IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Nie pytaj o Polskę [obyczaj]

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 12:16 am

Wiosna 2017 rok, Warszawa.
Śnieg na chodnikach stopniał ukazując szarości płyt urozmaicane gdzieniegdzie malowniczym brązem i tworząc w ten sposób istne pola minowe, które należało przekraczać z precyzją sapera. Nadchodzi wiosna i ludzie budzą się do życia zamieniając "zimową depresję" na "przesilenie wiosenne". Nad głowami przechodniów przelatuje sezonowe ptactwo najprawdopodobniej zaskoczone niespodziewanymi wycinkami drzew. Nie dla nich zakładanie gniazd i 500+.
Pomiędzy kolejnymi aferami między PiSiorami, a resztą świń próbujących się dostać do koryta rozbrzmiewają głosy nacjonalistycznego ONR i nawoływania o tolerancję dla cudzych macic i łóżek.
Jeśli poczujesz się zmęczony słuchaniem o Owsikach, Żołnierzach Wyklętych, polskich obozach zagłady, rosyjskim spisku w Smoleńsku czy zdradzie Tuska, TVP uczynnie podsunie ci pod nos Familiadę umilającą pochłanianie rosołu i schabowego w niedzielę.
O to walczyli dziadkowie.
To nie zabawa,
Ale bawię się
Bezsenne noce senne dnie.


Nie pytaj mnie, dlaczego myślę że,
Że nie ma dla mnie innych miejsc.

____________________________________________________________________
Make post, not war
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 12:18 am


tamci wynaleźli bomby
ci niezrozumiałe akty prawne

Gdy ubierała się w sukienkę, ludzie dziwnie się patrzyli.
Gdy ubierała męskie bluzy i dżinsy, ludzie dziwnie się patrzyli.
W końcu się wkurwiła i przestała patrzeć na ludzi. Pytania o płeć zbywała wzruszeniem ramion. Z pytaniami o orientację było to samo. Żyła w harmonii ze swoim umysłem i swoim ciałem. Nosiła ciuchy neutralne, tak że można ją było wziąć zarówno za kobietę, jak i za mężczyznę. Polubiła to. Zwracała na siebie uwagę. Nie była szarym człowieczkiem w wielkim mieście. Widząc ją zastanawiali się, kontemplowali, myśleli. W klubach dłonie zarówno męskie, jak i kobiece jeździły po jej ramionach i udach i nie przeszkadzało jej to ani trochę. Nie wiedziała, co ludzie w niej widzą. Szczupła, koścista sylwetka mogąca należeć do kogokolwiek. Krótkie, jasnoblond włosy ze ściętą, prostą grzywką zasłaniającą blade oczy ukryte dodatkowo za owalnymi okularami. Pogryzione usta i paznokcie. Przypominała aparycją kosmitę i jej kumple nie omieszkali jej tego wypominać przy każdej okazji. A mimo to budziła żądze. Pociągała. Była ich eksperymentem. Zabawą. Lubiła to. Nie interesował jej romans, zdecydowanie wolała pogoń za doznaniem, grę w kotka i myszkę. Raz była kotkiem, raz myszką. Nudziła ją monotonia związków, dlatego w żadnym dłużej nie była. Jasiek, Olek, Barbara. Każde z nich odchodziło, a ona nie próbowała ich zatrzymać. Czasami wracali. Szybki numerek, a potem wypad na piwo. Sprawiało jej to frajdę.
Zastanawiała się, czy to już była choroba, czy tylko małe, niegroźne spaczenie.

Raz bywało lepiej, raz gorzej. W gimnazjum koleżanki już się pindrzyły i ubierały ciasne bluzeczki z głębokim dekoltem, gdy historyk miał pytać. Ona zaś siadała z tyłu i chowała głowę za podręcznikiem, modląc się w duchu, by nauczyciel nie przypomniał sobie o jej istnieniu. Matka patrzyła na nią swoim surowym wzrokiem, obierając ziemniaki na obiad, i mawiała: takie ładne już te dziewczyny w twoim wieku, dbają o siebie, malują się, a ty co? Rzęsy byś chociaż pomalowała, brwi podkreśliła!
A Jagoda ukradkiem pokazywała jej faka, gdy kobieta nie widziała, mrucząc pod nosem nieprzychylne epitety. Później wieczorem robiło jej się źle z tego powodu, więc w rozciągniętym podkoszulku brata i spodenkach ze znakiem supermena na dupie szła do salonu, gdzie ojciec i matka oglądali kabarety, siadała obok rodzicielki i wtulała głowę w jej ramię. Pani Wasielewska odpowiadała na ten gest całusem w czubek głowy i wracała do komentowania występu Łowców.B.
Następnego dnia ubierała nowiutką, jeszcze nie dotykaną spódniczkę w delikatne kwiatki, rozkloszowaną i zwiewną. Zostawała wyśmiana lub obczajona i obgadana. Kolejnego dnia przychodziła w spodniach i wielkiej bluzie, jeszcze bardziej chowając głowę w ramionach.
Potrzebowała dużo czasu, by otworzyć się na ludzi. Przełom nastąpił w liceum ze względu na zgraną klasę i przebojową wychowawczynię. Na pierwszym roku studiów w barze spotkała Bartka, chłopaka który wyśmiewał jej krzywe nogi.
Przespała się z nim.
Czuła dziwną satysfakcję.
- Do kina?
- Eee, pójdziemy, zmarnujemy kasę, a film pewnie będzie chujowy.
- To może na kebsa?
- Ostrego?
- Niebo w gębie, piekło w dupie - zaśmiał się Marcin, a reszta mu zawtórowała. Tylko Baśka kręciła głową z niedowierzaniem.
- Jak można się śmiać z takiego odgrzewanego kotleta?
- Schabowego?
- Chodźmy do klubu - rzuciła znad ekranu ajfona Dominika, nawet nie patrząc na znajomych.
- Daj spokój, ile można.
- To kręgle - odezwał się dotychczas milczący Drzemor, odrywając się od namiętnego pykania w Candy Crush. - Złożymy się na tor, zamówimy pizzę i alko.
- Drogo - skrzywił się Damian, wzorowy przykład typowego studenta.
- Dla ciebie zawsze jest drogo, ziom.
- No bo Wawa jest droga i tyle!
- To po chuj tu studiujesz?
Chłopak nie odezwał się więcej, naburmuszony przeliczając oszczędności w obdartym portfelu.
- Kosmita dobrze prawi, idziemy na kręgle.
- Osiemnasta na przystanku?
W tym momencie zmaterializowała się postać profesora, który uciął wszelkie pogawędki, zaczynając wykład. Drzemor westchnąwszy wcisnął do ucha słuchawkę, zastanawiając się, co go napadło by pójść na seksuologię.


____________________________________________________________________


Ostatnio zmieniony przez Mietej dnia Pon Kwi 10, 2017 11:16 am, w całości zmieniany 14 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 12:26 am





Wiążesz włosy w cebulę i pewnie świat cię denerwuje jak Alutka Jędrulę
Pewnie cię bolą oskrzela, a teraz dymem je czule opatuliłaś i zamawiasz sobie wódkę z Red Bullem



Każdy zna taką. Dziewczynę z sąsiedztwa. Słodką niunię, która przechadza się po pokoju topless przy odsłoniętych oknach i udaje, że wcale nie widzi jak sąsiedzi ją podglądają. Dziewczynę bez przeszłości i z marnymi szansami na jakąś przyszłość. Dziewczynę jak Zuza. Szarą Myszkę, którą w pewnym momencie pochłonęła Wielka Warszawa i już nie chciała oddać.
Jest nijaka. Nosi to co wszyscy. Czarny płaszcz, czarne rurki naciągnięte na chudy tyłek, czarne Roshe. Słucha tego co wszyscy. Czasem Taco, czasem Brodka. Ogląda to co wszyscy. Czyta to co wszyscy. Gdzieś między pierwszym zaciągnięciem papierosem a premierą nowego iPhone'a zatraciła swoją indywidualność. Jest jak jeden z wielu klonów studentek UW. Pali mentolowe fajki i wciąga koks w kiblu. Przeczesuje palcami długie włosy. Nietlenione? Tlenione? Chyba jednak naturalne... Pieprzony paradoks, bo wszystko w niej jest sztuczne. Począwszy od żelowych paznokci przydłużanych regularnie co miesiąc, poprzez opaleniznę z solarium, aż po śmiech, którym zdawkowo raczy facetów w klubach. Często wychodzi wieczorami. Zamienia najeczki na szpilki i podbija miasto. Tańczy jakby prócz niej nie było nikogo na parkiecie. Faceci patrzą na nią wygłodniałym wzrokiem, stawiają drinki, które sączy przez słomkę. A potem obejmują ją w pasie, prowadzą do Ubera i zabierają do swojego mieszkania na Żoliborzu, albo Bemowie.
Rano wraca skacowana, obdarta ze wstydu i resztek godności. Ściska w dłoniach te swoje czarne szpilki, gdy jedzie autobusem. Po cichu wchodzi do domu na Ursusie, któremu dawno przydałby się remont. Ukradkiem mija babcię siedzącą z różańcem w ręce przy włączonym Radiu Maryja. Przelotnie zagląda do pracowni ojca, w której zasnął nad kolejnym projektem niemającym nigdy dojść do skutku. Wchodzi na górę, do swojego pokoju. Kiedyś należał do jej brata, ale zajęła go, gdy się wyprowadził.

Załóżmy, że poznajesz dziewczynę, i zakochujesz się, a ona po chwili cię zostawia dla innego faceta. Zanim zaczniesz sobie zadawać pytania w rodzaju, czy ten facet jest bardziej opiekuńczy, męski, stanowczy, ma silniejszy charakter, bardziej potrafi ją opanować, zwróć uwagę na jedną rzecz – on zawsze zarabia więcej pieniędzy, niż ty. Ma również wyższą pozycję, więcej władzy, lepszy samochód, jest bardziej pewny siebie, ale to są tylko konsekwencje pieniędzy. I nie masz prawa mieć pretensji do tej dziewczyny. Gdy ty dostajesz propozycję lepiej płatnej pracy, też tylko udajesz przed samym sobą, że się zastanawiasz.


Zuza jest dziwką. Puszcza się z przypadkowo poznanymi gośćmi w zamian za drogie prezenty. Jest sprana, wymięta i pogięta. Brudna jak warszawskie ulice po zimie. Ten brud ją przenika, wchodzi pod paznokcie, w kąciki oczu, płynie w jej żyłach. Jest zepsuta. Popsuła się dawno temu i nikt nie potrafi jej naprawić.
Jeszcze w Katowicach była zupełnie inną osobą. Wrażliwą, delikatną jak kwiatuszek. Pisała wiersze i marzyła o byciu drugą Szymborską. Była skrytą romantyczką. Ale potem się popsuło. Matka zdradzała ojca. Ojciec nie miał zleceń. Bankrutowali. Rozwodzili się. Przeprowadzili.
Warszawa ją zniszczyła. Wessała, wchłonęła, przytłoczyła i zmiażdżyła. Zuza szybko stwierdziła, że miłości nie ma. Że to wszystko chuj. Utonęła w nocnym życiu. Najpierw patrzy na buty, potem na zegarek i portfel. Jak kogoś upatrzy, uśmiecha się zalotnie, rzuca długie spojrzenia... i czeka. Zawsze przychodzą. Ślinią się jak psy, proponują drinka, mówią nieśmieszne żarty. Później zabierają ją do domu. Pieprzą do nieprzytomności, a w nagrodę fundują kolację, nowe ubrania czy wizytę u kosmetyczki.
Są ich dziesiątki, a wśród nich on. Garnitur Hugo Bossa, zegarek Diesel, wygląd Jamesa Deana. Kupuje drinki i rzuca stówę barmanowi, a Zuzi na jego widok miękną nogi. Piotrek. Ma opinię podrywacza, który kobiety traktuje jak zabawki, ale Zuzi to nie przeszkadza. Dla niej jest jak książę z bajki w Astonie Martinie. Wzdycha do niego po nocach tragicznie zakochana. Cicho płacze w poduszkę. On nie zwraca uwagi na jej śliczną buzię, długie nogi, ładny brzuch i cycki. Znów patrzy na siebie krytycznym wzrokiem. Ogranicza maka na rzecz sałatek, kaszy, hummusu. Rozbiera się przed obiektywami samozwańczych fotografów. Patrzy na lajki rosnące pod kolejnym zdjęciami na instagramie. Znów się upija. Traci poczucie rytmu, grunt pod nogami jej się osuwa. Chce być drugą Kate Moss. Chce być muzą, chce inspirować, chce kusić, nęcić i porzucać. Chce być wszystkimi tylko nie sobą...
Ucieka od własnego życia. Ale czasami musi do niego wrócić. Założyć jedyną w swojej szafie sukienkę za kolano i pójść z babcią do kościoła, pomóc tacie, spotkać się z bratem. Przy niedzielnym obiedzie, między rosołem a schabowym z ziemniakami, udaje grzeczną dziewczynkę. Zapewnia, że na studiach wszystko jest w porządku, że psychologia naprawdę jej się podoba. Uśmiecha się tylko na pytania babci, czy ma już jakiegoś kawalera. Patrzy błagającym wzrokiem na brata, by się nie wygadał. Później kłóci się z nim, że doskonale panuje nad własnym życiem i nie potrzebuje niańki. Nie jest już dzieckiem. Jest dorosła, dojrzała, pełnoletnia...
Jest taka słaba, taka niewinna.


To jest ten cały Piotr? Kurwa mać, jestem tak zły
Rzuciłbym butem w ciebie gdyby to nie były Air Maxy




____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Sro Cze 07, 2017 11:42 pm, w całości zmieniany 11 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 12:27 am

Mikołaj Dąbrowski




Jeżeli jest coś pozytywnego
Jeżeli jest coś, co ma jakiś sens



Brudas. Tak właśnie brzmi pierwsze skojarzenie przychodzące na myśl po zobaczeniu Mikołaja. Brud, recydywista, antychryst… Po prostu: punk. Moherowe babcie wykonują znak krzyża na jego widok, sąsiedzi ukradkiem usuwają się z drogi, Karina mieszkająca trzy domy dalej wkłada dwa palce do ust jakby chciała wywołać wymioty. Mikołaj szokuje, wzbudza kontrowersje, bulwersuje… I często obrywa po mordzie. To człowiek, który nie potrafi żyć bez problemów, choć wcale ich nie szuka. Mówi, że jest anarchistycznym pacyfistą. Nigdy nie pcha się do bójek, zdecydowanie woli rozwalić się w fotelu, który kiedyś przytaszczył do akademika i niewiadomym cudem wcisnął koło kaloryfera, gdzieś między łózko a biurko. Ale czasem nie wytrzymuje. Ktoś go zaczepi na ulicy, szturchnie, splunie, przyczepi się do kolczyków czy niebieskiego irokeza… W Mikołaju coś pęka. Oczy zachodzą krwią, knykcie bieleją od zaciskania, twarz robi się fioletowa od uderzeń.
Koneser taniego wina i ruskich papierosów. Nie przywiązuje wagi do dóbr materialnych, liczą się dla niego przeżycia, wspomnienia, uczucia, ludzie… Skrycie jest artystą. Wrażliwym typem, który chce tylko tworzyć. Chce poruszać innych, dawać nadzieję, podnosić na duchu. Dlatego studiuje sztukę, dlatego maluje. Lubi to robić, chociaż wielu jego kumpli uważa, że to pedalskie. Ale on się nie przejmuje, już dawno przestał zwracać uwagę na to co mówią inni. Robi swoje. Ma własne zasady. Mogą go wyzywać od pedałów, ale on dalej chodzi z dziewczynami na Czarne Protesty, opiekuje się siostrą i babcią, czasem chodzi pracować w schronisku dla zwierząt, z którego wraz z Zuzią przygarnęli kota. Można powiedzieć, że ma pewnego rodzaju kompleks. Chce być pieprzonym bohaterem, nieustannym wybawcą, rycerzem na starym Romecie. W dzieciństwie naoglądał się za dużo bajek i na mózg mu padło. Śmieje się, że kiedyś odstrzeli Kaczora, ale wszyscy wiedzą, że nie byłby w stanie tego zrobić. Jest na to zbyt miły, zbyt grzeczny, zbyt poukładany. Pod maską niegrzecznego chłopca kryje się wrażliwiec, który jednak potrafi przywalić jeśli potrzeba. Ale nigdy nie tknąłby kobiety ani zwierzęcia, ma do nich zbyt duży szacunek.
Czasami znika na kilka dni i nikt nie wie co się z nim dzieje. Może łapie pierwszy Intercity i jedzie gdzieś w Bieszczady, może leży gdzieś zajebany, może jest u jakiejś dziewczyny i maluje jej półnagie portrety. Ale on nie maluje portretów. Ma tylko jeden, który teraz stoi zwrócony do ściany za łóżkiem w jego dawnym pokoju…
Ludzie sypiają ze sobą, nic ekscytującego. Zdjąć przed kimś ubrania i położyć się na kimś, pod kimś lub obok kogoś to żaden wyczyn, żadna przygoda. Przygoda następuje później, jeśli zdejmiesz przed kimś skórę i mięśnie i ktoś zobaczy twój słaby punkt, żarzącą się w środku małą lampkę, latareczkę na wysokości splotu słonecznego, kryptonit, weźmie go w palce, ostrożnie, jak perłę, i zrobi z nim coś głupiego, włoży do ust, połknie, podrzuci do góry, zgubi. I potem, dużo później zostaniesz sam, z dziurą jak po kuli, i możesz wlać w tą dziurę dużo, bardzo dużo mnóstwo cudzych ciał, substancji i głosów, ale nie wypełnisz, nie zamkniesz, nie zabetonujesz, nie ma chuja.


Historia tego portretu sięga jeszcze czasów, gdy Dąbrowski mieszkał w Katowicach. Ona mieszkała wtedy w Trójmieście. Poznali się gdzieś w połowie, na koncercie Osbourne'a w Łodzi. Była najpiękniejszą dziewczyną jaką kiedykolwiek spotkał, zawróciła mu w głowie już swoim pierwszym spojrzeniem. Zobaczył blask w jej oczach i dla niego zwariował. Zabrał ją do hotelu, bo nie miała gdzie spać. Ta noc wypaliła na nim piętno jak popiół z L&Mów dziurę w prześcieradle. [...]

I tak tu już nie ma nic
Do stracenia




____________________________________________________________________
You were red and you liked me 'cause I was blue
You touched me and suddenly I was a lilac sky
And you decided purple just wasn't for you




Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Czw Cze 15, 2017 12:08 am, w całości zmieniany 11 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 12:34 am




Była jak ten dzień jasny, roziskrzony, a martwy jesienią i ogłuchły.


Na biurku leżało puste opakowanie zagranicznych cukierków. Wszystkie wyjedzone, co do jednego. Karolina zacisnęła usta, chwyciła wszystkie papierki walające się po blacie w dłoń i wyrzuciła je na ziemię w pokoju brata. Nic nie zauważył, zaaferowany jakąś głupią grą, dopóki nie kopnęła pufy w jego stronę. Zobaczył wtedy bałagan i zerwał słuchawki z uszu.
- Co ty odpierdalasz znowu?!
- To była moja paczka z zagranicy, idioto! I prezent!
- A skąd ja mam kurwa wiedzieć takie rzeczy?
- No, nie wiem, na przykład pytając?! Jeszcze zostawiłeś cały ten syf-
- Co tu się dzieje? - Do pomieszczenia wszedł ojciec, zwabiony uniesionymi głosami.
- Wpierdolił moje cukierki z Anglii, które kupiłam dla Adriana.
- Hej! Wyrażaj się! - upomniał ją ostro mężczyzna, a potem skrzyżował ramiona na piersi. - Adrian? Ten pedał?
Dziewczyna wstrzymała oddech w piersi i wyszła bez słowa. Nie mogło się jednak skończyć na tym.
- Powinnaś lepiej dobierać sobie przyjaciół - zaczął wywód ojciec, gdy zasiedli do obiadu, który natychmiast stracił jakikolwiek smak. - To są chory ludzie, Karolino. Musisz to w końcu zrozumieć.
Jej rodzice nie akceptowali XXI wieku, a ona po paru piekielnych kłótniach przestała próbować rozświetlić ich umysły i starała się cieszyć nimi, ignorując to, co ją bolało.
- Poza tym nikt normalny nie idzie na resocjalizację.
Gdyby ją kiedyś wysłuchali, wiedzieliby, że nikt nie nadawałby się lepiej na takie stanowisko (bardzo istotne), niż Adrian. Ale nie słuchali.
- Dajcie już spokój Adriannie - zaśmiał się Dawid, jej brat. - Mam wam do opowiedzenia genialną historię z ćwiczeń.
Słuchali Dawida. I promienieli na jego opowieści, jego przygody, jego przekonania, jego plany. Ona zaś po raz kolejny wbijała bez apetytu widelec w warzywa, czując, jak coraz bardziej ssie ją w żołądku.



Karota / 20 / rak / opal / woda

Nie chciała iść do klubu. Zazwyczaj jej się nie chciało. W osiemdziesięciu procentach przypadków dawała się ostatecznie znajomym wyciągnąć. Czasem wymagało to zrzucenia jej z łóżka, innym razem wyłączeniem laptopa; ewentualnie przeszukiwania szafy w celu znalezienia stroju na imprezę. Tego wieczoru nie chciała iść, bo wiedziała, kto na pewno tam się zjawi, ale znajomi byli nieugięci. Stwierdziła, że jeśli ma im towarzyszyć, to w tym, co miała aktualnie na sobie, bo nie chciała się przebierać. Chłopcy przyszli po dziewczyny, wystrojone w kuse sukienki i spódnice oraz buty na szpilkach lub wysokich obcasach, a wśród nich ona - jasne dżinsy ściśnięte czarnym paskiem, bo standardowo zsuwały się z jej tyłka, czarna koszulka o materiale prześwitującym na plecach, zwykłe skórzane półbuty, dżinsowa kurtka. Nie spędziła pół godziny na układaniu włosów - wystarczyło, gdy je rozczesała; nie przejmowała się tym, jak się układały, bo zazwyczaj układały się wystarczająco dobrze.
Zdawała sobie sprawę, że gdyby wyszykowała się jak koleżanki, zniknęłaby w tłumie. Większość spojrzeń prześlizgnęłaby się po niej obojętnie. Może i powinna tego chcieć, skoro tam szła. Prawdopodobnie tak.
Tańczyła wśród nich wolniej, płynniej. Im więcej wypiła, tym częściej zamykała oczy. Za którymś razem, kiedy je na powrót otworzyła, nie widziała ich wokół siebie. Postanowiła zaczekać, kołysała się dalej, pozwalając muzyce ponieść się do innego świata. Na parkiecie zrobiło się ciaśniej, ale po tylu shotach strzelające po twarzy włosy i deptanie po stopach już nie przeszkadzały. Poczuła, jak ktoś śmiało złapał ją dłońmi w pasie. Była pewna, że to któryś z jej kolegów, ale nie otwierała oczu, pozwalając sobie marzyć o innej osobie. Tańczyli jakiś czas we dwójkę, aż zaczęły słabnąć jej nogi. Przelewała się chłopakowi przez ręce. Rozwarła powieki i zobaczyła obcą twarz. Uśmiechnęła się.
- Przyniesiesz mi drinka? - wypowiedziała mu do ucha, a on kiwnął głową.
Tracąc podparcie, poleciała na stojący obok filar. Opanowała drżące nogi, opanowała przyspieszone bicie serca i wyszła na zewnątrz. Nie zobaczyła po drodze swoich znajomych. Złapała Ubera i pozwoliła chłopakowi wewnątrz mówić, sama uśmiechając się tylko w odpowiednim momencie. Wróciła do akademika, do pustego pokoju. Spojrzała na siebie w lustrze i pokręciła głową z politowaniem. Nie rozumiała, dlaczego tak im zależało na jej towarzystwie, skoro za każdym niemal razem się rozdzielali. Wiedziała jak trudno się z nią porozumieć, gdy jest pijana, ale też, że oni sami również byli najebani. Powinna winić siebie. Powinna się ogarnąć. Nikt nie kazał jej pić...
Wiedziała także, że to bzdura.
A gdzie był on? Może nie przyszedł? Gdyby się pojawił, na pewno by ją zaczepił, nawet jeśli ze swoją wybranką. Nie brała innej opcji pod uwagę. Może i dobrze się stało. Wcale nie chciała ich widzieć.



Każdy się wstydzi trzech rzeczy. Że nie jest ładny. Że za mało wie. I że niewystarczająco dobrze radzi sobie w życiu. Każdy. Dlaczego więc nikt się do tego nie przyznaje? Dlaczego nikt o tym nie mówi? O ile łatwiej by nam się rozmawiało na przyjęciach, gdyby można było to powiedzieć głośno.

Karolina przez lata bardzo się zmieniła, ale w swoim mniemaniu wciąż niewystarczająco. Jako mała dziewczynka lubiła robótki ręczne - plecenie bransoletek, nakładanie koralików na naszyjniki, zwierzątka z modeliny, którą mama potem wypiekała, budowle z kasztanów, breloczki filofun. W gimnazjum przestało to być modne, a stało się synonimem wieśniactwa, więc Karo odłożyła modelinę, koraliki i wszelkie rzemyki. Ponadto niektórzy z rówieśników śmiali się, że wygląda jak chłopak. Była płaska, najbardziej ze wszystkich dziewczyn w klasie. Nie malowała się, bo matka nie widziała takiej potrzeby, a jej też nie ciągnęło do tych wszystkich upiększaczy (parę razy próbowała - wywoływały u niej reakcje alergiczne). Lubiła nosić luźne spodnie, zazdrościła kolegom kurtek. Nie podobały jej się spódnice, jakie nosiły jej koleżanki, więc sama ich unikała. Nie pomagały komentarze ojca, że "jest dziewczynką i powinna się tak ubierać" ani jego wyrzuty do żony, dlaczego jej kupuje takie ciuchy, kiedy w pracy myślą, że mają dwóch synów. Na koniec trzeciej klasy widziała, jak jakieś dzieciaki z niższego roku urządzają sobie zabawę "chłopak czy dziewczyna", zasłaniając jej nazwisko pod zdjęciem w tablo. Z dobrą średnią przetrwała okres gimnazjum, nie mówiąc zbyt wiele, trzymając się tylko w ścisłym gronie, na dystans.
A potem nadeszło liceum i Karolina rozkwitła. Nie tak, jak oczekiwał tego ojciec, ale przede wszystkim wewnętrznie. Pierwszego dnia przypadkiem usiadła w klasie z najprzystojniejszym chłopakiem. Zagadywał ją, a ona odpowiadała. Ciągnął ją za język tak długo, aż rozmowa z nim zaczęła przychodzić jej naturalnie. Mogła zachowywać się swobodniej. Idąc jego krokami weszła w krąg ludzi, którzy witali ją uśmiechem i dowcipem i z czasem nauczyła się rewanżować tym samym. Poczęła odkrywać samą siebie. Lekkość znajomości, jaką nawiązała przede wszystkim z tym chłopakiem, ale też z innymi, pozwoliła jej uwierzyć, że małe piersi są piękne, że najważniejsze to mieć własny styl, pal licho czy chłopięcy czy dziewczęcy, że w rzeczywistości jest piękna i to na swój oryginalny sposób. Wkrótce przekonała się, jak łatwo rozmawia się z ludźmi, kiedy nie przejmujesz się, co myślą o twoim wyglądzie, bo ona już go zaakceptowała. Przestała odbierać "jesteś dziwna" jako przytyk. Mimo to łykała komplementy jak spragniony wodę. Zwłaszcza, gdy padały od niego, a on ich nie szczędził. Podobały mu się nawet jej modelinowe twory - bo wracała do nich czasami, kiedy skakała od hobby do hobby, szukając czegoś dla siebie.
W licealnych czasach także testowała wciąż swój światopogląd, uczyła się tolerancji, szukała granic. Czasami w tych podróżach towarzyszył jej on. On także lubił te wędrówki po duszy człowieka.
Choć teraz mieszkała w Warszawie, tęskniła za swoim miastem, bo każdy zakątek był pełen pięknych wspomnień. Przeciskanie się przez płot na teren jakiejś szkoły i zbieranie kasztanów, łapanie wylatujących z kortu tenisowego piłek, wielkie ognisko na Głębokim, skakanie z liny na drzewie do bajora na Bartoszewie, zachody słońca na bulwarach. Ucieczka przed dzikami na Bezrzeczu i dresami na Przecławiu.
Nic jednak nie było dla niej droższe niż tamte chwile spędzone w nocy na błoniach, na rozłożonym kocu, po długiej wycieczce rowerowej, gdy sączyli piwo i wpatrywali się w gwiazdy, dyskutując o istnieniu bytów wyższych i kosmitów.
Ale musiała się wyrwać. Teraz mieszka w Betonowym Lesie.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Pon Kwi 10, 2017 12:56 am, w całości zmieniany 13 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Sob Kwi 08, 2017 1:08 am


Bywam małostkowy  
Cyniczny i bezduszny  
Osądzam bez litości  
Bez serca i miłości


- Matka, jadę do Warszawy. Studiować ekonomię - trzy lata temu Adam wypowiedział te słowa do pleców nagiej kobiety przytulającej się przez sen do wraku człowieka, który obecnie okupował jej łóżko i kto wie, może i jej serce.
- Spierdalaj, dzieciaku. Nie widzisz, że jest zajęta? - wrak okazał się posiadać postrzępione resztki strun głosowych.
Twański uśmiechnął się niespuchniętą połową ust. Opuchliznę zarobił wczoraj komentując jego dziurę w majtach na bezużytecznej dupie.
- I alimenty starego od tego miesiąca idą na moje konto.
Matka okazała się jednak nie być tak zajęta, jak dotychczas się wydawało. Twański opuścił rodzinny Kędzierzyn-Koźle przy akompaniamencie jej wrzasków i głuchych uderzeń pięści w ciało.
Rób jak uważasz, ale uważaj jak robisz.
Ten najmądrzejszy, bo jedyny cytat, jaki Twański usłyszał od swojej matki towarzyszył mu od kiedy został rzucony samopas na podwórko przed blokiem, którego granice rozszerzyły się z czasem na Azoty, a następnie na całe miasto, którego nie opłacało mu się opuszczać. Tu miał kumpli, potencjalne dziewczyny i wrogów. Czasem ktoś zarobił kosę, ktoś rzucił się pod pociąg, komuś udało się skołować bimber, komuś marychę, laska szła na dwa fronty, cyganie okradli, stara zmarła na zawał, pały przyskrzyniły, a ktoś wyjechał na zlewozmywak do Anglii i zarobił więcej niż menadżer w Macu koło Ogrodów Odrzańskich.
Adam nie wyjechał na zlewozmywak - do tego trzeba było posiadać własne pieniądze na wyjazd, ale też pały nigdy go nie przyskrzyniły, stara żyła, nie miał powodów, by rzucać się pod pociąg no i czasem udawało mu się skołować węgiel na sprzedaż z wagonów składu zmierzającego do Zakładów Koksowniczych. Raz tylko laska szła z nim na dwa fronty, ale skończyło się jedynie zniszczeniem jej telefonu w napadzie złości. No i po tygodniu stwierdził, że w zasadzie złamane serce jest przereklamowane, witając się ponownie ze swoją ręką.
Zapewne skończyłby prędzej czy później z kosą zarobioną od jakiegoś cygana (w KK roi się od cyganów, tfu), gdyby nie dowiedział się na drugim roku żeglugi w Koźlu, że alimenty zostaną mu ucięte, jeśli nie będzie kontynuował nauki na studiach. W ten sposób został zmuszony, by skupić się jako tako na nauce, odkrył też wtedy pewną zdolność do ogarniania historii.
- Synek, studiując historię to ty nic nie zarobisz.
I tak wylądował na ekonomii.
Alimenty okazały się z ledwością pokrywać podstawowe potrzeby, z kolei podjęcie pracy miało oznaczać ucięcie darmowego źródełka finansów. Na 500+ Twański nie czuł się jeszcze gotowy, na stypendium naukowe nie był wystarczająco dobry, zostało mu więc zgrabne prześlizgnięcie się przez siatkę systemu imając się pracy na czarno.
Ekonomia okazała się błędnym wyborem już w II semestrze, gdy został przydzielony do grupowego projektu na zaliczenie. Ani nie miał na to czasu, ani chęci. Drugi podjęty kierunek - Sport - został przerwany w niemalże ten sam sposób. Obecnie wybrana w ostatniej chwili fizjoterapia miała być wyborem ostatecznym - w wakacje otrzymał z sądu pozew o uchylenie alimentów, więc zgodnie z poradą kumpla poznanego na truskawkach w Niemczech (studiował prawo przez trzy semestry) zdecydował tym razem ukończyć kierunek. Jak smaczną marchewką okazywały się być pieniądze.
Wracał przez Bemowo odprowadziwszy koleżankę z pracy.
Była kasjerką w sklepie, który na czarno ochraniał i już pierwszego dnia pracy zjadła w wyzywający sposób banana mierząc przeciągłym spojrzeniem jego tatuaże na szyi i zewnętrznej stronie dłoni wetkniętych w szlufki pasków, okalających samczo rozporek. Dziś mając 22 lata skreśliłby taką pannę na miejscu, zwłaszcza, że nie była w jego typie i wyglądała na nosicielkę wenery, ale wtedy to było jego pierwsze półrocze pobytu w Warszawie, kiedy czuł się samotnie i dopiero się uczył obejścia "w wielkim mieście" i którymi drogami chadzać, a którymi nie.
Tego wieczoru miał pobrać jedną z tych cennych nauk, a przekonał się o tym, gdy zauważył rycerzy ortalionu wyłaniających się z cienia między dwoma blokami. Pomału szli zwartą grupką w jego stronę kołysząc się na boki niczym goryle. Twański stanął przed niekomfortowym wyborem czy przejść na chodnik po drugiej stronie ulicy. Z doświadczeń z cyganami w KK wiedział, że to dopiero może ich sprowokować. Decyzja poniekąd podjęła się sama, gdy zbliżyli się do siebie na wyciągnięcie ręki. Twański ze wzrokiem wbitym gdzieś w dal szedł niczym lodołamacz wymuszając na rycerzach ortalionu rozstąpienie się na boki na wzór Morza Czerwonego przed Noem.
- Ty, brudasie - czar chwili prysł, gdy któryś z nich szarpnął go za ramię. Twański już w podstawówce pytał katechetkę, czy to możliwe, by morze się rozstąpiło na boki przed człowiekiem, bo przecież to wydaje się niemożliwe. Katechetka go zbywała i tak mu teraz przeszło przez myśl - nie da się zaprzeczyć prawom fizyki.
- Czego chcesz? - spytał sucho, utrzymując cudem równowagę. Z jednej z niewielu książek, które przeczytał, bo chciał się nauczyć więcej o biciu, dowiedział się, że zgrywanie pewniaka potrafi przeważyć nie tylko o tym, kto wygra, ale i o tym, czy wygra bez wymiany choćby ciosu. Chyba wybił trójpaskowców z rytmu.
- Wyskakuj z forsy.
- Nie mam nic.
Twański był boleśnie świadom, że jest okrążony. Chyba nikt nie posiadał przy sobie broni białej. On w kieszeni wsunął na dłoń kastet.
- Twoja morda już wygląda, jakby zaliczyła w swoim życiu chodnik lub patelnię. Na pewno nie masz nic? - warknął jeden z chyba inteligentniejszych wywołując śmieszki jego kumpli.
- Marnujesz się stary. Mógłbyś zostać drugim Taco Hemingwayem - odparował. W żółtym świetle latarni zdołał zauważyć jak źrenice przeciwnika się rozszerzają na moment przed wyprowadzeniem prawego sierpowego. Adam zdołał zrobić unik, więc mądrala poleciał na chodnik pociągnięty siłą własnego ciosu. Z tyłu jakiś osiłek złapał go w pasie i podniósł do góry, by rzucić nim o ziemię. Twański zamachał nogami - jedną trafiając w jednego z dresików, podczas gdy za nogawkę drugiej ktoś go złapał, przez co na ziemię poleciał głową w przód. Poczuł ogłuszający wstrząs w czaszce i coś ciepłego nad łukiem brwiowym. Z chodnika ktoś go podniósł za kołnierz skórzanej kurtki i przycisnął plecami do ściany uderzając jego głową raz po raz o nią. Zamachnął się na jego twarz kastetem - napastnik zniknął mu z pola widzenia wyjąc z bólu. Wokół niego rozbrzmiało jeszcze więcej wrzasków; rzucił się na innego dresika posyłając go na chodnik i siadając na nim okrakiem. Uderzył go lewą pięścią; głowa mu odskoczyła w prawo, by zaraz odskoczyć w lewo, gdy poprawił drugą pięścią zaopatrzoną w kastet. Stracił rachubę tego, co dokładnie robi czując wypełniającą go adrenalinę i wolę przetrwania. Czyjeś paluchy znalazły się na jego twarzy chyba próbując skręcić mu kark, więc ugryzł z całej siły. W tym momencie przestał czuć dłonie napastników na plecach i usłyszał wrzaski.
- Kurwa, ugryzł mnie!
- ... może mieć wściekliznę?
- To pojeb, chyba zajebał Lecha!
Podniósł się chwiejnie z klęczek. Ktoś go odepchnął od chłopaka, na którym siedział.
Gdy w końcu podniósł głowę, nikogo nie było. Gdyby nie ślady krwi na chodniku, możnaby pomyśleć, że nic się nie stało. Pokuśtykał chwiejnie na najbliższy przystanek autobusowy. Jeździł tu chyba tylko jeden nocny.
- Masz szczęście, to ostatni dzisiaj - odezwał się beznamiętnie kierowca autobusu pół godziny później, gdy Adam wszedł do środka. Pojazd był pusty, nie licząc kierowcy i jednego pasażera siedzącego z tyłu. Twański usiadł przy szybie. W odbiciu widział, że krew mu spływa jedynie łuku brwiowego i pękniętej wargi. Czuł zawroty głowy. Bilans nie był najgorszym w jego życiu - po bitce na podwórku zdarzały się gorsze, czy chociażby w domu z jednym z fagasów matki.
- Bilety do kontroli - z zamyślenia wyrwał go pasażer, który siedział przed chwilą z tyłu. Wymienili się spojrzeniami - Adam pełnym niedowierzania, a kanar beznamiętnym.
- Nie mam.
Kanar wyjął bez słowa książeczkę z mandatami.
Twański sięgnął po dowód osobisty.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Sro Kwi 12, 2017 1:31 am, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Lawrison

avatar

Liczba postów : 36
Join date : 05/09/2016
Age : 22

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Pon Kwi 10, 2017 7:25 pm


Wieczór był ciężki i na swój sposób upojny. Twańskiemu udało się wygrać prowadzone z kumplem zawody na ilość wywalonych z klubu ćpunów i agresorów, więc teraz niósł w ręku butelkę rumu marki Captain Morgan trzymając w ustach jeszcze nieodpalonego papierosa. Udało mu się zahaczyć o posadę ochroniarza w klubie na obrzeżach warszawskiej Pragi - okolica niezbyt ciekawa, ale w innych miejscach z pewnych przyczyn nie chciano sobie robić z nim problemu. Ruszył spokojnym krokiem w stronę najbliższej przecznicy po drodze omijając parę żywych naćpanych zwłok zapaskudzających chodnik. W jednej dziewczynie o różowych włosach poznał wyrzuconą przez siebie ćpunkę, której włączył się agresor do tego stopnia, że musieli wyprowadzać ją we dwójkę. Wydawało się, jakby opętał ją szatan i jedna osoba nie była w stanie jej utrzymać. Teraz dragi najwyraźniej osłabły, gdyż dogorywała pod ścianą z głową opuszczoną między nogami. Gdy Adam rozmawiał o swojej pracy ze swoim współlokatorem (mu ufał, że go nie zgłosi w skarbówce, więc przyznawał się do pracowania na czarno i opowiadał o co ciekawszych - bo nielegalnych - smaczkach), ten często się dziwił, dlaczego wywalano z klubu co niektórych ćpunów, jeśli dilerzy na pewno odpalali właścicielowi działkę.

- Mikołajku, powinieneś się już nauczyć, że kluby nie chcą problemów - odpowiedział mu raz siedząc przy otwartym oknie i malując kolekcjonerską figurkę SS-mana. Lakier śmierdział tak mocno, że nie mógł się przyczepić współlokatora, że sam pali i zasmradza im cały pokój - Jeśli przychodzi ktoś już naćpany, albo nawalony, odsyłam go. Klub ma zarabiać na swoim, a nie wpuszczać ludzi, którzy się zaprawili przed czasem. No i kwestia pał. Gdy jakieś małolaty pokazują mi podrobione legitki, to przepuszczam. Zawsze można się wyprzeć, że nie wiedziałeś, że to sfałszowane dokumenty. Gdy próbują przejść na ładne oczka, nie ma szans. Oni to kontrolują, serio. Raz nawet był nalot, uwierzysz, i musiałem się zwijać do domu po odpracowaniu godziny, bo sprawdzali, czy pracownicy mają umowy o pracę...
Odpowiedziało mu chrapanie współlokatora z jego fotela. Z paszczy zwisał mu pet i Twański tylko czekał, aż mu wypadnie, obstawiając w duchu, gdzie tym razem się poparzy.


- Lala, noc jeszcze młoda, chodź, napijesz się z nami.
- Nie, dziękuję, właśnie wracam do domu.
- Uważasz, że jesteś za dobra, szmato?
Względną ciszę przebiły dźwięki rozmowy - jeśli napastliwe głosy męskie i podszyty lękiem głos żeński sugerowały prowadzenie normalnej rozmowy. Adam nie czuł się nigdy rycerzem, ale tak się składało, że im dalej szedł, tym lepiej słyszał coraz bardziej intensywnie prowadzoną dyskusję i wszystko wskazywało, że natknie się na całą sytuację. W odruchu sugerującym początki uzależnienia odpalił papierosa spodziewając się kłopotów. Na końcu uliczki stała drobniutka dziewczyna, którą bałby się dotknąć w obawie przed przypadkowym skrzywdzeniem w towarzystwie jego ulubionego gatunku ludzkiego - dresików. Nie wyglądało to za dobrze.
- Anka! - zawołał natychmiast, gdy tylko wpadł na ten idiotyczny pomysł. Cała grupka odwróciła się gwałtownie w jego kierunku; on sam naciągnął na palce ukradkiem kastet, z którym się nigdy nie rozstawał. Podszedł do nich bliżej i objął ramieniem dziewczynę, która skuliła się chyba dwukrotnie pod jego ciężarem. Modlił się w duchu, by nie schrzaniła szopki - co jej mina dość dobitnie zapowiadała. Dresiki były jednak bardziej skupione na kastecie, który trzymał w dłoni.
- Gdy umówiliśmy się pod klubem, miałem na myśli bezpośrednio pod budynkiem - zwrócił się do niej. "Anka" otworzyła usta i je zamknęła jak niema ryba.
- To twoja dupa? - odezwał się jeden z chłopaków. Chudzinki, jak zauważył Adam.
- Ta. Znajdźcie sobie własne - burknął, po czym ruszył w stronę przystanku wykorzystując element zaskoczenia. "Anka" ruszyła z nim nadal pod ciężarem jego ramienia. Za nimi posypały się kurwy i komentarze o mordach jak u psa i leceniu na kości.
Szli razem w milczeniu tak długo, aż nie ucichły głosy dresików. Dziewczyna wyswobodziła się spod jego ramienia przy przystanku.
- Też nocnym? - spytał trochę głupio, chowając kastet z powrotem do kieszeni. "Anka" kiwnęła głową stając przy rozkładzie jazdy. Wokół nie było żywego ducha i zrobiło się dość niezręcznie. Twański zajął się dopalaniem papierosa w milczeniu. Nie uważał się za osobę upoważnioną do robienia wykładów obcej dziewczynie, ani do pytania, co ona tutaj właściwie robi. Milczeli tak do czasu, gdy przyjechał nocny. Chłopak przepuścił ją w drzwiach i poczekał, aż skasuje sobie bilet, po czym usiadł naprzeciw niej. Dziewczyna odetchnęła głęboko i w końcu się odezwała z lekkim uśmiechem:
- Nie mogłeś wymyślić lepszego imienia?
Adam prychnął kręcąc głową z lekkim rozbawieniem.
- Rozważałem Dżesikę, wiesz.
- W sumie Anka nie jest taka zła - skwitowała dziewczyna opuszczając wzrok na dłonie, by po chwili znów go porazić swoim spojrzeniem - jestem Karolina - przedstawiła się.
- Miło mi. Adam - odparł wyciągając rękę do przywitania się. W tym momencie przeszło mu przez myśl, że z takim gestem chyba się czeka aż to kobieta wyciągnie dłoń. A może na odwrót? W każdym razie Karolina ucisnęła jego dłoń uśmiechając się nieco spokojniej.
- Dzięki. Chyba jestem jeszcze...
- Może rumu? - zaproponował Adam unosząc dłoń, w której nadal dzierżył butelkę Captain Morgan.
- Nie, dzięki - odparła Karolina z uśmiechem. Po chwili spoważniała - wiesz, że używanie kastetu jest w Polsce nielegalne?
- Napadanie na obywateli też jest nielegalne - odparł Adam odruchowo poklepując się po kieszeni, w której rzeczony kastet trzymał - wiesz, miałem podobną sytuację jak ty świeżo po przyjechaniu do Warszawy.
- Dresiki próbowały cię poderwać? - zażartowała Karolina.
- Chryste, nie! Ale gdyby nie ten kastet, byłbym uboższy o parę stówek. I zębów.
Dziewczyna pokiwała głową przyjmując do wiadomości.
- Swoją drogą super tatuaże - pochwaliła.
- Dzięki - odparł Adam po prostu. Pod koszulką miał ich znacznie więcej, ale przecież nie chciał się obnażać.
Do akademika weszli razem.
- Co studiujesz? - spytał Adam, gdy już oboje byli pewni co do swoich statusów studentów.
- Architekturę krajobrazu... O nie, nie rób takiej miny.
- Jakiej? Normalny kierunek. Ja ostatnio poszedłem na sport - odparował Adam z i tak szelmowskim uśmieszkiem pod nosem.
- A teraz co studiujesz, cwaniaczku?
- Fizjoterapię... Teraz ty robisz tę minę. Tak, chciałem sobie pomacać. A moją najwierniejszą klientką na praktykach jest 60-letnia staruszka.
Karolina zaśmiała się, po czym zatrzymała w korytarzu, do którego miał wejść też Adam. Już nawet tego nie komentowali zatrzymując się każde w swoich drzwiach. Dziewczyna pomachała Adamowi szukając w torebce kluczy, na co on uniósł dłoń, wyciągając z kieszeni swoje. Wsunął klucz do zamka, ale nie dało się go przekręcić.
- Kurwa mać. Mikołaj! - podniósł głos, waląc w drzwi. Współlokator musiał zamknąć od środka na dwa razy.
Karoliny w korytarzu już nie było. Musiał przyznać sam przed sobą, że w rozmowie z nią przez chwilę się poczuł lepszą wersją siebie. Ludzie patrzyli na niego przez pryzmat znoszonych buciorów, bo na inne porządne nie było go stać, przez tatuaże zdobiące (a dla innych szpecące) jego ciało, przez samą aparycję - czasem miał wrażenie, że o jego korzeniach daje znać nawet sam sposób chodzenia. Nie czuł, żeby to było względem niego niesprawiedliwe, ale czasem miał wrażenie, że jest tylko przebierańcem w tłumie inteligentów, którzy bez problemu rozpoznają w nim wilka w skórze owcy. Zainteresował się po trochu tym zjawiskiem i wiedział już, że nazywa się to efektem Golema - ludzie spodziewali się w nim kogoś mniej inteligentnego i tak się przy nich zachowywał.
Drzwi do pokoju otwarły się przed nim; Mikołaj wyglądał na zaspanego, a jego niebieski irokez sterczał we wszystkie strony, tylko nie w górę.
- Widziałem na dole ulotki o radzeniu sobie z agresją - poinformował go Miko wpuszczając go do środka.
- Wpierdol pomaga - podpowiedział uczynnie Adam.
Przespane poranki należały się tylko VIP-om. I Mikołajowi. Pobudka po czterech godzinach snu wydawała się być czymś niemożliwym i do łazienki wspólnej dla całego piętra wszedł chyba na śpiąco, wnioskując z tego, że nie pamiętał nawet, kiedy wyłączył budzik i wziął pastę, szczoteczkę, żel pod prysznic oraz balsam do pielęgnacji tatuaży. Rozbudził się w trakcie mycia zębów, gdy dobiegł go dźwięk charakterystycznych wibracji. Głowa wyprodukowała mu tylko jeden możliwy scenariusz - ktoś się zabawiał wibratorem pod prysznicem.
Nigdy jeszcze nie mył zębów tak długo jak wtedy.
Wibracje w końcu ucichły i odgłos lecącej wody również. Spod prysznica wyszła tyłem dziewczyna opatulona w szlafrok z turbanem z ręcznika na głowie.
- To ty - zdziwił się Twański na widok Karoliny.
Dziewczyna rozejrzała się teatralnie wokół.
- Ja.
Musiał mieć naprawdę dziwną minę. W końcu zauważył, jak ściskała w rękach elektryczną szczoteczkę do zębów.
- Myłaś zęby?
- Tak! A co ty myśla... - wyraz twarzy dziewczyny się zmienił pod wpływem niedowierzania - o mój Boże.
- Dorośli ludzie nie myją zębów elektrycznymi szczoteczkami, ok? - odparował na swoją obronę, wskakując pod prysznic. Uświadomił sobie, że do łazienki przyszedł w samych bokserkach.
- Właśnie, że myją - Adam nie odpowiedział puszczając wodę. W kabinie jeszcze pachniało damskimi kosmetykami - i tak w ogóle, to dzięki za wczoraj. Może będziesz chciał potem wyjść na piwo?
- Jasne - chłopak wyjrzał zza zasłony. Karolina posłała mu uśmiech, po czym wyszła z łazienki włączając szczoteczkę na odchodne.
Myślał, że po masażu udzielonemu pani Jadwidze - stałej i najstarszej bywalczyni zakładu, która sobie upodobała "tego wytatuowanego niedźwiadka" będzie miał czas na odpoczynek, gdyż znowuż nie było tak wielu klientów w miejscu, gdzie praktykują studenci - nawet jeśli usługa jest tańsza, a czasem nawet za darmo.
- Czołem, Adi - przywitał go dobrze znany głos, gdy w końcu dane mu było na chwilę usiąść. Głos, który słyszał już we wszystkich konfiguracjach - od niemalże miauczącego i proszącego po świdrujący przez bębenki na wylot i kłótliwy - i o wszystkich porach. Tak, to była siostra jego współlokatora.
- Zuza, teraz jestem zajęty, jak widzisz...
- Przyniosłam kawę.
Na takie dictum nie miał odpowiedzi negatywnej, więc w milczeniu przyjął pomarańczowy, tekturowy kubeczek o karbowanej powierzchni zawierający czarną kawę z automatu.
- Czarny chleb i czarna kawa...
- Zlituj się, nie śpiewaj.
Zuza zamierzyła się, by usiąść na stole do masażu, jednak Adam odwiódł ją od tego pomysłu, więc zadowoliła się krzesłem.
- Co u pani Jadzi?
- Wysłała list do Radia Maryja.
- O?
- O patriotyzmie wśród młodzieży.
- Że nie ma?
- Właśnie, że jest.
Dziewczyna pokręciła z niedowierzaniem głową.
- A ciasta nie przyniosła?
- Tylko po to tu przyszłaś.
- Wcale nie. Pomyślałam, że chcesz kawy.
Twański pokazał jej "a tu mi jedzie czołg".
Przy wejściu do zakładu, na który oboje mieli widok przez otwarte na oścież drzwi zrobiło się małe zamieszanie.
- Siedź tutaj - zarządził, po czym sam ruszył ku źródle zamieszania. W zakładzie oprócz niego, była jeszcze tylko jedna osoba płci męskiej, a z tego co widział, zamieszanie robili jacyś dwaj chłopcy, z którymi dziewczyny nie mogły sobie poradzić.
- Jakiś problem? - spytał, dopiero po fakcie uświadamiając sobie, że zachował się jak rasowy rycerz ortalionu.
- Podobno można tu dostać masaż - powiedziała jednak... dziewczyna? Tak z głosu w każdym razie brzmiała.
- Można dostać nie tylko masaż - niestety to zdanie Twański mógł sobie tylko pomyśleć.
- Owszem. Dopiero praktykujemy - jedna z dziewczyn przyjęła na siebie komunikację z przybyszami. Adam skrzyżował ręce nieświadomie podkreślając wytatuowane rękawy. Ocenił tę dwójkę jako cwaniaczków.
- To ja poproszę standardowy u tego pana - odezwało się dziwowisko.
- Zapraszam.
W jego sali nie było nigdzie Zuzy i Twański miał nadzieję, że dziewczę się zwinęło - a jeśli nie, to że ma na tyle oleju w głowie, by mu nie sprawiać kłopotów ujawniając się w połowie masażu. W każdym razie nigdzie jej nie było - ani jej kubka z kawą.
Dziewczyna - naprawdę przez przypadek zauważył - zdjęła z siebie bluzkę nawet nie przejmując się przejściem za parawan, po czym ułożyła się na stole do masażu.
- Ale masz wielkie dłonie - rozległ się jej stłumiony głos, gdy zaczął masaż na jej karku. Przez głowę mu przeszło jedynie, czy w takich salach istnieją podsłuchy.

____________________________________________________________________
Make post, not war


Ostatnio zmieniony przez Lawrison dnia Sro Kwi 12, 2017 1:30 am, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/forums.php
Arbalester

avatar

Liczba postów : 61
Join date : 05/09/2016
Age : 21

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Pon Kwi 10, 2017 8:57 pm


Przy tobie znika całe zło
Przez otwarte okna
Przy tobie oddycham
Zapominam się na chwilę

Wszystko potoczyło się tej nocy nie tak, jak planowała. Idąc ponurymi uliczkami Pragi, czuła się, jakby budynki ustawiały się wokół niej w taki sposób, by wyodrębnić jej sylwetkę na chodniku, zakreślić jak czerwonym markerem, naświetlić policyjną lampą do przesłuchań. Temperatura spadła i wiało jej po gołych nogach, wiatr przenikał też przez niezbyt ciepły materiał kurtki. Buty hałasowały. Marzyła tylko o tym, żeby zniknąć. Mogła zawrócić. Jak w ogóle wpadła na pomysł wracania piechotą do akademika - nie potrafiła zrozumieć.
Wszystko zaczęło się od zaproszenia dalszego kolegi. Właściwie to bliższej koleżanki, która nie chciała iść do niego bez towarzyszki, więc napisała do niej. Chłopak zaś w żadnym razie nie protestował, bo i tak większość ludzi była zajęta i nie zapowiadało się na grubszą imprezę. Uprzedzała także, że nie może nocować, bo rano musiała koniecznie zdążyć na wykład. Dziewczyna załatwiła jej więc transport w postaci innego kolegi. Upewniła się, iż typ nie zamierzał pić przed robieniem za taksówkarza i w końcu przystała. Głównie dlatego, że w pewnym momencie rozmowy tamta wspomniała jego imię. Miał wpaść na godzinę, dwie. Sam.
Puszczali niezbyt agresywną muzykę, dużo rozmawiali, jeszcze więcej pili. Chłopcy, jak to chłopcy, dowcipkowali na swój głupi sposób. Nie brakowało wśród obecnych kogoś, kto musiał się pochwalić, że studiował prawo i wykorzystywał każdy temat do popisania się swoją wiedzą. Gdy zebrani zaczęli się irytować, Karo poczęła wypytywać go o trudne do rozwiązania sytuacje, aż się speszył na tyle, by zamknąć. Posłała mu wtedy uroczy uśmiech i podzieliła się chipsami z wielkiej michy, którą aktualnie okupowała.
Zaczynała już mieć problemy z utrzymaniem pionu podczas siedzenia (obawiała się, co będzie, jeśli wstanie), kiedy z korytarza dobiegły ją głośne nawoływania i śmiechy.
Potrafiła ten głos rozpoznać wszędzie.
Wszedł do pokoju nonszalancko, z piwem w ręce, zbijając piątki we wielorakich pozycjach z kompanami. Miał na nosie T-shirt w paski i dżinsową kurtkę, która chowała jego umięśnione, acz szczupłe ręce. Jasne spodnie miał ubrudzone od czegoś na udach. Buty musiał zostawić w korytarzu, bo zaprezentował się im w kolorowych skarpetkach z Garfieldem. Ją zostawił sobie na koniec.
- Karolina! - zawołał śpiewająco i rozłożył szeroko ramiona. Zielone oczy zaśmiały mu się wesoło.
Starała się utrzymać fason, choć podniesienie tyłka z kanapy kosztowało ją sporo wysiłku. Objęła rękoma jego ciało i przytulili się na przywitanie. Dawno się nie widzieli, tak dawno, że prawie zapomniała zapach jego perfum. Zaciągnęła się nim teraz, prosząc w myślach, by ta chwila trwała wiecznie i nie puszczał jej z objęć, ale w końcu się odsunął i padł na kanapę obok niej, ramię zarzucając na oparcie za jej plecami.
- Fajne skarpetki - skomplementowała go z krzywym, bo wstrzymywanym, uśmiechem.
- Ty również wyglądasz dziś olśniewająco - odparł, otwierając w tym czasie piwo zapalniczką i poprawiając orzechowe włosy.
- Nie przypominam sobie, żebym określiła cię tym epitetem.
- Dobra, nie to nie - wydął głupio usta - ale ty i tak wyglądasz olśniewająco.
Roześmiała się krótko i schyliła się po swoją szklankę, by pociągnąć kolejny łyk drinka. Dopiła szybko i odstawiła. Rozpoczęli niezobowiązującą pogawędkę, wspominali wycieczkę i kulminacyjny jej wieczór, kiedy parodiowali sceny z Dirty Dancing. Podrygiwali z pozostałymi do muzyki, obrzucali mięsem na balkonie we dwójkę Korwina. Sielanka trwała, dopóki nie oznajmił, że musi się zbierać. Cały jej entuzjazm zaczął opadać jak przekłuty balon, a potem było tylko gorzej. Na imprezę wbił Karol, który drażnił ją jak nikt inny, wraz ze swoim skrzydłowym, równie irytującym typem. Następnie zauważyła, że chłopak, który miał ją zawieźć, popijał piwo. Obiecał, że zawiezie ją z samego rana, ale ona nie zamierzała tkwić w tym mieszkaniu ani chwili dłużej, zwłaszcza, że zapalili zioło, którego smrodu nie potrafiła znieść.
Wymknęła się ukradkiem, z nikim nie żegnając, zezłoszczona na wszystkich jednakowo. Szybko uświadomiła sobie, jak paskudnie zły był to pomysł, ale złość i konieczność przygotowania się na jutrzejszy dzień pchały ją do przodu. Otuliła się mocno ramionami, rozglądając nerwowo wokół i podskakując na każdy szmer.  Brała głębokie oddechy i uspokajała się wciąż w myślach. Przystanek nie jest daleko, to niedaleko, powtarzała wciąż jak mantrę. I choć to prawda, droga dłużyła jej się niemiłosiernie, a do tego strach miał wielkie oczy.
I okazał się uzasadniony, kiedy z jednego z bloków wyszła grupka dresów. Karolinie serce zabiło natychmiast szybciej. Nie zaczęła biec, ale wydłużyła kroki; zdawała sobie sprawę, że i tak nie miała szans im zwiać. Atletką nie była, choć trenowała jakiś czas szermierkę i krótkodystansowe biegi.
Dystans do przystanku zaś nie pozostał krótki, a i jeszcze nie obyłoby się bez czekania na autobus. Otoczyli ją ciasnym kręgiem i coś mówili, ale niewiele do niej docierało. Cała odwaga, jaką w sobie zbierała całe życie, poszła w diabły. I już jej głowę zalewały najczarniejsze scenariusze, kiedy usłyszała krzyk:
- Anka!
Na początku pomyślała, że to kolejny nabzdryngolony facet, ale zaraz pojęła, że w rzeczywistości to jej rycerz na białym koniu w bardziej rockowym wydaniu, bo z tatuażami i kastetem na ręce. Kiedy objął ją ramieniem, zaczęła znów kwestionować jego intencje i milczała, gorączkowo opracowując obezwładniające ruchy.
Odprowadził ją na przystanek i puścił. Na tablicy sprawdziła godzinę przyjazdu nocnego, a potem oparła się o ramę rozwalonego zadaszenia, próbując opanować drżenie rąk. Dopiero gdy weszli do busa, zszedł z niej stres i mogła sobie pozwolić na rozluźnienie mięśni.
Karo starała się nie oceniać ludzi na podstawie wrażenia, jakie odbierała od nich na początku, ale pewne rzeczy nasuwały się zawsze same i niewiele dało się na to poradzić. Zaskoczyło ją więc, jak przyjazną osobą okazał się jej bohater nocy. Omal nie wybuchła śmiechem, kiedy się okazało, że mieszkają w tym samym akademiku. Choć mogła spodziewać się po nim kierunku takiego jak sport, fizjoterapia ją znów - zdziwiła i przez chwilę trudno było jej uwierzyć, co on chyba wziął za prześmiewczy uśmiech. Gdy stanął przed swoim pokojem, uświadomiła sobie, iż go rzeczywiście kojarzyła - minimalnie, ale wciąż. Pomachała mu, przygryzając wargę i kiedy zaczął walić w drzwi, przyjrzała mu się ukradkiem. Mimo rysów przypominających bulteriera, to dostrzegła ładne oczy i przyjemną dla oka posturę. No i zawsze miała słabość do tatuaży, jeśli tylko porządnie je wykonano. Z myślą, że powinna mu się odwdzięczyć za fatygę, weszła do siebie.

Jagoda zastała ją skuloną w pozycji siedzącej na kanapie, gdy wszywała ususzony kwiat w grube stronice zielnika. Prowadziła go z doskoku od trzeciej gimnazjum. Wypełniały go chwasty, łodygi, kwiaty i liście oraz pełno bazgrołów, starannych szlaczków i różnorakich cytatów. Pod nosem nuciła "Jesteś zerem", do wtóru muzyki z laptopa.
- Karota?
- No?
- Wyglądasz jak walnięta czarownica. Czuję się jak w jakimś horrorze klasy B - wymruczała, rzucając torbę w kąt pokoju. - Jest trzecia w nocy, co ty odwalasz?
Karo kliknęła przycisk blokady na telefonie, by potwierdzić słowa współlokatorki i jęknęła.
- Zasiedziałam się. - Zatrzasnęła książkę z igłą w środku i odłożyła na szafkę nocną, po czym sturlała się na podłogę, by zmotywować się do wstania i przebrania w pidżamę. Przejrzała jeszcze fejsa, instagrama, snapa i tumblra, nim Drzemor szarpnął ją za rękę do pozycji stojącej. Zdjęła stanik, skarpetki, zmieniła dres na nocne spodenki i wskoczyła pod kołdrę, rozkoszując się jej znajomą szorstkością. Dawno temu miała już zainwestować w przyjemniejszą poszewkę, ale jakoś nigdy te zakupy nie były po drodze.


Im później szła spać, tym łatwiej było jej zwlec się rano z łóżka. I tym razem zadziałała ta dziwna reguła. Bez pośpiechu zabrała swoje kosmetyki i poszła pod prysznic. Szybko wyszorowała się gąbką, by potem móc stać niemal bez ruchu pod gorącym strumieniem wody. Podobno długie prysznice i kąpiele zastępowały ludziom ciepło drugiej osoby. Mogła to zaakceptować, ale nie zadowolić się tym. Z niechęcią zaprzestała relaksu, umyła zęby, wymyła włosy i opatulona w ręczniki wyszła do głównego pomieszczenia.
- To ty - usłyszała nagle.
I znów wpadła na Adama, który w dodatku oskarżał ją o poranne masturbacje pod prysznicem. Omal nie wybuchła mu śmiechem w twarz. Poza tym, co on miał do elektrycznych szczoteczek? Miała diabelską ochotę zaznajomić go z pewnym trikiem, ale ograniczyła się do postraszenia go urządzeniem na odchodnym. Była mu winna piwo, tylko potem zaczęła się zastanawiać, czy mieli iść we dwójkę; zaraz jednak przegnała tę myśl jak natrętną muchę. Wydawał się naprawdę w porządku i nie miała się czym martwić. Potem najwyżej go zapyta, czy ktoś do nich dołącza.
Zabrała swoją makietę w teczce i ruszyła tramwajem na "najważniejszy wykład z konieczną obecnością", modląc się, by jej za bardzo w środku nie zgnieciono. Po czterech godzinach ćwiczeń i kolejnych trzech wykładów, mogła nareszcie opuścić budynek uczelni, po raz enty kwestionując swój wybór kierunku. Była dobra w robótkach ręcznych i wszystkim podobały się jej makiety (dwie osoby nawet zapłaciły jej za zrobienie swoich, w tym jedna z drugiego roku), bynajmniej nie ze względu na interesujący projekt, a samo jego wykonanie. Profesor wciąż komentował jej rozwiązania jako "bezsensowne" czy "niepraktyczne", a jej motywacja, by jakkolwiek to dopracować, inspirować się, spadała po pochylni wprost do zera.
Jakby tego było mało, w drodze powrotnej, gdy siedziała w tramwaju, po obu jej stronach zasiedli wielcy samcy. Zsunęli się tak, że ich dupy prawie traciły kontakt z krzesłami, a nogi rozchylili na boki, prezentując wszystkim dumnie swoje krocze, a ściskając jej drobne nogi swoimi udziskami. Pokręciła się, pokręciła, próbując subtelnie dać znak, ale gdzie tam. W końcu zacisnęła usta, szarpnęła się i sama rozłożyła nogi tak jak oni. Na szczęście założyła dziś dżinsy. Gdy już miała przybrać normalną pozycję, poczuła uparty nacisk na kolano, ale akurat dojechała na swój przystanek, więc chwyciła teczkę, którą postawiła na boku i przypadkiem zahaczyła nią o twarz faceta, który się nachalnie rozpychał. Odprowadziły ją zbulwersowane wołanie i śmiechy pasażerów.
Trochę przybita wróciła do swojego pustego pokoju, rzuciła rzeczy na sam środek pomieszczenia i zakutała się w kołdrę, myśląc na poważnie, czy nie powinna zmienić kierunku i jeśli tak - to na jaki. Nic, co przychodziło jej do głowy, nie było wystarczająco zadowalające. Do jej grupy należało tyle utalentowanych osób, a wśród nich ona - czarna owca. Profesorowie już nie wiedzieli, co mówić na temat jej prac i pewnie gdyby nie zdolności manualne, dawno wywaliliby ją na zbity pysk.
Uznała, że mimo względnie ładnej pogody, potrzebowała kubka kakao, więc skierowała się do kuchni. Własnie zalewała proszek mlekiem, kiedy do środka wszedł Adam.
- Zaczynam podejrzewać, że mnie śledzisz - zażartowała, opierając się o blat. Kubek, w którym mieszała łyżeczką, głosił "Sleep is for the weak".
- Może tak jest - odpowiedział groźnym głosem, zaglądając do szafek. - Po zajęciach?
- Ta. A ty? Namacałeś się już dzisiaj? - zapytała, szczerząc zęby.
- Owszem. Miło, że pytasz - odparł kulturalnie.
Na chwilę zapadła cisza, kiedy on czegoś szukał, a ona myślała intensywnie.
- Nie było ci żal czasu, gdy zmieniałeś kierunek? - wypaliła nagle, unosząc na niego uważne spojrzenie.
- Co, ogródki to jednak nie twoje powołanie? - zaśmiał się, na co ona odwróciła głowę. Oczekiwała poważnej odpowiedzi, bo stał to się dla niej drażniący temat, zwłaszcza przez presję ze strony rodziców. Uznała, że może brunet nie chciał o tym rozmawiać, więc wzruszyła ramionami i upiła łyk napoju.
- Myślałam o klasztorze.
- Marnowałabyś się tam - stwierdził.
Był to dziwny komentarz wobec osoby, którą poznało się zaledwie dzień wcześniej, więc zaciekawiło ją bardzo, co miał przez to na myśli, jednak on szybko pociągnął poprzedni temat:
- Ekonomię studiowałem wcześniej i po prostu jakoś nie zależało mi, żeby to zdać.
- Dlaczego? Nie widziałeś siebie w tej pracy, nudziło cię to...? - Przygryzła wargę, a Adam machnął trzymanymi w dłoni kabanosami.
- A nad czym teraz po prostu myślisz, hm? - odbił piłeczkę, więc nie drążyła.
- A nie wiem... - westchnęła, odkładając kubek i przetarła twarz. - Nie mam pojęcia. Zapomnij, że pytałam, to nieważne. - Uśmiechnęła się lekko. - Dziś wieczór masz czas? Jestem ci winna to piwo.
- Jasne.
- Dwudziesta?
- Pasuje.
- Łatwo się z tobą robi interesy - rzuciła na odchodne.


Zapukał do jej pokoju idealnie o dwudziestej. Podbiegła i wychyliła zza drzwi jedynie głowę; jeszcze paradowała w bieliźnie.
- Pięć minut - oznajmiła, rozczapierzając palce dłoni, nim zniknęła znów w środku.
Trochę jej się przysnęło popołudniu, a stwierdziła, że w tamtych ciuchach może jej być gorąco, musiała się więc przebrać. Przeglądając na szybko szafę, ubrała ciemne spodnie i fikuśną białą koszulkę. Powrzucała naprędce rzeczy do torby, rozświetliła wory pod oczami, na głowę wcisnęła kapelusz i otworzyła drzwi. Adam patrzył na nią z lekkim wyrzutem, więc zerknęła na wąski, elegancki zegarek na swoim nadgarstku.
- Mam jeszcze minutę - stwierdziła.
- Z pięciu spóźnionych - odparował, opierając się ramieniem o framugę.
Naciągnęła białe trampki, porwała skórzaną kurtkę z wieszaka i przepchnęła się obok niego z kluczem.
- Pan wybaczy.

- O, cholera.
- Co? Coś się stało?
- Tragedia. Skandal - odparła na to, krzywiąc się kwaśno. - Nie wzięłam szalika.
- Ciepło jest - uznał Twański, wzruszając ramionami.
Karo spojrzała na niego w głębokim zastanowieniu.
- Co jest z wami facetami i tym wiecznym "jest ciepło"? Mój znajomy w listopadzie jechał rowerem w krótkim rękawku. Listopad z definicji nie jest ciepły.
- Brakuje ci po prostu odpowiedniego zapasu tłuszczu - zawyrokował chłopak.
- Ach tak? Mówisz, że jestem za chuda? - udała oburzenie, patrząc na niego czujnie. W tym momencie zabrzęczało powiadomienie w jej komórce. Odblokowała ekran i przeczytała komentarz pod zdjęciem na insta, które wstawiła z ostatniej imprezy w klubie. "Wyglądasz tutaj jak rasowa karota! <3". Nieświadomie zwolniła kroku, wpatrując się w nick osoby, która to napisała, jak i sam tekst. Oprzytomniała dopiero, gdy towarzysz szturchnął ją ramieniem.
- Co za mina?
Zablokowała szybko ekran i wcisnęła telefon głęboko do kieszeni, po czym uśmiechnęła się do chłopaka.
- Mina "bardzo mnie suszy".
- A gdzie w ogóle idziemy?
Zastanawiała się chwilę.
- Biorąc pod uwagę, że mi zimno, to gdzieś w miarę blisko. Znam jedną dobrą miejscówę, chociaż nie chodziłam tam odkąd... No, od jakiegoś czasu. - Ułożyła usta w ciup. - Mają naprawdę super piwa. Chyba że wolisz coś mocniejszego? Wiesz, nie musisz się wstrzymywać. Ja piwem nie pogardzę, ale zdecydowanie potrzebuję dziś mocniejszego trunku.
- Piwo. Tylko nie rozłóż się proszę, zanim wrócimy do akademika, bo będziesz mi winna kolejny wieczór.
- O, nie. Już masz mnie dosyć? - Wyszczerzyła zęby. - Poczekaj, jeszcze nawet nie doszliśmy do baru! - Zatrzymała się nagle, wyciągając rękę w bok, by go zatrzymać. - Wiesz co? Przegapiliśmy uliczkę.
Adam cmoknął i odwrócił się na pięcie, na co ona klepnęła go w plecy.
- Żartowałam. Chodź, to zaraz za rogiem.
- Karolina...
- Adam...
Wewnątrz było całkiem sporo ludzi jak na ten dzień tygodnia. Dziewczyna zrzuciła z siebie kurtkę i zabujała się delikatnie do granej wewnątrz muzyki. Poprowadziła go wprost do baru. Zasiedli na wysokich stołkach. Podszedł do niej znajomy mężczyzna, rosły brodacz po trzydziestce.
- Czołem, Piotr! - zawołała do niego wesoło.
- Salut, Karolinko. - Piotr zasalutował jej dwoma palcami. - Przyprowadziłaś dziś ze sobą kawalera?
Dziewczyna wywróciła oczami i przeprosiła Adama za zachowanie barmana.
- Piotr lubi udawać, że jest moim ojcem.
- O, waż słowa, młoda. Mógłbym być twoim bratem! - Odłożył wypucowane szklanki i oparł się o blat. - To co sobie życzycie, gołąbeczki?
- Daj jakieś porządne piwo i... - Karo zastanowiła się chwilę. - O, macie coś nowego? - zauważyła nowy punkt wypisany nad półkami z alkoholem, kredą na tablicy. - A daj to wiosenne marzenie.
- To dla twojego kumpla, rozumiem? - Piotr uniósł brew, a Adam ręce.
- Ja dziś piję piwo, ona chce szaleć.
- Mała, to jest siekiera. Tylko się tak lekko nazywa.
- Dawaj to marzenie i nie gadaj - odparła zdecydowanie, więc mężczyzna wzruszył ramionami i zaczął przygotowywać drinka. Karo obróciła się bokiem.
- Zapijasz coś? - zapytał nienachalnie chłopak.
- Życie - powiedziała, częstując go krzywym uśmiechem. Sięgnęła za bar po plastikowy, różowy patyczek do drinków. - Zapijam życie.

Parę zapitych żyć później...

Tell me a piece of your history that you've never said out loud
Pull the rug beneath my feet and shake me to the ground

- To moja ulubiona historia. Słuchaj. Jakiś czas temu kręciłam się w towarzystwie typa, który miał siostrę starszą o dobre sześć lat, a i on był starszy ode mnie dwa lata. No i na jednej z ich wspólnych imprez przyszła jakaś taka blondi. Ej, Piotr! - zawołała nagle do barmana przez ramię. - Słuchasz tego?
- Ciebie zawsze! - odparł mężczyzna, wracając do rozmowy z jakimś klientem.
- I ten mój ziomek dopada do niej, wita się, bo znał ją kiedyś, ale nie widział dłuższy czas, bo wyjechała gdzieś tam. I dotyka dłonią jej brzucha... - Karo parsknęła i natychmiast zasłoniła usta dłonią, dusząc w sobie śmiech.
- No mów, nie trzymaj w napięciu! - popędził ją Adam.
- I mówi do niej: "ojej, gratulacje!". A ona na to: "Dzięki, przytyłam".
Ryknęli oboje śmiechem, ściągając na siebie wzrok ludzi, ale nie dbali o to. Dziewczyna otarła łzy z kącików oczu.
- Nie wyobrażasz sobie, jaką miał wtedy minę. Był pewien, że zaciążyła.
- Przygodowych masz znajomych.
- Ale powiem ci, nie zawsze było tak kolorowo - zaczęła poważniejszym tonem, na co chłopak nachylił się z grobową miną, podpierając brodę na dłoni. - W podstawówce miałam koleżanki, które mi mówiły, że kiedy dziewczynki się przyjaźnią, to mówią sobie, ile ważą.
- Mój ty Panie, już w podstawówce?
- Tak. - Kiwnęła głową, teatralnie wyginając brwi i usta w grymasie rozpaczy. - Nie, a tak serio, kiedyś była gadka o tym. Rozpowiedziały to chłopcom i zostałam klasowym Szkieletonem. Szkoda, że nie mam brata, który mógłby ich stłuc. Mówiłby mi, że z żadnym chłopakiem nie wolno mi się umawiać, chyba że on go zatwierdzi... Może zaoszczędziłoby mi to trudu! - Westchnęła głęboko, po czym wyzerowała drinka. - Idę do toalety.

Godzinę stania w kolejce do damskiej później...

- To są momenty, w których nienawidzę swojej płci - jęknęła, siadając z powrotem obok towarzysza. - Pierdyliard dam przed lustrami poprawia usta, w kiblu się każda przewija godzinę... Wy faceci to macie łatwe życie przynajmniej w toalecie.
Karo skorzystała z okazji, gdy nic nie mówiła, bo oblizywała usta i przyjrzała się uważniej Adamowi. Miał jakieś dziwne spojrzenie i wydawało jej się, że umykał przed nią wzrokiem. Nie zaczęła nic gadać, tylko rozejrzała się wokół, a potem znów skupiła na nim.
- Coś się stało? - zapytała lekkim tonem, choć niepewność zaswędziała ją na ramieniu.
- Hm? Co? Nie, nie, okej wszystko. Sorry, zamyśliłem się. O czym mówiliśmy?
- Wydaje mi się, że o moim nieistniejącym bracie. A ty masz rodzeństwo?
Odwróciła się na chwilę, by zamówić kolejnego drinka, a potem spojrzała na niego z ciekawością.
- Mam, młodsze. Czyli jesteś jedynaczką? W sumie dziwne, wydajesz się być wychowana w gromadzie dzieciaków.
- Nie wiem, czy to miał być komplement czy co - stwierdziła, przymykając oczy, a potem wzięła spory łyk alkoholu. - Mam rodzeństwo, starszego brata i siostrę. Z bratem się nie dogaduję, a siostra... - urwała i zaczęła bawić się szklanką. Niepotrzebnie znów poruszała ten temat. - Nie mam z nią kontaktu, mieszka za granicą.
- Dużo pracy?
Zobaczyła na jego twarzy drobny grymas współczucia i nie spodobało jej się to, bo zaczynało ściskać ją w żołądku. Prawda brzmiała: nie wiedziała. Nie miała bladego pojęcia o trybie życia, jaki prowadziła jej siostra. Odcięła się od nich lata temu, bez słowa, bez pożegnania, nawet z nią, chociaż relacja między nimi nie wyglądała tak, jak między Karo a Dawidem.
- Tak - powiedziała zatem, przybierając bezsilny uśmiech. - Myślałam parę razy, czy do niej nie wyjechać, do Anglii, gdyby tutaj mi się nie udało. Aczkolwiek biorąc pod uwagę, co się teraz dzieje na świecie, to może być ciężko... Chciałabym jednak spróbować. Niekoniecznie Londyn, wiesz. Prędzej-
- Zajebisty pomysł, laska - usłyszała nagle za plecami paskudny głos. Początkowo go zignorowała, nie podejrzewając nawet, że to do niej, ale typ kontynuował: - Teraz Arabom brakuje prostytutek. Wypierdalaj do tej Anglii rodzić dzieci jakiemuś bogatemu chujowi. Szkoda miejsca tutaj na takich jak ty.
Karo najpierw zobaczyła, jak Piotr nabiera powietrza w płuca, gotów zainterweniować. Zanim zdążył to zrobić, przeprosiła grzecznie Adama, odwróciła się i szybko obejrzała młodego, łysego knypka, który patrzył na nią wyzywająco małymi oczkami schowanymi w pryszczatej twarzy. Napis na bluzie głosił: "PROSTO". Zacisnęła mocniej dłoń na szklance, a potem chlusnęła resztkami alkoholu w twarz bezczelnego nieznajomego, z którego ust poleciała kurwowa wiązanka. Zeskoczył ze stołka, a Karolina poszła w jego ślady. Usłyszała pisk nóżek mebla za sobą, Adam złapał ją za ramię i pociągnął do tyłu. Wszyscy zaczęli krzyczeć na raz przez siebie, Prosty wyzywał dalej Karo od dziwek, kurew i szmat, Karolina na to gardziła jego elokwencją, a Adam rzucał groźbami, które lada chwila by spełnił, gdyby zza baru nie wyszedł Piotr i ich nie odciągnął. Twański zdążył jednak jeszcze pchnąć mocno chłopaka, aż ten się potknął o własne nogi. Jakiś inny mężczyzna ubrany na czarno unieruchomił Prostego i nim się obejrzeli, wyrzucono ich z baru. Niedaleko migały światła policji, więc dres grzecznie się wycofał, rzucając im tylko wściekłe spojrzenie i pokazując faki na obu dłoniach, które mu odwzajemnili. Dopiero gdy zniknął im z pola widzenia, ochłonęli.
- Wybacz, Piotr.
- Nie ma sprawy. Żałuję, że nie mogłem wam pozwolić mu wyjebać, ale rozumiecie.
- Nie no, jasna sprawa. Pójdziemy gdzieś indziej, wystarczająco ci narobiłam obciachu na jeden wieczór. - Wyszczerzyła do niego zęby, a on odwzajemnił szeroki uśmiech.
- Ty i obciach? W życiu. Trzymajcie się, gołąbeczki - zawołał im na odchodne.
- Narka! - Pomachała mu wesoło na pożegnanie, a potem zarzuciła ramię na szyję Adama. - To gdzie się wybieramy teraz, bullterierze?
- Bullterierze? - Chłopak uniósł brew, kładąc trochę niepewnie rękę na jej talii.
- Przypominasz mi takiego pieska. - Widząc jego krzywe spojrzenie, Karo natychmiast sprostowała: - Nie próbuję cię obrazić. I wcale nie chodzi mi o to, jak rzuciłeś się na tego dresa!
- A co do dresa - zajebista akcja. Myślałem, że grzeczna z ciebie dziewczynka, a tu proszę.
- Cóż, jeśli przez "grzeczna" masz na myśli "nie obrzuca mięsem obcych ludzi i nie wtrąca się do prywatnej rozmowy z chamskimi odzywkami", to tak, jestem grzeczna - odparła, podśmiechując się. - Ale tak to nie mogę obiecać. Potrafię przemilczeć wiele, ale nie otwarte chamstwo wobec mnie, zwłaszcza po pijaku - ostatnią kwestię wyśpiewała.
Jej telefon zapikał. Spojrzała na wyświetlacz. Snap od faultinourchickennuggets. Zauważyła, że Adam machinalnie zerka również na komórkę, więc szybko odblokowała ekran i wybrała numer do Dżemora.
- Myślę, że czas na sąsiedzką interwencję.

____________________________________________________________________
"Świat ten patrzył na Paszczaka z żałością i oczekiwaniem,
a Paszczak odpowiadał mu spojrzeniem pełnym paniki."



Ostatnio zmieniony przez Arbalester dnia Nie Maj 28, 2017 9:46 pm, w całości zmieniany 13 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://www.depesza.vhn.pl/
Dolores

avatar

Liczba postów : 56
Join date : 18/12/2016
Skąd : spod łóżka

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Pon Kwi 10, 2017 8:59 pm


W jednym z najpopularniejszych marketów w Polsce, pomiędzy stoiskiem z warzywami a gablotką z książkami, stała Zuzia. Miała na sobie zdecydowanie za dużą koszulkę Iron Maiden i obcisłe, jasne jeansy z dziurą na kolanie. W jednej ręce trzymała dwa płaskie, kwadratowe pudełka z kartonu, drugą przytrzymywała przy uchu telefon. Między jej stopami w znoszonych trampkach z flagami USA stał czerwony koszyk. Dziewczyna nerwowo stukała palcem w obudowę telefonu w różowe paski ze złotym napisem Victoria's Secret - prezent od jednego z facetów. W końcu rozmówca odebrał, po drugiej stronie usłyszała jakieś niewyraźne pomruki.
- Brat, jestem w Biedrze - oznajmiła jakby ta informacja była mu niezbędna do życia. - Są winyle Sex Pistols i The Who po pięć dyszek. Chcesz coś?
Chwila ciszy po drugiej stronie. Stłumione syknięcie i prawdopodobny odgłos spluwania.
- Skąd masz hajs?
Zuzia przewróciła oczami i westchnęła ciężko. Zawsze to samo.
- Zarobiłam.
Ponowna chwila ciszy. Tym razem postanowiła od razu wyjaśnić:
- Miałam sesję, dostałam kilka stówek za wypinanie tyłka w kolorowych szortach do aparatu.
Kolejna chwila ciszy, kolejne westchnięcie.
- Never Mind the Bollocks? - spytał jakby nieśmiało Mikołaj.
- Tak.
- To weź, oddam ci kasę potem.
Chciała zaprotestować, ale brat już się rozłączył. Wrzuciła telefon do torebki i włożyła obie płyty do koszyka. Wiedziała, że chciał obydwie ale nie potrafił jej o tym powiedzieć. Należało mu się, był jedyną osobą w tym domu wariatów, która wykazywała jakieś zainteresowanie jej faktycznym stanem. Pobieżnie przejrzała jeszcze koszyk, żeby upewnić się czy wszystko miała. Nie chciała tu później wracać. Robienie zakupów rano miało to do siebie, że nie było tłumów. Minęła tylko kilka babci w moherowych berecikach i jakąś młodą matkę z małym dzieckiem na ręce. Uśmiechnęła się do niej miło i przepuściła w kasie. Berbeć wyglądał jakby się miał lada moment rozbudzić a Zuzia chciała uniknąć wysłuchiwania jego krzyków. W końcu miała czas, dziś tylko jedne obowiązkowe zajęcia późnym popołudniem. Dlatego zobowiązała się pomóc babci i zrobić dla niej zakupy.
Płyty, mleko, kilka jogurtów, dwa kartony soku, banany... Zakupy przelatywały przez czytnik kodów kreskowych, automatycznie pakowała je do reklamówek, przyłożyła swoją Visę do terminala, wpisała pin.
- Zbiera pani karty?
Głos ekspedientki wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała nierozumiejącym wzrokiem, ale zaraz sens słów do niej dotarł. Pokręciła głową, a kilka jasnych kosmyków wysunęło się z gumki przytrzymującej niedbałego koczka.
- Nie, nie. Dziękuję.
Po wymienieniu uprzejmości wyszła ze sklepu. Ruszyła prosto na przystanek. Było tuż po godzinach szczytu, wszyscy ludzie dostali się już do swoich szkół, na uczelnie lub do pracy. Zuzia usiadła na jednym z wielu wolnych miejsc, wyciągnęła telefon. Ktoś ją oznaczył na ostatnim zdjęciu z klubu, ktoś skomentował dodaną niedawno piosenkę. Lajk, lajk, lajk...
- Proszę się przesiąść! - zabrzmiał nad nią złowrogi głos. - Proszę się przesiąść! - powtórzył.
Zuza leniwie uniosła senne powieki. Stała nad nią słonica. Ogromna kobieta o tępej twarzy usianej zmarszczkami.
- Płyta się zacięła? - spytała, nim zdążyła ugryźć się w język.
Kobieta oniemiała na chwilę. Atmosfera zgęstniała do konsystencji kisielu, jeszcze trochę a można by ją było kroić. Lecz nim to nastąpiło, kobieta powtórzyła:
- Proszę się przesiąść! To moje miej...
Ale już nie zdążyła dokończyć. Zuzia miała ten wyraz twarzy. Ten wyraz mówiący, że jeszcze słowo, a głowa rozmówcy wyląduje co najmniej kilometr od cała.
- Jest podpisane? - spytała wyraźnie akcentując każde słowo. Kiedy kobieta milczała, ta powtórzyła: - Czy jest podpisane? Otóż nie. Więc proszę zająć inne.
Poczekała aż informacja przedrze się przez te zwały tłuszczu, czaszkę, aż do ciężko chodzących trybików w mózgu. A potem wysiadła na następnym przystanku, choć do jej domu pozostały jeszcze dwa. Uznała, że lepiej będzie jeśli się przejdzie.

W domu babcia siedziała przed telewizorem. Zuza zatrzymała się na chwilę przy wejściu do salonu, spojrzała na ekran. Młody ksiądz w drucianych okularach mówił coś czego nawet nie słuchała, jej uwagę przyciągnął za to pasek przewijający się u dołu.
...jedyną telewizją katolicką w kraju. Dzięki Państwu docieramy do wszystkich Polaków. Prosimy o regularne datki.
Regularne... To słowo odbijało się echem w głowie dziewczyny. Zmarszczyła brwi i nos, jakby w pomieszczeniu nagle znalazło się coś śmierdzącego.
- I jak, wnusiu, kupiłaś wszystko?
- Tak, babciu. Rozpakuję zakupy.
Przeszła do kuchni. Przesunęła wzrokiem po starych, ale wciąż ładnych szafach, położyła reklamówki na stole i zajęła się odkładaniem wszystkich produktów w przeznaczone im miejsca. Później zabrała płyty i weszła na górę. Po odłożeniu nowych nabytków do drewnianej skrzynki, w której mieściły się inne kartoniki z winylami, usiadła przed starą toaletką. Rzeźbioną, z potrójnym lustrem, by móc się oglądać z każdej strony. Rozpuściła włosy, poprawiła makijaż. Spojrzała ze smutkiem na swoją piękną twarz, potem na telefon leżący między paletkami cieni.
Nie pisał, nie dzwonił...
Z żalem zabrała telefon, ubrała cienki, szary sweterek i zeszła z powrotem na dół.
- Babciu, wychodzę!
W korytarzu rozległy się kroki.
- Czekaj, czekaj! - starsza kobieta zamachała białą kopertą, po czym wcisnęła ją wnuczce w dłoń. - Wyślij to ojcu dyrektorowi, kochana.
Zuzia uśmiechnęła się, ucałowała babcię w czółko, zapewniła, że niezwłocznie to zrobi i wyszła z domu. Już na ulicy rozerwała kopertę, w środku znajdowała się niemal cała emerytura babci. Ścisnęło ją w żołądku. Wyrzuciła kopertę, a pieniądze schowała do wewnętrznej kieszeni torebki. Było tylko jedno miejsce, w które teraz mogła pójść.



Uporczywe pukanie nie dawało mu spać dalej. Myślał, że jeśli nakryje się kołdrą po sam czubek niebieskiej głowy, to stukanie w drzwi w końcu ustanie, ale płonne były jego nadzieje. Ktoś nadal się dobijał, tym razem jeszcze bardziej natarczywie. W końcu Mikołaj wygrzebał się z ciepłej pościeli i jakoś dopadł do przeklętych drzwi. Otworzył je wpółleżąc na framudze, ale zaraz się rozbudził widząc przed sobą blond czuprynę własnej siostry. Przetarł oczy ze zdumienia, poprawił bokserki z Mistrzem Yodą, obciągnął koszulkę The Clash, upaloną w kilku miejscach papierosem.
- Mogę wejść? - spytała zniecierpliwiona blondynka, a on usunął się z przejścia, zapraszając do środka kurtuazyjnym gestem.
- Cóż cię sprowadza w moje skromne progi?
Zamknął drzwi za dziewczyną, która czujnie rozglądała się po pomieszczeniu.
- Wiedziałeś o tym? - spytała w końcu, wyciągając w jego stronę plik banknotów stuzłotowych.
Mikołaj nie wiedział. Nie miał pojęcia czyje pieniądze trzymała jego siostra i dlaczego je trzymała. Dlatego postanowił zgadywać.
- Tata zaczął na lewo handlować koką? Dziadek przed śmiercią schował zaskórniaki w skarpecie pod łóżkiem i znalazłaś sprzątając? A może... - zrobił dramatyczna pauzę, po czym dodał do tego minę rodem z Krzyku Muncha by spotęgować wrażenie. - Wygrałaś coś w końcu w RMFie?!
- Nie, debilu - siostra zdzieliła go setkami po głowie. - Babcia wysyła emeryturę Rydzykowi.
Mikołaj spoważniał. Założył ręce na piersi, zacisnął usta w wąską linijkę.
- Dobrze, że z internetu nie korzysta i nie robi mu e-przelewów...
Nie wytrzymali, oboje parsknęli śmiechem.
- Ale ty głupi jesteś - powiedziała Zuza chowając pieniądze do torby i zamiast nich wyciągając paczkę cienkich LMów.
Otworzyli okno i oboje usiedli na parapecie, dzieląc się papierosami. Mikołaj zmarszczył nos widząc co pali jego siostra, ale nie skomentował. Darowanym papierosom nie zagląda się w filter. Czy coś...
- Widziałeś się z mamą? - spytała wydmuchując dym.
- Jezu, Zuzka. Przecież ona mieszka w Kato. Nie byłem w Kato!
Blondynka spojrzała na niego nierozumiejącym wzrokiem, jakby nie mógł pojechać w żadne inne miejsce na mapie Polski.
- Byłem tylko w Sosnowcu - wytłumaczył, a widząc jej minę dodał: - Ale widzisz? Przeżyłem... nie to co mała Madzia.
Zuza strzeliła facepalma, ale widać było, że śmieje się pod nosem. Dlatego Miko też się zaśmiał. Objął siostrę ramieniem i przyciągnął do siebie. Wiedział, że sprawa z matką nadal nie daje jej spokoju. Wiedział, że ciągle się łudzi, że chce by było jak dawniej. Było mu jej żal.
- Spokojnie, poradzimy sobie bez niej - wyszeptał w jej włosy.
Pachniały ziołowym szamponem, domowym rosołem i trochę papierosami. Pachniały jak dom. Mógłby tak godzinami wdychać ten zapach, gdyby siostra nagle nie poruszyła się niespokojnie. Wyplątała się z jego uścisku, a w oczach lśniły jej łzy.
- Pognieciesz mnie, idioto - fuknęła. - To co robimy z babcią?
Mikołaj wzruszył ramionami. Nie wiedział co zrobić z babcią. Nie wiedział co zrobić z własnym życiem, a co dopiero z życiami innych. Był zagubiony, dlatego wzruszył ramionami jeszcze kilkukrotnie.
- Nic. Teraz to już nic z nią nie zrobimy, bo chyba nawet sesja u terapeuty na to nie pomoże. Oni tam hipnotyzują, robią pranie mózgu, chuj wie co...
Oboje w tym samym momencie wyrzucili niedopałki za okno.
- Będę się zbierać.
Zuzia sięgnęła po torbę i już miała wyjść ale zatrzymała się przed drzwiami. Wyciągnęła plik banknotów, odliczyła sobie dwie pięćdziesięciozłotówki i jedną setkę, a resztę położyła na blacie.
- Zapłać za akademik i kup sobie jakieś jedzenie - poleciła, odwracając się przez ramię.
A potem wyszła. Mikołaj z westchnieniem opadł na łóżko. Czasem miał wrażenie, że jego siostra mentalnie jest dużo dojrzalsza i bardziej poważna niż on. Ale zaraz przypominał sobie, że jeszcze straszna gówniara z niej.

Siedź tutaj i Zuza nie mogło się znaleźć w jednym zdaniu. Chociaż początkowo miała na niego zaczekać, naprawdę miała... ale ledwie Adam opuścił pomieszczenie, a telefon Zuzi rozbrzmiał w czeluściach jej torby. Na wyświetlaczu lśniło nazwisko Piotr Ciesielski. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Drżącą dłonią przesunęła zieloną słuchawkę po ekranie i cicho wyszła z gabinetu Twańskiego, by w spokoju porozmawiać.
- Jesteś wolna w czwartek wieczorem - to było stwierdzenie, nie pytanie, a Zuzi nogi miękły na dźwięk jego cholernie seksownego głosu. - I idziesz ze mną na drinka do Level 27.
Dąbrowska chciała piszczeć. Z trudem zachowywała poważny ton, kiedy dogadywali szczegóły. To znaczy, kiedy Piotrek jej tłumaczył o której po nią podjedzie i co powinna na siebie założyć. Podała mu adres akademika Mikołaja i zapisała na ręce datę spotkania, chociaż wiedziała, że o nim nie zapomni. Potem rozłączyła się, by w skowronkach pognać z powrotem do pomieszczenia, w którym przyjmował Adam. Z impetem otworzyła drzwi, stanęła w progu z uśmiechem i... zamarła.
- Co to jest? - wskazała palcem na postać leżącą na łóżku do masażu.
Adam miał wzrok jakby chciał ją rozerwać na strzępy gołymi rękami. Zuzia patrzyła na niego tępym wzrokiem typowej blondyni z kawałów. Leżąca postać powoli uniosła się, po czym wbiła spojrzenie w Zuzę. Twarz tegoż oto osobnika nie wyglądała ani na męską, ani na damską, była taka... nijaka.
- Drzemor jestem - powiedziała głosem raczej kobiecym, ale kto tam mógł być pewien...


Ostatnio zmieniony przez Dolores dnia Sro Kwi 12, 2017 8:04 pm, w całości zmieniany 7 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   Pon Kwi 10, 2017 9:04 pm

Półleżał na kanapie, pogrywając sobie w gierkę na telefonie. W pokoju siedzieli jeszcze Przemek zaciągający się skrętem oraz Damian, który jak zwykle był spłukany i jak usłyszał o pomidorowej zrobionej przez dziewczynę tego pierwszego od razu postanowił wpaść, przy okazji ciągnąc za sobą Drzemora.
Obudził się niewyspany, trochę później niż Karota, która zdecydowanie za długo siedziała po nocach z telefonem. Zdążył jedynie przemyć twarz i włożyć koszulkę z przeceny z New Yorkera, gdy jego telefon się rozdzwonił i Damon oznajmił, że wpada do niej do pokoju. Odpowiedział jedynie, by lepiej przychodził, a nie wpadał, bo chłopak szybko się rozłączył. Przyszedł zadyszany pięć minut później.
Pół godziny jazdy tramwajem i byli u Przema, w mieszkaniu pachnącym słodkimi perfumami jego dziewczyny. I pomidorową, którą Damian wpierdalał siedząc w fotelu.
- Podobno dają masaże za darmo. Studentki - powiedział nagle, zmieniając tor niezobowiązującej pogawędki. - Drzem, idziesz?
- A mnie to już nie spytasz?
- Przecież masz już panienkę.
- Też mam - powiedział, unosząc brwi.
- Kłamczysz. Wczoraj zerwaliście, na imprezie.
- Naprawdę? - zdziwił się. - Kiedy?
- Jak przyssałeś się do Marka. Oblała cię drinkiem i wyszła. To chyba jednoznaczne.
To by wyjaśniało posklejane od alkoholu i coli włosy z rana.
- Szkoda. Macie fajki?
Przemek rzucił mu paczkę, śmiejąc się pod nosem.
- Marek władca szparek.
- To był Arek, kutasiarzu. - Damon przewrócił oczami. Przemo prychnął.
- Ostatni raz cię karmię.
- To idziesz? - zignorował go. Drzem wzruszył chudymi ramionami.
- Jak darmowe to pewnie.

Po wizycie u masażysty - on miał naprawdę duże dłonie - wybrali się na pielgrzymkę do maka. Damian kupił najtańszy zestaw z oferty fastfoodu, a Drzemor poflirtował z kasjerką. Dała mu zniżkę. Uśmiechnął się uroczo i odebrał macwrapa.
Damon spojrzał na niego z wyrzutem, gdy z cichym westchnięciem opadł na kanapę tuż obok niego.
- Powiedz mi jak to robisz, chuju - rzekł tylko, wgryzając się w swojego cheeseburgera. Z ciekawości odchylił bułkę, by zobaczyć jego zawartość. Natychmiast zamknął go z powrotem z niewyraźną miną.
Drzemor wzruszył chudymi ramionami.
- Nie wiem. Uśmiecham się, rzucam komplementem i jakoś idzie.
- Gdy ja tak robię, patrzą na mnie jak na debila! - W rozpaczy rozłożył się na białym blacie. Stolik zachwiał się niebezpiecznie. Wasielewski podciągnął go za kołnierz.
- Zachowuj się jak człowiek, debilu.
- Ej!
Drzemor uśmiechnął się pod nosem. Całkowicie skupił uwagę na jedzeniu, podczas gdy Damian opowiadał dramatyczną historię swojego życia. Kiwał w odpowiednich momentach, a przez jego usta co jakiś czas przechodziło ciche „mhm”.
- Idziemy do mnie do akademika? - spytał po chwili, przerywając słowotok przyjaciela. Chłopak spojrzał na niego z zaciekawieniem.
- Okej? Co się stało? Nie lubisz zapraszać ludzi do swojego pokoju.
Drzem wzruszył ramionami.
- A wiesz.
Przychodzisz do mnie
Siadasz pod oknem
Oddychasz spokojnie
I zdejmujesz spodnie

Wcisnął się w poduszki, dysząc ciężko. Brał głębokie oddechy, starając się uspokoić szybko bijące serce. Uśmiechnął się do chłopaka, który opadł na niego bezwładnie.
- No homo, co nie? - zażartował. Damian parsknął mu w szyję.
- Jasne, jasne. Tylko następnym razem nie jęcz za głośno mojego imienia.
Teraz chichotali już oboje.
- Dobra, a teraz złaź. Trzeba tu wywietrzyć, bo Karota mnie zabije.
Pokiwał głową, zwlekając się z materacu i doprowadzając się do porządku, podczas gdy Drzemor w podskokach podszedł do okna, nawet nie kłopocząc się z zasłanianiem golizny. Patrzący w jego stronę woźny aż wypuścił z rąk miotłę. Drzem posłał mu oczko. Odwrócił się w stronę Damona, który naciągał na dupę spodnie i wyrzucał gumkę do śmietnika.
- Co robisz, kurwiarzu? Zabieraj to stąd. Nie ma mowy. Wyrzucasz to na dworze.
- Co? To twoje prezerwatywy były - obruszył się.
- Tak, a to jest twoje DNA. Wypierdalaj z tym, już.
Podszedł do szafki z czystą bielizną i przez przypadek spojrzał w lustro nad nią wiszące. Dotknął dłonią śladu zębów i całej ścieżki malinek na swojej szyi i obojczyku. Kiedy, kurwa.
- Damon - jęknął. - Skopię ci twoją grubą dupę – obrócił się ku chłopakowi, a raczej tam gdzie powinien on stać, lecz odkrył, że jest sam w pokoju. Lampka w jego smartfonie się świeciła, oznajmiając przyjście nowej wiadomości. Chwycił urządzenie i szybko odczytał SMSa.
Widzimy się jutro na piwie. Postaraj się ochłonąć. Buźka :*
No kurwa chyba nie.
Masz taką kwaśną minę
Jak każda z was o tej porze roku

Prócz kurwowania do wieczora nie robił nic ciekawego. Na korytarzu minął się z Karotą, gdy wychodził do supermarketu. Spytał się jej, czy coś by chciała, ale dziewczyna wzruszyła tylko ramionami. Będąc w sklepie i tak kupił jej zapas kiślów i innego gówna, które lubiła w siebie pakować. Był wspaniałym współlokatorem.
Wróciwszy do pokoju stwierdził, że dziewczyna odpłynęła, opatulona w koc na swoim łóżku. Rozważał rzucenie jej poduszką w celu obudzenia i porozmawiania o pierdołach, ale momentalnie stwierdził, że byłoby to chujowe zachowanie. Zamiast tego zarzucił sobie na ramię płócienną torbę z nadrukowanym fakersem i wyszedł, dzwoniąc do Beaty czy ma czas.
”Dla ciebie zawsze, misiek”, zabrzmiała odpowiedź i już siedział rozłożony na stancji u koleżanki, przeglądając książkę, która leżała na stoliku przy kanapie. Brunetka krzątała się po kuchni, przygotowując herbatę i coś do zjedzenia. Przyszła do niego z kubkiem z logiem Star Wars i talerzem kanapek. Aż zaświeciły mu się oczy.
- Domowe żarcie, to jest to. - Aż przymknął oczy z zadowolenia. Beata zaśmiała się.
- Nie wiem, jak to jest, że wciskasz w siebie tyle jedzenia i wcale nie tyjesz.
- Wszystkie kalorie spalam podczas seksu - odpowiedział, jakby to była najprostsza prawda na świecie. Wzruszyła ramionami.
- W sumie logiczne. A propos seksu, jaki wampir cię tak pogryzł?
Drzem dotknął machinalnie szyi, czerwieniąc się trochę.
- Nie pytaj.
Beatkę znał jeszcze za czasów liceum. Na początku żywili do siebie jedynie czystą nienawiść, lecz w klasie maturalnej znaleźli wspólny język. Gdy okazało się, że ich plany przewidują mieszkanie w stolicy, przybliżyli się do siebie jeszcze bardziej. Drzemor był na siebie zły za pochopne osądzanie dziewczyny. Zawsze wydawała się być, łagodnie mówiąc, fałszywą suczą, lecz pozory jak często bywa mylą. Była naprawdę słodką osobą i dobrą przyjaciółką. Mógłby wybaczyć jej wszystko prócz ortalionowego chłopaka.
- Gdzie masz Sebę? - spytał, pociągając łyk herbaty. Przewróciła oczami.
- Ma na imię Zbyszek. I wyszedł z kumplami na piwo.
- Wewnętrznie jest Sebą, to mi wystarczy – prychnął. - Znalazłabyś sobie kogoś lepszego, przecież on traktuje cię jak śmiecia.
- To nieprawda - broniła go, ale odwróciła wzrok, jakby się na poważnie zastanawiała nad porzuceniem swojego ukochanego. Westchnęła. - Wiesz, on nie jest zły. Ma swoje momenty, to fakt, ale...
- Daj spokój, jest niedojebany i ma poglądy, których nie powstydziłoby się kółko różańcowe.
Spojrzał na zegarek. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Kto by pomyślał, że dzień minie tak szybko? Dopiero co siedział w pokoju z Damianem i Przemkiem.
Beata otworzyła usta, mając zamiar coś powiedzieć, gdy drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wparował jej chłopak. Miał uświnioną bluzę i zaczerwienione oczy, jakby ktoś potraktował go gazem pieprzowym. Jego spojrzenie od razu wylądowało na Drzemorze. Wskazał na niego palcem i ryknął:
- CO TO TU ZNOWU KURWA ROBI?!
- Też miło cię widzieć, Seba - uniósł wysoko brwi. - Nieudana impreza? Mówiłem ci, że z rabowania telefonów gimnazjalistom nic dobrego nie wyjdzie.
Chłopak zaczerwienił się, a Beata złapała blondyna za ramię.
- Jagoda, lepiej żebyś poszła... - powiedziała tylko przestraszona. Drzem nie spuszczał spojrzenia z drechola, ale pokiwał głową i wstał, z talerza zabierając jeszcze jedną kanapkę z szynką i pomidorem. Przeszedł obok Seby, popychając go ramieniem.
Już w sieni słyszał odgłosy kłótni. Zacisnął zęby, wiążąc swoje glany.
- … jeszcze jakaś pierdolona kurwa oblała mnie alkoholem. Pierdolę to wszystko! Niech wypierdala do swojej zajebanej Anglii, szmata jebana. Polska dla Polaków kurwa!
Drzem wyszedł, pokręcił głową i zadzwonił na policję, zgłaszając naruszanie ciszy. Podał adres, podziękował i zakończył połączenie, czując się trochę lepiej.
Szedł do metra, gdy zadzwoniła do niego Karota.
- Cześć, Jagoda! Idziesz się napić? - Definitywnie napompowana.
- Zdecydowanie jestem na tak. Powiedz, gdzie jesteś, to zaraz przyjdę - spojrzał po sobie. T-shirt z Myszką Miki i luźne, sprane jeansy nie za bardzo nadawały się na bibę, ale nie miał siły wracać do akademika tylko po to, by przebrać się w coś bardziej wyjściowego.
Karolina podała mu adres i nazwę baru.
- Jestem z Adamem - poinformowała go usłużnie. Pokręcił głową.
- Jaki, kurwa, Adam?
- Mój bohater. Uratował mnie przed dresami wczoraj.
- Spytaj się Adama, czy nie chciałby wpierdolić jeszcze jednemu polaczkowi. Męczy moją przyjaciółkę.
Chwila ciszy.
- Mówi, że z przyjemnością.
- Lubię tego Adama - powiedział i się rozłączył.

Pół godziny później stał w barze, wypatrując znajomej czupryny. Nie musiał długo szukać; Karota machała do niego ze stołka barowego, klepiąc miejsce przy sobie. Uśmiechnął się i podszedł do niej, mimowolnie zerkając na osobę siedzącą obok jego przyjaciółki. Zmarszczył brwi i zamarł. Osoba spojrzała na niego i również zamarła.
- Wielkie Łapy!
- Znacie się? - zdziwiła się Karota.
- Tak, macał mnie - odpowiedział, siadając na stołku. Zamówił u barmana piwo.
- Masowałem – poprawił Adam, rzucając mu mordercze spojrzenie. Wzruszył ramionami.
- Jeden chuj.
- Czekaj, wy się znacie? - Tym razem to Adam spytał.
- Mieszkamy razem - poinformowała go Karota. Spojrzała na Drzemora swoim Poważnym Spojrzeniem i już wiedział, że coś jest nie tak.
- Idziemy do łazienki? - spytał. Adam przewrócił oczami.
- Kobiety.
Poszli ramię w ramię, przebijając się przez niemały tłumek. Zamiast do łazienki wyszli na zewnątrz, opierając się o barierkę. Drzem wyciągnął paczkę Pall Malli i podał ją Karocie. Oboje odpalili swoje fajki w milczeniu.
- Dobra, co się dzieje? - spytał łagodnie. Karolina westchnęła, zaciągając się mocno.

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Nie pytaj o Polskę [obyczaj]   

Powrót do góry Go down
 
Nie pytaj o Polskę [obyczaj]
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Opowiadania grupowe :: Wieloosobowe-
Skocz do: