IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Pojechaliśmy do Collinsów (AU Kumple)

Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Go down 
AutorWiadomość
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Pojechaliśmy do Collinsów (AU Kumple)   Pon Kwi 03, 2017 7:54 pm

Niby one-shot, ale dzielę go na części, bo trochę mi tego dużo wyjdzie >>

1

Był wyjątkowo mroźny drugi dzień stycznia otwierający sezon dzikich osiemnastek w Norton Hill School. Nastroje w klasie po zapijanym Sylwestrze i trochę mniej wesołym Nowym Roku nie prezentowały się wybitnie. Uczniowie pokładali się na ławkach w celu dospania choćby dziesięciu minut. Nawet nauczycielka wyglądała niewyraźnie, tęsknie wpatrując się w kubek z kawą czekającą na wypicie.
- Xavery - szepnęła dziewczyna siedząca w ostatnim rzędzie przy oknie do swojego towarzysza z ławki. Chłopak uniósł na nią spojrzenie ciemnozielonych oczu i uśmiechnął się tak, że w kącikach ust pojawiły mu się dołeczki. - Idziemy dzisiaj na urodziny Tony'ego?
Blondyn spojrzał na dogorywającego rudego, który z podręcznika zrobił sobie daszek nad głową i westchnął.
- Nie mam ochoty.
- Obrazi się na nas.
- Wątpię, że będzie pamiętał, kto był na jego osiemnastce - mrugnął do niej. Sięgnął pod blatem po jej dłoń, splatając ich palce razem. - Wkręcimy go, że byliśmy - wymruczał. - Chcę dzisiaj spędzić czas z tobą.
- Dopiero co bawiliśmy się razem na Sylwku u Kyle'a.
- To nie to samo - skrzywił się. - Chodźmy na randkę. Tak dawno nie robiliśmy niczego razem, tylko we dwoje.
Szatynka zastanowiła się chwilę.
- No dobra, ale ty płacisz za wszystko.
- Przebiegła szczurzyca - wytknął jej język. Od małego przezywał Jenn od gryzoni ze względu na jej duże przednie zęby i mysią urodę. Kiedyś uważał, że wygląda śmiesznie, teraz twierdził, że jest dzięki swojej aparycji urocza.
- Może pan Bruke, który ma dzisiaj dużo do powiedzenia?
- Jakie było pytanie? - szepnął do Jennifer. Ta wzruszyła ramionami; słuchała tak samo uważnie co on. Przewrócił oczami, po czym posłał nauczycielce najbardziej rozbrajający uśmiech, na jaki było go stać.
- Ależ z przyjemnością, pani Monroe, ale najpierw chciałbym zapytać o...

Szli ramię w ramię, ogrzewając dłonie od kubków z kawą ze Starbucksa. Jenn przytuliła się do jego ramienia, wzdychając cicho.
- Niedługo nasza rocznica - powiedziała, czym odwróciła uwagę Xava od biegających na placu zabaw dzieci. Pokiwał głową.
- Ile to już było?
- Cztery lata - przypomniała mu. - Wyznałeś mi dozgonną miłość przy płocie obok mojego domu i pocałowałeś w policzek, po czym spierdoliłeś zanim nawet odpowiedziałam.
- Miałem czternaście lat - bronił się. - Powiedzenie czegoś takiego to był dla mnie wielki krok, szczególnie że dopiero co wyrosłem z przekonania, że dziewczyny roznoszą zarazki.
- Uważałeś, że roznosiłam zarazki? - zaśmiała się.
- Nie, ty nie, przecież się przyjaźniliśmy, ale byłem święcie przekonany, że Becky ma jakiegoś wrzoda, i to na mózgu.
- Była w tobie zakochana po uszy, dupku.
- Dobrze, że jej się odwidziało.
Szturchnęła go w ramię, po raz kolejny mówiąc, że jest niemiły. Popijając kawę przeszli przez park, lawirując między matkami i ich rozochoconymi gówniarzami. Czemu dzieci miały taką ochotę wychodzić się wygłupiać w taki mróz?
- Nie mogę się doczekać, aż zacznie się sezon - powiedziała. - Lubię patrzeć, jak grasz.
- Na pewno wyglądam majestatycznie, gdy przeciwna drużyna rzuca się na mnie całą zgrają - odparł z uśmiechem. W pierwszej klasie zapisał się do szkolnej drużyny rugby i choć trener dawał im niezły wycisk, to było warto, chociaż dla samego zadowolenia, gdy przeglądał się w lustrze i widział zarysowane mięśnie.
Umilkli, ciesząc się własnym towarzystwem. Nagle Jennifer obróciła się ku niemu i cmoknęła go w usta, ponownie wzdychając.
- Kocham cię, Iks- powiedziała. Uśmiechnął się do niej.
- Też cię kocham, Mysza.
- Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła - wtuliła się w niego ponownie. Odwzajemnił uścisk, całując ją w czoło.
- Chcesz, żebym kupił ci tego wielkiego pluszaka? - zapytał.
- Tak.

***

- Xavery, podasz mi ten kubek?
Niziutka, jasnowłosa kobieta - mała wzrostem, wielka sercem - wskazała na półkę w szafce położoną zdecydowanie poza jej zasięgiem. Chłopak wstał z kuchennego krzesła i podał matce naczynie.
- Dzięki, słońce.
Mruknął coś i podszedł do okna ozdobionego białą firanką. Słońce ogrzewało coraz śmielej zieleniącą się trawę w ogródku rodziny Bruke. Ojciec zagnieździł się w swojej budce z narzędziami, zbijając wyproszoną przez żonę półkę do salonu. Co jakiś czas słychać było stamtąd siarczyste przekleństwa i dźwięk spadających narzędzi.
Chłopak zerknął na kręcącą się przy garach rodzicielkę, nucącą pod nosem melodię zasłyszaną w radiu. Włosy upięła w niedbały kok na czubku głowy, w pasie przewiązała fartucha, który był cały pochlapany w sosie pomidorowym. Eleonore była wspaniałą kucharką, ale nie potrafiła utrzymać porządku podczas pracy. W kuchni zawsze było coś rozsypane, przewrócone lub stłuczone. Wkładała naczynia gdzie popadnie, dlatego czasem ciężko było znaleźć głupią miskę. Xavery z niezadowoloną miną po gotowaniu matki wchodził do kuchni i układał naczynia wedle własnego systemu, dzięki czemu wszystko było posegregowane i łatwe do znalezienia, a przynajmniej do czasu, aż pani Bruke niczym tajfun ponownie wparowywała do aneksu i czyniła chaos po raz kolejny. Filigranowa pani księgowa spojrzała na swojego syna i machnęła na niego ręką, następnie wskazując na wyjście do ogrodu.
- Idź do swojego ojca zanim zrobi sobie poważną krzywdę. Zawołam was, jak skończę.
Xavery pokiwał głową i poszedł sprawdzić, co u pana Bruke'a. Założył ciepłą bluzę i wyszedł przez ganek na podwórko. Drewniana szopa, każdej wiosny naprawiana i każdej zimy psująca się na nowo, zajmowała honorowe miejsce tuż przy płocie. Ze środka dochodziły odgłosy szamotaniny. Xav delikatnie uchylił drzwi, zaglądając do środka.
- Pierdolone... Xavery! - przestraszył się Mark Bruke, upuszczając młotek, który na szczęście nie spadł mu na stopę. Ciemnowłosy mężczyzna zaklął ponownie i zaraz przeprosił. - Wybacz, synu, nie bierz dziś przykładu z ojca.
- Robota nie idzie? - stwierdził oczywistość, wciskając się do niewielkiego pomieszczenia. - Pomóc ci?
- Jasne. Weź tę cholerną deskę i mi ją trzymaj, o tak, w ten sposób. - Mężczyzna podniósł z podłogi młotek i przymierzył się do przybijania gwoździa.
- Mam się bać o moje palce?
- Tylko ociupinkę.
W milczeniu pracowali wspólnymi siłami. Mark uruchomił wiertarkę, zrobił dziury i wkręcił wkręty, po czym kilka razy potrząsnął półką by sprawdzić, czy się nie rozpadnie. Xavery asekuracyjnie odsunął się od ojca-gapy na tyle, na ile pozwalał mu mały pokój.
Mężczyzna pogłaskał się po ciemnym zaroście, oceniając owoc własnej pracy. Jak na swoje niemal pięćdziesiąt lat trzymał się wyjątkowo dobrze. Okulary połówki zsunęły się z jego prostego nosa niemal pod sam czubek, a w ciemnobrązowych włosach prześwitywały siwe pasemka, dodające mu uroku. Mając własny zakład samochodowy i pracowników pod sobą miał więcej czasu do przebimbania dla siebie, co pozwoliło mu wyhodować delikatnie odstający brzuszek piwny. Ostatnio zaczął jeździć na siłownię, by wrócić do dawnej formy.
- Jakie jest prawdopodobieństwo, że to spadnie komuś na głowę?
- Zdecydowanie bardzo wysokie.
Mark westchnął.
- Oby to była ta przeklęta krowa, co opróżnia nam zapasy herbaty.
- Mówisz o pani Muriel? - parsknął Xav.
- Twoja matka powinna sobie znaleźć lepsze przyjaciółki - przewrócił oczami. - Jeszcze się przemieni w takiego samego wieloryba jak one, a wtedy już zostanie mi tylko wyczekiwać spokojnej starości.
Uprzątnęli porozrzucane narzędzia; Xavery parę razy musiał się spytać, gdzie co odłożyć.
- Za tydzień twoje urodziny - zauważył nagle ojciec, uśmiechając się do syna. - Jestem już tak stary, że moje wszystkie dzieci są już pełnoletnie.
- Jesteś już tak stary, że twoje dzieci mają dzieci - sprostował, za co oberwał w łeb z otwartej dłoni.
- Nie pozwalaj sobie, młody, staruszek ma jeszcze tyle wigoru, że twoje koleżanki by na niego poleciały!
- Waż na słowa, ściany mają uszy, a te uszy należą do mamy - zaśmiał się Xav, pochyliwszy się by podnieść zapodziany na podłodze śrubokręt.
- To co, masz zamiar coś organizować? - zaczął ponownie temat pan Bruke. Xavery wzruszył ramionami.
- Może jakaś kameralna potupaja ze znajomymi. Nie chcę wielkiej imprezy - odpowiedział. Mark pokiwał głową w zamyśleniu.
- Jakieś specjalny życzenia co do prezentu?
Xav zastanowił się dłuższą chwilę.
- Moglibyśmy pójść razem na rolki.
- Przecież twoje się zepsuły.
- No to już wiesz, co mi kupić - puścił ojcu oczko.
Eleonore zawołała ich z ganku, by pomogli rozstawiać talerze. Posłuszni niczym dwie owieczki ruszyli ku domowi. Przed przystąpieniem do pracy umyli uprzednio ręce w łazience. W rodzinie Xava to kobiety rządziły żelazną ręką.
Usiedli do stołu, biorąc się za jedzenie i prowadząc przyjemną pogawędkę o niczym. Dwa wolne miejsca przy rodzinnym stole nadal sprawiały, że blondyn tęsknił za towarzystwem rodzeństwa. Cecile miała już dwa szkraby i męża, który stosunkowo szybko złapał wspólny język z Theo, lecz Xav potrzebował czasu, by się do niego przekonać. Chłopak martwił się o delikatną i łatwo załamującą się psychicznie starszą siostrę. Co by to było, gdyby facet złamał jej serce? Po tylu latach był już jednak pewien, że dla niej Chris to rzeczywiście ten jedyny. Theo zaś był świeżo zaręczony z dziewczyną poznaną na studiach. Wynajęli małe mieszkanie i żyli razem od roku, ostatnimi czasy nieśmiało wspominając o planowanym ślubie. Teraz tylko Xavery'emu pozostało wyfrunięcie z rodzinnego gniazdka.
- Stella zapraszała nas na garden party na ten weekend. Mówiła, że może nas przenocować.
- Tak dawno się z nimi nie widzieliśmy, z przyjemnością bym ich odwiedził.
- Ale Xav ma urodziny...
- Spokojnie, też z chęcią pojadę do cioci i wuja - zapewnił ich syn. - Zorganizuję coś ze znajomymi za dwa tygodnie, to nic takiego.
- Na pewno? - upewniała się matka. - Jeśli nie chcesz, to mów, pojedziemy sami i zostawimy ci dom.
- Dajcie spokój. Chcesz, żeby moi kumple puścili go z dymem?
- Przekonałeś mnie. Chciałbyś coś specjalnego na prezent?
- Rolki - odpowiedział jej niewyraźnie Mark z ustami pełnymi lazanii. Eleonore pacnęła go w ramię.
- Nie jedz jak świnia, trochę kultury.
- Świnie to wbrew pozorom niezwykle czyste stworzenia...
- Masz rację, obraziłam te zwierzęta, porównując je do ciebie.
- Dzieci - przewrócił oczami najmłodszy Bruke, uśmiechając się pod nosem.

***

Przyjechali do domu Collinsów w południe. Pół godziny po nich dotarli Cecile z mężem i dziećmi, a godzinę później do drzwi zapukał Theo, o dziwo bez narzeczonej. Brat Xava przez całą posiadówkę był niewyraźny, więc blondyn zgarnął go, gdy tylko nadarzyła się okazja. Poszli do sypialni dla gości na piętrze. Theo otworzył okno i usiadł na parapecie, wyjmując zapalniczkę i paczkę papierosów. Xavery usiadł naprzeciwko, przyglądając się poczynaniom brata z niesmakiem, ale nie skomentował. Milczeli dłuższą chwilę.
- Pola mnie zdradza - wyznał w końcu brat. Blondyn nic na to nie powiedział, czekając na ciąg dalszy. - Nakryłem ją w łóżku z Benem. Tak, Ben, mój "najlepszy" kumpel - zaśmiał się gardłowo. Zaciągnął się mocno. - Najbardziej bezczelne w tym wszystkim jest to, że jeszcze tydzień temu planowaliśmy ślub, mówiliśmy o domu, dzieciach... Nie wiem, od kiedy ta farsa trwała. Powiedziałem jej, że wiem. Że nie chcę jej na razie widzieć i że pogadamy, jak wrócę. Nie skomentowała.
- Zwykłe przykro mi ci nie pomoże? - rzekł cicho Xav, kładąc bratu dłoń na ramieniu. Mężczyzna pokręcił głową, zgasił papierosa i uśmiechnął się słabo do młodszego.
- Jutro twój wielki dzień, bracie. Jedyne, co chciałbym teraz zrobić, to się zrelaksować. Chcesz iść dzisiaj na miasto?
Xav odwzajemnił uśmiech.
- Z tobą zawsze, mangozjebie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Mietej

avatar

Liczba postów : 47
Join date : 18/12/2016
Age : 17

PisanieTemat: Re: Pojechaliśmy do Collinsów (AU Kumple)   Sro Kwi 12, 2017 5:59 pm

2

Wieczorem - za pozwoleniem rodziców oczywiście - bracia wsiedli w samochód tego starszego i ruszyli na podbój miasta. Nocne życie Bristolu o tej godzinie dopiero raczkowało, więc i w klubie nie panował wielki ruch. Piątek wieczór, rozpoczynający dla wielu długo wyczekiwany imprezowy weekend, świętowany był w Motion przecenami do czterdziestu procent na wszystkie drinki. Wchodząc do środka Xav poczuł się niezwykle malutki. Rozmiar pomieszczenia porażał, szczególnie wielka scena, na której rozstawiał się nieznany mu zespół. Klub-legenda, perełka Bristolu.
Z Theo podszedł do już okupywanego przez imprezowiczów baru, zamawiając po drinku. Popijali, prowadząc cichą konwersację. Nie wspominali więcej o narzeczonej starszego z nich. Mężczyzna wydawał się być rozluźniony, ale przez jego twarz co jakiś czas przemykał niemrawy wyraz. Po kilku kolejkach poczuł się chyba trochę lepiej, bo wyciągnął Xavery'ego na parkiet, na którym tworzył się niemały tłumek. Wytańczyli cały alkohol, więc wrócili do baru się doładować. Tym razem Theo ruszył w tany sam, znikając blondynowi z oczu zupełnie. Westchnął, odstawił puste szkło i wstał, próbując przedostać się do łazienki.
W miejscu, w którym ludzi zrobiło się mniej przyszpiliła się do niego ciemnowłosa niewiasta. W słabych rozbłyskach światła mógł dostrzec tylko jej przekrwione, czarne oczy, patrzące na niego półprzytomnie, ale oceniające. Kobiece dłonie znalazły się na piersi odzianej w wyblakły T-shirt, by zaraz zacisnąć się na materiale i przyciągnąć chłopaka do mokrego pocałunku. Potrzebował kilku dobrych sekund by wyjść z odrętwienia i niezbyt delikatnie odtrącić obcą dziewczynę. Spojrzała na niego zaskoczona, jakby takie coś jeszcze nigdy jej się nie zdarzyło.
- Mam dziewczynę! - próbował przekrzyczeć dudniący bas. Nieznajoma zmarszczyła brwi; nie zrozumiała ani słowa. Powtórzył to samo, gestykulując rękoma, jakby to miało w czymś pomóc. Widocznie pomogło, bo dziewczę zrozumiało.
- Dziewczyna nie ściana! - zawołała i zaśmiała się gardłowo, prawie przewracając się na podłogę. Bruke złapał ją za ramię, przyglądając się jej uważniej. Wydawała się nie za bardzo kontaktować z rzeczywistością. Widocznie prócz alkoholu musiała wziąć coś jeszcze, albo ktoś jej dosypał jakiegoś świństwa do drinka. Mógł zostawić ją samą, ale przez cały wieczór miałby wyrzuty sumienia, wyciągnął ją więc na świeże powietrze. Nie protestowała.
- Zaczekaj tutaj - rzekł i wrócił do środka. Był z powrotem po dłuższej chwili, trzymając w dłoni (cholernie drogą) butelkę wody. Dziewczyna o azjatyckiej urodzie - nareszcie zobaczył jej twarz ozdobioną rozmazanym, wieczorowym makijażem (za mocnym na jego gust) - przewiesiła się przez barierkę, blada na buźce. Klepnął ją lekko w plecy, a ona zwymiotowała samą wodą. Bruke powstrzymał grymas i podał jej wodę, którą przyjęła z wdzięcznością. Nadal nie wyglądała najlepiej.
- Jesteś tu z kimś? - pokręciła głową przecząco. - Mam po kogoś zadzwonić?
Jęknęła, zwieszając się jeszcze bardziej, jakby miało to cokolwiek pomóc.
- Nie do rodziców... oni... nie. Dan... zadzwoń do niego, on będzie wiedział...
Drżącą ręką wyciągnęła z kieszeni swój telefon i podała go Xavery'emu, po czym znowu zwymiotowała. Chłopak uniósł brwi na ten kredyt zaufania, ale było mu to na rękę; nie uśmiechało mu się wyciąganie od niej numeru na siłę. W kontaktach znalazł "Dana" i bez myślenia zadzwonił, siadając na chłodnym betonie i zwieszając nogi zza barierki.
Odebrał po dwóch sygnałach.
- Ethel? - odezwał się męski, głęboki głos. Xav odchrząknął.
- Um, hej, twoja koleżanka kazała mi do ciebie zadzwonić. Jest nie do dyspozycji, pod Motion.
Chwila ciszy.
- Zaraz będę. - I się rozłączył. Bruke wgapiał się w wyświetlacz otępiały. Otrząsnął się i oddał urządzenie teraz już siedzącej przy nim dziewczynie. Wyglądała trochę lepiej.
- Twój Romeo zaraz przyjedzie - poinformował, na co pokręciła głową.
- To nie jest...
- Jasne, jasne - przerwał jej, uśmiechając się pod nosem. Rzucił na nią okiem. Trzęsła się, więc oddał jej swoją koszulę. Spojrzała na niego dziwnie, ale opatuliła się nią.
- Dzięki. Nie wracasz do środka? - wskazała na budynek. Wzruszył ramionami.
- Poczekam, aż odjedziesz.
- Nie musisz mnie pilnować, to nie twój problem.
- Ale chcę.
Umilkli, każde zatopione we własnych myślach.
- Jestem Xavery.
- Zjebane imię - zaśmiała się słabo ciemnowłosa. - Ethel.
- Lepsze to niż Ethel. Brzmi jak nazwa papieru toaletowego.
- Gdybym była papierem toaletowym, miałabym pięć warstw i pachniałabym różami, a ludzie kupowaliby mnie, bo to prestiż.
Tym razem to Xav się zaśmiał.
- Dobra opinia o sobie to podstawa.
- To nie opinia, to fakt.
Ponownie umilkli, tym razem jednak uśmiechając się pod nosami. Ethel w końcu westchnęła.
- Tamto w klubie... nie panowałam nad sobą.
- Nie ma sprawy, nic się nie stało - odpowiedział, machając na to dłonią.
- Jaka ona jest? - spojrzał na nią pytająco. - Twoja dziewczyna.
Xavery rozluźnił się, podpierając na rękach i patrząc w gwieździste niebo.
- Wspaniała. Uśmiechnięta. Miewamy kłótnie, ale nie wyobrażam sobie życia bez niej.
- Ile jesteście razem?
- Cztery lata.
- Nieźle. - Nie patrzyła się na niego. - Kurwa. Spierdoliłam, prawda? Nie mów, że nie. Do tego jeszcze ty. Normalny facet zostawiłby mnie tam upokorzoną i zażenowaną, a ty postanowiłeś jeszcze wjechać na moje sumienie. Niefajnie, Xav, niefajnie.
- Lubię się znęcać nad nieprzytomnymi laskami w klubach. Takie hobby.
Dziewczyna już przymierzała się do zgryźliwego komentarza, gdy na podjazd wjechało czerwone sportowe cacko, z którego wysiadł ubrany w garnitur mężczyzna. Cała jego osoba mówiła, że mógłby sobie pozwolić nawet na dziesięć takich aut. Ethel wstała niemrawo, Xavery trochę żywiej, zastanawiając się, czy dziewczyna nie jest przypadkiem jakąś celebrytką. Facet podszedł do nich, nie zaszczycając blondyna choćby spojrzeniem, swe kroki kierując od razu ku czarnowłosej.
- Zacznę na ciebie nasyłać ochroniarzy - zagroził brodacz. Ethel prychnęła.
- Skończ wreszcie mi ojcować.
- Nie tym tonem, kochana - wskazał na samochód. - Pogadamy w domu, zbieraj się.
Dziewczyna nigdzie się nie ruszyła, a mężczyzna wreszcie spojrzał na speszonego Xava i uśmiechnął się, choć jego oczy pozostawały nieufne.
- Dzięki za opiekę nad nią. Mogę się jakoś odwdzięczyć? - Xavery pomyślał, że facet zaraz zacznie mu wypisywać czek i aż się przestraszył. Wyobraził sobie siebie wracającego z dyskoteki do domu z milionem dolców.
- Daj spokój, to nic takiego.
- Może chociaż cię gdzieś podwieźć? - perspektywa przejażdżki tym cudem motoryzacji była kusząca, ale spasował.
- Jestem z bratem - powiedział z bólem w głosie. Dan pokiwał głową w zrozumieniu, po czym wyjął wizytówkę i podał ją zaskoczonemu chłopakowi, który rzucił na nią okiem i schował do kieszeni.
- W razie problemu dzwoń, mam u ciebie dług - przyznał z niechęcią. - Jesteś...?
- Xavery Bruke.
- Zapamiętam. - Zabrzmiało to jak groźba. Zniecierpliwiona Ethel kazała Pettersonowi iść grzać silnik, sama chcąc się pożegnać. Ponownie wyjęła swój telefon i kazała mu podyktować swój numer, by zapisać kontakt i wysłać mu strzałkę.
- Pisz jak będziesz w okolicy, pójdziemy na piwo - uśmiechnęła się.
- Jasna sprawa - odparł, również się uśmiechając. Ethel podziękowała mu ostatni raz i wsiadła do auta, które odjechało z piskiem opon. Xavery oszołomiony wydarzeniami wieczoru wrócił do klubu, by poszukać brata, którego znalazł dopiero po godzinie. Theo siedział pod kiblem ledwie kontaktując z rzeczywistością. Xav westchnął i wytargał go na zewnątrz, po czym zadzwonił do Cecile, która nie była zbyt ucieszona z faktu, że musi przyjechać po nich razem z mężem, który miał pokierować samochodem brata.
Starszy spojrzał na młodszego i wybełkotał:
- Gdzie masz koszulę?
Xav spojrzał po sobie i wzruszył ramionami. Zapomniał zabrać ją dziewczynie, ale mało go to obchodziło. I tak była już wynoszona.
- Znajoma zajebała.
- Aha.
W milczeniu czekali na przyjazd niezadowolonej siostry.
[...]

____________________________________________________________________
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
Pojechaliśmy do Collinsów (AU Kumple)
Zobacz poprzedni temat Zobacz następny temat Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Escriptors :: Fabularne :: Oneshots-
Skocz do: