie już na pamięć, ale i tak ją podziwiał.
- Myślisz, że to prawda? Co mówią o Alenie?
- Nie wiem, kochany. - Powąchała zawartość jednej z butelek, zmarszczyła nos i wyrzuciła ją do kosza. - To ty tam byłeś.
- Tak... Po prostu nie wiem, czy jej faktycznie wierzę czy jedynie chcę jej wierzyć.
- Cóż - Miriam pociągnęła za pościel, dając mu znak, by wstawał - o tym musisz się sam przekonać.

Siedział nad jej łóżkiem, pogrążony w pesymistycznych myślach. Chciał położyć się obok niej i wrócić do swojego nie-snu, ale był pewien, że to jeszcze długo nie nastąpi. Jej spokój mu się udzielał, dopóki nie zaczęła wiercić się i szarpać kołdry. Już miał nią potrząsnąć - marzył, by ktoś go wybudzał z każdego koszmaru, nim ten się na dobre rozkręci - kiedy zerwała się z krzykiem.
- Krzyczysz prawie jak Niemowa. - Przywdział z powrotem maskę pozorów. - Wszystko w porządku?
- Tak, tak.
Patrzył, jak z trudem wstaje. W pierwszym odruchu chciał ją powstrzymać, ale pomyślał, że to raczej ten typ człowieka, który nie lubi bezczynnie siedzieć. Obserwował w milczeniu jej walkę z ciałem. Chyba finalnie skończyła gorzej, niż on. Miriam albo trudniej leczyć postrzałowe rany albo się nie starała tak, jakby mogła, zapewne za czyimś poleceniem jak już. Wątpił jednak w taką możliwość. Szef nie był zawistny, a przede wszystkim głupi. W tym momencie będzie nieufny nie tylko wobec Aleny.
Widząc, że Cat się uśmiecha, od razu wiedział, że sprawa mogła być nawet poważniejsza, niż początkowo sądził.
- Idziemy?
Czekała, ubrana w "szpitalne" łachy. On też jeszcze się nie przebrał. Nie tylko z wygody, ale swego rodzaju lenistwa - jakby założenie swoich ciuchów oznaczało konieczność zmierzenia się z dzikim tłumem za drzwiami, z szefem, z prawdą. Nie, nie, nie.
- Zaczekaj sekundę. - Patrzył w podłogę, dłonią pocierając czoło. - Przepraszam za swoją nieuwagę. Gdybym był ostrożniejszy, wszystko poszłoby inaczej...
- Joel, nie musisz...
- Muszę. Przyzwyczaiłem się do tego, jak te akcje przebiegają. To było głupie. - Splótł palce. - I niezależnie od wszystkiego, muszę ci zadać to pytanie. - Przeniósł na nią wzrok swoich stalowych oczu. - Czy poinformowałaś w jakiś sposób osoby z zewnątrz o naszej akcji?
Zapadła cisza. Dziewczyna zachowała poważną twarz. Nie wiedział, czy poczuła się urażona, że ją o to zapytał. W każdym razie zaprzeczyła.
- Dobrze. - Wstał i stanął przy drzwiach. - Wiedz tylko, że za tymi drzwiami wszyscy cię winią.
- Cudownie - mruknęła pochmurnie. - I co, wywalicie mnie?
- To musimy obgadać z szefem.

Zatrzymała go, nim nacisnął klamkę od gabinetu szefa.
- Mogę też zadać ci jedno pytanie?
- Jasne.
- Ty również mnie winisz?
Rust westchnął lekko, nim odpowiedział.
- Wszyscy mamy tutaj problemy z zaufaniem. Nie ma się czemu dziwić. Nie sądzę, żebyś to zrobiła, ale nie będę zaskoczony, jeśli okaże się inaczej.
- Fair enough.
Mężczyzna w środku siedział rozparty wygodnie na obrotowym fotelu, paląc cygaro i wypuszczając z ust dym w kształcie kółek. Nie odwrócił głowy, gdy weszli; zaczekał, aż usiedli. Wtedy dopiero obrócił się w ich stronę, łokcie opierając na biurku. Czarne oczy lustrowały Alenę, która zaczęła wiercić się niespokojnie pod naporem tego spojrzenia.
Joel opowiedział całą akcję ze wszelkimi szczegółami, a potem dziewczyna dopełniła historię o swój punkt widzenia oraz czas, kiedy on zemdlał, chociaż na pewno Cat już omówiła z nim powrót - zawsze upewniał się, czy wszystko poszło zgodnie z planem i nie przywieźli za sobą ogona. Jego twarz nie wyrażała niczego podczas tych dłużących się minut. W spokoju zaciągał się cygarem i wydmuchiwał dym w stronę wentylatora. Sprawiał wrażenie, jakby nic z tego go nie obchodziło, ale oczywiście to tylko pozory, chociaż Rust nigdy nie potrafił określić, czy mężczyzna w danym momencie jest wściekły, jedynie zirytowany czy na przykład rozczarowany. Czasem dochodził do wniosku, że jego oczy wyrażają wszystko na raz. W mimice szefa łatwo się pogubić, przeciwnie co do słów; one zawsze są klarowne i jednoznaczne. Za wyjątkiem faz, kiedy zbierało mu się na wykład.
- Aleno... - Splótł dłonie. - Chciałbym, żebyś to była ty. Żeby Joel nie miał racji, a ja mógłbym cię wrzucić do niszczarki.
Dziewczyna zmarszczyła brwi na ostatnie słowo. Pewnie zastanawiała się, jak wygląda niszczarka ludzi. Rust też, bo po raz pierwszy o niej słyszał.
- Chciałbym, żeby tak było, ponieważ to by wielce ułatwiło sprawy. Jest zdrajca, a my się go pozbywamy. - Nalał sobie wody do szklanki z dziwnej karafki. Nie zaproponował im niczego. - Jednak nic nigdy nie jest takie proste. To mogłaś być ty, ale równie dobrze mógłby to być ktokolwiek z POP'u. - Upił łyk. - Tak czy inaczej, na pewno znajdziemy szpiega, zaś tobie pozostaje modlić się, by dowody nie świadczyły przeciw tobie, bo dopóki nie schwytamy winnego, nie będziesz uczestniczyć w żadnej akcji, ani nie otrzymasz o żadnej informacji, chyba że ja postanowię inaczej.
- A co z...
- Rozumiemy się?
- Tak, sir - potwierdziła dziewczyna bez chwili wahania.
- To wszystko. Możecie iść.
Szef odwrócił się do nich plecami, kończąc rozmowę. Joel jeszcze krótką chwilę siedział, ale nie było sensu. Wyszli więc z pokoju.
Oparli się oboje o ścianę, trawiąc wszystko, co się wydarzyło, pogrążeni w myślach, dopóki chłopak nie przerwał ciszy:
- Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu.

Szli przez stołówkę, która nagle z gwarnego miejsca stała się cmentarzem rozmów. Każda osoba w pomieszczeniu śledziła ich wzrokiem. Dosiedli się do tych samych osób, co ostatnim razem. Oni również milczeli, patrząc, jak ich dwójka w spokoju je, dopóki Johnny się nie zirytował:
- No i co?!
Joel spojrzał na niego, jakby zaskoczyło go, że się do niego zwraca.
- O co konkretnie pytasz?
- Dobrze wiesz o co.
- Mózg, Giętki, masz po to, aby go używać. Myślisz, że gdyby to była ona, siedziała by tu z nami? - fuknęła na niego Cat.
- Powiedzcie, co się w ogóle wydarzyło - wtrącił spokojnie Smoker.
- Zamiast dwójki rekrutacyjnej, wparował tam cały oddział. Mieli na mnie broń. Uciekliśmy. Nie sądzę, żeby to była Alena. Szef będzie szukał zdrajcy.
- Cóż - Zapałka rozparł się na krześle i rozejrzał się po zebranych przy stole - nie wiem jak wy, ale skoro Joel mówi, że to nie ona, to jak dla mnie nasz wypad dzisiaj jest aktualny. W końcu to on dostał w dupę. - Wycelował palcem w Alenę. - Ale ty stawiasz.
- To nie jest zabawne, Tyreese. - Wciskając się obok Smokera, swoje cztery litery na ławce posadziła Gwiazdka, dawniej szkolna miss, wysoka blondynka z falami i wielkimi, niebieskimi oczami, teraz Przeobrażona, która... świeciła. Trzeba było jej oddać, że parę osób oślepiła. - Wiesz, co to oznacza? To może być każdy.
- Nie panikuj, lala. - Cat wywróciła oczami z pobłażaniem. - Grono zawęża się do samych nowych rekrutów.
- Znikoma liczba, prawie wszyscy to Niestabilni. - Blondi podrapała oko środkowym palcem.
- Cóż, nasze grono jest bezpieczne. Zostawmy dziś politykę, co? - Johnny przeciągnął się ostentacyjnie. - Mam wielką ochotę na tequillę.
- Jak dawno nie piłem wódki - rozmarzył się z kolei Smoker, wstając. Pozostali poszli jego śladem.
- O, ja mam ochotę na słodkiego drinka...
Gwiazdkę zbombardowały pełne litości spojrzenia.
- Sorry, lala! Parasolkowicze zostają!

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:38 am

Wizyta u szefa była osobliwym doświadczeniem. Alena miała już doświadczenia z potężnymi mężczyznami, budzącymi respekt oraz strach, ale żaden z nich nie równał się z szefem. Nie tylko jego wygląd przerażał. Strach było mu także patrzeć w oczy - czarne, wyrażające naraz wiele niezbyt przyjemnych emocji. Rosjanka z wrażenia zaczęła kręcić się na stołku, co nieczęsto jej się zdarzało. Będąc jeszcze w wojsku, nawet przed największymi postrachami zachowywała powagę godną posągów w Watykanie.
Jednak tę konfrontację musiała jakoś odreagować. Dlatego entuzjastycznie przyjęła propozycję Jola, aby pójść coś zjeść. Z tego, co zauważyła Alena, na stołówce zawsze panowała luźna, przyjemna atmosfera. Wszyscy przerzucali się suchymi żartami i padały złośliwe docinki, za które nikt się nie obrażał.
Tym razem było inaczej. Gdy tylko weszli do pomieszczenia wszyscy zamilkli. Również przy ich (czy Alena w ogóle mogła się czuć częścią zespołu?) stoliku początkowo panowała cisza.
- No i co?! - wybuchnął w końcu Giętki Johnny.
Atmosferę między nimi dało się kroić nożem, ale wśród tych ludzi sytuacje potrafiły się zmieniać jak w kalejdoskopie i już po chwili wszyscy zgodnie uznali, że Alena nie może być wtyką. Słysząc to, dziewczyna odetchnęła z ulgą. Mimo tego wiedziała, że na razie nie mogła czuć się w pełni bezpiecznie. Kilka osób będących po jej stronie mogłoby nie wystarczyć, gdyby ktoś chciał ją wrobić w zdradę i podrzucić fałszywe dowody. Bała się, że znów zostanie sama - odrzucona przez jednych i ścigana przez drugich. Nieco spochmurniała. Wtedy w jej stronę został wycelowany ciemny palec.
- Ty stawiasz.
Spojrzała w twarz Zapałki, uśmiechając się ironicznie. Już chciała rzucić kąśliwą uwagą, gdy przeszkodziła jej nieznana dotychczas blondynka. Wyraziła swoje obawy związane z zaistniałą sytuacją i rozmowa znów zmierzała w kierunku zdrajcy, kiedy Johnny zareagował.
- Zostawmy dziś politykę, co? - zaproponował, po czym dodał: - Mam ochotę na tequillę.
Wszyscy podnieśli się z miejsc, mówiąc czego chcieliby się napić. Alena poszła ich śladem, choć trzymała się nieco z tyłu, obok Joela. Była nieco wycofana i niespokojna, na pytanie czego chce się napić, odparła, że wszystko jedno. Tuż przed przekroczeniem progu stołówki ogarnęło ją dziwne uczucie.
Już po tobie... usłyszała głos nienależący do nikogo z jej znajomych.
Przystanęła na moment. Rozejrzała się po stołówce, ale nie zauważyła nic niepokojącego. Wszyscy byli pochłonięci spożywaniem posiłków, lub rozmową.
Nikt cię nie ochroni...
Po plecach przeszedł jej zimny dreszcz.
- Alena, idziesz?! - krzyknął ktoś za nią.
- Już! - odkrzyknęła, wychodząc na jeden z wielu korytarzy.


Rany po postrzałach były już w pierwszych stadiach zabliźniania, choć od momentu ich zadania minęło zaledwie parę godzin. Tkanki powoli zaczynały się zrastać, a siniaki i opuchnięcia powstałe wokół nich z każdą godziną coraz bardziej zanikały. Ciepła woda zmywała resztki zaschniętej krwi. Nie wyglądała najgorzej - tak stwierdziła stojąc przed lustrem owinięta w ręcznik, z wodą kapiącą z włosów na ramiona i czarną kredką w ręce. Wcześniej malowała się tylko kilka razy i zastanawiała się od czego zacząć. W tym celu bardzo dokładnie przyglądała się swojej twarzy.
Twarzy łudząco podobnej do tej, która często pojawiała się w jej wspomnieniach.

Kobieta o jasnych włosach spiętych w koka uśmiechała się łagodnie. Patrzyła swoimi ciepłymi, brązowymi oczami w oczy Aleny i zapinała guziczki jej sukienki. Robiła to powoli i delikatnie. Później ubrała jej małą kurteczkę, po czym zaczęła obwiązywać jej szyję szalikiem. Przez cały ten czas wpatrywała się w nią z czułością. Ale po chwili czułość ustąpiła miejsca przerażeniu. Twarz kobiety pobladła, rozchyliła lekko usta, a jej oczy otworzyły się szeroko jakby w oddali zobaczyła ducha. Znów przeniosła spojrzenie na dziewczynkę. Wzięła do ręki fioletowe pasmo jej włosów.
- Alena, chto proiskhodit?
Wtedy wszystkie przedmioty w małym przedpokoju zaczęły lewitować, krążąc wokół kobiety i dziewczynki.

Alena potrząsnęła głową, jakby chcąc odgonić wspomnienie. Musiała się streszczać, bo czasu ubywało, a ona nadal stała w łazience, trzymając tę przeklętą kredkę. Wzięła głęboki oddech i przystąpiła do działania. Obrysowała oczy, wyciągając kreskę od zewnętrznego kącika w kierunku skroni. Gdy skończyła krytycznie przyjrzała się swojemu odbiciu. Wyglądała zadziwiająco dobrze, ale ta czynność była na tyle stresująca, że postanowiła więcej nie dotykać kosmetyków. Alena była specyficznym człowiekiem. Przestrzelenie człowiekowi głowy z odległości kilkunastu metrów nie stanowiło dla niej problemu, za to wykonanie makijażu przerastało jej możliwości do tego stopnia, że nie miała już siły robić nic z włosami i ubrała pierwsze lepsze rzeczy, które wyciągnęła z szafy (na szczęście nie był to dres!).

Kilkanaście minut później stała już wraz z grupką znajomych koło jednego z wielu wyjść z siedziby i czekali na spóźnialskich.
- Już jesteśmy! - zawołał z oddali Zapałka, z którym podążał Joel i jeszcze jeden chłopak.
- No nareszcie... - westchnęła Cat. - Szykujecie się dłużej niż baby.
Cała grupka zachichotała. Alena również się uśmiechnęła.
- No to idziemy! - zawołał Johnny i cała grupka wyszła w chłodną noc.
Alena od razu pożałowała, że nie wzięła ze sobą nic cieplejszego niż ciemna koszula w kratę.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:38 am

Wyślizgnęli się jednym z ukrytych w mieście wyjść, przez piwnicę w opuszczonym budynku. Kurz wzniósł się gęstą chmurą, gdy panel trzasnął o podłogę. W pomieszczeniu panował chaos - pełno tu było połamanych desek, kable i folie zwisały z sufitu, ścian, walały się pod stopami, tak jak ostre siatki, o które zawsze zacinał się Johnny. Ostrzegli Alenę, aby uważała na gwoździe ("Żebyś nie skończyła jak Jezus", skomentował Zapałka). Przedzierali się przez tą dżunglę, dopóki nie dotarli do zawalonych schodów. Każdy wspiął się ostrożnie po meblach, które zwalały je na całej długości. Parter wyglądał już lepiej, wśród pyłu rozrzucone leżały tylko cegły, a w niektórych kątach stały lampy robocze, żadna jednak nie świeciła.
Ich nowa towarzyszka wypytywała wciąż, gdzie się kierowali, ale oni powtarzali, że to niespodzianka. Śmiali się, gdy kwestionowała, czy dobrym pomysłem był choćby ubiór Smokera ("Jakby cię w Czarnobylu znaleźli") czy Cat, której twarz zakrywał tylko kaptur ("Bez urazy, ale rzucasz się w oczy, a na pewno was szukają?"). Chodzili bocznymi uliczkami, nie zaczepiani przez nikogo. Połowę z nich można było wziąć za cosplayerów, a resztę za ich niewtajemniczonych znajomych.
W końcu doszli do celu - cichy bar na uboczu. Weszli do środka i stanęli z boku, podczas gdy Smoker rozmawiał z barmanem (i jednocześnie właścicielem lokum). Po zapłaceniu, otrzymał tackę kolorowych, podejrzliwie świecących shotów. Każdy wypił jeden bez słowa. Wtedy Pan-Z-Czarnobyla skinął na nich głową, a reszta podążyła za nim jak posłuszne kaczuszki za mamą kaczką. Wszędzie-Szeroki-Facet w czarnym uniformie obrzucił ich groźnym spojrzeniem, kiedy podeszli do drzwi, ale nie wykonał żadnego ruchu. Przeszli więc przez nie i znaleźli się w niedługim korytarzu, pomalowanym we wzorki z popularnonaukowych stron typu "paski są białe czy zielone?!"; efektu doprawiała przytłumiona, agresywna muzyka. Joel wbijał wzrok w jedyny nie oczojebny element otoczenia, czyli lśniącą kotarę. Zapałka wyprzedził ich sprężystym krokiem i odsłonił ją z gracją magika. Fala głośnej muzyki uderzyła w nich jak młot. Nikt się nie cofnął ani nie skrzywił.
Weszli w inny świat.
Rust był tutaj dotychczas trzy razy, ale za każdym razem przeżywał szok. Widział już w życiu wiele dziwności, jednak to miejsce sprawiało, iż czuł się jak Alicja w Krainie Czarów - i to w tej większej lub mniejszej formie, bo pośród tych wszystkich dziwadeł on wyglądał najnormalniej. Żeby wtopić się w tłum, musiał przybrać częściowo swoją tytanową osłonę. Pokrył nią ręce, na twarzy stworzył wzorki, jakby urwał się z planu filmu pokrewnego do "Avatara".
Feeria barw, nie tylko z laserów w ścianach, sufitach i podłogach, kolorowych lamp, stroboskopów, ale też na głowach ludzi, ich ciuchy, ich wytatuowane i okolczykowane ciała wprawiały w psychodeliczny nastrój. Siedzieli przy stołach, pijąc kolorowe, świecące, dymiące się, płonące czy nawet iskrzące drinki, rozsypując resztki prochów, stali pod ścianami, dyskutując, krzycząc sobie do uszu, tańczyli na parkietach, niektórzy zupełnie nieobecni.
Smoker zaciągnął się głęboko powietrzem i unoszącym się dymem, rozpościerając szeroko ramiona.
- Kocham to miejsce!

Czas płynął tam inaczej. Rozciągał się i kurczył, zależnie od wykonywanej czynności. Joel nie potrafił określić, ile siedzieli, nim Cat nie podążyła za jakąś gibką kotką na parkiet, a Johnny uderzył między stojących, poszukując pigułek. Zaczęli, standardowo, od toastu ("Za sfajczoną dupę Joela! ... I Alenę"), a potem paru kolejnych. Przekrzykiwali się nawzajem, śpiewali zawodzącymi, niezharmonizowanymi głosami, rozważali teorie spiskowe. I jak zawsze rozmawiali o tym, co było przed i po, za wyjątkiem okresu tuż po. Całą gorycz wspomnień zapijali alkoholem. Skutecznie. Wpadali już w ten stan, gdy każdy pilnował, by czegoś nie chlapnąć - tej czujności nie dało się pozbyć, bo świadomość skutków ujawnienia brudów była zbyt bolesna.
W pewnym momencie wdał w się ze Smokerem w mechaniczne dyskusje, zaś Zapałka wykorzystał ten moment, by przystawiać się do Aleny. Rust zorientował się, co się działo, dopiero gdy dziewczyna przypadkiem go szturchnęła, odganiając się od natręta. Chłopak szybko zanalizował i przetworzył sytuację.
- Ej, Zapałka, daj sobie na luz, co?
- Ej, Titanic, co powiesz na to, by się nie wtrącać?
- Stary, weź zapoluj na jakąś naćpaną naiwniaczkę, dobra? Wkurwiasz, jak się tak naprzykrzasz.
- Patrzcie go, rycerz w białej zbroi.
Joel uniósł brew na "białą zbroję", zastanawiając się, czy pomyliła mu się analogia czy nawiązywał do tytanu.
- Radzę sobie - mruknęła do niego fioletowowłosa.
- Na mnie nie będzie się wściekał przez następny miesiąc, jak mu przyłożę - odparł równie poufnie Joel.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:41 am

Alena cieszyła się na wyjście, ale też była nieco zaniepokojona. Nie dość, że nie miała pojęcia dokąd idą, a każde jej pytanie było zbywane tajemniczym niespodzianka, czy zobaczysz, to jeszcze wyglądali na tyle oryginalnie, że rzucali się w oczy nawet w najbardziej fantazyjnej dzielnicy Tokio. Odetchnęła z ulgą, gdy weszli do niewielkiego baru na uboczu.
W pierwszym momencie pomyślała, że to całkiem dobre miejsce: nie mieli zbyt wielkiego obłożenia i było kilka mało widocznych miejsc. Jakie było zdziwienie Aleny, gdy po wypiciu kolorowych, świecących drinków, Smoker zaczął prowadzić ich na zaplecze. Otworzyła szerzej oczy, ale nic nie mówiła, tylko podążyła za grupą. Miejsce, w którym się znaleźli przekraczało jej najśmielsze wyobrażenia: podziemny klub wypełniony Przeobrażonymi.
- Wow... - szepnęła.
Po chwili usłyszała krzyk Smokera:
- Kocham to miejsce!

Shoty rodem z Czarnobyla wchodziły z zadziwiającą łatwością. Po kilku toastach oraz dodatkowych paru kolejkach każdy poczuł się rozluźniony. Niektórzy aż za bardzo... Jak na przykład Zapałka, którego dłoń jakimś trafem wylądowała na udzie Aleny i w żaden sposób nie dała się odkleić. Kiedy jego zaloty stały się zbyt natarczywe, do akcji wtrącił się Joel.
- Radzę sobie... - fuknęła Alena, nieco urażona.
Ale to jak widać to za dużo nie pomogło. Rust już się szykował, by przyłożyć czarnoskóremu, ale powstrzymał go nieco piskliwy krzyk.
- Hej! - pisnęła Gwiazdka, wstając. - Nie kłóćcie się. Przyszliśmy tu po to, by się bawić! - uniosła w górę kieliszek ze swoim neonowo-różowym drinkiem i puściła do nich oczko.
Alena kiwnęła głową i sama podniosła się z miejsca.
- Blondi ma rację - uśmiechnęła się do Gwiazdki, która pokazała jej uniesione kciuki, po czym przeniosła wzrok na Joela. - Chodź zatańczyć.
Nim ten zdążył w jakikolwiek sposób zaprzeczyć, fioletowowłosa chwyciła go za nadgarstek i pociągnęła w stronę tłumu.
Glitter on the wet streets
Silver over everything

Migające różnymi kolorami światła sprawiały nieco psychodeliczne wrażenie. Alena i Joel weszli w tłum Przeobrażonych kołyszących się w rytm muzyki (bo tańcem tego nazwać się nie dało). Panował ogólny ścisk i duchota, w powietrzu unosiły się tysiące zapachów: słodkich niczym kwiaty, a także ostrych i nieprzyjemnych. Ciała osób miały różną temperaturę oraz różne faktury i dziewczyna momentami nie była pewna, czy to czego właśnie dotknęła to sukienka z wężowej skórki, czy też czyjaś odsłonięta skóra. Rosjanka była pod wrażeniem. Wiedziała, że jest pewna grupa Przeobrażonych na wolności, ale nigdy nie sądziła, iż może być ich aż tyle. W dodatku w jednym miejscu...
The glitter's all wet
You're all chrome

Zamroczona alkoholem Alena przesuwała się dalej, wgłąb tłumu, również się kołysząc - niekoniecznie z własnej woli. Kurczowo ściskała palce na nadgarstku Joela, byle tylko go nie zgubić. Świat wokół wirował, muzyka zalewała umysł. Alena czuła dotyk ludzi i kropelki potu na swoim ciele. Dłoń trzymająca Joela nagle rozluźniła uścisk tak, że mógł spokojnie wyjąć z niego rękę. Stwierdziła, że i tak go nie zgubi.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:42 am

Baby I'm wasted
All I wanna do is drive home to you

Joel nie zdążył nawet zaprotestować, nim Alena pociągnęła go na parkiet. Wystarczyło zrobić parę tylko kroków, aby tłum ich pochłonął. Wtedy już było za późno, żeby zawrócić - nie mógł zostawić dziewczyny na pastwę dzikich. Początkowo się zdenerwował. Nie umiał tańczyć. Czuł się jak idiota.
Kiedy jednak znaleźli się pośród rozgrzanych, spoconych ciał, upitych, na haju, kiedy lasery atakowały jego oczy, a lampy stroboskopowe próbowały przyprawić o epilepsję, kiedy palce Aleny piekły go na nadgarstku bardziej, niż powinny - wtedy stwierdził, że mu to obojętne: ludzie ocierający się o nich, naruszając przestrzeń osobistą, zapach alkoholu, wymieszany z odorem potu i dziwną wonią dymu, który wypuszczanego właśnie z podłogi. Nie spiął się - wiedział, że to nieszkodliwy efekt specjalny. Szumiało mu w głowie, muzyka wwiercała się w jego mózg i uderzała w głowę jak młotem, próbując dopasować bicie serca do rytmu piosenki, dym drażnił nos, a on coraz bardziej się znieczulał. W końcu fioletowowłosa zatrzymała się, odwróciła do niego i zaczęła tańczyć. Joel co najwyżej się gibał, kołysał, podskakiwał, ale ona - ona tańczyła. Jej sylwetka migała mu w świetle lamp stroboskopowych jak seria zdjęć.

Baby I'm faded
All I wanna do is take you downtown

Nagle obok nich ukazała się Cat. Zaciągnęła ich z powrotem do stolika, na którym czekały skrzące się shoty. Krzycząc, tańcząc, padając bezwładnie na kanapy i śmiejąc się, wypili kilka kolejek. Podczas gdy Smoker i Johnny latali helikopterami przy stoliku, pozostali poszli na parkiet. Cat popisywała się solówką, zbierając wokół siebie zachwyconych tancerzy, oczekujących na wspólny pokaz, blondi kołysała biodrami przed Zapałką, a oni znów skończyli naprzeciw siebie.
Nie wiedział, ile minęło czasu - tutaj nigdy nie dało się tego określić, zresztą nie było to już istotne. Alena splotła ręce na jego szyi. Jej skóra piekła go w dotyku. Położył swoje ręce na jej talii, czując pod palcami jej napięte mięśnie. Spojrzał w jej oczy; wśród migających laserów udało mu się dostrzec brązową obwódkę tęczówki i ogromnie rozszerzoną źrenicę. Jej wzrok zsunął się z jego oczu trochę niżej. Ludzie wokół podrygiwali dalej, ale dla niego dotąd głośna i nachalna muzyka, grała teraz w tle, przytłumiona. Wszystko wokół było rozmazane, jakby patrzył przez obiektyw aparatu, nie mogąc złapać ostrości. Jedynym elementem obrazu, którego kontury widział wyraźnie, była dziewczyna przed nim stojąca. Nic ich teraz nie oddzielało, chyba przyciągnął jej biodra do siebie, bo czuł teraz jak ocierali się o siebie z każdym oddechem. W całym tym chaosie potrafił wyczuć bicie jej serca. Uniósł dłoń i położył na jej policzku, przesunął kciukiem po wardze, uniósł podbródek...


- Listen, baby... Ain't no mountain high, ain't no valley low, ain't no river wide enough, baby...
Rust nie rozumiał co się działo. Czuł potworny ból głowy, to na pewno. Jakiś paskudny śpiewak wybudził go ze snu. Otworzył oczy i przewrócił się na bok, widząc pełnego energii Zapałkę, wyjącego wniebogłosy.
- If you need me, call me. No matter where you are. No matter how far...
Tańczył na boki w typowo murzyński sposób, pstrykając palcami, całością sytuacji doprowadzając go do szewskiej pasji. Nie mogąc jednak zdobyć się nawet na wywalenie go z pokoju, zakrył głowę poduszką. Na chwilę przycichło, ale wtedy rozbrzmiało jeszcze głośniej, tuż obok niego.
- Stary, mamy piękny dzień! Ruszaj swój biały tyłek!
- Co jest z tobą nie tak? - jęknął Joel.
Nie pamiętał z wczorajszego wieczora zbyt wiele. Ostatnim wspomnieniem było chyba... Któraś kolejka shotów ze wszystkimi?
Spojrzał na nieproszonego gościa. Kac z pewnością go nie dopadł, patrząc po energii, jaka go rozpierała, ale wory pod oczami sugerowały niezbyt piękny dzień. Udał jednak, że tego nie widzi.
- Szef chciał cię widzieć, tak swoją drogą. Johnny już u niego był, mówił, że wylatuje do USA na tydzień albo dłużej. Najpierw tylko zajrzyj do Miriam.
- Tobie pomogła? - westchnął, siadając powoli.
- Nope. Ja po prostu nie choruję nigdy na kaca. - Nucąc dalej pod nosem, Zapałka wyszedł z pokoju.

Szef właśnie ubierał płaszcz, kiedy Joel wszedł do jego "gabinetu". Zerknął przez ramię i kontynuował pakowanie się.
- Joel.
- Chciałeś mnie widzieć?
Zatrzasnął głośno aktówkę i odwrócił się do niego.
- Tak. Jesteś odsunięty od wszystkich misji na zewnątrz, dopóki nie wrócę.
- Słucham?
Zamurowało go.
- Jeszcze pytasz? Wprowadziliście podejrzaną do miejsca wypełnionego Przeobrażonymi. Cieszę się, że masz swoje przekonania, ale to było idiotyczne. Mam nadzieję, że to widzisz?
Rust skinął głową. Widział to już wtedy, ale postanowił zignorować.
- Tak.
- Świetnie. Cat odpowiada za znalezienie szpiega. Będziesz robił za złego glinę, jeśli będzie takiego potrzebowała. Resztę sama ci powie. - Minął go, ale jeszcze zatrzymał się w drzwiach. - Myślałem, że masz więcej rozumu, Joel. Lepiej, żebyś miał co do niej rację.
Groźba, która brzmiała w tych słowach, sprawiła, że się wzdrygnął. Szef miał rację. Nie myślał racjonalnie. Naraził tamtych ludzi... Chyba powinien się odsunąć od Aleny na jakiś czas. Prawdopodobnie dopóki nie znajdą szpiega.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:44 am

Czasoprzestrzeń tutaj załamywała się pod najróżniejszymi kątami. Przekraczając próg klubu trafiało się w inny wymiar, rządzący się własnymi prawami a zdarzenia zmieniały się niczym slajdy wyświetlane na ścianie za pomocą diaskopu, oddzielane od siebie błyskiem kolorowego światła. Przedzieranie się przez tłum. Błysk. Kolejka radioaktywnych shotów. Błysk. Ponowne tańczenie na parkiecie. Błysk. Dotyk dłoni na biodrach. Błysk. Długie spojrzenie w szare oczy. Błysk. Twarze niebezpiecznie blisko siebie. Błysk.
Cały świat wirował, a Alena razem z nim. Parkiet osuwał się spod nóg, nie wiedziała gdzie jest góra a gdzie dół i jedyne czego była pewna, to dotyk ciepłych dłoni na jej ciele. Wszystko wokół zlewało się w jedną kolorową plamę, zalewającą feerią barw i tylko te dłonie utrzymywały ją na powierzchni.

Alena obudziła się w pustym łóżku, zaciskając dłoń na prześcieradle. Z poprzedniego wieczoru pamiętała jedynie urywki zdarzeń. Widać wypiła o jedną kolejkę za dużo, bo od pewnego momentu jej wspomnienia rozpływały się we mgle i nie była nawet w stanie stwierdzić jak na powrót znalazła się w bazie, ani jakim cudem udało jej się przebrać w piżamę.
Przetarła twarz dłonią, jakby chcąc się pozbyć z głowy resztek wspomnień minionej nocy. Właśnie w tym momencie usłyszała pukanie i zaraz po tym drzwi się otworzyły, a w progu stanął Johnny.
- Nieźle wczoraj odleciałaś, mała - powiedział na powitanie.
Alena uniosła brwi w wyrazie zdziwienia. Usiadła na łóżku po turecku i wbiła w chłopaka uważne spojrzenie.
- Powinnam o czymś wiedzieć? - spytała aż nazbyt poważnym tonem.
Ten jednak zaśmiał się tylko.
- Chodź coś zjeść, śniadanie dobrze ci zrobi.
Raz jeszcze uśmiechnął się do niej, po czym wyszedł z pokoju.

W stołówce było praktycznie pusto. Tylko nieliczni kończyli posiłki lub dotrzymywali towarzystwa znajomym. Alena szła kilka kroków za Johnnym do ich stolika. Po drodze minął ich Joel, kierujący się do wyjścia. Przeszedł obojętnie, nawet na nich nie patrząc. Rosjanka spojrzała na niego zdziwiona; nie miała pojęcia o co mogło mu chodzić.
Zastanawiała się nad tym także przy stoliku, smętnie wpatrując się w swoje musli. Johnny prowadził luźną pogawędkę z Gwizdką kończącą dziwnie wyglądający koktajl, więc Alena mogła w spokoju oddać się rozmyślaniom. W pewnym momencie, kierowana niejasnym przeczuciem, uniosła wzrok, a jej spojrzenie natrafiło na parę niebieskich ślepi błyszczących w cieniu rzucanym przez kaptur. Zakapturzona postać przyglądała jej się z końca sąsiedniego stolika.
Dobrze wiesz, co cię czeka...
Po plecach Aleny przeszedł dreszcz, a łyżka wysunęła się z jej dłoni i z głuchym brzdękiem uderzyła o talerz, wylewając z niego odrobinę mleka.
- Dobrze się czujesz? - blondynka pochyliła się nad nią, mrużąc oczy.
Rosjanka pokręciła głową, chcąc odgonić od siebie głos, który słyszała w głowie.
- W porządku - odparła, po chwili dodając: - Ja się będę zbierać.
Nim zdążyli cokolwiek powiedzieć, Alena pomachała im na pożegnanie i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia. Była poddenerwowana. Sprawy przyjęły dziwny obrót i dziewczyna czuła, że nawet tutaj nie może się czuć bezpiecznie. O co chodziło temu komuś? I kto to był...?
Nigdy mnie nie znajdą, wiesz o tym...
Głos ucichł, gdy tylko przekroczyła próg stołówki.
Za to na korytarzu nadarzyła się okazja, by rozwiązać inną nurtującą ją sprawę. W kierunku Aleny szedł Joel. Widząc ją widocznie miał zamiar uciec w boczną alejkę, ale zagrodziła mu drogę.
- Co się dzieje? - spytała poważnym tonem. - Zrobiłam coś nie-tak?
- Nie, wszystko w porządku - odparł, niezbyt przekonująco.
Alena wywróciła oczami.
- Czyli bez powodu od rana mnie unikasz?

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 12:46 am

- Nie unikam cię... - mruknął, patrząc gdzieś w bok. - Mam po prostu dużo roboty.
- Daruj sobie.
Jej zirytowany ton wprawił go w ten sam nastrój. Zmarszczył brwi, poddenerwowany.
- Może jeszcze nie wiesz, ale już sam wypad szefa zrzuca na nas pełno obowiązków, nie wspominając o szpiegu, o bycie którym, przypominam, jesteś podejrzana. Lepiej skup się na tym, żeby mieć dowody lub dobrą historyjkę na swoją obronę.
Dziewczyna skrzyżowała ramiona na piersi i spojrzała na niego wyzywająco, czym sprawiała, że chciał przyprzeć ją do muru i zetrzeć z twarzy czający się w kącikach uśmiech...
- Co, będziesz mnie przesłuchiwał? To ostrzeżenie czy groźba teraz?
Nachylił się w jej stronę. Miał wrażenie, że na sekundę lekko się rozmyła.
- Masz pięć paluszków? Nie użyjesz nawet wszystkich z nich, żeby policzyć, ile osób ci ufa, Alena. Tak, ostrzegam. - Wyprostował się i odetchnął, próbując wyrwać się z dziwnego czaru, jaki rzuciły na niego jej bursztynowe oczy. Jakby zamknięto go w bańce, zagłuszającej wszystko wokół, która pękła dopiero, gdy odwrócił wzrok. - Mam robotę.
Istotnie było jej dużo. Szef nie wygrzewał sobie tyłka w fotelu, rzucając dartami do celu. Poza prawdziwą pracą, nie brakowało ślęczenia w papierach. Joel wciąż gorzko wspominał okres treningowy, kiedy to po wstąpieniu w szeregi POP-u odbywał "szkolenie papiernicze". Wszystkie literki małym druczkiem i składane zamaszystym pismem podpisy mogły dla niego płonąć w piekle. Kiedy Cat zajmowała się przesłuchaniami, chyba złośliwie nie prosząc go o pomoc, on użalał się nad swoim, coraz bardziej bolącym od zginania, karkiem. Zaczynał też podejrzewać, że szefunio celowo odpuszczał sobie tą robotę, czekając na sposobność taką jak ta, by zwalić to na kogoś innego. Już dwa razy tak się zdarzyło, odkąd Rust tu mieszkał. Cholerny garniturczak, mruczał wściekle pod nosem, tonąc w coraz wyższych stosach kartek. Zmuszał się, by wychodzić z gabinetu na posiłki, chociaż wolałby nie przerywać pracy - tylko dlatego, żeby mieć to w końcu za sobą. Bał się jednak coś zapaskudzić, bo marny byłby wtedy jego los. Brał wtedy kubek kawy (zapobiegawczo odłożony w miejscu najdalej położonym od wszystkiego, co podpadało pod makulaturę), wypijał łyk na rozruszanie i wychodził szybkim krokiem, jadł w pośpiechu, popijał wodą i wracał. Dni zlewały się z nocami, minuty z godzinami, tracił poczucie czasu, podejrzewał, ze w każdej chwili do drzwi zapuka szef, bo musiał już minąć tydzień... Jego dusza cierpiała, umysł odrzucał odczytywane przez oczy zdania, jak przejedzony maksymalnie człowiek, któremu podkłada się pod nos jeszcze kawałek. Sądził, że tak spędzi wieczność...
Drzwi huknęły o ścianę, gdy do środka wparowała Cat. Pęd wiatru porwał parę kartek.
- Oszalałaś! - wykrzyknął Joel z przerażeniem, usiłując złapać uciekające papiery.
- Mamy problem!
- Ile lat minęło?
- Co?
Joel spojrzał na telefon. Minął tydzień.
Niby tragicznie dużo, ale w porównaniu do wieczności...
Jakby z powiewem świeżego powietrza, dokumentowe szaleństwo opuściło rozum chłopaka. Otrząsnął się z dziwnego stanu, w który popadł, w duchu śmiejąc się z samego siebie.
- Nieważne. Co się stało?
- Hurtownia poszła z dymem, to się stało! Wybuchła!
Joel natychmiast zerwał się na równe nogi, czując, że zaraz adrenalina wypełni jego ciało. Cat wyszła z pokoju, więc pobiegł za nią.
- Gdzie szef?!
- Ma być dopiero za tydzień. - Dziewczyna przygryzła wargę i rozglądała się wokół. Ludzie biegali po korytarzu, jedni z bronią, drudzy dopiero po nią, zaś jeszcze inni zwoływali każdego, kto jeszcze nie usłyszał alarmu i powiadamiali o sytuacji.
Alarm. Niegłośny dźwięk niósł się każdym korytarzem, a żółte światło migało natarczywie.
- Nawiązaliśmy kontakt z Irmą, zanim... - urwała, wzięła głęboki oddech i kontynuowała: - Powiedziała, że ofiary to głównie zwykli ludzie, więc pewnie chcą ich wyłapać. Jednak nie patyczkują się z poważnym niebezpieczeństwem.
- Cholera, też wybrali moment! - Joel nie mógł uwierzyć w takiego pecha. - Mam nadzieję, że tym razem nie mają tych dziwnych broni na mnie...
Cat zatrzymała się gwałtownie i spojrzała na niego ze zmarszczonymi brwiami.
- Ty nie idziesz.
- Nie żartuj sobie.
- Rozkaz był jasny. Jesteś odsunięty od wszystkich misji.
- Cat! Nikt nie przewidział tego! Tam jest sieczka, potrzebujecie mnie!
- Myślę, że nie umrzemy bez ciebie, tytanowy książę - warknęła na niego i poleciała dalej.
Joel klął za nią, wściekły. Cholerny szpieg! To na pewno jego sprawka. I jeszcze to odsunięcie! Nie może siedzieć bezczynnie, kiedy tamci prowadzą obławę! Przecinał korytarz w tę i z powrotem, rozdarty między chęcią pomocy a podążaniem za rozkazem. Zdecydował w końcu, że zostanie, ale nie zamierzał bezczynnie czekać. Podążył do centrum zarządzania, gdzie spodziewał się zastać Marquo, ich speca od technologii, który już prawdopodobnie skierował komputerowe oczy na hurtownię.
Po drodze dosłownie wpadł na Alenę, która wychodziła z bocznego korytarza w tempie mu dorównującym.
- Joel!
- Alena.
- Co ty tu jeszcze robisz?
Chłopak nachmurzył się z niezadowoleniem na to pytanie.
- To samo, co ty. Jestem uziemiony.
- Szlag, zapomniałam. Co teraz?
- Ja idę do centrum zarządzania, a ty nie wiem. - Westchnął ciężko. - Raczej nie powinienem cię tam wpuszczać.
- Cat wyjęła mnie z worka podejrzanych.
Rust uniósł brew, nie dowierzając.
- Zapytaj kogokolwiek.
U ich boku pojawił się Johnny.
- To prawda. Cholera, to źle, że musisz tu zostać, stary, bardzo źle. - Johnny wyglądał na poważnie zaniepokojonego. - Jest tam naprawdę grubo, Cat bierze nawet kurczaki...
"Kurczakami" nazywali w żartach tych, którzy jeszcze nie opanowali odpowiednio swoich mocy. Skoro tak się sytuacja miała...
- Może...
- Nie, zostań. Jak pójdziesz, wylecisz z oddziału na bank. Wtedy będziesz zupełnie bezużyteczny. - Mężczyzna ścisnął jego ramię i pobiegł razem z innymi do garażu.
Rust patrzył za nim, przybity, ale zaraz się otrząsnął. Skoro nie mógł przydać się tutaj, zamierzał być użyteczny w inny sposób. Skinął na Alenę i poprowadził ją do królestwa Marquo.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 2:26 am

Alena siedziała po turecku na pufie. Naprzeciw niej, na kanapie, na wpół leżał Giętki Johnny. Znajdowali się w półoficjalnej palarni POPu. Giętki leniwym ruchem ręki wyciągnął ku dziewczynie paczkę papierosów. Ta wzięła jednego i wsunęła między wargi. Gdy w jej stronę poleciała zapalniczka, zatrzymała ją siłą woli na wysokości oczu, po czym opuściła by zapalić papierosa. Jednocześnie wypuścili dym z ust.
- I jak? - to były pierwsze słowa, które padły odkąd weszli do pomieszczenia.
- Dzięki Cat nie jestem już jedną z podejrzanych.
Johnny uniósł brew w pytającym geście.
- Znaleźli dowody na to, że nie mogłam to być ja.
- Ale dalej jesteś odsunięta od wszystkich zadań?
Fioletowowłosa skinęła głową.
- Do czasu aż nie znajdą prawdziwej wtyki.
- Masz jakieś podejrzenia?
Alena chwilę zastanawiała się czy powiedzieć o zakapturzonej postaci i dziwnych głosach, które słyszała w ostatnim czasie. W ciągu tygodnia nasiliły się i atakowały już nie tylko w stołówce, ale także na korytarzach, podczas treningu, a nawet w łóżku, gdy usilnie próbowała zasnąć. Już otwierała usta, gdy nagle rozległ się alarm. Johnny i Alena momentalnie zerwali się z miejsc i zgasiwszy niedopałki, wybiegli na korytarz.
- Lecę do garaży, sprawdź co się dzieje.
Rosjanka skinęła głową i ruszyła szybkim tempem przez korytarze. Przez ostatnie dni miała sporo czasu by zapoznać się z planem budynku, dlatego poruszała się po nim w miarę swobodnie. Niestety, jedynym czego nie uwzględniła byli ludzie. Wychodząc z jednego z licznych korytarzy dosłownie wpadła na czyjeś umięśnione ramię. Gdy zorientowała się do kogo ów ramię należy, z jej ust wyrwał się krzyk.
- Joel!
Dziwiła się co tu jeszcze robił, po czym została brutalnie uświadomiona, iż zostali uziemieni i nigdzie się stąd nie ruszą. Chwilę później z kolejnego korytarza wybiegł Johnny. Sytuacja była poważna. Skoro brali nawet tych, którzy jeszcze nie potrafili w pełni panować nad swoimi umiejętnościami, musiało dziać się coś wielkiego. A Alena i Joel mogli jedynie siedzieć i przyglądać się wszystkiemu.

Królestwo Marquo wypełnione było sprzętem elektronicznym, którego zastosowania w większej części Alena nie była w stanie określić. Wszędzie coś mrugało, na ekranach przesuwały się ciągi liczb. To zupełnie nie był świat Rosjanki, dlatego podczas gdy obaj mężczyźni o czymś dyskutowali, ona usiadła przed monitorami pokazującymi obraz z kamer w budynku. W pewnym momencie coś przykuło jej uwagę. Jednym z korytarzy przemykała zakapturzona postać o znajomej sylwetce. Postać otworzyła drzwi prowadzące do garażu, ale zanim za nimi zniknęła, ściągnęła kaptur. Usta Aleny otworzyły się, gdy przez moment, na ekranie monitora mignął jej znajomy wzór wygolony na głowie. Nagle wszystko zaczęło układać się w jedną całość: szpieg, nawiedzające ją dziwne głosy, zawieszenie...
- Kurwa... - szepnęła.
- Coś się stało? - zainteresować się Joel.
- Kurwa mać! - krzyknęła, zrywając się z miejsca. - Pieprzony skurwiel!
Alena była mieszaniną sprzecznych ze sobą uczuć, z których zdecydowanie przeważały złość i zaniepokojenie. Przemierzała korytarze żwawym krokiem i w pierwszym momencie nie zarejestrowała, że zrównał się z nią Joel nieco dyszący z wysiłku jakim było dogonienie.
- Hej! O co chodzi? - poczuła szarpnięcie za ramię i dopiero wtedy się zatrzymała.
Westchnęła ciężko, wbijając nieco zniecierpliwione spojrzenie w Rusta.
- Wiem kto jest wtyką - oznajmiła, ale brunet nie wydawał się przekonany. - To pieprzony Cain z oddziału do zadań specjalnych. Zdarzyło mi się z nim pracować przez jakiś czas. Wysoki i dobrze zbudowany gość z dziwnie ogoloną głową, zauważyłam go na monitoringu. Myślałam, że ma zdolności telekinetyczne podobne do moich ale chyba w swoim asortymencie posiada także telepatię. Głupek próbował się ze mną kontaktować... - starała się streszczać, nie mieli za wiele czasu.
Kiedy poczuła, że Rust nieco rozluźnia ucisk na jej ramieniu, zwinnie wysunęła je z jego palców i ruszyła w dalszą drogę do garaży. Nie zostało mu chyba nic innego jak podążyć za Rosjanką.
- Czemu w ogóle miałbym ci zaufać?! - krzyknął, gdy ta otwierała drzwi.
- Nie wiem. Jak chcesz możesz tu zostać i patrzeć jak twoi przyjaciele giną. - Posłała mu jeszcze jedno spojrzenie nim zniknęła za drzwiami.
Widocznie coś w nim pękło, bo będąc już w aucie zauważyła kątem oka szybko przesuwającą się sylwetkę i po chwili fotel pasażera został zajęty przez Joela. Ruszyli z piskiem opon, po chwili na kolanach chłopaka wylądowała nawigacja czekająca, by wpisać w niej adres docelowy.
- Masz w ogóle jakiś plan? - spytał po dłuższej chwili.
- Mam.
Alena ze skupieniem wpatrywała się w drogę, słuchając kobiecego głosu mówiącego jej po japońsku gdzie ma jechać. Nie znała tego języka zbyt dobrze, ale kontakty z kilkoma Japończykami sprawiły, że była w stanie zrozumieć te proste komendy. Kiedy zbliżali się do fabryki, Alena zatrzymała się spory kawałek dalej. Widząc pytające spojrzenie towarzysza rzuciła tylko:
- Pewnie będą patrolować teren. Lepiej, żeby nas nie zauważyli zbyt wcześnie.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 10:57 am

Joel zawsze czuł spory respekt dla Marquo. Był jednym z paru zwykłych ludzi, którzy mieszkali w podziemnej bazie, ale jego umiejętności były równie przydatne i każdy traktował go jak równego sobie. Nie chodziło nawet o to, że potrafił włamać się za pomocą komputera niemal wszędzie i kontrolował każdą akcję, ale bardziej o to, jaki miał charakter. Pomijając wiele pozytywnych przymiotów, Marquo sprawiał, iż każdy czuł się w jego towarzystwie uspokojony, bo ten zawsze zachowywał się, jakby miał wszystko pod kontrolą i kto by nie przyszedł do jego gniazdka, on znalazłby dla niego zajęcie i bynajmniej nie po to, by zająć czymś intruza, a po prostu do pomocy. Radził sobie świetnie sam, ale nie zmieniało to faktu, że łatwa robota to nie była. Joel podziwiał jego oddanie sprawie - jego żona i dziecko nie mają pojęcia, z czym wiąże się jego praca; przebywają w Ameryce - zwłaszcza, że go nie dotyczyła. Marquo jednak nie podzielał jego zdania. Uważał, że ta walka toczona poza polem widzenia zwykłych obywateli, dotyczy całej ludzkości.
Na miejsce przybywało coraz więcej ich ludzi, ale nie polepszało to za bardzo sytuacji. Atakująca jednostka była świetnie przygotowana. Posiadała broń niemal na każdego Przeobrażonego. Starali się ich unieszkodliwiać i łapać, ale nie mogąc poradzić sobie z pewnym chłopakiem (Joel patrząc na jego niesamowite zawzięcie był na siebie wściekły, że nie pamięta jego imienia), dostał w końcu kulkę w łeb. Rust zaklął siarczyście i zaczął chodzić po pomieszczeniu, podczas gdy Marquo starał się ułatwiać swoim robotę, będąc ich oczami. To wszakże niewiele pomagało.
- Powinienem tam być! - wściekł się, kopiąc pobliskie krzesło.
Marquo odwrócił się i spojrzał na niego trochę pobladły.
- Wydaje mi się, że Cat popełniła wielki błąd, wzywając tam wszystkich. Chyba właśnie na to czekali.
- Dzwoniłeś do szefa?
- Dziesiątki razy. Cały tydzień nie mieliśmy z nim kontaktu.
- Myślisz...? - Chłopak poczuł, jak żołądek wywraca mu się na drugą stronę, gdy strach ścisnął całe jego ciało.
- Nie, nie wydaje mi się... Mam nadzieję, że nie...
- Kurwa...
Spojrzał na Alenę, która wpatrywała się w nagranie z bazy. Kolejni odjeżdżali samochodami.
- Coś się stało?
Z jego ust wydobyła się całkiem imponująca wiązanka, gdy dziewczyna wybiegła, krzycząc wyzywając kogoś (może jego?) od skurwiela. Rzucił się do jednego z ekranów, pokazując Marquo, kogo ostrzec, bo akurat skupiał się na czym innym, po czym upewniwszy się, że Hiszpan ma całość pod kontrolą, pobiegł za Aleną. Nie wyglądała, jakby zamierzała się zatrzymać, więc zamiast ją wołać, szarpnął za ramię. Wyjaśnienie, które mu podała, niezbyt mu się pasowało. Było w tym wszystkim za wiele pytań, a za mało dowodów. Myślał intensywnie na tym wszystkim podczas drogi do garażu. Cain? Po opisie wnioskował, że mówiła o Grahamie, chłopaku, który nie umiał jeszcze panować nad swoimi mocami, wśród których nie było telepatii, przynajmniej oni o niej nie wiedzieli. To, że walczył razem z Aleną, a teraz niby był kretem, też mu nie pasowało. Natomiast głosy w głowie dziewczyny, kiedy to niby się zdradzał, to kompletny idiotyzm i nie miał pojęcia, dlaczego ktoś, kto prowadził zadania specjalne, miałby robić coś tak głupiego.
- Dlaczego miałbym ci ufać?!
Alena już siedziała w aucie. Nim trzasnęła drzwiami, jej słowa wbiły się ostrzem w jego pierś:
- Nie wiem. Jak chcesz możesz tu zostać i patrzeć, jak twoi przyjaciele giną.
Wahał się. Ułamek sekundy. Pierwsza zasada pomocy brzmiała: upewnij się, czy sam jesteś bezpieczny, bo lepszy jeden trup niż dwa. Tak przynajmniej powinni postępować według szefa. Nie pchać się tam, gdzie nie mają szans, a przy małych potrzebny jest porządny plan.
Teraz nie mieli ani jednego, ani drugiego. Alena jednak miała rację. Żołnierz nie zostawia swoich na pastwę losu. Jeśli dziewczyna mówi prawdę, to muszą złapać szpiega i być może zdołają uratować chociaż paru swoich. Pomyślał o wszystkich bezbronnych ludziach w fabryce i ogień wściekłości popłynął jego żyłami. Wskoczył na miejsce pasażera. W tempie, w jakim prowadziła, dojechali dość szybko. Spojrzał na nią pytająco, oczekując planu, który wymyśliła.
- Pewnie będą patrolować teren. Lepiej, żeby nas nie zauważyli zbyt wcześnie.
Joel wywrócił oczami i uśmiechnął się.
- Może nie wiesz, ale nie jestem wiecznie uziemiony. Wychodzę w teren, to nie moja pierwsza akcja. Czuję się urażony.
Wyskoczył z auta i gdy tylko dziewczyna poszła jego śladem, zapytał:
- To jaki jest twój plan?
Odchrząknęła.
- Mój plan jest taki, by zakraść się tam i stworzyć plan na miejscu.
- SERIO? To twój plan?
- Masz lepszy?
Joel rozłożył ręce, poddając się.
- Powiedziałaś, że masz plan!
Alena minęła go i ruszyła w stronę płonącej fabryki.
- Chciałam, żebyś przestał truć dupę.
Rust zacisnął usta z irytacją.
- Zapowiada się pięknie - mruknął pod nosem, idąc jej śladem.

Udało im się zakraść bez niespodzianek do pierwszych kontenerów, stojących przed fabryką. Tworzyły istny labirynt, w który nie chcieli na razie wkraczać, obawiając się patroli. Joel zabronił też Alenie (musiał ją ciągle trzymać za rękę, by wiedzieć, gdzie była) wchodzenia na szczyty pudeł, bo niektórzy ich przeciwnicy mieli dziwne okulary; obawiał się, że mogli ją dzięki temu zobaczyć.
Największa grupa mięśniaków ODSN-u* trzymała w ryzach złapanych Przeobrażonych, część dobijała świadków w fabryce, kolejna duża grupa użerała się z tymi, którzy wciąż stawiali opór, zaś niewielka resztka przechadzała się, zataczając coraz większe kręgi wokół budynku.
Zobaczył, że za plecami złapanych w stronę obstawy idzie nie kto inny, jak Graham. Rozmawia z jednym z nich i uśmiecha się z irytującym zadowoleniem. Alena miała rację. Ten szmaciarz dostarczył ich wrogom Bóg wie ile informacji.
Musiał za to zapłacić.
Zobaczył wśród złapanych Niemowę, któremu założono dziwne urządzenie na szczękę. Rust podejrzewał jednak, że jego uszy mają się równie doskonale, co zawsze, dlatego powiedział cicho:
- Niemowa, słyszysz mnie?
Chłopak uniósł głowę i zaczął przeczesywać wzrokiem otoczenie. Musiał tego szybko zaprzestać, bo zwrócił na siebie uwagę, ale to wystarczyło Joelowi.
- Zdrajcą jest Graham. Powtarzam, zdrajcą jest Graham. Będziemy go usiłowali złapać. Musimy go złapać - urwał, by szybko przemyśleć sytuację. - Spróbujemy odwrócić od was uwagę, a potem zaatakujemy tych, co was trzymają. Priorytetem jest Hermes, ty, Zapałka, Smoker... - W tym momencie zauważył, że Zapałka leży bez ruchu, pobladły, tak samo jak Smoker. Musieli dostać pociskiem zamrażającym. Zaklął. Hermes był cały zakrwawiony, ale ogień się palił w jego oczach i Joel wiedział, że na nim może polegać. Patrzył na kolejnych złapanych. Kto da im największe szanse szybkiego wydostania pozostałych? Wprawdzie Hermes może ich szybko uwolnić, pytanie, jak uniknąć powtórki z rozrywki? Czy wiedza o tym, co ich czeka, wystarczy, by nie ponieśli znów porażki w starciu? - Czy poradzicie sobie, kiedy Hermes was uwolni?
Lekkie skinięcie głową i wyprostowanie pleców. Żołnierz za nim szturchnął go w ramię i zaczął coś do niego mówić.
- Zabijcie i zniszczcie broń. Za każdą kroplę krwi przelaną w fabryce - szepnął.
- Z kim rozmawiałeś? - zapytała cicho Alena.
- Niemowa. Unieszkodliwili nasze najlepsze asy. - Zacisnął zęby. - Wyrżnę ich wszystkich.
- Uspokój się. Co robimy?
- Potrzebujemy-
Przerwał mu szaleńczy kobiecy śmiech.
- PŁOŃCIE, SKURWYSYNY!
Krzyki, przekleństwa, nawoływania. Joel nie musiał się wspinać na kontener, by wiedzieć, kto robi takie zamieszanie. Uśmiechnął się tylko. Żołnierze ruszyli w stronę Mahy, która musiała dorwać w końcu swój miotacz ognia.
- Lecimy. - Skinął na Alenę i przystąpili do zasadzki. - Kocham tą dziewczynę - mruknął pod nosem z uśmiechem, widząc już teraz, jak Arabka stoi na kontenerze i podpala wrogów, sama unikając strzałów.




*ODSN - Organizacja Do Spraw Nadnaturalnych (nazwa robocza)
**okulary nie są na niewidzialność Aleny, ale mogą mieć inny sposób


____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 1:12 pm

Pierwszą zasadą sprawnie przeprowadzonego ataku nielicznej grupy (w tym przypadku dwóch osób) na uzbrojoną po zęby armię był element zaskoczenia. Joel i Alena spełniali ten warunek w stu procentach. Ludzie z ODSN najprawdopodobniej myśleli, że siedzą wraz z kilkoma innymi niedobitkami w siedzibie POPu i o niczym nie mają pojęcia. Prawdopodobnie kilkoro ludzi miało później przyjść i się nimi zająć. Szybko, sprawnie, bardzo boleśnie.
Drugą zasadą był odpowiedni moment na atak. Ten zagwarantowała im Arabka, która jakimś cudem dorwała się do miotacza ognia i zaczęła nim napieprzać w żołnierzy. Alena kojarzyła ją z sali treningowej w siedzibie, gdzie dawała innym nieźle popalić (dosłownie i w przenośni). Nie znała jej zbyt dobrze, właściwie nie wiedziała jak ma na imię, ale z tego co zauważyła, babka była niezła.
Kolejnymi były dyskrecja oraz skuteczność. Te dwie Rosjanka miała opanowane do perfekcji. Sprawnie przemknęła między kontenerami, unikając ludzi w podejrzanie wyglądających okularach. Chociaż wątpiła, by jej tu oczekiwali, to jednak wolała dmuchać na zimne. Mimo, że wokół panowało niezłe zamieszanie, Alena starała się poruszać najciszej jak mogła. Ostrożnie podeszła do strażnika pilnującego Niemowę. Wystarczył tylko jeden ruch i...
Żołnierz niespodziewanie odwrócił się, stając oko w oko z Aleną. Ich nosy niemalże stykały się. Ta chwila zdawała się trwać wieczność. Wszystko co miało miejsce potem, obrało zawrotną prędkość. Niemal machinalnie wyciągnęła nóż zza pasa strażnika i wbiła mu go w krtań. Kilkoro żołnierzy już biegło w ich stronę, przeładowując karabiny i wykrzykując do siebie jakieś komendy. Alena w ostatniej chwili pociągnęła Niemowę na ziemię. A potem rozległ się przeszywający krzyk.
Zabawa się zaczęła! Usta dziewczyny rozszerzyły się w pełnym satysfakcji uśmiechu, kiedy przemykała między niepotrafiącymi jej namierzyć żołnierzami. Wszystko przypominało domino - gdy przewróciło się jedno, za nim przewracały się kolejne. Tak samo było w przypadku tej akcji, wystarczyło uwolnić paru POPowców. To spowodowało lawinę. Alena wiedziała, że pozbawieni elementu zaskoczenia nie dadzą sobie rady z tak liczną grupą. W ciągu kilku chwil znalazła się w centrum całego zamieszania. Przez moment po prostu stała patrząc jak przed jej oczami przelatują pociski, a żołnierze stojący po obu stronach barykady ukazują pełnię swoich nadprzyrodzonych zdolności. To było na swój sposób niesamowite, móc stać i patrzeć na to. Ale ta chwila szybko została przerwana.
Młody chłopak, Daniel, z którym często trenowała biegł prosto na nią. Już miała zrobić krok w bok, gdy z boku jego głowę przebił pocisk. Krew trysnęła prosto na Alenę, rysując czerwienią nikły zarys jej sylwetki w powietrzu. Ciało chłopaka padło na ziemię, z górną częścią głowy rozerwaną na strzępy. Oczy Rosjanki rozszerzyły się. Spojrzała na martwe, zmasakrowane ciało, później na krew spływającą po jej dłoniach. Kątem oka zobaczyła jak Cain z szyderczym uśmiechem usuwa się w cień. Była wściekła. Teraz jedynym jej celem było dorwanie tego dupka i zrobienie z jego twarzy krwawej miazgi. Kipiąc ze złości podążyła za kretem, po drodze wyżywając się na każdym, kto wszedł jej na drogę. Już nawet nie miała powodu, aby być niewidzialną. W końcu krew na jej ciele wystarczająco dobrze pokazywała gdzie się znajduje.Ale zawsze pozostawała jej jeszcze telekineza.
I to właśnie jej użyła podczas bezpośredniego starcia z Cainem. Znalazła go w niewielkim pomieszczeniu, które jeszcze kilka godzin temu zapewne było toaletą, a teraz znajdowało się tam gruzowisko z rozbitymi umywalkami i kawałkami pokruszonych luster na podłodze. Alena stała na przeciwko byłego kolegi z drużyny, owinięta kurtką Daniela. Zmrużonymi oczami wpatrywała się w jego złośliwy uśmieszek, który nie znikał nawet wtedy, gdy wystające z ziemi rury owijały się wokół jego kostek.
- Wiesz, Alena... - zaczął swoim denerwującym tonem. - Zawsze cię lubiłem...
Zaśmiał się głośno i szaleńczo, kiedy Alena zakładała na palce wyciągnięty z kieszeni kastet.
- Wiesz, Cain... - uśmiechnęła się. - Pierdol się.
Jej pięść wbiła się w jego nos, wciskając go do środka czaszki.
* * *

Energiczne pukanie do drzwi rozległo się w pokoju.
- Alena, idziesz?! - krzyknął głos zza drzwi.
- Już!
Dopięła ostatni guzik koszuli, po czym raz jeszcze zerknęła w lustro nim wyszła z pokoju.
- Szef na ciebie czeka - poinformował ją Smoker.
Skinęła głową, po czym ruszyła za nim do gabinetu. Szef wywoływał w niej uczucie niepokoju za każdym razem, gdy go spotykała. Przerażała ją nie tylko jego postura, która sama w sobie mogła wzbudzić strach, ale przede wszystkim przenikliwe oczy mężczyzny. Tym razem przynajmniej była w stanie stać spokojnie. Na lekko rozstawionych nogach, z dłońmi splecionymi za plecami - jak żołnierz na warcie.
- ...niestosowanie się do poleceń, złamanie zakazów, kradzież auta z parkingu organizacji - w tym miejscu Joel spojrzał pytająco na stojącą niewzruszenie Rosjankę, podczas gdy Szef wymieniał dalej ich przewinienia. - Powinniście za to zostać wyrzuceni!
Oboje wzdrygnęli się słysząc jego słowa.
- Szefie, my nie mieliśmy wy... - zaczął Joel, ale został uciszony gestem dłoni.
- Ale gdyby nie wy, nie byłoby tutaj większości z nas, ani nie schwytalibyśmy prawdziwego szpiega. - Mężczyzna spojrzał znacząco na ich dwójkę. - Oficjalnie zostajecie przywróceni w szeregi pełnoprawnych członków POPu.
Przez chwilę żadne z nich nie wiedziało co powiedzieć.
- Dziękujemy - powiedziała w końcu Alena.
- Dziękujemy - powtórzył Rust.
- To wszystko, możecie odejść.
Oboje skinęli głowami i skierowali się do wyjścia. Dopiero, gdy drzwi się za nimi zamknęły, nerwy puściły i oboje poczuli ulgę.
- Byłem pewien, że nas wywali - zaczął chłopak. - Poważnie, myślałem, że...
Ale jego usta zostały zamknięte przez usta Aleny, która trochę za bardzo dała się ponieść emocjom. Gdy się od siebie odsunęli, stali jeszcze trochę niepewni tego, co się przed chwilą wydarzyło.
- Wybacz. - Na jej policzkach pojawiły się delikatne rumieńce.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 2:00 pm

Silniki warczały wściekle, kiedy kierowca ich auta wciskał pedał gazu w podłogę. Obrazy za szybą pojawiały się i znikały w zawrotnym tempie; nie mógł skupić na niczym wzroku, chyba że na zabrudzeniach szkła. Plamach błota, pęknięciach. Krwi. W środku panowała cisza. Z tyłu na pace parę osób krzyczało z bólu. Jakaś dziewczyna o imieniu na M próbowała się nimi zająć. We wstecznym lusterku jeszcze widzieli płonący budynek. Joel miał pustkę w głowie. Nie pamiętał, co robił, nim wsiadł do auta. Jego umysł zatrzasnął drzwi na wydarzenia z akcji ratunkowej.
Słyszał pisk otwieranej bramy. Wjechali na parking. Wyskoczył z auta i pomógł zabrać do skrzydła szpitalnego rannych. Upewniwszy się, że nikt już więcej nie potrzebuje jego pomocy, poszedł do swojego pokoju. Po drodze ktoś próbował go zatrzymać, ale wyszarpnął się. Nic do niego nie docierało tak, jak powinno. Poszedł do toalety i opłukał twarz zimną wodą. Razem z nią spłynął brud i krew. Spojrzał na siebie w lustrze. Nie miał ani zadrapania, poza dziwną raną z boku głowy. To nie jego krew spływała teraz rurami. Przeniósł wzrok na swoje dłonie, wciąż zaczerwienione, wciąż zabrudzone.
Pamiętał.
Pobiegł wyjść komuś z walącego się budynku i widział dziesiątki ciał wewnątrz. Czuł smród dymu. Słyszał wrzaski. Wszedł do środka, zdejmując wcześniej koszulkę i buty. Otoczył ramionami ostatnich niedobitków i przeprowadził ich przez płomienie najlepiej, jak umiał. Potem roztrzaskał jednemu z żołnierzy głowę. Ten nacisnął spust broni, która podziurawiła Josie. Nawet go nie widziała; stała tyłem.
Josie, Mark, Leila, Robert, Kai, Sharon, Tanya, Kira, Wally...
Nie wiedział, kiedy zaczął krzyczeć, ani kiedy zaczął uderzać pięścią wiszące przed nim lustro. Oprzytomniał, kiedy zleciało na podłogę.
Podążył do Miriam krokiem lunatyka, wyjmując z palców i kostek odłamki. Usiadł grzecznie na krześle, czekając na swoją kolej, słuchając krzyków, złorzeczeń i płaczu.
Zamknął oczy.


Ktoś delikatnie potrząsnął jego ramieniem, wynurzając go na powierzchnię jawy. Przewrócił się na drugi bok i skupił wzrok na osobie przed nim. Cat pochylała się nad nim z zatroskaną miną. Jej nos wciąż się zrastał po złamaniu.
- Szef wrócił - powiedziała cicho.
Joel czuł, jak żołądek mu się skręca na myśl, że będzie musiał wkrótce opuścić bazę, opuścić POP. Pozwolił, by dziewczyna pomogła mu się podnieść. Miał lekki wstrząs mózgu i wciąż zdarzało mu się zachwiać. Odetchnął.
- Dzięki, poradzę sobie.
- Na pewno?
Nie rozumiał, skąd się brała od niej ta cała troska. Może wynikało to z tego, że widzieli się dziś prawdopodobnie po raz ostatni. Może była świadoma, że uratował im skórę, chociaż przez to go wywalą. Może niepokoiła ją ta pustka, która zatliła się w jego oczach. Nie wiedziała nawet, że duchy przeszłości rozszarpywały go od wewnątrz.
- Tak, na pewno.
Nie spieszył się z ubieraniem. Od powrotu właściwie nie spieszył się z niczym, a zwłaszcza z widywaniem się z ludźmi. Czasami, gdy za dużo osób pukało do jego drzwi, szedł do Niemowy i przesiadywał u niego, rozkoszując się błogą ciszą.
Jego ciało i głos działały automatycznie, jak zaprogramowane. Wydawało się, że zachowywał się normalnie, ale on sam czuł się, jakby wyszedł ze swojej skóry i szedł obok, obserwując. Tym, co go sprowadziło na ziemię, to słowa, które przedarły się przez szklaną kopułę wokół jego głowy. "Przywróceni". Ten wyraz wyleciał z ust szefa, popłynął ku niemu i wbił się ostrą krawędzią w wyciszającą bańkę, roztrzaskując ją na drobne kawałeczki. Wyszli z gabinetu, ale on wciąż nie do końca pojmował, co się wydarzyło.
Coś się nie zgadzało. Coś było nie tak. Miał niedosyt, poczucie niespełnienia.
Wtedy Alena przytknęła swoje wargi do jego. Na parę sekund wskoczył z powrotem do swojego ciała i jedynym, co czuł, było ciepło jej ust. Było to tak kojące, że nawet nie drgnął. Kiedy się odsunęła i speszyła, on powoli na powrót odklejał się od siebie samego, boleśnie, jak zrywany strup, w którym widać jeszcze włókniste połączenia ze skórą. Teraz patrzył na nią i słyszał wrzaski, widział ogień, widział...
- Przepraszam - szepnął i wszedł z powrotem do gabinetu. Oparł się o drzwi, a potem powoli podniósł wzrok na szefa.
- Gdzie byłeś? - zapytał cicho.
- Będziemy musieli wrócić do Ameryki.
Rust zacisnął zęby i odrzucając po drodze krzesło, stanął przed biurkiem.
- Josie, Mark, Leila, Robert, Kai, Sharon, Tanya, Kira, Wally... - zaczął wyliczać, dopóki szef nie huknął pięścią w szafkę, aż drzwiczki odskoczyły.
- Dokładnie wiem, kto zginął, Joel! Hara, Kresna, Amira, Stella, Dave, Jason Mały! Nie musiałem widzieć ich śmierci, by mnie teraz prześladowali!
- Ja widziałem ich śmierć! - zawołał Joel, uderzając się w pierś. - Ja wynosiłem ich z płomieni! Ja pozwoliłem, by podziurawili Josie, by zmiażdżyli Dave'owi czaszkę! Ja słyszę ich wrzaski i widzę ogień! Wszędzie ten pierdolony ogień...
Szef patrzył na niego chwilę ze wściekłością, a potem jakby nagle ochłonął. Wyprostował się.
- Dwójka moich dzieci zginęła. Poleciałem, by zapewnić im bezpieczeństwo i zawiodłem. Te skurwysyny je zamordowały. Rozcięli ręce i wrzucili do wanny... - urwał. - A potem wykorzystali moją nieobecność i wyrżnęli moją drugą rodzinę. Zapłacą za to. A ty nie wiń siebie. Zdrajca był w ostatnim miejscu, w jakim byśmy się go spodziewali. To powinna być dla ciebie nauczka, Joel. - Szef okrążył go i otworzył drzwi gabinetu. Alena już poszła. - Nie mamy tego luksusu, by obdarzać ludzi zaufaniem z góry, tyle mogą tylko zwykli, szarzy ludzie. My musimy się spodziewać od każdego, że może wbić nam nóż w plecy. Miałeś rację tym razem, ale to nie będzie trwało wiecznie.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 2:19 pm

- Przepraszam - ledwie słyszalnie szepnął koło jej ucha.
Alena skinęła głową, gdy Rust ponownie znikał za drzwiami gabinetu. Mimo to nie ruszyła się nawet o krok. Stała niewzruszenie opierając się plecami o ścianę, a zza drzwi dobiegały do niej strzępki rozmowy. Dopiero w momencie, kiedy usłyszała krzyki, wzięła głęboki oddech i oderwała się od ściany. Ruszyła wgłąb korytarza, w jej głowie wciąż pobrzmiewały usłyszane słowa:
Wrócić do Ameryki...

To było jedno z przyjemniejszych wspomnień jakie miała Alena. Pochodziło jeszcze z czasów, gdy przechodziła trening. W tamtym czasie sporo podróżowała. Często zmieniano jej nauczycieli, mało który dawał sobie z nią radę. W końcu trafiła do Chin, pod opiekę mistrza Mao. [tu będzie jakaś retrospekcja, ale nie chce mi się jej teraz wymyślać xD]

- W pojedynkę jesteśmy silni, ale działając razem nasze moce mogą stać się znacznie silniejsze - tłumaczył Giętki, podczas gdy Alena rozciągała się na drążku. - Twoja telekineza wzmocniona przez Barry'ego może być świetną bronią podczas walki wręcz. - Johnny odwrócił głowę w stronę Rosjanki zwisającej głową w dół. - Dałabyś radę podkręcić swój cios przez telekinezę?
Alena zwinnym ruchem znów znalazła się na ziemi, stając twarzą w twarz ze swoim rozmówcą.
- Jasne.
Upijając łyk wody z butelki, zaczęła iść przez salę. Kiedy stanęła na macie naprzeciw płonącego Zapałki, Giętki kontynuował swój wykład.
- Musisz uderzyć pod odpowiednim kątem i z właściwym natężeniem. Najlepiej, gdybyś w ogóle nie dotykała przeciwnika. Może lepiej zaczniemy, gdy Zapałka będzie w swojej bardziej normalnej formie...?
- Ej! - wcześniej wspomniany zrobił groźną minę.
Alena wywróciła oczami.
- Gotowy?
- Zależy na co, ska...
Nim zdążył dokończyć, fioletowowłosa wycelowała pięść w jego brzuch. Chwilę później po sali rozniósł się odgłos uderzenia, a zgaszony Zapałka odrywał się od ściany, wraz z resztkami pękniętego tynku.
- Kurwa... - jęknął, rozmasowując kark.
Alena strzeliła kostkami u rąk. Kilka osób spojrzało na nią z przestrachem, inne wyraziły szeptany podziw.
- Ładnie.
Odwróciła się, by stanąć twarzą w twarz z Cat. Jej wibrysy poruszały się. Alena założyła ręce na piersi.
- Jest sprawa, chodź.
Mimo, że Alena spędziła w POPie już trochę czasu, wciąż nie znała rozkładu siedziby zbyt dobrze. Dlatego nie wiedziała na co ma się przygotować, gdy Cat prowadziła ją w nieznajome tereny. Jeszcze bardziej zdziwiła się, gdy po otworzeniu drzwi zobaczyła spakowaną walizkę, komplet fałszywych dokumentów, pliki banknotów w różnych walutach,bilety lotnicze oraz perukę. Zaskoczona spojrzała na swoją towarzyszkę, posyłając jej długie pytające spojrzenie.
- Wynosimy się stąd - powiedziała Cat. - Masz pół godziny.
Trzaśnięcie drzwi oznajmiło jej wyjście.

Blond peruka lekko uwierała, dlatego Alena co jakiś czas sięgała do głowy, by ją poprawić. Przed nią było co najmniej kilka godzin lotu,które musiała jakoś przetrwać. Wbijała wzrok w paszport, który leżał na jej kolanach. Na czas podróży została Ekateriną Shishkovą, amerykańską studentką rosyjskiego pochodzenia. Kąciki jej ust były delikatnie uniesione, kiedy gładziła palcem okładkę paszportu. Przez chwilę zastanawiała się jak by to było naprawdę zostać studentką ze Stanów. Nigdy nawet nie chodziła do szkoły, nie wspominając już o uniwersytecie. Jej edukacyjna kariera skończyła się po kilku latach przedszkola, gdy...
- Przepraszam, czy mogę?
Wyrwana z zamyślenia spojrzała prosto w oczy Joela, który wskazywał miejsce koło niej.
- Tak, tak.
Wrzuciła paszport do małego plecaka, pełniącego rolę jej bagażu podręcznego i uśmiechnęła się miło do swojego sąsiada. W samolocie znajdowało się jeszcze kilkunastu przeobrażonych, ale większość z nich siedziała w oddalonych od siebie miejscach. Alena raz jeszcze przesunęła wzrokiem po wszystkich siedzeniach i gdy nie zauważyła nikogo znajomego, zabrała się za włączanie filmu.
- X-men? - zauważył Rust. - Ciekawy wybór.
- Ostatnio mam nastrój na takie.

____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you


Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 58
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   Pią Kwi 21, 2017 2:42 pm

Once I was seven years old my momma told me
Go make yourself some friends or you'll be lonely
Most of my boys are with me, some are still out seeking glory
And some I had to leave behind, my brother I'm still sorry

Od rana nie mógł niczego przełknąć, chociaż w brzuchu aż boleśnie mu burczało. Na śniadaniu dziobał jajecznicę widelcem, aż mdłości doprowadziły do tego, że odsunął od siebie talerz i wyszedł, nie zważając na to, iż Johnny był w połowie opowiadania mu jakiejś historii. Nie widział, jak wszyscy patrzą na siebie pytająco za jego plecami. Zatrzasnąwszy za sobą drzwi od pokoju, przysiadł na skraju łóżka i próbował opanować kapryśne ciało. Gdy uniósł dłonie, zobaczył, że drżą. Skrył w nich twarz. Aby wziąć się w garść, nie mógł o tym myśleć, ale nic innego nie chciało wypełnić jego umysłu. Robienie listy rzeczy do spakowania też nie pomogło; posiadał zaledwie parę własnych, w tym te, które boleśnie przypominały mu o poprzednim życiu; nie tyle tym sprzed Przemiany, co z całego okresu, gdy przebywał w swej ojczyźnie. Nawet dobre wspomnienia powodowały tylko tyle, że rozrywały hakami szwy ran, które tak długo i starannie zszywał. Patrzył na prostokątny kawałek najzwyklejszego betonu. Dwa odciski palców. Do tej pory trzymał go na dnie szuflady w szafce, z której w ogóle nie korzystał. Teraz na widok przedmiotu ścisnęło mu się gardło.
Pukanie.
- Gotowy? - Cat przecisnęła głowę przez uchylone drzwi. Jej wzrok przesunął się na beton w dłoni Joela. Nie znała jego historii, ale wiedziała, kogo dotyczy, ponieważ los zetknął ich na długo przed tym, jak rozpoczęli pracę w POP-ie. - Nie będzie tak źle, zobaczysz. - Uścisnęła jego ramię pokrzepiająco. - Na początku będzie nieprzyjemnie, ale szybko minie.
- To samo myślałem o koszmarach.
- To co innego.
- Czyżby? - jego głos ociekał goryczą. - Widziałaś się w ogóle ze swoimi rodzicami?
- Nie było czasu. - Cat odwróciła wzrok.
- A teraz wyjeżdżamy.
- Teraz wyjeżdżamy - powtórzyła cicho.
- Ja tak nie mogę.
- To twoja decyzja, Joel. - Wzruszyła ramionami. - Tylko nie zapomnij o powodzie, dla którego się przenosimy.

- Witamy na pokładzie, panie Collins.
Zamyślony, początkowo zapomniał się, iż teraz jego imię brzmiało Nathan Collins. Uśmiechnął się przepraszająco do kobiety sprawdzającej bilety lotnicze i pospiesznie odebrał od niej dokument. Ze wszystkich ich towarzyszy, którzy mieli miejsca rozrzucone po całym samolocie, jemu się trafiło akurat obok Aleny. Zaklął w myślach i dosiadł się do niej. Po krótkiej wymianie zdań wyciągnął do niej rękę.
- Nathan.
Przez chwilę patrzyła skołowana na jego dłoń, zanim ją uścisnęła.
- Ekaterina.
- Co cię sprowadza do Ameryki, Ekaterino? Praca?
Wydobywając z siebie kolejne słowa zorientował się, że w jakiś sposób odczuwał coraz większą ulgę. Zajmował część swoich myśli i skupiał się na czymś innym, niż ciągłe zamartwianie.
- W pewnym sensie. A ciebie?
- Pierwsza wizyta? - odbił prędko pytanie.
- Tak, pierwsza. Jestem bardzo ciekawa, co tam zobaczę...
- Piękny kraj, jeśli się wie, gdzie patrzeć. - Uśmiechnął się nerwowo, czując, jak wnętrzności jak przyczepione do podłoża próbują zatrzymać resztę ciała, unoszonego przez samolot.
- Wychowałeś się tam?
Zamknął oczy, dając sobie chwilę, nim obrócił głowę w jej kierunku. Patrzyła na niego pytająco, z zaciekawieniem. Jej kąciki uniosły się lekko w górę, co miało chyba go zachęcić.
- Tak - odpowiedział krótko, po czym wyciągnął z plecaka słuchawki. - Przepraszam, jestem zmęczony...
- Nie, to ja przepraszam, wścibska jestem.

Wyszedł na zewnątrz i uderzyła w niego fala gorąca. Zewsząd słyszał amerykański akcent, slang i dziesiątki akcentów z całego świata. Mieszanka wszelkich ras przelewała się przed jego oczami, większość w biegu, niektórzy na spokojnie żegnali się z rodziną, znajomymi. Gdzieś jakaś kobieta przytulała ogromnego psa. Nie znał nikogo, a jednak wszyscy wydawali się dziwnie znajomi.
Każdy miał inny przydział czasowy na przyjazd do bazy wypadowej. On miał dwa dni wolne i ponieważ sam mógł wybrać sobie hotel, miał mieszkać w czymś niezbyt drogim, ale czystym. Pojechał tam najpierw zostawić swoje bagaże, a potem postanowił zalegnąć w jakiejś knajpie.
Stał na ulicy i rozglądał się. Nowy Jork. Oczywiście, że to musiało być tutaj. Pnące się w niebiosa wieżowce i zabiegani ludzie rozmawiający przez telefon lub w niego zapatrzeni. Artyści porozrzucani po różnych rogach ulic z większym lub mniejszym tłumem ich otaczającym. Po niedługiej chwili marszu jego krok dostosował się do rzeki ludzi. Założył słuchawki i włączył playlistę, której nie miał odwagi puścić, odkąd stąd wyjechał. Pierwszy utwór sprawił, że na jego twarzy pojawił się uśmiech. Minął deskorolkarzy, nie dając się sprowokować wyzwaniem; najwyraźniej o nim nie zapomnieli. Wszedł do knajpy, gdzie serwowali najlepsze burgery z frytkami, jego ulubione od dziecka. Wziął na wynos i usiadł na schodach przed jakimś biurowcem. Obok znajdował się ekskluzywny sklep sportowy. Zobaczył, jak zatrzymuje się pod nim auto, a potem wysiada z niego mężczyzna i jego gdzieś dziesięcioletni (prawdopodobnie) syn ze spuszczoną głową. Ojciec mówił coś do niego, jakby pocieszał, ale chłopiec dalej był smutny. Wtedy ktoś wyniósł ze sklepu rower z kokardką na ramie i nagle chłopiec się rozpromienił, obejrzał prezent i ze łzami w oczach przytulił do taty. Joel z trudem przełknął ostatni kęs burgera.
Chciał już pracować w bazie.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora https://www.youtube.com/c/AliceNightrayTheFirst
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Others [sci-fi, akcja]   

Powrót do góry Go down
 
Others [sci-fi, akcja]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 2Idź do strony : 1, 2  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Dwuosobowe-
Skocz do: